Tania
Maluję na czerwono usta i wsuwam w uszy sztyfty z okrągłymi rubinami.
Dzięki wysoko upiętym włosom -?idealnemu kokowi, który wyczarowała na
mojej głowie piegowata fryzjerka z Hair&Nails -?kolczyki są
doskonale wyeksponowane. Właśnie o to mi chodziło. Zasługują, by je
podziwiano. Spośród całej mojej kolekcji biżuterii to właśnie do nich
mam szczególny sentyment. Dostałam je od ojca, który pozostawiając mi w spadku dorobek swojego życia, dorzucił także i je. Musiały kosztować
majątek, ale to nie ich wartość była dla mnie najważniejsza, a chwila, w której je otrzymałam.
Tamten dzień pamiętam doskonale. Był poniedziałek rano. Siedziałam przy
stole konferencyjnym w gabinecie mojego papy, zupełnie nieświadoma tego,
co ma się za chwilę wydarzyć. Ojciec usiadł naprzeciwko mnie, popatrzył
mi w oczy i spokojnym głosem oznajmił, że za kilka miesięcy umrze na
agresywnie postępującą białaczkę. To było jak uderzenie w splot
słoneczny. Zaraz potem nadeszło kolejne. Nim zdążyłam zamknąć z szoku
usta, położył przede mną teczkę z napisem Kancelaria notarialna Szeffer
i Biernat.
-?Na pewno domyślasz się, co to jest -?powiedział, podsuwając mi ją pod
nos. -?Rozmawialiśmy o tym jakiś czas temu.
Byłam jak ogłuszona. "Agresywna białaczka" -?te dwa słowa wbiły się w mój mózg jak kula z wycelowanego w czoło pistoletu i pozostawiły po
sobie wypaloną dziurę. Nie wiem, ile czasu siedziałam nieruchomo jak ten
przysłowiowy słup soli. Pięć minut, może dziesięć. Kiedy w końcu jako
tako oprzytomniałam, dotarło do mnie, o jakiej rozmowie mówił mój
ojciec. Tak, była taka jedna. Wyciągnął mnie wtedy na wystawę kubistów i między jednym a drugim obrazem zakomunikował, że zamierza przepisać na
mnie całą swoją firmę kosmetyczną. Oczywiście, kiedy przyjdzie na to
czas. Wtedy tylko poklepałam go po ramieniu. Mój gest mówił: "Dobra,
dobra, nie mam zamiaru rozmawiać o twojej śmierci, w ogóle mnie w to nie
wkręcaj". Przecież wszyscy tak reagujemy. Temat śmierci rodzica jest
drażliwy i nieprzyjemny, więc lepiej udawać, że nie istnieje.
Ja robiłam dokładnie tak samo -?nie dopuszczałam do siebie myśli, że
oczy mojego ojca kiedyś naprawdę się zamkną. Ale to, że ja o tym nie
myślałam, nie znaczy, że on, jeśli chodzi o ten temat, był równie
wyluzowany. Wręcz przeciwnie. Mojego papę dałoby się spokojnie nazwać
Panem Odpowiedzialnym za Wszystko i Wszystkich. Przy nim świat wydawał
się bezpieczny, a ja mogłam pozwolić sobie na luksus beztroski. Dopóki
czułam nad sobą jego parasol bezpieczeństwa, mojego nie chciało mi się
otwierać. Właśnie dlatego wtedy, w galerii, potrafiłam tylko wykonać ten
gest wyrażający bezmyślne "Dobra, dobra". Miałabym przejmować się tym,
że któregoś dnia zostanę dziedziczką kosmetycznego imperium, że zasiądę
na opustoszałym tronie i przejmę jego berło? Że przyjdzie mi decydować o pozostawionej mi fortunie, nie mając bladego pojęcia o zarządzaniu
firmą? Poza tym, za bardzo go kochałam, by miał kiedykolwiek umrzeć. A co najważniejsze, ojciec był mężczyzną w sile wieku, zdrowym na ciele i umyśle, jednym słowem -?niezniszczalnym. Jeśli już wyobrażałam sobie
przejęcie po nim interesu, to może za dziesięć albo nawet za dwadzieścia
lat. Na pewno nie teraz.
-?Lepiej popatrz na ten bohomaz z nogą w miejscu głowy -?odpaliłam
wtedy, zmieniając temat. -?Niezły, co? Przydałby się do twojego biura.
Strasznie tam nudno.
Pięć miesięcy później znalazłam się w biurze z konferencyjnym stołem, za
mną wisiał ten dziwny obraz, a ja, jak sroka w gnat, wpatrywałam się w leżący przede mną akt notarialny.
-?Dzięki tym dokumentom w chwili mojej śmierci zostaniesz większościowym
udziałowcem -?powiedział mój papa.
Może powinnam to zrozumieć jako "Postarałem się, abyś była ustawiona do
końca życia", ale ja odebrałam jego słowa inaczej: "Zostaniesz z tym
wszystkim zupełnie sama".
Zaraz potem wręczył mi te kolczyki. Należały do jego matki, a mojej
babki. To ona założyła BelleEpoque, a za pierwsze zarobione pieniądze
kupiła właśnie te rubiny. Teraz miały przejść w moje ręce -?jakby ojciec
przekazywał mi nie tylko biżuterię, ale też całą historię naszej
rodziny.
Więc tak, mam do nich szczególny sentyment. Są czerwone jak miłość,
ogień i pasja, które włożyliśmy w BelleEpoque. Są jej dumnym symbolem.
Sukienkę też mam czerwoną. Ale jej, w przeciwieństwie do kolczyków,
szczerze nie znoszę. Jest krzykliwa i przyciąga uwagę w sposób, który
nie ma nic wspólnego ze światem, w jakim dorastałam. Wychowano mnie na
kobietę w stylu old money -?stonowanym i eleganckim. Takim, o którym
mówi się "klasa sama w sobie". Przeciwnym niż new money, który
określają tandeta i błysk dla samego błysku. Zatem, owszem, zdecydowanie
wolę dystyngowany granat albo czerń -?kolory, które nie krzyczą, a szepczą. Ten rodzaj czerwieni w ogóle nie jest elegancki.
Tyle że dziś są urodziny mojego męża, a on uwielbia u kobiet czerwień.
Widziałby ją wszędzie, począwszy od butów, poprzez bieliznę, a kończąc
na szmince. Tę sukienkę sam dla mnie wybrał w sklepie, więc włożenie jej
to niejako przymus. W wersji bardziej łagodnej -?spełniam jego
urodzinowe życzenie.
Borys kończy dziś czterdzieści lat. Kiedy na niego patrzę, aż trudno w to uwierzyć, bo chyba nikt nie dałby mu tyle. Pewnie dlatego, że ma
lekkiego hopla na punkcie swojego wyglądu i, ogólnie rzecz biorąc,
całego wizerunku. Stara się aż za bardzo, ale mnie to nie przeszkadza.
Lubię zadbanych mężczyzn. I te jego oczy... Są ludzie, którym oczy śmieją
się zawsze, ot tak, po prostu. Borys właśnie tak ma. Kiedy patrzę na
mojego męża, widzę w nim to, czego mnie samej od dawna brakuje -
beztroskę. Zazdroszczę mu, że potrafi cieszyć się każdym dniem. Czy to
nie wspaniałe: umieć żyć, jakby nie było jutra? Traktować życie jak
sklep z zabawkami i brać z półki, co się chce i kiedy się chce? Ja też
kiedyś taka byłam. Ale odkąd musiałam nauczyć się żyć po dorosłemu,
sama, bez ojca, gdzieś to po drodze zgubiłam.
Widzę w Borysie dawną siebie i właśnie za to go kocham. I dlatego, że
się w moim życiu w ogóle pojawił. Miałam za sobą różne związki, ale
żaden nie był na poważnie. I dobrze wiem dlaczego. Od dzieciństwa
cierpię na niewielką dysmorfię twarzy. Mam zbyt duży nos i zbyt małą
żuchwę. Jednym słowem proporcje mojej twarzy są lekko zaburzone. Nie
jest to coś znaczącego, ale ludzie to zauważają. A już na pewno
mężczyźni. Nie jestem naiwna i doskonale wiem, że faceci wolą kobiety o idealnych rysach i perfekcyjnej symetrii. Na szczęście Borysowi ten mój
defekt nigdy nie przeszkadzał. Różnica wieku też nie. Mówi wręcz, iż
żałuje, że nie urodził się wtedy, kiedy ja, bo bylibyśmy razem o te
osiem lat dłużej. Czy to nie najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie może
sobie wyobrazić kobieta dobiegająca pięćdziesiątki? Borys zrobił dla
mnie coś jeszcze, co nie zdarza się często -?po ślubie przyjął moje
nazwisko. "To dla dobra twojej firmy -?powiedział, gdy w Urzędzie Stanu
Cywilnego zapytano nas, jak będziemy się nazywać. -?W biznesie jesteś
znana jako Tania Lenart, więc po co to zmieniać? Ja do mojego nazwiska
nie jestem przywiązany, zatem sprawa jest jasna. Biorę twoje".
Więc jak dziś mogłabym mu odmówić? Ta kiecka jest okropna, ale włożę ją
i uznam, że jest najpiękniejsza na świecie. Nawet dobiorę do niej
czerwone majtki i stanik. A potem zabiorę go do jego ulubionej knajpy i spełnię marzenie, którego mi jeszcze nie wyjawił. Mamy z Borysem taki
zwyczaj, że wypowiadamy swoje urodzinowe i rocznicowe marzenia dopiero
po toaście.
Co do dzisiejszego wieczoru -?planowałam spędzić go tylko we dwoje, ale
Borys stwierdził, że cicha impreza go nie interesuje. Uznał, że skoro to
okrągła czterdziestka, to musi być na pełnej petardzie. Dołączy więc do
nas jeszcze czworo gości. Najpierw będzie kolacja, a potem -?jak zwykle
-?transfer do nocnego klubu. Ale to już beze mnie. Jutro rano mam
posiedzenie zarządu w firmie i muszę być trzeźwa i wypoczęta. Pech
chciał, że jego urodziny wypadły akurat dziś, we czwartek. Borys nie
chciał przekładać imprezy ani na piątek, ani na sobotę, więc będzie
musiał bawić się w klubie beze mnie.
On też się ekscytuje i ciągle pyta mnie, czy się cieszę. A ja, jeśli mam
być szczera, trochę się denerwuję. Od rana męczy mnie sen, który dziś
miałam. Śniło mi się dokładnie to, co dzieje się teraz: zapięłam zamek
sukienki, włożyłam kolczyki i spojrzałam w lustro, żeby sprawdzić, czy
dobrze wyglądam. Wyglądałam świetnie. We śnie do restauracji weszliśmy
kilka minut po dziewiętnastej. I wszystko wskazuje na to, że w rzeczywistości też trochę się spóźnimy. Pamiętam z tego snu zapach
rozmarynu i cytrusów unoszący się w sali i cichy bulgot wina nalewanego
do kieliszków. Naszych gości jeszcze nie było. Kelner poprowadził nas do
stolika na końcu pomieszczenia. Usiedliśmy. Borys pocałował mnie w rękę
i uśmiechnął się szeroko jak zawsze. Niby wszystko było tak, jak być
powinno, ale coś mi się w tym wszystkim nie podobało. Po chwili wyjął z kieszeni marynarki kopertę i położył ją na stole.
-?Co to? -?spytałam.
-?Moje życzenie urodzinowe. Jest w środku.
Przesunął kopertę po obrusie, powoli, bez pośpiechu. W oczach miał tę
swoją chłopięcą, zwariowaną ekscytację.
Otworzyłam kopertę. Wewnątrz było pismo, złożone na pół, a na nim logo
kancelarii prawnej. Wniosek o przepisanie pełnomocnictwa zarządczego.
Poniżej dane moje... i jego.
-?Nie rozumiem...
-?Chcę, żebyś oddała mi firmę -?powiedział wprost. -?Powinna trafić w męskie ręce. Już wszystko gotowe, wystarczy podpisać.
-?Mam przepisać całość BelleEpoque?
-?Dokładnie tak.
-?A ja? Co będzie ze mną?
-?Och, kochanie. Ty zajmiesz się czymś... bezstresowym.
Czułam, że jego słowa spadają na mnie jak ciężki deszcz. I przeplatają
się z głosem mojego ojca: "Gdy umrę, zostaniesz z tym wszystkim zupełnie
sama".
Sęk w tym, że nie jestem sama. Jestem z człowiekiem, który właśnie
zażyczył sobie, żebym oddała mu wszystko.
Dobrze, że to tylko sen. Oddycham głęboko i zamykam za nami drzwi.
-?Wszystko w porządku? -?Borys obejmuje mnie ramieniem.
Kiwam głową, że tak. Jest dla mnie taki dobry. Nigdy nie przyszłoby mu
do głowy poprosić mnie o coś tak niedorzecznego. To ja sama zamierzam mu
to dziś zaproponować, a jutro przedstawić moją propozycję reszcie
zarządu. Mam zamiar powoli wprowadzać Borysa w sprawy mojej firmy,
zaczynając od przekazania mu symbolicznego jednego procenta udziału. To
niewiele, ale i tak się tym stresuję -?głównie reakcją pozostałych
członków. Pewnie dlatego miałam ten dziwny sen.
Nie chcę jednak teraz o tym myśleć. Przed nami cudowny wieczór, więc
musimy zbierać się do wyjścia.
Borys
Widzę, jak Tania patrzy na mnie z miłością. Jest dziś w wyjątkowo dobrym
humorze i -?nie będę kłamał -?wygląda naprawdę nieźle. Uczesała się i umalowała tak, jak lubię. Co prawda ta czerwona sukienka zupełnie do
niej nie pasuje, ale uparła się, żeby ją włożyć. Kupiłem ją kiedyś Tani
przez przypadek. Przechodziłem obok sklepu z damskimi ubraniami i zobaczyłem przez szybę, jak pewna młoda dziewczyna mierzy tę suknię.
Wyszła z przymierzalni i zapytała sprzedawczynię, czy wygląda w niej
dobrze. Była jak obraz, od którego nie chce się oderwać oczu. Podkusiło
mnie, żeby kupić identyczną suknię dla mojej żony. Tania ma świetną
figurę, jest szczupła i wysportowana, więc powinna w niej wyglądać
równie dobrze. Niestety, nie wyglądała. Przykro o tym mówić, lecz wiek
robi swoje. A tamta dziewczyna była młoda. Starałem się ukryć
rozczarowanie, zasypując Tanię komplementami, i, na szczęście, w nie
uwierzyła. Osobiście wolałbym, żeby dziś wskoczyła w tę niebieską
sukienkę -?jest dłuższa i co najważniejsze, zakrywa ramiona i kolana.
Ale to nieważne. Tania wygląda na szczęśliwą, a to jest dla mnie
absolutny priorytet. Promienieje i flirtuje ze mną wzrokiem. Lubię ją
taką, bo dzięki temu przestaje myśleć o firmie, debetach, kredytach,
saldach i dywidendach, czyli całej tej banalnej nudzie, i skupia się na
mnie.
-?Wyglądasz absolutnie genialnie -?mówię, całując ją w czubek głowy.
Siedzi przy zastawionej kosmetykami toaletce i patrzy w lustro, w którym
krzyżujemy wzrok. -?Jesteś najpiękniejsza. Idealna.
Udaje speszoną, ale przecież wiem, że w środku aż skacze z radości.
-?Opowiadasz bzdury. Ostatnio za dużo pracuję, a to wszystko widać na
twarzy. Zmęczenie odkłada mi się w zmarszczkach. Tu, widzisz? Przy
oczach.
-?Nic takiego nie widzę -?kłamię jak z nut, ale z najlepszymi
intencjami. Przecież nie przytaknę i nie powiem "No tak, przybyło ci
parę bruzd". Byłbym ostatnim kretynem.
Tania sięga po perfumy i zdejmuje z nich zatyczkę.
-?Kłamczuch. Ale to nieważne, te moje zmarszczki. Chciałam ci o czymś
powiedzieć.
-?Mów, boska.
-?Otóż dokonałam pewnych podliczeń. Ich wynik dał mi do myślenia. Prawdę
mówiąc, jest wręcz przerażający.
Na dźwięk słowa "podliczenia" trochę mnie mrozi. Kolejne powodują, że
zaczynam się pocić. Jeśli jej księgowa dopatrzyła się, że ostatnio
trochę przesadziłem z wydatkami, zwłaszcza kupując te piekielnie drogie
kije do golfa, to jestem ugotowany.
-?Policzyłam, że przez ostatni rok połowę nocy spędziłam poza domem.
Muszę wyglądać, jakbym właśnie zobaczył ducha, bo Tania od razu robi
skruszoną minę.
-?Wiem, wiem. To okropne. Ale czas na zmianę. Nie mówiłam ci o tym
wcześniej, bo chciałam, żeby to była dla ciebie niespodzianka.
Nadstawiam uszu.
-?Jak wiesz, mój ojciec przypłacił zdrowiem to wieczne harowanie w firmie. Zajechał się na śmierć. Organizm w końcu się zbuntował i dopadła
go choroba.
-?Nie chcemy tego samego dla ciebie -?zapewniam. Tania rzuca mi
wdzięczne spojrzenie i delikatnie gładzi moją dłoń, którą trzymam na jej
ramieniu.
-?Papa też by nie chciał. I jestem pewna, że poparłby to, co zamierzam
zrobić.
-?Zamieniam się w słuch.
-?Otóż od pewnego czasu pracuję nad nową strukturą w BelleEpoque i jestem bliska końca projektu.
-?Strukturą czego?
Tania uśmiecha się słodko.
-?Pracy, ma się rozumieć. Część moich obowiązków przejmie troje
zastępców.
-?Do tej pory miałaś jednego.
-?I dlatego byłam wiecznie zmęczona. Ale od czerwca to się skończy.
Wiesz, co to znaczy?
Nie mam nawet sekundy, by odpowiedzieć. Tania robi to za mnie:
-?Każdy weekend będę spędzać tu, z tobą. Nie w hotelach lub w obcych
miastach. Cieszysz się?
Patrzy na mnie z taką nadzieją, że musiałbym nie mieć serca, żeby
powiedzieć coś innego aniżeli: "Ogromnie!".
-?To taki mały prezent ode mnie dla nas obojga -?mówi. -?Mam już
naprawdę serdecznie dość tego poczucia winy, kiedy muszę zostawić cię
samego, wsiąść do taksówki i pędzić na lotnisko. Dlatego koniec z tym.
-?I nie zmienisz zdania, choćby cię błagali? -?mruczę jej do ucha, bo
wiem, jak to lubi.
-?Udam, że ich nie słyszę. A skoro o zmianach mowa... Co powiesz na to,
żebyśmy wprowadzili do naszego życia jakiś nowy rytuał? Może każdy
piątek w teatrze? Albo soboty za miastem? Cisza, natura, my...
Kiwam głową.
-?Tylko we dwoje? Każdy weekend? Brzmi odlotowo.
-?I wieczory. Zamierzam zamykać biuro najpóźniej o osiemnastej.
Jest tak podekscytowana, że nie śmiem zmyć z twarzy uśmiechu, który
pojawił się, kiedy zapytała, czy się cieszę. Wykwitł, osiadł i został.
Odwracam więc wzrok od lustra i wychodzę z sypialni. Idę do garderoby i zdejmuję z półki moje skórzane buty. Siadam na pufie i wiążę sznurówki.
Staram się nie patrzeć na Tanię, ale i tak kątem oka widzę, jak ta
czerwona plama zmierza w moim kierunku. Tania zatrzymuje się przy
sąsiednim regale i zaczyna przegląd torebek. Wybiera czarną z cekinami,
potem wraca do sypialni, zapina na nadgarstku zegarek i woła:
-?Wiedziałam, że się spóźnimy! Możesz sprawdzić, co z tą taksówką?
Uspokajam ją i mówię, że taryfa już na nas czeka.
Śpieszymy się, ale Tania zatrzymuje się jeszcze na chwilę w przedpokoju.
Sprawdza w lustrze, czy jej misternie upięty kok dobrze się trzyma i czy
sukienka nie opina się za bardzo na brzuchu. Ma tam małą fałdkę, ale
oboje udajemy, że jej nie widzimy.
Wpisuje czterocyfrowy kod do alarmu. To jej ojciec kazał go kiedyś
zainstalować. Nie miałem okazji go poznać, bo zmarł, zanim pojawiłem się
w życiu jego córki. Z tego, co wiem, miał obsesję na punkcie
bezpieczeństwa. Jego ulubionym powiedzeniem było "Kropla rozwagi potrafi
ugasić morze kłopotów". Tania powtarza je prawie codziennie. Pod tym
względem stała się jego żywym klonem.
Po wciśnięcia krzyżyka mamy minutę na opuszczenie mieszkania, więc
zgarniam z wieszaka marynarkę i wychodzę na klatkę schodową. Drzwi
zamykają się z cichym kliknięciem zamka. Wychodzimy.
Zjeżdżamy windą na parter, a chwilę później siedzimy już w taksówce. Nie
jedziemy daleko, bo zaledwie kilka przecznic dalej, na Bracką, pod
Vitkaca. Wolałbym zjeść klasycznego meksyka z burrito i chili con carne,
ale znowu udaję zachwyt. Jedzenie w Concept 13 nie jest złe, ale gdy
pierwszy raz zobaczyłem wielkość tamtejszych porcji, myślałem, że to
żart -?w sam raz dla kota. Specjalność: kuchnia molekularna -?wielkie
halo z powodu kropli musu na środku talerza. Ale Tania uwielbia takie
dziwactwa. Poza tym lubi, kiedy jedzenie wygląda jak dzieło sztuki, a tam rzeczywiście robią z nim cuda. Więc jest cudnie, choć skąpo.
Wjeżdżamy na piąte piętro. Pogoda jest ładna, na dworze jakieś
dwadzieścia stopni, więc odruchowo kieruję się na taras. Kiedy tu
jadamy, zawsze siadamy na powietrzu. Ale Tania łapie mnie za rękę i prowadzi do stołu w kącie sali.
-?Żartujesz?! -?wołam na widok czwórki ludzi machających do nas zza
stołu. W rękach trzymają balony i transparent z napisem: "40-tka bez
bólu stawów nie istnieje". -?Co ci przyszło do głowy? Jak mogłaś
zaprosić tę bandę łobuzów!
Widzę, jak na jej twarzy maluje się przerażenie. Chyba nieźle zagrałem,
bo oczy Tani robią się okrągłe, a w kącikach coś zaczyna się szklić.
Czuję, że jeszcze moment, a dojdzie do łzawej masakry.
-?Kochanie, przecież żartuję. -?Przytulam ją natychmiast. -?To był żart!
-?Żart?
-?No a co myślałaś. Że ja tak na serio? Ty mnie chyba w ogóle nie znasz.
-?Kiedyś dostanę przez ciebie ataku serca. Więc nie jesteś zły?
-?Jestem zachwycony! Nie wiem, jak mam ci dziękować. Jak udało ci się
zebrać ich w środku tygodnia?
-?Przyznam, że łatwo nie było. Patrz tylko, jak się cieszą, że cię
widzą!
Rozkładam ramiona i ściskam się z każdym z nich po kolei.
-?Najlepszego, stary byku!
-?Obyś wreszcie zmądrzał!
-?Życzę panu dużo zdrowia.
-?Szczęścia, ojciec!
Dziękuję za życzenia. Są śmiechy, uściski, wszystko jak należy. Nawet
wiążą mi przy krześle balony. Jeden z "40-tką", drugi z dolarami, trzeci
z gołą babką. Raczej nie kupili go w sklepie z działem dziecięcym.
Wychwytuję pełne uwielbienia spojrzenie Tani. Jest autentycznie
wzruszona, że ma nas, kilkoro bliskich jej osób. Bo przez czterdzieści
osiem lat nie miała przy sobie nikogo takiego. Oczywiście poza ojcem i Kingą.
Teraz ma nas. A przede wszystkim ma mnie, czyli -?jak sama lubi
powtarzać -?ma wszystko.
Kinga
Są dwie teorie na temat spóźniania się na spotkanie. Obie wymyślili
psychologowie, moi koledzy po fachu. Pierwsza mówi, że spóźnialscy
sabotują sami siebie -?nie doceniają własnej wartości, źle zarządzają
czasem i przez to sami utrudniają sobie życie. Ma to sens, chociaż mnie
coś w tym zgrzyta i nie do końca w to wierzę, mimo że to twierdzenie
opiera się na badaniach. Druga teoria bardziej do mnie przemawia:
spóźnialscy łakną uwagi i chcą swoim wejściem zrobić wielkie "Wow".
Tania i Borys są tego doskonałym przykładem. Na ich widok, odpicowanych
tak, że mucha nie siada, wszyscy robimy przeciągłe "Wooow". Ale to ich
dzień i ich święto, więc tak należy. Poza tym nikt nie ma pretensji o te
pół godziny czekania. Wszyscy wiemy, jak bardzo zabiegana jest Tania.
Teraz też się tłumaczy:
-?Musiałam zostać do południa w firmie, więc ledwie się wyrobiłam.
Pewnie umieracie z głodu. Dali wam chociaż przystawki?
Kręcimy przecząco głowami.
-?Tylko wino.
Tania marszczy lekko brwi. Jest gospodynią wieczoru, więc czuje się w obowiązku wszystko naprawić, i to natychmiast.
-?Zaraz zawołam kelnerkę -?mówi, a w jej oczach błyska znajomy ognik
energii, który zawsze pojawia się, gdy przejmuje kontrolę. -?A tak w ogóle to zdążyliście się już poznać?
Chodzi jej o dwoje młodych ludzi siedzących po przeciwnej stronie stołu,
na wprost mnie i mojego męża Piotra. Kiedy tylko tu weszli, od razu
zajęli krzesła stojące tyłem do okna, a przodem do wejścia -?jakby
chcieli mieć na oku wszystkich wchodzących.
To pierwszy raz, kiedy spotykamy się twarzą w twarz z synem Borysa,
Hubertem, i jego dziewczyną, Arletą. On jest chudym i niewysokim
szatynem z włosami do ramion -?są byle jak obcięte i zasłaniają mu pół
twarzy. Do tego jest blady jak szpitalna ściana. Arleta to zupełnie inny
typ -?to seksowny kociak o ciemnobrązowych puklach sięgających pasa,
ułożonych w hollywoodzkie łagodne fale. Cerę ma porcelanową, a usta
pomalowane bordową pomadką. Jest ubrana w czarną sukienkę obfitującą w koronkowe prześwity. Ewidentnie lubi się wyróżniać. On ma na sobie
proste dżinsy i białą koszulę, jakby zaraz miała się zacząć Wigilia.
Pasują do siebie jak pięść do nosa. Łączy ich jedynie wiek i -?co widać
od razu -?szalejące hormony. Ciągle się dotykają. Właściwie to ona
dotyka jego; po plecach, dłoniach i, dyskretnie, ale jednak, po udach, a on nie protestuje. Ma minę chłopca, który nie do końca wierzy w swoje
szczęście. Bo ona, mimo całego swego wyuzdania, jest naprawdę ładna.
Ile mogą mieć lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia dwa? Borys musiał go
spłodzić, kiedy sam miał jeszcze mleko pod nosem. Młodzieńcza głupota -
dziecko zrobiło dziecko.
Piotr kiwa głową, że tak, że już zdążyliśmy zamienić ze sobą kilka zdań.
Dorzuca przy tym, że Hubert jest bardzo podobny do Borysa. Moim zdaniem
w ogóle nie jest. Chłopak nie przypomina swojego ojca w niczym. Ale
Piotr lubi mówić ludziom miłe rzeczy, a przecież każdy rodzic czuje się
połechtany takim porównaniem.
Borys też jest dumny z syna.
-?Młody to moja krew! Udał mi się synek!
Poklepuje przy tym chłopaka po karku.
Zmieniamy temat i zaczynam mówić o tym, że wraz z Piotrem planujemy
wyjazd do Toskanii. Mój mąż jest pisarzem i szuka natchnienia. Tu, w Polsce, nie potrafi go znaleźć. Więc może z dala od domu, w wynajętym na
miesiąc pokoju z widokiem na winnicę, uda mu się złapać wenę. A mnie też
przydadzą się wakacje, bo to, co robię, daje mi się mocno we znaki.
Temat "pomoc młodym ludziom w kryzysie psychicznym" jest jednak dość
przygnębiający, więc szybko go zamykamy. W końcu przyszliśmy tu po to,
aby świętować, a nie narzekać. Dla mnie jednak ważniejsze od urodzin
Borysa jest spotkanie z Tanią -?tak dawno się nie widziałyśmy, że nie
możemy się sobą nacieszyć i na siebie napatrzeć. Ona znów trochę
schudła, a ja też dość mocno zmieniłam swój wygląd.
-?Ach, te twoje włosy! Wreszcie przekonałaś się do loków i widzisz, jak
ci w nich dobrze? Nigdy więcej ich nie prostuj! Obiecaj! Prawda,
kochanie, że teraz Kinga wygląda jak Carrie Bradshow? Ta z Seksu w wielkim mieście. Oddałabym życie za takie włosy!
Borys udaje, że zaniemówił z wrażenia. Kładzie dłoń na piersiach i otwiera szeroko usta, jakby nagle przestał oddychać. To jego stary numer
i wykonuje go po mistrzowsku. Wie, że zawsze mnie to bawi.
-?Oddychaj -?mówię z uśmiechem i trącam go w ramię, żeby przestał, bo z tego zachwytu gotów się udusić. -?Nie możesz umrzeć w swoje urodziny, to
by dziwnie wyglądało na nagrobku. Wyobrażasz sobie ten napis?
Łapie wreszcie powietrze i mówi:
-?Może gdybym umarł, Piotr miałby wreszcie jakiś ciekawy temat do swojej
książki. Powiedz mi, co jest z nim nie tak, że za cholerę nie może się
przebić z tymi swoimi kryminałkami?
Piotr udaje, że tego nie słyszy, a ja udaję, że mnie to bawi, choć
czuję, jak rośnie mi ciśnienie. Kwestia kariery pisarskiej mojego męża w ogóle mnie nie śmieszy. To raczej pole minowe, po którym trzeba
wiedzieć, jak stąpać, aby Piotr nie popadł w depresję. Jeszcze mniej
bawi mnie to, że Borys pod przykrywką żartu próbuje mu dopiec. Nie wiem
tylko za co ani po co. Może dlatego, że w przeciwieństwie do niego Piotr
usiłuje zrobić coś sensownego ze swoim życiem. Nieważne, że skutek jest
marny. Ważne, że próbuje. A Borys? Staram się być dla niego uprzejma,
ale prawda jest taka, że to dupek. Jedyne, czym się może pochwalić, to
ten uśmiech wiecznego chłopca i żona, która ogarnia całą firmę, dom i jego zachcianki. Gdyby nie Tania, nie byłoby ani szynki w lodówce, ani
perfum Diora w łazience. Czuła się tak zmęczona samotnością, że
zakochała się w nim bez pamięci.
Teraz też wpatruje się w niego oczami pełnymi miłości. Są po ślubie
dopiero rok, więc może dlatego. W każdym razie w tej chwili widzę ją
autentycznie szczęśliwą.
Sięgam po dzbanek z wodą i pytam, komu nalać, bo chcę jak najszybciej
zatrzeć ślad po tym niemiłym dla Piotra incydencie. Każdy podsuwa swoją
szklankę, poza Borysem. Już nie zwraca na mnie uwagi. Jest zajęty
rozmową z synem. Ta rozmowa jest bardzo cicha, właściwie to szept. Do
tego musi być poważna, bo Borys co pewien czas napręża palce rąk, jakby
były pod napięciem. Docierają do mnie jedynie skrawki sylab, więc nawet
nie próbuję zgadnąć, o co chodzi.
Odstawiam dzbanek i szukam wzrokiem Tani, ale nigdzie jej nie ma. Pewnie
poszła szukać kelnerki, żeby ta zebrała wreszcie nasze zamówienia.
-?Pan podobno jest pisarzem? -?słyszę nagle głos Arlety. -?Co pan pisze?
Kryminały, naprawdę? Ekstra! Może jakiś czytałam? Niech mi pan poda
jakiś tytuł. No niestety... nie kojarzę. Wie pan, co słyszałam o autorach
kryminałów? Że potrafią wymyślać plan zbrodni absolutnie wszędzie. Niech
się pan przyzna, pan też to robi? Może nawet teraz coś chodzi panu po
głowie?
-?Nie... Tu nie da się nic wymyślić. Ale masz rację. Wszystko może stać
się inspiracją.
-?Nawet ja?
-?To zależy, co masz do zaoferowania.
-?O, bardzo dużo. Pan nie wie, ale ja też jestem artystką. Aktorką.
Jeszcze nie zawodową, jednak już niedługo dostanę rolę w pewnym dużym
przedsięwzięciu. Tylko najpierw muszę przejść casting. Boże, jak ja
marzę o tej roli! Dałabym się dla niej pociąć. Tam też jest zbrodnia,
wie pan? Pan nigdy nie myślał o napisaniu scenariusza do filmu? To by
dopiero było, gdybyśmy pewnego dnia spotkali się na planie.
Jest głodna sukcesu. Nieważne, że nikt nigdy o niej nie słyszał. Jeszcze
usłyszy. Jest młoda, zdeterminowana i wygląda zjawiskowo. Wystarczy, że
pozbędzie się tej swojej pseudogwiazdorskiej maniery, jaką jest ciągłe
odgarnianie do tyłu włosów. Arleta robi to powolnym, teatralnym gestem,
wyginając szyję i lekko rozchylając usta. Za wszelką cenę chce skupić na
sobie uwagę nawet tutaj, w zwykłej restauracji. Jest w pełni świadoma
swojej urody jako kobieta, ale mniej pewna własnej wartości jako
człowiek. Od razu widać, że ma w sobie jakiś emocjonalny brak, który
próbuje zakryć efekciarstwem i przerysowanym wdziękiem.
Piotr natomiast jest facetem, a faceci dają się złapać na ładne oczy,
ochy i achy. To zawsze działa bez pudła. Zainteresowanie dziewczyny
schlebia mu na tyle, że nie umie sobie z nim poradzić. Strzela kostkami
palców, sprawdza też, czy jego włosy związane na czubku głowy w kitkę
przez przypadek nie odpadły. Okazuje się, że są na miejscu. Trochę to
wszystko zabawne, a trochę żałosne. Łapię się na tym, że czuję ukłucie
zazdrości, choć nie powinnam. Przecież po kolacji każde z nas rozejdzie
się w swoją stronę.
-?Zobaczymy -?odpowiada Piotr, dorzucając filuterny uśmiech.
-?Byłoby niesamowicie! Wie pan, że nigdy wcześniej nie poznałam żadnego
pisarza. Ile pan wydał książek?
Arleta okręca sobie wokół palca pasmo włosów i wpatruje się w niego
wzrokiem zauroczonego cielęcia.
-?Cztery, więc można powiedzieć, że dopiero startuję.
-?Cztery to bardzo dużo! -?Oczy dziewczyny robią się okrągłe. -?Ja nie
umiałabym napisać nawet jednej strony!
Na usta ciśnie mi się "Niemożliwe", ale postanawiam trzymać język za
zębami.
Arleta już nabiera powietrza, gotowa na kolejne pytanie, ale na
szczęście w tym momencie wraca Tania. Tuż za nią drepcze kelnerka,
niosąc karty dań i elektroniczny notes.
Zaczyna się rytuał wyboru -?absurdalnie długi moment, w którym każdy
głowi się nad tym, czy postawić na grillowaną ośmiornicę, czy może
jednak na żebro wołowe. Rozważania nad menu mają w sobie coś z egzystencjalnej decyzji -?jakby od tego, co trafi na talerz, zależała
reszta naszego życia.
Tylko Hubert nie wydziwia. Od razu mówi, że na główne danie chce
krewetki w białym winie, a na deser sernik. To w ogóle jedyne, co
wypowiada na głos, bo wcześniej albo milczał, albo szeptał o czymś z ojcem. Po złożonym zamówieniu ponownie wycofuje się z dyskusji. Widać,
że nie chce, aby ktokolwiek zwracał na niego uwagę. Unika kontaktu
wzrokowego, co przy tak długich włosach nie jest akurat wyzwaniem. Im
dłużej go obserwuję, tym bardziej czuję, że ma w tym swój cel. To trochę
dziwne dla ludzi w jego wieku. Młodzi zwykle chcą być zauważeni, dlatego
są głośni i ekspresyjni. Jak Arleta. A on? On chowa się w skorupie ciszy
i braku uwagi, bo tam jest mu dobrze i bezpiecznie. Jakby chciał być
niewidzialny.
Więc nie, zdecydowanie nie przypomina swojego ojca.
Coś mnie intryguje w tym chłopaku, kiedy tak na niego patrzę. Coś
niepokoi. Poczułam to od razu, jak tylko się odezwał w sprawie tych
krewetek i sernika. Nie potrafię jednak tego nazwać, przynajmniej na
razie.
Arleta
Zwykle nie imprezuję z ludźmi w wieku moich rodziców. Towarzystwo
przypomina raczej skład rady osiedla aniżeli ekipę, z którą można się
dobrze bawić. Jestem tu tylko dla Huberta, a on z kolei jest tu dla
swojego ojca, któremu właśnie stuknęła czterdziestka. Czwórka z przodu
oznacza jedno: facet oficjalnie przekroczył strefę cienia. Nie rozumiem,
co tu świętować i z czego się cieszyć, no ale skoro musi... Reszta gości
już od dawna rezyduje w tej strefie, więc spędzenie z nimi kilku godzin
to jak oglądanie filmu, którego treść i finał zna się na pamięć -
człowiek tylko czeka, aż zaczną lecieć napisy końcowe.
Z góry wiem, o czym będą gadać: o wypaleniu w pracy, o rozwodach wśród
znajomych i o cudownym działaniu na jelita płatków owsianych wrzucanych
na naturalny jogurt. Całe szczęście, że nikt tu nie ma małych dzieci, bo
wjechałoby jeszcze ząbkowanie i kącik opowieści o pieluchach i śpiewających nocnikach. Ale o jelitach to na bank będzie gadane. Dlatego
umówiliśmy się z Hubertem, że odklepiemy dwie, góra trzy godziny i się
ulotnimy. Trzeba tylko znaleźć dobrą wymówkę. Wchodząc tu, jeszcze jej
nie wymyśliliśmy, ale kiedy usłyszałam, że Hubert zamawia krewetki, po
których zawsze ma rewolucję w żołądku, i do tego sernik, mimo że nie
toleruje laktozy -?od razu wiedziałam, że mamy plan -?zrozumiałam, że
wyjście awaryjne już jest. Hubert lubi od czasu do czasu iść na całość.
Tym razem poszedł wyjątkowo ostro. Na moje oko wyjdziemy stąd zaraz po
wręczeniu prezentów, czyli za jakieś półtorej godziny.
Póki co impreza się nie klei. Próbowałam pogadać przez chwilę z typem
kreującym się na wielkiego pisarza. Nigdy o nim nie słyszałam. Wydał
cztery książki, ale z tego, co zrozumiałam, wszystkie zaliczyły twarde
lądowanie. Mimo to próbowałam się trochę nim pozachwycać, jakby miał co
najmniej perspektywę na literackiego Nobla. Zawsze to podbudowuje
artystów, więc chciałam być miła. Kobieta, z którą przyszedł, nie
wyglądała na zachwyconą moim udawanym entuzjazmem, więc szybko
spasowałam. Niby psycholog, a jednak nie potrafi ukryć zazdrości.
Żenujące.
Tak naprawdę nie mam tu z kim gadać. Tylko Tania jest spoko, ale dziś
jest lekko zagoniona.
-?Wyjdziemy na taras? -?Hubert wyrywa mnie z zamyślenia nad nędzą tej
całej sytuacji. -?Tyłek mnie boli od tego siedzenia, a jedzenie i tak
przyniosą dopiero za jakieś dwadzieścia minut.
Taras wydaje się super opcją. Wychodzimy pod pretekstem zapalenia
papierosa. Choć Tania staje na głowie, by rozruszać towarzystwo,
atmosfera zgęstniała i wisi jak dym nad sceną. Pewnie przez to
dogryzanie Piotrowi przez Borysa. Wystarczyło jedno głupie zdanie, a klimat bezpowrotnie siadł.
Kiedy przekraczamy próg tarasu, nikt nie odprowadza nas wzrokiem. Z wyjątkiem Kingi. Jej spojrzenie sunie za nami jak cień. Patrzy głównie
na Huberta. Nie w sposób romantyczny, chociaż wiem, że starsze kobiety
lubią sobie fantazjować o młodszych facetach. Tu chodzi o coś zupełnie
innego.
Zamykam za nami szklane drzwi.
-?Kinga wyraźnie się tobą interesuje -?mówię, nie spuszczając wzroku z jej sylwetki za szybą. -?Wiesz, co tu jest grane?
-?Może się jej podobam.
Hubert wzrusza ramionami, robi dziwną minę, która ma być zabawna, i patrzy w dół, na sunące ulicą samochody.
Zapalam papierosa i rozglądam się za popielniczką. Żadnej tu nie ma,
składam więc na pół restauracyjną serwetkę i w nią strząsam popiół.
-?Nie lubię wścibskich ludzi, a ona mi na taką wygląda. Myślisz, że
każdy terapeuta taki jest? -?próbuję ponownie zagadać.
-?Psycholog.
-?Co?
-?Jest psychologiem, nie terapeutką.
-?Co za różnica. Jedni i drudzy lubią wścibiać nos w nie swoje sprawy.
Kiedy ci powiedziała, że jest psychologiem, bo nie słyszałam?
-?Nie wiem... Nie pamiętam... Jakoś między słowami.
-?Między słowami? Przecież nie zamieniłeś z nią ani jednego.
-?Wyluzuj, Mała. Czy to ważne?
-?Bo ja wiem. Chyba nie.
-?To odpuść. Nie masz większych zmartwień?
Nie idzie mi ten papieros. Oddaję niedopałek Hubertowi. Kończy go trzema
solidnymi machami.
Od kiedy weszliśmy do Vitkaca, jest napięty. Nigdy nie był duszą
towarzystwa, ale teraz to już przegina.
-?Tania jest niesamowita. Naprawdę się postarała -?zmieniam temat,
widząc, jak do stojącego w restauracji fortepianu zasiada starszy
mężczyzna w ciemnym garniturze. -?Zapowiada się muzyka na żywo.
Po chwili docierają do nas pierwsze dźwięki Fly Me to the Moon
Sinatry.
Pianista gra naprawdę dobrze, czym nam obojgu poprawia humor. Obejmuję
Huberta w pasie i zaczynamy się kiwać miarowo na boki. Przez chwilę jest
jak w La La Land -?istniejemy tylko my dwoje, a reszta świata gdzieś
znika. Hubert, trochę sztywny, depcze mi po stopach, ale i tak jest mi
dobrze. Nasz taniec nie trwa niestety długo. Kiedy kończy się Fly Me,
słyszymy pukanie w szybę. Tania woła nas na obiad. Właśnie podano zupę.
Piotr
Kiedy wracam z WC, wszyscy siedzą już nad talerzami z zupą, ale nie
jedzą. Czekają. Chyba na mnie, bo tak wypada, żebyśmy zaczęli jeść
jednocześnie. Mamy być zgrani jak pływaczki synchroniczne.
-?Wygląda na to, że czas w ubikacji biegnie wolniej niż tutaj -?silę się
na cienki żart.
Tania patrzy na mnie wyrozumiale i uśmiecha się uprzejmie.
-?Siadaj i jedzmy już, bo zaraz wszystko wystygnie.
Nim zdążę podnieść łyżkę, Kinga dorzuca swoje:
-?Piotr od pewnego czasu przestał patrzeć na zegarek.
Fakt, przestałem. Tylko po co o tym opowiadać.
-?Zamierzasz żyć jak hipis? -?Tania ociera usta serwetką. -?Też
próbowałam, ale poległam. Nie przy tym ciągłym kołchozie, jaki mam w firmie.
-?U ciebie przynajmniej coś się dzieje. Mnie chodzi raczej o twórczą
energię. Muszę wreszcie zwolnic blokadę, a presja czasu i życie według
zegara robi z niej totalną miazgę.
Borys ma minę, jakby chciał powiedzieć: "Przecież ty nie masz żadnej
energii, człowieku". Tania też to widzi. I, o ile ją znam, zaraz będzie
próbowała ratować sytuację.
-?To jakaś nowa teoria? Nie słyszałam.
-?Bronowicz tak uważa -?Kinga znów wyręcza mnie w odpowiedzi.
-?Ten pisarz?
-?Wybił się ostatnio. Przez tyle lat nikt o nim nie słyszał i nagle bum!
Jego ostatnia książka miała aż trzy dodruki, nieźle, co? Facet chwali
się, że sprzedał milion egzemplarzy po polsku i angielsku, bo za granicą
też go wydają. Teraz śmieje się w twarz tym, którzy przez lata byli na
pisarskim świeczniku, a jego mieli za grafomana. Więc nic dziwnego, że
Piotr ma go za guru.
Mam ochotę kopnąć ją pod stołem w kostkę. Nie znoszę, jak publicznie
robi się ze mnie pisarską karykaturę -?kogoś, kto nie ma własnego
pomysłu na siebie i zrzyna go od innych.
-?Ostatnio był z nim wywiad w telewizji. Dziennikarz zapytał, co pomaga
mu w pracy, a ten powiedział, że odkąd powyrzucał z domu wszystkie
zegary, czuje się wolny, a jego pisarska fantazja po prostu szaleje.
Pewnie nie wiecie, ale Piotr...
-?Kochanie, oni nie chcą tego słuchać -?przerywam jej w pół zdania.
Mówię na tyle ostro, że powinna wyczuć mój nastrój.
-?...Piotr kolekcjonuje rady wszystkich znanych pisarzy -?Kinga mówi
dalej, beztrosko wymachując łyżką. -?Założył nawet specjalny notes, w którym je zapisuje. Ma nadzieję, że któraś w końcu zadziała.
Śmieje się przy tym, bo to przecież bardzo śmieszne. Jej kieliszek po
winie jest pusty, więc już łapię, skąd ten dobry humor. Na trzeźwo by mi
tego nie zrobiła. Poza nią nie śmieje się nikt, nawet Borys, choć nigdy
nie przepuszcza okazji, żeby po mnie pojechać.
-?Chciałam tylko powiedzieć, że nie ma nic złego w szukaniu inspiracji u lepszych od siebie.
Niech mnie najlepiej podepnie do dwóch koni i rozerwie na pół -?i tak
będzie mniej bolało. Teraz czuję się wręcz podle. Pozostała czwórka
również wyczuwa niezręczność sytuacji, dlatego udają, że są śmiertelnie
skupieni na tym, co mają w talerzach. Siedzą ze schylonymi głowami i wiosłują w minestrone.
-?Ja tam pana rozumiem -?odzywa się nagle Arleta. -?Też dałabym wszystko
za przepis na sukces. Jeśli ktoś już go znalazł, to czemu z niego nie
skorzystać.
W jej okrągłych, ciemnych oczach widzę, że jest po mojej stronie. Czeka,
aż jej podziękuję, ale nie zamierzam brnąć w tę dyskusję. Też chwytam za
łyżkę i zanurzam ją w zupie.
-?Piotr nic innego nie mówi, jak tylko "Muszę dołączyć do pisarskiej
elity, muszę dołączyć do pisarskiej elity" -?Kinga wciąż się rozkręca.
Kładę dłoń na jej dłoni i lekko ją zaciskam, co powinna odebrać jako
jasny sygnał, że ma zamknąć buzię. Ale najwyraźniej wciąż nie rozumie,
jak bardzo mnie ośmiesza. -?Nie może przeboleć, że nikt go nie docenia.
Aż mi go szkoda.
Czuję, jak wszystko się we mnie zaciska. Na ratunek idzie mi tym razem
Tania.
-?To tylko kwestia czasu. Piotr ma talent, a to najważniejsze. Poza tym
żaden artysta nie ma dziś łatwo.
Arleta przytakuje z aktorską intensywnością.
-?Właśnie. Ze mną jest podobnie -?mówi, patrząc mi prosto w źrenice. -
Ja czuję to samo. Brak sukcesu potrafi człowieka wypatroszyć z chęci
robienia czegokolwiek. Ale nie wolno się poddawać. Nigdy.
Jest zabawna w tym swoim zacięciu.
-?Coś panu powiem -?ciągnie dalej. -?Teraz są takie czasy, że wystarczy
jedno zdarzenie, by wypłynąć. Jedno, ale za to mocne. Takie, żeby
wszyscy je zapamiętali. Coś, co wyrwie ludzi z butów, rozumie pan? A potem to już samograj. Niech tylko media połkną haczyk, a zaczną dziać
się cuda.
Ameryki nie odkryła. Tylko że ja żadnym skandalistą nie jestem. A może
jednak nadeszła pora, żebym wreszcie odpalił jakąś bombę? Co by było,
gdybym zamiast pisać o zbrodniach, jakąś popełnił? Choćby za to, co
właśnie usłyszałem z ust mojej żony.
To oczywisty żart. Nie wiem, co musiałoby się naprawdę stać, żebym
posunął się do ostateczności.
A minestrone jest pierwsza klasa.
Hubert
Mój nastrój jest dziś mocno koślawy, i to od samego rana. Od lat śpię
płytko i krótko, ale ostatnia noc dała mi wyjątkowo w dupę.
Niepotrzebnie wypaliłem zioło. Generalnie już nie palę, ale tym
urodzinowym spotkaniem tak się spiąłem, że dla wyluzowania zapaliłem.
Wtedy się zaczęło. Oblazły mnie koszmary i migawki z przeszłości.
Powracające obrazy i dźwięki -?szelest materaca, bluzgi dochodzące zza
ściany i obrzydliwy zapach chloru do dezynfekcji łazienki.
Chciałem się znieczulić, a wyszło na odwrót. Takie spędy po prostu są
nie dla mnie. Dużo bardziej wolę samotność i ciszę. Ewentualnie mogę
jeszcze pobujać się z Arletą, ale i to nie zawsze. Problem w tym, że
dziewczyny jak już złapią faceta, to lubią siedzieć mu na głowie od rana
do nocy. Na szczęście Arleta umie sobie zorganizować dzień. Gania na
castingi do filmów, telewizji i teledysków. Wszędzie się wciska. A jak
nie gania na te przesłuchania, to uczy się na pamięć tekstów i ról, a potem wrzuca te nagrania na YouTube. Ma nadzieję, że jakiś sławny
reżyser ją tam zauważy i zaangażuje do roli. Twierdzi, że dzięki temu
robi sobie wielopoziomowe portfolio. I niech robi, wiem, że to ją
strasznie kręci. W każdym razie potrafi zająć się sobą. Jest idealną
partnerką i razem mieszka się nam elegancko.
Co innego siedzenie kilka godzin w grupie ludzi, którzy będą próbowali
ze mną o czymś rozmawiać. Już samo myślenie o tym zerwało mi sen z powiek. Lekarz pewnie stwierdziłby u mnie nerwicę. Dlatego musiałem
zapalić.
I jeszcze ten Vitkac. Nie przywykłem do eleganckich lokali. Czuję się w nich totalnie głupio, jak dresiarz na gali operowej. Knajpa z tarasem i pianistą zdecydowanie nie jest dla mnie. Już dużo lepsze są ciemne parki
albo ciche cmentarze. Wszelkie miejsca, gdzie nie ma tłumów. Ale jestem
tu. Dlatego, gdy tylko pojawiła się opcja, żeby wyjść z sali na
powietrze, od razu ruszyłem tyłek.
Na tarasie nie ma nikogo, czyli jest tak, jak lubię. Do tego powietrze
pachnie latem i rozgrzanym asfaltem. To dobry zapach, o wiele lepszy od
tego, który czułem przez sześć lat, będąc w zupełnie innym miejscu. Tam
waliło na zmianę potem, rzygowinami i płynem do dezynfekcji. Tamten
smród wżarł mi się w pamięć jak tatuaż pod skórę. Więc, dla kontrastu,
zapach miejskiego asfaltu to prawdziwe perfumy.
Na powietrzu od razu mi lepiej. Arleta chce zatańczyć i przy okazji
pstryknąć sobie kilka zdjęć do portfolio. Godzę się, ale pod warunkiem
że nie będzie mnie w kadrze. Plecy lub tył głowy mogę pokazać, ale nie
twarz.
Kiwamy się trochę na boki, do przodu i w tył, póki Tania nie zawoła nas
do stołu. Siadam nad zupą, odruchowo zasłaniając ręką talerz. Cofam ją
dopiero po tym, jak ojciec chrząka do mnie znacząco. Tu nie trzeba
walczyć o jedzenie, ale wygląda na to, że chyba nigdy nie wyzbędę się
tego obciachowego nawyku. Na wszelki wypadek wsuwam lewą rękę między
uda, by się więcej nie wygłupić.
Ojciec jeszcze przez chwilę patrzy na mnie czujnie, jak na jakiś ładunek
wybuchowy. Dla jasności -?rozumiem go. Nie chce, żebym wyrwał się z czymś, co schrzani to przyjęcie. A ja... ja po prostu chcę je przetrwać.
Zaraz po zupie przynoszą drugie dania. Dla mnie to ulga. Nie ma czasu na
rozmowy, bo w klimatyzowanej sali wszystko szybko stygnie. Każdy skupia
się więc na tym, co ma na talerzu. Ja mam krewetki, które nadziewam na
widelec i wsuwam jedną po drugiej. Czekam, aż zacznie mi się robić od
nich niedobrze. Wtedy się stąd zwinę.
Zabawa w trucie żołądka trwa w najlepsze, kiedy kątem oka wychwytuję
zaciekawione spojrzenie Kingi. Myśli, że tego nie zauważam, bo nawija o jakimś pisarzu, a do tego jest napruta winem. Ale ja widzę to doskonale.
Arleta miała rację, ewidentnie mnie skanuje. Czuję, że zaczynam się
pocić.
Połykam ostatnią z krewetek i odkładam widelec na talerz.
-?Wiesz już, co chcesz dostać na urodziny? -?rzucam w stronę ojca, by
przekierować uwagę ze mnie na niego.
Ojciec nie jest jak każdy normalny człowiek. Nie cieszy się z gotowych
niespodzianek i nie rozpakowuje prezentów, zrywając z nich kolorowy
papier.
-?No właśnie, wymyśliłeś już coś? -?dołącza się Tania. Wpatruje się w niego z tkliwym uśmiechem, gotowa spełnić każde jego marzenie. -?Mów!
Wszyscy jesteśmy ciekawi, co ci chodzi po głowie.
Ojciec chwilę milczy, ale i tak doskonale wiem, czego chce. O czarnym
Porsche Cayenne nawijał mi chyba ze sto razy. Ale nie wykrztusi tego
tutaj, przy wszystkich. Tania ma wprawdzie kasy jak lodu, ale są dopiero
rok po ślubie, więc wypadałoby zachować pozory przyzwoitości. Nie
obskubie jej przecież na starcie na pół miliona. Członkostwo w klubie
tenisowym, firmowe zegarki i skoki spadochronowe -?to jeszcze ujdzie.
Ale Porsche? Na to musi poczekać kolejny rok albo i nawet cztery, do
pełnej, piątej rocznicy. No chyba że Tania nagle umrze i zostawi mu w spadku całą górę hajsu.
-?Może was zaskoczę, ale... nie chcę nic -?mówi w końcu.
Kinga i Piotr nie wyglądają na zaskoczonych. Ojciec zdążył już nazbierać
trochę super zabawek. Ma już wszystko, oczywiście poza tym czarnym
Porsche.
Arleta, choć w tej chwili nikt jej nie nagrywa, przewraca filmowo
oczami. Chyba mu nie dowierza. Za to Tania ma ewidentny zgryz.
-?Kochanie, tak nie można... To przecież twoje urodziny. Zupełnie nic?
Ojciec kręci głową.
-?Wystarczy mi, że mam ciebie.
Istna komedia.
-?Niezłe jaja -?szepcze mi do ucha Arleta. -?Słyszałeś?
Każdy to słyszał. Ojciec wyartykułował swoje wyznanie na tyle głośno, by
każdy dobrze zrozumiał, że kocha Tanię ponad wszystko i że ich związek
jest idealny. Szkoda, że w tym rozrzewnieniu zapomniał o mnie, że ja też
coś tam dla niego znaczę. Chociaż nie... ja jestem tylko przeszkodą. Robię
za życiową komplikację.
Kurwa... Ile ja razy słyszałem, że na to, aby był ze mnie dumny, muszę
srogo zapracować! Wbił mi to do głowy lata temu, kiedy byłem
dzieciakiem. "Staraj się. Przecież wiesz, na co liczę". Wiedziałem. Wiem
to do dzisiaj. Słyszałem to nawet kilka minut temu, bo powtarza mi to za
każdym razem, kiedy się widzimy.
-?Ojciec ma takie jedno marzenie... -?mówię tak głośno, że aż sam się
dziwię, że tak się da.
Stary obraca się w moją stronę.
-?Synu, daj spokój, mnie nic nie trzeba...
-?Nigdy dotąd nie płynął jachtem -?mówię dalej, po czym zwracam się
bezpośrednio do Tani. -?Podobno masz patent sternika.
Jest zaskoczona pytaniem, bo niby skąd ja mam o tym wiedzieć.
-?Ojciec mówił, że pokazywałaś mu stare nagrania ze swoich rejsów.
-?To było tak dawno temu! Patent zrobiłam przed laty, kiedy byłam na
czwartym roku studiów.
Macha dłonią, bagatelizując temat.
-?Razem go robiłyśmy, pamiętasz? -?odzywa się Kinga nieco bełkoczącym
głosem. -?Byłaś dużo lepsza ode mnie. Od razu łapałaś wszystko, jakbyś
urodziła się na jachcie. Te liny... i ustawienia żagli! Ja musiałam wkuwać
wszystko po sto razy. Do egzaminu też podchodziłam ze sto razy. -?Parska
śmiechem tak, że aż musi przyłożyć do ust serwetkę. -?Już po drugim
miałam dość, ale zmusiłaś mnie, żebym nie odpuszczała.
-?Świętowałyśmy potem całą noc. Pamiętasz, jak wypożyczyłam dla nas
stroje marynarskie? O mój Boże, wyglądałyśmy tak komicznie! Ale byłyśmy
gotowe opłynąć cały świat.
-?I prawie to zrobiłyśmy! Już tydzień później w ramach nagrody
popłynęłyśmy wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Wypożyczyłyśmy jacht. Jak on się
nazywał... -?Kinga pstryka palcami w powietrzu.
-?Białe Tango.
-?Tak, Białe Tango! Maszyna była sztos! Do tego hybryda, miała żagle i silnik. Prawdziwe cacko. A noce, pamiętasz? Rzucałyśmy kotwicę w portach, a potem kładłyśmy się na pokładzie z butelką wina i gadałyśmy o głupotach, gapiąc się w gwiazdy. Szłyśmy pod pokład, dopiero jak
zaczynało ciągnąć od wody, że aż z zimna siniały nam usta.
-?Do dziś nie wiem, jak dałyśmy radę sterować tym jachtem tylko we dwie.
-?Wariatki! -?Kinga kręci z niedowierzaniem głową. -?Normalnie,
wariatki!
-?Nie zapomnę tego rejsu do końca życia.
Ewidentnie wywołałem dobre wspomnienia. Wyczuwam, że na sentymencie Tani
mogę co nieco ugrać. Na przykład to, aby ojciec już nigdy więcej nie
powiedział do mnie, żebym wciąż się starał. Nie ufa mi, choć "staram
się" już od tylu lat.
-?Możesz go powtórzyć -?mówię. -?Ojciec nigdy dotąd nie pływał na
otwartym morzu. Zrób powtórkę, ale tym razem z nim.
Ojciec na razie nie protestuje. Może nagle zapomniał o czarnym Porsche i jacht wydał mu się czymś równie ciekawym. W końcu do kompletu jego
ekskluzywnych dokonań brakowało jeszcze czegoś takiego jak rejs.
-?Sam nie wiem... -?mówi po chwili zastanowienia. -?To chyba byłby zbyt
duży kłopot. Poza tym wynajem jachtu kosztuje fortunę.
Tania uśmiecha się tajemniczo.
-?Nie musimy go wynajmować.
-?Tylko co, mielibyśmy ukraść?
Tania przewraca oczami i robi to niegorzej niż Arleta.
-?Kraść też nie musimy. Wiem, że was zaskoczę, ale... Białe Tango od
zawsze należało do nas. I wciąż należy.
Nad naszym stołem zapada cisza. Zwykle po takich informacjach ludzie
robią wielkie "Wooow", ale tym razem nikt się nie odzywa. A nagłe
milczenie zwykle zwiastuje kłopoty.
-?Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? -?pierwsza odzywa się Kinga.
Odnoszę wrażenie, że nagle otrzeźwiała. Do tego w jej głosie ewidentnie
słychać pretensję.
-?Sama nie wiem. Chyba bałam się, że poczujesz się z tym dziwnie.
-?Teraz właśnie tak się czuję.
-?Kinga, to było dwadzieścia pięć lat temu. -?Tania próbuje chwycić ją
za rękę, ale nic z tego, jej dłoń trafia w próżnię. -?Daj spokój...
Chciałam, żebyś myślała, że spędzamy wakacje na tych samych zasadach.
-?Więc postanowiłaś mnie okłamać? Fakt, nie śmierdziałam wtedy groszem,
bo który student nim śmierdzi. Ale to nie był powód, żeby mnie
oszukiwać.
-?Dla mnie liczyła się tylko nasza przyjaźń i to, co czekało nas na
wodzie. Poza tym przecież się dorzuciłaś.
-?Serio? O czym ty mówisz?! Dałam ci grosze! -?Prychnięcie Kingi słychać
chyba na drugim końcu sali. -?Za te pieniądze mogłaś co najwyżej kupić
płyn do szorowania pokładu. Ale ty mi wmówiłaś, że tyle wystarczy, że
ten wynajem to po znajomości. No cóż... Fakt. Był po znajomości.
Jeszcze nie wiem, czy w tej rozmowie czuć więcej pretensji za niewinne
kłamstwo sprzed lat, czy jednak ckliwy sentyment do starej przygody.
Jednak ewidentnie coś między nimi rośnie.
-?Mój ojciec dał nam wtedy tę łódź, bo chciał i mógł. Zamknijmy ten
temat, dobrze? -?Tania próbuje załagodzić sytuację.
Kinga odkłada widelec na talerz i krzyżuje ręce na piersiach. Nie mam
pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Nie jestem kobietą i nie wiem, co
siedzi im w takich sytuacjach w głowach. Dla mnie to zwykła gównoburza.
-?Tak, skończmy. Co było, to było. Chodziło mi tylko o to, że skłamałaś.
-?Kinga marszczy brzydko czoło. -?I to tak prosto w oczy. Nie
wiedziałam, że potrafisz. Tylko tyle.
Pianista chyba wyczuwa, że coś jest nie tak, bo kończy grę i odchodzi
gdzieś na bok. Piotr kręci palcami młynka pod stołem i ewidentnie
wstrzymuje się od stwierdzenia, że ten cały spór o rejs sprzed lat to
jakaś dziecinada, a Arleta ma gęsią skórkę na rękach.
-?Czujesz to? Jak w greckiej tragedii -?porusza niemo ustami. -
Normalnie ekstra...
Jedyne, co czuję, to że zaczyna mnie mdlić. Mój żołądek właśnie
rozpoczął akcję o kryptonimie "Krewetkowa rzeź".
Wszyscy milczą, nagle zajęci kończeniem jedzenia. Tylko ojciec się
ożywia.
-?Więc nadal je mamy, kochanie? To Białe Tango?
Nie wiem, czy Tania rejestruje to "mamy", które pada z ust mojego ojca.
Wątpię. Jest zajęta nalewaniem sobie wina do kieliszka. Zaraz potem
wypija je kilkoma szybkimi łykami.
-?Tak, łódź cały czas stoi w marinie, w Hiszpanii. Czyżbyś próbował mi
powiedzieć, że jednak...?
Ojciec kiwa głową. Kwestia prezentu właśnie się rozwiązała.