Rozdział 1
1
Najtrudniej zrobić pierwszy krok. Pierwsze
słowa otwierają nową przestrzeń. Niczym pierwsze spojrzenie ukochanej
dziewczyny: całe życie staje się zależne od jej ulotnego uśmiechu.
Wahałem się, czy przystąpić do pisania. Chodziłem sporo po lesie
nieopodal mojego domu w Kanadzie, i wciąż nie wiem, dokąd zmierzam.
Od kilku lat moje badania skupiają się na białych dziurach,
nieuchwytnych młodszych siostrach czarnych dziur. Oto moja książka im
poświęcona. Najpierw postaram się w niej wyjaśnić, czym są czarne
dziury, które widzimy na niebie w ogromnej liczbie. Co dzieje się na
krawędzi tych dziwnych gwiazd, na horyzoncie, gdzie czas zdaje się
spowalniać aż do całkowitego zatrzymania, a przestrzeń wydaje się
rozrywać. Następnie przejdziemy do bardziej wewnętrznych rejonów, gdzie
czas i przestrzeń ulegają rozproszeniu. Gdzie dochodzi do czegoś w rodzaju skoku wstecz w czasie. Gdzie rodzą się białe dziury.
to opowieść o przygodzie, która wciąż trwa. jak to zwykle bywa na
początku wyprawy, nie wiem dokładnie, co mnie spotka. tuż po tym
pierwszym uśmiechu nie mogę przecież zapytać dziewczyny, gdzie razem
zamieszkamy... w moim umyśle rysuje się plan lotu: docieramy do krawędzi
horyzontu. przedostajemy się do środka. schodzimy na samo dno.
przechodzimy na drugą stronę -?niczym alicja przedostająca się do krainy
czarów -?i wyłaniamy się w białej dziurze. zastanawiamy się, co się
dzieje, kiedy czas się cofa... w końcu wydostajemy się na zewnątrz, żeby
zobaczyć gwiazdy, nasze gwiazdy, po czasie, który trwał raptem kilka
chwil, a zarazem miliony lat. lub tyle, ile lektura tej krótkiej
książki.
czy jesteście gotowi?
Marsylia. Przy tablicy w moim gabinecie stoi Hal. Siedzę za biurkiem na
dużym krześle pochylony do przodu i oparty łokciami o blat. Mierzę Hala
wzrokiem. Przez okno wpada mieniące się śródziemnomorskie światło. Tak
rozpoczyna się moja przygoda z białymi dziurami.
Hal jest Amerykaninem, w jego żyłach płynie chyba trochę czirokeskiej
krwi. Może właśnie ta krew przydaje mu łagodności, którą poskramia
błyskotliwość swoich pomysłów. Dziś Hal jest wykładowcą uniwersyteckim,
ale wtedy był studentem. Uprzejmy, skrupulatny, obdarzony spokojnym
usposobieniem nad wyraz dojrzałego młodego mężczyzny. Próbuje mi
powiedzieć coś, czego nie rozumiem. Chodzi o to, co może się wydarzyć z czarną dziurą, kiedy dokona już swojego długiego żywota.
Pamiętam jego słowa: "Równania Einsteina się nie zmienią, jeśli
odwrócimy czas. Żeby dokonać skoku wstecz, trzeba odwrócić czas i przekleić rozwiązanie". Czuję się zdezorientowany.
Po chwili dociera do mnie, co Hal ma na myśli. Wow! (Jestem Włochem, nie
potrafię zachować spokoju jak rdzenny Amerykanin). Podchodzę do tablicy
i zaczynam rysować. Serce wali mi jak młotem.
-?Tak, mniej więcej o to chodzi -?potwierdza Hal.
-?To czarna dziura, która przemienia się w białą na mocy efektu
tunelowego, lecz to, co na zewnątrz, może pozostać takie samo... -?mówię.
-?Hmm... nie wiem... jak sądzisz, czy to tak działa? -?zastanawia się
jeszcze przez chwilę.
Zadziałało. Przynajmniej w teorii. Od tamtej rozmowy, przeprowadzonej
pewnego słonecznego dnia w mieniącym się marsylskim świetle, minęło
dziewięć lat. Przez ten czas wciąż pracowałem nad hipotezą, według
której czarne dziury mogą się przemieniać w białe. Wraz ze mną pracowali
studenci i koledzy, a w miarę upływu lat to grono stawało się coraz
liczniejsze. To moim zdaniem cudowna myśl. Myśl, o której chcę
opowiedzieć.
Nie wiem, czy jest słuszna. Nie wiem nawet, czy białe dziury istnieją
naprawdę, w rzeczywistości. O czarnych dziurach wiemy bardzo dużo -
widzimy je -?a białych dziur jak dotąd nikt nie widział.
Kiedy byłem na studiach doktoranckich w Padwie, fizykę teoretyczną
wykładał tam Mario Tonin. Twierdził on, że według niego dobry Bóg
czytuje "Physical Review D", słynne czasopismo fizyczne, a gdy natrafi
na jakiś pomysł, który mu się spodoba, to ciach! -?wprowadza go w życie,
przeorganizowując powszechne prawa.
Jeśli tak rzeczywiście jest, to byłoby wspaniale, dobry Boże, gdybyś
zechciał sprawić, żeby czarne dziury przemieniały się w białe...
czytam znów poprzednie linijki. opowieść o moim pierwszym spotkaniu z białymi dziurami. chcę wyjaśnić wszystko po kolei. o czym rozmawialiśmy
z halem. co o tym czymś wiemy, a czego nie wiemy. jaki problem
staraliśmy się rozwikłać. na czym polega pomysł hala i co z niego
wynika. co oznacza odwrócenie czasu (to nic skomplikowanego) i co
znaczy, że czas ma jakiś kierunek (to już trudniejsze).
jeśli wciąż ze mną jesteście, to dochodzimy do krawędzi horyzontu
czarnej dziury, przedostajemy się do środka, docieramy do samego końca,
gdzie przestrzeń i czas się rozpraszają, podążamy dalej, wyłaniamy się w białej dziurze, gdzie czas jest odwrócony, i stąd wychodzimy w przyszłość.
wyruszamy w stronę białych dziur.
Rozdział 2
2
A raczej wyruszamy w stronę czarnych dziur,
bo żeby zrozumieć, czym są białe dziury, trzeba mieć pojęcie o tych
czarnych. Czym jest czarna dziura?
Jako pierwszy pomylił się Einstein. W 1915 roku, będąc na skraju
szaleństwa i rozpaczy, opublikował końcowe równania swojej
najważniejszej teorii, ogólnej teorii względności, którą dziś wykłada
się na wszystkich uniwersytetach świata.
Minęło raptem kilka tygodni i Einstein otrzymał list od młodszego
kolegi, Karla Schwarzschilda, podówczas porucznika wojsk niemieckich,
który zmarł w kilka miesięcy później, wycieńczony trudami walk na
froncie wschodnim.
List kończył się takimi oto pięknymi słowami: "Jak Pan widzi, mimo że
ogień walk nie ustaje, dotychczas wojna obeszła się ze mną na tyle
łaskawie, by pozwolić mi oddalić się od tego wszystkiego i odbyć spacer
po krainie Pańskich myśli". Spacer po krainie myśli.
Spacer Schwarzschilda po krainie myśli Einsteina, odbywany podczas
przerw w walkach na froncie wschodnim, pośród trupów niemieckich i rosyjskich chłopców zamordowanych z ludzkiej głupoty, która pleniła się
wówczas podobnie jak pleni się dziś -?czy istnieje coś głupszego niż
umieranie za linię graniczną? -?przyniósł dokładnie taki sam wynik jak
dopiero ogłoszone przez Einsteina równania.
Te równania (jedyne wzory zamieszczone w mojej książeczce zatytułowanej
Siedem krótkich lekcji fizyki) drogo Einsteina kosztowały: pozostał po
nich ślad w cyklu artykułów, z których każdy zawiera inną wersję równań,
a wszystkie są błędne. Nie można zostać Einsteinem, jeśli nie ma się
odwagi, by publikować rzeczy błędne.
W 1915 roku równania wreszcie zyskały właściwą postać. W kolejnych
dziesięcioleciach skłonią one fizyków do zrewidowania poglądów
dotyczących natury czasu i przestrzeni i pozwolą im zrozumieć, że
zegarki chodzą szybciej w górach niż na nizinie, że wszechświat się
rozszerza, istnieją fale przestrzenne itd. To równania, których używamy
dziś do studiowania kosmosu, być może najwspanialsze w całej fizyce.
Na stronach tej książki będzie nas łączyć ścisły, aczkolwiek
skomplikowany związek z tymi równaniami: będą naszym przewodnikiem, jak
Wergiliusz dla Dantego, bo najlepiej ujmują to, co zdołaliśmy pojąć w kwestii przestrzeni, czasu i grawitacji. Są narzędziem, które służy nam
do rozumienia. Mówią nam, czego możemy się spodziewać na krawędzi
czarnej dziury i w jej wnętrzu. Wyjaśniają, czym są białe dziury.
Wskazują nam drogę biegnącą wśród dziwnych krajobrazów. Lecz cały sens
mojej opowieści sprowadza się do tego, by zobaczyć, co dzieje się tam,
gdzie równania przestają działać. Gdzie należy je porzucić. Na tym
właśnie polega nauka.
W pół drogi będziemy musieli porzucić dodającego otuchy przewodnika w postaci tych równań i zachwycić się czymś jeszcze cudowniejszym. W gruncie rzeczy tak samo czyni Dante w połowie swojej wędrówki -?również
on rozstaje się z Wergiliuszem i pozwala się pochwycić błogości.
Wróćmy do Schwarzschilda. Rozwiązanie, które podaje on w liście do
Einsteina, można dziś znaleźć we wszystkich podręcznikach
uniwersyteckich. Opisuje ono, co się dzieje z przestrzenią lub z czasem
w pobliżu określonej masy; na przykład w pobliżu Ziemi lub Słońca. Pod
wpływem grawitacji dochodzi do zakrzywienia czasu i przestrzeni (wkrótce
spróbuję wytłumaczyć, co to znaczy). To właśnie zakrzywienie czasu i przestrzeni sprawia, że ciała spadają na ziemię, a planety krążą wokół
Słońca: to istota siły grawitacji.
Schwarzschild badał ruch ciał w otoczeniu ciężkich obiektów, takich jak
Ziemia lub Słońce. Zająwszy się tą samą kwestią trzy stulecia wcześniej,
Newton przetarł szlaki nowoczesnej nauki. Einstein i Schwarzschild
poprawili Newtona: udoskonalili jego przewidywania dotyczące ruchu
rzeczy wokół danej masy.
Jednakże rozwiązanie zaproponowane przez Schwarzschilda, prócz
niewielkiej korekty w kwestii ruchu planet, przewiduje także coś
całkowicie nowego, a zarazem bardzo dziwnego. Jeśli masa jest skrajnie
skoncentrowana, to wokół niej formuje się powłoka, sferyczna
powierzchnia, na której wszystko staje się osobliwe: dochodzi do tego,
że zegary -?które spowalniają zawsze w pobliżu pewnej masy -?tutaj się
zatrzymują. Czas zastyga. Przestaje płynąć. Przestrzeń zaś rozciąga się
w kierunku masy, rozszerzając się jakby w długim leju, a rozciąganie to
prowadzi do rozerwania przestrzeni -?pobliskie punkty stają się
nieskończenie odległe.
Czas, który staje, przestrzeń, która się rozrywa... Wszystko to wydaje się
pozbawione ładu i składu. Einstein, idąc za głosem rozsądku, uznał, że
nie ma to sensu. Stwierdził, że ta absurdalna powierzchnia w rzeczywistości nie istnieje.
Proste obliczenia wskazują, że aby owa powierzchnia mogła zaistnieć,
należałoby ścisnąć masę w niedorzeczny sposób. Żeby taka powierzchnia
wykształciła się chociażby wokół Ziemi, należałoby zgnieść Ziemię do
rozmiarów piłeczki pingpongowej! Absurd. Wszystko to -?twierdził
Einstein -?jest pozbawione sensu: nie można skoncentrować jakiejkolwiek
masy tak, żeby wykształciła się ta przedziwna powłoka.
Mylił się. Niedostatecznie ufał własnym równaniom. Nie miał odwagi
uwierzyć w dziwaczne implikacje własnej teorii. Tak skoncentrowane masy
istnieją, dziś już o tym wiemy. Są ich całe miliardy na niebie. To
czarne dziury.
Astronomowie wyodrębnili duże czarne dziury, o wielkości kilku
kilometrów, oraz gigantyczne, o szerokości całego Układu Słonecznego.
Możliwe, że istnieją też małe (jak piłeczka pingpongowa) oraz maleńkie
(o wadze włosa), lecz małych czarnych dziur dotychczas nie udało nam się
dostrzec. Jak na razie.
Większość czarnych dziur wskazanych na niebie zrodziła się z gwiazd,
które zgasły. To duże gwiazdy, tak ciężkie, że mogłyby się zapaść pod
własnym ciężarem, gdyby nie to, że się palą. Gwiazdy spalają wodór,
będący ich budulcem, a w wyniku tego spalania tworzy się hel. Ciepło
pochodzące ze spalania wytwarza ciśnienie, które równoważy ciężar
gwiazdy i uniemożliwia jej zapadnięcie się pod własnym ciężarem. W ten
sposób gwiazda wiedzie swój żywot przez miliardy lat.
Nic jednak nie trwa wiecznie. W końcu wodór się zużywa, powstaje hel i inne produkty uboczne, które się nie palą -?gwiazda jest odtąd niczym
samochód bez paliwa. Temperatura spada, ciężar zaczyna brać górę.
Gwiazda ulega kolapsowi pod wpływem grawitacji. W dużej gwieździe siła
grawitacji jest tak ogromna, że nawet najtwardsza skała nie oprze się
jej działaniu. Już nic nie przeszkodzi gwieździe w zapadaniu się w samej
sobie. Tak oto gwiazda zapada się aż po swój horyzont. Tworzy się czarna
dziura.
W 1928 roku, zanim stało się to jasne, przedsiębiorstwo
telekomunikacyjne Bella zatrudniło dwudziestotrzyletniego fizyka Karla
Jansky'ego, aby badał szumy zakłócające komunikację radiową. Jansky
skonstruował prymitywną antenę o długości trzydziestu metrów: była to
dziwaczna konstrukcja z metalowych prętów na kołach, która mogła obracać
się w każdą stronę. Koledzy nazywali ją Jansky's merry-go-round,
karuzelą Jansky'ego. Oto ona:
Za pomocą tej anteny Jansky rejestrował wszelkie napotkane sygnały
radiowe: przelotne burze, odgłosy z anten itd. Jego uwagę zwrócił między
innymi ciekawy regularny sygnał, swego rodzaju gwizd, wychwytywany przy
każdym okrążeniu karuzeli:
Siostra Jansky'ego twierdziła, że ojciec wciąż im powtarzał: "Badajcie
wszystko!". Jansky badał ten gwizd przez ponad rok. Dźwięk nasilał się i słabł co dwadzieścia cztery godziny, fizyk pomyślał więc, że pochodzi ze
Słońca, jako że Słońce góruje na niebie co dwadzieścia cztery godziny.
Diabeł tkwi jednak w szczegółach: dokładniejsze analizy gwizdu wykazały,
że okres ten nie trwa równo dwudziestu czterech godzin, tylko nieco
mniej -?dwadzieścia trzy godziny i pięćdziesiąt sześć minut.
Najsilniejszy sygnał nie pojawiał się więc precyzyjnie o tej samej
porze. Jakby jego obecność wyznaczał zegar, który trochę się spóźnia.
Dziwne. To nie mogło być Słońce...
Wreszcie zaprzyjaźniony astronom zwrócił Jansky'emy uwagę, że
dwadzieścia trzy godziny i pięćdziesiąt sześć minut to doba gwiazdowa
(okres obrotu Ziemi wokół własnej osi względem gwiazd zajmuje nieco
mniej czasu niż względem Słońca). Czyli tajemniczy sygnał radiowy musiał
pochodzić z gwiazd! Kierunek łatwo było wskazać -?była to strona, w którą wymierzona była antena, kiedy odbierano najsilniejszy sygnał.
Wystarczyło sięgnąć do atlasu nieba: sygnał pochodził z centrum naszej
Galaktyki...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki