ROZDZIAŁ 2
CHRISTIAN
Obecnie
Zasady. Miałem ich bardzo niewiele.
Tak naprawdę garstkę i nie nazwałbym ich zasadami per se. Raczej preferencjami. Silnym upodobaniem? Tak, to brzmi całkiem nieźle.
Na przykład jako prawnik "wolałem" nie zajmować się sporami dotyczącymi nieruchomości ani kontraktami. Nie dlatego, że miałem moralny lub etyczny problem z reprezentowaniem którejkolwiek ze stron, po prostu uważałem ten temat za koszmarnie nudny i całkowicie niewarty mojego cennego czasu. Najbardziej kręciły mnie delikty i roszczenia oparte na prawie słuszności. Lubiłem trudne, emocjonalne i destrukcyjne sprawy. Im bardziej niegodziwe, tym lepiej.
"Wolałem" zapić się do nieprzytomności z moimi najlepszymi przyjaciółmi, Ars?ne'em i Riggsem, w Brewtherhood po drugiej stronie ulicy, niż uśmiechać się, kiwać głową i słuchać kolejnej nudnej jak flaki z olejem historii o meczu dzieciaka mojego klienta.
Wolałem również - ale nie była to zasada - nie podlizywać się Panu Podejrzanemu, znanemu również jako Myles Emerson. Ale Myles Emerson miał właśnie podpisać umowę z moją kancelarią, Cromwell & Traurig. I właśnie dlatego w piątkowy wieczór z fałszywym uśmiechem na twarzy wkładałem firmową kartę kredytową do czarnego skórzanego etui na czek po tym, jak uraczyłem pana Emersona tartami z foie gras, tagliolini z czarnymi truflami i butelką wina w cenie, która mogłaby zapewnić jego dziecku cztery lata edukacji w uczelni Ligi Bluszczowej.
- Muszę przyznać, że mam co do tego dobre przeczucia, chłopaki. - Pan Emerson beknął, poklepując swój brzuch, wielki jak w trzecim trymestrze ciąży. Był podobny do rozdętego Jeffa Danielsa. Cieszyłem się z jego zadowolenia, bo ja nie mogłem się doczekać, aż od następnego miesiąca zacznę mu naliczać comiesięczną opłatę. Emerson był właścicielem dużej firmy sprzątającej, która obsługiwała głównie korporacje, a ostatnio wniesiono przeciwko niemu cztery pozwy, wszystkie o naruszenie umowy i odszkodowanie. Potrzebował nie tylko pomocy prawnej, lecz także taśmy klejącej, żeby zakleić nią jadaczkę. W ciągu ostatnich miesięcy stracił tak dużo pieniędzy, że zaproponowałem mu wynajęcie adwokata. Nie umknęła mi ironia losu. Ten człowiek, który oferował ludziom usługi sprzątania, zatrudnił mnie, abym po nim posprzątał. W przeciwieństwie do jego pracowników pobierałem jednak astronomiczną stawkę godzinową i nie dawałem się wydymać na kasę.
Nie przyszło mi do głowy, by odmówić mu obrony, mimo że jego sprawy były żałosne. Oczywisty problem biednych sprzątaczy, którzy często zarabiali poniżej płacy minimalnej i mieli fałszywe dokumenty tożsamości, spłynął po mnie jak po kaczce.
- Jesteśmy tu po to, by ułatwić panu życie. - Wstałem i uścisnąłem dłoń Mylesa Emersona, jednocześnie zapinając guzik marynarki. Skinął głową Ryanowi i Deaconowi, partnerom w mojej firmie prawniczej, i wyszedł z restauracji, obcinając spojrzeniem tyłki dwóch kelnerek.
Na tym kretynie zbiję majątek. I mam chrapkę na awans w korporacji.
Usiadłem i odchyliłem się na oparcie krzesła.
- A teraz przejdźmy do prawdziwego powodu, dla którego wszyscy się tu zebraliśmy - spojrzałem na nich - mojego zbliżającego się partnerstwa w firmie.
- Słucham? - Deacon Cromwell, wykształcony w Oxfordzie emigrant, który czterdzieści lat temu założył firmę i był starszy niż Biblia, zmarszczył krzaczaste brwi.
- Christian wierzy, że zasłużył na narożne biuro i swoje nazwisko na drzwiach, bo poświęcił tej firmie tyle czasu i wysiłku - wyjaśnił staruszkowi Ryan Traurig, szef działu procesów sądowych i partner, który o dziwo od czasu do czasu pokazywał się w biurze.
- Nie sądzisz, że powinniśmy byli o tym porozmawiać? - zwrócił się do Trauriga Cromwell.
- Właśnie o tym rozmawiamy. - Traurig uśmiechnął się dobrodusznie.
- Na osobności - wycedził Cromwell.
- Prywatność jest przereklamowana. - Wziąłem łyk wina, żałując, że to nie szkocka. - Obudź się i powąchaj róże, Deacon. Od trzech lat jestem starszym wspólnikiem. Naliczam stawki partnerskie. Moje coroczne oceny są bez skazy, a ja łowię same grube ryby. Za długo się ze mną cackasz. Chciałbym wiedzieć, na czym stoję. Szczerość to najlepsza metoda.
- To nieco ironiczne słowa jak na prawnika. - Cromwell rzucił mi spojrzenie z ukosa. - Ponadto, w duchu szczerości, chciałbym ci przypomnieć, że skończyłeś studia siedem lat temu, a po ich ukończeniu miałeś dwuletni staż w biurze prokuratora. To nie tak, że pozbawiamy cię szansy. W naszej firmie ścieżka partnerska trwa dziewięć lat. Więc jeszcze nie odhaczyłeś wymogu czasowego.
- Jeśli chodzi o czas, zarabiasz w tej firmie trzysta procent więcej, odkąd do niej dołączyłem - odparłem. - Pieprzyć czas. Zrób ze mnie partnera kapitałowego.
- Bezpośredni do bólu. - Starał się wyglądać na niewzruszonego, ale jego czoło pokryła warstewka potu. - Jak ty sypiasz w nocy?
Obracałem wino w kieliszku w sposób, którego dekadę wcześniej nauczył mnie wielokrotnie nagradzany sommelier. Grałem też w golfa, korzystałem z firmowej rezydencji w Miami i z bólem serca brałem udział w rozmowach o polityce w klubach dla dżentelmenów.
- Zazwyczaj z długonogą blondynką u boku. - To kłamstwo, ale wiedziałem, że taka świnia jak on je doceni.
Roześmiał się, jak przystało na przewidywalnego prostaka.
- Ale tyś wyszczekany. I zdecydowanie zbyt ambitny.
Pogląd Cromwella na ambicję różnił się w zależności od osoby, która ją miała. W przypadku młodszych współpracowników, którzy pracowali po sześćdziesiąt godzin tygodniowo, była ona czymś pożądanym. U mnie uważał to za utrapienie.
- W żadnym razie. A teraz chciałbym usłyszeć odpowiedź.
- Christian. - Traurig posłał mi błagalny uśmiech, jakby prosił, bym się zamknął. - Daj nam pięć minut. Spotkamy się na zewnątrz.
Nie lubiłem, gdy ludzie rozmawiali o mnie bez mojego udziału. W głębi duszy wciąż byłem Nickym z Hunts Point. Ale tego chłopca trzeba było okiełznać w towarzystwie. Dobrze wychowani mężczyźni nie krzyczą i nie wywracają stolików. Musiałem mówić ich językiem. Łagodne słowa, ostre jak nóż.
Po odsunięciu krzesła zarzuciłem na siebie płaszcz Givenchy.
- Dobrze. To da mi czas na wypróbowanie nowego cygara Davidoffa.
Oczy Trauriga rozbłysły.
- Winstona Churchilla?
- Edycja limitowana. - Puściłem do niego oko. Drań napalał się na moje cygara i alkohol, jakby nie zarabiał sześciokrotności mojej pensji.
- O rany. Masz jakieś wolne?
- Wiadomo.
- To zobaczymy się za kilka minut.
- Chyba że wrócę tu pierwszy.
Na chodniku zaciągałem się cygarem i od niechcenia obserwowałem pomarańczowe światła zmieniające się na czerwone i zielone oraz przechodniów sunących gęstymi strumieniami niczym ławice ryb. Drzewa przy ulicy były nagie, z wyjątkiem sznurów bladych lampek, które jeszcze nie zostały zdjęte po świętach Bożego Narodzenia.
Mój telefon zapiszczał w kieszeni. Wyciągnąłem go.
Ars?ne: Będziesz? Riggs jutro wyjeżdża i dobiera się do laski, która niedawno wyszła z pieluchy.
Mogło to oznaczać, że albo była za młoda, albo miała implanty w dupie. Najprawdopodobniej jedno i drugie. Wsunąłem cygaro w kącik ust, stukając w ekran dotykowy.
Ja: Powiedz mu, żeby wytrzymał. Niedługo będę.
Ars?ne: Tatuś i Tatuś tobą pomiatają?
Ja: Nie wszyscy urodzili się z funduszem powierniczym wartym dwieście milionów, złotko.
Wcisnąłem telefon z powrotem do kieszeni.
Nagle poczułem na ramieniu klepnięcie. Kiedy się odwróciłem, Traurig i Cromwell stali tuż za mną. Cromwell ściskał swoją laskę ze zbolałym wyrazem twarzy i wyglądał, jakby dopadły go hemoroidy. Lekki, przebiegły uśmieszek Trauriga zdradzał niewiele.
- Sheila wierci mi dziurę w brzuchu, żebym więcej ćwiczył. Chyba wrócę do domu pieszo. Żegnam, panowie. - Cromwell skinął głową. - Christianie, gratuluję pozyskania Emersona. Do zobaczenia na cotygodniowym spotkaniu w następny piątek - pożegnał się, a potem odszedł, znikając w tłumie opatulonych zimowymi kurtkami ludzi i w białych obłoczkach unoszących się z ich ust.
Podałem Traurigowi cygaro. Zaciągnął się kilka razy, poklepał po kieszeniach, jakby czegoś szukał. Może dawno utraconej godności.
- Deacon uważa, że nie jesteś jeszcze gotowy.
- Gówno prawda. - Zacisnąłem zęby na cygarze. - Moje osiągnięcia są nienaganne. Pracuję po osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Nadzoruję każdą dużą sprawę sądową, mimo że technicznie rzecz biorąc to twoja praca, i współpracuję z młodszym wspólnikiem przy wszystkich moich sprawach, tak jak partner. Jeśli teraz odejdę, zabiorę ze sobą klientów, na których utratę nie możesz sobie pozwolić, i obaj o tym wiemy.
Status partnera i widok swojego nazwiska na drzwiach wejściowych byłyby szczytem moich pragnień. Wiedziałem, że to duży krok, ale zasłużyłem na to. Należało mi się to. Inni wspólnicy nie pracowali tyle godzin, nie pozyskiwali takich klientów i nie osiągali takich wyników. Dodatkowo, jako świeżo upieczony milioner, ciągle goniłem za dreszczykiem emocji. Było coś strasznie otępiającego w tym, że co miesiąc otrzymywałem sowitą wypłatę i wiedziałem, że mam w zasięgu ręki wszystko, czego zapragnę. Partnerstwo było dla mnie nie tylko wyzwaniem; to środkowy palec dla miasta, które wypięło się na mnie, gdy miałem czternaście lat.
- Spokojnie, po co te nerwy. - Traurig się zaśmiał. - Słuchaj, dzieciaku, Cromwell jest otwarty na ten pomysł.
Dzieciaku. Traurig lubił udawać, że wciąż jestem u progu dojrzałości i czekam, aż rozwiną mi się jaja.
- Otwarty? - prychnąłem. - Powinien błagać mnie, żebym został, i zaoferować mi połowę swojego królestwa.
- I właśnie w tym sęk. - Traurig machnął na mnie ręką, jakby pokazywał eksponat w muzeum. - Cromwell uważa, że za szybko się rozpanoszyłeś. Masz dopiero trzydzieści dwa lata i od dwóch nie widziałeś sali sądowej od środka. Dobrze zajmujesz się swoimi klientami, twoja reputacja cię wyprzedza, ale już nie wkładasz w to wysiłku. Dziewięćdziesiąt sześć procent twoich spraw jest rozstrzyganych poza sądem, bo nikt nie chce się z tobą zmierzyć. Cromwell chce zobaczyć u ciebie zapał i walkę. Tęskni za ogniem w twoich oczach, na którego widok wyrwał cię z prokuratury, gdy miałeś kłopoty z gubernatorem.
W drugim roku pracy w biurze prokuratora na moim biurku wylądowała gruba sprawa. Był to ten sam rok, w którym Theodore Montgomery, ówczesny prokurator okręgowy na Manhattanie, został oskarżony o dopuszczenie do przedawnienia kilku spraw z powodu nadmiernego obciążenia pracą. Montgomery rzucił sprawę na moje biurko i kazał mi dać z siebie wszystko. Nie chciał mieć kolejnego skandalu na głowie, ale nie miał też żadnych pracowników, którzy mogliby się tym zająć.
Sprawa okazała się tą, o której tamtego roku mówił cały Manhattan. Podczas gdy moi przełożeni ścigali oszustów podatkowych w białych kołnierzykach i przestępców bankowych, ja obrałem sobie za cel barona narkotykowego, który przejechał trzyletniego chłopca i zabił go na miejscu, bo spieszył się na huczną szesnastkę swojej córki. Klasyczny przypadek potrącenia i ucieczki. Wspomniany narkotykowy lord, Denny Romano, był uzbrojony w szereg najwybitniejszych prawników, podczas gdy ja przybyłem do sądu w garniturze z drugiej ręki i ze skórzaną torbą, która się rozpadała. Wszyscy zachwycali się dzieciakiem z biura prokuratora, który przyskrzynił wielkiego przestępcę. Ostatecznie udało mi się doprowadzić do skazania Romana za nieumyślne spowodowanie śmierci na cztery lata więzienia. Był to niewielki sukces dla rodziny tego biednego chłopca i ogromny sukces dla mnie.
Deacon Cromwell zaczepił mnie w salonie fryzjerskim tuż po tym, jak ukończyłem szkołę prawniczą na Harvardzie. Miałem plan, który zakładał wybicie się w biurze prokuratora, ale on zaproponował, żebym go sprawdził, jeśli będę chciał zobaczyć, jak ta branża wygląda od drugiej strony. Po sprawie Romana nie musiałem nic robić - sam mnie znalazł.
- Chce, żebym wrócił do sądu? - nieomal wyplułem te słowa. Pragnąłem wygrywać sprawy, ale miałem reputację osoby, która negocjuje zażarcie i odchodzi od stołu z większym zyskiem, niż obiecywała swoim klientom. Kiedy pojawiałem się w sądzie, robiłem z przeciwników pośmiewisko. Nikt nie chciał mieć ze mną do czynienia. Ani najlepsi prawnicy, którzy pobierali opłaty w wysokości dwóch tysięcy za godzinę, więc nie chcieli ze mną przegrać, ani moi byli koledzy z biura prokuratora, którym brakowało zasobów, by ze mną konkurować.
- Chce, żebyś się postarał. - Traurig w zamyśleniu obrócił w palcach zapalone cygaro. - Wygraj dla mnie głośną sprawę, z którą trzeba wyjść poza wygodne, klimatyzowane biuro. Pokaż się w sądzie, a staruszek umieści twoje nazwisko na drzwiach, bez żadnych obiekcji.
- Wykonuję pracę za dwie osoby - przypomniałem mu. To była prawda. Pracowałem w nieludzkim trybie.
Traurig wzruszył ramionami.
- Skorzystaj z oferty albo nie, młody. My nic na tym nie stracimy.
Odejście z firmy na tym etapie, kiedy byłem o krok od objęcia posady partnera, mogło cofnąć moją karierę o lata świetlne i ten drań o tym wiedział. Miałem dwa wyjścia - albo się poddać, albo liczyć na partnerstwo w mniejszej, nie tak prestiżowej firmie.
Nie tak wyobrażałem sobie dzisiejszy wieczór, ale lepsze to niż nic. Poza tym znałem swoje możliwości. W zależności od harmonogramów sądowych i sprawy, którą wybiorę, mogę zostać partnerem w ciągu kilku krótkich tygodni.
- Zrobię to.
Traurig się roześmiał.
- Żal mi pechowego obrońcy, przeciwko któremu zamierzasz wystąpić, by udowodnić swoją tezę.
Odwróciłem się i poszedłem do baru po drugiej stronie ulicy, by spotkać się z Ars?ne'em (jego imię wymawia się Arsę, jak postać z serialu Lupin) i Riggsem.
Nie miałem zasad.
A jeśli chodzi o to, czego chciałem od życia, w tym zakresie również nie miałem żadnych ograniczeń.
Brewtherhood był naszą ulubioną miejscówką w SoHo. Bar znajdował się rzut beretem od apartamentu Ars?ne'a, gdzie można było znaleźć Riggsa, gdy tylko był w mieście i nie nocował u mnie. Lubiliśmy Brewtherhood za różnorodną ofertę zagranicznych lagerów, brak wymyślnych koktajli i niezachęcający wygląd, który nie przyciągał turystów. Przede wszystkim jednak Brewtherhood miało klimat speluny - małe, duszne, schowane w piwnicy. Przypominało nam to nasze Kwiaty na poddaszu z czasów dorastania.
Od razu zauważyłem Ars?ne'a. Wyróżniał się jak mroczny cień w karnawale. Siedział na stołku barowym i sączył asahi. Ars?ne lubił piwo pasujące do jego osobowości - mocne, z posmakiem zagranicznych krajów - i zawsze był ubrany w najlepsze jedwabie z Savile Row, mimo że nie pracował w biurze. Jeśli się nad tym zastanowić, to nawet nie miał pracy. Był przedsiębiorcą, który lubił zajmować się najróżniejszymi lukratywnymi przedsięwzięciami. Obecnie współpracował z kilkoma firmami zajmującymi się funduszami hedgingowymi, które słono płaciły za przyjemność pracy z Ars?ne'em Corbinem. Uwielbiał arbitraż fuzji i arbitraż zamienny.
Przeszedłem obok grupy pijanych kobiet, które tańczyły i śpiewały Cotton-Eyed Joe, myląc wszystkie słowa, i oparłem się o bar.
- Spóźniłeś się - mruknął Ars?ne. Czytał książkę w miękkiej oprawie rozłożonej na lepkiej ladzie i nawet nie zadał sobie trudu, by na mnie spojrzeć.
- Jesteś irytujący.
- Dzięki za ocenę psychologiczną. Ale i tak się spóźniłeś, a do tego byłeś nieuprzejmy. - Podsunął mi kufel peroni. Stuknąłem nim o jego butelkę i wziąłem łyk.
- Gdzie jest Riggs? - krzyknąłem mu do ucha, próbując przebić się przez muzykę. Ars?ne skinął podbródkiem w lewo. Podążyłem we wskazanym kierunku. Riggs opierał się jedną ręką o wyłożoną boazerią ścianę, ozdobioną głową wypchanego zwierzęcia, prawdopodobnie z ręką zanurzoną między uda blondynki, której szyję pieścił ustami.
Tak. Ars?ne zdecydowanie miał na myśli jej implanty w dupie. Wyglądała, jakby mogła popłynąć na nich jak na pontonie aż do Irlandii.
Razem z Ars?ne'em szczyciliśmy się tym, że wyglądamy jak prawdziwi milionerzy, jednak Riggs wolał styl bezdomnego. Był oszustem, krętaczem i przestępcą. Z prawdomównością pozostawał tak bardzo na bakier, że powinien był obrać ścieżkę prawnika i dziwne, że tego nie zrobił. Miał stereotypowy urok złego chłopca ze złej części miasta. Rozczochrane złote włosy, głęboka opalenizna, kozia bródka i brud pod paznokciami. Miał krzywy uśmiech, oczy bez głębi i bez dna jednocześnie i, co wkurzające, zawsze mówił zachrypniętym, łóżkowym głosem na każdy temat, łącznie z wypróżnianiem.
Riggs był najbogatszy z naszej trójki. Jednak z zewnątrz wyglądał, jakby płynął przez życie, niezdolny do zaangażowania się w cokolwiek, nawet umowę z siecią komórkową.
- Udane spotkanie? - Ars?ne zamknął książkę. Zerknąłem na okładkę.
Duch w atomie: Rozprawa o tajemnicach fizyki kwantowej.
Prawdziwy z niego imprezowicz.
Problem Ars?ne'a polegał na tym, że był geniuszem. A geniusze, jak wszyscy wiemy, nie potrafią radzić sobie z idiotami. A idioci, jak również wiemy, stanowią dziewięćdziesiąt dziewięć procent społeczeństwa.
Ars?ne'a, podobnie jak Riggsa, poznałem w Akademii Andrew Dextera dla chłopców. Od razu wytworzyła się między nami nić porozumienia. Ale kiedy Riggs i ja odkryliśmy siebie na nowo, by przetrwać, Ars?ne konsekwentnie pozostał sobą - znudzony, okrutny i beznamiętny.
- W porządku - skłamałem.
- Czy patrzę na najnowszego partnera Cromwell & Traurig? - Ars?ne spojrzał na mnie sceptycznie.
- Wkrótce. - Opadłem na stołek obok niego, gestem przywołując Elise, barmankę. Kiedy podeszła bliżej, podsunąłem jej banknot studolarowy.
Zmarszczyła brwi.
- Niezły napiwek, Miller.
Elise miała delikatny francuski akcent i łagodną aparycję.
- Czeka cię piekielnie trudne zadanie. Chcę, żebyś podeszła do Riggsa i chlusnęła mu drinkiem w twarz, jak w kiepskim filmie z lat osiemdziesiątych. Masz udawać jego dziewczynę urażoną tym, że porzucił cię dla blondyny. Czeka na ciebie kolejny Benjamin, jeśli potrafisz uronić prawdziwe łzy. Dasz radę?
Elise zwinęła banknoty i schowała je do tylnej kieszeni dżinsów.
- Praca barmanki w Nowym Jorku jest synonimem aktorstwa. Mam za sobą trzy występy na off-off-Broadwayu i udział w dwóch reklamach tamponów. Oczywiście, że dam radę.
Minutę później twarz Riggsa pachniała wódką i arbuzem, a Elise była bogatsza o dwieście dolarów. Riggs został zwyzywany za to, że wystawił swoją dziewczynę. Blondyna ze złością pomaszerowała do swoich przyjaciółek, a Riggs podszedł do baru, na wpół rozbawiony, na wpół wkurzony.
- Palant. - Chwycił rąbek mojej marynarki i wytarł nią twarz.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem, bo to dla mnie nic nowego.
- Penicylina była najpierw nazywana sokiem pleśniowym. Założę się, że o tym nie wiedziałeś. Ja też nie, aż do zeszłego miesiąca, kiedy siedziałem w samolocie do Zimbabwe obok bardzo miłej bakteriolożki o imieniu Mary. - Riggs chwycił moje piwo, wypił do dna i mlasnął językiem. - Uwaga, spoiler: Mary nie okazała się w łóżku dziewicą.
- Masz na myśli: w pokładowej toalecie.
Ars?ne zrobił zniesmaczoną minę. Riggs ryknął śmiechem.
- Dać ci różaniec, Corbin?
Riggs już taki był - nomada żłopiący drinki innych, sypiający na kanapach u kumpli, bo latał po świecie jak opętany. Nie miał korzeni, domu, żadnych obowiązków poza pracą. W wieku dwudziestu dwóch lat było to znośne. W wieku trzydziestu dwóch lat zakrawało na żenadę.
- Co mi przypomina: dokąd się jutro wybierasz? - Wyrwałem mu opróżnioną butelkę, żeby nie wylizał jej do czysta.
- Karakorum w Pakistanie.
- Nie masz czego oglądać w Ameryce?
- Siedem lat temu zobaczyłem już wszystko. - Uśmiechnął się dobrodusznie.
Riggs był fotografem współpracującym z "National Geographic" i kilkoma innymi magazynami politycznymi i przyrodniczymi. Zdobył wiele nagród i odwiedził większość krajów na świecie. Wszystko, by uciec od tego, co czekało na niego w domu.
- Jak długo będziesz nas zaszczycać swoją nieobecnością? - zapytał Ars?ne.
Riggs odchylił się na stołku, balansując na dwóch nogach.
- Miesiąc? Może dwa? Mam nadzieję, że dostanę kolejne zlecenie i polecę prosto na miejsce. Nepal. Może Islandia. Kto wie?
Na pewno nie ty, wielki dzieciaku.
- Christian poprosił dziś Tatusia i Tatusia o awans i dostał negatywną odpowiedź. - Ars?ne monotonnym głosem wprowadził Riggsa w temat.
Porwałem jego japońskie piwo i je wyzerowałem.
- Tak? - Riggs poklepał mnie po ramieniu. - Może to znak.
- Że jestem do bani w swojej pracy? - zapytałem uprzejmie.
- Nadszedł czas, aby zwolnić i zdać sobie sprawę, że życie to coś więcej niż tylko praca. Udało ci się. Nie grozi ci ponowna bieda. Odpuść sobie.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Biedny Nicky będzie żył we mnie już zawsze. Ten, który jadał dwudniową kaszę i przypominał mi, że pełne pomyłek Hunts Point było tylko kilka przystanków autobusowych stąd.
Uderzyłem Riggsa łokciem w żebra. Jego stołek wrócił na swoje miejsce. Kumpel się roześmiał.
- I nie chodzi o to, że jej nie dostałem - powiedziałem tonem wyjaśnienia. - Chcą, żebym się popisał i wygrał grubą sprawę.
Ars?ne rzucił mi okrutny uśmieszek.
- A ja myślałem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach z Jennifer Lopez.
- Cromwell wziął ten pomysł z dupy, żeby zyskać na czasie. Przeskoczenie przez jeszcze jedną przeszkodę niczego nie zmieni. Partnerstwo jest moje.
Beze mnie Cromwell & Traurig nie była niczym więcej jak stertą cegieł i papierów przy Madison Avenue. Ale wciąż uważano ją za najlepszą firmę prawniczą na Manhattanie, a opuszczenie jej na rzecz partnerstwa, nawet w drugiej co do wielkości firmie w mieście, wzbudziłoby pytania i zdziwienie.
- Tak się cieszę, że złe pochodzenie nie jest zaraźliwe. - Riggs ponownie przywołał Elise, żeby zamówić następną kolejkę. - Bycie tobą musi być wyczerpujące. Koniecznie chcesz podbić świat, nawet jeśli musisz go przy tym spalić.
- Nikt nie zostanie spalony, jeśli dostanę to, czego chcę - powiedziałem.
Obaj zgodnie potrząsnęli głowami. Riggs spojrzał na mnie z widocznym politowaniem.
- Właśnie do tego zostałeś stworzony, Christianie. Uwolnij swoje demony, niech zaszaleją, i sprawdź, dokąd cię zaprowadzą. Właśnie dlatego jesteśmy przyjaciółmi. - Riggs poklepał mnie po plecach. - Pamiętaj tylko, że aby zostać królem, musisz najpierw kogoś zdetronizować.
Usiadłem z powrotem na stołku.
Głowy się posypią, tego byłem pewien. Ale żadna z nich nie będzie moja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki