1
Hayden
W obliczu nieuchronnego kryzysu ludzie w mojej branży dzielili się na tych, którzy mówili, że nie poddadzą się bez walki, i tych, którzy nawet nie zaprzątali sobie głowy myślą o ewentualnej porażce. Stanowczo zaliczałem się do tej drugiej grupy.
Zyskałem renomę inaczej niż większość biznesmenów z londyńskiego City. Zamiast na rodzinnych znajomościach, drinkach ze starymi kumplami ze szkoły z internatem i próbach wywarcia na ludziach wrażenia polegałem na faktach. Obsesyjnie przykładałem wagę do szczegółów i podejmowałem mądre decyzje. Lubiłem zarabiać pieniądze. Kupę szmalu. Tylko nie rozgłaszałem tego wszem wobec.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat przeistoczyłem Wolf Enterprises ze start-upu założonego w domu na obrzeżach Londynu w jedno z największych przedsiębiorstw w Europie. Odpowiadałem za kilkadziesiąt tysięcy pracowników i miliardy wykazane w bilansach. Przez dekadę zaliczyłem pasmo sukcesów. W minionym roku coś się jednak zmieniło. Traciłem szansę na kupno ważnych przedsiębiorstw, podpisywałem niekorzystne umowy i nie mogłem brać udziału w licytacjach. Moje imperium chwiało się w posadach.
Nie zamierzałem dopuścić do jego upadku.
Musiałem tylko przekonać inwestorów, że obrócę sytuację na naszą korzyść.
Z progu restauracji dostrzegłem Stevena i Gordona, siedzących przy stoliku w drugim końcu sali. Sprawdziłem godzinę na zegarku. Dotarłem na lunch o czasie, co oznaczało, że oni przyszli wcześniej. To zły znak. Normalnie kazali ludziom na siebie czekać. Czyli traktowali sprawę poważnie.
Ja też.
Hostessa wskazała mi miejsce naprzeciwko nich. Ci faceci niczego nie robili przypadkiem. Lunch w miejscu publicznym zamiast spotkania na osobności. Zjawienie się przed umówioną godziną. Zajęcie miejsc przy stoliku tak, aby dwóch było przeciwko jednemu - rozważnie wszystko zaplanowali, ustawili tak, aby komunikat wybrzmiał, zanim wypowiedzieli choćby słowo.
- Gordonie, Stevenie, miło mi was widzieć - powiedziałem. Najpierw zwróciłem się do starszego z mężczyzn. Rozumiałem, że wszystko ma swój porządek. W biznesie najwięcej wagi przykłada się do drobiazgów.
- Piękny widok. - Gordon zaczął spotkanie od niezobowiązującej, aczkolwiek nieco lekceważącej uwagi. Nawet nie zadał sobie trudu, aby się ze mną przywitać.
Wyjrzałem przez okno. City, jedna z najstarszych dzielnic Londynu, zajmująca półtora kilometra kwadratowego we wschodniej części stolicy, gęsto obsiana siedzibami największych banków, ubezpieczalni i domów inwestycyjnych w kraju. Najważniejszy ośrodek finansowy w Europie. Tu ludzie nosili się tak, że mucha nie siada, i byli wybitnie inteligentni.
Tymi ulicami rządził pieniądz, a ja przynosiłem tym facetom zbyt niski zysk.
To mi sygnalizowali.
Jakbym mógł zapomnieć.
- Stąd możesz mieć oko na wszystkie swoje inwestycje - zauważyłem, wskazując podbródkiem widok za oknem.
Gordon się uśmiechnął, ale jednocześnie zmierzył mnie wzrokiem.
- W rzeczy samej.
Zdawało im się, że wciągnęli mnie w zasadzkę. Mylili się. Świetnie się przygotowałem.
- Muszę was poinformować o kilku sprawach.
- Słyszeliśmy, że nie domknąłeś umowy dotyczącej Lombardu - powiedział Steven.
Uprzejmości się skończyły. Przeszli do sedna. Wytoczyli ciężkie działa.
Bez sensu dociekać, skąd o tym wiedzieli. Jednym z powodów, dla których chciałem, aby zainwestowali w moje przedsiębiorstwo, było to, że zaliczali się do grona najbardziej wpływowych osób w City.
Rozsiadłem się na krześle.
- Wczoraj późnym wieczorem dowiedziałem się, że ktoś złożył lepszą ofertę i to z tym kimś podpisali umowę.
Steven i Gordon milczeli, czekali, aż coś dodam.
- Wiesz kto? - zapytał Steven.
- Cannon Group. - Zachowałem kamienne oblicze, mimo że dłonie drżały mi z frustracji.
Chciałem zacisnąć pięści i coś walnąć. Mocno. Raz po raz. Jebany Cannon. Zwinął mi sprzed nosa cztery przedsiębiorstwa, które chciałem ostatnio nabyć.
- Czwarty raz z kolei nie dopiąłeś umowy - zauważył Steven. - Sądzimy, że wyszedłeś z wprawy.
Zasadny zarzut. Zrobiłem karierę jako spec od umów: namierzałem małe, niedoceniane przedsiębiorstwa i kupowałem je tylko po to, aby w ciągu trzech-pięciu lat trzykrotnie zwiększyć ich wartość i je sprzedać. Tym się zajmowałem. Tylko że Cannon ubiegał mnie w zakupie każdego przedsiębiorstwa, które znalazło się na moim celowniku.
- Zrobiłeś sobie z nich wroga? - zapytał Steven. - To mi wygląda na jakieś osobiste porachunki.
- Nie jestem wyznawcą teorii spiskowych. Kiedy odnosisz sukces, ludzie biorą sobie ciebie na cel - odparłem i wzruszyłem ramionami, chociaż wiedziałem, że Cannonowi rzeczywiście chodziło o osobiste porachunki.
- W każdym razie musisz odkryć, w czym rzecz. Zainwestowaliśmy w ciebie nie tylko dlatego, że potrafisz wyczuć dobry interes, lecz także dlatego, że umiesz dopiąć umowę. Jeśli straciłeś tę umiejętność, będziemy musieli zrewidować nasze stosunki - powiedział Steven.
- Mnie frustruje to równie mocno jak was... - zacząłem, zgrabnie wymijając psa obronnego Gordona.
- Frustruje? Tu nie chodzi o byle frustrację. Najzwyczajniej w świecie spieprzasz interesy. Nie mamy w zwyczaju wspierać przegranych - ciągnął Steven.
- A ja nie mam w zwyczaju przegrywać. Dlatego upatrzyłem sobie lepsze i bardziej dochodowe przedsiębiorstwa.
Gordon odchrząknął. Był na wskroś staroświecki: nosił spinki do mankietów z monogramem i miał dom na wsi przekazywany w rodzinie od pięciu pokoleń. Nigdy nie podnosił głosu i zdecydowanie nie wdawał się w sprzeczki w miejscu publicznym. Z nich dwóch to na niego musiałem uważać.
- Chcemy, byś nam powiedział, jak możemy ci pomóc - odezwał się. - Uważamy, że jesteś znakomity w swoim fachu. Tylko chcemy, abyś wrócił na szczyt.
Jego przekaz był taki sam jak Stevena, jedynie wypowiedziany innym tonem: czarującym i troskliwym. Nasza relacja biznesowa zawisła na włosku.
Jeśli oni w tej chwili przestaną robić ze mną interesy, po City poniesie się jasny komunikat - Hayden Wolf jest już trupem. Moje dni jako speca od umów będą policzone, a przedsiębiorstwo, które założyłem w hołdzie ojcu, upadnie.
Siliłem się na spokój, udawałem, że adrenalina nie groziła pozbawieniem mnie sił.
- Mam nosa do przedsiębiorstw. Nie będę jednak nabywał czegokolwiek, byle to udowodnić. Ostatnio gazety rozpisują się o Cannon Group, mimo że ci nabywają przedsiębiorstwa za zawyżoną cenę.
Jeśli postawili sobie za cel mnie wyeliminować, byli na dobrej drodze, by go osiągnąć, ale kosztem siebie. Sporo przepłacali tylko po to, by mnie wykiwać.
Gordon pokiwał głową.
- Nie obchodzą mnie praktyki biznesowe ani cel Cannona. Ty mnie obchodzisz.
- Wolf Enterprises nie zbacza z kursu - powiedziałem, nie uginając się. - Nabędę takie przedsiębiorstwo, że zapomnicie o minionych dwunastu miesiącach.
Umilkliśmy, kiedy podeszła kelnerka. Podała Gordonowi i Stevenowi drinki, po czym się oddaliła.
- Żebyśmy zapomnieli o ostatnich dwunastu miesiącach, musiałbyś nabyć przedsiębiorstwo lepsze od wszystkich poprzednich - zauważył Steven.
- Owszem - przyznałem.
- Spodziewasz się, że uwierzymy, że zatrzesz rok naznaczony porażkami jednym zakupem nie tyle dobrym jak poprzednie, ile nawet lepszym?
- Lepszym nie od każdego pojedynczego - poprawiłem Stevena, patrząc Gordonowi w oczy - ale od wszystkich razem wziętych.
Steven otwarcie się zaśmiał, Gordon natomiast zamarł i umilkł. Przyglądał mi się takim samym wzrokiem, jakim na mnie spojrzał w dniu, w którym zdecydował się zainwestować w nikomu nieznanego, niemającego nic do stracenia dzieciaka bez referencji.
- Chcesz powstać z popiołów? - zapytał, mrużąc oczy.
Wytrzymałem jego spojrzenie.
- Otóż to.
Szach mat. Phoenix był na szczycie od dekad i stanowił klejnot w finansowej koronie City. Dziesięć lat temu, na pierwszym spotkaniu, obiecałem Gordonowi, że pewnego dnia przedsiębiorstwo stanie się moją własnością. Zaśmiał się. Ja jednak mówiłem poważnie i teraz zamierzałem spełnić obietnicę: kupić Phoenix.
- Nie może dojść do żadnego przecieku - powiedział Gordon niemal szeptem. - W chwili, w której do informacji publicznej trafi wiadomość, że rozważają sprzedaż, wybuchnie pandemonium, a licytacja przeistoczy się w wojnę, jakiej nigdy nie widzieliśmy.
- Też tak sądzę - przyznałem, obserwując Stevena, który starał się odgadnąć, o czym mowa.
- Cannon próbuje działać na szkodę Wolf Enterprises. Pozwala ci negocjować umowy, po czym w ostatniej chwili wkracza do akcji z lepszą propozycją. Ktoś przekazuje mu informacje - powiedział Gordon.
Odkąd nie dopiąłem umowy na nabycie Lombardu, ciągle się nad tym zastanawiałem. Jakim cudem podebrał mi to przedsiębiorstwo? O planie jego zakupu wiedziała bardzo ścisła grupa. Wszyscy doradcy podpisali rygorystyczne umowy poufności, dlatego byłem pewien, że sprawę uda się zachować w tajemnicy.
- Szpiegostwo przemysłowe? - zapytał Steven.
Zapewne, chociaż przyznawałem to niechętnie. Pierwsze niepowodzenie zbagatelizowałem. Zdarza się, pomyślałem. Po drugim zmieniłem doradców finansowych. Po trzecim dopilnowałem, żeby o czwartej umowie - tej z Lombardem - wiedział tylko zaufany zespół składający się z czterech osób, do którego należała między innymi moja asystentka. Ta transakcja również nie doszła do skutku, co oznaczało, że przeciek pochodził z mojego własnego gabinetu.
Ta myśl przyprawiła mnie o mdłości.
Sam wybrałem swój zespół. Jego członkowie zaskarbili sobie moje zaufanie - coś, czym trudno było mi kogokolwiek obdarzyć.
Nie chciałem, żeby doszło do przecieku, dlatego musiałem jeszcze bardziej ograniczyć grono wtajemniczonych. Aby dopiąć umowę z Phoenixem, nie mogłem ufać nikomu, musiałem stać się podejrzliwy wobec każdego. Kładłem na szali swoje przedsiębiorstwo, swoją reputację, wszystko, nad czym z takim trudem pracowałem przez ostatnie dziesięć lat.
- Jeśli mam zawrzeć tę umowę szybko i po cichu, muszę zniknąć. Nikt nie może się dowiedzieć, co robię. Następnym razem odezwę się z prośbą o środki niezbędne do zawarcia tej transakcji.
- Zniknąć? - zapytał Gordon.
- Na dłuższe pracujące wakacje. Najlepiej zagraniczne. Niech się hienom zdaje, że po ostatnim niepowodzeniu gdzieś się zaszyłem, by wylizać rany. - Musiałem podsunąć Cannonowi myśl, że wypadłem z gry.
- Wiem, jak ważna jest dla ciebie ta umowa - powiedział Gordon, kiedy Steven się nachylił. - Chcę, żeby ci się powiodło. Zrób, co musisz, aby osiągnąć cel.
Pokiwałem głową.
- Jestem gotowy.
- Dopnij tę umowę, Hayden - polecił Gordon, wstając. - W przeciwnym wypadku to będzie koniec Wolf Enterprises.
2
Avery
Doskwierał mi kac wielki jak wieloryb. Jako kierowniczka stewardes na superjachcie nauczyłam się znosić przeciwności losu z uśmiechem, dlatego każdy na mój widok pomyślałby, że świetnie się czuję - miałam doskonały makijaż, a długie ciemne włosy upięłam w gładki kucyk. Od środka sytuacja wyglądała zupełnie inaczej: przelewało mi się w żołądku, a moje skronie pulsowały z bólu.
- Nie wiem, jak udało ci się powstrzymać nas przed narobieniem tu syfu - powiedziała Leslie, jedna z członkiń załogi, gdy podeszła do mnie od tyłu.
Rozejrzałyśmy się po głównym salonie jachtu, który przez minione pięć miesięcy był dla mnie domem. Cienie pod oczami koleżanki, pomięte ubranie i ręka, którą masowała się po czole, zdradzały, że spożyła wczoraj sporo alkoholu. Poprzedniego dnia pożegnaliśmy ostatnich gości i zaczęliśmy pić, kiedy gruntownie sprzątaliśmy łódź z góry na dół. Chociaż wlaliśmy w siebie tyle wina, że na dolnym pokładzie musiało zostać trochę brudu.
- Nie chciałam, by nasza ciężka praca poszła na marne - odparłam.
Kiedy wróciliśmy z drinków na lądzie, zachęciłam załogę do pozostania w mesie. Zdarzyło mi się trafić na jacht, który wyglądał jak pobojowisko, i nie życzyłam czegoś podobnego załodze mającej wejść na ten pokład po nas. Chciałam wrócić do domu, do Kalifornii, z czystym sumieniem.
Nie mogłam się doczekać całego miesiąca wolnego. Nie pamiętałam tak długiego urlopu. Trzydzieści dni w towarzystwie brata i taty oraz spotkań ze starymi przyjaciółmi. Jak przetrwałam ostatnie pięć miesięcy - czyli sezon na Karaiby, który wypadał zimą - nie miałam pojęcia. Sezon okazał się trudny. Przez pierwszy tydzień w Sacramento niewątpliwie będę to wszystko odsypiała.
- Avery, Avery, tu kapitan - rozbrzmiał echem głos z krótkofalówki.
Przewróciłam oczami.
- Czego on ode mnie chce? - Spojrzałam na zegarek. - W tej chwili mam wolne.
Sezon na Karaiby oficjalnie dobiegł końca, a na mnie czekał samolot. Nigdy nie ignorowałam kapitana - bez względu na to, czy w danym momencie pracowałam, czy też nie. Niektórzy kapitanowie to dupki. Moss nie należał do tej grupy. Był surowy, ale sprawiedliwy. Podejrzewałam, że trzydzieści lat temu - zanim warunki atmosferyczne i praca odcisnęły na nim swoje piętno - był przystojny.
Odpięłam krótkofalówkę od paska i przytrzymałam guzik.
- Kapitanie, mówi Avery.
- Zapraszam do sterowni.
Przygarbiłam się. Aż mnie świerzbiło, aby zejść z tego pokładu. Przez pięć miesięcy na jachcie spaliłam się tak bardzo, że wyglądałam jak węgielek.
- Przyjęłam, proszę pana.
Obróciłam się do Leslie i się uściskałyśmy.
- Do zobaczenia we Francji.
- Albo we Włoszech.
We Włoszech znajdowało się kilka z moich ulubionych portów - były spokojniejsze niż te w południowej Francji, a lokalsów cechował większy luz. I, oczywiście, mieli też makaron.
- Oby. - Nie planowałam kolejnego sezonu z wielkim wyprzedzeniem, o ile nie podpisałam umowy na obsługę tej samej łodzi. Mimo to miałam nadzieję, że sporo czasu spędzę we Włoszech. Nawet jeśli zobaczę je tylko z pokładu.
Odsunęłam się od Leslie i udałam do sterowni, w której kapitan dowodził łodzią, krzykiem wydawał rozkazy i ogólnie pilnował, aby żadne z nas nie umarło na pokładzie.
Zapukałam.
- Wejdź. Usiądź - powiedział.
Zajęłam jeden z dwóch foteli przytwierdzonych do podłogi.
- Masz za sobą dobry sezon - zauważył, siadając naprzeciwko mnie.
- Dziękuję, proszę pana.
- Zbieram ekipę na sezon na Morzu Śródziemnym i chciałbym, abyś dołączyła do załogi jako kierowniczka stewardów.
- Bardzo mi pan schlebia. Na którym jachcie?
- Na Atenie, dwa lata temu odrestaurowanej w suchym doku. Ma czterdzieści siedem metrów długości. Spędziłem na niej sezon. To świetny statek. - Jakby wyczuł, że musi dodać coś na osłodę, ciągnął: - Dostaniesz jednoosobową kajutę.
Zmarszczyłam brwi.
- Serio? - Na prywatnych jachtach kwater dla ekipy było jak na lekarstwo.
Uśmiechnął się.
- Niebiańska propozycja, czyż nie? Podstawa wynagrodzenia też jest dobra, o czterdzieści procent wyższa od tej, którą miałaś w tym sezonie.
- Poważnie? - Pensja kierownika stewardów wszędzie mieściła się w podobnych widełkach i zależała głównie od wielkości jachtu. - Jakim cudem?
Wzruszył ramionami.
- Prawdę mówiąc, na prośbę gościa. Osobiście wybrał każdego członka załogi i jest skłonny sypnąć groszem, aby dopiąć swego.
Nie miałam pojęcia, gdzie ten człowiek mógł o mnie usłyszeć. Przeważnie właściciele jachtu po prostu zatrudniali kapitana i jemu powierzali dobór personelu.
- Czterdzieści procent więcej? Jaki jest haczyk? - Właściciel musiał mieć powód, aby wyłożyć taką sumkę.
- Cóż, pierwszy rejs w sezonie będzie długi. Ośmiotygodniowy. W pierwszych dwóch miesiącach rzadko będziesz miała wolne. Podejrzewam, że wynagrodzenie ma to osłodzić.
Przeważnie załoga dostawała dzień czy więcej wolnego na relaks i przegrupowanie się pomiędzy rejsami. W te dni spałam jak zabita. Osiem tygodni w towarzystwie gościa to sporo. Ale warto przemyśleć propozycję ze względu na czterdziestoprocentową podwyżkę. Oszczędności prawie mi się skończyły i nawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio kupiłam sobie nowe sandały czy jakiś ciuch. Wszystkie pieniądze wysyłałam do domu, a i to ledwie wystarczało. Wyższa pensja oznaczała zastrzyk gotówki na czarną godzinę i może nawet zakupy w Zarze.
- Plus jest taki, że będzie tylko jeden gość.
- Poważnie? - Propozycja brzmiała niemal zbyt dobrze, by była prawdziwa. - Na czterdziestosiedmiometrowym jachcie? Przecież musi być na nim z sześć sypialni.
- Tak. Na łodzi jest dwanaście miejsc.
Zmarszczyłam brwi.
- Bez sensu.
- Najwyraźniej gość bardzo ceni sobie prywatność. Chce urządzić sobie pracujące wakacje. Może ktoś do niego dołączy, kiedy się zadomowi. - Wzruszył ramionami.
- Ilu członków będzie liczyła moja załoga? - Może w tym haczyk. - Będę sama?
- Będziesz miała pod sobą dwie osoby. Normalna załoga, mimo że gość będzie tylko jeden. Ale jeśli ktoś odpadnie, czy to z powodu choroby, czy nieprofesjonalnego zachowania, nikt go nie zastąpi. Gość zlecił sprawdzenie naszej przeszłości.
To dość nietypowe, ale nie niesłychane.
- Jakaś gwiazda robi sobie detoks czy coś?
- Nie mam pojęcia. Powiedziano mi również, że nie dowiemy się, kto to, ani nie poznamy jego preferencji żywieniowych.
Goście wybierali się w te rejsy przede wszystkim po to, aby ktoś spełniał każde ich życzenie. Jak jednak mieliśmy zadbać o najwyższą jakość obsługi, jeśli nawet nie wiedzieliśmy, co ten ktoś lubi jeść i pić?
- To Rosjanin?
Zdawało się, że to ogromny paranoik. Wszyscy bogaci Rosjanie to paranoicy. I słusznie. Przyjaciółka pracowała kilka miesięcy na Sunset Borysa Kasanowa. Myślała, że wspaniale będzie pracować na trzecim największym jachcie na świecie. Okazało się jednak, że na pokładzie roiło się od byłych agentów FSB szukających kolejnego celu. Zrezygnowała po tym, jak członek załogi został przypadkowo postrzelony w nogę. Kazano jej wybrać. Albo przymknie na to oko, albo odejdzie. Odeszła.
- Nie, to Anglik. Jak rozumiem, prywatność jest dla niego ważniejsza od tego, co dostanie na kolację. Powiedziano mi tylko, że zależy mu na prywatności. To jasne, że jakiekolwiek jej naruszenie poskutkuje tym, że gość opuści pokład, a my na pewno nie dostaniemy napiwku.
Rzadko się zdarzało, by ktoś planował ośmiotygodniowy rejs na ostatnią chwilę. Nikt z załogi nie chciał, aby taki gość przedwcześnie opuścił pokład. Wiązało się z tym ryzyko utraty napiwku, a nawet czterdziestoprocentowa podwyżka nie sprawi, że nie odczujemy jego braku. Mimo to byłam skłonna podjąć się tego zadania i liczyć, że świetną obsługą przechylę szalę na naszą korzyść.
- Wiesz, jacy są ci ludzie. Gość na pewno poprosi o coś na pokładzie, raczej możemy założyć, że jest wybredny. Lekko nie będzie, ale sporo zarobimy. Wystarczy, że szybko dowiemy się, co lubi, i się dostosujemy. Na pewno miałaś już do czynienia z gorszymi typami - powiedział kapitan Moss.
Dziwne warunki, ale nie takie trudne do spełnienia. Coś musiało jednak za nimi stać. W życiu nie dostałam lunchu za darmo. Nigdy nawet nie podsunięto mi karty dań.
- Jeszcze jedno.
Wiedziałam, że było coś jeszcze. Zawsze jest jakiś haczyk.
- Za trzy dni musimy stawić się w Saint-Tropez.
Jęknęłam. Ależ oczywiście! Nie ma mowy.
Pokręciłam głową.
- Lecę dziś do Sacramento.
- Dla odrobiny wolnego zrezygnujesz z rejsu z własnym pokojem i czterdzeistoprocentową podwyżką?
Chodziło nie tylko o to, że doskwierało mi zmęczenie, lecz także o to, że chciałam zobaczyć się z bliskimi, spędzić trochę czasu z bratem i tatą. Wystarczyło, że przez większą część roku byliśmy daleko od siebie. Gdybym mogła zarobić w Kalifornii tyle co na jachtach, za nic w świecie bym nie wyjeżdżała. Jakkolwiek wspaniałe wydawało się życie na morzu, robota była ciężka, a ja wykonywałam ją tylko ze względu na pieniądze.
To z ich powodu propozycja kapitana tak mnie kusiła.
- Europejskie słońce podniesie cię na duchu. I pamiętaj, że oprócz pensji dostaniesz napiwek. Możesz się spodziewać, że będzie sowity, skoro gość zadał sobie tyle trudu, aby nas prześwietlić.
Westchnęłam. To była obietnica dodatkowego zarobku.
- Muszę porozmawiać z tatą.
Fakty były takie, że tata też wyczekiwał chwili wytchnienia. Kiedy ja zajmowałam się bogatymi, roszczeniowymi gośćmi, on zajmował się moim dwudziestopięcioletnim niepełnosprawnym bratem. Nie mógł uciec od obowiązków ani liczyć na dzień wolny. Nie dostawał też wynagrodzenia.
- Musisz dać mi odpowiedź dziś. Nie wątpię, że to będzie wymagający rejs, jeśli jednak ktoś ma w jego trakcie zachować spokój i spełnić najdziwniejsze życzenia gościa, to jesteś to ty. - Kapitan Moss wstał i zakończył rozmowę.
Wrócimy do tematu, kiedy podejmę decyzję.
- Dziękuję. Zadzwonię w tej chwili.
Przeprosiłam i poszłam do kajuty. Czterdziestoprocentowa podwyżka i własna sypialnia przeważnie ucieszyłyby mnie tak bardzo, że otworzyłabym szampana, ale ostatnie pięć miesięcy karaibskiego sezonu dało mi w kość. Nie mogłam się doczekać wolnego. Czułam się zmęczona już na samą myśl o kolejnym pięciomiesięcznym sezonie, którego pierwszych osiem tygodni przepracuję ciągiem.
Wzięłam z szafki nocnej telefon, położyłam się na łóżku i zadzwoniłam do taty.
Sygnał ustał, ale nikt się nie odezwał.
- Tato, tu Avery. Słyszysz mnie? - zapytałam.
- Tak, kochanie. Tylko upuściłem telefon. - Zdawał się zdyszany.
- Biegłeś?
- Nie, przeszedłem tylko z kuchni.
Serce mi się ścisnęło. Ten facet podrzucał mnie kiedyś jak piłkę, a teraz dostawał zadyszki, kiedy przechodził z kuchni do salonu. Jak długo jeszcze zdoła opiekować się moim bratem?
- Co słychać w Sacramento?
Nie znosił, gdy się o niego zamartwiałam, i wkurzyłby się, gdyby się dowiedział, z jakim trudem - ze względu na długie godziny pracy i bardzo wymagających gości - przychodzi mi dzwonienie do niego codziennie. Jednak jego głos łagodził poczucie, że go porzuciłam.
- Jest mniej słonecznie niż na Florydzie.
Tata miał już sześćdziesiąt siedem lat, a jednak nie przeszedł jeszcze na emeryturę - nie mógł, bo musiał zarabiać na leczenie brata - tylko zmniejszył wymiar etatu i przestał pracować w piątki, kiedy zaczęłam pokrywać większość kosztów.
- Obudziłam cię?
- Nie, właśnie jedliśmy śniadanie.
Uśmiechnęłam się na tę myśl. Tuż po wypadku Michael nie mógł ruszać rękami i trzeba było go karmić, ale z upływem czasu i dzięki fizjoterapii odzyskał częściową sprawność od pasa wzwyż. Mimo to wciąż nie chodził.
- Robiliście wczoraj coś fajnego?
- Rozsiedliśmy się przed telewizorem i obejrzeliśmy mecz.
Pokręciłam głową i się uśmiechnęłam. Obecnie błysk w oku brata widywałam tylko wtedy, kiedy oglądał bejsbol, hokeja czy choćby futbol.
- Zamówiliście pizzę? - dociekałam.
- No jasne.
Przewróciłam oczami. Ależ oczywiście.
- Musisz dbać o zdrowie, tatusiu.
Uwielbiałam dla nich gotować. Kiedy przebywałam na morzu, tak daleko od domu, zakupy spożywcze, gotowanie zupy, a nawet oglądanie meczu z bliskimi wydawały mi się czymś wyjątkowym, za czym tęskniłam.
- Jestem zdrowy jak koń - odrzekł.
Wyszczerzyłam zęby na myśl, że zapewne się wyprostował i wypiął pierś.
- Chcę, żeby tak zostało.
- Przestań się martwić. Walkerowie to silne chłopy. Powiedz mi, co u ciebie. Ile bogatych, rozpieszczonych tyłków dziś podtarłaś?
Zaśmiałam się.
- Wszyscy goście wyjechali wczoraj.
- Świetnie, czyli dziś, przed powrotem, będziesz zwiedzała albo się opalała?
- Mniej więcej. Była wczoraj fizjoterapeutka?
Trzy razy w tygodniu ktoś przyjeżdżał do domu i pracował z Michaelem.
- Jasne, że była. Michael ładnie pracuje nad nogami. Ciężarki pomagają. - Tata westchnął.
- O co chodzi?
- Oj, jest miła. Tylko ciągle powtarza, że Michaelowi pomogłyby częstsze sesje i że jeśli chce zrobić postępy, to...
Michael coś burknął - zapewne żebyśmy przestali się zamartwiać.
- Częstsze sesje? Jak częste?
- Nie wiem, kochanie. Mówiła o sześciu w tygodniu przez pół roku. Powiedziałem jej, że nas na to nie stać. Ubezpieczenie tego nie pokryje.
Mój brat chciał znów chodzić. My z tatą też tego chcieliśmy. Już nieraz walczyłam z ubezpieczycielem o fizjoterapię - dzięki temu wciąż miał ją trzy razy w tygodniu, mimo że od wypadku minęło mnóstwo czasu. Wiedziałam, że ubezpieczyciel nie zgodzi się na sześć sesji tygodniowo.
- Jej zdaniem to pomoże? - zapytałam.
Tata nie odpowiedział. W słuchawce rozległy się skrzypienie krzesła i cichy jęk, jaki tata wydawał, gdy wstawał, co oznaczało, że chciał przejść gdzieś indziej, tak aby Michael go nie słyszał.
- Powiedziała, że po pół roku ćwiczeń sześć dni w tygodniu będzie w stanie ocenić, czy Michael ma szansę znów zacząć chodzić. Jeśli tak, efekty zobaczymy w ciągu tych sześciu miesięcy.
Wypadek brata, który miał miejsce siedem lat temu, zupełnie odmienił życie mojej rodziny. Wkrótce po nim odeszła od nas mama, która nie mogła pogodzić się z myślą, że jej życie ma się kręcić wokół niepełnosprawnego syna. Zaraz później zaczęło przybywać rachunków za leczenie.
Tamtego roku planowałam rozpocząć studia na UCLA, nagle jednak bliscy zaczęli mnie potrzebować i musiałam szybko zacząć zarabiać.
Koleżanka koleżanki w lecie pracowała na jachcie i po pierwszym sezonie wróciła z torebką Louis Vuitton. Pomyślałam, że to szybki i łatwy zarobek, że wynagrodzenie jest dobre, a praca nie wymaga szczególnych umiejętności ani doświadczenia. Poniekąd miałam rację. Dało się szybko zarobić. Życie na superjachtach, usługiwanie bogatym, a czasami też sławnym, było jednak dalekie od łatwego. Tęskniłam za tatą. I bratem. Ale nie mogłam narzekać. Nie zostałam przykuta do wózka inwalidzkiego, nie odebrano mi całej przyszłości.
Michael chciał tylko znów chodzić. Jeśli przyjmę propozycję kapitana Mossa, może uda mi się spełnić marzenie brata. Albo przynajmniej sprawdzić, czy to w ogóle możliwe.
- Dodatkowe trzy sesje w tygodniu przez pół roku?
- Tak. Ale to zupełnie niemożliwe. Mówiłem jej.
Policzyłam w myślach. Oszacowałam koszt na ponad dziesięć tysięcy dolarów.
Ścisnął mi się żołądek.
- Właśnie miałam jechać na lotnisko, kiedy kapitan Moss zaproponował mi pracę na rejsie zorganizowanym na ostatnią chwilę - powiedziałam, po czym wyjaśniłam, że zostałam osobiście wybrana przez gościa.
- To cudowne wyróżnienie. Nie żebym spodziewał się czegokolwiek innego po mojej wspaniałej córce - odrzekł tata.
- Jestem w kropce. Bardzo chcę się zobaczyć z tobą i Michaelem.
- My też chcemy się z tobą zobaczyć, kochanie. Wracaj do domu. Tęsknimy za tobą, choć kwękamy, że nam nadskakujesz.
Wiedziałam, że tata był wdzięczny za zastrzyki gotówki, które ode mnie otrzymywał. Wiedziałam też jednak, że to cios dla jego ego. Oboje udawaliśmy zatem, że moja praca jest lepsza niż w rzeczywistości.
- To sporo pieniędzy, tato. Wystarczyłoby na dodatkowe sesje. - Pomyślałam, że zadzwonię do fizjoterapeutki i zapytam, czy da nam zniżkę. Może uda mi się pokryć koszty terapii. - Tylko że w takim wypadku zobaczymy się dopiero za kolejne pięć miesięcy.
- Jeśli nie chcesz, nie przyjmuj propozycji. Zależy mi na tym, abyś miała własne życie, kochanie. Nie martw się o mnie i Michaela - powiedział tata, jakby troska była jak woda płynąca z kranu, w którym ot tak można zakręcić kurek.
Tak czy owak, ktoś źle na tym wyjdzie. Dodatkowe pieniądze oznaczały lepszą opiekę dla brata, z kolei mój powrót do domu - chwilę wytchnienia dla taty i miesiąc normalności dla mnie. To sytuacja bez wyjścia.
- Powinnam przyjąć tę propozycję - rzuciłam.
To rozsądne. Jeśli się okaże, że w ten sposób przyłożyłam rękę do tego, by mój brat znów zaczął chodzić, nie będzie mnie gryzło sumienie. Jakkolwiek zmęczona byłam. Jakkolwiek chciałam przespać się we własnym łóżku, wyskoczyć z przyjaciółkami na drinka i ugotować coś dla bliskich.
- Podejmij decyzję, z której będziesz zadowolona.
Wbiłam wzrok w koję nade mną. Zadowolona byłabym w Sacramento, najbardziej jednak zależało mi na leczeniu brata. Pieniądze zarobione podczas rejsu nie dadzą mi szczęścia, dadzą mi jednak jego namiastkę.
- Szkoda, że będę tak daleko od ciebie i Michaela.
- Dobra z ciebie córka i siostra, Avery. Ale musisz częściej myśleć o sobie. Pozwól, żeby ktoś dla odmiany nadskakiwał tobie. Tak wiele poświęciłaś dla brata. Zasługujesz na chwilę wytchnienia.
- Świetnie się czuję. Chyba przyjmę tę propozycję, chociaż będę tęsknić.
- Jesteś tego pewna? Słyszę w twoim głosie zmęczenie. No i tęsknimy.
- Mówiłam już, że będę miała własny pokój? - Musiałam skupić się na pozytywach. Własna kajuta to wielki plus. - Będę mogła rozmawiać z wami przez kamerkę, kiedy tylko zechcę.
- Tylko zrób tę przyjemność staremu ojcu i obiecaj, że jeśli zdecydujesz się na ten rejs, zrobisz w Europie coś tylko dla siebie. Zbyt wiele czasu poświęcasz wszystkim wokół.
Ale co miałam zrobić? Zakupy w Zarze musiałam sobie odpuścić. Miałam iść na randkę? Randki były bez sensu, nie miałam szans na miłość. Obowiązywał surowy zakaz umawiania się z gośćmi, a relacje z członkami załogi kończyły się wkrótce po zejściu na ląd. Poza tym nie chciałam wdać się w przelotny związek.
Nie chciałam również udać się za dwa dni do Francji. Wyglądało jednak na to, że życie pisze własny scenariusz.
- Obiecuję, że urozmaicę sobie jakoś czas. - Przewróciłam oczami.
Może za urozmaicenie posłużą mi miska makaronu i nowy samoopalacz.
- Grzeczna dziewczynka. Spróbuj się nie przepracowywać.
W tej branży wymagano przepracowywania się. Miałam jednak parę dni wolnego, więc postanowiłam zabukować pokój w porządnym hotelu. Kilka nocy snu i dni wypełnionych jedzeniem zamawianym do pokoju może zdołają wynagrodzić mi kolejne pięć miesięcy na morzu.
3
Avery
Nowy dzień, nowe błękitne niebo, nowy superjacht. Gdy weszłam na pokład główny Ateny, niosąc na tacy kieliszek szampana i szklankę soku pomarańczowego, powiodłam spojrzeniem po malującej się w oddali przystani w Saint-Tropez i wzięłam głęboki oddech, aby się uspokoić. Przeważnie na pierwszy rejs w sezonie stawiałam się wypoczęta, przeważnie w maju Morze Śródziemne zdawało mi się piękne - tym razem jednak wciąż byłam wycieńczona minionym sezonem. Na dokładkę bardzo się denerwowałam, ponieważ ze względu na brak informacji o gościu nie przygotowałam się do pierwszego, ośmiotygodniowego rejsu.
Ustawiliśmy się w rządku, aby powitać gościa. Najpierw kapitan Moss, potem ja, bosman Eric, a dalej szef kuchni Neill i reszta załogi - oprócz inżynierów, którzy zamiast czekać, zaszyli się w maszynowni.
Za naszymi plecami narastał metaliczny zgrzyt silnika szalupy. Kątem oka złapałam stewardesę August na oglądaniu się do tyłu.
- Patrz przed siebie - poleciłam.
Nie znosiłam cisnąć swojej załogi. Kilka kierowniczek stewardes, którym kiedyś podlegałam, rozkoszowało się władzą, ale ja nie. Po prostu chciałam tak wykonać swoje zadania, aby goście byli zadowoleni, a ja mogłam zgarnąć sowity napiwek.
Na schodach rozległ się dźwięk kroków zmierzających w naszą stronę. Wysiliłam się na uśmiech i spojrzałam, czy nie drżą mi ręce, w których trzymałam tacę.
Kiedy gość się nam ukazał, wciągnęłam ze świstem powietrze. Był młody - miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat - przystojny, ciemnowłosy, barczysty. Był też wysoki, mierzył ponad sto osiemdziesiąt centymetrów. Wydatne kości policzkowe rysowały kontur twarzy i przechodziły w idealnie gładką kwadratową szczękę. Facet miał ciemne, poważne oczy. Gdyby nie lekko krzywy nos - jakby kiedyś złamany - mogłabym nawet określić gościa mianem ślicznego. Uznałam go za przystojnego ze względu na tę niesymetryczność rysów. Zdradzała, że pod bardzo przyjemnym obliczem skrywa się nieco nieokrzesany człowiek. Zupełnie nie przypominał normalnego rejsowicza. Z drugiej strony - ten rejs też nie należał do normalnych.
Z trudem przełknęłam ślinę. Pierwszy raz uznałam gościa za pociągającego. Wcześniej żaden nie wpadł mi w oko. Zresztą nigdy nie gościliśmy nikogo tak przystojnego. Kiedy zaczęłam tę pracę, spodziewałam się, że stale będę przebywać w towarzystwie bogatych i pięknych ludzi. Chociaż sporo gości rzeczywiście zaliczało się do zamożnych, większość atrakcyjnych osób stanowiły kobiety. Pod wieloma względami byłam elastyczna, ale w kwestii fantazji ograniczałam się wyłącznie do tych z udziałem fiutków.
Gość ruszył w kierunku kapitana Mossa i mężczyźni uścisnęli sobie ręce.
- Miło mi - odezwał się głębokim, zachrypniętym głosem, który sprawił, że wstrząsnął mną dreszcz.
- Miło mi gościć pana na pokładzie - odrzekł kapitan.
- Hayden Wolf - powiedział nowo przybyły, przeszywając mnie intensywnym spojrzeniem, jakby był medium. - Avery, prawda?
Skąd wiedział, że to ja? Może ci, którzy nas prześwietlili, dali mu zdjęcie. No i jak moje imię zabrzmiało w jego ustach - wypowiedziane z brytyjskim akcentem, nie powinno zyskiwać aż tak innego brzmienia, a jednak staranna artykulacja każdej sylaby w połączeniu z niskim tembrem głosu jakimś cudem sprawiły, że moje imię zabrzmiało ważnie.
- Tak, proszę pana - potwierdziłam.
Pokiwał głową i się uśmiechnął. Sutki mi zesztywniały. O kurwa. Dzięki Bogu włożyłam stanik.
Zgodnie z pierwszą zasadą w branży jachtowej nigdy nie wolno było łączyć spraw prywatnych z zawodowymi. Niektóre osoby z załogi kusiło, by przekroczyć tę granicę - zwłaszcza w towarzystwie wyluzowanych gości, którzy chcieli, aby pracownicy też się zabawili. Czasami się ona zacierała, mimo to nigdy nie pozwoliłam sobie na spoufalanie się, bo w ten sposób najłatwiej stracić pracę. W życiu nie spojrzałam na gościa inaczej niż na osobę, która może dać mi napiwek i dzięki której będę mogła przelać pieniądze bliskim.
Ale Hayden Wolf?
Miał w sobie coś takiego, co zupełnie wymazywało tę granicę, i nagle zaczęłam wyobrażać go sobie nagiego i spoconego. Skończ z tym, poleciłam sobie w duchu.
- Ma pan ochotę na kieliszek szampana albo sok pomarańczowy? - zapytałam.
Pokręcił głową.
- Nie, dziękuję.
Serce, które przed chwilą gubiło rytm, nagle podeszło mi do gardła.
Proszę, Boże, niech się okaże, że on pije alkohol.
Abstynenci byli najgorsi. Od trzeźwych wolałam takich, którzy życzyli sobie, aby przetransportować im samolotem pościel z Włoch i whiskey z destylarni na odludnej szkockiej wyspie.
- Wyłączyliście Wi-Fi? - zwrócił się Hayden do kapitana.
- Zgodnie z pańskim życzeniem - potwierdził Moss.
Wyłączyli Wi-Fi? Przeważnie proszono, byśmy je włączyli. Goście zawsze domagali się lepszego sygnału i nie docierało do nich, że nie mamy wpływu na niektóre rzeczy - na przykład na cholerny ocean.
- Okej, musicie oddać urządzenia. Dajcie mi swoje telefony, tablety, laptopy - zażądał Hayden.
Nikt się nie ruszył. Zerknęłam na kapitana, na którego twarzy gościł normalny, beznamiętny wyraz. Z jakiegoś powodu przejrzą nasz sprzęt?
- Słyszeliście naszego gościa. Czekamy - powiedział Moss.
Wszyscy zeszliśmy pod pokład i udaliśmy się do naszych kajut, w których trzymaliśmy kilka osobistych drobiazgów zabranych na łódź. Poszliśmy po urządzenia w nietypowym milczeniu, bo nie wiedzieliśmy, dlaczego gość domagał się, abyśmy oddali mu swój sprzęt.
- To wszystko? - zapytał Hayden szefa kuchni Neilla, ostatnią osobę wracającą na pokład.
Kucharz położył komputer i telefon na stoliku z drewna tekowego, na którym później mieliśmy podać lunch.
- Zależy mi na tym, aby nic nie wyszło poza tę łódź. Żadne zdjęcia, połączenia, e-maile ani cokolwiek innego - zarządził Wolf.
Zgodnie z drugą zasadą należało zapewnić gościom prywatność. Wszyscy potrafiliśmy zachować dyskrecję. Poza pokładem nikt nie rozmawiał o gościach. Cóż - nieprawda. Wszyscy o nich plotkowaliśmy, ale nigdy nie wymienialiśmy ich z imienia i nazwiska. Nie wskazywaliśmy, kogo konkretnie dotyczyła bulwersująca opowieść.
- Rozumiem, że to trudne, ale ze względów bezpieczeństwa podczas mojego pobytu na łodzi nie będziecie mieli dostępu do urządzeń elektronicznych - powiedział Hayden.
Wszyscy na łodzi będą bez telefonu i laptopa? Chyba sobie żartował. Stojąca obok mnie August wydała stłumiony okrzyk. Zacisnęłam dłonie w pięści, aby mój uśmiech nie zbladł.
- Żadnych urządzeń przez osiem tygodni - potwierdził kapitan.
Podejrzewałam, że cała załoga rozpaczliwie pragnęła sprzeciwić się temu zarządzeniu, ale nikt nie chciał narobić wstydu kapitanowi.
Według trzeciej zasady należało spełnić każde życzenie gościa. Przywykłam do cudacznych próśb, ośmiotygodniowy zakaz korzystania z telefonu i internetu to jednak nie jakaś tam byle niedogodność. Gdybym dowiedziała się o nim, zanim wypłynęliśmy w rejs, zapewne nie zgodziłabym się w nim uczestniczyć.
- Czy mogę prosić o doprecyzowanie? - zapytałam. Normalnie godziłam się na wszystkie prośby gości, dwoiłam się i troiłam, aby spełnić ich życzenia. Tego jednak nie mogłam zrobić bez sprzeciwu. - Przez dwa miesiące nie będziemy mogli kontaktować się z bliskimi? Niektórzy z nas są w takiej sytuacji...
- Z tego jachtu nie - warknął Hayden. - Proszę o bardzo niewiele, wymagam od was tylko absolutnej prywatności i dyskrecji. To nie podlega dyskusji ani negocjacjom. Możecie kontaktować się z bliskimi, kiedy zejdziecie na ląd. Jeśli wam się to nie podoba, zatrudnijcie się na innym jachcie.
Siła i intensywność jego słów niemal cisnęły mną o ścianę. Palant nawet nie pozwolił mi dokończyć zdania. Zdarzali się nieracjonalni goście, a ja przeważnie potrafiłam oddzielić życie prywatne od pracy i się nią nie przejmować. Tym razem jednak chciałam wybuchnąć, wykrzyczeć, że za nic, do licha, nie godzę się na zakaz kontaktu z tatą przez dwa miesiące, lecz wiedziałam, że powinnam dawać przykład dwóm moim podwładnym: Skylar i August. Musiałam zachować spokój. Później coś wymyślę.
- Dziękuję - powiedział Hayden, jakby poprosił, byśmy przez najbliższe osiem tygodni nie żuli gumy albo nie ubierali się na różowo.
Niezły początek sezonu.
- Avery pana oprowadzi - odezwał się kapitan Moss.
Uśmiechnęłam się i próbowałam skupić na czymkolwiek poza niemal idealną twarzą pana Wolfa i tym, że bardzo pragnęłam zarówno go ucałować, jak i spoliczkować. Wiedziałam, że ta uroda musiała mieć drugie dno - gość ewidentnie był zupełnym paranoikiem i dupkiem. Ja zaś miałam talent do rozwiązywania problemów. Może więc uda mi się nakłonić go do zmiany zdania.
Podałam tacę Skylar, drugiej stewardesie.
- Najpierw pokażę panu główny salon. Czy mógłby pan zdjąć buty? - zapytałam, zatrzymawszy się przy automatycznych drzwiach przesuwnych, i wskazałam na stojący przy nich płytki kosz, który wystawiłam z myślą o obuwiu.
- Serio?
Pokiwałam głową.
- Niestety. Parkietu na jachtach zwyczajowo się nie lakieruje, aby zachować naturalną barwę drewna, dlatego buty mogą go uszkodzić. Spotka się pan z tym na każdym jachcie.
Zerknął na moje stopy, otulone pończochami, a następnie kucnął i rozwiązał sznurówki. Rzuciłam okiem na jego szerokie plecy. Kto nosi garnitur na urlopie? Musiałam dowiedzieć się o tym facecie czegoś więcej oprócz tego, że jest przystojnym i bardzo podejrzliwym Anglikiem.
- Jak panu minęła podróż? - zapytałam.
Może za parę dni się odpręży i odda nam telefony. Nie chciałam znaleźć się w sytuacji, w której będę zmuszona zrezygnować z rejsu tym pięknym jachtem i sowitej wypłaty, ale musiałam mieć kontakt z tatą. Coś wymyślę. Muszę.
- Dobrze - odpowiedział, wstając. Podniósł aktówkę.
Wyciągnęłam po nią rękę.
- Mam wziąć torbę?
Knykcie mu pobielały, gdy zacisnął rękę na uchwycie.
- Nie trzeba. Poradzę sobie.
Szorstkim tonem dał do zrozumienia, że cokolwiek znajduje się w aktówce, jest ważne. Oby nie prochy, bo to źle się skończy dla nas wszystkich. W tej branży obowiązywał absolutny zakaz zażywania narkotyków. Gdyby na pokładzie wykryto choćby śladowe ilości niedozwolonych substancji, kapitan mógłby bezterminowo stracić uprawnienia. Jeśli Hayden Wolf ma w tej torbie narkotyki, Moss przerwie rejs, a my na osiem tygodni zostaniemy bez pracy i nie otrzymamy napiwku.
Podniosłam wzrok, kiedy Hayden zaczął nade mną górować. Mimo że rozpoczął rejs od zupełnie nierozsądnego żądania, jego bliskość nieco mnie odurzała. Nikt nigdy by mnie nie podejrzewał o coś takiego. Większość osób uważała mnie za skupioną na pracy i sumienną, bliscy mówili, że jestem zabawna i lojalna. Nikt nigdy nie pomyślałby, że czyjaś bliskość może mnie odurzać. Przestań, przestań, powtarzałam sobie w duchu.
- To główny salon. Mamy tutaj kilka gier - powiedziałam, wskazując na szachownicę na stole do kart. Nie żeby mógł w nie zagrać w pojedynkę.
Wsunął wolną rękę do kieszeni.
- Szachy.
Milczałam, czekając, aż coś doda, ale Wolf się nie odezwał. Ruszyłam zatem przez salon.
Atena, zgodnie ze słowami kapitana Mossa, okazała się pięknym jachtem - proste linie, elegancja i lekkość. Całe wnętrze wyglądało jak z domku letniskowego w Hampton: stonowane, jasne, w odcieniach bieli, kremu i szarości. Wszystkie meble wyglądały na takie z górnej półki, ale nie epatowały bogactwem. Wystrój niektórych jachtów był nieco krzykliwy; gdybym miała własny, urządziłabym go w stylu Ateny - powściągliwego luksusu.
Hayden Wolf nie skomentował wnętrz.
- Możemy przyszykować panu dowolnego drinka - powiedziałam, wskazując na bar w kącie. - Ma pan ulubiony?
Pokręcił głową.
- Czasami pijam whiskey.
Ulżyło mi. Mieliśmy na pokładzie kilka dobrych butelek. Oby dał się skusić na skosztowanie tych trunków.
- Ma pan ulubioną? Mogłabym zamówić.
Powiódł wzrokiem po oknach, spojrzał aż na horyzont.
- Nie. Wystarczy to, co macie pod ręką.
- W kwestii posiłków. Neill to znakomity kucharz. Chętnie przyrządzi panu ulubione dania. Czy lubi pan steki?
Wzruszył ramionami.
- Czasami jadam.
- To może ryba? - podsunęłam.
- Nie jestem wybredny.
Uśmiechnęłam się i powstrzymałam przed wytknięciem mu kłamstwa. Wszyscy miliarderzy byli wybredni. Poprowadziłam Haydena w kierunku schodów.
- Pomieszczenia dla gości zajmują cztery poziomy, sypialnie są na najniższym. Zacznijmy więc od najwyższego, tego nad nami.
Kiedy otworzyłam drzwi i wyszliśmy na pokład, niemal oślepiło nas słońce odbijające się od tafli wody.
- Tutaj jest tylko jacuzzi. I miejsce do odpoczynku w cieniu - powiedziałam i wskazałam na dwa leżaki, omijając Haydena wzrokiem. W pracy starałam się nie okazywać emocji. Nie pozwolę, żeby to się zmieniło przez tego faceta. - Większość gości lubi wylegiwać się na leżakach na głównym pokładzie. Przy dziobie znajduje się strefa kąpieli słonecznych. - Wskazałam na drogę do leżaków na szczycie łodzi. Mogłam się założyć, że pod garniturem Hayden skrywał silne uda i twardą klatę. Nie żebym zamierzała się na niego gapić. - Sam pan zdecyduje, gdzie będzie panu lepiej.
Zerknęłam na niego ukradkiem, bo milczał. Zacisnął tylko usta i pokiwał głową. Nie był niegrzeczny, zdawał się jedynie mało zainteresowany - jakby nie planował spędzić ośmiu tygodni na relaksie.
- Okej, w takim razie przejdźmy do drugiego salonu i jadalni. - Poprowadziłam go do pomieszczeń znajdujących się dwa poziomy niżej. - Tutaj będziemy podawać panu posiłki, kiedy wiatr nie pozwoli jeść na zewnątrz - poinformowałam, gdy dotarliśmy do pomieszczenia wypoczynkowo-jadalnego. Wzruszyłam ramionami. - Dla odmiany możemy nakryć do stołu w głównym salonie. Tamten jest większy, w tym zaś stoi telewizor i niektórzy uważają to miejsce za nieco bardziej przytulne.
Zaśmiał się pod nosem. Aż poderwałam głowę i na niego spojrzałam, bo wydawało mi się, że się przesłyszałam - ale nie. Śmiał się. Dobrze, że potrafi się śmiać. Było mu z tym do twarzy. Uśmiech odejmował mu lat i powagi.
- Nie sądzę, by cokolwiek na tej łodzi miało sprawić, że odniosę wrażenie, że jest tu przytulnie - rzucił.
Słuszna uwaga. Jacht był ogromny.
- Zamierza pan kogoś zaprosić? Z radością ugościmy więcej osób.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Nie.
Ewidentnie poruszyłam drażliwy temat. Nie rozumiałam tylko, jakim cudem. Przecież nie zapytałam o nic złego. Z tym facetem nie dało się rozmawiać.
- W porządku, zejdźmy do poziomu sypialnego.
Zatrzymałam się u podstawy schodów. Kwadratowy korytarz bez okien, w którym znaleźliśmy się we dwoje, był najciaśniejszym pomieszczeniem na jachcie. Dzieliły nas zaledwie centymetry i atmosfera zdawała się nieco inna. Hayden ze świstem wciągnął powietrze, a ja złapałam się na tym, że patrzę na jego unoszącą się pierś. Podniosłam wzrok, spojrzałam mu w oczy. O cholera. Oby nic nie zauważył.
- Ma pan, oczywiście, do dyspozycji sześć kajut.
- Czy wszystkie zamykają się na klucz? - zapytał.
- Tak, cenimy prywatność.
Weszłam do drugiej sypialni. Kapitan Moss powiedział, że facet będzie pracował podczas rejsu, dlatego poprosiłam o wyniesienie standardowego wyposażenia i zastąpienie go dużym białym biurkiem w stylu nowoczesnym, dwoma fotelami biurowymi i dwoma zwykłymi.
- Pomyślałam, że przyda się panu pomieszczenie do pracy. Proszę dać mi znać, gdyby życzył pan sobie czegoś jeszcze. Nie byłam pewna, czego pan potrzebuje.
- Może być - powiedział, rozglądając się. - Ma pani klucze?
Wyjęłam breloczek i mu go podałam.
- Dziękuję. - Wyciągnął wielką dłoń i poczułam ziemisty, męski zapach.