Białe róże dla Matyldy - Magdalena Zimniak

Kup ebooka

23.60 zł

-
Proszę czekać

Wymogłam na Kon­ra­dzie, żebyśmy spędzi­li tę noc w domu ro­dziców. Nie mam wątpli­wości, że po­trak­to­wał to jak fa­na­be­rię, ale boi się o mnie pa­nicz­nie, więc się zgo­dził. Nie chce dopuścić do na­wro­tu hi­ste­rii, jaka miała miej­sce, kie­dy do­wie­działam się o wy­pad­ku. Od tam­te­go mo­men­tu trak­tu­je mnie jak małe, roz­pusz­czo­ne dziec­ko i spełnia wszyst­kie za­chcian­ki. Po­wie­działam, żebyśmy spa­li w moim daw­nym po­ko­ju, nie w sy­pial­ni ro­dziców, cho­ciaż jest większa i wy­god­niej­sza, a wąski tap­cza­nik śred­nio na­da­je się na dwie oso­by. Spędze­nie nocy w łóżku mamy i taty byłoby jed­nak zbyt ma­ka­brycz­ne.

O północy Kon­rad pro­sił, żebym prze­stała oglądać zdjęcia i się położyła. Nie chcę awan­tur, nie mam za­mia­ru już hi­ste­ry­zo­wać i na­prawdę do­ce­niam jego de­li­kat­ność i troskę. Poszłam więc. Dałam się przy­tu­lić, pogłaskać, sama przy­lgnęłam do nie­go. Po­trze­buję go. Ko­cham. Te­raz mam tyl­ko jego. Kie­dy zasnął, wróciłam do sa­lo­nu, do sta­rych al­bumów. Ktoś mógłby po­wie­dzieć, że ka­tuję się tymi fo­to­gra­fia­mi, roz­dra­puję świeże rany, ale to nie­praw­da. To ko­niecz­ność. Nagła, nie­ocze­ki­wa­na śmierć nie po­zwa­la pożegnać się z naj­bliższy­mi, prze­myśleć wza­jem­nych re­la­cji. Tkwiłam więc przy tych zdjęciach i wy­da­wało mi się, że roz­ma­wiam z ro­dzi­ca­mi. To sub­sty­tut, który jed­nak musi mi wy­star­czyć. O szóstej Kon­rad wszedł do po­ko­ju, bez słowa usiadł obok i ra­zem ze mną pa­trzył na ro­dzin­ne fo­to­gra­fie. Za­mknęłam al­bum. Pew­ne roz­mo­wy muszą po­zo­stać pry­wat­ne.

- Wykąp się. - Od­garnął mi włosy z czoła. - Ja przy­go­tuję śnia­da­nie.

Pocałował mnie w skroń. Spróbowałam się uśmiechnąć, cho­ciaż pew­nie sku­tek był mar­ny, i poszłam do łazien­ki. Aby zro­bić mu przy­jem­ność, wmu­siłam po­tem w sie­bie jedną ka­napkę.

Za chwilę wy­cho­dzi­my. Patrzę w lu­stro i widzę ele­gancką, za­dbaną ko­bietę. Wszy­scy za­wsze mówili, że je­stem po­dob­na do mamy, i spra­wiało mi to przy­jem­ność. W tej chwi­li do­strze­gam po­do­bieństwo bar­dzo wyraźnie. Mam ciem­no­blond włosy, dokład­nie ta­kie­go ko­lo­ru jak ona. Upięłam je wy­so­ko tyl­ko dla­te­go, że ona lubiła się tak cze­sać. Być może to ma­ni­fe­sta­cja, krzyk: pa­trz­cie, nie odeszła do końca! Oczy są taty, zie­lo­ne, nie­co skośne. Le­gen­da ro­dzin­na głosi, że wy­wo­dzi­my się od Ta­tarów. Tata nig­dy nie lubił głośnych de­mon­stra­cji, pew­nie dla­te­go zo­sta­wił z sie­bie coś, co do­strze­ga się do­pie­ro przy bliższym, uważniej­szym spoj­rze­niu. Na szyi mam perły, które do­stałam od nie­go. Chcę wie­rzyć, że spra­wia mu to przy­jem­ność.

- Chodźmy. - Daję się spro­wa­dzić ze schodów.

Na dole, przed wejściem do sa­mo­cho­du, wyciągam komórkę. Ma­tyl­da od­bie­ra po dru­gim sy­gna­le.

- Cześć, ko­cha­nie. - Po­do­ba mi się brzmie­nie jej głosu. Mama miała po­dob­ny, ale mniej spo­koj­ny.

- Cześć, cio­ciu. - Nie­spo­dzie­wa­nie czuję przypływ ro­dzin­nych uczuć. Od wy­pad­ku nie­wie­le myślałam o Ma­tyl­dzie. - Wyjdź za dzie­sięć mi­nut, już wyjeżdżamy.

Długo nie od­po­wia­da, aż za­czy­nam się nie­po­koić.

- Mat? Mat, je­steś tam?

- Tak. Mam być za dzie­sięć mi­nut. Do zo­ba­cze­nia, ko­cha­nie.

Rozłącza się.

Dom sio­stry mamy jest piękny i sty­lo­wy, pa­su­je do niej. Cho­ciaż wy­da­je się o wie­le za duży jak na jedną osobę, Mat nig­dy nie myślała o prze­pro­wadz­ce. Jest uznaną le­karką, wciąż bar­dzo in­ten­syw­nie pra­cu­je, stać ją. Mąż też zo­sta­wił spo­ro pie­niędzy, od­no­sił suk­ce­sy jako biz­nes­men i wy­da­je mi się, że jego spółka nadal jest dla ciot­ki źródłem do­chodów. Trud­no mi określić sto­su­nek do Ma­tyl­dy. Jed­no jest pew­ne: za­wsze ją po­dzi­wiałam. Życie nie ob­cho­dziło się z nią łagod­nie, nie znam ni­ko­go, kto stra­cił więcej niż ona. Miała dwo­je dzie­ci, które umarły, za­nim skończyły trzy lata. Wkrótce po­tem zginął jej mąż. To wszyst­ko ro­ze­grało się przed moim przyjściem na świat, więc nig­dy nie po­znałam ku­zynów ani wuj­ka, mamę mu­siałam przy­mu­szać, żeby cze­go­kol­wiek się do­wie­dzieć, ciot­ki nie miałam od­wa­gi za­py­tać. Sama opo­wie­działa mi kie­dyś o Mar­ku, swo­im mężu. Wygląda na to, że po­zo­stały w niej do­bre wspo­mnie­nia. Ogólnie spra­wia na mnie wrażenie po­sta­ci wyjętej z an­tycz­ne­go dra­ma­tu; ma su­rową twarz o kla­sycz­nych ry­sach, a oczy niekie­dy prze­wier­cają człowie­ka na wskroś. Ona nie tyl­ko mnie onieśmie­la, cza­sa­mi wręcz się jej boję, cho­ciaż w sto­sun­ku do mnie za­wsze była ser­decz­na. Drzwi domu się otwie­rają, Ma­tyl­da idzie w na­szym kie­run­ku, więc wy­sia­dam z sa­mo­cho­du. Kon­rad też. Ciot­ka wyciąga ra­mio­na, obej­mu­je mnie i na­gle czuję się bez­piecz­na. Jak mogłam się jej bać? Te­raz następuje coś prze­dziw­ne­go: mam wrażenie, że je­stem małą dziew­czynką, a ona moją mamą. Nie mam już ro­dziców i je­stem na tyle do­rosła, że nie po­trze­buję, żeby ktoś ich zastąpił, ale po­zwa­lam tej chwi­li trwać. W końcu ciot­ka wy­pusz­cza mnie z objęć, ści­ska krótko rękę Kon­rada i wsia­da­my do auta. W głowie mam zamęt. Mija kil­ka­naście se­kund, za­nim przy­po­mi­nam so­bie, dokąd je­dzie­my. Msza żałobna i po­grzeb mo­ich ro­dziców. Mam ochotę wyć, ale sta­ram się na­wet od­dy­chać ci­cho. Nie wiem, jak to się stało, że obie z Ma­tyldą zajęłyśmy miej­sca z tyłu. Chwy­tam w lu­ster­ku za­tro­ska­ne spoj­rze­nie Kon­rada, ale od­wra­cam się i patrzę na twarz ciot­ki. Nadal jest piękna. Ści­ska moją rękę, od­daję uścisk. Do­brze, że je­dzie­my ra­zem.

Na mszy siedzę między Ma­tyldą a Kon­ra­dem. Trzy­mam dłonie złożone, na wy­pa­dek gdy­by któreś z nich chciało mnie do­tknąć. Muszą zro­zu­mieć, że nie po­trze­buję te­raz ich po­cie­sze­nia czy wspólne­go przeżywa­nia żalu. Nig­dy nie myślałam, że ro­dzi­ce odejdą w ten sposób. Wszy­scy mówili, że mama jest świet­nym kie­rowcą, na­wet tata, śmiejąc się, przy­zna­wał, że żona pro­wa­dzi le­piej od nie­go. Co spra­wiło, że wy­je­chała z tra­sy? Dla­cze­go ude­rzyła w drze­wo? Przy tej prędkości nie mie­li szans.

Na cmen­tarz przyszło wie­lu lu­dzi. Ro­dzi­ce za­wsze mie­li mnóstwo zna­jo­mych. Trum­ny są spusz­cza­ne do gro­bu, niektórzy własnoręcznie rzu­cają grudkę zie­mi. Na fil­mach wi­dy­wałam, jak lu­dzie wska­ki­wa­li w ta­kich chwi­lach do czar­ne­go dołu, wołali, żeby za­ko­pać ich ra­zem. Ja stoję zupełnie nie­ru­cho­mo, cho­ciaż moim je­dy­nym pra­gnie­niem jest zro­bie­nie dra­ma­tycz­nej sce­ny. Mam wrażenie, że tak byłoby łatwiej. Po otrzy­ma­niu wia­do­mości miałam atak hi­ste­rii, później byłam już spo­koj­na. Ka­mien­na. O tak, to też znam z filmów. Czy za­wsze muszę coś od­gry­wać? Tak bar­dzo chciałabym pożegnać ich po swo­je­mu. Nie, nie chcę ich żegnać w tej chwi­li. To nie dzie­je się na­prawdę. Przez chwilę rze­czy­wi­stość się za­ma­zu­je, wierzę, że to tyl­ko kosz­mar, z którego da się wy­rwać.

Na­gle słyszę jakiś szum i wokół robi się po­twor­ne za­mie­sza­nie. Ma­tyl­da ze­mdlała. Zaj­mu­je się nią przy­ja­ciel ojca - pan Woj­tek, le­karz. Pro­si, żeby wszy­scy się od­sunęli. Ja mam ochotę krzy­czeć, żeby już po­szli. Po­grzeb się skończył, a wyraźnie było za­zna­czo­ne, że nie chce­my kon­do­len­cji. Mój mąż sta­je na wy­so­kości za­da­nia; mówi coś spo­koj­nie, lecz sta­now­czo, i żałob­ni­cy się roz­chodzą. Zosta­jemy tyl­ko my, le­karz i jego żona. Kon­rad wyciąga komórkę z kie­sze­ni, wi­docz­nie wy­czuł wi­bra­cje, bo dźwięk nadal jest wyłączo­ny. Od­da­la się, od­bie­ra. Czuję nie­pokój nie­mający nic wspólne­go z moją pry­watną roz­paczą. Patrzę na Ma­tyldę. Otwo­rzyła oczy, jest bar­dzo bla­da.

- Jak się czu­jesz, cio­ciu? - Biorę ją za rękę. - Mat? - Wiem, że lubi, jak tak ją na­zy­wam. Ma­mie się to nie po­do­bało.

- W porządku. - Ma­tyl­da uśmie­cha się słabo.

- Tętno le­d­wie wy­czu­wal­ne - oznaj­mia pan Woj­tek. - Należałoby za­brać ją na ob­ser­wację.

Ma­tyl­da potrząsa głową i wsta­je. Usiłuje przejść kil­ka kroków, ale się chwie­je. Pan Woj­tek pod­trzy­mu­je ją, in­a­czej by upadła.

- Za­wie­zie­my cię do szpi­ta­la, Mat.

Kiwa głową, ale nie je­stem pew­na, czy wszyst­ko do niej do­cie­ra.

Zo­stał mi jesz­cze ktoś z ro­dzi­ny - cio­cia Mat. Ko­cham męża, ale nie ma między nami więzów krwi. Do­pie­ro te­raz od­kry­wam, jak ważne jest po­kre­wieństwo. Nic nie może się stać Ma­tyl­dzie.

- Trze­ba za­dzwo­nić po po­go­to­wie - mówi pan Woj­tek. - Pani Ma­tyl­da nie po­win­na cho­dzić. Oni będą mie­li no­sze.

Wyciąga te­le­fon. Widzę, że Ma­tyl­da chce za­pro­te­sto­wać, lecz jest tak słaba, że nie ma na­wet siły wstać. Kon­rad jesz­cze nie wrócił, roz­ma­wia, twarz ma poważną.

- Tak będzie le­piej, Mat - mówię, ści­skam lek­ko rękę ciot­ki. - Pan Woj­tek jest le­ka­rzem, więc wie, co mówi.

Na­gle czuję się za­wsty­dzo­na. Prze­cież ciot­ka też jest le­karką. Chcę coś dodać, lecz ona od­zy­wa się pierw­sza.

- Ma­cie rację. Ja też je­stem le­karką, ale za­po­mi­nam o tym za każdym ra­zem, kie­dy je­stem cho­ra.

Nie je­stem pew­na, czy to miał być dow­cip, lecz wszy­scy się śmie­je­my. Tu­taj, przy gro­bie, tuż po po­grze­bie. Mój śmiech cich­nie naj­szyb­ciej. Kon­rad wra­ca. Wiem, że chce mi coś po­wie­dzieć, a prze­czu­cie pod­po­wia­da, że będzie le­piej, jeśli po­pro­wa­dzi­my tę roz­mowę bez świadków.

- Co jest? - py­tam.

- Dzwo­nił pod­ko­mi­sarz, mówił, że chce nas przesłuchać, po­nie­waż po­ja­wiły się nowe do­wo­dy.

Ki­wam głową. Cze­goś ta­kie­go właśnie się spo­dzie­wałam.

- Po­wie­działem, że w tej chwi­li nie damy rady, ale on na­le­ga na roz­mowę z którymś z nas jak naj­szyb­ciej, a i tak mu­si­my być przesłuchi­wa­ni po­je­dyn­czo.

Na­gle się roz­luźniam.

- Jedź do nie­go, dam radę sama.

- Zo­stanę z tobą, ko­cha­nie, nie może zmu­sić mnie do...

- Nie - prze­ry­wam. - Mat po­trze­bu­je spo­ko­ju, a w ka­ret­ce nie lubią tłumów. Mam na­dzieję, że mnie po­zwolą wejść.

Kon­rad próbuje jesz­cze pro­te­sto­wać, ale je­stem sta­now­cza. W końcu obej­mu­je mnie i od­cho­dzi. Zni­ka na końcu ścieżki. Nowe do­wo­dy? Nie mam cza­su się roz­tkli­wić, bo widzę już lu­dzi z no­sza­mi. Nie bar­dzo ro­zu­miem, o czym roz­ma­wia z nimi pan Woj­tek. Naj­wy­raźniej za­dzwo­nił do szpi­ta­la, w którym pra­cu­je, dla­te­go ka­ret­ka przy­je­chała tak szyb­ko. Chy­ba ma w tym świat­ku lep­sze zna­jo­mości niż ciot­ka, która od daw­na już nie ma związku z żadną państwową in­sty­tucją.

- Trzy­maj się, Be­at­ko. - Pan Woj­tek ści­ska mnie po oj­cow­sku. Boże, czy nig­dy nie prze­stanę używać ta­kich określeń, cho­ciażby w myślach? - Ona naj­praw­do­po­dob­niej zo­sta­nie na ob­ser­wa­cji. W dro­dze wyjątku po­zwolą ci je­chać ka­retką.

- Dziękuję. Nie wiem, co bym bez pana zro­biła.

Śpieszę wraz z ekipą me­dyków. Ma­tyl­da leży z za­mkniętymi oczy­ma. Wygląda kru­cho. Nie od­chodź, błagam ją w myślach, zo­stań ze mną. Po­ko­nałaś tyle burz i za­wi­ro­wań, nie możesz zo­stawić mnie te­raz.

W am­bu­lan­sie do­ty­kam jej dłoni. Pod­no­si po­wie­ki i pa­trzy na mnie poważnie.

- Jak się czu­jesz, Mat?

Głupie py­ta­nie, wiem.

- Całkiem nieźle. - Kąciki jej ust unoszą się jak u małej, nie­sfor­nej dziew­czyn­ki.

Przy­tu­lam jej rękę do po­licz­ka i do­pie­ro wte­dy zdaję so­bie sprawę, że jest mo­kry. A więc jed­nak po­tra­fię płakać.

- Ko­cham cię - słyszę i ja też się uśmie­cham, cho­ciaż nadal płaczę.

- Ja też cię ko­cham.

Znów za­my­ka oczy, ale wciąż trzy­mam ją za rękę. "Nowe do­wo­dy" - przy­po­mi­na mi się. Boję się po­twor­nie, lecz do­tyk tej cho­rej ko­bie­ty mnie uspo­ka­ja. Będę w sta­nie to znieść. Pójdę na przesłucha­nie jak naj­wcześniej się da.

W szpi­ta­lu zaj­mują się ciotką na­tych­miast. Pro­tek­cja pana Wojt­ka działa.

Le­karz mówi mi coś o słabym tętnie i ni­skim ciśnie­niu. Nie po­tra­fię się skon­cen­tro­wać, do­cie­ra do mnie je­dy­nie in­for­ma­cja, że życiu Ma­tyl­dy nie za­graża bez­pośred­nie nie­bez­pie­czeństwo.

- Do­stała kroplówkę. - Usiłuję sku­pić wzrok na twa­rzy le­ka­rza. Ma długie, ciem­ne włosy, oku­la­ry a la John Len­non i wygląda jak hi­pis ze sta­rych filmów. - Jej stan z pew­nością spo­wo­do­wa­ny jest stre­sem i długo­tr­wałym nie­od­po­wied­nim odżywia­niem. Myślę, że naj­le­piej zo­sta­wić ją parę dni na ob­ser­wa­cji.

Ki­wam głową i uśmie­cham się z wdzięcznością. Nie byłabym w sta­nie przeżyć jesz­cze jed­nej stra­ty.

- Dziękuję, pa­nie dok­to­rze.

Pa­trzy mi poważnie pro­sto w oczy i w tym mo­men­cie do­cie­ra do mnie, że kie­dyś po­do­ba­li mi się tacy mężczyźni. Wy­mie­nia­my jesz­cze ja­kieś grzecz­ności i opusz­czam ga­bi­net.

Na sali leżą dwie inne ko­bie­ty, dużo star­sze od ciot­ki. Mam wrażenie, że Ma­tyl­dzie z wie­kiem przy­by­wa uro­dy. Na­wet tu roz­ta­cza wokół sie­bie królew­ski czar.

- Le­karz po­wie­dział, że to sku­tek stre­su i złego odżywia­nia. - Pod­no­si, a ja do­daję, za­nim zdąży się ode­zwać: - Mu­sisz obie­cać, że pomyślisz trochę o je­dze­niu.

- Obie­cuję, córecz­ko.

Do­brze, że ktoś jesz­cze tak do mnie mówi.

- Mam prośbę. Mogłabyś pójść wie­czo­rem na­kar­mić moje koty?

- Oczy­wiście.

Będę mu­siała iść sama; Kon­rad jest uczu­lo­ny na kocią sierść. To i le­piej, muszę na­uczyć się trochę nie­za­leżności. Od wy­pad­ku sta­rał się nie zo­sta­wiać mnie sa­mej. Uza­leżniłam się od jego obec­ności, trzęsę się na­wet, kie­dy wy­cho­dzi po za­ku­py, a on dzwo­ni wte­dy nie­mal co pięć mi­nut. Wziął urlop, ale już ju­tro wra­ca do pra­cy. Od­ga­niam tę myśl.

- Mam na­dzieję, że się nie prze­ra­zisz. Daw­no nie sprzątałam.

Uśmie­cham się.

- W tym względzie nie tak łatwo mnie prze­ra­zić. Od­kurzę trochę, żeby było ci przy­jem­niej.

- Ko­cha­ne z cie­bie dziec­ko. Z górą nic nie mu­sisz robić, bałaga­nię tyl­ko na dole.

Siedzę przy Mat jesz­cze z pół go­dzi­ny. Nie­mal nie roz­ma­wia­my, wy­star­cza nam wza­jem­na bli­skość.

- Idź już, ko­cha­nie - prze­ry­wa w końcu ciszę ciot­ka. - Od­pocz­nij trochę, a ja się prześpię.

Ociągam się.

- Wiesz - za­czy­nam z wa­ha­niem. - Będę mu­siała składać ja­kieś do­dat­ko­we ze­zna­nia na po­li­cji. Po­dob­no po­ja­wiły się nowe oko­licz­ności.

Nie po­tra­fię się opa­no­wać, choć twarz Ma­tyl­dy bled­nie jesz­cze bar­dziej.

- Nowe oko­licz­ności? - po­wta­rza. - W spra­wie śmier­ci two­ich ro­dziców.

Wygląda tak kru­cho, a jest sil­na. Mnie tego ro­dza­ju słowa nie prze­chodzą przez gardło.

- Tak.

Ja też muszę na­uczyć się siły.

- Po­wiesz mi ju­tro, jak było na tym przesłucha­niu. - Ma­tyl­da uśmie­cha się, jak­by chciała dodać mi od­wa­gi. Działa. Od­wza­jem­niam uśmiech. - Do zo­ba­cze­nia, słonko.

Tuż za pro­giem szpi­ta­la wyciągam komórkę. Za­mie­rzam za­dzwo­nić do Kon­ra­da, ale re­zy­gnuję. Po­tra­fię do­je­chać do domu bez ni­czy­jej po­mo­cy. Wsia­dam do au­to­bu­su i kie­dy tyl­ko zaj­muję miej­sce, po­wie­ki mi opa­dają. Ryt­micz­ne kołysa­nie po­jaz­du działa jak naj­lep­szy śro­dek na­sen­ny. Chy­ba mogłabym po­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki go­dzi­ny, które prze­spałam od wy­pad­ku. Budzę się dokład­nie w mo­men­cie, kie­dy au­to­bus sta­je na moim przy­stan­ku. Kil­ka razy w przeszłości za­sta­na­wiałam się nad tym zja­wi­skiem. Kie­dy byłam stu­dentką, po­je­chałam do Lon­dy­nu, żeby pod­szko­lić język, a przy oka­zji za­ro­bić trochę gro­sza. Zna­lazłam za­trud­nie­nie w agen­cji kel­ner­skiej i pra­co­wałam przy obsłudze ban­kietów, dosyć eks­klu­zyw­nych, cza­sem na­wet z udziałem ro­dzi­ny królew­skiej. To był do­bry okres, mnóstwo zamówień. Zda­rzało się, że wra­całam o trze­ciej w nocy, a o szóstej mu­siałam łapać pociąg, żeby nie spóźnić się do ho­te­lu, gdzie za­ma­wia­no kel­nerów do po­mo­cy przy śnia­da­niu. Byłam tak wykończo­na, że odpływałam na­tych­miast, kie­dy rzu­całam się na sie­dze­nie, ale nie zda­rzyło mi się prze­spać przy­stan­ku. Naj­wi­docz­niej podświa­do­mość ra­tu­je nas przed różnymi wpad­ka­mi.

Przekręcam klucz w zam­ku i cieszę się, że Kon­rad wita mnie już w przed­po­ko­ju.

- Wygląda na to, że ktoś maj­stro­wał przy układzie ha­mul­co­wym.

Wy­pusz­czam wol­no po­wie­trze. W za­sa­dzie właśnie tego po­win­nam się spo­dzie­wać już w mo­men­cie, kie­dy padło określe­nie "nowe do­wo­dy". Mimo to hi­po­te­za, że ktoś chciał po­zbyć się mo­ich ro­dziców, wy­da­je się ab­so­lut­nie nie­wia­ry­god­na.

- Pod­ko­mi­sarz pro­sił, żebyś umówiła się na spo­tka­nie.

Wyciągam komórkę, ale za­nim zdążę na­cisnąć ja­ki­kol­wiek gu­zi­czek, słyszę głos Kon­ra­da.

- Jak ona się czu­je?

To miło, że pyta. Nig­dy nie miał z ciotką spe­cjal­ne­go kon­tak­tu, ot, tyle co na obiad­kach u ro­dziców, rza­dziej u nas. U niej nie mógł bywać ze względu na aler­gię na koty.

- Nieźle. To kwe­stia stre­su i po­dob­no nie odżywiała się naj­le­piej.

Kon­rad uśmie­cha się ciepło, jak­by spadł mu ka­mień z ser­ca.

- Ugo­to­wałem rosół. - W jego oczach po­ja­wia się łobu­zer­ski błysk, który ocza­ro­wał mnie na początku na­szej zna­jo­mości. - Za­dzwo­nisz do­pie­ro, jak zjesz. - Za­bie­ra mi te­le­fon.

Za mo­ment na sto­le stoją dwa ta­le­rze gorącej, pysz­nej zupy, a ja, o dzi­wo, pochłaniam swoją porcję z ape­ty­tem. Od wy­pad­ku wszyst­ko było we mnie wmu­sza­ne.

- Wspa­niała. Od dziś tyl­ko ty go­tu­jesz.

- Nie ma tak do­brze. Ja­kieś równo­upraw­nie­nie musi być.

Kończę jeść i od­su­wam ta­lerz.

- Te­raz po­proszę te­le­fon.

Po twa­rzy Kon­ra­da prze­bie­ga le­d­wie do­strze­gal­ny cień, ale wyciąga moją komórkę z kie­sze­ni spodni. Uj­muję te­le­fon, po czym uświa­da­miam so­bie, że nie mam prze­cież nu­me­ru.

- Jaki jest nu­mer do pod­ko­mi­sa­rza?

Kon­rad dyk­tu­je z pamięci, nie spusz­czając ze mnie wzro­ku. Wy­bie­ram ko­lej­ne cy­fer­ki, lecz za­nim przy­cisnę zie­loną słuchawkę, wy­chodzę do sa­lo­nu, sta­ran­nie za­my­kając za sobą wszyst­kie drzwi. Nie wiem dla­cze­go, ale bar­dzo mi prze­szka­dza upo­rczy­we spoj­rze­nie Kon­rada. W jego twa­rzy do­strze­gam wpraw­dzie tyl­ko troskę i miłość, ale, do cho­le­ry, to moja roz­mo­wa! Może nie jest w ścisłym zna­cze­niu tego słowa pry­wat­na, mimo to... Myśli się roz­pierz­chają, osu­wam się na ka­napę. Chwilę trwa, za­nim przy­po­mi­nam so­bie, co miałam zro­bić. Pod­ko­mi­sarz od­bie­ra po dru­gim sy­gna­le.

- Do­bry wieczór, tu Be­ata Tysz­kie­wicz. Mogłabym spo­tkać się z pa­nem na­wet te­raz.

- Może pani przy­je­chać na po­ste­ru­nek?

- Tak, za­raz tam będę.

Nie cze­kam na od­po­wiedź, rozłączam się. Bez­sze­lest­nie pod­chodzę do drzwi i bar­dzo de­li­kat­nie je otwie­ram. Ko­ry­tarz jest pu­sty. Cze­go się spo­dzie­wałam, do ciężkiej cho­ro­by?! Podsłuchującego męża? Idę na pal­cach do kuch­ni. Le­ciut­ko na­ci­skam na klamkę. Kon­rad sie­dzi przy sto­le z twarzą ukrytą w dłoniach.

