Prolog
- Jesteś pewna, że rusza w podróż dziś późnym popołudniem? Zastanów się dobrze, proszę. - Łazik zamarł na moment z piórem zawieszonym nad kartką papieru, na którą zdążyła już skapnąć samotna kropla atramentu. Drozd, który przysiadł na wypłowiałym od słońca parapecie, dziobnął nierówną krawędź kartki swoim pomarańczowym dziobem i niecierpliwie skrobał pazurkami po chropowatej drewnianej powierzchni, jakby od razu chciał wzbić się w powietrze z przywiązaną do nóżki wiadomością.
- Tak, jestem pewna. Widziałam jego bilet. - Siwa, niemal biała wiewiórka kichnęła z rozmachem, aż zsunęła się z ramy uchylonego okna.
- Tokaj, tak? - zapytał Łazik, skrobiąc piórem po kartce.
- Zgadza się - przytaknęła wiewiórka, ocierając wilgotny nosek swoim puszystym ogonem.
- Dobrze! - Łazik doskrobał resztę wiadomości, zwinął ją w ciasny rulonik i włożył do niewielkiej skórzanej torebeczki, przytroczonej do prawej nóżki drozda. Torebka czarodziejskim sposobem zamknęła się sama, kiedy tylko liścik znalazł się w jej wnętrzu. - Sprytne, magiczne udogodnienie - szepnął do siebie i uśmiechnął się pod nosem: korespondował z Małgorzatą już od wielu miesięcy, a skórzana torebeczka była gwarancją, że wiadomość nie zostanie porwana przez wiatr w czasie lotu.
Drozd wskoczył zwinnie na zewnętrzny parapet i pożegnał się z Łazikiem skinieniem małego łebka.
- Leć do niej. Niech się spieszy, bo słońce już wysoko i... Niech uważa na siebie - powiedział chłopak.
Drozd ćwierknął w odpowiedzi w swoim śpiewnym języku i trzema ruchami zwinnych skrzydeł znalazł się wysoko nad domem. Po chwili był już tylko maleńkim czarnym punkcikiem na tle błękitnego nieba i kłębiących się na zachodzie obłoków. Zerwał się chłodny wiatr, aż zaszumiały wysokie brzozy, których liście pozłacał blask wrześniowego słońca.
Gospodarz pozwolił siwiuteńkiej wiewiórce wspiąć się na swoje ramię i razem wyszli przez przeszklone drzwi na niewielki wybrukowany taras, otoczony z każdej strony przez gęsto rosnące drzewa o biało-czarnej korze i wysokie trawy o szerokich zielonych liściach. Usiadł na wystruganym z pniaka krześle, a wtedy zwierzak zbiegł na okrągły stół, na którym stały już dawno ostygła kawa i miska z orzechami.
Gryzoń porwał dwa orzechy z miski i z zapałem zaczął je pochłaniać, nie przejmując się wcale lądującymi wokół okruchami. Jego siwe futro powiewało na wietrze, a kosmate końcówki obu uszu drgały jak rozdygotane płomienie świec. Co jakiś czas zerkał na Łazika czarnymi jak noc oczami, obserwując z zaciekawieniem, jak mężczyzna dopija zimną kawę i krzywi się z niesmakiem.
- Dziś chyba pełnia? Spotkasz się z Jankiem, Liro? - zapytał ten, odstawiając na stół kubek, w którym zostały już tylko smoliste fusy.
Wiewiórka skinęła łebkiem i zajęła się kolejnym orzechem.
- Zaczyna nad tym panować, ale... Ale jego magia jest inna niż moja - rzuciła między łapczywymi kęsami i podrapała się łapką za prawym uchem.
- Wyjaśnij mi to, Liro. Proszę - odparł, wyciągając nogi na stojący przed nim taboret.
- Ja mogę zmieniać się, kiedy tylko chcę. Janek przemienia się jedynie w czasie pełni księżyca - wyjaśniła piskliwym głosikiem, jakby starała się ukryć przed nim niepewność i...strach?
Łazik wsłuchał się w uspokajający szum brzozowych liści i szelest wysokiej trawy. Słońce zniżyło się jeszcze bardziej, rysując ciemną czerwienią kontur otaczających taras drzew i posyłając w stronę jego zmęczonej twarzy ostatnie tchnienia ciepła. Lira - tak mało o niej wiedział, chociaż znali się prawie rok. Dobrze zapamiętał dzień, kiedy do drzwi jego domu zapukała Małgorzata. Zmieniła się. Tak. Zdecydowanie różniła się od tamtej zagubionej istoty, którą spotkał dwa lata temu na szczycie Skrzycznego. W ten wrześniowy dzień, zaledwie rok temu, na jej twarzy było więcej smutku, bólu i rozterek. Towarzyszyła jej niska, wychudła dziewczyna o białych włosach, zmieszanych z ciemniejszymi pasmami siwizny. Nie potrafił określić, ile ma lat - stała przed nim patykowata nastolatka o bladej buzi i dziwnych oczach zasuszonej staruszki. Magia, która od niej emanowała, miała w sobie jakiś dziki i nieokiełznany posmak, jakby ta nie do końca nad nią panowała.
- Lira pomoże nam znaleźć czarodzieja. Jest bardzo czuła na magię i wszystkie jej zaburzenia, a do tego ma niesamowicie wyczulone zmysły, no i potrafi poruszać się bezszelestnie nawet w gęstym lesie.
- Ona? - zapytał zdziwiony.
- Tak. Chyba nie wątpisz we mnie, Łaziku? - Jej brew uniosła się do góry w groźnym geście.
Łazik wzruszył ramionami.
- Zbyt długo tkwimy w martwym punkcie, czarownico. Nie odrzucę twojej propozycji, ale... Sama na nią spójrz.
Wątła Lira zadrżała jak gałązka na wietrze, kichnęła z rozmachem i z błyskiem zmieniła się w siwiuteńką wiewiórkę, która niesamowicie szybko wspięła się po ścianie na dach, skrobiąc pazurkami przebiegła po kalenicy i w mniej niż pół minuty znalazła się na ramieniu chłopaka, łaskocząc jego ucho puszystym ogonem.
Jak znalazła drogę do wnętrza domu? Był pewny, że pozamykał wszystkie okna.
- Teraz rozumiem, co masz na myśli - odparł z pojednawczym uśmiechem.
I tak, po siedmiu latach spędzonych w samotności, znów z kimś zamieszkał. Chociaż słowo zamieszkał trochę na wyrost opisuje łączącą go z Lirą relację: po prostu choć przez chwilę nie był w domu sam, a wiewiórka w sobie tylko znanych porach dnia odwiedzała go przy kuchennym stole albo w tym skrytym kąciku na tarasie, gdzie wśród brzóz i wysokich traw mogła poczuć się jak w lesie. W gruncie rzeczy była tylko kolejnym dzieckiem, które jakaś zła wiedźma nieudolnie próbowała zamknąć w ciele zwierzęcia. Zmieniła się przez te kilkanaście miesięcy, posiwiała bardziej, wokół jej czarnych lśniących oczu pojawiły się zielonkawe obwódki, krzeszące co jakiś czas niknące w ciemności źrenic iskry.
Ale przede wszystkim...
- Dawno nie widziałem cię w ludzkiej postaci, Liro - powiedział cicho Łazik.
Znieruchomiała z czwartym orzechem w łapkach.
- Magia postępuje - szepnęła, kładąc nadgryziony smakołyk na podołku.
- Nie rozumiem - odparł chłopak i zbliżył się do niej, pochylając się nad stołem.
Tak. Teraz wyraźnie dostrzegł zielonkawe iskierki żarzące się w jej oczach oraz niezdrowo lśniące okręgi wokół tęczówek. Nie spodobała mu się ta zepsuta zieleń. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że blask cuchnie bagnem.
- Ja też na początku nie rozumiałam, ale Małgorzata rozwiała moje wątpliwości.
Nie spuszczał z niej wzroku, nie ponaglał do mówienia.
- Czarownica odwiedziła nas jakiś tydzień temu.
- Nas?
- Tak. Przesiedziałyśmy całą noc na dachu i wyjaśniła mi, że ten urok, który rzuciła na mnie wiedźma... Mogę zmieniać się w wiewiórkę, mogę też być dziewczyną, ale magia, która za każdym razem powoduje przemiany, wyczerpuje się. Jest silniejsza w czasie pełni, ale... Może się zdarzyć tak, że wyczerpie się do tego stopnia, że... - zawahała się, pyszczek jej zadrżał. - No po prostu przestanie działać. I zostanę na zawsze w jednej postaci - zakończyła, smętnie pociągając nosem.
- Boisz się, że zostaniesz na zawsze wiewiórką? - szepnął Łazik.
Lira kilkoma mrugnięciami przegoniła łzy z oczu.
- Nie boję się. Ja po prostu nie umiem zdecydować, kim chcę pozostać na resztę życia.
- Nie da się tego odwrócić? Małgorzata miała znaleźć jakiś sposób - głos mu się łamał. Zielony blask bił coraz wyraźniej z oczu Liry.
Zwierzątko pokiwało ze smutkiem głową.
- Nie bój się, coś wymyślimy. - Wziął je ostrożnie na swoją dłoń.
Zieleń skumulowała się w głębi źrenic wiewiórki. Przymknęła powieki, mimowolnie wydała z siebie słaby jęk bólu. Wyraźnie walczyła z czymś, co trawiło ją od środka. Łazik nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. Z puszystego ogona na dłoń chłopaka wypadł jakiś lśniący srebrem przedmiot, do którego przywiązany był krótki sznurek. Medalion był niewiele większy od groszówki i przedstawiał drzewo. Wokół ozdobionej malutkimi listkami korony i odsłoniętych korzeni oplatał się sznur złożony z niezliczonych, splątanych ze sobą węzłów.
Przyjrzał mu się bliżej i dostrzegł, że lniany sznureczek został przegryziony przez wyjątkowo ostre zęby. Zęby, które z łatwością kruszyły twarde łupiny orzechów. Wiewiórka usiadła na jego dłoni i spojrzała wprost w jego piwne oczy. Czuł chłód i smród bijące od zgniłego blasku. W jednej chwili szum drzew umilkł, a pracująca w oddali kosiarka stała się ledwie słyszalnym szmerem.
Trwała przed nim, a on mógł tylko bezradnie ściskać w swojej dłoni medalion.
- Czarownica zrobiła go dla mnie. Amulet, który miał spowolnić działanie uroku. Dziewczyna? Czy wiewiórka? Po co mam wybierać, Łaziku? A jeśli nie chcę wybierać? O to chodzi! Chcę, żeby było jak do tej pory i... - zawahała się, zadrżała na krawędzi jego dłoni.
- Coś ty najlepszego zrobiła, Liro? - szepnął. Nie mógł się poruszyć, nie mógł nawet mrugnąć powieką, czuł na sobie tylko ten ohydny blask. Spowijał jego ciało, wypełniał umysł paraliżującym chłodem, odbierał władzę nad mową i ruchem.
Lira uśmiechnęła się niezbyt przyjemnie.
- Nie miej mi tego za złe. Byłeś dobrym gospodarzem, ale... przeszkadzałbyś tylko. Bo widzisz, tak się składa, że całkiem niedawno znalazłam rozwiązanie mojego problemu. - Zeskoczyła z powrotem na stolik, wzięła tyle orzechów, ile była w stanie unieść w maleńkich łapkach i podbiegła do krawędzi blatu. Zatrzymała się na chwilę, spojrzała w oczy sparaliżowanego opiekuna i pozwoliła, żeby wiatr zmierzwił jej futerko.
Okolicę znów wypełnił szum liści.
Nie! Nie zostawiaj mnie! Nie rób głupstw... Proszę! - Łazik krzyczał w myślach.
- Wszyscy staniemy przed czaszką - szepnęła.
Jednym susem zniknęła w wysokiej trawie.
-
Ciemny nasyp kolejowy uciekał na północ, gdzie niknął ostrym zakrętem wśród gęstwiny bukowego lasu, który ciągnął się wszędzie, jak okiem sięgnąć, na wschód od lśniącej linii torów. Mokre od deszczu szyny kolejowe rozwidlały się w wielkie, niesamowicie splątane drzewo o ciągnących się w nieskończoność nocy cieniutkich gałązkach. Srebro szyn tu i ówdzie upstrzone było czerwienią (szczególnie w miejscach, gdzie płonęły światła ostrzegawcze zawieszone na wysokich betonowych słupach trakcyjnych) lub żółcią (tam, gdzie płonęły wielkie elektryczne lampy, które były jednak tak brudne, że dawane przez nie światło nie docierało do ziemi). Po zachodniej stronie wysokiego nasypu umościła się szeroka łąka porośnięta wysoką trawą upstrzoną pozostałymi po nocnym deszczu kropelkami, które lśniły w delikatnej poświacie księżyca w pełni. Od zachodu dął wiatr, który właśnie przegonił stąd solidną burzę, a teraz oczyszczał niebo z resztek chmur.
- Zapowiada się pogodny piątek - szepnął Edmund i postukał w szkiełko zegarka. Za siedem minut miała nadejść północ, a on miał do przetoczenia jeszcze cztery pełne składy. - I tak od trzydziestu lat... - westchnął, zarzucając na ramię ciężki pręt służący do nastawiania zwrotnic pod odpowiednimi kątami.
Ruszył żwawym krokiem, rozganiając ogarniające kości zimno. Wysoko ponad nim górowało pojedyncze światło biurowca, w którym Młody (Marcin, Michał, Maciej...? - Zapomniał już jak miał na imię, zawsze przychodzili z zapałem i za szybko rezygnowali, więc stwierdził jakieś dziesięć lat temu, że będzie zwracał się do każdego z nich per młody) już pewnie szykował gorącą kawę i kanapki, o ile zestresowany, z nosem przytkniętym do szyby nie próbował go cały czas wypatrywać w ciemności. Roześmiał się sam do siebie, bo każdy młody uważał go za słabego, bezużytecznego starca, którego... Innymi słowy - choć całkiem niedawno zarzekał się, że będzie przetaczał wagony aż do śmierci - został zaszufladkowany przez swoich kolegów jako E-ME-RYT.
Minął dwudziesty siódmy słup na swojej drodze i z brzękiem odłożył ciężki pręt.
- Jeszcze dwa miesiące... Wytrzymaj, Mundziu - westchnął ciężko, odszedł dwa kroki na bok i ulżył swojemu przepełnionemu pęcherzowi.
Bez problemu włożył gruby metrowy pręt do nasady mechanizmu i napierając na niego ciężarem zaledwie klatki piersiowej, nastawił zwrotnicę. Szyny z głuchym zgrzytem wskoczyły na miejsce, aż ponad bukowy las wzleciało kilka rozbudzonych ptaków. Poprawił rękawy flanelowej koszuli i niespiesznie ruszył do kolejnej zwrotnicy, chociaż stalowy drąg coraz bardziej ciążył mu na ramieniu. Młody... Tak, dziwny chłopak z niego i wcale niepodobny do Staszka - pomyślał, idąc przed siebie po śliskich, namokniętych od deszczu podkładach. Wciąż nie mógł przypomnieć sobie jego imienia, a lśniący nad okolicą księżyc wcale nie kwapił się do podpowiedzi.
Przystanął i zapalił latarkę, którą do tej pory miał przytroczoną do paska.
- Pewnie zając, stary durniu - warknął sam do siebie, kiedy snop żółtego światła omiótł tory za nim, a on dostrzegł jedynie ślady własnych mokrych podeszew, odciśnięte na sczerniałym drewnie. Wpatrywał się w miejsce za sobą jeszcze przez pół minuty, po czym zgasił latarkę i ruszył dalej w stronę słupa numer trzydzieści jeden. Wydawało mu się, że... Nieważne! - zganił się w myślach, które ucichły, kiedy dotarł do kolejnej zwrotnicy.
Tym razem koniec pręta nie chciał wskoczyć na miejsce. Edmund musiał wspomóc się latarką, ale kiedy wreszcie udało mu się nastawić zwrotnicę we właściwej pozycji, co trwało absurdalnie długo, znów wydało mu się, że gdzieś poza zasięgiem światła, w ciemności nocy, u stóp nasypu, zwinnie przemknął jakiś cień. Wpatrywał się przez dłuższą chwilę w dół, tam, gdzie po niedawanym deszczu szumiał płytki potok wypełniający rów melioracyjny, ale snop z latarki kończył się jakiś metr od miejsca, gdzie wydawało mu się, że widział... To niemożliwe! - Nie był pewien, czy powiedział te słowa na głos, czy tylko w myślach uciszył natrętne wspomnienie.
Ale... - I tego ale nie potrafił już zatrzymać.
O czym mówił przy wieczornej kawie ten Młody? Kiedy rzęsiście padał deszcz, a wy sobie wygodnie siedzieliście skryci w ciepłym i suchym biurze, zagryzając ciastka z dżemem i popijając je gorzkim napojem. O czym on mówił? - Natłok myśli uderzył go tak gwałtownie, że musiał wesprzeć się o kolejny betonowy słup.
- Coś stało się z siostrą Młodego... z córką Staszka - szepnął i widząc obłoczek pary wydobywający się z jego własnych ust, utwierdził się w przekonaniu, że powiedział te słowa na głos.
Tak, cała wieś o tym mówi. A jutro mają rozpocząć się poszukiwania. Zbierają ludzi i sam zgłosiłeś się do pomocy, pamiętasz? - Nie pozostało mu nic innego, jak skinieniem głowy przytaknąć własnym konstatacjom. - Ale co ten Młody powiedział? - Natarczywa myśl znów wypłynęła na powierzchnię, aż Edmund musiał przystanąć. Ciężki pręt z brzękiem upadł na kamienie.
Wolną ręką chwycił się za głowę, wypuszczając na ziemię latarkę. Jak przez mgłę słyszał trzask obudowy, która pękła i leżała teraz u jego stóp w kawałkach.
- Ktoś przyszedł do niej... W zeszłym tygodniu! - wychrypiał, próbując niezdarnie sięgnąć do stalowego drąga.
Tak, przyszedł. I co dalej? Co dalej powiedział Młody? - szepnęły głosy wewnątrz jego czaszki.
- Wyszła z nim na zewnątrz w środku nocy... Zostawiła swój medalik z Matką Boską i poszła w ciemny las, ale... - Samotny stary człowiek w ciemności zawahał się.
Ale co? - zapytał głos.
- Ale wróciła, o poranku... Potwornie blada, okaleczona i podrapana przez gałęzie... Żywa - wychrypiał. Gdyby nie pręt, który udało mu się wreszcie uchwycić, osunąłby się na kolana, ale kurczowo zacisnął na nim rękę i trwał zgięty wpół na środku torów, kilka kroków za zwrotnicą przy słupie numer trzydzieści jeden.
Jesteś pewny, że żywa? - Wewnętrzny głosik zachichotał i Edmund po raz pierwszy zastanowił się, czy dotrwa do początku emerytury w zdrowiu psychicznym. - Przecież znasz aż za dobrze te objawy, prawda? Już je widziałeś i to nie tylko ty... Wiesz, co trzeba teraz zrobić, prawda? Pokazał ci ten medalik? Młody pokazał ci medalik swojej siostry!? - Edmund czuł, że po policzku ciekną mu łzy.
- Tak! Nie wyglądał na zerwany! Wyglądał, jakby ktoś sam z własnej woli go rozpiął i zdjął - łkał, a słowa ledwo przeciskały się przez jego gardło.
Zatem przyjęła go całym swoim sercem, prawda? I dobrze wiesz, co to oznacza, prawda? Prawda? Czym jest prawda... Prawda, prawda - ostatnie słowo odbijało się echem w jego głowie. Pobiegł na oślep przed siebie, ale po dwudziestu krokach potknął się o źle ustawiony podkład kolejowy i runął na twarz.
Otaczały go cisza, chłód i natarczywa wilgoć, która wdzierała się w jego ciało paraliżującym zimnem. Rzęsisty deszcz znów zaczął padać bez ostrzeżenia, a on leżał zziębnięty na twardych nierównych podkładach kolejowych, czując pod swoim ciałem wrzynające się, niewygodnie kamienie. Pojawiła się przed nim na ułamek sekundy i choć zapomniał jej imienia, był pewien, że to ona - jego martwa od pięciu lat małżonka. Patrzyła na niego smutnym spojrzeniem wyblakłych oczu, ale kąciki jej ust uśmiechały się. Odwzajemnił uśmiech, choć z wielkim trudem. Ból rozchodził się po całym ciele, pulsował we wnętrzu klatki piersiowej i kończył się denerwującym mrowieniem w dłoniach i stopach. Powiedz Młodemu. Powiedz mu o Polanie Pasterzy. I porozmawiaj. Porozmawiaj z resztą. Zrób to, zanim uczynisz cokolwiek in... - mówiła do niego tym samym spokojnym głosem co zawsze.
Wizja rozmyła się. Stanął przed nim wielki czarny wilk.
Edmund spojrzał prosto w żółte ślepia. Znasz te oczy - pisnął cicho wewnętrzny głosik.
Bestia spięła się do skoku.
-
- Zabawnie wyglądasz, kiedy się przemieniasz - zachichotała i zwinnie wspięła się po konarze drzewa, przysiadając na najniższej gałęzi starej olchy. Wiekowe drzewo chyliło się nad niewielką polanką, pokrytą w całości miękkim mchem i wysoką trawą. Po północnej stronie rosło kilka dorodnych borowików o lśniących od wilgoci kapeluszach.
Lira usiadła wygodnie między olchowymi szyszkami i spojrzała prosto w otoczony chmurami księżyc. Tej nocy - pierwszej nocy pełni - jego blask był jeszcze dość mętny, przesączony bardziej tajemniczą mgłą niż wyraźną srebrną magią. Dwa bliźniacze odbicia tańczyły w czarnych źrenicach wiewiórki, ale nie zdołały przegonić zielonkawych iskierek, które swoim blaskiem kolorowały krawędzie jej tęczówek. Zawsze cieszył ją blask księżyca, przyjemne chłodne światło, które dawało jej ukojenie, szczególnie w jej ludzkiej postaci, z której... Nie, nie mogła zmienić się teraz - wyraźnie czuła, że zostało jej niewiele przemian i że każda kolejna może być tą ostatnią.
Czaszka była jej ostatnią nadzieją. Przełknęła głośno ślinę. Nie była do końca pewna, czy jest na tyle sprytna, żeby przechytrzyć tego, który jej pilnuje.
Olcha zadrżała, kiedy wielki brunatny niedźwiedź otarł się bokiem o jej szeroki pień.
- Spokojnie, misiu - szepnęła z tym samym chichotem.
Niedźwiedź, z wibrującym w nocnym powietrzu rykiem, naparł na konar i drzewo przechyliło się jeszcze bardziej w kierunku podmokłej części łączki.
- Misiu! - pisnęła Lira i razem z kilkoma szyszkami spadła wprost na grzbiet niedźwiedzia.
Wpiła swoje łapki w jego futro. Zwierz z warknięciem ruszył przed siebie, przedzierając się przez gęsty młodnik. Cieniutkie gałązki brzózek skrobały ją nieprzyjemnie po pyszczku. Zasłoniła się swoim puszystym ogonem i wtuliła ciaśniej w sztywne brunatne futro, czując jak boki wielkiego niedźwiedzia ocierają się o większe drzewa i zrywają z nich kawałki kory. Las przerzedził się i niespodziewanie został za nimi. Jednym potężnym skokiem znaleźli się na szczycie nasypu kolejowego, a niedźwiedzie pazury zadzwoniły o lśniące szyny. Wierzgnął tylnymi łapami, wyrzucając w powietrze garść kamieni, które potoczyły się aż do rowu melioracyjnego, z pluskiem lądując w wodzie.
Wytracili tempo biegu i przez chwilę maszerowali wyraźnie wolniej wzdłuż pustego torowiska. Odważyła się usiąść na jego grzbiecie i zaraz ogarnął ją przyjemnie chłodny powiew nocnego powietrza. Ostrożnie wspięła się na czubek jego wielkiego łba.
- Dokąd idziemy, misiu? - zapytała, szczypiąc go w kosmate ucho.
Zarzucił łbem i warknął ze złością.
- Przepraszam. Już się nie gniewaj, wrażliwcu - odparła z chichotem.
Tam... - usłyszała we wnętrzu swojej małej czaszki męski głos.
Niedźwiedź nawet nie przerwał marszu, ostrożnie i bezgłośnie stawiając łapy.
- Udało ci się, misiu! Powiedziałeś coś wreszcie! - pisnęła, nachylając się nad jego szerokim czołem i próbując spojrzeć mu prosto w oczy.
Tam... Patrz... - znów odezwał się męski głos, aż usiadła z powrotem między uszami. Nie miała odwagi powiedzieć mu, żeby mówił ciszej. Nie chciała go zniechęcić.
Niedźwiedź przystanął i przysiadł na zadzie.
Cisza... - szepnął znów ten sam głos.
Wstał, zrobił trzy głębokie wdechy i ostrożnie ruszył przed siebie, z rozwagą stawiając łapy. Po dziesięciu czujnych krokach Lira zauważyła, co sprawiło, że zwierz wreszcie zwolnił: na środku torów klęczał człowiek, a ledwie kilka metrów przed nim stał wyprężony do skoku czarny wilk. Dostrzegła w ciemności jego żółte ślepia i pełną kłów paszczę ociekającą śliną. Światło księżyca naznaczyło srebrnym konturem jego nierówne kosmate futro, w kilku miejscach przerwane przez wąskie blade blizny. Niedźwiedź szedł pewnie przed siebie w kompletnej ciszy, w której mogła usłyszeć szemrzącą w dole nasypu wartką wodę i spowolnione bicie wielkiego serca brunatnego kudłacza. Z jego nozdrzy ulatywała mgiełka jego własnego chrapliwego oddechu. Lira spojrzała na wilka. Z jego pyska nie wydobywało się nic innego, poza cuchnącą gęstą śliną, która grudami kapała na podkłady kolejowe.
Nie widział ich. Żółte ślepia skupione były na człowieku.
- Przemyśl to, misiu - szepnęła Lira do lewego ucha. We wnętrzu jej czaszki rozległ się dźwięk, który nie mógł być niczym innym jak prychnięciem.
Niedźwiedź wykonał tuzin bezszelestnych kroków. Nagle uniósł się w potężnym skoku. Lira w ostatniej chwili chwyciła się mocniej kosmatego futra. Wylądowali między człowiekiem a wilkiem i dopiero wtedy król leśnych kniei wydał z siebie potężny ryk. Machnął uzbrojoną w pazury łapą. Kundel zaskowyczał tylko i uciekł na wschód z podkulonym ogonem, znikając po kilku susach w gęstych zaroślach Czarnolesia. Niedźwiedź trącił swoim wilgotnym nosem ramię leżącego na ziemi mężczyzny, a Lira zbiegła zwinnie na jego plecy.
Zemdlał... - usłyszała głos, jakby trochę spokojniejszy i cichszy.
- Chyba tak. Ale oddycha - odparła, delikatnie muskając łapką czubek nosa kolejarza.
Musimy uciekać, Liro... Szybko, wskakuj! - Tym razem głos był znów donośniejszy.
Z przeciwnej strony dotarł do ich uszu tupot stóp i dyszenie, a kiedy wspięła się z powrotem na grzbiet towarzysza, dostrzegła drgający w ciemności snop światła latarki.
- Pędem, misiu. Na polanę! - szepnęła.
Złapała się kurczowo kępek sierści i pozwoliła, aby pęd wiatru rozwiał jej własne kosmyki siwych - niemal białych - włosów, kiedy niedźwiedź skoczył z samego szczytu nasypu. Źle wyliczył odległość, bo z pluskiem i wściekłym warknięciem wylądował w lodowatej wodzie na dnie rowu melioracyjnego. Zirytowany wykaraskał się na brzeg i ruszył kilkaset metrów przed siebie wilgotną od deszczu łąką, zostawiając za sobą nieprzytomnego człowieka, do którego właśnie docierało rozdygotane światło latarki.
Przepraszam... - Zasapany szept wyrwał ją z chłodnego odrętwienia.
- Nic nie szkodzi, misiu - odparła, chociaż zęby szczękały jej z zimna.
W trawie za nimi ciągnął się szeroki czarny ślad, który niczym lśniący wąż wił się aż pod samą krawędź gęstego lasu. Ominęli wyrastający nad łąką drewniany szkielet myśliwskiej ambony, bo oboje poczuli w nozdrzach nieprzyjemny zapach źle wysuszonego tytoniu, a Lirze wydawało się nawet, że tuż pod niskim pokrytym papą daszkiem dostrzegła ludzkie sylwetki. W bladym świetle pierwszej nocy pełni nie mogła stwierdzić tego na pewno, ale we wnętrzu ambony najprawdopodobniej znajdowali się dwaj myśliwi.
Skręcili w stronę lasu.
Pieprzeni... Kłusownicy... - dotarł do niej pełen nienawiści głos.
- Masz rację, misiu. Staraj się nie krzyczeć, kiedy do mnie mówisz, bo dzwoni mi od tego w uszach - rzuciła, wykręcając swoją przemoczoną kitkę.
Przepraszam... Każde... Słowo... Wypowiadam... Jakbym... Łapał... Oddech... Wynurzając... Się... Z... Wody... - Zdyszany niedźwiedź oparł się bokiem o młodą brzozę. Chudziutkie drzewko złamało się z suchym trzaskiem i z łoskotem runęło na ziemię.
Zwierz podrapał się pazurem za uchem.
- Nie przejmuj się, misiu. Opanujesz wszystko, potrzeba tylko więcej czasu i... - zaczęła spokojnie.
Jej towarzysz ryknął donośnie.
- ...jeszcze więcej cierpliwości - dokończyła z chichotem.
Jednym ruchem zadu przepchnął spróchniały konar wielkiego buka, który zagradzał im drogę. Drewniany kloc z mlaśnięciem i bulgotaniem zagłębił się w bagnistej sadzawce. Weszli na niemal okrągłą polanę, na której nie rosło nic innego poza wysoką, sięgającą niedźwiedziowi do połowy grzbietu trawą i samotną brzozą, której kora bielała w świetle księżyca. Trzema susami znaleźli się w cieniu szemrających cicho brzozowych gałęzi, a tam Lira zeskoczyła z grzbietu na leżący u podstawy drzewa płaski kamień.
Otrzepali się i w kilka sekund osuszyli swoje futra. Usiedli na kamieniu.
Ciekawe... Co... To... Za... Człowiek - odezwał się głos.
Lira tylko wzruszyła ramionami. W wąskiej szparze między kamieniami znalazła orzech, który teraz starała się rozłupać zębami. Na próżno, wciąż było jej zimno i trzęsła się tak bardzo, że zdobycz raz po raz wypadała jej z łapek. Niedźwiedź wziął przekąskę w dwa pazury i bez większego wysiłku zmiażdżył skorupkę. Podał jej na otwartej łapie miąższ. Lira z zapałem zaczęła chrupać przysmak, jednocześnie wtulając się w ciepłe futro towarzysza.
Niedźwiedź westchnął.
Jak... Ćwiczyć... Żeby... Lepiej... Mówić? - zapytał głos.
- Rozmawiać. W tej chwili mówienie sprawia ci wysiłek, bo jesteś w ciele niedźwiedzia. Twój mózg nie jest przyzwyczajony do mówienia, dlatego to takie trudne. Ale nie wiem, czy zauważyłeś, że zaczynasz mówić coraz płynniej, misiu? - odparła wiewiórka, zlizując z łapek resztki smakołyka.
Brunatny olbrzym oblizał wielkim jęzorem swój pysk.
Czy... Ty... Też... Tak... Miałaś? Mówiłaś... Przez... - Na końcu postukał się pazurem w czoło.
Lira zachichotała.
- Nie, misiu. Moja magia jest trochę inna niż twoja. Pochodzi od innej wiedźmy... - Zadrżała na samo wspomnienie złej czarownicy, która porwała ją z jej rodzinnej wioski i zmieniła w wiewiórkę. - Ale to było setki lat temu. Na ciebie czas też nie będzie miał wpływu, misiu. Jednak... - zawahała się. Zielony błysk w jej oku sprawił, że nieprzyjemna poświata padła na kamień, na którym siedzieli.
Niedźwiedź spojrzał na nią.
Jednak? - zapytał wyjątkowo cicho.
- Nieważne, misiu. Nieważne - odparła gorzko. Zdecydowała się nie mówić mu o tym, że chociaż ich magia jest inna, to w gruncie rzeczy działa podobnie i jego przemiany też kiedyś się skończą.
Jej towarzysz wpatrywał się w księżyc, a srebrny blask rozlewał się po jego szerokim pysku, czole i pomiędzy uszami, gdzie futro tworzyło sterczącą do góry kępkę. Z największą dokładnością potrafiła dostrzec każdy, nawet najmniejszy włosek. I choć wszystko powoli przysłaniała zielonkawa mgła, to... Wyraźnie czuła w swoim małym wiewiórczym serduszku ciepło.
Ciepło, którego nie czuła od setek lat.
Opowiesz... mi... znowu... o... niej? - zapytał, zauważając, że faktycznie przerwy między wyrazami robią się krótsze i nie musi tak gwałtownie walczyć o myślowy oddech przed każdym ze słów. - Małgosia? Tak... ma... na... imię... Prawda... Liro?
- Tak... - szepnęła zamyślona. Starała się ukryć złość, która w niej wezbrała. Nie była jednak w stanie stłumić zielonego blasku, który zaczął sączyć się z jej źrenic coraz bardziej widocznym strumieniem. Niewiele większe od fragmentów kwiatowego pyłku drobinki zgniłego światła zaczęły osadzać się na jej powiekach. Strząsnęła je wierzchem dłoni i kichnęła z rozmachem.
Niedźwiedź spojrzał na nią z troską na pysku.
Chyba... się... przeziębiłaś. Te... zielone... to... też... twoja... magia? - zapytał cicho, spokojnie i czule, jakby mówił do młodszej siostry. Nie z taką czułością, jakiej od niego oczekiwała po miesiącach znajomości.
Tak, teraz zieleń to moja magia. I wkrótce twoja. Wystarczy, że zdobędziemy czaszkę! I... - Już miała odpowiedzieć, chociaż zszokował ją i trochę przeraził ogrom złości, który się w niej skumulował w ciągu tej krótkiej rozmowy. W ostatniej chwili ugryzła się w język. Miała tylko nadzieję, że nie odczytał ani nie usłyszał jej myśli. Zerknęła na niego ukradkiem, ale nie wyczytała z jego pyska niczego, co...
Oboje jednocześnie usłyszeli ten sam dźwięk: ciche metaliczne kliknięcie, które sprawiło, że kudłate uszy drgnęły zauważalnie.
Skoczyła w stronę niedźwiedzia, słysząc jak w jego gardle rodzi się wibrujący basowy ryk.
I tak było już za późno... Następne ciche metaliczne kliknięcie. A po nim rozrywający nocną ciszę huk podwójnego wystrzału z dubeltówki.
- Janek! - krzyknęła.
Niedźwiedź zerwał się w górę, odtrącając ją przednią łapą. Poleciała w krzaki jeżyn.
- Ładuj! Bo ucieknie! - wrzasnął ktoś od wschodniej strony.
Słyszała zbliżających się myśliwych. Roztaczali wokół siebie nieprzyjemny zapach słabej jakości tytoniu. Znała ten zapach, podobnie jak znała głos krzyczącej wcześniej kobiety, która... Nim zdążyli załadować na nowo strzelbę, niedźwiedź ryknął ze złością i puścił się pędem przed siebie, roztrącając swoim wielkim cielskiem gałęzie i tratując mniejsze drzewka.
Księżyc w milczeniu przyglądał się kłócącej się dwójce myśliwych, uciekającemu w szaleńczym tempie niedźwiedziowi oraz siwej wiewiórce unieruchomionej pomiędzy kolczastymi gałązkami jeżyn.
Pierwsza noc pełni powoli mijała, a on nie mógł już doczekać się następnej.