2.
Marny podrywacz, pomyślałam o tym facecie, kiedy szłam już Emilii Plater w stronę Świętokrzyskiej. Nie to co Theos. Ten to umie zagadać tak, że kobieta od razu ma skurcze w podbrzuszu. Zaniepokoiło mnie, że poczułam je na samo wspomnienie o nim. Postanowiłam więc zrobić test trzeźwości. Weszłam na jezdnię i stanęłam na białej linii oddzielającej pasy ruchu. Rozłożyłam ręce na boki i starałam się iść prosto. Lekkie zachwianie, ups! Okej, a teraz dotknę palcem wskazującym nosa, pomyślałam. Trafiłam w oko i zaczęłam nim mrugać, bo chyba wcisnęłam sobie do środka kilka okruszków tuszu do rzęs. Wtem podłużny biały pasek, na którym stałam, zrobił się rażąco biały. Oślepiły mnie ogromne światła, a od ściany Pałacu Kultury odbiło się echem wwiercające się w głowę przeciągłe trąbienie - najgorszy dźwięk na świecie, kiedy w uszach ma się jeszcze nastrojowy szum ginu. Autobus zatrzymał się tuż przede mną. Po raz drugi tego wieczoru stałam tak blisko karoserii, że czułam intensywny zapach pojazdu. Kierowca wychylił głowę przez małe okienko. Musiał się lekko unieść z siedzenia, by dobrze na mnie poprzeklinać. Chociaż wciąż oślepiały mnie światła, które miałam na wysokości kolan, to wyraźnie widziałam jego wąsate, grube usta i tłuste paluchy, którymi wymachiwał.
Zeszłam z jezdni, patrząc na niego z wyższością i obojętnością zarazem. Miałam ten wzrok dobrze przećwiczony w redakcji. Tak trzeba było działać. Zanim dopuściło się do pióra młodszych redaktorów, zanim zezwoliło się, by ich nazwisko miało zaszczyt pojawić się na stronach magazynu czy tylnej okładce książek, trzeba było im pokazać, gdzie ich miejsce. Ale ten kierowca za nic miał mój pełen pogardy wzrok. Zwyzywał mnie od narkomanek i pijaczek. I zanim wcisnął gaz, wrzasnął jeszcze przez to durne okienko:
- Idź się lecz, łajzydo!
Nie miałam siły wchodzić z nim dyskusję, choć mogłabym też mu powiedzieć parę słów, chociażby, żeby przestał tyle żreć, bo wygląda jak tłusty balon z wąsami, albo że niech wróci do szkoły, debil jeden, bo nie ma takiego słowa jak łajzyda, jest łajza, a nic mnie bardziej nie irytuje, jak uliczne słowotwórstwo pospólstwa zarabiającego poniżej średniej krajowej. Ale krzyknęłam tylko, kiedy już mnie minął:
- Nie jesteśmy na ty, pierdolony anla-analfabecie!!
A jednak nie trzeźwiałam. Uff... Język mi się jeszcze sennie plątał, pomimo że chód miałam już całkiem dziarski. Skręciłam w Świętokrzyską. Libańska knajpa, do której lubiłam zabierać klientów na lunch, była już zamknięta. Szkoda. Miałam ochotę na ich kebab. Światła samochodów oślepiały mnie, więc starałam się iść z dala od ulicy. Czułam się bardzo ładna i ważna. Byłam wolnym człowiekiem. Nie musiałam tkwić w nudnym domu, wstając pierdylion razy do jakiegoś bobasa z kolką czy czymś takim. Nie miałam faceta, który by pilnował mojego powrotu do łóżka, ani nudnych znajomych, których miałabym obowiązek przyjąć z rewizytą. Robiłam, co chciałam, piłam, jak i gdzie chciałam, pracowałam właściwie też, kiedy chciałam. Żadnych pieprzonych zobowiązań. Jedynie Aleks czasami wytrącał mnie z tej idylli. Zaburzał moją wolność, ale wiedział, że ma do tego prawo.
Oczywiście, nie był moim mężem. Był moim byłym mężem. Rozwiedliśmy się dokładnie sześć miesięcy po ślubie, kiedy dowiedział się o Theosie. Na zawsze zapamiętam jego oczy i zaciśnięte nieme wargi, które hamowały potok słów, jakimi chciał mnie wtedy zabić. Zadałam mu cios, ale on nigdy mi nie oddał. Po siedmiu latach od naszego rozwodu wciąż regularnie się widujemy, nie wracając do tamtej półrocznej marnej małżeńskiej przygody. Aleks nigdy nie dowiedział się, dlaczego zgodziłam się założyć sobie obrączkę na palec, po czym natychmiast ją zdjęłam i schowałam do szuflady. Nie zasługiwałam na niego. Za to doskonale zasługiwałam na Theosa.
Dochodziłam do skrzyżowania z Marszałkowską. Wysoka, chuda postać już stała na wysepce tramwajowej pośrodku jezdni. Na tym przejściu spotkaliśmy się po raz pierwszy. Gapił się wtedy na zegarek, a ja wsłuchiwałam się w trajkotanie mojej przyjaciółki Flory, jednocześnie będąc wspomnieniami jeszcze na wakacjach, na których śniada, opalona skóra Theosa migała morskimi kropelkami. Wyglądały na nim jak greckie diamenty. Z tamtych wspomnień wyrwał mnie przeraźliwy jęk Flory. Wysoki blondyn wpadł na nią i dosłownie zdeptał. Flora leżała na szynach, Aleks pochylał się nad nią wstrząśnięty rozmiarem krzywdy, jaką niechcący zadał, a ja patrzyłam na nich z góry, próbując uświadomić sobie, co się właściwie dzieje. Już wtedy był bardzo spanikowany. Dreptał zgarbiony wokół Flory, próbując ją podnieść, ale jej noga wydawała się jakaś dziwnie zakrzywiona. Odrażające, że można sobie w taki sposób wykręcić kostkę. To pewnie przez te obcasy, których, mając taki ciężki tyłek, nie powinna nigdy zakładać. Mój szewc zawsze mamrotał pod nosem, reperując obcasy, że baby z grubymi dupami powinny zapomnieć o szpileczkach. Darzyłam go sympatią i nie raz miałam ochotę wyjść z nim na kawę, ale nie lubię obcych ludzi. Wtedy cała chmara gapiów zatrzymała się przy nas, udzielali rad, zrobił się ogólny harmider, nawet tramwaj stanął na skrzyżowaniu. Moja przyjaciółka płakała z bólu, wszyscy próbowali jej pomóc, a ja stałam obok niej i nic. Ktoś zadzwonił po karetkę i kilka minut później Flora jechała na ostry dyżur ambulansem bez włączonego sygnału. Ludzie się rozeszli, tramwaj na mnie trąbnął, żebym się przesunęła i odjechał.
- To chyba jej - powiedział chudy blondyn, wręczając mi sweter Flory.
Spojrzałam na ten bezgustowny łach i od niechcenia wepchnęłam go do swojej obszernej torby.
- Jak myślisz, gdzie ją zabrali? Może na Madalińskiego? - pytał.
Widziałam, że szuka mojego pocieszenia. Powinnam powiedzieć coś w stylu: "Nie martw się, Flora to gapa, jak trajkocze, to nie widzi bożego świata, nic jej nie będzie, ludzie codziennie sobie coś łamią, przyda jej się parę tygodni wypoczynku" i tak dalej. Ale powiedziałam tylko:
- Powinieneś uważniej patrzeć pod nogi.
- Wiem - przyznał załamany - nigdy nie czułem się podlej.
Nie zrobiło mi się go żal, ale odrobinę mnie zaciekawił. Przyjrzałam mu się z uwagą. Jasny zarost, włosy zaczesane palcami na bok, luźne dżinsy i sweter wystający spod krótkiego płaszcza, brązowe mokasyny. Gust okej. Na ramieniu miał zawieszony plecak komputerowy. Informatyk?
- Aleksander - przedstawił się, nieproszony podając mi rękę - To twoja koleżanka i na pewno macie kontakt do siebie. Jeśli zadzowni do ciebie lub ty do niej, proszę, daj mi znać, jak ona się czuje, co z nią, nie wybaczę sobie, jeśli coś jej zrobiłem.
- Zwichnąłeś jej kostkę i tyle - zaczęłam się śmiać. - To takie straszne?
- Straszne - powiedział poważnie. - Ja zazwyczaj nie wchodzę do szpitali, ale chcę wiedzieć, gdzie ona jest. Od razu tam pobiegnę.
Znów się roześmiałam. Ten chłopak mówił zupełnie poważnie. Dziwak. Choć dość przystojny. Zaproponowałam więc, żebyśmy się przeszli po mieście. Może w międzyczasie ona sama zadzwoni i da znać, a jak nie, to my zadzwonimy. A jeśli nie odbierze, to wymienimy się numerami i przekażę mu informacje jutro.
Poszliśmy więc Świętokrzyską w stronę Nowego Światu. Okazało się, że oboje studiujemy na SGH. On mnie nawet trochę kojarzy, ja go w ogóle, jak wszyscy inni ludzie był dla mnie po prostu tłem. Zajmuje się analityką i globalnym biznesem. Chce zostać maklerem, czy jakoś tak. Był też ciekawy mnie. Pytał, czy podoba mi się na zarządzaniu. Powiedziałam, że mam to w małym palcu i studiuję tylko dla dyplomu, bo i tak dostanę kierownicze stanowisko w firmie moich rodziców. Wziął to za żart.
Teraz znów stał tam przy torach, tak jak wtedy. Podeszłam, ignorując czerwone światło.
- Zasady ruchu drogowego nie obowiązują pani dyrektor? - zapytał, dając mi buziaka w policzek. - Pachniesz dżinem. Dużo piłaś?
- A co?
- Martwię się o twoje zdrowie.
- To nowość, bo głównie martwisz się o własne.
- Nie musisz być złośliwa. Nie martwiłabyś się, gdyby ciebie to spotkało?
- Sraczka? Olałabym.
- Złe wyniki. I do tego sraczka. Nieustająca od kilku dni.
- Od kilku, czyli od ilu? Pięciu? Sześciu?
- Dwóch.
Westchnęłam. Jak zwykle przesadzał.
- Gdyby było tak źle, nie chodziłbyś w nocy po mieście - zauważyłam.
- Byłem w pracy. Giełdę zamykamy późno, bo jeszcze prowadziłem analizy porannych otwarć. A poza tym mam w biurze osobną łazienkę, wiesz, to dla mnie duży komfort. No i jestem na lekach, ale w sumie, nie wiem, czy mam je brać, czy może jeszcze bardziej mi zaszkodzą... Konsultowałem się z lekarzami, ale każdy mówi co innego. Nie mam nikogo, komu mógłbym zaufać...
Znałam te teksty na pamięć. Mogłabym je zacytować bez zająknięcia. Czy dotyczyło to nerek, podkrążonych oczu, czy bólu brzucha, zawsze diagnostyka w jego przypadku była podejrzana i nienazwana, lekarze ukrywali prawdę lub jego przypadek był tak skomplikowany, że wymykał się dotychczasowym standardowym doświadczeniom lekarzy, a żeby położyć się do szpitala na drobiazgowe badania, nie było mowy.
- ...a do szpitala nie pójdę. Nikt nigdy mnie tam nie zaciągnie. A jak już tam kiedyś trafię to tylko po to, żeby umrzeć.
Przewróciłam oczami. Cóż więcej mogłam zrobić. Nawet nie zauważyłam, że idziemy już od paru minut naszą standardową trasą. Jakiś facet przed nami palił papierosa elektronicznego. Wypuścił chmurę dymu. W świetle ulicznej latarni wyglądała jak mgła, z której się wyłonił. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Co do tego oboje mieliśmy takie samo zdanie: nie lubiliśmy palaczy. Zatruwanie powietrza śmierdzącym dymem z czyjejś gęby uznawaliśmy za naruszanie naszych praw do wolności, zdrowia i swobodnego oddychania. Przeprowadziliśmy ze sobą dziesiątki rozmów o tym, co na ten temat myślimy, a mianowicie, że palenie powinno być zabronione na ulicy, na plaży, przed wejściami do budynków, właściwie to wszędzie, a palarnie na uczelniach i w miejscach pracy zlikwidowane, bo w sumie to naruszają równość pracowników, bo skoro daje się przestrzeń dla celebrowania jednego uzależnienia, to dlaczego nie ma jej dla innego, na przykład pokoików dla osób uzależnionych od masturbacji?
- Zerkniesz na te wyniki? - Podsunął mi papier pod nos.
Literki i cyferki trochę mi się rozmazywały. Zatrzymaliśmy się pod latarnią i skupiłam wzrok. Może faktycznie tym razem jest się czym niepokoić?
- Widzę tylko niewielkie przekroczenia i kilka niedoborów - powiedziałam - ale to równie dobrze może być błąd pomiarowy.
- Dasz to ojcu? Zna tego ordynatora...
- Zna każdego ordynatora w mieście - sprostowałam. - Może lepiej wuj Stach z Szaserów?
- Tak będzie lepiej. Skonsultujesz? Bardzo mi zależy. Jestem w grupie ryzyka. Mój tata już w tym wieku miał pierwsze objawy raka jelita, które zignorował...
Dla świętego spokoju przytaknęłam i zmiętoliłam kartkę, wpychając ją do kieszeni płaszcza. Ulżyło mu, że nie odmówiłam, że nie wyśmiałam jego obaw.
- Pewnie nie pamiętasz, że dziś są moje urodziny? - zagadnął po chwili. - Nie szkodzi. Nie mam ci za złe.
- Dużo zdrowia - pożyczyłam mu.
- Nie musisz być złośliwa.
Szliśmy dalej. Minęło nas parę nocnych autobusów. Poza tym ulice wyludniły się, nawet jak na centrum miasta. Pomyślałam, że jeśli nie będzie chrzanił o swoich kiszkach, to może do mnie wpaść. Obejrzymy coś, napijemy się jeszcze. Do świtu już tylko parę godzin. Może uda mi się zasnąć chociaż na chwilę. Rano napiszę ten blurb i wyjdę do pracy. Jakoś dotrzymam do wieczora z zapasem prosecco w szafce, trochę podyrektoruję, wejdę w jakiś kompletnie wyssany z palca spór z którąś z redaktorek lub z Borysem, który myśli, że przejmie moje stanowisko za jakiś czas, a potem znów sobie spokojnie pójdę w nocy do knajpy. Ot, słodkie, bezsenne życie.
- Możesz do mnie przyjść, jeśli chcesz - powiedziałam z jakąś dziwną chrypą w głosie, która odbiła się echem od bramy, przy której właśnie przechodziliśmy.
- Nie oczekiwałem, że z okazji moich urodzin będziesz aż tak hojna - zaśmiał się.
Zgrywus jeden. Za to go lubiłam. Że nie rozpaczał po nas. Nie wypominał mi błędu, jak moja Matka, że nie taplał się w mojej winie, nie skupiał na tym, że zmarnowałam mu jego stare życie. Po prostu jeszcze nie ogarnął swojego nowego. Za to ja tkwię w starym, nawet tym starszym od niego. Znów pomyślałam o Theosie, i o tym, jak zawsze nie w porę nawiedza mnie jego obraz.
Pociągnęłam go w stronę przystanku, bo akurat nadjeżdżał nocny autobus.
- Chyba żartujesz! - żachnął się. - Wiesz, że od czasu pandemii nie poruszam się komunikacją miejską. Tych debili nawet zaraza niczego nie nauczyła. Kaszlą, prychają w każdą stronę, jeżdżą bez masek, za duże ryzyko.
- To co proponujesz, paranoiku?
- Jestem przecież samochodem, tylko musimy się kawałek wrócić. Zaparkowałem na Kubusia Puchatka.
Nie ma chyba w Warszawie głupszej nazwy ulicy. Ale okej, wróciliśmy się na Kubusia Puchatka, żeby niepotrzebnie nie ryzykować jego życia jazdą autobusem.
- Ty też nie zachowujesz rozsądku - wypominał mi po drodze. - Włóczysz się po mieście, chodzisz po barach, gdzie pełno obcych ludzi, jakby wirusa odwołano.
- A czy ja kiedyś byłam rozsądna? - coś mi nawet lekko powieki opadały. Liczyłam, że może uda mi się zdrzemnąć w jego aucie przez ten kawałek, jak będziemy jechać na Ochotę, a potem przez dwa razy dłuższą chwilę, jak będzie szukał miejsca do zaparkowania.
Kiedy wsiedliśmy, faktycznie nieco odpływałam. Nie to, że zupełnie przysnęłam. Chciałabym. Myślałam o tekście, który muszę na jutro dostarczyć do redakcji, bo to deadline dla ważnego tytułu książki jednej z odpicowanych celebrytek, która niby szerzy szyk. Gardzę takimi, ale mniejsza z tym.
Zawsze miałam trudności z pierwszym zdaniem. Patrzenie przed siebie, stukanie, a potem backspace. I od początku to samo. A pisać trzeba było dużo, by wyrobić pozycję. Korekta nie wymyśli za mnie konceptu, a redaktor prowadzący prędzej podrzuci coś mało lotnego, by najlepsze smaczki swojego umysłu zachować do środkowych rubryk, które podpisuje własnym nazwiskiem. Koszmar pierwszego zdania prześladował mnie, odkąd zaczęłam pracować w wydawnictwie Rodziców. Trzeba było coś udowodnić, nie tylko dyplomem, ale i talentem. Inaczej na zawsze miałabym łatkę córeczki szefów. Mnie to wisiało, ale Ojcu nie. Pierwsze zdanie decyduje o tym, czy czytelnik przeczyta kolejne, Pierwsze zdanie jest jak pierwsza miłość, Rozsądek zostaw w domu, emocje zawrzyj w pierwszym zdaniu - głosiły motywacyjne hasła na pulpitach i ściankach działowych redaktorów. U mnie w gabinecie nad biurkiem wisiała tabliczka Everytime is prosecco time.
Potem opracowałam jakoś tam swoją metodę. Pierwsze zdanie nie chce przyjść? W dupie z nim. Zacznę od drugiego. Albo i trzeciego. Czasem zaczynałam po prostu środkowy akapit lub pisałam samą końcówkę (te mi wychodziły elegancko), nazywałam to draftem i podrzucałam Alicji, mojej sekretarce, żeby to podrasowała. Ona oczywiście pisała całą resztę, czyli dziewięćdziesiąt pięć procent plus robiła niezawodną korektę. A jeśli, jakimś cudem, udało mi się w bólach urodzić pierwsze zdanie, drugie, czy nawet cały pierwszy akapit, brałam dzień wolnego i przeważnie przesypiałam go, bo to były czasy, kiedy jeszcze spałam, jakby to była tak wysysająca z energii czynność, że wymagała urlopu wypoczynkowego. Jak ludzie są w stanie pisać długie książki? Rozglądałam się czasem po półkach u nas w wydawnictwie czy w Empiku, i prawie szalałam z wściekłości, gdy widziałam sześciotomowe cegły od Knausgarda, czy Małe życie, Ósme życie, Shantaram i inne opasłe wolumeny, które czytałam ze łzami zazdrości w oczach. Kuźwa mać, mówiłam wtedy. Byłam naprawdę rozżalona. Dlaczego mnie pisanie sprawia tyle trudności? Zaczęłam bawić się w życzenia, typu: jak światło się zapali w trzy sekundy, to uda mi się napisać blurb w godzinę. Raz, dwa, trzy, odmierzałam i dupa. Jak nie nadepnę na żadne przecięcie płyt chodnikowych do końca Marszałkowskiej, to stworzę wzorcowy wstępniak. Zobaczyłam któregoś sierpniowego wieczoru spadającą gwiazdę. Zamknęłam oczy i jak paniusia na pensji pomyślałam życzenie. I takie tam. Aż w końcu, któregoś dnia, wróciłam z wydawnictwa. Dość wcześnie jak na siebie. Po drodze kupiłam kawę i pączki. Specjalnie pojechałam po nie kawałek dalej, na Dickensa do Skrzypka, bo tam są najlepsze w Warszawie. Przysiadłam na tarasie, żeby zjeść i wypić, patrząc na wieżowce w centrum, a potem wzięłam na kolana macka i sama z siebie napisałam rewelacyjny tekst, wprowadzający na rynek książkę popularno-naukową o miejskich ptakach.
W dupie mam ptaki, ale ten tekst tak mi się udał, że był wielokrotnie cytowany, znalazł się na okładce, plakacie promującym książkę, czytał go lektor w filmiku reklamowym, został nawet przetłumaczony, bo książka miała też wydania zagraniczne, a organizator międzynarodowych targów książki otworzył uroczyście wydarzenie cytatem z mojego tekstu. Wow, to było coś. Życzenia się spełniają. Trzeba śledzić spadające gwiazdy. I właśnie wtedy, kiedy napisałam to jedno doskonałe pierwsze zdanie wraz z jego kontynuacją, przestałam sypiać.
Miałam ochotę płakać, ale zdecydowałam, że tego nie zrobię.
- Jesteśmy - powiedział Aleks.
Rozejrzałam się. Dziwnym trafem udało mu się zaparkować w alejce przy Parku Wielkopolskim.
- Zaproszenie aktualne czy wolisz iść sama wypocząć?
- Wiesz, że nie sypiam. Chodź już i nie marudź.
- Ja też raczej nie usnę z wizją raka w żołądku...
- Nie marudź, mówiłam!
W mieszkaniu było duszno. Otworzyłam więc okna, a Aleks poszedł do łazienki. W tym czasie uprzątnęłam stolik kawowy, zrzucając puste butelki, kartki, opakowania po rajstopach i butach po prostu na podłogę. Potem zajrzałam do lodówki. Nic obiecującego. Zamrażarka? Stare frytki.
- Może zamówię nam kebab?! - krzyknęłam w stronę łazienki.
- Żartujesz sobie? Przecież mam rozwolnienie! - odkrzyknął oburzony z toalety.
- Ale ja jestem głodna... - mruknęłam do siebie i przypomniałam sobie, że w szafce na dole mam popcorn i rodzynki. Znalazłam tam też słoik fioletowych oliwek, suszone pomidory i pleśniowe kiełbaski z Żabki. Oblizałam usta. Zrobię deskę serów bez serów, pomyślałam i ułożyłam wszystko elegancko na drewnianej okrągłej tacy. Obsypałam całość maślanym popcornem i wyjęłam butelkę białego wina. Chwilę mi zajęło mocowanie się z korkiem, ale jednak doświadczenie zrobiło swoje. Nalałam do dwóch kieliszków i urzeczona swoją gościnnością zaniosłam poczęstunek do salonu. Aleks siedział już na sofie i przełączał kanały. Minę miał taką, że widziałam, żeby nawet nie pytać, co mu jest, bo było mu wciąż jedno i to samo.
- Ja nie mogę pić - oznajmił jakby to była moja wina. - Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł pić tyle co ty. Nie myślałbym wtedy o śmierci.
- Możesz nie myśleć, nie pijąc - doradziłam szczerze.
- A ty umiesz nie myśleć, nie pijąc?
W punkt.
Przysunęłam bliżej siebie dwa kieliszki i zagryzłam je śmierdzącymi kiełbaskami.
- Pachną jak stare skarpety - powiedział z odrazą.
- Chyba twoje - szturchnęłam go i zaczęliśmy się śmiać.
Jakie to cudowne, że w tym wieku można być wciąż zabawowym jak nastolatki, podczas gdy twoi rówieśnicy czują się już emerytami, pchając bobowózki i zasypiając ze strużką śliny przy Faktach. Tak, moje życie jest naprawdę piękne, pomyślałam nalewając wino do obu kieliszków.
Aleks zdjął buty i wyciągnął nogi, opierając stopy o stolik. Zatrzymał się na kanale Eleven. Leciała powtórka weekendowego wyścigu Formuły 1. Max Verstappen przypominał mi zawsze skrzyżowanie Tomasza Lisa z Tamarą Łempicką. Nie wiem, czy to za sprawą zaspanych jasnych oczu, zakrzywionej linii nosa czy sposobu układania ust podczas mówienia. W każdym razie szum wina i silników sprawiły, że oparłam głowę o jego ramię, zastanawiając się nad magicznym pierwszym zdaniem do jutrzejszego blurba.
- Jeśli zaśniesz - powiedział cicho Aleks - wyjdę jak zwykle i tylko zatrzasnę drzwi, okej?
- Nie zasnę - wymamrotałam.