- Ko­cha­nie - mówię stłumio­nym głosem.

Po­wo­li uno­si głowę i się uśmie­cha, ale jego twarz jest po­sza­rzała. Te­raz do­pie­ro do­strze­gam, że bar­dzo schudł od wy­pad­ku. Pod­chodzę i wsu­wam pal­ce w jego włosy. Przy­tu­la się do mo­je­go brzu­cha.

Od­su­wa się i pa­trzy mi w oczy. Do­ty­kam ko­niusz­ka­mi palców jego po­licz­ka. Golił się rano, ale już trochę kłuje.

- Pod­wiozę cię.

Co­fam obie dłonie, robię krok do tyłu. Słyszę w głosie Kon­ra­da nutę, która zupełnie mi się nie po­do­ba. Nie po­tra­fię określić, o co cho­dzi.

- Dziękuję - mówię szorst­ko. - We... - milknę na­gle. Miałam za­miar po­wie­dzieć, że wezmę sa­mochód i sama po­jadę, ale nie dam rady. Być może kie­dyś, za kil­ka lat, usiądę znów za kie­row­nicą. - Przejdę się.

Trochę po­wie­trza, na­wet prze­siąkniętego spa­li­na­mi, do­brze mi zro­bi. Kon­rad nie na­le­ga, moc­no za­ci­ska zęby. Zdążyłam się już na­uczyć, że to ozna­ka naj­wyższej fru­stra­cji.

- Ko­cha­nie, muszę się znów na­uczyć sa­mo­dziel­ności.

Po co właści­wie się tłumaczę? Kon­rad nie re­agu­je, pogrążony w mil­cze­niu. Spra­wia wrażenie, jak­by był za ścianą. Co się stało? W jaki sposób tak na­gle od­da­li­liśmy się od sie­bie?

Wy­chodzę do łazien­ki. Myję zęby, prze­cze­suję włosy, po­pra­wiam ma­ki­jaż. Po­now­nie myślę, że je­stem po­dob­na do mamy. Mam na­wet taką samą minę, jaką wi­działam na jej twa­rzy po kłótniach z oj­cem. Ja­sna cho­le­ra, prze­cież ja się nie pokłóciłam!

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem otwie­ram drzwi i wy­chodzę do przed­po­ko­ju. Kon­rad nadal sie­dzi w kuch­ni, dokład­nie tak jak go zo­sta­wiłam parę mi­nut temu.

- Już wy­chodzę, ko­cha­nie - mówię miękko.

Przy­tu­lam się po­now­nie, on wpla­ta mi dłonie we włosy i po raz pierw­szy od wy­pad­ku czuję pod­nie­ce­nie. Roz­chy­lam war­gi, szu­kam jego ust, za­tra­cam się w pocałunku. Jego ręce zsu­wają się, wśli­zgują pod bluzkę. Jest zbyt do­brze. Od­su­wam się, lek­ko otu­ma­nio­na.

- Wrócę, kie­dy tyl­ko będę mogła.

Jesz­cze idąc ulicą, myślę o dłoniach i ustach Kon­ra­da. Pragnę wrócić, ko­chać się z nim.

Twarz pod­ko­mi­sa­rza wy­da­je się stężała. Jesz­cze ma nor­mal­ne, ludz­kie od­ru­chy. Żal mi, że musi prze­cho­dzić przez cu­dze cier­pie­nie.

- Po­dob­no wygląda na to, że ktoś maj­stro­wał przy układzie ha­mul­co­wym.

Używam dokład­nie ta­kich słów jak Kon­rad. Przez chwilę za­sta­na­wiam się, czy on z ko­lei nie cy­to­wał pod­ko­mi­sa­rza.

- Tak - po­twier­dza. - Nie działał czuj­nik po­zio­mu płynu ha­mul­co­we­go, a płyn wy­cie­kał. To ozna...

Prze­ry­wam gwałtow­nie. Nie wiem, dla­cze­go, ale wolę, żeby to wyszło ode mnie.

- Czy to zna­czy, że ro­dzi­ce zo­sta­li za­mor­do­wa­ni?

Po­wie­działam to, udało się. Staję się sil­na... jak Mat. Chcę być jak ciot­ka. Będę jak ciot­ka. Nie okażę więcej słabości.

- Oba­wiam się, że ta hi­po­te­za jest naj­bar­dziej praw­do­po­dob­na. Tego typu uszko­dze­nie sa­mo­cho­du na dzie­więćdzie­siąt dzie­więć pro­cent nie zro­biło się sa­mo­ist­nie. W za­sa­dzie dwa uszko­dze­nia, które do­pro­wa­dziły do wy­pad­ku.

Pociągam łyk lu­ro­wa­tej kawy, którą po­sta­wio­no przede mną na początku. Zo­stał więc je­den pro­cent, ale nie chwycę się go jak tonący brzy­twy. Jeśli ktoś jest win­ny śmier­ci ro­dziców, po­wi­nien za nią od­po­wie­dzieć.

W po­ko­ju zro­biło się zim­no. Przyglądam się siedzącemu na­prze­ciw­ko mężczyźnie. Zbliża się chy­ba do czter­dziest­ki, ma in­te­li­gent­ne, piw­ne oczy i ciem­no­blond włosy, moc­no prze­rze­dzo­ne na czub­ku głowy. Nie mogłabym na­zwać go przy­stoj­nym, jest zde­cy­do­wa­nie zbyt ni­ski - mniej więcej mo­je­go wzro­stu, ale przy­pusz­czam, że niektórym ko­bie­tom się po­do­ba. Moc­no na­pa­ko­wa­ny, bez gra­ma tłuszczu. Te­raz pa­trzy na mnie wy­cze­kująco. Pew­nie zadał ja­kieś py­ta­nie. Po­win­nam się skon­cen­tro­wać.

- Prze­pra­szam, mógłby pan powtórzyć?

- Za­py­tałem, kto oprócz pani dzie­dzi­czy po ro­dzi­cach.

- Tyl­ko ja.

Zdaję so­bie sprawę, że je­stem główną po­dej­rzaną. To jak sce­na z fil­mu kry­mi­nal­ne­go. Z dwoj­ga złego wolałabym być bo­ha­terką ro­man­su.

- Czy pani ro­dzi­ce mie­li wrogów?

Wrogów? Ro­dzi­ce pro­wa­dzi­li otwar­ty dom i za­wsze pełno było u nich bliższych i dal­szych zna­jo­mych. Nie przy­po­mi­nam so­bie ni­ko­go, kto ich nie lubił. Kręcę głową.

- Z pew­nością nie.

- Może mama na­ra­ziła się ja­kie­muś pa­cjen­to­wi? - pod­su­wa po­li­cjant.

Mama pro­wa­dziła pry­watną prak­tykę psy­cho­lo­giczną.

- Nig­dy nie mówiła o pro­ble­mach pa­cjen... - Ury­wam. Kto wie, może to jest jakiś trop? Niezrówno­ważona psy­chicz­nie oso­ba za­bi­ja swoją te­ra­peutkę. Jak w fil­mach.

- A oj­ciec pani? Wiem, że nie tak daw­no na­pi­sał ar­ty­kuł o mal­wer­sa­cjach w ja­kiejś fa­bry­ce.

Rze­czy­wiście. Dy­rek­tor po­szedł na­wet sie­dzieć. Tata był dzien­ni­ka­rzem, który bez względu na kosz­ty za­wsze podążał za prawdą. Na pew­no zde­ner­wo­wał parę osób. Do tego stop­nia, że po­zba­wiły życia nie tyl­ko jego, ale również jego żonę? A może pra­co­wał nad czymś no­wym i ktoś nie chciał dopuścić, żeby ar­ty­kuł uj­rzał światło dzien­ne?

- Oj­ciec był bez­kom­pro­mi­so­wy. Mógł zaleźć komuś za skórę.

- Miała pani do­bry kon­takt z ro­dzi­ca­mi?

Czyżby na­prawdę uważał mnie za główną po­dej­rzaną?

- Oczy­wiście. Ale ro­dzi­ce sądzi­li, że dom i ro­dzi­na są naj­ważniej­sze i nie po­win­no się w to mie­szać pro­blemów z pra­cy.

- Jak daw­no zna pani swo­je­go męża?

Patrzę osłupiała.

- Czte­ry lata - od­po­wia­dam po dłuższej chwi­li.

Waha się chwilę, za­nim za­da­je następne py­ta­nie:

- Jak do­brze go pani zna?

Czuję gorącą falę gnie­wu, po chłodzie nie po­zo­stał na­wet ślad. Opa­no­wuję się szyb­ko.

- To mój mąż - mówię, jak­by to wyjaśniało wszyst­ko.

W tym mo­men­cie po­ja­wia się natrętna myśl, że o przeszłości Kon­ra­da wiem tyle, ile ze­chciał mi po­wie­dzieć, a ozna­cza to prak­tycz­nie zero. Z ro­dziną ze­rwał wszel­kie kon­tak­ty, nikt nie po­ja­wił się na ślu­bie, nig­dy ni­ko­go nie po­znałam, nie wi­działam na­wet żad­nych fo­to­gra­fii.

- Ufa mu pani? - drąży da­lej pod­ko­mi­sarz.

Patrzę na nie­go z nie­ukry­waną już wściekłością.

- Oczy­wiście.

- Czy mają państwo spi­saną in­ter­cyzę?

Bez­czel­ny du­pek. Mam ochotę go spo­licz­ko­wać.

- O co panu cho­dzi?! - krzyczę. - Co to za in­sy­nu­acje?!

- Ni­cze­go nie in­sy­nu­uję. Za­daję ru­ty­no­we py­ta­nia. - Robi przerwę, jak­by chciał dać mi czas na przy­swo­je­nie. - A więc: czy mają państwo spi­saną in­ter­cyzę?

Od­dy­cham ciężko, ale ro­zu­miem, że fa­cet ma rację.

- Nie - od­po­wia­dam w końcu zre­zy­gno­wa­nym to­nem.

Kiwa głową i uśmie­cha się. Nie złośli­wie ani drwiąco, ale spra­wiłoby mi przy­jem­ność star­cie mu tego uśmie­chu z twa­rzy.

- Jak otwie­ra się garaż? - zmie­nia te­mat.

- Garaż?

- Garaż, gdzie stał sa­mochód pani ro­dziców - do­po­wia­da, lecz to już nie jest po­trzeb­ne.

Patrzę mu pro­sto w oczy.

- Tyl­ko klu­czem. To bar­dzo sta­ry garaż - wyjaśniam.

- Kto ma klucz?

- Oni mie­li, a poza tym tyl­ko ja.

- Gdzie trzy­mała pani ten klucz? - Po­li­cjant już się nie uśmie­cha. Kłam­stwo w tym wy­pad­ku nie ma żad­ne­go sen­su.

- Tam gdzie wszyst­kie inne klu­cze, na wie­sza­ku w przed­po­ko­ju.

- Jak spędziła pani dzień po­prze­dzający wy­pa­dek?

Nagłe zmia­ny te­ma­tu zbi­jają mnie z tro­pu. Przez dłuższą chwilę zbie­ram myśli.

- Byłam w pra­cy, zro­biłam za­ku­py w skle­pie osie­dlo­wym, wróciłam do domu.

- Ktoś może to po­twier­dzić?

- Może właści­ciel­ka skle­pu będzie pamiętała. Za­wsze chwilę roz­ma­wia­my.

- Nie wy­cho­dziła pani później? Może na wie­czor­ny spa­cer?

Nie za­sta­na­wiam się, co su­ge­ru­je i po co.

- Nie.

- A więc zo­stała pani w domu do następne­go ran­ka?

- Tak.

- Kto pierw­szy był w domu: pani czy mąż?

- Ja.

- O której wrócił?

Próbuję mak­sy­mal­nie się skon­cen­tro­wać.

- Około osiem­na­stej. Zda­je się, że miał ja­kieś ze­bra­nie rady zarządu.

- Później nie wy­cho­dził?

- Nie.

- Dziękuję, pani ze­zna­nia bar­dzo po­mogły. Nie będę już pani dłużej za­trzy­my­wał. Oczy­wiście będzie pani in­for­mo­wa­na na bieżąco o wy­ni­kach śledz­twa.

W kub­ku po­zo­stała odro­bi­na kawy. Do­pi­jam, cho­ciaż robi mi się nie­do­brze od tego sma­ku, po czym wstaję.

- Do usłysze­nia za­tem.

Pod­ko­mi­sarz również się pod­no­si i sta­je na­prze­ciw­ko.

- Proszę od­począć. Wygląda pani na wykończoną.

Na zewnątrz od­dy­cham głębiej. Po­tra­fię prze­cież ro­zu­mo­wać lo­gicz­nie, jak­by nie było, skończyłam ma­te­ma­tykę. Od­twa­rzam prze­bieg roz­mo­wy z pod­ko­mi­sa­rzem.

Nie sądzą chy­ba poważnie, że dla majątku - miesz­ka­nia i oszczędności, które nie do­chodzą do pięciu cyfr - chciałabym po­zbyć się własnych ro­dziców. Z dru­giej stro­ny, gdy­bym pla­no­wała taką zbrod­nię, byłoby mi łatwiej niż in­nym. Tyl­ko ja mam klucz do garażu, a każdy może pod­szko­lić się trochę z me­cha­ni­ki.

Kon­rad, dru­gi po­dej­rza­ny. Nig­dy nie zwra­całam uwa­gi, czy klucz wisi na swo­im miej­scu. Według po­li­cji ma mo­tyw. Sy­tu­acja fi­nan­so­wa po śmier­ci ro­dziców po­pra­wiła się nam oboj­gu. Gdy­by chciał ko­rzy­stać z tego sam, mu­siałby mnie zli­kwi­do­wać. Na­wet przez chwilę nie mam wątpli­wości co do nie­win­ności własne­go męża, mimo to robi mi się słabo.

Praw­dzi­we roz­wiąza­nie musi tkwić gdzieś na zewnątrz. Sa­mochód nie za­wsze był zo­sta­wia­ny w garażu. Przy­po­mi­nam so­bie nie­ja­sno, że uwięzio­ny na sku­tek ar­ty­kułu ojca dy­rek­tor fa­bry­ki ma żonę i do­ra­stającego syna. Przy­pusz­czal­nie ma też przy­ja­ciół. Po­win­nam to spraw­dzić. Nie mogę ufać po­li­cji w stu pro­cen­tach. Dzi­siaj już nie pójdę tym tro­pem, ale mogę załatwić co in­ne­go.

Wyciągam komórkę. Wspólnicz­ka mamy zgłasza się po dwóch sy­gnałach.

- Prze­pra­szam, mam pa­cjentkę - mówi szyb­ko. - Od­dzwo­nię za parę mi­nut.

Jesz­cze jest w pra­cy. To do­brze, to na­wet spo­ro ułatwia. Ha­lin­ka Ma­jew­ska, koleżanka z roku, według mamy - je­dy­na przy­ja­ciółka. Po kil­ku la­tach pra­cy w różno­ra­kich in­sty­tu­cjach i do­szka­lających kur­sach zde­cy­do­wały, że wy­najmą wspólnie trzy­po­ko­jo­we miesz­ka­nie i założą pry­watną prak­tykę. W dwóch po­ko­jach urządziły ga­bi­ne­ty, w trze­cim - re­cepcję. Pa­cjen­ci przy­cho­dzi­li, in­te­res się kręcił. Wi­zy­ta nie była ta­nia. Sto pięćdzie­siąt złotych. A bywały oso­by, które od­wie­dzały ga­bi­net na­wet parę razy w ty­go­dniu. Świat ob­ra­ca się wokół kasy, myślę mało od­kryw­czo. Sy­gnał komórki. Kon­rad.

- Hej, ko­cha­nie. Już po roz­mo­wie z pod­ko­mi­sa­rzem?

Cze­ka na re­lację? Nie­po­koi się? Coś ści­ska mi żołądek.

- Tak.

- Je­steś bar­dzo zmęczo­na? Wra­caj szyb­ko, źle mi bez cie­bie.

Jego głos mnie uwo­dzi, chcę po­now­nie za­tra­cić się w jego objęciach.

- Ko­cha­ny, muszę jesz­cze załatwić parę spraw.

- Parę spraw? - Ton się zmie­nia, wy­czu­wam w nim nie­przy­jem­ne zdzi­wie­nie. - Prze­cież miałaś na­kar­mić koty Ma­tyl­dy i wrócić do domu.

- Tak, ale... - Na­gle bra­ku­je mi słów.

- O co cho­dzi?

Właści­wie dla­cze­go muszę się tłuma­czyć? Je­stem do­rosłą, wolną osobą.

- Idę do ga­bi­ne­tu mamy, chcę przej­rzeć jej kom­pu­ter.

- Czy ty przy­pad­kiem nie próbu­jesz wyręczyć po­li­cji? - Słyszę drwinę i za­czy­nam żałować szcze­rości sprzed chwi­li.

Sy­gnał. Naj­praw­do­po­dob­niej Ha­lin­ka usiłuje się do mnie do­dzwo­nić.

- Muszę już kończyć. Wrócę, kie­dy tyl­ko będę mogła. Ko­cham cię - do­daję.

Nie cze­kam na od­po­wiedź, prze­ry­wam połącze­nie. Miałam rację, Ha­lin­ka dzwo­niła. Pośpiesz­nie przy­ci­skam zie­loną słuchawkę.

- Cześć, ko­cha­nie. Cieszę się, że za­dzwo­niłaś. - Głos Ha­lin­ki wy­da­je mi się nie­spo­koj­ny.

Mimo to przy­pusz­czam, że na­prawdę w jakiś sposób się cie­szy. Przy­ja­ciółka mamy jest po roz­wo­dzie, a je­dy­na córka dzie­sięć lat temu wy­je­chała do Stanów, z matką wi­du­je się mniej więcej raz na dwa lata.

- Nie wyszłaś jesz­cze z pra­cy?

- Nie, ale za­raz za­my­kam.

- Po­cze­kaj. Wezmę taksówkę i za kil­ka mi­nut będę.

- O co cho... - Nie daję jej skończyć.

- Później ci wytłumaczę, pa.

Po­rad­nia jest na par­te­rze. Przy­ja­ciółka mamy stoi już w drzwiach. Ma na so­bie czar­ne dżinsy i golf w tym sa­mym ko­lo­rze. To nie z po­wo­du żałoby, za­zwy­czaj tak się ubie­ra. Trze­ba przy­znać, że jej to pa­su­je. Ład­nie kon­tra­stu­je z blond włosa­mi, za­pew­ne far­bo­wa­ny­mi, upiętymi te­raz w wy­so­ki ku­cyk, i pod­kreśla smukłość fi­gu­ry. Zbliża się już do sześćdzie­siątki, ale wciąż jest atrak­cyjną ko­bietą.

- Chodź.

Wciąga mnie do środ­ka, za­my­ka drzwi i przy­tu­la moc­no.

- Usiądź, ko­cha­nie. Zro­bię her­ba­ty.

Nie cze­kając na re­akcję, na­sta­wia czaj­nik.

- Wolałabym kawy.

Za dużo wypiłam dziś kaw, ale ko­fe­ina za­wsze po­zwa­lała mi myśleć bar­dziej lo­gicz­nie, a tego te­raz po­trze­buję najbar­dziej.

- Pew­nie za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go nie byłam na po­grze­bie - mówi Ha­lin­ka, nie patrząc na mnie.

- Nie byłaś na po­grze­bie - po­wta­rzam bez­myślnie.

- Tak. Nie chciałam tam pójść. To było po­nad moje siły. - Usta za­czy­nają jej drgać, jak­by za mo­ment miała się rozpłakać. - To ja po­win­nam być na ich miej­scu.

Przyglądam się jej zdu­mio­na.

- Nie ro­zu­miem. O czym ty mówisz?

Za­ci­ska pal­ce na bla­cie.

- Ona miała cie­bie, miała męża, mie­li dla kogo żyć. Gdy­bym ja umarła, nikt nie zwróciłby na to uwa­gi, naj­wyżej kil­ku pa­cjentów mu­siałoby zmie­nić psy­cho­lo­ga.

- Prze­stań! - Nie mogę tego słuchać. Ha­lin­ka wygląda na kom­plet­nie roz­bitą. Do tej pory uważałam ją za oazę spo­ko­ju.

- Prze­pra­szam.

Ob­ser­wuję, jak drżącymi rękoma wsy­pu­je do szkla­nek po dwie łyżecz­ki kawy roz­pusz­czal­nej, za­le­wa je wodą. Po chwi­li obie w ci­szy sączy­my czar­ny, gorz­ki napój. Jeśli na­wet nie wysiądzie mi ser­ce, to żołądek z pew­nością.

- Chciałabym przej­rzeć kom­pu­ter mamy - mówię w końcu.

Ha­lin­ka pa­trzy na mnie, jak­bym po­wie­działa coś nie­sto­sow­ne­go.

- Dzwo­ni­li z po­li­cji. Mają ju­tro przyjść i go oglądać. Za­bez­pie­czyć, po­wie­dzie­li - od­po­wia­da wy­pru­tym z emo­cji głosem. Po po­przed­nim wzbu­rze­niu nie zo­stał na­wet ślad.

- To do­brze. - Sta­ram się nadać to­no­wi równie obojętne brzmie­nie, cho­ciaż ser­ce przyśpie­sza na myśl, że zdążyłam w ostat­nim mo­men­cie. Ju­tro nie miałabym szan­sy obej­rzeć plików. - Wy­ko­nują swoją pracę, ale ja je­stem jej córką. Le­piej ją znam.

Ha­lin­ka mruży oczy i przy­po­mi­nam so­bie, że jest krótko­wi­dzem. Za­zwy­czaj nosi so­czew­ki, czyżby dzi­siaj ich nie miała?

- Ko­cha­nie, to są spra­wy pa­cjentów, one są objęte ta­jem­nicą.

- Prze­cież wiesz, że nie zro­bię z nich niewłaści­we­go użytku.

Ha­lin­ka kładzie rękę na mo­jej dłoni, ści­ska ją.

- Po­dob­no po­li­cja po­dej­rze­wa mor­der­stwo. To może być bar­dziej nie­bez­piecz­ne niż ci się wy­da­je. Proszę, nie baw się w de­tek­ty­wa.

- Po pro­stu pozwól mi zo­ba­czyć jej kom­pu­ter. - Co­fam rękę.

Nie za­mie­rzam stąd odejść, za­nim nie spełni mo­jej prośby, i ona zda­je so­bie z tego sprawę.

- To po ma­mie je­steś taka upar­ta - wzdy­cha z re­zy­gnacją.

Obie wy­bu­cha­my po­nu­rym, krótkim śmie­chem i prze­cho­dzi­my do ga­bi­ne­tu mamy. Kom­pu­ter się uru­cha­mia, sta­ram się nie pa­trzeć na ekran, cho­ciaż roz­sa­dza mnie nie­cier­pli­wość.

- Pamiętam, jak byłaś ma­lutką dziew­czynką.

Czułość w jej głosie kusi, ale muszę po­zo­stać do­rosła. Mam spra­wy do załatwie­nia.

- Ha­lin­ko, wyglądasz, jak­byś padała z nóg. Idź do domu, ja wszyst­ko za­mknę i pod­wiozę ci klucz.

Trochę się opie­ra, ale w końcu zga­dza się, że tak będzie naj­le­piej.

- Klu­czem się nie przej­muj, od­dasz przy oka­zji. Mam jesz­cze je­den.

Pod­pro­wa­dzam ją do drzwi.

- Dla­cze­go nie masz dziś so­cze­wek?

- Za­uważyłaś. - Pod­no­si ręce do twa­rzy, po czym na­tych­miast je opusz­cza. - Mam pod­rażnio­ne oczy. - Wy­cho­dzi na ko­ry­tarz i do­da­je, nie od­wra­cając się. - Pew­nie za dużo ostat­nio płakałam.

Scho­dzi po scho­dach, za­trza­skują się za nią drzwi klat­ki. Otrząsam się i wra­cam do ga­bi­ne­tu.

Przej­rze­nie do­ku­men­ta­cji pa­cjentów zaj­mu­je mi kil­ka go­dzin. Agniesz­ka Su­wa­ra, lat szes­naście, bu­li­micz­ka. Ro­dzi­ce po roz­wo­dzie, na­do­pie­kuńcza mat­ka. Ta­de­usz Sto­larz, lat sie­dem­dzie­siąt, eme­ry­to­wa­ny bu­dow­la­niec. Żona całko­wi­cie poświęca się wnu­kom. Ta­de­usz cier­pi na bez­sen­ność i na­pa­dy pa­ni­ki. Ma­rian Lech, lat czter­dzieści pięć. Inżynier, żona­ty, dwójka dzie­ci. Kry­zys wie­ku śred­nie­go. Często zdra­dza żonę, chciałby zacząć życie od nowa. Krzysz­tof Ko­pa­lew­ski. Mam wrażenie, że na­zwi­sko coś mi mówi, ale na próżno prze­szu­kuję pamięć. Stu­dent, lat dwa­dzieścia. Za­bu­rze­nia snu, zaniżone po­czu­cie własnej war­tości. Po którejś wi­zy­cie mama na­pi­sała: trau­ma­tycz­ne wspo­mnie­nia z dzie­ciństwa. Tyl­ko tyle. Nig­dzie zresztą nie po­da­wała żad­nych szczegółów, wi­docz­nie ufała pamięci. Je­stem co­raz bar­dziej zmęczo­na, od­czu­wam zniechęce­nie, ale nadal otwie­ram i przeglądam pli­ki. Nie widzę wśród pa­cjentów po­ten­cjal­ne­go mor­der­cy, ale prze­cież się nie znam. Z pew­nością po­li­cja zba­da trop każdego z nich, mają większe środ­ki, są przy­go­to­wa­ni. Rze­czy­wiście nie po­win­nam bawić się w de­tek­ty­wa. Po­cie­ram pal­ca­mi skro­nie. Skąd znam na­zwi­sko Ko­pa­lew­ski? Spi­suję nu­mer komórki Krzysz­tofa, za­dzwo­nię do nie­go ju­tro.

Taksówkarz usiłuje wciągnąć mnie w roz­mowę, nie re­aguję. Jest zdzi­wio­ny, kie­dy zo­sta­wiam na­pi­wek, a mnie po pro­stu nie chce się cze­kać na resztę. Szyb­ko prze­chodzę przez ogród i kie­ruję się do kuch­ni ciot­ki Ma­tyl­dy. Zna­le­zie­nie kar­my nie zaj­mu­je mi dużo cza­su. Wy­sy­puję ko­cie je­dze­nie do mi­sek, a dwa fu­trza­ki rzu­cają się na nie, jak­by nie jadły od ty­go­dnia. Je­den jest biały, dru­gi czar­ny, na­zy­wają się Fra­nek i Bar­tek, ale bez­sku­tecz­nie próbuję przy­po­mnieć so­bie, który jest który. Nig­dy nie lubiłam kotów, ko­chałam psy, tak na­prawdę tyl­ko jed­ne­go: mo­je­go naj­wspa­nial­sze­go wil­czu­ra Miga. Kie­dy umarł (nikt mi nie po­wie, że psy zdy­chają!), nie chciałam no­we­go. Żaden inny zwie­rzak nie mógłby zastąpić mo­je­go przy­ja­cie­la.

Dom wca­le nie wy­da­je mi się brud­ny, ale po­nie­waż obie­całam Ma­tyl­dzie, mam za­miar do­trzy­mać przy­rze­cze­nia. Lo­ka­li­zuję od­ku­rzacz. Za­czy­nam sprząta­nie od przed­sion­ka. Za­sta­na­wiam się, czy Ma­tyl­da nie czu­je się sa­mot­na i za­gu­bio­na w tak ogrom­nych wnętrzach. Chy­ba tak, sko­ro ko­rzy­sta tyl­ko z po­miesz­czeń na dole. Przy­po­mi­nam so­bie roz­mowę w szpi­ta­lu. Mówiła, że na górze nie bałaga­ni. Uświa­da­miam so­bie, że weszłam tam tyl­ko raz. Wyłączam od­ku­rzacz. Na pal­cach prze­chodzę przez sa­lon i wspi­nam się ci­cho po scho­dach. Wte­dy miałam czte­ry lata i też sta­rałam się robić to bez­sze­lest­nie. Wy­obrażałam chy­ba so­bie, że je­stem od­krywcą udającym się na sa­motną wy­prawę. Wspo­mnie­nia są nie­ja­sne, za­ma­za­ne. Ile mogłam za­pa­miętać z epi­zo­du z tak wcze­sne­go dzie­ciństwa? Zupełnie nie ro­zu­miem, dla­cze­go ser­ce bije mi tak moc­no. Wy­zy­wam się w du­chu od idio­tek, ale ręka, którą na­ci­skam na klamkę, drży z pod­nie­ce­nia. Założyłabym się z każdym, że wte­dy po­miesz­czenie wyglądało iden­tycz­nie. Wesoły dzie­cięcy po­ko­ik. Parę sa­mo­cho­dzików na podłodze, pudło z za­baw­ka­mi w rogu, na tap­cza­ni­ku brązowy miś z czar­ny­mi błyszczącymi oczka­mi. Biorę go na ręce i przy­tu­lam. Czy wte­dy zro­biłam to samo? Sia­dam na dy­wa­nie, mi­sia wkładam pod pachę i przez chwilę bawię się po­jaz­da­mi. Po­tem prze­chodzę do dru­giej dzie­cięcej sy­pial­ni. Nie ma wątpli­wości, że to pokój dziew­czyn­ki. Na podłodze żad­nych sa­mo­chodów, na ścia­nach ko­lo­ro­we, dość nie­zdar­ne ry­sun­ki, wszyst­kie przed­sta­wiające kwiat­ki. Tu też w rogu stoi ogrom­ne pudło wypełnio­ne za­baw­ka­mi, ale moją uwagę przy­ku­wa naj­piękniej­szy na świe­cie do­mek. W łóżkach leżą trzy la­lecz­ki.

Przed oczy­ma prze­wi­ja się sce­na sprzed lat. Z czte­ro­let­nią dziew­czynką, którą byłam wte­dy, w roli głównej. Którą w jakiś sposób je­stem po­now­nie.

Dziew­czyn­ka pod­cho­dzi do dom­ku dla la­lek.

- Dzień do­bry. Dla­cze­go już śpi­cie? Jesz­cze nie ma nocy - mówi, wy­obrażając so­bie, że to miś się od­zy­wa.

Wkłada rękę do środ­ka i pod­no­si jedną z la­lek.

- Ci­cho - naśla­du­je głos własnej mamy. - Dzie­ci są zmęczo­ne i muszą spać.

- A jak ty masz na imię? - pyta ci­chut­ko głosem mi­sia.

- Mar­ty­na.

Gwałtow­nie pod­no­si głowę. To nie ona od­po­wie­działa ani nie lala. Cio­cia Ma­tyl­da stoi w drzwiach. Oczy jej błyszczą, jest piękna jak wróżka. Uśmie­chają się do sie­bie.

- Cio­ciu, a ty też ba­wisz się tymi za­baw­ka­mi?

Cio­cia pod­cho­dzi, bie­rze ją na ręce i przy­ci­ska do pier­si. To całkiem przy­jem­ne. Dziew­czyn­ka pusz­cza lalkę i mi­sia, obej­mu­je cio­cię obie­ma rączka­mi.

- Bawię się - cio­cia szep­cze jej do ucha, na poły z czułością, na poły żar­to­bli­wie. - Mat - do­da­je tym sa­mym to­nem. - Wolę, jak na­zy­wasz mnie Mat.

- Mat - po­wta­rza dziew­czyn­ka i chi­cho­cze, bo Ma­tyl­da za­czy­na ją łasko­tać.

- Be­ata! - Głos mamy nie­przy­jem­nie wi­bru­je w po­ko­ju. Dziew­czyn­ka wca­le nie chce jej w tej chwi­li. Chce bawić się z cio­cią. Z Mat.

Mat sta­wia ją na podłodze. Mama wygląda na bar­dzo zde­ner­wo­waną.

- Mu­si­my już iść. - Głos jej drży.

- Nie chcę iść! - pro­te­stu­je dziew­czyn­ka ze złością. - Chcę tu zo­stać!

- Mu­si­my iść - po­wta­rza mama.

- Nie!

Dziew­czyn­ka pa­trzy na Mat, wy­cze­kując od niej po­par­cia. Ona jed­nak stoi nie­ru­cho­mo, nie od­zy­wa się. Po jej twa­rzy błąka się dziw­ny uśmiech. Mama pod­cho­dzi i ciągnie dziew­czynkę w stronę drzwi. Dziec­ko za­pie­ra się z całych sił, więc mat­ka bie­rze je na ręce i nie zważając, że córka się wy­ry­wa i ko­pie, zno­si po scho­dach. Dziew­czyn­ka drze się jak opętana. Nie prze­sta­je w sa­mo­cho­dzie, nie prze­sta­je w miesz­ka­niu.

Dźwięk komórki, którą zo­sta­wiłam na dole, wy­ry­wa mnie ze sta­nu transu. Nie śpieszę się, i tak nie zdążę ode­brać, ale schodzę. Te­le­fon milk­nie, kie­dy je­stem w połowie schodów, lecz za chwilę roz­dzwa­nia się na nowo. Przyśpie­szam. Kon­rad oczy­wiście.

- Halo? - mówię zdy­sza­na.

- Gdzie ty je­steś, ko­cha­nie? Cze­kam i cze­kam.

Na szczęście w jego głosie nie ma pre­ten­sji.

- U Ma­tyl­dy. Wiesz, naj­droższy - na­zy­wam go tak chy­ba po to, żeby złago­dzić to, co za chwilę nastąpi - zde­cy­do­wałam, że zo­stanę tu na noc - oznaj­miam.

- Nie ro­zu­miem. - Wy­da­je się skon­ster­no­wa­ny.

- Usiłuję zro­zu­mieć kil­ka rze­czy, a tu całkiem do­brze mi idzie.

- Co zro­zu­mieć?

Naj­pierw muszę wie­dzieć sama.

- Później ci po­wiem. Ju­tro.

Rozłączył się. Opa­dam na naj­bliższe krzesło. Od­rzu­cam myśl o Kon­ra­dzie, to może po­cze­kać. Co przy­da­rzyło mi się w po­ko­ikach dzie­cięcych? Czy to były rze­czy­wi­ste wspo­mnie­nia, czy pod wpływem miejsc roz­ma­za­ne ob­ra­zy przy­brały kon­kretną formę? A może umysł płata mi fi­gle? Usiłuję się skon­cen­tro­wać, wrócić do tam­tych czasów. Nie ule­ga wątpli­wości, że poszłam na górę, je­stem też pew­na, że wy­nikła z tego jakaś awan­tu­ra. Co było później? Kołacze mi po głowie roz­mo­wa z mamą.

- Cio­cia Ma­tyl­da miała dwo­je dzie­ci, które umarły. Właśnie do ich po­kojów weszłaś.

Czuję prze­rażenie, ja­kie­go do tej pory nie znałam. Nie sądziłam, że dzie­ci mogą umie­rać, chy­ba że w baśniach.

- Umarły? Dla­cze­go umarły?

- Cho­ro­wały.

- Ja też mogę umrzeć? Cza­sem cho­ruję.

Mama usiłuje mnie przy­tu­lić, ale wy­ry­wam się.

- Ty cho­ru­jesz in­a­czej niż jej dzie­ci. Nie za­graża ci nie­bez­pie­czeństwo. - Prze­ry­wa na chwilę, jak­by chciała, żeby to do mnie do­tarło, po czym ciągnie: - Cio­cia nadal to przeżywa. Nie po­win­niśmy pogłębiać jej bólu. Nig­dy już nie chodź na górę. Nig­dy.

Tak było? Wte­dy pierw­szy raz do­wie­działam się o śmier­ci ku­zynów? Na­prawdę przejęło mnie to taką grozą? W każdym ra­zie rze­czy­wiście nie zda­rzyło mi się już pójść na górę. Mama bar­dzo mnie pil­no­wała, kie­dy byliśmy u ciot­ki. Na­wet gdy byłam do­rosła, wy­czu­wałam na so­bie jej za­nie­po­ko­jo­ny wzrok za każdym ra­zem, kie­dy od­wie­dza­liśmy Mat. To gra­ni­czyło z ob­sesją, uświa­da­miam so­bie.

Po­now­nie włączam od­ku­rzacz. Gdy do­cie­ram do kuch­ni, koty gdzieś ucie­kają, oka­zu­je się, że nie lubią hałasu. Wciągam się w rytm sprząta­nia, prze­staję roztrząsać przeszłość. Do­chodzę do sy­pial­ni, patrzę na podwójny tap­czan i za­sta­na­wiam się prze­lot­nie, czy po śmier­ci męża Ma­tyl­da mie­wała ko­chanków. Jest atrak­cyjną ko­bietą, ale nig­dy nie słyszałam o żad­nym mężczyźnie. Na biur­ku leży kil­ka gru­bych ze­szytów, ułożonych w równy sto­sik, na nich fo­to­gra­fia. Chcę przełożyć wszyst­ko na pa­ra­pet i ściągnąć ku­rze, ale zdjęcie przy­ku­wa moją uwagę. Sia­dam w fo­te­lu, nie za­wra­cając so­bie na­wet głowy wyłącze­niem od­ku­rzacza.

Młoda para wy­cho­dzi z kościoła. W ko­bie­cie od razu roz­po­znaję Ma­tyldę. Jest ubra­na w do­pa­so­waną w ta­lii, roz­klo­szo­waną ku dołowi su­kienkę, kończącą się tuż przed kostką. Biel pięknie kon­tra­stu­je z czer­nią długich, lśniących włosów. W twa­rzy, le­d­wo muśniętej ma­ki­jażem, zwra­cają uwagę ogrom­ne oczy wpa­trzo­ne w świeżo poślu­bio­ne­go mężczyznę. Obo­je się śmieją. Nic dziw­ne­go. To prze­cież naj­piękniej­szy dzień ich życia. Wśród gości za­uważam młod­ziut­kich ro­dziców. Koło nich stoją moi dziad­ko­wie, wte­dy jesz­cze sil­ni i zdro­wi.

Od­wra­cam zdjęcie i patrzę na datę. War­sza­wa, 15 czerw­ca 1979 r. Do tej pory nie wi­działam żad­nej fo­to­gra­fii ze ślubu Ma­tyl­dy. Przeglądając wczo­raj zdjęcia w domu ro­dziców, też na nic nie tra­fiłam. Marszczę brwi, po czym kręcę głową i wzna­wiam od­ku­rza­nie. Odkładam ze­szy­ty na biur­ko, ale za­nim wyjdę z po­ko­ju, otwie­ram je­den z nich, ten na wierz­chu. Jest wypełnio­ny drob­nym, sta­ran­nym pi­smem.

15 maja 1972

Dziś są moje szes­na­ste uro­dzi­ny.

W popłochu za­my­kam bru­lion. To pamiętnik, nie po­win­nam go czy­tać. Wy­chodzę z sy­pial­ni i kończę od­ku­rzać dół. Zo­stał mi tyl­ko ga­bi­net, gdzie przyj­mo­wa­ni są pa­cjen­ci. Góry nie ma po­trze­by sprzątać. Tam i tak wszyst­ko lśni czy­stością. Myliłam się, Ma­tyl­da ko­rzy­sta z całego domu.

Od­noszę od­ku­rzacz na miej­sce i po­now­nie udaję się na górę. Byłam w po­ko­ikach dzie­ci, ale nie weszłam do trze­cie­go po­miesz­cze­nia. Nie mam na­wet pojęcia, co się tam znaj­du­je. Na­ci­skam na klamkę i widzę sy­pial­nię z dużym małżeńskim łożem. Pod­chodzę do sza­fy, otwie­ram. Na półkach równiut­ko poukłada­ne męskie swe­try, spodnie, ko­szu­le, bie­li­zna. Ma­tyl­da nie ma part­ne­ra, je­stem tego pew­na. To przy­pusz­czal­nie odzież wuj­ka Mar­ka. Ro­zu­miem ciotkę, cho­ciaż na wi­dok ta­kiej ilości ubrań człowie­ka mar­twe­go od pra­wie trzy­dzie­stu lat za­czy­nam mieć gęsią skórkę. Nie miała ser­ca po­zbyć się tych rze­czy, ale nie dała rady spać we wspólnym łóżku. Robi mi się co­raz bar­dziej nie­swo­jo i wra­cam na dół, do obec­nej sy­pial­ni Ma­tyl­dy. Sia­dam na tap­cza­nie i zer­kam na gru­be no­te­sy. Nie po­win­nam, to zbyt pry­wat­ne. Może w ta­kim ra­zie załatwię te­raz inną sprawę? Wpraw­dzie myślałam, żeby zro­bić to ju­tro, ale nie jest jesz­cze tak późno, do­pie­ro minęła dwu­dzie­sta pierw­sza. Czuję znacz­nie więcej ener­gii niż przed przyjściem do domu Ma­tyl­dy, więc nie ma chy­ba po­trze­by przekładać roz­mo­wy z Krzysz­to­fem Ko­pa­lew­skim na następny dzień. Wy­bie­ram nu­mer.

- Halo? - W głosie chłopa­ka słyszę znużenie.

- Do­bry wieczór, mówi Be­ata Tysz­kie­wicz. Czy roz­ma­wiam z pa­nem Krzysz­to­fem Ko­pa­lew­skim?

- Do­bry wieczór... - Za­wie­sza głos. Moje na­zwi­sko nic mu nie mówi. W grun­cie rze­czy to trochę dziw­ne; chy­ba każdy człowiek w Pol­sce ma sko­ja­rze­nia ze słynną ak­torką, z którą zresztą ro­dzi­na mo­je­go męża nie jest w żaden sposób powiązana. A może Krzysz­tof jest po pro­stu zbyt młody na roz­po­zna­wa­nie na­zwisk wy­bit­nych ak­torów star­sze­go po­ko­le­nia?

- Je­stem córką Anny Gre­gor­czuk, psy­cho­log, w której ga­bi­ne­cie był pan parę razy.

- Ach tak. - Jego ton się zmie­nia. Opusz­cza go znużenie, wkra­da się ner­wo­wość, która zga­dza się z pro­fi­lem.

- Chciałabym... - za­czy­nam, ale prze­ry­wa mi gwałtow­nie.

- Nie byłem na po­grze­bie. - Czy tyl­ko mi się wy­da­je, czy też rze­czy­wiście w jego głosie brzmi te­raz ja­kieś posępne wy­zwa­nie? Czy nie­obec­ność na po­grze­bie te­ra­peu­ty po­win­na ko­go­kol­wiek dzi­wić? Swoją drogą, cie­ka­we, że już dru­ga oso­ba czu­je się w obo­wiązku uspra­wie­dli­wić przede mną z tego sa­me­go.

- Ro­zu­miem - mówię uspo­ka­jająco. - Czy... czy ze­chciałby pan spo­tkać się ze mną? Bar­dzo zależy mi na roz­mo­wie.

Po dru­giej stro­nie za­le­ga ci­sza. Nie­zu­pełna, słyszę ury­wa­ny, nie­spo­koj­ny od­dech.

- Wie pani, kim je­stem? - chry­pi w końcu.

- Nie, ale pana na­zwi­sko coś mi mówi.

- Byliśmy sąsia­da­mi - pod­po­wia­da.

Przez chwilę in­ten­syw­nie myślę, po czym się pod­daję.

- Kie­dy?

- Daw­no temu. Wy­pro­wa­dzi­liśmy się, kie­dy za­czy­nałem pod­stawówkę.

Wresz­cie otwie­ra się jakaś klap­ka i in­for­ma­cja wska­ku­je na miej­sce. Pamiętam Ko­pa­lew­skich spod sie­dem­nast­ki, cho­ciaż z sąsia­da­mi nig­dy nie utrzy­my­wa­liśmy zażyłych sto­sunków. Drob­na, młodzieżowo ubie­rająca się ko­bie­ta, o ru­da­wych, kręco­nych włosach i bar­dzo ja­snej ce­rze. Z pew­nością atrak­cyj­na, cho­ciaż wte­dy wy­da­wała mi się sta­ra. Ciem­ny, wy­so­ki fa­cet, mruk, który rzad­ko od­po­wia­dał na moje "dzień do­bry". No i Krzy­siek, rudy, pie­go­wa­ty chłopak, którego wi­dy­wałam naj­pierw w wózku, później w pia­skow­ni­cy, a po­tem migał mi na podwórku, kie­dy bawił się w cho­wa­ne­go lub w ber­ka. Nie przy­po­mi­nam so­bie, żebym kie­dykolwiek za­mie­niła z nim słowo. Nie prze­pa­dałam za dzie­cia­ka­mi, a była między nami różnica pra­wie dzie­sięciu lat.

- Pamiętam cię. - Re­flek­tuję się. Osta­tecz­nie ten chłopczyk jest już do­rosły i w grun­cie rze­czy go nie znam. - Pana.

- Myślę, że po­win­niśmy mówić so­bie po imie­niu.

Za­ska­ku­je mnie. Nie spo­dzie­wałam się po tym zner­wi­co­wa­nym chłopa­ku tego ro­dza­ju ini­cja­ty­wy. Byłoby mniej dziw­nie, gdy­by po­wie­dział, żebym ja mówiła mu ty, a on da­lej na­zy­wał mnie panią.

- Myślę, że tak będzie łatwiej - przy­ta­kuję. - Spo­tkasz się ze mną?

Za­raz za­py­ta, po co, a ja będę miała kłopo­ty z od­po­wie­dzią.

- Do­brze. Przy­jedź ju­tro o dwu­na­stej do Gra­wi­ta­cji na Bro­war­nej.

No proszę, dyk­tu­je mi wa­run­ki. Nie mam jed­nak za­mia­ru się kłócić. Je­stem na urlo­pie, dys­po­nuję dużą ilością wol­ne­go cza­su, po­zwolę chłopa­ko­wi po­czuć władzę. Poza tym Gra­wi­ta­cja jest za­le­d­wie kil­ka mi­nut na pie­chotę od mo­je­go miesz­ka­nia.

- Do­brze. Wiem na­wet, gdzie to jest, nie mu­sisz mi tłuma­czyć, ale je­steś miły, że chcesz. - Nie mogę po­wstrzy­mać się od drob­nej złośliwości, która i tak za­pew­ne do nie­go nie do­cie­ra.

- To do ju­tra. Cześć.

Za­wsze mi wpa­ja­no, że to oso­ba, która za­dzwo­niła, po­win­na zakończyć, ale nie mam za­mia­ru uczyć za­sad sa­vo­ir-vi­vre'u chłopa­ka o za­bu­rzo­nej oso­bo­wości.

- Cześć - od­po­wia­dam i słyszę trzask.

Czy pro­ble­my psy­cho­lo­gicz­ne tego fa­ce­ta mogą być na tyle poważne, żeby zabić? Dla­cze­go zde­cy­do­wał się na po­moc aku­rat mamy? Czy wy­brał ją, bo kie­dyś miesz­kał w tym sa­mym blo­ku co ona, czy też był to zupełny przy­pa­dek? Po­sta­ram się do­wie­dzieć cze­goś ju­tro. Mój wzrok wędru­je na biur­ko. Gru­be no­te­sy i fo­to­gra­fia przy­ciągają ni­czym ma­gnes. Sia­dam w fo­te­lu, do­ty­kam ze­szy­tu na wierz­chu, po czym biorę w ręce zdjęcie. Dla­cze­go w moim domu ro­dzin­nym nie było żad­nych zdjęć ze ślubu Ma­tyl­dy? Prze­cież ro­dzi­ce bra­li udział w uro­czy­stości, z wy­ra­zu ich twa­rzy wy­ni­ka, że byli całkiem za­do­wo­le­ni. Po­dej­muję de­cyzję. Po raz dru­gi dzi­siaj otwie­ram bru­lion z wierz­chu. To nie pry­mi­tyw­na cie­ka­wość. Prze­czy­ta­nie pamiętni­ka może mi pomóc poukładać wiedzę, rzu­cić nowe światło na pew­ne spra­wy. Je­stem żałosna, wiem o tym. Le­piej nie szu­kać uspra­wie­dli­wień, na­zy­wać to, co się robi, po imie­niu. Nie­wy­ba­czal­ne wścib­stwo. In­wa­zja w cudzą pry­wat­ność. E tam, prze­sa­da. Za­czy­nam czy­tać, prze­staję myśleć. Pogrążam się w świe­cie szes­na­sto­let­niej Ma­tyl­dy.

***

Dziś są moje szes­na­ste uro­dzi­ny. Ma być na­wet pry­wat­ka. Po­mysł na nią wy­szedł kil­ka ty­go­dni temu od Anki, przy wspólnym, rzecz ja­sna, obie­dzie. W na­szej ro­dzi­nie przy­najm­niej je­den posiłek dzien­nie jada się ra­zem, choćby się waliło, nie może być odstępstwa. Oj­ciec twier­dzi, że to ce­men­tu­je więzi. Na­piszę o tym jesz­cze, ale in­nym ra­zem. Te­raz nie zdążę ze wszyst­kim. Wstałam go­dzinę wcześniej niż zwy­kle, żeby zacząć do­ku­men­to­wać do­rosłe życie. No do­bra, nie­zu­pełnie do­rosłe, ale szes­nast­ka to wstęp do do­rosłości. Może kie­dyś, jak­kol­wiek śmiesz­nie to nie brzmi, prze­czy­ta to moja córka?

Chy­ba od­biegłam od te­ma­tu. Anka, moja star­sza o dwa lata sio­stra, za­py­tała przy ro­dzin­nym obiad­ku, czy robię pry­watkę na szes­nastkę. Wzru­szyłam tyl­ko ra­mio­na­mi. Kogo niby miałabym za­pro­sić? Nie mam bli­skich zna­jo­mych, nie zależy mi zresztą. Mat­ka za­szcze­bio­tała, że to świet­ny po­mysł, ona za­wsze szcze­bio­ce, szczególnie, kie­dy zwra­ca się do mo­jej ide­al­nej sio­strzycz­ki.

Ma­tyl­da sie­działa sztyw­no, prze­nosząc wzrok na ko­lej­nych członków ro­dzi­ny, sku­piając się na mia­ro­wym od­de­chu. To po­ma­gało za­cho­wać spokój.

- Nie mam ocho­ty na żadne pry­wat­ki - za­pro­te­sto­wała.

- Na pew­no trze­ba będzie za­pro­sić ro­dzinę. - Mat­ka nie zwra­cała na nią uwa­gi, zajęta snu­ciem planów i szcze­bio­tała da­lej. - Przyjęcie dla nich zro­bi­my w nie­dzielę. Two­je uro­dziny wy­pa­dają w so­botę. Niech wte­dy przyjdą twoi zna­jo­mi.

Ma­tyl­da spoj­rzała na siostrę. Anka pa­trzyła gdzieś w bok, ale z pew­nością chi­cho­tała w du­chu. Spe­cjal­nie zaczęła tę roz­mowę, żeby mnie pognębić - kołatało w głowie Ma­tyl­dy. Pa­ra­dok­sal­nie ta myśl dodała jej sił. Roz­luźniła się, na­wet uśmiechnęła.

- Nie mam zna­jo­mych.

Oni o tym do­brze wie­dzie­li. Prze­cież nig­dy nie przy­pro­wa­dziła ni­ko­go, a po szko­le wra­cała za­wsze pro­sto do domu. Ta żmija Anka wie­lo­krot­nie in­for­mo­wała sta­rych, że na prze­rwach młod­sza sio­stra sie­dzi sama na pa­ra­pe­cie. Niby z tro­ski, sta­rzy da­wa­li się na to na­brać. Na­bie­ra­li się na wszyst­ko, co mówiła Anka.

- Naj­wyższy czas, żebyś miała. - Mat­ka nadal szcze­bio­tała.

Ma­tyl­da spuściła oczy, żeby nikt nie do­strzegł w nich po­gar­dy.

Nor­mal­nie chciało się rzy­gać.

- Za­proś jakąś dziew­czynkę z kla­sy, może uda ci się dzięki temu z nią za­przy­jaźnić, a resztę to­wa­rzy­stwa zor­ga­ni­zu­je Anu­sia. Praw­da, ko­cha­nie?

Ma­tyl­da pod­niosła wzrok, a Anka spoj­rzała nie­mal prze­pra­szająco. Wie­działa, że prze­gięła. Do­bre i to.

- Mamo, nie sądzę, żeby Ma­tyl­da chciała, żebym or­ga­ni­zo­wała jej zna­jo­mych.

Szla­chet­na star­sza sio­stra brała ją w obronę.

- Nie or­ga­ni­zo­wała - sta­now­czy głos ojca uci­nał wszelką dys­kusję - ale z pew­nością będzie jej miło, jeśli na jej uro­dzi­nach będziesz ty i Ma­te­usz. Może wziąć ze sobą dwóch ko­legów, żeby było we­se­lej, a Ma­tyl­da rze­czy­wiście przy­pro­wa­dzi jakąś koleżankę z kla­sy. Co ty na to? - Prze­niósł wzrok na Mat.

- Ja­necz­ku. - Mat­ka włożyła w imię męża mak­si­mum uczu­cia, przez co jej głos brzmiał jesz­cze bar­dziej pi­skli­wie. - Ty za­wsze wszyst­ko tak ład­nie wyjaśnisz.

Ma­tyl­da nie spuściła oczu. Ma­te­usz, stu­diujący chłopak Anki, był ra­czej w porządku. Pro­blem sta­no­wi­li wszy­scy inni. Chy­ba jed­nak mniej­szy niż sprze­ci­wie­nie się ojcu.

- Tak, tato. To świet­ny po­mysł.

Zro­zu­miała, że nie wy­gra.

Tam­te­go wie­czo­ru, a później w nocy, czułam się prze­gra­na, ale następne­go dnia za­pro­siłam Aśkę, a ona od razu się zgo­dziła i na­wet ucie­szyła. Anka przyszła przed snem do mo­je­go po­ko­ju i po­wie­działa, że ko­le­dzy Ma­te­usza są kla­wi. Nie do­py­ty­wałam, co ro­zu­mie pod tym pojęciem, zresztą nie wierzę jej. Gdy­bym jed­nym słowem miała określić członków na­szej ro­dzi­ny, zro­biłabym to tak:

Anka - fałszy­wa.

Mat­ka - idiot­ka.

Oj­ciec - sil­ny.

Sie­bie określać nie będę, nie te­raz. Myślę jed­nak, że w pew­nym sen­sie je­stem po­dob­na do każdego z nich. Naj­bar­dziej mar­twią mnie wspólne ce­chy z matką i sta­ram się je eli­mi­no­wać. Muszę kończyć. Ko­cha­na ro­dzin­ka się bu­dzi, w miesz­ka­niu za­czy­na się ruch. Po­win­nam coś zjeść i lecę do szkoły. Mimo wszyst­ko mam na­dzieję, że pry­wat­ka będzie faj­na.

***

Prze­staję czy­tać. Co do cha­rak­te­ry­sty­ki dziadków nie podjęłabym z Mat dys­ku­sji. Umar­li długo przed moim uro­dze­niem, a mama nie­wie­le o nich mówiła. Na­to­miast Anka - fałszy­wa? Różne rze­czy mogłabym po­wie­dzieć o ma­mie - cza­sa­mi tra­ciła pa­no­wa­nie nad sobą, krzy­czała, hi­ste­ry­zo­wała. Nig­dy jej nie ide­ali­zo­wałam, cho­ciaż na­sze re­la­cje były do­bre. Fałszy­wa? Chy­ba czułabym się po­dob­nie, gdy­by ktoś przy­wa­lił mi pięścią w szczękę. Nie przy­pusz­czałabym, żeby Mat mogła kie­dy­kol­wiek mieć ta­kie zda­nie o sio­strze. Czuję, że na kart­kach tego ze­szy­tu mogą skry­wać się dużo gor­sze rze­czy, a prze­czy­tanie zmie­ni mnie na za­wsze. Wca­le nie na lep­sze. Po­now­nie opusz­czam wzrok i prze­wra­cam stronę. Chcę kon­ty­nu­ować. Boję się, ale je­stem też w nie­zdro­wy sposób za­fa­scy­no­wa­na.

***

22 maja 1972

To już ty­dzień po mo­ich uro­dzi­nach. Dużo się zmie­niło. Bar­dzo dużo. Te­raz na przykład leżę w szpi­tal­nym łóżku. Dzielę salę z trze­ma miłymi, star­szy­mi pa­nia­mi. Po­ma­gam im, na­wet jeśli mnie o to nie proszą, cho­ciaż na pierw­szy rzut oka widać, że je­stem słaba i le­d­wie trzy­mam się na no­gach. Mówią mi z do­bro­tli­wym bab­ci­nym uśmie­chem, pełnym tro­ski i miłości, że po­win­nam leżeć i od­po­czy­wać, ale ja, al­tru­ist­ka, nie zważając na cho­robę i nie­bez­pie­czeństwa, na ja­kie się narażam, wstaję mimo to, roz­daję do­broć i uśmie­chy. Wszy­scy mnie uwiel­biają, twierdzą, że je­stem nie­zwy­kle dziel­na i wspa­niała. Na­wet per­so­nel, na który tak po­wszech­nie po­dob­no się na­rze­ka, ma dla mnie tyl­ko słowa za­chwy­tu.

Dzi­siaj po­sta­no­wiłam trochę po­pi­sać i wresz­cie nad­ro­bić za­ległości. Sąsiad­ka z pra­wej stro­ny za­py­tała, czy to jakiś list, ale za­prze­czyłam i po­in­for­mo­wałam, że usiłuję spłodzić wy­pra­co­wa­nie na pol­ski. Nie chcę, żeby kto­kol­wiek wie­dział, że piszę pamiętnik, to wy­da­je się zbyt nie­bez­piecz­ne. Nie po­zwo­liłabym ni­ko­mu prze­czy­tać, nie mam za­mia­ru roz­bu­dzać nie­zdro­wej cie­ka­wości. Na wszel­ki wy­pa­dek wkładam ze­szyt pod po­duszkę, kie­dy idę spać. Udając się do łazien­ki, biorę go ze sobą. Ko­sme­tycz­ka jest duża, więc nie ma pro­ble­mu, żeby go zmieścić.

Miałam pisać o pry­wat­ce, która po­wo­li zaczęła zmie­niać moje życie. Ma­mu­sia przy­go­to­wała sałatki, wy­ma­gając nie­ste­ty mo­je­go współudziału, ale zniosłam to jakoś, tym bar­dziej że oj­ciec stanął w kuch­ni i prze­wier­cił mnie wzro­kiem, który mówił wyraźnie, że mam po­ma­gać. Pomyślałam o al­ter­na­ty­wie i za­brałam się do pra­cy.

Jaka jest al­ter­na­ty­wa, której zresztą nie ma, bo lep­sza byłaby na­zwa "gra wstępna"? Później i tak muszę zro­bić to, cze­go się ode mnie ocze­ku­je. Po­win­nam może oszczędzać przyszłe po­ko­le­nia i nie kalać imie­nia przodków? Pieprzę to! Nie znoszę wul­gar­ności, ale tu mu­siałam być do­sad­na. Zaczęłam pisać ten pamiętnik z za­mia­rem szcze­rości i za­mie­rzam się tego trzy­mać. Żadna pseu­do­de­li­kat­ność nie sta­nie mi na prze­szko­dzie. No więc kie­dy oj­ciec nie jest ze mnie za­do­wo­lo­ny, idzie­my po­roz­ma­wiać w jego ga­bi­ne­cie. Na­sze miesz­ka­nie ma czte­ry po­ko­je: mój, Anki (kie­dyś był je­den, ale sta­rzy na szczęście po­sta­no­wi­li po­sta­wić ścianę), sy­pial­nia ro­dziców, służąca za­ra­zem za sa­lon i ga­bi­net ojca. Tata jest nie­wierzący, więc żaden krzyż w tym po­miesz­cze­niu nie wisi, ale i tak ko­ja­rzy mi się z kościołem. Byłam parę razy z bab­cią i za­pa­miętałam, że tam się klęczy i bolą ko­la­na. W ga­bi­ne­cie też mam klęczeć. Oj­ciec wyj­mu­je to­rebkę gro­chu i rzu­ca ją na podłogę. To po­du­szecz­ka dla mnie. Myślę, że nikt z rówieśników nie uwie­rzyłby, że w na­szym domu sto­su­je się ta­kie me­to­dy wy­cho­waw­cze. Pal dia­bli rówieśników! Na­wet uro­cza mamu­sia i ide­al­na sio­strzycz­ka w to nie wierzą. Kie­dyś próbowałam mówić, ale po­roz­ma­wiały z ta­tu­siem i wyszło, że je­stem pa­skudną kłam­czuchą. Za­sta­na­wiałam się, dlacze­go tyl­ko mnie tatuś tak wy­cho­wu­je, ale to chy­ba ja­sne. Od początku to ja byłam ta zła, krnąbrna i wstrętna. Anka nie po­trze­bu­je tego ro­dza­ju me­tod, uwiel­bia go, przy­pusz­czam, że oj­ciec nie chce zmie­niać re­la­cji. Mat­ka, cho­ciaż jest idiotką, mogłaby od nie­go odejść, gdy­by próbował ją tknąć. Z ich punk­tu wi­dze­nia jest ide­al­nym mężem i oj­cem. Ja nie mam do­wodów na coś od­wrot­ne­go. A może jest inne wytłuma­cze­nie? Może mnie wy­brał, bo kie­dy za­czy­nałam co­kol­wiek ro­zu­mieć, u nie­go ujaw­nił się kry­zys wie­ku średnie­go?

Wcześniej bun­to­wałam się prze­ciw­ko klęcze­niu na gro­chu, te­raz wiem, że le­piej zro­bić to na­tych­miast. Tata przez chwilę pa­trzy na mnie z wy­so­ka, a później kładzie pal­ce na mo­ich pier­siach i uci­ska. Jest le­ka­rzem, zna się na fi­zjo­lo­gii, wie, jak to robić, żeby bolało jak naj­moc­niej, a nie zo­sta­wały ślady. Za każdym ra­zem chcę krzy­czeć, ale oczy­wiście nie mam szans. Naj­pierw wkłada mi gałgan do ust i wiąże ręce. Muszę coś wyjaśnić. Od­da­lam ja­kie­kol­wiek po­dej­rze­nie o mo­le­sto­wa­nie. Ojca nie pod­nie­ca do­ty­ka­nie mnie. Gdy­by tak było, robiłby to częściej, szu­kał oka­zji. Nie, on tyl­ko upa­ja się swoją siłą. Ma władzę całko­witą; nie pamiętam, żeby Anka mu się kie­dy­kol­wiek prze­ciw­sta­wiła, a mat­ka pa­trzy w nie­go jak w jakiś ob­raz, cze­go­kol­wiek by nie po­wie­dział, jest święte.

Sta­ram się, żeby tych rozmów w ga­bi­ne­cie było jak naj­mniej i rze­czy­wiście zda­rzają się już spo­ra­dycz­nie. Cza­sem zro­bię coś przez za­po­mnie­nie, głupotę czy też, niech będzie, zły cha­rak­ter. Kie­dy je­steśmy już tam sami, za­mknięci od wewnątrz, wygląda to w ten sposób: ja klęczę z gałga­nem w ustach, on uci­ska mi pier­si, a po­tem mówi, cza­sem bar­dzo długo. Na ko­niec pyta, czy zro­zu­miałam i obie­cuję po­prawę. Za­wsze ki­wam głową. Kie­dyś w ogóle nie słuchałam, myślałam tyl­ko, żeby to się szyb­ciej skończyło. Zda­rzało się jed­nak, że kazał po­wta­rzać swo­je słowa. Jeśli nie po­tra­fiłam, znów kne­blo­wał mi usta, po czym uci­skał po swo­jemu pier­si, a następnie z całym spo­ko­jem wygłaszał mo­no­log jesz­cze raz. Te­raz pil­nuję, żeby nie uro­nić na­wet słówka. Nieczęsto pyta, zresztą, jak po­wie­działam, roz­mo­wy są spo­ra­dycz­ne, ale jeśli - je­stem go­to­wa. Co do jego me­tod wy­cho­waw­czych - może nie ma w nich nic aż tak zdu­mie­wającego. Wie­le dzie­ci do­sta­je pa­sem, sama wi­działam ślady u niektórych dziew­czyn, kie­dy prze­bie­rały się na wu­efie. Uci­ska­nie pier­si jest bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne, na­wet w tym, że nie po­zo­sta­wia wi­docz­nych znaków.

Sta­le od­bie­gam od te­ma­tu, bo chcę wpro­wa­dzić po­ten­cjal­ne­go przyszłego czy­tel­ni­ka w kli­mat. Muszę na­uczyć się or­ga­ni­zo­wać myśli i prze­stać cha­otycz­nie ska­kać z te­ma­tu na te­mat. Sałatki zo­stały zro­bio­ne. Na­wet Anka trochę po­mogła, jak na ide­alną sio­strzyczkę przy­stało. Sta­rzy wy­szli na brydża, mówiąc, że wrócą koło dru­giej. Wol­na cha­ta, ma­rze­nie wie­lu na­sto­la­tek. Wte­dy właśnie czułam się jak ty­po­wa na­sto­lat­ka; głupiut­ka, radośnie pod­nie­co­na. Naj­pierw przyszła Aśka i dała mi w pre­zen­cie cie­nie do po­wiek z Pe­we­xu. Później Ma­te­usz z dwo­ma ko­le­ga­mi, którzy oka­za­li się sym­pa­tycz­ni, przy­najm­niej na pierw­szy rzut oka. Da­rek i Ro­mek. Da­rek miał w so­bie coś in­try­gującego i pa­trzył na mnie w sposób, od którego mdlały mi ko­la­na. Przy­nieśli wino; oni i Anka są już pełno­let­ni, więc mogą. Aśka też piła. Ja wolałam nie próbować, ale mnie na­ma­wia­li, a Anka przy­sięgła na wszel­kie świętości, że ni­ko­mu nie po­wie, więc wy­chy­liłam kie­li­szek. Więcej nie chciałam, oj­ciec mógłby za­uważyć, ale na­wet taka ilość al­ko­ho­lu wy­star­czyła, żeby mnie roz­luźnić. Tańczy­liśmy, nie po­dej­rze­wałam, że tak po­tra­fię. Po pew­nym cza­sie Anka z Ma­te­uszem zaczęli mig­da­lić się na ka­na­pie. Nie za­sta­na­wiałam się, dla­cze­go nie wy­szli do dru­gie­go po­ko­ju, wte­dy kom­plet­nie mi to nie prze­szka­dzało. Aśka re­cho­tała wy­wi­jając z Rom­kiem, a ja tańczyłam, przy­tu­lo­na do Dar­ka. W głowie szu­miało mi co­raz bar­dziej i to wca­le nie był al­ko­hol. Nie wiem, kie­dy zaczęliśmy się całować. Chciałam, żeby to trwało i trwało. Na­wet nie zwróciłam uwa­gi, że mu­zy­ka prze­stała grać, a wszy­scy chi­choczą.

Pocałunki, miękkie i de­li­kat­ne, wy­da­wały się naj­lepszą rzeczą, jaka przy­da­rzyła jej się w życiu. Może zresztą pierwszą dobrą rzeczą.

- Faj­nie, że ktoś w końcu zajął się moją sio­strzyczką. - Głos Anki wdarł się do mózgu ni­czym po­twor­ny dy­so­nans. Mat nie ro­zu­miała jesz­cze zna­cze­nia słów, ale czuła, jak­by ktoś wylał jej na głowę wia­dro po­myj. - Już się bałam, że nikt nig­dy nie będzie miał na nią ocho­ty.

To była obe­lga, nie mogła mieć wątpli­wości. Ode­rwała się od ust Dar­ka, ale chłopak nadal trzy­mał ją w objęciach, jeżdżąc łapą po ple­cach. Mimo że prze­stało jej się po­do­bać, stała jak ska­mie­niała.

- U nas w kla­sie - wy­ja­wiła Aśka - każdy złożył się po dzie­sięć złociszów. Całą forsę ma zgarnąć fa­cet, który pocałuje ją z języcz­kiem. Wa­ru­nek - ktoś musi to wi­dzieć. Jak­byś był z na­szej kla­sy, to te­raz byś się wzbo­ga­cił - roześmiała się. - Krzy­siek już zaczął ją ura­biać, ale się wy­co­fał. Po­wie­dział, że mu nie­do­brze, na­wet za kasę.

Roz­ma­wia­li jak­by jej tam nie było albo ra­czej jak­by była zwie­rza­kiem, który nic nie ro­zu­mie. Nadal stała sztyw­no, nie re­agując, nie od­su­wając się na­wet od Dar­ka, a on ciągle ją ob­ma­cy­wał.

- Nie prze­sa­dzaj­cie, nie jest taka zła - mruknął.

- Mówiłem ci prze­cież - wtrącił się Ma­te­usz. - Po pro­stu trze­ba chłopa, żeby wy­do­być z niej ko­bietę.

Sal­wa śmie­chu była jak sma­gnięcie ba­tem przez po­li­czek.

- Bez obaw, już ja to zro­bię. Praw­da maleńka? - Po­chy­lił się, a jego dłoń zje­chała na jej pośla­dek.

To ją otrzeźwiło. Ode­pchnęła go z całej siły i kopnęła w przy­ro­dze­nie. W jaja - pomyślała z nie­na­wiścią i kopnęła jesz­cze raz, moc­niej. Zwinął się w pół.

- Ty kur­wo - wy­sy­czał.

Inni pokłada­li się ze śmie­chu.

- Wy­no­cha stąd! - zaczęła wrzesz­czeć. - Wszy­scy wynoście się w jed­nej chwi­li!

Nikt nie zwra­cał na nią uwa­gi. Daruś trzy­mał się nadal za swoją męskość, którą, miała na­dzieję, uszko­dziła mu poważnie, po­zo­sta­li ry­cze­li, jak­by oglądali naj­lepszą ko­me­dię. Nie wszy­scy, do­tarło do niej, że śmieją się już tyl­ko Aśka i Ro­bert. Anka po­deszła do sio­stry. Wyglądała na zupełnie trzeźwą.

- Ma­tyl­da. - Wy­ko­nała ruch jak­by chciała pogłaskać ją po ra­mie­niu.

Mat uchy­liła się, wzięła za­mach i walnęła ją pięścią w twarz.

Wresz­cie za­legła ci­sza.

- Wy­no­cha! - Mat darła się, rzu­cając na zie­mię wszyst­kim, co wpadło jej w ręce. Le­ciały bu­tel­ki po wi­nie, kie­lisz­ki, mi­ski z nie­do­je­dzoną sałatką.

Zaczęli się zbie­rać, na­wet Daruś, trzy­mając się za jądra, kie­ro­wał się do wyjścia. Za­nim jed­nak zdążyli opuścić miesz­ka­nie, właści­cie­le uka­za­li się w pro­gu. Prze­rażeni goście cofnęli się do po­ko­ju. Mat­ka stru­chlałym wzro­kiem ogar­niała spu­sto­sze­nie. Ma­tyl­da idio­tycz­nie za­sta­na­wiała się, czy zwróciła uwagę na pod­bi­te oko star­szej córki. Oj­ciec nie stra­cił re­zo­nu. Uśmiechnął się.

- Widzę, że pry­wat­ka się kończy - po­wie­dział przy­jaźnie. - Do­brze się ba­wi­liście?

- Tak, dzięku­je­my. - Ma­te­usz za­cho­wał naj­większą przy­tom­ność umysłu, je­dy­ny był zdol­ny od­po­wie­dzieć.

- Do wi­dze­nia - wy­skan­do­wa­li chóral­nie i pośpiesz­nie rzu­ci­li się do drzwi.

Nikt nie wy­szedł do przed­po­ko­ju, żeby ich pożegnać. Oj­ciec pa­trzył wprost na Ma­tyldę. Nie spusz­czała wzro­ku. Wma­wiała w sie­bie, że się nie boi, ale umie­rała ze stra­chu. Wie­działa jed­nak, że oka­za­nie po­ko­ry w tym mo­men­cie w ni­czym nie po­pra­wi jej sy­tu­acji.

- Kto zrzu­cił te wszyst­kie rze­czy? - za­py­tał spo­koj­nie.

- Ja.

- Kto ude­rzył Anię? - badał da­lej.

Mat­ka zaczęła hi­ste­rycz­nie szlo­chać. Chy­ba jed­nak wcześniej nie wi­działa guza pod okiem córusi, prze­mknęło Ma­tyl­dzie przez głowę, po­pra­wiając jej mi­ni­mal­nie hu­mor.

- Ja.

- Chodź ze mną do ga­bi­ne­tu.

Nie pro­te­sto­wała. Za­mknął drzwi od wewnątrz, otwo­rzył szu­fladę i rzu­cił na podłogę wo­re­czek z gro­chem.

- Wiesz, co masz robić.

Pew­nie, że wie­działa. Uklękła. Ręce trzy­mała złączo­ne z tyłu, żeby ułatwić mu ich skrępo­wa­nie. Nie wy­ko­nała ru­chu, bez pro­te­stu po­zwo­liła się za­kne­blo­wać. Na­wet bez gałgana w ustach by nie krzy­czała. Ucisnął jej po swo­je­mu pier­si. Przez kil­ka mie­sięcy już tego nie robił. Miała wrażenie, że ból jest gor­szy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem.

- Muszę uka­rać cię w ten sposób, cho­ciaż ser­ce mi krwa­wi - po­wie­dział ze smut­kiem - Wiesz, że to, co zro­biłaś dzi­siaj, jest bar­dzo złe, i kara musi być sroższa niż za­zwy­czaj?

Po­ki­wała głową. Przy­taknęłaby na­wet, gdy­by po­wie­dział, że zasłużyła na śmierć przez po­wie­sze­nie.

Nie byłaby w sta­nie po­wie­dzieć, jak długo uci­skał jej pier­si, ale sądziła, że nie trwało to dłużej niż mi­nutę. Jej oj­ciec nie jest sa­dystą, za­wsze o tym wie­działa. Wy­pro­sto­wał się i mówił da­lej:

- Postąpiłaś zupełnie nie­wy­ba­czal­nie. Zde­mo­lo­wałaś miesz­ka­nie, przy­niosłaś po­twor­ny wstyd ro­dzi­nie i ude­rzyłaś własną siostrę, która nig­dy nie zro­biła ci nic złego. Pierwszą rzeczą, którą zro­bisz po wyjściu z ga­bi­ne­tu, będzie prze­pro­sze­nie jej.

Urwał. Wie­działa, na co cze­kał, i zaczęła ener­gicz­nie kiwać głową.

- Później po­sprzątasz. Zro­bisz to bar­dzo dokład­nie. Będę spraw­dzał.

Znów pau­za, więc po­now­nie wy­ko­nała gor­li­wy, przy­ta­kujący gest.

- Prze­pro­sisz też matkę. Tyle wysiłku włożyła w przy­go­to­wa­nie przyjęcia dla cie­bie. - Tym ra­zem nie prze­rwał na dłużej, za­czerpnął je­dy­nie od­de­chu i ciągnął: - Mu­sisz również po­nieść kon­se­kwen­cje fi­nan­so­we. Mamy przez cie­bie spo­ro strat, trze­ba będzie kupić nowe mi­ski, nie wiem, czy zejdą pla­my z podłogi. Przez naj­bliższy rok nie do­sta­niesz kie­szon­ko­we­go.

Wy­da­wałoby się, że to do­tkli­wa kara, za kie­szon­ko­we ku­po­wała so­bie książki, ale już wte­dy stwier­dziła, że to chrza­ni. Naj­wyżej będzie częściej ko­rzy­stać z bi­blio­te­ki. Ja­kieś pie­niądze z pew­nością się znajdą; we­dle wszel­kie­go praw­do­po­do­bieństwa bab­cia i sio­stry mat­ki za­opatrzą ją następne­go dnia w gotówkę. W końcu to uro­dzi­ny, a nie sądziła, żeby chciały się tru­dzić wymyśla­niem pre­zentów, a tym bar­dziej sta­niem w ko­lej­kach. Po­now­nie przy­taknęła, z jesz­cze większą ener­gią niż po­przed­nio. Oj­ciec wyjął jej kne­bel z ust i roz­wiązał ręce. Nadal klęczała, na­uczo­na nig­dy nie wsta­wać bez wyraźnego sy­gnału.

- Obie­cuję po­prawę, tato - po­wie­działa drżącym głosem. - Wiem, że to, co zro­biłam, było nie­go­dzi­we.

- Do­brze, możesz iść.

Roz­mo­wa trwała krótko. Zważyw­szy, że prze­wi­nie­nie nie było co­dzien­ne, a on sam obie­cy­wał karę su­rowszą niż zwy­kle, od­czu­wała pew­ne nie­do­wie­rza­nie. Bała się, że tuż przy drzwiach oj­ciec ją za­trzy­ma i za­ba­wa za­cznie się od nowa. Przekręciła klucz w zam­ku i wyszła. Oj­ciec zo­stał w ga­bi­ne­cie.

W sa­lo­nie od­by­wało się sprząta­nie i to na całego. Mat­ka prze­brała się w dres i za­mia­tała, po­chy­lając się nie­kie­dy, żeby ze­brać jakiś kawałek szkła gołą ręką. Anka za­su­wała za nią na ko­la­nach w swo­jej ślicz­nej, błękit­nej su­kien­ce, którą kie­dyś wy­stała w Ju­nio­rze, i szo­ro­wała podłogę szmatą. To je­dy­na ska­za na ide­al­nym wi­ze­run­ku lep­szej sio­stry; nie ma zwy­cza­ju prze­bie­rać się do porządków. Na­wet w tam­tym mo­men­cie Ma­tyl­da nie po­tra­fiła odmówić so­bie drob­nej złośliwości, cho­ciażby w myśli. Miała wrażenie, że dzięki nie­wy­po­wie­dzia­nym uszczy­pli­wościom jakoś funk­cjo­nu­je. Mat­ka nie zwra­cała na ten drob­ny de­fekt Anki uwa­gi, a ojcu też wy­da­wał się w miarę obojętny. Cza­sem wygłosił jakąś uwagę - bar­dziej dla za­sa­dy niż z praw­dzi­we­go prze­ko­na­nia. Mat stała przez chwilę nie­ru­cho­mo z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi.

- Chciałam was prze­pro­sić. - Wresz­cie przy­po­mniała so­bie, co miała zro­bić bez­pośred­nio po wyjściu z ga­bi­ne­tu.

Anka pod­niosła głowę. Lewą stronę twa­rzy miała spuch­niętą i siną. Wyglądała znacz­nie go­rzej niż przed roz­mową Ma­tyl­dy i ojca w ga­bi­ne­cie.

- Prze­pra­szam, Aniu. - Mat po­deszła do sio­stry. Po­sta­rała się, żeby jej głos był słodki, a jad słyszal­ny je­dy­nie dla sio­strzycz­ki. - To, co zro­biłam, było bar­dzo złe.

Anka pa­trzyła sze­ro­ko otwar­tym okiem. Dru­gie­go nie­ste­ty otwo­rzyć nie mogła.

- Ja... - zaczęła i umilkła.

Ma­tyl­da po­ga­niała ją spoj­rze­niem. Niech ta idiot­ka wy­krztu­si, co ma do po­wie­dze­nia, ona prze­cież mu­siała wy­ko­nać dal­sze in­struk­cje.

- To ja cię prze­pra­szam - po­wie­działa Anka drżącym głosem.

No niezłe! Ide­al­na sio­strzycz­ka zdo­była się na­wet na to. Przez chwilę Mat wal­czyła z od­ru­chem, żeby przy­wa­lić jej z pięści w dru­gie oczko. Pomyślała jed­nak o kon­se­kwen­cjach i uśmiechnęła się smut­nym uśmie­chem, który sam mówił, jak bar­dzo boli ją ser­ce.

- To moja wina.

Do­tknęła na­puch­niętego po­licz­ka i wstrząsnęła się. Za tę scenę należałby mi się Oskar, pomyślała.

Opuściła rękę i po­deszła do mat­ki.

- Prze­pra­szam, mamo. Wiem, ile wysiłku włożyłaś w przy­go­to­wa­nie przyjęcia dla mnie, a ja od­wdzięczam ci się w ten sposób - powtórzyła słowa ojca, wkładając w to spo­ro uczu­cia. No­wo­od­kry­ty ta­lent ak­tor­ski działał.

Mat­ka była na­brzmiała od płaczu, oczy i nos miała czer­wo­ne, na­su­wała sko­ja­rze­nie z króli­kiem. Wyświech­ta­ny, nie­co po­pla­mio­ny dres nie do­da­wał jej atrak­cyj­ności. Jest po pro­stu brzyd­ka, pomyślała Ma­tyl­da z po­nurą sa­tys­fakcją i za­sta­no­wiła się, czy oj­ciec ją zdra­dza.

- Już tak nie będziesz, praw­da, ko­cha­nie?

Świer­got, pomyślała Ma­tyl­da, po­sta­na­wiając użyć sy­no­ni­mu w pamiętni­ku.

- Nie będę - po­twier­dziła. - Bar­dzo prze­pra­szam. - Spuściła głowę. - Wiem, że moje za­cho­wa­nie było nie­wy­ba­czal­ne.

Mat­ka wyciągnęła ra­mio­na i przy­tu­liła ją. W jakiś pokrętny sposób ten uścisk spra­wił dziew­czy­nie przy­jem­ność.

- Wy idźcie spać - po­wie­działa Mat, kie­dy w końcu mat­ka wypuściła ją z objęć. - Dziękuję, że sprzątałyście, ale to należy do mnie.

- Tak. - Oj­ciec stanął w pro­gu po­ko­ju. - To należy do niej. Dzi­siejszą noc my z mamą spędzi­my w two­im po­ko­ju, a kie­dy upo­rasz się z porządka­mi, możesz się prze­spać na na­szej ka­na­pie.

Żadna nie za­pro­te­sto­wała. Pan i władca nie tra­cił słów na dar­mo. Za­mie­ni­li pościel.

- Nie włączaj od­ku­rza­cza - usłyszała na do­bra­noc gru­cha­nie mat­ki. Następny sy­no­nim. - Sąsie­dzi się zbudzą.

- A dzi­siaj mie­li już i tak wie­le atrak­cji - dodał oj­ciec.

Po­szli więc, a ja sprzątałam nie­mal fa­na­tycz­nie, nie myśląc o ni­czym, na­wet nic nie czując. Myśli i uczu­cia przyszły później, kie­dy już leżałam. Na­piszę o tym, ale już nie dzi­siaj.

Te­raz muszę po­dejść do każdej z pań na sali, za­py­tać, czy cze­goś im nie po­trze­ba, po­ga­dać, po­cie­szyć. Później pew­nie zno­wu źle się po­czuję.

***