Bezsenność we dwoje - Sarah Dessen

-
Proszę czekać

jeden

Wszyst­kie maile zaczy­nały się iden­tycz­nie:

Hej, Auden!!

Ten dodat­kowy wykrzyk­nik dzia­łał mi na nerwy. Moja matka z pew­no­ścią zna­la­złaby na niego wiele okre­śleń: nie­po­trzebny, pre­ten­sjo­nalny, kwie­ci­sty. Dla mnie, tak jak i wszystko, co doty­czyło mojej maco­chy, Heidi, był po pro­stu iry­tu­jący.

Mam nadzieję, że miło spę­dzasz ostat­nie tygo­dnie szkoły. U nas wszystko w porządku! Zała­twiam ostat­nie sprawy przed naro­dzi­nami Two­jej sio­stry. Kopie ostat­nio jak sza­lona. Mam wra­że­nie, że ćwi­czy karate! Zaj­muję się doglą­da­niem sklepu (że tak powiem) i ostat­nimi popraw­kami w pokoju malut­kiej. Zde­cy­do­wa­łam się na róż i brąz. Wygląda to naprawdę super. Dołą­czam zdję­cie, abyś mogła sama oce­nić.

Twój tata jest jak zawsze zajęty, głów­nie pracą nad książką. Pew­nie czę­ściej będę się z nim widy­wać, kiedy mała przyj­dzie na świat i ja też będę zary­wać nocki!

Mam szczerą nadzieję, że prze­my­ślisz pomysł przy­jazdu do nas po zakoń­cze­niu szkoły. Byłoby naprawdę faj­nie. Lato oka­za­łoby się dla nas jesz­cze bar­dziej wyjąt­kowe! Przy­jeż­dżaj, kiedy chcesz. Zawsze jesteś u nas mile widziana!

Buziaki,

Heidi (i Twój tata, no i malutka!)

Zmę­czy­łam się samym czy­ta­niem. Czę­ściowo z powodu wszech­obec­nego w mailu tonu pod­eks­cy­to­wa­nia - mia­łam wra­że­nie, że ktoś wykrzy­kuje mi jego treść do ucha - ale była to także kwe­stia samej Heidi. Była taka... obca, pre­ten­sjo­nalna, kwie­ci­sta. I przede wszyst­kim iry­tu­jąca. I tak wła­śnie było od samego początku, czyli od czasu, kiedy w zeszłym roku zwią­zała się z moim tatą, zaszła z nim w ciążę i wyszła za niego za mąż.

Moja matka twier­dziła, że wcale jej to nie dziwi. Odkąd się roz­wie­dli, snuła przy­pusz­cze­nia, że nie minie dużo czasu, nim mój tata, jak to ujęła, "nawiąże bliż­szą zna­jo­mość z jakąś stu­dentką". Heidi miała dwa­dzie­ścia sześć lat, tyle samo co mama, kiedy uro­dziła mojego brata Hol­lisa (ja przy­szłam na świat dwa lata póź­niej), ale róż­niły się od sie­bie jak noc i dzień. Pod­czas gdy moja matka, wykła­dow­czyni uni­wer­sy­tecka sły­nąca z cię­tego dow­cipu, cie­szyła się sławą eks­pertki od roli kobiety w lite­ra­tu­rze rene­sansu, Heidi była... cóż, była po pro­stu Heidi. Jedną z tych kobiet, do któ­rych moc­nych stron należą nie­ustanne dba­nie o sie­bie (pedi­cure, mani­cure, pasemka), wie­dza na temat dobie­ra­nia fasonu butów do dłu­go­ści sukie­nek, no i wysy­ła­nie zde­cy­do­wa­nie zbyt wylew­nych maili do osób, które mają ją gdzieś.

Ich zaloty trwały krótko; do implan­ta­cji (jak to fachowo okre­śliła moja matka) doszło po zale­d­wie dwóch mie­sią­cach. I tak oto mój ojciec, dłu­go­letni mąż dr Vic­to­rii West i autor jed­nej dobrze przy­ję­tej powie­ści, obec­nie bar­dziej znany ze swo­ich mię­dzy­wy­dzia­ło­wych zatar­gów niż rodzą­cej się w bólach nowej publi­ka­cji, stał się po raz kolejny świeżo upie­czo­nym mężem i przy­szłym ojcem. jeśli dodać do tego nową posadę dzie­kana wydziału kre­atyw­nego pisa­nia w Wey­mar Col­lege, nie­wiel­kiej uczelni w poło­żo­nym nad morzem mia­steczku, wyglą­dało na to, że mój tata wie­dzie zupeł­nie nowe życie. I choć wiele razy mnie do sie­bie zapra­szali, wcale nie byłam pewna, czy chcę się dowie­dzieć, czy w tym jego nowym życiu jest dla mnie miej­sce.

Z dru­giego pokoju dobiegł mnie nagły wybuch śmie­chu i pobrzę­ki­wa­nie kie­lisz­ków. Moja matka zor­ga­ni­zo­wała kolejne spo­tka­nie absol­wen­tów - zawsze zaczy­nało się ono od ofi­cjal­nej kola­cji ("W naszej kul­tu­rze tak mało jest kul­tury" - to słowa mojej matki), a potem nie­uchron­nie prze­ra­dzało w gło­śne, okra­szone alko­ho­lem debaty na temat lite­ra­tury i teo­rii. Zer­k­nę­łam na zega­rek - wpół do jede­na­stej - a następ­nie dużym pal­cem u stopy otwo­rzy­łam drzwi swo­jego pokoju i zer­k­nę­łam w stronę miesz­czą­cej się na końcu dłu­giego kory­ta­rza kuchni. Mama sie­działa oczy­wi­ście u szczytu naszego wiel­kiego drew­nia­nego stołu, w jed­nej ręce trzy­ma­jąc kie­li­szek z czer­wo­nym winem. Wokół niej jak zawsze kłę­biła się grupka absol­wen­tów płci męskiej, wpa­trzo­nych w nią z uwiel­bie­niem, gdy tym­cza­sem ona nawi­jała, z tego, co udało mi się usły­szeć, na temat Mar­lowe'a i kul­tury kobiet.

To kolejna z dłu­giej listy fascy­nu­ją­cych sprzecz­no­ści w oso­bie mojej mamy. Była eks­pertką od kobie­cych postaci w lite­ra­tu­rze, ale w praw­dzi­wym życiu nie­szcze­gól­nie je lubiła. Czę­ściowo dla­tego, że tak wiele przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej po pro­stu jej zazdro­ściło: inte­li­gen­cji (prak­tycz­nie poziom Mensy), osią­gnięć nauko­wych (cztery książki, nie­zli­czona liczba arty­ku­łów, jedna kate­dra uni­wer­sy­tecka jej imie­nia) czy wyglądu (wysoka, kobiece krą­gło­ści, dłu­gie czarne włosy, które naj­czę­ściej nosiła roz­pusz­czone i w lek­kim nie­ła­dzie - to chyba jedyne, nad czym nie miała kon­troli). Głów­nie z tych powo­dów, ale nie tylko, dziew­czyny rzadko zja­wiały na jej spo­tka­niach, a nawet jeśli, to przy­cho­dziły raz i raczej nie wra­cały.

- Pani dok­tor - rzu­cił jeden ze stu­den­tów, typowy nie­chluj w taniej mary­narce, z szopą zanie­dba­nych wło­sów i w czar­nych oku­la­rach kujon­kach. - Koniecz­nie powinna pani roz­wi­nąć tę tezę w arty­kule. To naprawdę fascy­nu­jące!

Patrzy­łam, jak moja matka pociąga łyk wina i wyćwi­czo­nym do per­fek­cji ruchem odgar­nia do tyłu włosy.

- Och, Boże, nie! - odparła tym swoim niskim, chra­pli­wym gło­sem (brzmiała jak nało­gowa palaczka, choć nie wypa­liła w życiu ani jed­nego papie­rosa). - Obec­nie ledwo znaj­duję czas na pisa­nie książki, a za to aku­rat przy­naj­mniej mi płacą. O ile takie gro­sze można w ogóle uznać za hono­ra­rium.

I znowu śmiech. Moja matka uwiel­biała skar­żyć się na to, jak mało zara­bia na swo­ich książ­kach - nauko­wych, pro­mo­wa­nych przez wydaw­nic­twa uni­wer­sy­tec­kie - gdy tym­cza­sem na pisa­niu "bzdur­nych histo­rii dla kur domo­wych" (to jej słowa, nie moje) można się nie­źle obło­wić. W świe­cie mojej matki każdy powi­nien tasz­czyć na plażę dzieła zebrane Szek­spira, a na dokładkę jesz­cze kilka poema­tów epic­kich.

- Nie­mniej jed­nak to przedni pomysł - nie ustę­po­wał Oku­lar­nik. - Gdyby pani chciała, mógł­bym, eee... zostać jego współ­au­to­rem.

Zapa­dła cisza. Moja matka unio­sła głowę i kie­li­szek. Zmru­żyła oczy.

- Och - rze­kła. - To uro­cze z two­jej strony. Ale ja nie bawię się we współ­au­tor­stwo, z tego samego powodu, dla któ­rego nie szu­kam przy­ja­ciół ani nie wcho­dzę w związki w pracy. Jestem po pro­stu zbyt wielką ego­istką.

Nawet ze swo­jego odle­głego miej­sca widzia­łam, jak Oku­lar­nik prze­łyka gło­śno ślinę i z rumień­cem na twa­rzy sięga po butelkę z winem. Idiota, pomy­śla­łam, zamy­ka­jąc z powro­tem drzwi. Z moją matką nie­ła­two jest szybko nawią­zać więź, która mogłaby prze­ro­dzić się w coś głęb­szego. Coś wiem na ten temat.

Dzie­sięć minut póź­niej z butami pod pachą wyśli­zgnę­łam się tyl­nymi drzwiami i wsia­dłam do swo­jego auta. Jecha­łam nie­mal pustymi uli­cami, mija­jąc spo­kojne osie­dla i ciemne witryny skle­pów, aż dostrze­głam w oddali świa­tła bistra Ray's Diner. Nie­wiel­kie, z nad­mia­rem krzy­kli­wych neo­nów i zawsze nieco lep­kimi sto­li­kami, było to jedyne bistro w mie­ście otwarte przez całą dobę, trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku. Jako że cier­pia­łam na bez­sen­ność, więk­szość nocy spę­dza­łam tutaj, czy­ta­jąc albo ucząc się, i co godzinę dokła­da­jąc jakiś dro­biazg do swo­jego zamó­wie­nia. I tak w końcu nad­cho­dził świt.

Z bez­sen­no­ścią zma­ga­łam się od trzech lat, czyli od czasu, kiedy mał­żeń­stwo moich rodzi­ców zaczęło się roz­pa­dać. Nie powiem, że mnie to zasko­czyło: ich zwią­zek był burz­liwy, odkąd tylko się­ga­łam pamię­cią, acz­kol­wiek wcze­śniej pro­ble­mem były raczej kwe­stie służ­bowe niż pry­watne.

W mia­steczku uni­wer­sy­tec­kim zamiesz­kali zaraz po stu­diach, gdy mojemu tacie zapro­po­no­wano na uczelni asy­sten­turę. Udało mu się zna­leźć wydawcę dla swo­jej pierw­szej powie­ści zaty­tu­ło­wa­nej Kieł narwala, a mama była w ciąży z moim bra­tem i pró­bo­wała dokoń­czyć pisa­nie dok­to­ratu. Prze­skoczmy od razu w cza­sie o cztery lata do przodu, do moich naro­dzin, kiedy to tata uno­sił się na fali uzna­nia kry­ty­ków i komer­cyj­nego suk­cesu - lista best­sel­le­rów "New York Timesa", nomi­na­cja do Natio­nal Book Award - i kie­ro­wał uczel­nia­nym pro­gra­mem kre­atyw­nego pisa­nia, pod­czas gdy mama była, jak to lubiła dra­ma­tycz­nie opi­sy­wać, "zagu­biona na morzu pie­luch i zwąt­pie­nia we wła­sną war­tość". Dopiero kiedy poszłam do przed­szkola, mama z wiel­kim zapa­łem wró­ciła na uczel­nię, gdzie otrzy­mała posadę wykła­dowcy w nie­peł­nym wymia­rze godzin i pro­po­zy­cję publi­ka­cji pracy dok­tor­skiej. Z cza­sem stała się jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych wykła­dow­ców, otrzy­mała pełen etat i wysma­żyła drugą, a potem trze­cią książkę, gdy tymcza­sem mój ojciec ponie­kąd spo­czął na lau­rach. Twier­dził, że jest dumny z mamy, żar­to­wał sobie, że wła­ści­wie to ona zapew­nia rodzi­nie wikt i opie­ru­nek. Ale jakiś czas póź­niej mojej matce zapro­po­no­wano pre­sti­żową kate­drę fun­da­cyjną, tacie zaś wydawca podzię­ko­wał za współ­pracę. I wtedy zaczęło się robić naprawdę nie­cie­ka­wie.

Do kłótni docho­dziło zawsze w porze kola­cji. Wystar­czyło, że jedno wygło­siło jakąś mało zna­czącą uwagę, a dru­gie bły­ska­wicz­nie się obra­żało. Poja­wiało się małe spię­cie - ostre słowo, trza­śnię­cie pokrywką - potem wszystko jakby się uspo­ka­jało i można by sądzić, że sprawa roze­szła się po kościach... Ale tak nie było. O dzie­sią­tej albo jede­na­stej nagle wra­cali do tematu. Po jakimś cza­sie dotarło do mnie, że po pro­stu tłu­mili w sobie nega­tywne emo­cje, cze­ka­jąc, aż zasnę. Pew­nego wie­czoru zde­cy­do­wa­łam więc, że tego nie zro­bię. Zosta­wia­łam otwarte drzwi do swo­jego pokoju, nie gasi­łam świa­tła, odby­wa­łam osten­ta­cyjne wycieczki do łazienki, gdzie gło­śno myłam ręce. Przez jakiś czas to dzia­łało dosko­nale. Aż w końcu prze­stało i kłót­nie wró­ciły. Tyle że do tego czasu mój orga­nizm tak się już przy­zwy­czaił do bar­dzo póź­nego cho­dze­nia spać, że teraz, jak na iro­nię, sły­sza­łam każde słowo z ich roz­mów.

Zna­łam wiele osób, któ­rych rodzice się roz­stali, i każda z nich reago­wała na to w inny spo­sób: pełne zasko­cze­nie, doj­mu­jące roz­cza­ro­wa­nie, uczu­cie ulgi. Wspól­nym mia­now­ni­kiem tych nie­przy­jem­nych sytu­acji pozo­sta­wały szczere roz­mowy o tych uczu­ciach albo z oboj­giem rodzi­ców, albo naprze­mien­nie, ewen­tu­al­nie z psy­cho­lo­giem pod­czas tera­pii indy­wi­du­al­nej lub gru­po­wej. Moja rodzina, jak­żeby ina­czej, musiała i w tej kwe­stii oka­zać się wyjąt­kiem. Ow­szem, nade­szła w końcu ta "sia­daj-musimy-ci-o-czymś-powie­dzieć" chwila. Wia­do­mość o roz­wo­dzie została mi prze­ka­zana przez matkę, nad kuchen­nym sto­łem, pod­czas gdy wyglą­da­jący na zmę­czo­nego tata opie­rał się o pobli­ski blat.

- Twój ojciec i ja posta­no­wi­li­śmy się roz­stać - oświad­czyła spo­koj­nym, rze­czo­wym tonem, któ­rego uży­wała wobec swo­ich stu­den­tów, kiedy kry­ty­ko­wała ich pracę. - Z pew­no­ścią zgo­dzisz się, że to naj­lep­sze roz­wią­za­nie dla nas wszyst­kich.

Wcale nie byłam pewna, co czuję. Nie ulgę, nie dru­zgo­cące roz­cza­ro­wa­nie, ale na pewno też nie zasko­cze­nie. Ude­rzyło mnie wtedy, jak mała się poczu­łam w obli­czu tej sytu­acji. Jak dziecko. Było to doprawdy prze­dziwne uczu­cie. Jakby z dużym opóź­nie­niem oblała mnie nagła, potężna fala tęsk­noty za dzie­ciń­stwem.

Oczy­wi­ście, że swego czasu byłam dziec­kiem. Do momentu, kiedy przy­szłam na świat, mój brat - nie­mowlę z nie­ustanną kolką, nadak­tywny dwu­la­tek, "dziar­ski" (czy­taj: nie­moż­liwy) dzie­ciak - mocno dał rodzi­com w kość. Na­dal ich męczył, acz­kol­wiek teraz już z daleka, bo obec­nie włó­czył się po Euro­pie, przy­sy­ła­jąc spo­ra­dycz­nie maile z natchnio­nymi pomy­słami na to, co zrobi ze swoim dal­szym życiem. Towa­rzy­szyła temu zawsze prośba o pie­nią­dze, które miały pomóc mu te śmiałe plany zre­ali­zo­wać. Dzięki temu, że nie­ustan­nie poszu­ki­wał samego sie­bie za gra­nicą, Hol­lis stał się naszym wła­snym rodzin­nym arty­stą i nomadą w jed­nym. Rodzice mogli chwa­lić się zna­jo­mym, że ich syn pali papie­rosy i roz­my­śla nad sen­sem życia pod wieżą Eif­fla, a nie w jakiejś miej­sco­wej knajpce. Było to o wiele bar­dziej w ich stylu.

Jeśli Hol­lisa można nazwać wiecz­nym dużym dziec­kiem, to ja byłam jak stara malutka, która jako trzy­latka sie­działa przy stole pod­czas pro­wa­dzo­nych przez doro­słych dys­ku­sji o lite­ra­tu­rze i grzecz­nie kolo­ro­wała swoje ksią­żeczki. Która bar­dzo wcze­śnie nauczyła się sama wymy­ślać sobie zaję­cia i która od przed­szkola miała obse­sję na punk­cie szkoły i ocen, gdyż kwe­stie edu­ka­cyjne były jedy­nym, co zawsze zapew­niało jej uwagę rodzi­ców.

- Och, nic się nie stało - mawiała moja matka, kiedy któ­re­muś z jej gości wymsknęło się w mojej obec­no­ści słowo na "K..." albo coś rów­nie doro­słego. - Auden jest bar­dzo doj­rzała jak na swój wiek.

Bo byłam, bez względu na to, czy "ten wiek" ozna­czał lat cztery, czy sie­dem­na­ście. Pod­czas gdy Hol­lis wyma­gał nie­ustan­nej uwagi, mnie rodzice mogli zabrać dosłow­nie wszę­dzie: do fil­har­mo­nii, gale­rii sztuki, na uczel­niane kon­fe­ren­cje i spo­tka­nia komi­te­tów. Umia­łam zacho­wy­wać abso­lutną ciszę i zaj­mo­wać się sobą, sta­jąc się wręcz nie­wi­dzialna. Zamiast bawić się jak inne dzieci, zwy­kle zado­wa­la­łam się książ­kami, któ­rych mia­łam oczy­wi­ście pod dostat­kiem.

Z powodu takiego, a nie innego wycho­wa­nia nie­ła­two nawią­zy­wa­łam rela­cje z rówie­śni­kami. Nie rozu­mia­łam ich żywio­ło­wo­ści, ener­gii, krzy­kli­wo­ści, gdy obrzu­cali się podusz­kami albo ści­gali się na rowe­rach. Z jed­nej strony wyglą­dało to na fajną zabawę, z dru­giej tak bar­dzo róż­niło się od tego, do czego byłam przy­zwy­cza­jona, że w gło­wie mi się nie mie­ściło, bym kie­dy­kol­wiek mogła wziąć w niej udział. Zakła­da­jąc oczy­wi­ście, że otrzy­ma­ła­bym zapro­sze­nie, do czego prak­tycz­nie ni­gdy nie docho­dziło. Ci, co rzu­cali podusz­kami i jeź­dzili na rowe­rach, nie uczęsz­czali raczej do wysoce ambit­nych, sku­pio­nych na jak naj­lep­szych osią­gnię­ciach pry­wat­nych szkół pre­fe­ro­wa­nych przez moich rodzi­ców.

Na prze­strzeni ostat­nich czte­rech lat zmie­ni­łam szkołę trzy razy. Po zale­d­wie paru tygo­dniach nauki w liceum Jack­son High mama wypa­trzyła w moim pro­gra­mie naucza­nia angiel­skiego lite­rówkę oraz błąd gra­ma­tyczny i czym prę­dzej prze­nio­sła mnie do Per­kins Day, miej­sco­wej szkoły pry­wat­nej. Była mniej­sza i bar­dziej nasta­wiona na osią­gnię­cia naukowe, ale nie tak bar­dzo jak Kif­f­ney-Brown, szkoła spo­łeczna, do któ­rej prze­nio­słam się z kolei w trze­ciej kla­sie. Zało­żona została przez kilku eme­ry­to­wa­nych wykła­dow­ców, była eli­tarna - mak­sy­mal­nie setka uczniów - i miała powią­za­nia z miej­sco­wym uni­wer­sy­te­tem, dzięki czemu dawała moż­li­wość uczest­nic­twa w kur­sach na pozio­mie col­lege'u i gro­ma­dze­nia punk­tów przy­dat­nych przy zda­wa­niu na stu­dia. Choć mia­łam w tej szkole kil­koro przy­ja­ciół, bli­skie rela­cje utrud­niała nam wszech­obecna atmos­fera rywa­li­za­cji, nie wspo­mi­na­jąc o indy­wi­du­al­nym toku nauki.

Nie­szcze­gól­nie się tym przej­mo­wa­łam. Szkoła i nauka były dla mnie czymś w rodzaju ucieczki, dzięki nim mogłam wieść nawet tysiąc alter­na­tyw­nych żyć. Im wię­cej rodzice narze­kali na wieczne bume­lanc­two Hol­lisa i jego fatalne stop­nie, tym pil­niej­szą ja byłam uczen­nicą. I choć byli ze mnie dumni, moje osią­gnię­cia ni­gdy nie zapew­niły mi tego, czego tak naprawdę chcia­łam. Byłam inte­li­gent­nym dziec­kiem, powin­nam więc była szybko zro­zu­mieć, że rodzice zwrócą na mnie uwagę, tylko jeśli ich roz­cza­ruję albo total­nie zawiodę. Kiedy to jed­nak w końcu poję­łam, odno­sze­nie suk­ce­sów było już moją drugą naturą, z którą nie byłam w sta­nie wal­czyć.

Tata wypro­wa­dził się z domu, kiedy roz­po­czy­na­łam drugą klasę. Wyna­jął ume­blo­wane miesz­ka­nie tuż obok kam­pusu, w budynku zaj­mo­wa­nym głów­nie przez stu­den­tów. Mia­łam u niego spę­dzać co drugi week­end, ale nastrój miał tak fatalny - nie­zmien­nie męczył się z pisa­niem dru­giej książki i jej publi­ka­cją (albo bra­kiem tejże), pod­czas gdy prace mamy cie­szyły się spo­rym zain­te­re­so­wa­niem - że wcale nie mia­łam na to ochoty. Co nie zna­czy, że w domu było lepiej - mama była pochło­nięta cele­bro­wa­niem życia sin­gielki i suk­ce­sów nauko­wych, na okrą­gło mia­ły­śmy gości, stu­denci walili drzwiami i oknami, a w każdy week­end odby­wały się imprezy. Wyglą­dało na to, że spo­kój mogę zna­leźć jedy­nie w Ray's Diner.

Milion razy tam­tędy prze­jeż­dża­łam, ale na pomysł zaj­rze­nia do środka wpa­dłam dopiero pew­nej nocy, kiedy koło dru­giej wra­ca­łam do domu. Mój plan nauki w szkole - zaję­cia dzienne i wie­czorne, ela­styczne godziny semi­na­riów, kilka indy­wi­du­al­nych przed­mio­tów - spra­wiał, że wycho­dzi­łam z domu i wra­ca­łam wedle wła­snego uzna­nia, bez żad­nych albo pra­wie żad­nych pytań ze strony rodzi­ców. Żadne z nich tak naprawdę nie dostrze­gało tego, że cier­pię na bez­sen­ność. Tam­tej nocy zer­k­nę­łam na witrynę Ray's i coś przy­cią­gnęło mnie do tego bistra. Wnę­trze wyda­wało się cie­płe, bez­pieczne, a z sie­dzą­cymi w nim ludźmi łączyła mnie przy­naj­mniej jedna rzecz - brak snu. Zapar­ko­wa­łam więc, weszłam do środka i zamó­wi­łam kawę i szar­lotkę. Zosta­łam do wschodu słońca.

W Ray's podo­bało mi się to, że choć byłam stałą klientką, na­dal mogłam liczyć na spo­kój. Nikt nie chciał ode mnie wię­cej, niż skłonna byłam dać, a wszyst­kie inte­rak­cje były krót­kie i sym­pa­tyczne. Gdyby tylko cały świat dzia­łał w tak pro­sty spo­sób, mogła­bym z rado­ścią odgry­wać w nim swoją małą rolę.

Jesie­nią jedna z kel­ne­rek, kor­pu­lentna star­sza pani z pla­kietką z imie­niem JULIE, pod­czas dole­wa­nia mi kawy zer­k­nęła na wypeł­nianą przeze mnie apli­ka­cję.

- Uni­wer­sy­tet Defriese - odczy­tała na głos. A potem spoj­rzała na mnie. - Nie­zła uczel­nia.

- Jedna z naj­lep­szych - zgo­dzi­łam się.

- Myślisz, że się dosta­niesz?

- Aha.

Uśmiech­nęła się i pokle­pała mnie po ramie­niu.

- Ach, ta mło­dość i pew­ność sie­bie. - I odda­liła się wol­nym kro­kiem.

Mia­łam ochotę jej powie­dzieć, że wcale nie jestem pewna sie­bie, a jedy­nie ciężko pra­cuję. Ale ona zdą­żyła już podejść do innego boksu i gawę­dziła wesoło z sie­dzą­cym w nim klien­tem. Zresztą wie­dzia­łam, że tak naprawdę wcale jej to nie obcho­dzi. Ist­niały takie światy, w któ­rych to wszystko - oceny, szkoła, wypra­co­wa­nia, ran­kingi, poda­nia na stu­dia, roz­sze­rzona matura - miało duże zna­cze­nie, i takie, w któ­rych nie zna­czyło abso­lut­nie nic. Całe moje życie nale­żało do tej pierw­szej kate­go­rii i nawet w Ray's, który zde­cy­do­wa­nie był w tej dru­giej, nie potra­fi­łam się od tego uwol­nić.

Uczęsz­cza­nie do tak spe­cy­ficz­nej i mocno nasta­wio­nej na osią­gnię­cia naukowe szkoły ozna­czało, że omi­nęły mnie wszyst­kie cha­rak­te­ry­styczne dla ostat­niej klasy momenty, o któ­rych przez cały rok nawi­jali moi dawni zna­jomi z Per­kins Day. Jedyne, co w ogóle bra­łam pod uwagę, to bal matu­ralny, i to tylko dla­tego, że mój główny rywal o naj­wyż­szą śred­nią, Jason Tal­bot, zapro­sił mnie na niego w ramach zawie­sze­nia broni. W końcu nic z tego nie wyszło - Jason w ostat­niej chwili odwo­łał swój udział w balu, bo otrzy­mał zapro­sze­nie na jakąś tam kon­fe­ren­cję poświę­coną eko­lo­gii. Wma­wia­łam sobie, że wcale mnie to nie obe­szło i że ten bal to prze­cież odpo­wied­nik tych wszyst­kich podu­szek i rowe­rów sprzed lat, błahy i zbędny. Nie­mniej jed­nak tam­tego wie­czoru długo zasta­na­wia­łam się, co jesz­cze mnie omija.

Prze­sia­dy­wa­łam w Ray's do dru­giej czy trze­ciej, a nawet czwar­tej nad ranem i czu­łam dziwne ukłu­cie. Kiedy pod­no­si­łam głowę znad pod­ręcz­ni­ków i omia­ta­łam spoj­rze­niem ota­cza­ją­cych mnie ludzi - kie­row­ców cię­ża­ró­wek, podróż­nych, któ­rzy zje­chali z auto­strady, żeby napić się kawy, przy­pad­ko­wych dzi­wa­ków - drę­czyło mnie uczu­cie, jakiego dozna­łam tam­tego dnia, kiedy moja matka oświad­czyła, że ona i tata się roz­stają. Jak­bym nie paso­wała do tego miej­sca i powinna być teraz w domu, śpiąc w swoim łóżku, jak wszy­scy inni, któ­rych za kilka godzin spo­tkam w szkole. Ale ten nie­po­kój szybko mijał i wszystko wra­cało do normy. A kiedy kel­nerka ruszała na rundkę po sali z dzban­kiem kawy, prze­su­wa­łam swój kubek na brzeg stołu, bez słowa prze­ka­zu­jąc to, o czym obie dosko­nale wie­dzia­ły­śmy - że jesz­cze tu tro­chę posie­dzę.

Moja przy­rod­nia sio­stra, Thisbe Caro­line West, przy­szła na świat dzień przed ukoń­cze­niem przeze mnie szkoły śred­niej, ważąc nie­całe trzy kilo dwie­ście. Ojciec zadzwo­nił następ­nego ranka, kom­plet­nie wykoń­czony.

- Tak mi przy­kro, Auden. Prze­pra­szam, ale nie dam rady przy­je­chać, żeby wysłu­chać two­jego prze­mó­wie­nia.

- W porządku, tato - odpar­łam. Do kuchni weszła owi­nięta szla­fro­kiem mama i pode­szła od razu do eks­presu do kawy. - Jak się czuje Heidi?

- Dobrze. Jest zmę­czona. Poród był długi i osta­tecz­nie zakoń­czył się cesarką, co wcale jej nie ucie­szyło. Ale jestem prze­ko­nany, że kiedy tro­chę odpocz­nie, to poczuje się lepiej.

- Prze­każ jej moje gra­tu­la­cje.

- Dobrze. A ty daj im dzi­siaj popa­lić, mała. - To było typowe dla mojego sły­ną­cego z walecz­no­ści taty: wszystko, co miało zwią­zek z nauką, sta­no­wiło pole bitwy. - Będę przy tobie myślami.

Podzię­ko­wa­łam mu z uśmie­chem. Kiedy się roz­łą­czy­łam, mama dole­wała sobie wła­śnie mleko do kawy. Zamie­szała, ude­rza­jąc lekko łyżeczką o ścianki kubka.

- Niech zgadnę - powie­działa. - Nie przy­je­dzie.

- Heidi uro­dziła córeczkę - wyja­śni­łam. - Dali jej na imię Thisbe.

Matka par­sk­nęła.

- Mój Boże! Tyle szek­spi­row­skich imion do wyboru, a twój ojciec zde­cy­do­wał się aku­rat na takie? Biedna mała. Całe życie będzie się musiała tłu­ma­czyć.

Kto jak kto, ale aku­rat ona nie powinna kry­ty­ko­wać jego wyboru. Pozwo­liła prze­cież, aby to tata wybrał imiona dla mnie i mojego brata: Detram Hol­lis był wykła­dowcą aka­de­mic­kim, któ­rego darzył szcze­gól­nym uzna­niem, no a W.H. Auden to jego ulu­biony poeta. Przez długi czas żało­wa­łam, że nie mam na imię Ash­ley czy Kathe­rine, bo uła­twi­łoby mi to w pew­nym sen­sie życie, ale mama zwy­kła powta­rzać, że moje imię to w zasa­dzie coś w rodzaju papierka lak­mu­so­wego. Auden to prze­cież nie Frost ani Whit­man, mawiała. Nie był tak znany, a jeśli ktoś o nim sły­szał, to przy­naj­mniej mogłam mieć pew­ność, że wart jest mojego czasu i ener­gii. Pomy­śla­łam sobie, że w przy­padku Thisbe jest to jesz­cze bar­dziej ade­kwatna teo­ria, zamiast jed­nak wypo­wie­dzieć to na głos, usia­dłam przy stole i jesz­cze raz przej­rza­łam notatki do prze­mó­wie­nia. Po chwili obok mnie usia­dła mama.

- Rozu­miem więc, że Heidi jakoś prze­trwała poród? - zapy­tała i pocią­gnęła łyk kawy.

- Miała cesarkę.

- Szczę­ściara - stwier­dziła mama. - Hol­lis ważył pra­wie pięć kilo, a znie­czu­le­nie nie zadzia­łało. Mało mnie nie zabił.

Prze­bie­głam wzro­kiem dwie kolejne kar­teczki, cze­ka­jąc na jedną z opo­wie­ści, które zaraz z pew­no­ścią usły­szę. O tym, jakim wygłod­nia­łym dziec­kiem był Hol­lis i jak wysy­sał z jej piersi całe mleko. O tej dia­bel­skiej dole­gli­wo­ści, jaką były jego kolki, i o tym, jak wszy­scy musieli go nie­ustan­nie nosić na rękach, a i nawet wtedy jego płacz nie miał końca. Albo o moim tacie i o tym, jak...

- Mam tylko nadzieję, że nie spo­dziewa się po twoim ojcu wiel­kiej pomocy. - Wzięła do ręki dwie z moich kar­te­czek i przyj­rzała im się z uwagą. Zmru­żyła oczy. - Zmie­nił raz na jakiś czas pie­lu­chę i to było na tyle. Mogłam sobie poma­rzyć o tym, by wsta­wał na nocne kar­mie­nie. Twier­dził, że ma pro­blemy ze snem i że aby był w sta­nie wykła­dać, musi prze­spać bite dzie­więć godzin. Cóż za wygodny zbieg oko­licz­no­ści.

Mówiąc to, czy­tała moje notatki, a ja poczu­łam zna­jome ukłu­cie, jak zawsze, kiedy coś mojego autor­stwa tra­fiało pod jej ocenę. Jed­nak chwilę póź­niej mama odło­żyła je na stół bez słowa komen­ta­rza.

- Cóż - ode­zwa­łam się, kiedy wzięła kolejny łyk kawy. - Sporo czasu minęło od tam­tej pory. Może tata się zmie­nił.

- Ludzie się nie zmie­niają. Jeśli już, to z wie­kiem dane cechy jesz­cze bar­dziej się utrwa­lają. - Mama pokrę­ciła głową. - Pamię­tam, jak sie­dzia­łam w naszej sypialni z krzy­czą­cym Hol­li­sem i marzy­łam o tym, aby choć raz drzwi się otwo­rzyły, a twój ojciec zapro­po­no­wał: "Daj mi go, a sama odpocz­nij". Z cza­sem prze­stało mi nawet zale­żeć, aby to był twój ojciec. Mógłby to być kto­kol­wiek. Kto­kol­wiek.

Wypo­wia­da­jąc te słowa, patrzyła przez okno i mocno ści­skała w dło­niach kubek. Pozbie­ra­łam ze stołu notatki i uło­ży­łam je ponow­nie w nale­ży­tej kolej­no­ści.

- Pójdę się przy­go­to­wać - rzu­ci­łam, odsu­wa­jąc krze­sło od stołu.

Mama w ogóle się nie poru­szyła. Sie­działa w bez­ru­chu, jakby cze­ka­jąc, tak jak przed laty w sypialni. Ode­zwała się dopiero wtedy, gdy zna­la­złam się już na kory­ta­rzu:

- Powin­naś prze­my­śleć ten cytat z Faulk­nera. Tro­chę nie pasuje jako wpro­wa­dze­nie. Zabrzmi pre­ten­sjo­nal­nie.

Spu­ści­łam wzrok na leżącą na samym wierz­chu kar­teczkę, na któ­rej napi­sa­łam dru­ko­wa­nymi lite­rami: Prze­szłość ni­gdy nie umiera. Nie jest nawet prze­szło­ścią1.

- Dobrze - powie­dzia­łam. Oczy­wi­ście miała rację. Jak zawsze. - Dzięki.

Tak bar­dzo się zafik­so­wa­łam na ostat­niej kla­sie liceum i momen­cie roz­po­czę­cia stu­diów, że tak naprawdę w ogóle się nie zasta­na­wia­łam, co zro­bię z cza­sem pomię­dzy jed­nym a dru­gim. Nagle jed­nak oka­zało się, że nade­szło lato, a ja nie mam do roboty nic oprócz cze­ka­nia, aż znowu zacznie się praw­dziwe, wypeł­nione nauką życie.

Przez dwa tygo­dnie zaj­mo­wa­łam się kom­ple­to­wa­niem rze­czy potrzeb­nych mi na stu­dia w Defriese i udzie­la­niem kore­pe­ty­cji w Hunt­sin­ger Test Prep. Nie mia­łam wielu chęt­nych na zaję­cia. Wyglą­dało na to, że tylko ja myślę o nauce w trak­cie waka­cji. Moi dawni zna­jomi z Per­kins wysy­łali mi zapro­sze­nia na imprezy czy wycieczki nad jezioro. Choć mia­łam ochotę na te spo­tka­nia, to za każ­dym razem, kiedy do nich docho­dziło, czu­łam, że nie pasuję do reszty. W Kif­f­ney-Brown spę­dzi­łam co prawda tylko dwa lata, ale było tam tak ina­czej, tak wielki nacisk kła­dziono na naukę, że nie potra­fi­łam się odna­leźć w gro­nie daw­nych kole­ża­nek, które nawi­jały o waka­cyj­nej pracy i chło­pa­kach. Po kilku takich nie­zręcz­nych sytu­acjach zaczę­łam się sku­tecz­nie wymi­gi­wać od wyj­ścia. No i w końcu zapro­sze­nia prze­stały przy­cho­dzić.

W domu też było dość dziw­nie, bo mama otrzy­mała jakiś czas temu grant na bada­nia i teraz pra­co­wała na okrą­gło. A kiedy aku­rat odcho­dziła od biurka, na zor­ga­ni­zo­wane naprędce kola­cje i popi­jawki przy­by­wali jej absol­wenci. Gdy robiło się zbyt gło­śno i tłoczno, wymy­ka­łam się z książką na werandę i czy­ta­łam, aż ściem­niało się na tyle, bym mogła jechać do Ray's.

Pew­nego wie­czoru byłam zato­piona w książce poświę­co­nej bud­dy­zmowi, kiedy dostrze­głam jadą­cego ulicą zie­lo­nego mer­ce­desa. Przed naszym domem zwol­nił, żeby w końcu się zatrzy­mać. Po chwili wysia­dła z niego ładna blon­dynka w dżin­so­wych bio­drów­kach, czer­wo­nej bok­serce i san­da­łach na plat­for­mie. W ręce trzy­mała jakąś paczkę. Zer­k­nęła na dom, następ­nie na paczkę, potem znowu na dom, po czym ruszyła w jego stronę. Mnie dostrze­gła, dopiero kiedy dotarła pra­wie do scho­dów.

- Cześć! - zawo­łała przy­jaź­nie, co samo w sobie było dość nie­po­ko­jące. Nim zdą­ży­łam zare­ago­wać, z sze­ro­kim uśmie­chem weszła po scho­dach. - Ty na pewno jesteś Auden.

- Tak - powie­dzia­łam powoli.

- Jestem Tara! - Sądząc po jej minie, to imię powinno być dla mnie zna­jome. Kiedy stało się oczy­wi­ste, że tak nie jest, dodała: - Dziew­czyna Hol­lisa?

O rany, pomy­śla­łam. A na głos odpar­łam:

- Och, no tak. Oczy­wi­ście.

- Tak się cie­szę, że mogę cię poznać! - Pode­szła i objęła mnie. Pach­niała gar­de­niami i wkła­dem zapa­cho­wym do suszarki. - Powie­dzia­łam Hol­li­sowi, że będę tędy prze­jeż­dżać w dro­dze do domu, i popro­sił, abym ci to prze­ka­zała. Pro­sto z Gre­cji!

Wrę­czyła mi owi­niętą w zwy­kły szary papier paczkę, na któ­rej dostrze­głam swoje imię i adres wypi­sane pochy­łym, nie­dba­łym pismem mojego brata. Nie­zręczna cisza pod­po­wie­działa mi, że dziew­czyna czeka, aż otwo­rzę prze­syłkę. Tak więc zro­bi­łam. Moim oczom uka­zała się mała ramka na zdję­cia ozdo­biona kolo­ro­wymi kamy­kami. Przy dol­nej kra­wę­dzi wyryto na niej słowa: NAJ­PIĘK­NIEJ­SZE CHWILE. W ramce znaj­do­wała się foto­gra­fia uśmiech­nię­tego Hol­lisa sto­ją­cego przed Tadź Mahal, w krót­kich bojów­kach, T-shir­cie i z ple­ca­kiem na ple­cach.

- Super, co nie? - zapy­tała Tara. - Kupi­li­śmy ją na pchlim targu w Ate­nach.

Nie mogłam zdra­dzić swo­ich praw­dzi­wych uczuć - musia­ła­bym jej powie­dzieć, że trzeba być nie­złym nar­cy­zem, żeby dawać w pre­zen­cie swoje zdję­cie - więc zamiast tego odrze­kłam:

- Śliczna jest.

- Wie­dzia­łam, że ci się spodoba! - Tara kla­snęła w dło­nie. - Mówi­łam mu, że ramki na zdję­cia to coś, co przyda się każ­demu. Dzięki nim wspo­mnie­nia stają się jesz­cze bar­dziej wyjąt­kowe, no nie?

Ponow­nie przyj­rza­łam się ramce, cał­kiem ład­nym kamy­kom, uśmie­chowi brata. NAJ­PIĘK­NIEJ­SZE CHWILE, fak­tycz­nie.

- Aha - odpar­łam. - Jak naj­bar­dziej.

Tara posłała mi kolejny mega­wa­towy uśmiech, po czym skie­ro­wała wzrok na okno znaj­du­jące się za mną.

- Wasza mama jest w domu? Chęt­nie bym ją poznała. Hol­lis ją uwiel­bia, cią­gle o niej mówi.

- I vice versa. - Tara spoj­rzała na mnie, a ja się uśmiech­nę­łam. - Jest w kuchni. Dłu­gie czarne włosy, zie­lona sukienka. Nie da się jej z nikim pomy­lić.

- Super! - Nim zdą­ży­łam się odsu­nąć, znowu zamknęła mnie w uści­sku. - Wiel­kie dzięki.

Kiw­nę­łam głową. Ta pew­ność sie­bie była cha­rak­te­ry­styczną cechą wszyst­kich dziew­czyn mojego brata, a przy­naj­mniej do czasu, kiedy jesz­cze się za nie uwa­żały. Dopiero póź­niej, kiedy maile i tele­fony się ury­wały, kiedy Hol­lis pozor­nie zni­kał z powierzchni ziemi, mie­li­śmy oka­zję oglą­dać coś zgoła innego: zaczer­wie­nione oczy, łzawe wia­do­mo­ści na auto­ma­tycz­nej sekre­tarce, zda­rzało się nawet gniewne doda­wa­nie gazu na ulicy przed naszym domem. Tara nie wyglą­dała na skłonną do tego typu zagry­wek, ale w sumie to ni­gdy nic nie wia­domo.

O jede­na­stej mama na­dal gościła swo­ich wiel­bi­cieli, gło­śnych jak zawsze. Sie­dzia­łam u sie­bie, od nie­chce­nia spraw­dza­jąc swoje konto na Ume.com (zero wia­do­mo­ści, nie żebym się jakichś spo­dzie­wała) i pocztę (jeden e-mail od taty, z zapy­ta­niem, co u mnie sły­chać). Zasta­na­wia­łam się, czy nie zadzwo­nić do któ­rejś z kole­ża­nek, ale przy­po­mnia­łam sobie, jak nie­zręczne oka­zały się nasze ostat­nie spo­tka­nia, i zamiast tego po pro­stu przy­sia­dłam na łóżku. Wzię­łam do ręki sto­jącą na noc­nym sto­liku ramkę od Hol­lisa i przyj­rza­łam się przy­cze­pio­nym do niej kamy­kom. NAJ­PIĘK­NIEJ­SZE CHWILE. Coś w tych sło­wach i jego uśmiech­nię­tej twa­rzy przy­po­mniało mi jedną z roz­mów moich daw­nych kole­ża­nek ze szkoły, w któ­rej dzie­liły się opo­wie­ściami z roku szkol­nego. Nie roz­ma­wiały o zaję­ciach ani o matu­rze, lecz o innych rze­czach, takich, które dla mnie były rów­nie obce jak Tadź Mahal: plot­kach, chło­pa­kach i zła­ma­nych ser­cach. Tamte dziew­czyny dys­po­no­wały pew­nie milio­nem zdjęć, które paso­wa­łyby do tej ramki. A ja ani jed­nym.

Raz jesz­cze przyj­rza­łam się uśmiech­nię­tej twa­rzy brata i prze­rzu­co­nemu przez jego ramię ple­ca­kowi. Podróże zde­cy­do­wa­nie poma­gały w zdo­by­wa­niu nowych doświad­czeń, no i zapew­niały zdrową zmianę oto­cze­nia. Nie dla mnie na razie Gre­cja czy Indie. Ale gdzieś jed­nak mogłam wyje­chać...

Otwo­rzy­łam z powro­tem lap­topa, klik­nę­łam ikonkę poczty i odna­la­złam wia­do­mość od taty. Nie­wiele myśląc, wystu­ka­łam krótką odpo­wiedź, doda­jąc do niej pyta­nie. Nie minęło pół godziny, a tata mi odpi­sał:

Oczy­wi­ście, że powin­naś przy­je­chać! Możesz zostać tak długo, jak tylko będziesz chciała. Zawsze jesteś u nas mile widziana!

I tym spo­so­bem moje plany na lato dia­me­tral­nie się zmie­niły.

Następ­nego ranka zapa­ko­wa­łam do samo­chodu nie­dużą torbę z ubra­niami, lap­topa i wielką walizkę pełną ksią­żek. Na początku lata udało mi się zdo­być pro­gramy naucza­nia paru moich przed­mio­tów, a w uni­wer­sy­tec­kiej księ­garni upo­lo­wa­łam kilka obo­wiąz­ko­wych lek­tur. Prze­cież nic się nie sta­nie, jeśli wcze­śniej zapo­znam się z mate­ria­łem. Raczej nie takie rze­czy zabrałby ze sobą na let­nią wyprawę Hol­lis, ale nie zano­siło się na to, bym miała tam wiele do roboty poza cho­dze­niem na plażę i spę­dza­niem czasu z Heidi, a żadna z tych opcji nie wyda­wała mi się na ten moment szcze­gól­nie kusząca.

Z mamą poże­gna­łam się wczo­raj wie­czo­rem, uznaw­szy, że tak wcze­śnie rano będzie pew­nie jesz­cze spała. Gdy jed­nak weszłam do kuchni, prze­ko­na­łam się, że z wyma­lo­wa­nym na twa­rzy zmę­cze­niem sprząta ze stołu kie­liszki i zmięte ser­wetki.

- Sie­dzie­li­ście do późna? - zapy­ta­łam, choć wie­dzia­łam, że ostatni samo­chód odje­chał spod domu koło wpół do dru­giej.

- Nie­ko­niecz­nie. - Mama napu­ściła do zlewu wodę. Obej­rzała się przez ramię na mój bagaż usta­wiony przy drzwiach od garażu. - Wcze­śnie jedziesz. Tak ci spieszno, żeby się ode mnie uwol­nić?

- Nie - odpar­łam. - Chcę po pro­stu unik­nąć kor­ków.

Prawdę mówiąc, nie spo­dzie­wa­łam się, że mamie zależy na tym, bym spę­dziła waka­cje w domu. I może rze­czy­wi­ście by tak było, gdy­bym wybie­rała się w jakie­kol­wiek inne miej­sce. Wystar­czyło dodać do rów­na­nia mojego tatę i od razu zmie­niał się wynik. Jak zawsze.

- Mogę sobie tylko wyobra­zić, co cię tam czeka - powie­działa z uśmie­chem. - Twój ojciec z nowo­rod­kiem. W jego wieku! Doprawdy, cyrk na kół­kach!

- Dam ci znać.

- Och, koniecz­nie. Masz mi zda­wać regu­larne rela­cje.

Patrzy­łam, jak zanu­rza ręce w wodzie z pły­nem i bie­rze się za mycie kie­liszka.

- Jak ci się spodo­bała dziew­czyna Hol­lisa? - zapy­ta­łam.

Moja matka wydała z sie­bie znu­żone wes­tchnie­nie.

- Przy­po­mnij mi, co ona tu robiła?

- Hol­lis ją przy­słał. Z pre­zen­tem dla mnie.

- Naprawdę? - Odło­żyła dwa kie­liszki na suszarkę. - Co to za pre­zent?

- Ramka z Gre­cji. Ze zdję­ciem Hol­lisa w środku.

- Ach. - Zakrę­ciła wodę i wierz­chem dłoni odgar­nęła włosy z twa­rzy. - Powie­dzia­łaś jej, że powinna je zacho­wać, bo naj­pew­niej wię­cej go nie zoba­czy?

Choć wczo­raj pomy­śla­łam to samo, teraz żal mi się zro­biło Tary z jej szczerą, przy­ja­zną twa­rzą i pew­no­ścią sie­bie, z którą zja­wiła się w naszym domu, prze­ko­nana, że jest dla Hol­lisa tą jedyną.

- Ni­gdy nie wia­domo - rzu­ci­łam. - Może Hol­lis się zmie­nił i coś z tego będzie?

Mama odwró­ciła się i spoj­rzała na mnie, mru­żąc przy tym oczy.

- Auden, co ja ci zawsze powta­rza­łam o tym, czy ludzie się zmie­niają?

- Że tak się nie dzieje?

- Otóż to.

Ponow­nie sku­piła swoją uwagę na naczy­niach w zle­wie, a ja dostrze­głam wtedy leżące na bla­cie przy drzwiach czarne oku­lary kujonki. I nagle wszystko nabrało sensu: głosy, które sły­sza­łam do późna w nocy, jej wcze­sna pobudka, dziwna chęć szyb­kiego posprzą­ta­nia po wczo­raj­szej impre­zie. Przez chwilę kusiło mnie, aby wziąć je do ręki upew­niw­szy się, że ona to widzi. Osta­tecz­nie jed­nak zigno­ro­wa­łam tę myśl i poże­gna­ły­śmy się uści­skiem. Mama jak zawsze mocno mnie przy­tu­liła, jakby nie chciała mnie puścić. W końcu jed­nak musiała to zro­bić, żebym mogła ruszyć w drogę.

Cytat z Requ­iem dla zakon­nicy Wil­liama Faulk­nera w prze­kła­dzie Wacława Nie­po­kól­czyc­kiego. [wróć]

dwa

Dom taty i Heidi oka­zał się dokład­nie taki, jak się spo­dzie­wa­łam. Biały, z zie­lo­nymi okien­ni­cami i sze­roką werandą, na któ­rej stały bujane fotele i kwiaty w donicz­kach. Na drzwiach wisiał żółty cera­miczny ana­nas z napi­sem WITAMY! Bra­ko­wało jedy­nie płotu z bia­łymi szta­che­tami.

W otwar­tym garażu wypa­trzy­łam zde­ze­lo­wane volvo taty, a obok priusa wyglą­da­ją­cego na now­szego. Gdy tylko zga­si­łam sil­nik, do moich uszu dobiegł szum oce­anu, na tyle gło­śny, że woda musiała być gdzieś naprawdę bli­sko. Fak­tycz­nie, kiedy zer­k­nę­łam za dom, moim oczom uka­zała się wysoka trawa, a za nią wielki błę­kit, roz­cią­ga­jący się aż do linii hory­zontu.

Wspa­niały widok to jedno, ale szybko ogar­nęły mnie wąt­pli­wo­ści. Spon­ta­nicz­ność ni­gdy nie była moją mocną stroną, a im dalej od domu się znaj­do­wa­łam, tym inten­syw­niej roz­my­śla­łam nad per­spek­tywą spę­dze­nia całego lata w towa­rzy­stwie Heidi. Co będziemy robić? Może całą grupą cho­dzić na mani­cure: ja, ona i nie­mowlę? A może Heidi będzie nale­gać, abym cho­dziła się z nią opa­lać, koniecz­nie w bliź­nia­czych retro stro­jach z napi­sem KOCHAM JED­NO­ROŻCE? Mimo wielu obaw mia­łam cały czas przed oczami uśmiech­nię­tego Hol­lisa, sto­ją­cego przed Tadź Mahal. Byłam pewna, że w domu bym się zanu­dziła. Poza tym rzadko widy­wa­łam się z tatą, odkąd się oże­nił, i to - osiem peł­nych tygo­dni, kiedy on nie wykła­dał, a ja nie musia­łam się uczyć - wyglą­dało na moją ostat­nią szansę, aby tro­chę z nim pobyć, nim zaczną się stu­dia, a wraz z nimi moje doro­słe życie.

Wzię­łam głę­boki oddech i wysia­dłam z auta. Idąc w stronę werandy, powta­rza­łam sobie, że będę się uśmie­chać i zacho­wy­wać spo­kój, bez względu na to, co zrobi Heidi. Przy­naj­mniej do czasu, kiedy znajdę się w pokoju, który mi przy­dzielą, i zamknę za sobą drzwi.

Wci­snę­łam dzwo­nek, następ­nie zro­bi­łam krok do tyłu i przy­bra­łam odpo­wied­nio przy­ja­ciel­ski wyraz twa­rzy. Nikt nie otwie­rał, więc zadzwo­ni­łam ponow­nie i nachy­li­łam się, nasłu­chu­jąc nie­uchron­nego stu­kotu obca­sów i rado­snego głosu Heidi woła­ją­cego: "Już idę!".

Cisza.

Poło­ży­łam dłoń na gałce. Bez pro­blemu się prze­krę­ciła, a drzwi się otwo­rzyły. Wsu­nę­łam głowę przez szparę.

- Halo? - zawo­ła­łam. Mój głos odbił się echem od pustego, poma­lo­wa­nego na żółto kory­ta­rza z mnó­stwem obraz­ków w ram­kach. - Jest tu ktoś?

Znowu cisza. Weszłam do środka i zamknę­łam za sobą drzwi. I wtedy to usły­sza­łam: ponow­nie odgłos oce­anu, tyle że tro­chę inny, no i znacz­nie bli­żej, jakby fale roz­bi­jały się o brzeg tuż za rogiem. Uda­łam się śla­dem tego dźwięku, który sta­wał się coraz gło­śniej­szy. Spo­dzie­wa­łam się, że zoba­czę otwarte okno albo wycho­dzące na tył domu drzwi. Zamiast tego zna­la­złam się w salo­nie, gdzie szum fal był już wręcz ogłu­sza­jący. Na sofie sie­działa Heidi z nie­mow­lę­ciem na rękach.

W sumie to nie mia­łam pew­no­ści, że to ona, bo wyglą­dała zupeł­nie ina­czej niż pod­czas naszego ostat­niego spo­tka­nia. Włosy miała zwią­zane w nie­dbały, krzywy kucyk, kilka pasm przy­kle­iło jej się nawet do twa­rzy. Ubrana była w stare spodnie od dresu i obszerny T-shirt z uczel­nia­nym logo i mokrą plamą na ramie­niu. Oczy miała zamknięte, a głowę lekko odchy­loną na bok. Myśla­łam, że śpi, ale wtedy, led­wie poru­sza­jąc ustami, syk­nęła:

- Jeśli ją obu­dzisz, to cię zabiję.

Zamar­łam, po czym zro­bi­łam ostrożny krok w tył.

- Prze­pra­szam - bąk­nę­łam. - Ja tylko...

Natych­miast unio­sła głowę i rozej­rzała się. Oczy miała zmru­żone. Kiedy mnie w końcu zauwa­żyła, na jej twa­rzy poja­wiło się zasko­cze­nie. W tej samej chwili wybuch­nęła pła­czem.

- O Boże, Auden - wyszlo­chała. - Strasz­nie, ale to strasz­nie cię prze­pra­szam. Zapo­mnia­łam, że masz... No i uzna­łam... Ale to żadne uspra­wie­dli­wie­nie... - Urwała. Trzę­sły jej się ramiona, a dziecko - tak bar­dzo maleń­kie - na­dal spało, niczego nie­świa­dome.

Rozej­rza­łam się spa­ni­ko­wana po pokoju, zasta­na­wia­jąc się, gdzie się podziewa mój tata. Dopiero wtedy zorien­to­wa­łam się, że ten nie­sa­mo­wi­cie gło­śny szum oce­anu wcale nie docho­dzi z zewnątrz, lecz ze sto­ją­cego na ławie nie­wiel­kiego urzą­dze­nia. Kto używa fał­szy­wych fal, kiedy w zasięgu słu­chu ma praw­dziwy ocean? To jedna z wielu rze­czy, które w tej aku­rat chwili nie miały dla mnie naj­mniej­szego sensu.

- Hm - ode­zwa­łam się. Heidi na­dal pła­kała, co jakiś czas gło­śno pocią­ga­jąc nosem. Uda­wane fale dud­niły w tle. - Pomóc ci może... jakoś?

Drgnęła, ode­tchnęła głę­boko i pod­nio­sła na mnie załza­wiony wzrok. Pod oczami miała wyraźne cie­nie, a na bro­dzie czer­woną wysypkę.

- Nie - odparła, a do jej oczu napły­nęły świeże łzy. - Nic mi nie jest. Wszystko... wszystko w porządku.

Nawet ja widzia­łam, że coś tu nie gra. Nie zdą­ży­łam jed­nak zapro­te­sto­wać, bo do pokoju wszedł tata. Trzy­mał tackę z kawami na wynos i nie­dużą papie­rową torbę. Jak zawsze miał na sobie pognie­cione spodnie khaki i koszulę. A na nosie lekko prze­krzy­wione oku­lary. W cza­sie roku aka­de­mic­kiego naj­czę­ściej uzu­peł­niał swój strój kra­wa­tem i spor­tową twe­edową mary­narką. Bez względu na to, w co był ubrany, nie­zmien­nie zakła­dał teni­sówki.

- Oto i ona! - rzu­cił na mój widok i pod­szedł, aby mnie uści­skać. Zer­k­nę­łam ponad jego ramie­niem na Heidi, która przy­gry­zała wargę i patrzyła przez okno na ocean. - Jak podróż?

- Dobrze - odpo­wie­dzia­łam.

Tata wyjął z tacki jeden kubek i podał mi go, drugi wziął dla sie­bie, trzeci zaś posta­wił na ławie przed Heidi, która wpa­try­wała się w niego takim wzro­kiem, jakby nie miała poję­cia, co to takiego.

- Pozna­łaś już sio­strę?

- Eee, nie - odpar­łam. - Jesz­cze nie.

- No dobrze! - Tata odsta­wił papie­rową torbę, by pochy­lić się nad Heidi - w ogóle nie zauwa­żył, że aż zesztyw­niała - i wziął od niej nie­mowlę. - Oto i ona. Poznaj Thisbe.

Przyj­rza­łam się buźce dziecka, tak małej i deli­kat­nej, że aż wyda­wała się nie­rze­czy­wi­sta. Thisbe miała zamknięte oczy i kró­ciut­kie, nastro­szone rzęsy. Jedna z jej rączek wysta­wała spod kocyka, a palce były wręcz minia­tu­rowe.

- Śliczna jest - powie­dzia­łam, no bo tak się chyba wła­śnie mówi.

- Prawda? - Uśmiech­nięty tata pod­rzu­cił ją lekko i mała otwo­rzyła oczy. Przyj­rzała się nam, zamru­gała, a potem, zupeł­nie jak jej mama, nagle się roz­pła­kała. - Ups - rzu­cił tata, koły­sząc ją. Płacz Thisbe stał się jesz­cze gło­śniej­szy. - Skar­bie? - zagaił, odwra­ca­jąc się w stronę Heidi, która sie­działa w iden­tycz­nej pozy­cji jak przed chwilą, a jedy­nie ręce miała opusz­czone bez­wład­nie wzdłuż tuło­wia. - Chyba jest głodna.

Heidi prze­łknęła ślinę, po czym odwró­ciła się do niego bez słowa. Kiedy ojciec podał jej Thisbe, znowu wbiła wzrok w okno, jak jakiś robot. Płacz sta­wał się tym­cza­sem coraz gło­śniej­szy.

- Chodźmy na dwór - zapro­po­no­wał tata. Wziął z ławy torbę i gestem wska­zał, abym poszła za nim.

Pod­szedł do prze­suw­nych drzwi tara­so­wych, otwo­rzył je i razem wyszli­śmy na taras. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach zanie­mó­wi­ła­bym na ten widok - dom znaj­do­wał się prak­tycz­nie na plaży, a ścieżka pro­wa­dziła pro­sto na pia­sek - teraz jed­nak obej­rza­łam się z nie­po­ko­jem na Heidi, która w mię­dzy­cza­sie zdą­żyła znik­nąć, zosta­wiw­szy na ławie nie­tkniętą kawę.

- Czy Heidi dobrze się czuje? - zapy­ta­łam.

Tata otwo­rzył torbę, wyjął z niej muf­finkę i podał mi ją. Pokrę­ci­łam prze­cząco głową.

- Jest zmę­czona. - Odgryzł kęs, a na koszulę spa­dło mu kilka okrusz­ków. Strzep­nął je, nie prze­ry­wa­jąc jedze­nia. - Thisbe czę­sto budzi się w nocy, a ze mnie jest mały poży­tek, no bo mam ten pro­blem ze snem i muszę prze­sy­piać codzien­nie dzie­więć godzin. Pró­buję ją prze­ko­nać do wyna­ję­cia niani, ale ona się nie zga­dza.

- Czemu?

- Och, znasz Heidi - rzekł takim tonem, jakby to była prawda. - To taka Zosia Samo­sia, w dodatku per­fek­cjo­nistka. Ale nie martw się, da sobie radę. Te pierw­sze mie­siące są trudne i tyle. Pamię­tam, jak to było z Hol­li­sem, twoja matka dosłow­nie wario­wała. Co prawda on miał potworne kolki. Całą noc go nosi­li­śmy, a i tak krzy­czał. No i ten ape­tyt! Dobry Boże. Wysy­sał z waszej mamy mleko do ostat­niej kro­pli, a i tak był wiecz­nie głodny.

Zna­łam to na pamięć, więc szybko się wyłą­czy­łam i po pro­stu delek­to­wa­łam się kawą. Gdy spoj­rza­łam w lewo, zoba­czy­łam parę innych domów, a za nimi coś, co wyglą­dało jak dep­tak z róż­nymi loka­lami, no i miej­ską plażę, na któ­rej aż roiło się od para­soli i pla­żo­wi­czów.

- No ale mniej­sza z tym. - Ojciec zmiął papie­rek po muf­fince i wrzu­cił go do torby. - Muszę wra­cać do pracy, więc pokażę ci twój pokój. Poga­damy póź­niej, pod­czas kola­cji. Co ty na to?

- Jasne. - Wró­ci­li­śmy do środka, gdzie nie­prze­rwa­nie dud­niło urzą­dze­nie do wytwa­rza­nia dźwię­ków. Tata pokrę­cił głową, nachy­lił się i je wyłą­czył. Nagła cisza oka­zała się wręcz ogłu­sza­jąca. - Czyli piszesz?

- O tak. Dobrze mi idzie, zde­cy­do­wa­nie zbli­żam się ku koń­cowi książki - odparł. - W sumie to już tylko kwe­stia samej orga­ni­za­cji tek­stu, podo­pi­sy­wa­nia róż­nych dro­bia­zgów.

Wyszli­śmy do holu, a stam­tąd uda­li­śmy się scho­dami na pię­tro. Idąc kory­ta­rzem, minę­li­śmy otwarte drzwi, przez które doj­rza­łam różową ścianę ozdo­bioną brą­zo­wym bor­de­rem w groszki. Pano­wała tam cisza.

Tata otwo­rzył drzwi sąsied­niego pomiesz­cze­nia i gestem zapro­sił mnie do środka.

- Wybacz roz­miar pokoju - rzekł, kiedy weszli­śmy. - Ale za to masz naj­lep­szy widok.

Nie żar­to­wał. Choć pokoik był naprawdę mały - poje­dyn­cze łóżko, komoda i nie­wiele miej­sca na cokol­wiek innego - z okna roz­cią­gał się widok na trawę, pia­sek i morze.

- Super - orze­kłam.

- Prawda? Począt­kowo mia­łem tu swój gabi­net. No ale potem musie­li­śmy obok urzą­dzić pokój dla małej, więc prze­nio­słem się na drugi koniec domu. Nie chcia­łem jej prze­szka­dzać odgło­sami swo­jego pro­cesu twór­czego. - Tata zachi­cho­tał, jakby to był dosko­nały żart. - A skoro o tym mowa, to muszę już wra­cać do pracy. Ostat­nio poranki mam wyjąt­kowo pro­duk­tywne. Zoba­czymy się na kola­cji, dobrze?

- Och. - Zer­k­nę­łam na zega­rek. Pięć po jede­na­stej. - Jasne.

- Świet­nie. - Uści­snął moje ramię, po czym, nucąc pod nosem, odda­lił się kory­ta­rzem.

Chwilę po tym, jak minął różowo-brą­zowy pokój, usły­sza­łam odgłos zamy­ka­ją­cych się drzwi.

O wpół do siód­mej obu­dził mnie płacz dziecka.

Acz­kol­wiek słowo "płacz" to zde­cy­do­wa­nie za mało powie­dziane. Thisbe krzy­czała, fun­du­jąc swoim płu­com nie byle jaki tre­ning. I choć w moim pokoju nie było tego aż tak bar­dzo sły­chać, to kiedy wyszłam na kory­tarz w poszu­ki­wa­niu łazienki, żeby umyć zęby, dźwięk ten oka­zał się iście ogłu­sza­jący.

Przez chwilę sta­łam pod drzwiami różo­wego pokoju, nasłu­chu­jąc, jak krzyk staje się coraz gło­śniej­szy i gło­śniej­szy, w końcu nagle cich­nie, by po chwili ponow­nie roz­lec się w powie­trzu, nawet jesz­cze dono­śniej. Zasta­na­wia­łam się, czy może tylko ja to sły­szę, ale w końcu w jed­nej z rzad­kich i krót­kich chwil ciszy dobie­gło do mnie słabe:

- Ćśśś, ćśśś.

Szybko zagłu­szył to gło­śny płacz.

Było w tym coś tak zna­jo­mego, że mia­łam wra­że­nie, iż wypływa pro­sto z mojej pod­świa­do­mo­ści. Kiedy moi rodzice zaczy­nali się wie­czo­rami kłó­cić, powta­rza­łam sobie raz za razem "ćśśś, ćśśś, nic się nie dzieje", pró­bu­jąc ich igno­ro­wać i zasnąć. Teraz jed­nak, kiedy to sły­sza­łam, czu­łam się dziw­nie, bo byłam przy­zwy­cza­jona, że sły­szę to tylko w swo­jej gło­wie i ota­cza­ją­cej mnie ciem­no­ści. Ruszy­łam z miej­sca.

- Tato?

Ojciec sie­dział przed lap­to­pem przy sto­ją­cym pod ścianą biurku.

- Hmmm? - zapy­tał, w ogóle się nie poru­szyw­szy.

Obej­rza­łam się na drzwi do różo­wego pokoju, po czym ponow­nie spoj­rza­łam na tatę. Nic nie pisał, wpa­try­wał się jedy­nie w ekran, a na biurku leżał żółty notes z jaki­miś notat­kami. Cie­kawe, czy sie­dział tu tak przez cały czas, kiedy spa­łam, czyli ponad sie­dem godzin.

- Powin­nam, eee... zabrać się może za robie­nie kola­cji? - zapy­ta­łam.

- Heidi tego nie robi? - odpo­wie­dział pyta­niem tata, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu.

- Chyba jest u małej.

- Och. - W końcu na mnie spoj­rzał. - Cóż, jeśli jesteś głodna, to prze­cznicę dalej sprze­dają świetne bur­gery. Mają tam też rewe­la­cyjne krążki cebu­lowe.

Uśmiech­nę­łam się.

- Brzmi ape­tycz­nie - odrze­kłam. - Zapy­tać Heidi, czy też coś chce?

- Jak naj­bar­dziej. A mnie przy­nieś che­ese­bur­gera i te krążki. - Z tyl­nej kie­szeni spodni wyjął kilka bank­no­tów i podał mi je. - Wiel­kie dzięki, Auden. Naprawdę to doce­niam.

Wzię­łam od niego pie­nią­dze, czu­jąc się tro­chę jak idiotka. Oczy­wi­ście, że ze mną nie pój­dzie, musi się zająć nowym dziec­kiem i żoną.

- Nie ma sprawy - odpar­łam, choć tata już tak naprawdę nie słu­chał, odwró­ciw­szy się z powro­tem w stronę ekranu. - Nie­długo wrócę.

Cof­nę­łam się do różo­wego pokoju, gdzie Thisbe na­dal zawo­dziła na cały głos. Tym razem nie musia­łam się przy­naj­mniej mar­twić, że ją obu­dzę. Zapu­ka­łam dwa razy. Po chwili drzwi się uchy­liły i ujrza­łam Heidi.

Wyglą­dała jesz­cze gorzej niż rano, o ile to w ogóle moż­liwe. Kucyk znik­nął, a włosy zwi­sały bez­wład­nie wokół jej twa­rzy.

- Hej - powie­dzia­łam, a raczej zawo­ła­łam, prze­krzy­ku­jąc płacz małej. - Idę po coś na kola­cję. Na co mia­ła­byś ochotę?

- Kola­cję? - powtó­rzyła, a ja kiw­nę­łam głową. - Już pora kola­cji?

Spoj­rza­łam na zega­rek, jak­bym potrze­bo­wała potwier­dze­nia.

- Jest za kwa­drans siódma.

- Boże. - Zamknęła oczy. - Zamie­rza­łam zro­bić fajną kola­cję powi­talną dla cie­bie. Wszystko sobie zapla­no­wa­łam, kur­czak i warzywa, i w ogóle. Ale mała jest taka marudna i...

- Żaden pro­blem. Idę po bur­gery. Tata mówił, że nie­da­leko stąd jest fajne miej­sce.

- Twój ojciec tu jest? - zapy­tała, popra­wia­jąc Thisbe na rękach i zer­ka­jąc ponad moim ramie­niem na kory­tarz. - Myśla­łam, że poje­chał do kam­pusu.

- Pra­cuje w gabi­ne­cie. - Heidi nie dosły­szała i nachy­liła się ku mnie. - Pisze. - Tym razem pod­nio­słam głos. - No to lecę. Na co masz ochotę?

Heidi stała z pła­czą­cym nie­mow­lę­ciem, spo­glą­da­jąc na świa­tło wyle­wa­jące się spod uchy­lo­nych drzwi gabi­netu taty. Zaczęła coś mówić, ale urwała i gło­śno wes­tchnęła.

- Wybierz coś dla mnie, na pewno będzie smaczne - rze­kła po chwili. - Dzię­kuję.

Kiw­nę­łam głową, następ­nie zro­bi­łam krok w tył, a ona zamknęła drzwi. Ostat­nie, co ujrza­łam, to czer­wona twarz zawo­dzą­cej Thisbe.

Na szczę­ście na dwo­rze było o wiele ciszej. Kiedy szłam w stronę dep­taka, sły­sza­łam jedy­nie ocean i zwy­kłe uliczne odgłosy: pokrzy­ku­jące dzie­ciaki, muzykę dobie­ga­jącą z prze­jeż­dża­ją­cego samo­chodu, dud­niący przez otwarte drzwi jakie­goś baru tele­wi­zor.

Po obu stro­nach wąskiego dep­taka mie­ściły się prze­różne lokale: bistro z kok­taj­lami smo­othie, typowy dla nad­mor­skich miej­sco­wo­ści skle­pik sprze­da­jący tanie ręcz­niki i zegary z musze­lek, piz­ze­ria. Mniej wię­cej w poło­wie uliczki minę­łam nie­wielki butik z szyl­dem CLE­MEN­TINE'S i poma­rań­czową mar­kizą. Do drzwi przy­kle­jono kartkę, na któ­rej napi­sano dru­ko­wa­nymi lite­rami: TO DZIEW­CZYNKA! THISBE CARO­LINE WEST, URO­DZONA 1 CZERWCA, 3200 KG. A więc to jest skle­pik Heidi, pomy­śla­łam. Doj­rza­łam w nim sto­jaki z T-shir­tami i dżin­sami, sek­cję z pro­duk­tami do maki­jażu i pie­lę­gna­cji ciała, a za ladą stała ciem­no­włosa dziew­czyna w różo­wej sukience z przy­kle­jo­nym do ucha tele­fo­nem.

Kawa­łek dalej mie­ściło się to miej­sce, o któ­rym wspo­mniał tata - LAST CHANCE CAFÉ, NAJ­LEP­SZE KRĄŻKI CEBU­LOWE NA PLAŻY! - gło­sił szyld. Obok zoba­czy­łam sklep z rowe­rami. Na sto­ją­cej przed nim zde­ze­lo­wa­nej drew­nia­nej ławce sie­działa grupka chło­pa­ków w moim wieku, roz­ma­wia­jąc i obser­wu­jąc prze­chod­niów.

- Cho­dzi o to - oświad­czył gło­śno jeden z nich, krępy chło­pak w szor­tach - że nazwa musi mieć to coś. Ener­gię, cza­icie?

- Waż­niej­sze, żeby była pomy­słowa - ode­zwał się inny, wyż­szy i szczu­plej­szy, z krę­co­nymi wło­sami i wyglą­da­jący na żar­tow­ni­sia. - I dla­tego powin­ni­ście zde­cy­do­wać się na moją pro­po­zy­cję, Wał Kor­bowy. To nazwa ide­alna.

- Brzmi jak sklep z czę­ściami samo­cho­do­wymi, a nie rowe­rami - zapro­te­sto­wał ten niski.

- Rowery mają korby - oświad­czył sta­now­czo jego kolega.

- A samo­chody wały.

- Rzeki też - odciął się chudy.

- To może chcesz nazwać sklep Wał Brze­gowy?

- Nie - odparł jego kolega, a pozo­stali dwaj się zaśmiali. - Mówię tylko, że liczy się kon­tekst.

- A kogo obcho­dzi kon­tekst? - Niski wes­tchnął. - Potrzebna nam nazwa kon­kretna i zwią­zana ze sprze­da­wa­nym towa­rem. Na przy­kład... powiedzmy Śmi­ga­jące Rowery. Albo Rowery Na Nad­biegu.

- A niby jak się wcho­dzi w nad­bieg na rowe­rze? - zapy­tał trzeci z chło­pa­ków, odwró­cony do mnie tyłem. - To głu­pie.

- Wcale nie - burk­nął ten nie­wy­soki. - Poza tym sam niczego nie zapro­po­no­wa­łeś, więc daruj sobie zło­śliwe komen­ta­rze.

Prze­sta­łam przy­glą­dać się witry­nie Cle­men­tine's i zaczę­łam iść dalej. W tym samym momen­cie trzeci chło­pak nagle się odwró­cił. Nasze oczy się spo­tkały. Miał ciemne, krótko obcięte włosy, nie­sa­mo­witą opa­le­ni­znę i sze­roki, pewny sie­bie uśmiech, któ­rym mnie wła­śnie obda­rzył.

- To może - rzu­cił prze­cią­gle, nie odry­wa­jąc wzroku od mojej twa­rzy - nazwijmy sklep: Wła­śnie zoba­czy­łem naj­faj­niej­szą dziew­czynę w Colby?

- Jezu. - Żar­tow­niś pokrę­cił głową, a jego kolega gło­śno się zaśmiał. - Żało­sny jesteś.

Obla­łam się rumień­cem, ale zigno­ro­wa­łam słowa opa­lo­nego. Szłam twardo przed sie­bie, wyczu­wa­jąc na sobie jego spoj­rze­nie, mimo że dzie­lił nas coraz więk­szy dystans.

- Stwier­dzam tylko oczy­wi­ste - zawo­łał. - Mogła­byś podzię­ko­wać, wiesz?

Nie zro­bi­łam tego. Mil­cza­łam, choćby dla­tego, że nie mia­łam poję­cia, jak zare­ago­wać. Kon­takty z kole­żan­kami mia­łam mocno ogra­ni­czone, nato­miast z chłop­cami - nie licząc tych, z któ­rymi rywa­li­zo­wa­łam w szkole o naj­lep­sze stop­nie - prak­tycz­nie zerowe.

Co nie zna­czy, że nikt ni­gdy mi się nie podo­bał. W Jack­son cho­dzi­łam na zaję­cia z pew­nym chło­pa­kiem, bez­na­dziej­nym z mate­ma­tyki, i zawsze pociły mi się dło­nie, kiedy to jego przy­dzie­lano mi jako part­nera do eks­pe­ry­men­tów. A w Per­kins Day nie­zdar­nie flir­to­wa­łam z Nate'em Cros­sem, który sie­dział obok mnie na rachun­kach, ale w nim kochały się wszyst­kie dziew­czyny, więc trudno to uznać za coś poważ­nego. Dopiero w Kif­f­ney-Brown, kiedy pozna­łam Jasona Tal­bota, zaczę­łam mieć nadzieję, że może w końcu uda mi się zaszpa­no­wać jaki­miś dam­sko-męskimi histo­ryj­kami pod­czas następ­nego spo­tka­nia z kole­żan­kami. Jason był inte­li­gentny, przy­stojny i zde­cy­do­wa­nie potrze­bo­wał pocie­sze­nia po tym, jak dziew­czyna z Jack­son rzu­ciła go dla, jak sam to okre­ślił, "mło­do­cia­nego prze­stępcy z tatu­ażem". Szkoła nie była duża, więc spę­dza­li­śmy razem sporo czasu, rywa­li­zu­jąc o to, które z nas wygłosi mowę na zakoń­cze­nie nauki jako naj­lep­szy uczeń w naszym rocz­niku. Kiedy zapro­sił mnie na bal matu­ralny, czu­łam więk­szą eks­cy­ta­cję, niż skłonna byłam przy­znać. Tyle że final­nie mnie wysta­wił, wybie­ra­jąc "dosko­nałą oka­zję na wzbo­ga­ce­nie swo­jego CV", jaką była mię­dzy­na­ro­dowa kon­fe­ren­cja eko­lo­giczna.

- Wie­dzia­łem, że to zro­zu­miesz - powie­dział, kiedy bez słowa poki­wa­łam głową na jego wymówkę. - Ty wiesz, co jest naprawdę ważne.

Okej, może nie nazwał mnie piękną, nie­mniej na swój spo­sób był to kom­ple­ment.

W Last Chance pano­wał spory ruch. Na miej­sca przy sto­li­kach cze­kała grupka osób, a przez nie­wiel­kie okienko widać było, jak w kuchni uwi­jają się dwaj kucha­rze. Zło­ży­łam zamó­wie­nie u ład­nej ciem­no­wło­sej dziew­czyny z kol­czy­kiem w war­dze, po czym usia­dłam pod oknem, aby zacze­kać. Tamci chłopcy na­dal oku­po­wali ławkę. Ten, który do mnie zaga­dał, też teraz sie­dział. Ręce miał wycią­gnięte za głową i z cze­goś się śmiał, a w tym cza­sie jego niski, krępy kolega jeź­dził przed nim na rowe­rze, co i rusz wyko­nu­jąc mały pod­skok.

Chwilę trwało, nim otrzy­ma­łam zamó­wie­nie, ale szybko się prze­ko­na­łam, że tata miał rację. Warto było cze­kać. Cebu­lowe krążki pod­gry­za­łam, jesz­cze zanim wyszłam na dep­tak, który o tej porze pełen był rodzin raczą­cych się lodami, rand­ku­ją­cych par i bie­ga­ją­cych po pia­sku dzie­cia­ków. W oddali malo­wał się zapie­ra­jący dech w piersi zachód słońca, bar­wiący niebo na poma­rań­czowo i różowo. Szłam powoli, ze wzro­kiem utkwio­nym w kolo­ro­wym nie­bie, nawet nie zer­ka­jąc na sklep rowe­rowy. To zna­czy zro­bi­łam to, kiedy już go pra­wie minę­łam. Opa­lony chło­pak na­dal tam był, acz­kol­wiek roz­ma­wiał aku­rat z wysoką, rudo­włosą dziew­czyną, któ­rej pół twa­rzy zasła­niały oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

- Hej! - zawo­łał do mnie. - Jeśli się zasta­na­wiasz, co robić dziś wie­czo­rem, to na Cyplu jest ogni­sko. Zajmę ci naj­lep­sze miej­sce. Obok mnie!

Zer­k­nę­łam na niego. Ruda wyglą­dała na poiry­to­waną, więc nic nie odpo­wie­dzia­łam.

- Ach, a więc to praw­dziwa łamaczka serc! - zaśmiał się chło­pak. Szłam, wyczu­wa­jąc gdzieś mię­dzy łopat­kami świ­dru­jące spoj­rze­nie rudo­wło­sej. - Będę na cie­bie cze­kał, nie­zna­joma!

Po powro­cie do domu wyję­łam trzy tale­rze i po zesta­wie sztuć­ców, nakry­łam do stołu i wypa­ko­wa­łam jedze­nie. Ukła­da­łam wła­śnie saszetki z keczu­pem w sto­sik, kiedy z góry zszedł tata.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki