Białe jak śnieg - Salla Simukka

-
Proszę czekać

3

Ten sam brązowy od­cień włosów, który skłaniał się bar­dziej ku chłod­nej sza­rości niż ciepłemu kasz­ta­no­wi. Len­ka miała długie włosy. Gdy­by roz­plotła upięte na głowie war­ko­cze, włosy sięgałyby jej na pew­no do pośladków. Lu­mik­ki była ostrzyżona na chłopa­ka, czy ra­czej na Ca­rey Mul­li­gan. Tyl­ko że z ko­lo­ru włosów nie należy wyciągać żad­nych wniosków. Tym bar­dziej, gdy jest to naj­pow­szech­niej­szy ko­lor włosów ko­biet w Eu­ro­pie Środ­ko­wej.

Sza­re oczy. U Len­ki trochę ciem­niej­sze niż u niej. Górna war­ga może po­dob­nie miękko za­oblo­na, gdy­by się bliżej przyj­rzeć. Jed­nak pro­por­cje twa­rzy były inne. Len­ka miała wyraźnie wyższe czoło, a Lu­mik­ki krótszy i mniej­szy nos.

Wzrost - mniej więcej jed­na­ko­wy. Len­ka była może o cen­ty­metr wyższa. Stały obok sie­bie przed lu­strem w ka­wiar­nia­nej to­a­le­cie i przyglądały się so­bie dokład­nie. Len­ka trzy­mała ją za ramię i Lu­mik­ki czuła się trochę nie­swo­jo. Nie lubiła do­ty­ku ob­cych. Zresztą na­wet pośród zna­jo­mych strzegła swo­jej pry­wat­nej prze­strze­ni i tyl­ko nie­licz­nym po­zwa­lała na zbliżenie czy do­tyk. Uścisk Len­ki był moc­ny, kur­czo­wy. Cera była równie biała jak pal­ce dłoni. Lu­mik­ki zdążyła się już trochę opa­lić.

Z wyglądu mogły ucho­dzić za sio­stry. Ale wca­le nie mu­siały. Żadna ce­cha nie wska­zy­wała jed­no­znacz­nie na ge­ne­tycz­ne po­kre­wieństwo. Poza tym ani jed­na, ani dru­ga nie była szczególnie po­dob­na do Pe­te­ra An­ders­so­na.

Lu­mik­ki po­chy­liła się i obmyła twarz i szyję zimną wodą. Orzeźwio­na po­czuła, że jej mózg za­czy­na zno­wu pra­co­wać. Len­ka puściła jej ramię.

- I co po­wiesz? - spy­tała dziew­czy­na.

Pa­trzyła na Lu­mik­ki z cie­ka­wością i wy­cze­ki­wa­niem. Ni­czym psiak żebrzący o piesz­czotę. Lu­mik­ki najchętniej nic by nie mówiła. Tego było za dużo. Za dużo nowości. Za dużo sen­sa­cji. Nie zdążyła się jesz­cze za­sta­no­wić, co da­lej. Jak się te­raz za­cho­wać, co robić.

A nie zno­siła sy­tu­acji, w których nie wie­działa, co robić.

- Jak­by to po­wie­dzieć... Całkiem spo­ro tego, jak na je­den raz - rzekła w końcu, wy­cie­rając szyję pa­pie­ro­wym ręczni­kiem. Za kołnie­rzyk uciekła strużka wody i spłynęła po ple­cach ni­czym złe prze­czu­cie.

- Wiem. Ja miałam wie­le lat na prze­myśle­nie so­bie tego wszyst­kie­go. Ty usłyszałaś to do­pie­ro przed chwilą.

- Właśnie. Oj­ciec nig­dy nie wspo­mi­nał... Nie wie­działam, że w ogóle ist­nie­jesz. Oj­ciec... - Len­ka znów położyła rękę na ra­mie­niu Lu­mik­ki. Pew­nie zin­ter­pre­to­wała jej wa­ha­nie jako wzbu­rze­nie. Częścio­wo słusznie, bar­dziej jed­nak cho­dziło o to, że Lu­mik­ki nie chciała jesz­cze ujaw­niać zbyt wie­lu szczegółów ze swo­je­go życia. Naj­pierw musi usta­lić prawdę.

Zarówno Len­ka, jak i jej opo­wieść, bu­dziły w Lu­mik­ki nie­ja­sne po­dej­rze­nia, biła z nich jakaś ner­wo­wość. Zbie­gi oko­licz­ności wy­da­wały się tak nie­sa­mo­wi­te, że aż nie­możliwe. A jed­nak szczegóły się zga­dzały... Lu­mik­ki nie po­tra­fiła uspo­koić i uporządko­wać kotłujących się w jej głowie myśli.

- Mogę mieć do cie­bie prośbę? Nie mów o tym jesz­cze swo­je­mu ojcu. Na­sze­mu ojcu. Nie chciałabym, żeby znów do­wia­dy­wał się o mnie przez oso­by trze­cie. Sama chcę mu tow­szyst­ko po­wie­dzieć, gdy na­dej­dzie właściwy czas - oznaj­miła Len­ka.

Lu­mik­ki skinęła głową. Na tę prośbę przy­stała z łatwością. Mówiąc otwar­cie, na­wet jej przez myśl nie przeszło, aby za­raz łapać za komórkę i dzwo­nić do ojca z py­ta­niem, czy to praw­da, że ma w Pra­dze drugą córkę. W ich ro­dzi­nie nie było ta­kie­go zwy­cza­ju. Nie­wy­god­ne spra­wy nie były po­ru­sza­ne, omi­ja­no je sze­ro­kim łukiem, próbując do­ciec praw­dy w inny sposób. Ro­dzi­na z ta­jem­ni­ca­mi. Byłby to pew­nie niezły te­mat na fa­scy­nującą książkę dla młodzieży, rze­czy­wi­stość jed­nak ciążyła im ni­czym wiel­ki głaz, który przy­gnia­tał ich wszyst­kich do zie­mi i bar­dzo utrud­niał pa­trze­nie so­bie w oczy.

- Jak na­uczyłaś się szwedz­kie­go? - spy­tała Lu­mik­ki, prze­chodząc na oj­czy­sty język ojca.

Len­ka uśmiechnęła się nieśmiało i od­po­wie­działa po szwedz­ku:

- Za­brzmi to pew­nie głupio, ale gdy się do­wie­działam, że tata mówi po szwedz­ku, zaczęłam się go uczyć z in­ter­ne­tu i książek. Oglądałam na YouTu­be frag­men­ty szwedz­kich pro­gramów dla dzie­ci i sma­ko­wałam niektóre słowa. Wy­da­wały mi się dziw­nie zna­jo­me. Smul­tron. F?nig. Längtan. Pan­n­ka­ka. Może jed­nak mamy w ge­nach jakiś ślad po języku ro­dziców.

Lu­mik­ki po­sta­no­wiła nie ko­men­to­wać, że po­dob­ny pogląd moc­no trąci ja­ki­miś cza­ra­mi w sty­lu new age, które nie mają nic wspólne­go ani z ge­ne­tyką, ani z psy­cho­lo­gią roz­wo­jową człowie­ka. W końcu Len­ka może so­bie wie­rzyć, w co tyl­ko chce.

Do to­a­le­ty weszła nie­miec­ka tu­ryst­ka i dziw­nie na nie spoj­rzała. Z dwo­ru dało się słyszeć dźwięk dzwonów ka­te­dry świętego Wita. Ze­gar wybił pełną go­dzinę. Len­ka za­marła.

- Czy to już dru­ga? - spy­tała.

Lu­mik­ki skinęła głową. W oczach Len­ki po­ja­wił się nie­pokój, pal­ce zno­wu zaczęły ner­wo­wo sku­bać pa­sek tor­by. Dziew­czy­na w se­kundę prze­isto­czyła się w za­szczu­te zwierzę. Wy­czu­wal­ne przed chwilą ciepło, zaczątki ja­kiejś swo­bo­dy zniknęły w oka­mgnie­niu.

- Muszę le­cieć - stwier­dziła Len­ka. - Wi­dzi­my się ju­tro. O dwu­na­stej.

- W tym sa­mym miej­scu?

Len­ka ro­zej­rzała się ner­wo­wo.

- Nie. Nie tu­taj. To nie jest do­bry po­mysł. Wiesz, gdzie jest Za­mek Wy­szeh­radz­ki? Do­je­dziesz me­trem. Tam się spo­tka­my.

Lu­mik­ki nie zdążyła od­po­wie­dzieć, za­pro­po­no­wać spo­tka­nia gdzieś bliżej, nie zdążyła także za­py­tać, dokąd dziew­czy­nie tak się spie­szy. Len­ka wy­biegła z to­a­le­ty, po­zo­sta­wiając Lu­mik­ki samą przed lu­strem, wpa­trzoną w swo­je skon­ster­no­wa­ne od­bi­cie.

Ko­bie­ta bębniła pal­ca­mi o blat. Dębowy stół, le­d­wo mie­siąc temu od­no­wio­ny, wyrówna­ny i wy­la­kie­ro­wa­ny. Spoj­rze­niem po­wiodła po ścia­nach ga­bi­ne­tu. Dy­plo­my, wyróżnie­nia, wy­cin­ki z ga­zet, naj­większe osiągnięcia i punk­ty zwrot­ne jej ka­rie­ry w barw­nym pa­kie­cie, którego po­zaz­drościłby nie­je­den. Ale jej to nie wy­star­czyło. Jej było za­wsze mało, jed­nak nie mogło być in­a­czej. Nie w tej branży. Tu ko­niecz­ny jest nie­na­sy­co­ny głód. Tu musi być wszyst­kie­go ciągle więcej i więcej: roz­miarów, jakości, gro­zy, po­ry­wu, wzru­szeń, wściekłości, sym­pa­tii. W tej branży człowiek musi wciąż gonić za nowością. Musi trzy­mać rękę na pul­sie, a jesz­cze le­piej - wy­czu­wać go wcześniej i ude­rzać wte­dy, gdy nikt się jesz­cze ni­cze­go nie spo­dzie­wa.

Tu trze­ba mieć te­ma­ty, o których mówią wszy­scy. Tu i te­raz. I jesz­cze ju­tro.

Ko­bie­ta chwy­ciła komórkę, zdjęła obu­dowę, wyjęła kartę SIM i na jej miej­sce za­mon­to­wała inną. Po­now­nie włączyła te­le­fon i wy­brała nu­mer. Nikt nie może się nig­dy do­wie­dzieć, że kie­dy­kol­wiek pod nie­go dzwo­niła.

Mężczy­zna ode­brał pra­wie od razu.

- Już jest go­to­wy? - spy­tał.

- Jesz­cze nie.

- Pamiętaj, że nie może wie­dzieć za dużo.

- Wiem, wiem, pamiętam. Siedzę w tym fa­chu od tak daw­na, że do­sko­na­le znam wszyst­kie reguły. Im mniej będzie wie­dział, tym jego re­ak­cje będą bar­dziej au­ten­tycz­ne. A tego właśnie chce­my - au­ten­tycz­ności. Chce­my praw­dzi­wych emo­cji.

- Chy­ba zda­jesz so­bie sprawę, na jak wiel­kie nie­bez­pie­czeństwo się naraża? Może zro­bić so­bie krzywdę, może na­wet zginąć.

- Mu­si­my pójść na to ry­zy­ko. Osta­tecz­nie męczeńska śmierć to też nie jest wca­le taki zły sce­na­riusz. Przy­cho­dzi mi na­wet do głowy jed­na sta­ra hi­sto­ria, która wle­cze się do dzi­siaj właśnie przez to męczeńskie tło.

Śmiech.

- Aku­rat mnie nie po­win­naś mówić ta­kich rze­czy. Mógłbym się jesz­cze ob­ra­zić.

- Liczę na two­je po­czu­cie czar­ne­go hu­mo­ru.

- Poza hu­mo­rem nie mam nic czar­ne­go. A za­tem wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem?

- Tak.

- Do­brze. Muszę kończyć. Bóg z tobą.

Ko­bie­ta odłożyła te­le­fon, uśmie­chając się pod no­sem. Ona obej­dzie się bez Boga. Są jed­nak tacy, którzy będą go niedługo bar­dzo po­trze­bo­wać.

1

I'm only hap­py when it ra­ins.

Shir­ley Man­son za­pew­niała pul­sującym w uszach Lu­mik­ki głosem, że słucha tyl­ko smut­nych pio­se­nek i ko­cha wyłącznie złe wieści, a jej je­dyną po­ciechą jest czar­na noc. Z bez­chmur­ne­go nie­ba moc­no przy­pie­kało słońce. Tem­pe­ra­tu­ra do­cho­dziła do dwu­dzie­stu ośmiu stop­ni w cie­niu i po ple­cach Lu­mik­ki lał się pot. Spo­co­ne miała też ra­mio­na i łydki. Gdy­by do­tknęła języ­kiem dłoni, po­czułaby w ustach słony smak. Rze­mie­nie san­dałów cisnęły nie­miłosier­nie. Sto­py rwały się na wol­ność.

Lu­mik­ki przy­siadła na ka­mien­nym mur­ku i zdjęła buty. Pod­kur­czyła nogi i kiwała pal­ca­mi. Japońscy turyści dziw­nie na nią pa­trzy­li. Co, gołych stóp nie wi­dzie­liście, czy co? Dzień do­bry państwu, po­chodzę z kra­iny Mu­minków. One również chodzą boso.

Po­su­cha. Ani kro­pli desz­czu od pięciu dni.

Je­stem szczęśliwa tyl­ko, kie­dy pada. Lu­mik­ki nie mogła zawtórować Shir­ley, bo by skłamała. Była szczęśliwa, choć świe­ciło słońce. I nie tęskniła do kom­pli­ka­cji. Wca­le nie było jej do­brze je­dy­nie wówczas, gdy spra­wy przy­bie­rały zły obrót. Shir­ley, sama się nu­rzaj w tych mrocz­nych kli­ma­tach. Lu­mik­ki wyłączyła mu­zykę. Jej uszy na­tych­miast wypełnił tu­ry­stycz­ny zgiełk.

Włoski, hisz­pański, an­giel­ski z ame­ry­kańskim ak­cen­tem, nie­miec­ki, fran­cu­ski, japoński, ro­syj­ski... Lu­mik­ki nie mogła wyłowić z tej języ­ko­wej ka­ko­fo­nii po­je­dyn­cze­go słowa, tym bar­dziej całego zda­nia. Tak zresztą było le­piej - oszczędzało jej to bier­ne­go uczest­nic­twa w jałowych roz­mo­wach, w których po­wta­rza­no ciągle te same banały. Lu­mik­ki do­brze wie­działa, co mówią w tej chwi­li wszy­scy turyści.

"Co za wi­dok!"

Praw­da. Trud­no za­prze­czyć. Nie­sa­mo­wi­ta pa­no­ra­ma Pra­gi. Czer­wo­ne da­chy, zie­lo­ne drze­wa, wieże kościołów, mo­sty, mie­niąca się słońcem Wełtawa. Wi­dok, który za­pie­rał Lu­mik­ki dech w pier­siach. Była tu od pięciu dni i wciąż nie miała dosyć. Co dzień wcho­dziła na inny punkt wi­do­ko­wy tyl­ko po to, żeby pa­trzeć z góry na mia­sto i na­pa­wać się nie­wytłuma­czal­nym szczęściem.

Ta­kie szczęście bie­rze się z po­czu­cia wol­ności, ode­rwa­nia i sa­mot­ności. Lu­mik­ki przy­je­chała do Pra­gi sama. Nie mu­siała się ni­ko­mu spo­wia­dać. Nikt do niej nie dzwo­nił i nie pytał o rozkład dnia. Nie miała żad­nych obo­wiązków. O nad­chodzącym roku ma­tu­ral­nym i ewen­tu­al­nej pra­cy na resztę wa­ka­cji pomyśli po po­wro­cie do Fin­lan­dii. Tym­cza­sem jest tyl­ko ona, lejący się z nie­ba żar i mia­sto, które głęboko od­dy­cha hi­sto­rią.

Szes­na­sty czerw­ca. Lu­mik­ki ma jesz­cze ty­dzień na zwie­dza­nie Pra­gi, a po­tem wróci do Fin­lan­dii na tra­dy­cyj­ny zjazd ro­dzi­ny ojca w noc świętojańską, or­ga­ni­zo­wa­ny w tym roku na wy­sep­ce nie­da­le­ko Tur­ku. Oj­ciec był prze­ko­na­ny, że Lu­mik­ki przy­je­dzie, więc nie miała ser­ca mu odmówić. Zda­je się, że nie ma żad­nych planów na ju­han­nu­sa? Nie wy­najęła na ten week­end dom­ku z koleżan­ka­mi i ko­le­ga­mi z kla­sy. Czy po­ja­wił się ktoś wyjątko­wy i Lu­mik­ki miała w związku z tym ja­kieś inne pla­ny?

Nie, nic ta­kie­go. Najchętniej jed­nak spędziłaby ju­han­nu­sa sama na stan­cji, wsłuchując się w ciszę. Nie tęskniła za przyśpiew­ka­mi przy wódce, za młody­mi ziem­nia­ka­mi ani za śle­dziem. Nie miała naj­mniej­szej ocho­ty od­gry­wać roli grzecz­nej córuni z do­bre­go li­ceum, bez prze­rwy się uśmie­chać, uczest­ni­czyć w po­gawędkach o ni­czym, udzie­lać wy­mi­jających od­po­wie­dzi na py­ta­nia o przyszłość i o chłopa­ka, od­py­chać zbyt gor­li­wie garnących się do ści­ska­nia przy­szy­wa­nych wujków.

Ro­zu­miała jed­nak, że oj­ciec chciałby ją tam wi­dzieć. Mat­ka również. Lu­mik­ki wyszła ze szpi­ta­la za­le­d­wie trzy mie­siące temu. Zo­stała po­strze­lo­na, na szczęście kula tyl­ko drasnęła udo. Gor­sze były od­mrożenia, których na­ba­wiła się, leżąc nie­przy­tom­nie w śnie­gu. A wszyst­ko przez to, że przy­pad­ko­wo na­depnęła na od­cisk han­dla­rzom nar­ko­tyków, gdy na prośbę koleżanki ze szkoły, Eli­sy, próbowała wyjaśnić powiąza­nia jej ojca i ta­jem­nicę pod­rzu­co­ne­go do ich ogródka pla­sti­ko­we­go wor­ka pełnego za­krwa­wio­nych bank­notów. Spra­wa sko­rum­po­wa­ne­go po­li­cjan­ta z wy­działu antynar­ko­tykowego do­pro­wa­dziła w końcu Lu­mik­ki na eks­klu­zyw­ne przyjęcie człowie­ka zna­ne­go jako Biały Niedźwiedź. Tam do­wie­działa się, że pod tym pseu­do­ni­mem ukry­wają się w isto­cie dwie ko­bie­ty, iden­tycz­ne bliźniacz­ki. Lu­mik­ki mu­siała ucie­kać z przyjęcia, bo roz­po­znał ją Bo­rys Sokołow, człowiek Białego Niedźwie­dzia.

Dzięki jej ze­zna­niom Sokołow i oj­ciec Eli­sy tra­fi­li za krat­ki, jed­nak na Białego Niedźwie­dzia po­li­cja nic nie miała. Wszyst­ko to działo się na początku mar­ca, a gdy było już po wszyst­kim, Lu­mik­ki obie­cała so­bie, że od te­raz nie będzie się już nig­dy mie­szać do cu­dzych spraw. Ści­ga­no ją, strze­la­no do niej i o mały włos nie prze­ro­bio­no na mrożonkę.Dzięki, wy­star­czy. Dosyć krwi. Dosyć nerwów i ucie­ka­nia po ubi­tym śnie­gu w śli­zgających się gla­nach.

Ro­dzi­ce chcie­li na jakiś czas za­trzy­mać Lu­mik­ki w domu, w Rii­himäki. Za­mie­rza­li na­wet roz­wiązać umowę wy­naj­mu jej ka­wa­ler­ki, ale nie zgo­dziła się na to. Wiosną roz­no­siła ga­ze­ty, aby częścio­wo po­kryć czynsz z własnej kie­sze­ni, czym prze­ko­nała ro­dziców do za­trzy­mania stan­cji "na wszel­ki wy­pa­dek". Jed­nak w pierw­szych ty­go­dniach po wyjściu ze szpi­ta­la mogła je­dy­nie zaglądać tam od cza­su do cza­su - o sa­mo­dziel­nym miesz­ka­niu w Tam­pe­re nie było mowy. Przy­stała na to i dojeżdżała do szkoły pociągiem. Później jed­nak zaczęła zo­sta­wać w ka­wa­ler­ce na Tam­me­li na noc i stop­nio­wo prze­wo­ziła tam z po­wro­tem swo­je rze­czy, aż w maju oświad­czyła ro­dzicom, że od tej pory będzie przy­jeżdżać do Rii­himäki je­dy­nie w od­wie­dzi­ny. Ko­niec te­ma­tu. Ro­dzi­ce nie mie­li nic do po­wie­dze­nia. Nie mo­gli prze­cież za­trzy­mać w domu pełno­let­niej córki. Lu­mik­ki opłacała czynsz ze swo­ich oszczędności i nie­wiel­kie­go sty­pen­dium. W wa­ka­cje po­sta­no­wiła się gdzieś wy­rwać. Za­re­zer­wo­wała so­bie tani lot do Pra­gi, zna­lazła przez in­ter­net nie­dro­gie schro­ni­sko młodzieżowe, spa­ko­wała do ple­ca­ka je­dy­nie naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i po­je­chała.

Le­d­wie sa­mo­lot wy­star­to­wał, Lu­mik­ki po­czuła wielką ulgę. Cho­ciaż na chwilę wy­rwie się z Fin­lan­dii. Uwol­ni od męczącej na­do­pie­kuńczości ro­dziców. Od nagłych skoków tętna na wi­dok każdego mężczy­zny w ciem­nym ubra­niu. Lu­mik­ki zma­gała się ze stra­chem przez całe życie. Nie cier­piała się bać. Gdy wy­sia­dała z sa­mo­lotu na lot­ni­sku w Pra­dze, czuła, że ciężkie jarz­mo lęku już nie­co zelżało. Że się wy­pro­sto­wała i pew­niej sta­wia kro­ki.

Dla­te­go była szczęśliwa. Dla­te­go obróciła te­raz twarz do słońca, za­mknęła oczy i z uśmie­chem de­lek­to­wała się za­pa­cha­mi środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie­go mia­sta. Wyciągnęła z ple­ca­ka wi­dokówkę z mo­stem Ka­ro­la w noc­nej ilu­mi­na­cji. Po­sta­no­wiła na­pi­sać kil­ka słów do Eli­sy - a w za­sa­dzie do Jen­ny, bo po wy­da­rze­niach z mar­ca obie z matką zmie­niły dla bez­pie­czeństwa imio­na i na­zwi­sko. W świe­cie nar­ko­biz­ne­su grało się o bar­dzo wy­so­kie staw­ki i ry­zy­ko było ogrom­ne. Jed­nak Lu­mik­ki w myślach wciąż na­zy­wała koleżankę jej daw­nym imie­niem.

Eli­sa z matką prze­niosły się do Oulu, gdzie Jen­na cho­dziła do szkoły fry­zjer­skiej. Od cza­su do cza­su pisała, co u niej słychać. Zde­cy­do­wała się wresz­cie od­wie­dzić ojca w więzie­niu i po­dob­no nie było wca­le tak źle, jak się oba­wiała. Czuła, że musi zo­ba­czyć tatę i z nim po­roz­ma­wiać. W li­stach robiła na Lu­mik­ki wrażenie za­ska­kująco spo­koj­nej i bar­dziej doj­rzałej niż po­przed­nio. Po wy­da­rze­niach mar­co­wych Eli­sa mu­siała szyb­ko wy­do­rośleć i na­uczyć się od­po­wie­dzial­ności. Prze­stała być królową im­prez i córeczką ta­tu­sia, a naj­dziw­niej­sze w tym wszyst­kim było to, że nowa tożsamość pa­so­wała jej znacz­nie le­piej niż po­przed­nia. Lu­mik­ki była pew­na po­dzi­wu, że Eli­sa tak do­brze się od­na­lazła w zupełnie no­wej dla sie­bie rze­czy­wi­stości.

W za­sa­dzie to ona sfi­nan­so­wała wy­cieczkę Lu­mik­ki do Pra­gi, wysyłając jej tysiąc euro z tych trzy­dzie­stu tysięcy, które zna­lazła w wor­ku na swo­jej działce. Lu­mik­ki po­wie­działa ro­dzi­com, że opłaciła wy­jazd z własnych oszczędności. Rze­czy­wiście je miała, ale dzięki Eli­sie nie mu­siała z nich ko­rzy­stać. Wolała jak naj­szyb­ciej wydać pie­niądze, na których była ludz­ka krew. Choć leżały bez­piecz­nie pod dru­gim dnem szu­fla­dy, nie dawały Lu­mik­ki spo­ko­ju.

Coś przesłoniło słońce. Na za­pach mia­sta nałożył się na­gle moc­ny aro­mat ka­dzi­dełka z nutą ko­nop­ne­go mydła. Lu­mik­ki otwo­rzyła oczy. Obok niej stała około dwu­dzie­sto­let­nia dziew­czy­na w białych lnia­nych spodniach i luźnej blu­zie z długi­mi ręka­wa­mi z tej sa­mej tka­ni­ny. Kasz­ta­no­we włosy związane w dwa war­ko­cze miała upięte na czub­ku głowy. Jej sza­re oczy spoglądały na Lu­mik­ki nie­pew­nie. Dziew­czy­na ner­wo­wo międliła pal­ca­mi pa­sek po­ciem­niałej ze sta­rości skórza­nej to­reb­ki.

Lu­mik­ki po­czuła lek­kie roz­drażnie­nie.

Tak, to ta sama dziew­czy­na, którą do­strze­gała w tłumie tu­rystów już od dwóch dni i która przyglądała się jej uważnie, sądząc za­pew­ne, że Lu­mik­ki tego nie wi­dzi. Ona jed­nak zwróciła na to uwagę, bo dziw­nym zbie­giem oko­licz­ności dziew­czy­na zja­wiała się w tych sa­mych punk­tach wi­do­ko­wych wte­dy, kie­dy ona. Wyglądała na może dwa lata starszą od Lu­mik­ki i chy­ba także zwie­dzała mia­sto w po­je­dynkę. Znu­dzo­na sa­mot­nym podróżowa­niem hip­ster­ka, która szu­ka chętnych na pójście do par­ku, żeby na kocu przy ta­nim, ciepłym wi­nie roz­pra­wiać o głębo­kiej współzależności wszyst­kie­go we wszechświe­cie.

Można i tak, ale Lu­mik­ki przy­je­chała do Pra­gi aku­rat po to, żeby pobyć sama. Nie miała ocho­ty na za­wie­ra­nie no­wych zna­jo­mości.

Dziew­czy­na otwo­rzyła usta, Lu­mik­ki zaczęła więc szyb­ko układać w myślach zwięzły i uprzej­my, ale chłodny ko­mu­ni­kat, żeby ją spławić. Chłód działa za­wsze, bez pudła.

Gdy jed­nak z ust hip­ster­ki padło kil­ka szwedz­kich słów, Lu­mik­ki do­stała gęsiej skórki i po­czuła na ple­cach zim­ny pot, choć z nie­ba lał się żar.

- Chy­ba je­stem twoją siostrą.

Je­stem twoją krwią. Je­stem two­im ciałem. Je­steś moją krwią. Je­steś moim ciałem.

Sta­no­wi­my jedną ro­dzinę. Je­steśmy mat­ka­mi i oj­ca­mi, ro­dzi­ca­mi i dziećmi, sio­stra­mi i braćmi, ciot­ka­mi i wu­ja­mi, stry­ja­mi i krew­ny­mi. Płynie w nas ta sama krew i ta sama wia­ra, moc­niej­sza niż skała i głębsza niż oce­an. Bóg wy­brał nas na członków tej sa­mej ro­dziny, tej sa­mej świętej społecz­ności.

Chwyćmy się za ręce. Sio­stry i bra­cia, nasz czas niedługo nastąpi. Je­zus nas we­zwie, a my bez wa­ha­nia przyj­mie­my Jego we­zwa­nie. Nie będzie­my się bać, gdyż na­sza wia­ra jest sil­na.

Na­sza wia­ra jest biała jak śnieg. Jest czy­sta i ja­sna. Nie ma w niej miej­sca na zwątpie­nie. Na­sza wia­ra jest światłem, które swą ja­snością oślepi grzesz­ników. Spa­li ich swym żarem.

Je­steśmy ro­dziną, która będzie za­wsze trzy­mać się ra­zem. Je­steśmy Świętą Białą Ro­dziną i wkrótce Bóg nas wy­na­gro­dzi za naszą cier­pli­wość.

2

Dziew­czy­na błądziła spoj­rze­niem po ka­wiar­nia­nych sto­li­kach, ta­ra­so­wych pa­ra­so­lach i twa­rzach tu­rystów. Szczupłymi, białymi pal­ca­mi nie­spo­koj­nie gładziła szklankę wody z lo­dem, po­zo­sta­wiając smu­gi na oszro­nio­nej po­wierzch­ni. Upiła za­le­d­wie mały łyk. Lu­mik­ki w tym cza­sie zdążyła opróżnić już dwie pełne szklan­ki, które były do­dat­kiem do jej espres­so.

Wy­brały tę strasz­nie drogą ka­wia­renkę dla tu­rystów na zam­ko­wym dzie­dzińcu, bo w po­bliżu nie było in­ne­go przy­ja­zne­go miej­sca. Lu­mik­ki miała mętlik w głowie. Nie wie­działa, jak ubrać w słowa dzie­siątki kotłujących się w niej pytań.

- Po­win­nam chy­ba spróbować jakoś to wytłuma­czyć - dziew­czy­na nie­pew­nie ode­zwała się po szwedz­ku.

Właśnie tak, raz po­proszę.

Lu­mik­ki nie po­wie­działa jed­nak tego na głos, niech dziew­czy­na sama się wy­po­wie. Nie za­da­waj po­moc­ni­czych pytań - upo­mniała się w myślach.

- Ja... Czy mogę mówić po an­giel­sku? Mój szwedz­ki jest trochę... kiep­ski.

Lu­mik­ki skinęła głową. Dziew­czy­na mówiła z sil­nym cze­skim ak­cen­tem, szwedz­ki nie był jej języ­kiem oj­czy­stym. Na pew­no jed­nak nie bez po­wo­du zde­cy­do­wała się za­cze­pić Lu­mik­ki aku­rat w tym języku.

- Je­stem Len­ka - przed­sta­wiła się po an­giel­sku. - Mam dwa­dzieścia lat.

Lu­mik­ki spoj­rzała na pal­ce dziew­czy­ny, wciąż ner­wo­wo obej­mujące szklankę. Na pra­wym ser­decz­nym do­strzegła le­d­wo wi­doczną pręgę. Jak­by po obrączce albo pierścion­ku. Len­ka po­wie­działa jej, że miesz­ka w Pra­dze od uro­dze­nia. Dzie­ciństwo i okres do­ra­sta­nia spędziła z matką, która zmarła, gdy dziew­czy­na miała piętnaście lat. Mat­ka zginęła w wy­pad­ku. Uto­piła się nocą w rze­ce.

Głos Len­ki zmie­nił się i ucichł. Dziew­czy­na pa­trzyła chwilę na ka­tedrę po­nad głowa­mi tu­rystów, po czym dokończyła:

- A po­tem... ktoś się mną za­opie­ko­wał. Mam te­raz nową ro­dzinę.

- Masz męża? - spy­tała Lu­mik­ki.

Len­ka pokręciła gwałtow­nie głową.

- Nie, nie, nic z tych rze­czy. Wzięli mnie do sie­bie do­brzy lu­dzie. Wie­rzysz w do­bro?

Dziew­czy­na zadała py­ta­nie tak nie­ocze­ki­wa­nie i z taką po­wagą, że Lu­mik­ki mu­siała upić łyk kawy, za­nim mogła od­po­wie­dzieć.

- Są do­bre postępki. I do­bre in­ten­cje. - Len­ka spoj­rzała jej pro­sto w oczy. Lu­mik­ki nie po­tra­fiła zin­ter­pre­to­wać tego wy­ra­zu twa­rzy. Zamyśle­nie czy złość? Wolałaby, żeby dziew­czy­na zaczęła po­wo­li prze­cho­dzić do rze­czy, ale nie chciała jej popędzać.

Jak­by czy­tając w jej myślach, Len­ka rzekła:

- Kie­dy byłam bar­dzo mała, mama nie chciała mi opo­wie­dzieć o ojcu, cho­ciaż py­ta­nia­mi do­pro­wa­dzałam ją pew­nie do szału. Po­wta­rzała mi w kółko, że nie mam taty. Wie­działam, że to kłam­stwo. Każdy ma ojca. W dniu mo­ich dzie­siątych uro­dzin po­sa­dziła mnie na krześle i sama opo­wie­działa mi o nim. Do­wie­działam się wte­dy, że w wa­ka­cje przed moim uro­dze­niem mama po­znała pew­ne­go tu­rystę. Mężczy­zna był Fi­nem i mówił po szwedz­ku. Na­zy­wał się Pe­ter An­ders­son.

Lu­mik­ki znów po­czuła na ple­cach zim­ny dreszcz, choć w ka­wiar­ni było gorąco jak w pie­kar­ni­ku. Bez­wied­nie zaczęła szu­kać cech ojca w fi­zjo­no­mii Len­ki. Czy jej pro­sty, wąski nos nie przy­po­mi­na trochę jego nosa? Ciem­ne brwi? Za­rys podbródka? Przez chwilę miała wrażenie, że za­miast twa­rzy Len­ki wi­dzi twarz ojca, ale ilu­zja szyb­ko prysnęła.

- Po­dob­no ro­mans był namiętny, ale krótki. Mężczy­zna miał żonę w kra­ju, ciąża była oczy­wistą wpadką. Jed­nak gdy mat­ka zo­rien­to­wała się, że będzie miała dziec­ko, po­sta­no­wiła je uro­dzić. Nie zde­cy­do­wała jed­nak, aby o swo­jej de­cy­zji po­in­for­mo­wać bio­lo­gicz­ne­go ojca. Fi­no­wi, czy­li mo­je­mu ojcu, po­sta­no­wiła o tym nie mówić. Pierw­sze moje zdjęcie posłała mu, gdy miałam już dwa lat­ka. - Len­ka prze­rwała na chwilę, by łap­czy­wie napić się kil­ka łyków wody. Lu­mik­ki miała wrażenie, że krzesło, na którym sie­dzi, za­czy­na się za­pa­dać. Słyszała słowa dziew­czy­ny, ale ni­jak nie mogła ufor­mo­wać z nich treści. Oj­ciec miał drugą córkę. Tu­taj. A ona starszą siostrę. - Oj­ciec chciał się ze mną spo­tkać, ale mat­ka się nie zgo­dziła. Przez lata przy­syłał li­sty, kart­ki, zdjęcia, drob­ne pre­zen­ty, pie­niądze. Mat­ka nie od­pi­sy­wała, więc od­zy­wał się co­raz rza­dziej, aż w końcu w ogóle prze­stał pisać. Ale wte­dy mat­ka opo­wie­działa mi tyl­ko o ojcu, a nie o jego li­stach. Te zna­lazłam sama, kie­dy miałam dwa­naście lat. Mat­ka trzy­mała je w sza­fie, w pu­dle z pościelą. Zdążyłam przeglądnąć tyl­ko kil­ka z nich i obej­rzeć parę pre­zentów, nim mat­ka weszła do po­ko­ju. Wściekła się na mnie, że bez py­ta­nia grze­bię w jej rze­czach. Wy­rwała mi pudło z rąk i wy­sy­pała całą za­war­tość do pie­cy­ka. Płakałam cały wieczór. - Len­ka mówiła bez­barw­nym, ci­chym głosem, ale drżące dłonie zdra­dzały, że tych kil­ka zdań spo­ro ją kosz­to­wało. Za­milkła na dłuższą chwilę, wyraźnie nie wiedząc, co po tym wszyst­kim mogłaby jesz­cze po­wie­dzieć.

Obok nich sie­działa hałaśliwa grup­ka włoskich li­ce­alistów, którzy pili colę i ro­bi­li za­wo­dy, kto najgłośniej bek­nie. Para Ame­ry­kanów otwar­cie na­rze­kała na trud­ności z prze­li­cze­niem cen na do­la­ry i usta­le­niem, co opłaca się kupić. Lu­mik­ki re­je­stro­wała to wszyst­ko, ale odgłosy zda­wały się do­bie­gać z od­da­li, jak­by z in­ne­go wy­mia­ru. Opo­wieść Len­ki jak za­cza­ro­wa­ny puz­zel wypełniła na­gle białą plamę w życio­ry­sie Lu­mik­ki. Od za­wsze bo­wiem czuła, że ro­dzi­ce coś przed nią ukry­wają. Cho­dziło o jakąś grubą sprawę, o której w ich domu się nie roz­ma­wiało, choć cza­sem po­wie­trze w miesz­ka­niu gęstniało tak, że le­d­wie dawało się od­dy­chać. Drażliwość ojca. Smut­ne, zapłaka­ne oczy mat­ki. Roz­mo­wy, które się ury­wały, kie­dy Lu­mik­ki wcho­dziła do po­ko­ju.

Mimo to Lu­mik­ki nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, aby jej oj­ciec mógł zro­bić coś ta­kie­go. Pe­ter An­ders­son był mężczyzną nad­zwy­czaj powściągli­wym, za­wsze po­praw­nym i opa­no­wa­nym. Wie­lu lu­dzi ma dwa ob­li­cza: ofi­cjal­ne i do­mo­we, które różnią się od sie­bie tym, że to dru­gie nie boi się oka­zy­wać smut­ku, zmęcze­nia i złości, ser­decz­ności i eu­fo­rii. Lu­mik­ki za­wsze wy­da­wało się, że oj­ciec ma wyłącznie jed­no, ofi­cjal­ne ob­li­cze. Wszędzie za­cho­wy­wał się tak samo. Jak za­ku­ty w twar­dy pan­cerz.

Czy mógłby mieć przed laty namiętny ro­mans? Czy był w ogóle zdol­ny do od­czu­wa­nia namiętności? Nig­dy słowem nie wspo­mniał, że był w Pra­dze. To dziw­ne. Z pew­nością chciałby pod­po­wie­dzieć córce, gdzie war­to pójść i co ko­niecz­nie po­win­na tam zo­ba­czyć. Len­ka opo­wia­dała jej o Pe­te­rze An­ders­so­nie, którego Lu­mik­ki nie znała. Na ra­zie jed­nak nic jej jesz­cze nie od­po­wie­działa. Bar­dzo możliwe, że oj­ciec miał ce­chy cha­rak­te­ru, z których jego córka w ogóle nie zda­wała so­bie spra­wy. Czy kie­dy­kol­wiek możemy po­wie­dzieć, że do­brze po­zna­liśmy dru­gie­go człowie­ka? Na­wet osobę nam naj­bliższą?

- Kie­dy mama zginęła, bałam się, że już nig­dy nie do­wiem się ni­cze­go o swo­im ojcu. W końcu wie­działam tyl­ko tyle, że to jakiś Pe­ter An­ders­son, który miesz­ka w Fin­lan­dii i mówi po szwedz­ku. Na­zwi­sko jest tak po­wszech­ne, że w su­mie nie­wie­le mogło pomóc. Aż na­gle zo­ba­czyłam cie­bie.

- Ale skąd wie­działaś? - Lu­mik­ki nie mogła po­wstrzy­mać py­ta­nia. - Prze­cież nig­dy wcześniej się nie spo­tkałyśmy.

Po raz pierw­szy w kąci­kach ust Len­ki po­ja­wił się nikły uśmiech.

- Za­nim mama spa­liła wszyst­kie li­sty i po­da­run­ki od ojca, zdążyłam zo­ba­czyć two­je zdjęcie. Miałaś na nim osiem lat. Na od­wro­cie było na­pi­sa­ne po szwedz­ku: "Two­ja sio­strzycz­ka Lu­mik­ki". Tak mi to zdjęcie za­padło w pamięć, z naj­drob­niej­szy­mi szczegółami, że gdy tyl­ko cię zo­ba­czyłam, od razu wie­działam, że to ty. Wyglądałaś dokład­nie tak, jak na tam­tej fo­to­gra­fii. Chciałam się jed­nak upew­nić, więc dwu­krot­nie poszłam za tobą, żeby ci się przyj­rzeć. Mam na­dzieję, że nie je­steś zła?

Lu­mik­ki pokręciła głową. Chciała tym ru­chem cze­muś za­prze­czyć, ale sama nie była pew­na, cze­mu właści­wie.

Wie­działa na­to­miast, że od tej pory nic już nie będzie jak daw­niej.