Bezwzględny rywal. Ruthless Rival - L.J. Shen

Kup ebooka

37.50 zł
30.38 zł (30,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

ARYA

Obec­nie

On na pewno się zjawi.

By­łam o tym prze­ko­nana, na­wet je­śli się spóź­niał. To ni­gdy mu się nie zda­rzało, aż do dzi­siaj.

Uma­wia­li­śmy się na randki w każdą pierw­szą so­botę mie­siąca.

Po­ja­wiał się uzbro­jony w ło­bu­zer­ski uśmiech, dwie mi­ski z in­dyj­skim je­dze­niem i świe­żut­kie, skan­da­liczne biu­rowe plotki, lep­sze niż ja­kie­kol­wiek re­ality show.

Prze­cią­gnę­łam się pod kruż­gan­kiem z wi­do­kiem na go­tycki ogród i po­ru­szy­łam pal­cami w czó­łen­kach Prady, mu­ska­jąc po­de­szwami starą ko­lumnę.

Bez względu na to, ile mia­łam lat i jak do­brze opa­no­wa­łam sztukę by­cia bez­względną biz­ne­swo­man, pod­czas na­szych co­mie­sięcz­nych wi­zyt w Clo­isters za­wsze czu­łam się jak pięt­na­sto­latka, prysz­czata i po­datna na wpływy, wdzięczna za rzu­cane w moją stronę ochłapy bli­sko­ści i uczu­cia.

- Chodź, ko­cha­nie, bo z za­mó­wie­nia już ka­pie.

Wi­dzi­cie? Zja­wił się.

Pod­wi­nę­łam nogi pod ty­łek, ro­biąc ta­cie miej­sce. Wy­cią­gnął z pla­sti­ko­wej torby dwa ocie­ka­jące tłusz­czem po­jem­niki i po­dał mi je­den z nich.

- Wy­glą­dasz okrop­nie - za­uwa­ży­łam, otwie­ra­jąc pu­dełko. Ude­rzył mnie za­pach gałki musz­ka­to­ło­wej i sza­franu, i wy­wo­łał śli­no­tok. Mój oj­ciec był czer­wony na twa­rzy i miał pod­krą­żone oczy, a jego twarz wy­krzy­wiał gry­mas.

- A ty jak zwy­kle wy­glą­dasz fan­ta­stycz­nie. - Po­ca­ło­wał mnie w po­li­czek, opie­ra­jąc się o ko­lumnę przede mną, tak że sie­dzie­li­śmy twa­rzą w twarz.

Szturch­nę­łam je­dze­nie pla­sti­ko­wym wi­del­cem, mięk­kie ka­wałki kur­czaka roz­pa­dły się na po­duszce z ryżu. Wzię­łam kęs do ust, przy­my­ka­jąc oczy.

- Mo­gła­bym to jeść trzy razy dzien­nie, bez prze­rwy.

- Mógł­bym w to uwie­rzyć, bo w czwar­tej kla­sie ży­wi­łaś się wy­łącz­nie se­ro­wymi kul­kami. - Ro­ze­śmiał się. - Jak idzie do­mi­na­cja nad świa­tem?

- Po­woli, ale sta­bil­nie. - Otwo­rzy­łam oczy.

Grze­bał w swo­jej por­cji. Naj­pierw się spóź­nił, a te­raz do­tarło do mnie, że le­dwo go roz­po­zna­łam. Nie cho­dziło o jego po­stawę, lekko po­gnie­cione ubra­nie czy nieco za­pusz­czoną fry­zurę, ale o wy­raz twa­rzy, któ­rego ni­gdy wcze­śniej u niego nie wi­dzia­łam, a zna­li­śmy się pra­wie trzy­dzie­ści dwa lata.

- Jak się masz? - Ob­li­za­łam wi­de­lec.

Jego te­le­fon, scho­wany w przed­niej kie­szeni spodni, za­wi­bro­wał. Zie­lony błysk prze­świ­ty­wał przez ma­te­riał. Zi­gno­ro­wał go.

- Do­brze. Jest dużo ro­boty. Mamy wła­śnie au­dyt, więc biuro sta­nęło na gło­wie. Wszy­scy bie­gają jak in­dyk bez głowy.

- O nie, znowu? - Się­gnę­łam do jego mi­ski, wy­ło­wi­łam zło­tego ziem­niaka ukry­tego pod górą ryżu i wsu­nę­łam go do ust. - Ale to wszystko wy­ja­śnia.

- Co wy­ja­śnia? - Wy­glą­dał na za­nie­po­ko­jo­nego.

- Za­uwa­ży­łam, że wy­glą­dasz na pad­nię­tego.

- To uciąż­liwe, ale już to prze­ra­bia­łem. Jak in­te­resy?

- Wła­ści­wie to chcia­ła­bym po­znać twoją opi­nię na te­mat pew­nego klienta.

Za­czę­łam wpro­wa­dzać go w te­mat, gdy jego te­le­fon po­now­nie za­wi­bro­wał w kie­szeni. Spoj­rza­łam na fon­tannę znaj­du­jącą się po­środku ogrodu, bez słowa da­jąc znać, że może ode­brać.

Za­miast tego tata wy­cią­gnął ser­wetkę z torby na wy­nos i po­kle­pał się po czole. Pa­pie­rowe strzępki przy­kle­iły się do lep­kiej skóry. Tem­pe­ra­tura wy­no­siła mniej niż zero stopni. Dla­czego tak się po­cił?

- A co u Jil­lian? - Jego głos pod­niósł się o oktawę. Po mo­jej skó­rze roz­lało się po­czu­cie zbli­ża­ją­cego się nie­szczę­ścia jak słabe, le­dwo wi­doczne pęk­nię­cie na ścia­nie. - Chyba wspo­mi­na­łaś, że jej bab­cia w ze­szłym ty­go­dniu miała ope­ra­cję bio­dra. Po­pro­si­łem se­kre­tarkę, by wy­słała jej kwiaty.

Oczy­wi­ście, że tak. Tata był je­dyną stałą osobą w moim ży­ciu, któ­rej mo­głam ufać. W prze­ci­wień­stwie do mamy, która za­wsze jako ostat­nia do­wia­dy­wała się, przez co prze­cho­dzę, była nie­świa­doma mo­ich uczuć, nie­obecna w klu­czo­wych mo­men­tach mo­jego ży­cia. Jed­nak tata pa­mię­tał o uro­dzi­nach, waż­nych da­tach w szkole i in­te­re­so­wał się tym, co włożę na bar mi­cwę mo­ich przy­ja­ció­łek. Był przy mnie pod­czas roz­stań, dra­ma­tów z ko­le­żan­kami i za­ło­że­niu mo­jej firmy; oso­bi­ście przej­rzał drobny dru­czek w umo­wie. Był matką, oj­cem, bra­tem i to­wa­rzy­szem. Ko­twicą na nie­spo­koj­nym mo­rzu ży­cia.

- Bab­cia Joy ma się do­brze. - Po­da­łam mu pa­pie­rowe ser­wetki, przy­glą­da­jąc mu się z za­cie­ka­wie­niem. - Już roz­sta­wia po ką­tach mamę Jil­lian. Słu­chaj, czy ty...

Jego te­le­fon za­brzę­czał po raz trzeci w ciągu mi­nuty.

- Po­wi­nie­neś ode­brać.

- Nie, nie. - Ro­zej­rzał się wo­kół. Był blady jak ściana.

- Kto­kol­wiek pró­buje się do cie­bie do­dzwo­nić, nie od­pu­ści.

- Po­waż­nie, Ari, wo­lał­bym po­słu­chać o twoim ty­go­dniu.

- Był do­bry, pe­łen wra­żeń i mi­nął. A te­raz od­bierz. - Wska­za­łam ge­stem na to, co, jak przy­pusz­cza­łam, było przy­czyną jego dziw­nego za­cho­wa­nia.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem i zre­zy­gno­waną miną w końcu wy­cią­gnął te­le­fon i przy­ci­snął go do ucha tak mocno, że jego skóra po­bie­lała.

- Mówi Con­rad Roth. Tak. Tak. - Prze­rwał, roz­glą­da­jąc się z nie­po­ko­jem. Mi­ska wy­śli­zgnęła mu się spo­mię­dzy pal­ców i upa­dła na starą ka­mienną po­sadzkę. Pró­bo­wa­łam ją zła­pać, ale bez­sku­tecz­nie. - Tak, wiem. Dzię­kuję. Ktoś już mnie re­pre­zen­tuje. Nie, nie będę tego ko­men­to­wać.

Re­pre­zen­ta­cja? Ko­men­tarz? Do au­dytu?

Lu­dzie spa­ce­ro­wali wzdłuż łu­ków. Tu­ry­ści ku­cali, by zro­bić zdję­cia ogrodu. Chmara dzieci krę­ciła się wo­kół ko­lumn, a ich śmiech przy­po­mi­nał ko­ścielne dzwony. Wsta­łam i za­czę­łam sprzą­tać ba­ła­gan po ta­cie.

Nic się nie dzieje, wma­wia­łam so­bie. Żadna firma nie chce prze­cho­dzić przez au­dyt. A co do­piero fun­dusz hed­gin­gowy.

Mimo to nie mo­głam uwie­rzyć w tę wy­mówkę, cho­ciaż pró­bo­wa­łam. Tu nie cho­dziło o in­te­resy. Tata nie przej­mo­wał się pracą na tyle, by spę­dzała mu sen z po­wiek.

Roz­łą­czył się. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały.

Do­my­śli­łam się wszyst­kiego, za­nim otwo­rzył usta. Czu­łam, że za kilka mi­nut za­cznę spa­dać. Że nic tego nie po­wstrzyma. Że nie mam na to wpływu. On też nie.

- Ari, po­win­naś o czymś wie­dzieć...

Za­mknę­łam oczy, bio­rąc gwał­towny wdech jak przed sko­kiem do wody.

Wie­dzia­łam, że nic już ni­gdy nie bę­dzie ta­kie samo.

ROZ­DZIAŁ 2

CHRI­STIAN

Obec­nie

Za­sady. Mia­łem ich bar­dzo nie­wiele.

Tak na­prawdę garstkę i nie na­zwał­bym ich za­sa­dami per se. Ra­czej pre­fe­ren­cjami. Sil­nym upodo­ba­niem? Tak, to brzmi cał­kiem nie­źle.

Na przy­kład jako praw­nik "wo­la­łem" nie zaj­mo­wać się spo­rami do­ty­czą­cymi nie­ru­cho­mo­ści ani kon­trak­tami. Nie dla­tego, że mia­łem mo­ralny lub etyczny pro­blem z re­pre­zen­to­wa­niem któ­rej­kol­wiek ze stron, po pro­stu uwa­ża­łem ten te­mat za kosz­mar­nie nudny i cał­ko­wi­cie nie­warty mo­jego cen­nego czasu. Naj­bar­dziej krę­ciły mnie de­likty i rosz­cze­nia oparte na pra­wie słusz­no­ści. Lu­bi­łem trudne, emo­cjo­nalne i de­struk­cyjne sprawy. Im bar­dziej nie­go­dziwe, tym le­piej.

"Wo­la­łem" za­pić się do nie­przy­tom­no­ści z mo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, Ar­s?ne'em i Rig­g­sem, w Brew­ther­hood po dru­giej stro­nie ulicy, niż uśmie­chać się, ki­wać głową i słu­chać ko­lej­nej nud­nej jak flaki z ole­jem hi­sto­rii o me­czu dzie­ciaka mo­jego klienta.

Wo­la­łem rów­nież - ale nie była to za­sada - nie pod­li­zy­wać się Panu Po­dej­rza­nemu, zna­nemu rów­nież jako My­les Emer­son. Ale My­les Emer­son miał wła­śnie pod­pi­sać umowę z moją kan­ce­la­rią, Crom­well & Trau­rig. I wła­śnie dla­tego w piąt­kowy wie­czór z fał­szy­wym uśmie­chem na twa­rzy wkła­da­łem fir­mową kartę kre­dy­tową do czar­nego skó­rza­nego etui na czek po tym, jak ura­czy­łem pana Emer­sona tar­tami z foie gras, ta­glio­lini z czar­nymi tru­flami i bu­telką wina w ce­nie, która mo­głaby za­pew­nić jego dziecku cztery lata edu­ka­cji w uczelni Ligi Blusz­czo­wej.

- Mu­szę przy­znać, że mam co do tego do­bre prze­czu­cia, chło­paki. - Pan Emer­son bek­nął, po­kle­pu­jąc swój brzuch, wielki jak w trze­cim try­me­strze ciąży. Był po­dobny do roz­dę­tego Jeffa Da­nielsa. Cie­szy­łem się z jego za­do­wo­le­nia, bo ja nie mo­głem się do­cze­kać, aż od na­stęp­nego mie­siąca za­cznę mu na­li­czać co­mie­sięczną opłatę. Emer­son był wła­ści­cie­lem du­żej firmy sprzą­ta­ją­cej, która ob­słu­gi­wała głów­nie kor­po­ra­cje, a ostat­nio wnie­siono prze­ciwko niemu cztery po­zwy, wszyst­kie o na­ru­sze­nie umowy i od­szko­do­wa­nie. Po­trze­bo­wał nie tylko po­mocy praw­nej, lecz także ta­śmy kle­ją­cej, żeby za­kleić nią ja­daczkę. W ciągu ostat­nich mie­sięcy stra­cił tak dużo pie­nię­dzy, że za­pro­po­no­wa­łem mu wy­na­ję­cie ad­wo­kata. Nie umknęła mi iro­nia losu. Ten czło­wiek, który ofe­ro­wał lu­dziom usługi sprzą­ta­nia, za­trud­nił mnie, abym po nim po­sprzą­tał. W prze­ci­wień­stwie do jego pra­cow­ni­ków po­bie­ra­łem jed­nak astro­no­miczną stawkę go­dzi­nową i nie da­wa­łem się wy­dy­mać na kasę.

Nie przy­szło mi do głowy, by od­mó­wić mu obrony, mimo że jego sprawy były ża­ło­sne. Oczy­wi­sty pro­blem bied­nych sprzą­ta­czy, któ­rzy czę­sto za­ra­biali po­ni­żej płacy mi­ni­mal­nej i mieli fał­szywe do­ku­menty toż­sa­mo­ści, spły­nął po mnie jak po kaczce.

- Je­ste­śmy tu po to, by uła­twić panu ży­cie. - Wsta­łem i uści­sną­łem dłoń My­lesa Emer­sona, jed­no­cze­śnie za­pi­na­jąc gu­zik ma­ry­narki. Ski­nął głową Ry­anowi i De­aco­nowi, part­ne­rom w mo­jej fir­mie praw­ni­czej, i wy­szedł z re­stau­ra­cji, ob­ci­na­jąc spoj­rze­niem tyłki dwóch kel­ne­rek.

Na tym kre­ty­nie zbiję ma­ją­tek. I mam chrapkę na awans w kor­po­ra­cji.

Usia­dłem i od­chy­li­łem się na opar­cie krze­sła.

- A te­raz przejdźmy do praw­dzi­wego po­wodu, dla któ­rego wszy­scy się tu ze­bra­li­śmy - spoj­rza­łem na nich - mo­jego zbli­ża­ją­cego się part­ner­stwa w fir­mie.

- Słu­cham? - De­acon Crom­well, wy­kształ­cony w Oxfor­dzie emi­grant, który czter­dzie­ści lat temu za­ło­żył firmę i był star­szy niż Bi­blia, zmarsz­czył krza­cza­ste brwi.

- Chri­stian wie­rzy, że za­słu­żył na na­rożne biuro i swoje na­zwi­sko na drzwiach, bo po­świę­cił tej fir­mie tyle czasu i wy­siłku - wy­ja­śnił sta­rusz­kowi Ryan Trau­rig, szef działu pro­ce­sów są­do­wych i part­ner, który o dziwo od czasu do czasu po­ka­zy­wał się w biu­rze.

- Nie są­dzisz, że po­win­ni­śmy byli o tym po­roz­ma­wiać? - zwró­cił się do Trau­riga Crom­well.

- Wła­śnie o tym roz­ma­wiamy. - Trau­rig uśmiech­nął się do­bro­dusz­nie.

- Na osob­no­ści - wy­ce­dził Crom­well.

- Pry­wat­ność jest prze­re­kla­mo­wana. - Wzią­łem łyk wina, ża­łu­jąc, że to nie szkocka. - Obudź się i po­wą­chaj róże, De­acon. Od trzech lat je­stem star­szym wspól­ni­kiem. Na­li­czam stawki part­ner­skie. Moje co­roczne oceny są bez skazy, a ja ło­wię same grube ryby. Za długo się ze mną cac­kasz. Chciał­bym wie­dzieć, na czym stoję. Szcze­rość to naj­lep­sza me­toda.

- To nieco iro­niczne słowa jak na praw­nika. - Crom­well rzu­cił mi spoj­rze­nie z ukosa. - Po­nadto, w du­chu szcze­ro­ści, chciał­bym ci przy­po­mnieć, że skoń­czy­łeś stu­dia sie­dem lat temu, a po ich ukoń­cze­niu mia­łeś dwu­letni staż w biu­rze pro­ku­ra­tora. To nie tak, że po­zba­wiamy cię szansy. W na­szej fir­mie ścieżka part­ner­ska trwa dzie­więć lat. Więc jesz­cze nie od­ha­czy­łeś wy­mogu cza­so­wego.

- Je­śli cho­dzi o czas, za­ra­biasz w tej fir­mie trzy­sta pro­cent wię­cej, od­kąd do niej do­łą­czy­łem - od­par­łem. - Pie­przyć czas. Zrób ze mnie part­nera ka­pi­ta­ło­wego.

- Bez­po­średni do bólu. - Sta­rał się wy­glą­dać na nie­wzru­szo­nego, ale jego czoło po­kryła war­stewka potu. - Jak ty sy­piasz w nocy?

Ob­ra­ca­łem wino w kie­liszku w spo­sób, któ­rego de­kadę wcze­śniej na­uczył mnie wie­lo­krot­nie na­gra­dzany som­me­lier. Gra­łem też w golfa, ko­rzy­sta­łem z fir­mo­wej re­zy­den­cji w Miami i z bó­lem serca bra­łem udział w roz­mo­wach o po­li­tyce w klu­bach dla dżen­tel­me­nów.

- Za­zwy­czaj z dłu­go­nogą blon­dynką u boku. - To kłam­stwo, ale wie­dzia­łem, że taka świ­nia jak on je do­ceni.

Ro­ze­śmiał się, jak przy­stało na prze­wi­dy­wal­nego pro­staka.

- Ale tyś wy­szcze­kany. I zde­cy­do­wa­nie zbyt am­bitny.

Po­gląd Crom­wella na am­bi­cję róż­nił się w za­leż­no­ści od osoby, która ją miała. W przy­padku młod­szych współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy pra­co­wali po sześć­dzie­siąt go­dzin ty­go­dniowo, była ona czymś po­żą­da­nym. U mnie uwa­żał to za utra­pie­nie.

- W żad­nym ra­zie. A te­raz chciał­bym usły­szeć od­po­wiedź.

- Chri­stian. - Trau­rig po­słał mi bła­galny uśmiech, jakby pro­sił, bym się za­mknął. - Daj nam pięć mi­nut. Spo­tkamy się na ze­wnątrz.

Nie lu­bi­łem, gdy lu­dzie roz­ma­wiali o mnie bez mo­jego udziału. W głębi du­szy wciąż by­łem Nic­kym z Hunts Po­int. Ale tego chłopca trzeba było okieł­znać w to­wa­rzy­stwie. Do­brze wy­cho­wani męż­czyźni nie krzy­czą i nie wy­wra­cają sto­li­ków. Mu­sia­łem mó­wić ich ję­zy­kiem. Ła­godne słowa, ostre jak nóż.

Po od­su­nię­ciu krze­sła za­rzu­ci­łem na sie­bie płaszcz Gi­ven­chy.

- Do­brze. To da mi czas na wy­pró­bo­wa­nie no­wego cy­gara Da­vi­doffa.

Oczy Trau­riga roz­bły­sły.

- Win­stona Chur­chilla?

- Edy­cja li­mi­to­wana. - Pu­ści­łem do niego oko. Drań na­pa­lał się na moje cy­gara i al­ko­hol, jakby nie za­ra­biał sze­ścio­krot­no­ści mo­jej pen­sji.

- O rany. Masz ja­kieś wolne?

- Wia­domo.

- To zo­ba­czymy się za kilka mi­nut.

- Chyba że wrócę tu pierw­szy.

Na chod­niku za­cią­ga­łem się cy­ga­rem i od nie­chce­nia ob­ser­wo­wa­łem po­ma­rań­czowe świa­tła zmie­nia­jące się na czer­wone i zie­lone oraz prze­chod­niów su­ną­cych gę­stymi stru­mie­niami ni­czym ła­wice ryb. Drzewa przy ulicy były na­gie, z wy­jąt­kiem sznu­rów bla­dych lam­pek, które jesz­cze nie zo­stały zdjęte po świę­tach Bo­żego Na­ro­dze­nia.

Mój te­le­fon za­pisz­czał w kie­szeni. Wy­cią­gną­łem go.

Ar­s?ne: Bę­dziesz? Riggs ju­tro wy­jeż­dża i do­biera się do la­ski, która nie­dawno wy­szła z pie­lu­chy.

Mo­gło to ozna­czać, że albo była za młoda, albo miała im­planty w du­pie. Naj­praw­do­po­dob­niej jedno i dru­gie. Wsu­ną­łem cy­garo w ką­cik ust, stu­ka­jąc w ekran do­ty­kowy.

Ja: Po­wiedz mu, żeby wy­trzy­mał. Nie­długo będę.

Ar­s?ne: Ta­tuś i Ta­tuś tobą po­mia­tają?

Ja: Nie wszy­scy uro­dzili się z fun­du­szem po­wier­ni­czym war­tym dwie­ście mi­lio­nów, złotko.

Wci­sną­łem te­le­fon z po­wro­tem do kie­szeni.

Na­gle po­czu­łem na ra­mie­niu klep­nię­cie. Kiedy się od­wró­ci­łem, Trau­rig i Crom­well stali tuż za mną. Crom­well ści­skał swoją la­skę ze zbo­la­łym wy­ra­zem twa­rzy i wy­glą­dał, jakby do­pa­dły go he­mo­ro­idy. Lekki, prze­bie­gły uśmie­szek Trau­riga zdra­dzał nie­wiele.

- She­ila wierci mi dziurę w brzu­chu, że­bym wię­cej ćwi­czył. Chyba wrócę do domu pie­szo. Że­gnam, pa­no­wie. - Crom­well ski­nął głową. - Chri­stia­nie, gra­tu­luję po­zy­ska­nia Emer­sona. Do zo­ba­cze­nia na co­ty­go­dnio­wym spo­tka­niu w na­stępny pią­tek - po­że­gnał się, a po­tem od­szedł, zni­ka­jąc w tłu­mie opa­tu­lo­nych zi­mo­wymi kurt­kami lu­dzi i w bia­łych ob­łocz­kach uno­szą­cych się z ich ust.

Po­da­łem Trau­ri­gowi cy­garo. Za­cią­gnął się kilka razy, po­kle­pał po kie­sze­niach, jakby cze­goś szu­kał. Może dawno utra­co­nej god­no­ści.

- De­acon uważa, że nie je­steś jesz­cze go­towy.

- Gówno prawda. - Za­ci­sną­łem zęby na cy­ga­rze. - Moje osią­gnię­cia są nie­na­ganne. Pra­cuję po osiem­dzie­siąt go­dzin ty­go­dniowo. Nad­zo­ruję każdą dużą sprawę są­dową, mimo że tech­nicz­nie rzecz bio­rąc to twoja praca, i współ­pra­cuję z młod­szym wspól­ni­kiem przy wszyst­kich mo­ich spra­wach, tak jak part­ner. Je­śli te­raz odejdę, za­biorę ze sobą klien­tów, na któ­rych utratę nie mo­żesz so­bie po­zwo­lić, i obaj o tym wiemy.

Sta­tus part­nera i wi­dok swo­jego na­zwi­ska na drzwiach wej­ścio­wych by­łyby szczy­tem mo­ich pra­gnień. Wie­dzia­łem, że to duży krok, ale za­słu­ży­łem na to. Na­le­żało mi się to. Inni wspól­nicy nie pra­co­wali tyle go­dzin, nie po­zy­ski­wali ta­kich klien­tów i nie osią­gali ta­kich wy­ni­ków. Do­dat­kowo, jako świeżo upie­czony mi­lio­ner, cią­gle go­ni­łem za dresz­czy­kiem emo­cji. Było coś strasz­nie otę­pia­ją­cego w tym, że co mie­siąc otrzy­my­wa­łem so­witą wy­płatę i wie­dzia­łem, że mam w za­sięgu ręki wszystko, czego za­pra­gnę. Part­ner­stwo było dla mnie nie tylko wy­zwa­niem; to środ­kowy pa­lec dla mia­sta, które wy­pięło się na mnie, gdy mia­łem czter­na­ście lat.

- Spo­koj­nie, po co te nerwy. - Trau­rig się za­śmiał. - Słu­chaj, dzie­ciaku, Crom­well jest otwarty na ten po­mysł.

Dzie­ciaku. Trau­rig lu­bił uda­wać, że wciąż je­stem u progu doj­rza­ło­ści i cze­kam, aż roz­winą mi się jaja.

- Otwarty? - prych­ną­łem. - Po­wi­nien bła­gać mnie, że­bym zo­stał, i za­ofe­ro­wać mi po­łowę swo­jego kró­le­stwa.

- I wła­śnie w tym sęk. - Trau­rig mach­nął na mnie ręką, jakby po­ka­zy­wał eks­po­nat w mu­zeum. - Crom­well uważa, że za szybko się roz­pa­no­szy­łeś. Masz do­piero trzy­dzie­ści dwa lata i od dwóch nie wi­dzia­łeś sali są­do­wej od środka. Do­brze zaj­mu­jesz się swo­imi klien­tami, twoja re­pu­ta­cja cię wy­prze­dza, ale już nie wkła­dasz w to wy­siłku. Dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent two­ich spraw jest roz­strzy­ga­nych poza są­dem, bo nikt nie chce się z tobą zmie­rzyć. Crom­well chce zo­ba­czyć u cie­bie za­pał i walkę. Tę­skni za ogniem w two­ich oczach, na któ­rego wi­dok wy­rwał cię z pro­ku­ra­tury, gdy mia­łeś kło­poty z gu­ber­na­to­rem.

W dru­gim roku pracy w biu­rze pro­ku­ra­tora na moim biurku wy­lą­do­wała gruba sprawa. Był to ten sam rok, w któ­rym The­odore Mont­go­mery, ów­cze­sny pro­ku­ra­tor okrę­gowy na Man­hat­ta­nie, zo­stał oskar­żony o do­pusz­cze­nie do przedaw­nie­nia kilku spraw z po­wodu nad­mier­nego ob­cią­że­nia pracą. Mont­go­mery rzu­cił sprawę na moje biurko i ka­zał mi dać z sie­bie wszystko. Nie chciał mieć ko­lej­nego skan­dalu na gło­wie, ale nie miał też żad­nych pra­cow­ni­ków, któ­rzy mo­gliby się tym za­jąć.

Sprawa oka­zała się tą, o któ­rej tam­tego roku mó­wił cały Man­hat­tan. Pod­czas gdy moi prze­ło­żeni ści­gali oszu­stów po­dat­ko­wych w bia­łych koł­nie­rzy­kach i prze­stęp­ców ban­ko­wych, ja ob­ra­łem so­bie za cel ba­rona nar­ko­ty­ko­wego, który prze­je­chał trzy­let­niego chłopca i za­bił go na miej­scu, bo spie­szył się na huczną szes­nastkę swo­jej córki. Kla­syczny przy­pa­dek po­trą­ce­nia i ucieczki. Wspo­mniany nar­ko­ty­kowy lord, Denny Ro­mano, był uzbro­jony w sze­reg naj­wy­bit­niej­szych praw­ni­ków, pod­czas gdy ja przy­by­łem do sądu w gar­ni­tu­rze z dru­giej ręki i ze skó­rzaną torbą, która się roz­pa­dała. Wszy­scy za­chwy­cali się dzie­cia­kiem z biura pro­ku­ra­tora, który przy­skrzy­nił wiel­kiego prze­stępcę. Osta­tecz­nie udało mi się do­pro­wa­dzić do ska­za­nia Ro­mana za nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci na cztery lata wię­zie­nia. Był to nie­wielki suk­ces dla ro­dziny tego bied­nego chłopca i ogromny suk­ces dla mnie.

De­acon Crom­well za­cze­pił mnie w sa­lo­nie fry­zjer­skim tuż po tym, jak ukoń­czy­łem szkołę praw­ni­czą na Ha­rvar­dzie. Mia­łem plan, który za­kła­dał wy­bi­cie się w biu­rze pro­ku­ra­tora, ale on za­pro­po­no­wał, że­bym go spraw­dził, je­śli będę chciał zo­ba­czyć, jak ta branża wy­gląda od dru­giej strony. Po spra­wie Ro­mana nie mu­sia­łem nic ro­bić - sam mnie zna­lazł.

- Chce, że­bym wró­cił do sądu? - nie­omal wy­plu­łem te słowa. Pra­gną­łem wy­gry­wać sprawy, ale mia­łem re­pu­ta­cję osoby, która ne­go­cjuje za­żar­cie i od­cho­dzi od stołu z więk­szym zy­skiem, niż obie­cy­wała swoim klien­tom. Kiedy po­ja­wia­łem się w są­dzie, ro­bi­łem z prze­ciw­ni­ków po­śmie­wi­sko. Nikt nie chciał mieć ze mną do czy­nie­nia. Ani naj­lepsi praw­nicy, któ­rzy po­bie­rali opłaty w wy­so­ko­ści dwóch ty­sięcy za go­dzinę, więc nie chcieli ze mną prze­grać, ani moi byli ko­le­dzy z biura pro­ku­ra­tora, któ­rym bra­ko­wało za­so­bów, by ze mną kon­ku­ro­wać.

- Chce, że­byś się po­sta­rał. - Trau­rig w za­my­śle­niu ob­ró­cił w pal­cach za­pa­lone cy­garo. - Wy­graj dla mnie gło­śną sprawę, z którą trzeba wyjść poza wy­godne, kli­ma­ty­zo­wane biuro. Po­każ się w są­dzie, a sta­ru­szek umie­ści twoje na­zwi­sko na drzwiach, bez żad­nych obiek­cji.

- Wy­ko­nuję pracę za dwie osoby - przy­po­mnia­łem mu. To była prawda. Pra­co­wa­łem w nie­ludz­kim try­bie.

Trau­rig wzru­szył ra­mio­nami.

- Sko­rzy­staj z oferty albo nie, młody. My nic na tym nie stra­cimy.

Odej­ście z firmy na tym eta­pie, kiedy by­łem o krok od ob­ję­cia po­sady part­nera, mo­gło cof­nąć moją ka­rierę o lata świetlne i ten drań o tym wie­dział. Mia­łem dwa wyj­ścia - albo się pod­dać, albo li­czyć na part­ner­stwo w mniej­szej, nie tak pre­sti­żo­wej fir­mie.

Nie tak wy­obra­ża­łem so­bie dzi­siej­szy wie­czór, ale lep­sze to niż nic. Poza tym zna­łem swoje moż­li­wo­ści. W za­leż­no­ści od har­mo­no­gra­mów są­do­wych i sprawy, którą wy­biorę, mogę zo­stać part­ne­rem w ciągu kilku krót­kich ty­go­dni.

- Zro­bię to.

Trau­rig się ro­ze­śmiał.

- Żal mi pe­cho­wego obrońcy, prze­ciwko któ­remu za­mie­rzasz wy­stą­pić, by udo­wod­nić swoją tezę.

Od­wró­ci­łem się i po­sze­dłem do baru po dru­giej stro­nie ulicy, by spo­tkać się z Ar­s?ne'em (jego imię wy­ma­wia się Arsę, jak po­stać z se­rialu Lu­pin) i Rig­g­sem.

Nie mia­łem za­sad.

A je­śli cho­dzi o to, czego chcia­łem od ży­cia, w tym za­kre­sie rów­nież nie mia­łem żad­nych ogra­ni­czeń.

Brew­ther­hood był na­szą ulu­bioną miej­scówką w SoHo. Bar znaj­do­wał się rzut be­re­tem od apar­ta­mentu Ar­s?ne'a, gdzie można było zna­leźć Rig­gsa, gdy tylko był w mie­ście i nie no­co­wał u mnie. Lu­bi­li­śmy Brew­ther­hood za róż­no­rodną ofertę za­gra­nicz­nych la­ge­rów, brak wy­myśl­nych kok­tajli i nie­za­chę­ca­jący wy­gląd, który nie przy­cią­gał tu­ry­stów. Przede wszyst­kim jed­nak Brew­ther­hood miało kli­mat spe­luny - małe, duszne, scho­wane w piw­nicy. Przy­po­mi­nało nam to na­sze Kwiaty na pod­da­szu z cza­sów do­ra­sta­nia.

Od razu za­uwa­ży­łem Ar­s?ne'a. Wy­róż­niał się jak mroczny cień w kar­na­wale. Sie­dział na stołku ba­ro­wym i są­czył asahi. Ar­s?ne lu­bił piwo pa­su­jące do jego oso­bo­wo­ści - mocne, z po­sma­kiem za­gra­nicz­nych kra­jów - i za­wsze był ubrany w naj­lep­sze je­dwa­bie z Sa­vile Row, mimo że nie pra­co­wał w biu­rze. Je­śli się nad tym za­sta­no­wić, to na­wet nie miał pracy. Był przed­się­biorcą, który lu­bił zaj­mo­wać się naj­róż­niej­szymi lu­kra­tyw­nymi przed­się­wzię­ciami. Obec­nie współ­pra­co­wał z kil­koma fir­mami zaj­mu­ją­cymi się fun­du­szami hed­gin­go­wymi, które słono pła­ciły za przy­jem­ność pracy z Ar­s?ne'em Cor­bi­nem. Uwiel­biał ar­bi­traż fu­zji i ar­bi­traż za­mienny.

Prze­sze­dłem obok grupy pi­ja­nych ko­biet, które tań­czyły i śpie­wały Cot­ton-Eyed Joe, my­ląc wszyst­kie słowa, i opar­łem się o bar.

- Spóź­ni­łeś się - mruk­nął Ar­s?ne. Czy­tał książkę w mięk­kiej opra­wie roz­ło­żo­nej na lep­kiej la­dzie i na­wet nie za­dał so­bie trudu, by na mnie spoj­rzeć.

- Je­steś iry­tu­jący.

- Dzięki za ocenę psy­cho­lo­giczną. Ale i tak się spóź­ni­łeś, a do tego by­łeś nie­uprzejmy. - Pod­su­nął mi ku­fel pe­roni. Stuk­ną­łem nim o jego bu­telkę i wzią­łem łyk.

- Gdzie jest Riggs? - krzyk­ną­łem mu do ucha, pró­bu­jąc prze­bić się przez mu­zykę. Ar­s?ne ski­nął pod­bród­kiem w lewo. Po­dą­ży­łem we wska­za­nym kie­runku. Riggs opie­rał się jedną ręką o wy­ło­żoną bo­aze­rią ścianę, ozdo­bioną głową wy­pcha­nego zwie­rzę­cia, praw­do­po­dob­nie z ręką za­nu­rzoną mię­dzy uda blon­dynki, któ­rej szyję pie­ścił ustami.

Tak. Ar­s?ne zde­cy­do­wa­nie miał na my­śli jej im­planty w du­pie. Wy­glą­dała, jakby mo­gła po­pły­nąć na nich jak na pon­to­nie aż do Ir­lan­dii.

Ra­zem z Ar­s?ne'em szczy­ci­li­śmy się tym, że wy­glą­damy jak praw­dziwi mi­lio­ne­rzy, jed­nak Riggs wo­lał styl bez­dom­nego. Był oszu­stem, krę­ta­czem i prze­stępcą. Z praw­do­mów­no­ścią po­zo­sta­wał tak bar­dzo na ba­kier, że po­wi­nien był obrać ścieżkę praw­nika i dziwne, że tego nie zro­bił. Miał ste­reo­ty­powy urok złego chłopca ze złej czę­ści mia­sta. Roz­czo­chrane złote włosy, głę­boka opa­le­ni­zna, ko­zia bródka i brud pod pa­znok­ciami. Miał krzywy uśmiech, oczy bez głębi i bez dna jed­no­cze­śnie i, co wku­rza­jące, za­wsze mó­wił za­chryp­nię­tym, łóż­ko­wym gło­sem na każdy te­mat, łącz­nie z wy­próż­nia­niem.

Riggs był naj­bo­gat­szy z na­szej trójki. Jed­nak z ze­wnątrz wy­glą­dał, jakby pły­nął przez ży­cie, nie­zdolny do za­an­ga­żo­wa­nia się w co­kol­wiek, na­wet umowę z sie­cią ko­mór­kową.

- Udane spo­tka­nie? - Ar­s?ne za­mknął książkę. Zer­k­ną­łem na okładkę.

Duch w ato­mie: Roz­prawa o ta­jem­ni­cach fi­zyki kwan­to­wej.

Praw­dziwy z niego im­pre­zo­wicz.

Pro­blem Ar­s?ne'a po­le­gał na tym, że był ge­niu­szem. A ge­niu­sze, jak wszy­scy wiemy, nie po­tra­fią ra­dzić so­bie z idio­tami. A idioci, jak rów­nież wiemy, sta­no­wią dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent spo­łe­czeń­stwa.

Ar­s?ne'a, po­dob­nie jak Rig­gsa, po­zna­łem w Aka­de­mii An­drew De­xtera dla chłop­ców. Od razu wy­two­rzyła się mię­dzy nami nić po­ro­zu­mie­nia. Ale kiedy Riggs i ja od­kry­li­śmy sie­bie na nowo, by prze­trwać, Ar­s?ne kon­se­kwent­nie po­zo­stał sobą - znu­dzony, okrutny i bez­na­miętny.

- W po­rządku - skła­ma­łem.

- Czy pa­trzę na naj­now­szego part­nera Crom­well & Trau­rig? - Ar­s?ne spoj­rzał na mnie scep­tycz­nie.

- Wkrótce. - Opa­dłem na sto­łek obok niego, ge­stem przy­wo­łu­jąc Elise, bar­mankę. Kiedy po­de­szła bli­żej, pod­su­ną­łem jej bank­not stu­do­la­rowy.

Zmarsz­czyła brwi.

- Nie­zły na­pi­wek, Mil­ler.

Elise miała de­li­katny fran­cu­ski ak­cent i ła­godną apa­ry­cję.

- Czeka cię pie­kiel­nie trudne za­da­nie. Chcę, że­byś po­de­szła do Rig­gsa i chlu­snęła mu drin­kiem w twarz, jak w kiep­skim fil­mie z lat osiem­dzie­sią­tych. Masz uda­wać jego dziew­czynę ura­żoną tym, że po­rzu­cił cię dla blon­dyny. Czeka na cie­bie ko­lejny Ben­ja­min, je­śli po­tra­fisz uro­nić praw­dziwe łzy. Dasz radę?

Elise zwi­nęła bank­noty i scho­wała je do tyl­nej kie­szeni dżin­sów.

- Praca bar­manki w No­wym Jorku jest sy­no­ni­mem ak­tor­stwa. Mam za sobą trzy wy­stępy na off-off-Broad­wayu i udział w dwóch re­kla­mach tam­po­nów. Oczy­wi­ście, że dam radę.

Mi­nutę póź­niej twarz Rig­gsa pach­niała wódką i ar­bu­zem, a Elise była bo­gat­sza o dwie­ście do­la­rów. Riggs zo­stał zwy­zy­wany za to, że wy­sta­wił swoją dziew­czynę. Blon­dyna ze zło­ścią po­ma­sze­ro­wała do swo­ich przy­ja­ció­łek, a Riggs pod­szedł do baru, na wpół roz­ba­wiony, na wpół wku­rzony.

- Pa­lant. - Chwy­cił rą­bek mo­jej ma­ry­narki i wy­tarł nią twarz.

- Po­wiedz mi coś, czego nie wiem, bo to dla mnie nic no­wego.

- Pe­ni­cy­lina była naj­pierw na­zy­wana so­kiem ple­śnio­wym. Za­łożę się, że o tym nie wie­dzia­łeś. Ja też nie, aż do ze­szłego mie­siąca, kiedy sie­dzia­łem w sa­mo­lo­cie do Zim­ba­bwe obok bar­dzo mi­łej bak­te­rio­lożki o imie­niu Mary. - Riggs chwy­cił moje piwo, wy­pił do dna i mla­snął ję­zy­kiem. - Uwaga, spo­iler: Mary nie oka­zała się w łóżku dzie­wicą.

- Masz na my­śli: w po­kła­do­wej to­a­le­cie.

Ar­s?ne zro­bił znie­sma­czoną minę. Riggs ryk­nął śmie­chem.

- Dać ci ró­ża­niec, Cor­bin?

Riggs już taki był - no­mada żło­piący drinki in­nych, sy­pia­jący na ka­na­pach u kum­pli, bo la­tał po świe­cie jak opę­tany. Nie miał ko­rzeni, domu, żad­nych obo­wiąz­ków poza pracą. W wieku dwu­dzie­stu dwóch lat było to zno­śne. W wieku trzy­dzie­stu dwóch lat za­kra­wało na że­nadę.

- Co mi przy­po­mina: do­kąd się ju­tro wy­bie­rasz? - Wy­rwa­łem mu opróż­nioną bu­telkę, żeby nie wy­li­zał jej do czy­sta.

- Ka­ra­ko­rum w Pa­ki­sta­nie.

- Nie masz czego oglą­dać w Ame­ryce?

- Sie­dem lat temu zo­ba­czy­łem już wszystko. - Uśmiech­nął się do­bro­dusz­nie.

Riggs był fo­to­gra­fem współ­pra­cu­ją­cym z "Na­tio­nal Geo­gra­phic" i kil­koma in­nymi ma­ga­zy­nami po­li­tycz­nymi i przy­rod­ni­czymi. Zdo­był wiele na­gród i od­wie­dził więk­szość kra­jów na świe­cie. Wszystko, by uciec od tego, co cze­kało na niego w domu.

- Jak długo bę­dziesz nas za­szczy­cać swoją nie­obec­no­ścią? - za­py­tał Ar­s?ne.

Riggs od­chy­lił się na stołku, ba­lan­su­jąc na dwóch no­gach.

- Mie­siąc? Może dwa? Mam na­dzieję, że do­stanę ko­lejne zle­ce­nie i po­lecę pro­sto na miej­sce. Ne­pal. Może Is­lan­dia. Kto wie?

Na pewno nie ty, wielki dzie­ciaku.

- Chri­stian po­pro­sił dziś Ta­tu­sia i Ta­tu­sia o awans i do­stał ne­ga­tywną od­po­wiedź. - Ar­s?ne mo­no­ton­nym gło­sem wpro­wa­dził Rig­gsa w te­mat.

Po­rwa­łem jego ja­poń­skie piwo i je wy­ze­ro­wa­łem.

- Tak? - Riggs po­kle­pał mnie po ra­mie­niu. - Może to znak.

- Że je­stem do bani w swo­jej pracy? - za­py­ta­łem uprzej­mie.

- Nad­szedł czas, aby zwol­nić i zdać so­bie sprawę, że ży­cie to coś wię­cej niż tylko praca. Udało ci się. Nie grozi ci po­nowna bieda. Od­puść so­bie.

Ła­twiej po­wie­dzieć, niż zro­bić. Biedny Nicky bę­dzie żył we mnie już za­wsze. Ten, który ja­dał dwu­dniową ka­szę i przy­po­mi­nał mi, że pełne po­my­łek Hunts Po­int było tylko kilka przy­stan­ków au­to­bu­so­wych stąd.

Ude­rzy­łem Rig­gsa łok­ciem w że­bra. Jego sto­łek wró­cił na swoje miej­sce. Kum­pel się ro­ze­śmiał.

- I nie cho­dzi o to, że jej nie do­sta­łem - po­wie­dzia­łem to­nem wy­ja­śnie­nia. - Chcą, że­bym się po­pi­sał i wy­grał grubą sprawę.

Ar­s?ne rzu­cił mi okrutny uśmie­szek.

- A ja my­śla­łem, że ta­kie rze­czy zda­rzają się tylko w fil­mach z Jen­ni­fer Lo­pez.

- Crom­well wziął ten po­mysł z dupy, żeby zy­skać na cza­sie. Prze­sko­cze­nie przez jesz­cze jedną prze­szkodę ni­czego nie zmieni. Part­ner­stwo jest moje.

Beze mnie Crom­well & Trau­rig nie była ni­czym wię­cej jak stertą ce­gieł i pa­pie­rów przy Ma­di­son Ave­nue. Ale wciąż uwa­żano ją za naj­lep­szą firmę praw­ni­czą na Man­hat­ta­nie, a opusz­cze­nie jej na rzecz part­ner­stwa, na­wet w dru­giej co do wiel­ko­ści fir­mie w mie­ście, wzbu­dzi­łoby py­ta­nia i zdzi­wie­nie.

- Tak się cie­szę, że złe po­cho­dze­nie nie jest za­raź­liwe. - Riggs po­now­nie przy­wo­łał Elise, żeby za­mó­wić na­stępną ko­lejkę. - By­cie tobą musi być wy­czer­pu­jące. Ko­niecz­nie chcesz pod­bić świat, na­wet je­śli mu­sisz go przy tym spa­lić.

- Nikt nie zo­sta­nie spa­lony, je­śli do­stanę to, czego chcę - po­wie­dzia­łem.

Obaj zgod­nie po­trzą­snęli gło­wami. Riggs spoj­rzał na mnie z wi­docz­nym po­li­to­wa­niem.

- Wła­śnie do tego zo­sta­łeś stwo­rzony, Chri­stia­nie. Uwol­nij swoje de­mony, niech za­sza­leją, i sprawdź, do­kąd cię za­pro­wa­dzą. Wła­śnie dla­tego je­ste­śmy przy­ja­ciółmi. - Riggs po­kle­pał mnie po ple­cach. - Pa­mię­taj tylko, że aby zo­stać kró­lem, mu­sisz naj­pierw ko­goś zde­tro­ni­zo­wać.

Usia­dłem z po­wro­tem na stołku.

Głowy się po­sy­pią, tego by­łem pe­wien. Ale żadna z nich nie bę­dzie moja.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

CHRI­STIAN

Ni­czego. Nie. Do­ty­kaj.

To była je­dyna za­sada, którą eg­ze­kwo­wała moja matka, ale jako dziecko wie­dzia­łem, że le­piej jej nie ła­mać, chyba że mia­łem ochotę na wciry pa­sem i ka­szę z ro­ba­lami przez mie­siąc.

Kiedy skoń­czy­łem czter­na­ście lat, na­de­szły wa­ka­cje, które roz­pa­liły ogień. Były jak za­pałka roz­nie­ca­jąca po­żar. Po­ma­rań­czowa iskra ża­rzyła się i roz­prze­strze­niała, po­chła­niała moje ży­cie, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie za­pach siarki i po­piół.

Mama za­cią­gnęła mnie do swo­jego miej­sca pracy. Przed­sta­wiła kilka so­lid­nych ar­gu­men­tów, dla­czego nie mo­głem zo­stać w domu i się obi­jać - głów­nym z nich było to, że nie chciała, abym skoń­czył jak inne dzie­ciaki w moim wieku: na pa­le­niu trawy, ła­ma­niu kłó­dek i do­star­cza­niu po­dej­rza­nych pa­czek lo­kal­nym han­dla­rzom nar­ko­ty­ków.

Hunts Po­int było miej­scem, w któ­rym umie­rają ma­rze­nia, i cho­ciaż nie można oskar­żyć mo­jej matki o by­cie ma­rzy­cielką, po­strze­gała mnie jako zo­bo­wią­za­nie. Nie chcia­łoby się jej wy­cią­gać mnie z paki.

Poza tym po­zo­sta­nie w domu i uża­la­nie się nad swoim lo­sem też nie było czymś, na co mia­łem ochotę.

Każ­dego dnia do­łą­cza­łem do niej w dro­dze na Park Ave­nue, ale pod jed­nym wa­run­kiem - w pen­tho­usie ro­dziny Ro­thów nie mo­głem do­ty­kać ni­czego swo­imi brud­nymi ła­pami. Ani dro­gich me­bli marki Hen­re­don, ani wy­ku­szo­wych okien, ani im­por­to­wa­nych z Ho­lan­dii ro­ślin, a już na pewno nie dziew­czyny.

- Ona jest wy­jąt­kowa. Nie wolno spro­wa­dzić jej na złą drogę. Jest oczkiem w gło­wie pana Ro­tha - przy­po­mniała mi an­gielsz­czy­zną z cięż­kim ak­cen­tem mama, imi­grantka z Bia­ło­rusi, pod­czas na­szej po­dróży au­to­bu­sem, w któ­rym ci­snę­li­śmy się jak sar­dynki w puszce wraz z in­nymi sprzą­ta­czami, ogrod­ni­kami i por­tie­rami.

Arya Roth była zmorą mo­jego ży­cia, za­nim jesz­cze ją po­zna­łem. Nie­ty­kalny klej­not, nie­zwy­kle cenny w po­rów­na­niu z moją bez­war­to­ściową eg­zy­sten­cją. Przed na­szym pierw­szym spo­tka­niem była dla mnie tylko nie­przy­jem­nym wy­obra­że­niem. Awa­ta­rem z błysz­czą­cymi war­ko­czy­kami, roz­piesz­czo­nym i ję­czą­cym. Nie mia­łem ochoty jej po­znać. Wła­ści­wie, le­żąc w nocy w łóżku, czę­sto za­sta­na­wia­łem się, ja­kie eks­cy­tu­jące, kosz­towne i ugrzecz­nione przy­gody ją cze­kały, i ży­czy­łem jej sa­mych złych rze­czy. Dziw­nych wy­pad­ków sa­mo­cho­do­wych, upad­ków z wy­so­ko­ści, ka­ta­strof lot­ni­czych, szkor­butu. Wszystko było do­zwo­lone, bo w moim umy­śle uprzy­wi­le­jo­wana Arya Roth zo­stała pod­dana sze­re­gowi tra­ge­dii, ja na­to­miast ob­ser­wo­wa­łem to, sie­dząc z po­pcor­nem i zwi­ja­jąc się ze śmie­chu.

Ob­raz Aryi, na­ma­lo­wany przez opo­wie­ści mo­jej mamy, zu­peł­nie mi się nie po­do­bał. Na do­miar złego dziew­czyna była w moim wieku, przez co po­rów­ny­wa­nie na­szego ży­cia wy­da­wało się za­równo nie­unik­nione, jak i iry­tu­jące.

Była księż­niczką w wieży z ko­ści sło­nio­wej na Up­per East Side, miesz­ka­jącą w pen­tho­usie roz­cią­gnię­tym na pię­ciu­set me­trach kwa­dra­to­wych, prze­strzeni, któ­rej na­wet nie mo­głem so­bie wy­obra­zić. Ja zaś utkną­łem w przed­wo­jen­nej ka­wa­lerce w Hunts Po­int, a gło­śne kłót­nie mię­dzy pro­sty­tut­kami i ich klien­tami pod moim oknem oraz pani Van besz­ta­jąca męża na dole sta­no­wiły ścieżkę dźwię­kową mo­jego okresu do­ra­sta­nia.

Ży­cie Aryi pach­niało kwia­tami, bu­ti­kami i owo­co­wymi świe­cami - ich ni­kła woń przy­le­gała do ubrań mo­jej matki i wy­czu­wa­łem ją na­wet po jej po­wro­cie do domu, pod­czas gdy smród targu ryb­nego w po­bliżu mo­jego miesz­ka­nia był tak silny, że na stałe wsiąkł w na­sze ściany.

Arya była ładna - moja matka cią­gle za­chwy­cała się jej szma­rag­do­wymi oczami - a ja by­łem chudy i nie­zdarny, o ko­ści­stych ko­la­nach i od­sta­ją­cych uszach, jak u nie­po­rad­nie na­ry­so­wa­nej po­staci. Mama mó­wiła, że w końcu doj­rzeję i się wy­ro­bię, ale przez brak zdro­wej diety mia­łem co do tego wąt­pli­wo­ści. Po­dobno mój oj­ciec też taki był. Chu­der­lawy w okre­sie do­ra­sta­nia, przy­stojny po osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści. Tyle że ni­gdy go nie po­zna­łem i nie zdo­ła­łem po­twier­dzić tej tezy. Mój ta­tuś miał już swoją ro­dzinę, Miesz­kał w Miń­sku z trójką dzieci i dwoma szpet­nymi psami. Kiedy moja matka, Ru­slana Iva­nova, po­wie­działa mu o ciąży, w ra­mach pre­zentu po­że­gnal­nego wrę­czył jej bi­let lot­ni­czy do No­wego Jorku wraz z prośbą, by ni­gdy wię­cej się z nim nie kon­tak­to­wała.

Jako że moja matka nie miała ro­dziny - jej sa­motna matka zmarła wiele lat wcze­śniej - wy­da­wało się to cał­kiem roz­sąd­nym roz­wią­za­niem dla wszyst­kich. Poza mną, oczy­wi­ście.

W ten spo­sób zna­leź­li­śmy się sami w Wiel­kim Jabłku, jak zwy­kło się okre­ślać Nowy Jork, i prze­kli­na­li­śmy ży­cie tak, jakby się na nas uwzięło. A może już chwy­ciło nas za gar­dło, od­ci­na­jąc do­pływ po­wie­trza. Za­wsze czu­li­śmy się, jak­by­śmy cią­gle łap­czy­wie cze­goś po­szu­ki­wali - po­wie­trza, je­dze­nia, elek­trycz­no­ści lub prawa do ist­nie­nia.

Co spro­wa­dza mnie do ostat­niego i naj­bar­dziej po­tę­pia­nego grze­chu po­peł­nio­nego przez Aryę Roth i głów­nego po­wodu, dla któ­rego ni­gdy nie chcia­łem jej po­znać - Arya miała ro­dzinę.

Matkę. Ojca. Mnó­stwo wuj­ków i cio­tek. Bab­cię w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, którą od­wie­dzała w każdą Wiel­ka­noc, i ku­zy­nów w Ko­lo­rado, z któ­rymi w każde Boże Na­ro­dze­nie jeź­dziła na snow­bo­ar­dzie. Jej ży­cie miało kon­tekst, kie­ru­nek, nar­ra­cję. Było opra­wione w okładkę, miało za­pla­no­waną fa­bułę, wszyst­kie po­szcze­gólne ele­menty sta­ran­nie po­ko­lo­ro­wano, na­to­miast moje wy­da­wały się pu­ste i cha­otyczne.

Mia­łem mamę, ale spra­wia­li­śmy wra­że­nie, jak­by­śmy po­znali się przy­pad­kiem. Byli też są­sie­dzi, któ­rych mama ni­gdy nie chciała po­znać, pro­sty­tutki, które ofe­ro­wały mi się w za­mian za mój szkolny lunch, i no­wo­jor­ska po­li­cja, która dwa razy w ty­go­dniu przy­jeż­dżała pod mój blok, żeby okleić żółtą ta­śmą roz­bite okna. Szczę­ście było czymś, co na­le­żało do in­nych lu­dzi. Lu­dzi, któ­rych nie zna­li­śmy, któ­rzy miesz­kali na in­nych uli­cach i pro­wa­dzili inne ży­cie.

Za­wsze czu­łem się na tym świe­cie jak gość - jak pod­glą­dacz. Ale je­śli mia­łem ob­ser­wo­wać czy­jeś ży­cie, to rów­nie do­brze mo­głem ob­ser­wo­wać Ro­thów, któ­rzy wie­dli ide­alny, ma­low­ni­czy ży­wot.

Tak więc, aby uciec z pie­kła, w któ­rym się uro­dzi­łem, mu­sia­łem tylko po­stę­po­wać zgod­nie z in­struk­cjami.

Ni­czego. Nie. Do­ty­kaj.

Ko­niec koń­ców oka­zało się, że nie do­tkną­łem żad­nego bi­be­lota.

Do­tkną­łem naj­cen­niej­szej rze­czy w domu Ro­thów.

Dziew­czyny.