Prolog
Czekał na tę chwilę od dawna. Chociaż czas stępił ból i stłumił
nienawiść.
Kobieta, która nawiedzała go w snach, już prawie z nich zniknęła.
Przestała go dręczyć. Zdarzały się dni, kiedy w ogóle o niej nie myślał.
Czasami łapał się na tym, że mógłby nawet jej nie poznać.
Aż do tamtego grudniowego poranka, gdy nagle przed nim stanęła. Nie mógł
uwierzyć, że to nie urojenie. Jakby bóg zemsty wysłuchał modlitwy,
powtarzanej najpierw po kilka razy dziennie, z tym samym żarem, a potem
coraz rzadziej i ostatnio już tylko od czasu do czasu, siłą
przyzwyczajenia.
Stała tak blisko, że czuł intensywny zapach jej perfum, wymieszany z wypełniającą niewielkie apteczne pomieszczenie wonią waleriany i mięty.
Kupowała lek na bezsenność. Czyżby przeszłość dopadła ją po latach?
Odebrała spokój duszy? Obudziła sumienie?
Nie od razu ją poznał. Nie tylko dlatego, że jasne jak pszenica włosy
ufarbowała na kruczoczarny kolor, a stalowoszare oczy zasłoniła grubymi
szkłami. Wytworna, ubrana w szykowny kożuch, nie miała w sobie nic z prostej prowincjuszki, którą pamiętał. Ale kiedy zdjęła okulary, żeby
odliczyć pieniądze, nogi się pod nim ugięły.
Pewność, że to ona, ukłuła go boleśnie, jak cienka, ostra igła.
Zrozumiał, że ciężar, który nosił w sercu, nadal tam jest. Zachwiał się,
przygnieciony jego masą. Bał się, że zemdleje i zwróci na siebie uwagę.
Szybko wyszedł na ulicę i odetchnął mroźnym powietrzem. Oddalił się od
apteki. Nasunął czapkę głębiej na oczy. Czekał.
Gdy wyszła, spuścił głowę i powoli, jakby się wahał, podążył za nią.
Wiedział, że nie powinien zwracać na siebie uwagi, ale nie mógł oderwać
od niej oczu.
Na szczęście ani razu nie obejrzała się za siebie. Niczego nie
zauważyła, niczego nie podejrzewała.
Z Szerokiej skręciła w Szmaragdową, przecięła plac Reja i dotarła do
Poznańskiej.
Domyślił się, dokąd zmierza. Przy Poznańskiej mieścił się jedyny hotel w mieście. Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego zamieszkali w nim
komisarze wojskowi, ale zajęli tylko parter. Pokoje na piętrach
pozostały otwarte dla przyjezdnych.
Kiedy weszła do środka, podążył za nią. Stanął przy oknie i udawał, że
na kogoś czeka, ale nie spuszczał z niej wzroku.
Poprosiła o klucz. Po niemiecku. Przez lata robił wszystko, by wyrzucić
z pamięci tę skrzekliwą, nieludzką mowę, ale im bardziej się starał, tym
mocniej słyszane przed laty słowa, frazy i zdania wbijały się w mózg.
Zrozumiał doskonale, co mówi. Zresztą po krótkiej chwili, widząc
niepewną minę recepcjonistki, powtórzyła numer pokoju po polsku.
"Dwieście siedem".
Kiedy zniknęła na schodach, nadal trwał na posterunku. Zastanawiał się,
co zrobić.
A potem po prostu wrócił do domu. Wyczerpany padł na łóżko. Dopiero
wtedy coś w nim pękło. W kącikach ust poczuł słony smak łez.
Leżał kilka godzin. W grubej, wytartej jesionce, w ciężkich zimowych
butach. Miał nadzieję, że zmorzy go sen. Długi, wielogodzinny sen. A kiedy się obudzi, kobiety nie będzie już w mieście. Ale sen nie
nadszedł.
Kiedy podniósł się z łóżka, był już środek nocy. Wszedł do kuchni,
otworzył szufladę i wybrał najostrzejszy nóż. Ten, którym kroił mięso.
Wsunął go do kieszeni płaszcza.
Na ulicy panował całkowity mrok. Jak podczas prawdziwej wojny.
Ciemne latarnie, ciemne okna, ciemne niebo. I jaśniejące na skraju
chodników nierówne pagórki śniegu, usypane przez właścicieli domów i dozorców.
Miasteczko spało.
Przez myśl przemknęło mu, że może natknąć się na patrol Obrony Cywilnej.
Obowiązywała przecież godzina milicyjna. Ale grobowa cisza uspokajała:
jesteś sam.
Szedł powoli. Zmęczenie i przeraźliwe zimno coraz bardziej dawały się we
znaki. Nogi stały się jak z ołowiu, buty wydawały się coraz cięższe. Ale
jakaś wewnętrzna siła cały czas pchała go przed siebie.
Tylko w holu na parterze paliło się światło, w pokojach, wszystkich bez
wyjątku, było ciemno. Zastanawiał się, jak dostanie się do środka. I co
powie recepcjonistce. A przede wszystkim, jak nakłoni kobietę w grubych
szkłach, by w środku nocy wpuściła go do siebie.
Ale drzwi do hotelu nie były zamknięte. Otworzył je bezszelestnie. Zdjął
buty i postawił w przedsionku pod ścianą. Z ulgą stwierdził, że w recepcji nie ma nikogo. Jedynie w głębi korytarza, w półmroku, ktoś
drzemał na fotelu.
Powoli, nasłuchując, czy nikt nie idzie, wspiął się na drugie piętro.
Serce waliło mu w piersi, ale nie czuł strachu. Ze zdumieniem
stwierdził, że nie ma w nim nawet cienia emocji.
Zastanawiał się, co go pcha do przodu. Pamięć o nienawiści, która dawno
straciła żar? Przysięga złożona samemu sobie i duchom zmarłych?
W ciemnościach nie widział numerów pokojów. Wyjął z kieszeni zapałki.
Pierwsza rozbłysła na moment i zgasła. Dopiero druga rozjaśniła
korytarz. Dwieście pięć, dwieście sześć, dwieście siedem.
Zgasił zapałkę, poczekał chwilę, aż ostygnie, i wsunął do kieszeni.
Zapukał. Był przekonany, że kobieta śpi. Wstanie z łóżka, podejdzie do
drzwi i zapyta po niemiecku, kto ją niepokoi o tej porze. Co jej
odpowie? Może po prostu zacznie mówić cokolwiek, licząc na to, że
zdezorientowana zechce sprawdzić, o co chodzi, i przekręci klucz w zamku.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Kobieta, ubrana w granatowy sweter i czarne spodnie, poprawiła fryzurę i obejrzała się za siebie, jakby
czegoś szukała. Zapomniała o dopełniających kamuflaż okularach?
Miał wrażenie, że na kogoś czeka. Zdziwiła się, że na progu stoi ktoś,
kogo się nie spodziewała.
Kiedy jej zimne, nieruchome spojrzenie przeszyło go na wylot, poczuł
drżenie kolan. Bał się, że zabraknie mu odwagi i siły, by wykonać
zadanie, które przyczajone czekało na niego od dawna. Wiedział, że jeśli
teraz się zawaha, wszystko przepadnie. Zrobił krok do przodu i całym
ciałem pchnął kobietę do środka.
Nie rozumiała, co się dzieje. Powinna krzyknąć, wezwać pomoc. Tymczasem,
zdezorientowana, zrobiła jedynie krok do tyłu. Na jej twarzy malowało
się zmęczenie. Bruzdy zmarszczek wydawały się głębsze niż podczas
spotkania w aptece. Ale w stalowoszarych oczach nie było strachu. Któż
zresztą przeraziłby się wymizerowanego astenika w zniszczonej jesionce,
nawet jeśli jego zachowanie było dziwne i niepokojące?
Dopiero gdy wyjął z kieszeni nóż, zwykły kuchenny nóż, zdała sobie
sprawę z grozy sytuacji. Widział, że przerażenie, które pojawiło się
dopiero teraz, całkowicie ją sparaliżowało. Nie mogła wydobyć z siebie
głosu.
Uderzył z całej siły. Cofnął dłoń i pchnął znowu, a potem jeszcze raz i jeszcze raz.
Był znużony i słaby, ale w jego ciosach skumulowały się moce, które
gromadził w sobie od dawna.
Próbowała wyrwać mu nóż, ale jej rozpaczliwe, nieskoordynowane ruchy nie
mogły mu przeszkodzić. Na moment skrzyżowała dłonie na brzuchu, ale był
to ostatni, żałosny i nieskuteczny gest obrony przed ponawianymi
atakami.
Zdziwił się, że tak szybko osunęła się na podłogę.
Z jej ust wydobył się nieartykułowany charkot, któremu daremnie
próbowała nadać kształt słów.
Nie zrozumiał, co chce powiedzieć. Pyta dlaczego? Błaga o łaskę? Poznała
go i prosi o wybaczenie?
Kiedy leżała już na ziemi, z bezładnie rozrzuconymi nogami, jak u szmacianej lalki, ukląkł nad jej pooranym, zakrwawionym, odartym z resztek godności ciałem i pchnął jeszcze trzykrotnie.
Z trudem się podniósł i oparł o ścianę. Zrobiło mu się słabo. Zdumiony,
że nóż stał się taki ciężki, upuścił go na podłogę.
Wiedział, że odciski palców mogą go zdradzić. A jednak nie miał siły, by
się schylić. I raz jeszcze spojrzeć z bliska na zmasakrowane ciało.
Odwrócił się i powoli ruszył w stronę wyjścia. Kiedy mijał duże lustro
umocowane do drzwi szafy, zauważył, że jego ubranie też jest
zakrwawione. Przetarł je kilka razy dłonią, ale tylko rozmazał lepkie,
ciemne plamy.
W budynku nadal panowała cisza. Zbrodnia, którą tak niezdarnie
zaplanował i wykonał, nie zakłóciła niczyjego snu.
Zszedł po schodach, minął pustą recepcję, doszedł do drzwi i już chciał
wyjść, kiedy uświadomił sobie, że nie ma na nogach butów. Poszukał ich w korytarzu. Założył powoli, z wysiłkiem i w końcu opuścił hotel.
Nie pamiętał, jak dotarł do domu.
Kiedy obudził się po długich godzinach snu, stwierdził ze zdumieniem, że
ma na sobie piżamę. Nie rozumiał, jak znalazł w sobie siły, by przebrać
się do snu. Nie bardzo też potrafił odtworzyć w pamięci przebieg zdarzeń
minionej nocy.
Nie wierzył w powtarzane bezwiednie w myślach słowa, wyrażające
przekonanie, że wreszcie wydobył się z cienia rozpaczy i zastygłego w każdej cząstce ciała bólu.
Jedno wiedział na pewno.
Kobieta, której imienia nie potrafił wymówić głośno, była martwa.
6 kwietnia 1982, wtorek
To Krysia zwróciła na mnie uwagę. Wyłowiła z tłumu nieopierzonych
studentów pierwszego roku, zaczarowała wzrokiem, zmusiła, żebym podszedł
i wydusił z siebie kilka słów, które mogłaby obudować czymś na kształt
rozmowy. To ona wymyśliła pierwszą randkę. W wiosenne, sobotnie
przedpołudnie w muzeum plakatu w Wilanowie, gdzie można było patrzeć
sobie w oczy i delikatnie ocierać się o siebie, bez narażania się na
natarczywe, osądzające spojrzenia obcych, bo byliśmy jedynymi
zwiedzającymi. To ona ściągnęła mnie jeszcze tego dnia do mieszkania na
Ursynowie, które miała wyłącznie do swojej dyspozycji, bo jej rodzice,
których nigdy nie poznałem, wyjechali gdzieś daleko, bodajże do Afryki.
To ona wyrwała mnie ze świata chłopięcych fantazji i wprowadziła do
raju, czy raczej piekła grzesznych przyjemności.
Znajomość trwała cztery czy pięć miesięcy. Sprowadzała się do krótkich
popołudniowych spotkań, zawsze u niej, zawsze według tego samego
scenariusza. Najpierw rozmowa o niczym, potem seks, znowu seks, skromny
posiłek, a na koniec, jeśli wystarczyło sił, bo różnie z tym bywało,
jeszcze raz seks.
Z początku było cudownie, ale już po kilku tygodniach zacząłem nie bez
zdumienia dostrzegać, że kolejne spotkania zaczynają mnie nużyć. Zapach
ciała Krysi, który tak mnie podniecał, wydawał się coraz bardziej mdły,
nagość - oczywista, cielesna bliskość - parząca.
Zrozumiałem, że seks, jak wszystko inne, można przedawkować.
Zerwanie okazało się łatwe, bo w naszym związku nie było przecież
żadnych obietnic i wyznań. Z jednym wyjątkiem. Krótki list z wakacji - z praktyk studenckich? - Krysia zaczęła słowami: "Kochany Danielu!".
Zdumiało mnie to. "Kochana Krysiu!". Nie potrafiłbym się tak do niej
zwrócić. Jeszcze wtedy upajałem się każdą jej pieszczotą, ale nawet
przez myśl mi nie przeszło, że łączy nas coś więcej niż pożądanie.
Odszedłem bez słowa. Pewnego dnia po prostu zniknąłem z jej życia.
Zamknąłem ten rozdział edukacji erotycznej, jak postrzegałem naszą
znajomość. Na zawsze. A jednak po jakimś czasie pojawiło się uczucie
żalu. Pamięć o znużeniu szybko się bowiem zatarła, a wspomnienie
błogości, jaką tak hojnie i wspaniałomyślnie raczyła mnie starsza o dwa
czy trzy lata koleżanka ze studiów, pozostało żywe. Niebawem w moim
życiu pojawiły się jednak inne dziewczyny. A seks zyskiwał stopniowo
nowy wymiar - stawał się dopełnieniem czegoś, co pewnie na wyrost,
nazywałem miłością. Czymś wzbogacającym wewnętrznie, a nie jedynie
ćwiczeniem z fizycznej rozkoszy.
Od dawna nie myślałem o Krysi, gdy nagle stanęła przede mną w małym,
cichym barze w hotelu Warszawa, dokąd wpadłem napić się piwa.
Wyglądała inaczej niż dawniej. Elegancka, wystrojona w beżowy żakiet
narzucony na granatową suknię z koronkowym kołnierzykiem, wymalowana jak
modelka, nie przypominała dziewczyny, którą znałem siedem czy osiem lat
wcześniej. Wtedy swobodnej, ubranej w białą bawełnianą koszulkę i zielone sztruksowe spodnie, nieuznającej makijażu. A jednak nie miałem
wątpliwości, że to ona. Zwłaszcza kiedy światło jedynej jaśniejszej
lampy wydobyło z półmroku złotawą grzywkę, wysypującą się spod starannie
ułożonej fryzury, pełne blasku, zielonoszare oczy, zadarty nosek,
namiętnie wydęte malinowe usta i filuternie zaokrąglony podbródek.
Dopiero po dłuższej chwili nasze spojrzenia się spotkały. Z początku
miałem wrażenie, że nie zostałem rozpoznany. Pomyślałem, że to lepiej.
Nagle zabrakło mi odwagi, by spotkać się z przeszłością.
Pociągnąłem kilka łyków piwa, bo szkoda mi było zostawiać pełną
szklankę, i już chciałem ruszyć w stronę wyjścia, kiedy na twarzy Krysi
pojawił się uśmiech. Bez zastanowienia wstała od stolika i ruszyła w moją stronę. Oczekiwałem, że po prostu poda mi rękę. Tymczasem rzuciła
mi się na szyję, jakbyśmy nie widzieli się miesiąc czy dwa i po kilku
tygodniach bezgranicznej tęsknoty znowu się spotkali.
Nie miałem pojęcia, co ta wylewność oznacza i w jaki sposób powinienem
na nią zareagować. Zaczęliśmy rozmawiać, jak nie rozmawialiśmy ze sobą
nigdy.
Zastanowiło mnie, że Krysia zupełnie inaczej zapamiętała wspólne chwile
sprzed lat niż ja. Mówiła o nich z zaskakującą czułością. Może
rzeczywiście mnie wtedy kochała? A jeśli tak, moje odejście musiało być
dla niej bolesne. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nawet przez myśl mi
nie przeszło, że ją zraniłem.
Najbardziej zdumiało mnie jednak to, że przez cały czas obserwowała mnie
z oddalenia. Chociaż wyjechała na stałe do NRD, czego nigdy bym się nie
domyślił - marzyła o życiu na Zachodzie, kilkakrotnie wspomniała o ewentualnej ucieczce do Szwecji, ale któż emigruje do NRD? - miała sporo
informacji na mój temat.
Wiedziała o moich pierwszych doświadczeniach i sukcesach
dziennikarskich. Czytała najważniejsze teksty. Pochwaliła reportaż o polskich studentach w Bułgarii, opublikowany przez "Politykę". Byłem z niego dumny, ale wspominałem źle, okazał się bowiem źródłem wielu
nieprzyjemności. Kiedy ktoś z ambasady Bułgarii zaprotestował przeciwko
nieprawdziwemu jego zdaniem opisowi warunków panujących w domach
akademickich w tym kraju, tygodnik wstrzymał publikację następnych moich
artykułów. A później także w wielu innych redakcjach dano mi do
zrozumienia, żebym spadał, w czym nieszczęsny artykuł miał zapewne swój
udział.
Tak czy inaczej, od trzynastego grudnia nie napisałem ani słowa. Czy
zresztą miałem prawo nazywać siebie dziennikarzem? Po ukończeniu studiów
ekonomicznych zostałem skierowany do pracy w warszawskim
Przedsiębiorstwie Remontowo-Budowlanym imienia Janka Krasickiego.
Dogadałem się jednak z dyrektorem, by dał mi bezpłatny urlop, i próbowałem zarabiać na życie pisaniem. Udawało się aż do wprowadzenia
stanu wojennego, kiedy wydawanie większości dzienników i czasopism
zawieszono.
W ostatnim czasie niektóre tytuły zaczęły się co prawda odradzać, ale z zespołów dziennikarskich wyeliminowano osoby myślące inaczej niż
wojskowa władza. Uznałem, że w tej sytuacji ja również powinienem
odłożyć pióro do szuflady, chociaż wolnych strzelców weryfikacje nie
objęły. Tak czy inaczej, od kilku miesięcy żyłem z niewielkiego spadku
po ojcu, miałem jednak świadomość, że pieniędzy nie wystarczy na długo.
Zwłaszcza że ich wartość po kolejnych podwyżkach cen, takich jak ta
lutowa, bardziej drastyczna niż wcześniejsze, z dnia na dzień malała.
Nie próbowałem ukrywać, że ja z kolei nie miałem pojęcia, jak potoczyły
się losy Krysi. Nie wiedziałem, że poślubiła niemieckiego reżysera Hansa
Eckarta i zagrała w kilku jego filmach. Nie śledziłem rozwoju
kinematografii zachodnich sąsiadów. Nie znałem nazwisk tamtejszych
twórców. Oczywiście widziałem kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt
filmów z NRD, bo często prezentowała je telewizja. Ale zapamiętałem
tylko jeden, bardziej udany niż inne: Legenda o Paulu i Pauli. W żadnym nie dostrzegłem Kristiny Eckart, jak nazywała się teraz. Zresztą
tytuły, które wymieniała, nic mi nie mówiły. Przyznałem, że głupio mi z tego powodu, i obiecałem, że od tej pory będę śledził jej karierę.
Zapewniłem, że kiedy tylko nadarzy się sposobność, obejrzę ostatnie
dzieło Eckarta, Trupa na torach, w którym jak wyjaśniła, zagrała jedną
z ofiar seryjnego mordercy.
Właśnie pokaz tego filmu w Ośrodku Kultury i Informacji Niemieckiej
Republiki Demokratycznej przy Świętokrzyskiej, tuż obok hotelu Warszawa,
był powodem przybycia Krysi wraz z mężem na dwa dni do Polski.
Niejedynym. Ale dopiero po dłuższej chwili siedząca przede mną elegancka
kobieta wyznała, że główny motyw jej przyjazdu był zupełnie inny.
Poprosiła o lampkę koniaku, wypiła ją szybko, niczym kieliszek taniej
wódki, i opowiedziała ściszonym głosem, jakby się czegoś obawiała, o zniknięciu w Warszawie, dokładnie w dniu wprowadzenia stanu wojennego,
Anny Eckart. Wielkiej - tego określenia użyła - pisarki niemieckiej. Jej
teściowej.
Owiana aurą tajemnicy historia obudziła we mnie dziennikarską ciekawość.
Ale jeśli zniknięcie Anny Eckart miało związek z wydarzeniami
trzynastego grudnia, rozprawianie o nim, nawet konspiracyjnym szeptem,
mogło być niebezpieczne.
Uniosłem głowę znad szklanki i rozejrzałem się po sali. Wydawało mi się,
że jesteśmy w barze sami, tymczasem przy stoliku w głębi siedział - od
jak dawna? - zezowaty mężczyzna w szarym garniturze i pił kawę z małej
filiżanki. Odniosłem wrażenie, że nas obserwuje. Lecz w tej samej chwili
pomyślałem, że gapi się, bo w sali nie ma po prostu nic ciekawszego.
Zaproponowałem Krysi, mimo wszystko, byśmy kontynuowali rozmowę u mnie,
ale wyjaśniła, że to niemożliwe, bo za pół godziny spotyka się z mężem.
Wysłuchałem więc opowieści o zagadkowym zniknięciu niemieckiej pisarki,
która przyjechała do Warszawy, by wziąć udział w konferencji na temat
obszarów wolności w literaturze krajów socjalistycznych. Cały czas
jednak starałem się nie spuszczać oka z faceta w szarym garniturze, a także z barmanki, zajętej wycieraniem stojących przed nią szklanek i co
jakiś czas spoglądającej spode łba w naszą stronę.
- Przyleciała ósmego grudnia z delegacją pisarzy z NRD - zaczęła Krysia.
- Dziesiątego wygłosiła odczyt na uniwersytecie. Były tłumy. Tak
słyszałam. Jedenastego wzięła udział w nagraniu jakiejś audycji. I już
dwunastego miała wracać do Berlina. Zmieniła plany, kiedy dziennikarz
zachodnioniemieckiej telewizji, który kręcił coś w Warszawie, poprosił
ją, by w następnych dniach udzieliła mu jeszcze wywiadu. Zdecydowała się
lecieć piętnastego. Koledzy naciskali, żeby wracała z nimi, ale się
uparła. A potem... Jak wiesz, trzynastego grudnia zamknięto granice. I chociaż trzy dni później pociągi do Berlina znowu ruszyły, mama nie
wróciła.
Jak to nie wróciła?, pomyślałem, gdy Krysia załamującym się głosem
wyszeptała:
- Daniel... Ich habe das Gefühl... No wiesz. Że wydarzyło się coś
strasznego...
Nie miałem pojęcia, jak się zachować. Jeszcze nie widziałem Krysi tak
poruszonej. Ale zanim zdążyłem się zastanowić, jak mógłbym ją pocieszyć,
moje myśli podążyły w innym kierunku.
Do baru wszedł mężczyzna w rozpiętej czarnej kurtce, rozejrzał się,
zobaczył gościa w szarym garniturze, szybko się odwrócił i wyszedł. Cóż
to mogło oznaczać? Kim był zezowaty nieznajomy?
Dopiero po chwili wznowiłem rozmowę z Krysią, która zdążyła zapanować
nad emocjami, i zapytałem, czy nie mieli z mężem żadnej wiadomości od
zaginionej.
- Żadnej! - zaprzeczyła. - Żadnego listu. A telefony trzynastego
wyłączono.
- Wszczęto poszukiwania?
- Oczywiście. W sprawę zaangażował się nasz ambasador. Mama jest
przecież wielką pisarką, laureatką Nagrody Państwowej. Dzięki niemu
mogliśmy się kontaktować z Warszawą. Ale... Sam wiesz. W Polsce panował
chaos. Mimo że wojsko robiło wszystko, by zaprowadzić porządek.
Zastanowiło mnie, czy Krysia naprawdę wierzy, że trzynastego grudnia
wojsko przywróciło w Polsce ład zburzony, jak twierdziły reżimowe media,
przez wichrzycieli z Solidarności, ale uznałem, że okoliczności nie
sprzyjają dyskusji na takie tematy.
- Poinformowano nas - Krysia kontynuowała - że mama wymeldowała się z hotelu Forum, w którym się zatrzymała, już trzynastego rano po
dziewiątej. Dokładnie o dziewiątej dwadzieścia siedem. Dlaczego? I co
robiła potem? Dokąd się przeniosła czy wyjechała? W następnych dniach...
Wiesz, raporty były coraz krótsze i coraz mniej konkretne. A potem
wszystko się urwało.
- Wasz ambasador nie naciskał na zintensyfikowanie poszukiwań? -
zapytałem.
- Zapewnia, że naciskał, ale coraz bardziej w to wątpię. - Krysia
skuliła się w sobie. I głosem pełnym rezygnacji dodała: - Mam wrażenie,
że nikt nie traktował tych poszukiwań poważnie.
- Dlaczego tak myślisz? - Szczerze się zdziwiłem.
- Zbyt wiele się działo. Polskie władze miały za dużo na głowie. A poza
tym wiesz... Kiedy znika kobieta... Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że
poleciała za jakimś facetem...
Stwierdziłem, że to całkiem prawdopodobne, ale moja rozmówczyni
gwałtownie zaprotestowała.
- To niemożliwe. Mama miała, co prawda, wiele przygód. Z mężem rozstała
się wkrótce po urodzeniu Hansa. Ale po pierwsze, nie kryłaby przed
kolegami, z którymi przyleciała do Polski, że się z kimś spotyka. I po
drugie, miała mnóstwo pracy. Zbliżał się termin oddania książki do
druku. A ponieważ jest osobą odpowiedzialną...
- Żeby skończyć książkę, nie trzeba siedzieć w domu - zauważyłem. -
Wystarczą notes i długopis. Może jednak kogoś poznała? I zdecydowała się
zostać w Polsce dłużej. A ponieważ telefony nie działały, nie mogła was
zawiadomić, gdzie jest i co robi.
- Tak, wiem. Dem Glücklichen schlägt keine Stunde. Szczęśliwi czasu
nie liczą. Ale... Jest już kwiecień. Do tej pory na pewno by się z nami
skontaktowała. Coś się musiało stać! Dlatego kiedy pojawiła się
propozycja pokazania w Warszawie Trupa na torach, zdecydowaliśmy się z Hansem jechać. Mimo że jesteśmy bardzo zajęci. Udźwiękowienie nowego
filmu, przygotowania do kolejnego... I mimo tego, że w Polsce nie jest
bezpiecznie. Łudziłam się, że na miejscu dowiem się czegoś więcej, a może nawet sama trafię na jakiś ślad. Oczywiście nie było na to żadnych
szans.
- Dlaczego?
- Przyjechaliśmy wczoraj, wracamy jutro. Cóż mogłam zdziałać? Byłam w Forum, gadałam z jakąś idiotką z recepcji, i co? Dokąd jeszcze miałabym
pójść? No, powiedz! Dokąd?
Zrozumiałem, że Krysia szuka we mnie wsparcia. Bez większego przekonania
zaproponowałem:
- Może ja mógłbym powęszyć?
Oczywiście czułem, że mieszanie się w sprawę zaginięcia cudzoziemki w czasie trwania stanu wojennego nie jest dobrym pomysłem. Ale urok Krysi
znowu na mnie działał.
- Niczego nie obiecuję, ale... - bąknąłem. - Mogę spróbować. Zwłaszcza że
nie mam nic do roboty.
Nie odezwała się, ale wyraz napięcia na jej twarzy zdradzał, że oczekuje
pomocy. Dopiero po chwili stwierdziła:
- Tobie łatwiej byłoby się czegoś dowiedzieć. Jesteś dziennikarzem. Masz
prawo zadawać pytania.
Pod warunkiem że zniknięcie Anny Eckart nie miało nic wspólnego z wydarzeniami trzynastego grudnia. Jeśli kobieta została z jakichś
powodów albo nawet w wyniku działania złowieszczego przypadku zmiażdżona
przez machinę wojenną, a jej śmierć zatuszowano, każda próba dogrzebania
się do prawdy mogła okazać się niebezpieczna. Czy Krystyna wzięła to pod
uwagę? Pewnie tak, ale dodała tylko, z nadzieją w głosie:
- Może wyciągniesz od kogoś informację, którą przegapili śledczy...
Wiedziałem już na pewno, że pakuję się w kłopoty. Dobra, pomyślałem.
Popytam, powęszę, pewnie niczego się nie dowiem, ale przynajmniej
uspokoję sumienie. Nagle Krysia położyła dłoń na mojej dłoni i odmienionym głosem, z czułością, szepnęła:
- Słyszysz? Nasza piosenka!
Z radiowego głośnika dobiegły mnie dźwięki jakiegoś starego przeboju,
którego w ogóle nie kojarzyłem z Krysią. Nie przypominałem sobie, by
towarzyszył chwilom, które spędziłem z nią w mieszkaniu na Ursynowie.
Naszymi melodiami były raczej tematy z seriali, które Telewizja Polska
przypominała popołudniami, od Stawki większej niż życie po Czterech
pancernych i psa. Moja przewodniczka po świecie seksu śledziła je z zapartym tchem, jakby oglądała je pierwszy raz. Nawet kiedy się
kochaliśmy, telewizor był włączony i naszym uniesieniom towarzyszyły
żołnierskie komendy oraz niepokojące odgłosy wystrzałów i wybuchów.
Krysia tylko na kilka chwil poddawała się fali rozkoszy i przenosiła
szkliste spojrzenie z ekranu na sufit. Ale wystarczyło, że Brunner
warknął: "Rączki, rączki, Hans!", by ponownie odpływała do serialowej
rzeczywistości.
- No tak - wróciłem do przerwanego wątku - ale jeśli mam szukać twojej
teściowej, muszę dowiedzieć się czegoś więcej. Na przykład kto jeszcze
był w delegacji.
- Trzech pisarzy - wyjaśniła. - Reinhard Lange, wyjątkowy głupek. Klaus
Hempfling. Może czytałeś? Jego książka o rewolucji francuskiej była
wydawana w Polsce. Nie pamiętam tytułu...
- Nie, nie sądzę.
- No i Wolfgang Michalak, najinteligentniejszy z nich, ale...
- Tak?
- Przemądrzały to mało powiedziane.
Wyjąłem z kieszeni wymiętą kartkę z listą zakupów, które planowałem
zrobić od trzech dni, i po drugiej stronie zanotowałem wszystkie
nazwiska, chociaż w tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że akurat z niemieckimi pisarzami nie mam szansy się spotkać.
- Oczywiście rozmawiałaś z nimi? - zapytałem przytomnie.
- Kilkakrotnie - zapewniła. - Hempfling próbował mnie podrywać. Najpierw
obiad w jakiejś knajpie na Hackescher Markt... Byłeś w Berlinie?
- Pewnie. Kilka razy. Ale Hackescher Markt? Pierwsze słyszę.
- No i dobrze. Okropne miejsce. Chociaż berlińczycy mają inne zdanie. No
więc Hempfling... Ale co tam Hempfling! Michalak zaprosił mnie do siebie!
Do Pankow! Tam, gdzie mieszkają czołowi politycy NRD. Liczył chyba na
to, że namówię Hansa na film na podstawie jego książki o Róży
Luksemburg. Kadził mi, przekonywał, że byłabym świetna w głównej roli...
No więc tak, rozmawiałam z nimi. Ale niewiele się dowiedziałam. Poza
tym, że mama była umówiona na ten telewizyjny wywiad. No i dlatego
przełożyła datę wyjazdu.
- Próbowałaś dotrzeć do kogoś z ekipy telewizyjnej, która była wtedy w Polsce?
- Nie wiem nawet, co to była za telewizja. Pewnie ZDF, ale kto to wie?!
Nie próbowałam się dowiedzieć. Myślisz, że dotarłabym do dziennikarzy z Zachodu? Zapomnij.
Zezowaty jegomość w szarym garniturze nadal pił kawę i przyglądał się
nam z oddali. Pomyślałem, że gapi się nie na nas, a na Krystynę. Każdy
facet zwróciłby na nią uwagę. Chciałem już odwrócić wzrok, kiedy
mężczyzna zrobił coś dziwnego. Uniósł dłoń, zawahał się i szybko ją
opuścił. Chciał mi dać jakiś znak? Nie wiem dlaczego się przestraszyłem.
- W Warszawie teściowa spotkała się z kimś prywatnie? - zmieniłem temat.
- Mówiłam ci już... - Zaczęła, ale nie dokończyła. - Michalak twierdzi, że
nie. A przed nim nic się nie ukryje.
- Kierownik grupy? - zapytałem.
- Gruppenleiter - potwierdziła.
I gość do pilnowania kolegów, pomyślałem, ale ugryzłem się w język.
Krystyna poprawiła fryzurę.
- Pamiętasz, w jakiej rozgłośni nagrała tę audycję? - zapytałem.
- Wydaje mi się, że w Programie Trzecim. Autorem był krytyk o niemieckim
nazwisku. Werner? Tak, Werner. Imienia nie pamiętam.
Bez wątpienia chodziło o Marka Wernera.
Zastanawiałem się, co jeszcze powinienem wiedzieć, ale nic nie
przychodziło mi do głowy. Nie byłem detektywem, nie czytałem powieści
kryminalnych, a jedynie czasem oglądałem przypadkowe odcinki seriali
telewizyjnych w rodzaju Kojaka i Columbo. Dopiero po chwili zadałem
kolejne pytanie.
- Teściowa często przyjeżdżała do Polski? Miała tu przyjaciół,
znajomych?
- Nie, to była jej pierwsza wizyta - odpowiedziała z niezachwianą
pewnością. - Wiem, bo rozmawiałam z nią przed wyjazdem. I chyba nikogo
stąd nie znała. Z wyjątkiem Kurty. Tego pisarza, Henryka Kurty. Jakiś
czas temu mignęło mi ich wspólne zdjęcie z Lipska czy Drezna.
Wiedziałem, że Henryk Kurta od kilku lat publikował w prasie
emigracyjnej, a w osiemdziesiątym roku, podczas strajku w Stoczni
Gdańskiej, kręcił się koło doradców Solidarności. Znajomość z nim mogła
oznaczać, że Anna Eckart była zaangażowana w polskie sprawy. A jeśli
tak...
- Rozumiem, że się z nim nie spotkała? - Chciałem się upewnić.
- Podałam jego nazwisko polskim władzom - wyjaśniła. - Podobno od dawna
nie miał z nią kontaktu.
Zastanawiałem się, czy Kurta jako człowiek obozu solidarnościowego nie
został internowany. Tak czy inaczej, uznałem, że nie będę podejmował w rozmowie wątku jego sympatii politycznych. Zwłaszcza że Krysia, od dawna
nieobecna w kraju, raczej nie zdawała sobie z nich sprawy.
- Danielu, pomóż nam - powiedziała błagalnym tonem. - Nie mam do kogo
się zwrócić. A polskim władzom już nie wierzę...
Jej oczy znowu zawilgotniały.
- Znaczy wierzę, oczywiście. - Zaczęła się wycofywać. - Aber... Wiesz,
tutejsze władze mają teraz tyle innych spraw na głowie...
- Spróbuję się czegoś dowiedzieć - zapewniłem bez przekonania.
Krysia spojrzała ukradkiem na zegarek i wstała od stolika. Myślałem, że
chce się już pożegnać, ale wyszła jedynie do łazienki. Na oparciu
krzesła zostawiła żakiet. Z kieszeni wystawały dwie koperty: bardziej
zniszczona brązowa i pozbawiona zagnieceń biała. Nie mam pojęcia,
dlaczego po nie sięgnąłem.
Zajrzałem do pierwszej, bez żadnych napisów. Zawierała zdjęcia kobiety.
Anny Eckart? Na białej widniał adres: "Kristina Eckart, 10111 Berlin,
GDR, PO Box 1234". Był tak prosty, że wrył mi się w pamięć. Wysunąłem
list, napisany po angielsku. Chociaż nie miałem zwyczaju czytać cudzej
korespondencji, ciekawość zwyciężyła. Rzuciłem okiem na tekst i wychwyciłem jedno zdanie. Była w nim mowa o pieniądzach, dużych
pieniądzach, tysiącach dolarów czy funtów. Czyżby Krysia stała na progu
międzynarodowej kariery? Dlaczego mi się tym nie pochwaliła? Żeby nie
zapeszyć?
Odkładając koperty na miejsce, uprzytomniłem sobie, że grzebałem w rzeczach dawnej przyjaciółki na oczach faceta w szarym garniturze.
Oczywiście nie powinno go to obchodzić, ale... Sprawdziłem, czy się gapi.
Jakżeby inaczej? Cały czas mnie obserwował, właśnie mnie, bo nikogo
innego nie było w pobliżu, tym swoim rozbieganym wzrokiem. Co więcej, w pewnej chwili pokręcił z niesmakiem głową, jak nauczyciel, który
przyłapał ucznia na ściąganiu. Wiem, powinienem podejść i powiedzieć,
żeby się odwalił, ale zabrakło mi odwagi. Przestałem zresztą zaprzątać
sobie jego irytującym zachowaniem głowę, gdy zobaczyłem powracającą z łazienki Krysię.
Wyglądała inaczej niż przed kilkoma minutami. Co się zmieniło? Poprawiła
makijaż? Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Ale wtedy wydarzyło się coś,
co pozwoliło mi zobaczyć ją w trochę innym świetle.
Gdy z radia popłynęły pierwsze dźwięki jakiegoś nieznanego mi utworu,
skrzywiła się, przeklęła po niemiecku i poirytowanym tonem, z twardym
akcentem, zażądała od barmanki, by wyłączyła "tę cholerną muzykę".
Postawiona na baczność kobieta uniosła głowę znad szklanek, przez moment
zastanawiała się, jak zareagować, ale w końcu przekręciła gałkę. W barze
zapanowała nieprzyjemna cisza.
- Masz zdjęcie teściowej? - zapytałem, kiedy Krysia wróciła na miejsce,
wygładziła sukienkę i obrzuciła mnie nieobecnym spojrzeniem. - Bardzo by
mi pomogło.
- Mam, oczywiście - powiedziała po chwili milczenia. - Chyba od tego
powinnam była zacząć.
Sięgnęła po brązową kopertę, którą przed chwilą trzymałem w dłoniach, i wyjęła z niej kilka fotografii. Przedstawiały ubraną zawsze w tę samą
ciemną garsonkę, niemłodą, ale całkiem atrakcyjną blondynkę. Miałem
wrażenie, że wycięto je z większych zdjęć, zrobionych podczas różnych
oficjalnych uroczystości. Zatopiona w myślach pisarka nie patrzyła w obiektyw, może nawet nie zdawała sobie sprawy, że jest fotografowana. Na
jednym z portretów widać było dłoń przypinającą do jej piersi jakieś
odznaczenie. A jednak twarz Anny Eckart nie wyrażała żadnych emocji.
Chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej na temat okoliczności powstania
zdjęć, ale zapytałem tylko, czy fotografie pochodzą z ostatnich lat.
- Tak, z zeszłego roku - usłyszałem w odpowiedzi.
- Teściowa nieźle się trzyma - stwierdziłem.
- Zawsze dbała o siebie. - Krysia zapewniła z dumą, jakby chodziło o nią
samą.
Jedno ze zdjęć miało inny charakter niż pozostałe. Anna Eckart
obejmowała na nim rówieśniczkę Krysi.
- Kto to jest? - zainteresowałem się.
- Angela, moja koleżanka z Berlina - wyjaśniła. - Niedawno rozstała się
z mężem. Chciałam wciągnąć ją do filmu, ale... Wiesz, nie każdy czuje się
przed kamerą swobodnie.
- Wygląda raczej na naukowca niż na aktorkę - zauważyłem. - Albo na
polityka.
- Skąd wiedziałeś? Pracuje w Instytucie Chemii Fizycznej Akademii Nauk
NRD. Polityką też się interesuje. Ale jak wiesz, kobiety są w polityce
bez szans.
- Jak to? - Wygłoszone tonem nieznoszącym sprzeciwu stwierdzenie wydało
mi się absurdalne. - A Margaret Thatcher? Indira Gandhi?
- Ausnahmen bestätigen die Regel. - Niemieckie wtręty w wypowiedziach
dawnej przyjaciółki coraz bardziej mnie irytowały. Na szczęście zaraz
się poprawiła: - Wyjątki potwierdzające regułę. Wyobrażasz sobie kobietę
jako prezydenta Stanów Zjednoczonych? Czy przywódcę NRD? Albo kanclerza
RFN?
- No... - Zawahałem się.
- Tak czy inaczej, mama bardzo lubi Angelę...
Kiedy chowałem zdjęcia do kieszeni, do baru wszedł elegancki, ale
niezbyt przystojny mężczyzna po trzydziestce, rozejrzał się po
niewielkim wnętrzu i zdecydowanym krokiem podszedł do naszego stolika.
Domyśliłem się, że to Hans Eckart.
Facet dość obcesowo przywitał się z żoną, a kiedy przedstawiała mu mnie,
oczywiście po niemiecku, jako przypadkowo spotkanego znajomego sprzed
lat, przelotnie spojrzał także w moją stronę. Nie podał mi ręki.
Przypomniał Krystynie, że spieszą się na jakieś oficjalne spotkanie, i pomógł jej okryć się żakietem.
Przyjaciółka sprzed lat na chwilę przysunęła się do mnie, jakby chciała
mnie uścisnąć, ale chyba nie miała odwagi zrobić tego w obecności męża,
bo powiedziała tylko "do widzenia", szybko odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi. Hans Eckart bez słowa pożegnania podążył za nią.
Dopiero po kilku minutach uświadomiłem sobie, że Krysia nie zostawiła mi
numeru telefonu i adresu. Chociaż pamiętałem dane, które odczytałem z koperty, poczułem się zwolniony z danej jej obietnicy.
Dopiłem piwo, a przed opuszczeniem baru raz jeszcze spojrzałem w kierunku stolika zajmowanego przez mężczyznę w szarym garniturze i ze
zdumieniem stwierdziłem, że nikogo tam nie ma. A mała filiżanka
zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu.
7 kwietnia 1982, środa
W późniejszych tygodniach wielokrotnie wracałem myślami do wydarzeń
tamtych dni i za nic nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak
to się stało, że już nazajutrz po spotkaniu z Krysią, mimo początkowej
rezerwy czy wręcz niechęci, wyruszyłem na poszukiwanie zaginionej. Być
może podświadomie dążyłem do kolejnego spotkania z kobietą, która kilka
lat wcześniej rozjaśniła mi szary i nudny początek studiów? Nawet jeśli
nie znałem jej adresu i numeru telefonu, a jedynie numer skrytki
pocztowej w Berlinie.
Zacząłem swoje niezdarne śledztwo od krótkiej wizyty u Jana Matuli,
dziennikarza radiowego czy raczej byłego dziennikarza radiowego,
negatywnie zweryfikowanego po wprowadzeniu stanu wojennego i w tym
czasie niedopuszczonego do mikrofonu.
Poznałem go kilka miesięcy wcześniej w budynku Radia przy Malczewskiego
- a ponieważ, jak się okazało, jesteśmy właściwie sąsiadami, obaj
mieszkamy na Woli, ja przy Długosza, on przy Lumumby - często na siebie
wpadaliśmy. I w końcu, mimo dużej różnicy wieku - Matula dobiegał
czterdziestki, a łysina i siwa szczecina na brodzie sprawiały, że
wygląda jeszcze starzej - zaczęliśmy się odwiedzać, żeby najzwyczajniej
w świecie napić się wódki i ponarzekać na parszywą rzeczywistość stanu
wojennego, brak zajęcia i dwulicowość kolegów, którzy sarkają na
generała, ale kurczowo trzymają się ciepłych dziennikarskich posad.
W zagraconej, niewysprzątanej kawalerce kolegi czułem się zawsze jak u siebie. Sam robiłem sobie kawę, sam sięgałem po kieliszki, aby rozlać
wódkę, czasem kartkową, częściej kupowaną u znajomego kelnera z wypełnionej wodą wanny (odklejał w ten sposób etykiety, nie mam pojęcia
dlaczego) na zapleczu jednej z warszawskich restauracji. I nigdy nie
spieszyłem się do domu. Tym razem było inaczej.
Już od drzwi zaznaczyłem, że wpadłem na chwilę. I od razu przeszedłem do
rzeczy. Muszę dotrzeć do Marka Wernera. Ale Matula, opatulony w wytarty,
poszarzały ze starości szlafrok, który kiedyś był koloru granatowego,
zachowywał się tak, jakby to do niego nie dotarło. Wyjął z szafy na
ubrania napoczętą butelkę żytniej i zaczął nalewać do szklanek,
tłumacząc, że wszystkie kieliszki są brudne. Byłem jednak nieugięty i dość szybko, po wypiciu zaledwie jednego czy dwu głębszych, uzyskałem
potrzebną mi informację.
Werner, rówieśnik Matuli, również został zweryfikowany negatywnie,
wyleciał z radia i zatrudnił się w Kurii Biskupiej, nie bardzo wiadomo w jakim charakterze. Ale w tych dniach najłatwiej spotkać go przed sklepem
meblowym Emilia. Wyrzucony z domu przez żonę, wściekłą, że nie ukorzył
się przed sądem kapturowym, zakotwiczył się u kumpla i od dwóch tygodni
stoi w kolejce społecznej za meblami, aby nabyć łóżko lub wersalkę, bo
nie ma na czym spać.
Natychmiast udałem się na przystanek przy Młynarskiej i wyruszyłem
trzynastką do domu handlowego Emilia. Tramwaj leniwie kołysał się na
szynach i z całkowitą obojętnością mijał dławiące się resztkami
przydziałowej benzyny brudne polonezy, polskie fiaty, wartburgi,
trabanty, moskwicze, skody i łady. O tej porze, a było przed trzynastą,
świętą godziną ludzi spragnionych, świecił pustką, dopiero na przystanku
przy Hali Mirowskiej przyjął do wnętrza większą grupę zgarbionych
staruszek, wracających z nieudanych, jak można było sądzić po markotnych
minach i pustych torbach, bazarowych łowów na pozakartkową żywność.
Zaczęło padać, a strużki deszczu rozmazywały na fasadach budynków,
jezdniach i chodnikach brud, który jak zawsze zostawiła zima. Często
zastanawiałem się nad tym, dlaczego Warszawa w kwietniu straszy
brzydotą, jaka niekoniecznie jest jej udziałem latem czy zimą. Ale tego
dnia nie byłem w nastroju skłaniającym do zadumy nad otaczającą
rzeczywistością. Przyjąłem, że tak jest i już.
Żeby dotrzeć na miejsce, musiałem przejść kawałek Świętokrzyskiej i Emilii Plater, co w związku z brakiem parasola, o płaszczu
przeciwdeszczowym nie wspominając, okazało się wyjątkowo nieprzyjemne.
Brnąłem przez błotniste kałuże i zastanawiałem się, czy przy takiej
pogodzie kolejkowicze rzeczywiście trwają na swoich posterunkach. Może
przeczekują deszcz w którymś z pobliskich barów?
Sam zawsze unikałem kolejek jak ognia, wychodząc z założenia, że lepiej
znosić wszelkie niewygody życia, niż tkwić godzinami pod jakimś sklepem.
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że w rozmowie z Wernerem nie mogę
zdradzić się ze swoją arogancją. Redaktor uparcie i cierpliwie trwał
przecież w ogonku po byle jaką, bo tylko takie oferował handel
uspołeczniony, wersalkę. Widocznie wierzył w sens tego poświęcenia. A może tylko zabijał czas, którego od trzynastego grudnia miał tak wiele?
Od razu wypatrzyłem go w przyklejonym do szyby sklepu długim szpalerze.
Werner, ubrany w czerwoną nieprzemakalną kurtkę z kapturem i czerwone
ortalionowe spodnie, wyglądał raczej na narciarza, który urwał się na
chwilę, bez sprzętu spod wyciągu, niż na pokornego wychowanka PRL-u,
czekającego dniami i nocami na dostawę mebli. Miał w sobie jakąś siłę,
która odróżniała go od innych kolejkowiczów, zmarnowanych, zziębniętych
i coraz bardziej przemoczonych.
Odciągnąłem go na bok i w krótkich słowach przypomniałem, że poznaliśmy
się rok wcześniej, w sierpniu, w klubie Stoczni Północnej "Lastadia" w Gdańsku podczas Przeglądu Piosenki Prawdziwej "Zakazane Piosenki". Ale
nie było to konieczne, bo Werner rozpoznał mnie natychmiast jako faceta,
który napisał śmiały i dowcipny, to jego słowa, artykuł o akademikach w Bułgarii.
- Wygląda na to, że ten nieszczęsny tekst stał się rodzajem orderu,
który powinienem obnosić z dumą na wyprężonej piersi - powiedziałem z ironią.
Werner, któremu kilkudniowy zarost i ogorzała od przebywania godzinami
na wietrze cera przydały lat, pozostawił tę uwagę bez komentarza. Bardzo
się ucieszył, że ktoś chce z nim pogadać. Nie krył, że stanie w kolejce
okazało się o wiele bardziej uciążliwe, niż sądził, zwłaszcza że
nieprzyjazna aura nie sprzyja lekturze dzieł filozofów, na co liczył
(pod pachą trzymał sfatygowany tom Dialogów Seneki oraz drugą książkę,
której tytułu nie udało mi się odczytać). Ale wyjaśnił też, że nie musi,
na szczęście, tkwić na posterunku bez przerwy. Obowiązują ośmiogodzinne
dyżury. Pozostałą część doby można spędzać w domu, pod warunkiem że co
cztery godziny, także w nocy, wpadnie się podpisać listę obecności.
Mój rozmówca doskonale pamiętał spotkanie z Anną Eckart, mógł się też
podzielić sporą wiedzą na temat pisarki, bo jak wyjaśnił, rzetelnie
przygotował się do rozmowy z nią przed mikrofonem. A interesował się
Eckart również później. I co bardzo mnie zaskoczyło, informacja o jej
zniknięciu nie była dla niego niczym nowym.
- Czytałem notatkę na ten temat w "Newsweeku" - wyjaśnił. - Zaglądam
czasem na Piękną, do biblioteki Ambasady Amerykańskiej, żeby trzymać
rękę na pulsie. Przed budynkiem krążą co prawda mundurowi i odstraszają
chętnych jak tylko potrafią, ale mam to gdzieś. Co mi mogą zrobić? Z roboty mnie wywalili, dali papier, że jestem niezdolny do służby w jednostce zmilitaryzowanej. To co? Zamkną mnie? Niech mi skoczą!
Zdjął czapkę i podrapał się po głowie. Mojej uwadze nie umknęło, że
posiwiał od czasu, gdy widzieliśmy się w Gdańsku.
- Dziwna sprawa z tą Eckart - przyznał. Zawahał się i szeptem wysyczał:
- Widzi pan gościa w granatowej kurtce? Za babką w białym płaszczu? Trzy
razy nie przyszedł na sprawdzanie listy. A nadal stoi. Musi, że ubek.
Przyjrzałem się mężczyźnie w granatowej kurtce, ale nic nie wskazywało
na to, by interesował się naszą rozmową.
- W "Newsweeku" napisali - Werner kontynuował zniżonym głosem - że
Eckart zniknęła trzynastego grudnia w Warszawie. Jeśli dobrze
zrozumiałem, ich zdaniem była opozycjonistką i wmieszała się w polskie
sprawy. Z czego by wynikało, że została zatrzymana przez nasze służby.
Ale na końcu dodano, że gnije w enerdowskim więzieniu. Prawdopodobnie.
Czyżby nasi przekazali ją Niemcom?
Jeśli siedzi, moje poszukiwania nie mają sensu, pomyślałem. I jednocześnie zadałem sobie pytanie, dlaczego Krysia w ogóle o tej wersji
zdarzeń nie wspomniała. Nie znała jej? Mało prawdopodobne. Nawet jeśli
nie powiadomiono jej o tym oficjalnie, w Berlinie ma przecież możliwość
oglądania telewizji zachodnioniemieckiej. I jeśli pisał o czymś
"Newsweek", na pewno informowały o tym także media w Republice
Federalnej. Bardziej prawdopodobne, że zetknęła się z plotkami o uwięzieniu teściowej, ale nie dała im wiary. Może rzeczywiście były to
wymysły amerykańskiego dziennikarza?
Werner spojrzał w przejaśniające się niebo, westchnął i przyznał, że nie
bardzo wie, co o tym wszystkim sądzić.
- Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby Eckart opowiedziała się przeciwko
komunie. Do Warszawy przysłali ją właśnie dlatego, że zawsze była
ulubienicą władz. Organizatorzy chcieli podobno zaprosić kogoś innego.
Volkera Brauna, autora Unvollendete Geschichte. Pewnie pan nie zna, bo
nie było polskiego przekładu. Znakomita książka. Historia młodej pary
rozdzielonej przez Stasi. W NRD opublikowali ją, żeby pokazać, jacy są
tolerancyjni, ale w humorystycznie małym nakładzie. Szczerze mówiąc, nie
zdziwiło mnie, że strona enerdowska nie dopuściła do przyjazdu Brauna.
Byłem właściwie pewien, że jego miejsce zajmie ktoś taki jak Eckart.
Hołubiony i nagradzany przez ekipę Honeckera.
Zapytałem, czy polscy organizatorzy konferencji nie protestowali
przeciwko zmianie.
- Tak naprawdę to nie mieli nic do gadania. Myślę zresztą, że w ogóle
nie wierzyli w przyjazd Brauna. A Eckart... To nie był zły wybór. Chociaż...
Podobno obawiano się, że ktoś wypomni jej felieton, który napisała po
meczu Polska-NRD w Lipsku. Pamięta pan? Przedostatni nasz mecz podczas
eliminacji do mistrzostw świata. W październiku.
- Wygraliśmy trzy do dwóch - przypomniałem. - Mogła nam chyba tylko
pogratulować zwycięstwa. I pierwszego miejsca w grupie. O ile pamiętam,
już wtedy było wiadomo, że wyjazd do Hiszpanii mamy w kieszeni.
- A jednak felieton był bardzo nieżyczliwy - upierał się Werner. Nadal
mówił cicho, pochylając się w moją stronę, jakby się spowiadał. - Dla
ekipy Piechniczka i dla Polaków w ogóle. Padł w nim na przykład zarzut,
że nasi chłopcy po pierwszych dwóch bramkach Smolarka i Szarmacha, a przed golem... Wie pan...
- Schnuphasego - przypomniałem. - Z karnego.
- Właśnie. No więc grali jej zdaniem na czas. Ślamazarnie. Nieudolnie.
Ale najgorsza była sugestia, że sędzia wyraźnie nam sprzyjał.
- Castillo? Bzdury! - Oburzyłem się.
- Oczywiście że bzdury - zgodził się Werner. - Dziwny tekst, pełen
niechęci do Polski i Polaków. A dziwniejszy tym bardziej, że Eckart nie
komentowała nigdy wydarzeń sportowych. Chociaż piłką się chyba
interesuje. W jej powieści, nie pamiętam której, natknąłem się na postać
Ernesta Wilimowskiego. Słyszał pan o nim? Przedwojenny reprezentant
Polski. Ślązak. W trzydziestym dziewiątym podpisał folkslistę i najpierw
strzelał bramki dla Trzeciej Rzeszy, a później dla RFN. U nas uznano go
za zdrajcę, ale w Niemczech, także w NRD, jest legendą.
- I co? Ktoś wytknął Annie Eckart antypolski felieton? - zainteresowałem
się.
- Nikt się nie odważył. Ja też nie. Zresztą były ciekawsze tematy.
Czytał pan Intermezzo? Ostatnia powieść Eckart. Dobra. O fikcyjnym
kompozytorze, wmieszanym w różne intrygi w dziewiętnastowiecznej
Europie. Główny temat to wolność artystyczna, swoboda wypowiedzi. I o tym Eckart mówiła podczas sympozjum. A także w wywiadzie, który z nią
zrobiłem. Chociaż próbowałem skierować rozmowę w innym kierunku. Otóż w książce jest wątek polski. Bohater poznaje Chopina, wykrada mu rękopis
preludium wykonanego podczas prywatnej uroczystości i... No, przypisuje
kawałek sobie. Chopin oczywiście protestuje, ale nie potrafi udowodnić,
że to on jest twórcą. Historyjka mało prawdopodobna, ale Eckart
potrafiła ją uwiarygodnić. Zacytowała nawet pierwsze takty wymyślonego
przez siebie preludium. Po ukazaniu się anglojęzycznego wydania książki
było o tym głośno. Nie słyszał pan? Wywiązała się ciekawa dyskusja.
Amerykański muzykolog, którego nazwiska nie pamiętam, stwierdził, że
cytowany wstęp mógł stworzyć tylko Chopin. Odpowiedział mu profesor
Czupurny z Akademii Muzycznej w Warszawie. Właściwie go wykpił, ale
nawet on przyznał, że melodia nosi chopinowskie piętno. Cały ten zgiełk
przysłużył się oczywiście książce. Pojawiły się kolejne tłumaczenia. I chociaż Intermezzo poza NRD i Związkiem Radzieckim nie odniosło
sukcesu komercyjnego, miało wszędzie niezłą prasę. Nie dziwiłem się
więc, że wizyta autorki w Warszawie spotkała się z zainteresowaniem. I że Eckart zachowywała się u nas niemal jak gwiazda. Wie pan...
Werner skrzywił się na znak niechęci do pisarki.
- Była naprawdę wyniosła - kontynuował. - Właściwie ignorowała moje
pytania. Mówiła tylko to, co chciała powiedzieć. Jakby wygłaszała
napisaną wcześniej mowę. Jeśli mam być szczery, wkurzała mnie. Ale tak
naprawdę cieszyłem się, że mam ją w studiu. Gwiazda to gwiazda, wie pan.
No, ale nawet nie zrobiłem z tego audycji. Miałem się do tego zabrać po
trzynastym. I już mnie do radia nie wpuścili. Nie wiem nawet, czy taśma
z wywiadem jeszcze tam jest, czy może mundurowi, którzy siedzą na
Myśliwieckiej, nagrali na nią własne wygłupy.
Zdziwiłem się, że nie zrobił sobie kopii, ale zareagował na moją
nieprzemyślaną uwagę nerwowo.
- Gdybym wiedział, co się wydarzy trzynastego, prawdopodobnie wiele
swoich dźwięków bym skopiował. A tak pewnie wszystko przepadło...
Jego twarz przybrała markotny wyraz. Ale nagle rozjaśnił ją uśmiech.
- Czytał pan to? - Podał mi prawie nową książkę, którą ściskał pod pachą
wraz z Dialogami. Rzuciłem okiem na okładkową ilustrację,
przedstawiającą króla w za dużej koronie, i tytuł: Baśnie. Autorką
była Anna Eckart.
- Kupiłem tydzień temu w antykwariacie na placu Trzech Krzyży i już
przeczytałem - wyjaśnił. - Mogę pożyczyć. Niby dla dzieci, ale... Niezłe.
Nie wiedziałem wcześniej, że coś takiego napisała.
Nie bardzo miałem ochotę na lekturę bajek Anny Eckart, ale sięgnąłem po
ładnie wydany tom, gdy nagle ktoś wrzasnął, że zaczyna się sprawdzanie
listy obecności. W kolejce zawrzało. Werner rzucił, że musi lecieć, i zniknął w tłumie.
Zastanawiałem się przez moment, czy poruszyłem wszystkie interesujące
mnie kwestie, ale nie chciało mi się czekać na moment, kiedy mój
rozmówca znowu będzie wolny. I szybko się stamtąd oddaliłem.
Skierowałem się w stronę przystanku tramwajowego, z którego przyszedłem,
ale po kilku krokach zawróciłem. Stwierdziłem, że skoro jestem w centrum, zajrzę jeszcze do hotelu Forum. Zwłaszcza że przestało padać, a zza chmur wyjrzało słońce. Nie liczyłem na to, że dowiem się czegoś
nowego, ale chciałem mieć poczucie, że zrobiłem wszystko, by wyjaśnić
sprawę.
Przed wejściem do Forum stało dwóch wojaków w wymiętoszonych mundurach
polowych. Bardzo mnie to zdziwiło. Przed hotelem Warszawa nie było
żadnych posterunków.
Chciałem wyminąć żołnierzy, ale wyższy, lepiej zbudowany, zagrodził mi
drogę i poprosił o dokumenty. Niższy stał z boku i gapił się bezmyślnie
w dal. Wyjąłem z kieszeni dowód osobisty. Wyższy zaczął go powoli
przeglądać. Przewracał kartka po kartce, a kiedy dochodził do końca,
cofał się do początku i zaczynał raz jeszcze. Można było odnieść
wrażenie, że uczy się zawartych w dokumencie danych na pamięć. Czasami
obracał go w prawo lub w lewo, aby przestudiować treść pieczęci
rozsianych po kolejnych stronach. Wreszcie, po kilku ciągnących się
nieskończoność minutach, zapytał:
- A obywatel właściwie do kogo?
Zastanawiałem się, co powiedzieć. Mógłbym zmyślić jakieś nazwisko, ale
nie miałem pewności, czy żołnierze nie są w stanie sprawdzić, kto
mieszka w hotelu. Powiedziałem więc, że idę do baru, chociaż nie
wiedziałem nawet, czy bar jest czynny.
- Aaaa, do baru...
Żołnierz z ociąganiem oddał mi dowód. Chyba nie był przygotowany na taką
odpowiedź. Spojrzał jeszcze na kolegę, jakby chciał się upewnić, czy
postąpił słusznie, ale ten nadal nie wydawał się zainteresowany moją
osobą.
W holu panował dziwny spokój. Stan wojenny właściwie wykluczał
turystykę. I pewnie niewiele osób mieszkało w hotelu. W barze dwie
wyzywająco ubrane młode kobiety, prawdopodobnie prostytutki, rozmawiały
z długowłosym młodzieńcem w pstrokatej koszuli i poszarpanych dżinsach,
być może jednym z muzyków rockowych, których namnożyło się w kraju w tym
czasie. W kiosku starszy mężczyzna z siwą brodą przeglądał angielski
dziennik komunistyczny "Morning Star". Kwiaciarnia świeciła pustkami.
Skierowałem się do recepcji. Za ladą kłóciły się dwie urzędniczki,
ubrane w jednakowe bordowe mundurki i uczesane tak samo, w koczek, z małymi loczkami opadającymi na czoło. Z bliska okazało się, że są w różnym wieku - można by uznać, że to matka i córka. Wyjąłem z kieszeni
jedno ze zdjęć Anny Eckart, położyłem przed nimi i wyjaśniłem, że szukam
znajomej, która mieszkała w hotelu w grudniu, a potem wszelki słuch po
niej zaginął.
- Nie jesteśmy upoważnione do udzielania informacji na temat gości -
burknęła opryskliwie starsza z kobiet. - A poza tym tą sprawą zajmuje
się milicja. Proszę się zwrócić do nich. My powiedziałyśmy wszystko
oficerowi prowadzącemu śledztwo i nie mamy nic do dodania.
Zapewniłem ją, że jestem w kontakcie z milicją. A na potwierdzenie
dodałem, że wiem dokładnie, kiedy Anna Eckart się wymeldowała -
trzynastego grudnia o dziewiątej dwadzieścia siedem. Zabrzmiało to
przekonująco, w każdym razie starsza kobieta spojrzała na mnie trochę
bardziej przychylnym wzrokiem.
- No tak, ale ja tej pani właściwie nie pamiętam - dodała. - Zresztą w grudniu chorowałam, rzadko bywałam w pracy.
- A pani? - zwróciłem się do młodszej. Ta zrobiła się pąsowa.
- Ja nic nie wiem. Wtedy dyżur miał Rączyński.
- Wtedy, czyli trzynastego rano? - Chciałem uściślić uzyskaną
informację.
- Tak, trzynastego - przytaknęła.
- Ale jak już panu powiedziałam, nie możemy o tym rozmawiać - wtrąciła
druga, strzepując mały pyłek z nieskazitelnie czystego mundurka.
Było jasne, że niczego więcej się nie dowiem. Powinienem raczej dotrzeć
do człowieka, o którym wspomniała młodsza.
Chciałem już udać się do domu, ale przez okno zobaczyłem, że znowu
zaczęło padać.
Aby choć trochę odsunąć w czasie moment wyjścia z hotelu, postanowiłem
opróżnić pęcherz. W głębi lśniącej czystością, przestronnej toalety stał
boy hotelowy i palił papierosa. Popiół strząsał do umywalki. Miał jakieś
dwadzieścia lat i pewnie wierzył, że praca, którą wykonuje, to tylko
zajęcie przejściowe, a prędzej czy później życie wyznaczy mu bardziej
doniosłe zadanie. Robił wszystko, aby wyglądać poważnie, ale żałosny,
rzadki wąsik i widoczne na twarzy ślady po trądziku nieuchronnie
ujawniały, że ciągle jest młokosem. Może z nim pójdzie łatwiej,
pomyślałem. Wyjąłem zdjęcie Anny Eckart i bez zbędnych wstępów zapytałem
młodziana, czy pamięta takiego gościa.
- Pewnie, że tak - powiedział bez wahania. I natychmiast dodał, że
dobrze pamięta "tę sukę", ale zaraz się zreflektował i zaczął
przepraszać, że obraża moją znajomą. Czuł się też zobowiązany wyjaśnić,
skąd jego niechęć do kobiety z fotografii.
- Zaniosłem jej torbę do pokoju. Nie wiem, co tam miała. Ale ledwie ją
dotargałem. I wie pan co? Nie dała mi ani grosza. Wyjęła co prawda
portmonetkę, pogrzebała w niej i schowała z powrotem do torebki. Jakby
chciała mnie wkurwić. A kiedy wychodziłem, zaklęła pod nosem i dodała
głośno, tak żebym usłyszał: "Darmozjady!".
- Po niemiecku - stwierdziłem raczej, niż zapytałem.
- Po polsku! Zaklęła po niemiecku, a potem dodała po polsku:
"Darmozjady!".
- To niemożliwe. Nie zna polskiego.
- Pan wie swoje, ja swoje. Powiedziała po polsku: "Darmozjady!".
Trudno mi było uwierzyć w opowieść boya. Kobieta mogła przecież bąknąć
coś po niemiecku, co jedynie zabrzmiało jak "darmozjady". Albo widziała
gdzieś na murze hasło "Darmozjady z ZOMO do roboty!" i zapamiętała
pierwsze słowo. Chociaż wydało mi się mało prawdopodobne, by potrafiła
je wymówić.
Zniechęcony zapytałem, czy chłopak opowiedział tę historię milicji.
- Milicji? Skąd! Zresztą nie mieli zdjęcia, podali tylko jakieś
nazwisko. A ja przecież nie znam gości z nazwisk. Nie miałem pojęcia, o kogo chodzi. Dopiero kiedy pan pokazał mi fotkę, skojarzyłem, że to...
Znowu ugryzł się w język. I dodał:
- No wie pan, że tą zaginioną jest babka, która nie dała mi napiwku.
Oczywiście często się zdarza, że człowiek targa bagaże za frajer. Ale tę
panią zapamiętałem lepiej niż innych. "Darmozjady!". Słyszę to do dziś.
No, ale później już jej nie spotkałem.
Przypomniałem sobie jeszcze o Rączyńskim. Miałem nadzieję, że chłopak
będzie wiedział, kiedy recepcjonista ma dyżur. Odpowiedź mnie
zaskoczyła.
- Rączyński nie żyje! Popełnił samobójstwo. W końcu grudnia czy na
początku stycznia. Fajny gość, nie to co te dwie suki, które pracują
dzisiaj. Ale miał jakieś problemy. Wpadł w długi, żona go zostawiła. A potem stan wojenny... Wyskoczył z siódmego piętra. Tak słyszałem. Nie
byłem na pogrzebie, bo miałem wtedy wolne i pojechałem do dziewczyny.
Podobno prawie nikt z pracowników nie był. Dyrekcja też nie. Wie pan,
jak jest. Tak naprawdę mają nas w dupie. Ale ja też mam ich w dupie.
Chłopak zgasił papierosa o brzeg umywalki, wrzucił niedopałek do
pisuaru, skinął głową na pożegnanie i wyszedł z toalety.
Okazało się więc, że z Rączyńskim już nie pogadam.
Oddałem mocz, umyłem ręce i wróciłem do holu, ale ponieważ nadal padało,
zajrzałem do kiosku, żeby przekartkować gazetę. Pomyślałem, że skoro
jestem w centrum, mógłbym obejrzeć jakiś film. Otworzyłem "Życie
Warszawy" na stronie z programem kin, ale nie znalazłem nic dla siebie.
Nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać po Vabanku, granym w Atlanticu i Moskwie, a na obrazy radzieckie, enerdowskie i bułgarskie
nie miałem ochoty. Odłożyłem gazetę na miejsce, żeby nie denerwować
sprzedawcy, który cały czas przyglądał mi się badawczo, i zdecydowałem
się sprawdzić, czy on pamięta Annę Eckart. Sięgnąłem po zdjęcie
zaginionej. Zanim zdążyłem się odezwać, facet zaklął pod nosem, pokiwał
głową i zapytał:
- To pana znajoma?!
Nie ulegało wątpliwości, że się z nią zetknął. Poprosiłem, by mi o tym
opowiedział.
- Weszła, to było trzynastego grudnia, wie pan, dzień wprowadzenia stanu
wojennego, zaraz po otwarciu kiosku, o dziewiątej z minutami, i zapytała, czy mam mapę Polski - zaczął. - Powiedziałem, że owszem.
Wyjąłem, rozłożyłem na ladzie. Zaczęła oglądać, a w pewnej chwili
sięgnęła na półkę po flamastry, o tam. Rozpieczętowała, wyciągnęła
czerwony i coś zaznaczyła. Byłem przekonany, że chce tę mapę kupić. A jeśli tak, niech sobie maże. Tymczasem... No, nie uwierzy pan! Wrzuciła
flamaster do torebki i wyszła. Po prostu. Myślałem, że mnie szlag trafi!
Mapa, której już nie sprzedam, to dwadzieścia złotych, komplet
flamastrów, którego nie sprzedam, bo jednego brakuje - piętnaście.
Dlaczego, do cholery, mam płacić prawie cztery dychy z własnej kieszeni?
Zdziwiło mnie, że nie pobiegł za kobietą i nie domagał się, by
zapłaciła. Ale zapytałem tylko, czy ma jeszcze tę pomazaną mapę, bo
chętnie bym ją kupił - razem z niekompletnym zestawem flamastrów.
Okazało się, że mapa leży od grudnia pod ladą. Kioskarz ucieszył się, że
się jej pozbędzie i odzyska stracone, jak sądził, pieniądze. Dopiero
kiedy zapłaciłem, rozłożył płachtę na ladzie. Od razu zauważyłem
narysowane grubym czerwonym flamastrem kółko. Wskazywało małą
miejscowość na zachodzie kraju. "Stary Krzyż", przeczytałem na głos.
Czyżbym trafił na ślad, który doprowadzi mnie do zaginionej?, pomyślałem
podekscytowany. I zapytałem jeszcze, czy sprzedawca pokazywał mapę
milicji.
- Milicji? - Zdziwił się.
- Nie przesłuchiwali pana w związku z zaginięciem w grudniu kobiety,
która mieszkała w hotelu?
- To ta babka, która zaginęła? - Zdziwił się jeszcze bardziej. I dodał:
- Nie miałem pojęcia, że o nią chodzi.
Wyglądało na to, że udało mi się przechytrzyć śledczych. Wsunąłem
otwartą na Starym Krzyżu mapę między strony Baśni Anny Eckart i skierowałem się do wyjścia z hotelu. Ale w tej samej chwili przy jednym
ze stolików w głębi holu zauważyłem zezowatego mężczyznę w szarym
garniturze. Tego samego, którego widziałem w barze hotelu Warszawa.
Nieznajomy, rozparty na szerokim, obitym materiałem skóropodobnym
fotelu, pił tak jak dzień wcześniej kawę. Robił to powoli, celebrując
każde uniesienie małej filiżanki do ust, delektując się każdym łykiem. Z daleka nie potrafiłem stwierdzić, czy patrzy na mnie, i przez moment
karmiłem się nadzieją, że nie zostałem zauważony. Kiedy jednak chciałem
się odwrócić i ruszyć do drzwi, mężczyzna lekko skinął w moją stronę
głową, co oznaczało jedno. Było to zaproszenie, czy raczej wezwanie.
Rozkaz bez słów.
Poczułem, że nogi mam jak z waty, chociaż nie bardzo wiedziałem,
dlaczego aż tak bardzo się boję. Kiedy skierowałem się w stronę
nieznajomego, przez mózg przemknęła mi myśl, że może tylko wyobraziłem
sobie jego przywołujące skinięcie głową. To szaleństwo, pomyślałem. I już chciałem minąć faceta, kiedy usłyszałem słowa skierowane bez
wątpienia do mnie, bo nikogo innego nie było w pobliżu.
- Pyszna kawa. Najlepsza w Warszawie. Ten aromat! Ten cudowny cynamonowy
posmak! Chce pan spróbować? Zamówię panu...
Grzecznie odmówiłem.
- Proszę usiąść - warknął tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Niech pan nie
sterczy tak nade mną, do cholery!
Wskazał mi miejsce obok siebie, ale wybrałem inne, trochę dalej,
umożliwiające obserwację jego twarzy, chociaż rozbiegane oczy i tak
uniemożliwiały wyczytanie z niej czegokolwiek.
- Przecież ja pana nie znam - zauważyłem bez przekonania.
- Ale my pana znamy! - uciął krótko, a jego słowa nie pozostawiały
wątpliwości, kim jest.
Zastanawiałem się, gdzie schować Baśnie Anny Eckart ze wsuniętą między
strony mapą, wskazującą odkryty przeze mnie trop. Książka była jednak
tak duża, że nie bardzo miałem pomysł, jak ją ukryć i po prostu
położyłem na stoliku przed sobą.
- Przyglądam ci się, synu, od wczoraj i nie mogę wyjść z podziwu... -
Szary Garnitur uznał widocznie, że poskromił mnie na tyle, iż ma prawo
zwracać się do mnie na ty, ba, może kontynuować rozmowę z pozycji
zatroskanego ojczulka. Z cichym siorbnięciem pociągnął kolejny łyk
ulubionego napoju i dopiero po chwili powrócił do przerwanej myśli.
- Zachodzę w głowę, jakim cudem udało ci się namówić Kristinę Eckart na
wywiad. Wiem, że dziś rano rozmawiała z Ziębą z "Filmu". No ale to było
spotkanie umówione dwa tygodnie wcześniej, od dawna o nim wiedzieliśmy.
Poza tym odbyło się w Ośrodku Kultury NRD, gdzie można nad wszystkim
zapanować. Nie dopuścić, by wywiad wymknął się spod kontroli i wykroczył
poza temat filmowej kariery pani Eckart. Nie mówiąc o tym, że Zięba
dostał od pani Eckart piętnaście minut. A ty, synu, pojawiłeś się znikąd
i co? Spotykasz się z Kristiną Eckart w przytulnym barze, gadacie z godzinę, może dłużej, Bóg jeden wie o czym... Znaczy nietrudno się
domyślić o czym. Raczej nie o filmie, prawda? Bo gdybyście gadali o filmie, nie spotkałbym cię tu dzisiaj. Mam rację? I nie przyłapałbym cię
na rozpytywaniu w recepcji o Annę Eckart z jej książką pod pachą!
Facet pochylił się w moją stronę, sięgnął po gruby tom, uniósł do góry i z całej siły trzasnął nim o stół. Mapa wysunęła się na tyle, że naszym
oczom ukazała się część czerwonego kółka otaczającego Stary Krzyż.
- Powiedz mi tylko, chłopcze, gdzie ty chcesz ten swój artykuł
opublikować? - Szary Garnitur przechylił lekko głowę, jakby przyglądał
się maźnięciu flamastrem na mapie. - Przecież nie w kraju. Nikt ci go
nie wydrukuje. Na Zachodzie? I co, będziesz cytował Kristinę Eckart? Nie
wierzę, żeby się zgodziła. Władzom NRD, tak jak naszym, nie zależy na
nagłaśnianiu zaginięcia Anny Eckart. Przynajmniej na razie. Jak będziemy
wiedzieli coś więcej... No, zobaczymy...
Chociaż wcześniej obiecywałem sobie w myślach, że nie będę się z niczego
tłumaczył, zacząłem gorączkowo wyjaśniać, że nie mam zamiaru niczego
nagłaśniać. Chcę tylko pomóc przyjaciółce.
- Mam wrażenie - zacząłem trochę niepewnie - że doszło do
nieporozumienia. Nie zbieram materiałów do artykułu. Nie robiłem też
wywiadu. Spotkaliśmy się przypadkiem. Znajomość ze studiów. Pogadaliśmy...
To prawda, Krystyna opowiedziała mi o zaginięciu teściowej. I poprosiła,
bym się rozejrzał, popytał. Bo od polskich władz ona i jej mąż nie
dowiedzieli się niczego. A minęły już przecież cztery miesiące.
- Mam w to uwierzyć? - Szary Garnitur poczerwieniał i znowu podniósł
głos. Ponownie pochylił się w moją stronę i wyciągnął rękę w stronę
Baśni. Byłem pewien, że sięga po mapę, ale jego dłoń zawisła w powietrzu.
- Naprawdę mam uwierzyć, że Kristina Eckart jest twoją koleżanką ze
studiów? A może jeszcze powiesz, że była twoją dziewczyną? Nie
rozśmieszaj mnie!
Znowu złapał książkę i w tej samej chwili odrzucił niedbale. Mapa
wysunęła się jeszcze bardziej. Najchętniej pchnąłbym ją palcem głębiej,
ale bałem się, że zwrócę na nią uwagę.
- Chłopcze, wiesz, ile razy widziałem Nagą kobietę na stadionie? -
kontynuował. - Strzelaj! Nie chcesz? To ci powiem. Siedem. Siedem razy!
Siedem razy poszedłem na nudny enerdowski film tylko po to, żeby
zobaczyć, jak Kristina Eckart zrzuca z siebie białe futro. I pokazuje
się nago! Oczywiście widziałeś ten film?
Nie spuszczając wzroku z mapy, która w każdej chwili mogła zainteresować
mężczyznę, zastanawiałem się, czy powinienem się przyznać, że nie tylko
nie widziałem filmu, ale też nigdy o nim nie słyszałem. Nie udało mi się
jednak odezwać, bo Szary Garnitur nie miał zamiaru dopuścić mnie do
słowa. Tak się roznamiętnił swoją opowieścią, że chyba na moment
zapomniał, z kim dyskutuje i jaki cel ma rozmowa.
- Chłopcze, nigdy nie widziałem piękniejszego ciała! Ta kobieta to
bogini! Bo-gi-ni!
Zaschło mu chyba w gardle, bo sięgnął po filiżankę, ale była już pusta.
Chwila przerwy w rozmowie pozwoliła mu ochłonąć.
- Tak, wiem, że studiowaliście na jednej uczelni - stwierdził
spokojniejszym tonem, ale tym samym, chrapliwym, nieprzyjemnym głosem. -
Myślałeś, że nie sprawdziłem? Szkoła Główna Planowania i Statystyki. Ale
wydziały różne. I co ważniejsze: ty uzyskałeś dyplom kilka lat później.
Mogliście oczywiście wpaść na siebie. Ale nie wmówisz mi, że
najpiękniejsza kobieta Europy Wschodniej... Przecież byłeś dla niej
gówniarzem!
- A jednak poznaliśmy się podczas studiów - upierałem się.
Mężczyzna, zezując w prawo i w lewo, wyjął z paczki leżącej na stoliku
papierosa, zapalił i zaciągnął się głęboko. Przez chwilę milczał.
- W takim razie, kurwa, jest nawet gorzej, niż myślałem! - warknął. -
Sądziłem, że zbierasz materiały do artykułu, który i tak nigdy i nigdzie
by się nie ukazał. A ty się bawisz w prywatnego detektywa!
Sięgnął po zapalniczkę, którą chwilę wcześniej odłożył, i zaczął nerwowo
obracać ją w palcach, a w pewnej chwili ścisnął z całej siły w dłoni.
Miałem wrażenie, że miażdży mnie wraz z moim żałosnym śledztwem.
- I co, myślisz, że tylko ty zostałeś zaproszony na przyjęcie? - syknął
z nienawiścią i pogardą w głosie. - Chyba nie jesteś aż tak naiwny!
Chociaż kto cię wie? Otóż dowiedz się, że nie ma przyjęcia bez tłumu. A czy sprawa zaginięcia Anny Eckart potrzebuje tłumu amatorów, który
zadeptuje ślady i robi mnóstwo hałasu? Chyba nie muszę ci mówić, że
poszukiwania kogoś takiego jak znana niemiecka pisarka, która zniknęła...
No, wiadomo kiedy... Wymagają niesłychanej ostrożności. Białych
rękawiczek. Stąpania na palcach. A nie fanfar!
Nie bardzo wiedziałem, o czym mówi. Czyżby Krystyna poprosiła o pomoc w poszukiwaniach jeszcze kogoś?
- Dobrze ci radzę, zapomnij o tej sprawie. - Szary Garnitur odłożył
zapalniczkę. Po raz kolejny wyciągnął rękę w stronę książki. Sięgnie po
mapę? Pulchna dłoń znowu zawisła na moment w powietrzu. - Zapewniam cię,
że zajmują się tym... No, najlepsi z najlepszych. I znajdą ją. Zawsze
znajdują. A twoje żałosne poszukiwania na pewno im nie pomogą. Najlepiej
zresztą, gdybyś wyjechał na kilka tygodni. Żebym nie musiał się martwić.
O ciebie, o twoich bliskich...
Mężczyzna próbował wzmocnić wagę swoich słów groźnym spojrzeniem, a do
mnie dotarło, jak bardzo jest podobny do docenta Siary, który
egzaminował mnie z ekonomii politycznej socjalizmu. Pierwsze podejście z góry było skazane na niepowodzenie. Siara, który kilka tygodni wcześniej
poślubił dziewczynę z mojego roku, wszystkim znajomym małżonki postawił
piątki. A pozostałych musiał potraktować mniej życzliwie. Dla równowagi.
W rezultacie zostałem wraz z kilkoma innymi kolegami wytypowany do
odstrzału, co specjalnie mnie nie zdziwiło, mimo że przedmiot opanowałem
nieźle i moje odpowiedzi zasługiwały co najmniej na urzędową tróję.
Zupełnie nie mogłem natomiast pojąć porażki w drugim podejściu.
Przygotowałem się jeszcze lepiej, tymczasem docent bez słowa wyjaśnienia
wpisał mi do indeksu dwóję (zdałem dopiero za trzecim razem). Zdziwiła
mnie ta perfidia, bo udowadniać niczego już chyba nie musiał, ale
kombinacja zeza rozbieżnego ze złowieszczym uśmiechem uniemożliwiała
odczytanie czegokolwiek z jego twarzy.
Tak samo bezradny i zdezorientowany czułem się w towarzystwie ubeka w szarym garniturze. A jednak ośmieliłem się wydusić z siebie pytanie,
które chyba nie powinno było paść.
- Grozi mi pan?
- Ja? Skąd! - zaprzeczył. - Dlaczego miałbym ci grozić, synu? Ja tylko
myślę, że najlepiej dla ciebie będzie, jeśli zaraz po Wielkiej Nocy
wsiądziesz do pociągu i znikniesz. Na jakiś czas. Bo jeśli znowu wpadnę
na ciebie i dowiem się, że pakujesz nos w sprawy, które cię przerastają...
Chociaż facet mi groził, w jego rozbieganym spojrzeniu było coś
rozbrajającego. Może dlatego na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
- Co cię tak, kurwa, bawi? - przywołał mnie do porządku. - Powiedziałem
coś śmiesznego?
Miałem wrażenie, że znowu zainteresował się Baśniami i wsuniętą w nie
mapą. Aby odwrócić jego uwagę od książki, stwierdziłem, że nie mogę
nigdzie wyjechać, bo nie mam wymaganego podczas trwania stanu wojennego
pozwolenia na poruszanie się po kraju. Okazało się, że jest na to
przygotowany. Sięgnął po brązową teczkę stojącą obok stolika, wyjął z niej dość gruby segregator, położył na stoliku przed sobą, otworzył i wydobył jakiś świstek. Rzuciłem okiem na inne dokumenty, składające się
na obszerne dossier, i zrobiło mi się słabo. Była tam kserokopia mojego
dyplomu, spod niej wystawała kserokopia mojego podania o urlop
bezpłatny. Zastanawiałem się, jakie jeszcze papiery dotyczące mojej
osoby udało się zgromadzić służbie bezpieczeństwa. Świadectwo urodzenia?
Świadectwa szkolne? Świadectwa lekarskie? Kopie moich artykułów? Kopie
listów miłosnych ode mnie i do mnie?
Mężczyzna położył świstek na Baśniach i skinieniem głowy dał znak, bym
po niego sięgnął. Zgarnąłem go razem z książką i mapą, którą dyskretnie
wsunąłem głębiej.
Decyzja - przeczytałem nagłówek. Na podstawie § 2 rozporządzenia
Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 12 grudnia 1981 r. w sprawie
zezwolenia na zmianę miejsca pobytu w czasie obowiązywania stanu
wojennego oraz zasad i trybu postępowania w tych sprawach (DZ.U. Nr. 29,
poz. 184) zezwalam obywatelowi - w odpowiednie okienko ktoś wpisał
długopisem moje imię i nazwisko - na zmianę miejsca pobytu z m.
Warszawa do miejscowości - tu zostawił puste miejsce - w czasie od -
puste miejsce - do - puste miejsce. Decyzja niniejsza jest
ostateczna. Pismo podpisał z upoważnienia Prezydenta Miasta magister
Adam Wleciał, a jego ważność usankcjonował pieczęcią następującej
treści: "Urząd Dzielnicy Warszawa Wola. Wydział Spraw
Społeczno-Administracyjnych".
- Zjedz z mamusią wielkanocne jajeczko. - Facet znowu był troskliwym
ojczulkiem. - A potem wpisz co trzeba i zmywaj się stąd! To dobra rada.
Uwierz mi.
- Czy mogę... - Chciałem zapytać, czy nic się nie stanie, jeśli wyjadę z Warszawy tydzień czy dwa po świętach, ale mężczyzna nawet nie pozwolił
mi skończyć.
- To nie jest koncert życzeń! - huknął ze złością.
Intrygowało mnie, czy gość naprawdę nie ma pojęcia o tym, że trop
prowadzi do Starego Krzyża. Gdyby o tym wiedział, nie ułatwiałby mi
chyba wyjazdu z Warszawy?
Złożyłem podsunięty mi dokument na cztery i schowałem do kieszeni.
Książkę z mapą wsunąłem pod pachę. Wstałem, kiwnąłem głową na pożegnanie
i nie oglądając się za siebie, ruszyłem w stronę wyjścia.
Kiedy otwierałem już drzwi, dobiegł mnie donośny krzyk, który nadał
szczególnej mocy słowom wypowiedzianym wcześniej:
- Żebym nie musiał się o ciebie martwić!
13 grudnia 1981, niedziela, ranek
Anna Eckart obudziła się z uczuciem, że ktoś założył jej na głowę
metalową obręcz i zaczął powoli zaciskać. Znała już ten narastający,
przenikliwy ból i wiedziała, że jedyne, co może zrobić, to poczekać, aż
minie, bo leki, które wzięła ze sobą z Berlina, skończyły się dzień
wcześniej.
Przez kwadrans czy dwa leżała w ciemnościach i dopiero gdy dolegliwości
zelżały, zesztywniała podniosła się z łóżka, zapaliła lampkę nocną,
owinęła się ciepłym szlafrokiem i usiadła przy stoliku.
Wzięła do ręki długopis i na papierze listowym hotelu Forum skreśliła
kilka zdań, które - mimo bólu - przyszły jej do głowy zaraz po
przebudzeniu. Dawno już nabrała przekonania, że warto zapisywać
wszystkie intrygujące, nieoczywiste myśli, które podsuwa podświadomość,
bo na gorąco trudno ocenić ich wartość i znaczenie. A jednak po
dwukrotnym przeczytaniu tego, co zanotowała, skrzywiła się z niesmakiem,
zgniotła kartkę i wyrzuciła do kosza.
W pierwszej chwili wydawało się, że niejasne słowa wyłowione ze snu mają
w sobie moc zaklęcia, pozwalającego zmierzyć się z odrętwieniem, które
spadło na nią po wizycie Henryka Kurty. Ale przeniesione na papier,
ukazały całą swą marność. Bełkot, pomyślała.
Spojrzała na zegarek. Było kilka minut po piątej. Lubiła wstawać
wcześnie, ale nie aż tak wcześnie. Odrzuciła szlafrok i wróciła do
łóżka. Z niechęcią myślała o podróży do Alt-Kreuz. Ale czy miała inne
wyjście?
Poirytowana, że nie może zasnąć, podniosła się znowu, zdjęła koszulę
nocną i weszła do łazienki, żeby się umyć. Kąpiel sprawiła, że poczuła
się lepiej. Powoli ubrała się i uczesała, zamknęła pokój i windą
zjechała na dół.
W recepcji dyżurował starszy mężczyzna, na którego podczas pobytu w hotelu natknęła się już kilka razy. Robił wrażenie zdenerwowanego.
Zagadnęła go po niemiecku o lek przeciwbólowy, ale chyba nie zrozumiał,
bo powiedział po polsku coś, co nie miało związku z jej prośbą i co nie
od razu do niej dotarło:
- Stan wojenny. W nocy wprowadzili stan wojenny.
Zniechęcona wróciła do pokoju. Zastanawiała się nad słowami
recepcjonisty, które nadal dźwięczały w jej uszach. "Stan wojenny"? Co
to niby miało znaczyć? Wszystko stało się jasne, kiedy wyjrzała przez
okno i w bladym świetle brudnych latarń dojrzała na samym środku dużego
ronda, pośród hałd śniegu, znieruchomiałe masywne sylwety wozów
opancerzonych.
Z początku uznała, że to siły zbrojne Układu Warszawskiego wkroczyły do
Polski, aby wziąć za mordę wichrzycieli z Solidarności. Publicyści w Niemieckiej Republice Demokratycznej od dawna podkreślali, że w sierpniu
osiemdziesiątego roku władze peerelowskie nie powinny były ulec wrogom
ustroju, a skoro okazały słabość, obowiązkiem całego świata
socjalistycznego stało się zdławienie kontrrewolucji i zażegnanie
anarchii. Zwłaszcza po maju osiemdziesiątego pierwszego, kiedy - jak
przeczytała w "Neues Deutschland" - Solidarność zaczęła tworzyć bojówki
wzorowane na Oddziałach Szturmowych NSDAP.
Musiało minąć kilka godzin, nim przyjrzała się żołnierzom i pojazdom
opancerzonym z bliska i zrozumiała, że misję przywrócenia porządku w kraju wzięło na siebie Wojsko Polskie.
- Szkoda, generale Jaruzelski, że tak późno! - mruknęła wtedy pod nosem,
szukając w myślach odpowiedzi na pytanie, czy powinna się cieszyć, że
obyło się bez interwencji zbrojnej z zewnątrz, prawdopodobnie
skuteczniejszej, ale i bardziej brutalnej niż operacja własnej armii.
Tymczasem zastanawiała się, czy stan wojenny nie przeszkodzi jej dotrzeć
do Alt-Kreuz, odnaleźć i wydobyć przedmioty ukryte przez Olafa, a potem,
nie wzbudzając niczyich podejrzeń, wrócić z nimi do Berlina.
Długo krążyła po pokoju, rozcierając intensywnie skronie, a kiedy na
chwilę zastygła w miejscu, uspokoiła ją myśl, że stan wojenny może się
wręcz okazać ułatwieniem.
Wojna to zamęt, chaos i bałagan. A w zamęcie, chaosie i bałaganie
łatwiej zrobić coś niezgodnego z ustalonym porządkiem niż w czasie
spokojnym, kiedy każde zdarzenie niecodzienne, wyłamujące się z rutyny
dnia powszedniego, musi zwrócić uwagę ludzi stojących na straży prawa.
Anna Eckart weszła do łazienki, sięgnęła po kosmetyczkę, wyjęła z niej
krem przeciwzmarszczkowy, odkręciła pojemniczek, nabrała trochę na dłoń
i powoli wtarła w skórę twarzy. Czynność ta zawsze działała na nią
kojąco.
Było już wpół do ósmej, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Zapytała,
kto zakłóca jej spokój. Nieoczekiwany gość zachrypniętym głosem mówił
coś po niemiecku, ale ponieważ jego znajomość języka pozostawiała wiele
do życzenia, nie mogła zrozumieć, o co chodzi. Po chwili wahania
zdecydowała się otworzyć drzwi.
Nieuczesany, niedbale ubrany mężczyzna przedstawił się jako jeden z organizatorów sympozjum, na które została zaproszona do Warszawy,
przywitał się wylewnie i wygłosił długą mowę, z której wyłowiła tylko
jedną informację, dobrze jej już znaną, o działaniach wojskowych w kraju.
Wpuściła gościa do pokoju, poprosiła, by powtórzył trochę wolniej to, co
zamierzał jej przekazać, i dopiero wtedy zrozumiała, że dziennikarz
telewizji ZDF, który chciał przeprowadzić z nią wywiad, na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego zdecydował się na natychmiastowy powrót do
kraju. Na szczęście dysponował własnym samochodem, bo komunikacja
lotnicza i kolejowa na trasach międzynarodowych została przez polskie
władze zawieszona.
- W związku z tą niedogodnością musi pani zostać u nas jeszcze kilka dni
- dodał mężczyzna z głupawym uśmieszkiem na twarzy. - Aż sytuacja się
unormuje. Oczywiście nasz instytut pokryje wszelkie koszty. - Podrapał
się po głowie i dodał: - Mam nadzieję, że pokryje.
A zaraz potem wyjął z kieszeni zaświadczenie potwierdzające, że Anna
Eckart jest enerdowską pisarką i przebywa w Polsce na zaproszenie
rektora Uniwersytetu Warszawskiego.
- W obecnej sytuacji - zaczął niepewnie. - No, lepiej mieć przy sobie
dokument wyjaśniający, kim pani jest i dlaczego przyjechała pani do
Polski.
Wzięła zaświadczenie, złożyła na pół i stwierdziła, że sobie poradzi.
Zapytał, czy na pewno. Na pewno. Zaproponował, że da jej trochę
pieniędzy. Mruknęła, że nie ma takiej potrzeby.
Chciała jak najszybciej pozbyć się intruza. Nie słuchała powtarzanych do
znudzenia przeprosin za nieoczekiwane utrudnienia. Raz czy dwa
chrząknęła znacząco, ale chyba nie rozumiał, że go ponagla. I dopiero
gdy zniknął za drzwiami, odetchnęła z ulgą.
Odwołanie wywiadu było jej na rękę. Postanowiła nie zwlekać z wyjazdem
do Alt-Kreuz. Wierzyła, że stamtąd bez trudu dostanie się do domu. To
przecież tak blisko! A poza tym nie mogą jej trzymać w tym okropnym
kraju wiecznie!
Podeszła do szafy, wyrzuciła całą jej zawartość na łóżko i chociaż w pierwszej chwili zamierzała po prostu zwinąć ubrania w jeden wielki
tłumok i wcisnąć do torby, po chwili namysłu zaczęła starannie składać
każdą bluzkę, każdą spódnicę, każdą część garderoby tak, żeby się nie
pogniotły, i dopiero chować według wypracowanego przez lata schematu
pakowania bagażu. Przypomniała sobie jeszcze o bieliźnie upchniętej do
górnej szuflady szafki nocnej, dokumentach rozrzuconych koło łóżka oraz
przyborach do mycia i kosmetykach ustawionych na umywalce w łazience.
Kiedy chciała już zasunąć suwak, zastygła na moment, sięgnęła do kosza
na śmieci po zapisaną przez siebie kartkę, wcisnęła ją między ubrania i dopiero wtedy zamknęła torbę.
Zrobiła sobie makijaż, narzuciła na żakiet elegancki kożuch i ponownie
zjechała windą na dół. Przed wpół do dziesiątej wymeldowała się z hotelu
i zapytała recepcjonistę o najbliższy ekspres do Poznania. Wyjaśnił, że
według rozkładu powinien wyjechać ze stacji Warszawa Centralna o dziesiątej trzydzieści osiem, ale w związku z wprowadzeniem stanu
wojennego nie wiadomo, czy w ogóle pojedzie.
Anna Eckart wierzyła w niezawodność instytucji takich jak koleje
państwowe i była absolutnie przekonana, że o dziesiątej trzydzieści
osiem opuści Warszawę. A ponieważ miała jeszcze trochę czasu,
postanowiła poszukać lekarstwa na ból głowy, choćby zwykłej aspiryny,
oraz zjeść szybkie śniadanie.
Wstąpiła do kiosku. Niestety, sprzedawca zagadnięty po niemiecku o leki
rozłożył bezradnie ręce. Zapytała więc, tym razem po angielsku, o mapę
Polski. Ze zdumieniem stwierdziła, że nie przypomina sobie polskiej
nazwy Alt-Kreuz. Kiedy mężczyzna podał jej rozwiniętą przez siebie
płachtę, położyła ją na ladzie i zaczęła szukać. Ach tak. Stary Krzyż.
Jak mogła zapomnieć?! Sięgnęła na półkę po opakowanie flamastrów, wyjęła
jeden i wzięła odczytaną nazwę w kółko. Stary Krzyż, powtórzyła w myślach.
Otworzyła torebkę, aby wyjąć portmonetkę i kupić mapę, ale w tej samej
chwili doszła do wniosku, że to zbędny wydatek. Była pewna, że wydobyta
z zasobów pamięci nazwa już z nią zostanie. Kiedy sprzedawca zaczął
ustawiać coś na półce, wrzuciła odruchowo flamaster, który trzymała w dłoni, do torebki i szybkim krokiem opuściła kiosk. Wzięła bagaż, który
zostawiła w holu, i skierowała się do wyjścia, a stamtąd prosto na
dworzec Warszawa Centralna.
W kasie kupiła bilet, na razie tylko do Poznania, a w punkcie aptecznym
leki przeciwbólowe. Wstąpiła też na dworcową pocztę. Poprosiła o widokówkę, napisała na niej po angielsku: "Zdobędę to, czego pan szuka.
Odezwę się za kilka dni", dodała swoje inicjały, skopiowała z notesu
adres i przykleiła znaczek. Po chwili wahania, czy czegoś nie dodać,
uznała, że nie ma takiej potrzeby, i wrzuciła kartkę do skrzynki.
Spojrzała na zegarek. Ponieważ zrobiło się późno, zdecydowała się zjeść
śniadanie w wagonie restauracyjnym. Chociaż torba coraz bardziej jej
ciążyła, ruszyła szybkim krokiem na peron. Ponieważ wszystkie wagony
były niemal puste, wsiadła do pierwszego z brzegu. Weszła do jednego z przedziałów, postawiła bagaż na podłodze, zdjęła kożuch i zajęła miejsce
przy oknie. Kiedy pociąg ruszył, z ulgą pomyślała, że opuszcza miasto,
które zrobiło na niej tak niekorzystne wrażenie. Dopiero po chwili
zorientowała się, że zamiast do Poznania jedzie na wschód.
13 kwietnia 1982, wtorek
Od razu poznałem miejsce, w którym się znalazłem. Chociaż miejskie
targowisko, które miałem przed sobą, zniknęło z planu miasta jeszcze
przed drugą wojną światową, nie ulegało wątpliwości, że jestem na placu
Trzech Krzyży.
Moją uwagę przykuli zachwalający głośno swoje usługi szatkownicy
kapusty. Zwłaszcza jeden, zezowaty, przypominający faceta w szarym
garniturze i dający mi jakieś znaki. Próbowałem odczytać jego gesty, gdy
nagle oparta o ogrodzenie ogromna deska szatkownicza, zakończona tarczą
przypominającą ludzką głowę, zaczęła się powiększać niczym nadmuchiwany
balon, aż w końcu przyjęła postać gilotyny, takiej samej, jaką można
zobaczyć na rycinach z okresu rewolucji francuskiej.
Rzuciłem się do ucieczki - byle dalej od szatkownika o twarzy mężczyzny
w szarym garniturze i jego narzędzia śmierci. W pierwszej chwili
chciałem zanurzyć się w gąszczu ciasnych, zabłoconych alejek targowiska,
ale zniechęcił mnie gęsty tłum kupujących warzywa, owoce, suszone
grzyby, orzechy włoskie, mleko, zawinięte w liście chrzanu masło w gomółkach, jaja, pieczywo, żywy drób i ryby.
Postanowiłem schronić się w redakcji "Szpilek", gdzie miałem znajomych i czasem wpadałem, ale kiedy dotarłem na miejsce, ze zdumieniem
stwierdziłem, że budynku, do którego zmierzam, nie ma, a w głębokiej
wnęce między domami mieści się skład węgla.
Zrozpaczony rzuciłem się w stronę nadjeżdżającego tramwaju konnego,
chociaż nie była to najlepsza kryjówka, wóz nie miał bowiem bocznych
ścian i pasażerów widać było w nim jak na dłoni. Wskoczyłem na
prowadzący do niego stopień, zająłem miejsce w głębi i schyliłem nisko
głowę, aby nie zostać rozpoznanym, gdy nagle pojazd gwałtownie się
zatrzymał.
W tej samej chwili się obudziłem, ale obraz Warszawy sprzed wielu lat
pozostał żywy w mojej głowie. Był oczywiście echem wspomnieniowych
książek, które czytałem w czasach szkolnych, nie przeczuwając, że wryją
się w podświadomość aż tak głęboko.
Przetarłem oczy. Byłem w pociągu do Poznania. Za oknem rozpościerało się
rozległe, sięgające aż po horyzont, milczące pole. Kompletna pustka.
Żadnych żołnierzy i wozów bojowych, żadnych znamion czasu wojny.
Spojrzałem na zegarek. Minęła pierwsza. Jechałem niewiele ponad godzinę.
Siedząca naprzeciwko chuda kobieta w staroświeckich okularach
przysłaniających bladą twarz, rozciągniętym swetrze z brązowej włóczki i długiej spódnicy z ciemnobrunatnego bistoru bacznie mi się przyglądała.
- Zły sen? - zapytała z troską w głosie.
Nie miałem ochoty na rozmowę, zamruczałem więc tylko potakująco.
Zniechęcona zatopiła się w lekturze jednego z czasopism, które trzymała
na kolanach, ale po dłuższej chwili odezwała się znowu:
- Grzeją jak nieprzytomni! Nie da się trochę przykręcić?
- Nie sądzę - powiedziałem. Doświadczenie podpowiadało mi, że
umieszczona nad drzwiami do przedziału dźwignia do regulacji temperatury
to tylko atrapa.
- To może byśmy otworzyli na chwilę okno? - zaproponowała kobieta, ale
pomysł nie bardzo mi się spodobał. Podczas świąt Wielkiej Nocy pogoda
gwałtownie się pogorszyła, temperatura spadła, w Warszawie spadł deszcz
ze śniegiem. Zanim jednak zdążyłem zaprotestować, moja współtowarzyszka
podróży zerwała się z miejsca i zaczęła bezskutecznie siłować się z oknem. Niechętnie podniosłem się, żeby pomóc. Stanąłem za nią i również
pociągnąłem za uchwyt, ale okno pozostawało zamknięte. Chciałem
zrezygnować, ale specjalistka od złych snów nie dawała za wygraną.
Szarpała energicznie w dół i w górę, w dół i w górę, a w pewnej chwili
gwałtownie się odsunęła i wpadła na mnie z takim impetem, że omal się
nie przewróciłem. Spróbowałem czegoś się złapać i poczułem, że moja dłoń
zatrzymała się na drobnych piersiach skulonych w fałdach włóczkowego
swetra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki