Białe Tango - Marta Zaborowska

Kup ebooka

39.99 zł
23.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Przy­stań ta sama i góry, i kolor wody. Jej błę­kit jest głę­boki i przej­rzy­sty. Słońce też pali jak wtedy. Czuję jego cie­pło na twa­rzy i dło­niach. Wszystko wydaje się nie­zmienne, jakby czas zatrzy­mał się w miej­scu. A jed­nak to tylko złu­dze­nie. Nic nie jest już tym, czym było.

Ludzie, któ­rzy na mnie patrzą, też nie są tacy, jakimi ich pamię­tam. Nie pozdra­wiają, nie posy­łają uśmie­chów. Nie uno­szą dłoni na powi­ta­nie, by życzyć dobrego dnia. Teraz mil­czą i obser­wują. Ich spoj­rze­nia są czujne, jakby chcieli wyczy­tać z mojej twa­rzy coś, czego jesz­cze nie wie­dzą. Prawdę o tym, co się wyda­rzyło. Może nawet pró­bują przy­ła­pać mnie na nie­ostroż­nym geście lub gry­ma­sie twa­rzy, który mógłby cokol­wiek zdra­dzić. Chcie­liby zaj­rzeć do środka mojej głowy.

Są czujni.

Jestem ich dzi­siej­szą atrak­cją. Trzę­sącą się z prze­ra­że­nia sen­sa­cją sezonu. Nie da się mnie nie zauwa­żyć, choćby się bar­dzo chciało -?sie­dzę w cen­tral­nej czę­ści portu, do tego owi­nięto mnie zło­tym kocem ter­micz­nym. Nie wiem, po co, bo prze­cież jest gorąco. Ale naj­wi­docz­niej zro­bili to, bo musieli. Złoty koc poły­skuje w słońcu tak mocno, że pew­nie widać mnie z Księ­życa. Jed­nak to nie on ich tu przy­cią­gnął, a świa­tła rzu­cane przez lokalne nie­bie­skie samo­chody z napi­sami Poli­cia Nacio­nal. Gdyby mogli, pode­szliby bli­żej. Dotknę­liby mnie, by spraw­dzić, czy aby na pewno żyję. Bo to prze­cież nie­moż­liwe, że po tym wszyst­kim, co mnie spo­tkało, na­dal tu jestem.

Jed­nak nie mogą się zbli­żyć. Oddzie­lają ich ode mnie poli­cyjne wozy i przy­byli do portu funk­cjo­na­riu­sze. Nawet dzien­ni­ka­rzy stąd prze­pę­dzają. Poza tym dopiero co zało­żono mi opa­trunki. Lekarka z karetki zawią­zała mi ban­daże: jeden na lewej ręce, drugi na kola­nie. Tych kilka roz­cięć na skó­rze wygląda paskud­nie i już wiem, że konieczne będzie zało­że­nie szwów. Na czole, tuż pod linią wło­sów, też mam opa­tru­nek. Według mnie jest nie­po­trzebny, bo pod nim jest tylko siniak i zadra­pa­nie.

Za chwilę zawiozą mnie do szpi­tala, żeby spraw­dzić, czy nie doszło do wstrząsu mózgu. Podobno moje źre­nice nie­pra­wi­dłowo reagują na świa­tło. Kur­czą się za szybko lub zbyt wolno -?nie wiem dokład­nie, co mówiła ta lekarka. W każ­dym razie z moim mózgiem coś jest nie tak. Coś się w nim poprze­sta­wiało.

Sie­dzę więc w karetce, obej­muję rękami kolana i cze­kam. Mój wzrok błą­dzi mię­dzy wodą a gro­ma­dzą­cymi się ludźmi. Z każdą minutą przy­bywa ich coraz wię­cej. Zbio­ro­wi­ska przy­cią­gają, a poza tym to prze­cież naj­po­pu­lar­niej­szy dep­tak w tym mie­ście.

Nie­wiele sły­szę, a jesz­cze mniej rozu­miem z tego, co mię­dzy sobą mówią. Mogę się tylko domy­ślać, że prze­ka­zują sobie z ust do ust, że to chyba cud. Nie­któ­rzy wołają do mnie, by upew­nić się, że wszystko w porządku. Nie wiem, co mam im odpo­wie­dzieć. Bo czy można uznać, że wszystko jest dobrze, skoro prze­żyło się to, co ja?

W prze­ci­wień­stwie do nich nie mogę nazwać tej tra­ge­dii cudem. Bo to, co się wyda­rzyło, nie ma z cudem nic wspól­nego.

Tania

Maluję na czer­wono usta i wsu­wam w uszy szty­fty z okrą­głymi rubi­nami. Dzięki wysoko upię­tym wło­som -?ide­al­nemu kokowi, który wycza­ro­wała na mojej gło­wie pie­go­wata fry­zjerka z Hair&Nails -?kol­czyki są dosko­nale wyeks­po­no­wane. Wła­śnie o to mi cho­dziło. Zasłu­gują, by je podzi­wiano. Spo­śród całej mojej kolek­cji biżu­te­rii to wła­śnie do nich mam szcze­gólny sen­ty­ment. Dosta­łam je od ojca, który pozo­sta­wia­jąc mi w spadku doro­bek swo­jego życia, dorzu­cił także i je. Musiały kosz­to­wać mają­tek, ale to nie ich war­tość była dla mnie naj­waż­niej­sza, a chwila, w któ­rej je otrzy­ma­łam.

Tam­ten dzień pamię­tam dosko­nale. Był ponie­dzia­łek rano. Sie­dzia­łam przy stole kon­fe­ren­cyj­nym w gabi­ne­cie mojego papy, zupeł­nie nie­świa­doma tego, co ma się za chwilę wyda­rzyć. Ojciec usiadł naprze­ciwko mnie, popa­trzył mi w oczy i spo­koj­nym gło­sem oznaj­mił, że za kilka mie­sięcy umrze na agre­syw­nie postę­pu­jącą bia­łaczkę. To było jak ude­rze­nie w splot sło­neczny. Zaraz potem nade­szło kolejne. Nim zdą­ży­łam zamknąć z szoku usta, poło­żył przede mną teczkę z napi­sem Kan­ce­la­ria nota­rialna Szef­fer i Bier­nat.

-?Na pewno domy­ślasz się, co to jest -?powie­dział, pod­su­wa­jąc mi ją pod nos. -?Roz­ma­wia­li­śmy o tym jakiś czas temu.

Byłam jak ogłu­szona. "Agre­sywna bia­łaczka" -?te dwa słowa wbiły się w mój mózg jak kula z wyce­lo­wa­nego w czoło pisto­letu i pozo­sta­wiły po sobie wypa­loną dziurę. Nie wiem, ile czasu sie­dzia­łam nie­ru­chomo jak ten przy­sło­wiowy słup soli. Pięć minut, może dzie­sięć. Kiedy w końcu jako tako oprzy­tom­nia­łam, dotarło do mnie, o jakiej roz­mo­wie mówił mój ojciec. Tak, była taka jedna. Wycią­gnął mnie wtedy na wystawę kubi­stów i mię­dzy jed­nym a dru­gim obra­zem zako­mu­ni­ko­wał, że zamie­rza prze­pi­sać na mnie całą swoją firmę kosme­tyczną. Oczy­wi­ście, kiedy przyj­dzie na to czas. Wtedy tylko pokle­pa­łam go po ramie­niu. Mój gest mówił: "Dobra, dobra, nie mam zamiaru roz­ma­wiać o two­jej śmierci, w ogóle mnie w to nie wkrę­caj". Prze­cież wszy­scy tak reagu­jemy. Temat śmierci rodzica jest draż­liwy i nie­przy­jemny, więc lepiej uda­wać, że nie ist­nieje.

Ja robi­łam dokład­nie tak samo -?nie dopusz­cza­łam do sie­bie myśli, że oczy mojego ojca kie­dyś naprawdę się zamkną. Ale to, że ja o tym nie myśla­łam, nie zna­czy, że on, jeśli cho­dzi o ten temat, był rów­nie wylu­zo­wany. Wręcz prze­ciw­nie. Mojego papę dałoby się spo­koj­nie nazwać Panem Odpo­wie­dzial­nym za Wszystko i Wszyst­kich. Przy nim świat wyda­wał się bez­pieczny, a ja mogłam pozwo­lić sobie na luk­sus bez­tro­ski. Dopóki czu­łam nad sobą jego para­sol bez­pie­czeń­stwa, mojego nie chciało mi się otwie­rać. Wła­śnie dla­tego wtedy, w gale­rii, potra­fi­łam tylko wyko­nać ten gest wyra­ża­jący bez­myślne "Dobra, dobra". Mia­ła­bym przej­mo­wać się tym, że któ­re­goś dnia zostanę dzie­dziczką kosme­tycz­nego impe­rium, że zasiądę na opu­sto­sza­łym tro­nie i przejmę jego berło? Że przyj­dzie mi decy­do­wać o pozo­sta­wio­nej mi for­tu­nie, nie mając bla­dego poję­cia o zarzą­dza­niu firmą? Poza tym, za bar­dzo go kocha­łam, by miał kie­dy­kol­wiek umrzeć. A co naj­waż­niej­sze, ojciec był męż­czy­zną w sile wieku, zdro­wym na ciele i umy­śle, jed­nym sło­wem -?nie­znisz­czal­nym. Jeśli już wyobra­ża­łam sobie prze­ję­cie po nim inte­resu, to może za dzie­sięć albo nawet za dwa­dzie­ścia lat. Na pewno nie teraz.

-?Lepiej popatrz na ten boho­maz z nogą w miej­scu głowy -?odpa­li­łam wtedy, zmie­nia­jąc temat. -?Nie­zły, co? Przy­dałby się do two­jego biura. Strasz­nie tam nudno.

Pięć mie­sięcy póź­niej zna­la­złam się w biu­rze z kon­fe­ren­cyj­nym sto­łem, za mną wisiał ten dziwny obraz, a ja, jak sroka w gnat, wpa­try­wa­łam się w leżący przede mną akt nota­rialny.

-?Dzięki tym doku­men­tom w chwili mojej śmierci zosta­niesz więk­szo­ścio­wym udzia­łow­cem -?powie­dział mój papa.

Może powin­nam to zro­zu­mieć jako "Posta­ra­łem się, abyś była usta­wiona do końca życia", ale ja ode­bra­łam jego słowa ina­czej: "Zosta­niesz z tym wszyst­kim zupeł­nie sama".

Zaraz potem wrę­czył mi te kol­czyki. Nale­żały do jego matki, a mojej babki. To ona zało­żyła Bel­le­Epo­que, a za pierw­sze zaro­bione pie­nią­dze kupiła wła­śnie te rubiny. Teraz miały przejść w moje ręce -?jakby ojciec prze­ka­zy­wał mi nie tylko biżu­te­rię, ale też całą histo­rię naszej rodziny.

Więc tak, mam do nich szcze­gólny sen­ty­ment. Są czer­wone jak miłość, ogień i pasja, które wło­ży­li­śmy w Bel­le­Epo­que. Są jej dum­nym sym­bo­lem.

Sukienkę też mam czer­woną. Ale jej, w prze­ci­wień­stwie do kol­czy­ków, szcze­rze nie zno­szę. Jest krzy­kliwa i przy­ciąga uwagę w spo­sób, który nie ma nic wspól­nego ze świa­tem, w jakim dora­sta­łam. Wycho­wano mnie na kobietę w stylu old money -?sto­no­wa­nym i ele­ganc­kim. Takim, o któ­rym mówi się "klasa sama w sobie". Prze­ciw­nym niż new money, który okre­ślają tan­deta i błysk dla samego bły­sku. Zatem, ow­szem, zde­cy­do­wa­nie wolę dys­tyn­go­wany gra­nat albo czerń -?kolory, które nie krzy­czą, a szep­czą. Ten rodzaj czer­wieni w ogóle nie jest ele­gancki.

Tyle że dziś są uro­dziny mojego męża, a on uwiel­bia u kobiet czer­wień. Widziałby ją wszę­dzie, począw­szy od butów, poprzez bie­li­znę, a koń­cząc na szmince. Tę sukienkę sam dla mnie wybrał w skle­pie, więc wło­że­nie jej to nie­jako przy­mus. W wer­sji bar­dziej łagod­nej -?speł­niam jego uro­dzi­nowe życze­nie.

Borys koń­czy dziś czter­dzie­ści lat. Kiedy na niego patrzę, aż trudno w to uwie­rzyć, bo chyba nikt nie dałby mu tyle. Pew­nie dla­tego, że ma lek­kiego hopla na punk­cie swo­jego wyglądu i, ogól­nie rzecz bio­rąc, całego wize­runku. Stara się aż za bar­dzo, ale mnie to nie prze­szka­dza. Lubię zadba­nych męż­czyzn. I te jego oczy... Są ludzie, któ­rym oczy śmieją się zawsze, ot tak, po pro­stu. Borys wła­śnie tak ma. Kiedy patrzę na mojego męża, widzę w nim to, czego mnie samej od dawna bra­kuje - bez­tro­skę. Zazdrosz­czę mu, że potrafi cie­szyć się każ­dym dniem. Czy to nie wspa­niałe: umieć żyć, jakby nie było jutra? Trak­to­wać życie jak sklep z zabaw­kami i brać z półki, co się chce i kiedy się chce? Ja też kie­dyś taka byłam. Ale odkąd musia­łam nauczyć się żyć po doro­słemu, sama, bez ojca, gdzieś to po dro­dze zgu­bi­łam.

Widzę w Bory­sie dawną sie­bie i wła­śnie za to go kocham. I dla­tego, że się w moim życiu w ogóle poja­wił. Mia­łam za sobą różne związki, ale żaden nie był na poważ­nie. I dobrze wiem dla­czego. Od dzie­ciń­stwa cier­pię na nie­wielką dys­mor­fię twa­rzy. Mam zbyt duży nos i zbyt małą żuchwę. Jed­nym sło­wem pro­por­cje mojej twa­rzy są lekko zabu­rzone. Nie jest to coś zna­czą­cego, ale ludzie to zauwa­żają. A już na pewno męż­czyźni. Nie jestem naiwna i dosko­nale wiem, że faceci wolą kobiety o ide­al­nych rysach i per­fek­cyj­nej syme­trii. Na szczę­ście Bory­sowi ten mój defekt ni­gdy nie prze­szka­dzał. Róż­nica wieku też nie. Mówi wręcz, iż żałuje, że nie uro­dził się wtedy, kiedy ja, bo byli­by­śmy razem o te osiem lat dłu­żej. Czy to nie naj­pięk­niej­sze wyzna­nie miło­ści, jakie może sobie wyobra­zić kobieta dobie­ga­jąca pięć­dzie­siątki? Borys zro­bił dla mnie coś jesz­cze, co nie zda­rza się czę­sto -?po ślu­bie przy­jął moje nazwi­sko. "To dla dobra two­jej firmy -?powie­dział, gdy w Urzę­dzie Stanu Cywil­nego zapy­tano nas, jak będziemy się nazy­wać. -?W biz­ne­sie jesteś znana jako Tania Lenart, więc po co to zmie­niać? Ja do mojego nazwi­ska nie jestem przy­wią­zany, zatem sprawa jest jasna. Biorę twoje".

Więc jak dziś mogła­bym mu odmó­wić? Ta kiecka jest okropna, ale włożę ją i uznam, że jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie. Nawet dobiorę do niej czer­wone majtki i sta­nik. A potem zabiorę go do jego ulu­bio­nej knajpy i speł­nię marze­nie, któ­rego mi jesz­cze nie wyja­wił. Mamy z Bory­sem taki zwy­czaj, że wypo­wia­damy swoje uro­dzi­nowe i rocz­ni­cowe marze­nia dopiero po toa­ście.

Co do dzi­siej­szego wie­czoru -?pla­no­wa­łam spę­dzić go tylko we dwoje, ale Borys stwier­dził, że cicha impreza go nie inte­re­suje. Uznał, że skoro to okrą­gła czter­dziestka, to musi być na peł­nej petar­dzie. Dołą­czy więc do nas jesz­cze czworo gości. Naj­pierw będzie kola­cja, a potem -?jak zwy­kle -?trans­fer do noc­nego klubu. Ale to już beze mnie. Jutro rano mam posie­dze­nie zarządu w fir­mie i muszę być trzeźwa i wypo­częta. Pech chciał, że jego uro­dziny wypa­dły aku­rat dziś, we czwar­tek. Borys nie chciał prze­kła­dać imprezy ani na pią­tek, ani na sobotę, więc będzie musiał bawić się w klu­bie beze mnie.

On też się eks­cy­tuje i cią­gle pyta mnie, czy się cie­szę. A ja, jeśli mam być szczera, tro­chę się dener­wuję. Od rana męczy mnie sen, który dziś mia­łam. Śniło mi się dokład­nie to, co dzieje się teraz: zapię­łam zamek sukienki, wło­ży­łam kol­czyki i spoj­rza­łam w lustro, żeby spraw­dzić, czy dobrze wyglą­dam. Wyglą­da­łam świet­nie. We śnie do restau­ra­cji weszli­śmy kilka minut po dzie­więt­na­stej. I wszystko wska­zuje na to, że w rze­czy­wi­sto­ści też tro­chę się spóź­nimy. Pamię­tam z tego snu zapach roz­ma­rynu i cytru­sów uno­szący się w sali i cichy bul­got wina nale­wa­nego do kie­lisz­ków. Naszych gości jesz­cze nie było. Kel­ner popro­wa­dził nas do sto­lika na końcu pomiesz­cze­nia. Usie­dli­śmy. Borys poca­ło­wał mnie w rękę i uśmiech­nął się sze­roko jak zawsze. Niby wszystko było tak, jak być powinno, ale coś mi się w tym wszyst­kim nie podo­bało. Po chwili wyjął z kie­szeni mary­narki kopertę i poło­żył ją na stole.

-?Co to? -?spy­ta­łam.

-?Moje życze­nie uro­dzi­nowe. Jest w środku.

Prze­su­nął kopertę po obru­sie, powoli, bez pośpie­chu. W oczach miał tę swoją chło­pięcą, zwa­rio­waną eks­cy­ta­cję.

Otwo­rzy­łam kopertę. Wewnątrz było pismo, zło­żone na pół, a na nim logo kan­ce­la­rii praw­nej. Wnio­sek o prze­pi­sa­nie peł­no­moc­nic­twa zarząd­czego. Poni­żej dane moje... i jego.

-?Nie rozu­miem...

-?Chcę, żebyś oddała mi firmę -?powie­dział wprost. -?Powinna tra­fić w męskie ręce. Już wszystko gotowe, wystar­czy pod­pi­sać.

-?Mam prze­pi­sać całość Bel­le­Epo­que?

-?Dokład­nie tak.

-?A ja? Co będzie ze mną?

-?Och, kocha­nie. Ty zaj­miesz się czymś... bez­stre­so­wym.

Czu­łam, że jego słowa spa­dają na mnie jak ciężki deszcz. I prze­pla­tają się z gło­sem mojego ojca: "Gdy umrę, zosta­niesz z tym wszyst­kim zupeł­nie sama".

Sęk w tym, że nie jestem sama. Jestem z czło­wie­kiem, który wła­śnie zaży­czył sobie, żebym oddała mu wszystko.

Dobrze, że to tylko sen. Oddy­cham głę­boko i zamy­kam za nami drzwi.

-?Wszystko w porządku? -?Borys obej­muje mnie ramie­niem.

Kiwam głową, że tak. Jest dla mnie taki dobry. Ni­gdy nie przy­szłoby mu do głowy popro­sić mnie o coś tak nie­do­rzecz­nego. To ja sama zamie­rzam mu to dziś zapro­po­no­wać, a jutro przed­sta­wić moją pro­po­zy­cję resz­cie zarządu. Mam zamiar powoli wpro­wa­dzać Borysa w sprawy mojej firmy, zaczy­na­jąc od prze­ka­za­nia mu sym­bo­licz­nego jed­nego pro­centa udziału. To nie­wiele, ale i tak się tym stre­suję -?głów­nie reak­cją pozo­sta­łych człon­ków. Pew­nie dla­tego mia­łam ten dziwny sen.

Nie chcę jed­nak teraz o tym myśleć. Przed nami cudowny wie­czór, więc musimy zbie­rać się do wyj­ścia.

Borys

Widzę, jak Tania patrzy na mnie z miło­ścią. Jest dziś w wyjąt­kowo dobrym humo­rze i -?nie będę kła­mał -?wygląda naprawdę nie­źle. Ucze­sała się i uma­lo­wała tak, jak lubię. Co prawda ta czer­wona sukienka zupeł­nie do niej nie pasuje, ale uparła się, żeby ją wło­żyć. Kupi­łem ją kie­dyś Tani przez przy­pa­dek. Prze­cho­dzi­łem obok sklepu z dam­skimi ubra­niami i zoba­czy­łem przez szybę, jak pewna młoda dziew­czyna mie­rzy tę suk­nię. Wyszła z przy­mie­rzalni i zapy­tała sprze­daw­czy­nię, czy wygląda w niej dobrze. Była jak obraz, od któ­rego nie chce się ode­rwać oczu. Pod­ku­siło mnie, żeby kupić iden­tyczną suk­nię dla mojej żony. Tania ma świetną figurę, jest szczu­pła i wyspor­to­wana, więc powinna w niej wyglą­dać rów­nie dobrze. Nie­stety, nie wyglą­dała. Przy­kro o tym mówić, lecz wiek robi swoje. A tamta dziew­czyna była młoda. Sta­ra­łem się ukryć roz­cza­ro­wa­nie, zasy­pu­jąc Tanię kom­ple­men­tami, i, na szczę­ście, w nie uwie­rzyła. Oso­bi­ście wolał­bym, żeby dziś wsko­czyła w tę nie­bie­ską sukienkę -?jest dłuż­sza i co naj­waż­niej­sze, zakrywa ramiona i kolana. Ale to nie­ważne. Tania wygląda na szczę­śliwą, a to jest dla mnie abso­lutny prio­ry­tet. Pro­mie­nieje i flir­tuje ze mną wzro­kiem. Lubię ją taką, bo dzięki temu prze­staje myśleć o fir­mie, debe­tach, kre­dy­tach, sal­dach i dywi­den­dach, czyli całej tej banal­nej nudzie, i sku­pia się na mnie.

-?Wyglą­dasz abso­lut­nie genial­nie -?mówię, cału­jąc ją w czu­bek głowy. Sie­dzi przy zasta­wio­nej kosme­ty­kami toa­letce i patrzy w lustro, w któ­rym krzy­żu­jemy wzrok. -?Jesteś naj­pięk­niej­sza. Ide­alna.

Udaje spe­szoną, ale prze­cież wiem, że w środku aż ska­cze z rado­ści.

-?Opo­wia­dasz bzdury. Ostat­nio za dużo pra­cuję, a to wszystko widać na twa­rzy. Zmę­cze­nie odkłada mi się w zmarszcz­kach. Tu, widzisz? Przy oczach.

-?Nic takiego nie widzę -?kła­mię jak z nut, ale z naj­lep­szymi inten­cjami. Prze­cież nie przy­taknę i nie powiem "No tak, przy­było ci parę bruzd". Był­bym ostat­nim kre­ty­nem.

Tania sięga po per­fumy i zdej­muje z nich zatyczkę.

-?Kłam­czuch. Ale to nie­ważne, te moje zmarszczki. Chcia­łam ci o czymś powie­dzieć.

-?Mów, boska.

-?Otóż doko­na­łam pew­nych pod­li­czeń. Ich wynik dał mi do myśle­nia. Prawdę mówiąc, jest wręcz prze­ra­ża­jący.

Na dźwięk słowa "pod­li­cze­nia" tro­chę mnie mrozi. Kolejne powo­dują, że zaczy­nam się pocić. Jeśli jej księ­gowa dopa­trzyła się, że ostat­nio tro­chę prze­sa­dzi­łem z wydat­kami, zwłasz­cza kupu­jąc te pie­kiel­nie dro­gie kije do golfa, to jestem ugo­to­wany.

-?Poli­czy­łam, że przez ostatni rok połowę nocy spę­dzi­łam poza domem.

Muszę wyglą­dać, jak­bym wła­śnie zoba­czył ducha, bo Tania od razu robi skru­szoną minę.

-?Wiem, wiem. To okropne. Ale czas na zmianę. Nie mówi­łam ci o tym wcze­śniej, bo chcia­łam, żeby to była dla cie­bie nie­spo­dzianka.

Nad­sta­wiam uszu.

-?Jak wiesz, mój ojciec przy­pła­cił zdro­wiem to wieczne haro­wa­nie w fir­mie. Zaje­chał się na śmierć. Orga­nizm w końcu się zbun­to­wał i dopa­dła go cho­roba.

-?Nie chcemy tego samego dla cie­bie -?zapew­niam. Tania rzuca mi wdzięczne spoj­rze­nie i deli­kat­nie gła­dzi moją dłoń, którą trzy­mam na jej ramie­niu.

-?Papa też by nie chciał. I jestem pewna, że poparłby to, co zamie­rzam zro­bić.

-?Zamie­niam się w słuch.

-?Otóż od pew­nego czasu pra­cuję nad nową struk­turą w Bel­le­Epo­que i jestem bli­ska końca pro­jektu.

-?Struk­turą czego?

Tania uśmie­cha się słodko.

-?Pracy, ma się rozu­mieć. Część moich obo­wiąz­ków przej­mie troje zastęp­ców.

-?Do tej pory mia­łaś jed­nego.

-?I dla­tego byłam wiecz­nie zmę­czona. Ale od czerwca to się skoń­czy. Wiesz, co to zna­czy?

Nie mam nawet sekundy, by odpo­wie­dzieć. Tania robi to za mnie:

-?Każdy week­end będę spę­dzać tu, z tobą. Nie w hote­lach lub w obcych mia­stach. Cie­szysz się?

Patrzy na mnie z taką nadzieją, że musiał­bym nie mieć serca, żeby powie­dzieć coś innego ani­żeli: "Ogrom­nie!".

-?To taki mały pre­zent ode mnie dla nas obojga -?mówi. -?Mam już naprawdę ser­decz­nie dość tego poczu­cia winy, kiedy muszę zosta­wić cię samego, wsiąść do tak­sówki i pędzić na lot­ni­sko. Dla­tego koniec z tym.

-?I nie zmie­nisz zda­nia, choćby cię bła­gali? -?mru­czę jej do ucha, bo wiem, jak to lubi.

-?Udam, że ich nie sły­szę. A skoro o zmia­nach mowa... Co powiesz na to, żeby­śmy wpro­wa­dzili do naszego życia jakiś nowy rytuał? Może każdy pią­tek w teatrze? Albo soboty za mia­stem? Cisza, natura, my...

Kiwam głową.

-?Tylko we dwoje? Każdy week­end? Brzmi odlo­towo.

-?I wie­czory. Zamie­rzam zamy­kać biuro naj­póź­niej o osiem­na­stej.

Jest tak pod­eks­cy­to­wana, że nie śmiem zmyć z twa­rzy uśmie­chu, który poja­wił się, kiedy zapy­tała, czy się cie­szę. Wykwitł, osiadł i został.

Odwra­cam więc wzrok od lustra i wycho­dzę z sypialni. Idę do gar­de­roby i zdej­muję z półki moje skó­rzane buty. Sia­dam na pufie i wiążę sznu­rówki. Sta­ram się nie patrzeć na Tanię, ale i tak kątem oka widzę, jak ta czer­wona plama zmie­rza w moim kie­runku. Tania zatrzy­muje się przy sąsied­nim regale i zaczyna prze­gląd tore­bek. Wybiera czarną z ceki­nami, potem wraca do sypialni, zapina na nad­garstku zega­rek i woła:

-?Wie­dzia­łam, że się spóź­nimy! Możesz spraw­dzić, co z tą tak­sówką?

Uspo­ka­jam ją i mówię, że taryfa już na nas czeka.

Śpie­szymy się, ale Tania zatrzy­muje się jesz­cze na chwilę w przed­po­koju. Spraw­dza w lustrze, czy jej mister­nie upięty kok dobrze się trzyma i czy sukienka nie opina się za bar­dzo na brzu­chu. Ma tam małą fałdkę, ale oboje uda­jemy, że jej nie widzimy.

Wpi­suje czte­ro­cy­frowy kod do alarmu. To jej ojciec kazał go kie­dyś zain­sta­lo­wać. Nie mia­łem oka­zji go poznać, bo zmarł, zanim poja­wi­łem się w życiu jego córki. Z tego, co wiem, miał obse­sję na punk­cie bez­pie­czeń­stwa. Jego ulu­bio­nym powie­dze­niem było "Kro­pla roz­wagi potrafi uga­sić morze kło­po­tów". Tania powta­rza je pra­wie codzien­nie. Pod tym wzglę­dem stała się jego żywym klo­nem.

Po wci­śnię­cia krzy­żyka mamy minutę na opusz­cze­nie miesz­ka­nia, więc zgar­niam z wie­szaka mary­narkę i wycho­dzę na klatkę scho­dową. Drzwi zamy­kają się z cichym klik­nię­ciem zamka. Wycho­dzimy.

Zjeż­dżamy windą na par­ter, a chwilę póź­niej sie­dzimy już w tak­sówce. Nie jedziemy daleko, bo zale­d­wie kilka prze­cznic dalej, na Bracką, pod Vit­kaca. Wolał­bym zjeść kla­sycz­nego mek­syka z bur­rito i chili con carne, ale znowu udaję zachwyt. Jedze­nie w Con­cept 13 nie jest złe, ale gdy pierw­szy raz zoba­czy­łem wiel­kość tam­tej­szych por­cji, myśla­łem, że to żart -?w sam raz dla kota. Spe­cjal­ność: kuch­nia mole­ku­larna -?wiel­kie halo z powodu kro­pli musu na środku tale­rza. Ale Tania uwiel­bia takie dzi­wac­twa. Poza tym lubi, kiedy jedze­nie wygląda jak dzieło sztuki, a tam rze­czy­wi­ście robią z nim cuda. Więc jest cud­nie, choć skąpo.

Wjeż­dżamy na piąte pię­tro. Pogoda jest ładna, na dwo­rze jakieś dwa­dzie­ścia stopni, więc odru­chowo kie­ruję się na taras. Kiedy tu jadamy, zawsze sia­damy na powie­trzu. Ale Tania łapie mnie za rękę i pro­wa­dzi do stołu w kącie sali.

-?Żar­tu­jesz?! -?wołam na widok czwórki ludzi macha­ją­cych do nas zza stołu. W rękach trzy­mają balony i trans­pa­rent z napi­sem: "40-tka bez bólu sta­wów nie ist­nieje". -?Co ci przy­szło do głowy? Jak mogłaś zapro­sić tę bandę łobu­zów!

Widzę, jak na jej twa­rzy maluje się prze­ra­że­nie. Chyba nie­źle zagra­łem, bo oczy Tani robią się okrą­głe, a w kąci­kach coś zaczyna się szklić. Czuję, że jesz­cze moment, a doj­dzie do łza­wej masa­kry.

-?Kocha­nie, prze­cież żar­tuję. -?Przy­tu­lam ją natych­miast. -?To był żart!

-?Żart?

-?No a co myśla­łaś. Że ja tak na serio? Ty mnie chyba w ogóle nie znasz.

-?Kie­dyś dostanę przez cie­bie ataku serca. Więc nie jesteś zły?

-?Jestem zachwy­cony! Nie wiem, jak mam ci dzię­ko­wać. Jak udało ci się zebrać ich w środku tygo­dnia?

-?Przy­znam, że łatwo nie było. Patrz tylko, jak się cie­szą, że cię widzą!

Roz­kła­dam ramiona i ści­skam się z każ­dym z nich po kolei.

-?Naj­lep­szego, stary byku!

-?Obyś wresz­cie zmą­drzał!

-?Życzę panu dużo zdro­wia.

-?Szczę­ścia, ojciec!

Dzię­kuję za życze­nia. Są śmie­chy, uści­ski, wszystko jak należy. Nawet wiążą mi przy krze­śle balony. Jeden z "40-tką", drugi z dola­rami, trzeci z gołą babką. Raczej nie kupili go w skle­pie z dzia­łem dzie­cię­cym.

Wychwy­tuję pełne uwiel­bie­nia spoj­rze­nie Tani. Jest auten­tycz­nie wzru­szona, że ma nas, kil­koro bli­skich jej osób. Bo przez czter­dzie­ści osiem lat nie miała przy sobie nikogo takiego. Oczy­wi­ście poza ojcem i Kingą.

Teraz ma nas. A przede wszyst­kim ma mnie, czyli -?jak sama lubi powta­rzać -?ma wszystko.

Kinga

Są dwie teo­rie na temat spóź­nia­nia się na spo­tka­nie. Obie wymy­ślili psy­cho­lo­go­wie, moi kole­dzy po fachu. Pierw­sza mówi, że spóź­nial­scy sabo­tują sami sie­bie -?nie doce­niają wła­snej war­to­ści, źle zarzą­dzają cza­sem i przez to sami utrud­niają sobie życie. Ma to sens, cho­ciaż mnie coś w tym zgrzyta i nie do końca w to wie­rzę, mimo że to twier­dze­nie opiera się na bada­niach. Druga teo­ria bar­dziej do mnie prze­ma­wia: spóź­nial­scy łakną uwagi i chcą swoim wej­ściem zro­bić wiel­kie "Wow".

Tania i Borys są tego dosko­na­łym przy­kła­dem. Na ich widok, odpi­co­wa­nych tak, że mucha nie siada, wszy­scy robimy prze­cią­głe "Wooow". Ale to ich dzień i ich święto, więc tak należy. Poza tym nikt nie ma pre­ten­sji o te pół godziny cze­ka­nia. Wszy­scy wiemy, jak bar­dzo zabie­gana jest Tania.

Teraz też się tłu­ma­czy:

-?Musia­łam zostać do połu­dnia w fir­mie, więc led­wie się wyro­bi­łam. Pew­nie umie­ra­cie z głodu. Dali wam cho­ciaż przy­stawki?

Krę­cimy prze­cząco gło­wami.

-?Tylko wino.

Tania marsz­czy lekko brwi. Jest gospo­dy­nią wie­czoru, więc czuje się w obo­wiązku wszystko napra­wić, i to natych­miast.

-?Zaraz zawo­łam kel­nerkę -?mówi, a w jej oczach bły­ska zna­jomy ognik ener­gii, który zawsze poja­wia się, gdy przej­muje kon­trolę. -?A tak w ogóle to zdą­ży­li­ście się już poznać?

Cho­dzi jej o dwoje mło­dych ludzi sie­dzą­cych po prze­ciw­nej stro­nie stołu, na wprost mnie i mojego męża Pio­tra. Kiedy tylko tu weszli, od razu zajęli krze­sła sto­jące tyłem do okna, a przo­dem do wej­ścia -?jakby chcieli mieć na oku wszyst­kich wcho­dzą­cych.

To pierw­szy raz, kiedy spo­ty­kamy się twa­rzą w twarz z synem Borysa, Huber­tem, i jego dziew­czyną, Arletą. On jest chu­dym i nie­wy­so­kim sza­ty­nem z wło­sami do ramion -?są byle jak obcięte i zasła­niają mu pół twa­rzy. Do tego jest blady jak szpi­talna ściana. Arleta to zupeł­nie inny typ -?to sek­sowny kociak o ciem­no­brą­zo­wych puklach się­ga­ją­cych pasa, uło­żo­nych w hol­ly­wo­odz­kie łagodne fale. Cerę ma por­ce­la­nową, a usta poma­lo­wane bor­dową pomadką. Jest ubrana w czarną sukienkę obfi­tu­jącą w koron­kowe prze­świty. Ewi­dent­nie lubi się wyróż­niać. On ma na sobie pro­ste dżinsy i białą koszulę, jakby zaraz miała się zacząć Wigi­lia. Pasują do sie­bie jak pięść do nosa. Łączy ich jedy­nie wiek i -?co widać od razu -?sza­le­jące hor­mony. Cią­gle się doty­kają. Wła­ści­wie to ona dotyka jego; po ple­cach, dło­niach i, dys­kret­nie, ale jed­nak, po udach, a on nie pro­te­stuje. Ma minę chłopca, który nie do końca wie­rzy w swoje szczę­ście. Bo ona, mimo całego swego wyuz­da­nia, jest naprawdę ładna.

Ile mogą mieć lat? Dwa­dzie­ścia? Dwa­dzie­ścia dwa? Borys musiał go spło­dzić, kiedy sam miał jesz­cze mleko pod nosem. Mło­dzień­cza głu­pota - dziecko zro­biło dziecko.

Piotr kiwa głową, że tak, że już zdą­ży­li­śmy zamie­nić ze sobą kilka zdań. Dorzuca przy tym, że Hubert jest bar­dzo podobny do Borysa. Moim zda­niem w ogóle nie jest. Chło­pak nie przy­po­mina swo­jego ojca w niczym. Ale Piotr lubi mówić ludziom miłe rze­czy, a prze­cież każdy rodzic czuje się połech­tany takim porów­na­niem.

Borys też jest dumny z syna.

-?Młody to moja krew! Udał mi się synek!

Pokle­puje przy tym chło­paka po karku.

Zmie­niamy temat i zaczy­nam mówić o tym, że wraz z Pio­trem pla­nu­jemy wyjazd do Toska­nii. Mój mąż jest pisa­rzem i szuka natchnie­nia. Tu, w Pol­sce, nie potrafi go zna­leźć. Więc może z dala od domu, w wyna­ję­tym na mie­siąc pokoju z wido­kiem na win­nicę, uda mu się zła­pać wenę. A mnie też przy­da­dzą się waka­cje, bo to, co robię, daje mi się mocno we znaki. Temat "pomoc mło­dym ludziom w kry­zy­sie psy­chicz­nym" jest jed­nak dość przy­gnę­bia­jący, więc szybko go zamy­kamy. W końcu przy­szli­śmy tu po to, aby świę­to­wać, a nie narze­kać. Dla mnie jed­nak waż­niej­sze od uro­dzin Borysa jest spo­tka­nie z Tanią -?tak dawno się nie widzia­ły­śmy, że nie możemy się sobą nacie­szyć i na sie­bie napa­trzeć. Ona znów tro­chę schu­dła, a ja też dość mocno zmie­ni­łam swój wygląd.

-?Ach, te twoje włosy! Wresz­cie prze­ko­na­łaś się do loków i widzisz, jak ci w nich dobrze? Ni­gdy wię­cej ich nie pro­stuj! Obie­caj! Prawda, kocha­nie, że teraz Kinga wygląda jak Car­rie Brad­show? Ta z Seksu w wiel­kim mie­ście. Odda­ła­bym życie za takie włosy!

Borys udaje, że zanie­mó­wił z wra­że­nia. Kła­dzie dłoń na pier­siach i otwiera sze­roko usta, jakby nagle prze­stał oddy­chać. To jego stary numer i wyko­nuje go po mistrzow­sku. Wie, że zawsze mnie to bawi.

-?Oddy­chaj -?mówię z uśmie­chem i trą­cam go w ramię, żeby prze­stał, bo z tego zachwytu gotów się udu­sić. -?Nie możesz umrzeć w swoje uro­dziny, to by dziw­nie wyglą­dało na nagrobku. Wyobra­żasz sobie ten napis?

Łapie wresz­cie powie­trze i mówi:

-?Może gdy­bym umarł, Piotr miałby wresz­cie jakiś cie­kawy temat do swo­jej książki. Powiedz mi, co jest z nim nie tak, że za cho­lerę nie może się prze­bić z tymi swo­imi kry­mi­nał­kami?

Piotr udaje, że tego nie sły­szy, a ja udaję, że mnie to bawi, choć czuję, jak rośnie mi ciśnie­nie. Kwe­stia kariery pisar­skiej mojego męża w ogóle mnie nie śmie­szy. To raczej pole minowe, po któ­rym trzeba wie­dzieć, jak stą­pać, aby Piotr nie popadł w depre­sję. Jesz­cze mniej bawi mnie to, że Borys pod przy­krywką żartu pró­buje mu dopiec. Nie wiem tylko za co ani po co. Może dla­tego, że w prze­ci­wień­stwie do niego Piotr usi­łuje zro­bić coś sen­sow­nego ze swoim życiem. Nie­ważne, że sku­tek jest marny. Ważne, że pró­buje. A Borys? Sta­ram się być dla niego uprzejma, ale prawda jest taka, że to dupek. Jedyne, czym się może pochwa­lić, to ten uśmiech wiecz­nego chłopca i żona, która ogar­nia całą firmę, dom i jego zachcianki. Gdyby nie Tania, nie byłoby ani szynki w lodówce, ani per­fum Diora w łazience. Czuła się tak zmę­czona samot­no­ścią, że zako­chała się w nim bez pamięci.

Teraz też wpa­truje się w niego oczami peł­nymi miło­ści. Są po ślu­bie dopiero rok, więc może dla­tego. W każ­dym razie w tej chwili widzę ją auten­tycz­nie szczę­śliwą.

Się­gam po dzba­nek z wodą i pytam, komu nalać, bo chcę jak naj­szyb­ciej zatrzeć ślad po tym nie­mi­łym dla Pio­tra incy­den­cie. Każdy pod­suwa swoją szklankę, poza Bory­sem. Już nie zwraca na mnie uwagi. Jest zajęty roz­mową z synem. Ta roz­mowa jest bar­dzo cicha, wła­ści­wie to szept. Do tego musi być poważna, bo Borys co pewien czas napręża palce rąk, jakby były pod napię­ciem. Docie­rają do mnie jedy­nie skrawki sylab, więc nawet nie pró­buję zgad­nąć, o co cho­dzi.

Odsta­wiam dzba­nek i szu­kam wzro­kiem Tani, ale ni­gdzie jej nie ma. Pew­nie poszła szu­kać kel­nerki, żeby ta zebrała wresz­cie nasze zamó­wie­nia.

-?Pan podobno jest pisa­rzem? -?sły­szę nagle głos Arlety. -?Co pan pisze? Kry­mi­nały, naprawdę? Eks­tra! Może jakiś czy­ta­łam? Niech mi pan poda jakiś tytuł. No nie­stety... nie koja­rzę. Wie pan, co sły­sza­łam o auto­rach kry­mi­na­łów? Że potra­fią wymy­ślać plan zbrodni abso­lut­nie wszę­dzie. Niech się pan przy­zna, pan też to robi? Może nawet teraz coś cho­dzi panu po gło­wie?

-?Nie... Tu nie da się nic wymy­ślić. Ale masz rację. Wszystko może stać się inspi­ra­cją.

-?Nawet ja?

-?To zależy, co masz do zaofe­ro­wa­nia.

-?O, bar­dzo dużo. Pan nie wie, ale ja też jestem artystką. Aktorką. Jesz­cze nie zawo­dową, jed­nak już nie­długo dostanę rolę w pew­nym dużym przed­się­wzię­ciu. Tylko naj­pierw muszę przejść casting. Boże, jak ja marzę o tej roli! Dała­bym się dla niej pociąć. Tam też jest zbrod­nia, wie pan? Pan ni­gdy nie myślał o napi­sa­niu sce­na­riu­sza do filmu? To by dopiero było, gdy­by­śmy pew­nego dnia spo­tkali się na pla­nie.

Jest głodna suk­cesu. Nie­ważne, że nikt ni­gdy o niej nie sły­szał. Jesz­cze usły­szy. Jest młoda, zde­ter­mi­no­wana i wygląda zja­wi­skowo. Wystar­czy, że pozbę­dzie się tej swo­jej pseu­do­gwiaz­dor­skiej maniery, jaką jest cią­głe odgar­nia­nie do tyłu wło­sów. Arleta robi to powol­nym, teatral­nym gestem, wygi­na­jąc szyję i lekko roz­chy­la­jąc usta. Za wszelką cenę chce sku­pić na sobie uwagę nawet tutaj, w zwy­kłej restau­ra­cji. Jest w pełni świa­doma swo­jej urody jako kobieta, ale mniej pewna wła­snej war­to­ści jako czło­wiek. Od razu widać, że ma w sobie jakiś emo­cjo­nalny brak, który pró­buje zakryć efek­ciar­stwem i prze­ry­so­wa­nym wdzię­kiem.

Piotr nato­miast jest face­tem, a faceci dają się zła­pać na ładne oczy, ochy i achy. To zawsze działa bez pudła. Zain­te­re­so­wa­nie dziew­czyny schle­bia mu na tyle, że nie umie sobie z nim pora­dzić. Strzela kost­kami pal­ców, spraw­dza też, czy jego włosy zwią­zane na czubku głowy w kitkę przez przy­pa­dek nie odpa­dły. Oka­zuje się, że są na miej­scu. Tro­chę to wszystko zabawne, a tro­chę żało­sne. Łapię się na tym, że czuję ukłu­cie zazdro­ści, choć nie powin­nam. Prze­cież po kola­cji każde z nas rozej­dzie się w swoją stronę.

-?Zoba­czymy -?odpo­wiada Piotr, dorzu­ca­jąc filu­terny uśmiech.

-?Byłoby nie­sa­mo­wi­cie! Wie pan, że ni­gdy wcze­śniej nie pozna­łam żad­nego pisa­rza. Ile pan wydał ksią­żek?

Arleta okręca sobie wokół palca pasmo wło­sów i wpa­truje się w niego wzro­kiem zauro­czo­nego cie­lę­cia.

-?Cztery, więc można powie­dzieć, że dopiero star­tuję.

-?Cztery to bar­dzo dużo! -?Oczy dziew­czyny robią się okrą­głe. -?Ja nie umia­ła­bym napi­sać nawet jed­nej strony!

Na usta ciśnie mi się "Nie­moż­liwe", ale posta­na­wiam trzy­mać język za zębami.

Arleta już nabiera powie­trza, gotowa na kolejne pyta­nie, ale na szczę­ście w tym momen­cie wraca Tania. Tuż za nią drep­cze kel­nerka, nio­sąc karty dań i elek­tro­niczny notes.

Zaczyna się rytuał wyboru -?absur­dal­nie długi moment, w któ­rym każdy głowi się nad tym, czy posta­wić na gril­lo­waną ośmior­nicę, czy może jed­nak na żebro wołowe. Roz­wa­ża­nia nad menu mają w sobie coś z egzy­sten­cjal­nej decy­zji -?jakby od tego, co trafi na talerz, zale­żała reszta naszego życia.

Tylko Hubert nie wydzi­wia. Od razu mówi, że na główne danie chce kre­wetki w bia­łym winie, a na deser ser­nik. To w ogóle jedyne, co wypo­wiada na głos, bo wcze­śniej albo mil­czał, albo szep­tał o czymś z ojcem. Po zło­żo­nym zamó­wie­niu ponow­nie wyco­fuje się z dys­ku­sji. Widać, że nie chce, aby kto­kol­wiek zwra­cał na niego uwagę. Unika kon­taktu wzro­ko­wego, co przy tak dłu­gich wło­sach nie jest aku­rat wyzwa­niem. Im dłu­żej go obser­wuję, tym bar­dziej czuję, że ma w tym swój cel. To tro­chę dziwne dla ludzi w jego wieku. Mło­dzi zwy­kle chcą być zauwa­żeni, dla­tego są gło­śni i eks­pre­syjni. Jak Arleta. A on? On chowa się w sko­ru­pie ciszy i braku uwagi, bo tam jest mu dobrze i bez­piecz­nie. Jakby chciał być nie­wi­dzialny.

Więc nie, zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mina swo­jego ojca.

Coś mnie intry­guje w tym chło­paku, kiedy tak na niego patrzę. Coś nie­po­koi. Poczu­łam to od razu, jak tylko się ode­zwał w spra­wie tych kre­we­tek i ser­nika. Nie potra­fię jed­nak tego nazwać, przy­naj­mniej na razie.

Arleta

Zwy­kle nie impre­zuję z ludźmi w wieku moich rodzi­ców. Towa­rzy­stwo przy­po­mina raczej skład rady osie­dla ani­żeli ekipę, z którą można się dobrze bawić. Jestem tu tylko dla Huberta, a on z kolei jest tu dla swo­jego ojca, któ­remu wła­śnie stuk­nęła czter­dziestka. Czwórka z przodu ozna­cza jedno: facet ofi­cjal­nie prze­kro­czył strefę cie­nia. Nie rozu­miem, co tu świę­to­wać i z czego się cie­szyć, no ale skoro musi... Reszta gości już od dawna rezy­duje w tej stre­fie, więc spę­dze­nie z nimi kilku godzin to jak oglą­da­nie filmu, któ­rego treść i finał zna się na pamięć - czło­wiek tylko czeka, aż zaczną lecieć napisy koń­cowe.

Z góry wiem, o czym będą gadać: o wypa­le­niu w pracy, o roz­wo­dach wśród zna­jo­mych i o cudow­nym dzia­ła­niu na jelita płat­ków owsia­nych wrzu­ca­nych na natu­ralny jogurt. Całe szczę­ście, że nikt tu nie ma małych dzieci, bo wje­cha­łoby jesz­cze ząb­ko­wa­nie i kącik opo­wie­ści o pie­lu­chach i śpie­wa­ją­cych noc­ni­kach. Ale o jeli­tach to na bank będzie gadane. Dla­tego umó­wi­li­śmy się z Huber­tem, że odkle­piemy dwie, góra trzy godziny i się ulot­nimy. Trzeba tylko zna­leźć dobrą wymówkę. Wcho­dząc tu, jesz­cze jej nie wymy­śli­li­śmy, ale kiedy usły­sza­łam, że Hubert zama­wia kre­wetki, po któ­rych zawsze ma rewo­lu­cję w żołądku, i do tego ser­nik, mimo że nie tole­ruje lak­tozy -?od razu wie­dzia­łam, że mamy plan -?zro­zu­mia­łam, że wyj­ście awa­ryjne już jest. Hubert lubi od czasu do czasu iść na całość. Tym razem poszedł wyjąt­kowo ostro. Na moje oko wyj­dziemy stąd zaraz po wrę­cze­niu pre­zen­tów, czyli za jakieś pół­to­rej godziny.

Póki co impreza się nie klei. Pró­bo­wa­łam poga­dać przez chwilę z typem kreu­ją­cym się na wiel­kiego pisa­rza. Ni­gdy o nim nie sły­sza­łam. Wydał cztery książki, ale z tego, co zro­zu­mia­łam, wszyst­kie zali­czyły twarde lądo­wa­nie. Mimo to pró­bo­wa­łam się tro­chę nim poza­chwy­cać, jakby miał co naj­mniej per­spek­tywę na lite­rac­kiego Nobla. Zawsze to pod­bu­do­wuje arty­stów, więc chcia­łam być miła. Kobieta, z którą przy­szedł, nie wyglą­dała na zachwy­coną moim uda­wa­nym entu­zja­zmem, więc szybko spa­so­wa­łam. Niby psy­cho­log, a jed­nak nie potrafi ukryć zazdro­ści. Żenu­jące.

Tak naprawdę nie mam tu z kim gadać. Tylko Tania jest spoko, ale dziś jest lekko zago­niona.

-?Wyj­dziemy na taras? -?Hubert wyrywa mnie z zamy­śle­nia nad nędzą tej całej sytu­acji. -?Tyłek mnie boli od tego sie­dze­nia, a jedze­nie i tak przy­niosą dopiero za jakieś dwa­dzie­ścia minut.

Taras wydaje się super opcją. Wycho­dzimy pod pre­tek­stem zapa­le­nia papie­rosa. Choć Tania staje na gło­wie, by roz­ru­szać towa­rzy­stwo, atmos­fera zgęst­niała i wisi jak dym nad sceną. Pew­nie przez to dogry­za­nie Pio­trowi przez Borysa. Wystar­czyło jedno głu­pie zda­nie, a kli­mat bez­pow­rot­nie siadł.

Kiedy prze­kra­czamy próg tarasu, nikt nie odpro­wa­dza nas wzro­kiem. Z wyjąt­kiem Kingi. Jej spoj­rze­nie sunie za nami jak cień. Patrzy głów­nie na Huberta. Nie w spo­sób roman­tyczny, cho­ciaż wiem, że star­sze kobiety lubią sobie fan­ta­zjo­wać o młod­szych face­tach. Tu cho­dzi o coś zupeł­nie innego.

Zamy­kam za nami szklane drzwi.

-?Kinga wyraź­nie się tobą inte­re­suje -?mówię, nie spusz­cza­jąc wzroku z jej syl­wetki za szybą. -?Wiesz, co tu jest grane?

-?Może się jej podo­bam.

Hubert wzru­sza ramio­nami, robi dziwną minę, która ma być zabawna, i patrzy w dół, na sunące ulicą samo­chody.

Zapa­lam papie­rosa i roz­glą­dam się za popiel­niczką. Żad­nej tu nie ma, skła­dam więc na pół restau­ra­cyjną ser­wetkę i w nią strzą­sam popiół.

-?Nie lubię wścib­skich ludzi, a ona mi na taką wygląda. Myślisz, że każdy tera­peuta taki jest? -?pró­buję ponow­nie zaga­dać.

-?Psy­cho­log.

-?Co?

-?Jest psy­cho­lo­giem, nie tera­peutką.

-?Co za róż­nica. Jedni i dru­dzy lubią wści­biać nos w nie swoje sprawy. Kiedy ci powie­działa, że jest psy­cho­lo­giem, bo nie sły­sza­łam?

-?Nie wiem... Nie pamię­tam... Jakoś mię­dzy sło­wami.

-?Mię­dzy sło­wami? Prze­cież nie zamie­ni­łeś z nią ani jed­nego.

-?Wylu­zuj, Mała. Czy to ważne?

-?Bo ja wiem. Chyba nie.

-?To odpuść. Nie masz więk­szych zmar­twień?

Nie idzie mi ten papie­ros. Oddaję nie­do­pa­łek Huber­towi. Koń­czy go trzema solid­nymi machami.

Od kiedy weszli­śmy do Vit­kaca, jest napięty. Ni­gdy nie był duszą towa­rzy­stwa, ale teraz to już prze­gina.

-?Tania jest nie­sa­mo­wita. Naprawdę się posta­rała -?zmie­niam temat, widząc, jak do sto­ją­cego w restau­ra­cji for­te­pianu zasiada star­szy męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze. -?Zapo­wiada się muzyka na żywo.

Po chwili docie­rają do nas pierw­sze dźwięki Fly Me to the Moon Sina­try.

Pia­ni­sta gra naprawdę dobrze, czym nam obojgu popra­wia humor. Obej­muję Huberta w pasie i zaczy­namy się kiwać mia­rowo na boki. Przez chwilę jest jak w La La Land -?ist­nie­jemy tylko my dwoje, a reszta świata gdzieś znika. Hubert, tro­chę sztywny, dep­cze mi po sto­pach, ale i tak jest mi dobrze. Nasz taniec nie trwa nie­stety długo. Kiedy koń­czy się Fly Me, sły­szymy puka­nie w szybę. Tania woła nas na obiad. Wła­śnie podano zupę.

Piotr

Kiedy wra­cam z WC, wszy­scy sie­dzą już nad tale­rzami z zupą, ale nie jedzą. Cze­kają. Chyba na mnie, bo tak wypada, żeby­śmy zaczęli jeść jed­no­cze­śnie. Mamy być zgrani jak pły­waczki syn­chro­niczne.

-?Wygląda na to, że czas w ubi­ka­cji bie­gnie wol­niej niż tutaj -?silę się na cienki żart.

Tania patrzy na mnie wyro­zu­miale i uśmie­cha się uprzej­mie.

-?Sia­daj i jedzmy już, bo zaraz wszystko wysty­gnie.

Nim zdążę pod­nieść łyżkę, Kinga dorzuca swoje:

-?Piotr od pew­nego czasu prze­stał patrzeć na zega­rek.

Fakt, prze­sta­łem. Tylko po co o tym opo­wia­dać.

-?Zamie­rzasz żyć jak hipis? -?Tania ociera usta ser­wetką. -?Też pró­bo­wa­łam, ale pole­głam. Nie przy tym cią­głym koł­cho­zie, jaki mam w fir­mie.

-?U cie­bie przy­naj­mniej coś się dzieje. Mnie cho­dzi raczej o twór­czą ener­gię. Muszę wresz­cie zwol­nic blo­kadę, a pre­sja czasu i życie według zegara robi z niej totalną mia­zgę.

Borys ma minę, jakby chciał powie­dzieć: "Prze­cież ty nie masz żad­nej ener­gii, czło­wieku". Tania też to widzi. I, o ile ją znam, zaraz będzie pró­bo­wała rato­wać sytu­ację.

-?To jakaś nowa teo­ria? Nie sły­sza­łam.

-?Bro­no­wicz tak uważa -?Kinga znów wyrę­cza mnie w odpo­wie­dzi.

-?Ten pisarz?

-?Wybił się ostat­nio. Przez tyle lat nikt o nim nie sły­szał i nagle bum! Jego ostat­nia książka miała aż trzy dodruki, nie­źle, co? Facet chwali się, że sprze­dał milion egzem­pla­rzy po pol­sku i angiel­sku, bo za gra­nicą też go wydają. Teraz śmieje się w twarz tym, któ­rzy przez lata byli na pisar­skim świecz­niku, a jego mieli za gra­fo­mana. Więc nic dziw­nego, że Piotr ma go za guru.

Mam ochotę kop­nąć ją pod sto­łem w kostkę. Nie zno­szę, jak publicz­nie robi się ze mnie pisar­ską kary­ka­turę -?kogoś, kto nie ma wła­snego pomy­słu na sie­bie i zrzyna go od innych.

-?Ostat­nio był z nim wywiad w tele­wi­zji. Dzien­ni­karz zapy­tał, co pomaga mu w pracy, a ten powie­dział, że odkąd powy­rzu­cał z domu wszyst­kie zegary, czuje się wolny, a jego pisar­ska fan­ta­zja po pro­stu sza­leje. Pew­nie nie wie­cie, ale Piotr...

-?Kocha­nie, oni nie chcą tego słu­chać -?prze­ry­wam jej w pół zda­nia.

Mówię na tyle ostro, że powinna wyczuć mój nastrój.

-?...Piotr kolek­cjo­nuje rady wszyst­kich zna­nych pisa­rzy -?Kinga mówi dalej, bez­tro­sko wyma­chu­jąc łyżką. -?Zało­żył nawet spe­cjalny notes, w któ­rym je zapi­suje. Ma nadzieję, że któ­raś w końcu zadziała.

Śmieje się przy tym, bo to prze­cież bar­dzo śmieszne. Jej kie­li­szek po winie jest pusty, więc już łapię, skąd ten dobry humor. Na trzeźwo by mi tego nie zro­biła. Poza nią nie śmieje się nikt, nawet Borys, choć ni­gdy nie prze­pusz­cza oka­zji, żeby po mnie poje­chać.

-?Chcia­łam tylko powie­dzieć, że nie ma nic złego w szu­ka­niu inspi­ra­cji u lep­szych od sie­bie.

Niech mnie naj­le­piej pode­pnie do dwóch koni i roze­rwie na pół -?i tak będzie mniej bolało. Teraz czuję się wręcz podle. Pozo­stała czwórka rów­nież wyczuwa nie­zręcz­ność sytu­acji, dla­tego udają, że są śmier­tel­nie sku­pieni na tym, co mają w taler­zach. Sie­dzą ze schy­lo­nymi gło­wami i wio­słują w mine­strone.

-?Ja tam pana rozu­miem -?odzywa się nagle Arleta. -?Też dała­bym wszystko za prze­pis na suk­ces. Jeśli ktoś już go zna­lazł, to czemu z niego nie sko­rzy­stać.

W jej okrą­głych, ciem­nych oczach widzę, że jest po mojej stro­nie. Czeka, aż jej podzię­kuję, ale nie zamie­rzam brnąć w tę dys­ku­sję. Też chwy­tam za łyżkę i zanu­rzam ją w zupie.

-?Piotr nic innego nie mówi, jak tylko "Muszę dołą­czyć do pisar­skiej elity, muszę dołą­czyć do pisar­skiej elity" -?Kinga wciąż się roz­kręca. Kładę dłoń na jej dłoni i lekko ją zaci­skam, co powinna ode­brać jako jasny sygnał, że ma zamknąć buzię. Ale naj­wy­raź­niej wciąż nie rozu­mie, jak bar­dzo mnie ośmie­sza. -?Nie może prze­bo­leć, że nikt go nie doce­nia. Aż mi go szkoda.

Czuję, jak wszystko się we mnie zaci­ska. Na ratu­nek idzie mi tym razem Tania.

-?To tylko kwe­stia czasu. Piotr ma talent, a to naj­waż­niej­sze. Poza tym żaden arty­sta nie ma dziś łatwo.

Arleta przy­ta­kuje z aktor­ską inten­syw­no­ścią.

-?Wła­śnie. Ze mną jest podob­nie -?mówi, patrząc mi pro­sto w źre­nice. - Ja czuję to samo. Brak suk­cesu potrafi czło­wieka wypa­tro­szyć z chęci robie­nia cze­go­kol­wiek. Ale nie wolno się pod­da­wać. Ni­gdy.

Jest zabawna w tym swoim zacię­ciu.

-?Coś panu powiem -?cią­gnie dalej. -?Teraz są takie czasy, że wystar­czy jedno zda­rze­nie, by wypły­nąć. Jedno, ale za to mocne. Takie, żeby wszy­scy je zapa­mię­tali. Coś, co wyrwie ludzi z butów, rozu­mie pan? A potem to już samo­graj. Niech tylko media połkną haczyk, a zaczną dziać się cuda.

Ame­ryki nie odkryła. Tylko że ja żad­nym skan­da­li­stą nie jestem. A może jed­nak nade­szła pora, żebym wresz­cie odpa­lił jakąś bombę? Co by było, gdy­bym zamiast pisać o zbrod­niach, jakąś popeł­nił? Choćby za to, co wła­śnie usły­sza­łem z ust mojej żony.

To oczy­wi­sty żart. Nie wiem, co musia­łoby się naprawdę stać, żebym posu­nął się do osta­tecz­no­ści.

A mine­strone jest pierw­sza klasa.

Hubert

Mój nastrój jest dziś mocno koślawy, i to od samego rana. Od lat śpię płytko i krótko, ale ostat­nia noc dała mi wyjąt­kowo w dupę. Nie­po­trzeb­nie wypa­li­łem zioło. Gene­ral­nie już nie palę, ale tym uro­dzi­no­wym spo­tka­niem tak się spią­łem, że dla wylu­zo­wa­nia zapa­li­łem. Wtedy się zaczęło. Obla­zły mnie kosz­mary i migawki z prze­szło­ści. Powra­ca­jące obrazy i dźwięki -?sze­lest mate­raca, blu­zgi docho­dzące zza ściany i obrzy­dliwy zapach chloru do dezyn­fek­cji łazienki.

Chcia­łem się znie­czu­lić, a wyszło na odwrót. Takie spędy po pro­stu są nie dla mnie. Dużo bar­dziej wolę samot­ność i ciszę. Ewen­tu­al­nie mogę jesz­cze pobu­jać się z Arletą, ale i to nie zawsze. Pro­blem w tym, że dziew­czyny jak już zła­pią faceta, to lubią sie­dzieć mu na gło­wie od rana do nocy. Na szczę­ście Arleta umie sobie zor­ga­ni­zo­wać dzień. Gania na castingi do fil­mów, tele­wi­zji i tele­dy­sków. Wszę­dzie się wci­ska. A jak nie gania na te prze­słu­cha­nia, to uczy się na pamięć tek­stów i ról, a potem wrzuca te nagra­nia na YouTube. Ma nadzieję, że jakiś sławny reży­ser ją tam zauważy i zaan­ga­żuje do roli. Twier­dzi, że dzięki temu robi sobie wie­lo­po­zio­mowe port­fo­lio. I niech robi, wiem, że to ją strasz­nie kręci. W każ­dym razie potrafi zająć się sobą. Jest ide­alną part­nerką i razem mieszka się nam ele­gancko.

Co innego sie­dze­nie kilka godzin w gru­pie ludzi, któ­rzy będą pró­bo­wali ze mną o czymś roz­ma­wiać. Już samo myśle­nie o tym zerwało mi sen z powiek. Lekarz pew­nie stwier­dziłby u mnie ner­wicę. Dla­tego musia­łem zapa­lić.

I jesz­cze ten Vit­kac. Nie przy­wy­kłem do ele­ganc­kich lokali. Czuję się w nich total­nie głu­pio, jak dre­siarz na gali ope­ro­wej. Knajpa z tara­sem i pia­ni­stą zde­cy­do­wa­nie nie jest dla mnie. Już dużo lep­sze są ciemne parki albo ciche cmen­ta­rze. Wszel­kie miej­sca, gdzie nie ma tłu­mów. Ale jestem tu. Dla­tego, gdy tylko poja­wiła się opcja, żeby wyjść z sali na powie­trze, od razu ruszy­łem tyłek.

Na tara­sie nie ma nikogo, czyli jest tak, jak lubię. Do tego powie­trze pach­nie latem i roz­grza­nym asfal­tem. To dobry zapach, o wiele lep­szy od tego, który czu­łem przez sześć lat, będąc w zupeł­nie innym miej­scu. Tam waliło na zmianę potem, rzy­go­wi­nami i pły­nem do dezyn­fek­cji. Tam­ten smród wżarł mi się w pamięć jak tatuaż pod skórę. Więc, dla kon­tra­stu, zapach miej­skiego asfaltu to praw­dziwe per­fumy.

Na powie­trzu od razu mi lepiej. Arleta chce zatań­czyć i przy oka­zji pstryk­nąć sobie kilka zdjęć do port­fo­lio. Godzę się, ale pod warun­kiem że nie będzie mnie w kadrze. Plecy lub tył głowy mogę poka­zać, ale nie twarz.

Kiwamy się tro­chę na boki, do przodu i w tył, póki Tania nie zawoła nas do stołu. Sia­dam nad zupą, odru­chowo zasła­nia­jąc ręką talerz. Cofam ją dopiero po tym, jak ojciec chrząka do mnie zna­cząco. Tu nie trzeba wal­czyć o jedze­nie, ale wygląda na to, że chyba ni­gdy nie wyzbędę się tego obcia­cho­wego nawyku. Na wszelki wypa­dek wsu­wam lewą rękę mię­dzy uda, by się wię­cej nie wygłu­pić.

Ojciec jesz­cze przez chwilę patrzy na mnie czuj­nie, jak na jakiś ładu­nek wybu­chowy. Dla jasno­ści -?rozu­miem go. Nie chce, żebym wyrwał się z czymś, co schrzani to przy­ję­cie. A ja... ja po pro­stu chcę je prze­trwać.

Zaraz po zupie przy­no­szą dru­gie dania. Dla mnie to ulga. Nie ma czasu na roz­mowy, bo w kli­ma­ty­zo­wa­nej sali wszystko szybko sty­gnie. Każdy sku­pia się więc na tym, co ma na tale­rzu. Ja mam kre­wetki, które nadzie­wam na wide­lec i wsu­wam jedną po dru­giej. Cze­kam, aż zacznie mi się robić od nich nie­do­brze. Wtedy się stąd zwinę.

Zabawa w tru­cie żołądka trwa w naj­lep­sze, kiedy kątem oka wychwy­tuję zacie­ka­wione spoj­rze­nie Kingi. Myśli, że tego nie zauwa­żam, bo nawija o jakimś pisa­rzu, a do tego jest napruta winem. Ale ja widzę to dosko­nale. Arleta miała rację, ewi­dent­nie mnie ska­nuje. Czuję, że zaczy­nam się pocić.

Poły­kam ostat­nią z kre­we­tek i odkła­dam wide­lec na talerz.

-?Wiesz już, co chcesz dostać na uro­dziny? -?rzu­cam w stronę ojca, by prze­kie­ro­wać uwagę ze mnie na niego.

Ojciec nie jest jak każdy nor­malny czło­wiek. Nie cie­szy się z goto­wych nie­spo­dzia­nek i nie roz­pa­ko­wuje pre­zen­tów, zry­wa­jąc z nich kolo­rowy papier.

-?No wła­śnie, wymy­śli­łeś już coś? -?dołą­cza się Tania. Wpa­truje się w niego z tkli­wym uśmie­chem, gotowa speł­nić każde jego marze­nie. -?Mów! Wszy­scy jeste­śmy cie­kawi, co ci cho­dzi po gło­wie.

Ojciec chwilę mil­czy, ale i tak dosko­nale wiem, czego chce. O czar­nym Porsche Cay­enne nawi­jał mi chyba ze sto razy. Ale nie wykrztusi tego tutaj, przy wszyst­kich. Tania ma wpraw­dzie kasy jak lodu, ale są dopiero rok po ślu­bie, więc wypa­da­łoby zacho­wać pozory przy­zwo­ito­ści. Nie obsku­bie jej prze­cież na star­cie na pół miliona. Człon­ko­stwo w klu­bie teni­so­wym, fir­mowe zegarki i skoki spa­do­chro­nowe -?to jesz­cze ujdzie. Ale Porsche? Na to musi pocze­kać kolejny rok albo i nawet cztery, do peł­nej, pią­tej rocz­nicy. No chyba że Tania nagle umrze i zostawi mu w spadku całą górę hajsu.

-?Może was zasko­czę, ale... nie chcę nic -?mówi w końcu.

Kinga i Piotr nie wyglą­dają na zasko­czo­nych. Ojciec zdą­żył już nazbie­rać tro­chę super zaba­wek. Ma już wszystko, oczy­wi­ście poza tym czar­nym Porsche.

Arleta, choć w tej chwili nikt jej nie nagrywa, prze­wraca fil­mowo oczami. Chyba mu nie dowie­rza. Za to Tania ma ewi­dentny zgryz.

-?Kocha­nie, tak nie można... To prze­cież twoje uro­dziny. Zupeł­nie nic?

Ojciec kręci głową.

-?Wystar­czy mi, że mam cie­bie.

Istna kome­dia.

-?Nie­złe jaja -?szep­cze mi do ucha Arleta. -?Sły­sza­łeś?

Każdy to sły­szał. Ojciec wyar­ty­ku­ło­wał swoje wyzna­nie na tyle gło­śno, by każdy dobrze zro­zu­miał, że kocha Tanię ponad wszystko i że ich zwią­zek jest ide­alny. Szkoda, że w tym roz­rzew­nie­niu zapo­mniał o mnie, że ja też coś tam dla niego zna­czę. Cho­ciaż nie... ja jestem tylko prze­szkodą. Robię za życiową kom­pli­ka­cję.

Kurwa... Ile ja razy sły­sza­łem, że na to, aby był ze mnie dumny, muszę srogo zapra­co­wać! Wbił mi to do głowy lata temu, kiedy byłem dzie­cia­kiem. "Sta­raj się. Prze­cież wiesz, na co liczę". Wie­dzia­łem. Wiem to do dzi­siaj. Sły­sza­łem to nawet kilka minut temu, bo powta­rza mi to za każ­dym razem, kiedy się widzimy.

-?Ojciec ma takie jedno marze­nie... -?mówię tak gło­śno, że aż sam się dzi­wię, że tak się da.

Stary obraca się w moją stronę.

-?Synu, daj spo­kój, mnie nic nie trzeba...

-?Ni­gdy dotąd nie pły­nął jach­tem -?mówię dalej, po czym zwra­cam się bez­po­śred­nio do Tani. -?Podobno masz patent ster­nika.

Jest zasko­czona pyta­niem, bo niby skąd ja mam o tym wie­dzieć.

-?Ojciec mówił, że poka­zy­wa­łaś mu stare nagra­nia ze swo­ich rej­sów.

-?To było tak dawno temu! Patent zro­bi­łam przed laty, kiedy byłam na czwar­tym roku stu­diów.

Macha dło­nią, baga­te­li­zu­jąc temat.

-?Razem go robi­ły­śmy, pamię­tasz? -?odzywa się Kinga nieco beł­ko­czą­cym gło­sem. -?Byłaś dużo lep­sza ode mnie. Od razu łapa­łaś wszystko, jak­byś uro­dziła się na jach­cie. Te liny... i usta­wie­nia żagli! Ja musia­łam wku­wać wszystko po sto razy. Do egza­minu też pod­cho­dzi­łam ze sto razy. -?Par­ska śmie­chem tak, że aż musi przy­ło­żyć do ust ser­wetkę. -?Już po dru­gim mia­łam dość, ale zmu­si­łaś mnie, żebym nie odpusz­czała.

-?Świę­to­wa­ły­śmy potem całą noc. Pamię­tasz, jak wypo­ży­czy­łam dla nas stroje mary­nar­skie? O mój Boże, wyglą­da­ły­śmy tak komicz­nie! Ale były­śmy gotowe opły­nąć cały świat.

-?I pra­wie to zro­bi­ły­śmy! Już tydzień póź­niej w ramach nagrody popły­nę­ły­śmy wzdłuż wybrzeża Hisz­pa­nii. Wypo­ży­czy­ły­śmy jacht. Jak on się nazy­wał... -?Kinga pstryka pal­cami w powie­trzu.

-?Białe Tango.

-?Tak, Białe Tango! Maszyna była sztos! Do tego hybryda, miała żagle i sil­nik. Praw­dziwe cacko. A noce, pamię­tasz? Rzu­ca­ły­śmy kotwicę w por­tach, a potem kła­dły­śmy się na pokła­dzie z butelką wina i gada­ły­śmy o głu­po­tach, gapiąc się w gwiazdy. Szły­śmy pod pokład, dopiero jak zaczy­nało cią­gnąć od wody, że aż z zimna siniały nam usta.

-?Do dziś nie wiem, jak dały­śmy radę ste­ro­wać tym jach­tem tylko we dwie.

-?Wariatki! -?Kinga kręci z nie­do­wie­rza­niem głową. -?Nor­mal­nie, wariatki!

-?Nie zapo­mnę tego rejsu do końca życia.

Ewi­dent­nie wywo­ła­łem dobre wspo­mnie­nia. Wyczu­wam, że na sen­ty­men­cie Tani mogę co nieco ugrać. Na przy­kład to, aby ojciec już ni­gdy wię­cej nie powie­dział do mnie, żebym wciąż się sta­rał. Nie ufa mi, choć "sta­ram się" już od tylu lat.

-?Możesz go powtó­rzyć -?mówię. -?Ojciec ni­gdy dotąd nie pły­wał na otwar­tym morzu. Zrób powtórkę, ale tym razem z nim.

Ojciec na razie nie pro­te­stuje. Może nagle zapo­mniał o czar­nym Porsche i jacht wydał mu się czymś rów­nie cie­ka­wym. W końcu do kom­pletu jego eks­klu­zyw­nych doko­nań bra­ko­wało jesz­cze cze­goś takiego jak rejs.

-?Sam nie wiem... -?mówi po chwili zasta­no­wie­nia. -?To chyba byłby zbyt duży kło­pot. Poza tym wyna­jem jachtu kosz­tuje for­tunę.

Tania uśmie­cha się tajem­ni­czo.

-?Nie musimy go wynaj­mo­wać.

-?Tylko co, mie­li­by­śmy ukraść?

Tania prze­wraca oczami i robi to nie­go­rzej niż Arleta.

-?Kraść też nie musimy. Wiem, że was zasko­czę, ale... Białe Tango od zawsze nale­żało do nas. I wciąż należy.

Nad naszym sto­łem zapada cisza. Zwy­kle po takich infor­ma­cjach ludzie robią wiel­kie "Wooow", ale tym razem nikt się nie odzywa. A nagłe mil­cze­nie zwy­kle zwia­stuje kło­poty.

-?Dla­czego mi o tym nie powie­dzia­łaś? -?pierw­sza odzywa się Kinga. Odno­szę wra­że­nie, że nagle otrzeź­wiała. Do tego w jej gło­sie ewi­dent­nie sły­chać pre­ten­sję.

-?Sama nie wiem. Chyba bałam się, że poczu­jesz się z tym dziw­nie.

-?Teraz wła­śnie tak się czuję.

-?Kinga, to było dwa­dzie­ścia pięć lat temu. -?Tania pró­buje chwy­cić ją za rękę, ale nic z tego, jej dłoń tra­fia w próż­nię. -?Daj spo­kój... Chcia­łam, żebyś myślała, że spę­dzamy waka­cje na tych samych zasa­dach.

-?Więc posta­no­wi­łaś mnie okła­mać? Fakt, nie śmier­dzia­łam wtedy gro­szem, bo który stu­dent nim śmier­dzi. Ale to nie był powód, żeby mnie oszu­ki­wać.

-?Dla mnie liczyła się tylko nasza przy­jaźń i to, co cze­kało nas na wodzie. Poza tym prze­cież się dorzu­ci­łaś.

-?Serio? O czym ty mówisz?! Dałam ci gro­sze! -?Prych­nię­cie Kingi sły­chać chyba na dru­gim końcu sali. -?Za te pie­nią­dze mogłaś co naj­wy­żej kupić płyn do szo­ro­wa­nia pokładu. Ale ty mi wmó­wi­łaś, że tyle wystar­czy, że ten wyna­jem to po zna­jo­mo­ści. No cóż... Fakt. Był po zna­jo­mo­ści.

Jesz­cze nie wiem, czy w tej roz­mo­wie czuć wię­cej pre­ten­sji za nie­winne kłam­stwo sprzed lat, czy jed­nak ckliwy sen­ty­ment do sta­rej przy­gody. Jed­nak ewi­dent­nie coś mię­dzy nimi rośnie.

-?Mój ojciec dał nam wtedy tę łódź, bo chciał i mógł. Zamknijmy ten temat, dobrze? -?Tania pró­buje zała­go­dzić sytu­ację.

Kinga odkłada wide­lec na talerz i krzy­żuje ręce na pier­siach. Nie mam poję­cia, co o tym wszyst­kim myśleć. Nie jestem kobietą i nie wiem, co sie­dzi im w takich sytu­acjach w gło­wach. Dla mnie to zwy­kła gów­no­bu­rza.

-?Tak, skończmy. Co było, to było. Cho­dziło mi tylko o to, że skła­ma­łaś. -?Kinga marsz­czy brzydko czoło. -?I to tak pro­sto w oczy. Nie wie­dzia­łam, że potra­fisz. Tylko tyle.

Pia­ni­sta chyba wyczuwa, że coś jest nie tak, bo koń­czy grę i odcho­dzi gdzieś na bok. Piotr kręci pal­cami młynka pod sto­łem i ewi­dent­nie wstrzy­muje się od stwier­dze­nia, że ten cały spór o rejs sprzed lat to jakaś dzie­ci­nada, a Arleta ma gęsią skórkę na rękach.

-?Czu­jesz to? Jak w grec­kiej tra­ge­dii -?poru­sza niemo ustami. - Nor­mal­nie eks­tra...

Jedyne, co czuję, to że zaczyna mnie mdlić. Mój żołą­dek wła­śnie roz­po­czął akcję o kryp­to­ni­mie "Kre­wet­kowa rzeź".

Wszy­scy mil­czą, nagle zajęci koń­cze­niem jedze­nia. Tylko ojciec się oży­wia.

-?Więc na­dal je mamy, kocha­nie? To Białe Tango?

Nie wiem, czy Tania reje­struje to "mamy", które pada z ust mojego ojca. Wąt­pię. Jest zajęta nale­wa­niem sobie wina do kie­liszka. Zaraz potem wypija je kil­koma szyb­kimi łykami.

-?Tak, łódź cały czas stoi w mari­nie, w Hisz­pa­nii. Czyż­byś pró­bo­wał mi powie­dzieć, że jed­nak...?

Ojciec kiwa głową. Kwe­stia pre­zentu wła­śnie się roz­wią­zała.

Dzień pierwszy

Kinga

Cokol­wiek mówić, cie­szę się, że tu jestem. Nie zamie­rza­łam przy­jąć tego zapro­sze­nia, ale pogoda w Pol­sce przez naj­bliż­sze dwa tygo­dnie zapo­wiada się pod psem, więc pra­gnie­nie poczu­cia let­niego cie­pła wzięło górę. Poza tym, bądźmy szcze­rzy, ile razy w życiu będę jesz­cze mieć oka­zję zna­leźć się na luk­su­so­wym jach­cie?

Jeśli cho­dzi o moje zacho­wa­nie pod­czas uro­dzin Borysa, to prze­pro­si­łam Tanię. Zare­ago­wa­łam wtedy jak idiotka. Emo­cje wzięły górę, a prze­cież wystar­czyło się chwilę zasta­no­wić, żeby zro­zu­mieć, że za inten­cjami mojej przy­ja­ciółki stała zwy­kła, szczera chęć spra­wie­nia mi przy­jem­no­ści. I to w cza­sach, gdy stać mnie było co naj­wy­żej na zapie­kankę pod Cen­tral­nym. Piotr też usły­szał ode mnie prze­pro­siny. Dałam wtedy nie­zły popis, nie ma co. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, że dwoje naj­bliż­szych mi ludzi musiało zebrać ode mnie cięgi. Chyba powoli wcho­dzę w peri­me­no­pauzę.

Tym bar­dziej potrze­buję relaksu.

Z Okę­cia wystar­to­wa­li­śmy o czwar­tej rano, dla­tego oboje z Pio­trem jeste­śmy tro­chę nie­przy­tomni. Na szczę­ście mamy kawę z tutej­szego Star­bucksa, więc powinna posta­wić nas na nogi. Popi­jamy ją, sie­dząc na ławce w mari­nie, i patrzymy na zacu­mo­wane łodzie. Po kilku pokła­dach kręcą się ludzie i przy­go­to­wują śnia­da­nia. Mają na sobie lek­kie bluzki i szorty. Są na waka­cjach, jak my. Pew­nie będą jeść tosty albo omlety z duszo­nymi pomi­do­rami. My na śnia­da­nie mamy zabrane z Pol­ski kanapki z szynką i żół­tym serem.

Się­gam do pod­ręcz­nej torby i wycią­gam po jed­nej dla mnie i dla Pio­tra.

-?Nie wiem jak ty, ale ja padam z głodu.

-?Ja zjem póź­niej. -?Piotr kręci głową.

Wgry­zam się w bułkę i od razu robi mi się lepiej. Prze­żu­wam sobie spo­koj­nie i obser­wuję spa­ce­ru­ją­cych po mari­nie tury­stów. Mimo wcze­snej pory jest ich cał­kiem sporo. Roz­po­znaję trzy­oso­bową grupkę roz­krzy­cza­nych dziew­czyn -?przy­le­ciały tym samym samo­lo­tem co my i teraz też są wła­śnie tu, w naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym miej­scu w całym Ali­cante. Robią sobie zdję­cia na tle wody i pie­kiel­nie dro­gich jach­tów. Na nosach mają prze­ciw­sło­neczne oku­lary -?pod­ro­bione Cha­nele z widocz­nym, rów­nie pod­ro­bio­nym logo. Z tego, co mówią, pokręcą się tro­chę po oko­licy i wrócą tu po połu­dniu, bo wtedy ludzi jest tu wię­cej, a one zamie­rzają poznać jakieś nowe, wysko­kowe towa­rzy­stwo. Są gło­śne i cią­gle mielą ozo­rami. Też kie­dyś taka byłam, a teraz pozo­staje mi tylko zazdro­ścić im tego, że są młode i wolne.

-?Nie mogli­śmy przy­le­cieć póź­niej­szym rej­sem? -?maru­dzi Piotr, wycią­ga­jąc się na ławce i kła­dąc głowę na moich kola­nach. -?Z tymi waliz­kami ni­gdzie dalej nie odej­dziemy. Nie wiem, jak tobie, ale mnie śred­nio chce się tkwić tu przez cały dzień.

Bagaże mamy dwa, i to cał­kiem spore. W jed­nym są ubra­nia i buty, w dru­gim pełen mix: tro­chę sło­nych prze­gry­zek, kosme­tyki i lap­top mojego męża. Piotr ma zamiar pisać pod­czas rejsu.

-?Nie jęcz. Póź­niej­sze loty były dwa razy droż­sze -?odpo­wia­dam. - Zresztą kilka godzin cze­ka­nia szybko zleci.

Tania ma się poja­wić w mari­nie o osiem­na­stej. Wcze­śniej nie da rady - uprze­dziła, że ma zapla­no­waną tele­kon­fe­ren­cję na temat dal­szego roz­woju Bel­le­Epo­que i nie ruszy się z hotelu do popo­łu­dnia. Potem musi jesz­cze zała­twić for­mal­no­ści w kapi­ta­na­cie portu. Cho­dzi o papie­ro­lo­gię; na wszystko trzeba mieć pozwo­le­nie -?zarówno na cumo­wa­nie, jak i na opusz­cze­nie mariny. Jed­nym sło­wem -?musimy mieć porzą­dek w kwi­tach.

-?Co z pozo­sta­łymi? -?pyta Piotr, wycią­ga­jąc nogi na ławce. -?Nie widzia­łem ich w samo­lo­cie.

-?Ani ja.

-?Myślisz, że nie dotarli?

-?Sama nie wiem. Mogli się roz­my­ślić albo coś im wypa­dło. W każ­dym razie Borys wyraź­nie zaży­czył sobie, żeby Hubert i Arleta popły­nęli.

-?No tak, ciąg dal­szy uro­dzi­no­wych życzeń Borysa...

-?Raczej ich druga część. To miał być ich rodzinny rejs.

-?Rodzinny? W takim razie co my tu robimy?

-?My, kocha­nie, jeste­śmy tu na doczepkę -?mówię bez krztyny poczu­cia winy i wysta­wiam twarz do słońca. -?To z kolei życze­nie Tani. Żeby odku­rzyć nasze wspo­mnie­nia.

-?Wyj­dzie na to, że my popły­niemy, a mło­dzi nie.

-?Mała strata. Będzie wię­cej miej­sca dla nas.

Piotr nasuwa na oczy swoją ulu­bioną czapkę z dasz­kiem i z naszywką Time For a Crime i po chwili, otu­lony zapa­chem lata, zasy­pia. Nasza ławka stoi w cie­niu drzewa, które chroni nas przed palą­cym słoń­cem. Mimo wcze­snej godziny musi być już z dwa­dzie­ścia pięć stopni. Też chęt­nie bym się wycią­gnęła i ucięła sobie choć pół­go­dzinną drzemkę, ale ktoś musi pil­no­wać wali­zek.

A czy popły­niemy w rejs tylko we czworo? To okaże się już za kilka godzin.

Z Tanią roz­ma­wia­łam tydzień temu. Napo­mknęła mi wtedy, że Borys pozo­sta­wił całą orga­ni­za­cję w jej rękach. Dla­tego doko­op­to­wała mnie i Pio­tra. "On będzie pra­co­wał nad książką, a ty pomo­żesz mi przy żaglach", powie­działa; i dodała: "Nie przyj­muję odmowy, więc już teraz może­cie zacząć się pako­wać".

No to się spa­ko­wa­li­śmy. Nie mogę się docze­kać, aż poczuję ten wiatr we wło­sach.

Na pewno wszy­scy razem jakoś się ze sobą dotrzemy. Cho­dzi mi głów­nie o mło­dych, a wła­ści­wie o Huberta; długo się nad tym zasta­na­wia­łam. Pod­czas uro­dzi­no­wej kola­cji syn Borysa zacho­wy­wał się nie­na­tu­ral­nie. Był skrę­po­wany i uni­kał kon­taktu. Nie patrzył nam w oczy. Do tego opu­ścił restau­ra­cję zaraz po posiłku, wła­śnie wtedy, gdy koń­czyła się część ofi­cjalna i przy­szedł czas na luźną poga­wędkę. To było dziwne. Miał ide­alną oka­zję, żeby pobyć z Bory­sem jak syn z ojcem. A jed­nak coś go stam­tąd wygo­niło. Wymó­wił się złym samo­po­czu­ciem, a my uzna­li­śmy, że tak wła­śnie jest, bo podobno chło­pak czę­sto ma jakieś sen­sa­cje żołąd­kowe.

Jesz­cze przez kolejne dni wra­ca­łam myślami do tam­tego wie­czoru. Patrząc na Huberta, mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że już go kie­dyś spo­tka­łam. I na­dal tak uwa­żam. Pro­blem tylko, że nie mogę sobie sko­ja­rzyć, kiedy to było ani gdzie. Za to on koja­rzy mnie dosko­nale. Dla­tego uni­kał moich spoj­rzeń wtedy, w Con­cept 13, i dla­tego -?jestem tego nie­mal pewna -?nie pojawi się teraz w Ali­cante.

Hubert

Arleta od godziny ster­czy przed lustrem. Przy­mie­rza kape­lu­sze i wiąże na gło­wie chustki, bo pró­buje wyglą­dać jak Grace Kelly. Nie mam serca powie­dzieć jej, że żaden kape­lusz nie zrobi z niej aktorki, jeśli nie wygra castingu, na który tak liczy. Do tego potrze­buje praw­dzi­wego sce­na­rzy­sty i reży­sera, a nie fata­łasz­ków. I, przede wszyst­kim, musi non stop ćwi­czyć. To, co kie­dyś robiła w ama­tor­skim teatrze, było zabawą, a nie praw­dzi­wym gra­niem. Już nie wspo­mnę, że od jej ostat­niego występu na sce­nie minęło chyba z pięć lat. Nie mam też odwagi przy­znać, że wcale nie chcę pły­nąć w ten cho­lerny rejs. Miał być imprezką dla ojca i dla Tani, nie dla nas. Ow­szem, zgo­dzi­łem się przy­le­cieć do Hisz­pa­nii, bo wiem, jak bar­dzo o tym marzyła, ale zamie­rza­łem jej powie­dzieć, że na tym koniec. Jeśli chce, niech leży na plaży ile dusza zapra­gnie, nawet w tych dziw­nych kape­luszach, ale na jacht nie wsią­dziemy. Powinna się cie­szyć, że Tania opła­ciła nam bilety i hotel i że w ogóle tu jeste­śmy - oboje po raz pierw­szy zna­leź­li­śmy się za gra­nicą. Czego chcieć wię­cej?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki