Biała Mgła - Victor Rezo

Kup ebooka

29.00 zł
24.07 zł (24,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

***

- No dalej ogierze..., aaa..., aaa... - zajęczała, udając rozkosz niewspółmierną do efektu działań małego łysiejącego jegomościa. - Taak, taak, jesteś niesamowity! - zawołała prosto w skryty w mroku wilgotny ceglany mur.

 Od kilkunastu minut twarz jej przylegała do lodowatej oszronionej ściany i miała już tego serdecznie dość, a facet najwyraźniej nie mógł skończyć. Niech już w końcu nadejdzie wiosna - przemknęło jej przez myśl.

- Uh..., uh... - miłośnik sapał prosto w jej ucho, rozpościerając wkoło woń świeżych wymiocin.

- Aaaa..., taak, ale mnie rozpalasz. Nie przestawaj, o taaak ... - starała się zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby wreszcie zakończyć tę gehennę. Jeszcze jeden taki klient, a zacznę brać za czas, a nie za numer - pomyślała, wpatrując się w roztopiony jej oddechem szron, który sukcesywnie zamieniał się w krople wody. - Kończ, że wreszcie, bo od tego mrozu zaraz mi tyłek odpadnie!    

- Oooo... - wydarł się, wykonując ostatnie silne pchnięcia i opadł wyczerpany na plecy Maggy. Opierał się na niej jeszcze przez dłuższą chwilę, próbując dojść do siebie.

- Hej, tylko mi tu nie zasypiaj. No dalej, podnoś się, to nie sypialnia - wyprostowała się, tym samym zrzucając delikwenta ze swoich pleców. Opuściła suknię, zakrywając sine pośladki i wystawiła dłoń przed siebie. - No już, na co czekasz?

Łysielec pogrzebał chwilę w kieszeni, wyciągając kilka monet. 

- Zapraszam ponownie kochasiu! - zawołała za oddalającym się chwiejnym krokiem mężczyzną. Wyjęła małą sakiewkę, włożyła do niej swój zarobek, a następnie wcisnęła ją pod gorset. Otuliła się szczelnie kapotą i przestępując z nogi na nogę, chuchnęła w dłonie, zapalczywie je rozcierając. Noc, choć mroźna zapowiadała się całkiem nieźle. Dwóch klientów w ciągu godziny znamionowało pokaźny zarobek. Jak tak dalej pójdzie, to jutro kupię sobie ciepłe rękawiczki. Raz się żyje - pomyślała rozmarzona. Wyszła na brukowaną ulicę, aby być bardziej widoczną w świetle latarni. Stanęła na skraju snopa światła, był to jej ulubiony obszar działania. Twierdziła, że lekki półcień dodawał jej nutkę tajemniczości, a przy okazji tuszował lekkie niedoskonałości jej sylwetki. Usłyszała ciężkie kroki, odwróciła się w tamtą stronę, akurat by zobaczyć wyłaniającą się z mroku sylwetkę dobrze ubranego mężczyzny. Wstępna ocena wypadła bardzo pozytywnie. Dlatego mimo panującego chłodu odsłoniła nogę, unosząc do góry falbaniastą sukienkę.

- Zapraszam do mnie, takiemu przystojniakowi jak ty policzę połowę - oblizała spierzchnięte wargi, uśmiechając się uwodzicielsko.

Mężczyzna przystanął, uważnie lustrując zaoferowany mu towar.

- Wielce pani miła, jednak proszę mi wybaczyć. Dziś wieczór jestem zmuszony odmówić - odparł, uchylając delikatnie cylinder.   

- No ja myślę - dodała kobieta, która błyskawicznie pojawiła się obok niego, chwytając go pod ramię i ciągnąc ze sobą. - Idziemy Alfredzie - spojrzała ostentacyjnie na Maggy i odwróciła głowę w drugą stronę.

- Zapraszam innym razem! - zawołała za oddalającą się parą.

Opuściła sukienkę i chuchnęła w dłonie, wypuszczając kłęby pary z ust. Wsunęła ręce pod pachy, drobiąc kroczki w miejscu. Mijały kolejne kwadranse trwania na posterunku i wizja zakupu ciepłych rękawiczek zaczęła powoli rozmywać się w głowie Maggy.   

- Czy szanowna pani jest wolna?

Aż podskoczyła, słysząc te słowa, odwróciła się momentalnie lekko zdezorientowana.

- Ale mnie pan wystraszył - powiedziała niepewnie.

- Nie było to mym zamiarem. Moja droga - odparł mężczyzna odziany w grube czarne palto. - Jeśli mogłaby pani poświęcić mi chwilkę, byłbym niezmiernie wdzięczny - mówiąc to, uniósł palce prawej ręki, uderzając nimi w główkę laski, na której się wspierał.

Maggy spojrzała na wydatny podbródek, a następnie na czarne skórzane rękawiczki. Tak jutro też będę takie miała - pomyślała, pocierając skostniałe dłonie.  

- Chodźmy - minęła go, ruszając w stronę najbliższego zaułku. - Pospieszmy się, dziś jest wyjątkowo zimno.

- Proszę się nie obawiać. Patrząc na panią, jestem przekonany, że nie zajmie mi to dużo czasu.

Odwróciła się, posyłając gorący uśmiech i rozpłynęła się w ciemności. Mężczyzna kciukiem uniósł główkę od laski. Przez moment w resztkach światła rzucanego przez latarnie zabłysło stalowe ostrze i nieznajomy podążył za niczego nieświadomą kobietą.

***
Gęste płatki śniegu, migoczące w blasku latarni pospołu ze słabym światłem księżyca, nieśmiało rozświetlały nocny mrok miasta. Czarny powóz mknął cichą ulicą, obwieszczając swoje przybycie odgłosem podków uderzających rytmicznie o zmrożony bruk. Mijał kolejne zakręty, znacząc drogę charakterystycznymi śnieżnymi koleinami. Stangret strzelił z bata, dając znak koniom, by przyspieszyły. Przełożył lejce do jednej ręki, poprawiając sztywny od mrozu kołnierz, starając się zatrzymać za pazuchą, chociaż  szczyptę umykającego ciepła. Jechał najszybciej, jak tylko się dało. Istniały ku temu dwa powody. Pierwszy to wyraźne polecenie, które otrzymał od pasażerów. "George jedź prędko do domu, obiecałam Elen, że mama wróci, najszybciej jak to będzie możliwe". Drugim znacznie ważniejszym był fakt, że od godziny nie czuł nóg. Od co najmniej dziesięciu lat nie przeżył tak mroźnej zimy, a patrząc na piętrzące się wszędzie zaspy, nic nie wskazywało na to, by jej koniec miał niebawem nadejść.
- Wspaniałe przedstawienie - powiedziała kobieta siedząca wewnątrz powozu.
- Tak, aczkolwiek drugi akt zdawał się lekko nużący - odparł mężczyzna, lekko ziewając.
- Raczysz żartować - oburzyła się. - Maestro Kean, to wybitny artysta trudno byłoby zagrać to lepiej.
- Trudno by było zagrać to gorzej.
- Jamesie, naprawdę przesadzasz. Maestro swoją wybitną kreacją uświetnił całą sztukę.
- Właśnie o tym mówię, gdyby nie on, wyszedłbym wcześniej, a nie wyróżnił się niczym nadzwyczajnym, więc obrazuje to ogólnie poziom całego spektaklu - uniósł odzianą w rękawiczkę dłoń, tłumiąc kolejne ziewnięcie. 
- Naprawdę dziwię się tobie. Wszyscy byli zachwyceni. Widziałeś te owacje. 
- Oczywiście, nie dało się ich nie zauważyć. Pokazały one jedynie strach przed ostracyzmem. Wystarczyło, że ktoś rzucił na scenę bukiet kwiatów, a potem zaklaskał, a już cała publiczność poderwała się w bezkrytycznym uwielbieniu. Nawet siedzący obok mnie gość, który przez większość przedstawienia chrapał. Wiwatował jak szalony, aby nie zostać posądzonym o odstępstwo, a przecież - uniósł palec do góry, zaznaczając w ten sposób wagę słów, które za chwilę wypowie. - Nawet nie mamy pewności, czy osoby rzucające kwiaty nie były klakierami.  
- Doprawdy, ty zawsze wietrzysz jakiś spisek, a ja ci mówię, że to było najlepsze przedstawienie, jakie ostatnio widziałam.
- Z tym akurat mogę się zgodzić, w końcu ostatnio nigdzie nie wychodzisz - posłał jej ironiczny uśmieszek.
- A to może jest moja wina? - uniosła się kobieta. - Od dawna mówiłam, że powinniśmy wybrać się do teatru.
- Hmm..., to bardzo interesujące, jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby... - w tym momencie przerwał, gdyż powozem mocno szarpnęło, po czym gwałtownie się zatrzymał. James przeleciał na drugą stronę, odbił się od ściany, a następnie wylądował na podłodze, by po chwili poczuć ciężar żony upadającej wprost na niego. - Co to było? - jęknął, próbując wyswobodzić się z ludzkiego kłębka. Szamocąc się, usłyszał dochodzący z zewnątrz głos.
- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnął stangret. - Życie ci niemiłe?!
- George co się stało?! - zawołał wściekły James spod sukni żony. - Mary Jane, na litość zabierz nogę z mojej twarzy.
- Panie, ktoś niespełna rozumu stoi na drodze! - krzyknął stangret.
- I tylko dlatego się zatrzymałeś? Jedź!
- Chciałem jechać, to konie stanęły dęba! Z drogi! - strzelił z bata.
James wygramolił się spod żony, chwycił ją za rękę, pomagając wstać. Teraz z zewnątrz dał się słyszeć wrzask:
- Co ty wyprawiasz! Aaa!! 
Krzyk Georga przenikał do szpiku kości. James otworzył drzwiczki, akurat by zobaczyć woźnicę dosłownie przelatującego nad pobliską zaspą i uderzającego w oddzielające park od ulicy metalowe ogrodzenie. Jakiś mężczyzna w długim palcie schylał się na bezwładnie leżącym Georgem.   
- Co tu się dzieje?! - zawołał James, stojąc w otwartych drzwiach powozu. 
Nieznajomy nie zwracając uwagi na krzyki, z łatwością uniósł swoją ofiarę ponad głowę, jakby podnosił poduszkę wypełniona pierzem, a następnie z impetem nadział je plecami na ostre, metalowe pręty, stanowiące zwieńczenie płotu. Stangret jęknął, zawisając na ogrodzeniu, wstrząsany przez śmiertelne drgawki.
- Boże... coś ty... - wydusił z siebie stojący jak sparaliżowany James.
Mężczyzna w czarnym palcie ruszył w jego kierunku. Jak taran pokonał dzielącą ich potężną zaspę, tworząc w niej wysoką na trzy stopy przesiekę. Przyszło mu to z taką łatwością, jakby przechodził przez mgłę. Wyczyn ten sprawił, iż i tak już oniemiały James rozwarł usta jak wiejski głupek. 
- O co chodzi? - odezwała się Mary Jane zza pleców męża. Nie słysząc, żadnej odpowiedzi wcisnęła głowę pod jego ramię, starając się dojrzeć, co takiego dzieje się na zewnątrz. Ujrzała jegomościa w czarnym cylindrze zmierzającego w jej stronę oraz nieszczęsnego Georga, z wystającym z brzucha zaostrzonym prętem. Zwisającego bezwładnie jak szmaciana lalka.
- James zrób, że coś! - wrzasnęła, unosząc głowę do góry, lecz widząc puste spojrzenie męża, zrozumiała, że jej krzyk jest bezcelowy. Odruchowo wyciągnęła rękę, próbując zamknąć drzwiczki.
Mężczyzna stał już przy powozie. Chwycił zamykające się drzwi, wyrywając Mary Jane klamkę z ręki. Potworny trzask obwieścił wyłamanie zawiasów. Wielki kloc drewna będący jeszcze przed chwilą częścią powozu poleciał w powietrze i jak spróchniała deska roztrzaskał się na płocie obok woźnicy. Kobieta wbiła się w najodleglejszy kąt  powozu. Przerażona zasłoniła się podkulonymi nogami.
- Eee... - wydusił z siebie oniemiały James i był to ostatni dźwięk, jaki wydał w życiu. 
Nieznajomy złapał go za głowę, uderzając nią w powóz. Czaszka pękła jak dojrzały arbuz ukazujący czerwony soczysty miąższ, lecz tym razem miąższem był krwawiący mózg. Uniósł ofiarę równie lekko, jak wcześniej uczynił to z Georgem, odrzucając ją w śnieżnobiałą zaspę, którą przed chwilą pokonał.
- Nie!! - wrzasnęła, Mary Jane zasłaniając ręką twarz, usłyszała rżenie koni i poczuła gwałtowne szarpnięcie, powóz wyrwał do przodu, rozpływając się w mroku, pozostawiając za sobą, wyraźnie rysującą się na białym śniegu czarną sylwetkę.
***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.