Nieczęsto się zdarza, że autor opowiadania jest równocześnie jego bohaterem, a tak będzie właśnie w tym przypadku. Obiecuję jednak, że zamiast o dorosłym Grzegorzu, opowiem o niedorosłym Grzesiu. W tym celu wyjmuję z szafy prywatny wehikuł czasu (pudło ze zdjęciami) i cofam się w myślach o prawie czterdzieści lat.
Nad wejściem do szatni w mojej szkole wisiał napis: "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Prawdę mówiąc, gdybym umiał go odczytać, uciekłbym z lekcji już pierwszego dnia. Ale czytać nie umiałem. Napis był po prostu zbiorem tajemniczych literek - dowiedziałem się później, że tak naprawdę dotyczył nie szkoły, lecz wojny. Odczytała go nam nasza pani, pani Płonowska.
- Okropieństwo - wzdrygnął się Krzysiek Olechno. Miał doskonale okrągłą głowę i siedział ze mną w jednej ławce.
- Wojna czy szkoła? - zapytałem.
- Jedno i drugie.
W pełni się z nim zgadzałem. Co tydzień zapędzano nas do sali gimnastycznej na apele przeciwko wojnie, a ani razu nie zorganizowano apelu przeciwko szkole. Uważaliśmy to za niesprawiedliwe. Trzeba jednak przyznać, że pani Płonowska robiła wszystko, aby lekcje zaczęły nam się podobać.
Najbardziej lubiłem stać w kącie. Lubiłem też wycierać tablicę i chodzić do pani woźnej po kredę. Nie lubiłem za to czytać, pisać i liczyć.
Każdego dnia na pytanie mamy, co było w szkole, niezmiennie odpowiadałem: "Nic". Mamę trochę to niepokoiło. No bo ile można robić "nic", prawda? Na szczęście któregoś razu uspokoiłem ją informacją, że pani czytała nam "Świerszczyk". Takie pismo dla dzieci.
- Naprawdę? - ucieszyła się mama. - Czytałam je, gdy byłam mała.
Babcia zareagowała podobnie.
- Naprawdę? Czytałam "Świerszczyk" mojej chrześnicy tuż po wojnie.
Dziadek wprawdzie "Świerszczyka" nie czytał, ale jako wielbiciel przyrody i znany działkowiec opowiedział mi o zwyczajach świerszczy domowych.
Następnego dnia podzieliłem się zdobytą wiedzą z Krzyśkiem Olechno. Był pod dużym wrażeniem.
- Naprawdę? - kręcił okrągłą głową. - Samce grają na skrzypcach, żeby poderwać samice?
- Na skrzydłach, a nie na skrzypcach - sprostowałem niechętnie. Również wolałbym, aby były to skrzypce.
Krzysiek zamyślił się.
- A właściwie po co? - zapytał.
- Co po co?
- Po co je podrywają?
- Żeby mieć dzieci - wyjaśniłem.
Krzysiek skrzywił się. Widać było, że uważa świerszcze za głupie. Ja uważałem je za okrutne. Samice rodzą dzieci, a potem te dzieci dorastają i na pewno muszą iść do szkoły. Biedne maleństwa!
Od tamtego dnia minęło prawie czterdzieści lat. Wiele z nich spędziłem, mażąc zeszyty i ślęcząc nad podręcznikami. Każdego dnia na pytanie mamy, co było w szkole, odpowiadałem: "Nic" - a przecież umiem dzisiaj pisać, czytać i liczyć. Wiem też z lekcji przyrody, że małe świerszczyki nie chodzą do szkoły. A z lekcji polskiego, że w "Świerszczyku" są opowiadania, z których można się nieźle pośmiać.
Dzisiaj sam takie piszę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej