Bezwład - Grzegorz Kapla
44.00 zł
35.20 zł
(25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Czuła się szczęśliwa. Bezgranicznie szczęśliwa. Wyszła na balkon zrelaksowana i odprężona, bosa, w miękkim szlafroku. Niebo było nieskazitelnie niebieskie. Stanęła w świeżym śniegu, ale nie czuła zimna. Przecież to tylko chwila. Patrzyła na wąską wstęgę drogi między drzewami. I na siwe kolumny dymów, wysokie i wyprostowane, jak to na mrozie. Lubiła domy, w których ktoś palił w piecu. W takich domach ludzie siadywali przy stole razem. Ponad dymami i ponad czarną szczeciną lasu widziała majestatyczny śnieżny mur Tatr. Teraz zupełnie złoty w niskim słońcu. Czuła w sobie ciepło. Wciąż ją parzyło.
Nagle ten jasny obraz, który miała w głowie, zniknął. Coś musiało ją obudzić. Może wiatr szarpnął okiennicą? Może drzwi zaskrzypiały? Albo jakieś zwierzę. Ale skąd? Przecież nie lubili zwierząt. Są brudne i kłopotliwe. Roznoszą sierść i zarazki. Wszędzie robią kupy. Nie opuszczają klapy. Najgorsze są koty, bo drapią pazurami meble. I muszą mieć gdzieś kuwetę. Najlepiej, gdyby stała w piwnicy, lecz kogo stać na piwnicę w apartamentowcu? No tak, ale przecież nie była u siebie. Nie miała pojęcia, gdzie jest. Pewnie w jakimś domu z okiennicami, skoro słyszy to trzaskanie. Głowa bolała ją od leżenia na twardym. Gdyby tak rozetrzeć skronie, pewnie by coś pomogło. Ale niby jak mogłoby pomóc? Pod powiekami miała oślepiającą jasność. Nie rozumiała tego, bo kiedy udało jej się otworzyć oczy, ciemność wokół była nieprzenikniona. Oczy bolały ją od tego blasku, kiedy tylko próbowała zamykać powieki. Jakby od dwudziestu czterech godzin bez przerwy gapiła się w nieskończone szeregi zestawień w Excelu. Najgorsze są koty. Jeden kot w państwie całkowicie wystarcza.
Próbowała pokręcić głową, ale wszystko na nic. Nie mogła się poruszyć. Ani odrobinę.
Pomyśl o czymś przyjemnym - przypomniała sobie jego radę. Powtarzał tak przed każdym trudnym spotkaniem, które ich czekało. Negocjacje z Japończykami były najgorsze. Pomyśl o czymś przyjemnym.
Pomyślała o tym, jak się kochali. O tak, to było przyjemne. Lubiła duże łóżka, a to było naprawdę wielkie. Powiedział, że zmieściłoby się tam kilka par, a ona tylko się śmiała.
- Chciałbyś spróbować? - zapytała, ale on pokręcił głową.
Ucieszyła się. Nie chciała się nim dzielić.
Leżał całkiem nagi i patrzył na nią przez szklaną ścianę, która oddzielała pokój od łazienki. W pierwszej chwili wydało się to jej dosyć dziwne, bo tafla nie była zmatowiona nawet w miejscu, które oddzielało pokój od toalety. Pewnie to mogłoby kogoś podniecać, ale ona wolała zasunąć zasłonę. Nie... nie zrobi tego. Jest przecież nowoczesną dziewczyną, wolną od uprzedzeń i przesądów. I tych maminych, i kościelnych, i w ogóle wszelkich. Nie musi "układać sobie życia", zakładać białego welonu, wychowywać dzieci ani pozwalać, żeby ktokolwiek ustępował jej miejsca w drzwiach albo windzie. Mydliła piersi, ani przez chwilę nie patrząc w stronę mężczyzny, ale wiedziała bardzo dobrze, że ją obserwuje.
- Cudowna rzecz taka ściana ze szkła, prawda? - Mrugnęła do niego, kiedy wyszła spod prysznica.
Była całkiem mokra, owinięta w szlafrok, ale włączyli ogrzewanie w pokoju na całą moc i nie czuła chłodu.
- Będziemy mieć taką ścianę, jeśli zechcesz - mruknął i wyciągnął do niej rękę, a ona poddała się bez oporu, boczenia się, bez ociągania ani udawania, że się wstydzi. On przecież nie lubił o nic prosić. Czasami myślała, że zwyczajnie nie potrafi. Nie prosił. Czasami nawet nie pytał. Po prostu brał. Albo domagał się tego, co powinien dostać. I ludzie go słuchali. Wyobrażała sobie nawet, że jest w tym coś ponadnaturalnego, magicznego. Nie znała nikogo innego, komu uchodziłoby na sucho takie impertynenckie zadufanie w sobie. Musiał mieć na ludzi jakiś tajemny wpływ.
Teraz też nie musiał prosić. Pieściła go, a on zerkał co chwilę w telewizor. Nie musiała patrzeć, żeby o tym wiedzieć. Była cierpliwa. Wiedziała, że w końcu zamknie oczy, i wiedziała, kiedy to się stanie, bo już znała ten moment. Moment, w którym jego ciało nagle, w ułamku sekundy, staje się cieplejsze.
Znowu usłyszała coś z innego świata. Ze świata, skąd pochodził ból głowy i oślepiający blask pod powiekami. Może to okiennice trzaskają? Może to ktoś idzie po zamarzniętej ziemi? Może jest dzień, a może już naprawdę zapadła noc, a ona jest całkowicie zagubiona w jakimś lesie, obcym i pełnym potworów?
Pomyśl o czymś przyjemnym, zganiła w myślach samą siebie, o czymś naprawdę dobrym.
- Zobacz, co dla ciebie mam - dobiegło ją z pokoju i ucieszyła się, bo właśnie poczuła, że chłód chwycił ją za pięty i palce stóp.
Spojrzała jeszcze raz na Tatry i weszła do środka. Na łóżku leżał karton. Znała ten kształt z dziewczyńskich filmów. Tani chwyt, pomyślała, ale zawsze działa. W takich kartonach mężczyźni chowają sukienki dla swoich ukochanych. Tak właśnie pomyślała. Dla ukochanych, a nie dla kochanek.
- Naprawdę? Do końca życia? - prychnął. Wciąż był nagi, ale choć podniecenie minęło, podobał jej się. Był szczupły, a to właśnie sprawia, że mężczyzna zawsze wygląda młodo. Szczupły i pewny siebie.
- Naprawdę. - Usiadła na łóżku tak, że jej szlafrok się rozsunął, i mężczyzna westchnął.
- Koniec życia nie powinien nadchodzić tak szybko - powiedział. Śmiały mu się oczy.
Teraz jej oczy wcale się nie śmiały.
Piekły i bolały.
Miała zdrętwiały kark i nie rozumiała, dlaczego nie może się ruszyć. Dlaczego nie może poruszyć rękoma. Znowu ten hałas. Ból w przegubach dłoni. To musiało być jednak zwierzę, no bo co innego mogłoby ją tak nagle obudzić? Kot. Koty są najbardziej wredne ze wszystkich zwierząt świata. Pomyśl o czymś przyjemnym, powiedział, pomyśl o czymś przyjemnym.
Przypomniało jej się, jak opowiadał jej o tym miejscu. Podobno pamiętał je z dzieciństwa. Zobaczysz, mówił, będziesz zachwycona. Właśnie tam jest najlepszy widok na góry o wschodzie słońca, kiedy nie musisz robić nic, tylko z kubkiem kawy stanąć na tarasie. Albo nawet nie będziesz musiała wychodzić z łóżka. Wystarczy odsłonić okna.
Nie kłamał.
Wystarczyło odsłonić okna, ale ona i tak lubiła stać na balkonie bosymi stopami w śniegu. Stać tak, aż do bólu palców. Nie pamiętać o pracy, terminach, o tych okropnych rozmowach z matką. Nie myśleć o nim. Nie słyszeć, co do niej mówi. Ale czuć w środku, w sobie, jego ciepło.
A potem, później, szli korytarzem, który miał ściany ułożone w ostre, skłębione fale. Myślała, że to tapeta, ale kiedy dotknęła ściany, okazało się, że to prawdziwe fale. Że są uformowane z betonu. Jak on o tym powiedział? Jak to nazwał? Nie pamiętała. A sukienka była czarna. Lśniąca. Miała ją na sobie pod kurtką, kiedy schodzili na parking.
- Zmarznę.
- Nie zmarzniesz, bo poprosiłem, żeby włączyli nam ogrzewanie w samochodzie. Właśnie dlatego zostawiłem im kluczyki wczoraj wieczorem.
- Kiedy poprosiłeś?
- W czasie, gdy się przebierałaś. Nie zmarzniesz. Będzie cieplutko.
Teraz jednak marzła. Gdyby mogła się poruszyć, pewnie cała by drżała z zimna. Ale nie mogła. Ani na milimetr. Mogłaby na przykład zakląć, pomyślała, ale przecież mama przykładała wielką wagę do tego, by zachowywała się godnie i używała nienagannego języka. Nigdy nie unosiła głosu. Kiedy krzywdził ją za bardzo, po prostu płakała.
Ale nie przy ludziach. O nie. Nigdy.
- Spakuj kilka ciepłych rzeczy, pojedziemy w góry - powiedział wtedy.
Zdziwiła się. Nigdy przecież nie zabierał jej w miejsca, do których nie musiał pojechać służbowo. Mieli spotkać się w Krakowie z kimś ważnym z Bayera, a potem po prostu wracać.
- Załatwiłem to tak, że będziemy mieć kilka dni na słodkie lenistwo.
- Jak słodkie?
- Tak jak tylko potrafisz to sobie wyobrazić.
- Aż tak? - Przekrzywiła głowę jak mały kociak.
- Oczywiście. Zobaczysz piękne miejsce.
- Jak piękne?
- Tak piękne, że warte ryzyka.
- Stare? - Wiedziała, że lubi zabytkowe budowle. Może nie same budowle, ale to, że potrafi opowiadać o nich niestworzone historie. Lubował się w tych swoich opowiadaniach. W tym, że nikt lepiej od niego "nie rozumie języka architektury".
- Modernistyczne - wyjaśnił. - To...
- Jedziemy do Katowic oglądać Spodek? - weszła mu w słowo specjalnie, żeby wiedział, że pamięta, o czym jej mówił. Wiedziała, że to go połechce.
- Zapamiętałaś. - Uśmiechnął się. - Doskonale. Nie, nie do Katowic. W góry.
Nie powiedział, że będą mieli apartament ze szklaną ścianą między pokojem a łazienką.
Trzaski były coraz bliżej. Głowa zdawała się całkowicie bezwładna. Blask pod powiekami ustępował szarości. Udało jej się poruszyć głową, a może tylko jej się wydawało?
- Pomyśl o czymś przyjemnym. Jeśli o tym myślisz, przybliżasz moment spełnienia. Wiedziałaś o tym?
- O wizualizacji? - Była dumna, że zna właściwe określenia.
- Tak. - Uśmiechnął się.
- Wiedziałam. Przecież wiesz, że dużo czytam.
- Wiem. Oczytanie ma sens. Możesz być najpiękniejsza, ale jeśli jesteś głupia, nikogo sobie nie znajdziesz. W każdym razie nie na dłużej niż jeden wieczór. Wizualizacja też ma sens. Myśli potrafią się ziścić, ucieleśnić. Myślałaś kiedyś o tym?
- O tym, że słowo stało się ciałem? - Przyszło jej to do głowy w sposób jednoznaczny i oczywisty. Katolickie wychowanie.
- O! - mruknął z uznaniem. - Doskonale. Tak. Myśl potrafi stawać się ciałem. Ja na przykład często myślę o seksie.
- Ze mną? - zapytała.
- Tak. Oczywiście - powiedział bez cienia uśmiechu.
Pomyśl o czymś przyjemnym, powtarzała samej sobie. Ale tylko w myślach. Usta nie chciały się otwierać.
To było bardzo przyjemne. Leżeli nadzy. On spał, posapując lekko, a ona delikatnie głaskała go po brzuchu. Po tych sztywnych jasnych włosach poniżej. Sięgnęła po telefon i wyszukała w Messengerze profil swojej siostry. Nastawiła kamerę na tryb selfie i wcisnęła nagrywanie.
- To jestem ja - powiedziała - a to jest mój mężczyzna. Widzisz? Jest zupełnie prawdziwy. - Najpierw nagrała jego podbrzusze, potem szeroką pierś z gęstymi siwymi włosami, a na koniec jeszcze to, jak całuje go w policzek. - Zawsze po tym, kiedy mu to zrobię, śpi jak dziecko.
Roześmiała się cichutko i wyłączyła nagrywanie.
Włożyła tę sukienkę tydzień później.
Włóż tę sukienkę - napisał jej w esemesie. - Czeka Cię ważny dzień. Dzień niespodzianek jest właśnie dzisiaj.
Walczyła o niego dwa ostatnie lata. Nikt w NextProfile nie pracował więcej niż ona. A kontrakt z Japończykami właściwie wzięła na własne barki. To nie było proste. Długo nie pojmowali, dlaczego tak opornie układają się te spotkania.
- Może przejrzyj to - doradził jej. - Masz świeże spojrzenie, ja swoje studia skończyłem już dawno temu.
Wtedy jeszcze był po prostu szefem.
Przejrzała.
Papiery były w porządku. Na podpisaniu tej umowy obie strony zyskiwały, realizowały cele wpisane w swoje strategie rozwoju.
- Nie chodzi o treść kontraktu - powiedziała po pięciu dniach. - Jeśli w ogóle jest gdzieś błąd, tkwi w zupełnie innym miejscu.
- Tak sądzisz? - Wtedy po raz pierwszy spojrzał na nią nie tylko jak na asystentkę zarządu, ale też jak na prawniczkę. - Masz trzy dni - oznajmił. - Chcę wiedzieć, co myślisz.
Był piątek, ale sprawdziła w sieci godziny otwarcia bibliotek. Pojechała do Narodowej, wyrobiła sobie kartę i wypożyczyła kilka książek na temat japońskiej kultury, tradycji i współczesności.
We wtorek rano zapytał o jej pomysły. Była gotowa.
- Oni są inni - zaczęła. - A inne nie oznacza ani lepsze, ani gorsze. Oznacza po prostu inne. W Japonii wszystko jest inne. Inna religia, inna kuchnia, ale przede wszystkim inne są relacje między ludźmi. Między kobietą a mężczyzną, ojcem a synem, synem a matką, pracownikami a zarządzającymi, wspólnikami a tymi, którzy nie łączą znajomości z interesami. Kontakty między ludźmi są regulowane w ściśle sformalizowany sposób. To pewien kod. Trzeba się go nauczyć.
- Ciekawe. - Zdziwił się, że jej tok rozumowania poszedł w zupełnie innym kierunku. Daleko od cyfr, terminów i zobowiązań. - Naprawdę ciekawe. Czy sądzisz, że potrafiłabyś nauczyć się tego kodu?
- Tak, panie prezesie, ale lepiej, żeby to pan się go nauczył.
- Lepiej dla kogo?
- Dla wszystkich. Pozycja kobiety w japońskiej kulturze jest zupełnie inna niż w europejskiej. Nie sądzę, żeby Polka mogła być tam szczęśliwa. Nie sądzę, żeby oni byli zadowoleni, kiedy okaże się, że mają rozmawiać z kobietą. Jeśli mamy zagrać, trzeba grać ich kartami. Zgodnie z ich zasadami. Najlepiej będzie, jeśli to pan opanuje system kłaniania się i uśmiechania.
Westchnął i odchylił się w fotelu.
- Czy nie uważasz, że skoro oni szukają partnerów w Europie, to powinni poznać naszą kulturę?
- Otwierać drzwi kobietom i całować je w rękę? - Uśmiechnęła się. - Tak. To dobry plan. Ale uważam, że warto okazać szacunek tym, którym proponujemy wspólny interes. W tradycyjnej japońskiej firmie mężczyźni chadzają na przyjęcia bez kobiet. Bez żon - podkreśliła. - Spotykają tam inne kobiety, takie, które zawodowo trudnią się towarzyszeniem mężczyznom podczas takich imprez.
- Gejsze. - Uśmiechnął się z przekąsem. - Japońskie prostytutki.
- O ile wiem, nie są prostytutkami. Określeń z naszej kultury nie można jeden do jednego przykładać do japońskiej.
- W każdym razie chcesz powiedzieć, że niełatwo być tam żoną.
- Nie wiem. Nie znam żadnej Japonki. Wiem, że nie pytają swoich mężów o kwestie zawodowe. Nie pytają ich też o pieniądze. Po prostu dostają swoją część. Ale rozmawiać o pieniądzach z mężczyznami nie mają prawa. Ponieważ nasz kontrakt jest rozmową o pieniądzach, pan powinien wziąć tę część na siebie.
Milczał.
Zamknął oczy i milczał.
Czekała.
Nauczyła się cierpliwości już dawno temu. Kiedy jesteś młodszą siostrą, musisz nauczyć się czekać.
- No dobrze. Ja wezmę na siebie część, która przynależy do biznesowego partnera, a ty weźmiesz na siebie część, która przynależy do gejszy, zgoda?
Poczuła, że się czerwieni, ale nie spuściła wzroku.
- Żartowałem. Przygotujesz mnie do tych ukłonów i uśmiechów.
Przeczytała wszystko, co udało jej się znaleźć. Kto komu w jakiej kolejności powinien się ukłonić i na jaką wysokość ugiąć kark. Wiceprezes ugina o centymetr niżej niż prezes. Inaczej kłaniasz się ojcu, inaczej dyrektorowi, a zupełnie inaczej instruktorowi tenisa. Są sytuacje, w których możesz podnieść na kogoś wzrok, i są takie, kiedy jest to absolutnie niedopuszczalne. Dowiedziała się, że nie wolno wyciągać ręki na powitanie, że nie mówi się nikomu na "ty", ale trzeba używać formy san, czyli "pan". I przede wszystkim, że nie należy spieszyć się z finalizowaniem celu wizyty. Japończycy są bardzo tolerancyjni i potrafią wszystko, albo bardzo wiele, wybaczyć turyście w taki sam sposób, w jaki można wybaczyć dziecku, ale w interesach obowiązują inne zasady. Gajdzin, który chce prowadzić z nimi interesy, zostanie uznany za niepoważnego, jeśli tych zasad nie zrozumie.
Poczuła ból. Ukłuł ją w sam środek czaszki. Tylko na jedną chwilę, ale wystarczyło, żeby wspomnienia rozsypały się jak rozbite lustro. Pozostał tylko ten oślepiający blask. I hałas. Jakby czołg jechał po zamarzniętym jeziorze, krusząc zwały lodu. Nie potrafiła zrozumieć, co to za dźwięk. Poczuła na twarzy coś obcego.
Sprawdzić, muszę coś sprawdzić. Zrozumiała, że trzeba otworzyć oczy.
- Pomyśl o czymś przyjemnym - usłyszała jego głos.
Doszło do niej wtedy, że ostatni raz, kiedy była szczęśliwa, w jej mieście padał śnieg z deszczem, ale to nic nie szkodzi, jeśli masz samochód w garażu.
Włóż tę sukienkę - napisał jej w esemesie.
To dzisiaj. Jechała w najlepszej sukience, jaką kiedykolwiek miała. Właściwie to był pierwszy raz, bo przecież samego przymierzania nie można zaliczyć do żadnego z "wyjść". Dzisiaj to co innego. Dzisiaj było firmowe święto. Podpisali japoński kontrakt. Wolałaby świętować w jakimś lokalu, ale nie można mieć wszystkiego.
Powiedział, żeby była gotowa. O tak, ciężko harowała na sukces. Poświęciła pracy niemal cały swój czas. Dwa ostatnie lata żyła tylko firmą. Niedawno to się zmieniło, ale nie potrafiła myśleć o swoim związku jak o szczeblu w karierze. Zakochała się. Zakochała się w tym, jakim był człowiekiem. W tym, z jakim szacunkiem odnosił się do ludzi. Nie do ludzi ze swojej sfery, ale do wszystkich. Do dziewcząt w recepcji, które zarabiały jedną dwunastą jego pensji. Do tej ukraińskiej kobiety, którą spotykali na schodach, kiedy wychodzili przed północą zmęczeni dyskusjami o japońskiej kulturze, ale szczęśliwi ze scenariusza, który wspólnie napisali. Myła schody. A on zatrzymywał się, żeby wymienić kilka słów, pytał o dziecko, o to, czy udało jej się znaleźć mieszkanie gdzieś bliżej, czy wciąż jeździ aż z Tarchomina. Wiedział sporo o ludziach, na których inni nie zwracali uwagi. Pamiętał ich sprawy.
Poza tym podobało jej się, jaki jest bystry. I jaki szczupły. I jakie ma niebieskie oczy. Nie nosił okularów, co dla mężczyzny w jego wieku zmuszonego do czytania kilometrów cyfr dzień po dniu nie było wcale takie oczywiste.
Zakochała się tego wieczoru, kiedy trenowali ukłony.
- Poważny, musi być pan poważny, nie wolno pozwolić, żeby pomyśleli, że pan się śmieje choćby w duchu.
Zaproponował, żeby mówiła mu po imieniu.
- Nie wiem, czy to wypada.
- Kłaniam ci się od trzech kwadransów, a ty masz jeszcze jakieś wątpliwości?
Wtedy całowali się pierwszy raz. I tamtej nocy po raz pierwszy pojechali do niego. Miał w domu całe mnóstwo obrazów. Nawet w łazience. Oryginały. Stała całkiem naga przed monochromatycznym, niebieskim obrazem Dwurnika, wypatrując w plątaninie ulic, uliczek, placów i domów znajomych miejsc. Wszystko było niebieskie. Samochody i ludzie. Nawet pies.
- Jakby zatopione w bryle lodu - powiedziała, a on delikatnie dmuchnął jej w kark.
Miał gorący oddech. Jak to możliwe, że wciąż nie mieli dość? Kochali się na stojąco. Wszedł w nią od tyłu, a ona oparła ręce na płótnie. Uginało się pod naciskiem. Nie wiedziała, że obrazy mogą być takie wielkie i że można ich dotykać całkiem bezkarnie.
Miesiąc później stała przed zarządem w swojej krótkiej czarnej sukience i nie rozumiała niczego z tego, co do niej mówili.
Potem poprosili, żeby oddała tablet, komputer, telefon i kluczyki do służbowego auta. Dostała kopertę.
- To nie jest złe rozwiązanie - usłyszała od pani wiceprezes, niskiej, otyłej kobiety pobłyskującej długimi kolczykami, które wydawały się zbyt wyzywające w uszach szanowanej bizneswoman.
Co za słowo. Bizneswoman. Stara krowa. A ty? Dlaczego milczysz? Powiedz im, że to ja, że my, że zrobiliśmy ten kontrakt wspólnie. Powiedz, kto ci wskazał drogę. Powiedz im, proszę cię, przecież znasz prawdę.
Pan prezes milczał. Ona też nie powiedziała na głos ani jednego słowa.
Oddała smartfon i tablet, który trzymała w torebce. No i klucze do forda. Lubiła w nim to, że po wciśnięciu guzika szyba rozmarza całkiem sama. Bez wysiłku. Nie musisz skrobać. Miała jechać do matki w sobotę. O rany, co teraz zrobi? Zobaczyła, że prezes sięga po jej smartfon i ściąga z niego żółtą obudowę. Chciała zaprotestować, przecież to jej własność. Ale tylko odwróciła się i wyszła. Po komputer poszła z panem Wojtkiem, informatykiem. Zapytał o kody dostępu.
- Nie podam ich panu. - Wpadła w panikę, bo będzie mógł przeczytać jej mejle i przejrzeć Facebooka.
- Poradzę sobie i tak, ale oszczędziłaby mi pani kilku godzin pracy, proszę być rozsądną, przecież tak tu jest. Każdy z nas pracuje tylko do czasu, kiedy jest przydatny. Proszę się nie wygłupiać.
- Wykasuje pan moje konta?
- Nie mogę, ma pani w kontrakcie zastrzeżenie, że rezultaty pani pracy są własnością firmy.
- Ale ja mówię o prywatnych, proszę.
- Zrobię, co będę mógł.
Myślała gorączkowo, czy są tam jakieś kompromitujące materiały, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Czy mogę się wylogować z kilku portali? - zapytała.
- Tak, oczywiście.
Pan Wojtek zrozumiał, że właśnie oszczędził sobie pracy.
Zrobiła to. A potem otwierała szufladę po szufladzie i wyciągnęła wszystko po kolei. Pomyślała, że właściwie nie chce zabierać stąd niczego, i dopiero wtedy zapłakała. Bezgłośnie. Łzy popłynęły jej po policzkach, kiedy pomyślała, że nie bardzo wie, co powinna powiedzieć mamie. Dobrze, że ojciec nie żyje. Nawrzeszczałby na nią tylko.
Taki wstyd.
Nie rozumiała, dlaczego zmusili ją do odejścia na własną prośbę. Nie rozumiała, dlaczego nawet się nie broniła. Nie powiedziała ani słowa.
To on powinien mówić.
Powinien był jej bronić.
Szła do windy, kiedy pan Wojtek położył jej rękę na ramieniu.
Musiał biec za nią korytarzem, bo był spocony. Przy jego tuszy to pewnie nie było łatwe.
- Przepraszam - powiedział. - Jeszcze badge.
- Proszę? - nie zrozumiała.
- Identyfikator. Jest zakodowany, pozwala wejść do budynku o każdej porze dnia i nocy, nie może go pani ze sobą zabrać.
- Identyfikator? - spytała zdezorientowana.
- Ma go pani na szyi.
- A... tak, przepraszam.
Winda zatrzymała się bezgłośnie tuż za nią. Ostatni krok i zaczęła się otchłań.
Zjechała windą na parter, wyszła do lobby i skręciła w prawo, na parking. Wtedy zorientowała się, że zachowała się jak kompletna idiotka. Oddała kluczyki do samochodu, a przecież na tylnym siedzeniu została jej zimowa kurtka. Te kilka kroków z parkingu do drzwi przebiegała każdego dnia bez żadnego problemu. Mogłaby wrócić windą na górę, ale minęła już bramki. Nie miała identyfikatora. Mogłaby powiedzieć recepcjonistkom, że zostawiła identyfikator na górze, że ją znają, ale przecież to jakiś absurd. To absurd. Miała w kurtce klucze do mieszkania. Sięgnęła do torebki po telefon, ale nie było go w tej przegródce, w której zawsze go trzymała. Zrobiło jej się gorąco. Głupio i gorąco. Poczuła, że się poci. Przykucnęła i wysypała na podłogę zawartość torebki. Puder, szminka, podkład, szczotka do włosów, koperta, którą dostała przed półgodziną, notes... Notes to też był prezent od niego. Moleskin. Teraz może okazać się potrzebny, bo były tam przecież numery telefonów do innych firm handlujących lekarstwami, może ktoś da jej pracę? Ale jak? Z taką opinią, jaką miała w kopercie? Nie znalazła telefonu i z trudem zbierała myśli. No przecież musiała oddać telefon. Do nikogo nie zadzwoni.
Poczuła, że się czerwieni. Na policzkach i dekolcie. Sukienka miała odkryte ramiona. Rzeczy nie chciały dać się pozbierać z podłogi. Nie miała długich paznokci, nigdy ich nie lubiła, a teraz byłyby jak znalazł. Mogłaby zebrać wizytówki. Przeorać mu twarz za to, jak ją oszukał. Gdyby szepnął jedno słowo, nie przyszłaby tutaj jak idiotka w wieczorowej sukience. Musi wziąć się w garść.
Podeszła do recepcji i poprosiła o połączenie.
- Z kim chciałaby pani porozmawiać?
Podała nazwę firmy i nazwisko prezesa.
- Czy zna pani numer?
- Nie, nie znam. Wszystkie numery były zapisane w smartfonie. - Poczuła, jak łzy zbierają się w kącikach oczu. - Gdybym miała telefon, nie prosiłabym pani o pomoc.
Recepcjonistka pokręciła głową.
Sprawdziła w komputerze numer i sięgnęła po telefon.
- Dzień dobry, mam tu taką sprawę... jak się pani nazywa? - Zakryła słuchawkę dłonią. - Chciałaby rozmawiać z panem prezesem. Tak, tak, rozumiem. - Odłożyła słuchawkę. - Niestety pan prezes nie jest dostępny. Trwa pilna narada. Sama pani rozumie.
- Nie. - Rozpłakała się. - Nie rozumiem. Wyrzucili mnie tak, jak stoję. Odebrali mi przepustkę, telefon i klucze do samochodu. W samochodzie mam kurtkę, a w kurtce klucze do domu. Jeśli nie może mi pani pomóc, proszę zadzwonić po policję.
- No ale czego pani ode mnie oczekuje? Ja przecież mam swój zakres obowiązków. Zadzwoniłam i dostałam informację, że pan prezes nie może pani teraz przyjąć, a to oznacza, że ja nie mogę pani wpuścić.
- Proszę zadzwonić na policję.
- Ale z jakiego powodu?
- Chcę odzyskać swoją własność. Czy pani to rozumie?
- Jaką własność? - Recepcjonistka przewróciła oczyma.
- Moją kurtkę.
- Ale czy kurtka znajduje się w obiekcie? Przecież powiedziała pani, że jest w samochodzie.
- Tak, w samochodzie.
- A czy samochód należy do pani?
- Tak.
- To dlaczego nie pójdzie pani na parking i nie pojedzie do domu?
- Nie mam kluczyków. Kazali mi oddać kluczyki. Nie rozumie pani.
- Rozumiem. - Na jej szyi zaczęła pulsować żyłka. Dziewczyna zadzwoniła jeszcze raz. Cierpliwie wytłumaczyła, że chodzi o kluczyki, o kurtkę i że lepiej by było nie wzywać policji.
- Zaraz ktoś do pani zjedzie.
Po kwadransie zjawił się pan Wojtek. Poszli na parking. Otworzył forda i pozwolił jej zabrać kurtkę.
- Czy coś jeszcze? - zapytał.
- Nie. - Pokręciła głową. - Dziękuję.
- Przykro mi. Ja tu tylko pracuję.
- Dziękuję. Czy może mi pan powiedzieć, jak mam stąd pojechać do miasta? Nigdy nie jechałam tu tramwajem.
- Dokąd do miasta?
- Do centrum. Stamtąd już sobie poradzę.
Pomyśl o czymś przyjemnym - usłyszała w głowie znajomy głos. Coś było nie tak. Nie mogła ogarnąć tych dziwacznych wspomnień. Ani nie mogła się poruszyć. Ale teraz ból głowy stał się jeszcze bardziej wyraźny.
Jęknęła. Słyszała jakieś trzaski, a coś mokrego dotykało jej twarzy. Podniosła powieki. To był wielki szary cień. Pies. To pies! Zrozumiała. Obraz powoli się wyostrzył. Próbowała podnieść rękę, żeby potrzeć oczy, żeby zatrzymać ten psi język, ale ręka nie chciała słuchać.
- Fred... Co tam masz, Fred? - usłyszała jak przez mgłę.
Pies zaszczekał.
Echo w jej głowie stało się bardzo, bardzo bolesne.
Słyszała trzask łamiących się gałęzi i widziała niesamowity blask nieba. Już nie pod czaszką. Widziała go nad sobą, pomiędzy gałęziami bez liści i bez ptaków. Niebo zdawało się płonąć. Wytrzeszczyła oczy w chwili, kiedy dotarł do niej ból.
- Fred! Gdzie jesteś, Fredziu? Coś tam znalazł?
Mężczyzna pochylił się nad nią, kiedy jej oczy właśnie gasły.
Teraz
"Dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny. Daleko, wysoko, wśród manowców, w pokoiku, na wieży hangaru dla szybowców..."
Lubili tę pieśń Stachury. Oboje ją lubili. Jeden z wierszy z wystrzępionej i porozklejanej książki w okładce, która przypominała dżinsową kurtkę. Książki z tamtych czasów były bardzo nietrwałe.
Krzysiek zapisywał na marginesach gitarowe akordy, a potem próbował je grać. Ta pieśń wychodziła mu ciałkiem nieźle. Wiersz, który Stachura napisał, pijąc wódkę na szczycie Góry Szybowcowej nad Jelenią Górą. U stóp miał miasto rozświetlone nocą tak, jakby w Kotlinie schował się cały wszechświat.
Lubili tę pieśń za to wezwanie, żeby wszystko, co żyje, cieszyło się i rosło.
Kiedyś pojechali do Jeleniej Góry i namówili jakiegoś taksówkarza, żeby ich tam zawiózł. Ich i tę gitarę Krzyśka, którą wlekli ze sobą przez pół dnia. Zapłacili za taryfę kupę forsy. Ale też okazało się, że to jednak kawał drogi za miastem. Droga była wąziutka, dziurawa i miejscami stroma.
Było warto.
- Niech pan zaczeka dziesięć minut - poprosił Krzysiek i dał mu sto tysięcy. - Coś dorzucę, jeśli pan zaczeka.
Olga pobiegła na skraj łąki, za którą zaczynał się stromy zielony stok. Krzysiek wyciągnął gitarę z pokrowca i poszedł za nią w niebieskiej koszuli w kratę, z długimi jasnymi włosami.
- Jesteś wariat. - Śmiała się. - Po co tu przyjechaliśmy?
Autobus z Wrocławia wlókł się bez końca, ale w ogóle się tym nie przejmowali. Kiedy się całujesz, czas wcale nie boli.
A teraz wyciągnął gitarę z pokrowca i grał. Nie był wirtuozem, ale nie przeszkadzało jej to. Przecież Stachura też nim nie był.
Kiedy doszedł do słów: "I powiesz: miły, witaj mi, tęskniłam tysiąc nocy i dni. Niech żyje ziemia, niech żyje niebo. Będziemy razem żyć", zrozumiała, że tak właśnie będzie.
I zaczęła płakać.
Głupia sprawa. Nie mogła przestać. Pomyślała, że może jest w ciąży. Ale nie, no jak? Czas płynął. Taksówkarz palił papierosa oparty o brudnego fiata, a nad Śnieżką zbierały się chmury.
Powiedziała "tak", zanim jeszcze Krzysiek o cokolwiek zapytał.
Matka nie mogła zrozumieć. Jak to możliwe, żeby zakochać się na całe życie w wieku osiemnastu lat? Ale ona wiedziała. Nie podzieliło ich nawet to, że rzuciła psychologię i poszła do policji.
Jeździli w Tatry, kiedy tylko mieli wolne. Wjechali na Kasprowy. Widziała w oddali garbatą piramidę Krywania. "Krywaniu, Krywaniu wysoki, lecą, płyną spod ciebie potoki. Tak się leją moje łzy jak łone, hej, łzy moje, łzy niezapłacone". Śpiewał jej tę pieśń wprost do ucha, ale szeptem. Pamiętała ten szept i parę z jego ust. Było tak zimno, a jednak czuła, jak ją łaskocze. To dziwne, ale tamtego dnia miała pewność, że zapamięta ten moment, choćby podzieliły ich czas, zdrada, kłamstwo albo nawet śmierć.
Nie myliła się. Podzieliło ich to wszystko. Minęło tyle lat, a ona pamięta. Nie pamięta czasami jego twarzy, ale tamto tak...
Pierdolone świąteczne porządki. Zawsze zrobią człowiekowi sieczkę z mózgu.
Myślała, że wszystko już spakowane w papier, owinięte sznurkiem i upchnięte na wieki wieków tam, gdzie nie będzie musiała tego nigdy więcej wyciągać. Zapomniała. Niepotrzebnie zajrzała do tej szafy. Głęboka, wbudowana w ścianę. Za ubraniami miała wnękę. Były tam zepsuty odkurzacz, niebieska plastikowa skrzynka z grabkami, szpadelkami i plastikowymi zabawkami, które przestały być potrzebne. No i ten karton. Otake. Pudło po telewizorze. To był kolorowy telewizor. "Nie otake Polske żeśmy walczyli", przypomniał jej się stary żart, którego nie potrafiła zrozumieć. Krzysiek rozumiał. Tłumaczył jej wtedy wszystko. Ciągnął do kina na Gry uliczne i mówił, że tak trzeba. Że ten film jest tak zły, że aż wspaniały. Płakała, kiedy Redbad umierał z dziurą w brzuchu. Po latach przyjdzie jej do głowy, że to dlatego poszła do policji. Że nie może być jak reszta świata. Nie może po prostu iść dalej i nie patrzeć na krew.
Otworzyła ten karton i był tam radiomagnetofon. Nie mogła uwierzyć, że kiedyś ten kasprzak wystarczał im do szczęścia. Że czuli się dzięki niemu częścią świata. Że usłyszała na nim po raz pierwszy The Wall i Wish You Were Here. Magnetofon i ze sto kaset. Kabel poplamiony był farbą. Pewnie używali go jeszcze w czasie, gdy malowali razem ściany, pomyślała.
To musiało być wtedy.
Ściągnęła żółte gumowe rękawiczki.
Podłączyła kasprzaka do prądu. Radio zaskrzeczało.
Wróciła do szafy i wyciągnęła z kartonu pierwszą lepszą kasetę. Chemitex Stilon. C-90. Taśma magnetofonowa w kasecie. Żadnego opisu. Czerwona etykieta. Wsunęła kasetę do środka. No i usłyszała Stare Dobre Małżeństwo.
Wysłuchała Urodzin do samego końca. Następna była Z nim będziesz szczęśliwsza i Serbia rozpłakała się na całego.
Teraz, po dziewiątym czy dziesiątym przesłuchaniu Urodzin poszła wreszcie nalać sobie wódki. Jej matka byłaby zrozpaczona. Rok w rok powtarzała wszystkim, że w Wigilię Bożego Narodzenia nie wolno przecież jeść mięsa ani pić wódki.
- Chrystus umarł za ciebie, a ty nie możesz się powstrzymać od picia? - Matka rzucała serwetką i odwracała się ostentacyjnie od Olgi i ojca.
- Ależ, mamo, to przecież urodzinowa wódka jest - próbowała żartować Olga.
Matka nie nauczyła się śmiać z takich żartów do samej śmierci.
- Twoje zdrowie, mamo.
Wypiła setkę. I nalała sobie drugi kieliszek. Myszkowski znowu zaczynał śpiewać weselej. Serbia postawiła kieliszek na blacie i poszła wyłączyć magnetofon. Wyciągnęła z pudła inną kasetę. Najpierw gitarowy, akustyczny wstęp. Nie pamiętała, co to. Ale głos poznała. Childhood living is easy to do the things that you wanted - pociągnęła nosem - I bought them for you, graceless lady.
Zadzwoniłaby do matki, ale w niebie, w tym pieprzonym niebie tylko dla katolików, nie było przecież telefonów.
Wild Horses - śpiewał ze starej kasety Jagger - couldn't drag me away.
Założyła rękawiczki, wzięła z paczki świeżą żółtą ściereczkę i płyn w sprayu do czyszczenia drewna i poszła przetrzeć półki w pokoju Anki. Zastukała cichutko. Dwa razy. A potem trzy. Miały taki szyfr. Jeśli po dwóch razach nie usłyszała "nie wchodzić", to znaczyło, że Anka śpi. Albo że czeka na wieczorne czytanie. Olga stukała trzy razy, a wtedy Anka się śmiała.
Hi, hi, hi - usłyszała w głowie i nacisnęła klamkę.
Wszystko było jak wtedy.
Usiadła na brzegu łóżka. Pachniało kurzem. Stęchlizną. Skąd kurz w nieużywanym pomieszczeniu. Opuściła ręce bezradnie.
Faith has been broken - Jagger, śpiewał teraz ciszej, z drugiego pokoju, ale to jej zupełnie nie pomagało - tears must be cried.
Wypuściła szmatkę z ręki i sięgnęła po telefon. Wybrała numer byłego męża. Wigilia jest, to chyba może do niego zadzwonić z życzeniami?
Sygnał był. Poczuła, że robi się jej gorąco. Drugi, trzeci, czwarty... połączenie odrzucone.
Siedziała w milczeniu. Deszcz padał za oknem. Drzewa były czarne i śliskie. Szum miasta ledwo docierał przez te szyby. Potrójne zespolone szyby, mówiła pani z agencji nieruchomości, będą państwo zadowoleni. Niezwykła szczelność. Wieczysta gwarancja.
- Co to znaczy "wieczysta gwarancja"? - zapytała matka.
Kobieta z agencji powiedziała na to: że jak to co? Że do końca życia.
Piknięcie. Esemes.
"Znowu weszłaś do jej pokoju? Mówiłem ci, żebyś się przeprowadziła".
Tylko tyle.
Otworzyła okno. Kasprzak bezlitośnie napędzał fortepian na tle smyków. Prawdziwe smyki, nie żaden syntezator. Guns N' Roses za chwilę zaśpiewają November Rain. Miasto było ciche. Ale tramwaj wciąż jeździł. Ludzie musieli się przecież dostać na swoje cholerne choinkowe Wigilie.
- Popieprzyło mnie.
Zamknęła okno i ściągnęła rękawiczki.
Wzięła z biurka zdjęcie w drewnianej ramce. Anka z królikiem. Królik jest czarno-biały i miał być miniaturką, ale trochę wyrósł. Może Anka go przekarmiała?
Kiedy Serbia wyszła wtedy ze szpitala, królik leżał pod łóżkiem sztywny i wyschnięty. Pewnie był już tak głodny, że z rozpaczy zaczął gryźć wszystko co popadnie. Przegryzł kabel lampki. Zawsze zostawiali włączone światło w dziecięcym pokoju. Żeby było łatwiej trafić, mówiła. Zostawię włączone, mamo, żeby było łatwiej trafić.
Szkoda królika. Gdyby żył, nie zostałaby sierotą aż tak do samego końca.
Przetarła szmatką zdjęcie, choć wcale nie było brudne.
Anka na zdjęciu się śmiała. Brakowało jej górnej jedynki.
Powinna była coś zrobić z tym królikiem. A nie po prostu włożyć go do papierowej torebki i wyrzucić do zsypu. Powinna była coś powiedzieć. Wyjaśnić mu. Powiedzieć do tego miękkiego ucha, dlaczego nagle ktoś przestał go karmić. Taki królik pewnie wiedział, że czasem się nie wraca, ale przecież nie miał pojęcia, że nieraz bywa, że nie wraca się już nigdy.
Wyrzuciła go bez słowa. Potem uczyła się, jak poustawiać na nowo w korytarzu wszystkie ubłocone buty. I jak własną kurtkę na wieszaku powiesić tak, żeby nie widzieć innych płaszczy. Płaszczyk Anki został, choc wiedziała, że już nie będzie potrzebny. No i buty. Powinna była pojechać w najlepszych butach, ale skąd człowiek ma wiedzieć, które zabrać? Czyściła te jej buty, choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Jego buty też czyściła. Czekała, aż usłyszy kroki na schodach. Czekała, aż on przekręci klucz, i wtedy dopadnie go i opierdoli. Uderzy go w pierś pięściami.
- Dlaczego, kurwa, nie wracałeś, dlaczego musiałam sama tego królika nieść do zsypu?!
Odkąd opuściła szpital, nie pojawił się ani razu. Gdyby przyszedł, ucieszyłaby się, ale człowiek już ma taki charakter, że musi opierdolić, prawda?
Na przykład za sprzęgło.
- No kto, kurwa, tak puszcza sprzęgło?
Nie wrócił. Jego ulubiona kiełbasa zrobiła się zielona. Prawdziwa, dobra wiejska kiełbasa, nie z tych, co się robią śliskie i wilgotne.
Na szczęście wódka się nie zmarnowała. Wódka ma to do siebie, że się nie psuje. Nawet porzucona nie choruje na depresję.
Serbia otarła twarz tą samą szmatką, której miała użyć do mebli.
Żółta szmatka. Vileda.
Cholera, pomyślała, zaraz się całkiem rozkleję. Wtedy zadzwonił telefon.
- Przepraszam, że do ciebie zadzwoniłam, ale są święta i wiesz, znalazłam twoje...
- Przepraszam, dyżurny z tej strony - usłyszała obcy męski głos. - Pani podkomisarz, mamy zwłoki. Musi pani przyjechać.
- Mam dzisiaj wolne. - Jej głos stwardniał w ułamku sekundy.
- Rozumiem, ale to nie jest jedyne zabójstwo dzisiaj, wszyscy zajęci...
- Dupa tam zajęci, święta są, a ja nie mam rodziny - podniosła głos. - O to chodzi, tak?
- Nie... Wszyscy są zajęci.
- Nawet choinki nie mam. - Nie chciała, żeby wyczuł, że się ucieszyła. - Gdzie ten trup?
- Na Pradze. Pod Śląsko-Dąbrowskim.
- Przecież to nie mój rejon, to robi Szósta Komenda...
- No ale przełożony zadecydował, żeby ściągnąć panią. To jakieś dziwne zabójstwo jest.
- Co powiedział?
- Że dziwne. Nietypowe. To co? Operacyjni z Pragi przyjadą po panią.
- Odwołaj, sama pojadę. Nie piłam.
- Ja nie pytam. Wysłałem, powinni być już blisko.
Imagine there's no heaven - zaśpiewał Lennon - it's easy if you try.
- Nie spiesz się. - Położyła rękę na ramieniu młodego kierowcy. - I tak nie uciekniemy przed czasem.
- Ale kazali mi bez ociągania.
- Zwłoki nie ożyją od pisku opon. Święta ludzie mają. Kolędy chcą pośpiewać. Droga pusta.
Jeszcze na placu Wilsona niebo wydawało się jej szare. Ale ledwie opuścili wiadukt nad Dworcem Gdańskim i wyjechali na most nad Wisłą, było już ciemno. A może to przez te światła? Nagle zniknęły. Między Warszawą a Pragą wciąż ziała przepaść nie do zasypania.
- Co wiecie? - Pochyliła się, żeby zasznurować trapery. Lubiła grube podeszwy butów trekkingowych. Nigdy nie przestała myśleć o sobie jak o dziewczynie, która chodzi w góry.
- No trupa znaleźli. Kobietę.
- Człowiek, który ją znalazł, mówił, że była jeszcze ciepła - dodał ten drugi.
- Ale co: zastrzelona, zasztyletowana, zgwałcona i uduszona? Nie pytaliście?
- Sama pani zobaczy - powiedział ten drugi. - Już jesteśmy blisko.
Zjechali z mostu rampą, która ostro skręcała w prawo, w kierunku zoo. A potem wzdłuż Wisły. Przy przystani Aquatica zjechali z drogi na prawo, w stronę rzeki.
- Zatrzymaj! - rozkazała Serbia.
Otworzyła okno. Chłód wdarł się do środka w jednej chwili. Mokry. Śliski. Stęchły. Wigilia, kurwa jego mać. Wyciągnęła z kieszeni latarkę i poświeciła dookoła. Zjazd blokował metalowy szlaban zamykany na kłódkę. Był odsunięty. Kłódki brakowało.
- Nie wiecie, kto otwierał?
- Nie, nikt na to nie zwrócił uwagi. Zjechaliśmy od razu na dół.
- Jedźmy.
Samochód potoczył się po błocie. Drzewa stały martwe i ciężkie. Deszcz padał. Było zimno. Wolałaby być tam, gdzie śnieg.
Kilkaset metrów dalej, za nieczynnym zimą plażowiskiem błyskała w deszczu niebieskimi światłami suka teczwórka, dalej karetka i z boku jakiś blokujący jej drogę cywilny SUV. Serbia otworzyła drzwi. W suce paliło się światło. W ambulansie nie, ale widać było przez przednią szybę, że kierowca i sanitariusz przeglądają internet. Kiedyś mówiło się, że to piloci myśliwców mają najbardziej niebieskie oczy świata. Dzisiaj mają je użytkownicy smartfonów.
Rozejrzała się. Po lewej nic, nie dobiegał jej nawet słaby szum ulicy. Drzewa i deszcz tłumiły go doskonale. Po prawej, w krzakach, dojrzała światło ręcznych reflektorów. Pewnie tam są wszyscy. Zapaliła latarkę i poszła.
Ręce przemarzły jej momentalnie. Powinna była kupić sobie rękawiczki. Powinna też mieć jakiś krem. Dobry krem, nie za tłusty, ale taki, żeby jej nie grabiała skóra. Dobrze, że wzięła buty trekkingowe, bo tu trzeba w błocie iść po krzakach, nie mają gdzie się te trupy znajdować! Nie mogłyby w jakimś hotelu, w lobby, ciepło, kawa, sernik...
Ominęła jakieś zwalone gnijące drzewo, czarne i śliskie. Wydało jej się dziwne, żywe. W świetle latarki sęki, z których odpadła już kora, zdawały się poruszać.
Stali dwa metry dalej. We trzech. No właściwie we dwóch. Trzeci, ten gruby, ciężko sapiąc, jakby miał wyzionąć ducha, gramolił się z kolan.
Za nim, na drugim brzegu Warszawa wyglądała jak sen. Nad rozświetlonym miastem zawisło ciemniejące niebo z nikłą strużką blasku. Smukłe wieże Marriotta, Pałacu Kultury, Złotej 44, InterConti i Cosmopolitana stały na tle czerwonej rany. Jakby ktoś rozciął skórę nieba żyletką, pomyślała... Nie, nie żyletką, skalpelem. Cięcie było precyzyjne i czyste.
- Dobry wieczór - przywitała się.
- Witam, pani porucznik - powiedział pewnym męskim głosem cień tego, który trzymał reflektor na trójnogu.
Puściła mu płazem porucznika.
Drugi, który stał obok, tylko się ukłonił. On też trzymał reflektor, tyle że ręczny.
- Zdjęcia zdążyłeś zrobić, młody?
Trąciła technika w ramię. Popatrzył tymi swoimi niebieskimi oczami. Choć teraz, w mroku, nie były za bardzo niebieskie, ale przecież dobrze je pamiętała.
- No... na bardzo dużej czułości i potem z fleszem. Ujdą.
- Cześć, Olga. - Gruby wreszcie się wyprostował. - A ty choinki nie ubierasz, przyjaciół nie spraszasz?
Otarł ręce o spodnie i zdjął rękawiczki. Rozejrzał się, jakby chciał je rzucić na ziemię, ale schował do kieszeni kurtki. Była pikowana, żółta, błyszcząca i oplatała go jak kokon.
- Ha, ha, ha - roześmiała się. - Co ty, gejem zostałeś?
- Weź się... - fuknął. - Jak zadzwonili z prokuratury, to już lepiłem pierogi. Wziąłem siostry auto. I kurtki nie miałem. Wcisnąłem się w to, co miała w samochodzie.
- A to teraz jeździsz białym SUV-em?
- No, emelem przyjechałem - potwierdził. - Swoim bym przecież tu nie wjechał. A ten, rozumiesz, ma taki system, że każde koło komputer prowadzi osobno i nigdy nie wpadasz w poślizg.
- Gdzie ty chcesz w ten poślizg wpadać? Pierwszy przyjechałeś?
- Nie. - Grzegorczyk wyczuł zmianę jej tonu. - Pierwsza była chyba karetka. Ale jak przyjechałem, radiowóz też już stał.
- Skąd wiesz, że karetka była pierwsza?
- Bo stała bliżej ciała. Poza tym to oni mi powiedzieli, że nie ma tu już nic do uratowania. Jechać chcieli, bo przecież nie są karawanem, ale nie wyjadą, dopóki im nie zrobimy miejsca. Prokurator, jak zadzwonił, to powiedział, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. No więc zaczęliśmy oględziny, bo już zmrok zapadał. Powiedziałem im, żeby dupy nie zawracali, jak skończę oględziny, to odjadę. Niech czekają.
- Ale jak ich wyminąłeś?
- Nie wyminąłem, dziewczyno, ja prosto spod mostu zjechałem - wyjaśnił nie bez dumy.
- Jak? Po schodach?
- Tam nie ma schodów, tylko wysoki krawężnik, ale co to dla emela?
- Dobrze, co z nią? - Serbia pomyślała, że skoro ona już tu jest, a prokurator jeszcze nie, to znaczy, że siedzi przy Wigilii, a jutro załatwi sprawę tak, żeby właśnie jej to przydzielili. Zrobiła dwa kroki w przód, reflektory pochyliły się tak, by oświetlić przestrzeń pod jej stopami. I dopiero teraz zobaczyła zwłoki. Najpierw oczy. Dziewczyna miała oczy szeroko otwarte. Światło latarki odbijało się w nich jak płomień. Była bardzo blada. Miała rude włosy, pewnie farbowane, świetna robota, żadnych odrostów, włosy wyglądały na prawdziwe, ale ten kolor... Pewnie sombre.
- No wiesz, kłopot mam. - Grzegorczyk poczekał, aż Serbia się napatrzy. - Nie powiem ci.
- Jak to? Nic mi nie powiesz?
- Powiem ci, że umarła półtorej godziny temu.
- Skąd wiesz?
- Od świadka. Kiedy ją znalazł, jak twierdzi, jeszcze oddychała.
- Powiedziała coś?
- Nie jest pewien. Może tak, może nie, może mu się zdawało.
- Co to za odpowiedź?
Grzegorczyk wzruszył ramionami.
Serbia pochyliła się nad dziewczyną. Denatka miała na sobie czarną wieczorową sukienkę. To musiał być dobry materiał, bo nawet teraz, przemoczony i brudny, układał się dobrze na piersiach i brzuchu. Jaki ona ma piękny brzuch. Ramiona odkryte, bardzo blade. Widać na nich niebieskie żyłki.
Sukienka nie była podciągnięta do majtek, nogi nie były rozrzucone. Wyglądała, jakby się tu położyła i zasnęła. Ale nie spała. Miała wytrzeszczone oczy. I otwarte żyły. To nie był skalpel. To nie było gładkie cięcie.
- Co powiesz o tym?
- No to jest właśnie dziwne. - Grzegorczyk zaczął opukiwać sobie piersi. Zapomniał, biedak, że ma na sobie kurtkę swojej siostry. Pewnie nie paliła.
- Żyły są podcięte jakimś nietypowym narzędziem. Poszarpane brzegi - oceniła.
- Użyto noża. Takiego do chleba, z ząbkami - wyjaśnił. - Jeśli sama sobie to zrobiła, to musiało być dość dramatyczne. Żyletką albo skalpelem jeden ruch i po robocie. Tnąc takim nożem, trzeba użyć więcej siły. Szarpie ranę. To zabawka dla bardzo zdeterminowanych samobójców.
- Ktoś jej to zrobił?
- Krew wsiąkła w ziemię tutaj. Teraz, po ciemku, już nie zobaczysz, deszcz wszystko zmywa, ale kiedy przyjechałem, jeszcze były widoczne.
- Skąd wiesz, że to nóż do chleba?
- Leżał po drugiej stronie ciała, odciski palców pewnie też będą jej.
- Skąd wiesz?
- Bo ma pokrwawione dłonie i rękojeść noża jest umazana krwią. Może teraz mniej, bo pada coraz mocniej, wszystko nam się, kurwa, rozpłynie. Nóż zabezpieczony, zanim się wszystko zmyło.
- Zuch.
- To nie ja, to młody.
- Zuch młody - powiedziała głośniej, na wypadek gdyby nie słyszał. Ale pewnie słyszał, bo co miał nie słyszeć, skoro nawet wiatr jakby zelżał. Tylko ten deszcz.
- Nie powiedziałeś mi, czy ktoś jej to zrobił.
- Nie wiem. Szczerze ci powiem, nie wiem. Niepokoi mnie ten nóż tylko. Jakby miała w ręku żyletkę, uznałbym, że sama to sobie zrobiła. Ale taki nóż? Pomyśl: kto się tnie takim nożem?
- Ktoś, kto nie ma w domu żyletki ani skalpela.
- Może masz rację. Ale jest jeszcze coś dziwnego.
- Co masz na myśli?
- Jakby kobieta się wcale nie poruszała. Nie wygniotła tych krzaków, nie narobiła śladów. Nie ciskała się, nie panikowała.
- Przecież nie ma co liczyć na ślady w takim błocie.
- Jak przyjechałem, jeszcze tak bardzo nie lało. Nie wygniotła nic, mówię ci. Bez ruchu leżała.
- No i co?
- No i to, że zimno jest. Niewygodnie. Jak to możliwe, że się nie ruszała, nie pełzała, nie skręcała się z bólu?
- Pewnie wzięła wcześniej jakieś prochy.
- To by mogło trochę wyjaśnić. No dobra, chłopaki, idźcie już. Światło mi zostaw, młody. Masz wszystkie zdjęcia, rozumiem.
- No mam, zadowolony nie jestem, ale mam.
Grzegorczyk, posapując, ruszył poprzez kałuże, a policjant o mocnym głosie wyłączył reflektor i zaczął go zdejmować ze stojaka. Pomagali mu operacyjni. Wszyscy już przemarznięci. Jasne, że woleliby siedzieć przy choince niż przy zwłokach. Ale skoro tu są, to albo mają pecha, albo się sami zgłosili na świąteczny dyżur. Zmokłe psy.
Zupełnie jak ona.
- Widzieliście jakieś ślady na drodze? Musiała tu przecież którędyś przyjść.
Milczeli.
- Pieszo raczej nie szła w tej sukience. Były jakieś ślady? Sama przyjechała? Ktoś ją przywiózł? Taksówka? Przecież jest w szpilkach, jak z jakiejś imprezy. W taką pogodę nie przyszłaby tu z tramwaju.
- No tak. Ślady. - Technik wreszcie zrozumiał. - Do dupy z tym, karetka wszystko rozjeździła, bo próbowali zawrócić.
- Kurwa - zaklęła ze złością.
- Nie ma się co na nich wściekać. Myśleli, że jadą ratować życie. Potem chcieli wracać, bo przecież mogą dostać wezwanie, a tu Wigilia, nie ma za dużo ambulansów na mieście. Ale całe szczęście, że zostali, to może jednak zawiozą ją Grzegorczykowi na pokoje.
- Oni sztywnych nie wożą. Trzeba zawołać znajomy karawan. - Westchnęła. Policja nie ma swoich karawanów. Korzysta z usług zewnętrznej firmy. Ale kiedy robisz w zabójstwach, w terrorze kryminalnym, znasz ludzi od takiej roboty. Pomyślała, że Charon, kierowca białego mercedesa vito, który przyjeżdża po zwłoki nad Wisłę, pewnie siedzi już z rodziną podczas kolacji. - Dobra, idź. A! Rękawiczki masz? Albo lepiej jeden z tych waszych worków foliowych na dowody.
- No mam.
- Dawaj. - Teraz ona poświeciła mu tak, żeby mógł zajrzeć do torby. Miał wszystko w przegródkach. Porządny chłopak. Mogłaby go polubić. - No leć już. Do domu leć.
- Nie mam samochodu, przyjechałem radiowozem.
- Grzegorczykowi powiedz, niech cię odwiezie.
- Wścieknie się, ja na Tarchominie...
- Nie pierdol, ucieszy się, że nie musi lepić pierogów. Wszyscy się ucieszą. Jadłbyś pierogi zrobione przez grabarza? No... a on to gorzej jak grabarz. Leć. I powiedz tym doktorom, żeby szli z noszami.
Poczekała, aż się oddali, rozerwała worek z grubej folii i położyła go na ziemi. Obok ciała. Przyklęknęła na jedno kolano i pochyliła się blisko, bardzo blisko.
Poświeciła dookoła głowy ofiary.
Dziewczyna miała piękne włosy. Za kilka dni w tej sukience byłaby królową balu.
- Mów do mnie - szepnęła.
Nic. Cisza.
- Mów do mnie. Ktoś to zrobił, prawda? Płakałaś, ale nikt nie usłyszał?
Poświeciła na twarz dziewczyny. Jej skóra w tym blasku była upiornie blada. Deszcz płynął po policzkach. Olga nie mogła zobaczyć jej łez. Ani strachu. Dziewczyna miała pełne, ładne usta, niewyskubane brwi. Zero makijażu. A jednak była w sukience.
- Dokąd szłaś, księżniczko? Dlaczego jesteś tu bez płaszcza, bez samochodu, z rękami pociętymi nożem do chleba? Dlaczego nie lepisz pierogów, choinki nie ubierasz? Kto ci to zrobił?
Obejrzała dokładnie ręce. Nic, ani śladu brudu pod paznokciami. Kolana czyste. Nie klęczała ani się nie czołgała. Czerwone szpilki. No a jak, jakie miałyby być. Pod podeszwami nic. Ani liścia, ani trawy, ani błota.
- Ktoś cię tu przyniósł, dziewczyno. Nie ma wątpliwości.
Wstała z kolan. Jedno miała czyste, a na drugim okropną mokrą plamę. Nawet się nie spostrzegła, kiedy klęknęła na oba.
Poszła w stronę samochodów. Kiedy była tuż przed nimi, drzwi suki otworzyły się i młody policjant zapytał, jak długo jeszcze mają trzymać świadka, bo Wigilia i w ogóle.
- Pogada z nim pani czy ma czekać na prokuratora?
- Co, prokurator się jednak pofatyguje osobiście? - spytała zdziwiona.
- No, ten Bystroń, ambitny jest. Dzwonił. Ale jest gdzieś u rodziny na Podlasiu, zanim dojedzie, to nam się świadek pochoruje.
- Tak, tak, pogadam z nim.
Weszła do auta.
- Dobry wieczór, bardzo pana przepraszam, to wyjątkowa sytuacja...
- Nie kłopocz się, dziecko. - Uśmiechnął się. - Ja nikogo nie mam. Rozumiesz? Nikt na mnie nie czeka. Z panami nie porozmawiałem, bo zajęci, coś tam w telefonach mają ciekawego. Ale posiedzieć z kimś innym niż Fred też jest miło. Pączka w każdym razie dostałem.
- Ja też nikogo nie mam - powiedziała. - Rozumiem.
- Jak to nie masz? Taka piękna kobieta.
Zrobiło jej się cieplej.
- Olga - przedstawiła się. - Podkomisarz Olga Suszczyńska, ale mówią do mnie Serbia.
- To dlatego, że jesteś z policji?
- Nie rozumiem.
- Wiesz, co znaczy Serbia w tym mieście?
- Dla miejscowej gangsterki znaczy, że nie jestem z miasta, tylko z Garwolina. Albo z Pułtuska. Albo z Otwocka. Skądkolwiek. Z prowincji... Prawda, jestem z prowincji. Z zagranicy. Z Serbii.
- A... to nie wiedziałem. Kiedyś Serbia to był...
- Wiem, kobiecy oddział na Pawiaku. Ale nie wiem, czy dzisiaj bandyci to jeszcze pamiętają.
- Co mogę dla ciebie zrobić, dziecko?
- Proszę powiedzieć, co pan zobaczył.
- Niewiele, to był długi spacer jak dla nas. Wiesz, w moim wieku ludzie już raczej na wózkach jeżdżą albo siedzą przed telewizorem, ale my z Fredziem, widzi pani, to terier, on lubi pobiegać, przychodzimy tutaj codziennie. Na emeryturze człowiek ma czas na przyjemności. Więc spaceruję przynajmniej godzinę. Zawsze tędy. Codziennie, i dzisiaj też. Fred pobiegł w krzaki. Mnie nie było łatwo, bo ślisko, błoto, ale szczekał, skakał, podbiegał. Wiedziałem, że coś znalazł. No i mnie przyprowadził do tej dziewczyny. Lizał ją po twarzy, wie pani, on tak robi, kiedy ktoś jest chory.
Uśmiechnęła się.
- Żyła, kiedy pan ją znalazł?
- Żyła, tak, tak... żyła. Nie ruszała się. Bardzo blada była. Krew jej pewnie całkiem wypłynęła z tych otwartych żył. Wiedziałem, że to agonia. Wie pani, ja pamiętam powstanie. Widziałem, jak ludzie umierają. Tego się nie zapomina. Ukląkłem przy niej, bo coś mówiła. Całkiem sobie zabrudziłem spodnie.
- I co? Co mówiła?
- "Pomyśl o czymś przyjemnym".
- Nie rozumiem.
- Tak powiedziała. Tak mi się zdaje, bo już gasła. Powiedziała: "Pomyśl o czymś przyjemnym".