Rozdział 1
Samolot zaczął podchodzić do lądowania, gdy przelatywali nad pomnikiem
Lincolna. Grace trzymała na kolanach otwartą teczkę. Zostało jeszcze z tuzin rzeczy, które należało dopakować, ale ona wyglądała przez okno,
nie mogąc się nacieszyć widokiem pędzącej w jej kierunku ziemi. Zawsze
twierdziła, że nie ma nic, co można by porównać z lataniem.
Samolot miał spóźnienie. Wiedziała o tym, ponieważ człowiek siedzący po
drugiej stronie na miejscu 3B nie przestawał narzekać. Już miała ochotę
wyciągnąć rękę, żeby go pogłaskać i zapewnić, że w tej sytuacji dziesięć
minut naprawdę nie ma większego znaczenia. Jednak mężczyzna nie wyglądał
na kogoś, kto byłby w stanie docenić taki gest.
Kathleen też by narzekała, pomyślała Grace. Ale nie na głos, nic z tych
rzeczy, dumała z uśmiechem, sadowiąc się wygodnie przed lądowaniem.
Kathleen byłaby równie zirytowana jak facet na 3B, ale nie byłaby tak
niegrzeczna, by głośno wyrażać swóje niezadowolenie.
Grace dobrze znała swóją siostrę. Wiedziała, że Kathleen z pewnością
wyszła z domu ponad godzinę wcześniej, biorąc poprawkę na ewentualne
niespodzianki waszyngtońskiego ruchu drogowego. Gdy rozmawiały przez
telefon, Grace wyczuła w głosie siostry nutę niezadowolenia, że samolot
miał przylecieć o osiemnastej piętnaście, czyli w godzinie największego
szczytu. Mając dwadzieścia minut wolnego czasu, Kathleen z pewnością
zostawiła samochód na płatnym parkingu, pozamykała wszystkie okna i drzwi i poszła do wejścia, nie zwracając nawet uwagi na sklepy. Kathleen
nigdy by się nie zgubiła ani nie pomyliła numerów.
Kathleen zawsze była przed czasem. Grace zawsze się spóźniała. Nie było
w tym nic nowego.
Mimo to Grace miała nadzieję, głęboką nadzieję, że może teraz uda się im
znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia. Były wprawdzie siostrami, ale
rzadko kiedy się rozumiały.
Samolot dotknął ziemi i Grace zaczęła wrzucać do swojej teczki wszystko,
co miała pod ręką. Szminka obok zapałek, długopisy i pęseta. To była
jeszcze jedna rzecz, której kobieta tak zorganizowana jak Kathleen nigdy
nie mogła zrozumieć. U niej wszystko miało swóje miejsce. W zasadzie
Grace przyznawała siostrze rację, ale i tak zawartość jej teczki za
każdym razem się różniła.
Grace nieraz zastanawiała się, jak to możliwe, że były siostrami. Grace
była niedbała, roztrzepana, ale odnosiła sukcesy. Kathleen -
zorganizowana, praktyczna, stale borykała się z jakimiś trudnościami. A jednak miały tych samych rodziców, wychowały się w tym samym murowanym
domku na przedmieściach Waszyngtonu, chodziły do tych samych szkół.
Siostrom ze szkoły Świętego Michała nigdy nie udało się nauczyć Grace,
jak należy prowadzić notatki, ale już w szóstej klasie nie mogły się
nadziwić jej zdolnościom wymyślania różnych opowieści.
Kiedy samolot zatrzymał się przy wyjściu dla pasażerów, Grace czekała
spokojnie, podczas gdy ci, którzy chcieli wysiąść pierwsi, całkowicie
zablokowali przejście. Wiedziała, że Kathleen będzie chodzić tam i z powrotem pewna, że jej roztrzepana siostrzyczka znowu spóźniła się na
samolot, ale chciała jeszcze chwilę porozmyślać. Chciała przypomnieć
sobie spędzone z nią dobre chwile, nie myśleć o kłótniach.
Tak jak Grace przewidywała, Kathleen czekała przy wyjściu. Patrząc z boku na przechodzących pasażerów, Kathleen poczuła przypływ
zniecierpliwienia. Grace zawsze podróżowała pierwszą klasą, ale nie było
jej wśród pierwszej grupy pasażerów, którzy opuścili samolot. Nie było
jej nawet w pierwszej pięćdziesiątce. Pewnie rozmawia jeszcze z załogą,
pomyślała Kathleen, próbując zignorować lekkie ukłucie zawiści.
Grace nigdy nie miała problemów z zawieraniem znajomości. Ludzie do niej
po prostu lgnęli. Już dwa lata po dyplomie Grace, która w szkole
prześlizgiwała się z klasy do klasy dzięki swemu urokowi, robiła karierę
i stawała się sławna. A Kathleen, wzorowa studentka, znowu po tylu
latach przebywała w tej samej szkole, którą obie kończyły, z tą różnicą,
że teraz siedziała po drugiej stronie katedry, ale poza tym niewiele się
zmieniło.
Nie ustawały monotonne zapowiedzi o przylatujących i odlatujących
samolotach. Podawano zmiany stanowisk i czas opóźnienia, a Grace nadal
nie było. Kathleen już miała sprawdzić przylot Grace w informacji, gdy
właśnie w tej chwili zobaczyła swóją siostrę przy wyjściu dla pasażerów.
Zazdrość i irytacja zniknęły. Było niemożliwością złościć się na Grace,
kiedy już miało się ją przed oczami.
Dlaczego ona zawsze wyglądała, jakby przed chwilą zeszła z karuzeli? Jej
włosy, w tym samym ciemnym, prawie czarnym kolorze co włosy Kathleen,
były przycięte na wysokości szyi i bez przerwy rozwiewały się wokół jej
twarzy. Była szczupła i wiotka, podobnie jak Kathleen. Kathleen jednak
zawsze czuła się silna, Grace natomiast gotowa była ugiąć się jak
trzcina pod najlżejszym podmuchem wiatru. Teraz była rozczochrana,
ubrana w sięgający do bioder sweter i legginsy, na nosie miała okulary
przeciwsłoneczne, a w rękach niosła pełno torebek i teczek. Na nogi
włożyła żółtokanarkowe, pod kolor sweterka, sportowe buty za kostkę.
Kathleen była ubrana w tę samą spódnicę i żakiet, których nie zmieniła
po zajęciach z historii.
- Kath! - Grace zauważyła siostrę i rzuciła wszystkie pakunki na ziemię,
nie zwracając uwagi, że blokuje przejście wszystkim idącym za nią. Z entuzjazmem padła siostrze w objęcia, wszystko robiła entuzjastycznie.
- Tak się cieszę, że cię widzę! Wyglądasz wspaniale. O, nowe perfumy. -
Mocno wciągnęła powietrze. - Bardzo ładne.
- Przechodzi pani czy nie?
Nie wypuszczając Kathleen z objęć, Grace uśmiechnęła się do
zaniepokojonego biznesmena stojącego za nią.
- Niech pan zrobi duży krok i przejdzie nad moim bagażem.
Mężczyzna przeszedł, mrucząc z niezadowoleniem.
- Miłego lotu. - Zapomniała o nim równie szybko, jak o innych wszystkich
przeszkodach. - No i jak wyglądam? - dopytywała się. - Podoba ci się
moja fryzura? Mam nadzieję, że tak, wydałam fortunę na zdjęcia
reklamowe.
- Uczesałaś się przedtem?
- Raczej tak. - Grace podniosła rękę do włosów.
- Pasuje ci - zdecydowała Kathleen. - Chodź już, zaraz będzie tu niezły
harmider, jeśli nie zabierzemy tego z przejścia. Co to jest? - Podniosła
jedną teczkę.
- Maxwell. - Grace zaczęła zbierać torby. - Przenośny komputer. Świetnie
nam się razem pracuje.
- Myślałam, że przyjechałaś na wakacje.
Kathleen starała się nie być złośliwa. Komputer był kolejnym namacalnym
dowodem sukcesu Grace. I jej własnej porażki.
- Tak jest. Ale przecież będę musiała coś ze sobą robić w czasie, gdy ty
będziesz w szkole. Gdyby samolot spóźnił się jeszcze dziesięć minut,
skończyłabym rozdział. - Zerknęła na zegarek stwierdzając, że znowu
stanął, ale natychmiast o tym zapomniała. - Naprawdę, Kath, to jest
najwspanialsze morderstwo...
- Masz bagaże? - przerwała Kathleen, wiedząc, że Grace zaangażuje się w opowiadanie bez żadnego zachęcania.
- Mój kufer powinni dostarczyć do twojego domu najpóźniej do jutra.
Kufer był kolejną rzeczą, którą Kathleen uważała za nadmierną
ekstrawagancję.
- Grace, kiedy zaczniesz używać walizek jak normalni ludzie?
Mijały właśnie miejsce odbioru bagażu, gdzie tłoczyli się
rozgorączkowani pasażerowie gotowi się stratować nawzajem na widok
znajomej walizki.
Wtedy, gdy piekło pokryje się lodem, pomyślała Grace w odpowiedzi, ale
uśmiechnęła się tylko.
- Wyglądasz naprawdę świetnie. A jak się czujesz?
- Nieźle. - I ponieważ była to jej siostra, Kathleen się rozluźniła. -
Naprawdę lepiej.
- Lepiej ci się powodzi bez tego sukinsyna - powiedziała Grace, gdy
przechodziły przez automatyczne drzwi. - Przykro mi to mówić, ponieważ
wiem, że go kochałaś, ale to prawda.
Wiał silny północny wiatr, więc łatwo można było zapomnieć, że jest
wiosna. Nad nimi nie ustawał ryk przylatujących i odlatujących
samolotów. Grace zeszła z krawężnika, nie oglądając się na lewo ani
prawo, i ruszyła w stronę parkingu.
- Jedyna radość, jaką wniósł do twojego życia, to Kevin. A właśnie,
gdzie jest mój siostrzeniec? Miałam nadzieję, że przywieziesz go ze
sobą.
Gdzieś w środku pojawił się bolesny cierń, ale tylko na chwilę. Serce
Kathleen zawsze było w zgodzie z rozumem.
- Kevin jest z ojcem. Uznaliśmy, że najlepiej będzie, jeśli w ciągu roku
szkolnego zostanie z Jonathanem.
- Co takiego? - Grace zatrzymała się na środku ulicy. Rozległ się
klakson, ale ona nie zwróciła na niego uwagi. - Kathleen, chyba nie
mówisz tego poważnie. Kevin ma dopiero sześć lat. Jemu potrzebna jest
matka. Z Jonathanem ogląda na pewno programy publicystyczne zamiast
Ulicy Sezamkowej.
- Decyzja została podjęta. Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej dla
wszystkich.
Grace znała to wyrażenie. Oznaczało ono, że Kathleen zamknęła się w sobie i nie powie już na ten temat ani słowa, dopóki się całkowicie nie
uspokoi.
- W porządku.
Po drugiej stronie ulicy Grace zrównała się z siostrą i automatycznie
dostosowała do jej kroku. Kathleen zawsze się śpieszyła. Grace lubiła
chodzić spacerkiem.
- Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać.
- Wiem. - Kathleen zatrzymała się przy używanej toyocie. Rok temu
jeździła mercedesem. Ale samochód był najmniej ważną rzeczą, jaką
straciła. - Nie chciałam być dla ciebie niemiła, Grace. Po prostu muszę
to odłożyć na jakiś czas. Już prawie doprowadziłam swóje życie do
porządku.
Grace bez słowa położyła swóje pakunki na tylnym siedzeniu. Zdawała
sobie sprawę, że ten używany samochód w żaden sposób nie odpowiada
standardom, do których Kathleen przywykła przez lata małżeństwa, lecz
znacznie bardziej niż zmiana sytuacji ?nansowej martwiło ją
rozdrażnienie w głosie siostry. Pragnęła ją jakoś podnieść na duchu, ale
wiedziała, że dla Kathleen współczucie będzie niemal równorzędne z litością.
- Rozmawiałaś z rodzicami?
- W zeszłym tygodniu. Mają się dobrze. - Kathleen wsiadła do samochodu i zapięła pasy. - Można by pomyśleć, że Phoenix jest prawdziwym rajem.
- Jeśli tylko są tam szczęśliwi.
Grace wyprostowała się w fotelu i po raz pierwszy od chwili przyjazdu
rozejrzała się dookoła. National Airport. Stąd leciała w swóją pierwszą
podróż samolotem. Osiem, nie, dobry Boże, prawie dziesięć lat temu. Była
wtedy przerażona aż po koniuszki palców. To było takie świeże, niewinne
uczucie. Prawie zapragnęła, by doświadczyć tego jeszcze raz.
Jestem coraz bardziej zniszczona życiem, pomyślała Grace. Zbyt dużo
lotów. Zbyt wiele miast. Zbyt wielu ludzi. Teraz wróciła, była tylko
kilka kilometrów od domu, w którym wyrosła, i siedziała obok swojej
siostry. A jednak nie miała uczucia, jakby wracała do domu.
- Dlaczego wróciłaś do Waszyngtonu, Kath?
- Chciałam wydostać się z Kalifornii. A to było znajome miejsce.
- A nie chciałaś zostać bliżej syna? Mogłaś wyjechać? - Nie czas było o tym rozmawiać, Grace z trudem powstrzymywała się od zadawania pytań. -
Praca w szkole Matki Boskiej Dobrej Nadziei. Też znajome miejsce, ale to
musi być dziwne.
- Lubię tę pracę. Myślę, że atmosfera dyscypliny na zajęciach dobrze mi
robi.
Wyjechała z parkingu z wyuczoną precyzją. W przegródce osłony
przeciwsłonecznej tkwiło kilka odcinków na postoje krótkoterminowe i trzy jednorazówki. Grace zdała sobie sprawę, że Kathleen liczy się z każdym groszem.
- A twój dom, podoba ci się?
- Czynsz jest sensowny i to tylko piętnaście minut jazdy od szkoły.
Grace stłumiła westchnienie. Kathleen zawsze myślała takimi kategoriami.
- Spotykasz się z kimś?
- Nie. - Kathleen uśmiechnęła się lekko i włączyła się do ruchu. - Seks
mnie nie interesuje.
Grace uniosła brwi.
- Seks interesuje każdego. Dlaczego twoim zdaniem to, co pisze Jackie
Collins, zawsze się podoba? W każdym razie ja pisałam raczej o przyjaźni.
- Nie ma nikogo, z kim chciałabym być w tej chwili - odpowiedziała i położyła dłoń na ręce Grace. Było to szczytem czułości, jaką potra?ła
okazać komukolwiek, oprócz swego męża i syna. - Z wyjątkiem ciebie.
Naprawdę się cieszę, że jesteś.
Grace zawsze odwzajemniała okazane jej ciepło.
- Przyjechałabym wcześniej, gdybyś mi pozwoliła.
- Byłaś w samym środku trasy spotkań autorskich.
- Trasę zawsze można odwołać. - Jej ramiona poruszyły się niespokojnie.
Nigdy nie ulegała tego typu kaprysom, ale zrobiłaby to bez wahania,
gdyby tylko miało to pomóc jej siostrze. - Tak czy inaczej trasa się
skończyła i jestem tutaj. Waszyngton wiosną.
Odkręciła okno, chociaż kwietniowy wiatr był jeszcze dość silny.
- Jak tam kwiaty wiśni?
- Ucierpiały przez późne mrozy.
- Nic się nie zmienia.
Czy nadal miały sobie tak mało do powiedzenia? Grace pozwoliła, by radio
wypełniło milczenie. Jak to możliwe, że wychowały się razem, mieszkały,
kłóciły się ze sobą, będąc dziećmi, i pozostały sobie tak obce? Przy
każdym spotkaniu miała nadzieję, że będzie inaczej. Za każdym razem było
jednak tak samo.
Gdy przejeżdżały przez Fourteenth Street Bridge, Grace przypomniała
sobie pokój, który ona i Kathleen dzieliły w dzieciństwie - po jednej
stronie czysty i schludny, niechlujny i zabałaganiony po drugiej. Ale to
była tylko jedna z przyczyn niezgody. Były też zabawy wymyślane przez
Grace, które bardziej frustrowały Kathleen, niż bawiły. No, bo jakie
były ich reguły? Zasady zawsze miały dla Kathleen bezwzględne
pierwszeństwo. Gdy nie było zasad lub gdy były zbyt elastyczne, po
prostu nie była w stanie zrozumieć gry samej w sobie.
Zawsze zasady, Kath, myślała Grace, siedząc w milczeniu obok siostry.
Szkoła, kościół, życie. Nic dziwnego, że Kath czuła się zagubiona zawsze
wtedy, gdy zmieniały się zasady. A to właśnie nastąpiło teraz w jej
życiu.
Czy zrezygnowałaś z małżeństwa, Kath, w ten sam sposób, w jaki
rezygnowałaś z zabawy, gdy nie odpowiadały ci jej zasady? Czy wróciłaś
tutaj, gdzie zaczynałyśmy, żeby wymazać z pamięci to, co było wcześniej,
i zacząć od nowa, według własnych zasad? To było w stylu Kathleen,
pomyślała Grace z nadzieją, że w przypadku jej siostry takie właśnie
posunięcie ma szanse powodzenia.
Zaskoczyła ją tylko jedna rzecz; ulica, na której Kathleen zdecydowała
się zamieszkać. Funkcjonalny apartament z nowoczesnymi urządzeniami i całodobową ochroną byłby bardziej w jej stylu niż ta wysłużona, bliska
ruiny dzielnica starych domów i dużych drzew.
Dom Kathleen należał do najmniejszych w okolicy. Grace była pewna, że
jej siostra nie zadbała o mały skrawek trawy, a mimo to niektóre bulwy
zaczynały wyrastać ponad ziemię wzdłuż ścieżki, która była starannie
zamieciona.
Stojąc przy samochodzie Grace błądziła wzrokiem po jednej i drugiej
stronie ulicy. Stały tam rowery, starzejące się samochody i niewiele
puszek świeżej farby. Podniszczone budynki i ich otoczenie sprawiały
wrażenie, że znajdują się w przededniu odrodzenia albo też u schyłku
swego istnienia. Podobało jej się to wrażenie.
Było to dokładnie takie miejsce, jakie sama by wybrała, gdyby
zdecydowała się na powrót do Waszyngtonu. A gdyby miała wybierać sobie
dom... byłby to ten tuż obok, pomyślała natychmiast. Wyraźnie potrzebował
pomocy. Jedno z okien było zabite deskami, brakowało kilku dachówek, ale
ktoś posadził azalie. Jeszcze świeże śmieci leżały na ziemi zebrane w małe, nie wyższe niż na stopę kupki. Ale małe pąki kwiatów były już
prawie gotowe, aby się rozwinąć. Patrząc na nie, Grace miała nadzieję,
że zostanie tu wystarczająco długo, by zobaczyć, jak zakwitną.
- Kath, co za cudowne miejsce.
- Daleko stąd do Palm Springs - powiedziała Kathleen bez goryczy i zaczęła wypakowywać rzeczy Grace.
- Nie, kochanie, ja mówię poważnie. To jest prawdziwy dom - mówiła
zupełnie poważnie. Z okiem i wyobraźnią pisarki zauważyła to od razu.
- Chciałam dać coś Kevinowi, gdy... gdy przyjedzie.
- Będzie zachwycony. - Grace mówiła z pewnością, którą ujawniała z niezachwianym przekonaniem. - Ten chodnik to znakomite miejsce dla
wrotek. I te drzewa. - Jedno z nich zagradzało ulicę, jakby powalił je
piorun, ale nikt nigdy nie zadał sobie trudu, by zabrać je z drogi,
Grace przeszła jednak nad nim, nie zwalniając kroku.
- Kath, kiedy patrzę na to wszystko, zastanawiam się, co ja do diabła
robię na Górnym Manhattanie.
- Zdobywasz pieniądze i sławę. - Kathleen znów odpowiedziała bez
goryczy, podając Grace kilka toreb.
Po raz drugi spojrzenie Grace pobiegło w kierunku sąsiedniego domu.
- Miałabym ochotę tu też posadzić parę azalii. - Wzięła Kathleen pod
rękę. - No cóż, pokaż mi resztę.
Wnętrze domu nie wywoływało większego zaskoczenia. Kathleen lubiła
rzeczy schludne i uporządkowane. Meble były solidne, czyściutkie i praktyczne. Zupełnie jak Kathleen, pomyślała Grace nie bez żalu. Mimo to
spodobała jej się ta mieszanina małych pokoików.
Jeden z nich Kathleen zamieniła na swój gabinet. Biurko wciąż jeszcze
lśniło nowością. Nic nie zabrała ze sobą, pomyślała Grace. Zostawiła
nawet syna. Wydało jej się dziwne, że Kathleen zachciało się dwóch
aparatów telefonicznych: jeden stał na biurku, a drugi kilka stóp dalej
obok fotela, ale się nie odezwała. Znając Kathleen, miało to na pewno
swóje uzasadnienie.
- Sos do spaghetti.
Zapach zaprowadził Grace prosto do kuchni. Gdyby ktokolwiek zapytał o jej ulubione sposoby spędzania wolnego czasu, jedzenie byłoby na
pierwszym miejscu.
Kuchnia była równie nieskazitelna, jak reszta domu. Grace mogłaby dać
głowę, że w tosterze nie ma ani jednej okruszynki. Pozostałości jedzenia
w lodówce są z pewnością dokładnie opakowane w folię i opatrzone
etykietkami, a szkło ustawione w kredensie według wielkości. Takie były
zasady Kathleen, a Kathleen nie zmieniła się ani trochę przez
trzydzieści lat.
Grace weszła na starzejące się linoleum, mając nadzieję, że nie
zapomniała wytrzeć butów przy wejściu. Podeszła do kuchenki, podniosła
pokrywkę i mocno pociągnęła nosem.
- Widzę, że nie zapomniałaś, jak się to robi.
- To do mnie wróciło. - Nawet po latach z kucharzami i służbą. - Jesteś
głodna? - Po raz pierwszy uśmiech Kathleen był autentyczny i swobodny. -
Właściwie dlaczego pytam?
- Zaczekaj, mam coś.
W czasie gdy jej siostra rzuciła się pędem do holu, Kathleen odwróciła
się do okna. Czemu tak nagle dotarło do niej, jak pusty był ten dom,
zanim pojawiła się Grace? Co za siłę miała w sobie jej siostra, że
wypełniła sobą pokój, cały dom i okolicę? I co w imię Boga zrobi, gdy
znowu zostanie sama?
- Valpolicella - oznajmiła Grace, wróciwszy do kuchni. - Jak widzisz,
miałam nadzieję na coś włoskiego.
Gdy Kathleen odwróciła się od okna, w jej oczach kręciły się łzy.
- Kochanie... - Z butelką w ręku Grace ruszyła do przodu.
- Grace, ja tak za nim tęsknię. Czasami myślę, że mogłabym umrzeć.
- Wiem, kochanie, naprawdę wiem. Tak mi przykro. - Pogłaskała włosy,
które Kathleen zaczesywała gładko do tyłu. - Pozwól sobie pomóc,
Kathleen. Powiedz, co mogę zrobić.
- Nic. - Zatrzymanie łez kosztowało ją więcej wysiłku, niż by się
przyznała. - Lepiej przygotuję sałatkę.
- Zaczekaj. - Grace położyła rękę na ramieniu siostry i zaprowadziła ją
do małego stolika kuchennego. - Usiądź, ja to zrobię. Poważnie, Kath.
Chociaż Grace była o rok młodsza, Kathleen zwykle ulegała sile jej
autorytetu. Była to kolejna rzecz, która stała się jej nawykiem.
- Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać, Grace.
- Uważam, że to bardzo źle. Gdzie masz korkociąg?
- Górna lewa szu?ada przy zlewie.
- A kieliszki?
- Druga półka w szafce obok lodówki.
Grace otworzyła butelkę. Zaczynało się ściemniać, ale nie zadała sobie
trudu, żeby zapalić światło. Postawiła przed Kathleen kieliszek i napełniła go po sam brzeg.
- Pij! Jest pierwszorzędne.
Znalazła pusty słoik po majonezie Kraft dokładnie tam, gdzie trzymałaby
go ich matka, i odkręciła pokrywkę, by użyć jej jako popielniczkę.
Wiedziała, jak bardzo Kathleen była przeciwna papierosom, i obiecała
sobie wcześniej, że postara się ograniczyć palenie. Jak większość jej
postanowień i to zostało łatwo złamane. Zapaliła papierosa, nalała sobie
wina i usiadła.
- Porozmawiaj ze mną, Kathy. Nie dam ci spokoju, dopóki mi nie powiesz.
Wiedziała, że tak będzie. Kathleen wiedziała o tym, zanim jeszcze
zgodziła się na jej przyjazd. Może właśnie dlatego się zgodziła.
- Ja... nie chciałam separacji. I nie musisz mi mówić, że jestem głupia,
że tak kurczowo trzymałam się faceta, który mnie nie chciał, bo wiem o tym.
- Wcale nie myślę, że jesteś głupia. - Grace wypuściła dym z poczuciem
winy, bo nieraz tak właśnie myślała. - Kochasz Jonathana i Kevina. Oni
byli dla ciebie najbliższą rodziną, nic dziwnego, że chciałaś ich
zatrzymać.
- Myślę, że to właśnie o to chodzi. - Kathleen przełknęła drugi, większy
łyk wina. Grace miała rację. Było naprawdę znakomite. Trudno, cholernie
trudno było się jej przyznać, że potrzebowała z kimś pogadać. Chciała,
żeby tym kimś była Grace, gdyż bez względu na wszystko, co je dzieliło,
nie ulegało wątpliwości, że Grace będzie po jej stronie.
- Kiedy przyszło co do czego, musiałam zgodzić się na separację. - Nadal
nie mogła wymówić słowa rozwód. - Jonathan... zniewolił mnie.
- Co przez to rozumiesz? - Niski, nieco ochrypły głos Grace brzmiał
ostro i zdecydowanie.
- Czy on cię bił? - Prawie uniosła się z krzesła gotowa łapać następny
samolot na wschodnie wybrzeże.
- Są inne formy zniewolenia - powiedziała Kathleen znużonym głosem. - On
mnie upokarzał. Miał inne kobiety. Wiele kobiet. Ach, on potra?ł być
bardzo dyskretny. Wątpię, żeby ktokolwiek o tym wiedział, ale nie
omieszkał dopilnować, żebym ja wiedziała. Po to, by mnie upokorzyć.
- Przykro mi, Kathleen.
Grace usiadła na krześle. Wiedziała, że gdyby Kathleen mogła,
najchętniej dałaby mu po prostu w zęby za te wszystkie zdrady. Gdy o tym
myślała, doszła do wniosku, że ona i jej siostra w tym jednym
przynajmniej się zgadzały.
- Nigdy go nie lubiłaś.
- Nie, i nie jest mi wcale przykro z tego powodu. - Grace strzepnęła
popiół do pokrywki.
- Myślę, że to już nie ma znaczenia. Tak czy inaczej, kiedy przystałam
na separację, było jasne, że odbędzie się ona na warunkach Jonathana. On
zawinił, ale jemu płacą odszkodowanie. Zupełnie jakby to była drobna
stłuczka. Osiem lat mojego życia stracone, a wina niczyja.
- Kath, przecież nie musiałaś się na to godzić. Skoro był niewierny, ty
powinnaś mieć ostatnie słowo.
- Jak miałam to udowodnić? - Tym razem w głosie Kathleen były gorycz i żal. Długo czekała, by móc to z siebie wyrzucić. - Musisz zrozumieć,
jakie tam panują układy, Grace. Jonathan Breezewood Trzeci jest
człowiekiem poza wszelkimi zarzutami. Jest prawnikiem, na litość boską,
współwłaścicielem rodzinnej ?rmy, która mogłaby reprezentować diabła w rozprawie przeciwko Majestatowi Wszechmocnego i też wyszłaby z tego
zwycięsko. Nawet gdyby ktoś wiedział lub podejrzewał Jonathana i tak by
mi nie pomógł. Oni wszyscy byli przyjaciółmi żony Jonathana, pani
Jonathanowej Breezewood Trzeciej. Tym właśnie byłam przez ostatnich
osiem lat.
I nie licząc Kevina, tego najtrudniej było jej się wyrzec.
- Nikogo z nich nie obchodziła Kathleen McCabe - ciągnęła. - I to był
właśnie mój błąd. Wcieliłam się całkowicie w rolę pani Breezewood.
Musiałam być idealną żoną, idealną damą do towarzystwa, idealną matką i strażniczką domowego ogniska. I w końcu stałam się nudna. W końcu
znudziłam go na tyle, że postanowił się mnie pozbyć.
- Do diabła, Kathleen, czy musisz być zawsze tak bardzo samokrytyczna? -
Grace zgasiła papierosa i sięgnęła po kieliszek. - To jego wina, na
miłość boską, nie twoja. Dałaś mu dokładnie to, czego żądał.
Zrezygnowałaś z kariery, zostawiłaś swóją rodzinę, dom. Poświęciłaś mu
wszystko. A teraz chcesz zrezygnować jeszcze raz i dorzucić mu Kevina.
- Nie zrezygnuję z Kevina.
- Przecież powiedziałaś...
- Nie kłóciłam się z Jonathanem, nie mogłam. Bałam się, że może zrobić
coś złego.
Grace z namysłem odstawiła swój kieliszek.
- Bałaś się, że może coś złego zrobić tobie czy Kevinowi?
- Nie, nie Kevinowi - odpowiedziała szybko. - Jest pewne, że Jonathan
nigdy nie skrzywdzi Kevina. On go uwielbia. I mimo że był złym mężem,
jest wspaniałym ojcem.
- No dobrze. - Grace zdecydowała, że nie będzie wdawać się w dyskusję na
ten temat. - A więc boisz się, co mógłby zrobić tobie... ?zycznie?
- Jonathan rzadko traci nad sobą panowanie. Zwykle ściśle się
kontroluje, ale potra? wpaść w prawdziwy szał. Gdy Kevin był jeszcze
dużo mniejszy, dostał ode mnie małego kotka. - Kathleen ostrożnie
dobierała słowa, wiedząc, że Grace zawsze potra?ła zbierać okruchy słów
i czynić z nich pewną całość. - Kiedyś przy zabawie kot podrapał Kevina.
Jonathan był tak wściekły, gdy zobaczył ślady na buzi Kevina, że
wyrzucił kociaka przez balkon z drugiego piętra.
- Zawsze mówiłam, że zachowuje się jak książę - mruknęła Grace i upiła
kolejny łyk.
- Później była historia z pomocnikiem ogrodnika. Facet przez pomyłkę
wykopał krzew róży. To było zwykłe nieporozumienie, on niezbyt dobrze
znał angielski. Jonathan kazał mu się wynosić i zaczęła się kłótnia.
Wtedy Jonathan pobił faceta tak bardzo, że tamten wylądował w szpitalu.
- Dobry Boże.
- Oczywiście Jonathan pokrył koszty.
- Oczywiście - zgodziła się Grace, ale jej sarkazm był zupełnie
bezużyteczny.
- Zapłacił mu, żeby sprawa nie tra?ła do gazet. To był tylko krzew róży.
Nie wiem, co by zrobił, gdybym próbowała zabrać mu Kevina.
- Kath, kochanie, jesteś jego matką. Masz swóje prawa. Jestem pewna, że
w Waszyngtonie jest kilku świetnych prawników. Pójdziemy do nich,
zorientujemy się, co można zrobić.
- Już jednego zatrudniłam. - Usta Kathleen były suche, więc wypiła łyk
wina. - Wynajęłam też detektywa. To nie będzie łatwe i powiedziano mi,
że to może pochłonąć mnóstwo czasu i pieniędzy, ale jest szansa.
- Jestem z ciebie dumna. - Grace wzięła siostrę za ręce. Słońce już
prawie zaszło i pokój pogrążył się w półmroku. Oczy Grace, szare jak
odcień światła, błysnęły. - Kochana, Jonathan Breezewood Trzeci będzie
miał się z pyszna, gdy stanie oko w oko z McCabe'ami. Mam kilka dojść na
wybrzeżu.
- Nie, Grace. Muszę utrzymać to w tajemnicy. Nikt nie może się
dowiedzieć, nawet mama i tata. Po prostu nie chcę ryzykować.
Grace przez chwilę myślała o Breezewoodach. Stare rodziny, stare, bogate
rodziny mają długie macki.
- Dobrze, tak chyba będzie najlepiej. Ale i tak mogę pomóc. Prawnicy i detektywi dużo kosztują. Mam więcej pieniędzy niż mi potrzeba.
Oczy Kathleen znowu zwilgotniały. I tym razem zdołała powstrzymać łzy.
Wiedziała, że Grace ma pieniądze, i nie chciała ukrywać faktu, że ona
też je miała. Miała pieniądze. Dobry Boże, miała.
- Muszę to zrobić sama.
- Nie czas teraz na dumę. Nie wygrasz tej bitwy na pensyjce
nauczycielki. To, że jak idiotka pozwoliłaś Jonathanowi zostawić się bez
jednego centa, nie znaczy, że masz nie przyjąć pieniędzy ode mnie.
- Nie chciałam nic od Jonathana. Wyniosłam z tego małżeństwa tyle, ile
do niego wniosłam. Trzy tysiące dolarów.
- My, kobiety, nigdy nie dojdziemy swoich praw, jeśli będziesz szczycić
się tym, że nic nie zyskałaś przez osiem lat małżeństwa. Grace stawała
się feministką, gdy tak było jej wygodnie.
- Jestem twoją siostrą i chcę ci pomóc.
- Ale nie pieniędzmi. Może to jest duma, ale muszę to załatwić sama.
Dorabiam sobie.
- Jak dorabiasz? Sprzedajesz wyroby Tuppera? Udzielasz dzieciakom
prywatnych lekcji na temat bitwy o Nowy Orlean? Puszczasz się?
Kathleen po raz pierwszy od tygodni roześmiała się głośno i dolała wina
do obu kieliszków.
- Zgadza się.
- Więc sprzedajesz wyroby Tuppera? - Grace zastanawiała się przez
chwilę. - Czy nadal mają te małe miseczki z pokrywkami do płatków
śniadaniowych?
- Nie mam pojęcia. Nie handluję wyrobami Tuppera. - Wzięła duży łyk. -
Pracuję jako prostytutka.
Kathleen wstała, by zapalić górne światło, a Grace podniosła do ust swój
kieliszek. Kathleen rzadko pozwalała sobie na żarty, więc Grace nie
wiedziała, czy się roześmiać. Postanowiła zachować powagę.
- Myślałam, że seks cię nie interesuje.
- Sam w sobie nie, przynajmniej nie w tej chwili. Zarabiam dolara za
minutę siedmiominutowej rozmowy telefonicznej i dziesięć dolarów, jeśli
to jest stały klient. A większość to stali klienci. Załatwiam
przeciętnie dwadzieścia telefonów w ciągu nocy. Trzy razy w tygodniu.
Plus jakieś dwadzieścia pięć-trzydzieści w weekendy. To daje około
dziewięciuset dolarów tygodniowo.
- Jezu.
Pierwszą myślą Grace było, że jej siostra ma o niebo więcej energii,
niżby podejrzewała. Drugą myślą, że to jeden wielki żart, by dać jej do
zrozumienia, iż to nie jej sprawa.
W ostrym, ?uoryzującym świetle Grace przyglądała się swojej siostrze. W spojrzeniu Kathleen nie było nic, co mogłoby wskazywać na to, że
żartowała. Grace rozpoznała to pełne satysfakcji spojrzenie. Było ono
dokładnie takie jak wtedy, gdy miała dwanaście lat i Kathleen sprzedała
na kiermaszu harcerskim o pięć ciasteczek więcej niż ona.
- Jezu - powtórzyła Grace i zapaliła następnego papierosa.
- Nie będzie żadnego wykładu o moralności, Grace?
- Nie, przemilczę to. - Następny łyk wina z trudem przeszedł jej przez
gardło. Nie bardzo wiedziała, jak ustosunkować się do tego z punktu
widzenia moralnego. - Mówisz poważnie?
- Absolutnie.
Ależ oczywiście. Kathleen zawsze mówiła poważnie. Dwadzieścia razy w ciągu nocy, pomyślała Grace, próbując uwolnić się od tej wizji.
- Nie będzie wykładu o moralności, ale musisz wysłuchać czegoś na temat
zdrowego rozsądku. Dobry Boże, Kathleen, czy wiesz, na jakie mendy i maniaków możesz się natknąć? Nawet ja to wiem, chociaż od pół roku nie
spotkałam się z nikim w sprawach pozasłużbowych. I nie chodzi tylko o to, że możesz zajść w ciążę. Możesz złapać coś, czego nie będziesz mogła
się pozbyć przez wiele miesięcy. To jest głupie, Kathleen. Głupie i niebezpieczne. Jeśli natychmiast z tym nie skończysz, to...
- Powiesz mamie? - podsunęła Kathleen.
- To nie są żarty. - Grace poruszyła się niespokojnie, bo to dokładnie
miała na końcu języka. - Jeśli nie myślisz o sobie, pomyśl o Kevinie.
Przecież gdyby Jonathan coś zwęszył, to możesz pożegnać się z myślą, że
odzyskasz synka.
- Myślę o Kevinie. Tylko on mnie naprawdę interesuje. Pij swóje wino,
Grace, i posłuchaj. Zawsze byłaś skora do dopowiadania sobie dalszego
ciągu historii, nie znając wszystkich szczegółów.
- Wystarczy mi fakt, że moja siostra dorabia sobie jako prostytutka na
telefon.
- Otóż właśnie. Na telefon. Sprzedaję swój głos, Grace, a nie ciało.
- Parę kieliszków wina i dostaję zaćmienia umysłu. Oświeć mnie,
Kathleen.
- Pracuję dla ?rmy Fantasy Inc. specjalizującej się w usługach
telefonicznych.
- Usługach telefonicznych? - powtórzyła, wypuszczając dym. -
Telefonicznych? - Grace uniosła obie brwi. - Czy mówisz o seksie przez
telefon?
- Mówienie o seksie to wszystko, na czym poprzestaję od roku.
- Od roku? - Grace musiała to najpierw przełknąć. - Złożyłabym ci wyrazy
współczucia, ale w tej chwili jestem pod zbyt silnym wrażeniem. Chcesz
powiedzieć, że robisz to, co reklamują na ostatnich stronach męskich
czasopism?
- Od kiedy zaczęłaś czytać męskie czasopisma?
- Prowadzę poszukiwania. I chcesz powiedzieć, że zarabiasz prawie tysiąc
dolarów tygodniowo, rozmawiając z facetami przez telefon.
- Zawsze miałam dobry głos.
- Tak. - Grace zaskoczona, starała się ogarnąć to umysłem.
Nie mogła sobie przypomnieć, by Kathleen zrobiła jedną niekonwencjonalną
rzecz w całym swoim życiu. Czekała nawet aż do ślubu, by pójść z Jonathanem do łóżka. Grace wiedziała o tym, ponieważ o to pytała. Potem
zdała sobie sprawę, jak bardzo to nie pasowało do jej siostry, ale także
jakie było zabawne.
- Siostra Mary Francis mówiła, że masz najlepszy głos w całej ósmej
klasie. Ciekawa jestem, co by biedaczka powiedziała teraz, gdyby
wiedziała, że jej najlepsza uczennica jest dziwką na telefon.
- Nie podoba mi się to określenie, Grace.
- Ach, daj spokój, przecież to tak ładnie brzmi. - Zachichotała. - No
dobrze, przepraszam. Powiedz mi, jak to wygląda?
Powinna była wiedzieć, że Grace zobaczy tę jaśniejszą stronę medalu. Z Grace rzadko kiedy miało się wyrzuty sumienia.
- Faceci dzwonią do biura Fantasy i jeśli są stałymi klientami, mogą
poprosić o określoną dziewczynę. Jeśli nie, wtedy prosi się ich o wskazanie swoich preferencji, żeby można było im przydzielić kogoś
odpowiedniego.
- Jakich preferencji?
Kathleen wiedziała, że Grace ma skłonności do robienia wywiadów. Trzy
kieliszki wina sprawiły, że tym razem to jej nie przeszkadzało.
- Niektórzy faceci wolą sami nawijać o tym, co by z tobą robili, co sami
robią. Inni wolą, kiedy to kobieta do nich mówi, trzeba ich jak gdyby
poprowadzić. Chcą, żeby powiedziała, jak wygląda pokój, co ma na sobie i w ogóle. Niektórych interesuje sadomasochizm, ale ja nie przyjmuję
takich telefonów.
Grace usiłowała podejść do tego poważnie.
- Ty mówisz tylko o normalnym seksie.
Po raz pierwszy od miesięcy Kathleen czuła się przyjemnie odprężona.
- Zgadza się. I jestem w tym dobra. Jestem bardzo popularna.
- Moje gratulacje.
- A więc facet dzwoni, zostawia swój numer telefonu i numer karty
kredytowej. Biuro sprawdza, czy karta jest w porządku, a potem
kontaktuje się z którąś z nas. Jeśli zgodzę się przyjąć dane zamówienie,
dzwonię do faceta z aparatu, który Fantasy tu zainstalowała, ale odbywa
się to na rachunek biura.
- Jasne. A co potem?
- Potem rozmawiamy.
- Potem rozmawiacie - mruknęła Grace. - To dlatego masz dodatkowy
telefon w swoim gabinecie.
- Zawsze spostrzegasz takie szczegóły.
Kathleen z niemałą przyjemnością uświadomiła sobie, że jest na
najlepszej drodze, żeby się upić. Przyjemnie było mieć szum w głowie,
lekkie ramiona i siostrę po drugiej stronie stołu.
- Kath, a co będzie, jeśli któryś z tych facetów dowie się jak się
nazywasz i zdobędzie adres? Któryś z nich może dojść do wniosku, że nie
wystarcza mu tylko rozmowa.
Kathleen pokręciła przecząco głową i delikatnie wytarła ze stołu mokry
ślad kieliszka. - Akta pracowników Fantasy są ściśle poufne. Nigdy, pod
żadnym pozorem, nie podaje się naszych numerów klientom. Większość z nas
posługuje się nawet ?kcyjnymi imionami. Ja jestem Désirée.
- Désirée - powtórzyła Grace z respektem.
- Mam metr pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i jestem blondynką.
- Nie zalewasz? - Grace zwykle znosiła alkohol lepiej, ale tego dnia nie
jadła nic prócz batonika Milky Way w drodze na lotnisko. Pomysł, że
Kathleen ma jakieś alternatywne ego, wydał się jej nie tylko wiarygodny,
ale nawet logiczny. - No to jeszcze raz gratuluję. - Ale Kath,
powiedzmy, że ktoś z pracowników Fantasy zdecyduje, że chce czegoś
więcej niż tylko układu pracownica-pracodawca?
- Znowu piszesz książkę - powiedziała Kathleen z niechęcią.
- Możliwe, ale...
- Grace, to jest absolutnie bezpieczne. To jest zwykła umowa. Mam tylko
nawijać do słuchawki, faceci dostają to, czego chcą, za swóje pieniądze,
mnie dobrze płacą, ?rma dostaje swóją część. Wszyscy są zadowoleni.
- To brzmi logicznie. - Grace obracała w palcach kieliszek, próbując
pozbyć się wszystkich wątpliwości. - I jest na czasie. Nowa odmiana
seksu u progu lat dziewięćdziesiątych. Nie można zarazić się AIDS przez
telefon.
- Jest i aspekt medyczny. Z czego się śmiejesz?
- Wyobrażam sobie. - Grace wytarła usta wierzchem dłoni. - Nie chcesz
się angażować? Zmęczyła cię rutyna? Zadzwoń do Fantasy Inc., porozmawiaj
z Désirée, Delilah albo DeeDee. Orgazmy gwarantowane albo zwracamy
pieniądze. Przyjmujemy karty kredytowe. Chryste, powinnam pisać teksty
reklam.
- Nigdy nie patrzę na to z przymrużeniem oka.
- W ogóle za mało rzeczy traktujesz z przymrużeniem oka - powiedziała
Grace uprzejmie. - Słuchaj, czy następnym razem mogę być przy tym, jak
będziesz pracować?
- Nie.
Grace zlekceważyła odmowę.
- Cóż, pogadamy o tym później. Kiedy będziemy jeść? Wślizgując się
wieczorem do łóżka w pokoju gościnnym, objedzona makaronem i opita
winem, Grace po raz pierwszy od czasów dzieciństwa czuła wyraźną ulgę,
myśląc o siostrze. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz ona i Kathleen
siedziały do późna wieczór, piły wino i rozmawiały jak przyjaciółki.
Trudno było się przyznać, że nigdy wcześniej tak nie było.
Nareszcie Kathleen robiła coś niezwykłego, nareszcie walczyła o to, co
jej się należy. Dopóki nie sprowadzi to na Kath żadnych kłopotów, Grace
była zafascynowana. Kathleen podjęła właśnie największe wyzwanie swójego
życia. I wszystko będzie tak jak trzeba.
*
Tego wieczoru nasłuchiwał przez trzy godziny, czekając na nią. Ale
Désirée nie nadeszła. Były oczywiście inne kobiety o egzotycznych
imionach, seksownych głosach, ale żadna z nich nie była Désirée.
Zwinięty w kłębek leżał na łóżku i starał się uporać z samym sobą,
wyobrażając sobie jej głos. Ale to nie wystarczało. Leżał więc
sfrustrowany i spocony, zastanawiając się, kiedy zdobędzie się na to,
żeby się z nią spotkać.
Już wkrótce, pomyślał. Będzie taka szczęśliwa, gdy go zobaczy. Weźmie
go, rozbierze tak, jak opisywała. I pozwoli mu się dotykać. Wszędzie,
gdzie tylko zechce. To musi być już wkrótce.
W blasku księżyca podniósł się i podszedł do swójego komputera. Chciał
ujrzeć to jeszcze raz, zanim zaśnie. Maszyna zaczęła pracować z cichym
szumem. Cienkimi, wprawnymi palcami wystukał serię cyfr. Po paru
sekundach na ekranie pojawił się adres. Adres Désirée.
Już wkrótce...
Rozdział 2
Grace usłyszała niski, jednostajny szum i uznała, że to skutek wina,
które wypiła poprzedniego dnia. Nie zwykła narzekać z powodu kaca;
nauczono ją, że każdy grzech, powszedni czy śmiertelny, wymagał pokuty.
Był to jeden z przejawów jej surowego katolickiego wychowania, które
zabrała ze sobą z dzieciństwa do życia dorosłego.
Słońce było już nad ziemią i bez trudu przenikało przez cienkie zasłony.
Jakby w obawie przed nim ukryła twarz w poduszce. Udało jej się uciec od
światła, ale nie od monotonnego szumu. Nie mogła już spać, więc z niechęcią otworzyła oczy.
Myśląc o aspirynie i kawie, usiadła na łóżku. I wtedy zdała sobie
sprawę, że szum nie pochodzi z wnętrza jej głowy, tylko z zewnątrz domu.
Poszperała w jednej z toreb i wyjęła miękki, aksamitny szlafroczek. W domu, w sza?e miała drugi, jedwabny, prezent od jej byłego kochanka, ale
mimo że kochanek pozostawił po sobie miłe wspomnienia, Grace stanowczo
wolała ten aksamitny. Na chwiejnych nogach powlokła się w stronę okna i odciągnęła zasłonę.
Był piękny, chłodny dzień pachnący nieśmiało wiosną i świeżo skopaną
ziemią. Wiszące ogrodzenie z łańcuchów oddzielało posesję jej siostry od
sąsiedniej. Naprzeciwko zobaczyła krzew forsycji, splątany i nędzny, ale
zaczynał już kwitnąć. Pomyślała sobie, że jego drobne żółte kwiaty są
ładne i odważne. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo była
znudzona wszystkimi cieplarnianymi kwiatami i ich idealnymi,
równiusieńkimi płatkami. Ziewnęła potężnie i spojrzała trochę dalej.
I wtedy go zobaczyła, na tyłach sąsiedniego domu. Długie, wąskie deski
leżały na koźle gotowe do cięcia. Z łatwością i znajomością rzeczy
odmierzał, oznaczał je i przecinał. Grace zaciekawiona otworzyła szerzej
okno, by móc się lepiej przyjrzeć. Poranne powietrze było lodowate, ale
zanurzyła się w nim zadowolona, że ochłodzi jej głowę. Podobnie jak
forsycja, mężczyzna był obiektem godnym uwagi.
Zupełnie jak Paul Bunyan, pomyślała i uśmiechnęła się szeroko. Mężczyzna
musiał mieć co najmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Nawet z odległości mogła podziwiać siłę jego mięśni, które raz po raz napinały
się pod kurtką. Miał grzywę rudych włosów i olbrzymią brodę - prawdziwą,
nie żaden przystrzyżony zarost, naprawdę imponującą. Ledwie mogła
dostrzec wśród niej jego usta, poruszające się w rytmie muzyki country,
które wydobywały się z przenośnego radia.
- Cześć - zawołała Grace, gdy szum ucichł.
Stała oparta łokciami o parapet i uśmiechała się. Kiedy odwrócił się i spojrzał w górę, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Zauważyła, że kiedy
się odwracał, jego ciało napinało się, nie tyle w zaskoczeniu, jak
pomyślała, co w gotowości.
- Podoba mi się pana dom.
Ed odprężył się, widząc stojącą w oknie kobietę. Pracował w tym tygodniu
ponad sześćdziesiąt godzin i zabił człowieka. Widok ładnej kobiety,
która uśmiechała się do niego z sąsiedniego okna, podziałał kojąco na
jego zszarpane nerwy.
- Dzięki.
- Remontuje go pan?
- Po trosze. - Zasłonił oczy przed słońcem i przyjrzał się jej uważnie.
Nie była jego sąsiadką. Chociaż Kathleen Breezewood i on nie zamienili
więcej niż kilka słów, Ed znał ją z widzenia. Ale coś było znajomego w tej uśmiechniętej od ucha do ucha buzi i potarganych włosach. - Pani z wizytą?
- Tak, Kathy jest moją siostrą. Myślę, że wyszła wcześniej. Jest
nauczycielką.
- Aha. - W ciągu dwóch sekund dowiedział się więcej o swojej sąsiadce
niż w ciągu ostatnich dwóch miesięcy: nazywano ją Kathy, miała siostrę i była nauczycielką. Dźwignął następną deskę i ułożył do cięcia. - Na
długo?
- Jeszcze nie wiem. - Wychyliła się bardziej, aż wiatr zwichrzył jej
włosy. To tempo życia i wygody w Nowym Jorku sprawiły, że zapomniała,
jak bardzo mogą cieszyć zwykłe, przyziemne sprawy. - Czy to pan posadził
te azalie przed domem?
- Tak. W zeszłym tygodniu.
- Są kapitalne. Ja chyba też posadzę kilka dla Kathy. - Uśmiechnęła się
znowu. - No, to do zobaczenia. - Schowała głowę do środka i zniknęła.
Jeszcze przez minutę Ed wpatrywał się w puste okno. Odnotował, że
zostawiła je otwarte, chociaż nie było nawet piętnastu stopni. Wyjął
swój stolarski ołówek i zaznaczył drewno. Znał tę twarz. To była sprawa
zarówno jego zawodu, jak i osobowości, ale nigdy nie zapominał twarzy.
Zaczął się zastanawiać skąd.
Wewnątrz domu Grace naciągnęła bawełnianą bluzkę. Włosy miała nadal
mokre po prysznicu, ale nie była w nastroju, żeby walczyć z suszarką i szczotką do modelowania. Trzeba było wypić kawę, przeczytać gazetę i rozwiązać zagadkę morderstwa.
Z jej obliczeń wynikało, że jeżeli zaraz weźmie się do pracy, to do
powrotu Kathleen ze szkoły uda się jej wysmażyć całkiem pokaźny kawałek.
Na dole nastawiła kawę i przejrzała zawartość lodówki. Okazało się, że
najlepsze jest spaghetti pozostałe z poprzedniego dnia. Odsunęła na bok
jajka i wyjęła schludne, plastikowe pudełko. Dopiero po chwili
zorientowała się, że kuchnia Kathleen nie była aż tak nowocześnie
urządzona, by posiadać kuchenkę mikrofalową. Postanowiła poradzić sobie
bez niej i zjeść makaron na zimno. Zdjęła wieczko, wrzuciła je do zlewu
i zanurzyła widelec w pudełku. Przeżuwając powoli makaron, zobaczyła
kartkę na stole kuchennym. Kathleen zawsze zostawiała kartki.
"Czuj się jak we własnej kuchni", Grace uśmiechnęła się, wkładając do
ust widelec z zimnym spaghetti. "Nie przejmuj się obiadem, jak wrócę, to
zrobię stek". Ach tak, pomyślała Grace, Kathleen w uprzejmy sposób daje
jej do zrozumienia, żeby nie robiła w kuchni bałaganu. "Mam zebranie
rodziców po południu. Będę w domu o piątej trzydzieści. Nie używaj
telefonu w moim gabinecie".
Grace zmarszczyła nos i wepchnęła kartkę do kieszeni. To będzie wymagało
czasu i wielu zabiegów, ale była zdecydowana dowiedzieć się czegoś
więcej o telefonicznych przygodach siostry. I należało jeszcze
dowiedzieć się, jak nazywa się prawnik Kathleen. Nie zważając na jej
sprzeciwy i obiekcje, Grace chciała porozmawiać z nim osobiście. Jeśli
zrobi to odpowiednio delikatnie, ego jej siostry nie zostanie zbytnio
narażone na szwank. Tak czy inaczej, czasem trzeba zlekceważyć kilka
siniaków, żeby móc potem strzelić gola.
Dopóki Kathleen nie odzyska Kevina, nigdy nie będzie w stanie
doprowadzić swójego życia do porządku. Ten łajdak Breezewood nie ma
prawa używać Kevina jako broni przeciwko Kathleen. Zawsze był
manipulatorem, pomyślała Grace. Jonathan Breezewood Trzeci był zimnym,
wyrachowanym draniem, który używał wpływów rodziny i swoich pieniędzy,
by postawić na swoim. Ale nie tym razem. To będzie pewnie wymagać wielu
wysiłków, mimo to Grace znajdzie sposób, żeby wszystko było jak należy.
Właśnie wyłączyła gaz pod dzbankiem do kawy, gdy ktoś zapukał do drzwi.
Przywieźli bagaże, powiedziała sobie, chwyciła pudełko ze spaghetti i pobiegła do holu. Dodatkowych dziesięć dolców powinno przekonać
doręczyciela, żeby zaciągnął je na górę; z uśmiechem mającym świadczyć o słuszności decyzji otworzyła drzwi.
- G.B. McCabe, prawda? - Ed stał na werandzie z egzemplarzem Morderstwa
w wielkim stylu w ręce. Omal nie obciął sobie palca, gdy wreszcie
skojarzył nazwisko z jej twarzą.
- Zgadza się. - Zerknęła na zdjęcie na tylnej okładce. Włosy miała
ufryzowane, a fotograf użył tylko bieli i czerni, by wyglądała bardziej
tajemniczo. - Ma pan dobre oko. Sama ledwie się rozpoznaję na tym
zdjęciu.
Teraz, gdy już tu był, nie miał najmniejszego pojęcia, co ze sobą
począć. Takie rzeczy zawsze mu się przytra?ały, gdy działał pod wpływem
impulsu. Zwłaszcza jeśli chodziło o kobietę.
- Podoba mi się to, co pani pisze. Przeczytałem większość pani książek.
- Tylko większość? - Grace wbiła widelec w spaghetti i uśmiechnęła się
do niego. - Nie wie pan, że wszyscy pisarze są bardzo wrażliwi na
punkcie własnego talentu? Powinien pan powiedzieć, że przeczytał pan
każde słowo, które napisałam, i nie może pan wyjść z podziwu.
Odprężył się trochę, widząc jej zachęcający uśmiech.
- A czy nie wystarczy: pisze pani diabelnie dobre książki?
- Wystarczy.
- Gdy zdałem sobie sprawę, kim pani jest, chciałem po prostu przyjść i upewnić się, czy miałem rację.
- No cóż, wygrał pan, proszę wejść.
- Dziękuję. - Przełożył książkę do drugiej ręki, czując się jak idiota.
- Ale nie chciałbym przeszkadzać.
Grace obdarzyła go przeciągłym, poważnym spojrzeniem. Z bliska wyglądał
jeszcze bardziej imponująco niż wtedy, gdy widziała go z okna. Miał
niebieskie oczy, w ciemnym, interesującym odcieniu.
- To znaczy nie chce pan, żebym się tu podpisała.
- No, tak, ale...
- No to niech pan wejdzie. - Wzięła go za ramię i popchnęła do środka. -
Kawa jest jeszcze gorąca.
- Nie piję kawy.
- Nie pije pan kawy? To co pana utrzymuje przy życiu? - Uśmiechnęła się
i machnęła ręką, w której trzymała widelec. - Tak czy inaczej zapraszam,
prawdopodobnie znajdzie się coś, co może pan wypić. A więc lubi pan
tajemnice?
Podobał mu się sposób, w jaki chodziła: wolno, ostrożnie, jak gdyby
mogła w każdej chwili zmienić zdanie co do kierunku.
- Myślę, że można powiedzieć, iż tajemnice składają się na moje życie.
- Moje też. - W kuchni po raz drugi otworzyła lodówkę. - Nie ma piwa -
mruknęła i zdecydowała się to naprawić przy pierwszej sposobności. - Nie
ma żadnej wody sodowej, Boże, Kathy. Jest sok. Chyba pomarańczowy.
- Dobrze.
- Mam tu trochę spaghetti. Chce pan spróbować?
- Nie, dzięki. Czy to pani śniadanie?
- Mm. - Nalała soku i niedbale wskazując mu krzesło, podeszła do
kuchenki, żeby nalać sobie kawy. - Długo pan tu mieszka?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki