Bezwład - Jessica Barry

-
Proszę czekać

Alli­son

Oddy­chaj. Oddy­chaj.

Otwie­ram oczy. Nade mną gałę­zie. Przez chwilę gapi się na mnie stado pta­ków. Odla­tują.

Prze­ży­łam.

On może też.

Muszę spraw­dzić. Brnę boso przez szczątki.

Gdzie się podziały moje buty? Nie­ważne. Wszę­dzie kawałki powy­krę­ca­nego metalu. Jedno ze skrzy­deł utknęło mię­dzy kona­rami. Z gałęzi zwisa papier toa­le­towy. Kabina jak roz­cięta puszka, dwa rzędy foteli z kre­mo­wej skóry. Robię krok do przodu i zaglą­dam do środka.

Jest. Jego klatka pier­siowa opa­dła na wolant.

- Hej! - Mój głos mnie zaska­kuje. - Sły­szysz mnie?

Cisza. Syk sil­nika. Ben­zyna sączy się na trawę.

Szybko - do kabiny. Uwaga na ostre kra­wę­dzie. A on wciąż trzyma nadaj­nik radiowy. Kabel urwany. Trą­cam go ostroż­nie.

Ciało opada na ścianę kok­pitu.

Bra­kuje mu twa­rzy.

Muszę się stąd wydo­stać.

Wymio­tuję, potem sia­dam. Skup się.

Jakie są fakty? Jestem sama. Jestem w górach. Samo­lot, któ­rym lecia­łam, się roz­bił. Ciało mam obite i podra­pane. Na lewej nodze rana, w któ­rej wkrótce roz­wi­nie się zaka­że­nie, jeśli jej nie zde­zyn­fe­kuję. Zwich­nę­łam albo zła­ma­łam palec, bo podej­rza­nie szybko puch­nie. Wody i jedze­nia mam bar­dzo mało. Słońce jesz­cze jest wysoko, ale za kilka godzin zapad­nie zmrok, moje jedyne schro­nie­nie to powy­gi­nana sterta metalu, która w każ­dej chwili może wybuch­nąć.

Robi mi się nie­do­brze ze stra­chu. Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego chcia­ła­bym się poło­żyć na tra­wie i przy­mknąć te cięż­kie powieki. Zaczy­nam się zasta­na­wiać, jak to jest umrzeć. Czy ma się wtedy takie wra­że­nie spa­da­nia jak przy zasy­pia­niu? Czy będzie świa­tełko w tunelu, czy tylko ciem­ność?

Prze­stań.

Nie chcę umie­rać. Potrze­buję jakie­goś planu.

Musisz stąd ucie­kać.

Głos w mojej gło­wie jest natar­czywy, naglący.

Musi­szu­cie­kać­mu­si­szu­cie­kać­mu­si­szu­cie­kać.

Prze­żyć.

Moja torba. Na drze­wie. Ścią­gnąć ją. Zigno­ro­wać prze­szy­wa­jący ból w barku. Prze­trzą­sam rze­czy spa­ko­wane na week­en­dowy wypad do Chi­cago. Wyrzu­cam sukienki kok­taj­lowe, szpilki, deli­katne sta­niki i koron­kowe majtki. Strój na siłow­nię. Bogu dzięki. Przy­naj­mniej coś się przyda. Ścią­gam natych­miast baweł­nianą sukienkę, głupi sta­nik i majtki. Nie myśl o sinia­kach na udach. Nie myśl o ranach na bio­drach. Nie myśl o dziw­nie wygię­tym małym palcu i jego nie­po­ko­jąco sinym kolo­rze. Nie myśl o krwi na bia­łej sukience, na brzu­chu, na udach. Nie myśl. Ucie­kaj. Wcią­gam leg­ginsy do bie­ga­nia, spor­towy sta­nik, skar­pety, dar­mową koszulkę, którą dosta­łam na jakimś biegu ulicz­nym.

Tele­fon. Muszę zna­leźć moją komórkę. Gdzie się podziała? Roz­glą­dam się wokół. Ni­gdzie jej nie ma.

Ucie­kaj. Ucie­kaj. Fla­ko­nik dro­gich per­fum, szam­pon i odżywka, ole­jek do dema­ki­jażu, krem myjący i peeling, osobne mleczka do ciała, twa­rzy, rąk i pod oczy - wszystko to wyrzu­cam. Suszarka do wło­sów i lokówka - wyrzu­cam. Kable. Wyry­wam je i pakuję. Pusta butelka po toniku, skła­dane lusterko i podróżny spray do wło­sów. Mogą się przy­dać. Odkła­dam je na bok. Wyrzu­cam dez­odo­rant, zestaw do maki­jażu i szczotkę do wło­sów. Bal­sam do ust cho­wam do kie­szeni i zacią­gam zamek.

Cię­żar torby da się prze­żyć. Teraz jego walizka. Przez dziurę wystaje rękaw koszuli od Turn­bull&Asser. T-shirt. Bluza z Harvardu. Tę wkła­dam. Nie myśl o tym, że nim pach­nie. Boże, pach­nie zupeł­nie jak on.

Musisz ucie­kać.

Wycią­gam z jego walizki wypa­sioną wia­trówkę. Skar­pety. To tyle.

Co jesz­cze? Myśl. Te rze­czy pomogą ci prze­żyć.

Na niskiej gałęzi łopo­cze pokro­wiec na szybę samo­lotu. Zwi­nąć. Przy­wią­zać do torby. Apteczka utknęła za zgni­łym pniem. Pla­sti­kowe pudełko jest pęk­nięte, ale zawar­tość prze­trwała: jodyna, spi­ry­tus, ban­daże, nożyczki, środki prze­ciw­bó­lowe i prze­ciw­hi­sta­mi­nowe, pęseta, zestaw do szy­cia, taśma.

Sku­piam wzrok na kabi­nie. Moja komórka. Musisz tam wró­cić. W środku jest też jedze­nie. Woda. Bez tych rze­czy nie prze­żyję nawet dwóch dni. Z sil­nika wydo­bywa się dym, czarny, gęsty.

Wchodź. Wchodź.

Pla­sti­kowa torba. Dokład­nie tam, gdzie ją zosta­wi­łam - scho­wana za przed­nim miej­scem pasa­żera. Cztery bato­niki pro­te­inowe, torebka z orzesz­kami, nie­otwo­rzona nawet butelka z wodą. Puszka diet coke. Robi mi się słabo. Macam dło­nią po pod­ło­dze i natra­fiam na ostre odłamki szkła. Wycią­gam komórkę i spo­glą­dam na roz­trza­skany ekran. Pró­buję ją włą­czyć, ale pokryty paję­czyną pęk­nięć ekran jest upar­cie czarny. Zepsuta. Kur­wa­kur­wa­kurwa. I tak ją zabie­ram. Oczy mi łza­wią od dymu. Skup się. Skup. Się­gam za tylne sie­dze­nie. Koc, gruba taśma kle­jąca, lina. Znów się­gam. Cienki meta­lowy kształt zapal­niczki. Wszystko to tra­fia do torby. Świa­tło przy­gasa. Czas stąd ucie­kać.

Wychodź. Wychodź. Mój zwie­rzęcy instynkt dosłow­nie wrzesz­czy, ale chwila. Jaki jest plan? Prze­żyć. Wspi­nam się po wraku samo­lotu, uni­ka­jąc ostrych jak brzy­twa kra­wę­dzi. Sta­ram się nie myśleć o bólu w barku i zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy męż­czy­zny, któ­rego nie­dawno doty­ka­łam. Patrz. Pokryte śnie­giem wierz­chołki gór wbi­jają się w zabój­czo piękne, błę­kitne niebo. Poni­żej zie­lone wzgó­rza. Ich deli­katne fale zdo­bione drze­wami i usiane kwia­tami cią­gną się aż po hory­zont. Ani śladu czło­wieka, a nawet ścieżki. Zbo­cze jest strome, ale sto­sun­kowo równe, bez nagłych urwisk, które czają się na pozo­sta­łych stro­nach. A na dole, na dnie doliny widzę cienki pasek lustra. Woda. Plan. Ta ścieżka jest moim pla­nem.

Ucie­kaj. Ucie­kaj. Zeska­kuję z wraku.

Z powro­tem zarzu­cam torbę na ramiona i wrzesz­cząc z bólu, wsu­wam ręce w rączki, a długi pasek owią­zuję sobie wokół talii. Syk sil­nika ustał w końcu, ale wciąż się dymi. Oglą­dam się raz jesz­cze i widzę roz­rzu­cone szkło, kawałki pla­stiku i stertę moich rze­czy, które odrzu­ci­łam.

Nie zostało tu nic. Nic war­tego ura­to­wa­nia.

Słońce już zacho­dzi. Musisz ucie­kać.

Mag­gie

Był wcze­sny ranek, niebo miało jesz­cze odcień ciem­nego różu, nie zbla­dło do błę­kitu. W tle cicho brzę­czało radio, na bla­cie powoli stygł kubek kawy, a Bar­ney ocie­rał mi się o kostki, licząc na dru­gie śnia­da­nie. Deski pod­łogi skrzy­piały jak zawsze. Spoj­rza­łam na kartkę z prze­pi­sem, choć wła­ści­wie nie musia­łam. Od lat pie­kłam ten chleb i zna­łam prze­pis na pamięć, ale był spi­sany sil­nym, pew­nym pismem Char­lesa, lubi­łam więc spo­glą­dać na tę kartkę przy pracy. To po pro­stu nale­żało do mojego rytu­ału.

Cia­sto było cie­płe i mięk­kie, gdy odry­wa­łam je od dłoni i zagnia­ta­łam, czu­jąc, jak roz­ciąga się i gęst­nieje mi w pal­cach. Nie powin­nam wyra­biać cia­sta - pogar­sza­łam tylko w ten spo­sób artre­tyzm, który zagnieź­dził mi się w knyk­ciach po tych wszyst­kich latach pisa­nia na kla­wia­tu­rze. Mimo to co tydzień pie­kłam chleb, choć zwy­kle do piątku czer­stwiał mi i ple­śniał.

Ktoś zadzwo­nił do drzwi. Zigno­ro­wa­łam to. Jeśli teraz prze­stanę, chleb mi nie wyj­dzie, a poza tym na gło­wie mia­łam istne gniazdo i na­dal byłam w szla­froku i kap­ciach, które dosta­łam od Char­lesa sześć lat temu. Zresztą to pew­nie listo­nosz. Wsu­nie awizo pod drzwi i sobie pój­dzie.

Znów roz­legł się dzwo­nek. Wes­tchnę­łam i kuchenną ście­reczką wytar­łam mąkę z rąk. Kto­kol­wiek to jest - pomy­śla­łam - lepiej, żeby to było coś dobrego.

Kiedy otwo­rzy­łam drzwi i zoba­czy­łam Jima w poli­cyj­nym mun­du­rze, pomy­śla­łam, że pew­nie przy­szedł po to żaro­od­porne naczy­nie Lindy. Zosta­wiła je u mnie, gdy przy­nio­sła mi lasa­gne, a Linda zawsze pil­nuje swo­ich sprzę­tów kuchen­nych. Ale wystar­czyło, że spoj­rza­łam na jego twarz, a potem na to zde­ner­wo­wane chu­chro za nim, zapięte pod szyję i w ukroch­ma­lo­nych błę­ki­tach, i już wie­dzia­łam, że nie cho­dzi o żadne naczy­nie.

- Możemy wejść? - spy­tał Jim, zdej­mu­jąc kape­lusz i przy­ci­ska­jąc go sobie do serca.

Zna­li­śmy się z Jimem Quin­nem od szkoły śred­niej. Pamię­tam, jak trą­cał mnie obgry­zio­nym ołów­kiem w tył głowy, żebym mu pod­po­wia­dała na histo­rii Ame­ryki. Jim po pro­stu nie miał w zwy­czaju pytać mnie, czy może wejść do mojego domu. Nagle widzia­łam tylko ten jego mun­dur i lśniącą odznakę.

- Jim, co się dzieje? - Mój głos zabrzmiał zbyt gło­śno.

- Może sią­dziemy. - Wła­ści­wie nie było to pyta­nie. Zago­nił mnie do mojego domu. Za nim posłusz­nie drep­tała poli­cjantka. - To funk­cjo­na­riuszka Dra­per - powie­dział, wska­zu­jąc kobietę.

- Pro­szę mi mówić Shan­non - powie­działa tak cicho, że ledwo ją usły­sza­łam.

- Dzień dobry. - Odwró­ci­łam się z powro­tem do Jima. - A teraz powiedz mi, co się dzieje.

Jim wziął mnie za ramię i zapro­wa­dził do kuchen­nego stołu.

- Usiądź - rzekł deli­kat­nie, ale sta­now­czo posa­dził mnie na krze­śle, a potem usiadł naprze­ciwko. - Mag­gie, doszło do wypadku.

Serce mi zamarło.

- Linda? Nic jej nie jest? - Ale choć zada­łam te pyta­nia, i tak wie­dzia­łam, że tu nie cho­dzi o jego żonę.

Pokrę­cił głową.

- Lin­dzie nic nie jest.

Wie­dzia­łam. Po pro­stu wie­dzia­łam. To tego boi się każdy rodzic. Tego dnia, gdy ktoś zadzwoni albo zapuka do ich drzwi i w jed­nej chwili cały ich świat prze­sta­nie ist­nieć.

- Ally - powie­dzia­łam.

Ski­nął głową.

Patrzył na mnie tymi swo­imi załza­wio­nymi błę­kit­nymi oczami.

- Wypa­dek samo­lo­towy - odparł.

Świat zalała biel.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki