Przedmowa
Mam znajomego, emerytowanego fabrykanta i bardzo pragmatycznego człowieka, którego ostatnio zaczęły niepokoić
napięcia międzynarodowe, rakiety międzykontynentalne, bomby wodorowe i tym podobne rzeczy.
Pewnego dnia, wiedząc, że pisałem o sprawach dotyczących wojskowości,
zapytał mnie:
- Jak pan myśli, co by się stało, gdyby Ruscy zaatakowali nas znienacka
- no wie pan, tak jak Japończycy Pearl Harbor?
Sam się nad tym zastanawiałem. Niedawno wróciłem z Offutt Field, gdyż
zostałem oddelegowany przez gazetę do głównej kwatery Dowództwa
Lotnictwa Strategicznego, kilku jego baz oraz ośrodka badań rakietowych
na przylądku Canaveral. Co więcej, omawiałem taką ewentualność z kilkoma
bystrymi brytyjskimi oficerami sztabowymi. Brytyjczycy dłużej niż my
żyją w cieniu rakiet z głowicami jądrowymi. Ponadto doskonale pamiętają
lotnicze bombardowania miast, tak samo jak Niemcy i Japończycy.
Człowiek wstrząśnięty widokiem eksplozji dwutonowej bomby burzącej ma
konkretny układ odniesienia. Może porównać skutki uderzenia jądrowego z tym, co zna z doświadczenia, mimo że wybuch bomby wodorowej jest milion
razy silniejszy. Dla kogoś, kto nigdy nie poczuł skutków eksplozji
bomby, jest ona tylko pustym słowem. Grzyb atomowy jest czymś, co widuje
się w telewizji. Nie czymś, co zmienia cię w popiół w jednej
milisekundzie. Tak więc tylko nieliczni Amerykanie są w stanie to sobie
wyobrazić, w przeciwieństwie do Brytyjczyków, Niemców i Japończyków. I tylko Japończycy w pełni rozumieją, czym jest termonuklearna eksplozja i promieniowanie.
Tak więc było to istotne pytanie. Udzieliłem na nie zdawkowej
odpowiedzi, która okazała się dość konserwatywna w porównaniu z niektórymi oficjalnymi prognozami opublikowanymi później. Powiedziałem:
- Och, myślę, że zabiliby pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt milionów
Amerykanów, ale sądzę, że wygralibyśmy tę wojnę.
Zastanowił się nad tym, po czym rzekł:
- Och! Pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt milionów zabitych! Jakiż
wywołałoby to kryzys!
Wątpię, by w pełni rozumiał charakter i rozmiary tego kryzysu - i dlatego napisałem tę książkę.
1959
1
W Fort Repose, nadrzecznym miasteczku w środkowej Florydzie mówiono, że jeśli wysyła się wiadomość za
pośrednictwem Western Union, to równie dobrze można by nadać ją przez
wszystkie rozgłośnie radiowe. Co niezupełnie było zgodne z prawdą. Choć
to prawda, że Florence Wechek, kierowniczka filii tej firmy, była
plotkarą. Jednak starannie selekcjonowała informacje płynące spod jej
pulchnych palców i surowo cenzurowała te, które wychodziły z jej ust. O skandalicznych i kłopotliwych nigdy się nie wypowiadała. Ciekawe,
trywialne i nieszkodliwe przekazywała przyjaciołom, co wzmacniało jej
prestiż i łagodziło nudę staropanieństwa. Jeśli twoja siostra miała
kłopoty i przysłała telegram z prośbą o pieniądze, Florence Wechek
zachowywała tę tajemnicę dla siebie. Jeśli jednak twoja siostra urodziła
dziecię z prawego łoża, wkrótce całe miasteczko znało jego płeć i wagę.
Był piątek, początek grudnia, gdy Florence obudziła się - jak zawsze - o szóstej trzydzieści. Ociężale, sztywno i niezgrabnie dźwignęła się z łóżka i przeczłapała przez salon do kuchni. Wtoczyła się na ganek,
uchyliła drzwi z siatką przeciw owadom i na oślep sięgnęła po stojący na
progu karton mleka. Dopiero kiedy się wyprostowała, jej oczy jak
bławatki dostrzegły jakiś ruch w szarości poranka. Wiewiórka z wyleniałym ogonem wbiegła na najwyższą gałąź cytrusowego drzewka. Sir
Percy, wielki rudy kocur Florence, podniósł się ze swego wyłożonego
workowym płótnem posłania za bojlerem, wygiął grzbiet, przeciągnął się i otarł o jej flanelową podomkę. Papużki nierozłączki rytmicznie kołysały
się, przytulone łebkami, na huśtawce w swojej klatce. Przemówiła do
nich:
- Dzień dobry, Anthony. Dzień dobry, Cleo.
Zamrugały do niej oczami efektownie otoczonymi białymi obwódkami, jakby
tkwiącymi w miętówkach Life Savers. Anthony nastroszył zielono-żółte
piórka i ochryple ją powitał. Cleo nie odezwała się. Anthony był
odważny, Cleo nieśmiała. Czasem Anthony robił się hałaśliwy i gniewny, a wtedy Florence wypuszczała go z klatki. Zawsze jednak wieczorem czekał w kępie lilii lub plumerii, gotowy wrócić do domu. Dopóki Cleo wolała
wygodną i bezpieczną klatkę, Anthony pozostanie udomowioną papugą. Tak
powiedzieli Florence, gdy miesiąc temu kupiła te ptaki w Miami, i najwyraźniej mieli rację.
Florence zaniosła klatkę do kuchni i nasypała do karmnika nową porcję
ziarenek słonecznika. Napełniła mlekiem miseczkę Sir Percy'ego i dała
pokruszony kawałek opłatka złotej rybce w słoju na szafce. Wróciła do
salonu i nakarmiła skalary, molinezje, gupiki i kolorowe bystrzyki w akwarium. Zauważyła, że dwa padlinożerne sumiki są bardzo aktywne.
Sprawdziła temperaturę wody, elektryczny podgrzewacz i filtr wody, zanim
czajnik swym chichotem wezwał ją na śniadanie. Równo o siódmej Florence
włączyła telewizor, nastawiła go na Channel 8 nadawany z Tampy i usiadła
do śniadania złożonego z soku pomarańczowego i jajek. Te poranne
czynności wykonywała rutynowo i sprawnie. Smutne było jedynie to, że
gotowała tylko dla siebie i jadła posiłki sama. Jednak przy śniadaniu
nie czuła się tak bardzo samotna, nie w towarzystwie gapiącego się i trajkoczącego Anthony'ego, sześciu spasionych złotych rybek sennie
pląsających i machających przeźroczystymi płetwami, Sir Percy'ego
ocierającego się pod stołem o jej nogi oraz wesołych przyjaciół z porannego programu, których zatrudniono i sowicie opłacano po to, by ją
zabawiali i informowali.
Po minie Dave'a zawsze natychmiast wyczuwała, czy wiadomości będą dobre
czy nie. Tego ranka Dave wyglądał na zaniepokojonego i rzeczywiście miał
do przekazania złe wieści. Rosjanie wystrzelili kolejnego Sputnika,
numer 23, a na Bliskim Wschodzie działo się coś niedobrego. Według oceny
Smithsonian Institution Sputnik numer 23 był największy z dotychczas
wystrzelonych i nieustannie wysyłał zaszyfrowane sygnały radiowe.
- Są powody, by uważać - rzekł Frank - że Sputniki tych rozmiarów są
wyposażone w urządzenia do obserwacji powierzchni ziemi, nad którą
przelatują.
Florence szczelniej zacisnęła pod szyją kołnierzyk różowej flanelowej
podomki i z niepokojem spojrzała za okno kuchni. Zobaczyła tylko liście
hibiskusa zroszone poranną mgłą i puste szare niebo za nimi. Nie mieli
prawa wysyłać tam tych Sputników, żeby szpiegowały ludzi. Jakby czytając
w jej myślach, Frank dodał:
- Senator Holler, członek komisji sił zbrojnych, wczoraj dołączył do
innych zachodnich polityków żądających, by siły powietrzne zestrzeliły
szpiegowskie satelity naruszające przestrzeń powietrzną Stanów
Zjednoczonych. Kreml również miał coś do powiedzenia w tej sprawie.
Oznajmił, że wszelkie takie działania zostaną potraktowane tak samo jak
atak na sowiecki okręt czy samolot. Kreml przypomniał, że Stany
Zjednoczone zawsze głosiły doktrynę wolnego statusu mórz. Według
Sowietów dotyczy to także przestrzeni kosmicznej.
Dziennikarz przerwał, podniósł głowę i krzywym uśmiechem skwitował to
pokrętne uzasadnienie. Przewrócił kartkę notatnika.
- Mamy nowy kryzys na Bliskim Wschodzie. Przekazane z Kairu raporty z Bejrutu mówią, że najnowocześniejsze rosyjskie czołgi dostarczone
syryjskiej armii przekroczyły granicę Jordanii. To niewątpliwie jest
zagrożenie dla Izraela. Jednocześnie Damaszek oskarża Ankarę, że
koncentruje swe siły zbrojne...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki