Ciąg dalszy o wnuczusiu
Miłosz rano trochę kasłał i babcia się przestraszyła, że jest chory. Nie
poszedł do szkoły. Najpierw się krótko bawił żołnierzykami, teraz leży w ciepłym łóżku. Babcia przyniosła mu śniadanie, a potem zrobiła
kogel-mogel z kakao. Teraz Miłosz ogląda z babcią 07 zgłoś się. Miłosz
trochę się boi, bo morderca jest straszny, ale porucznik Sławomir
Borewicz nieustraszony, poza tym kto wie, kiedy znów będzie mógł
obejrzeć Borewicza. Mama mu w domu nie pozwala.
Dziadek Karol namalował już trzy obrazy. Zaczął czwarty, ale jakoś mu
nie wychodzi. Miłosz patrzy. Dziadek maluje grube kobiety przy garach i piecach. W tle jest wielka woda.
Babcia daje dziadkowi i Miłoszowi obiad i wychodzi. Jedzie do kościoła
gdzieś daleko za Odrę.
- Ewangeli, ewngile... Ewangelicki - udaje się w końcu Miłoszowi.
- Po co ty tam znowu jedziesz? - denerwuje się dziadek. Właśnie, po co
jedzie do ewangeli, ewngile... ewangelickiego kościoła poniemiecka babcia?
Kiedy po latach zapytam o to jej dzieci, odpowiedzą mi, że nie wiedzą, i co ja znowu ich wypytuję o babcię...
- Szukać spokoju sumienia - brzmi jedna z licznych wersji jej siostry
Gerdy.
Będziemy siedziały z Gerdzią w jej dużym, jasnym pokoju z werandą. Dom
będzie wyglądał tak jak jeden z tych na Pogodnie, miłej, willowej,
poniemieckiej dzielnicy Szczecina. W żadnym z tych domów w roku 1945
Ruth nie będzie chciała zamieszkać. W jednym leżały trupy właścicieli, w innych biegały stada szczurów. A w tych najpiękniejszych jest
najstraszniej. Przychodzi się do nich bez przerwy, najpierw po
wartościowe rzeczy, potem po zwykłe sprzęty, a na koniec nawet po deski.
Kto był w środku, nie uchronił się od śmierci. Niemców w Szczecinie na
Pogodnie, jeśli byli, natychmiast się zabijało. Nie zabijało się? Kto to
mówi? Kronikarze? Jacy? Ja wiem, widziałam!, opowiada sąsiadka Ruth,
pani Szapiłłowa z drugiego piętra.
Szapiłłowa nie zamieszkała w domu na Pogodnie w 1945, bała się
zamieszkać na obrzeżach miasta, choć Polka. Wprowadziła się dopiero, jak
już wiedziała, że spokój będzie. Chciała żyć.
Ruth też chciała żyć. Chciała do ludzi. Była znów w ciąży. Wiem, po co
jedzie czwartego kwietnia 1981 roku do kościoła za Odrą. To rocznica
śmierci jej pierwszego dziecka. Tego niewyrwanego śmierci.
Odkurzać tylko rano
W końcu ciocia zabrała Miłosza, bo od tygodnia nie chodził do szkoły.
Szkoda, bo było z nim wesoło. Babcia płakała za Miłoszem, ale dziadek ją
jakoś udobruchał.
Mama się źle czuje. Po pierwsze dlatego, że jest w ciąży, po drugie
dlatego, że pali papierosy i bardzo nie chce palić.
- Z tobą nie paliłam - wzdycha i wychodzi do lekarza.
Odkurzam. Najpierw zamykam drzwi. Nie chcę, żeby odkurzacz, który jest
już stary i ryczy jak wóz strażacki, przeszkadzał przyszywanej babci,
która ucięła sobie drzemkę na fotelu przed telewizorem. Specjalnie
poszłam sprawdzić i widziałam przez niedomknięte drzwi, że żółta grzywka
faluje. Babcia ma otwarte usta i chrapie.
Kiedyś dziadkowie wynajmowali dwa duże pokoje studentom, ale studenci
hałasowali i używali brzydkich słów. No to teraz my tu mieszkamy. My, to
znaczy mama, nietata i ja. Nietata jest synem przyszywanych dziadków.
Wyjechał za granicę zarabiać pieniądze. Przed wyjazdem prosił, żebym się
opiekowała mamą.
Ja z roku 2023: Teraz, kiedy to czytam, wydaje mi się, że to moja
rodzona babcia z Gdańska mówiła.
Ale jakie to ma znaczenie?, pyta redaktor, już nie redaktorka, który
czyta te słowa w 2023 roku.
Dla mnie ma.
Zatem niespodzianka dla mamy. Odkurzanie. Włączam na cały głośnik płytę
Anny Jantar. Płyta nazywa się Tyle słońca w całym mieście. Nie lubię
tej piosenki o słońcu, bo to nie pasuje, jak ktoś jest smutny i śpiewa
wesoło, a Anna Jantar ma zawsze smutne oczy. Odkurzam i śpiewam z Anną
Jantar. Jak tak dalej pójdzie, odkurzę nawet pod tapczanem i pod stołem.
Chyba pogłośnię. Pogłaśniam. Otworzę też okno, wywietrzę. Jest cudownie,
odkurzam pod szafką.
"Ktoś, może ty, a może ja, może tylko dola zła, chce nam siebie..." -
urywa w środku Jantarka. Przestaje trąbić wóz strażacki. Cicho nagle
jest jak makiem zasiał. Odwracam się. Widzę dziadka. Wszystko jasne.
Wyrwał kable z kontaktu i jak się później okaże, wyłączając adapter,
porysował płytę. Dziadek od tygodnia jest w domu, maluje obrazy, macza
pędzel w farbach i tworzy. Dziadek jest na emeryturze. Już nie jest
marynarzem na morzu. Jeszcze niedawno był. Teraz stoi z rozwianym białym
włosem, białym wąsem, biały fartuch poplamiony, wąs się rusza.
- Zrozumiała panna? - kończy.
Zrozumiała. Tylko dlaczego panna? Panna skończyła czytać Anię z Zielonego Wzgórza i zaczęła Anię z Avonlea. Lucy Maud Montgomery tam
pisze, że panna to ktoś, kto niebawem wyjdzie za mąż. A dziadek dalej,
że panna... Dziadek jest w złym humorze. Moim zdaniem ma zły humor od
momentu, kiedy tu zamieszkaliśmy. A może tęskni za morzem? Czytałam
gdzieś, że marynarze tęsknią. To zrozumiałe, że tęsknią. Ja też tęsknię
za morzem i za Gdańskiem.
Zapisuję w pamiętniku:
Odkurzać tylko rano.
Rano jestem w szkole.
Postanawiam nic mamie nie mówić, bo odkąd wróciła od lekarza, leży na
tapczanie bardzo blada. Kładę jej na czole podpaskę umoczoną w zimnej
wodzie i idę odrabiać lekcje. Jestem w trzeciej klasie i nic a nic nie
rozumiem z matmy. A mój prawdziwy, nieprzyszywany dziadek Antoni z Gdańska mówił mi w wakacje, żebym się uczyła matematyki, bo to jest
królowa nauk wszystkich. Dziadek Antoni, co mi wiersze piękne pisał i znów napisze, jak przyjadę na wakacje do Gdańska, i włosy mi czasem
nawet suszy. No to siedzę i bardzo się martwię, bo jeśli matematyka jest
królową wszystkich nauk, to nie wiem, jak sobie w życiu poradzę.
Mikołaj
Z rana przyszła od dziadka Antoniego z Gdańska paczuszka, a w niej
plastikowa Królewna Śnieżka z bajki Disneya, pocztówka z życzeniami i 10
(słownie: dziesięć!) dolarów amerykańskich, czyli $.
Miłosz twierdzi, że jestem bogata. Strasznie zazdrości mi tych dolarów,
czyli $.
Trochę mi teraz przykro, że jak byłam mała, rzucałam w dziadka Antoniego
kasztanami i pokazywałam mu język. Opowiem jeszcze, skąd te dolary i Królewna Śnieżka, ale nie mogę teraz, bo to skomplikowane i martwię się
tą matematyką. Odzyskałam czapkę. Wypraną. Agnieszka chyba chora, nie
przyszła do szkoły. Wracam do domu w czapce i nie na skróty. Idziemy
sobie z Mają aż do Turzynu na piechotę. Rozmawiamy o siatkówce, o tym,
że gdyby nie ten ostatni stracony serw, to wygrałybyśmy z drużyną Baśki.
Trochę obgadujemy Baśkę.
Maja stwierdza, że źle robimy, przytakuję jej. Wiem, nie wolno
obgadywać, ale i tak nie lubię Baśki.
Maja wsiada do autobusu i wraca na swoje osiedle Kaliny, a ja wskakuję
do tramwaju i jadę do przyszywanych dziadków. Przed ostrym zakrętem
zamykam oczy i wyobrażam sobie, że to tramwaj w Gdańsku. Jadę w myślach
przez ten Gdańsk, mijam kolejne dzielnice, wracam ze Starówki z koleżankami, albo nie, wracam znad morza i zaraz wysiądę przy pętli na
Dzierżyńskiego we Wrzeszczu. Nie, nie wysiądę przy pętli, bo jak? Wtedy
tramwaj spod domu nie dochodził nad morze. Kurczę, a może dochodził? Ale
przecież pamiętam, że nad morze do Brzeźna jeździłyśmy tramwajem.
Egal. Pachnie morzem, nieprzyszywaną babcią.
W gdańskim tramwaju siadam zawsze tak, żeby widzieć tę stronę, na której
znajduje się długi budynek z balkonami, a wśród nich ten jeden, gdzie
prawdziwa, moja własna babcia chowa kompot i gdzie stoi stare
poniemieckie biurko. Po przeciwnej stronie budynku znajduje się...
Słuchaj, mówi redaktorka, nie opowiadaj teraz jeszcze tego, bo to za
wcześnie. Przenieś to w inne miejsce. Teraz niech będzie tylko o babci
Rice, a nie o wszystkich babciach świata.
To nie jest o wszystkich babciach, to jest o mojej prawdziwej babci. O mojej prawdziwej babci z Gdańska.
Tramwaj hamuje. Otwieram oczy. Szczecin.
Patrzę na gryfa w koronie, z długim jęzorem na wierzchu, herb książąt z dynastii Gry?tów. Gdańsk w herbie ma koronę. Czerwoną. Dwie czerwone
korony.
Wysiadam.
Jeszcze o King Kongu
Ściany mieszkania Mai wypełniają maski, obrazy i jakieś dziwne potwory
przywiezione z Nepalu. W rogach stoją rzeźby mamy Mai. To trochę
straszne i trochę piękne mieszkanie. Przede wszystkim wielkie. Składa
się z dwóch dużych mieszkań i zajmuje połowę piętra, także korytarz,
przerobiony na pracownię rzeźbiarską. Te rzeźby to kobiety, smutne,
nagie kobiety.
Chciałabym mieszkać w takim mieszkaniu. Chciałabym wyglądać jak Maja,
mieć długie jasne włosy i niebieskie oczy i być tak wysoka jak ona. Maja
ma ciemne brwi i rzęsy, chociaż ma jasne włosy. Ja też mam ciemne rzęsy
i brwi, ale mam przecież ciemne włosy, a Maja ma włosy prawie białe.
Dobrze się uczy i jest dobra z matematyki. Ja też się dobrze uczę, ale
nie aż tak dobrze. Maja jakoś dużo szybciej wszystko rozumie i chyba nie
musi się tyle uczyć co ja. Jest mądra i sprawiedliwa. W Mai jest
wszystko takie dostojne i ładne, nawet beret.
Jej mama jest rzeźbiarką, a tata słynnym żeglarzem. Maja ma własny
pokój. Jej tata też ma własny pokój i pisze książki podróżnicze i tak
samo rzadko bywa w domu jak mój nietata. Bardzo lubię tatę Mai. Nosi
brodę i jest bardzo sympatyczny.
Byłyśmy z nim w zeszłym roku w kinie na King Kongu. Nie chcieli nas
wpuścić, ale tata Mai tak zauroczył panią kasjerkę, że mogłyśmy wejść.
Po seansie opowiadał nam, że King Kong to pierwszy potwór w historii
kina, który nie wziął się z literatury, i że scenarzystą był Edgar
Wallace.
- Potwór? - upewniam się, bo trochę mi przykro, że King Kong, którego
tak rzewnie z Mają opłakujemy, to niby ten potwór.
Jakie wy płaczliwe wszystkie, zauważa Miłosz w 2015 roku. Tylko byście
wszystko opłakiwały. Maja płacze, ty płaczesz. Ty też ciągle płakałeś,
urywa Hanka (jeszcze o niej będzie).
Wtedy widziałam tatę Mai po raz ostatni, zaginął na morzu.
Wkrótce potem był wielki smutny pogrzeb bez ciała w trumnie, i babcia
Rika mówiła, że mama Mai na pewno przez całe życie będzie myśleć, że jej
mąż wróci.
Jednak po kinie zaprząta mi głowę coś innego, no bo gdyby im wyszło,
znaczy temu King Kongowi i tej ładnej pani, to jak oni by się całowali,
bo on taki duży, a ona taka mała. Tata Mai się bardzo śmiał, ale my z Mają koniecznie chciałyśmy, żeby nam to wytłumaczył. No i wytłumaczył,
powiedział, że to "miłość platoniczna". Niestety, zanim dobiegłam do
domu i sprawdziłam to słowo, "platoniczna" wyleciała mi z głowy, a Maja
następnego dnia też już nie pamiętała.
- Chyba patologiczna.
- A nie paranoiczna?
- Nie, nie, na pewno patologiczna!
- A co to znaczy?
- Nie wiem!
Postanawiamy sprawdzić w szkolnej bibliotece. Niestety, zza popiersia
patrona naszej szkoły, Władysława Broniewskiego, wyłania się
niespodziewanie dyrektor Babiński. Cudownie, ani Maja, ani ja nie mamy
dzisiaj na sobie szkolnych fartuszków.
- Dzienniczki! - wrzeszczy Babiński. Niedobrze, piana na ustach.
No to mamy teraz za brak fartuszków uwagi w dzienniczku - ja już drugą w tym tygodniu, Maja to pewnie pierwszą w życiu. Oczywiście z nerwów
zapominamy o patologii i King Kongu. Wracamy z Mają do domu pochmurne.
Maja idzie na obiad do babci, która tak jak babcia Mariana i Patryka
mieszka za rogiem. Wszystkie babcie w Szczecinie mieszkają za rogiem! Ja
wlekę się do tramwaju. Dziś nie myślę o prawdziwej babci i o Gdańsku,
jedyne, na co mnie stać, to usiąść po tej właściwej stronie. Przez
resztę drogi myślę o Mai. Mamy tylko takie same fartuszki i tarcze na
agrafkę, a teraz jeszcze uwagi w dzienniczkach. A za dwa dni klasówka z matematyki.
Budzę się w nocy i już wiem, co to za miłość - "platoniczna".
Żeby tylko nie zapomnieć.
Zapomnę.
* * *
Myślę w 2023 roku, że tu powinien być rysunek Hanki i Miłosza. Bo nawet
mnie wszystko się miesza. Na szczęście to, że się miesza, nie jest
ważne. Pozwólmy się mieszać przeszłości, byle uratowała nasze teraz. Bo
kto z nas jeszcze pamięta, jak nazywał się mąż czy żona jakichś dalekich
krewnych: Grażyna, Janusz, Wiesiek?
To my jesteśmy dla ciebie jakimiś Januszami?, pyta Miłosz.
Jakimiś Grażynami?, pyta Hanka.
To wy tu jeszcze jesteście? Dziwię się.
Byliśmy. Jesteśmy. Będziemy. Dopóki żyjesz. Póki opowiadasz.
Kto to mówi? Obracamy się wszyscy.
Dobra, co z tym rysunkiem? - przypomina Miłosz.
Dobrze, że przypomniał, bobym zapomniała.
- Sprawdziłam! Daty ci się mylą. King Kong miał premierę w 1976, a ty
piszesz, że w 1981 roku.
- Wcale tak nie piszę.
- No jak nie?
Jak wytłumaczyć redaktorce, która całe dorosłe życie przeżyła w wolnej
Polsce, że PRL z roku 1981 to nie ta sama Polska co dzisiaj. Tak jak w mojej książce i w PRL-u nic nie ma swojej chronologii. Amerykańskie ?lmy
nie miały premier, które pokrywałyby się jakoś z czymkolwiek. Nie miały
reklam i dziś trudno powiedzieć, co decydowało, że Polacy mogli oglądać
akurat King Konga. Jedyne, czego można było być pewnym, to tego, że
amerykańskiego ?lmu o zimnej wojnie w Polsce nie będzie.
- Skończyłaś?, pyta redaktorka. To zadzwoń do tego kina i sprawdź, żąda.
Nie chce mi się dzwonić i szukać, i pytać. W ogóle mogę pisać, co chcę,
i wymyślać, co chcę, i nie będę niczego sprawdzać. Nie i koniec.
- Dzwoń!
Dzwonię. Cierpliwie tłumaczę kolejnym paniom i panom, o co mi chodzi,
wreszcie coś zgrzyta w słuchawce, automat mówi: numer 110, numer 110, po
chwili zostaję przełączona i tra?am na dyrektora Jakuba Rafalskiego albo
Rafała Jakubowskiego.
- Co? - pyta zniecierpliwiony. - A po co to pani?
- Chcę porównać daty premier i opisać to w książce.
- W książce? O naszym kinie? - Głos Rafalskiego się ożywia.
- Nie o kinie, ale o ?lmie, który kiedyś był wyświetlany w waszym kinie.
- Aha. Ale na to to trzeba chyba zgody.
- Zgody?
- Zgody, że może pani o nas pisać.
- Ale ja nie chcę pisać o was, tylko o ?lmie.
- No to po co pani zawraca mi głowę?
King Kong mnie dobije. Dzwonię do taty i pytam, czy nie zna kogoś
normalnego, kto pomoże mi dowiedzieć się, gdzie i kiedy wyświetlano
King Konga w Szczecinie. Czy to w ogóle możliwe? Tata się dowie i oddzwoni. Oddzwania. Owszem, istnieje teczka z 1975, mają nawet w archiwach dokumenty z roku 1972, ale teczkę dokumentującą rok 1976
zjadła wilgoć, a kopii nie ma. Może mi podać wszystkie inne daty
premier, prapremier, ale o King Kongu nic mi powiedzieć nie może. I czy nie mogłabym wybrać sobie jakiegoś innego ?lmu albo jeszcze lepiej
roku? Nie mogłabym. Aha. No to zaraz. Telefon. Tata mówi, że jest afera,
bo roku 1981 w ogóle w archiwum nie ma. Nie ma, bo to czasy stanu
wojennego, temat wrażliwy, i teczki z archiwum poznikały. A afera jest,
bo kto to widział, żeby taki bałagan w Unii Europejskiej był i teraz
tata ma nieprzyjemności, bo naraził pracownika, tego, co to odkrył ten
brak, i wszyscy mają teraz pretensje do taty, bo będzie remanent i komisja. I dlaczego nigdy nie powiedziałam mu, że chcę iść na King
Konga do kina, gdyby wiedział, toby ze mną poszedł i problemu by nie
było.
- Nie mieszkałam wtedy już z tobą! Mieszkałam na Żeromskiego!
- Ale mogłaś coś powiedzieć!
Trzaska słuchawka po jednej i drugiej stronie. Koniec rozmowy.
Dzwonię do Mariana, ten dzwoni do Patryka, Patryk dzwoni do mamy Mai,
mama Mai dzwoni do Mai, która mieszka od lat w Warszawie. Maja twierdzi,
że to nie był King Kong, tylko Godzilla.
- Ja pierdolę - kończy Marian.
Imieniny
- Kinderbal dzisiaj. - Uśmiecha się babcia Rika, zamyka drzwi i wraca do
gości.
Dziadek uznał, że każdy człowiek zasługuje na święto raz w roku. I to
jest niby tak, że babcia ma dzisiaj imieniny. Sprawdziłam i babcia
imienin dzisiaj nie ma, z żeńskich imion dzisiaj tylko Penelopa. Jaka z babci Penelopa?
- Bo babcia ma dzisiaj urodziny - skomentowała mama. No tak, jak
urodziny, to imieniny.
Wybrał Penelopę! Miłosz się śmieje. Hanka (jeszcze o niej będzie) też
rechocze. Rozumiesz, dziadek Karol globtroter i babcia Rika, wzór
wiernej żony. Oj, nie mogę, ocierają łzy. Wesoło im. Zapijają te
imieniny w roku 2015 wódeczką.
Jednak w 1980 roku popijają kompot. Bawimy się w pokoju dziadka, mamy
nawet stoliczek z ciastem i czekoladą. Sztalugi stoją w kącie. Są już
cztery obrazy z kobietami w fartuchach, nad morzem. Wiszą nad łóżkiem
babci, nad biurkiem i stoją na komodzie. Zostało tylko jedno wolne
miejsce na obraz - ściana nad łóżkiem dziadka. Teraz na jej tle skacze
po łóżku Hania, moja nowa kuzynka Hania. No bo zapomniałam o tej Hani
wspomnieć.
Nie zapomniałaś, ciągle wspominasz, zauważa Hanka i dolewa sobie do
kieliszka jeszcze ociupinkę, no bo jak imieniny, to imieniny.
Teraz mam więc jeszcze siostrę. Kuzynkę.
Wygląda to tak: skaczemy po łóżku dziadka. To znaczy jest tak: skaczę ja
i Hania, siostra, czyli kuzynka. Miłosz nie, bo się boi. Hania skacze,
bo się odchudza i nikogo się nie boi. Dziadek ją lubi. Jest starsza o trzy lata. Skacząc, popycha mnie trochę. Jest wyższa ode mnie, nabita, i jeszcze chwila, a mnie zwali. Bardzo chcę mieć brata i siostrę, jeszcze
nigdy ich nie miałam, a mój brat dopiero się urodzi za pół roku. Na
razie to spychanie jej więc wybaczam.
Miłosz mieszka już u siebie i znów chodzi do szkoły, jest w drugiej
klasie, na tym samym piętrze co moja. Ja sobie z Agnieszką chodzę na
przerwie pięknie w kółko, nikomu nie wadzę, w oczy się nie rzucam, a Miłosz łazi ostatnio za mną. Już się Marian i Patryk nim interesują.
Obawiam się, że to tylko kwestia czasu, jak wykryją, że Siusiak to mój
brat. Na Miłosza wszyscy mówią Siusiak, niestety.
W pewnym sensie już po mnie. Sprawa jest z założenia przegrana. Jak
Marian i Patryk przycisną Miłosza, to nie tylko ten się posika, ale też
wszystko im wyśpiewa, a ja już na zawsze, aż do ósmej klasy zostanę
Siostrą Siusiaka. Nie wiem, co robić. Agnieszka też nie wie. To są te
rzadkie chwile, kiedy perspektywa wyjazdu do Niemiec na stałe nie wydaje
się aż tak straszna. Tyle tylko że jestem w trzeciej klasie i wtedy
jeszcze nikt nigdzie nie wyjeżdża. Nietata jest w Hamburgu, ale tylko
zarabia tam pieniądze, obiecał nawet, że przywiezie mi Barbie, a mama
się źle czuje, bo ciągle jeszcze jest w ciąży.
Skaczemy nadal po dziadkowym łóżku i myślę, że to stosowna okazja, aby
przypomnieć Miłoszowi, jak sprawy się mają.
- Pamiętasz, co przysięgałeś?
- Pamiętam! - Pociąga nosem.
- Zbiję cię na kwaśne jabłko, jak piśniesz słowo.
- Nie zbijesz! Jesteś moją siostrą! - piszczy Miłosz. Hanka i ja
przestajemy skakać. Jesteśmy pod wrażeniem.
- Ona nie jest twoją siostrą - mówi w końcu Hanka.
- Mama mówi, że jest.
- Czyja mama?
- Jej mama. - Miłosz wskazuje na mnie palcem. - Jesteś czy nie? - pyta
płaczliwie Siusiak.
- Nie jest. - Hanka zeskakuje z łóżka. - To jest tylko... - szuka w myślach - przybłęda! Przybłęda z Gdańska!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Głęboko oddychać, jeszcze nie rodzić! Teraz tylko to jeszcze
przetrzymać. Karol mówi, że do domu nie jest tak daleko. Do jakiego
domu, chciałaby zapytać, ale przecież nie mówi. Nie zapyta.
Jedzą ciepłą zupę. Ciepłą, nie, letnią. Letnią, nie, nie taką zimną.
Karol oddaje Rice swoją. Nie żeby zaraz całą, takich bohaterów w maju
roku 1945 nie ma, Karol oddaje Rice ostatnie trzy łyżki, no może cztery.
Nie jest już aż taki głodny, mówi. Nie tak bardzo. To znaczy jest, ale
mu starczy.
Wody odchodzą Rice w nocy. To chyba po tej zupie. Rika płacze po cichu,
bo nic jej nie boli, tylko jest jakby jakaś lżejsza, lepka, a Karola nie
ma. Może przekierowany do baraku męskiego? Nie jęczeć, Rika, nie jęczeć!
Oddychać głęboko.
Boże! Jezu! Biegną do niej zawszone dziewczyny z pryczy obok.
Czy niemowa krzyczy przy porodzie? Bo niemowa to ona. Rika błaga w myślach matkę, Jezusa i Boga, żeby tylko niemową zostać do końca. Gdzie
jest Karol? Aha, przekierowany. Przekierowany? Rozgląda się, jest
plecak, są jego płaszcz i buty. Wszystko zostawił tutaj, a sam poszedł.
Poszedł? Ale nie zostawiłby przecież burego płaszcza i nowych butów! I zupy nie oddał. Tych czterech łyżek. Rika patrzy przestraszona w twarze
kobiet i płacze, tak jak płacze prawdziwa niemowa. Tylko oczami.
- Ona rodzi. - Zagląda jej między nogi któraś z kobiet.
- Przyj - sepleni po polsku kobieta bez zębów. - Przyj!
- Umrzesz! - mówi obojętnie jakaś inna, starsza, która ma tylko
dwadzieścia osiem lat, ale przeżyła roboty w Austrii, a na koniec obóz.
Rika nie prze, bo będzie krzyczeć, a ona krzyczeć nie może, poza tym nie
rozumie po polsku.
Ktoś bije ją po twarzy.
- Przyj, bo umrzesz! - krzyczy ta bez zębów.
Teraz Rika pod wpływem bólu rozumie. Prze z całej siły!
- Przyj mocniej!
- Ona jest głucha!
- Nie jest głucha, tylko niemowa!
- Słyszysz coś? - pytają.
Ruth odpowiedziałaby skinieniem, gdyby rozumiała po polsku, ale tylko
prze i prze, i tak strasznie ją boli. Pewnie umrze. I nagle, pod wpływem
bólu, jakieś zwierzę zaczyna wyć. To ona, zwierzę Ruth. Co krzyczy? Nic.
Krzyczy krzyk.
- Goooooott!!!
Kobieta bez zębów, która się uśmiecha, bo dziecko z krwią wypływa na jej
ręce, zastyga z dzieckiem i z tym uśmiechem na twarzy. Jest polską
Żydówką w tym 1945 roku. Gotta nie ma. Boga nie ma. Ona to wie na pewno.
* * *
Jest sama. Jest cicho. Leży na podłodze z dzieckiem. Dziecko oddycha
opatulone w płaszcz Karola. Dzieciątko, chłopczyk, jest tak samo duży
jak nowy but ojca. Żyje.
- Musisz je nakarmić, rozumiesz? - mówi do niej nagle po niemiecku jakaś
kobieta duch i znika. Wciska jej butelkę z mlekiem.
Duch znika, ale duchy wracają. Zawsze.
Suche salami
Babcia kroi salami. Równo, równiutko, po przekątnej. Zegar tyka. Kuchnia
wysprzątana. Tylko spiżarka otwarta, a w niej salami, salamiska i salamka: długie, grube i cienkie. Siedzę przy stole i patrzę na to
salami, co go nie lubię, ale z czasem polubię. Dowiem się, że przysłała
je z Hamburga siostra babci, Gerda. O tej siostrze jeszcze będzie, ale
nie teraz, bo teraz ja tu siedzę i patrzę. Spiżarka otwarta. Babcia
zaraz schowa do niej krajankę salamkę i zamknie spiżarkę. Jest też
poniemiecki piec. Piec, w którym spalę pamiętniki. Demonstracyjnie, żeby
doszywani babcia i dziadek widzieli, że ja tu ze wszystkim kończę. Żeby
cały świat widział, że ja kończę z tym życiem nastolatki w Polsce. Bo
wyjeżdżam. "Nie chcem, ale muszem". Jechać do Berlina, na Zachód. Na
razie jest salami, suche jak wiór. Przez lata całe będę myśleć, że
salami, bo suche. Nie wiem, co ma salami wspólnego z suchym. Suche
salami, tak już zostanie. Babcia kroi. Ostry, wielki nóż dostała też od
Gerdy. O Gerdzie jeszcze będzie, ale nie teraz, bo mało wiem. Mieszkam
tu od niedawna.
Jest niewysoka ta przyszywana babcia, okrągła jak beczka, ma białe włosy
i pożółkłą od papierosów grzywkę. Ręce duże, pęciny cienkie, nogi
cienkie. Krzywe, takie jakieś w literę V na boki się rozchodzące. I prosto z tych nóg ta ciężka, beczułkowata babcia wyrasta. Nosi fartuch
niebieski, czasem zielony. I kroi po przekątnej salami, chleb, szynkę.
Że niby tak na dłużej starcza.
Czy jej siostra bliźniaczka w Hamburgu wygląda tak jak ona? Czy lubi
salami? Czy jest tak samo blada, czy tak jak ona ma bardzo jasną skórę i pali jak lokomotywa? Teraz przy krojeniu babcia nie pali, no bo to
salami... W roku 1981 wszyscy palą. Wiedzą już, że kaszel, że rak, ale nie
uprawiają jeszcze masowo sportu i czasy są takie, że bez caro i carmenów
ani rusz. Poza tym ty się, dziecko, nie wymądrzaj, ty się ucz!
Próbuję wyobrazić sobie, jak babcia wyglądała, kiedy była młoda.
Przeszkadzają mi w tym te jej wory pod oczami, białe włosy, żółta grzywa
i wiszące policzki. Babcia jest stara. Ma pięćdziesiąt dziewięć lat.
Nieprawda. Babcia w 1981 roku ma pięćdziesiąt siedem lat - poprawia
Hanka (jeszcze o Hance opowiem).
Niech będzie. W 1981 roku babcia ma pięćdziesiąt siedem lat.
Idę do szkoły. Jest 7.30 rano. Babcia dalej kroi salami. Wychodzę, pada
deszcz.
Mam dziewięć lat. Nazywam się Dagmara.
* * *
W Szczecinie dorośli nie obchodzą urodzin, obchodzą imieniny. Urodziny
są zarezerwowane dla dzieci. Poza Szczecin Rika prawie nie wyjeżdża.
Czasem tylko na pogrzeby znajomych. Niektórzy znajomi z obozu
przesiedleńców mieszkają w małych miasteczkach koło Szczecina. Czy ma
znajomych w Polsce? Karol, jej mąż, ma więcej. No ona trochę też ma,
jeszcze z obozu. Nawet ona, Niemka, po trzydziestu pięciu latach ma tu
znajomych. No więc imieniny. Tu w Polsce obchodzi się imieniny. A kiedy
są jej imieniny? Nie ma. W polskim kalendarzu Ruth nie istnieje. Wszyscy
wołają na nią Rika. Przywiozła Ruth tę Rikę - siebie - z Hamburga. Tak
jej siostra kiedyś wymyśliła i tak już zostało. Jeszcze w domu. Dom.
Das Haus. Zuhause.
Pada deszcz. Zmoknie poduszka w oknie. Ta mała Dagmara, co tu z nimi
zamieszkała, też zmoknie. Rika wychyla się, macha parasolką, ale mała
pobiegła, nie słyszy. Miłe dziecko, tylko oczy ma jakieś takie. Jakie?
Rika myśli. Dorosłe.
Żeromski
Mieszkamy na Żeromskiego 116/3, szerokiej ulicy na obrzeżach miasta,
stąd już niedaleko do jednostki wojskowej i do lasu.
- Koniec świata - mówi mama.
- Ale jest poczta - zauważam.
- Ta nowa od Niemki - mówią o mnie na podwórku.
Urodziłam się w Gdańsku, a potem mieszkałam długo przy parku
Kasprowicza, to największy park w Szczecinie, a może i w Europie,
przyszywana babcia nie jest tego pewna, ale mam zapytać przyszywanego
dziadka.
- Bo cmentarz to jest na pewno największy. - I pokazuje ręką, jaki jest
duży.
- W Europie największy? - pytam.
- Na świecie.
- W Gdańsku jest ładniejszy!
- Poniemiecki - dodaje babcia.
Co znaczy poniemiecki? Poniemiecki - słowo, które jest. I nikt się w roku 1981 nad nim nie zastanawia. Jest. Czasy są nie na zastanawianie,
to są czasy na bycie. Poniemiecki dom.
Skaczę przez kałuże, nie trafiam, nie szkodzi, byleby płyty w chodniku
przeskoczyć, na linię nie trafić, poniemiecka komoda, hopla, poniemiecki
cmentarz, hopla, poniemiecki piec, aaa! Jestem cała mokra...
Jadę do szkoły tramwajem numer... Jaki to był numer? Nie pamiętam. Do
przystanku nie mam daleko, najwyżej pięć minut, pod warunkiem że dobrze
pobiegnę. Jadę przez cały Szczecin, który jest największym miastem w Polsce. Tak mówi Hanka (jeszcze o niej napiszę). Głupia. Byłam już w Krakowie z tatą, w Żywcu i znam Gdańsk. Szczecin nie jest największy,
Szczecin jest... poniemiecki.
"Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry, odurzający i zwycięski jak
nadzieja". Taki wiersz ostatnio na apelu recytowałam. Zacięłam się przy
Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. Powiedziałam "Alfonsie" i pani się
bardzo zdenerwowała.
Tramwaj, trochę drewniany, trochę czerwony, z twardymi ławkami i popsutymi kasownikami. Polski tramwaj. W sumie to bez różnicy, bo ja
zawsze gubię bilety. Nie mam biletu miesięcznego.
Właśnie, muszę zapytać mamę, czemu w roku 1981 nie mam miesięcznego
biletu. Pytam. Mama nie pamięta.
Dziecko, czego ty znów ode mnie chcesz?
W tramwaju jest zawsze zimno, zawsze tłoczno i trochę się boję na ostrym
zakręcie, bo motorniczy szybko jedzie. Dotarłam na ten przystanek. No
więc tramwaj. Przywołuję go zaklęciem. Mam takie specjalne i zawsze
działa. Układam usta jak do gwizdania i wciągam powietrze do środka.
Zawsze w końcu przyjeżdża. Zwierzam się z tych zdolności mamie. Mama mi
nie wierzy. Opowiem o tym tacie, jak się z nim spotkam. Może kiedyś się
spotkam. Dawno się już nie spotykam.
Tramwaj przyjeżdża. Wsiadam. Szukam biletu. Nie mam biletu. Wysiadam.
Jak pobiegnę, to może się nie spóźnię.
* * *
Babcia odbiera Miłosza ze szkoły. Miłosz nie ma lekko. Jego rodzice się
kłócą, pewnie się rozstaną. Miłosz robi w majtki i babcia Rika martwi
się o niego. Miłosz to mój nowy przyszywany kuzyn. Chodzi do tej samej
szkoły co ja. Do szkoły w centrum miasta. Babcia Rika mieszka na końcu
świata - to jednak bardzo daleko. Miłosz będzie na razie mieszkał u nas,
to znaczy u babci.
- Moczy się - mówi ciocia.
- Zmoczył? - pyta babcia.
Wzdycham. Babcia nie rozumie. Mieszka w Polsce od trzydziestu pięciu lat
i niektórych wyrażeń ciągle jeszcze nie rozumie. Mówi po polsku, nawet
trochę pisze. Miłosz mówi, że babcia ma chropowaty głos.
- To jest poniemiecki akcent - tłumaczę mu.
- Nie mów tak! - Miłosz zaczyna płakać. - Babcia nie jest poniemiecka.
Wrażliwy. Nie kłócę się z nim, bo się zmoczy.
Też będę dobra
Czytałam dzisiaj w nocy Anię z Zielonego Wzgórza i nie mogłam potem
zasnąć. Moja przyjaciółka Agnieszka też czyta. Siedzimy na wszystkich
lekcjach obok siebie. Trochę płaczemy przy tej Ani. Czasem czytamy pod
ławką. Ania jest taka dobra! Też będę dobra.
Spóźniłam się, ale na szczęście pierwsza lekcja wypadła, bo pani od
biologii chora. Po lekcjach Patryk i Marian, obaj z mojej klasy,
zabierają mi czapkę. Nie będę płakać, bo wtedy zabiorą mi jeszcze
szalik. To już drugi raz w tym tygodniu. Więcej czapek nie mam, tylko
berety, a beretów nienawidzę. Mama nie pozwala mi chodzić bez nakrycia
głowy. Wciąż powtarza, że chorowałam na posocznicę, zapalenie opon
mózgowych, dostawałam autoszczepionki i tak dalej. Teraz w nagrodę muszę
nosić czapki i ohydne brązowe kozaczki kupione w sklepie przy rynku. W państwowym sklepie przy rynku wszystkie kozaki są brązowe, ze skaju i śmierdzą. Mama twierdzi, że kozaki są odlotowe i były już kiedyś modne.
Stała w kolejce na zmianę z sąsiadką, żeby mi je kupić, i nie rozumie, o co mi chodzi.
- Teraz są modne adidasy! - tłumaczę.
Mama ma już prawie trzydzieści lat. Ubiera się ładnie i zawsze jest
umalowana, prawie nie widać, że jest w średnim wieku. A adidasów mi nie
kupi, bo adidasów nigdzie nie ma.
U nas w klasie adidasy ma tylko Maja. Tata jej przywiózł z RFN-u.
Patrzę na kozaki. Są tak brzydkie, że od jutra aż do końca zimy będę je
za rogiem zmieniać na chińskie trampki, a przed szkołą w bramie te znów
na kozaki, bo inaczej znajome nauczycielki powiedzą mamie, że chodzę w trampkach zimą. Tymczasem dobiegam zdyszana w chińskich trampkach do
drzwi, które się zaraz zamkną. Sam dyrektor stoi dziś w drzwiach,
sprawdza tarcze i worki na kapcie. Dyrektorowi Babińskiemu nie chodzi o to, że ktoś po autoszczepionkach chodzi w trampkach zimą, jemu chodzi o to, że będzie brudno i trzeba będzie zatrudnić jeszcze jedną
sprzątaczkę.
- Gdzie kapcie?!
Dyndam mu przed nosem workiem z kozaczkami. Babiński patrzy
podejrzliwie.
- Gdzie tarcza?!
Ja mam tarczę przypiętą tak, że nie widać, że na agrafkę.
- Dzienniczek! - wrzeszczy. - Spóźnienie!
Dyrektor Babiński zwraca się do wszystkich bezokolicznikami albo
rzeczownikami. Uczy fizyki, nie musi dużo mówić.
Mam więc uwagę w dzienniczku, a kilka godzin później nie mam czapki, bo
Marian mi zabrał. Idziemy więc z Agnieszką do klatki za rogiem. Babcie
Mariana i Patryka mieszkają niedaleko szkoły, tuż przy piekarni, i oni
tam zawsze chodzą po lekcjach na obiad. Babcia Mariana jest malutka i ma
białe włosy. Bardzo ją lubię. Czasem daje Agnieszce i mnie mleko i ciepłą drożdżówkę. Babcia Patryka jest wysoka, elegancka, ma kok i jest
jeszcze prawie młoda. Nigdy u niej nie byłyśmy.
- Goń mnie! - wrzeszczy Marian. Stoi na garażu i okręca moją czapkę na
kijku.
- Pójdę do twojej babci! - odkrzykuję.
Marian i Patryk znikają na kolejnym dachu.
- Pójdę do babci Patryka! - dorzucam.
Widzę, że Patryk wychyla głowę. Namawiają się. Po chwili brudna czapka
ląduje w kałuży.
- Kablara! - dochodzi z dachu.
- Złodzieje! - odkrzykuję.
- Złodzieje! - krzyczy Agnieszka i dodaje: - Jutro przyniesiesz wypraną
czapkę do szkoły!
Ja bym ją tam wzięła i sama wyprała, ale głupio to mówić przy Agnieszce.
W drodze do przystanku muszę przejść pod oknami pokoju nauczycielskiego;
jeśli ktoś zobaczy, że nie mam czapki, naskarży mamie i znowu się
zacznie. A mamy lepiej nie denerwować. Najpierw jednak odprowadzam
Agnieszkę do domu. Mieszka niedaleko szkoły.
Ja tam tę historię inaczej pamiętam, mówi Marian.
Wszyscy uczniowie z mojej szkoły mieszkają blisko szkoły, tylko ja mam
tak strasznie daleko. Chodzą do tego samego kościoła na mszę i religię i bawią się na tych samych podwórkach, odwiedzają się po lekcjach,
pożyczają sobie książki, zeszyty.
Nie jęcz tak, mówi Hanka. Ja też miałam wtedy daleko do szkoły.
Do szkoły daleko mamy tylko ja i Maja. No ale Maja to co innego. Nie
myślę teraz o Mai. Myślę o czapce. Pociągam nosem i idę naokoło, przez
szkolne boisko. Będę musiała przejść przez płot i kilka ciemnych bram.
Znów na skróty, ale przynajmniej nie pod oknami pokoju nauczycielskiego.