Bezwładność - Margareta Wysocka

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wcześniej

niedziela, 5 listopada 2023

17:01

1

Wskazówka sekundnika zakończyła wspinaczkę na szczyt okrągłej tarczy i znów, skok po skoku, ruszyła w dół. Obserwowanie jej było dla Diany Paderskiej najlepszą, bo jedyną rozrywką, gdy od diabli wiedzą ilu godzin siedziała pod ścianą naprzeciw zegara, obejmowała rękami podciągnięte pod brodę kolana i czekała.

Czekała, aż siedem kilometrów stąd na zachód, pod kamienicą, w której mieszkała, przestaną gromadzić się ludzie, chcący ją opluć lub wyściskać. Fotoreporterzy lokalnych i regionalnych gazet schowają obiektywy do pokrowców i pójdą pstrykać zdjęcia gdzieś indziej. Tym samym jej wampiryczny wizerunek, tak ochoczo wykreowany przez media, zatrze się w zbiorowej pamięci na tyle, by Diana znów mogła wejść do tramwaju bez wzbudzania sensacji.

Poza tym czekała, aż przestanie czuć się zobowiązana do udziału w przyjęciu zaręczynowym siostry. Do rozpoczęcia tej drętwej imprezy zostały jeszcze niecałe dwie godziny. Czas na to, by uniknąć założenia balowej kiecki, szybko się więc kończył. Diana miała wystarczająco dużo powodów, by nie pokazywać się ludziom na oczy. Zwłaszcza w przyszykowanej przez Werę kreacji, aż proszącej się o to, by ściągać na nią wzrok.

Do tego czekała, aż ten przeklęty BlackBerry, leżący na podłodze trzydzieści centymetrów od jej prawej dłoni, przestanie dzwonić, a sunący po mikroskopijnym ekranie ciąg białych liter zniknie.

Diana oderwała spojrzenie od zegara i z poczuciem ros­nącej beznadziei rozejrzała się po pomieszczeniu. Właściwie wszystko tu przekonywało, by się stąd ulotnić.

Po prawej stronie stał ten typ łóżka, który wstawia się wyłącznie do mieszkań na wynajem: modernistyczny klocek w kolorze zgniłego orzecha, z drewnianego forniru. Tak niewygodny, że jedyny odpoczynek, do którego się nadawał, to ten wieczny. Nad nim znajdowało się "jednorazowe wyjście ewakuacyjne", jak nazywała je Paderska, czyli okno wychodzące z dziewiątego piętra na ulicę, Jezioro Maltańskie i park. Obok stało biurko z melaminowanej płyty wiórowej, w kolorze dębu. Na krótszej ścianie pokoju - szafa na ubrania i regał na książki. Tak tandetne, że musiały być kupione w jakiejś megapromocji.

Jedyny ekstrawagancki akcent kolorystyczny stanowiła lampka biurowa. Jej krwistoczerwony klosz wisiał nad przeźroczystym przybornikiem, którego zawartość świadczyła o niebywałej skrupulatności Wery w kolekcjonowaniu gadżetów firmowych.

W kwestii aktualnych warunków mieszkaniowych Diany to by było na tyle.

To właśnie tu, w mieszkaniu swojej kuzynki, spędziła ostatnie cztery dni, od środowego wieczoru. Nie licząc dwóch przesłuchań na komendzie policji oraz wieczornych spacerów po pobliskim parku.

To pierwsze, o dziwo, wciąż w charakterze świadka, a więc kogoś, kogo prokuratura i policja oficjalnie nie uważają za podejrzanego.

To drugie pozwalało Dianie uniknąć konfrontacji z mężem Wery. Niezależnie bowiem od tego, czy popełniła jakieś wykroczenie, czy nie, podkomisarz Igor Sosnowski od lat powtarzał, że najchętniej zamknąłby ją w ramach prewencji.

Włóczenie się po parku stanowiło także rodzaj oczyszczającego rytuału. Podczas kolejnych spacerów Diana starała się wycisnąć z siebie do cna jakąś emocję, licząc, że gniew, niepokój, wstręt, wstyd i żal w końcu osiągną swój limit, po czym znikną.

Doświadczenia związane z Henrykiem Wagnerem i Damianem Bryzą udało się Paderskiej jako tako oswoić. Może dlatego, że w pewnym sensie stały się publiczne; setki, o ile nie tysiące osób wściekało się razem z nią. Za to emocje związane z Jakubem Langem opierały się łagodzącemu działaniu czasu i wyłącznie przybierały na sile.

We wczorajszym artykule opublikowanym przez "Puls Wielkopolski" Jakub wyraźnie starał się zmienić wizerunek Diany - dotychczas portretowanej jako ponura heroina, która wycięła bogatemu fetyszyście groteskowy urodzinowy dowcip, nagrywając go, otumaniając, a potem przez kilka dni więżąc. Wreszcie odegrała rolę jego wybawicielki, zapewniając sobie bezkarność. Jakub, zamiast na niej, skupiał się na innych ofiarach Wagnera. Tym samym budował pewnie podwaliny pod temat usiłowania zabójstwa Małgorzaty Lipskiej.

Z jednej strony Diana była mu za to wdzięczna, z drugiej obawiała się, że powodem, dla którego chce kontynuować ich znajomość, może być po prostu chęć wyciągnięcia od niej jakichś nowych informacji. W sprawie nastąpił bowiem impas.

Gdy Wagner usłyszał od prokuratora o istnieniu nagrań mogących posłużyć oskarżeniu go o usiłowanie gwałtu, biznesmen zaprzeczył, że Paderską w ogóle widział. Wszystko wskazywało więc na to, że o ile żadna ze stron nie wniesie pozwu z powództwa cywilnego, sprawa nie doczeka się ciągu dalszego. Jedyne wyroki, które zapadną, będą ferowane przez opinię publiczną i media. Te zaś równie gwałtownie, jak się pojawiły, zapewne znikną. Żaden inny towar we współczesnym społeczeństwie nie ma przecież tak wysokiej wartości rynkowej na początku i tak radykalnie nie traci jej do zera natychmiast po tym, gdy przestaje być świeży, nomen omen, jak news.

Paderska nie uważała tego za satysfakcjonujące pocieszenie. Nadal czuła się zraniona i upokorzona. Została przecież podwójnie wykorzystana: zarówno przez Wagnera, jak i kogoś, kto wrobił ją w tę całą historię.

Z zamyślenia wyrwał ją kolejny dzwonek.

Jakub zawsze dzwonił po dwa razy - jakby chciał podkreślić, że zależy mu na pilnym kontakcie.

Abstrahując od wszystkich powodów, dla których Diana od kilku dni ignorowała jego telefony i wiadomości, ten dzisiejszy był absolutnie niemożliwy do odparcia. Otóż było jej tak źle, że jeszcze gorzej byłoby jedynie wtedy, gdyby zaczęła się z kimś dzielić swoją słabością. A podczas rozmowy z Langem z pewnością nie udałoby jej się zatrzymać na ustach żałosnego wołania o pocieszenie.

W końcu dzwonek ucichł.

Diana natychmiast poczuła, jak jej ciało się rozluźnia, a sekundę później znów elektryzuje z obawy, że może właśnie się poddał i już nigdy więcej nie zadzwoni...

"Idiotka!"

I to tak wielka idiotka, że na dźwięk pięciotonowej melodii, oznajmiającej nadejście wiadomości, niemal się ucieszyła.

Wysunęła rękę po telefon i nakryła go dłonią.

Ok. Tym razem mu odpisze. Po prostu uspokoi go, że żyje. I tyle.

Tylko że... ani ostatnie połączenie, ani wiadomość nie pochodziły od Jakuba.

MASZ KREW POD DRZWIAMII jakiś list

 

 

17:05

2

Wszystko zaczęło się dziesięć lat temu, od tamtego ugryzienia. Momentu, w którym zacisnęła zęby, gdy gwałciciel brutalnie wepchnął się w jej usta.

Była przerażona. Nie mogła oddychać. Chciała jedynie, żeby przestał... Nie przeszło jej przez myśl, że za kilka minut będzie martwy. Że sama go zabije.

Do tamtej chwili nie uświadamiała sobie, jak wielką siłą dysponowało jej ciało - ciało drobnej, nastoletniej dziewczyny, którego każde włókno mięśniowe i uderzenie serca wypełniła wola przetrwania.

Pokonała go.

Pokonała, choć musiało minąć wiele czasu, zanim uwierzyła, że miała prawo zwyciężyć. Wtedy i za każdym razem, gdy znów się pojawiał. Wcielony w robotnika zaczepiającego ją na ulicy. W faceta przy barze dotykającego jej pośladków. W klienta podającego jej rękę z pogardliwym uśmieszkiem. W kierowcę zatrzymującego się, by zapytać, za ile mu obciągnie. W dziennikarza wyjmującego aparat, mimo że nie życzyła sobie żadnych zdjęć... On. On. On. Wcielony w każdego mężczyznę. Także w niego. W Edwarda Kolskiego.

Zamknęła oczy, udając, że śpi.

Dziesięć lat... Musiało minąć dziesięć lat, by w końcu była pewna. Pewna, że na zniszczenie podnoszącego się teraz z miejsca obok niej mężczyzny jest o każdy dzień zwłoki za późno; za późno o każdy uśmiech, który zamierzał pokazać podczas dzisiejszego przyjęcia, o każdą godzinę jego złudzeń.

Czekając, aż Edward wyjdzie z sypialni, ponownie wróciła myślami do tamtego dnia. Jesiennego wieczoru trzynastego października 2013 roku. Do zdarzenia, które zmieniło zarówno jego, jak i ją. Złączyło ich więzami krwi. Cudzej krwi.

Mimo upływu lat pamiętała tamten pokój, jakby budziła się w nim codziennie. Cały ten biało-różowy kicz o powierzchni dziewiętnastu metrów kwadratowych, udający sypialnię w stylu glamour, by osłonić sumienie Edwarda przed widokiem tego, czym naprawdę był. A był pułapką. Murowanym pudłem, z którego nie mógł się wydostać żaden krzyk. Scenografią stworzoną po to, by Kolskiemu łatwiej było udawać, że pozostawał dla niej tym, kim obiecał.

Tamtego dnia w pomieszczeniu pachniały jasnoróżowe piwonie.

Ilekroć przyjeżdżał, dawał jej bukiet. Rzadko jednak tak okazały jak tamtego dnia. Miała naiwną nadzieję, że to oznacza coś ważnego. Dobrego. Podekscytowana umieściła kwiaty w białym wazonie z dolomitu i ustawiła go na szklanym stoliku pod ścianą.

Przez moment znów wszystko wydało jej się bajkowo piękne... Pościel z białej satyny połyskiwała w świetle kryształowego żyrandola. Wiszące w miejscu zagłówka zwierciadło odbijało tapetę w pastelowe róże - budząc wspomnienie miejsca, w którym od dzieciństwa zapadała w sen. Gdy była dzieckiem, setki razy okłamywała matkę, mówiąc, że nie może spać, tylko po to, by położyć się obok niej. Potem w świetle nocnej lampki długo wpatrywała się w różany wzór na ścianie, w wyobraźni chowając się w gęstych pnączach dzikiego ogrodu. Tam mogła być sama. Mogła przypatrywać się innym, pozostając niewidoczną. I mogła czuć się bezpiecznie, bo ciernie broniły jej przed każdym, kto ją dostrzegł.

Wierzyła, że tak będzie tutaj, z nim... Aż do tamtego wieczoru.

Zapamiętała go bardzo wyraźnie, choć w jej wspomnieniach brakowało krzyku. Wiedziała jednak, że musiał ponieść się po pokoju, alarmując Edwarda.

Najżywszym wspomnieniem był ból. Miała wrażenie, że razem z włosami, za które ciągnął, ugryziony mężczyzna odrywał jej skórę od czaszki. W końcu puścił, ciskając nią o podłogę. Później nastąpiła rozgrywająca się w bezczasie walka. Seria gorączkowych ruchów, wykonywanych jakby po omacku, by gwałciciel przestał ją bić.

Nie chciała go zabić. Nikt, kto się broni, tego nie chce. W samoobronie chodzi tylko o to, żeby przetrwać, przerwać atak i sprawić, by wróg zniknął. To tego chciała w momencie, gdy napastnik potknął się o jej nogę i przewrócił, uderzając skronią w marmurowy próg kominka. Czy to wtedy umarł? A może tylko stracił przytomność? Nie miała pojęcia. Podobnie jak nie wiedziała, jak długo uderzała potem w jego nieruchome ciało.

Siedziała na ugiętych nogach obok jego głowy i tłukła ją dębowym bierwionem wyciągniętym z kosza koło kominka. Wciąż bała się, że się obudzi. Brała więc kolejne zamachy i uderzała, aż z jego twarzy zostały tylko poszarpane płaty skóry, spod których tryskała krew podobna do ciepłej mgiełki.

Do dziś pamiętała zapach rdzy we włosach i posmak żelaza na war­gach.

Zabiła go. Bezpośrednio czy pośrednio, na skutek walki czy wypadku - zabiła.

Latami jednak czuła się inaczej. Tak jakby on nie tylko przeżył, ale stale jej towarzyszył. Jakby jego niebieskie oczy patrzyły na nią ze ścian, dłoń chwytała za gardło podczas snu, oddech rozlewał się na karku, ilekroć szła z wiatrem...

Edward chrząknął za ścianą. Włączył prysznic. Pod stopami zaskrzypiało akrylowe dno brodzika.

"Krew... Czy to może być krew?"

Jej zapach.

Znów go poczuła.

 

 

17:57

3

Krew pod drzwiami - tak to określił sąsiad Paderskiej z drugiego piętra. Już z perspektywy spocznika na półpiętrze Diana oceniła, że w słowach Bosego było sporo przesady.

Owszem, na posadzce widniała kałuża w odcieniu burgunda. Ciecz zdawała się wypływać na korytarz ze szpary pod drzwiami. Na spękanej, jasnobrązowej okleinie drewnianego skrzydła było też widać także liczne brunatne zacieki. W żółtym świetle okrągłego plafonu, oświetlającego ostatnie piętro secesyjnej kamienicy, zabrudzenia rzeczywiście nie różniły się kolorem od krwi. Tyle że równie dobrze mogły być śladami po winie czy kawie.

Diana zatrzymała się naprzeciwko wejścia. Ugięła prawe kolano i włożyła dłonie do kieszeni rozpiętego płaszcza, zajmując tym samym wygodną pozycję obserwacyjną. Powiodła wzrokiem po kilkudziesięciu bukietach, wśród których róże w barwach patriotycznych nieznacznie przewyższały liczebnością koktajlowe wiązanki w tonacji żółci, fioletów i czerwieni. Dostrzegła też co najmniej kilkanaście maskotek oraz szereg innych niezidentyfikowanych obiektów ukrytych w torebkach prezentowych lub owiniętych papierem ozdobnym. Do jej nozdrzy wyraźnie wdzierał się kwaśny zapach uryny. Wyczuła też olejki eteryczne, przełamane gorzkim aromatem więdnących kwiatów, do tego zapach tytoniu, gliceryny i fermentacji.

Konkluzja? Jedyną zbrodnią, której się tu dopuszczono, było nasikanie pod jej drzwiami.

Podniosła się, zrobiła dwa kroki w stronę drzwi i sięg­nęła po wsuniętą pomiędzy skrzydło a ościeżnicę kopertę. Przesyłka musiała się znaleźć tu później niż cały ten krwiopodobny bałagan, bo była czysta. Poza tym elegancka, cienka, z wykaligrafowanym odbiorcą.

Szanowna Pani

Diana Anna Paderska

Diana uniosła brwi z niemałym zdziwieniem - sama miałaby problem z przypomnieniem sobie drugiego imienia.

Niedbale rozerwała perłowy papier. W środku znajdowała się złożona na pół kartka. Tak biała, że niewiele dzieliło ją od jarzenia się jak świetlówka.

Droga Diano,

z podziwem śledzę Twoje dokonania.

Jestem przekonany, że nikt nie wykorzysta ich lepiej.

Z wyrazami szacunku i serdeczności

JJ

Choć wiadomość była zaskakująca, nic nie mogło równać się ze zdumieniem wywołanym przez kolejny papier w kopercie: druk akcydensowy opatrzony logotypem Bank of America. A ściślej rzecz ujmując: czek imienny wystawiony na nazwisko Paderskiej, podpisany czymś, co mogło pochodzić od każdych personaliów, bo prawie wszystkie litery podpisu wyglądały jak zapis z kardiomonitora. Poza tym na czeku zapisana była kwota, o której Diana mogła powiedzieć jedno: przy obecnych zarobkach musiałaby pracować na nią sto sześćdziesiąt lat.

Zaglądanie do koperty - podobnie jak wielokrotne oglądanie kartki z przodu i z tyłu - nic nie dało. Hojny nadawca listu pozostał nieznany. W końcu Paderska zdecydowanym krokiem zeszła na piętro drugie, gdzie energicznie zapukała do mieszkania sąsiada.

Cisza.

Diana uderzała zatem dalej przez dobrych kilkanaście sekund, aż drzwi się uchyliły i w szparze pojawił się Dawid Bosacki - miejski grajek imitujący Leonarda Cohena tak źle, że w końcu stało się to stylem. Równie znany z chronicznych problemów z trzeźwością.

- O... Dianka - zabrzmiał jego niski, chropowaty głos.

Paderskiej natychmiast przypomniał się Lange. Przed oczami stanęła jej przystojna twarz. Łagodne łuki brwi nadające oczom wyraz lekkiego rozbawienia skontrastowanego z głęboką blizną, pikującą od skroni, przecinającą lewą brew i sięgającą powieki. No i te zielone oczy... Krótki zarost... Kołnierzyk pachnący dobrym gustem...

"Szlag!"

Diana przełknęła ślinę. Przegoniła wspomnienie. Na miejscu Jakuba pojawiła się twarz przypominająca burgera w bułce.

Dawid mrugał w jej stronę czymś na kształt wrzutników do monet. Policzki miał zaróżowione, a usta tak suche, że przez bladoróżową powłokę przebijał żółty odcień skóry. A więc znów był na kacu. Oby tylko na kacu.

Miał na sobie biały T-shirt z logotypem napoju gazowanego o składzie podobnym do broni chemicznej. Czubki stóp w pomarańczowych klapkach z pianki kierował do środka. Ale to nawet nie one, lecz sprane czerwone bokserki w białe serca sytuowały jego atrakcyjność gdzieś pomiędzy wyciorem a Nissanem Micrą Wery z szybą otwieraną na korbkę.

- Ale ty przecież masz na sobie...

- Prawidłowe rozpoznanie, Bosy - wtrąciła, nie pozwalając mu dokończyć. - Za to ja nie dowierzam, że można wlewać w siebie tyle etanolu i jeszcze się w nim nie rozpuścić.

Bosacki ziewnął. Przetarł oczy chudymi pięściami, a potem zamrugał kilkukrotnie z taką żywotnością, jakby właśnie dokonał zaskakującego odkrycia, że można coś takiego robić z powiekami.

- Ale ty wyglą...

- Spałeś? - zapytała, znów wchodząc mu w słowo.

Odpowiedź była raczej oczywista. Jednak zamiast jej udzielić, Bosy poszybował wzrokiem w głąb dekoltu Diany.

Paderskiej natychmiast odechciało się pytać Bosackiego o cokolwiek. I to nie tylko z powodu tego spojrzenia, ale przede wszystkim dlatego, że senność sąsiada miała te same irytujące właściwości, co powolny krok kogoś, z kim idziesz pod rękę, a chcesz jak najszybciej odbębnić spacer.

- Przepraszam - rzuciła beznamiętnie. - Myślałam, że skoro napisałeś do mnie godzinę temu, to nie śpisz. - Zmrużyła oczy, posyłając sąsiadowi podejrzliwe spojrzenie. - Czego szukałeś na moim piętrze? - zapytała, choć to też było widoczne.

- Niczego - wymamrotał.

Paderska uniosła brew. Podniosła kopertę na wysokość wzroku sąsiada, drugą dłonią poprawiając osuwające się z ramienia uchwyty płóciennej torby.

Spojrzenie Bosego utkwiło w liście. I to utkwiło na zaskakująco długo.

- Halo! - zawołała Paderska, machając kopertą. - To ten list, o którym mi napisałeś!

Opuściła rękę, a Bosy wzrok.

- Tam jest...

- Tak - przerwała mu. - Tam jest wielka pomyłka.

- Masz na drugie Anna? - zapytał Bosacki, nie słuchając jej. Wyraźnie się ożywił. - Hej, jak moja matka! - zawołał, jakby była to nie tylko najbardziej zaskakująca, ale i najwyższej wagi rzecz na świecie.

- Pierwszy raz to widzisz?

Bosy przytaknął.

Diana przekrzywiła głowę na bok, przez chwilę przyglądając się rozmówcy nieobecnym wzrokiem.

- Zatem napisałeś mi wiadomość na czyjąś prośbę - wydedukowała. - Opcja pierwsza: Ksenia. Ale ona na pewno by go najpierw otworzyła. I za darmo by mi nie oddała. Opcja druga: nadawca, który chciał się upewnić, że wrócę po tę przesyłkę. - Wyprostowała głowę i kiwnęła na Bosego podbródkiem. - A więc kto?

Bosy podrapał się po bujnej czuprynie, jakby odpowiedź wymagała intensywnego zastanowienia.

- No to drugie - przyznał. Spojrzał na zabraną z głowy rękę, strzepnął palce, po czym skierował wzrok na sąsiadkę. - Gościu spotkał mnie na klatce i zapytał, czy nadal tu mieszkasz. Ale to nie było dzisiaj, tylko wczoraj po południu. - Uniósł barki, bezsilnie rozkładając przy tym ręce na boki. - Sorry. Naprawdę. Zapomniałem. Ostatnio wszystko mi się miesza. To przez tę policję. Ja...

- Nie interesuje mnie to - przerwała mu.

Ostatnim, czego teraz potrzebowała, było pół godziny czczych tłumaczeń. Wsypał ją - to był bezsporny fakt. Mogłaby być wściekła. Ale według niej Bosacki to był po prostu naiwny głupek - z tych drugich, całkiem fajnych głupków. Pewnie i tak już dostał za swoje, umierając ze strachu po groźbie Sosny, że ten go aresztuje.

- Przepraszam za tamto. Naprawdę...

- W porządku. Zapomnij. - Machnęła ręką. - Zamiast tego skup się i powiedz mi, kto to był?

- W sensie? - zapytał tępo.

Paderska spojrzała gdzieś w bok, nabierając tchu.

- Kto. Zostawił. Mi. Ten list? - powtórzyła cierpliwie.

Bosy wzruszył ramionami na znak braku pojęcia.

- Nie przedstawił się?

- Nie.

- A zapytałeś w ogóle? - podniosła głos, ale szybko zapanowała nad irytacją.

- Chyba nie... Do momentu, aż mi wręczył napiwek, to go, szczerze mówiąc, za bardzo nie słuchałem. Poza tym sądziłem, że skoro pytał o ciebie, to się znacie...

Paderska przewróciła oczami.

- Co dokładnie mówił? - zapytała szorstko.

Bosy długo zastanawiał się nad odpowiedzią, jakby próbował przypomnieć sobie coś, co miało miejsce nie kilkanaście godzin, ale kilkanaście lat temu.

- Powiedział... eee, że chciał ci zostawić list... Że w skrzynce już nie ma miejsca, no i że włoży go w drzwi. Stówę mi zostawił i poprosił, żebym cię, no... bezzwłocznie poinformował.

"Bezzwłocznie. Jezu, Bosy".

- Jak wyglądał?

- Jak Van Helsing.

- Van kto?

- Taki, eee... facet w płaszczu i kapeluszu. No... - Dawid ni stąd ni zowąd spurpurowiał. - Co poluje na wampiry...

- Słucham? - Diana znacząco skręciła głowę.

- To z filmu.

- Mm.

- Naszego wzrostu, może trochę wyższy. Włosy chyba związane w kitkę. Przez ten kapelusz nie widziałem dokładnie. Sorry, ja niezbyt...

- Młody?

- No... nie wiem. Na pewno dorosły. - Dawid wykrzywił twarz w nieodgadnionym grymasie. - I chyba miał coś z oczami.

- "Coś", czyli co? Okulary?

- Sorry, naprawdę, ale... Niedobrze mi. Muszę...

Diana nie czekała, by usłyszeć, co musiał. Demonstracyjnie odwróciła się w kierunku schodów i wróciła na górę. Po chwili namysłu - na wszelki wypadek, gdyby plama pod drzwiami była tym, czym oby nie była - zrezygnowała z wejścia do środka.