Bezruch - Grzegorz Kapla

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (35,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała. Czekała na kroki w ciemności. Kiedyś bałaby się ich, nieważne, czy to było człapanie starego, czy to ten młody, lepszy, suwał stopami. Kiedyś kroki znaczyły, że ten, który przyjdzie, zrobi jej krzywdę. Czasami taką zwyczajną, że dostanie po twarzy. Albo wyleje herbatę na spodnie.

Spodniom już wszystko jedno, ale wrzątku żal, bo nie piła dawno, i za tę herbatę, gdyby ją zostawił, oddałaby wiele.

Najgorzej było, kiedy zmuszali ją do siedzenia na golasa i ktoś patrzył na jej brudne ciało, a ona czuła wstyd najpierw z powodu nagości, a potem już tylko brudu, obwisłych piersi, skóry na brzuchu, szczeciny na nogach. Drżenia rąk. Kolan obitych jak jabłka. Nawet obgryzionych paznokci.

Na początku bała się nawet samej ciemności, ale potem przywykła, zdążyła się przekonać, że ciemność jest dobra. Pozwala się ukryć. Nie patrzeć w oczy. Nie czuć wstydu. Nie uciekać. Pozwala leżeć bez ruchu, być jak drewno. A może nawet jak kamień. Napisy w kamieniu trwają dłużej niż w drewnie. Ale najdłużej trwa to, co w sercu. W ciemności można przestać się bać. Bo kiedy leżysz bez ruchu w absolutnej ciemności, możesz zniknąć. Rozpuścić się jak grudka soli. Wystarczy poczekać. I mieć jeszcze tylko tych kilka kropel wilgoci.

Na początku zostawiali jej wodę w butelce po mleku. Takiej litrowej. Kiedy już była pusta, przykładała do niej ucho i wtedy butelka szumiała.

Wtedy bała się jeszcze ciemności i ten szum pomagał jej przetrwać. Za bardzo się bała, żeby zasnąć. Zdawało jej się, że za blaszanymi drzwiami ktoś jest. I tam oddycha. Takim dziwnym rwanym oddechem, jakby przez szmaty. Przerażała ją wizja, że to ciemność oddycha. Nienawidziła tego oddechu. Temperatury nieprzystającej do okoliczności. I tego, że ciemność nie potrafiła się dopasować. Nigdy nie była w sam raz. Ani obojętna.

Trzeba się wtedy bać. Więc lękała się jej drżenia, pulsowania, nagłych skurczy nabrzmiałej wężowej powłoki, lśniącej, oleistej, naładowanej elektrycznością.

Czasami, kiedy marzła na kość - bo brzydziły ją stare wojskowe pledy, które jej dali, nie wiadomo, kto ich dotykał ani co to były za plamy - i zapalali jej żarówkę podczas jedzenia, widziała te koce na tyle dokładnie, żeby wszystkich plam nauczyć się na pamięć. Mapa plam.

Nie chciała dotykać w ciemności żadnych plam, bo wtedy sama ciemność zdawała się ją dotykać. A kiedy miała gorączkę - na pewno czasami ją miewała - to ciemność drażniła ją zimną, obleśną, bliską miękkością pleśni.

Najbardziej bała się tego jej pulsowania. Dokładnie tak samo czuła się dawno, dawno temu, kiedy razem ze Stefankiem wysłuchiwali opowieści babci. Mama zawoziła ją na wieś do babci, a potem znikała, by robić karierę na uniwersytetach, dyskutować o słowach ludzi pochowanych przed wiekami w drewnianych skrzyniach i pod kamiennymi płytami sarkofagów; ludzi, którzy nie mieli już serc, płuc ani ust, ale wciąż gadali i gadali, a mama wyławiała w ich słowach sensy, niezrozumiałe dla nich samych, bo w dawnych czasach było za wcześnie, żeby wszystko ogarniać umysłem.

Babcia wycierała ręce w fartuch, głaskała Stefanka po włosach, a Aśkę po policzku. Wtedy dziewczynka wciągała głęboko do płuc zapach rosy, krowiego łajna i kurzej posoki, bo przecież skoro przyjeżdżali, babcia musiała nastawić rosół.

W ciągu dnia biegali po łąkach. Brudzili buty w błocie, nabierali brunatną breję w złączone ręce i ganiali kurczęta, żeby wylać im ją na głowy. Albo szturchali świnię łodygą lebiody. Świnia przekomarzała się z nimi, że niby tego nie czuje, nie widzi, ale jak tylko łodyga była blisko ryja, to chwytała ją i ciągnęła. Wtedy się śmiali i zdawało im się, że świnia śmieje się razem z nimi.

Wieczorami babcia nalewała zagotowanej wody do cynowej wanny, którą ustawiała na środku kuchni, blisko pieca. Wodę lała wiadrem, a gdy już się postarzała i osłabła - to garnkiem z czarnymi uszami.

Kiedy rozchlapali wszystko i włosy schły im pod szarymi kłębami ręczników, nakrywała oboje pierzyną, zapalała cztery świece w podstawce zabawkowej choinki, na której wierzchołku na krótkiej osi znajdował się pofałdowany blaszany baldachim. Gorące powietrze ze świec sprawiało, że baldachim zaczynał się obracać, a dzwoneczki dzwoniły. Myślała wtedy, że nadchodzą święta.

Potem się dowiedziała, że to była ruska choinka, więc żadne święta nie nadeszłyby z jej powodu. Ale i tak chciała, żeby to wszystko wróciło. Żeby przyszła babcia i zabrała ją stąd, z tej czeluści. Wie, że to czeluść, bo kazali jej tutaj zejść po drabinie, którą potem wyciągnęli na górę. Musiała zostać sama.

Babcia znała mnóstwo opowieści. Na przykład o skarbach ukrytych w lochach. Trzeba było odnaleźć wejście, przeżegnać się trzy razy, wpełznąć do środka i nigdy, ale to nigdy nie oglądać się za siebie. Kto się obejrzał - zamieniał się w kamień. A kamień nie chodzi. Nie może wrócić do światła. Nie ma rąk. Nie może zdobyć skarbu. A na dodatek wszystko pamięta. Czasami babcia zmieniała to i owo. Wtedy ten, kto się obejrzał, zamiast w kamień, zamieniał się w słup soli. Lepiej było być kamieniem niż słupem soli. Szczury nie mogły ugryźć kamienia, lubiły za to lizać sól.

To obrzydliwe, być słupem soli.

Wolała inne bajki. Na przykład o księżniczce na ziarnku grochu. Stefanek ją lubił, bo było tam miejsce dla księcia, dla rycerza. Dla kogoś, kto potrafiłby zabić smoka i uratować królestwo, a nie tylko być kamieniem.

W opowieści o księżniczce nie było wcale ciemności.

A teraz była wszędzie, ale Aśka bała się jej mniej niż światła. Ciemność oznaczała, że jest sama. Mogła w spokoju leżeć na czterech deskach, owinięta szmatami, i płakać. Nie sądziła, że człowiek może aż tak dużo płakać. I że jest tyle rodzajów płaczu: z bólu, głośny, niepohamowany, płacz kogoś, kto nie spodziewał się zła. Płacz z powodu zdartego kolana i wybitego zęba. Taki płacz ma koniec. Mama podnosi cię z ziemi, otrzepuje zabrudzone ręce, dmucha na nie albo całuje. Potem przytula i po bólu.

Inny natomiast jest płacz z bólu, który nie mija. Na przykład kiedy skórzana pałka trafia w udo pierwszy raz. Płacz ze zdumienia, że to prawda. Że oni naprawdę biją. Albo ten z powodu bólu zęba. Powiedziała im, że ząb boli i nie przestaje, że się ułamał kawałek, dziąsło puchnie, ale tylko wzruszali ramionami.

"Nic się nie da z tym zrobić. Napiszesz, co potrzeba, i może coś się poradzi. Polopirynę albo tabletkę z krzyżykiem".

Ale nie chciała pisać. Nie wolno jej. Musi wytrzymać, myślała, musi wytrzymać, wszystko przecież ma swój koniec. Każda książka, burza i każdy kawałek chleba, choćby go tylko ssać, nawet nie gryźć, też ma kiedyś koniec.

Potem jednak się poddała. Pisała.

Pisała za wodę i chleb. Ale żadnych dokumentów. Listy pisała. Że tęskni. Że jej go brak. Żeby przyjechał po nią i zabrał ją z tego świata. Dopóki pisała, miała światło. Dziwne listy. Wiedziała, że to może być podstęp, ale nie potrafiła go rozgryźć. Mimo to postanowiła zaryzykować. To nie był gryps, ale szyfr. Wiadomość osobista. Trzeba ją ułożyć tak, żeby oni nie zrozumieli. Ale czy on będzie wiedział? Może gdyby nie była tak strasznie zmęczona z powodu braku snu, to napisałaby lepiej. Ale kiedy nie śpisz, tracisz czujność.

Ile można leżeć w ciemności, kiedy nie wiesz, która godzina ani jaki dzień? Ani jaka epoka? Przypomniał jej się Stachura, jak leży w swojej kurtce wojskowej przy torach w Bednarach pod lokomotywą i jak go wyciągają, wciąż żywego, ale już bez palców. Na gitarze nie zagra nigdy więcej "nie Brookliński Most, lecz na drugą stronę głową przebić się przez obłędu los, to jest dopiero coś!".

Ona ma wszystkie palce. Ale nie wie, czy zagra, czy nie będzie się bała otworzyć ust. Tyle dni nie myła już zębów. Zęby bolą. To pewnie taki sam ból jak ten z bezsilności, kiedy odchodzi ktoś, kogo kochasz, z powodu choroby, o której nikomu nie wolno powiedzieć. Dziwny jest wtedy płacz. Dużo łez i prawie żadnych dźwięków. Czasami krew na przygryzionej dłoni, żeby na chwilę zapomnieć. Albo ten dziwny skurcz, kiedy nie możesz złapać powietrza, gdzieś na granicy histerii.

Pewnego dnia usłyszała, że musi się umyć, bo ktoś do niej przyjedzie. Adwokat? No pewnie, że adwokat, a kto inny? Matka za granicą, brat nie wiadomo gdzie, babcia umarła na tę wstydliwą chorobę - zapomniała, kim jest, nie pamiętała nawet, żeby załatwiać się do toalety. Brzydziła się wtedy babką, myślała, że lepiej jej będzie u sióstr, a teraz sama ma obsikane nogi, i nic. To nie boli. Nie przeszkadza, ale skoro ma przyjść adwokat, to się umyje.

Stał nad nią i patrzył, jak się pochyla nad obitą, dużą białą miednicą, chyba wiadro wody tam weszło. Woda zimna, ale nie szkodzi. Odwróciła się do niego tyłem, kiedy usiadła w tej miednicy, rozchlapując dookoła.

Potem dał jej czystą koszulę. Bluzę. Takie bluzy to chyba nosi wojsko. Długi rękaw. Jakby dres, zielona.

Nie pachniała niczym. Może trochę szczurem.

Czasami, żeby nie zwariować, przypominała sobie po kolei opowiadania o Sherlocku Holmesie.

"Ranek był mglisty, chmurny, nad dachami domów unosił się ciemny obłok, będący jakby odbiciem zabłoconych ulic"1.

Kiedy szła do toalety, wiedziała, że tam jest światło. Wyglądało to jak jakiś niedokończony bunkier, bo z sufitu i podłogi sterczały końce przewodów oraz prętów zbrojeniowych. Pordzewiałe, martwe, ale niecięte i niepołamane.

Na początku próbowała wszystko zapamiętywać.

Olejną lamperię w kolorze rdzawej czerwieni. Stół obity blachą. Rdzawe plamy na blacie. Metalowy kubek z czarną rączką. Gdyby dostawała gorącą herbatę, parzyłby jej wargi. Ale dawali tylko wodę. Chociaż nie, pierwszego dnia i kilka razy potem dostała kawę inkę. Dziwny zapach i smak. Z termosu. Młody jej przynosił. Kawa i ciastko, myślała, chociaż to była jedynie bułka i serek homogenizowany. Chciało jej się śmiać za każdym razem, kiedy widziała tę nazwę. Homogenizowany. Jakby ktoś z serka chciał uczynić człowieka.

- Niech się pani nie martwi - pocieszał ją młody. - To nie potrwa długo. Kilka dni i po sprawie.

Na początku miała nadzieję. Potem straciła rachubę czasu. Wydawało jej się, że ciemność trwa bez końca. Nauczyła się ich rozpoznawać po tym, jak chodzą. Stary stawiał stopy mocno, słyszała, jak rozchlapuje wodę. Młody ciągnął stopy po ziemi. Na początku zdawało jej się to niemożliwe. Słyszeć kroki przez stalowe drzwi? To musiały być omamy. Przesłyszenia. Fantomy. Ale kiedy zostawiają cię w kompletnej ciemności, skazaną tylko na węch i słuch, zaczynasz słyszeć coraz więcej. Podobnie jest ze smakiem. Nawet zwyczajna bułka z masłem smakuje wówczas niesamowicie.

Na początku nie jadła ani nie piła. Prosiła wtedy o telefon, żeby powiadomili jej brata, mamę, kogokolwiek. Nie rozumiała, dlaczego telefon nie przysługuje. Potem próbowała tłumaczyć, że to przecież pomyłka, ona nie zrobiła nic złego. Kiedy zostawała sama, wciąż i wciąż rozpamiętywała, jak ją zatrzymali, gdy wracała ze spaceru z psem profesora. Najpierw siedziała w normalnym więzieniu, w izolatce. Niczego nie podpisuj, na zeznaniach domagaj się adwokata, a jak przyjedzie, to żądaj, żeby zapisywali wszystkie pytania. Ale nie było przesłuchań. Przewieźli ją do tego miejsca, nie wie gdzie, bo miała na głowie worek.

Potem milczała. Próbowali ją zmusić do pisania. Zacięła się. Nie jadła. Zaczęła jeść dopiero, kiedy próbowała się uczesać palcami i w ręku została jej garść włosów. Wtedy wzięła bułkę od młodego. Coś z nim było nie tak. Posuwał nogami, jakby wiecznie był zmęczony. Wycofany. Może chory na coś? Może nie lubił ciemności? Może nie był szczęśliwy, trzymając ją tutaj, nie wiadomo gdzie?

- No właśnie, może mi pan powie, gdzie my w sumie jesteśmy?

- Niech się pani nie martwi - pocieszał ją. - To już długo nie potrwa.

Nie wierzyła, ale on w końcu jednak przyszedł, przyniósł jej sweter, majtki, męskie, ale i tak była mu wdzięczna. I czyste spodnie. Trzymał ją, kiedy szli po schodach. Nie dał jej patrzeć na tamten straszny korytarz. Ale ona wiedziała już, że tam nie wolno spojrzeć, nie wolno za żadne skarby świata. Ale gdy tylko zamykała oczy, wciąż widziała ten oderwany język. I o mało nie zemdlała, bo kiedy wyszli na zewnątrz, wszystkie zapachy odurzyły ją naraz: noc, ziemia, kwiaty, drzewa, zwierzęta. Najbardziej noc. Ptaki się płoszyły, kiedy szli, a raczej kiedy ją ciągnął, bo nie miała siły. Samochód jakiś ciasny, dał jej się napić wódki, dobrze robi, wódka zawsze dobrze robi. Zaciskała zęby, żeby nie rzygać. Żołądek palił. Jechali chyba po ciemku, nie umiała sobie przypomnieć, a potem już zwyczajnie, drogą. A droga pusta. Żadnego innego samochodu. Kierowca niedbale trzymał kierownicę.

- Niech się pani nie martwi - powiedział przez zaciśnięte wargi. - Nie martw się, niech się martwi martwią. Uciekliśmy, i to najważniejsze.

A teraz siedziała unieruchomiona przy stole. Najpierw poruszała dłonią. Drewno musiało być spróchniałe. A potem napięła mięśnie, szarpnęła i gwóźdź wyszedł ze stołu. Jedną dłoń miała wolną.

Rozdział 1

Teraz

- Nie, nie mogę zasnąć wieczorem, więc to chyba oczywiste, że się nie wyspałam. - Olga potarła palcami spuchnięte oczy, ale nie pomogło. Były nabrzmiałe i twarde. Jakby miała tam piasek.

- Nie dbasz o siebie. - Głos Szymona dobiegał jakby z oddali. No jak miał być z bliska, skoro dzieliło ich trzysta sześćdziesiąt kilometrów, cztery godziny jazdy, pieprzona kwarantanna, strach, żal, tajemnica.

- Dbam, mam nawet maseczkę na twarzy.

- Ale nie sypiasz. Wiesz, sen dobrze hobi na mechanizmy immunologiczne. A tak już jest z wihusami, że trzeba mieć przeciwcia...

- Seks robi najlepiej. - Chciała na niego warknąć, ale jak warczeć na kogoś, kiedy ta maseczka jest w kwiaty? Tylko taką udało się załatwić. Ktoś w jej kamienicy powkładał sąsiadom maseczki do skrzynek na listy. Żoliborz umie się odnaleźć w trudnym czasie.

Miała na końcu języka, że powinien być tutaj, z nią, razem, a nie w jakimś pieprzonym Wrocławiu. Chciała mu przypomnieć, że mówił, iż załatwi przeniesienie, i co? Teraz, w tej kwarantannie?

- Tak, wiem, chciałbym...

- Nie pierdol, wiesz? Lubię cię i wiele ci mogę darować, ale...

- Ale, Olu - przerwał jej - przecież hozumiesz, jesteśmy na piehwszej linii fhontu.

- Na pierwszej linii frontu to jest pani ze sklepu, w którym kupuję chleb, rozumiesz? Widzę, jak jej się trzęsą ręce i jak chciałaby być w domu z dziećmi czy z wnukami, bo stara już jest, ale stoi tam i sprzedaje ten chleb, nie wiem, ile tych chlebów, bułek, sto? Dwieście? Każdemu "dzień dobry", "do widzenia". Ona jest na pierwszej linii frontu. Albo listonosz, albo ci co śmieci wywożą, wiesz, co może być w takich śmieciach?

- Wiem - wszedł jej w słowo. - Wiem. Tym się właśnie zajmuję. Grzebaniem w ludzkich śmieciach.

Nie powiedziała nic.

- Jesteś tam?

- Uspokoiłam się. - Westchnęła. - Nie wiem, co mnie naszło. Przepraszam. Po prostu chciałabym, żebyś był tutaj. Zapieprzamy jak osły, ale jutro wreszcie mam wolny dzień. Będę oglądała Netflixa i jadła.

- Nie mogę przyjechać.

- Wiem. A ja nie mogę dłużej gadać. Gruby idzie. Mordę ma skwaszoną, jakby mieli jednak wprowadzić ten stan wyjątkowy.

- Nie, u nas już po i nic nie...

- Ale wszystkich ściągnął, więc jest coś poważnego. - Wyłączyła komórkę, bo Gruby odkaszlnął w dłoń zaciśniętą w pięść.

Raz, drugi.

Poruszyli się i spojrzeli po sobie.

- To nie wirus, kochani. - Młodszy inspektor Kazimierz Leśmian skulił się w sobie, jakby bolał go brzuch, a potem sięgnął prawą ręką do rękawa swetra i wyciągnął stamtąd chusteczkę.

Staroświecką, płócienną, nie widziała czegoś takiego od dziecka.

- To grypa. - Wytarł nos i wsadził chustkę do rękawa.

Milczeli. Ktoś zaszurał krzesłem.

- Zbadałem się. Mam wyniki testu, rano przyszły. Jest negatywny.

Milczeli. Wiedzieli, że bał się od kilku dni. Był na spotkaniu z ministrem środowiska, a potem telewizja podała, że minister ma koronawirusa.

- Gdybyśmy pracowali w szkole, powiedziałbym, że jeśli ktoś z was się boi albo ma dziecko, albo nie wiem, starą matkę pod opieką, to może pracować zdalnie. - Uśmiechnął się. - Żart taki to miał być.

- Ha, ha - zaśmiał się Pisarski z prewencji.

- No dobrze. - Leśmian odkaszlnął jeszcze raz. - Jak jedni z was już wiedzą, a inni właśnie się dowiadują, mamy sytuację... - Podszedł do stolika, na którym Wiśniewski z dochodzeniówki stawiał laptopa.

Poczekali chwilę, aż nagrzeje się rzutnik.

- Myślałem, że mamy stan wojenny - powiedział Pisarski. - Zostań w domu, nie idź na wybory.

- Mylił się pan. - Młodszy inspektor potarł łysą głowę. Wszyscy wiedzieli, że nie lubią się z Pisarskim, bo Leśmian przyszedł z dobrą zmianą, a to się ludziom nie podobało. Zwłaszcza tym, co ze swoimi poprzednimi szefami pracowali od dekady albo i dłużej.

Cisza była nieznośna. Ludzie oglądali coś w swoich telefonach. Nikt poza Olgą nie miał na twarzy maseczki. Czuła się z tym, jakby była naga, ale postanowiła być twarda. Teraz musiała być bezwzględnie twarda. Musieli to wyczuć, bo nikt się nie zaśmiał, kiedy pierwszy raz przyszła do roboty z maską na twarzy. A może sami też się bali? Przed kulą obroni cię kamizelka, a przed koronawirusem co? Jej matka powiedziałyby, że Bóg, ale skoro episkopat przyznał, że lepiej nie chodzić do kościoła, to znaczy, że Bóg nie ratuje przed wirusem. Och, mogłaby to powiedzieć matce, ale przecież nieżywi nie słuchają.

- Dobra, mam - powiedział Wiśniewski.

Spojrzała na ekran.

Blond włosy, niebieskie oczy, uśmiechnięty, sympatyczny. Gdyby potrzebowała chłopaka i miała Tindera, przesunęłaby jego zdjęcie w prawo, wyrażając swoją aprobatę.

- Jarosław Hełczyński, lat trzydzieści osiem, niekarany, ratownik medyczny, zatrudniony w szpitalu w Bundes... Bundeswehr... ja pierd... co za język - zdenerwował się Leśmian. - Bundeswehrkrankenhaus. Krankenhaus. No. Wczoraj uprowadził syna, Artura, lat pięć, z domu jego matki w Aninie. No, wrzuć mi zdjęcie chłopca.

Na ekranie pojawiła się fotografia dziecka w niebieskim sweterku.

- Zabrał chłopca z podwórka - kontynuował Leśmian. - Babcia, Jadwiga Wolska, próbowała mu przeszkodzić, ale bezskutecznie, Hełczyński powiedział, że ma prawo widywać się z synem. To prawda, ma prawo, ale powinien był to uzgodnić z matką, Haliną Wolską, lat trzydzieści sześć, pielęgniarką, poznali się w pracy, w szpitalu. Mieli dziecko, ślub, rozwód, niebieską kartę, cały zestaw. Ona twierdziła, że się nad nią znęca, dowodów nie było, w końcu go nagrała, jak straszył, że zabije ją i tego chłopca. Wtedy chłopiec miał dwa lata, pożarli się o jej romans. Wiadomo, szpital, nocne dyżury, takie sprawy się zdarzają, dowodów nie było, ale Hełczyński twierdził, że kobieta go puszcza kantem z doktorem Janickim. Może miał rację, bo teraz ona i doktor razem mieszkają.

Olga usłyszała szmer. Faceci zaczęli ze sobą rozmawiać gdzieś za jej plecami.

- Już? - Leśmian odczekał chwilę. Potarł dłonią łysą czaszkę. Wyglądał źle. Ciekawe, czy to naprawdę grypa, pomyślała, czy po prostu pęka, przerasta go to wszystko, że musi stać przed nimi i udawać, że sam nie jest obsrany ze strachu. Przecież ma rodzinę. Pewnie się boi, że przywlecze to do domu. Ona by się bała. Nie miała rodziny, a i tak się bała. Nawet kiedy do niej strzelali, nawet gdy wisiała za nogi z workiem na głowie, nie czuła aż takiego strachu.

- Już? - powtórzył dowódca.

- Panie inspektorze, jak on... jak on w Niemczech pracuje, to jak? Przez te zamknięte granice przejechał?

- Przejechał. Wiśnia, weź powiedz, co wiesz.

- Przejechał przez granicę dwa dni temu, przez Kołbaskowo. Zameldował, że wraca do kraju, wypełnił kartę na kwarantannę, podał adres Aleje Jerozolimskie pięćdziesiąt pięć. Nie stawił się tam, nikt go tam nie zna, uprzedzając wasze pytania, nie ma możliwości sprawdzenia, czy ludzie na granicy podają właściwe dane. Dziecko zabrał około południa, a o trzynastej siedem wysłał SMS do byłej żony, że zabije siebie i chłopca. Że nie da syna obcemu facetowi. - Wiśniewski spojrzał w papiery. - "Ty kurwo, nie zostawię własnego dziecka obcemu facetowi. Nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani Arturka".

- No ale tu nie ma nic, że chce go zabić, tylko że ona go nie zobaczy.

- Ale ona zadzwoniła do niego od razu pod ten numer i wtedy jej powiedział. Tak zeznała. Że postanowił zabić dziecko, a potem siebie. Po tym, jak się rozłączył, próbowała ponownie dzwonić, ale już tylko słyszała, że abonent czasowo niedostępny, a potem, że nie ma takiego numeru.

- Połamał kartę.

- Tak, prawdopodobnie zniszczył kartę. Zgłosiła się do nas, koledzy z siódmego komisariatu przyjęli zgłoszenie o czternastej trzynaście, no i się zaczęło. Tu mam treść zgłoszenia. - Wiśniewski zaczął znowu szeleścić papierami.

- Nie no, kurwa, Wiśnia. - Leśmian podniósł ręce do góry. - To nie sąd, nie czytaj papierów, bo nie ma czasu. Ten telefon należał do jakiegoś faceta ze Szczecina. Jak chłopaki do niego zadzwonili w nocy, to się okazało, że mu ukradli samochód razem z tym telefonem. Żółty Renault. Babcia nie pamięta, jakim samochodem był u nich ten Hełczyński, ale twierdziła, że żółty. No i mamy to auto, bo dzisiaj rano policjanci z posterunku w Łącku znaleźli Renaulta. W środku są ślady krwi. Nie wiemy jeszcze czyje, niewiele krwi, jak po skaleczeniu raczej, albo może z nosa. W samochodzie nie znaleziono ani Hełczyńskiego, ani tego dzieciaka. Jest decyzja, że szukamy.

- Czego szukamy?

- Ich szukamy.

- Ale gdzie?

- No dookoła tego Łącka.

- Łącka śliwowica najlepsza - mruknął któryś. - Siedemdziesiąt procent jak nic.

Kilku się roześmiało. Napięcie odrobinę zelżało.

- To nie jest to miejsce - powiedział Leśmian. - Śliwowicę gdzieś w górach robią, a to jest Łąck koło Płocka.

Minęło kilka godzin.

Była siedemnasta dwadzieścia pięć. Serbia parkowała Forda przy wąskiej drodze w okolicach Środonia. Z każdej strony Łącka ruszały ekipy poszukujące. Po Hełczyńskim i dziecku ani śladu. Z przeglądu monitoringów wiadomo, że nie byli widziani na żadnej stacji benzynowej. W telewizji pokazali zdjęcie ojca i syna. Żadnego odzewu, ale ludzie mogli mieć dość telewizji. Od początku kwarantanny tylko jęk i ten sam strach. Jakby niektórzy prowadzący mieli satysfakcję, czytając, że wreszcie jest dziesiąta ofiara w Polsce. W każdym razie numer kontaktowy policji milczał. A to się nigdy dotąd nie zdarzało. Zawsze było mnóstwo zgłoszeń. Zawsze ktoś widział gościa podobnego do tego, którego poszukiwały służby.

A teraz nic.

Cisza.

Nie wróżyło to dobrze.

- To tutaj? Jesteśmy we właściwym miejscu?

Wąska droga, las, skrawki pól, niebieskie niebo. Wyż znad Skandynawii. Zimny, słoneczny, aż bolały oczy, tak pięknie.

- Tutaj. - Kosiński sprawdził koordynaty. - W takich sprawach możesz mi zaufać.

Uśmiechnęła się. Tak. W kwestiach dotyczących komputerów, smartfonów i wszystkich tych nowych technologii mogła mu ufać.

- Muszę rozprostować nogi. - Otworzył drzwi i do środka natychmiast wpadły chłód i zapach lasu wymieszany ze smrodem obornika. Budynki, które minęli minutę temu, to pewnie jakaś chlewnia. Takie miejsca zawsze są daleko od ludzi. Patrzyła, jak Kosiński wyciąga z kieszeni czapkę i wsuwa na czoło, a potem, jak wygrzebuje papierosy. W tej zielonej kurtce, dużej, za obszernej, w wąskich spodniach i ciężkich, czarnych skórzanych butach wyglądał jak wielki ptak. Widziała go, jak idzie na drogę, przygarbiony, zmarznięty. Marabut. Jeśli wychowała kogoś w życiu na psa, to właśnie jego. Dobrze go wychowała, bo jest tam, gdzie potrzeba. Nie spieprzył, nie zaszył się w domu, nie próbował iść na zwolnienie.

Zapaliłaby teraz. Oj, zapaliłaby, ale nie możesz, dziewczyno, wiesz, że nie możesz.

Włączyła radio. Sekundę trwało, zanim RDS namierzył nową częstotliwość.

- Liczba przypadków zakażenia koronawirusem w Polsce wzrosła do dziewięciuset pięćdziesięciu siedmiu - powiedział jakiś nowy, nieznany głos. Pomyślała, że wyrzucają teraz z Trójki, kogo się da. - Nowe potwierdzone przypadki dotyczą pacjentów między innymi z województwa dolnośląskiego i wielkopolskiego. Podczas dzisiejszej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki mówił o kolejnych ograniczeniach, które wprowadza rząd w odpowiedzi na rozprzestrzeniającą się pandemię.

- Jadą! - krzyknął Kosiński.

- Och, kurwa. - Wyłączyła radio, założyła maseczkę i spojrzała w lusterko. Wyglądała fatalnie. Jak kaczka. Wyciągnęła ze schowka broń i wygrzebała się z auta. Sprawdziła magazynek. W porządku. Zatrzasnęła i wsunęła do kabury pod ramieniem, zanim pierwszy wóz zdążył zaparkować. Żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej wysypywali się spod plandeki przemarznięci i wystraszeni. Może gdyby pracowała jako dziennikarka w lokalnej telewizji, dałaby się oszukać, ale była policyjnym psem i umiała poznać, czy ktoś szpanuje, czy nie. Widziała, że nadrabiali miną. Chłopaki bardziej niż dziewczyny. Nie miała do nich żalu. Ta ich dziewczyna, porucznik Karpińska, znak Polski Walczącej na naszywce, na wąskim pasku nad kieszonką na piersi, ustawiła ludzi w dwuszeregu. Spojrzała na Serbię.

- Podkomisarz Olga Suszczyńska. - Serbia stanęła przed nimi i dopiero teraz chyba naprawdę poczuła, jak jest zimno. I jak groteskowo musi wyglądać tutaj, w lesie, w maseczce w kolorowe kwiatki. Zsunęła ją na szyję.

- Podkomisarz Olga Suszczyńska. - Teraz zabrzmiało lepiej. Podniosła wzrok. Czerwona smuga słońca odcinała ziemię od zimnego frontu, który wisiał nad lasem jak podarta szmata. - Boicie się. Wiem. Dzisiaj wszyscy się boimy tego pieprzonego wirusa. Ja też. Wiem, że macie rodziny. Niektórzy małe dzieci. Myślicie teraz, że waszym obowiązkiem jest być z nimi. Że jak wstępowaliście do wojska, to miało być inaczej. I że tu marnujemy wszyscy czas, bo prawdopodobieństwo, że to my znajdziemy tego chłopca, jest równe zeru. To prawda. Ale ten chłopiec, Artur, pięć lat, nie ma nawet ciepłej kurtki, bo kiedy ojciec go porwał, był w takiej lekkiej, środek dnia, słońce, ciepło. On też się boi. Boi się, bo chyba już wie, że jego tata zwariował. Bądźcie czujni. Idziemy. Północ, północny zachód, tyralierą, człowiek od człowieka co cztery metry. Nie gromadzimy się, bo wtedy będę musiała was aresztować.

Nikt się nie zaśmiał. Ktoś zakaszlał.

A ona się roześmiała.

- Bez żartów mi tutaj - rzuciła Olga. - Macie przeżyć. Ten facet, Hełczyński, uważajcie na niego, jakby się okazało, że go znaleźliście. Cholera wie, co to za jeden. Desperat. Wtedy lepiej nie podchodzić za blisko.

- Mamy pojemniki z gazem łzawiącym, podoficerowie broń krótką - obwieściła Karpińska.

- Umie pani strzelać, pani...

- Porucznik Karpińska. - Nie wyciągnęła ręki. - Sto pocisków w każdy czwartek. Jak minie to wszystko, możemy spróbować.

- Latarki w dłoń i idziemy - powiedziała głośno Serbia. - Co cztery metry, tyralierą.

Rozwinęli się jak zepsuta gąsienica. Niektórzy mierzyli krokami odległość. Śmiali się, gadali. Ktoś się potknął, bo nierówny teren. Pospolite ruszenie, pomyślała Serbia i posłała Kosińskiego na drugi koniec grupy. Żeby przynajmniej było wiadomo, na jakiej szerokości idą. Mieli maszerować godzinę, potem przesunąć się o całą szerokość szeregu i zawrócić.

I tak do skutku.

To będzie ciężka noc.

Ruszyli. Zmrok zdążył się już zakorzenić pomiędzy pniami drzew, skłębiony, czepiający się wszystkiego, co nie było z gumy ani ortalionu. Najgorszy był ten las. Niskie, uprawowe świerki, gęste, nogi można połamać na wykrotach. Słyszała, jak wojsko człapie, jak się gramoli, sapie, prycha, pokasłuje, jak depcze, uderza czubkami butów o korzenie, klnie, marudzi, ale idzie niestrudzenie krok za krokiem, omiatając pień po pniu nierówną, połamaną linią światła.

Poza śmieciami i pordzewiałymi kawałkami kół od rowerów, butelek i resztek plastikowych toreb nie znaleźli niczego.

Potem wyszli na drogę. Za nią był stary las. Wysoki, smukły, sosnowy, wszystkie drzewa pochylone w jedną stronę, na wschód, jakby każdego dnia przygniatał je ten sam wiatr. Poszycie było miękkie, czasami tylko sterty igieł i niskie krzewy, albo gęste kępy zarośli. Wtedy szereg żołnierzy znowu się chwiał, bo nie wiedzieli, czy mają iść, napierać, czy czekać na tych kilku, co utknęli, żeby przejrzeć te chaszcze, busz, przepłoszyć jakieś nocne zwierzę. Nie, to jeszcze nie noc, jakaś osiemnasta z minutami, zaraz zaterkoce jej stoper w komórce i będzie musiała przestawić swoją drużynę i iść z powrotem. Gdzie są? Google Maps pokazuje jakieś zadupie.

Wyszli na drogę, a za nią pola, ale jakby nieużywane. Brnęli po kolana w zeschniętych łodygach chwastów, lebiody, Bóg wie czego, dzikiej róży, bo łodygi kolczaste, czepliwe, zaciągały nitki spodni. Niebo granatowe. Znowu zagajnik, stara droga z betonowych płyt poprzerastana trawą, zaropiała, płyty jumbo, pomyślała, dawno nie widziała tego wynalazku popularnego w czasach komuny. Za drogą pordzewiały drut kolczasty na betonowych słupach, pochylony w stronę, z której nadeszli. Miejscami połamany, przeżarty rdzą, ale gdzieniegdzie wciąż się trzymał.

- Szlag by to trafił - powiedziała. Zatrzymała się. W lewo od niej tyraliera zrobiła to samo. Światełko przy światełku. Spojrzała na zegarek w telefonie. Jeszcze osiem minut. Osiem minut powinni iść, zanim zawrócą.

- Pani podkomisarz, co robimy? - Karpińska podeszła cicho jak duch.

- Nie wiem, kurwa, jak zaczniemy przełazić przez ten drut, to się wszystko popieprzy... cała ta tyraliera.

- Mieliśmy iść godzinę...

- Zostało siedem minut... nie możemy zawrócić. - Olga zapragnęła, żeby zadzwonił koordynator z informacją, że znaleźli dziecko i mogą wracać do domu.

- Lisicka! Lisicka do mnie! - zawołała porucznik.

Tamta przybiegła ciężkim truchtem. Otyła, nalana, w świetle latarek czerwona z wysiłku. Czy robią im w ogóle jakieś testy sprawnościowe?

- Na rozkaz. - Gruba dziewczyna wyprostowała się, okropnie dysząc.

- Nożyce masz?

- Tak jest.

- To wyciągaj. Tnij co cztery metry, żeby nie gubić szeregu. - Karpińska popatrzyła na Olgę, lekko podnosząc brwi. Cień uśmiechu.

- Damy radę, co nie?

Gruba przecięła siedem strun pordzewiałego drutu przed Olgą.

Pięć minut później ktoś zaczął krzyczeć. Daleko po lewej stronie.

Pobiegła. W tej robocie wiesz, jak brzmi krzyk kogoś, kto się naprawdę boi. Krzaki, spróchniałe drzewa, nikt tu nie sprzątał od lat, wdepniesz, noga grzęźnie jak w bagnie. Serbia szarpie, sznurówki zaczepiają się o korzeń, okrzyków więcej, widzi, że jakieś sto metrów od niej coraz więcej światełek, jeszcze pięćdziesiąt metrów, już, podnosi głowę.

Mężczyzna wisi na pasku od spodni. Spodnie zjechały do kostek, kurtka długa, zakrywa go na szczęście, bo uda rude od zaschniętej kupy. Opuściła oczy. Na buty. Brązowe, piękne, wysoka podeszwa, przeszyte poczwórną nitką, jakby wieczne, niezniszczalne. Wytłoczony na skórze wizerunek drzewa... Skrzyp, skrzyp, wiatr zawiał i poruszył trupem.

- Co teraz? - Porucznik obudziła Serbię z letargu.

- To on, ten ojciec. No co, zabezpieczamy, nie zadeptajcie śladów, okej? Kosiński!

- Jestem, jestem. - Robił telefonem zdjęcia, korzystając z tego, że dookoła dość świateł.

- Dzwoń do naszych, że mamy Hełczyńskiego, i wyślij im namiary.

- Tak, tak, już.

Żołnierki i żołnierze rozstąpili się w półkolu.

- Dajcie światło, ale starajcie się nie zadeptać za wiele, okej? Na dół latarki, jemu już nie pomożemy.

Poświecili. Serbia pochyliła się, uklęknęła.

Mów do mnie, pomyślała, mów do mnie, skąd przyszedłeś, mów, co z dzieckiem? Podniosła wzrok i poświeciła na ręce mężczyzny. Podrapane, brudne, pokaleczone. Ale krwi na nich niewiele. Na rękawach wcale. Spojrzała wyżej. Gdybyś podciął dziecku gardło, byłoby trochę krwi, co nie? Nie wiedziała, czy oszukuje samą siebie, ale chciała przecież, żeby ten chłopiec, Artur, żył.

Przywarła do ziemi. Dotknęła ją dłonią. Metr od drzewa, na którym wisiał Hełczyński, leżał kawał pnia. Stary, zbutwiały, ale kiedyś był równo ucięty. Jakiś metr długości.

Rozejrzała się. Żadnego innego podobnego pniaka nie było widać. Poświeciła po okolicznych drzewach. Same cienkie pniaczki, samosieje, krzewy, w większości iglasta drobnica. A to, na którym wisiał, dąb, stary, duży. Wybrał drzewo, które go utrzyma. Ale skąd ten pień?

Przyjrzała się glebie. Nie była harcerką, ale miała nosa do śladów.

Były tam podbiegnięte wilgocią wgłębienia. Może to jego ślady? Może kiedy dźwigał ten pniak, był na tyle ciężki, żeby je zostawić? Ruszyła za nimi. Niedaleko. Pięćdziesiąt metrów.

- Iść za panią, pani podkomisarz?! - krzyknęła porucznik. - Potrzebuje pani światła?

- Nie, zostańcie tutaj, zaraz wrócę.

Dotarła do miejsca, skąd Hełczyński wziął pniak, nietrudno poznać, bo leżała ich tam cała sterta. Spróchniałe, oplecione kłączami perzu, zakurzone, jakby tkwiły tam od półwiecza, porozsychane, zszarzałe i obsrane przez ptaki. Ale nieprzegniłe. Kopnęła w trawę kilka razy czubkiem buta. Twarde. Pod trawą, igliwiem i cieniutką, może centymetrową warstewką gleby zobaczyła beton. Omiotła latarką dookoła. Tak, tu musiało coś istnieć w jakiejś nieokreślonej przeszłości. Wszystkie drzewa były niskie i słabe, jak niedożywione dzieci. Gałęzie do samej ziemi. Nikt tu nie zaglądał od lat. Ale dalej, pięćdziesiąt metrów stąd, rosły już wielkie, stare konary, widziała ich cienie. A pod nimi rząd białych światełek. Latarki. Oświetliła teren dookoła siebie.

Było tam zagłębienie w ziemi. Jakby wejście do okopu.

- Kosiński! Kosa! Dawaj tu, tylko ostrożnie, nie pozadeptuj za wiele, chyba coś mam! - krzyknęła, bo kiedy podeszła bliżej, zobaczyła pozarastane zielenią schody. I zardzewiałe, ciężkie wrota. Uchylone. Od strony zawiasów świeże kupki rdzy. Ktoś je otworzył całkiem niedawno.

- Hej! Artur! - zawołała.

Nic. Cisza.

Kurwa, pomyślała, nie żyje. Ten chuj jednak zabił syna...

- Jestem.

Kosiński poświecił swoją latarką.

- Rękawiczki masz?

Skinął głową. Podał jej latarkę, wyciągnął z kieszeni lateksowe rękawiczki i założył je raz-dwa. Po kontuzji ręki sprzed paru miesięcy nie pozostał ślad.

- Dobra, idziemy.

- A twoje rękawiczki?

- Fuck you - mruknęła i poczekała, aż otworzy drzwi szerzej.

Weszła pierwsza. Korytarz, pajęczyny, ślady jakiegoś zwierzęcia, może lis, może borsuk, kostki mniejszych zwierząt, ktoś miał tu spiżarnię. Brud. Dwa metry dalej kolejne drzwi. Po obu stronach korytarza.

- Jakiś pieprzony bunkier - zauważył Kosiński. - Jak z gry komputerowej o wampirach.

- Głupi jesteś. Artur! Artur!

Nic.

Zajrzeli za pierwsze drzwi. Łóżko, z materaca została szmata, kiedyś w paski, i zgniłe siano. I biurko. Porozsychana sklejka. Jakieś papiery, długopis Zenith, obudowa wciąż w granatowym kolorze, kieliszki, szklanki, w szufladzie butelka.

- Zostaw, szukamy ciała.

Drugie pomieszczenie puste, trzecie wyglądało jak siłownia: skrzynki, przełączniki, dźwignie, ebonitowe tablice z bezpiecznikami. Do tego fotel, same sprężyny, po poszyciu nie został nawet ślad. Sporo kabli, w kącie skrzynki w maskującym szarym kolorze, napisy po rosyjsku, nie rozumiała.

- Hej, tutaj. - Kosiński wychylił się zza szafy z bezpiecznikami. - Tu było jakieś przejście.

Ruszyła za nim. Wąsko.

- Tu uważaj... - Przeskoczył.

W połowie długości korytarza, na całą jego szerokość ział w podłodze kwadratowy otwór. Metr na półtora, oceniła. Skoczyła. Nie zachwiała się, ale Kosiński i tak ją złapał.

- Czekaj, poświecę. - Nachyliła się nad czeluścią. Światło latarki odbiło się na odblaskowych naszywkach na niebieskiej kurtce.

- Jest dziecko - powiedziała. - Kurwa, wysoko, jakieś dwa metry.

Omiotła ściany w korytarzyku. Nie było drabiny.

- Pomożesz mi zejść i poszukasz jakiegoś sznura czy drabiny. Coś znajdziesz.

Kosiński nie zaoponował. Serbia zsunęła się w głąb, aż zawisła na rękach. Zamajtała w powietrzu nogami. Kosiński zaparł się o ziemię.

- Daj rękę, opuszczę cię, ile się da.

- No gdzie w tych rękawiczkach, kurwa - wysapała.

Ściągnął bez wahania. Wsadziła latarkę do ust i podała mu jedną rękę. Chwycił mocno i opuścił ją tyle, ile był w stanie. To wciąż nie wystarczyło, ale puściła go i skoczyła. Było niżej, niż się spodziewała. Stopy zagłębiły się w czymś mięsistym.

Kurwa, w dziecko wpadłam, pomyślała i natychmiast zrobiło jej się niedobrze, ale nie mogła rzygać, w ustach ciągle ta latarka. Wzięła ją do ręki i zmusiła się, żeby spojrzeć w dół.

Nie, nie wpadła w żadne zwłoki. To były koce, szmaty, jakieś worki, sienniki. Jej stopa tkwiła w rozerwanej poduszce. Pióra zgniły, pleśń je przeżarła. Ktoś musiał przez otwór w suficie nawrzucać tu śmieci. To zamortyzowało jej skok.

Uklęknęła na tym wszystkim i dotknęła szyi dziecka. Poczuła puls. Silny, zdrowy. Chłopiec spał.

- Artur, Artur! - Szarpnęła go za ramię. - Obudź się.

Otworzył oczy z wysiłkiem, mrużąc je od światła.

- Tata? - zapytał.

Opuściła latarkę.

- Nie bój się, tata nic ci już nie zrobi.

- Ja się nie boję taty, ja się boję ducha. Tata powiedział, żebym poczekał, że on przyplowadzi pomoc.

Wzruszyła się na to "l".

- No właśnie mnie przysłał, żebym cię znalazła. - Chciało jej się płakać. - Tu nie ma żadnego ducha. Zaczekamy, mój przyjaciel znajdzie drabinę i wyciągniemy cię.

Chłopiec usiadł.

- A po co masz to? - Dotknął jej maseczki.

- Żeby nie kaszleć. I żeby nie wdychać takich małych żyjątek, co przenoszą chorobę. Boję się zachorować.

- Ja się boję ducha.

- Duchów nie ma.

- Jest duch, naplawdę, stlaszny duch.

Pokręciła głową, a potem go przytuliła. Za ten strach, za zimno, za kwarantannę, za swoją samotność i pieprzone wojsko Macierewicza, które dało jednak radę, za tego ojca tchórza, co wisiał na dworze, majtając nogami w nowiutkich butach.

- Boisz się? - zapytał chłopiec.

- Nie. Już nie.

- A ja się stlasznie boję. Jak tata mi rzucił lampkę, to się nie bałem, ale potem mi zgasła i się boję.

- Nie, Artur, duchów nie ma.

- Chodź, pokażę ci.

- Nie ma duchów.

- Chodź! - Usłyszała w jego głosie, że poczuł się urażony.

- Kosiński! Kosa! - krzyknęła.

Nic, cisza. Miała nadzieję, że nie wpadł w kolejną dziurę.

- No dobrze, pokaż mi.

- O tam.

Chłopiec stanął i wyciągnął rękę przed siebie. Zaświeciła. Zobaczyła, że to nie zsyp, że jest w pomieszczeniu, z którego można przejść dalej, przez grube stalowe drzwi pomalowane kiedyś szarą farbą. Znowu ruskie litery. Omiotła światłem salę, w której się znajdowali. Po przeciwnej stronie były podobne drzwi.

- Sama zobacz, tam jest - powtórzył Artur.

Weszła. Za pustym, zakurzonym drewnianym stołem siedziała stara kobieta. Ramiona na stole, głowa na ramionach. Włosy białe, czerwony sweter.

Serbia podeszła bliżej.

Przyjrzała się dokładnie. Kobieta nie była stara. Była całkiem wyschnięta. Mumia. Duch.

Rozdział 2

- Mumia. Duch - wysapała.

Kosiński patrzył na nią, jakby powiedziała coś naprawdę niestosownego.

Wyciągnął rękę, żeby chwycić ją pod pachę i pociągnąć w górę, ale teraz się zawahał.

- No nie patrz tak na mnie, nie żartuję. Siedzi tam, martwa, wysuszona jak pestka z brzoskwini. W wełnianym swetrze. Zakurzona i sucha jak pieprz. - Serbia dyszała ciężko, wygrzebując się z jamy. Wisiała na wojskowych pasach powiązanych w jeden, mocny, parciano-skórzany sznur. Pani porucznik się spisała. Kiedy się okazało, że żadnej drabiny nie znajdą, kazała swoim spleść w linę paski i taśmy.

Najpierw wyciągnęli chłopca. Stał teraz w korytarzu, za rękę z Kosińskim, zafascynowany mundurami, plecakami, robotą.

- Mówiłem ci, że jest duch. Nie kłamałem. Ja nigdy nie kłamę.

- Mówi się: nie kłamię. - Serbia stanęła na nogi. Wciąż się uśmiechała na myśl, że to dziecko żyje.

- No właśnie mówię, że nie kłamę - powtórzył. - Gdzie tata?

Spojrzała na Kosińskiego.

Uniósł tylko brwi.

No tak, nie powinni go ściągać, zanim przyjedzie prokurator.

- Może głodny jesteś? Mam batona. - Karpińska przyszła z nieoczekiwaną pomocą. Zaszeleściła folia na Snickersie.

- Mama nie daje jeść batonów.

- Batony są dobre na duchy - powiedziała żołnierka całkiem poważnie. - Pewnie tu posiedzimy. Stawiamy namiot, chcesz zobaczyć?

- No. - Pokiwał głową. - Chcę.

Karpińska mrugnęła do Serbii.

- Mam trójkę, wiem, co i jak. - Wzięła chłopca za rękę i poszli.

- Kosa, kurwa, mamy ducha. Dzwoń po wszystkich, niech tu przyjadą, ja pierdolę.

Usiadła. Chciało jej się pić. Wódki, papierosa. Przytulić się do Szymona. Wszystkiego, czego nie mogła mieć, chciała teraz najbardziej.

- Prokurator jedzie, bo tego Hełczyńskiego chce oglądać, o wszystko osobiście zadbać.

- Dobrze się spisałeś - pochwaliła Kosińskiego. - Który prokurator?

- Wroński.

- Jasne, że osobiście, kurwa, chce w śniadaniowej telewizji opowiadać o pierwszej linii frontu.

- Nie dają tego w śniadaniówkach.

- Ale dadzą we wszystkich wieczornych wiadomościach. Akcja poszukiwawcza, wojsko, straż, my... blokada granic i tak była z powodu epidemii, ale media się rzucą na to, bo od tygodnia tylko wirus i wirus. We wszystkich telewizjach o tym powiedzą, bo ludzie już rzygają kwarantanną. Zdążyli wychlać wino, wyjedli chrupki, nacieszyli się seksem, obejrzeli do końca internet i seriale, to co myślisz? Zobaczysz, jaką będzie miał maskę, jaki garnitur. Jeszcze do barbera skoczy, zanim tu dotrze.

Zabrakło jej tchu.

- Wygadałaś się.

- Tak. - Dała mu kuksańca w bok. - Dzięki.

- No więc będzie pan prokurator Wroński. Pojawi się cała ekipa. Jadą do trupa, będą gotowi. O drugim trupie nic nie mają pojęcia, nie mówiłem, bo jak? Dopiero od ciebie wiem. Będą źli. Nie zazdroszczę im. Chuj wie, co to za sprawa, tu wszędzie ruskie skrzynie. A Wroński rzeczywiście może ściągnąć telewizję.

- Dobrze prawisz, kolego. Ogórka bym zjadła kiszonego, ale może być i baton. Pomóż mi wstać.

Wyszli z bunkra i dopiero wtedy poczuła zapach stęchlizny unoszący się w powietrzu wewnątrz bunkra.

Daleko po prawej stronie zobaczyli ognisko.

Dobrze, dobrze, pomyślała Olga. Ta porucznik ma głowę na karku, im dalej od zwłok, tym lepiej dla dziecka.

Kiedy podeszli bliżej, przy ogniu stały dwa prowizoryczne namioty z pałatek rozpiętych na gałęziach.

Chłopiec jadł kanapkę z jakimś smarowidłem i oglądał zawartość wojskowego plecaka.

Co oni jeszcze ze sobą przynieśli?, pomyślała Serbia.

- Powiedziałam mu, że tata przyjedzie razem z mamą, ale to trochę potrwa, bo daleko. - Karpińska nachyliła się jej do ucha.

Serbia pokiwała głową.

- Dobrze zrobiłaś... dobrze pani zrobiła, pani porucznik.

- Milena - powiedziała Karpińska.

Serbia uśmiechnęła się tylko, bo nagle poczuła się bardzo, bardzo senna.

Kiedy po dwóch godzinach grupa wreszcie dotarła - w komplecie: prokurator, dwie ekipy z telewizji, osobisty fotograf prokuratora, technicy, no i łapiduchy z noszami, co jeszcze nie wiedzieli, że będą musieli chodzić dwa razy - i kiedy ten cały młyn kręcił się wokół niej, Serbia spała oparta o drzewo. Śniły jej się góry pod śniegiem i ona sama, idąca przez zamarznięte Morskie Oko. Niebo było przeraźliwie niebieskie, jak to podczas wielkiego mrozu, pod butami skrzypiał śnieg, a ona ciągnęła za sobą sanki, w których zawinięte w koc siedziało maleńkie dziecko, suche jak skórka pomarańczy, jeśli ją zostawić na piecu na kilka tygodni.

- Pani podkomisarz! Pani podkomisarz! - Poczuła szarpnięcie za ramię.

Otworzyła oczy. Było zimno i raziło ją ostre światło. Zamrugała. Ktoś ją okrył pledem.

- Tak, tak, jestem. - Zerwała się szybko. Adrenalina w żyłach już ruszyła, ale w uszach wciąż jeszcze słyszała chrzęst swoich stóp na lodzie na Morskim Oku.

- Katja Nazarowicz z telewizji - usłyszała ten sam głos, który ją zbudził.

- Niechże ktoś wyłączy to światło!

- A przepraszam, to mój kamerzysta.

- No czy pani zgłupiała? - Serbia dotknęła policzka. Maseczka była na miejscu, poprawiła ją. - Nie wolno tak atakować ludzi, kiedy śpią.

- Przepraszam, ja nie atakuję, jestem w pracy, tak samo jak pani. Pan prokurator Wroński oznajmił nam do kamery, że to pani odnalazła dziecko. W związku z tym, czy powie pani kilka słów do kamery?

- Nie - ucięła Serbia.

- No co pani? Co pani w ogóle mówi?

- Nie mówię do kamery, nie jestem osobą publiczną. - Wstała i otrzepała tyłek z igliwia.

- Cała Polska czeka na panią, wszyscy chcą poznać kobietę, która odnalazła zaginione dziecko.

- Ja nie jestem zainteresowana. - Serbia podniosła wzrok, żeby zlokalizować Wrońskiego. Ktoś musiał mu powiedzieć o mumii.

- Ale ja mam prawo. Nie robię tego dla siebie, ale tak jak pani, w służbie społeczeństwu.

Serbia chciała na nią nakrzyczeć, ale dziewczyna była młoda, pewnie też inteligentna i ambitna, w przeciwnym razie nie byłoby jej tutaj. Jeśli pójdą na noże, wszystko się przeciągnie. A Serbia chciała już do domu.

- Pani redaktor, z całym szacunkiem do pani profesji, ale jestem oficerem policji, ścigam złych ludzi, czasami bardzo złych, i ujawnianie mojego wizerunku nie leży w społecznym interesie. - Była zadowolona, że tak składnie jej poszło. - Więc sama pani rozumie. Zresztą prokurator Wroński zna wszystkie szczegóły, on panią wtajemniczy.

- Ale ja chcę wiedzieć, czy tam naprawdę jest drugi trup! - Dziennikarka wyciągnęła swojego asa.

- Nic o tym nie wiem. - Serbia pomyślała, że maseczka przydaje się nie tylko w przypadku ochrony przed wirusem.

- No przecież wszyscy o tym tutaj gadają.

- Prokurator Wroński to pani powiedział?

- Nie.

- Gdyby było, jak pani mówi, to z pewnością by o tym poinformował, on uwielbia dzielić się takimi strasznymi historiami. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu z panią gadać. Chcę do domu, to był ciężki dzień. Znaleźliśmy dziecko, jest żywe, nie możemy się tym ucieszyć?

Poszła.

Wroński kończył spisywać notatki. Jego asystent jedną ręką podtrzymywał mu teczkę, a w drugiej, uniesionej nad głowami ich obu, trzymał latarkę.

- Dobry wieczór - powiedziała.

- Cześć, Olga, gratuluję - odrzekł wesoło. - Bardzo ci się powiodło. Naprawdę się cieszę, że mamy chłopca żywego.

Zamknął notes.

- Zostaw nas - rzucił do asystenta. Latarka zgasła. Padał na nich pomarańczowy blask od ogniska. Olga stała do niego tyłem i widziała, jak cienie ich obojga kurczą się i puchną na pniach drzew.

- Mów. Naprawdę jest tam trup?

Pokiwała głową.

- Świeży? Ten Hełczyński kogoś zabił?

- Nie. To nie on i nie wiem, czy ktoś kogoś zabił. Ale jest trup, wyschnięty. Mumia. Co mam panu powiedzieć? Nie wiem. Nie widziałam jeszcze takiego ciała.

- Dotykałaś?

- No co pan. A! I tej młodej z telewizji też nie mówiłam ani słowa, ale ona już wie.

- Chłopiec wygadał tym babom z wojska, jak go karmiły. Niestworzone historie im mówił. O duchu.

- Co z nim? Zdrowy?

- Matka właśnie odjechała. Nie chciała cię budzić. Powiedziała, że wie, jak ludzie potrafią być teraz zmęczeni. Ona jest strasznie zmęczona. Nie, nie tylko z powodu dziecka, nawet tej nocy pracowała w szpitalu. Chorych wciąż przybywa. Ona ma dużo roboty. Nie chciała z nikim mieć kontaktu, bo może przenosić tego wirusa.

- Dobrze zrobiła. - Olga znowu chciała zapalić. Zdławiła tę potrzebę z dużym trudem. - No tam nie będzie łatwo. Technicy muszą mieć światło. Trzeba się temu przyjrzeć.

- Ale mówisz, że nie widomo, jak umarła.

- Nie wiadomo, ale coś z nią jest nie tak. Siedzi przy stole, głowa na rękach, jakby spała.

- No to co jest w tym dziwnego?

- Wygląda, jakby miała otwarte oczy. Patolog musi zejść, nie zazdroszczę panu, bo to pewnie potrwa do rana.

- Ekipa skończyła z wisielcem. Wezmą się od razu za tę mumię.

- Czy ktoś może mnie i Kosińskiego odwieźć do naszego Forda? Nie będę przecież szła przez las godzinę. Zabłądzę.

- Tak, jasne. Rano mi napisz jakąś notatkę o wisielcu i tym trupie. Może być na popołudnie. Teraz i tak się niewiele dzieje przez tę zarazę. Nie dotykałaś tam niczego? - zapytał jeszcze raz.

- Nie dotykałam. - Pokręciła głową.

Prokurator zawołał asystenta i polecił mu odwieźć Serbię i Kosińskiego. A potem wracać, bo mają jeszcze huk roboty.

Rano ze snu wyrwał ją telefon.

Była wściekła. Leśmian wezwał ją na czternastą, chociaż miała w pełni zasłużony i długo wyczekiwany wolny dzień.

- Wróciłam o północy, dzwonisz o ósmej, miej litość.

- Ja wiem. - Leśmian zakasłał cichutko. Musiał zasłonić mikrofon ręką, ale usłyszała. - Ale nie mogę nic poradzić. Będą ludzie z ministerstwa. Musisz być.

- Kurwa, niech dadzą medal tej dziewczynie od Macierewicza, ona bardziej zasłużyła.

- Nie rozumiem.

- No tej porucznik, oni znaleźli to miejsce, więc im się należą podziękowania, dyplomy, co tam oni chcą. W telewizji niech wystąpią u tej blondynki.

- Co ty mi pierdolisz? - zirytował się Leśmian. - Robota jest i masz być, bo to twoja sprawa jest.

- Wisielec? Kurwa, sam się powiesił, stanął na pniu, zarzucił pasek, odepchnął drewno, zawisł, wszystko. Chyba nie podejrzewasz, że żona wymknęła się ze szpitala, znalazła go w lesie i go powiesiła?

- Nie. To nie wisielec. Przyjedź. O czternastej.

Nastawiła budzik na dwunastą trzydzieści, ale potem przestawiła na trzynastą.

Ze snu wyrwało ją szczekanie radia.

- Na godzinę dwunastą zostało zwołane posiedzenie Sejmu, na którym posłowie mieli zająć się przyjęciem rozwiązań z tak zwanej tarczy antykryzysowej. W Polsce to już ponad tysiąc dwieście przypadków, w tym szesnaście śmiertelnych...

Weszła do łazienki, wycisnęła pastę na szczoteczkę i pomyślała, co to będzie, jeśli teraz zaczną ją boleć zęby? Kto ją teraz przyjmie? A jakby trzeba było kanałowe? Nie wiadomo nawet, czy dentyści działają.

Weszła do pokoju.

- ...odnaleziony został żywy. W szeroko zakrojone poszukiwania obok policjantów zaangażowano żołnierzy z Wojsk Obrony Terytorialnej i Ochotniczą Straż Pożarną. Z powodu koronawirusa kierownictwo operacji nie zdecydowało się na to, by udział w akcji wzięli ochotnicy. Policja nie informuje, czy ojciec chłopca został zatrzymany.

Wsiadając do samochodu, spojrzała w niebo. Było obłędnie niebieskie. Powietrze chłodne i rześkie. Idealny dzień na to, żeby jechać za miasto z kimś ukochanym, posiedzieć nad jeziorem przy ognisku, wypić wino i kochać się do upadłego. A jeszcze lepiej przy kominku. Nawet przy piecu.

Albo tylko przy muzyce.

Miasto było zupełnie puste, ale sygnalizacja działała. Przez Plac Wilsona toczył się tramwaj. Na Placu Inwalidów chodzili ludzie z psami.

Dotarła dwadzieścia minut przed czasem.

Zaparzyła kawę i spisała notatkę dla Wrońskiego.

- Jest pani? - To był telefon z sekretariatu Leśmiana. - Bo oni już wchodzą do budynku, więc może zaczniecie za pięć?

Kiedy weszła do gabinetu, Leśmian stał koło okna i mrużył oczy, wpatrując się w smartfon, Wroński gadał przez swój telefon w kącie, a dwaj pozostali, których nie znała, zajęli miejsca przy stole, daleko od siebie. Mieli maseczki, Leśmian też.

- Dzień dobry wszystkim. - Usiadała w fotelu koło drzwi.

- Panowie, to podkomisarz Olga Suszczyńska. To są panowie z ministerstwa.

Unieśli się obaj, ale przez te maski i szuranie krzesłami nie dosłyszała nazwisk. Wyglądali niczym kosmici.

Niższy, w szarym garniturze, wstał, poprawił okulary i powiedział, że jest mu przykro, że ją kazali ściągnąć dzisiaj, bo wiedzą, że to jej wolny dzień, ale sytuacja jest nadzwyczajna i nie było wyjścia.

- Rozumie pani, gdyby nie konieczność... No ale musieliśmy panią ściągnąć. Zacznę więc od gratulacji. W imieniu ministra spraw wewnętrznych...

- Jezu - przerwała mu Serbia - odbieracie mi jedyny wolny dzień w ciągu nie wiem jakiego czasu, żeby mi dyplom dać? Nie macie serca?

- Już! - warknął na nią Leśmian. - Nagadałaś się?

Wzruszyła ramionami.

- Rozumiem panią, wszyscy jesteśmy zmęczeni. I nie zanosi się, żeby szybko było lepiej. Więc przejdę do drugiego punktu. Trup, którego pani znalazła, Joanna Cicha, to narzeczona Roberta Kowalskiego.

- Co z tego? To nie moja jurysdykcja. To, zdaje się, teren Płocka, co nie?

- Uzgodniliśmy, że pani się tym zajmie.

- My, to znaczy kto?

- No ja, nasz szef, minister... - wtrącił Leśmian.

- Decyzje zapadły i nie będziemy nad tym dyskutować. To bardzo poważne, to narzeczona tego Kowalskiego. - Gość z ministerstwa wyraźnie położył nacisk na słowo "tego".

- Którego? - Postanowiła być uprzejma. - Kowalskich jak psów.

- Ale tylko jeden jest kandydatem opozycji na prezydenta.

- Prezydenta czego? - Jeszcze do niej nie dotarło.

- Najjaśniejszej Rzeczpospolitej - powiedział ten z ministerstwa bez cienia uśmiechu. - Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.

Rozdział 3

- "Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej - przeczytała po raz nie wiadomo który - zginął w służbie ojczyźnie". Stała w hallu przy głównym wejściu do sejmu po prawej stronie schodów prowadzących do Sali Posiedzeń. Tuż przy tablicy Lecha Kaczyńskiego. Nie było tam żadnego krzesła. W dodatku gość ze straży marszałkowskiej nie spuszczał z niej oka. Oboje w maseczkach. Jakby to był film, myślała Serbia, jakaś pieprzona farsa.

Minuty dłużyły się w nieskończoność. Było jej duszno i pociła się, ale miała nadzieję, że to z niewyspania. Minęły dwadzieścia cztery godziny od spotkania w gabinecie Leśmiana. Ile miała czasu na sen? Trzy godziny. Nie da się być zdrowym, śpiąc tylko tyle.

- Wyjdę zapalić - powiedział ten ze straży. - Niech pani nigdzie się stąd nie rusza, pan marszałek Kowalski powiadomiony, że pani tu czeka. Mogę iść?

- Idź pan, przecież tablicy wam nie ukradnę.

Ruszył, a ona ściągnęła maseczkę i sięgnęła po telefon.

Jeden sygnał, drugi, trzeci, nie wiadomo, czy może odebrać, teraz niewielu ich zostało na służbie, czwarty, piąty, szlag by go trafił, szósty.

- Jestem, melduję się.

- Masz kogoś?

- Mam, muszę ją zamknąć w szafie, zanim odbiohę.

- Taka zazdrosna?

- Nie, taka gadatliwa.

- A ładniejsza ode mnie?

- Nie powiedziałbym, że bahdzo, ale thochę ładniejsza.

- A pupę ma lepszą? Biega? Bo ja teraz nie biegam, ale jak tylko się skończy ta kwarantanna, to znowu zacznę. I będę miała taki brzuch twardy i taką pupę jak żadna...

- To pani jest tą policjantką?

Odwróciła się gwałtownie, chowając telefon za plecami.

- Tak, podkomisarz...

Kowalski patrzył na nią bez cienia uśmiechu.

- Coś się stało z moją żoną, z córką? - Kowalski poprawił okulary, wsuwając je na swoje miejsce środkowym palcem. Wyglądał źle. Podkrążone oczy, szara cera, przetłuszczone włosy, krawat przekrzywiony. I jeszcze ten zapach kiełbasy i potu. Gdyby teraz zrobić mu zdjęcie, nie miałby szans wygrać żadnych wyborów, nawet na wójta gminy.

- Nie, nie - zaprzeczyła. - Przepraszam za ten telefon. - Rozłączyła się i schowała komórkę do kieszeni. - Z nimi wszystko dobrze.

- To co mi pani zawraca głowę, ścigają mnie po całym budynku. - Pokręcił głową z dezaprobatą. - Jeśli rodzinie nic nie grozi, to nie ma powodu, żebym marnował czas.

- A co pan sobie myśli, że ja nie mam co robić, tylko wystawać pod tablicą, której treść przeczytałam dwieście razy, i czekać, aż pan łaskawie raczy mi poświęcić swój bezcenny czas? Gdyby to nie było konieczne, to z pewnością by mnie tu nie było.

- Wszystko w porządku, panie marszałku? - Ten ze straży właśnie wrócił i poprawiał mundur.

Wiedziała, że Kowalski nie był marszałkiem w tej kadencji, ale zdarzyło mu się kiedyś być wice. Jak widać, pomyślała, tytuły są w tym gmachu dożywotnie. Ciekawe, czy pensje też. Zdążyła przeczytać o Kowalskim, że pochodzi z wielodzietnej rodziny, że brał udział w Solidarności Walczącej, po przełomie był w Sejmie, ale nie od początku, bo po Okrągłym Stole ci z Walczącej uważani byli za radykałów. Wszedł do Sejmu, kiedy ktoś tuż przed odwołaniem rządu Olszewskiego umarł na serce, a on zajmował pierwsze miejsce w kolejce do mandatu. Od tej pory tam rezydował z jedną kadencją przerwy na Senat. Niegłupi, charyzmatyczny. Miał naturalny dar, ludzie słuchali, kiedy mówił głębokim, powolnym tonem. Nadawał się na prezydenta.

- Tak, tak, panie Andrzejku, wszystko gra. Panią też przepraszam, czas jest trudny, nie ma powodu, żebyśmy robili sobie nawzajem wyrzuty. Wiem, że policja ciężko teraz pracuje. Ale tutaj też nie jest łatwo.

Popatrzył jej w oczy.

- Powiem pani... tak naprawdę myślę, żeby się wycofać z wyborów. To nie jest dobry czas. Ludzie naprawdę się boją tego wirusa. Prezydent wykorzystuje swoją pozycję, paraduje to tu, to tam w mundurku z naszywką w barwach Polski, co dwa dni ma orędzie, codziennie odpowiada na pytania internautów. A reszta co? Mówienie o równych szansach to jest farsa. A teraz jeszcze to - podniósł na wysokość jej oczu kilkaset stron dokumentów - tarcza antykryzysowa. Nie wiem, co jest w tych papierach, mam kilka godzin, żeby je przejrzeć przed wieczornym posiedzeniem Sejmu, więc proszę mówić. Skoro mój sekretarz powiedział, że to ważne, to musi być ważne.

- Tak, to ważne. I proszę mi wierzyć, gdybym nie musiała, wolałabym być gdzie indziej. Gdziekolwiek indziej.

- Ale ja naprawdę muszę się przygotować do posiedzenia Sejmu. - Popatrzył na gruby plik papierów. - Nie wiadomo, jak to będzie, trzeba zmieniać regulaminy, nie wszyscy będą mogli wejść do sali obrad... Szanuję policję, ale jeśli chodzi o sprawę, która mogłaby poczekać...

Pokręciła głową.

- Chciałbym, żeby to był drobiazg. - Potarła oczy rękami.

Spojrzał na nią.

- Słabo pani sypia?

- Jestem w ciąży - powiedziała, zaskakując samą siebie. - Chciałabym przeżyć tę epidemię. To ważne. Znaczy to, co mam do przekazania, jest ważne. No może nie dla kraju, ale dla pana naprawdę ważne.

Westchnął.

- Chodźmy zatem.

Wjechali windą na piętro, wysiedli i ruszyli korytarzem na prawo.

- A czy ja pani gdzieś nie spotkałem? - zapytał.

- A miał pan do czynienia z policją? - Liczyła drzwi.

- Z policją nie miałem, ale z milicją miewałem często.

- Na milicję jestem jednak za młoda. - Stwierdziła, że minęli dwanaścioro drzwi. Otworzył kolejne. Trzynaste, pomyślała Serbia. Rzucił papiery na biurko.

- O co więc chodzi?

- Poznaje pan tę osobę? - Wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki zdjęcie ducha. Mumii. Wybrała najmniej drastyczne. Trochę popracowali nad nim w Photoshopie.

Kowalski wziął fotografię. Uniósł okulary.

- Nie. Co mi pani pokazuje, jakieś zdjęcie z filmu? - Oddał jej fotografię. - To żart? Pani naprawdę jest z policji?

- O, przepraszam. - Pokazała mu blachę. - Z terroru i zabójstw. Niech pan się jeszcze przyjrzy. Wiem, że to nie jest najlepsze zdjęcie, ale niczym innym nie dysponuję. Siedzieli nad tym w nocy, żeby wyglądało na ludzkie.

- To co to jest? Woskowa figura?

- Niech się pan przyjrzy, proszę.

Wziął zdjęcie. Uniósł okulary i zmrużył oczy. Pokręcił głową. Potem zamknął oczy i opuścił rękę ze zdjęciem na blat biurka. Drugą, tę z okularami, też opuścił przed siebie.

- To Asia? - powiedział cicho. - To Asia, tak? Asia Cicha?

- Rozpoznaje pan? To naprawdę ważne. Proszę się dobrze zastanowić.

- Nie mam pewności, tyle lat minęło. Może gdyby miała pani inne zdjęcie...

- Nie mam. Potrzebuję kogoś, kto zidentyfikuje zwłoki.

- Jezu... - Popatrzył jeszcze raz. Założył okulary i odsunął od siebie fotografię. - To mogłaby być ona, po latach, ale to wszystko dziwne, nienaturalne. Jak to: zwłoki?

- Taka jest procedura. Istnieje kilka skutecznych metod. Gdyby to był amerykański film, zadzwoniłabym do jej dentysty i poprosiła o kartę uzębienia. Ale to nie jest film, nie mam pojęcia, do którego chodziła dentysty. Można byłoby dokonać analizy odcisków palców, niestety, ze względu na stan zwłok pobranie odcisków jest dosyć utrudnione, zresztą nie mamy ich.

- Była zatrzymywana w czasie stanu wojennego, ktoś wtedy na pewno pobrał odciski.

- Wiem, że była, ale nie możemy odnaleźć jej dokumentów. Niech mnie pan nie pyta, nie tylko takie papiery się zgubiły przez te wszystkie lata. Może to kwestia czasu, wtedy nie było komputerów, digitalizacji danych, więc jestem pewna, że coś znajdziemy, ale na razie to się nie udało. Nie ma ludzi do przekopywania archiwów. Istnieje jeszcze metoda genetyczna. Ale wtedy potrzebny jest materiał genetyczny. Gdzieś w Gdyni znajduje się jej grób rodzinny. Ojciec, matka, nawet babka. Ale żeby pobrać próbki, musiałabym się postarać o zgodę na ekshumację.

- Asia ma brata. To znaczy miała. Wtedy miała.

- Tak, wiem. Wyjechał z kraju w stanie wojennym. Trzeba by go odnaleźć i sprowadzić do Polski, co teraz jest niemożliwe, bo samoloty nie latają, pewnie pan o tym słyszał. Chyba że ma pan pomysł, kto mógłby rozstrzygnąć, czy to Joanna Cicha, czy jednak nie.

- Jezu - potarł czoło dłonią - nie widzieliśmy się czterdzieści lat. Kiedy się znaliśmy, była młodą kobietą, skąd mam wiedzieć, czy to ona? Na podstawie zdjęcia na pewno tego nie potwierdzę.

- No to proszę pojechać ze mną.

- Co pani? Zaraz mamy posiedzenie Sejmu. Nie mogę teraz, wie pani, co by prasa zrobiła? Rozszarpaliby mnie, że uciekam, że tchórz. A właściwie dlaczego pani z tym do mnie przyszła? Byliśmy kiedyś blisko, to prawda, ale Joanna wyjechała w stanie wojennym. Zresztą skoro umarła w Ameryce, to niech Amerykanie znajdą tam jej brata i po kłopocie. Oni powinni ustalić tożsamość, nawet, jak pani twierdzi, przez to całe badanie genetyczne. Zaczynam podejrzewać, że pani obecność tutaj nie jest przypadkowa. Trwa kampania wyborcza, PiS próbuje wykorzystać sytuację epidemiczną, żeby przejąć sto procent władzy w Polsce. Jestem kandydatem na prezydenta, o czym pani zapewne wie, i zaczynam sądzić, że pani obecność nosi znamiona prowokacji.

Wstał. I najwyraźniej miał zamiar mówić dalej, ale wtedy Olga nie wytrzymała:

- Ona nie żyje od czterdziestu lat.

- Jak to od czterdziestu lat...? Pani musiało się coś pomylić. Ona wyjechała. Byliśmy parą, wie pani. Opuściła Polskę. Uciekła. Pisała do mnie, ale to nie docierało, do matki przychodziło. Matka wiedziała, że nie wolno się ze mną kontaktować. Wie pani, takie są zasady konspiracji. Mnie wtedy cała milicja szukała... Ale jak już siedziałem, to przecież przywiozła mi te kartki... zresztą przecież ich nie wyrzuciłem. Matka pewnie też nie, ona wszystko zachowuje, wszystko trzyma. Pewnie te listy gdzieś tam są.

- Rozumiem - powiedziała Olga. - Nie wiem, jak to się stało. Ale jeśli to są jej zwłoki, a wiele na to wskazuje, to może się okazać, że ona nigdy nie wyjechała.

- To niemożliwe. - Kowalski patrzył na Olgę, jakby to nie było prawdziwe życie.

- Przykro mi.

- To dokąd miałbym jechać?

- Na Oczki. Niedaleko.

Wahał się. Naprawdę się wahał.

- Może miała jakieś znaki szczególne? - zasugerowała. - To by mogło pomóc.

- A dlaczego właściwie pani do mnie przyjechała? Wszystkich jej znajomych sprawdzacie?

- Nie, tylko pana.

- Więc jednak prowokacja?

- Powiedziałabym, że ostatnia wola.

- Jak to?

- Wyryła na stole, przy którym ją znaleziono, żeby pana zawiadomić.

- Kurwa, co pani mówi?

- Wyciągnęła zębami gwóźdź i tym gwoździem wyryła.

- Jaki gwóźdź, Jezu?!

- Ten, którym jej rękę przybili do stołu.

Rozdział 4

- Rękę jej przybili do stołu? Jak to?

Opadł ciężko na fotel.

Brązowe drewno, wysokie oparcie, obicie w szerokie pasy w kolorze bordo na przemian z karminowym. Nie, to purpura. Pomyślała, że w kościele biskup mógłby siedzieć na tym bez wstydu. Na biurku laptop, sterta papierów i posążek tygrysa idącego pomiędzy dwiema urnami. Pewnie brąz, ale może być imitacja. W polityce to nie pierwszyzna. A może zabytek? Wypożyczenie z Muzeum Narodowego, ciekawe, czy od spodu tej marmurowej podstawy jest sygnatura? Przycisk do papieru, pieczęcie. Jedna okrągła, druga wielka, w kształcie kołyski. Hm... jeszcze kilka miesięcy temu nie pomyślałaby, że coś może mieć kształt kołyski. Ściana z tyłu pusta, tylko godło i flagi Polski oraz Unii Europejskiej. Pod oknem palma. Za plecami, nie patrzyła tam, ale zauważyła, kiedy tylko weszli, wielki ekran telewizyjny. Nie dostrzegła pilota. Musiał być gdzieś pod papierami. Zauważyła to wszystko w ułamku sekundy. To był odruch. Jej psia robota wymagała spostrzegawczości i refleksu.

Milczała. Przyglądała się Robertowi Kowalskiemu z uwagą. Nie znała jego politycznych wypowiedzi, starała się nie oglądać wiadomości ani nie czytać internetowej polityki, nie babrać się w tym, nie analizować, nie denerwować. Kiedyś, dawniej, tak, ale odkąd zrozumiała, jak szybko spory polityczne z minionych lat idą w zapomnienie, doszła do wniosku, że szkoda czasu na te codzienne pyskówki.

Ale zrobiła reaserch. Wiedziała, że jest zrównoważony, unika ostrych sformułowań, choć nie ucieka od polemiki. To byłby trudny przeciwnik, gdyby chciał ją oszukać. Chciałby? Był bardzo blady. Tylko tyle. Żadnych przesadnych gestów. Zdjął okulary i rozcierał sobie skronie.

- Odpowie mi pani?

- Tak. - Skinęła głową. - Naprawdę przybili jej ręce gwoździami do stołu.

- Ale kto? Kto by mógł to zrobić?

Pokręciła głową.

- Nie mamy żadnych pomysłów.

- Rodzina zawsze jest najbardziej podejrzana.

- Pan to powiedział.

- Skończyłem prawo.

Wiedziała o tym, ale nie skomentowała.

Czekał. Wciąż nie poprosił, żeby usiadła. A ona nie miała ochoty przeciągać tej sytuacji. Chciała mieć z głowy oględziny, identyfikację, koronawirusa, sejm, wybory i cały popieprzony świat, w którym jeden człowiek drugiemu potrafi przybić rękę do stołu.

- Czyli panie wie, że byliśmy blisko?

Pokiwała głową. Pomyślała, że jednak lepiej będzie, jeśli zdejmie kurtkę. Było tu znacznie cieplej niż w korytarzu na dole.

- No przecież gazety pisały o waszej historii. Polsat zrobił nawet program.

- Widziała pani?

- Jeszcze nie, ale mój asystent tak. Ja nie miałam dość czasu, ale zobaczę.

- To była dobra historia. Przynosiła wtedy ludziom pociechę. Wie pani, młody działacz Solidarności Walczącej, piękna dziewczyna, ślub zaplanowany, a tu trzynasty grudnia... On się ukrywa, ona czeka rok, dwa lata. A potem wyjeżdża. Ale zanim opuściła Polskę, była dla środowiska wolnościowego symbolem, jak ta mickiewiczowska Grażyna.

- Miał pan żal?

- Że wyjechała? Nie. Nie miałem, bo tak było bezpieczniej, jakie tu miała życie? Zresztą myślałem, że wróci. Kartki od niej przychodziły jeszcze w osiemdziesiątym piątym, szóstym... No więc kiedy mi zaproponowali przed kilkunastu laty ten film, zgodziłem się. Żałuję.

- Dlaczego pan się zgodził?

- Myślałem, że ona go zobaczy. Że coś w niej pęknie, coś sprawi, że się odezwie.

Pokiwała głową.

- No to jak, pomoże mi pan?

Przekartkował kciukiem zbindowany projekt. Papier zafurkotał. O tak, ona też chciałaby, żeby to było możliwe: przekartkowujesz i dwieście pięćdziesiąt stron przeczytane ze zrozumieniem.

- Ile to potrwa?

- No chwilę, na Oczki blisko przecież, zaraz pan będzie z powrotem. Miasto puste, kwarantanna.

Westchnął. Wahał się jeszcze.

Wyciągnął telefon i wybrał jakiś numer.

- Cholera, zajęty. Wyślę tylko SMS szefowi klubu, że muszę załatwić sprawę niecierpiącą zwłoki i że jestem za godzinę. Godzina wystarczy, prawda? Muszę mu napisać, żeby nie było, że tchórzę. Kandydat na prezydenta nie może się bać wirusa ani nocnych głosowań, prawda? - Uśmiechnął się.

Kiedyś musiał być naprawdę przystojny.

- Tak - przyznała - za godzinę jest pan z powrotem.

Czasem godzina jest jak wieczność. Czasem jest ostatnia, albo wszystko zmienia bezpowrotnie, pomyślała, ale nie powiedziała ani słowa.

Pojechała swoim Fordem, a Kowalski Lexusem. Zasady kwarantanny, stwierdziła. A tak naprawdę nie chciała już tam wracać.

Jechał zaraz za nią. Kiedy skręcili w Piękną, przycisnęła, bo wreszcie można bez tej szczekaczki, bez dyskoteki, bez kogutów i wycia docisnąć w pustym, wieczornym mieście. Szybko jednak dała po hamulcach, bo przez Aleje przebiegła sfora psów.

Cholera.

Łatwo stracić czujność, a przecież nie ma gwarancji, że nie wybiegnie ci pod koła dziecko albo pies. Dzieci każdy pilnuje, ale psy? Bezpańskich psów dawno w Warszawie nie było. A teraz, kiedy zaczęła się kwarantanna, niektórzy woleli się ich pozbyć. Komunikaty, że nie przenoszą wirusa, nie pomogły, bo szły w prasie i internecie razem z informacjami, że władza kłamie. Skoro ktoś kłamie, że wystarcza nam maseczek i testów, to znaczy, że kłamie też w sprawie psów. I teraz biegały sforami po nocnych ulicach, zdziwione tym bezludnym, cichym, ciemnym, wymarłym nagle światem.

Jechała wolniej. To zresztą i tak pięć minut, nie więcej. Przy ambasadzie Stanów Zjednoczonych stał patrol, dalej była pustka. Na piętrach jeszcze paliły się jakieś światła, ale im bliżej Placu Konstytucji, tym ciemniej. Na samym placu tylko tramwaje i autobusy. Bezludzie.

Ale przynajmniej nie ma problemu z parkowaniem przed trupiarnią na Oczki. Każdy woli się trzymać z daleka. Wcisnęła dzwonek.

- Czekamy. Ktoś po nas przyjdzie. - Olga uśmiechnęła się, żeby dodać Kowalskiemu otuchy. - Był pan tu kiedyś?

Pokręcił głową.

- Za pierwszym razem to zawsze jest trudne.

- Wciąż mi się wydaje, że już kiedyś się spotkaliśmy.

- Nie sądzę, ale nie będę się spierać. To nie jest duże miasto.

Usłyszeli szuranie stóp i zza zakrętu wyłonił się Grzegorczyk w fartuchu, który ledwo go opinał.

- No jesteś, kochana, już myślałem, że się nie doczekam.

Otworzył im.

- To pan marszałek Kowalski.

- Pamiętam pana z telewizji. Grzegorczyk, gospodarz tego królestwa. Pan wybaczy, że nie podam ręki. Nie żeby się miał pan zarazić, martwi nie roznoszą koronawirusa, ale kto ma przestrzegać prawa, jeśli nie ci, co na służbie, prawda?

- Chyba że prawo stanowione jest z pogwałceniem konstytucji. - Kowalski zareagował odruchowo.

- No chyba że tak, ja nie rozsądzam. U mnie jak u Marksa, "w zasadzie tragarz mniej się różni od filozofa niż kundel od charta". Wchodźcie.

- Co pan ma na myśli z tym chartem?

- Że wszyscy równi, wie pan, nawet ci z PiS-u i Platformy to u mnie by się nie kłócili. Moi pacjenci się nie kłócą o to, w której lodówce leżą. Czy w tej najwyżej, czy w samym kącie.

- Powiem ci, że wyglądasz na zmęczonego. - Olga chciała zmienić temat. Nie trzeba denerwować świadka przed okazaniem.

- A bo teraz sama widzisz, co się dzieje, minister każe, żeby wszystkie ręce na pokład, a ja tu sam robię za całą załogę. Wszyscy albo w szpitalach, albo się szykują na najgorsze. Jeśli ta fala zachorowań naprawdę nadejdzie, to pewnie i ja pójdę kroplówki robić i respiratory zakładać żywym ludziom.

- Uważa pan, że środki, jakie przedsięwziął rząd, są... - Kowalski szukał właściwego słowa - nieadekwatne?

- Nie wiem, panie profesorze.

- Nie jestem profesorem.

- No to mecenasie. Moim zadaniem, jeśli trzeba będzie pracować w szpitalach, to pójdę. Ale ludzkość nie zna innych sposobów na wirusy niż szczepionka, a tej nie mamy. Albo nabranie odporności, bo to nasz wykształcony w toku dziejów sposób na radzenie sobie z chorobami zakaźnymi.

- Uważa pan, że droga brytyjska czy szwedzka jest lepsza niż nasza kwarantanna?

- Nie, tego bym nie powiedział, w naszej kulturze życie ma najwyższą wartość. Nie życie jako takie, ale życie każdego człowieka, i o każdego trzeba walczyć. Jeśli zachorują tysiące ludzi naraz, nie uratujemy ich, nie dlatego, że nie mamy tylu łóżek i respiratorów, ale dlatego, że nie mamy wystarczającej liczby lekarzy i pielęgniarek.

- To przez politykę rządu - przyznał Kowalski - ludzie wyjechali pracować za granicę.

- Ja nie wiem. - Grzegorczyk zatrzymał się zdyszany. - Za granicą też nie mają dość lekarzy. Mamy tę kwarantannę, żeby dać szansę jak największej liczbie ludzi. To wszystko. W końcu się uodpornimy. Znaczy ci, co przeżyją.

Olga zatrzymała się przed drzwiami do prosektorium.

- Tutaj?

Grzegorczyk pokiwał głową.

- Panie marszałku, zanim wejdziemy... widział pan kiedyś... - chciała powiedzieć "zwłoki", ale zmieniła zdanie - ciało martwego człowieka?

- Nie. Nigdy. W telewizji owszem, ale nigdy, że tak powiem, oko w oko.

- Muszę pana uprzedzić, że to nie jest łatwe. Szczególnie, że... ale nie, nie będę nic mówić. Proszę tylko, żeby pan sobie przypomniał, czy Joanna Cicha miała jakieś cechy szczególne, po których można byłoby zidentyfikować ciało, dobrze? To nam bardzo pomoże.

Pokiwał głową.

- Pani podkomisarz, czy to jest oficjalne okazanie? - Kowalski zgarbił się odrobinę.

- W jakim sensie?

- No... procesowym, czy jestem o coś podejrzany?

- Skąd taka myśl?

- Jesteśmy w okresie wyborczym. Każda prowokacja ze strony PiS-u jest możliwa, pani rozumie. Oni nawet w czasie epidemii chcą ludzi wysyłać do urn, nie cofną się przed niczym.

- Nie, nie jest pan o nic podejrzany. Ale, żeby nie było niedomówień, miałam rozmowę z panami z ministerstwa...

- Więc jednak? - żachnął się.

- Rozmowa dotyczyła poufności. Chodzi o to, żeby nic się nie przedostało do prasy. To w pana interesie właśnie, żeby uniknąć podejrzeń o prowokację. Tylko o tym mówiliśmy. Słowo harcerza. Zresztą, jak panu powiedziałam, najpierw musimy wiedzieć, czy to ona.

- Panie mecenasie... - Grzegorczyk trzymał dystans. Jego głos odbił się echem w pustym korytarzu.

- Nie używam tego tytułu - zaoponował Kowalski.

- Drogi panie, jeśli nie widział pan dotąd trupa, to powinien pan wiedzieć, że to nie jest łatwe dla debiutantów.

- Oj tam.

- Jestem tutaj całkiem sam. I mam mnóstwo pracy, ludzie umierają, trzeba pobierać próbki do badań. Lekarze mają dość roboty z żywymi, nie ma sił na umarłych. Jeśli mi pan zapaskudzi podłogę, to... - Grzegorczyk podniósł palec do góry w geście, jakby komuś groził. - A tak poważnie, to mamy taką sprawdzoną procedurę w sytuacji, kiedy zwłoki z powodu na przykład długotrwałego przebywania w wodzie uległy zniekształceniu. Pytamy wówczas rozpoznającego, czy może nie zachodzi potrzeba okazania całych zwłok, a tylko jakiegoś fragmentu, takiego, gdzie znajdował się tatuaż czy inny charakterystyczny element pozwalający na identyfikację.

- Jaki element?

- To ja już panu nie powiem. Zaczynamy?

- Tak, jest taka możliwość. - Kowalski się jednak trochę bał.

- Słucham? - Grzegorczyk zatrzymał się z ręką na klamce.

- Wystarczy nogę odsłonić.

- Lewą, prawą?

- Jezu, zdenerwowałem się, to już tyle lat minęło. Lewą. Ponad kolanem.

Weszli.

Ciało nie było w worku, ale pod białym płótnem. To znaczyło, że Grzegorczyk wszystko przemyślał. Była mu wdzięczna. Dobrze jest pracować z ludźmi, którym możesz zaufać.

Kowalski nie umiał ukryć, że odrzuca go zapach. Może to był zresztą strach? A może udawał? Olga nie spuszczała go z oczu. Zrobił gest, jakby chciał zatkać sobie nos.

- Niech pan tego nie robi! Najpierw płyn dezynfekujący! - Grzegorczyk powstrzymał go gestem. - Klamek pan dotykał w tym sejmie, a to przecież siedlisko wirusów.

Kowalski chciał coś powiedzieć, ale tylko pokręcił głową. Podszedł do umywalki, umył ręce.

Grzegorczyk podał mu jakąś maść w słoiczku.

- Niech sobie pan posmaruje pod nosem.

Smarowidło mocno pachniało lawendą.

Grzegorczyk stanął po przeciwnej stronie stołu sekcyjnego i zajrzał pod prześcieradło.

- Pan pozwoli tutaj, nikt pana nie ugryzie. - Zaprosił Kowalskiego skinieniem głowy i odsłonił nogi kobiety. Wyglądały jak wąskie, długie świece z żółtobrązowej stearyny.

- Boże święty! - Marszałek zachwiał się i przytrzymał stołu. Pod skórą twarzy grały mu mięśnie szczęki.

Jedyne mięśnie, jakich nie brakuje adwokatom i politykom, pomyślała Olga.

Kowalski oddychał szybko.

- To ludzkie ciało?

Lekarz pokiwał głową.

- Tak. Co pan chciał zobaczyć?

- To pod kolanem.

- Pod czy nad?

- Nad kolanem, ale od drugiej strony, od tyłu. Tylna część uda. Lewego uda. Nad kolanem. Jakieś dziesięć centymetrów.

- Hm... wyjdzie pan, czy stanie plecami do stołu? To nie jest przyjemne, ale będę musiał jakoś ją odwrócić. Czego szukamy?

- Miała takie znamię. W kształcie ptaka. Mniej więcej w kształcie ptaka, czy też jak to inaczej nazwać... Jakby litery M, tylko spłaszczonej... Lepiej wyjdę. Muszę zapalić papierosa. Ma pan? Bo ja nie palę od stanu wojennego. Ale teraz nie mogę znieść tego zapachu, tych chemikaliów, co je pan tu porozlewał...

- Rozumiem. Masz pan. Zapalniczka jest w paczce. Gdzie?! Rękawiczki najpierw, tam leżą, w kartonie, zakładaj pan i wtedy. Zawołam, jak ją ułożę.

Serbia wyszła z marszałkiem.

- Pali pani?

Pokręciła głową. Chciała, bardzo chciała, ale przecież nie mogła.

- Jak pan to znosi?

- Cholera jasna, źle to znoszę. Widziała pani to ciało? Jak wosk, jak skóra słonia, nie wiem...

- Jak stare, krochmalone płótno...

- No tak, może ma pani rację. "Mój ptak". Tak o tym mówiła. Na to znamię... "mój ptak".

- Myśli pan, że to ona?

- Nie wiem, cholera jasna. Niech pani ma trochę zrozumienia. - Zaciągnął się bardzo głęboko.

Usłyszeli piknięcie. Sprawdził.

- Czerwiński pyta, kiedy wracam na głosowanie. Muszę mu coś napisać - cedził słowa, bo nie wyjął papierosa.

- Niech pan napisze, że bez zbędnej zwłoki.

Skrzypnęły drzwi.

- Chodźcie.

Olga spojrzała pytająco na Grzegorczyka. Kowalski rozejrzał się niepewnie dookoła. Nie było popielniczki.

- Wrzuci pan do umywalki. - Patolog przyszedł mu z pomocą. Odwrócił się i weszli.

Płótno było uniesione tak, że odsłaniało całe uda. Teraz ciało wyglądało jeszcze gorzej. Jakby w środku, pod skórą, nie było nic, tylko sznurki. Pochylili się nad nim, a patolog oświetlił punktowym reflektorkiem o silnym białym świetle skórę powyżej kolana.

Było tam ledwo widoczne, bo cała skóra wyglądała jak brudna, brunatne znamię w kształcie litery M.

- Mój ptak - powiedział Kowalski jakby do siebie - mój ptak...

Rozdział 5

Wtedy

- Mój ptak - powiedziała Aśka - podoba ci się mój ptak?

Leżeli na trawie. On bez koszulki, ona w szortach i szaro-niebieskiej flanelowej koszuli zawiązanej wokół talii na gruby węzeł. Ponad nimi niebo bez jednej chmury, stąd aż po same Tatry. Sine teraz i spokojne jak morze po sztormie.

Ścieżki w lasach były jeszcze nasiąknięte wilgocią po ostatnim deszczu, tydzień, może nawet osiem dni, nie pamiętał. Ale na hali wszystko zdążyło obeschnąć.

Trawa żółkła, syta po ostatnich deszczach, ale Aśkę w kościach łamało już na pierwszy przymrozek. Za dwa tygodnie nadejdzie, ale jeszcze nie dziś. Dziś jest ostatni tydzień lata. Gorący, upalny, bo lato, potargane, niechlujne, zapominalskie, utknęło gdzieś pośród lasów na Turbaczu, zaplątane pośród korzeni i kościstych czarnych pni starych drzew. Chciało jeszcze pokazać światu, że istnieje.

- Podoba ci się? - zapytała jeszcze raz, bo milczał.

Gdyby leżała na plecach, patrzyłby na jej pępek i czułby podniecenie. Ale leżała na brzuchu i widział tylko jej nogi w czerwonych szortach, takich, jakie nosiło się na WF-ie.

Co miał jej powiedzieć?

- Aha.

- Co "aha"?

- Podoba mi się.

Wyciągnął z kieszeni paczkę Carmenów.

- Zapalisz?

- Nie, ja nie palę - przyznała.

- Przeszkadza ci?

- Nie, skąd, dlaczego miałoby przeszkadzać? Nic mi nie przeszkadza, zupełnie nic. Jestem szczęśliwa.

Zaciągnął się. Trzymał papierosa między środkowym a serdecznym palcem. Przeczytał w "Widnokręgach", że tak właśnie palił James Dean. Ale kto dzisiaj wiedział, kim był James Dean? Dzisiaj się liczyli Mark Hamill, Harrison Ford i Dustin Hoffman.

- No i co tam sobie myślisz? - Uniosła głowę.

- Nic, gorąco mi. - Przecież nie mógł jej powiedzieć prawdy. Jeszcze nie dziś. Jeszcze niech trwa ten odświętny i nieprawdziwy czas.

- Zawsze jest gorąco na początku września. W górach pogoda robi się najlepsza właśnie wtedy, gdy się kończą wakacje i w schroniskach zostają tylko emeryci i studenci.

- Dziwna sprawa z tymi emerytami, podobno istnieją, ale w ogóle ich nie zauważasz, prawda?

- Bo tak już jest w życiu, że widzisz tylko takich jak ty sam. My dostrzegamy tych w traperach, co taszczą plecaki na aluminiowych stelażach.

Uśmiechnął się.

- Ha, ha, ha... ja widzę przede wszystkim dziewczyny.

- Tak? A jakie?

- Takie, których chciałbym dotknąć. Chociaż raz.

Patrzył na jej pośladki.

Cały dzień nie robił nic innego, tylko patrzył na jej pośladki, bo lubiła iść przodem.

- Mogę dotknąć? - zapytał.

- Czego?

- Tego ptaka.

- Mojego znamienia?

- No.

- Nie wiem, czy dość dobrze się znamy. A może znamy się już zbyt dobrze? Jest za gorąco, żebym o tym myślała.

Zrozumiał, że musi zaryzykować. A skoro tak, to przecież nie palcem, ale całą dłonią. Kiedy dotknął jej gorącej skóry, poczuł pod palcami lekki dreszcz. Jakby przeszył ją prąd.

Spotkał tę dziewczynę zupełnie przypadkiem kilka dni temu na zalanym deszczem podejściu zielonym szlakiem na Jaworzynę Obidowską. Każdy, kto kocha góry, przynajmniej raz słyszał o chacie Bene, legendarnej harcerskiej bazie Szarej Siódemki. Nie była nawet schroniskiem, bo nikt już sobie nie wyobrażał schronisk bez prądu i bieżącej wody, ale stała w najpiękniejszym miejscu Gorców, na granicy pomiędzy Obidową a Łopuszną.

To nie był przyjemny dzień. Buty namokły już po godzinie, a peleryna nie dawała komfortu, bo pocił się pod nią tak, że zastanawiał się, czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby mu iść po prostu w swetrze. Byłby tak samo mokry jak teraz. Jeszcze o siódmej trzydzieści, kiedy zbierał się z przystanku, miał pokusę, żeby to przełożyć. Za kilka dni pogoda miała się poprawić, ale nie chciał czekać. Wysuszy rzeczy w Bene. Nie ma takiego deszczu, który trwa w nieskończoność, może już dzisiaj wieczorem będzie ładnie? Z plecakiem wypakowanym do granic możliwości szedł jak żółw. Jak traktor. Diesel. Tak o tym myślał. Diesel ma idealny rytm. Dobrze, że nie wziął gitary, bo jednak by się rozeschła. Ślizgał się i klął, w plecaku dzwoniły butelki, które niósł do chaty. Dziesięć piw. Wawelskie Jasne Pełne. Luksusowe. Półlitrowe butelki, dwanaście złotych za sztukę. Gdyby miał butelki na wymianę, byłyby po jedenaście, liczył jednak, że jedną dostanie od chatara za to, że je tam wniesie. Robota chatara na Bene to nie byle co. Oprócz tego miał jeszcze dla niego listy, poczta przychodziła do komendy Szarej Siódemki. No i książkę.

Nie usłyszał, kiedy dogoniła go ta nieznajoma dziewczyna, bo wszystko zagłuszały walący o pelerynę deszcz, jego własne sapanie i pobrzękiwanie butelek. Las był szary, zamglony, ociekał wodą.

- Kurwa jego mać! - krzyknął na głos, bo poślizgnął się tak, że aż go obróciło. Przewróciłby się, gdyby ona nie wyciągnęła przed siebie rąk i go nie złapała.

Obejmowali się chwilę jak dwa niedźwiedzie, mokrzy, niezdarni, obcy, pokraczni w tych pelerynach i z plecakami.

Patrzył na nią, a ona uśmiechała się tak, jakby się znali w innym życiu.

- No już - powiedziała w końcu, bo trzeba było jakoś przerwać to milczenie.

- Co: już?

- Stoisz na nogach? Możemy się puścić?

- A musimy?

- Woda z twojej peleryny leci mi do rękawa.

Uwolnił ją z uścisku.

- A ty co się skradasz?

- A ty co tak dzwonisz? Pokutniku jeden. Pobudzisz duchy. Smętki.

- Smętki to na Mazurach raczej, na Pisie.

- Na jakiej Pisie?

- Wańkowicz i jego córka płyną kajakiem po rzece Pisie. Na tropach Smętka. Książka taka - wydyszał, bo ciężko gadać, kiedy niesiesz w plecaku dwadzieścia kilo wszystkiego i musisz iść pod górę. - Robert. - Oparł się stelażem o pochyły pień tak, żeby odciążyć plecy.

- Aśka. - Wyciągnęła do niego rękę.

- Mokra. - Uśmiechnął się, kiedy ją uścisnął.

- Twoja też mokra. - Odwzajemniła uśmiech.

Miała jasne włosy zaplecione w warkocz, ale kilka kosmyków wymknęło się z węzła i zwisało smętnie po obu stronach twarzy pod kapturem.

Oczy w kolorze niebieskim. Nawet w tym szarym lesie.

- No to co tam niesiesz?

- Piwo na Bene. Dla chatara. I książkę.

- Jak dla chatara? - zaciekawiła się. - Znasz go?

- Nie znam, ale dzwoniłem do chorągwi, żeby dostać glejt, i nie odmówili mi noclegu.

- Nie wiedziałam, że trzeba mieć glejt.

- Powiedzieli, że mam wpaść, jak będę w Krakowie, bo mają dla niego książkę, o którą prosił. A jak już tam byłem, to powiedzieli, żebym mu może kupił piwo i wniósł na górę. No bo piwo tam to jak święto. Tylko pssst. To sekret. Bo wiesz, harcerz nie pije, harcerz nie pali.

- Myślisz, że gdybyś mi przełożył kilka piw do plecaka, to pozwoliłby mi zanocować? Na Turbacz już nie będę miała siły iść.

- Myślę, że gdybym przełożył ci jego książkę, bardziej by się ucieszył.

- No to dawaj.

- Ale to ciężki kloc. Z pół kilo.

- Pół kilo to jak jedno piwo albo dwie mielonki. Ty myślisz, że ja nie mam siły dźwigać?

- To znajdźmy jakieś suche miejsce.

Pod wielkim jaworem ziemia była dość sucha, by postawić plecaki. Deszcz, który płynął po mokrym pniu cierpliwy jak gąsienica i lśniący jak miód, najwyraźniej wsiąkał w igliwie, a gęsta korona osłaniała przed padającymi kroplami. Powietrze było ostre, raniło policzki chłodem. Robert pomyślał, że wieczorem się wypogodzi. Odpiął klapę plecaka i wyciągnął książkę zawiniętą w zagraniczną reklamówkę.

- O rany, zagraniczna torba?

- Na Rynku w Krakowie kupiłem. Fajna, co nie? Przydała się, żeby książka nie zamokła.

Na reklamówce nadrukowany był żółty kabriolet jadący górską serpentyną, a w tle morze. Wyciągnęła książkę. Wytarta niebieska obwoluta. Pożółkłe strony, dziesięć lat to dla egzemplarza na słabym papierze kawał czasu.

- Ulisses?

- No. Zaimponowało mi, że taką chciał. Harcerze mu kupili w antykwariacie. Niełatwa rzecz. Słomczyński tłumaczył ją podobno trzynaście lat. Trudno to dostać.

Otworzyła na chybił trafił.

- "Wyruszyć o świcie. Podróżować dookoła, wyprzedzając słońce, ukraść mu cały dzień. Robić tak bez końca i nie starzeć się ani o dzień" - przeczytała. - Ładne.

- Kiedy wyszła drukiem, pisali, że jest tak niemoralna i zła, że wykształcony człowiek honoru nie powinien mieć z tą książką nic wspólnego. - Wziął od niej książkę, zawinął w reklamówkę i oddał.

- A ty studiujesz literaturę?

- Prawo, ale tak właściwie chciałbym być dziennikarzem. - Pomógł jej zarzucić plecak na grzbiet. - Co ty tam masz w tym plecaku? Taki ciężar, jeszcze butelki chciałaś?

- Jedzenie, puszki, książki, teraz już mam dwie. - Uśmiechnęła się. - I takie tam babskie sprawy. Ale doniosę, nie martw się, doniosę.

- Wiem, to już blisko.

Pół godziny później wyszli z lasu na Jaworzynę, skręcili ze szlaku i podążali za drewnianymi tyczkami wbitymi w ziemię. Chatar siedział w progu. Bene była niemal pusta. Oprócz nich tylko jedna para, tak powiedział. Para. Nie zaprzeczyli. Na górze nie było przecież pokoi, tylko podłoga, na której każdy spał w polowych warunkach. Wniesienie dziesięciu piw nie uratowało Roberta przed obowiązkowym przyniesieniem ze źródełka czterech wiader wody.

Zanim się z tym uporał, zapadł wieczór. Aśka siedziała przy kominku w grubym wełnianym swetrze. Szary z czarno-białym deseniem na piersiach. Nie poznał jej, taka była piękna.

Zjedli razem chleba z mielonką. A potem, przy ogniu i tym piwie, które chatar rozlał tak, żeby każdemu coś się tam zapieniło w blaszanym kubku, opowiadali straszne historie.

- Pewnej ciepłej nocy gospodarze na Łabowskiej spali przy otwartych oknach, schronisko pełne, czwarta nad ranem, spokój. Gospodarz obudził się nagle zlany potem. Zdawało mu się, że słyszy głos: "Uciekajcie!". No ale nic. Sen mara, Bóg wiara, jak powiadają. Kładzie się i już ma zasnąć, gdy znowu słyszy, tym razem tuż przy uchu, już nie krzyk, ale ochrypły jęk: "Ucieeeekaaaajcie". Zerwał się. Zapalił latarkę. Patrzy, ale nikogo. A tu nagle, już przy tej zapalonej latarce, słyszy po raz trzeci: "Uciekajcie". No to budzi żonę. "Słyszałaś?" Nie, ona nic nie słyszała. Wyszedł obejrzeć chatę, może to zza okna. Ale cisza. Ogień zgaszony. Spokój. Zasnął. Następnej nocy to samo. Tuż przy uchu: "Uciekaaajcie".

- Słyszałaś? - zapytał żonę.

- Słyszałam. - Wzdrygnęła się.

- Ucieeekaaajcie! - rozległ się szept tuż przy łóżku.

Zapalili lampę. Cienie rozpierzchły się po kątach. Pusto. Tylko kot zjeżony jak szczotka. Rano gospodarz machnął ręką. Że im się przywidziało. Ale jego żona z gór. A u górali, wiadomo, jak kto umiera, to trzeba zatrzymać zegar i zasłonić lustro, żeby duch mógł spokojnie odejść tam, gdzie mu pisane. Górale na nieznane nie machają ręką. Jak trzeciej nocy znowu usłyszeli ten głos, zadzwonili do Krakowa, czy tam nie znają jakiegoś zaklinacza. No i przyszedł na górę następnego dnia taki z wahadełkiem. Chodził chwilę i od razu do biurka. Otwierają szufladę, a tam pod rachunkami z telekomunikacji i za prąd leży nieśmiertelnik. Znaleźli go kiedyś w lesie. Wsadzili do szuflady i całkiem zapomnieli. Było imię, nazwisko, Warszawa i data: 1915. Wszystko cyrylicą. "Trzeba to zakopać - poradził zaklinacz. - To znaczy pochować. W lesie".

Pochowali. I wszystko ustało.

Potem była już północ. Chatar uznał, że czas spać. Dogasili ogień i poszli na górę. Tej pierwszej nocy nieznajoma dziewczyna przytuliła się do Roberta. Leżeli śpiwór w śpiwór. Czuł lędźwiami jej pośladki i mógłby przysiąc, że ona też czuwa. Wymknęli się o świcie, jeszcze przed szóstą. Zimno, ale nie zanadto. Różowa mgła przedświtu i całe Tatry ponad nią sine, złote, jakby je namalował jakiś artysta od japońskich sztychów.

Wtedy całowali się pierwszy raz.

Ostatniej nocy zostali na górze całkiem sami. Kochali się po cichutku, żeby chatar się nie obudził ze strachu przed duchem.

Rano zapytała, czy kogoś ma, a on odpowiedział, że tak, ma, i nie wie, co teraz będzie. Boi się, bo jego dziewczyna jest strasznie zazdrosna. Dumna. Tak dumna, że nie wybaczy.

- Cokolwiek będzie, to już nieważne, bo cię kocham. I nigdy cię nie opuszczę.

- Odtąd, aż do śmierci.

Rozdział 6

Teraz

- Odtąd, aż do śmierci, powiedziała, rozumie pani? Aż do śmierci. - Kowalski skończył swoją opowieść. - No i co ja mam teraz zrobić?

Olga cieszyła się w duchu, że nie musi mu odpowiadać, bo co chwila dostawał jakieś SMS-y, słyszała ich piknięcia. Starał się je ignorować, ale widziała, że rośnie w nim irytacja.

Na razie palił.

Korytarz laboratorium na Oczki był długi i ciemny. Grzegorczyk nie lubił marnotrawić elektryczności.

Olga milczała. Nie miała mu właściwie nic do powiedzenia. Nie chciała zadawać pytań, to nie była przecież procesowa sytuacja, z jego słów nie wynikało nic, co mogłoby mieć dla niej jakiś użytek, ale mogła obserwować Kowalskiego.

Westchnął.

- Przychodzi mi do głowy, że dzieliło nas wszystko: czas, przestrzeń, i każde z nas szło w zupełnie inną stronę. Ona, wie pani, z Gdańska, z miasta. Ja z Otwocka, wtedy to z Warszawy, ale tak naprawdę z Otwocka. Nie chodziłem do żadnego znanego liceum, na studiach nie mieszkałem w akademiku, tylko jeździłem kolejką. Ona po maturze, jeszcze nie wiedziała, co chce robić, dostała się na historię. Ja miałem angaż, żeby zostać na uczelni. Na asystenturę. No ale chciałem się rozwijać, robić aplikację. Ona wolna jak ptak, ja miałem przecież narzeczoną. Wyrwać się samotnie w góry nie było mi łatwo...

Zamilkł. Jakby żuł dym, jakby go w sobie tłamsił, zanim wypuścił nosem. W ciemnym korytarzu odbijał się w tej papierosowej mgiełce zielony kolor lampki nad napisem "Wyjście ewakuacyjne".

- A jednak los posplatał nam ścieżki tak, żeby było dobrze. "Bene" znaczy dobrze. Była tam pani kiedyś?

Pokręciła głową.

- Powinna pani pojechać. Ta chata podobno wciąż ma klimat. Już nie taki jak kiedyś. Jest nawet wodociąg, ale chyba wciąż obywają się bez prądu.

Zgasił niedopałek w spodku służącym za popielniczkę. Kiedyś, za komuny, każdy miał takie spodki.

- No dobrze, jestem gotowy.

- Na pewno?

- Tak. Nie da mi to spokoju. Pani też nie da. Jeśli to ona, na pewno rozpoznam.

Serbia uchyliła drzwi.

- Możemy już wejść.

Grzegorczyk odpowiedział coś, czego Kowalski nie usłyszał dokładnie.

- Chodźmy. Pan przodem. - Przepuściła go.

Zwłoki były przykryte do szyi. Właściwie nie było twarzy, tylko coś jakby maska. Żółtawa, koloru płótna nasiąkniętego herbacianymi fusami. Brudna skóra naciągnięta na czaszkę. Taką skórę mają czasem bębenki. Wyprawiona tak, że staje się niemal przezroczysta. Kowalski poluzował krawat. Spocił się, ale patrzył. Na popękane wargi. Na zapadnięte oczodoły. Na włosy, które wcale nie były siwe, ale w tym świetle, jakie zaordynował patolog, całkiem złote. Poplątane, wyschnięte, skołtunione, pełne jakichś okruchów, ale ciągle złote. Ciągle jej.

- Tak, to ona. - Przełknął ślinę.

- Jest pan pewien? - Grzegorczyk zrobił krok w jego stronę. - Potwierdza pan tożsamość zwłok w wyniku rozpoznania bezpośredniego?

Tamten pokiwał głową.

- Mam panu podpisać protokół okazania?

- Jeśli pan tak łaskaw.

Grzegorczyk zasłonił twarz Joanny Cichej i Olga odetchnęła, może trochę zbyt głośno. Przypomniała jej się Anka. Jej córka. Dziewczynka, która nie chciała odejść. Oldze wydawało się przez długi czas, że jest z nią w pustym domu. Ta, która wróciła ze szpitala, i ta, która nie wiedziała, dokąd iść.

Nie będziemy żyć wiecznie, pomyślała Serbia. Zostanie po nas kilka zdjęć w wirtualnej chmurze, pamięć o krzywdach, które wyrządziliśmy, i o tych dobrych sprawach, jeśli nam się uda zrobić coś dobrego w życiu. I kilka słów na akcie zgonu.

Kowalski podpisał, wyprostował się.

- Wie pan, na co zmarła?

- Pyta pan, co było przyczyną zgonu?

- Tak.

- No więc zmarła, jak zresztą wciąż wielu ludzi, w wyniku głodu.

- Jak to?

- Tak to. - Grzegorczyk rozłożył ręce. - Teraz się wszystkim wydaje, że najwięcej ludzi umiera na koronawirusa, ale tak naprawdę ciągle więcej umiera z głodu. No i jej się to przytrafiło.

- A kiedy? Zna pan datę zgonu?

- Nie. Nie znam. Ciało w takim stanie, po latach... procesy strupieszczenia bardzo ograniczają możliwość precyzyjnego określenia, kiedy nastąpił zgon. Nie umiem powiedzieć. Będziemy to badać z kolegami z Poznania, dzwoniłem do nich, mają różne nowatorskie pomysły. Ale teraz nie wiem.

- No ale dwadzieścia lat? Czterdzieści?

- Tego panu nie powiem. Teraz, kiedy pan dokonał identyfikacji, będę mógł się przyjrzeć jej zębom, kościom miednicy, żebrom. Wówczas ustalę, ile miała lat w chwili śmierci, i na tej podstawie będziemy mniej więcej wiedzieli, kiedy umarła.

Wyjął z kieszeni zawiniątko w folii, rozwinął niecierpliwie i wyciągnął kanapkę. Rozsunął kromki i wsadził nos do środka.

- Boczek i ogórek kiszony. - Uśmiechnął się do obojga. - Najlepiej na świecie.

Kowalski opadł na obrotowy taboret.

- Ale dlaczego nie skontaktowała się ze mną, kiedy wróciła? - Rozejrzał się bezradnie. - Przecież bym jej pomógł. Zawsze.

- Skąd wróciła? - zapytała Olga.

- Przecież mówiłem pani, przychodziły od niej listy z Ameryki.

- Tak, mówił pan. Kiedy je będę mogła dostać?

- W jakim sensie?

- No wypożyczyć do sprawy. To chyba będzie możliwe?

- Tak, tak, będzie... nie widziałem ich od lat, ale gdzieś są, może u mojej matki w Otwocku?

"You never walk alone" - tym razem to nie było piknięcie SMS-a, jego komórka rozterkotała się na dobre. Odebrał.

- Tak, jadę... W drodze jestem, tak... No ja cię pier... Dobrze, zaraz będę - irytował się. - Muszę wracać. Przepraszam was, ale naprawdę sprawa wagi państwowej. - Był wyraźnie wzburzony. - To nie do pojęcia, ale Kaczyński pod pretekstem tej tarczy antykryzysowej próbuje przeforsować w Sejmie zmianę kodeksu wyborczego! Co za człowiek? Ludzie umierają, a on chce te wybory za wszelką cenę... Czy może mnie pani... czy możecie mnie odprowadzić do parkingu?

Grzegorczyk pokiwał głową. Schował pół kanapki do kieszeni bez owijania w folię. Wziął klucze ze stołu i poszli.

Korytarze ciemne. Głuche. Jedynie z okien blada poświata miasta.

- Mamy zdalnie głosować, każdy w innej sali, a w projekcie, jak się dowiedział właśnie przewodniczący, są zmiany trybu głosowania. - Kowalski był już kompletnie pochłonięty myślą o polityce. - Tak czułem, że oni coś knują, jakieś głosowania nocą. Profesor Chmaj przygotowuje już nam analizę, że nie można tak głosować...

- Teraz w prawo - powiedział Grzegorczyk.

- A, tak, tak. - Kowalski na chwilę odzyskał rezon. Poszedłby prosto.

- Naprawdę sądzi pan, że nie cofnęliby się przed niczym? Przed tym, żeby położyć ludzkie życie na szali? - zapytała Olga.

- Dla władzy? Władza to niezwykle silna namiętność.

- Dla pana także?

- Co pani ma na myśli?

- Do czego pan mógłby się posunąć dla władzy?

- No wie pani? Wypraszam sobie. Biorąc pod uwagę okoliczności.

Stali już w drzwiach.

- Przepraszam. Zmęczona jestem i wkurza mnie ta okropna maseczka. Przepraszam. Ma pan rację. - Położyła mu rękę na przedramieniu, marynarka była z miłej, delikatnej wełny. - Niech się pan nie gniewa. Dobrej nocy, jutro się odezwę w sprawie tych listów. Dobrze?

- A wyjawi mi pani, co to były za słowa?

- Jakie słowa?

- No te, które napisała na stole, zanim umarła?

- Nie mogę panu powiedzieć. Teraz nie mogę.

Zmarszczył brwi i się nie odezwał.

Odwrócił się i zbiegł w mrok.

- No chodź, kochana, posiedź ze mną jeszcze chwilę - poprosił Grzegorczyk. - Wiem, że już chcesz do domu, ale nie zostawiaj mnie samego z duchami, co? Wpakuję ją do lodówki, wezmę swoje rzeczy i wyjdziemy razem, dobrze?

- A co ty, zmarłych się boisz?

- Nie, nie boję się. Oni nie zarażają ludzi koronawirusem. Nie nakaszlą na ciebie, nie nakichają. Jak im coś przetniesz nie tak, to nawet cię nie opierdolą, nie napiszą raportu. Mają wiele zalet. Ale tutaj zawsze ktoś się kręci. Wiesz. A teraz, przez tę zarazę, nikogo. Starym ludziom smutno siedzieć w samotności.

Wyjął kanapkę.

- A ty nie głodna?

- Żebyś wiedział, że głodna.

- To chodź, bo mam jeszcze jedną.

Poszli.

- Z tym wirusem, to mam nadzieję, że może czegoś się nauczymy o sobie.

- Co masz na myśli?

- No że teraz wiadomo przynajmniej, że wszyscy jesteśmy śmiertelni, a nie każdy o tym pamiętał.

Zamknął drzwi za sobą i z torby, raportówki, wyjął kanapkę.

- Z czym masz?

Serbia zdjęła maseczkę. Powąchała.

- Chyba z kurczakiem z rożna.

- Moja ulubiona.

- Chcesz się zamienić?

- W czasach zarazy? - Pokręcił głową. - Nie, przecież ci nie dam nadgryzionej.

Żuli w milczeniu.

Płótno na ciele Joanny Cichej ani drgnęło. Olga pomyślała, że to dziwne.

- Jak ci się wydaje, ile ma lat? - zapytała.

Musieli myśleć o tym samym, bo Grzegorczyk odparł bez chwili wahania.

- Nie mam pojęcia. Ze dwadzieścia pięć, może mniej, może więcej. Będę wiedział, jak obejrzę zęby. I zbadamy gęstość kości.

- Zobacz, wystarczy niewiele, żeby umrzeć...

- Ja to wiem zawsze. Zawodowo się znam na umieraniu. A teraz, przez tego wirusa, wszyscy to wiedzą.

Pokiwała głową. Jeszcze dwa tygodnie temu ludzie myśleli, że technologia, rozwinięta gospodarka, system ubezpieczeń społecznych, nauka i internet, który zna odpowiedź na każde z pytań, uchronią ich przed wszystkim.

Zjadł i wytarł ręce w fartuch.

- No co?

- Nie myjesz rąk?

- Myję, ale nie za często. Bo wiesz, odporności łatwo nabierają ludzie narażeni na co dzień na spotkania z różnymi patogenami. Jak byłem mały, to dzieciaki, które pod trzepakiem znalazły glistę, zjadały ją na surowo prosto z ziemi. A jak komuś wypadł z bułki kawałek kiełbasy, wystarczyło go otrzepać. Jak się kolano rozorało do krwi, to nie biegło się od razu do domu odkażać. A dzisiaj? Wszystko jest antyalergiczne, pakowane próżniowo, pasteryzowane, bezglutenowe, luksusowe, wysokoprzetworzone, eko i wege, albo to mięso zwierząt nafaszerowanych antybiotykami... Ale ty się nie bój, to jest kurczak ze sprawdzonego źródła. Biegał po ziemi, zapewniam cię. Jedz.

Ugryzła kolejny kęs.

- Dlatego uchodźcy w obozach na tureckiej granicy radzą sobie lepiej, a bogaci, politycy, aktorzy, piosenkarze i te wszystkie gwiazdy teraz chorują. Słyszałaś? Nawet właściciel Realu Madryt, czy jakiegoś innego klubu zachorował. I oni się boją. Coraz więcej tego strachu mamy w mediach.

- Ja już prawie nie oglądam telewizji.

- I całe szczęście.

- Jeszcze tylko radia słucham.

- A ja już nawet radia nie słucham, bo jak Mann odszedł z Trójki, to mi się nie chce. Chodź, spakujemy ją. Załóż rękawiczki, bo trzeba przenieść na wózek.

Olga zbladła, ale nie powiedziała ani słowa.

- Nie ma mi kto pomóc, a ciebie przekupiłem kanapką.

Wziął wózek spod okna. Zatrzymał go tuż obok stołu.

- Nie bój się. Przecież bym cię nie pchał w jakąś minę.

Pokiwała głową.

- Weźmiesz jedną ręką pod udo, a drugą pod łydką. Ostrożnie, żeby nic nie uszkodzić, wiesz, jak to jest z mumiami. Klątwa faraona, te rzeczy... to na trzy.

Przenieśli ciało na wózek i pojechali do lodówek.

- A mi powiesz?

- Co?

- Co było napisane na tym stole?

- Powiem, ale potem będę cię musiała zabić.

- Sądzisz, że to jakaś różnica? Ja stąd i tak rzadko się ruszam.

Otworzył lodówkę. W środku było przeraźliwie pusto.

Rozdział 7

Otworzyła lodówkę. W środku było przeraźliwie pusto. Dwie puszki śledzi, ogórki kiszone w plastikowym worku z Biedronki, pół litra Finlandii, nieruszone, bo teraz nie mogła przecież alkoholu, stary hummus w słoiku i kiełbasa. Wysuszona. Czy, jak się teraz mówiło, dojrzewająca. Pół butelki mleka. Nie była pewna, czy kobieta w ciąży powinna pić kawę, ale doszła do wniosku, że skoro nie pije alkoholu ani nie pali, a ochotę na papierosa miała wielką, to sobie przynajmniej naparzy cały dzbanek kawy. I poleży do południa. Włączy telewizję i będzie po prostu odpoczywać. Za oknem pięć stopni. Słońce. Piękna, dobra sobota. Powinna ją spędzić z kimś, kto będzie ją drapał po plecach albo głaskał po pośladkach. Powinna się wybrać do IKEA, żeby znaleźć łóżeczko dla dziecka, ale sama nie miała ochoty. Zresztą nie była pewna, czy w ogóle można teraz jeździć do takich sklepów, czy są pootwierane. I czy w ogóle powinna wychodzić z domu. Ale jeśli ona nie pojedzie do roboty, to kto? Te małolaty z pokolenia "Y" czy "Z"? Oni pierwsi spieprzają na L4, jak tylko coś się dzieje. Nie rozumieją, co to znaczy służba. Powinna zadzwonić do Kowalskiego w sprawie tych listów.

Czajnik zagwizdał, wyrywając ją z zamyślenia. Zalała kawę, ale kiedy dodała mleka, wszystko się skisiło.

Jasny gwint, nie ma kiedy iść do sklepu, pomyślała, wyrzucając karton do przepełnionego kubła. Tak, potrzebny jej był w domu facet z krwi i kości, a nie tylko ze wspomnień i marzeń.

Zalała drugą kawę, upiła łyk i poczuła się źle, bo kawa bez mleka z pewnością nie była wskazana dla kobiety w ciąży. Sięgnęła po komórkę. Dziesiąta siedem. Jedenaście połączeń. Pięć od Szymona. Pięć od Leśmiana. Jedno od Siwego. Siwy, Doliński, jej były szef, wychowawca, mentor, przyjaciel. Zawdzięczała mu życie i to, kim się stała.

Kiedy straciła córkę i odszedł od niej mąż, Olga miała tylko jego - starego śledczego, który siedział z nią i nic nie mówił. Dał jej robotę od razu, kiedy tylko wyszła ze szpitala i psycholog pozwoliła jej wrócić do pracy. Nic wielkiego, papiery z nierozwikłanych spraw, ale to jej pozwoliło pracować w milczeniu i uczyć się tego, że zawsze jest jakaś droga. I że papiery trzeba czytać uważnie.

Dzisiaj Siwy nie pracował już w policji. Był jednym z tych, którym PiS obniżył emeryturę: chorym na raka byłym esbekiem, rozżalonym wobec dobrej zmiany, która dotknęła go po dwudziestu kilku latach służby dla wolnej Rzeczpospolitej.

Zadzwoniła najpierw do niego.

- No jak tam, córuchna? Nie zapomniałaś o starym psie? - Miał niepewny głos.

- Przepraszam, że nie dzwoniłam. Pewnie się teraz przejmujesz. Ten wirus i w ogóle?

- Że jestem w grupie podwyższonego ryzyka przez białaczkę? Powiem ci, że i tak, i nie... Byłbym głupi, gdybym powiedział, że się nie przejmuję. Ale już się nauczyłem żyć z granatem w ręce. Pewnie więcej wiem o ostrożności niż ktokolwiek inny. Nawet ten zabawny minister zdrowia. Swoją drogą, ciekawa jest ta nowa twarz PiS-u, co nie?

- Nie wiem. - Skrzywiła się, kiedy siorbnęła rozpuszczalnej bez mleka. - Rzadko oglądam telewizję.

- A powinnaś, bo teraz jesteś jakby bliżej polityki.

Milczała. To było zaskakujące stwierdzenie.

- Nie mam czasu na politykę - powiedziała po chwili. - Naprawdę. Teraz jest więcej roboty niż zwykle, a najgorsze dopiero przed nami, kiedy ludzie zaczną głupieć na tej kwarantannie.

- Jak zawsze dużo pracujesz... nie dbasz o siebie.

- Dbam, dbam. Nie piję.

- Ale telewizji nie oglądasz, nie wiesz, co się dzieje na świecie.

- A powinnam?

- Powinnaś. Polityka się robi naprawdę ciekawa.

- Sądzisz, że ja naprawdę nie mam ważniejszych spraw? Ile razy słyszeliśmy o zamachu stanu w ciągu ostatnich kilku lat? Z piętnaście, dwadzieścia? Dobrze, że nie mamy innych zmartwień. U mnie na przykład pusta lodówka i nie wiem, czy powinnam teraz w sklepie pokazać legitymację, że muszę natychmiast zrobić zakupy i jestem na służbie, a nie na kwarantannie, chociaż bym chciała.

- Chciałabyś, naprawdę?

- Marzę o tym, żeby leżeć i głaskać kogoś po gołym tyłku.

- Ten twój nie dzwoni?

- Dzwonił, ale nie odebrałam. Spałam jak kamień. Naprawdę mam za dużo roboty.

- A tak, słyszałem, słyszałem, że masz do zrobienia polityczną robotę.

- Gdzie słyszałeś?

A więc za pierwszym razem się nie przesłyszała. Zgodnie z zapewnieniami ludzi z ministerstwa o Cichej nie wiedziało więcej niż dziesięć osób, a o tym, że to Olga będzie prowadzić tę sprawę, miało wiedzieć tylko pięć.

- Mam u tego Ziobry kilku starych przyjaciół.

- Tak starych, jak myślę?

- Dobre psy przydają się w każdej sforze.

- Wiesz, że nie powinieneś mnie pytać o to śledztwo? - Zagrała w otwarte karty.

- Dlaczego?

- Bo tego mnie nauczyłeś. Uważaj na tych, którzy będę cię znienacka pytać o sprawy, o których nie powinni wiedzieć.

- Ha, ha, ha - roześmiał się. - Mogę już być na tej emeryturze, skoro tak, bo dobrze cię nauczyłem. Ale powinienem był nauczyć więcej.

- Żebym nie dała po sobie poznać, że to zauważyłam?

- Dokładnie córuchna, dokładnie.

- Muszę przed tobą udawać?

Milczenie.

- Nie, nie musisz.

- Masz jakiś powód, żeby mnie o to pytać?

- Inny niż zawodowa ciekawość? Tak. Mam... Być może od twojego dochodzenia zależy, kto zostanie w Polsce prezydentem. Zdajesz sobie z tego sprawę?

- Aż tak?

- Tak. Srają tam w gacie, że jak się wyda o dochodzeniu w sprawie Kowalskiego, to podniesie się krzyk, że to pisowska prowokacja. Że szyją buty Kowalskiemu, bo chcą wygrać za wszelką cenę.

- A nie chcą? Przed chwilą mówiłeś, że chcą.

Siwy milczał. Czuła, że ma ochotę ją jeszcze o coś zapytać, ale się nie odważy.

- No a ty jak się czujesz? Masz zaopatrzenie? Przywieźć ci coś?

- Mam wszystko. Jest taki sklep u nas, na Mokotowie, przysyła mi zakupy do domu. Nie muszę wychodzić.

- No pytaj - powiedziała w końcu, żeby mieć to już za sobą.

- Rozpoznał ją?

- Po co ci to wiedzieć?

- Ci, od których wiem, że robisz tę sprawę, nie mogą przecież do ciebie zadzwonić. A ciekawi są.

- Aż tak?

- Tak, że ich to zżera.

- Rozpoznał - oznajmiła, bo była pewna, że gdyby tego nie zrobiła, Siwy zdobyłby tę informację tak czy inaczej. Od Grzegorczyka, od Leśmiana, od kogoś w Pałacu Mostowskich, kto prędzej czy później się dowie. A z psami jest tak, że jeśli trzymasz kiełbasę w ręku, nie gapią się na boki. Siwy sam udzielił jej kiedyś tej lekcji.

Rozłączyła się bez pożegnania.

To teraz Szymon czy Leśmian? A może do Kowalskiego? Tak. Włączyła telewizję. Dopiła kawę, czytając na pasku, że łączna liczba zakażeń w Polsce wzrosła do tysiąca czterystu trzydziestu sześciu i że szesnaście przypadków jest śmiertelnych, a minister zdrowia zapowiada, że za tydzień liczba zakażeń może dojść do dziesięciu tysięcy. Pomyślała, że świat, jaki znała do tej pory, rozpada się w gruzy, i zadzwoniła do Kowalskiego.

"Number you are trying to reach is currently unavailable" - usłyszała. "Please, try again later".

- No wreszcie! - Leśmian odebrał po drugim sygnale. - Nie wyciszaj telefonu w czasie, gdy naprawdę muszę mieć z tobą kontakt.

Przeprosiła bez słowa wyjaśnienia. Ale zrozumiał.

- O której się położyłaś?

- Przed drugą.

- Co mi powiesz?

- Pytasz, czy Kowalski rozpoznał tę Cichą?

- Uhmmm.

- Tak. Rozpoznał.

- Bez wątpliwości?

Opowiedziała mu o znamieniu i o tym, jak zobaczył twarz.

- Pytał o coś?

- O czas zgonu. To znaczy kiedy, zdaniem Grzegorczyka, mogła umrzeć.

- I co na to Grzegorczyk?

- Że nie wie jeszcze.

- A naprawdę wie?

- Nie. Nie wie. Będzie wiedział, jak zbada zęby, gęstość kości, nie wiem co jeszcze. Wtedy ustali jej wiek w chwili śmierci. Inaczej się nie da.

- A ty byłaś tam na miejscu?

- W bunkrze? No byłam, kiedy znalazłam tego chłopca. Ale potem nie.

- To pojedź. Weź Kosińskiego i jedźcie dzisiaj. Wiem, że jesteś zmęczona, że ci się należy wolny dzień, ale proszę, zrób to. Coś mi tu śmierdzi, bo za dużo ludzi się pyta o tę sprawę. Jeszcze ktoś tam wpadnie przed wami i pozaciera ślady.

- Sądzisz, że są tam jakieś ślady?

- Nie wiem, ale wolę, żebyś to sprawdziła. Chcesz techników od razu? - Nie dał jej wyboru. - Zostawili drabinę, żebyś mogła zejść do tej piwnicy.

- Nie. Wezmę tylko Kosę. Jak znajdziemy coś ciekawego, to ekipa zabezpieczy. Jeśli na nic nie wpadniemy, to tę drabinę zabrać?

- Nie. Ktoś z ministerstwa będzie to oglądał. Informuj mnie. Jeśli nie odbiorę, oddzwonię. Mamy tu naradę zaraz w ministerstwie.

- W tej sprawie?

- Tego by brakowało. Na bulwarach nad Wisłą tysiące ludzi, w parkach, na Plantach w Krakowie. No poszaleli. Rząd chce wprowadzić nowe zasady kwarantanny, chcą wiedzieć, czy możemy to wyegzekwować, współdziałać z wojskiem, ze strażą miejską. No jedźcie i informuj mnie.

Kiedy dodzwoniła się do Kosińskiego, tkwił w kolejce do Lidla. Był już drugi przed wejściem do sklepu.

- Bo wpuszczają określoną liczbę ludzi, no wiesz, stoisz i czekasz na dworze. Ale zaraz wchodzę, więc jeśli czegoś potrzebujesz, mów, to ci kupię.

Nie wiedziała, czego potrzebuje. Powiedziała, żeby pakował jak leci. Wszystko się przyda.

Umówili się, że wystartują za godzinę. Zrobiła sobie śniadanie. Śledzie, ogórki, hummus. Niesłony, ale ujdzie.

Potem nastawiła płytę Hey Unplugged, z tą piosenką, w której Kasia Nosowska śpiewa, że "jeśli zwątpisz choć raz, to choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę, powrotów nie będzie", i zadzwoniła do Szymona.

- Hej... - Wzięła głęboki oddech. - Chciałam ci powiedzieć, że będę mamą.

Rozdział 8

- Mówię mu: "Chciałam ci powiedzieć, że będę mamą", a on nic.

- Jak to nic? - Kosiński pochylił się, żeby znaleźć jakąś muzykę. Widok pustego miasta za oknami był dość przygnębiający. Nie chcieli słuchać jeszcze katastroficznych radiowych komunikatów. Dziennikarze mówili, że zmarła kolejna, osiemnasta ofiara, takim tonem, jakby to było zwycięstwo w turnieju siatkówki.

- No po prostu... Żadnej reakcji.

- A ty co?

- Nic, kurwa, ja też nic. Rozłączyłam się.

- Ale on wiedział w ogóle?

Pokręciła głową.

- Do tej pory mu nie powiedziałaś? - Kosiński znalazł wreszcie jakąś muzykę.

- Nie. Tylko ty wiedziałeś. Ciągle tylko ty wiesz.

- Naprawdę?

- Tak.

- Dlaczego?

- Ty byś mnie nigdy nie zdradził.

- Skąd wiesz?

- Oj, kobiety wiedzą takie rzeczy.

Miasto wydawało jej się popsute. Słońce w zenicie, cienie ostre, jakby je ktoś wyrżnął z grubego czarnego szkła. W bezgranicznej, nieruchomej pustce ulicy wysyconej w tym słońcu do granic, w jakich potrafią mieścić się barwy, zanim eksplodują, samotny, żółty tramwaj zdawał się z zupełnie innego świata.

Cieszyła się, że nie musieli jechać obwodnicą. Ale gdyby nie radio, mogłaby pomyśleć, że wszystkie te budynki to jedynie dekoracje. Same fasady. Gigantyczne konstrukcje z dykty, folii, stali i pleksi. Nikt nie wyglądał z okien. Podkręciła radio.

"Takie zwykłe masz ciało, takie szare - śpiewał Muniek Staszczyk - takie nudne są dni, bo takie same. Gdy o świcie do pracy swojej wstajesz, takie zwykłe masz ciało, takie szare...".

- Ale zanim się rozłączyłaś, to mu powiedziałaś, z kim masz to dziecko, co nie? - zapytał Kosiński głośno, żeby przebić się przez muzykę.

- Nie.

- Jak nie?

- No przecież nie jest głupi. Skoro do niego dzwonię, to chyba wie, że to z nim.

- Może nie wie.

Chciała nakrzyczeć na Kosińskiego, że się nie zna, ale, cholera jasna, może rzeczywiście Szymon się nie zorientował? Może pomyślał, że dzwoni do niego, żeby się pożegnać, bo ma dziecko z kimś innym? No ale z kim niby? Przecież Szymon wie, że się z nikim nie widuje. Ledwo o tym pomyślała, przyszedł jej do głowy ten niebieskooki agent, Bielski. Niedawno ocalił jej życie, więc nie mogła mu odmówić kawy. Spotkali się tylko dwa razy. Raz na kawę, a drugi raz przypadkiem, wpadł na nią na schodach, więc nie mogła mu powiedzieć, że nie może iść do baru. Piwo bezalkoholowe, sala dla niepalących, Jezusie, jakie to było cudowne, siedzieć tam, słuchać bluesa, gadać o pierdołach. Wydawało się, że świat zawsze będzie taki właśnie. Dobry. Fajny. Że faceci będą zapraszać kobiety w takie miejsca, żeby im opowiadać o pustyni... Zapamiętała to, bo Bielski miał gadane. Pył pustyni nie wziął się znikąd. To rozpadłe światy: góry, lasy, ocean, zwierzęta, które kiedyś w nim żyły, marzenia o chlebie, bezpieczeństwie, miłości, nowym życiu... Ale przecież nie powiedziała Szymonowi, że była z kimś na piwie, Boże, jedno bezalkoholowe piwo, najwyżej dwa, i jakieś ciastko.

- Jak jedziesz, no proszę cię, szefowo, trzeba było tu skręcić! - Głos Kosińskiego wyrwał ją z zamyślenia.

- Oj, nie gadaj mi, młody, bo przecież jest więcej niż jeden wyjazd z Warszawy, co nie?

- Ale autostradą byśmy byli szybciej niż tymi opłotkami. - Ściszył radio.

- Musisz mi dogadywać? To nie pomaga. - Wiedziała, że chłopak ma rację, będą się snuli jak te leszcze przez Sochaczew. - Lepiej mi powiedz, czy wiesz, dokąd jedziemy.

- No do tego miejsca, skąd startowaliśmy z poszukiwaniami. Nie ma sprawy, mam zaznaczone koordynaty.

- A dalej co? Pieszo pójdziemy przez las?

- Nie wiesz, gdzie jest ten bunkier?

- A kto wzywał naszych, kto prokuratorowi tłumaczył, jak dojechać? To nie ty?

- Nie, nie byłem pewien. To ta z wojska znała współrzędne. Poprosiłem, żeby wysłała im pinezki.

- A tobie nie wysłała?

- Po co mi, skoro koło niej stałem?

- Czyli nie wiesz, gdzie jedziemy? - Poczuła, że są kwita. - Ha, ha, ha, naprawdę nie wiesz?!

- Nie gdzie, a dokąd. - Naburmuszył się. - Zadzwonię do niej zaraz i zapytam.

- I sądzisz, że ona odbierze i wyśle ci namiar? Tak od razu? Że nie ma nic lepszego do roboty?

- Dobrze, już dobrze, moja wina.

Wygrzebał telefon i zaczął coś tam stukać. Siedział cicho do samego zjazdu na Gostynin, kiedy się okazało, że już ma pinezkę, koordynaty, czy jak to chciał nazywać.

Na starej leśnej drodze poruszała się bardzo ostrożnie. Nie widziała jej wtedy, bo do asfaltu odwoził ich kierowca, a ona, po całej akcji z poszukiwaniem chłopca i znalezieniem ducha, miała wszystkiego dość i nie obchodziło ją, którędy wracają. Ale teraz, kiedy już zjechali z drogi wprost między drzewa, była czujna. Brakowało tylko, żeby Ford zawiesił się na jakichś koleinach. To nie była dobra droga. Amatorzy rajdów terenowych byliby zachwyceni, ale dla zwykłego samochodu się nie nadawała. A las, jak na złość, był piękny. Sosny wysokie, rozłożyste, pod nimi trawa i tylko gdzieniegdzie krzewy. Nic, tylko zaparkować tutaj i odetchnąć świeżym powietrzem.

Skończył się wysoki las i wmanewrowali się w jakieś chaszcze, szkółki, niskie drzewa, gęste, niepoprzecinane. Zmierzali teraz pod górę w kopnym żółtym piachu. Olga bała się, że tu utkną.

- Tak daleko było do tego bunkra?

- Z drugiej strony jedziemy, pokazuje, że tędy bliżej, że mniej tego zadrzewionego obszaru do przejechania.

- Ale, kurde, tamtędy byśmy na pewno przejechali...

- Droga by była taka sama.

- Na pewno prokurator by nie wybrał takiej drogi jak ta tutaj. Proszę cię, nie udawaj, że nie rozumiesz. - Naburmuszyła się znowu. - A to bliżej, to ile jest?

- Jakieś pięć kilometrów, trzy już za nami, a więc niedaleko.

Wyjechali na grzbiet. Za nimi został hodowlany las, szkółki z nowymi uprawami, a tutaj było inaczej. Jednolity, sosnowo-świerkowy bór za przełamaniem grzbietu ustępował pokręconym, bezlistnym teraz dębom i grabom, których szkliste szare pnie przypominały węzły żył i mięśni jakichś prehistorycznych potworów. Nie było tu już niskich, przyjaznych dla oka zarośli, ale gęste, bezlistne, pewnie kolczaste krzaki tworzące zbity, spleciony, wrogi i odpychający mur. Ruszyli w dół.

- O Jezu, U2! - Serbia nagle podkręciła radio.

- "I want to be with you, be with you, night and day. Nothing changes on New Year's Day" - śpiewał Bono wysokim, natchnionym głosem.

- Staroć jakiś - prychnął Kosiński.

- No co ty gadasz, to najważniejszy zespół lat dziewięćdziesiątych.

- Chyba go ominąłem.

- Ale posłuchaj, to przecież nasz hymn!

- Jaki nasz?

- Dla Warszawy napisał tę piosenkę. To był naprawdę jeden z najsławniejszych piosenkarzy tamtych czasów. Opowiadał, że włączył rano telewizję i zobaczył wyludnione ulice Warszawy, martwotę, smutek i jadące czołgi. Wtedy usiadł i z miejsca napisał tę piosenkę, New Year's Day. Ich wielki przebój.

- Jakie czołgi? Czterech pancernych?

- Nie, no stan wojenny.

- Ty naprawdę wierzysz, że to o Warszawie?

- Przecież autor sam to mówił w wywiadach.

Minęli pozostałości po ogrodzeniu - rząd podwójnych słupów, na których kiedyś wisiał drut kolczasty, identycznych z tymi, jakie musieli przekroczyć z wojskiem. Kiedyś może były białe, ale teraz brudne od porostów. Drutu nie było. Pewnie złomiarze dotarli aż tutaj.

- Mogliśmy się wybrać wcześniej. - Olga spojrzała na słońce. Było coraz niżej. - Będę tędy musiała się przedzierać po ciemku.

- Może wrócimy inną drogą?

- Przyznajesz mi rację?

- Pytam tylko. Pamiętasz, ile jechaliśmy?

- Nie, chyba spałam. Ale jeśli limuzyna pana prokuratora dała radę, to i nam się uda. - Powiedziałaby wszystko, byle nie musieć tędy wracać.

- Dobra! Stój! - Kosiński patrzył w ekran smartfona. - Chyba zaczynamy się oddalać.

- No to masz ten punkt czy nie?

- Mam, ale ona mi przysłała namiar na bunkier, a nie na drogę. Trzeba wysiadać. Musimy iść stąd pieszo.

- Daleko?

- Ze dwieście metrów.

Wzięli latarki, sprzęt do zdjęć i ruszyli.

- A jak zejdziemy? - zmartwił się nagle Kosiński.

- Gdzie?

- Do tego bunkra. - Patrzył na swoje eleganckie jasnopomarańczowe spodnie. Pasowały do kurtki, ale do lasu rzeczywiście nie bardzo.

- Technicy zostawili drabinkę.

- Na pewno?

- Na pewno, na pewno. Jakiś gość z ministerstwa ma przyjechać.

- Kontrolują nas?

- Pewnie tak. Nigdy nie wiadomo.

Szli koleinami, kończącymi się pod drzewem, na którym powiesił się Hełczyński. Wydeptana ziemia, zryta potężnie, widać niełatwo było łapiduchom zawrócić. Nie podniosła wzroku.

Dalej też było porządnie wydeptane. W dziennym świetle schody nie wydawały się Oldze straszne, tylko zwyczajnie stare, brudne, pokryte liszajami porostów. Trawa zwieszała się z obu stron. Las brał bunkier w posiadanie. To takie dziwne, że znaleźli tę dziewczynę, pomyślała. Nieprawdopodobne.

Wrota były odsunięte na całą szerokość. Po prawej, od strony zawiasów, rudy nalot i płatki rdzy znaczyły ślady po walce, jaką technicy musieli z nimi stoczyć, żeby je obrócić. Ciekawe, czy Hełczyński znał to miejsce? Może to nie był przypadek, że tu przywiózł dzieciaka... Arturka. Dzielny chłopak, nie płakał, jak go wyciągali. Ciekawe, muszę sprawdzić tego Hełczyńskiego. Przypadek czy nie?

W środku, dzięki otwartym wrotom, było trochę światła. Widzieli drzwi po obu stronach korytarza.

- Od czego zaczynamy?

- Żeby nie tracić czasu, to ty obejrzyj wszystko na górze, ja zejdę na dół.

- Okej. - Kosiński odetchnął, a ona wiedziała, że chodzi o spodnie.

Zapalił latarkę i wkroczył do pomieszczenia po prawej stronie. Olga poszła dalej, przez siłownię, do małego korytarzyka za szafą z bezpiecznikami.

Nad otworem w podłodze ktoś nakleił policyjną taśmę. Żartowniś. Z otworu wystawała składana metalowa drabinka. Poświeciła w dół. Szmat i sienników nie było. Drabina stała na twardym gruncie.

Zeszła ostrożnie.

A potem skierowała się prosto do miejsca, gdzie siedział duch. Zamknęła oczy i znowu ją zobaczyła. Za pustym, zakurzonym drewnianym stołem siedziała kobieta. Ramiona na stole, głowa opadała na ramiona. Włosy białe, ale to od kurzu, bo naprawdę złote. Sweter czerwony.

Westchnęła i weszła. Stanęła za krzesłem, na którym siedziała Cicha. Zwyczajne, drewniane, mogłoby stać w każdej kuchni. Na siedzeniu jakieś zaschnięte plamy. Nie chciała się domyślać, co to jest. Szczyny, gówno albo krew. Dowie się z raportu. Potem omiotła stół światłem latarki. Dziury po gwoździach. Dookoła nich czarne plamy. Przy otworze po prawej stronie większa. A przy lewym całkiem malutka. Prawie nic. Stół był wyczyszczony miotełką. Technicy się sprawili na czysto. Napis cieniutki, ale dobrze czytelny. Cztery słowa. Na więcej dziewczynie, która stawała się duchem, nie wystarczyło już czasu.

"Robert Kowalski to mój..."

Rozdział 9

- Robert Kowalski, przepraszam, że oddzwaniam dopiero teraz, ale miałem piekielną noc. Pewnie pani słyszała?

- Nie, nie słyszałam. - Wyszła z bunkra, bo potrzebowała powietrza. Od kiedy odkryła, kto zabił jej córkę, bezdech nie powracał, ale ciasnych, zamkniętych pomieszczeń wciąż nie lubiła. Ledwo zrobiła kilka kroków, kiedy zaterkotał telefon.

- Widziałem, że pani dzwoniła, potem ja oddzwaniałem, ale pani telefon milczał.

- Tak, pod ziemią nie ma zasięgu. - Przestępowała z nogi na nogę, bo w lesie zapadał zmrok i zrobiło się zimno.

- Dobry żart, ale nie wiem, czy na miejscu...

Serbia zorientowała się, że Kowalski nie wie, gdzie odnaleziono dziewczynę. Gdyby był tego świadomy, pewnie nie oparłby się ciekawości i zapytał o bunkier.

- Dlaczego nie na miejscu?

- PiS szykuje w kraju zamach stanu, próbują obejść konstytucję na różne sposoby. Do tego ta kwarantanna. Kiedy mówi pani o podziemiu, brzmi to, jakby czekała nas powtórka ze stanu wojennego.

- A... no tak. O tym nie pomyślałam.

Miał zmęczony głos. Niełatwo być politykiem w czasach zarazy. Olga też była zmęczona, śmiertelnie zmęczona. Oparła się o pień drzewa. Jak one to robią, że zawsze są takie ciepłe? Podobno gdzieś na Syberii, kiedy nie mogą już być ciepłe, to pękają, na śmierć.

- Halo? Słyszy mnie pani?

- Tak. Po prostu jestem zmęczona. Mój tydzień był tak samo koszmarny jak pański.

- Ale z sukcesem. Podobno właśnie pani odnalazła to zaginione dziecko.

- Pytał pan o mnie?

- Poprosiłem mojego sekretarza, żeby mi przygotował kilka wiadomości na pani temat. Właśnie przeglądam jego notatki. Wygląda na to, że można pani zaufać. Serbia... Skąd takie przezwisko?

- Sekretarz tego nie wyśledził?

- Ma pani żal o tę teczkę? - Wyczuł, że zmienił jej się głos. - To nic nadzwyczajnego, zawsze go proszę, aby zebrał informacje na temat ludzi, z którymi pracuję.

- My razem nie pracujemy.

- No... w pewnym sensie. Powie mi pani, co z tą Serbią?

- Po to pan dzwoni? - Postanowiła być czujna. Może to jakaś gra? Z politykami nigdy nic nie wiadomo.

- Nie. Po prostu oddzwaniam. Pomyślałem, że to może być coś ważnego.

- Tak, to ważne. Wspominał pan o listach Joanny Cichej. Chciałabym je zobaczyć.

- Oczywiście. Muszę je tylko odnaleźć. Jak już wspominałem, pewnie są gdzieś u matki w Otwocku. Trochę to potrwa, bo mamy teraz gorący czas. Zaraz jadę na wieczorny program do radia, potem do Polsatu. Kampania trwa, zaczyna się gra o to, kto zdobędzie głosy opozycji. Mam mnóstwo pracy, mimo że nam wolno tylko pokazać w internecie zdjęcie z maseczką na nosie, a obecny prezydent może jeździć po kraju w militarnej kurtce i udawać, że ratuje Polskę...

- Niech pan wyśle sekretarza - weszła Kowalskiemu w słowo.

- Czy pani rozum postradała? Sekretarz kandyduje czy ja?

- Do Otwocka niech go pan wyśle. Przecież że nie do telewizji.

- Nie... to zły pomysł.

- Nie ufa mu pan?

- Ufam jak Zawiszy. Ale on nie znajdzie. Nikt nie znajdzie. Tylko ja. Hm... hm... bardzo to ważne, prawda?

- Tak. Fundamentalnie.

- Muszę tam pojechać osobiście. Nikt nie może wiedzieć o Joannie. Nie teraz, nie w czasie kampanii. Oni to wykorzystają, mówię pani, to mi w ogóle pachnie prowokacją.

- Ci z ministerstwa spodziewali się, że pan tak pomyśli. Bardzo dbają, żeby nikt nie wiedział.

- Tak pani uważa? Dobre sobie. Wyciągną to, jak tylko będą mieli okazję. Najpóźniej w drugiej turze, jeśli będą w ogóle te wybory, bo przecież nie wiadomo. Pomyślę, kiedy mogę być w Otwocku, i dam pani znać, dobrze?

- Tak. Udanego występu.

Rozłączyła się i stała w milczeniu, patrząc, jak mrok zaczyna rozmywać kontury drzew, rozcierać ich pnie w jednolitą, chłodną i straszną otchłań mroku. Nigdy nie bała się lasu. Ojciec nauczył ją, że las jest dobry. Ale teraz poczuła dreszcz. Może to pamięć o drzewie, na którym Hełczyński powiesił się dopiero co? A może po prostu powinna mieć ze sobą cieplejszą kurtkę? Samochody mają bagażniki, żeby można było w nich wozić ciepłe rzeczy. Cholera, ten Kosiński nie wychodzi i nie wychodzi. Wyjęła latarkę z kieszeni i wróciła do bunkra.

- Kosa! Jesteś tam?!

- Jestem, jestem - dobiegło ją z głębi. - Na końcu korytarza.

Poszła tam, mijając kolejne drzwi.

- Co masz?

- Zobacz. - Omiótł światłem latarki ścianę. Drewniana półka zbita z surowych desek była pełna dużych, starych, pordzewiałych konserw. Nie było na nich etykiet, tylko napisy wprost na blasze.

- Ruskie. Nie przeczytam, ale chyba jakieś jedzenie.

Olga przysunęła twarz do puszek.

- Pewnie wojskowe, słonina, może chleb.

- A tu, zobacz. - Poświecił w kąt. Stały tam konwie, jakich używało się kiedyś do mleka, a obok leżało kilkanaście butelek po wódce. W drugim kącie sterta spalonych papierów. Uklęknęła przy nich. Bunkier musiał być doskonale izolowany, bo wszystkie śmieci były suche. Kusiło ją, żeby rozgrzebać stos, kiedy zauważyła, że w świetle latarki połyskują metalowe fragmenty. Spinacze. Może ktoś palił tu jakieś dokumenty? Zauważyła też sprzączkę od paska. I kawałek szkła.

- Masz długopis?

- A co ja, z drogówki jestem?

- Wariat.

- No po co mi długopis, jak wszystko mogę sobie nagrać na dyktafonie?

- Kurna, potrzebuję czegoś, drut jakiś mi znajdź, przecież klamką nie będę grzebać w tym syfie.

Wrócił po chwili z kawałkiem pręta.

Rozgrzebała popielisko. To były okulary w drucianej oprawce. Rozbite, okrągłe. Lennon mógł takie nosić.

- Ciekawe... może niech technicy to przekopią, co?

- Myślisz, że mamy kolejnego trupa?

- Oj, młody. - Pokręciła głową. - Zęby byśmy znaleźli, kości. Nie, ale ciekawe to jest. Może coś się zachowało na tych papierach. Wiesz, jakiś symbol, znak, data.

- Jeszcze ci coś pokażę. W drugim pomieszczeniu.

Poszła za nim. Stała tam prycza. Drewniana, nieforemna. Z wysokimi burtami po bokach. Jak skrzynia.

- Siennik przegniły, a tu sucho, więc co chcesz mi powiedzieć? Że ktoś leżał i sikał pod siebie?

- Nie, to ci chciałem pokazać. - Poświecił w miejsce, w którym leżący miałby nogi. W burtach pryczy od wewnętrznej strony wyfrezowane były podłużne nacięcia na szerokość półtora, może dwóch centymetrów.

- No i o czym to świadczy? - Olga nie zrozumiała, o co chodzi.

- Że to dyby.

- Jakie znowu dyby?

Poświecił w kąt. Leżała tam zakurzona deska z dwoma półokrągłymi otworami z jednej strony.

- Długość by się zgadzała - powiedział Kosiński. - Wsuwasz deskę w te otwory, zamykasz na kłódkę i ten, który leży na łóżku, nie wyciągnie spod niej stóp.

Przyjrzeli się dokładnie. Bolca nie było, ale otwory pozostały.

- Może masz rację... - stwierdziła Olga. - Myślisz, że tu więzili tę Joannę?

- Nie wiem. - Kosiński wzruszył ramionami. - Po co mieliby ją tu trzymać? Wystarczyło drabinę wyciągnąć z tego niższego poziomu i nie mogłaby wyleźć.

- Może by mogła. Gdyby nie mogła, toby jej nie przybili rąk do blatu. - Pomyślała, że jeżeli to naprawdę dyby, to Joanna mogła nie być jedyna. Że to miejsce jest naprawdę złe. Kto chciałby trzymać ludzi na takim odludziu? Seryjny morderca? Nie... tacy się przecież nie zdarzają zbyt często.

Pytanie, czy Hełczyński znał to miejsce, stawało się coraz bardziej nurtujące.

- Masz jeszcze coś?

- W tamtych pomieszczeniach są jakieś urządzenia po Rosjanach. Chyba sprzęt nadawczy, ale starego typu, taki sprzed pół wieku. W skrzyniach części, podręczniki i coś jakby dzienniki zadań, ale wszystko po rusku, nie wiem, o co chodzi.

Weszli do jednego z pokoi. Cała ściana zabudowana była jakimiś nadajnikami. Ebonitowe obudowy, potencjometry, rosyjskie oznaczenia.

- Co myślisz?

- Stacja nadawcza.

- Kierowali rakietami, które szły na Europę Zachodnią?

- Raczej nie. Teren byłby inaczej zabudowany. To mały bunkier. W lesie. Pewnie stacja nasłuchowa, albo może zagłuszali stąd sygnał Wolnej Europy?

- Nie potrzebowaliby do tego anteny?

- Może gdzieś w lesie stoją jeszcze resztki masztu, przecież nie szukaliśmy.

- Ja mam dość - powiedziała Olga - wracajmy.

Kiedy wyszli na zewnątrz, było już naprawdę zimno i całkiem ciemno. Olga czuła się zmęczona i z ulgą przyjęła propozycję Kosińskiego, że to on poprowadzi samochód. Jechali powoli. Chłopak wyciągał szyję, żeby w porę zobaczyć wyrwę w starej drodze. Na piasku było gorzej, bo w świetle reflektorów wszystko mu się rozjeżdżało przed oczami. Ale kiedy poruszasz się wolno, samochód nagrzewa się znacznie szybciej. Olga usnęła po dziesięciu minutach i nie słyszała komunikatów o tym, ile jest nowych ofiar koronawirusa, ani że tysiące warszawiaków wyszło tej niedzieli na spacery, rowery i piwo. A to naraża ludzi na kontakt z koronawirusem, w związku z czym rząd planuje zaostrzenie kwarantanny. Nie usłyszała nawet tego, że słynny amerykański seryjny morderca prostytutek, sześćdziesięciosiedmioletni Lonnie Franklin nie doczeka kary śmierci, bo znaleziono go martwego w celi śmierci. Na jego ciele nie było żadnych obrażeń. Nie obudziła się, nawet kiedy Kosiński zatrzymał nagle samochód, bo na środku drogi zobaczył dwoje lśniących oczu.

Może wilk, pomyślał. Eeee, pewnie tylko pies. Uciekł komuś z kwarantanny, albo go wywieźli do lasu. Podjechał jeszcze bliżej. Najpierw zobaczył grube, potężne łapy, a potem całe, lśniące w świetle reflektorów, smukłe ciało wielkiego kota. Ryś spokojnie patrzył na samochód, a potem podniósł pysk, obejrzał się i obnażył kły. Gdyby Kosiński miał zgaszone radio, być może usłyszałby, jak prychnął.

Wtedy w plamie światła pojawił się drugi, trochę większy kot. Tylko na moment. Dotknęły się nosami i zniknęły niczym duchy.

Kurwa, pomyślał Kosiński. Z tego wszystkiego nie zdążyłem nagrać filmiku, a miałbym milion odsłon.

Olga nie obudziła się do samej Warszawy. Kosińskiemu jechało się dobrze, droga była całkowicie pusta. Wrzucił do odtwarzacza płytę Smolika, którą znalazł w kieszeni w drzwiach. Muzyka nie nadawała się do szybkiej jazdy, ale nie musieli się donikąd spieszyć. Przecież była niedziela.

Dopiero na obwodnicy zwiększył się ruch. Nie zauważył, kiedy z lewej strony podjechał do Forda wysoki SUV. Odwrócił się, bo poczuł, że ktoś mu się przygląda. To był Jarosław Kaczyński.

- Kurwa - powiedział do siebie Kosiński.

Tamten opuścił szybę i wtedy policjant zrozumiał, że to maska. Zdjęcie Kaczyńskiego na kartonie. Podniósł lewą rękę i postukał się w czoło, a tamten wyjął pistolet i strzelił policjantom w oponę. Szarpnęło i wtedy Olga się obudziła.

Rozdział 10

Obudziła się, a może jednak nie? Może wciąż spała, bo to nie mogła być prawda? Ten nagły, wściekły jazgot stali szorującej po asfalcie, paniczny wrzask Kosińskiego, pisk hamulców, wirowanie świateł gdzieś w oddali. Skąd takie rozmyte światła? Zrozumiała, że obracają się wokół własnej osi, sunąc po jezdni bokiem, potem tyłem, a potem poczuła, że coś ich podrywa w górę i ciska nimi w przód. Usłyszała, jak jęczą rozrywane blachy. Nie, to nie może być prawda, to wszystko nie może się dziać w jednym, niedostrzegalnym ułamku sekundy. Zdawało jej się, jakby to był zatrzymany kadr, jakby widziała wszystko naraz na stop-klatce: Kosińskiego i siebie lecących przed siebie w pasach, które ściskają jej brzuch, oślepiający blask połączony z rozdzierającym dźwiękiem. To musi być sen. Ale przecież nigdy nie pomyli dźwięku miażdżonych samochodowych blach z żadnym innym, bo zawsze, niemal każdej nocy, kiedy zasypia, boi się snu, w którym ciężarówka uderza w jej wywrócony samochód, snu, w którym umiera jej córka. Hałas jest dokładnie taki sam jak teraz, więc Olga nie wie, czy śni, czy to się dzieje naprawdę. Chciałaby się uszczypnąć, podobno to pomaga, ale zanim zdąży podnieść dłoń, żeby odsunąć rękaw i odsłonić skórę, wybuchają poduszki powietrzne. Olga już wie, że to naprawdę.

Stoją nienaturalnie, tył Forda zadarty w górę. Zbliżają się jakieś światła. Słychać syk, jakby coś ciekło. W ustach smak krwi. Do ich uszu dobiega muzyka. Ale cicho. Jakoś za cicho, jakby w tle. Szyba rozbita.

- Strzelił do mnie - mówi Kosiński i szarpie się z pasem.

- Kto strzelił? - Olga nie rozumie. Boli ją szyja. Ledwo może poruszyć głową. Pas ciśnie. Dziecko, myśli, co z dzieckiem, czy pas nie uszkodził mi dziecka? Zaczyna czuć się źle, jakby wszystko w środku miało jej nagle pęknąć. Jakby miała się rozlać.

- Kaczyński! - krzyczy Kosa, a Olga myśli, że zwariowała albo że to musi być jednak sen.

Kosiński wyrywa pas i szarpie klamkę. Zacięło się. Robi to coraz mocnej, a wtedy samochód zsuwa się na jej stronę i Olga spada całym ciężarem na prawą stronę.

- Kurwa, nie otworzę! - W głosie Kosińskiego słychać wysiłek. Wciąż szarpie klamkę. - On wróci, a ja nie otworzę.

- Kto wróci?

- Kaczyński! - Policjant jest bliski histerii. Szuka ręką broni.

- Jaki Kaczyński? - Olga już wie. Już rozumie: Kosa zasnął za kierownicą. Na pewno, nie ma innego wyjaśnienia, zasnął i rozwalił ich służbowy samochód. Nie ma siły kląć, cała w tym syfie, który wyleciał z poduszki, chce tylko kaszleć i płakać.

- Facet przebrany za Kaczyńskiego. - Kosiński sili się na spokój. - Strzelił w koło. Wróci i nas pozabija!

Olga słyszy w głosie swojego partnera, że on jednak nie wymyśla, nie konfabuluje. No bo kto by wpadł na coś takiego? Wypina pas, otwiera drzwi od swojej strony i wypada na jezdnię, wprost w plamę cieczy. Jeden wdech i wie, że musieli przebić zbiornik paliwa. Ciekawe, ile było, myśli, litr czy dwadzieścia litrów? Pełznie na czworakach, byle dalej, jak najdalej, nie dla siebie przecież, dla dziecka, w ręce wbijają jej się odłamki szyby, może jakiegoś plastiku. Boli. Kaleczy sobie dłonie.

- Kosa! - krzyczy, ale sama słyszy, że za słabo, za cicho. - Kooosa! Wyłaź! - Może on ma rację, może ten Kaczyński naprawdę wróci, a wtedy wystarczy, że zapali zapalniczkę, nie potrzebuje kuli, jeszcze metr, pełznie, przed oczami mrok, ale może to nic, może naprawdę jest noc? Nagle ból, ale nie ręce, to głowa, oczy. Zalewa ją jasne, ostre światło. Olga próbuje się podnieść, ale nie daje rady.

Słyszy kroki. Ktoś biegnie. Serbia oddycha głęboko i próbuje stanąć na nogach.

- Spokojnie.

Czuje, że ktoś jej kładzie rękę na ramieniu. Nie ściska. Po prostu dotyka.

- Żyje pani. Co się stało? Da pani radę wstać?

Olga podnosi wzrok. Ktoś koło niej klęka. Kobieta. Maseczka na twarzy, oczy zmęczone. Czerwone, przekrwione, poza tym tak niebieskie, że Olga czuje ulgę.

- Jestem pielęgniarką, co panią boli?

- Dobrze, wszystko dobrze, tylko nie wiem, co z dzieckiem...

- Jest w samochodzie?

- Nie, ja... jestem w ciąży.

- Da pani radę wstać?

- Tak, dam, dam radę. - Olga kiwa głową, tamta podtrzymuje ją za ramię, dźwiga się.

- Co panią boli?

- Co mnie boli? - Olga próbuje uspokoić tętno. - Nic, raczej nic. Chyba w porządku, spałam, nie wiem. Ręce bolą.

Podnosi je do oczu, są w nich powbijane jakieś drobiny. Plastik z kierunkowskazu, myśli, i resztki szyby.

- Mój partner jest w środku - mówi do pielęgniarki - wyciągnie go pani?

Patrzą w kierunku samochodu, ale Kosiński już się gramoli na zewnątrz. Na kolana, bo z samochodu, który wisi w tak dziwaczny sposób na barierkach, nie da się wyjść z godnością. Widzą, że twarz spuchnięta, musiał w coś uderzyć, oko podbiega krwią. Staje na nogach niepewnie, szeroko, kręci głową w górę i w dół i wtedy widzą, że ma w ręku broń.

- Jezu - mówi pielęgniarka - pokłóciliście się? Aż tak?

Kosiński idzie w ich stronę.

- Nie, niech się pani nie boi, my z policji - mówi Kosiński. - Ktoś nam strzelił w oponę. Widziała pani tamten samochód?

- Nie, nie, tylko reflektory. Zobaczyłam nagle światła na moim pasie, jakby ktoś jechał pod prąd, a to wasze auto się obróciło. Nic pana nie boli?

- Boli łeb. Jakbym się zderzył ze ścianą. Trzeba zawiadomić naszych, niech przyjeżdżają. Zadzwonisz? Ja tam do radia, do tego wraku nie wchodzę. - Patrzy na plamę cieczy dopływającą powoli do miejsca, w którym stoją, więc robią jeszcze krok w tył.

Olga sięga po telefon i dzwoni.

Kaczyński nie wraca.

Pielęgniarka przynosi ze swojego starego Golfa walizeczkę pierwszej pomocy. Kosińskiemu wydaje się tak wielka, że wystarczyłaby, aby mu tu, na miejscu, na jakimś kawałku deski zrobić operację. Ale kobieta tylko przemywa mu oko.

- Musiał pan przywalić w kierownicę. - Kobieta śmieje się do niego oczami, bo przez maseczkę nie widać ust. Oczy takie zmęczone, no i zmarszczki, ale myśli sobie, że ona na pewno jest młoda i fajna.

Potem przyjeżdża policja. Dużo policji. Świecą, oglądają wrak. Stoi nadziany tyłem na barierkę oddzielającą obwodnicę od zjazdu na Powązkowską. Mieliście dużo szczęścia, tak, racja, mieliśmy, nic się nie stało, ale samochód już do kasacji. Potem pojawia się straż. Będą zbierać olej i rozlane paliwo.

- No to co, pojedzie pani ze mną do szpitala, tak? - Pielęgniarka kończy sprawę z Kosińskim i zaczyna się zbierać.

- Ale ja się dobrze czuję. - Olga chciałaby zapalić papierosa. A do tego jest zwyczajnie głodna. I żeby Szymon przyjechał, ugotował jej coś, cokolwiek, na przykład zwykłe gorące mleko z makaronem, takie, jak się jadało w czasach, kiedy była dzieckiem.

- Martwiła się pani o dziecko, może powinien panią zobaczyć lekarz, co?

Olga kiwa głową zrezygnowana i smutna.

- Tak, może powinien.

Kiedy jadą, pielęgniarka opowiada Oldze o tym, czego się boi. Że jest po ciężkiej zmianie, w domu nie była właściwie od piątku, a dzisiaj wróci w środku nocy, dzieci będą spać, nawet z nimi nie porozmawia, ale może to i lepiej, bo jak wytłumaczyć, że mama ich nie może przytulić, że nie mogą za blisko podbiec, zanim się umyje i wrzuci ciuchy do pralki na dziewięćdziesiąt stopni. Jak powiedzieć dwulatkowi, że się boi wziąć go na ręce, żeby jego i siostry nie zarazić, bo widzi, jak ludzie na to umierają.

- Mam się bać?

- Pani? Jeżdżąca samochodem z uzbrojonym facetem?

- Pytam, czy mam się bać, że z panią jadę. Nie o siebie. O dziecko.

- Nie wiem - mówi tamta. - Ja bym się chyba trochę bała. Przecież tego wirusa nie widać. Wzięłaby pani taksówkę i też nie wiadomo, kto tam klamki dotykał. A tutaj nikt, bo ja otwieram i zamykam od strony kierowcy. My w służbie zdrowia bardzo dbamy o uniknięcie zakażenia, naprawdę, fartuchy, maski, pięćdziesiąt razy w ciągu godziny myję ręce. Więc chyba nie musi się pani martwić. Ale wie pani, to maleńkie draństwo, umie się ukryć. To nawet nie jest żywe. Ale jest życiem. Jezu, ja chyba ze zmęczenia tak gadam. Przepraszam, ale nie mam z kim. A najgorzej, że ja nie mogę do sklepu, nawet sobie bułki nie kupię, bo co powiem: "Przepuśćcie mnie, jestem pielęgniarką"? Przestraszą się. Dobrze, że mamy w szpitalu jedzenie.

Olga smutnieje. Myślała, że kiedy będą jechały, zadzwoni do Szymona, ale nawet się nie obejrzała, jak dotarły na Kasprzaka.

- Instytut Matki i Dziecka - przeczytała. Duże niebieskie litery.

- No - usłyszała, że pielęgniarka pod maseczką się uśmiecha. - Lepiej nie mogła pani trafić.

Wróciła o drugiej. Nie mogła zasnąć do czwartej. Nie, nie do czwartej, ostatni raz, jak sprawdzała godzinę, była czwarta trzydzieści siedem. Obudziła się po dziewiątej. Nie słyszała budzika. Nie słyszała telefonu. O dziewiątej miała być u Leśmiana.

Tym razem była wdzięczna zakładom chemicznym reklamującym się hasłem "Jesteś tego warta" za podkład i puder. Bez tego sińce pod jej oczami byłyby czarne, smoliste, jak makijaż Jokera. Wyszła na klatkę schodową. Z niewyspania zdawało jej się, że nie widzi końca schodów, tylko rozedrganą, gorącą pustynną fatamorganę.

Na podwórku ludzie w maseczkach. Pies skacze za piłeczką cały szczęśliwy. Zaklęła i wróciła na górę. Bez maseczki nie może gadać z Leśmianem.

Zadzwoniła z samochodu, że przeprasza, ale się nie mogła pozbierać, bo badania w szpitalu, musiała porozmawiać z lekarzem, to trochę trwało, ale chciała być pewna, że wszystko z nią dobrze. Że nie ma wstrząśnienia mózgu ani nic, tylko siniaki.

Nie powiedziała, że z dzieckiem też wszystko dobrze.

Nie powiedziała, jaki to szpital.

Nie powiedziała, że jest w ciąży.

On i tak by tego nie zrozumiał, zacząłby kombinować, jak by tu Olgę odsunąć od pracy, a ona nie mogła siedzieć w domu, bo ktoś strzelił im w oponę dlatego, że znaleźli tę dziewczynę, tego była pewna. A jeśli strzelił, to znaczy, że zaczął podejrzewać, że ona, Serbia, potrafi odkryć, kto tej Aśce Cichej, zagubionej pod ziemią wśród ruskich konserw, bez odrobiny wody, przybił ręce do stołu. A teraz ja też mam poranione ręce. Niewykluczone, że wypadek spowodował ten sam człowiek, ale dowiem się kto. Obiecuję.

Potem zadzwoniła do Szymona, ale nie odbierał. Jasna cholera, nie dzwonił ani nie odbierał. Kosiński ma rację, źle, że mu nie powiedziała, że będzie ojcem, ale na pewno się domyślił. Po to jest policjantem, żeby się domyślać, a jak nie wie, to żeby pytać. I po to jest ojcem, żeby tu być, w Warszawie, i siedzieć ze mną.

I żeby było dobrze.

Zadzwoniła do Kosińskiego. Był poobijany i podobno fatalnie wyglądał, na szczęście świeci słońce, więc może chodzić w ciemnych okularach. Ale nie wiadomo, co będzie z jego butami, bo po tej benzynie dziwnie się odbarwiły. Poważna strata, bo to nie byle jakie buty, sneakersy z limitowanej serii, dla policjanta poważny wydatek.

- Czyli wszystko z tobą dobrze?

- Tak, wszystko dobrze.

Leśmian niepokoił się wypadkiem i denerwował maseczką. Ale kaszlał i nie chciał stresować swoich ludzi. Nie wierzył, że maseczki tekstylne mogą zatrzymać wirusa mającego średnicę zero przecinek jeden mikrona. Nie mogą. Musieliby wszyscy chodzić w kombinezonach. Ale wiedział, że szmatka na twarzy dobrze wpływa na psychikę jego rozmówców. Był już po rozmowie z Kosińskim. Zgodzili się, że nie musieli być śledzeni, wystarczyło, że namierzyli telefony jego i Olgi, by wiedzieć, gdzie mniej więcej są. I mogli się kręcić wokół zjazdu na Konotopę.

- Albo mieli wejście do naszego systemu.

- Do systemu dynamicznej lokalizacji pojazdów? - Leśmian westchnął ciężko. - Musieliby współpracować z kimś od nas. I to musiałby być dyżurny. To zbyt oczywiste, nie zaryzykowaliby.

Zadzwonił do kogoś od obsługi technicznej, chwilę czekał, pokazał Oldze gestem, żeby usiadła. Przejrzała w gazecie jakiś artykuł o polskich związkach Jamesa Bonda i dowiedziała się, że jego najpoważniejszy przeciwnik Blofeld był z pochodzenia Polakiem.

Leśmian słuchał i słuchał. Potakiwał z rzadka. Czasami kaszlał w kułak. Wreszcie skończyli.

- No więc jest tak: obrazowanie położenia waszego pojazdu na mapie może się odbywać na dwa sposoby. Albo w trybie ciągłym, albo na żądanie oficera dyżurnego. Gdyby sprawdzał to dyżurny, byłoby odnotowane w systemie, kto i o jakiej godzinie chciał was szukać. Sprawdzą to. Dowiem się.

- A jeśli w trybie ciągłym?

- Tobym wiedział, bo szłoby przeze mnie.

- Albo przez wewnętrzny.

- Albo przez wewnętrzny, ale wtedy też bym o tym wiedział. Musiałoby być przeciwko tobie albo Kosińskiemu jakieś postępowanie. A nie ma.

- Może nie wiesz?

- Nie ma. Wiem, że nie ma. - Zakaszlał dłużej.

- No a samochód? Kosiński widział samochód, to był jakiś SUV.

- A ty widziałaś samochód?

- Nie. Ja spałam.

- Hm... więc nawet nie wiesz, czy ktoś do was naprawdę strzelił?

Pokręciła głową.

- Ale ja Kosińskiemu ufam we wszystkim - zapewniła.

- Ale nie widziałaś.

- Jest kwarantanna, ulice puste. Ten samochód musi być na jakimś monitoringu, prawda?

- Też o tym pomyślałem. Kosiński już go szuka... Jak myślisz, kto to mógł być?

Pokręciła głową, że nie wie. Ale to musi mieć związek ze sprawą.

- Nie sądzisz, że to był przypadek? Że chuligani chcieli sobie urządzić imprezę na ulicy? Że dzieciaki na kokainie nie wytrzymują ciśnienia kwarantanny? - Gładził się po łysinie.

- Znajdziemy samochód i może będziemy wiedzieli. Jeśli to dzieciaki, pewnie jechali samochodem ojca. Jeśli był kradziony, to było z premedytacją, co nie?

Przytaknął.

Potem się odmeldowała.

Siedziała sama w pokoju, który dzieliła z Kosińskim, i cieszyła się ciszą. Nastawiła sobie herbatę, chociaż jej nie lubiła. Obrzydzała ją myśl, że zanim te liście wysuszą i posiekają w jakiejś maszynie, to muszą gnić, fermentować, śmierdzieć. Kawa to co innego.

Miała przygotować listę spraw do załatwienia, ale była głodna, a kiedy była głodna, myślała o Szymonie.

Zadzwoniła do niego jeszcze dwa razy, a potem miała już pewność, że coś jest nie w porządku. Tak, to nie "stały związek", po prostu było im razem bardzo dobrze, ale nie miała praw do jego życia, a on nie próbował wcisnąć się do jej świata. Wpuszczała go, bo była szczęśliwa, i on robił dokładnie tak samo. Nie pytał, więc i ona nie pytała. Wierzyła, że nie ma nikogo innego, więc i ona nie miała. A teraz milczał.

Postanowiła, że napisze mu długi SMS i wszystko spokojnie wyjaśni.

Tak, to najlepszy sposób.

Telefon wyrwał ją z zamyślenia.

- Kowalski. No to będę miał czas wieczorem. Jeśli chce pani ze mną pojechać do Otwocka, zapraszam.

- Jak panu poszło? - Zerknęła na kartkę z notatkami i przypomniała sobie, żeby zapytać go o ten wywiad.

- W sejmie?

- W radiu.

- Dobrze. To chyba ostatni wywiad w studiu, bo rząd chce wprowadzić nowe ograniczenia. Już nawet nie będzie wolno spacerować. Tylko z psem, tylko w pojedynkę. Stan wojenny nam wprowadzili, żeby przepchnąć na prezydenta swojego kandydata za wszelką cenę.

- Ale dobrze panu poszło?

- Dobrze. To o której po panią być?

Jechali Wałem Miedzeszyńskim. Słońce wysoko.

Kowalski powiedział nagle, że dużo myślał o Joasi.

- I może bym pani to opowiedział, co? Mam immunitet, pani ma odznakę, więc rząd może nam póki co skoczyć ze swoją kwarantanną. Przejdźmy się.

Opowiedział Oldze, jak się poznali w górach. Jak obiecał Joasi, że o wszystkim powie swojej ówczesnej narzeczonej.

- Wie pani, jakie to jest trudne, patrzeć w oczy komuś, dla kogo jesteś ważny, i widzieć, że przez ciebie płacze, a ty nie możesz nic zrobić? Zawsze, kiedy działo się coś strasznego, miałem ją przed tym chronić. Do kogo miała się przytulić, jeśli nie do mnie?

Rozdział 11

1979

- To było trudne, patrzeć w oczy komuś, dla kogo jesteś ważny, i widzieć, że przez ciebie płacze, a ty nie możesz nic zrobić. Zawsze, kiedy działo się coś strasznego, miałem ją przed tym chronić. Do kogo miała się przytulić, jeśli nie do mnie?

- Bardzo płakała?

- Tak. Potem było jeszcze gorzej, bo milczała. - Kowalski przerwał i dłuższą chwilę siedzieli po prostu na ławce na Placu Zwycięstwa, grzejąc się w słońcu. Ostatni dzień września. Ciepły, spokojny, pomarańczowy, jak to przed wieczorem. Autobusy, ruszając, wyrzucały z siebie kłęby spalin, ludzie przebiegali przez ulicę, kiedy tylko między pojazdami pojawiała się jakaś luka, a przed Grobem Nieznanego Żołnierza zagraniczna wycieczka, kolorowe koszule, chustki na głowach kobiet, sporo plastikowej biżuterii i radzieckich aparatów fotograficznych. Gołębie chodziły koło ławek w nadziei, że ludzie podzielą się z nimi kanapką albo wafelkiem.

- Czyli nie jest najgorzej. - W głosie Aśki usłyszał ulgę. - Wiesz, dziewczyny zawsze płaczą, ale gdybyś jej nie powiedział prawdy, to byłoby naprawdę złe. Wtedy nie moglibyśmy być razem, to byłoby najgorsze. Samo zło.

- Dlaczego?

- Dlatego, że najgorzej jest nie pójść za miłością. - Wzięła dłoń Roberta w swoją. - Wtedy wszystko obraca się przeciwko tobie. Cały wszechświat. Całe życie, to, które masz do przeżycia, legnie w gruzach. Nie jesteś szczęśliwy i nie wiesz dlaczego, a to przecież z tego powodu, że to obce miejsce. Twój dom, twoja rodzina, a miejsce obce.

Objęła go.

- Wiem, że bałeś się tej rozmowy, ale teraz będzie już tylko lepiej.

- Będzie albo nie będzie. - Westchnął.

Dziekoński, ojciec Małgorzaty, był prodziekanem na jego wydziale.

- A co, jeśli się okaże, że nie będę mógł zostać na uczelni?

Wiedziała, jakie to dla niego ważne. Od spotkania w górach każdego dnia chodził na pocztę, kieszenie ciężkie od pięciozłotówek, i stał godzinę w kolejce, żeby się dostać do telefonu. Rozmawiali o planach. O tym, jak to będzie dobrze zamieszkać w Warszawie i być w tych wszystkich niezwykłych miejscach.

- Jeśli nie zostanę asystentem, z warszawskich planów nici. Nie dostaniemy tu mieszkania...

- Jak nie dostaniemy, to wtedy się będziemy martwić, ale na razie nie powiedziała ci, że tak się stanie?

- Nic nie powiedziała. Siedziała i milczała. Ale to dumna dziewczyna.

- Żal ci?

Pokiwał głową.

- Kochasz ją?

- Pewnie tak, ale nie tak bardzo jak ciebie.

Uśmiechnęła się. Słabo, ale jednak uśmiechnęła.

- To dobrze, że mówisz prawdę. Naprawdę jest mi jej żal. Nigdy nie sądziłam, że ktoś będzie płakał z powodu mojej miłości. Chciałam iść przez życie, dobrze czyniąc. Wierzyłam, że tak trzeba.

- Chcesz powiedzieć, że gdybyś wiedziała o mojej dziewczynie, to nic by się między nami nie stało? Że jednak żałujesz? - Przestraszył się, że przyjechała mu powiedzieć o rozstaniu, że wszystko przemyślała i rozumie, że to nie ma przyszłości ze względu na odległość.

- Nie. Nie żałuję. - Głos miała pewny i silny. - Jak mogłabym żałować? Gdybym wiedziała, że kogoś masz, to nic by to nie zmieniło, bo już było za późno. Od tej chwili, kiedy siedzieliśmy przy ogniu w Bene, nic już nie mogło potoczyć się inaczej. Ale cieszę się, że jej powiedziałeś. Że to nas już nie może podzielić. Prawda jest najważniejsza.

Zamilkła.

Gołębie gruchały cicho, milicyjny patrol na olbrzymim pustym placu błyskał białymi pasami. Na niebie żadnej chmury. Tak, dzisiaj może mógłby nawet uwierzyć, że wszechświat im sprzyjał.

- Prawda jest najważniejsza. Będziesz przecież pracować na uniwersytecie, a "nauka jest wyrazem transcendencji człowieka. W niej człowiek odnosi się do prawdy. Dla prawdy pracuje, nieraz cierpi, a kiedy osiąga ją, to nią służy innym".

- Co mówisz? - zdziwiła go ta wypowiedź.

- To nie ja, to powiedział papież, kiedy był tutaj, na tym placu. Czytałam o tym i zapamiętałam. Ludzie nauki muszą iść drogą prawdy. Pokażesz mi, gdzie stał?

- No... szedł odtąd, gdzie teraz siedzimy, do Grobu Nieznanego Żołnierza. - Był wdzięczny dziewczynie, że zmieniła temat i nie drąży, nie dręczy go, nie wypytuje o szczegóły, o których nie chciał pamiętać. Pragnął odciąć to, oderwać, odrąbać, wypalić żelazem. Jakby nie istniało. Rozmowa z Małgorzatą była chyba największą traumą, jakiej doświadczył, odkąd przestał być dzieckiem.

Ale czekała go jeszcze rozmowa z jej ojcem. Nie był pewien, czy Dziekoński zrozumie, czy jego urażona duma nie będzie go kosztować karierę.

I to akurat teraz... Wtedy pewnie przyjdzie mu już bez zmiłowania odsłużyć w Szkole Podchorążych Rezerwy. Ale dzisiaj nie będzie o tym myślał. Jutro. Ten dzień jest dopiero jutro. Dzisiaj ma tutaj Aśkę. I klucz do mieszkania, które zostawił mu Wojtek. O nic nie pytał, powiedział tylko: "Masz, tydzień, dłużej nie mogę, ja wykorzystam w górach ostatnie dni wolnego".

- No mów dalej... - Szturchnęła go.

- Chodź, pokażę ci.

Przecięli ulicę i poszli na pusty plac, coraz bardziej pomarańczowy w zachodzącym słońcu. Dotarli do miejsca, gdzie wtedy stał ołtarz, w połowie drogi między Teatrem Wielkim a Hotelem Victoria. Pokazał jej, gdzie ustawiono dwa białe śmigłowce LOT-u i kawałek trawnika, na którym spędził wtedy całą noc, czekając na przyjazd papieża.

- Wpuścili cię? - zdziwiła się.

Tak. Wpuścili go, bo miał niebieską czapkę, furażerkę służby pomocniczej. Zgłosił się od razu, kiedy w kościele akademickim usłyszał, że będą potrzebować ochotników do pomocy. Przyniósł zdjęcie i dostał czapkę, kartę ze swoim nazwiskiem i przydział do budynku, w którym znajdowały się schody ruchome z ulicy Świerczewskiego na Plac Zamkowy. Miał pilnować porządku w czasie spotkania przed Kościołem Świętej Anny. Bogdan, chłopak odpowiedzialny za ich grupę, powiedział, że z tą kartą wejdą na mszę papieską na Placu Zwycięstwa, ale trzeba zająć miejsce już w nocy, bo rano będzie taki tłum, że się nie przecisną.

Poszli dzień wcześniej. Spali na trawie przed Dowództwem Garnizonu, zdziwieni i podnieceni tym, że mogą być w tłumie, który nie boi się milicji, który czuje się wolny, może leżeć na chodniku i mieć wszystko w dupie. To było tak, jakby ludzie na tę jedną noc odzyskali miasto.

Opowiedział jej, jak czytali "Trybunę Ludu" z papieskim zdjęciem na pierwszej stronie i żartowali, że to pierwszy raz, kiedy nie było tam Gierka.

Poszli potem na Krakowskie Przedmieście. Po drodze mówił Aśce, że kiedy papież jechał specjalnie dla niego skonstruowanym odkrytym Starem, to było tu całe miasto. Ludzie obsypali ulicę kwiatami, po których później jechał papież.

A potem, jak papież mówił, że ten kraj ma tysiąc lat, i jest to tysiąc lat chrześcijaństwa, chociaż niedawno, 22 lipca, wszystkie gazety pisały, że to święto trzydziestopięciolecia PRL-u.

- Tak, pamiętam tę okładkę "Przekroju" z nagłówkiem, że trzydzieści pięć milionów Polaków świętuje trzydziestopięciolecie Polski Ludowej.

A jak papież powiedział "niech zstąpi Duch Twój", to było czuć, że coś się w ludziach zmienia. Że prostują karki. Że kiedy wstają z kolan po podniesieniu, to naprawdę wstają, że już się nie będą bali milicji ani SB, że już nie oddadzą miasta. A może nawet nie oddadzą już Polski.

Poszli aż do schodów ruchomych.

- Nie spałem już drugą noc z rzędu, bo musieliśmy być na warcie od trzeciej rano. Nasza grupa miała oddzielić to miejsce, gdzie papież przyjedzie samochodem, od tłumu. Przyjechał z kurii na Miodowej czarnym fiatem, wysiadł i szedł w naszą stronę witać się z ludźmi. Wyciągał ręce, ale ja go nie mogłem dotknąć, bo my przecież staliśmy kordonem, ramiona splecione, zapieraliśmy się nogami.

- Podobało ci się, być tak blisko?

- Podobało. Poznałem takiego księdza Jerzego, pracuje o tam, w Res Sacra Miser.

Poszli do Grubej Kaśki na gołąbki, a potem pojechali na Mokotów tramwajem. Mały dom na Malczewskiego, w sumie całkiem niedaleko milicji. Mieszkanie było na pierwszym piętrze. Pokój i kuchnia, drewniany parkiet, półka z książkami. Dużo, dużo książek. Płyty i gramofon. Zapalili świece.

- Tylko uważać trzeba, bo się parkiet zapali jeszcze, i co będzie?

Przejrzał płyty stojące na półce. Przeważnie jazz, a z nowości The best of Niemen i The best of Czerwone Gitary. Okładka jak z kieleckich pól na wiosnę, tylko że zamiast grusz na miedzach stoją gitary. Nastawił od drugiej piosenki, Nie mów nic, bo ta pierwsza, Dozwolone od lat 18, jakoś mu nie pasowała do romantycznej atmosfery. Całowali się aż do Płoną góry, płoną lasy, a potem on poszedł przełożyć płytę na drugą stronę, a ona zdjęła wytarte spodnie i stała w samych majtkach. Poczuł, że wszystko się w nim rozpływa jak miód.

Rozdział 12

Teraz

- Jak miód pani doda, to będzie lepsze, albo konfiturę, ja to lubię z konfiturą najbardziej. - Stara Kowalska musiała mieć ze sto lat, ale jej oczy patrzyły bystro, w dodatku gadała jak najęta.

Kuchnia była duża, jasna, okna na ogród, w ogrodzie zaczynało się już życie na całego. Niebo miało kolor niebieski i Oldze się wydawało, że już nigdy nie będzie musiała zakładać tej głupiej maseczki.

Telewizor był włączony. Olbrzymia czerwona kula koronawirusa wypełniała połowę kadru w studiu TVN24. Kolorowe wykresy pokazywały, ilu ludzi zmarło w miniony weekend.

Wzięła łyżeczkę i sięgnęła po miód.

- A przepowiednie ojca Klimuszki pani zna? Prawda, że to pasuje do tego, co się teraz dzieje? On wszystko przewidział. Że papież umrze otruty po trzydziestu dniach, a po nim nastanie papież z dalekiego kraju. I wiedział, gdzie są zwłoki premiera Włoch Aldo Moro, pamięta pani? No jakże ma pamiętać, pani taka młoda, a jeśli z miodem pani nie smakuje, to ja przyniosę konfitury, dobrze? Ogródek tu mam, swoje maliny, jeżyny, sama robię, przynieść? Nie? No to może potem. A ojciec Klimuszko przewidział koronawirusa, ja pani powiem... - Na skraju ławy, pod ścianą, pani Kowalska miała cały stos gazet. Przerzuciła kilka i wyciągnęła jakiś tabloid. - Ja czytałam w "Super Expressie" trzy dni temu, teraz to nie wiem, czy jeszcze będą gazety - westchnęła - czytałam, że on miał wizję "żołnierzy przeprawiających się przez morze na małych, okrągłych stateczkach, ale po twarzach widać było, że to nie Europejczycy". Pani wie, o co chodzi, prawda? To płynęli uchodźcy. A potem tak napisał - poprawiła okulary - "Widziałem domy walące się i dzieci włoskie, które płakały. Wydaje mi się, że jakaś wielka tragedia spotka Włochy. Część buta włoskiego znajdzie się pod wodą. Wulkan albo trzęsienie ziemi? Widziałem sceny jak po wielkim kataklizmie. To było straszne". Piszą, że to ten wirus, na którego Włosi umierają, a potem kolejna wojna światowa, a potem Polska ma rządzić Europą. Może jeszcze kanapkę by pani zjadła, pani taka chudziutka, blada? Przyniosę.

Olga odetchnęła i siorbnęła herbaty. Nie mogła się gniewać na kogoś, kto mówi jej, że jest drobna, chudziutka. Ale była już zniecierpliwiona, bo Kowalski zostawił ją z matką w kuchni.

- Kuchnia - powiedział - to serce domu. Mama na pewno nie da pani zrobić krzywdy, pogadacie sobie, a ja poszukam tych listów.

- Może pójdę z panem? - Wyprostowała się, a pies zaskamlał i zaczął ją lizać po ręce.

- Barry, przestań, buda - wydał polecenie Kowalski i zwierzę powlekło się na swoje posłanie. - Niech pani zostanie, bo ja do moich sekretów nawet sam siebie nie dopuszczam zbyt blisko. Nie mogę pozwolić, żeby policja znała moje tajne schowki.

Zdenerwowała się, ale miała nadzieję, że tego nie zauważył. Wciąż nie była pewna, czego szuka. Czy Kowalski miał coś wspólnego z tymi, którzy strzelali do niej i Kosińskiego? Czy miał kogoś w policji? Pewnie tak, politycy tego szczebla porozstawiali swoich ludzi wszędzie, niezależnie od tego, kto akurat trzyma władzę. Kiedy tu jechali, opowiedział jej o listach. W czasie stanu wojennego ukrywał się, Aśka czekała.

- Czasem się spotykaliśmy, czasem dzwoniliśmy o umówionych porach. Miała czekać kwadrans, bo nie zawsze udawało mi się znaleźć czynny automat, komuniści chyba je specjalnie psuli. Gdy się zrobiło naprawdę niebezpiecznie, wyjechała. Miała wrócić, kiedy to się wszystko skończy.

- Sądził pan, że się skończy?

- Tak. Dlatego tak bardzo nie lubili mnie esbecy. Za to, że nie mogli namierzyć, gdzie się ukrywam, i za moje artykuły, że niedługo będzie koniec. To było oczywiste. Ten kraj już niejedną okupację przeżył i oby tamta była ostatnia.

Olga się nie roześmiała.

- W każdym razie Aśka wyjechała. Potem już tylko przychodziły od niej kartki. Matka przywoziła mi do więzienia, bo wtedy już siedziałem, słyszała pani o moim aresztowaniu, co za historia...

- Tak, słyszałam. - Olga poczuła złość, że nie zauważył jej zmęczenia i sińców pod oczami.

- Słyszała pani, no tak, kto nie słyszał

- O, proszę, zrobiłam pani kanapki. - Staruszka wyrwała Olgę z zamyślenia. - Są z boczkiem i ogórkiem kiszonym, ale też, bo nie zapytałam, jaka ja jestem gapa, z pastą z bakłażana. Teraz to kobiecie wypada być wegetarianką. W moich czasach, wie pani, nie było wegetarian. Rastafarianie tylko, oni mieli tego cesarza, o którym pisał Kapuściński, pewnie pani czytała. Wspaniałe. Kiedy jego piesek nasikał komuś na buty, to był w pałacu specjalny człowiek, wyznaczony tylko do tego, żeby te buty wycierać. Ale wegetarian nie było, powiem pani, wtedy byli jarosze... A widzę, że pani jednak po boczek sięga. Dobry wybór, w pani stanie trzeba się porządnie odżywiać.

Olga się zakrztusiła. Jak to, już widać? Niemożliwe, nie teraz, jeszcze nie. Najpierw musi się dowiedzieć, kto tej Aśce przybił ręce do stołu.

- Hm... sądziła pani, że nie zauważę? - Machnęła ręką. - Ja z wielodzietnej rodziny jestem. Dzięki temu, wie pani, od razu widzę takie rzeczy. Moja siostra ma naprawdę dużą rodzinę, a ja tylko ich dwoje, mąż nie chciał, no cóż, ale za to Robert wspaniale się udał, prawda? Nawet jak nie wygra z tym Dudą, to wypełni swój obowiązek. Honorowy człowiek o czystym sercu powinien kandydować na najwyższy urząd w kraju, któremu poświęcił wszystko. Ale, powiem pani, chciałam mieć więcej dzieci. Pokażę pani, dobrze? I może wody z ogórków kiszonych dam? To zawsze dobrze robi, ja wiem, co mówię.

Olga przełknęła kanapkę i przyjrzała się swojemu brzuchowi. Nie. Niemożliwe, żeby ta kobieta mogła się czegokolwiek domyślać.

Kowalska przyniosła wody z ogórków. W szklance wyglądała jak nieprzejrzysta zielonożółta breja. Szklanka pełna tajemnic, pomyślała Olga.

- No to pójdę po zdjęcia.

Starsza pani przyniosła album, ciężkie tomisko oprawione w płótno.

- Mam, znalazłam.

Usiadła obok Olgi, odsuwając talerz z kanapkami. Serbia natychmiast pożałowała, że nie zjadła jeszcze jednej z ogórkiem kiszonym.

- To cała rodzina, cała czwórka. Robert w bucikach do pierwszej komunii, bo za miesiąc miał już iść, a Agnieszka w beciku, bo to zdjęcie z chrztu. O, a tu Robert w harcerzach. Tu na szkolnym zdjęciu, wszyscy w fartuszkach z białymi kołnierzykami, komu to, proszę powiedzieć, przeszkadzało?

Tu to, a tu tamto... Serbia poczuła, że odpływa. Organizm upomniał się o swoje prawo do snu. Nie chciała być niegrzeczna, ale skupienie w tej chwili wymagało od niej nadludzkiego wysiłku. Aż do chwili, kiedy Kowalska wykrzyknęła "O!" nieco głośniej.

- O! Tu Jerzy, w osiemdziesiątym trzecim, widzi pani, stoją z papieżem, a mówili wtedy wszyscy: "Nie, nie, papież się z księdzem Popiełuszką nie spotkał, bo to był warunek Jaruzelskiego, albo nie będzie spotkania z Popiełuszką, albo nie będzie wizyty papieża".

- Serio? - Olga przyjrzała się fotografii, która straciła kolory i wszystko było na niej w odcieniach brązów i czerwieni. Naprawdę byli na nim Jan Paweł II i Jerzy Popiełuszko. Obaj młodzi, wyprostowani, choć Popiełuszko jakiś pobladły. Ale może to wina zdjęcia.

- No tak, Kiszczak postawił taki warunek biskupom, a oni się zgodzili, że Popiełuszko na żadną papieską mszę nie przyjdzie, nie będzie czytał, nie będzie spowiadał, nie będzie się pokazywał. Że zniknie. Ale spotkanie było, proszę zobaczyć. A kto Jerzego zawiózł na lotnisko, bo to było, jak miał ojciec święty lecieć do Krakowa? To już pożegnanie ojca świętego z Warszawą. A to zdjęcie robił Robert, przed samym odlotem. Bo to Robert Jerzego namówił. Jedźmy, mówi, tylu dziennikarzy, że nawet jak esbecja coś będzie chciała wykręcić, to przy zagranicznych korespondentach się nie odważą. I pojechali.

Starsza pani przerzuciła dwie kartki, a potem znowu się zatrzymała.

- O, a tu z Asią. Jaka ona piękna, jaka piękna, no płakałam, kiedy mu napisała, że się zdecydowała zostać w Ameryce. Bo on w więzieniu, a ona w Nowym Jorku, no jak to tak, pani sama powie?

Olga przyjrzała się zdjęciu. Kowalski z brodą wyglądał tak, że go nie poznała. Asia rzeczywiście piękna, choć zdjęcie fatalne. Siedzą za jakimś stołem, kieliszki, kiełbasa, goła ściana z obrazem Matki Boskiej, obraz oszklony, odbija się w nim światło lampy, górna część zdjęcia zaświetlona. Żadna kobieta nie wyglądałaby dobrze na takiej fotografii, na której widać czerwone oczy, lśniące policzki i błyszczący nos. Nawet Monica Bellucci czy Scarlett Johansson, a Joanna wyglądała olśniewająco.

- Mogę zrobić sobie zdjęcie tej strony? - zapytała Serbia. - Tak teraz, telefonem?

Starsza pani milczała chwilę.

- Nie... przepraszam, ale nie powinnam pani tego pokazywać. Robert by się chyba pogniewał.

- Okej, rozumiem. - Olga schowała komórkę. - Nie powiemy mu przecież.

- No dobrze, pani w końcu nie jest z milicji. Ale pokażę już tylko jedno. O! Tu są z Małgosią, ślubne. Małgosia też piękna, niech pani powie. Ona na niego tyle czekała. Wyobraża pani sobie? Ile to lat? Osiem, jak się znowu zeszli.

Olga patrzyła na zdjęcie obok. Postawny mężczyzna w świetnie skrojonym garniturze. Znała tę twarz. Znała ją w innym czasie, ale tego spojrzenia nie mogłaby pomylić z żadnym innym.

- A to? - Pokazała palcem.

- A nie, to z rodziny brata męża. - Kowalska stropiła się i zamknęła album. - Lepiej to schowam. Robert by się zdenerwował.

Wstała.

Kiedy wróciła, podeszła do telewizora i wzięła pilota.

- Może posłuchamy, co tam nowego na świecie. - Uśmiechnęła się, ale nie była już ani beztroska, ani skora do rozmowy.

Kowalski zszedł jakieś dziesięć minut później.

- O, to ja ci zrobię herbaty. - Zerwała się matka. - Takiej, jak lubisz, kanapki mamy. A może coś wam ugotuję? Zostaniecie?

- Nie, nie ma czasu, dzwonią koledzy z sejmu, że senat w nocy odrzuci tę pisowską ustawę i trzeba się zastanowić, jak będziemy jutro grali, jakie poprawki, czy głosujemy, czy wychodzimy. Nie wiadomo, jak postąpić, zdania są podzielone, musimy jechać.

- A bo nie zapytałam, w radiu dobrze ci poszło?

- Nie słuchała mama?

- No nie, włączyłam mszę, bo rano jakoś mi się zeszło w ogrodzie.

- Cóż... dobrze mi poszło, słuchacze dzwonili, ale teraz nie wiem, jak będzie, bo restrykcje, obostrzenia, jutro rano już nie jadę do radia, tylko mamy robić wywiad telefonicznie, i nie na żywo, bo jest jakieś opóźnienie sygnału. Nie podoba mi się to, ale co robić, wirus... Z telewizji też dzwonili, że wizyta nieaktualna. Przyjadą i pomogą mi urządzić studio w garażu. No to taka równość kampanii. Ja mam mieć prześcieradło w garażu, a Duda szeroki plan w Pałacu Prezydenckim. A jakbym nie miał garażu?! Same powiedzcie?

Przerwał im dźwięk przychodzącej wiadomości w telefonie Olgi.

"Tu Felińska, mama Szymona. Szymon w szpitalu, ma wirusa. Nie mógł do pani zadzwonić, bo to się stało nagle".

Rozdział 13

"Nie mogłam do Ciebie zadzwonić, bo to się stało tak nagle. Dostałam paszport pod warunkiem, że wyjadę z dnia na dzień, i nie mogłam ryzykować, nie mogłam Cię szukać, wybacz. Spotkamy się, kiedy to wszystko się skończy. Londyn jest taki piękny. Na Baker Street pogoda zmieniła się nagle na deszczową i zaczął wiać jesienny wiatr. Kocham Cię. Joanna" - przeczytała Serbia w słabym świetle latarki kartkę pocztową nadaną w Londynie. Za słabym, żeby odcyfrować datę na znaczku.

- Daty nie rozpoznaję. - Nie mogła się skupić. SMS od matki Szymona sprawił, że w jej głowie zakiełkowało ziarenko lęku. Myśl, Serbia, powiedziała sobie. Skoncentruj się. Nie możesz pokazać słabości wrogom. A nie wiesz, czy Kowalski to przyjaciel, czy szpieg.

- Wrzesień tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty czwarty - oznajmił.

- Jest pan pewien? - Wytężyła wzrok.

- Przyglądałem się temu tysiące razy. Pieczątka zamazana, ale da się odczytać na znaczku, tym po lewej, widzi pani?

Olga przybliżyła kartkę do oka: kobieta siedziała na byku, pod nią delfin. I napis, ale nie umiała odczytać. Tylko cenę: 20 1/2 P.

- Nie jestem w stanie rozszyfrować.

- Drugie wybory do Parlamentu Europejskiego. Znaczek jest z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego.

- Skąd pan wie?

- Byłem w towarzystwie filatelistycznym, żeby to sprawdzić.

- Kiedy?

- No jak wyszedłem. Jakoś w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym.

- Amnestia?

Kowalski nie odpowiedział, patrzył w lusterko, bo skręcali w lewo, ulice puste, zero ruchu, ale był uważny.

- Nie, amnestia była we wrześniu w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym. To znaczy nie amnestia, ale wtedy nas zaczęli wypuszczać, wszystkich politycznych. Nie wszystkich, ale kilkaset osób wtedy wyszło. Ja nie. Mnie puścili dwudziestego siódmego grudnia. Ostatnia szykana, żebym nie był z nikim na święta.

- Długo pan siedział?

- Od dziesiątego kwietnia osiemdziesiątego piątego.

- Od rocznicy smoleńskiej?

- Zgłupiała pani? Jakiej smoleńskiej? Katyńskiej. To zawsze była rocznica katyńska, a nie smoleńska. W osiemdziesiątym piątym Jaruzelski kazał odsłonić na Powązkach pomnik katyński z napisem, że to była zbrodnia niemiecka. Złapali mnie, jak zamalowywałem ten napis czerwoną farbą. Zamalowałem, że niemiecka. I miałem napisać, że CCCP, ale zdążyłem tylko CCC. Nie miałem szans, otoczyli mnie kordonem. Co mogłem? Rzucić w nich tą puszką farby?

Wcisnął gaz.

Olga nie kontynuowała. Pomyślała, że nie można ciągnąć wszystkich wątków naraz. I że nie dzwoniła do Kosińskiego, w związku z tym nie wie, czy mu się udało coś znaleźć na temat tego "Kaczyńskiego", który do nich strzelał. Obróciła kartkę. Na obrazku był policjant. Pomyślała, że musi być z drogówki, bo stał na przejściu, w czarnym uniformie z nasuwanymi białymi rękawkami, patrzył w obiektyw, ale lewą rękę miał wyciągniętą w bok. Za jego plecami widniały piętrowy czerwony autobus, skuter i ciężarówka. Przed autobusem dwie kobiety przebiegały po przejściu dla pieszych. Trzymały za ręce małego chłopca. W tle jakiś zabytkowy budynek, którego Serbia nie poznawała. Nie znała Londynu.

- Ciekawa kartka - powiedziała.

- Też się zastanawiałem, dlaczego taką wybrała - oznajmił Kowalski. - Nie chcę, żeby mnie pani źle zrozumiała, to była taka nasza obsesja konspiracyjna, przesyłać informacje, których oni nie będą potrafili odczytać. No bo przecież była pewna, że to przeczytają, prawda? Stan wojenny, cenzura, kontrola korespondencji. Pewnie dlatego wysłała kartkę, a nie list. List i tak by otworzyli.

- Nie przysyłała listów?

- Nie. Zawsze tylko kartki. Trzynaście kartek. Jedna z Londynu, dziesięć z Nowego Jorku. Dwie z Chicago.

Matka Kowalskiego na pożegnanie wcisnęła Oldze dwa słoiki ogórków, starannie owiniętych w gazety, "żeby się nie poobijały", i kawałek boczku w papierowej torbie.

Ustawiła torbę pomiędzy nogami. Jak dobrze, że Mercedesy mają tyle miejsca.

Zatrzasnęła drzwi, a wtedy Kowalski podał jej ten pakiecik. Listy. Czy też raczej pocztówki. Zważyła w dłoni. Niemal nie czuła ich ciężaru. Słowa prawie nic nie ważą. Kilkanaście arkusików papieru i jedna wstążka. Może kiedyś nawet była czerwona, ale teraz różowa. W przeszłości też miała taki pakiecik. Kiedyś Krzysiek, jej były mąż, musiał ją przez chwilę naprawdę kochać...

- Mogę rozwiązać?

- No tak, tak... - pokiwał głową - przecież po to przyjechaliśmy.

Zajęła się wstążką. W miejscu węzełka zachował się prawdziwy kolor - czerwony. A więc pocztówki musiały leżeć kiedyś na słońcu.

Kowalski zamknął drzwi od strony kierowcy, lampka nad głową Olgi zgasła. Ruszyli. Inną drogą, niż przyjechali. Powinni z podwórka skręcić w lewo, a nie w prawo.

- Dokąd jedziemy?

- Do Warszawy.

- A to nie w lewo?

- W lewo, w prawo, wszystko jedno. Teraz nic nie jeździ, pojedziemy Trasą Lubelską, będzie szybciej. Normalnie to straszny tam tłok, ale teraz, nocą, prawie nic nie jeździ.

- Nocą koronawirusa...

- Jest pani poetką?

- Nie, nie. Jestem zmartwiona, bo właśnie dostałam wiadomość, że ktoś mi bliski jest zarażony.

- Tsss. - Kowalski cmoknął. Zorientowała się, że nie powinna tego mówić.

- Ale nie, nie! - wykrzyknęła natychmiast. - Proszę się nie niepokoić, panie marszałku, to znajomy z dalekiego miasta. Nie mieliśmy kontaktu od kilku tygodni.

- Przepraszam. Ale sama pani rozumie. Muszę uważać. Teraz ta kampania...

- Z punktu widzenia kampanii to by nie było takie złe.

- W jakim sensie?

Jechali przez las pustą, dosyć wąską ulicą. Po prawej stronie migały niekiedy oświetlone domy. Nadchodzi Wielkanoc. Kolejne samotne święta w jej życiu. Nie, tym razem nie samotne - pogładziła się po brzuchu.

- Halo? Zasnęła pani?

- Chciałabym zasnąć... przepraszam, zamyśliłam się tylko. No więc gdyby się pan zakaził, to byłby pan bohaterem kampanii. Wszystkie media by do pana dzwoniły i prezydent Duda zszedłby na drugi plan, prawda? A gdyby pan wygrał z wirusem, mogłoby to oznaczać, że wygra pan z każdą przeciwnością.

- I mógłbym mieć dobrą opowieść do tego zarażenia. Że w służbie demokracji, w sejmie...

- To by pana przecież nie wyróżniło spośród polityków.

- A co by wyróżniło? - Zwolnił. Zobaczyła drogowskaz. W lewo Warszawa, w prawo Lublin, a na wprost Wólka Mlądzka.

- Pomoc sąsiedzka.

- Co pani ma na myśli? - zapytał całkiem poważnie.

- Nie wszyscy mogą teraz wychodzić z domu. Na przykład starsze osoby. Trzeba im pomagać...

- Pieniądze?

- Nie. Trzeba im zrobić zakupy i zawieźć pod dom. Pod drzwi. Gdyby się pan zaraził w takich okolicznościach, słupki by rosły.

- A gdybym był wolontariuszem w szpitalu? - Wyczuła teraz zmianę tonu. Delikatną, subtelną nutkę ironii.

- Wtedy by nie rosły, bo kto by głosował na nieodpowiedzialnego kandydata na prezydenta? Trzeba odróżnić poświęcenie dla dobra wspólnego od niepotrzebnego ryzyka.

- Dobra pani jest. - Teraz usłyszała w jego głosie uznanie. - To jak, powie mi pani, dlaczego Serbia?

- Tak, powiem. - Gdyby nie SMS od matki Szymona, pograłaby z nim trochę i kazała zgadywać. Ale nie była w nastroju do żartów. - Jak zaczynałam w policji, gangsterka nazywała tak przybyszy z prowincji. Wie pan, jest Warszawa i jest Serbia.

- To znaczy gdzie?

- W Otwocku, w Kołbieli, w Wólce Mlądzkiej.

- Myślałem, że to od nazwy kobiecego więzienia na Pawiaku.

- Słyszał pan?

- Prawnicy są dobrzy z historii.

- Mogę przeczytać jedną z pocztówek? - Poprosiła. - Wciąż o tym myślę.

- Ale światła nie zapalę - zastrzegł. - Jestem niezłym kierowcą, ale nie lubię tego refleksu w szybie.

Za oknem płaska ciemność Mazowsza wysyłała w ich stronę cały ten podwarszawski, billboardowy szajs. "Buduj z PSB". "Sklejki". "McDonald's kilometr w prawo", "Śnieżka". "Norgips". Poczuła, że zwalniają.

- Poświecę latarką - powiedziała.

- To proszę.

Spojrzała na treść kartki z Londynu.

- Hm... a te słowa: Baker Street?

- No nie wie pani? Sherlock Holmes tam mieszkał. Na Baker Street 221B. Czytaliśmy te książki razem. Czasami zadawaliśmy sobie różne zagadki na temat jego przygód. Wcale się nie dziwię, że poszła na Baker Street natychmiast, jak tylko miała okazję. Ja bym zrobił dokładnie tak samo.

Olga wzięła kolejną kartkę. Była z wodospadem Niagara. Napis ukośnie przecinał widokówkę na dwie części. W górnej części Niagara w dzień, w dolnej nocą oświetlona barwami tęczy.

"Kochany, Ameryka jest taka piękna. Bardzo za Tobą tęsknię. Nie wyobrażasz sobie, jakie to szczęście lecieć samolotem i widzieć ocean z nieba. Mam nadzieję, że szybko się spotkamy. Ludzie tutaj są bardzo pomocni, mam pracę w sklepie, mieszkam w polskim domu. Wodospad Niagara wygląda prawie jak ten w Meiringen, prawda? Kocham Cię. Joanna".

- Meiringen? Gdzie to jest?

- W Szwajcarii. Sprawdzałem to już. Meiringen w Szwajcarii.

- Dlaczego to napisała?

- Nie wiem. - Kowalski pokręcił głową. - Myślałem, że to jakiś szyfr, żeby oszukać władze, cenzurę. Ale to się z niczym nie klei... Nic mi to nie mówi. Pamiętam, że nawet pojechałem wtedy do biblioteki, żeby przeczytać, co tam znajdę na temat Meiringen. I znalazłem w Encyklopedii Britannica, że tam właśnie wynaleziono bezy... no nic. Powierzam pani najbardziej bolesny sekret mojego serca, chociaż nie wiem, czy dobrze czynię, bo jakby teraz prasa zaczęła pisać o tej naszej historii, toby mi sprawiło poważny kłopot...

- Dlaczego? Przecież ta historia była nawet w telewizji.

- A tak, owszem.

- Nie zaszkodziła panu.

- Nawet pani sobie nie zdaje sprawy, jak bardzo zaszkodziła.

- Zdaje się, że nie spadło zaufanie społeczne do pana? Taka piękna, romantyczna, opozycyjna historia... jak tam o was powiedzieli? Że Baczyński i Basia czasów stanu wojennego...

- Tak, tak powiedzieli.

- Więc w czym kłopot?

- Żona przestała się do mnie odzywać na siedem miesięcy. Rozumie pani, jak to jest żyć pod jednym dachem z kimś, kto mówi tylko "tak, tak, nie, nie"? Gdyby to teraz wypłynęło znowu, te listy, toby mnie wyrzuciła z domu. A jest mi potrzebna, musimy iść przez to razem.

- Pogodziła się z tym filmem? - Serbia poczuła drżenie w kieszeni. Ktoś próbował się do niej dodzwonić.

- Tak. Z filmem tak. W końcu dotarło do niej, że od tamtej historii minęło już tyle lat. Ale o kartkach nie wie, więc proszę, żeby była pani odpowiedzialna. Przyjacielska przysługa.

- Przyjacielska? - Wyciągnęła telefon i dyskretnie spojrzała na wyświetlacz. Nie, to nie Szymon. To Siwy.

- A ma pani nakaz, żeby dokonać przeszukania u mojej matki? - Kowalski zauważył jej roztargnienie.

- Nie, nie mam.

- No więc dałem je pani po przyjacielsku i po przyjacielsku proszę, żeby nikt poza panią ich nie zobaczył.

- No mój szef...

- Wykluczone. To jest pisowiec. Nie ufam mu. I pani też radzę mu nie ufać. Oni nie szanują naszych wartości.

Milczała.

- A grafolog?

- To jej pismo.

- Jest pan pewien?

- Wtedy byłem pewien. Dzisiaj już nie bardzo. Wtedy znałem jej pismo lepiej niż swoje własne. Nie było SMS-sów, Messengera ani TikToka.

Milczała. Nie chciała się przyznać, że nie wie, co to jest TikTok.

- Dokąd panią odwieźć? Dojeżdżamy do skrzyżowania z Marsa.

- A pan dokąd?

- Ja do sejmu. W Ostrobramską.

- Ja na Żoliborz. To wielki kłopot?

- Dodatkowe pół godziny już mnie nie zbawi. - Westchnął. - Koledzy z Koalicji i tak pewnie myślą, że mam jakąś kobietę na boku.

Skręcili w Grochowską.

- Na Żoliborzu. Dobra dzielnica. Popiełuszko, Kuroń, oficerowie i dziennikarze. - Znowu usłyszała w jego głosie nutkę ironii.

- Myśli pan, że to szczyt marzeń dla dziewczyny z Kołbieli?

- Jest pani z Kołbieli? Musieliśmy się spotykać na targu w czwartki.

- Nie, nie jestem z Kołbieli, to była metafora.

- Ale z tym Żoliborzem trafiłem?

- Tak - przyznała z niechęcią. - Tak. Uważam, że to moje osiągnięcie. Że jestem samodzielną kobietą z Żoliborza, że nie zależę od nikogo i sama potrafię sobie ze wszystkim poradzić.

- Że mam odpowiedzialną pracę, że coś istotnego zależy także ode mnie i że nie zawiodę?

Znowu ta ironia. Ale postanowiła, że nie będzie zaprzeczać.

- Tak. Dokładnie tak. Wszystkie moje kompleksy jak na dłoni. Zadowolony pan jest, panie kandydacie na prezydenta?

- Źle mnie pani zrozumiała - powiedział pojednawczo. - Nie naśmiewam się z pani. Rozumiem. Ze mną było tak samo. Niczego nie dostałem bez walki. Wiem, jak to jest przyjechać do tego miasta z jedną szmacianą torbą i postanowieniem, żeby nigdy nie wracać tam, gdzie dorastałem. Powiem pani, Serbia... podoba mi się pani sposób myślenia. To z koronawirusem, z pomocą sąsiedzką, jest naprawdę warte rozważenia. Nie chciałaby pani popracować w moim sztabie? Nikt by nie wiedział. Małe grono. Wybitni fachowcy. Nie pożałowałyby pani.

- Ja jestem apolityczna. Policja głosuje, ale nigdy nikomu nie mówi, na kogo. Jak sędziowie. - Chciała już wysiąść. Zadzwonić do Siwego, do Kosińskiego, do Szymona. Nie, do niego się nie da, jego telefon ma przecież teraz matka.

- E... sędziowie teraz są albo nasi, albo ziobrowscy. - Kowalski się uśmiechnął.

- A policja jest na szczęście tylko państwowa.

Rozdział 14

1979

- Policja jest państwowa z definicji, a milicja jest po prostu obywatelska. - Kowalski zaciągnął się dymem i trochę tego żałował. Sweter będzie paskudnie śmierdział. Nie powinien tu palić, ale to były jego pierwsze zajęcia i nie umiał się oprzeć. Potrzebował dymu, żeby się za nim ukryć.

Siedział na parapecie i wypuszczał dym za okno, wprost w szare osiedle, dom przy domu, pogrążone w tej samej mrocznej mgle, która szła znad morza nieustępliwa, chłodna i dokładna. Cierpliwa jak woda. Ona też nie zostawia pustych miejsc. Jednostajność Przymorza budziła melancholię i spokój: kiedy wszystko jest tak samo szare, nie rodzi się w ludziach zawiść. Rodzi się nadzieja, że jeśli tak samo mamy w niedostatku, to i w zwycięstwie podzielimy się światem po równo.

- Ale co to znaczy, że obywatelska? - Jakiś młody chłopak, pewnie harcerz, zdawał się naprawdę tego nie rozumieć.

Kowalski musiał wyłożyć im to prościej.

- Policja broni interesów państwa, a milicja broni praw obywateli pierwszej kategorii przed obywatelami drugiej kategorii. Czego nie rozumiesz?

- Jaka jest różnica? - Chłopak naprawdę nie wiedział.

- Policja przysięgała wierność narodowi i konstytucji. Policjanci byli obywatelami i mieli wszystkie obywatelskie prawa, ale przy tym pozostawali formacją apolityczną. Milicja przysięga socjalistycznej ojczyźnie i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie ma mowy o apolityczności, bo wszyscy milicjanci są członkami partii. Należą raczej, jak sędziowie i prokuratorzy, do elity aparatu bezpieczeństwa. Ale milicjanci nie mają pełni praw obywatelskich, bo nie mogą posiadać paszportów. Nie wolno im też wyjeżdżać, bo mogliby za granicą ujawnić tajemnice partyjne. Policja i milicja to dwa różne światy. Są inne pytania?

Nie mieli. Rozchodzili się dwójkami, jak było umówione. Aśka czekała, aż wyjdą ostatni. Dziesiąta para. Szybkie kroki na korytarz. Sale rekolekcyjne w gdańskim okrąglaku - kościele Najświętszej Marii Panny na Przymorzu - kryły wiele sekretów.

Kowalski jechał z Warszawy z duszą na ramieniu. Pierwsze w życiu konspiracyjne komplety. Odkąd poznał księdza Jerzego w czasie wizyty papieża, wpadał do kaplicy Res Sacra Miser na jego kameralne msze. Polubił tamtejszą atmosferę, jakiej nie znajdował w podniosłej, teatralnej, jak mu się wydawało, celebrze w Świętej Annie. Na mszach księdza Jerzego było inaczej. Siedzieli, jakby nie wokół ołtarza, ale dookoła stołu.

Kościół po obchodach tysiąclecia chrztu Polski pokazał, że może być siłą, która postawi się komunistom.

- Nie obawia się ksiądz, że komuś o tym powiem? - Musiał o to zapytać, kiedy ksiądz Jerzy zaproponował mu wyjazd do Gdańska.

- Ile znasz zwrotek Niebiosa rosę?

- Jedną, a ile mam znać?

- Ja znam dwie. A oni pięć. Po tym możesz ich rozpoznać - zażartował kapłan.

- Jak to?

- Zwyczajnie. Nie rozumieją, ale uczą się ze śpiewnika wszystkiego na pamięć. Organista gra podczas nabożeństwa, ludzie śpiewają dwie zwrotki, bo tyle się normalnie pamięta, a oni ciągną do samego końca. Czasami na stojąco. Chyba ich nie uczą, kiedy klękać.

Przede wszystkim pojechał dlatego, żeby być bliżej Aśki. Asystent na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego w pierwszej tajnej misji w pociągu jadącym na północ. Zimno, wziął kożuch, bo nie wiadomo, czy nagle nie wróci zima stulecia sprzed roku. W skórzanej teczce ptasie mleczko dla Aśki, książki na drogę, bo przecież gdyby usiadł, toby czytał, dwie mielonki wołowe, żeby nie objadać księży, kanapki, no i piwo. Przetrwał dzięki tym kanapkom, a na dworcu czekała ona. Poszli do Warsu na herbatę i rogala z dżemem.

Potem pojechali do Sopotu. Asia w płaszczu, on w swetrze i kożuchu, a na molo wcale nie było tak zimno, jak w Warszawie.

Teraz i tak nie liczyło się nic poza dotykiem i pocałunkami. To były ich jedyne romantyczne chwile. Ona spała przecież w domu rodziców, a on u księży.

- No musisz zostać - powiedział mu Wiesław, młody wikary, z którym dzielił się konserwą w zamian za bułkę wrocławską i czarną kawę inkę. - Musisz zostać i jutro iść, jak będą składać wieńce pod Stocznią.

Zadzwonił do Aśki rano. Umówili się o trzynastej na pętli trójki, i dobrze się stało, bo o czternastej tłum zgęstniał tak bardzo, że już by się w nim nie odnaleźli.

- Stoczniowcy, mieszkańcy Trójmiasta, Polacy! Kolejny już raz spotykamy się pod bramą numer dwa, aby uczcić rocznicę tragedii polskiego Grudnia. Nie czynimy tego w imię nienawiści. Celem naszym jest spokojne, poważne i godne uczczenie pamięci ludzi, którzy polegli w obronie swych praw, swojej godności, konsekwentnie bronili praw i godności nas wszystkich - zaczął jakiś wąsaty, niewysoki, szczupły facet. Miał mocny głos, ale to musiał być cud, że wszyscy słyszeli.

- Kobzdej - mówili między sobą ludzie.

- Co za Kobzdej? - spytał kogoś, nie patrzył kogo, w tłumie wszyscy są przez moment rodziną.

- Doktor Kobzdej.

Podobno lekarz.

Przemówienia pamiętał jak sen, upojony podniosłą atmosferą i uczuciem, jakiego w całym życiu doświadczył tylko raz, kiedy leżeli na trawie przed mszą papieską w poczuciu wolności i bezkarności, bo co im milicja mogła zrobić w tłumie? Ale teraz było lepiej, bo miał blisko siebie dziewczynę, która była dla niego najważniejsza na świecie.

Potem składano wieńce, ale tego nie widzieli. Stali zbyt daleko. Na koniec przemówił jeszcze jeden facet. Też z wąsami.

- W przyszłym roku będziemy obchodzili dziesiątą rocznicę tej tragedii. Musimy postawić pomnik. Jeśli do tego czasu nie powstanie, proszę wszystkich, by każdy na rocznicę przyniósł ze sobą kamień. Jeśli wszyscy przyniosą po jednym, to na pewno zbudujemy pomnik - mówił.

I to było dobre.

- A ten to kto? - Robert wciąż szukał rękoma ukrytej pod płaszczem kibici Aśki.

- Nie wiesz pan? Wałęsa.

- Też doktor?

- Nie, on swój, robotnik.

Robert ledwo zdążył na pociąg do Warszawy.

Z Aśką zobaczyli się dopiero na sylwestra. Dwudziestego piątego grudnia spotkali się w pociągu. Były miejsca, bo to jeszcze czas, kiedy ludzie siedzą w domach. Chcieli ruszyć przed wszystkimi, liczyli na to, że będą w przedziale sami, ale takie cuda zdarzają się chyba tylko w telewizji. Ale nie było źle, dobrze jest się przytulać, nawet jeśli tylko w pociągu. Rankiem wsiedli do autobusu jadącego z Zakopanego na Łysą Polanę. Padał drobny i suchy śnieg. Było mroźno i biało. Szli do Wodogrzmotów Mickiewicza, a potem w lewo ścieżką przez las, i to już były najprawdziwsze góry.

Studenci z Uniwersytetu Warszawskiego co roku jeździli do Doliny Roztoki na sylwestra.

Robert szedł tam po raz trzeci. W Roztoce nowości - telewizor i nowy gospodarz, bo od tego roku schroniskiem już nie kierowała pani Pawłowska, ale Marek i Grażyna.

Wypili wódkę, przespali się i rano Aśka i Robert poszli do Morskiego Oka. Mieli szczęście, pogoda dopisała, niebieskie niebo rozciągało się wysoko nad Mnichem. Dziewczyna nie była jeszcze nigdy w górach zimą i wszystko ją cieszyło, jakby była dzieckiem.

Tylko nie buty.

Wieczorem siedzieli przy drewnianym stole i pili piwo z dzięgielówką. Towarzyszyło im dwóch przewodników z Beskidów, którzy też kochali Tatry. Opowiadali historie o wspinaniu i duchach. O Jaśku z Banicy, który rzadko pracował, a jeśli już, to tylko dorywczo. Ale był dobry dla wszystkich i znali go w całych górach. Myśliwych prowadzał na dzika, kłusował. Ale nigdy w niedzielę, bo w niedzielę w odprasowanych spodniach i białej koszuli szedł do kościoła. Na Jaśkowy dom chętnych było wielu, ale on się zaparł, że nie sprzeda i do miasta nie pójdzie.

Aż kiedyś kobieta z miasta tak go omotała, że sprzedał jej dom razem ze sobą na dożywocie. I to w jeden wieczór... bo przyjechała z notariuszem. Jasiek zamieszkał w sklepie obwoźnym, bo tam innych sklepów nie było. Najpierw wszystkim stawiał, ale skończyły się pieniądze i wtedy nowi właściciele, miastowi, oskarżyli Jaśka o napaść. Poszedł do więzienia. Wyszedł po roku, na Wielki Piątek, ale już nie ten sam. Zgarbiony, załamany, głowa schowana w ramionach. Już nie był gospodarzem, bo jego pokój, ten, który miał zapisany notarialnie, nowi właściciele wyremontowali i urządzili po swojemu, pewni, że z więzienia nie wróci. Mieszkał wtedy trochę u sąsiadów, a potem w szopie, którą postawił na swoim dawnym podwórzu. Na jesień przyniósł sąsiadowi piłę, a jego żonie rynienki do pieczenia mięsa. Nie mieli pojęcia, że to na pożegnanie.

- Rankiem obwiesił się w tym pokoju, mającym być jego na dożywocie. - Przewodnik pociągnął piwa. - Właściciele popadli w depresję i wystawili dom na sprzedaż. Kupcy znaleźli się aż z Warszawy. Pomieszkali trochę. Ale źle im było. Dom piękny, ale nie czuli się w nim u siebie. W końcu rozpytali, usłyszeli prawdę i przestali przyjeżdżać. Jaśkowy dom stoi pusty. Ale o Banicę jakby kto dbał, nieszczęścia wszelkie...

W pewnym momencie otworzyły się drzwi i do Roztoki weszli ludzie kolorowi i roześmiani, tak jak tylko młodzi potrafią. Cała gromada. Otrzepali się w przedsionku. Wchodząc, wnieśli ze sobą rześki chłód górskiej nocy. Dziewczyna zdjęła czapkę i Robert zbladł.

- Cześć, kochanie - powiedziała Małgosia. - A tu, no chodźże, chodźże, a tu jest Jacek, mój nowy chłopak.

Rozdział 15

Teraz

- Mój nowy chłopak... tak, chyba można tak powiedzieć - mówiła Serbia cicho.

Zadzwoniła na numer Szymona, a jego matka odebrała po pierwszym sygnale.

- Nie, niech się pani nie martwi, jeszcze nie spałam. W ogóle nie spałam, odkąd Szymek trafił do szpitala.

- Rozumiem. - Olga chciała powiedzieć więcej, że wie, jak to jest bać się o życie swojego dziecka, ale nie odezwała się słowem. Postanowiła milczeć, bo zadzwoniła, żeby słuchać, a nie po to, by mówić.

- No tak, tak mi obwieścił... "tak jakby moja dziewczyna". I nic więcej. Niewiele, nawet nie zdążyłyśmy się poznać, a teraz nie wiem, czy się nie spotkamy na pogrzebie...

- Niech pani tak nie mówi nawet, nie warto wypowiadać na głos złych myśli.

- Nawet tam byśmy się pewnie nie spotkały, bo nie pozwalają przecież chodzić na pogrzeby, a tych, którzy umierają w szpitalach, od razu palą. Nie można go odwiedzić... a jakby najgorsze... to znaczy, że już go nawet nie zobaczę. Tyle że mi ten telefon dali. Nie chcieli, ale mąż zadzwonił i przywieźli.

Mąż, pomyślała Olga, mężczyzna, który codziennie podarowywał swojej żonie kwiat. Tyle wiedziała od Szymona. Kiedyś, w czasie stanu wojennego, ojciec przynosił do domu zapach strachu. Czasem śmierci. A potem zaczął przynosić kwiaty.

- Powiedzieli, że telefon odkażony, że bezpieczny. No i wysłałam pani ten SMS.

- Znała pani hasło telefonu Szymona? - Nie zdążyła ugryźć się w język, ale tak to jest, kiedy jesteś śledczym. To nie praca. To sposób myślenia.

- Mąż znał. On dużo wie. Nigdy się nie bał, teraz chyba pierwszy raz widzę go, jak się boi, i dlatego ja też się boję. Właśnie dlatego. On się obawia, że Szymon tego nie przetrwa. A przecież marzył o wnuku.

Milczenie.

- Opowie mi pani? - poprosiła Serbia. - Powie mi pani, co się stało?

- Służba. Jak narciarze zaczęli wracać z Włoch, z wakacji, to mieli siedzieć na kwarantannie. Jeden chyba zgłupiał albo może był już nerwowo chory. W każdym razie okazało się, że jest zarażony. Rodzina tego człowieka zawiadomiła sanepid, ratownicy pojechali po niego, a on pijany, czy po jakichś prochach, skoczył na nich z nożem. Oni w tych kombinezonach jak w foliowych workach: ani uciekać, ani się bić, więc ich pociął. Jednego w ramię, drugiego w brzuch kilka razy. I krzyczał, że go bierze na zakładnika, że nigdzie nie idzie, bo jest zdrowy i ma w głębokim poważaniu decyzje rządu. Więc ci z karetki wezwali policję i Szymon pojechał. Strzelać przecież nie mógł. Trzeba było obezwładnić. Jego partner ma małe dziecko, więc Szymon poszedł sam. Ta maseczka z flizeliny na twarzy się przecież nie utrzyma... Najpierw wysłali go na kwarantannę do domu. Dzwoniłam. Dobrze się czuł, normalnie. A w niedzielę rano mąż mówi, że Szymon w szpitalu, że ratują go, ale ma niewydolność, że nie nerki, tylko płuc. Źle z nim jest. Wie pani. Źle.

Olga milczała.

Nie było nic, co mogłaby powiedzieć.

- Czuję się oszukana przez Boga, wie pani, to przecież jest niesprawiedliwe. On poszedł ratować tego człowieka, a nie okradać czy krzywdzić.

- Tak. Na tym polega bycie policjantem - przyznała Olga ze spokojem, który zaskoczył ją samą.

- Na czym? Żeby ryzykować życiem dla jakiegoś szaleńca?

- Jeśli trzeba... jesteśmy po to, żeby iść tam, dokąd inni nie chcą.

- On umrze. Wie pani?

- Nie umrze - oznajmiła Olga z mocą. - Nie może umrzeć. Niech pani poprosi męża, żeby mu powiedział...

- Nie wiem, czy Szymon w ogóle jest przytomny. No i przecież nikogo nie wpuszczają na oddział zakaźny.

- Jak nie da rady, to nie da rady - zgodziła się Olga - ale niech mu pani powie, żeby dał znać Szymonowi, może niech mu na kartce napisze i powiesi na stojaku od kroplówki, w każdym razie niech mu da znać, że będzie ojcem.

Tamta zamilkła. Nawet przestała na chwilę oddychać.

- To Szymek nie wie? - zapytała miękko.

- Nie mam pewności, czy wie, ostatnio nie rozmawiało nam się zbyt dobrze. - Przerwała połączenie.

Jeśli to, co myślała o starym Felińskim, było prawdą, nie będzie miał wielkiego problemu, żeby dotrzeć do Szymona. Nie mogła zrobić teraz nic więcej. Była przekonana, że jeśli Szymon pozna prawdę, to mu pomoże wyzdrowieć. Musi.

Spojrzała na zegarek. Ósma dwadzieścia siedem. Znowu mało snu. Ale przynajmniej pięć godzin powinno się uzbierać. Musi się wziąć w garść. Puściła zimną wodę, przemyła oczy, nastawiła czajnik i włączyła radio:

"W Polsce coraz więcej zakażeń. Ostatniej nocy trzydzieści sześć nowych przypadków zachorowań, dwie ofiary śmiertelne. Do siedemdziesięciu dziewięciu wzrosła liczba zarażonych w Mazowieckim Szpitalu Bródnowskim. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, kiedy pielęgniarki z gastrologii zaraziły się od lekarza, a potem miały dyżur na innych oddziałach.

W końcu się rozgwizdał, ale Olga nie miała siły się ruszyć. Kiedyś płakała, słuchając piosenek Stachury. To był pierwszy raz, kiedy chciało jej się płakać podczas słuchania serwisu informacyjnego.

Wyłączyła czajnik dopiero, kiedy zadzwonił telefon.

- Jak tam, córuchna? - zapytał Siwy. - Jak się trzymasz po tym waszym wypadku?

Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy mówiła Siwemu o wypadku. Utrapienie z tym brakiem snu, będzie musiała kupić melatoninę.

- Dobrze. - Chciała powiedzieć swojemu byłemu dowódcy o wszystkim, co ją boli, wyżalić się, wypłakać jak kiedyś, ale jej wewnętrzny system wczesnego ostrzegania jarzył się teraz na czerwono. A to oznaczało, że powinna być oszczędna w słowach.

- Znaczy, że nic ci się nie stało? - dopytywał serdecznie. - Nie masz wstrząśnienia mózgu czy czegoś takiego?

- Nie, w porządku. Kark mnie trochę boli, ale kołnierza nie noszę. Tylko dłonie pokaleczyłam odłamkami szyby.

- No słyszałem, że było gorąco...

- Tak. - Miała na końcu języka pytanie, skąd wie. Musiała coś mówić, nie chciała, żeby podejrzewał, że mu nie ufa. - Tak, mieliśmy dużo szczęścia. Na drodze pełnej samochodów pewnie nie wyszlibyśmy z tego żywi. Obróciło nas i zatrzymaliśmy się na barierce między pasami ruchu. Paliwo się rozlało. Mogło być gorąco.

- Ty prowadziłaś?

- Kosiński. Ja spałam.

- Mówią na mieście, że ktoś do was strzelał. Widziałaś?

- Spałam. Nie widziałam niczego do momentu, gdy wylądowaliśmy na barierce.

- Kosiński widział... - To nie było ani pytanie, ani stwierdzenie.

- Mówi, że widział i że to był jakiś gość w masce.

- Nie dostrzegł twarzy?

- Z tego, co mówi, tylko maskę.

- A powiedz, jak tam u ciebie samopoczucie w tej kwarantannie? Potrzebujesz czegoś? Zakupów? Święta idą, a ty nie masz niczego przecież i nie kupisz, bo kiedy? Może przyślę ci coś gotowego przez kuriera? I wino, albo wódkę? A może po prostu wpadniesz do mnie na śniadanie? No i święta. W święta musisz być. Wiesz, to, że ktoś nie wierzy w zmartwychwstanie, to jeszcze nie znaczy, że nie potrafi się zachować, jak należy. Będę miał dla ciebie koszyczek.

Wzruszyła się. Znowu pamiętał. Jak mogła pomyśleć, że ma jakieś ukryte intencje? Powiedziała, że nie, przecież nie wolno łamać zasad kwarantanny właśnie im, policjantom, nie wolno najbardziej, ale że bardzo by chciała przyjść.

- Twój motocyklista przyjeżdża? Jego też zapraszam.

Wtedy opowiedziała Siwemu o Szymonie. Woda w czajniku wystygła, a ona potrzebowała kawy. Nastawiła jeszcze raz.

- A i na koniec zapytam cię o coś, może ty wiesz... Czy ten Kowalski, wiesz, Robert Kowalski, może mieć coś wspólnego z Kowalskim gangsterem? No tym, który teraz jest potentatem w nieruchomościach.

- Ze Zbigniewem? - Siwy zamilkł. Pewnie się zastanawiał, szukał w pamięci starych zdjęć, może jakichś przesłuchań albo krótkich zdań usłyszanych od informatorów, po których nie zostaje ślad inny niż w głowie. - Nie mam pojęcia - stwierdził w końcu. - A jest coś na rzeczy?

- Nie wiem, przeczucie? Widziałam zdjęcie, na którym są razem, ale mogło mi się wydawać.

- Co to za zdjęcie?

- E... nie mogę powiedzieć. - Nie chciała się wykręcać. Ale nie chciała też mówić o tym, że była u Kowalskich w Otwocku. - No i jeszcze ta zbieżność nazwisk...

- Kowalskich przecież więcej niż Nowaków. Ale jeśli chcesz, to popytam.

- Ale dyskretnie.

- Wiem, że dyskretnie. Teraz nikomu poza pisowcami nie zależy, żeby coś takiego wyszło na światło dzienne. Bardzo dyskretnie. Mam kogoś, kto będzie wiedział.

- Zadzwonisz do Zbigniewa?

- To nie byłaby zła myśl, ale nie, nie. Mam kogoś w sztabie wyborczym.

- No ale gdyby co, to oni wpadną w panikę.

- To nie jest ktoś, kto wpada w panikę.

Spojrzała na zegarek i zrozumiała, że nici z kawy. Narzuciła sweter i zbiegła do auta. Sprawdziła, czy w schowku ma jeszcze świeżą maseczkę. Wyjechała z parkingu.

Zamyśliła się tak, że zamiast w prawo do miasta pojechała dookoła Placu Wilsona.

Drzewa wypuszczały już pąki, a światło było zupełnie takie jak we Włoszech nad Cinque Terre, w którym nigdy nie była, ale którego kolorowe domy na skale nad morzem miała na tapecie w swoim laptopie.

Wykręciła do Kosińskiego.

- No wreszcie... - Usłyszała przyganę w jego głosie. - Nie interesuje cię, czy żyję, nie ciekawi cię, czy coś mam o tym samochodzie, który nas ścigał.

- A! Ścigał nas? - Uśmiechnęła się na tę reprymendę. - Przecież mogłeś zadzwonić.

- Nie byłem pewien, czy mogę.

- A to dlaczego? - Przycisnęła, żeby zdążyć na zielonym, i już była na Placu Inwalidów.

- Bo ty albo z tym kandydatem na prezydenta, albo ze swoim motocyklistą, nie chciałem wam przeszkadzać.

- Szymon ma koronawirusa.

- Co ty gadasz?

- No... na służbie złapał, posłali ich do jakiegoś wariata, który był zarażony.

- Kurwa jego mać. - Teraz Kosiński był zmartwiony, a tego nie chciała. Potrzebowała go zwartego i skupionego.

- Mów, co masz. Masz coś, prawda?

- Tak. Ale lepiej nich ci sam powie.

- Kto?

- Grzegorczyk.

- No to dzwonię do niego.

Zwolniła trochę, żeby wybrać numer. Była już blisko Pałacu Mostowskich. Ciekawe, czy będą miejsca do parkowania? Wszędzie teraz są, ale u nich pod fabryką jak zawsze może być problem.

Złapała połączenie.

- No wreszcie, królewno. - W głosie Grzegorczyka pobrzmiewało coś dziwnego. Jakiś rodzaj podniecenia.

- Przepraszam, ale przecież mogłeś zadzwonić.

- Powiedzieli mi, że mam ci dupy nie zawracać, że ty będziesz się odzywać.

- Kto?

- Twój pisowski szef, a kto? Rozesłał SMS-y, żeby do ciebie nie dzwonić bez naprawdę istotnej przyczyny, a przecież sprawy zmarłych nie są palące - silił się na żart, bo wiedział, że jest niecierpliwa.

- Chodzi o tę Joannę?

- No przecież wszyscy inni żyją, póki co.

- Nie powiedziałeś mi wszystkiego?

- Zawsze ci mówię wszystko, co wiem. Wtedy nie wiedziałem, a teraz już tak.

- Co odkryłeś?

- Ona ma w środku krzyż.

- Co?

- W brzuchu. Musiała go przed śmiercią połknąć. Krzyżyk razem z łańcuszkiem.

Rozdział 16

Krzyżyk razem z łańcuszkiem. Serbia nie mogła uwierzyć. Stali przed ekranem komputera w laboratorium tomografii komputerowej. Grzegorczyk swoim zwyczajem jadł kanapkę, ale tym razem w jego oczach błyszczał triumf. Olga była zasmucona i nie wiedziała, czy bardziej z powodu choroby Szymona, czy jednak tego, co widzi na ekranie. Kosiński był podniecony jak dziecko. Nie mógł się nadziwić, jak wygląda laboratorium, chociaż jeszcze dziesięć minut temu zwyczajnie pękał i twierdził, że woli zostać w samochodzie.

- Nie, szefowo, ja tam nie jestem potrzebny, zrób to sama. Nie lubię tego trupiego zapachu, wystarczy mi, jak ich znajdujemy, nie boję się, ale po prostu nie chcę.

Kazała mu nie marudzić i się ruszyć.

- Czy ty myślisz, że jak zabytkowy budynek, to będziemy szli przez jakieś kazamaty? Że tam czerwona cegła przeżarta pleśnią, pochodnie i szczury?

- Tak o tym mówisz czasami. - Spojrzał na nią z wyrzutem.

- No bo co mam powiedzieć? Że tam jest jak w gabinecie dentystycznym, tylko zamiast foteli mają łóżka z rynienką do odprowadzenia płynów? Chodź.

Klatka schodowa wyglądała jak w pałacu. Poręcze na secesyjnych żeliwnych wolutach ozdobionych liśćmi akantu opasanymi łańcuchem. Zamek Królewski by się takich nie powstydził. Grzegorczyk zaprowadził ich do tomografu, a Kosiński chciał sobie zrobić tam zdjęcie.

- Ty naprawdę nie rozumiesz, że ta dziewczyna musiała to połknąć? - zasmuciła się Olga. - Albo sama, albo ktoś ją zmusił, naprawdę cię to nie obchodzi?

- Przepraszam - żachnął się Kosiński.

- Daj spokój chłopakowi. - Grzegorczyk położył mu rękę na ramieniu. - To się zdarza, gdy ludzie tu wcześniej nie byli. Różnie reagują. Żartowałeś, co nie? - Skończył jeść kanapkę i poszedł umyć ręce. - Niektórzy studenci, gdy przychodzą tu pierwszy raz, to mdleją, a inni próbują robić zdjęcia. Nie uwierzyłabyś, jaka jest dzisiejsza młodzież... Ale, według słów mojego szanownego kolegi, doktora Fudaleja, w tym zawodzie nie można przesadzić z emocjonalnością, bo zaburza osąd sytuacji i źle wpływa na precyzję wyników badań.

Patrzyli sobie w oczy w lustrze nad umywalką.

- No to mów, jak to znalazłeś.

- Normalnie, teraz, w tej kwarantannie jednak mamy mniej pracy. Kiedy świat żywych zwalnia, to i świat umarłych obraca się wolniej. Bo nie wiem, czy sobie zdajecie sprawę - wytarł ręce, popryskał płynem do odkażania i zaczął wciągać niebieskie lateksowe rękawiczki - ale my tu mamy rocznie ponad półtora tysiąca pacjentów. Nawet więcej. Z tysiąc siedemset. A teraz mniej, dużo mniej. No więc w przypadku waszej dziewczyny to wydawało się bezcelowe, ale tknęło mnie jakieś przeczucie i wziąłem ją na tomograf. No i masz.

- Nie każdego bierzecie na tomograf?

- Nie, tylko jak jest potrzeba. Na przykład gdyby to był denat zastrzelony ze śrutówki, to wtedy robisz tomografię i widzisz, jak śrut rozprysnął się w ciele. Możesz nawet stworzyć wirtualny model 3D, taką mapę, która pozwala ocenić, z jakiego kierunku i z jakiej odległości padł strzał, ale w jej przypadku nie sądziłem, że tomografia może coś zmienić. Muszę ci się przyznać, że nie mogłem usiedzieć w domu, musiałem mieć jakiś pretekst, żeby jechać do pracy. Lubię tu być, w domu też lubię, ale znowu święta, więc tam bym musiał myć okna, a ja z moją tuszą to jak wieloryb na drabinie, więc mówię mojej żonie: "Kochana, przepraszam, ale muszę mumię prześwietlić", i przyjechałem.

Olga westchnęła. Rozumiała, że mycie okien może naprawdę zrujnować związek.

- Co teraz?

- Pomożesz mi, weźmiemy ją do mnie i wytnę ci ten krzyżyk.

Olga pokiwała głową.

- Kosa, bierz się do roboty.

- Ale co mam robić?

- Pomożesz doktorowi Grzegorczykowi przenieść zwłoki z tomografu na wózek.

Kosiński zbladł, ale nie dał po sobie poznać, że się boi albo brzydzi, chociaż brzydził się bardzo i bał się, że coś uszkodzi, zemdleje lub że dziewczyna okaże się za ciężka, choć nie ważyła prawie nic.

Trochę musiało to potrwać, bo się okazało, że procedury dezynfekcji tomografu są jeszcze bardziej skomplikowane niż mycie okien.

Grzegorczyk chciał im pokazać, jak wyjmuje krzyżyk, ale woleli tego nie oglądać. Zostali na korytarzu.

- No to teraz mi powiedz, co wiesz o samochodzie?

- O którym?

- A czym miałeś się zająć?

- Białym SUV-em... No to najpierw ci zdradzę, że nasi nie znaleźli kuli na tej ulicy.

- To było przecież do przewidzenia.

- Ale ten Kaczyński naprawdę do mnie strzelił. Znaczy do naszego samochodu.

Pokiwała głową.

- Ale nic nie znaleźli.

- Gdyby to był amerykański film, to technicy użyliby specjalnego drona, który by namierzył gdzieś w trawie na poboczu ten kawałek metalu, i jasna sprawa. A potem złożyliby z kawałków gumy oponę i byłoby wyraźnie widać, w którym miejscu uderzył pocisk. No ale przynajmniej widomo z monitoringu, że samochód był na stacji BP przy zjeździe z autostrady na Pruszków. Stał ponad dwie godziny. Stamtąd musieli za nami jechać.

- Więc uważasz, że na nas czekali? - Uniosła brwi. - Że to nie był przypadek?

- A ty miałaś wątpliwości?

- Brałam to pod uwagę, ale mogło się też zdarzyć, że jakieś bogate dzieciaki po prostu chciały się zabawić po wódce albo po narkotykach, albo im odbiło od tego siedzenia w domu.

- Mogło tak być, ale wygląda na to, że oni na nas czekali.

- Ale skąd mogli wiedzieć, że tamtędy pojedziemy?

- Są aplikacje do obserwowania, gdzie się znajduje twój telefon i z jakiego nadajnika się loguje. Artur mi pokazał. To całkiem proste. Jeśli mieli nasze numery komórek, wiedzieli, że się logujemy razem i którędy jedziemy.

- Mogli też mieć odczyt od dyżurnego.

- To sprawdziłem. Śladu nie ma, żeby ktoś pytał o nas oficjalną drogą.

- Ale nie mamy pojęcia, czy pytał nieoficjalną.

- Owszem. Ale wiemy, że to profesjonaliści.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Zaparkowali w taki sposób, że nie było można dostrzec ich twarzy. Tyłem do kamery. Jechali tak, żeby nie było ich widać. Szybko, wtedy obraz jest rozmazany, i zajeżdżają tyłem.

- Czyli znają teren.

- No gdyby nie znali, toby się kręcili, kluczyli.

- Ale numery masz?

- Tak, ale lipne. Komputer nie wyrzucał. Sprawdziłem różne warianty, wpisałem ósemkę zamiast trójki i bingo. Znalazłem Volvo XC90 II, prawie dwa tysiące pojemności, cudo, dwuletnie, jakbyś chciała kupić, to ze sto osiemdziesiąt tysięcy.

Popatrzyła na niego z wyrzutem.

- Zarejestrowany na jakiegoś... - Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął mały czarny notes Moleskina. Olga pomyślała, że chciałaby taki mieć. - ...Hanusiaka Mateusza, lat trzydzieści dziewięć...

- Nie czytaj mi, tylko mów, co z nim?

- Zadzwoniłem, odebrał, mówię, że bym się chciał spotkać w sprawie samochodu, a on, że przecież nie chce sprzedawać. Mówię, że policja, wypadek był. Zapytał, kto mu wjechał, a ja zdziwiony, że niby w co wjechał? Wytłumaczył, że zostawił auto zaparkowane w Warszawie na Malczewskiego, a kwarantannę spędza u narzeczonej w Częstochowie.

- Ukradli mu auto?

- No.

- Sprawdziłeś to?

- Tak, pojechałem pod adres, który mi podał, tam mieszka też jego ojciec, poszliśmy, auta nie ma. Brak kamer, to nie żaden parking, tylko normalnie, na ulicy stał.

- Czyli nie znajdziemy?

- Można prześledzić monitoring na Puławskiej, ale nawet nie wiadomo, kiedy szukać.

- Jeśli to na nas się szykowali, to pewnie z tego samego dnia. Jeździli po mieście, szukali, wybrali to Volvo i już. Na monitoringu może uda się zobaczyć, jakie tam jeździły samochody w tym czasie.

Teraz Kosiński westchnął.

Rozumiała go. Strasznie dużo roboty, a efekt niepewny.

- No to twoim zdaniem nie mamy śladu? - zapytała.

- Słaby, ale mamy. Najbardziej mi pasuje, że to miejscowi. - Schował notes do kieszeni. - Parkują tyłem, wiedzą, że jest kamera, ewidentnie znają to miejsce. A to znaczy, że są stamtąd. Z Pruszkowa, z Domaniewa, z Gąsina.

- Co ty? Znasz to miejsce?

- Na wysypisko śmieci jeździłem czasami, żeby fotografować zachód słońca nad Warszawą. Zajebiste zdjęcia wychodzą.

- O Volvo mi mów. Co zrobimy? Trzeba znaleźć ludzi, którzy tam wtedy tankowali. Może po wódkę ktoś przyjechał, po zakupy. Jest monitoring, może pracują tam miejscowi, teraz Ukraińcy wrócili do siebie przez tę pandemię. Pojedziesz i przejrzysz, na pewno kogoś będzie znał, odszukasz i popytasz.

- Przecież nikt nie jeździ teraz, kwarantanna.

- Jeżdżą policjanci, strażacy, ratownicy medyczni, poczta, budowlańcy, piekarze, no mnóstwo ludzi. Trzeba by to sprawdzić. Leśmian ci załatwi kogoś z Pruszkowa do pomocy.

Kosiński się skrzywił.

- Nie rób min, oni pomagali rozpracowywać tamtejszą mafię, to są genialni goście.

- Okej - zgodził się Kosiński. - A jeszcze ci powiem, że technicy przebadali te papiery z ogniska w bunkrze. I niewiele da się odczytać, to jakieś ruskie zapisy, dzienniki nasłuchów czy coś, ale jest i po angielsku kilka stron z jakiejś spalonej książki...

- No chodźcie, chodźcie zobaczyć. - Grzegorczyk otworzył drzwi. W ręku trzymał foliowy woreczek z zamknięciem. - Trochę to trwało, ale najpierw zaszyłem z powrotem. Ja nie lubię otwartych ludzi zostawiać.

Podeszli.

W worku był maleńki poczerniały krzyżyk na łańcuszku.

Serbia wyciągnęła po niego rękę.

- Ma dziwny kształt - powiedziała. - Inny niż normalny.

- A czy krzyż w ogóle może być normalny? - zapytał Kosiński, pochylając długie ciało, żeby też się lepiej przyjrzeć.

- No wiesz, co mam na myśli.

Wiedział. Zazwyczaj krzyżyki są dość proste, a to był krucyfiks, krzyż z przybitą postacią Chrystusa. Ramiona, delikatne i całkiem teraz poczerniałe, przypominały literę V.

- Nie wiecie? - Grzegorczyk miał swoją chwilę chwały. - Naprawdę nie wiecie?

Pokręcili głowami, choć Olga była pewna, że musiała już gdzieś widzieć identyczny.

- Może gdybym popatrzyła przez lupę - zawyrokowała. - Na pewno masz.

Miał. Weszli do jego laboratorium, podświadomie unikając patrzenia na stół sekcyjny, choć dziewczyna była już nakryta płótnem. Olga czuła, jakby coś jej właśnie odbierali. Jakąś tajemnicę, której Aśka nie chciałaby nikomu powierzyć.

- Siadaj. - Grzegorczyk wskazał Serbii krzesło. Zapalił lampę. Lupa leżała obok. Więc zdążył się już przypatrzeć...

Obejrzała dokładnie. Lepiej byłoby go wyjąć z woreczka, ale nie mogła, zanim zbadają go technicy, chociaż wątpiła, żeby był na tym skrawku metalu wyciągniętym z przełyku jakikolwiek ślad.

Tak. Znała ten kształt. Pamiętała go z dzieciństwa.

- Jan Paweł II miał taki na swojej lasce. Pastorale, czy jak to się nazywa.

- Pastorały mają biskupi. Ten jest z laski papieża.

- A to nie pastorał?

- Myślę, że ma swoją nazwę. Kościół lubi łacińskie dystynkcje.

Przyglądali się krzyżykowi, a Kosiński zaczął coś sprawdzać w telefonie.

- Myślisz, że sama połknęła, czy ktoś jej kazał?

- Oj, nie wiem, pani podkomisarz. To nie jest pytanie, na które zmarła może mi odpowiedzieć. Ale mogę ci zdradzić, że jak to zrobiła, nie miała więcej niż dwadzieścia pięć lat.

- Po czym stwierdziłeś?

- Zęby, kości, kształt miednicy. Nie rodziła. Młoda, silna, piękna dziewczyna.

- Ale zakładasz, że około dwudziestu pięciu czy jednak mniej?

- Uważam, że mniej. Zdecydowanie.

- Ferula - powiedział Kosiński.

- Słucham?

- Ferula, ta laska papieża tak się nazywa.

Jechali w milczeniu. W radiu mówiono o narastającej panice w związku z epidemią, oporze rządu przed zmianą terminu wyborów i o tym, jak burmistrz Wieruszowa na znak protestu przeciwko wyborom w terminie majowym zamknął się w trumnie, a film z tego wydarzenia umieścił na YouTubie.

- A! Coś mi miałeś jeszcze powiedzieć - przypomniała sobie Olga.

- Namierzyłem maskę Kaczyńskiego, można kupić na Allegro, ale dzwoniłem do producenta, są też w sklepach z pamiątkami w Warszawie, popularna rzecz. Dwadzieścia złotych. Wiesz, jak to reklamują? "Postraszysz dziecko, unikniesz mandatu i możesz zawiesić na płocie zamiast tabliczki "Uwaga, groźny pies". Wystarczy dopisać "Ja tutaj pilnuję!"".

- Serio?

- Tak, taki opis na Allegro.

Pokręciła głową. Ludzie są jednak idiotami.

- Ale nie to mi miałeś powiedzieć, tylko co znaleźli w tych bunkrach, książkę jakąś?

- No tak - przyznał Kosiński - oprócz ruskich papierów, oddarty i nadpalony kawałek książki. Po angielsku. Sprawdzili. To z opowiadań o Sherlocku Holmesie.

Olga poczuła podniecenie. Jak pies, który wie, że jest na właściwym tropie.

Rozdział 17

1980

Jak pies, który wie, że jest na właściwym tropie, pomyślał. Nie, nie tak, jak czołg, normalnie jak czołg! Aśka maszerowała przed nim niebieskim szlakiem z Kuźnic na Kasprowy.

Szag! Szag! Raki cięły zmrożony śnieg. Tracił oddech, a ona nie zwalniała. Może tylko dwa razy. Kiedy wyszli ponad las, i drugi raz, gdy dotarli nad zerwę nad Doliną Kasprową, skąd można było zobaczyć kolejkę.

Ścieżka była przetarta, śnieg zmrożony, ale i tak ostatni fragment, stokiem Goryczkowej, wydawał mu się nieprawdopodobnie stromy. Zupełnie jakby byli w Himalajach. Nigdy w życiu, chociaż znał góry, nie widział nieba o tak intensywnym kolorze.

Już kiedy wyszli ponad pośrednią stację kolejki, Aśka wygrzebała ze swojego plecaka okulary przeciwsłoneczne.

- Tylko mi nie mów, że o okularach nie pomyślałeś?

Skulił się i wzruszył ramionami. No nie, nie pomyślał.

- Oj, chłopaku, chłopaku... - Kazała mu zrzucić plecak, usiąść i poczekać. Wyjęła ze swojego bagażu chustkę, jaką dziewczyny zazwyczaj noszą we włosach, i zawiązała mu ją na głowie tak, żeby osłonić oczy, ale nie była zadowolona.

- Oślepniesz mi...

- No coś ty.

- To poważna sprawa, serio mówię... Niech pomyślę.

Wyjęła przewodnik Nyki w niebieskiej okładce ze sztywnej lakierowanej tekturki i maleńkie nożyczki do skórek. Oderwała okładkę i wycięła z niej nieforemne tekturowe okularki.

- Będziesz żył. - Zrobiła w nich maleńkie dziurki i nałożyła mu na nos, obwiązując chustkę na uszach tak, żeby się trzymały. - Jeśli nie zgubisz, ocalejesz. - Pocałowała go w usta, zadowolona z siebie.

Okulary nie były wygodne, ale przez dziurki wpadało dość światła, żeby widział, i blask odbity od śniegu już go nie raził.

- Skąd wiedziałaś, co zrobić? - zapytał.

- Dużo czytam. A co przeczytam, pamiętam. Nigdy nie wiesz, co ci się w życiu przyda.

Ruszyli. Szła przodem, rozstawiając nogi szeroko, żeby w rakach wypożyczonych na dole nie pociąć nogawek spodni. Byłoby szkoda. Niełatwo teraz o dobre spodnie.

To był ich ostatni dzień w górach. Wstali przed świtem. Obudzili się jednocześnie, w jednej, wąskiej pryczy w górskim schronisku, spoceni od bliskości i podniecenia, którego nie dało się w żaden sposób ukoić, bo ten drewniany dom skrzypiał bezlitośnie, nawet kiedy postawiło się stopę na podłodze. Skrzypiałby nawet, gdyby człowiek potrafił być lekki jak ptak. Lżejszy od myśli o lataniu.

Drewniany dom nie nadaje się do zdrady.

Wiedział o tym, kiedy zsunął się ze swojego łóżka na górze do pryczy Aśki. Dzięki temu mógł przynajmniej dotknąć jej piersi. A gdyby rozsupłał śpiwór, mógłby dotknąć nawet pupy.

Nie zrobił tego, bo wstydził się Małgorzaty. Spała na sąsiedniej pryczy wtulona w jasiek, jej czarne włosy jak plama mroku, drzwi lekko uchylone, bo podusiliby się w tej wieloosobowej sali. Widział, jak unoszą się jej piersi, śpiwór rozpięty do samych ud, bo Marek nie żałował drewna i napalił jak w saunie.

Patrzył na nią ze smutkiem, wstydem i poczuciem winy. Małgorzata była piękna. O tak, niezwykle piękna. A teraz, kiedy miała już kogoś, była wobec Kowalskiego uprzejma jak brzytwa wobec niegolonej brody. Słodka, miła, piękna, uśmiechnięta.

Nie chciał, żeby się obudziła.

Z korytarza przez te uchylone drzwi wciskał się do pokoju wąski sierp żółtego światła i właśnie tam, nie wiadomo skąd, pojawił się cichy bury cień. Koty są jednak zaczarowane. Robert zobaczył, jak szpara w drzwiach się poszerza, i pomyślał, że to znak.

Że pójdą na Kasprowy.

Plecaki mieli spakowane już wczoraj wieczorem, bo plan był taki, że zjadą do Zakopanego i pochodzą po Krupówkach, może wpadną do kina, wybiorą się do dolinki za Bramką, albo wjadą na Gubałówkę zobaczyć panoramę Tatr. Wszystko, byle tylko uciec od towarzystwa, bo kolejny dzień z Małgorzatą i jej Jackiem, cwaniaczkiem ze szkoły aktorskiej, zupełnie się Robertowi nie podobał.

- Może pogadamy? - zapytała była narzeczona już pierwszego wieczora.

- O czym mamy rozmawiać? - Czuł się kompletnie rozbity, kiedy ją zobaczył z obcym chłopakiem, i wciąż nie potrafił rozstrzygnąć, czy to dlatego, że ujrzał ją, czy jednak dlatego, że nie była już sama.

- Będziemy przeglądać fiszki wspomnień - usłyszał w jej głosie, że jest odrobinę wstawiona - czasami trzeba z nich zdmuchnąć trochę kurzu.

- Nie podoba mi się ten pomysł.

- Oj, proszę cię. - Przytuliła się do jego ramienia. - Przecież mnie lubisz.

- Lubię i zawsze będę lubił, ale nie mam ochoty na to, co teraz robisz.

- A co robię? - Ścisnęła go za ramię nie mocno, ale zdecydowanie.

- No właśnie to... - Odsunął się. - Ty kogoś masz, ja kogoś mam. Może nam się uda być szczęśliwymi.

- Kochasz ją?

- Przecież powiedziałem ci latem.

- Tak, ale może ci się już znudziło?

- A ten twój chłopak? - odpowiedział pytaniem na pytanie.

Nachmurzyła się.

- Och, to tylko chłopak przecież. Tylko współżycie. Nic więcej.

- Seks? - Joanna stanęła nad nimi znienacka. - Gadasz o seksie z moim chłopakiem?

Miała w rękach trzy piwa i śmiała się bez cienia ironii czy nawet zwykłej złośliwości. Robert poczuł ulgę. Dobrze jest żyć, kiedy nie musisz niczego tłumaczyć. Ale nie chciał spędzać kolejnego dnia z Małgorzatą.

- Na Kasprowy pójdziemy, chcesz? - szepnął do ucha Aśce, a ona się zgodziła.

Zwinęli śpiwory, wzięli plecaki i wyszli w nadziei, że nikt się nie obudził, ale to się nie mogło udać, bo dom - zdrajca - skrzypiał pod każdym ich krokiem.

Kuchnia była jeszcze zamknięta, ale Marek nie spał. Pił kawę inkę, żeby wypłoszyć z głowy resztki snu, i szykował się do miasta.

- Zabierzesz nas?

Przytaknął.

Miał tej kawy cały garnek. Smakowała dobrze, nawet bez cukru i mleka. W całej Italii, gdzie podobno piją najlepszą kawę świata, żadna filiżanka nie mogła smakować tak dobrze jak tutaj, w Roztoce, na godzinę przed wschodem słońca.

Kiedy wyszli przed dom, zobaczyli w śniegu, który napadał nocą, świeże ślady niedźwiedzia.

- Franca przyłazi nocą i przewraca kubły, chociaż resztek jedzenia już tam przecież nie wyrzucamy. - Marek pokręcił głową. - Pomożecie mi?

Nie mogli odmówić. Na dwie łopaty poszło im w trymiga. Zapakowali potem wojskowy termos z odpadkami z kuchni na pakę UAZ-a i ruszyli wąską drogą, bujając się w wysokich zamarzniętych koleinach. Jakby szli halsem po krótkiej fali, pomyślała Aśka. Obijała się na tylnej ławie, trzymując termos, bo ślizgał się po podłodze jak szalony bąk. Para wydobywała się jej z ust i nosa, ponieważ pod szmacianym dachem samochodu było zimno jak na biegunie. Trzeci stycznia. Czwartek. Poranek, szósta dwadzieścia osiem. Gdyby potrafiła przebić wzrokiem ciemność za plastikową szybką w szmacianej budzie, widziałaby niedźwiedzicę, która tego roku nie czekała do wiosny i wyłaziła z gawry na długo przed swoim czasem, szukając czegoś do zjedzenia, jakby czuła, że ten rok będzie zupełnie niezwykły, i nie mogła się już tego doczekać.

Aśka czuła to samo.

Z kim jesteś w sylwestra, z tym jesteś już zawsze, myślała i chuchała w złożone dłonie. Dzięki ci, Boże, za tego chłopaka, którego kocham nad życie, i za to, że jesteśmy tu, w samym środku gór, i możemy mieć je tylko dla siebie, i dzięki, że nie idziemy pieszo przez ten las, bo nie mielibyśmy szansy na Kasprowy, a cudownie tam dzisiaj być w pełnym słońcu.

Marek powiedział, że będzie lampa. I że podrzuci ich do Kuźnic. Tym UAZ-em to żaden problem, a kiedy już będą w Kuźnicach, to niech zapytają o Kazka Mardułę, on im załatwi bilety na Kasprowy. Bo w taki dzień jak dziś, tuż po Nowym Roku, w takie słońce i mróz, to cała narciarska Polska będzie na Kasprowym.

- A kto to jest? Kierownik kolejki? - chciała wiedzieć Aśka.

- Nie, kierownikiem jest Staszek Pieron, ale rządzi Kazek. On jest królem koników. Całe Kuźnice u niego pracują. Wstają o czwartej, kupują bilety na wszystkie godziny, bo jedna osoba nie może nabyć więcej niż dwa. Potem te bilety zbiera Kazek. Kiedyś miał załatwić siedem biletów dla zagranicznej wycieczki, a już były wyprzedane. No to co zrobić? Wyszedł przez okno od ubikacji, otworzył drzwi od środka i wpuścił ludzi. Wagonowy z bramkowym go dopadli. A on, że to nie jego wina, że się Orbis pomylił, a on ratuje honor Ludowej Ojczyzny, bo Orbis czyj jest? Jego czy państwowy?

- A ile kosztuje bilet? - zapytała.

- Dwanaście złotych, ale u Kazka stówę.

- Jezu! Czemu tak drogo?

- Bo to jedyne miejsce w całej Polsce, gdzie możesz naprawdę pojeździć na nartach. A poza tym u Marduły nie ma, że premier czy Jerzy Gruza, czy Andrzej Wajda, czy Kowalski z Koszalina. U niego jest demokracja.

Śmiali się, ale dwóch stów było im żal. Wypożyczyli raki i kije narciarskie i ruszyli w górę pieszo, upojeni szczęściem, jakie może dać człowiekowi tylko poczucie własnej siły. Poczucie wolności.

Na Kasprowym kupili herbatę i bigos. Nigdzie nie smakuje tak dobrze jak w górach, kiedy czujesz zimny dreszcz wilgoci, płynący po plecach przed zmianą koszuli. Siedzieli przytuleni i gadali o tym, że oto zaczął się najlepszy rok w ich życiu. Że ze sobą spali, choć trochę potajemnie, że jechali samochodem przez nocny zimowy las, że usłyszeli opowieść o człowieku, który się nie bał komunistów ani milicjantów, że są razem i jest piękne słońce. I gdyby chcieli iść dalej, mogliby dojść aż na Krywań, do Czechosłowacji, a to już przecież inny świat. Zagranica.

- Ale jak to zrobić, żebyśmy się widzieli jak najczęściej? - zapytał Robert. - Przecież dzisiaj jesteśmy ze sobą do nocy, potem pociąg, a dalej co?

- A wiesz, ile spraw może się zdarzyć do nocy? - Pogłaskała go po policzku.

Zjechali kolejką, bo prawie nikt nie korzystał z tej możliwości, wszyscy tylko narty i narty. Patrzyli na Giewont, na Kalatówki i całowali się bez opamiętania, bo kto im mógł czegoś teraz zabronić?

Wydała mu się z tymi włosami spoconymi podczas podejścia tak piękna, jakby nie była prawdziwa. Nie mogła być prawdziwa. Nie ma takich dziewczyn.

Są tylko w książkach i filmach.

- Zapomnisz o mnie - powiedział wtedy. - Zakochasz się i zapomnisz.

- Ale ty głupi jesteś. Będziemy się spotykać w każdą przedostatnią sobotę i niedzielę miesiąca, aż do wakacji. A potem już będziemy ciągle razem, bo się z Gdańska przeniosę do ciebie do Warszawy.

- Na Służew? - To nie była prawdziwa Warszawa, ale jednak miał pokój w domu asystenta.

- Gdziekolwiek. Ubi tu Caius, ibi Caia.

- Ubi tu Caius, ibi ego Caia - poprawił ją odruchowo.

Śmiała się. Ciekawe, czy była świadoma, że kiedyś, dla chrześcijan z pierwszego czy drugiego stulecia, wypowiedzenie tych słów oznaczało zawarcie małżeństwa? Nie odważył się zapytać.

Za pierwszym razem spotkali się w Warszawie tydzień po tym, jak Stanisław Bobak wygrał skoki w Zakopanem.

Za drugim w Gdyni, po tym jak Wielicki i Cichy weszli na Everest zimą jako pierwsi ludzie na całym świecie.

Za trzecim razem udało im się wyrwać dzień wcześniej, żeby w Zakopanem być w piątek po południu. Do Krakowa przyjechali o świcie. A być w Krakowie o świcie i zamiast na Rynku siedzieć na dworcu autobusowym, to byłaby zbrodnia. Pobiegli więc na Rynek jak dzieci, tupiąc po bruku pustej jeszcze Floriańskiej, ale już w blasku świtu lśniącej, świetlistej, bezczelnej pomimo cieni, które jeszcze trwały skulone, napięte, jakby noc nigdy się nie miała dopełnić.

Na Rynku zbiegowisko. Człowiek płonął, a dym był smolisty i gryzł w oczy. Ludzie szeptali, że to przez Katyń.

- Tak powiedział, że nie może dłużej milczeć. Że za Katyń.

Nie dało się nic zrobić. Człowiek przykuł się do studni łańcuchem.

Pojechali do Zakopanego, skąd poszli na Kondratową milczący i pełni smutku. Ale góry są cierpliwe i dobre. Wiedzą, że nie trzeba słów. Myśleli, że wyruszą na Giewont, do krzyża, ale śnieg był mokry i nierozsądnie byłoby iść wyżej niż schronisko.

Kiedy wracali, w niedzielę, kupili na dworcu "Trybunę Ludu". Przeczytali, że na Rynku Głównym w Krakowie "Starszy mężczyzna targnął się na swoje życie przez oblanie się benzyną i podpalenie. W drodze do szpitala zmarł. Samobójcą okazał się 76-letni mieszkaniec Krakowa, Walenty Badylak. Ustalono, że zmarły od wielu lat był leczony z powodu chronicznej choroby psychicznej".

O Katyniu nie było ani słowa. Czekali na dworcu Kraków Płaszów. Zaczęło mżyć, a potem spadł deszcz.

Rozdział 18

Teraz

Zaczęło mżyć, a potem spadł deszcz. Łazienki wyświechtane wiatrem zimnym i lepkim, ciśnienie niskie, ołowiane chmury pełne wyrzutów sumienia. Kręciło jej się w głowie. Czuła się niedobrze, ale biegła. A za nią bezlitosny, wielki czarny pies, piana z pyska, gdyby się obejrzała, widziałaby jego przekrwione, złe ślepia.

Olga dyszy ciężko, niełatwo podbiegać pod Agrykolę, a w deszczu to już całkiem przechlapane, ale nie może zwolnić, nie wolno jej, kiedy cię szczują, pędzisz. Slup, slup, słyszy za sobą psie pazury na asfalcie. Gdybym miała broń, myśli, przyspieszając, bo to już zakręt w lewo, już będzie po płaskim, tratuje trawę, żeby nadrobić dwa kroki, widzi przed sobą wejście do ogrodu botanicznego, a dalej kilkanaście namiotów na trawie, pod drzewami, naprzeciwko budynku Rady Ministrów. Krzyczy, ale nikogo nie ma. Nikt się nie krząta przy kawie, nikogo z ulotkami, zniknęli. Tylko podarte plakaty KOD-u, sterta śmieci, czernieją w deszczu. Słyszy psa, znowu musi być całkiem blisko. Mija namiot kuchenny, plastikowe talerzyki, kubeczki, worki na śmieci rozgrzebane, spostrzega jakiś ruch, ale to tylko wrony. Dopada furtki, skok w lewo i stamtąd w dół, w dół. Widzi, jak drzewa puszczają pąki, dookoła pisanego kamienia kwitną krokusy. Zawsze tu lubiła przybiegać. Biały domek, kamienne lwy i ten kamień pełen greckich sentencji. Wypisy z siedmiu filozofów. Pierwsze zdanie brzmi "Podążaj śladem Boga", myśli i wtedy czuje, że pies skoczył i za chwilę spadnie jej na plecy. Krzyczy. Uderzenie nie jest silne, to raczej szarpnięcie. Wie, że chwycił jej kurtkę, rozedrze materiał, a potem zęby zwierzęcia dosięgną skóry.

Krzyczy znowu, kolejne szarpnięcie.

- Obudź się - mówi Kosiński łagodnie. - Obudź się, krzyczysz, ktoś usłyszy i będą gadać, że na policji biją, jak kiedyś na esbecji.

Olga otwiera oczy.

Twarz Kosińskiego blisko. Uratował ją? Ocalił?

- Wróciłaś? Bo masz nieprzytomne oczy. - Uśmiecha się. - Ty chyba nie sypiasz ostatnio zbyt dobrze? A trzeba spać, wiesz, trzeba spać, potrzebni jesteśmy naszej ojczyźnie, bo jeśli nie my, to kto? Jak zaczną chorować kasjerki w Żabce, to nam każą siedzieć przy kasach. Nam i wojsku.

Olga wie, że Kosiński gada głupoty, bo to jej pozwala dojść do siebie. Prostuje się i widzi swoje biurko, włączony komputer. Zasnęła. Ale kiedy, nie umie sobie przypomnieć.

- Krzyczałam, naprawdę?

Cmoknął tylko, ale wiedziała, że tak.

- Długo spałam?

- Nie wiem, poszedłem po wodę do czajnika, pogadałem z Antczakiem, bo też nabierał, a jak wróciłem, to spałaś.

- Bo ja w nocy nie sypiam. Nie umiem zasnąć, to chyba przez tego koronawirusa. Jasna cholera. - Potarła oczy palcami i wtedy przypomniała sobie, że nie wolno robić takich rzeczy, bo wirus może się dostać do organizmu także przez oczy. - Rób tę kawę, co? I przypomnij mi, co jest w raporcie techników z bunkra.

- Chcesz przeczytać? Leży na biurku.

Spojrzała tam. Jakieś pięć, sześć stron maszynopisu. Pieką ją oczy... może to brak snu, a może za dużo czasu przy komputerze.

- Nie, nie chcę, jeśli czytałeś, to możesz mi powiedzieć, co znaleźli.

- No to jest jakaś stacja do nasłuchiwania i zagłuszania audycji radiowych. Ale bunkier starszy, raczej z lat pięćdziesiątych, i mógł mieć wcześniej inne zastosowanie. Może stamtąd prowadzili jakieś namiary lotnicze, dlatego jest taki duży. Istnieje prawdopodobieństwo, że mieszkali tam żołnierze. Stąd spiżarnia, skrzynie amunicyjne i tak dalej. Stół i krzesła są jednak późniejsze niż bunkier. No i ktoś musiał go, wyobraź sobie, znaczy ten stół, skręcić w piwnicy, bo nie zmieściłby się przez otwór w podłodze. Ciekawe, co? Zadali sobie trud. Krzesła przechodzą. Prycze są stare, z lat pięćdziesiątych. Ślady z sienników badają, co to za wydzieliny, stare, pozasychane, ale mamy dwudziesty pierwszy wiek, więc dojdą do tego, co to jest. W ognisku spalone okulary i dokumenty, resztki odzieży, ale butów ani kości nie ma, nikogo nie spalili. Z dokumentów niewiele zostało, jakieś rosyjskojęzyczne formularze, zwęglone kartki, maszynopisy, trudno się zorientować co, sporo tego, ale wszystko popalone, zatarte. I te wyrwane, nadpalone strony z książki, może się zsunęły z ognia... To są opowiadania o Sherlocku Holmesie, po angielsku. Na jednym skrawku jest wzmianka o Watsonie.

- Wiem. Byłam w kinie na filmie z Iron Manem w roli Holmesa. Stara ta książka?

- No nie da się stwierdzić.

- Myślisz, że to mogłaby być książka tej Cichej? - Przypomniała sobie kartkę z Londynu. To "Baker Street".

- Nie mam pojęcia. Dlaczego miałaby być jej?

- Takie mam przeczucie. No przecież nie tych ruskich radiowców.

- Nie wiadomo, kto korzystał z tego bunkra. Doszłaś do siebie? - Postawił jej kawę przed nosem, a ona zamiast podziękować, zmięła tylko w ustach złe słowo. Chciała na niego nakrzyczeć, opieprzyć go za cokolwiek, bo słyszał jej krzyk.

Siorbnęła ostrożnie, bo gorące.

- Dzięki. - Zmusiła się, żeby jej głos zabrzmiał normalnie. - Wiesz co...

- Wiem, mam jechać do Pruszkowa, popytać o auto.

- To też, ale wiesz, bo mi jeszcze chodzi po głowie, czy ten wisielec, ten, który porwał dziecko...

- Hełczyński?

- ...czy on mógł znać ten bunkier? Czy to był przypadek, że tam poszli?

- No ale jak to sprawdzimy?

- Właśnie chciałabym, żebyś powęszył. Weź jego papiery, Leśmian ci powie, kto zajmował się tą sprawą, będą z pewnością jakieś dane, matka, rodzeństwo, koledzy, nie wiem... Popytaj, dobrze?

- Myślisz, że coś jest na rzeczy?

- Myślę, że nie. Ale nie mam pewności. A jeśli nie ma pewności, trzeba to sprawdzić.

- Ale jutro, okej? Teraz mam czas tylko na kawę. Jadę do Pruszkowa.

Chciała mu powiedzieć, żeby szedł od razu, żeby sobie tę kawę wziął ze sobą, ale przyszło jej do głowy, że przecież jeszcze dzisiaj nic porządnego nie jadła, przed wizytą u Grzegorczyka nie chciała, a potem kupili tylko po kanapce na stacji benzynowej.

- Głodny jesteś?

Poruszył głową tak, że nie zrozumiała.

- Czternasta dochodzi - spojrzała na zegarek - ja nie jadłam, może pizzę zamówimy? Dostarczą tu?

- Może przywiozą, może nie, będą się bali na policję jechać.

- No nie gadaj. - Przestraszyła się, że są jakieś nowe ograniczenia w ruchu z powodu wirusa.

- Zamówię ci, ale ja nie zdążę, muszę być za godzinę w tym Pruszkowie na komendzie. Dadzą mi jakiegoś weterana, który zna miejscowych.

Wybrał numer pizzerii.

Olga odpędziła wszystkie myśli o Szymonie, wirusie i o tym całym cholernym politycznym bałaganie. Żeby widzieć rozwiązania, musiała odsunąć od siebie wszelkie hałasy.

Tknęła ją informacja o Sherlocku.

A co, jeśli to książka Cichej? Olga zacisnęła powieki. Jeśli sprawiła ją sobie w Nowym Jorku? To by tłumaczyło, dlaczego napisała o tym na kartce. Samotna dziewczyna w obcym mieście, kupuje książkę na dworcu, żeby szlifować język. Opowieść, którą zna po polsku, bo wtedy łatwiej przyswoić słowa.

- No to przywiozą ci pizzę. Ja jadę. - Kosiński założył maseczkę, a potem kurtkę. - To dobrego popołudnia, szefowo.

Skinęła mu głową i wyjęła z szuflady pocztówki z Ameryki.

"Na Baker Street pogoda zmieniła się nagle na deszczową i zaczął wiać jesienny wiatr. Kocham cię. Joanna". Jak to powiedział Kowalski? Że czytali razem te książki i zadawali sobie zagadki. Ale jaka łamigłówka może kryć się w takim prostym zdaniu?

Olga sięgnęła po kartkę z wodospadem Niagara. Tu nie było najpewniej żadnego szyfru. Zwyczajny list. Praca w sklepie. Tylko to Meiringen... ale to nic nie mówiło Kowalskiemu, sprawdzał. A skoro zbadał sprawę, to musiał pomyśleć, że tkwi w tym jakaś tajemnica.

Rozłożyła na biurku te trzynaście widokówek. Jedna z Londynu, dziesięć z Nowego Jorku. Dwie z Chicago.

Sięgnęła po trzecią. Brooklyn Bridge. Trzy znaczki z głową Statui Wolności, po osiemnaście centów każdy. Pieczątka wyraźna. "December 23 P.M. 1984". Pocztówka czarno-biała, zdjęcie wykonane o zmroku. Woda rozmyta w delikatną mgiełkę, reszta wyrazista, jak wyryta rylcem.

"Kochany, posyłam Ci Most Brooklyński, jak z piosenki Stachury: "Nie Brookliński Most, ale przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc...". Smutno bez Ciebie. Pracuję, uczę się języka z taką dziewczyną, z którą mieszkam, panną Dunbar. Nie wiem, gdzie jesteś, a Ty, czy Ty mnie tutaj odnajdziesz?"

Ani słowa o Holmesie, pomyślała Olga. Obejrzała kartkę jeszcze raz, wydało się jej, że coś przegapiła. To mogła być istotna informacja.

Wie, że na to patrzy, ale nie dostrzega.

Zdjęcie mostu. Zwyczajna pocztówka.

Czwarta kartka. Przedwojenna ulica, stare samochody, kolorowana, ładna. Znaczki identyczne, pieczątka z dwudziestego pierwszego stycznia 1985 roku. "P.M.", czyli wrzuciła ją do skrzynki po południu.

- Metropolitan Opera in New York - czyta Olga.

Podpis jest pod zdjęciem, a nie jak na polskich widokówkach - na odwrocie.

"Kochany, posyłam Ci pocztówkę z operą nowojorską. Pamiętasz? Marzyła, żeby tu zaśpiewać Irene Adler, primadonna opery warszawskiej z opowiadania o Sherlocku, w którym on się przebiera za oficera, żeby ją oszukać. Czy pójdziemy kiedyś do opery? Chciałabym mieć tam z Tobą zdjęcie".

A więc jednak, myśli Olga, znowu jest mowa o Holmesie. Może jest w tym wszystkim jakiś szyfr?

Piąta kartka, z Manhattanem. Zwyczajne zdjęcie, kilka samochodów. Pieczątka zamazana, nieczytelna, ale gdyby się postarała, to pewnie by się udało.

"Kochany, Nowy Jork jest taki wielki, taki hałaśliwy i taki piękny, że człowiek czuje się tu czasami jak ta rzeźba Morana. Tęsknię za Tobą ogromnie, biegnę na lekcję języka. Nie zapominaj mnie, mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze".

Moran, Moran - Olga wpisuje w Googlach to nazwisko. Z ekranu wylewa się mnóstwo wyników, przegląda je, ale nie pasują. W końcu wybiera te mające związek z rzeźbiarstwem. Mike Moran, współczesny artysta, w latach osiemdziesiątych jeszcze się nie urodził. Drugi rzeźbiarz, Seamus Moran, miał wtedy zaledwie kilka lat i najwyżej lepił ludziki z chlebowych kulek. Pokręciła głową. To ślepa uliczka. Nie ma tu żadnych szyfrów, albo są czytelne tylko dla Kowalskiego i Joanny. Ale Kowalski ich nie dostrzegł.

Być może nie zrozumiał ich, bo nie dostał tych pocztówek w porę. Matka przywoziła mu je do więzienia. Jeśli to jest szyfr, to kluczem jest pierwsza kartka. Ale to przecież nie ma sensu. Jaki szyfr mogłaby wysyłać z Ameryki dziewczyna polskiemu opozycjoniście? Czy ona zresztą w ogóle wiedziała, że siedział w kiciu?

Zapisała w notesie, żeby spytać Kowalskiego o Morana, piosenkę o Moście Brooklyńskim i o operę. Czy byli w operze? Popatrzyła na resztę widokówek. Podobne, nic nieznaczące teksty. "Kocham Cię", "Kiedy Cię zobaczę", "Czy wszystko u Ciebie dobrze".

Znowu ją tknęło, że czegoś nie dostrzega. Rozłożyła wszystkie. I te z Nowego Jorku, i te z Chicago.

No tak. To było oczywiste. Na żadnej z kartek nie podała adresu zwrotnego. Jak to możliwe? Dlaczego nie chciała, żeby Kowalski wiedział, na jaki adres może jej odpisać? Przecież w Ameryce nie groziło Cichej żadne niebezpieczeństwo, SB nie mogłoby jej tam dosięgnąć, zresztą jeśli pozwolili jej wyjechać, to przecież nie po to, żeby ją tam ścigać. Chyba że podpisała listę, że została tajnym współpracownikiem. Że pojechała tam, aby kablować na polską opozycję, na tych z Radia Głos Ameryki...

A może i na Kowalskiego donosiła? Może to ona powiedziała, gdzie jest, jak go dopaść? Za takie coś mogła dostać paszport.

Ostatnia kartka, z Chicago, lipiec 1986 roku.

"Najdroższy. Kochany. Posadziłam pięć drzewek pomarańczy. Po jednym za każdy nasz rok spędzony razem. To były dobre lata. Gdyby to wszystko w Polsce mogło się zmienić, pewnie bylibyśmy razem. Poznałam kogoś. Nie szukaj mnie. Bądź szczęśliwy. Ja już nie wrócę".

Charakter pisma był inny. Niepewny, jakby przy "nie wrócę" zadrżała jej ręka.

Rozdział 19

1980

- Jezu! Ja już nie wrócę. - Zadrżała jej ręka na wysmaganej wiatrem i deszczem, ale teraz suchej, ciepłej granitowej skale, w najpiękniejszym dniu jej życia. A może jednak nie, może tego dnia, kiedy się zakochała, było równie ładnie?

Przebili się właśnie na grań, na stronę Doliny Gąsienicowej, zacienionej jeszcze, chłodnej, bo ciągle wcześnie, choć mają za sobą naprawdę długą drogę. Mogłaby tu siedzieć i siedzieć, ale trzeba ruszyć dalej, w kierunku Żlebu Kulczyńskiego, piarg pod nim wydaje się taki bliski, ale to złudzenie. Aśka wie o tym dobrze, była tu już kiedyś, szła czarnym szlakiem z samego dołu i widziała podcięty próg.

Czarnym w górę jest bardzo trudno. Schodzić tędy nie chciałaby za żadne skarby świata.

Niebezpieczne miejsce, złe, zdradliwe, kruche skały, które każą człowiekowi pamiętać, że nie jest ani ptakiem, ani aniołem.

- No nie, nie zawrócisz - powiedział Robert. - Jeśli masz dość, zejdziemy z Koziej Przełęczy do Murowańca.

- No proszę cię, kochany, przecież ja się nigdy nie cofam. - Zsunęła się ostrożnie o jakieś pół metra, kamienie zdają się żyć, poruszać pod jej palcami. Aśka wie, że to nieprawda, że tkwią twardo, że jeśli coś jej się wysunie, to tylko spod nóg, boi się, ale jest przygotowana.

Robert czuje ulgę.

Powrót do Koziej Przełęczy zająłby im mnóstwo czasu, a poza tym zejście żółtym wcale nie było dużo łatwiejsze, niż gdyby mieli podążać Żlebem Kulczyńskiego.

Aśka wie. Liczą się trzy punkty podparcia. Podstawowa zasada poruszania się w skale. Trzymasz się dwiema rękami, lewa noga na twardym, solidnym stopniu, prawą opuszcza w dół, jakieś kamuszki poprzerastane porostami, opiera się, najpierw lekko, potem już ciężarem całego ciała, wiuuu. Kamień wyjeżdża spod stopy, ale ona trzyma się pewnie, lewa noga ani drgnie.

- Jak tam? - słyszy Roberta blisko, nad głową.

- Dobrze, krucho, trochę ślisko.

- To dobrze, czy krucho, czy ślisko?

- Wszystko naraz. - Aśka jest podniecona, czuje, jak jej w żyłach pulsuje adrenalina, to takie dobre, przepełnia ją szczęście, że to jej kraj, bo tylko tutaj jest najpiękniejsze, najlepsze miejsce na całej planecie, i że panuje lato, że kocha i ma siłę.

Spali dzisiaj na dworze, na ławach pod okapem w Pięciu Stawach razem z grupą innych wędrowców. Gadali długo w nocy, jedli konserwy ze świeżym chlebem, który przynieśli z dołu, pili ciemne piwo, karmelowe, dosładzane, dwunastoprocentowe. Tylko takie udało się kupić. Patrzyli, jak noc staje się coraz czarniejsza i jak nad stawy wylewa się Droga Mleczna. O szóstej rano ruszyli na Zawrat. Jeszcze zimno, tchnienie nocy było rześkie, pewnie nie więcej niż sześć, siedem stopni.

Droga na Zawrat była szybka i przyjemna, sporo słońca. Widzieli wspinaczy na Zamarłej Turni. No a potem już trzeba było zdecydować. Mogli w dwie godziny zejść do Murowańca albo iść na Orlą Perć. Drogowskaz informował, że to tylko godzina dziesięć.

- Schodzimy? - Robert chyba się o nią martwił. On już był na Orlej, a dla niej to pierwszy raz. Ścieżka czerwonym szlakiem wyglądała o wiele bardziej zachęcająco niż ta spadająca stromą, pionową zerwą w gardziel Zawratu.

- Nie, no coś ty, przecież obiecałeś.

Poprosili jakiegoś brodatego turystę, żeby im zrobił wspólne zdjęcie. Mały, ruski aparacik Smiena, czarno-białe zdjęcia, miała tylko jeden film, ale wniosła go tutaj specjalnie na tę okazję.

Kolejne zdjęcie Robert zrobił jej na pierwszych łańcuchach. Stała mocno, pewnie, ale kazał się jej trzymać, choć przecież nie pośliznęłaby się na suchej skale.

- Tylko sfotografuj tak, żeby ujęło całą Gąsienicową. - Pokazywała mu jedną ręką.

Nie było widać schroniska, ale Staw Gąsienicowy wyglądał jak namalowany.

- Nie wiem, czy to się uda, bo dolina w słońcu, a ty w cieniu.

- Rób, nie gadaj tyle!

Trzecie zdjęcie pstryknęli przy czarnej granitowej skale sterczącej ponad płytami jak samotne pochylone drzewo. Sam pień. Bez gałęzi, ale niepokonany, niewzruszony. Kiedy pokaże tę fotografię koleżankom, nie uwierzą.

Potem Robert schował aparat, bo zaczynało się robić trudniej.

No i było, ale ona się nie bała. Szła delikatnie, jakby nic nie ważyła. Ale kamienie wciąż wyjeżdżały jej spod stóp. Wszystko przez te ciężkie buty. Przez ich wielkie protektory, te podeszwy, które dobrze sprawdzały się na bieszczadzkich ścieżkach, ale tu przydałoby się coś lżejszego, coś, co pozwalałoby czuć skałę. No, jeszcze osiem metrów - widziała już w wąskim, kruchym zacięciu ciężką, niebieskoszarą granitową ścianę, a w niej drabinkę. Tam będzie bezpieczna. Jeszcze pięć kroków, jeszcze trzy.

- Udało się! - krzyknęła.

- Jeśli jesteś bardzo zmęczona, możemy się stąd wycofać. Będzie krucho i ślisko, ale tylko na początku, a potem już normalnie, dobra ścieżka.

- Mówisz, jakbyś mnie nie znał. Ja się nigdy nie cofam.

- Stąd będzie trzeba naprawdę stromo popylać w górę.

- No to ja ruszam - powiedziała i tyle ją widział.

Nie wiedziała, co się stało. Może to zmęczenie napięciem, kiedy schodziła po tej zdradliwej kruszyźnie, może moment odprężenia, że jest już bezpieczna, że teraz na twardym, z solidną porcją stali w palcach nic jej się nie może stać? Może to dlatego, że nie jadła, a może przez pszczołę? Nie była pewna, ale potem, ilekroć o tym myślała, zdawało jej się, że to pszczoła, że się wystraszyła, wypuściła z prawej dłoni szorstki chłód drabinki, zamachnęła się i wtedy wyjechała jej ze stopnia najpierw jedna, a potem druga stopa.

- Chryste Panie! - wrzasnęła, a lewa ręka zacisnęła się na szczebelku jakimś niesamowitym odruchem, z jakim trzeba chwycić się życia, kiedy imadło diabelskie, jak maszynka do mięsa, wciągało ją w dół, w otchłań, w czerń całym ciężarem plecaka, który w ułamku sekundy zmienił wagę z pięciu do pięciuset kilo.

Łup! Walnęła brodą w żelazny stopień i poczuła w ustach krew.

Przyciągnęła do tułowia prawe ramię, kotłując w powietrzu stopami. Nie było o co oprzeć nogi, ale udało jej się zarzucić kolano na stopień i zawisła jak szmaciana lalka, nagle ciężka i bezwładna.

Poczuła strach.

- Jestem!

Dopadł do niej w jednej chwili, podciągając się z nadludzkim wysiłkiem tak, że jej plecak podparł ramieniem, i trzymając się z całych sił, zablokował ciało Aśki przed upadkiem.

- Jestem - wydyszał, ale ona nie słyszała tego szeptu, bo w uszach brzmiało echo odbijane od ścian żlebu, powtarzające "panie, panie, panie".

Usłyszała świstaka gdzieś w dolinie. I uderzenie krwi we własnej głowie. Wymacała stopą szczebel i stanęła już pewniej.

- Wystraszyłaś się? - zapytał.

- Nie. - Popatrzyła na niego z góry. - Jestem szczęśliwa.

A w jego oczach strach. Troska. Nie wiedziała dlaczego, bo dopiero kiedy pokonała drabinkę, kiedy wyszli na grań i leżeli tam, stygnąc w wielkim sierpniowym słońcu, powiedział jej, że rozbiła nos. I że leci jej krew. Wyciągnął rękę. Była czerwona. Gęsta.

Siedzieli potem na Granatach, aż się zrobiło zimno. Wtedy zbiegli z powrotem do Pięciu Stawów i całowali się na brzegu, kiedy zapadał zmierzch. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu. Dwudziesty piąty sierpnia. Poniedziałek. Imieniny Ludwika, powinna była zadzwonić do taty, ale przecież wiedział, że w górach nie jest to takie proste. Wybaczy jej. Za dwa dni będzie już przecież w Gdyni. Nie wiedziała, że ojciec by nie odebrał. Że znowu jest strajk generalny i że nie wychodzą ze stoczni od tygodnia. Nikt nie wiedział.

Gazety przecież o tym nie pisały. Dopiero dzisiaj rano "Dziennik Bałtycki" i "Głos Wybrzeża" wspomniały o strajku. Ale nie było tam ani słowa o postulatach: o wypuszczeniu z więzienia działaczy robotniczych fałszywie posądzonych o pospolite przestępstwa, że idzie o przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, o żłobki, przedszkola, podwyżki po dwa tysiące złotych, żeby awansowali w pracy ci, którzy są najlepsi, najmądrzejsi, a nie ci, którzy liżą dupę partii. No i żeby powołać wolne, niezależne od PZPR związki zawodowe.

W pociągu z Zakopanego do Gdyni tłok, są tylko miejsca na korytarzu. Aśka siada na rozkładanym krzesełku, to nic, że trzeba będzie co rusz wstawać, żeby przepuszczać tłumy, które muszą łazić tam i z powrotem w poszukiwaniu Warsu, bo tam bigos, a może nawet i piwo.

Aśka siedzi, a Robert stoi obok, ona obejmuje go w pasie, a on czuje jej oddech na brzuchu. Od tego ma wzwód, więc nie rusza się ani o krok, ani drgnie, żeby nie spostrzegła, żeby się z niego nie śmiała. Za oknami nieskończone torowiska Chabówki, przetaczają lokomotywę. Teraz pojadą w drugą stronę.

W Warszawie wysiada pół pociągu, a Robert nie ma pojęcia, co powiedzieć. Nie wie, kiedy się teraz spotkają, ale jest świadomy, że nie może czekać, że wszystko, co ma się zdarzyć, musi się dziać teraz. To był dar, ich szansa, kiedy ją utrzymał na drabince w Żlebie Kulczyńskiego, wszystko stało się dla niego już całkiem jasne, ale nie zdążył, miął słowa w ustach jak kluski z makiem na święta, słodkie i gęste. Dopiero teraz, kiedy już stał na peronie, a ona w otwartym oknie, zapytał ją:

- Wyjdziesz za mnie?

- No pewnie. - Uśmiecha się. - No pewnie, że tak.

A potem siada, bo ludzie zaczynają się wlewać do przedziału i ktoś jeszcze mógłby jej zająć to miejsce.

Dwa dni potem Aśka z matką idą pod bramę stoczni, może uda się spotkać z ojcem. Przepychają się, płyną w tłumie, matka w trojakach ma zupę szczawiową, ziemniaki i wątróbkę. I w tym pojemniku z ziemniakami dwa kiszone ogórki. Aśka się martwi, że ziemniaki wystygną od zimnych ogórków.

Tłum był taki, że się im nie udało przejść. Podobno Wałęsa na bramie przemawiał, żeby ludzie zakładali związki zawodowe, ale nie przerywali pracy.

W niedzielę się tam nie wybrały. Oglądały o siedemnastej transmisję w telewizji. Pierwszy raz w historii telewizja miała pokazać Wałęsę. Zobaczyły, jak siada do stołu z wielkim jak linijka czerwonym długopisem. I z różańcem na szyi.

Tego dnia w południe Robert pakował do walizki biały obrus, a ksiądz Jerzy puszkę z komunikantami. Kiedy przyjechali do prymasa z Huty Warszawa, żeby wyznaczył księdza do odprawienia strajkowej mszy polowej, to Wyszyński poprosił o zdanie biskupa Piaseckiego, a biskup uznał, że ksiądz Jerzy nada się najlepiej. Zadzwonili do niego z kurii. No tak, tak, odprawię. Odłożył słuchawkę, rozejrzał się po swoich znajomych, którzy przyszli oglądać z nim telewizję, Wałęsę, wolność. Wtedy Popiełuszko spytał Roberta, czyby służył do mszy, a chłopak się zgodził, choć nie robił tego od dziesięciu lat. Ministrantem jest się jednak całe życie.

Pojechali. Czekał na nich szary, zmęczony tłum.

- A jak nas nie wpuszczą? - zmartwił się ksiądz.

- A czemu, przecież sami chcieli.

- Ale od trzydziestu lat Kościół chce wejść do zakładów pracy i nie wpuszczali.

Są już przy bramie. Brama cała w kwiatach. Nikt ich nie zatrzymuje, ale ludzie stoją nieporuszeni, a kiedy znajdują się o dwa kroki, o krok od niech, zaczynają się rozstępować. Z bliska widać, że te hutnicze oczy, niewyspane, czerwone, pod powiekami ciężkimi jak ołów, są jednak szczęśliwe.

Było tam jeszcze dwóch księży z Wawrzyszewa. Najpierw odprawi ksiądz Jerzy, a potem oni. Bo ludzi ciągle przybywa.

- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego - zaczął ksiądz Jerzy swoją pierwszą w życiu mszę za ojczyznę. Choć mówił cicho, to z taką siłą, że Robert pomyślał, że kiedy człowiek odnajdzie powód, dla którego został stworzony, to wszystko zaczyna do siebie pasować jak w tej nowej zabawce, kostce Rubika.

Rozdział 20

Teraz

Wiedziała, że w końcu wszystko zacznie do siebie pasować, jak w kostce Rubika. Ta myśl dodała Oldze odrobinę otuchy.

Trzeba zacząć układać kolorami, pomyślała. Może najpierw czerwony?

Zadzwoniła do Kowalskiego bez wielkich nadziei, że polityk odbierze. W sejmie koalicja i opozycja ostrzeliwały się z dział ciężkiego kalibru, ale nie czyniło to szkody żadnej ze stron, bo każdy siedział z nosem w swoim okopie, czytał opracowania tylko swoich ekspertów i oglądał wiadomości tylko w zaprzyjaźnionych mediach.

Może to nie była prawda, ale tak właśnie Olga sądziła.

- Tak, jestem, pani podkomisarz, odbieram w podskokach. - Kowalski odezwał się po drugim sygnale. W głosie słychać było świeży entuzjazm.

- Coś dobrego się stało? - Uśmiechnęła się. - Niech pan opowiada, teraz każda pomyślna wieść jest na wagę złota.

Świetnym strategicznym ruchem jest zyskanie sympatii rozmówcy, zanim zada mu się właściwe pytanie.

- No tak, tak.

- Liczba zakażeń spada?

- Nie, to akurat rośnie i jeszcze będzie rosło, ale najnowsze badanie opinii Neurohm i Brad Consulting dla Onetu wskazuje, że osiemdziesiąt jeden procent Polaków nie chce brać udziału w wyborach w czasie epidemii! Tylko najbardziej zagorzały elektorat pisowski jest gotów iść do urn. No i oni nie mogą tego zignorować, muszą od swojej taktyki spalonej ziemi odstąpić...

Rozgadał się. Olga słuchała cierpliwie.

- No ale nie po to pani dzwoni, prawda? - Wreszcie musiał zaczerpnąć tchu.

- Nie, nie po to... Otóż przeczytałam widokówki i chciałabym wiedzieć, czy pan myślał, że to jest jakiś szyfr? Umawialiście się na coś takiego?

- A czemu pani pyta?

- W samochodzie, kiedy jechaliśmy od pana matki, powiedział pan, że zadawaliście sobie zagadki.

- Tak, no tak było. Zadawaliśmy sobie zagadki. Jaką melodię grał na skrzypcach Holmes? Jakie kamienie były w diademie, który skradziono z szuflady bankiera? Widzi pani, tyle lat minęło i ciągle pamiętam. Znaczy tej melodii już nie, ale nie zapomniałem, że te kamienie to beryle.

- Czyli te kartki mogą być łamigłówkami?

- Wtedy przez chwilę tak myślałem. Asia naprawdę czytała dużo i wszystko potrafiła zapamiętać. Nawet, ostatnio mi się to przypomniało, jak usłyszałem komunikat, że zamknęli Tatry, jak szliśmy razem zimą na Kasprowy. Nie miałem okularów przeciwsłonecznych, oczy bolały od blasku śniegu, a ona zmajstrowała mi je z okładki przewodnika, bo czytała w jakiejś książce podróżniczej, że tak robią polarnicy. Więc kiedy dostałem tę pierwszą kartkę i było w niej o Baker Street, pomyślałem, że to wskazówka. Jakiś szyfr. Ale potem zrozumiałem, że nawet jeśli to jest szarada, to nieczytelna. Zresztą, po co miałaby mi przesyłać zagadki? Poznała kogoś, nie wróciła... Przebolałem to. Teraz okazuje się, że jednak wróciła. Nie rozumiem. Nic z tego nie rozumiem... No ale życie toczy się dalej. Ma pani coś nowego?

Chciała go poinformować o krzyżyku, zapytać o powiązania ze Zbigniewem Kowalskim, ale może nie, może jeszcze nie teraz. Powie mu o tym, kiedy się spotkają.

- Nie. Tylko to. Nie dają mi te kartki spokoju po prostu. Jakbym patrzyła na rebus, którego nie umiem odczytać.

- Też tak miałem. Jakby brakowało jakiegoś elementu.

- Dokładnie.

- Jeśli pani znajdzie rozwiązanie, proszę mi powiedzieć.

- Tak zrobię. A, jeszcze jedno... Czy pan wie, kto pana wsypał?

- W sensie wtedy, w osiemdziesiątym piątym? Nie, nie wiem.

- Szukał pan?

- Byłem w IPN-ie, ale nie ma nic w mojej sprawie, czego bym nie wiedział. Są wycinki z prasy, ale brak meldunków, akt czy oryginalnych zdjęć. Nic. Wszystko wyczyszczone. Nie wiadomo nawet, kto to zbierał ani kto kazał zbierać.

- Pan wie, że wtedy nie można było dostać paszportu ot tak sobie?

- Wiem. Co pani sugeruje?

- Myślał pan, że Joanna Cicha mogła na pana donosić?

- Nie, nie mogła - powiedział spokojnie. - Kochała mnie.

Ależ pan jesteś naiwniakiem, pomyślała Olga, ale milczała, czekała.

- No na Boga! Przecież złapali mnie w osiemdziesiątym piątym. Ona była już wtedy w Ameryce.

- Rozumiem. Ale coś mi nie daje spokoju, bo aresztowali pana dziesiątego kwietnia, prawda?

- Tak, dokładnie.

- A rocznica katyńska jest przecież trzynastego.

Usłyszała, że aż westchnął.

- Przecież trzynastego wszystko byłoby obstawione. No jak pani sobie wyobraża malować pod okiem ubecji? Poza tym chciałem, żeby to się rozeszło, żeby ludzie, jak będą tam przychodzić, widzieli przemalowany napis.

- Mogli go przecież zmyć do tego czasu.

- Ha! Takiej mieszanki farby z wodą szklaną tak łatwo się nie dało wyszorować. Wie pani, żywice, włókno szklane. Trzeba pazurami drzeć. Myślę, że do dzisiaj, jakby się dobrze przypatrzeć z bliska, to zostało coś po tym napisie. Zresztą rok wcześniej, wtedy zastawili całe to katyńskie miejsce płotem, wie pani, to ja na tym płocie namalowałem napis: "Katynia Sowietom nie zapomnimy". Wtedy płot wymieniali. - Usłyszała, że się zaśmiał.

- A płot też pan malował dziesiątego?

- No tak. Nie sądziliśmy, że aż płot zdemontują. Wiadomo było, że od jedenastego będą się tam tajniacy kręcili. Musieliśmy być wcześniej.

- Z kim pan był?

- Z Asią, to było jedno z naszych ostatnich spotkań.

Olga poczuła piknięcie. Dostała SMS.

Szymon umarł, przeszło jej przez myśl. Boże, tylko nie to!

- Okej... - powiedziała szybko. - To ja się odezwę.

- Czyli jeszcze pani nie wie? - wszedł jej w słowo, zanim się rozłączyła.

- Czego nie wiem?

- Kiedy umarła?

- Nie. Nie wiem, czy w ogóle to da się dokładnie ustalić. To powodzenia w sejmie.

Rozłączyła się i sprawdziła skrzynkę. Na szczęście to był tylko kurier. Pizza czeka na dole.

Poskładała kartki tak, żeby były we właściwej kolejności, wsunęła je do kieszeni bluzy i zeszła do furty.

- Nic pani nie czekała, bo policja ma u nas nieprawdopodobny priorytet - oznajmił kurier, i choć miał na twarzy maseczkę, wiedziała, że to kurier wesoły i pogodnego usposobienia.

- Ile tam wyszło?

- Dwie średnie w superpromocji to będzie pięćdziesiąt dwa złote.

- Dlaczego policja ma u was fory? - Nie były jej potrzebne dwie pizze, ale pomyślała, że Kosiński się rozpędził i to nie jest przecież wina kuriera. Wyszperała sześćdziesiąt.

- No bo w czasie epidemii fory mają ci, którzy nie mogą sobie bezpiecznie leżeć przed telewizorem.

Wiedziała, że się uśmiecha.

- Pan też się musi teraz napracować.

- Ja to szczęśliwy jestem, że w ruchu, wie pani, ale nieszczęśliwy, bo mi się teraz wszystkie kobiety podobają. Kiedyś to od razu było widać, ta fajna, ta nadąsana, ta się maluje jak, nie obrażając nikogo, ze Szmulek. A teraz to nie wiadomo, za którą się oglądać. - Podał Oldze pudełka i zarzucił sobie na plecy monstrualny zielony plecak szafę. - Ja to chyba nie mógłbym mieszkać w muzułmańskim kraju. No jak żyć, kiedy każda ci się podoba tak samo?

Uśmiechnęła się i ruszyła na górę, myśląc o tym, co zrobić z dwiema pizzami.

Zadzwoniła do Siwego. A on właśnie miał ochotę na coś ekstra.

- Pizza taka dla ciebie jest?

- Pizza nie, ale towarzystwo tak.

Sprawdziła, czy ma klucze w kieszeni, i zawróciła na schodach. Zeszła na parking odszukać Kię, którą dostała do użytku, póki nie naprawią jej Forda. Pewnie nigdy nie naprawią, ale trzeba być dobrej myśli.

Auto piknęło i zamrugało światłami.

Miało ślady po czasach, gdy służyło jako radiowóz. Samochód po przejściach. Otworzyła drzwi, buchnęło zatęchłym, kwaśnym odorem potu i papierosów. Ale w środku było odkurzone, a kiedy zapaliła, okazało się, że i zatankowane.

Położyła kartony na przednim siedzeniu. Jak w tym aucie wrzucić wsteczny? Trochę poszarpała się ze skrzynią, puściła leciutko sprzęgło, jest dobrze, wsteczny wszedł. Włączyła radio.

"A były przecież kiedyś piękne dni, Gierek, Jaruzel oraz my" - zaśpiewał Kazik. "Były sobie piękne czasy takie. To nawet wtedy papież był Polakiem".

Jechała Marszałkowską, wszystkie pasy ruchu tylko dla niej i dla jednego autobusu. To się zdarzało nocą, ale nigdy w pełnym słońcu. Pałac Kultury i Nauki tkwił zawieszony w krystalicznym powietrzu jak olbrzymia dekoracja, jakby się rozminął z czasem. Słońce świeciło jej w oczy, ale nie zakładała okularów, cieszyła się tym blaskiem. Stanie na czerwonym świetle w pustym mieście wydało jej się kompletnym absurdem, ale ludzie siedzą teraz w domach, nudzą się, nagra ją ktoś telefonem i będzie potem afera na cały kraj. Patrzyła na licznik długu publicznego.

Kraj stanął w kwarantannie, a licznik zapieprzał jak szalony.

Na Puławskiej drzewa już wypuściły liście. Olga zapragnęła zatrzymać się przy Parku Dreszera i posiedzieć na ławce. Tak dawno tego nie robiła.

Siwy otworzył jej drzwi z uśmiechem. Miał białą koszulę, krawat i silnie pachniał płynem po goleniu.

Musiał się dopiero co wyszykować. Pomyślała, że za rzadko go odwiedza, i poczuła się winna.

- Najpierw do umywalki - wziął od niej kartony i pokazał drogę - a potem cię przytulę.

- No jak tam nasz kandydat od Popiełuszki? - Stał za jej plecami, kiedy myła ręce. - Dokładnie myj, czubki palców są najważniejsze, bo nimi dotykasz wszystkich przedmiotów.

- Jak to: od Popiełuszki? - zdziwiła się.

- A poczytałem sobie trochę o panu Kowalskim i wiesz, że to przez Popiełuszkę on trafił do polityki?

Myła ręce drugi raz.

- Teraz, jakby go wybrali, toby był cud, ale by pasowało, bo Popiełuszko będzie drugim świętym polskiego kleru, zdaje się, po Wojtyle. No chyba że go wyprzedzi Wyszyński, bo jego też mają kanonizować. To jest dopiero korporacja, co nie? Umierasz, ale wciąż awansujesz. Obrazki z tobą drukują, pomniczki, co chcesz, interes się kręci. Tam, na półce, stoi taki płyn, przetrzyj ręce dokładnie. Będzie szczypało, ale to znaczy, że działa.

Potem ją przytulił i poszli do kuchni.

Wyłożył pizze na duże drewniane deski do krojenia, wyjął talerze i oliwę. Obrus był świeżo wykrochmalony, może też go wyciągnął specjalnie? Słońce wpadało przez otwarte okno. Słyszała gołębie szykujące się do tego, co najlepsze.

- A jak byłem młody, to opowiadali o Popiełuszce, że nie był taki święty. Że hazardzista.

- Taaak? - Oderwała kawałek pizzy.

- No to kawał był. Ale nie wiem, czy ci mówić, bo ty taka kościółkowa jesteś przecież.

- No proszę cię - żachnęła się. - Co ty, mów.

- Ja nie wiem, czy esbeckie dowcipy się nadają na nasze czasy. - Siwy był odrobinę niepewny, ale wyczuwała, że kusi go, żeby jej opowiedzieć. Może chce ją sprawdzić? Przecież nie była kościółkowa. Nie chodziła. Po prostu czasami chciała wierzyć, że jest inny świat. I że Anka, córka, którą straciła, czeka tam, aż mama przyjedzie i przywiezie jej butki.

Po tym, jak Anka zginęła, śniła się Oldze. Stała w półmroku cicha i całkiem bosa.

- Mów, mów - ponagliła go z ustami pełnymi pizzy. Oliwa ciekła jej w kąciku ust.

- Wyobraź sobie, ta cała afera z Popiełuszką, to był przecież zakład.

- Jak to?

- No Pękala był najlepszym pływakiem w resorcie. A Popiełuszko u czarnych. Więc się założyli, który lepiej pływa. I Popiełuszko mówi: "Nawet jakbyście mi drutem skrępowali ręce, to i tak popłynę szybciej od Pękali".

- I co?

- No i nie popłynął.

- Kurwa, co to za dowcip jest? - Nie roześmiała się.

- Mówiłem ci, że nie dla każdego.

- Ale wy się śmialiście?

- Tak. - Pokiwał głową z powagą. - My się śmialiśmy. Nie oceniam. Może po prostu przez śmiech łatwiej sobie poradzić ze stresem.

- Ty się dlatego śmiałeś? Ze stresu?

Wstał, żeby nastawić czajnik elektryczny, i nie mogła zobaczyć wyrazu jego twarzy.

- Ja ci powiem, córuchna, nie wiem dlaczego, ale się śmiałem. Należałem do stada. Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. A ostatni na razie śmieje się Popiełuszko, bo na ten swój krzyż każe patrzeć wszystkim rozsądnym, wolno myślącym ludziom. I póki pisiory przy władzy, to się nie zmieni.

- Co masz na myśli?

- No patrz. - Włączył telewizję. To było TVN24. Podsumowanie wydarzeń. Pusta Warszawa. Koronawirus.

Popatrzyła na Siwego spod oka, ale on nic.

- Czekaj, czekaj - oznajmił - zaraz zobaczysz.

Spikerka zapowiedziała, że przenoszą się do sejmu.

- O, patrz, patrz, teraz, widzisz? - Pokazał palcem na krzyż wiszący w sali obrad. - To jest właśnie krzyż Popiełuszki.

- Serio?

- Tak. To czysta czarna magia. - Wyłączył telewizor, usiadł przy niej i wziął kawałek pizzy widelcem, przekładając go na talerz. - Czarni, wyobraź sobie, wycięli kawałek ołtarza na Jasnej Górze. Hebanowy ołtarz, zabytkowy, ale kto im zabroni? Zrobili z tego krzyż, podarowali matce Popiełuszki, odprawili czary na grobie księdza, tam, u ciebie, na Żoliborzu. Wiesz, oni wierzą, że jak położysz kawałek metalu czy drewna na grobie, to się staje święty. Matka pobłogosławiła, księża pokropili wodą i zawieźli to od razu, nocą, do sejmu, i wisi. Dobrą pizzę przywiozłaś...

Olga milczała. Nie znała tej historii. W ogóle cała ta sprawa zaczynała się jej wydawać coraz dziwniejsza. Nawiedzona. Wszystko przez brak snu, przez zamknięcie, przez puste ulice. Jakby żyła w jakimś koszmarze.

- No ale mi nie powiedziałaś, co u Kowalskiego.

- Nic nie wiem, dzisiaj zadowolony, jakieś badania opinii mu się powiodły.

- A jak sprawa?

- Co chcesz wiedzieć?

- Ty wciąż podejrzewasz, że ja w coś gram z tobą. - Siwy się uśmiechnął. - Nie, nie zaprzeczaj, ja widzę. Wiem. To dobrze. Dobrze cię nauczyłem. Nikomu nie ufaj.

- Co chcesz wiedzieć?

- Grzegorczyk doszedł do tego, kiedy umarła?

Olga pokręciła głową.

- Nie wiadomo, czy to da się ustalić. - Przełknęła kęs. - Może po zębach, po stanie kości, ale nie dokładnie. Tak mniej więcej.

- Ale masz coś? Cokolwiek? Jakieś pomysły? Wiesz coś o tym waszym wypadku? To był zbieg okoliczności czy nie?

- Jak umyjemy ręce po tej oliwie, to ci pokażę. - Musiała znaleźć sposób, żeby Siwy przestał ją przesłuchiwać w sprawach, o których nie chciała mu powiedzieć. - Nikt o tym nie wie, że to mam.

- Co masz?

- Pocztówki od Cichej.

Siwy nagle zmarszczył brew. Ułamek sekundy, nieświadomy, nerwowy tik. Może przypadek. A może nie.

- Skąd masz?

- Kowalski mi dał. Miał je w domu u matki...

- Na protokół?

- Nie. Ale jeśli coś znajdę, to trzeba będzie zrobić papiery.

Usiedli w pokoju. Siwy nalał im po szklaneczce burbona.

- Samochód prowadzę - powiedziała. Przecież nie mogła się przyznać, że jest w ciąży.

- A ja na służbie jestem. - Wręczył jej szklankę ruchem nieznoszącym sprzeciwu.

Potem wyjęła widokówki z kieszeni, podała mu i patrzyła, jak je z uwagą ogląda, czyta. Czasami brał mały łyk. Milczeli. Wydawało jej się, że Siwy, Doliński, jej mistrz, nauczyciel, emerytowany oficer policji, były esbek, najlepszy pies, jakiego znała, kuli się i kurczy. Ale to mogło być złudzenie. Albo jego choroba? Chyba nie powinien pić.

- Co myślisz? - zapytał.

- Że patrzę na coś, co mam przed nosem, i nie widzę. To jakieś zagadki z tym Holmesem, a ja nie rozumiem, nie czytałam, nie umiem tego rozgryźć.

- A Kowalski co mówi?

- Myślał kiedyś, że to zagadka, ale nie umiał jej rozwiązać.

- A teraz?

- Co teraz?

- Wciąż tak uważa?

- Nie. Przecież ona kogoś poznała, nie wróciła, po co mu miała wysyłać cokolwiek...

Siwy wstał, podszedł do wielkiej półki z książkami. Rozciągała się na długości całego pokoju. Żeby coś ściągnąć z samej góry, musiałby użyć podestu o trzech schodkach. Ale sięgnął na dół.

- Masz - powiedział. - Przygody Sherlocka Holmesa. Szybko się czyta. Będziesz wiedziała.

- Sądzisz, że to zagadki?

- Nie wiem, ale od czytania jeszcze nikt nie umarł. Ale wiem, co nie pasuje.

- Skąd wiesz?

- Stare oczy nie muszą być ślepe. - Mężczyzna uśmiechnął się z triumfem. - Zresztą sama byś na to wpadła, to kwestia czasu.

Wyjął kartkę z Mostem Brooklińskim.

- Czytaj.

Przeczytała. "Kochany, posyłam Ci Most Brooklyński, jak z piosenki Stachury: "Nie Brookliński Most, ale przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc...". Smutno bez Ciebie. Pracuję, uczę się języka z taką dziewczyną, z którą mieszkam, panną Dunbar. Nie wiem, gdzie jesteś, a Ty, czy Ty mnie tutaj odnajdziesz?"

- I co?

- Nie widzisz?

- Nie.

- Kiedy ją wysłała?

- Dwudziestego trzeciego grudnia. - Olga sprawdziła datę na pieczątce.

- To dzień przed Wigilią. Pisze do ukochanego i nie ma ani słowa o świętach? To dziwne.

- No tak, czułam, że coś nie pasuje. - Oldze zrobiło się wstyd. Jak mogła pomyśleć, że Siwy nie jest po jej stronie? - Ale co to znaczy?

Pokręcił głową.

- Nie wiem, ale to z pewnością jest zagadka.

Rozdział 21

1980

To była wielka zagadka, jak potoczy się los, ale nikt, ani komuniści, ani lud pracujący miast i wsi, ich matki, żony, kochanki ani nawet dzieci, nikt nie miał wątpliwości, że stało się coś nieprawdopodobnego. Najpierw Gierek stracił funkcję Pierwszego Sekretarza KC, a zaraz potem, po czterdziestu latach oczekiwania, w polskim radiu znowu ruszyły transmisje mszy świętej. Ledwo do sądu trafił wniosek o rejestrację NSZZ "Solidarność", a już kilka dni później Literacką Nagrodę Nobla dostał Czesław Miłosz. Sędzia Kościelniak zarejestrował Solidarność, ale dopisał do statutu zdanie o "kierowniczej roli PZPR", więc związek ogłosił gotowość do strajku i odwołał się do Sądu Najwyższego. Ale to wszystko błahostka, bo Widzew Łódź pokonał trzy do jednego Juventus w Pucharze UEFA i wówczas nikt już nie miał wątpliwości, że Polska należy do Europy.

Robert szedł na rozmowę do profesora Dziekońskiego z duszą na ramieniu. O jego miejscu asystenta nie rozmawiali nigdy. W czasie koktajlu z okazji wyboru profesora Samsonowicza na rektora uniwersytetu zamienili kilka uwag, o tym, że to naprawdę wielka sprawa, żeby człowiek, o którym wszyscy wiedzą, że związał się z Solidarnością, objął szefostwo najważniejszego uniwersytetu.

- Niektórzy mogliby się mocno nie zgodzić z taką opinią, Robercie. - Dziekoński się uśmiechnął.

- Nie rozumiem. - Chłopak zmieszał się nieco. Sam przecież kolegował się z ludźmi z Solidarności. Teraz, po tym wszystkim, już się wcale nie krył.

- W tym kraju jest tylko jeden uniwersytet. - Dziekoński zamoczył usta w radzieckim szampanie. - Jagiellonka.

Tak, wtedy było łatwo. Nie wkroczyli na grząski teren spraw dotyczących Roberta i Małgorzaty.

Ale teraz musiał iść po polu minowym. Nie było odwrotu. Przegadał to wczoraj z księdzem Jerzym. Po mszy zapytał, czy może zostać.

Siedli w ławkach.

Jeśli mają się pobrać, to Asia powinna się przenieść do Warszawy, a to wielki kłopot, bo nie jest łatwo zaczynać od zera w zupełnie nowym miejscu.

- A co by się musiało stać?

- Profesor Dziekoński musiałby się zgodzić. Ojciec mojej byłej. Mój szef.

- A on o Joannie wie?

- Wie, ale o ślubie, no o tym, że byśmy chcieli, już nie. Ja mu nie powiem przecież. I tak jestem wdzięczny, że mnie nie wylał z asystentury. Dzięki temu mam pokój w hotelu i pracę.

Jerzy się zamyślił na chwilę.

- Ale ty musisz mu powiedzieć. Bo życie jest tylko jedno i trzeba je przeżywać z godnością. Zachować godność, to pozostać wolnym. To właśnie lęk nie pozwala nam na wolność. Jeśli go przezwyciężysz, poczujesz się wolny, a to zawsze coś. Nawet jeśli będziesz musiał życie wymyślić sobie od nowa.

- No ale może nie chcieć mi pomóc.

- Ale wtedy to będzie jego problem, a nie twój.

Stał chwilę przed drzwiami profesora. Poluzował krawat, przygładził włosy. Kurwa, może poniedziałek rano to nie jest najlepszy dzień na takie rozmowy? Zapukał.

- Wejść proszę.

Dziekoński siedział w swoim nabijanym mosiężnymi guzikami, brązowym skórzanym fotelu. Przedwojenna robota, może nawet ocalał z pożogi dzięki temu, że był za ciężki, żeby go ukradli Niemcy albo Sowieci. Siedział i czytał.

- O, wejdź, wejdź. - Wstał z fotela z pewnym trudem, ale wciąż smukły, wysoki, z wąsami jak szlachcic i długim, prostym, wąskim nosem. Nie ulegało wątpliwości, po kim Małgorzata odziedziczyła urodę.

- Zobacz, co załatwiłem! - Podał Robertowi niewielki druk.

Ten wziął do ręki wątłą książeczkę. Biała okładka z futurystycznym bohomazem. Czesław Miłosz. Trzy zimy. Otworzył. Zadrukowane kartki wyglądały, jakby były pisane przez kalkę.

- Wydawnictwo Signum - przeczytał. - Podziemna robota?

- Drugi obieg. Ale mówię ci, szczęśliwy to kraj, który w drugim obiegu wydaje takie książki, bo to znaczy, że ludzie mają u nas prawdziwe pragnienia - wziął tomik z rąk Roberta - wiedzy, mądrości, dobra. Pewnie drukują tego Miłosza dniami i nocami. Zobacz tutaj. - Przekartkował i zaczął czytać: - "Po trzykroć muszą zwyciężyć kłamliwi, zanim się prawda wielka nie ożywi, i staną w blasku jakiejś wielkiej chwili wiosna i niebo, i morza, i ziemie". Napisał to przed wojną. "Po trzykroć muszą zwyciężyć kłamliwi" - czyli najpierw Rosjanie, potem Niemcy, potem znowu Rosjanie i w końcu wolność, wolność i prawda. Widzę, że jesteś zdziwiony. Nie, nie wymyśliłem sobie tego, ale jak dostałem tę książeczkę, zadzwoniłem do Błońskiego, on mi to powiedział. Miłosz pisał profetyczne wiersze już w latach trzydziestych. No ale nie o Miłoszu pewnie chcesz porozmawiać. Co cię sprowadza?

Rozmawiali z kwadrans.

Wypili po kieliszku radzieckiego koniaku z butelki, którą profesor miał ukrytą za grubym tomem Lalki. Mówił, że po egzemplarz nikt nie sięgnie, nawet jakby rewizję robili.

- Nie patrz tak, wiem, że dopiero dziesiąta, ale każdy człowiek musi mieć swój obszar, swoją przestrzeń wolności.

- "Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw". - Robert się uśmiechnął. - "Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem".

- "I powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa" - dokończył profesor i nalał od serca. - Ja cię przecież rozumiem. Niech twoja dziewczyna prześle dokumenty, coś zaradzimy, może nie w tym semestrze, ale od początku zimowego, dobrze? Sam rozumiesz, Małgorzata by mi żyć nie dała.

- Nie wybaczyła mi?

- Tobie? Tobie wybaczyła. Ona nie umie wybaczyć sobie, że cię nie umiała zatrzymać.

- Ale przecież kogoś ma.

- No ma, taki miły chłopak. Dekoracyjny trochę, umie się zachować, ale ja ją znam. Ambicja zraniona. Ale jakoś się z tym zmierzymy. Nie martw się. Może za pół roku to już nie będzie miało znaczenia? Zobacz, jakie teraz zmiany.

Robert wyszedł z gabinetu z ulgą. Szczęśliwy człowiek, który może żyć pośród przyjaciół.

Zadzwonił do Aśki z poczty na Świętokrzyskiej, ale nie odbierała. Nie mógł czekać. Musiał iść pod gmach sądu. Nie wolno opuszczać dnia, w którym dzieje się historia. A jak się zachowają komuniści, nie było jasne. Usunięcie Gierka było sygnałem, że towarzysze radzieccy nie zamierzają tolerować "samoograniczającej się rewolucji". Nowy pierwszy sekretarz, Stanisław Kania, miał kilka miesięcy, zanim zażądają od niego, żeby się wykazał. Tymczasem Sąd Najwyższy wyznaczył na dziesiątego listopada posiedzenie w sprawie rejestracji Solidarności i Robert nie miał wątpliwości, że dzień był wybrany nieprzypadkowo. To musiało mieć znaczenie. W wigilię "przedwojennej" rocznicy odzyskania niepodległości. Komuniści zabraniali tych obchodów i bardzo dbali, żeby ta data zniknęła z podręczników, ale pamięć ludzka jak woda, zawsze znajdzie jakąś szczelinę między literkami i przecieknie przez zakazy i obostrzenia.

W poniedziałkowym "Robotniku" Jacek Kuroń napisał, że trzeba przejąć całą władzę, z wyjątkiem polityki zagranicznej, obronności, spraw wewnętrznych oraz centralnej administracji, bo inaczej grozi Polsce interwencja wojsk Układu Warszawskiego. Ludzie czytali wolną prasę, stojąc na ulicy. Samochody trąbiły, tramwaje dzwoniły, a oni nic. Tkwili przed sądem. Zimno, ale nie padało. Nawet wiatr nie dawał odczuć zimna, można było spokojnie wystać bez czapki. Robert prowadził ćwiczenia dopiero po południu, więc był w tłumie przed gmachem sądu. "Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczpospolitej" - cytat z Andrzeja Frycza Modrzewskiego powoli zacierał się na piaskowcowym frontonie gmachu, a tłum krzyczał jednym głosem: "Żą-da-my re-je-stra-cji". Ucichli, gdy na schodach pojawił się Wałęsa. Za nim Mazowiecki i mecenas Olszewski.

Miny mieli poważne.

Nie zarejestrowali, pomyślał Robert, ale w tym momencie Wałęsa podniósł rękę do góry w geście wiktorii i stało się jasne, że tym razem poszło dobrze. Że związki zawodowe będą niezależne i żadnego zapisu o kierowniczej roli partii tam nie będzie.

- Mamy wszystko, czego chcieliśmy! - wykrzyknął, podnosząc obie ręce w górę. Wszyscy związkowcy i ich doradcy poszli do autobusu i było po przedstawieniu. Ekipa Kroniki Filmowej zaczęła raz dwa zwijać kable.

Ruszył więc, następnie skręcił w prawo, poszedł w kierunku Marchlewskiego, bo tam, przy mięsnym, stał aparat telefoniczny, a on wciąż miał kieszeń pełną drobnych.

Telefon zajęty. Kolejka, siedem osób. Jeśli każdy pogada kilka minut, to godzina czekania. A on ma zajęcia. Musi omówić ze studentami to dzisiejsze orzeczenie. Nie znał treści, pewnie w gazetach jutro coś napiszą. Może nie będą kłamać, bo od podpisania porozumień sierpniowych prasa drugiego obiegu stała się już trochę legalna i milicja na widok kogoś czytającego bibułę już nie chwytała za pały. Musi teraz zadzwonić. Mógłby z uczelni, telefon był w dziekanacie, ale przecież przy kobietach nie będzie z Aśką rozmawiał, wszyscy by od razu wiedzieli.

- No a potem, wyobraź sobie, jadę Targową, patrzę, a na tym murze na Ząbkowskiej, tam, gdzie brakuje jednej kamienicy, to wymalowali teraz Poloneza na całą ścianę... Nie, nie że tańczą. Poloneza, samochód. Nie, nie biały, bordowy. - Budkę zajęła szczupła kobieta w czerwonej chustce na głowie.

W ręku dwie torby dziadówki z kartoflami. Rączki wrzynały się w palce, że aż zbielały. Twarda sztuka, pomyślał Robert, szybko nie skończy. Nie mógł czekać.

- Proszę państwa, właśnie idę z Sądu Najwyższego, widziałem się z Wałęsą - powiedział na cały głos - i muszę natychmiast zadzwonić do Gdańska. Państwo rozumieją. Bez zbędnej zwłoki.

- Tak, tak - ludzie zaczęli go przepuszczać w kolejce - niech pan dzwoni.

Tylko jeden rzucił zirytowany:

- Gościu, chyba żeś się z małpą na mózgi pozamieniał.

Ale go zakrzyczeli natychmiast, że przecież do Gdańska facet musi zadzwonić, że od Wałęsy. Nawet ta, która tak trajkotała, przestała gadać i spytała, czy zarejestrowali.

- No - odpowiedział Robert - zarejestrowali.

- To co teraz będzie? - dociekała, odwieszając słuchawkę i nie kończąc nawet rozmowy. - Chyba że wojna?

- Nie, proszę pani, nie będzie wojny. To mogę dzwonić?

Podała mu słuchawkę.

Wykręcił numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci.

- Halo - odezwała się Aśka i popchnął piątaka.

Bzzzt, bzzzt, bzzzzt, znowu ją usłyszał:

- Robert, to ty?

- Tak, to ja. Byłem w sądzie. - Odwrócił się, bo cała siódemka z kolejki naparła na niego, żeby usłyszeć. - Solidarność zarejestrowana.

- To co teraz będzie? - Wychwycił w jej głosie radość.

- Gadałem też z profesorem.

- No i co?

- Będzie wesele.

- Ale czyje?

- No nasze.

Rozdział 22

Teraz

- Ale czyje?

- No przecież nie nasze, tylko tych tutaj. - Kosiński stuknął palcem w zrzut z ekranu monitora.

Duże czarno-białe zdjęcie przedstawiało dwóch ludzi przed kasą stacji paliwowej przy wylotówce z Pruszkowa. Było rozmazane, ale nie na tyle, żeby nie dało się rozpoznać na nim osób.

- Ja ich nie znam. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Przecież już policja pytała o ten monitoring, wszystko oddałam.

- Ja rozumiem - Kosiński postanowił być cierpliwy - wzięliśmy nagranie, bo chcieliśmy zidentyfikować wóz, widzi pani? - Pokazał jej zdjęcie białego Volvo.

- I udało się?

- Tak, udało.

- No to co jeszcze chcecie?

- Chcemy wiedzieć, czy rozpoznaje pani kogoś ze zdjęcia. - Pokazał jej plik fotografii. - To niewiele, dwadzieścia jeden osób, które były na stacji benzynowej w czasie tych dwóch godzin z kawałkiem, kiedy Volvo stało u pani na parkingu.

- Ja nikogo nie poznaję.

- No ale nawet się pani nie przyjrzała.

Kobieta wzięła kilka zdjęć i podstawiła sobie pod sam nos.

- Przyjrzałam się. Nie poznaję.

- Proszę panią... to przecież miejscowi, prawda? Po numerach znać, że miejscowi.

- Ale po co mam ich znać? Ja tam z policją nie chcę gadać. Teraz nie wiadomo, co wy kombinujecie. Ktoś maseczki nie założy i dostaje grzywnę, albo wyszedł bez powodu z domu i mandat. A skąd ludzie mają brać pieniądze, skoro są bez pracy, bo firmy teraz zwalniają? Ja nikogo nie poznaję - zacięła się.

- No to co? Mam pani wezwanie przysłać? Utrudnia pani postępowanie.

- O, niech mi pan tu nie podskakuje, bo ja nie utrudniam. Zapis monitoringu macie? Macie. No to o co jeszcze chodzi? Jak mówię, że nie znam, to nie znam.

- Dobra, chodź. - Szczepan, oficer z Pruszkowa, który przyjechał z Kosińskim na stację, miał dość jałowego gadania. - Mówiłem ci, że trzeba inaczej.

Kosiński chciał trzasnąć drzwiami, ale były to drzwi przesuwne, uruchamiane na fotokomórkę.

- Jak nie chcą, nie powiedzą. Może naprawdę nie poznają nikogo.

- To co zrobimy?

- Jak to co? Sprawdzimy adresy po numerach rejestracyjnych i odwiedzimy tych, których samochody były na stacji. Proste, co nie?

- Teraz? To nam zajmie cały wieczór. Do nocy.

- No tak, ale masz lepszy pomysł?

Nie miał innej propozycji.

Olga wyszła przed dom Siwego i patrzyła na niebo nad Warszawą. Podbrzusza chmur powoli stawały się czerwone, ale wciąż było niebiesko. Drzewa obsypane kwiatami. Tylko kasztanowiec jeszcze w pąku. One zawsze długo zbierają siły, żeby wypuścić liście. Jakby siedziały na krawędzi gniazda i nie miały pewności, czy przeżyją, jeśli skoczą... Przypomniała sobie zajęcia z psychologii o strachu i lęku. Nie rozumiała wtedy nic. Rozumiała, że pytanie o strach jest łatwe. Ale pytanie o lęk? A teraz, które to było uczucie? Wsiadła do samochodu, westchnęła i postanowiła, że jednak zadzwoni.

- Też chciałam się z tobą skontaktować. - Matka Szymona miała zmęczony głos, głos kobiety, która zrobiła już wszystko, co należało, a okna wciąż były brudne. - Przecież idą święta. Za tydzień Wielki Czwartek. Jakby był normalny czas, to może byśmy siedziały teraz razem w kuchni i kroiły ogórki na sałatkę.

Olga poczuła, że zbierają jej się łzy w oczach. Wszystkiego się spodziewała, ale tego nie.

- Co z Szymonem?

- Nic... Bez zmian. Oddycha pod respiratorem. Ma nadprodukcję limfocytów T. Nie wiadomo dlaczego. A to nie jest dobre, bo wtedy organizm wydziela interleukiny, a one powodują namnażanie granulocytów, makrofagów, erytrocytów...

Olga wyczuła w głosie kobiety, że nie rozumie, o czym mówi. Nauczyła się tej litanii na pamięć.

- Czyli co? - zapytała. - Jest z nim w ogóle kontakt?

- Lekarze mówią, żeby czekać, że za mało mają informacji o tej chorobie, żeby wyrokować. Starają się. Powiedzieli, że walczą o niego jak o swojego. Wiedzą, że zaraził się w pracy. Tak jak oni się mogą zarazić.

- To dobrze. Jeśli ludzie z pierwszej linii mówią, że walczą jak o swojego, to dobrze.

- A ty jak żyjesz? - zapytała matka Szymona po chwili milczenia. - Dbasz o siebie?

- Dbam. Nie piję, nie palę. - Olga roześmiała się, żeby jakoś ukryć łzy.

- Śpisz, wypoczywasz?

- Śpię za mało. - Innej matki nie oszukasz. - Zasnęłam dzisiaj w robocie przy biurku.

- Nie jesteś w domu? Pracujesz?

- Nie, ale to lepiej. W domu bym oszalała od zmartwień.

- Ja też bym oszalała, gdyby nie ojciec Szymona. On mi nie pozwala. Czasami powie jedno słowo, czasami tylko popatrzy. Bywały dni, że bałam się tego jego spojrzenia, tego milczenia. Tej ciemności... Nie wiem, czy umiem to nazwać. Nie wiem, czy to się da w ogóle zrozumieć. Ale teraz jest mi lżej dzięki temu, jaki jest. Nie pozwala mi narzekać. Ale nie pozwala mi też bać się niczego więcej niż...

Nie dokończyła.

Olga nie zapytała.

- I nie myślałam, że kiedyś jeszcze zechcę iść do kościoła - powiedziała tamta. - A teraz, jak zabraniają, to myślę sobie, że bym poszła. Nie chciałam nigdy, chociaż w komunii i w bierzmowaniu byłam. Mąż nie zabraniał, tylko pytał, gdzie był Bóg, jak ludzie umierali w Auschwitz. Szymona pozwolił ochrzcić, ale nie tu we Wrocławiu. Musiałam do Opola Lubelskiego, do matki pojechać, tam był chrzest, ale do komunii już nie poszedł. Nawet go nie zapytałam. To było w czasie, kiedy nie pytałam go o nic... A teraz bym poszła. Powiedziałabym Bogu, że jeśli musi mu się zgadzać bilans umieralności, to żeby wziął mnie. Rozumiesz?

Mówiła spokojnie. I ten spokój był najstraszniejszy. Olga pomyślała, że matka Szymona wypłakała się do końca. Że wyschła. I że teraz ona, Olga, musi wylewać łzy za nie obie.

- A ty? - zapytała.

- Co ja? - Olga wytarła nos.

- Wierzysz w Boga?

- Ja myślę, że nie jest ważne, czy człowiek wierzy w Boga, czy nie. Ważne, czy Bóg wierzy jeszcze w człowieka. Tylko wtedy są jakieś szanse.

- Mądra jesteś.

- Nie jestem. Przeczytałam to gdzieś i zapamiętałam.

- Ja też zapamiętam. Dziękuję ci, dziecko. Nawet nie wiem, jakie masz oczy. Nigdy mi nie powiedział...

- Niebieskie. - Olga się rozkleiła, ale przełknęła łzy. - Mam niebieskie oczy.

Rozłączyła się i siedziała za kierownicą, łkając cichutko jeszcze minutę, dwie, może pięć. Nie dłużej. Siwy pewnie patrzył z okna, jak gada przez telefon, teraz się domyśli, że coś jest nie tak. Jeszcze przyjdzie i wtedy całkiem stracę do siebie szacunek. Pozbieraj się, Olga, pozbieraj się, jedź.

Tymczasem Kosiński siedział w pokoiku komendy w Pruszkowie i patrzył, jak drukarka wypluwa listę z adresami siedemnastu osób, na które zarejestrowane były samochody podjeżdżające na stację benzynową w czasie, gdy kradzione Volvo oczekiwało na dobry moment, żeby włączyć się do akcji. Kierowca i pasażer mogli siedzieć w maseczkach, to prawda, ale pasażer na pewno nie założył jeszcze kartonowej twarzy Jarosława Kaczyńskiego.

Ktoś z dwadzieściorga jeden pasażerów tych siedemnastu pojazdów mógł rozpoznać dwóch facetów z Volvo. Szesnaście aut było zarejestrowanych w Pruszkowie. Siedemnaste w Warszawie, na Żoliborzu.

- To jak? - Szczepan strzelił palcami. - Jedziemy?

- No ale potrzebny nam chyba jakiś plan.

- To nie jest duże miasto. Objedziemy ich jednego po drugim.

- To ruszajmy - powiedział Kosiński. Burczało mu w brzuchu, ale postanowił być twardy.

Olga dotarła do domu przed osiemnastą. Wygrzebała z lodówki mrożone warzywa i wrzuciła na rozgrzany olej. Kiedyś kupi sobie mikrofalówkę. Nie dorobiła się jej do tej pory, bo nie miała zaufania do nowoczesnych technologii. Nie może być tak, że dostaje się coś bez żadnego wysiłku. W mikrofali musiało tkwić coś podejrzanego. Czytała kiedyś, że jedzenie podgrzewane w mikrofalówce traci witaminy. Teraz chciałaby mieć taką kuchenkę, byłaby idealna. Mogłaby usiąść jak człowiek i posłuchać wiadomości, a nie smażyć starą mrożonkę Hortexu, mieszając warzywa na gorącym oleju. Zresztą olej też jest niezdrowy.

Wiadomości były złe, ponad dwieście pięćdziesiąt nowych zakażeń w Polsce, zmarło kolejnych siedem osób.

Odeszła jej ochota na oglądanie telewizji. Może powinna poczytać trochę o Holmesie? Skoro Siwy też myśli, że w wiadomościach Joanny ukryta jest jakaś zagadka, to musi ona mieć przecież związek z tą książką. Zjadła szybki obiad i zapragnęła napić się wódki.

Alkohol zawsze pomagał na trawienie, na smutek, na bezsenność. Pomyślała, że może winę za jej bezsenność ponosi odstawienie procentów. Przeszukała górną szafkę, tę nad zlewem, gdzie trzymała herbaty i kawę. Ani kawa, ani mocna herbata nie wchodziły w grę, ale może jest melisa albo jakieś zioła? Znalazła korę dębu, szałwię i dziurawiec. Wszystkie torebki starsze pewnie niż dziesięć lat. Krzysztof wierzył w takie sprawy. Ciekawe, co po nas zostaje z dawnego życia? Nic jej nie mówiły te nazwy, ale raczej nie nadawały się do picia, więc została normalna herbata. Zaparzyła słabą i wzięła się do czytania.

W tym czasie Kosiński wykreślał ze swojej listy już szóstą pozycję.

"Nie, nie widzieliśmy", "Nie, nie znamy" - odpowiedzi ludzi były wszystkie w tym samym tonie. Wizytę policjantów traktowali niczym rozrywkę. W czasie kwarantanny nawet to, że ktoś obcy pokaże ci rozmazane zdjęcie z monitoringu, urasta do rangi przygody.

- No to jeszcze jedno mieszkanie, bo to po drodze do komendy - obwieścił Szczepan. - A resztę może jutro zrobimy, co, szefie?

Kosińskiemu odpowiedź przychodziła z trudem, bo Szczepan był dwa razy starszy od niego i na ile mógł ocenić po kilku godzinach, które razem spędzili, widział, że gość jest kuty na cztery nogi. Niewielu słów potrzebował, żeby ogarnąć sytuację.

- Znaczy jutro znowu się widzimy? - upewnił się Kosiński.

- Tak. Nie ma co nachodzić ludzi po nocy, w czasie kwarantanny mają dość stresu.

- Ale myśli pan, że coś znajdziemy?

- Myślę, że tak. Zresztą jak zawsze, są trzy możliwości. Albo nikt ich nie rozpozna, albo ktoś jednak rozpozna i nam powie, albo też, czego nie można wykluczyć, rozpozna ich i nie piśnie słówka.

- I co wtedy?

- Gdyby to były stare gangusy, to radziłbym ci się mieć na baczności i sprawdzać, kto za tobą jedzie. Ale starych gangusów już nie ma, bo ich Masa posłał za kratki. Sprawdzimy jeszcze tu niedaleko, jak już jesteśmy na stawach, na Pęcicach.

- Na jakich stawach? - Po swojej stronie Kosiński widział tylko płoty. Kamieniarstwo ogrodowe, biały dom przypominający szlachecki dwór, zagajniki, pola.

- No bo tu, za drzewami, za krzakami, są stawy. Piękne miejsce, ale zarosło, z drogi nie widać. No i tu jest jeden z tych adresów z listy.

Dojechali do zabudowań i skręcili w prawo. Szczepan wypatrywał numeru.

- O, to będzie tutaj, Stefan Ręba.

Zadzwonili, pokazali blachę do kamery nad bramą, mężczyzna czekał na nich przed domem. Kapcie, rozciągnięte szorty, podkoszulek z napisem "Boss". Powiedzieli, co i jak. A on, że nic nie widział, nic nie słyszał. Jak we wszystkich pozostałych domach.

Olga czytała. Bingo! "Wydarzenia, które są przedmiotem niniejszego opowiadania, miały miejsce kilka tygodni przed moim ślubem, gdy dzieliłem jeszcze z Holmesem mieszkanie przy Baker Street. Gdy mój towarzysz powrócił z popołudniowej przechadzki, czekał na niego list. Tego dnia nie ruszałem się z domu przez cały dzień. Zaczął padać deszcz, wiał porywisty jesienny wiatry; rana, pamiątka z kampanii w Afganistanie, pulsowała, powodując tępy ból"2. To była opowieść o pewnym lordzie, którego młoda żona nagle zniknęła. Coś ją tknęło.

Baker Street!, pomyślała. Poszła do przedpokoju i z kieszeni bluzy wyjęła kartki Kowalskiego.

"Na Baker Street pogoda zmieniła się nagle na deszczową i zaczął wiać jesienny wiatr". Porównała z tym, co właśnie przeczytała: "Po nagłym załamaniu się pogody zaczął padać deszcz w połączeniu z gwałtownym jesiennym wiatrem".

Czy to mógł być przypadek? Czy jednak trop? Cytat nie był dosłowny, ale jeśli Joanna miała do dyspozycji anglojęzyczną wersję książki, to byłoby oczywiste. Olga poczuła gwałtowne podniecenie. Nie, to nie mógł być zbieg okoliczności. To musiało coś znaczyć. Przekartkowała opowiadanie. Sprawa szlachetnego kawalera była historią dziewczyny, która nagle zaginęła. Jej mąż był pewien, że została porwana. Olga zakreśliła fragment opowiadania czerwonym flamastrem, nie bacząc na to, że Siwy, jak to miłośnik książek, może tego nie zrozumieć. Postanowiła zaparzyć sobie kawy.

Najlepiej od razu cały dzbanek.

Pod komendą w Pruszkowie Kosiński wysiadł z samochodu Szczepana, skinął mu na pożegnanie i poszedł na parking, gdzie zostawił własny samochód. Używany, nienajmłodszy Fiat Punto ze znaczkiem firmowym zaprojektowanym przez Janusza Kaniewskiego. Pomyślał, jak zresztą często mu się zdarzało, że znak był tak ładny, że cała reszta samochodu mogła być nawet szara.

Sięgnął do kieszeni po klucze, kiedy usłyszał za plecami szybkie kroki. Ktoś biegł w jego stronę.

Odwrócił się, ale było za późno. Butelka rozprysnęła mu się na czaszce i zapadła kompletna ciemność.

Rozdział 23

1981

Zapadła kompletna ciemność. Na Kasprowicza zgasły wszystkie światła w oknach, świeciły się tylko latarnie. Pusto, niewiele samochodów. Zasiedzieli się w Szpitalu Bielańskim, bo jeden znajomy z Huty, Janek, miał chorą matkę i poprosił Jerzego, by pojechał z namaszczeniem.

Ministrant zawsze się przyda. Choćby po to, żeby poprowadzić samochód.

- Stopień zasilania zero trzy - powiedział Robert wesoło. Lekko mu było, bo dobrze, gdy sprawy pomyślnie idą. Joanna dostała zgodę na przeniesienie i od początku marca będzie studiować na Uniwersytecie Warszawskim. Pierwsze transporty ropy z Karlina trafiły do rafinerii Gdańsk, sąd po strajku okupacyjnym w Łodzi zarejestrował Niezależne Zrzeszenie Studentów, a Kazimierz Deyna podpisał kontrakt w San Diego, i choć wszyscy po cichu żałowali, że Kaka do Legii już nie wróci, to równocześnie cieszyli się jego szczęściem, bo każdy przecież marzył po cichu o Ameryce. Z partii i z rządu wyrzucili premiera Jaroszewicza, który nie poradził sobie ze strajkującymi stoczniowcami. Prezesem Rady Ministrów został generał Jaruzelski i zaczęły się plotki, że Sowieci postawili na zaufanego, który już raz, dziesięć lat temu, kazał strzelać do robotników. Ale to były przecież tylko plotki.

- A zna ksiądz ten kawał o stopniach zasilania?

Ksiądz Jerzy zaprzeczył.

- Siedemnasty stopień: Ruscy gaszą Księżyc, osiemnasty: wyłączają wszystkie gwiazdy, dziewiętnasty: gaśnie Gwiazda Betlejemska, a dwudziesty: świeci już tylko gwiazda na Kremlu.

- Ha - powiedział ksiądz Jerzy, ale się nie roześmiał. - Jakiś taki niewesoły. A ty kiedy się żenisz?

- Czemu ksiądz pyta?

- A tak, z ciekawości, bo widzisz, teraz, jak się kalendarz zapełnia, robotnicy z Huty co rusz zapraszają, żebym odprawił chrzty, śluby, a ty byś u mnie ślub brał, przydałoby ci się to.

- A to dlaczego?

- Porządna spowiedź by ci się przydała.

- Przecież ksiądz wszystko wie. - Robert pomyślał, że dobrze byłoby z Aśką zamieszkać w jego pokoiku w hotelu asystenta, ale nie było to możliwe, zanim się pobiorą. Zostawały odwiedziny.

- Ha, ha, ha, no przecież ty rozumiesz, że nie chodzi o to, co wie ksiądz, i nawet nie o to, co wie Bóg, ale czy potrafisz powiedzieć prawdę. Czy ją potrafisz pomyśleć sam przed sobą. My, ludzie, tak łatwo ulegamy złudzeniom, że jak nie powiemy, nie dostrzeżemy prawdy, to będziemy bezpieczni.

- Bezpieczni jesteśmy jak nigdy dotąd.

- A to czemu?

- Bo na msze święte sprawowane przez księdza Jerzego w Kościele Świętego Stanisława Kostki przybywają nieprzebrane masy wiernych i przebrane masy niewiernych.

- Uważasz, że to niedobrze?

- Uważam, że to bardzo dobrze. Gdzie ma trafiać to słowo o prawdzie, o wolności, jak nie do nich? Jak nie do tej agentury? No przecież Chrystus też do niewiernych przyszedł, do celników, do faryzeuszy, prawych ludzi Słowo Boże krzepi, ale złych ludzi odmienia.

- Tak, teraz trafnie to ująłeś. Trzeba wrócić do tych spotkań, które kiedyś robiliśmy, pamiętasz, na Wybrzeżu. Tutaj, w Warszawie, też jest taka potrzeba. Spotykam się z robotnikami z Huty, którzy mnie pytają o różne rzeczy, co umiem, to wyjaśniam, ale oni mają też pytania, o to, jak rozmawiać z władzą, jak pisać podania czy wnioski, jak odpowiadać milicjantom, kiedy wolno milczeć, a kiedy można mówić. Oni teraz w Solidarności muszą się szybko uczyć o swoich prawach, więc gdybyś chciał, to bardzo byś mi pomógł.

Chryste, ale co ze mną będzie, jeśli się kto dowie? W ułamku sekundy dopadł Roberta lęk. Tamto w Gdańsku było daleko, nikt go nie znał, a teraz co się stanie, jeśli się dowiedzą, a dowiedzą się, bo szpicli coraz więcej, że asystent z wydziału prawa uczy robotników z Solidarności, jak się milicji postawić? Skręcili w prawo i byli już blisko Placu Wilsona. Może nie będzie musiał odpowiadać.

- Powiedz mi, co myślisz. Prawdę powiedz. Wiem, że się lękasz. Ale kiedy to powiesz, przestaniesz się bać. Dobrze być wolnym.

- Tak, boję się. Boję się, że się to wyda, że mnie z pracy wyleją i wszystko mi się rozpadnie.

- Nie, nie bój się. To już się toczy, wiesz? Już poprosiłem moich zaufanych, by uczyli ludzi. Tego teraz potrzeba, oni muszą się nauczyć, że wolność to odpowiedzialność. Wiedzą, że to dla prowadzących ryzyko. Będziesz szczęśliwy. Ja jestem, kiedy im tłumaczę. Wczoraj pytali, co to znaczy, dlaczego prymas powiedział, że ich obowiązkiem, obowiązkiem związkowców, jest obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, obrona człowieka pracującego, ale żeby też służyć państwu w granicach, jakie nakazują obowiązki.

- No i co im ksiądz powiedział?

- Ech, no teraz nie pora już, Robert, ale zapraszam cię na kolację, jeśli masz czas.

- Dziękuję, ale muszę na jutro przygotować zajęcia z kodeksu Napoleona.

- Ale dla moich też przygotujesz, dobrze? Proszę cię. Na następny wtorek?

- O czym? - Poczuł, że nie może odmówić. Ksiądz Jerzy miał w sobie taką charyzmę, że nie dało się mu sprzeciwić, postawić, jakby wiał silny wiatr. Nie można było się schować, chociaż nie kazał, tylko prosił.

- No takie praktyczne działania z kodeksu, zatrzymanie, legitymowanie, co wolno powiedzieć, co wolno zatrzymać dla siebie. Nie żeby się stawiali milicji, ale żeby się jej nie bali.

- Pomogę.

- Poprosili mnie, żebym im poradził, jak powinien wyglądać sztandar Solidarności, rozumiesz? Jesteśmy rodziną. - Popiełuszko trzasnął drzwiami.

I tak się zaczęła dla Roberta tajna warszawska robota w salach katechetycznych Kościoła Świętego Stanisława Kostki. Nie przysporzyło mu to szczególnie wiele pracy, ale miał teraz naprawdę mało czasu, bo zaczął przygotowywać się do doktoratu, a chwilę potem Aśka przyjechała z plecakiem książek i prawie nie miała ubrań, ale co tam, ubrania się jakieś przecież załatwi, teraz najważniejsze, że byli razem, do Łazienek pójdą, do tego akademika, co im przyznali.

- Już - powiedziała.

A on zamilkł nagle.

- Ale co?

- Już mnie możesz pocałować, już nie gadaj, wystarczy.

Pojechali na Kickiego do akademika. Robert się cieszył, że dziewczyny osobno i chłopaki osobno. Mówił, że nie jest zazdrosny, ale wiedział, jak to bywa z chłopakami, popiją, poawanturują się, nie piorą, śmierdzi.

Aśce się podobało. Że jest wreszcie wolna, z dala od mamy i taty, że może sama za siebie odpowiadać, no i oczywiście przede wszystkim że jest blisko Roberta. I teraz już ich nic nie zatrzyma.

- Ale mamie powiedziałaś, że mamy wziąć ślub?

- Nie, nikomu nie powiedziałam, a ty?

- No ja też nie, ale na Wielkanoc pewnie przyjedziesz do nas, do Otwocka, na śniadanie.

Posmutniała.

Jakby dopiero teraz zrozumiała, że kiedy jesteś z kimś, to masz dwa domy, ale żaden nie jest tak naprawdę twój. No i żałowała, że on musi mieszkać daleko, na Służewiu, a ona na Pradze, nie sądziła, że Warszawa jest taka wielka, tyle tramwajów, przesiadek, że można czytać i czytać.

Od nowego miesiąca Jaruzelski wprowadził kartki na mięso i wędliny. Do tej pory na kartki był tylko cukier. Mama Roberta zmartwiła się, no bo jak tu urządzić Wielkanoc?

Aśka była w białej koszuli i wyglądała pięknie. Choć nikt nie wspomniał o tym ani słowa, to czuła się tak, jakby dali właśnie na zapowiedzi.

W lany poniedziałek około południa nagle spadł deszcz. Wcisnęli się w tłumek na jednym z mostków łączących Pałac na Wyspie z suchym lądem. Mostek był zamknięty barierami, ale kiedy zaczęła się burza, wgramolili się tam. Niech ktoś im zwróci uwagę.

- Przyjdą i przegonią - mówili jedni.

- A tam, nie przyjdą - twierdzili drudzy. - Boją się teraz robotników.

- Nic się nie boją, bo generał sprowadzi ruską armię i im dupy obroni - zawyrokował pan w eleganckim kapelutku.

- Ameryka nas uratuje, papież nie pozwoli - zaperzyła się dama z torebką z lśniącej skóry, od razu widać, że z Baltony.

Robert zapaliłby papierosa, ale ciągle nie umiał się przyznać Aśce do tego, a ona i tak wiedziała, bo jak całujesz kogoś, kto pali Carmeny, to czujesz na języku gorycz tytoniu.

Deszcz przeszedł i stanęli w kolejce do zwiedzania pałacu. Potem zakradli się do jego pokoju w akademiku, korzystając z tego, że pani Łucja w portierni zajęta była przerzucaniem kanałów w telewizorze, bo chciała sobie pooglądać Dwójkę, i kochali się do samego rana.

A we wtorek wieczorem Robert z księdzem Jerzym pojechali do Huty zobaczyć wreszcie sztandar Solidarności.

Sztandar był piękny, ręcznie tkany, haftowany srebrnymi i złotymi nićmi. Z jednej strony orzeł w koronie i napis "Solidarność", z drugiej Święty Florian i na górze wyszyte "Honor, Ojczyzna, Wiara", a na dole, pod Florianem, prośba, żeby miał wszystkich w opiece.

Pojechali po niego do Huty rankiem w niedzielę, w imieniny Marceliny, jak żartował kierowca dużego Fiata bez dachu, którym wieźli ten sztandar przez całą Warszawę.

- A widzisz pan, jaka to wyjątkowa maszyna, cudo, pierwszy był zbudowany dla Gierka, żeby nim przejechał na otwarcie Trasy Łazienkowskiej, a jak się samochód spodobał, to zaczęli je montować dla Orbisu, dla Wawel Touristu, żeby wozić zagraniczne wycieczki dewizowe. No i jak papież był w Krakowie, to też takim się poruszał, więc wstydu nie ma.

Robert wskoczył na tylne siedzenie, ale Jerzy nie chciał, wolał taksówką. Bał się, że się przeziębi, a jemu nie wolno było. Po tym, jak na siłę wzięli go w kamasze, jak się nad nim znęcali w Bartoszycach, nie wrócił już nigdy do pełni sił. Często kaszlał. A teraz musiał mieć mocny głos. Msza miała się zacząć o siedemnastej.

Z przodu szofer z Orbisu, w środku krzyż, na miejscu pasażera facet z kierownictwa Solidarności, a na drugim fotelu sztandar. Kiedy ruszyli, sztandar załopotał jak żagiel, ledwo mogli utrzymać, ale radość była taka, jak w Gdańsku w zeszłym roku pod stocznią. Albo jeszcze większa.

Przed kościołem czekało dwadzieścia tysięcy ludzi. Milicji za mało, żeby mogła wszystkich spisać, proboszcz próbuje upchnąć ten tłum w kościele, może się zdarzy jakiś cud, może się ten kościół zacznie rozszerzać, powiększać, i ich ochroni, ale nie, nie ma takiego cudu.

Musi wystarczyć cud wolności. Proboszcz każe więc ustawić nagłośnienie na zewnątrz, na galerię kościoła pod bliźniaczymi wieżami, i stamtąd biskup Kraszewski powie o wolności.

Tego samego wieczoru w Toruniu Grzegorz Ciechowski zagrał pierwszy koncert z nowym zespołem - Republiką. Dwa dni później w Szczecinie spłonął kombinat gastronomiczny Kaskada. Zginęło czternaście osób. A od czwartku Jaruzelski wprowadził kartki na kaszę, mąkę, ryż i masło.

Mama Roberta zamówiła dwóch fachowców, którzy zbudowali jej za domem komórkę. Eleganckie miejsce. Kupiła prosiaka w Kołbieli i taksówkarz za grube pieniądze przywiózł jej zapakowaną w worek po kartoflach świnkę w bagażniku.

- A nie zdechnie?

- Pani, a kto by zdechł od jeżdżenia w bagażniku w takiem elegenckiem Fiacie?

Mama Roberta zaprosiła pana taksówkarza na zupę, bo miała rosół z prawdziwej kury, a pan taksówkarz nie odmówił i osobiście prosiaka przy okazji zaniósł do komórki.

Mama dała śwince na imię Wojciech.

W ostatnią niedzielę maja był pogrzeb prymasa Wyszyńskiego i mama Roberta była pewna, że wypełniają się przepowiednie Sybilli i koniec świata może być już naprawdę blisko. Był już papież, który żył krótko, jest papież z dalekiego kraju, jeszcze tylko jeden papież, z najdalszej krainy, no to wiadomo, że Murzyn, bo Murzyni mieszkają najdalej od Polski. Wasilewska, z którą się spotykała w sklepie, wiedziała o tym najlepiej, że on będzie miał imię bez żadnego numeru i koniec. Na przykład Franciszek. Nie było jeszcze takiego papieża. A przepowiednie Sybilli są nieomylne. Wasilewska miała je spisane na dwudziestu jeden stronach przez przebitkę, dlatego nie wszystko się dało odczytać.

Skoro miał być koniec, mama poczuła się słabo i na pogrzeb nie pojechała. Nie stała w tłumie ani nie słuchała kazania.

No i Wasilewska miała rację. W środę po pogrzebie rozbił się niedaleko nich pociąg ze Skierniewic do Łukowa i było dużo ofiar.

Na rocznicę wybuchu powstania warszawskiego Jaruzelski dał ludziom kartki na proszek do prania, ale za to zabrał im po trzy kartki na mięso. Podobno milicji nie wziął i dalej mieli tyle, co wcześniej.

A jedenastego listopada telewizja pokazała, jak przewodniczący Rady Państwa, Henryk Jabłoński, składa kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Kowalska pomyślała, że może jednak idzie ku lepszemu, ale Wasilewska powiedziała w sklepie, że już strajkują studenci w całej Polsce i że sytuację widzi naprawdę w czarnych barwach.

- A ten pani prosiak to naprawdę ma imię? - zapytała na do widzenia.

- No ma. Teraz to już duża świnia jest, Wojciech.

- A czemu tak?

- Żebym ją czasem mogła kopnąć w dupę.

Rozdział 24

Teraz

- Psa to trzeba czasem kopnąć w dupę - powiedział ten o niskim, głębokim, nieco zachrypniętym głosie.

- No. - Ten drugi mówił niewiele i Kosiński nie potrafiłby go w żaden sposób opisać. Zresztą nie mógł się nad tym zastanawiać, bo właśnie oberwał. To już trzeci raz. Kopali go po udach i dupie. Nie za mocno, ale spodnie pewnie będą do wyrzucenia, bo czuł, że idą po miękkim. Po łące albo lesie. Nie miał pojęcia. Miał na głowie worek. Kiedyś by się pewnie bał. Jeszcze z rok temu, półtora. Może nawet by jęczał, prosił. Ale teraz już nie. Przeszedł już chrzest bojowy i wiedział, że człowiek tak łatwo nie umiera. Że nie wolno przestać myśleć. Dopóki myślisz, analizujesz, dopóty nie wpadniesz w panikę. Jeśli spanikujesz - przegrasz. Strach jest najgorszym wrogiem. Starał się skupić na tym, co było dostępne. Nałożyli mu szmatę na łeb, znaczy nie rozwalą. Inaczej po co by się męczyli? Wiedział, że się męczą, bo jeden, ten, który niewiele mówił, sapał. Pewnie gruby. Albo może chory? Boże, żeby tylko nie na tego wirusa, bo wtedy co? Wszystko na nic, zarazisz się i zdychasz. Nie, no nie może być zarażony. Ten wirus to jakiś spisek. Dziwna sprawa. Z głodu umiera na świecie więcej ludzi, na grypę...

- Idź - rozkazał ten, który niewiele mówił, i znowu Kosiński poczuł kopnięcie. Potknął się. Korzeń, a więc nie jesteśmy na polu. To jakiś las. Może park...

Ból w rękach spętanych na plecach sprawił, że Kosiński ocknął się nagle w kompletnej ciemności, podrygując w jakimś ciasnym kufrze. Szumiało mu w głowie i trudno było złapać oddech. Odsuwał głowę, ale szmata, którą miał na ustach i nosie, ohydna, drażniąca, swędząca i obca, nie odpuszczała. Ale też nie uciskała go i zrozumiał, że to nie jest knebel, że ma na głowie worek. Skoro nie knebel, to nikt go nie usłyszy. Ten szum musi oznaczać asfalt, zrozumiał, że jest w samochodzie. Wiozą go gdzieś. Czuł zapach stęchlizny i oleju, ale kiedy poruszył ręką, tą, która była na górze i jeszcze nie ścierpła, poczuł śliską powierzchnię.

Folia.

Wrzucili go do kufra wyłożonego folią. Żeby nie było śladu, jeśli go rozwalą. Nie, nie rozwalą, jakby mieli rozwalić, to po co worek? Może żeby ten, który strzeli, nie musiał widzieć, do kogo pruje? Cholera wie z tymi gangsterami. Poczuł, że się poci. Że lęk znalazł drogę do jego głowy. Maleńki strumyczek. Tylko kilka kropel, ale kropelki lęku są jak rtęć. Przyciągają się, puchną, zatruwają wszystko dookoła. Nie, nie wolno się bać.

Olga tymczasem nie spała, ale tym razem nie cierpiała, nie przewracała się z boku na bok, nie skopywała prześcieradła, nie wyrzucała z łóżka poduszek, żeby po kilku minutach po omacku poszukiwać ich w pokoju, nie zrzucała kołdry ani nie przykrywała się samym prześcieradłem w nadziei, że może jest po prostu za gorąco, żeby spać. Nie łykała melatoniny, nie piła wódki, nie uderzała się w palec o porzucone na podłodze książki, nie klęła, nie wyła po cichutku z bezsilności, nie otwierała ani zamykała okien. Nie liczyła baranów. Nigdy ich nie liczyła. Nawet zamartwianie się, co z Szymonem, odłożyła w głowie na taką półkę, do której w tej chwili nie mogła dosięgnąć. Piła kawę. Tak, miała wyrzuty sumienia, ale to przecież będzie dziecko policjantki. Musi być przyzwyczajone do kawy. Do adrenaliny. Do tego nerwowego, ale zdrowego podniecenia, kiedy czujesz, że jesteś na dobrej drodze, że coś zaczynasz rozumieć.

Dolała do kawy więcej mleka.

W końcu jeśli policjantka jest matką, musi przywyknąć do mleka.

W notatniku na czystej stronie zapisała: "Pierwsza kartka Joanny Cichej, nadana w Londynie we wrześniu 1984, zdanie z opowiadania Szlachetny kawaler. O porwanej dziewczynie".

Druga kartka. Ta z wodospadem Niagara. "Kochany, Ameryka jest taka piękna. Bardzo za Tobą tęsknię. Nie wyobrażasz sobie, jakie to szczęście lecieć samolotem i widzieć ocean z nieba. Mam nadzieję, że szybko się spotkamy. Ludzie tutaj są bardzo pomocni, mam pracę w sklepie, mieszkam w polskim domu. Wodospad Niagara wygląda prawie jak ten w Meiringen, prawda? Kocham Cię. Joanna".

Widziała tylko jeden punkt zaczepienia. Meiringen. Kowalskiemu nic to nie mówiło, ale kiedy on sprawdzał wszystkie konotacje, miał do dyspozycji jedynie encyklopedię. Nawet jeśli była to Encyklopedia Britannica, to jednak nie to samo co internet. Przejrzała strony o Meiringen i znalazła informacje, że w wielu europejskich językach bezy to meringue, bo właśnie w tamtejszej cukierni, w roku 1600 niejaki Gasparini pierwszy przyrządził bezy. A potem... jest! Z Meiringen rusza szlak do wodospadu Reichenbach, w którym giną razem Sherlock Holmes i profesor Moriarty. A więc jednak to jest szyfr! Wiadomości Cichej mają drugie dno. Baker Street było sygnałem!

"Dlaczego Cicha pisze szyfrem?" - notuje Olga.

Nie rozumie tego. Przecież w Ameryce nic jej nie groziło. Wiedziała, że jej pocztówki do poszukiwanego wtedy Kowalskiego będą czytane przez cenzurę, może nawet przez kogoś w esbecji, kto się zajmował jego sprawą. Ale jaki miała powód, żeby nie napisać po prostu "wodospad Reichenbach"? Mogła zapomnieć tę nazwę. Kupiła kartkę z Niagarą na poczcie, nie pamiętała nazwy i napisała "wodospad w Meiringen". Dlaczego jednak nie napisała "wodospad, w którym utonął Holmes"? I jakie znaczenie ma to, że Holmes ginie przez profesora? Czy to jest ważne? "Profesor", zapisała w notatkach. Czy któryś z wykładowców Joanny może mieć związek z tą sprawą?

Trzecia kartka. Most, Stachura, panna Dunbar. Most kojarzył jej się z wodospadem, ale to prowadziło donikąd. Stachura. Sprawdziła tekst tej piosenki. "Nie Brookliński Most, ale na drugą stronę głową przebić się przez obłędu los..."

A panna Dunbar? Zaczęła wertować książkę o Holmesie w niejasnym przeświadczeniu, że spotkała się gdzieś z tym nazwiskiem. Nic. "Dunbar, Holmes" - wpisała w Google. I jest! Zabójstwo przy moście. Olga sięgnęła po książkę, to tylko kilkanaście stron. Szanowany milioner prosi Holmesa o znalezienie zabójcy jego żony. Okazuje się, że zabił ją właśnie zleceniodawca, bo zakochał się w nauczycielce, pannie Dunbar.

Co mi chcesz powiedzieć, Joanno? Myśli Olga. Że cię ktoś zabije? Ledwo pochwyciła tę myśl, Olga zobaczyła oczami wyobraźni Joannę Cichą, kobietę ducha z rękami przybitymi do stołu. "Na drugą stronę przebić się przez obłędu los...", tego próbowałaś? Powiedzieć Kowalskiemu, że cię chcieli zabić? Że dlatego musiałaś wyjechać z Polski? Grozili ci śmiercią. Ale kto? Może ci, od których dostałaś paszport? Musiałaś coś wiedzieć, coś, o czym nie wolno nikomu mówić. Dlatego pisałaś do Kowalskiego szyfrem... Ale w Nowym Jorku mogłaś znaleźć ludzi, którzy by ci pomogli, dziennikarzy, choćby z Głosu Ameryki, na pewno by ci się to udało. Dlaczego nie spróbowałaś? A może się starałaś i dlatego cię zabili, kiedy wróciłaś? Co wiedziałaś?

Następna kartka. Ta z Metropolitan. W treści są Irene Adler i Holmes przebrany za oficera. Olga znowu przegląda książkę. Skandal w Bohemii wydaje jej się bardzo ciekawą opowieścią. Irene Adler okazuje się śpiewaczką z Warszawy. A Holmes tropi ją przebrany nie tylko za oficera, ale też za księdza.

"Oficer" - zapisuje Olga. "Oficer i ksiądz".

Nie wiem, co Cicha chciałaby jej powiedzieć, ale czasami, kiedy notujesz ważne słowa, zaczynają się układać w sensy, jakich się po nich nie spodziewasz. Jakby język sam prowadził rękę. Dlatego zapisuje i dodaje: "śmierć", "tajemnica", "skandal", "zabójstwo"... "zaginięcie" - przypomina jej się słowo z pierwszego listu. Zaginięcie narzeczonej. A z drugiego - zaginięcie Holmesa. Bo niby zginął w tym wodospadzie, ale potem okazało się, że tylko upozorował swoją śmierć.

Olga zamyka oczy.

Podnosi kubek.

Kawa jest całkiem zimna.

Zimna jak śmierć, myśli. Ale to nic.

Wypija i dopisuje "upozorował śmierć".

W tym samym czasie Kosiński czuje, że chce mu się sikać. Zresztą już od dłuższej chwili pęcherz daje o sobie znać, ale przecież postanowił się nie odzywać. Po tym, jak zapytał "Dokąd idziemy?", oberwał w głowę jakimś ciężkim narzędziem. Pewnie latarką. To nie było mocne uderzenie. Nie chcieli, żeby zemdlał, tylko żeby nie gadał.

Czuje, że rośnie mu tętno. Że znowu zaczyna się bać. W głowie coraz więcej plam rtęci. Coraz więcej.

- Szczać mi się chce - mówi jednak głośno.

- Co tam szczekasz, psie? - To ten o niskim głosie.

Mógłby grać w kinie, podkładać głosy, myśli Kosiński i plama rtęci troszkę maleje.

- Szczać mi się chce.

Milczenie. Ale nikt go nie uderzył. Idą teraz w dół. Nie jest stromo. Kluczą. Czuje, że ten, który go trzyma za kajdanki, szarpie raz w lewo, raz w prawo. Skręcają, omijają drzewa.

- Szczać mi się chce - powtarza głośniej.

Woof, palnięcie w łeb z boku. Ręką. A więc broń ma ten, który idzie z tyłu. Ten milczący.

- Słyszałem.

- Oszczam spodnie, ale to nikomu nie pomoże. - Kosiński ryzykuje. Chce z nim mówić.

- A czemu?

- Smród... - chwieje się przez chwilę na jakiejś nierówności terenu - smród to smród. Nie będzie wam miło.

- Nie musi. Długo już się z tobą nie będziemy męczyć.

- Psie - dodaje ten drugi i podciąga ręce w górę, a bransolety wpijają się Kosińskiemu w przeguby. Ramiona w nienaturalnej pozycji bolą, jakby nagle je ktoś zmroził. Z bólem jest tak, że albo cię budzi, albo usypia. Kosiński zobaczył w głowie kolejną grubą bańkę rtęci.

Olga ogląda następną kartkę. Manhattan. "Kochany, Nowy Jork jest taki wielki, taki hałaśliwy i taki piękny, że człowiek czuje się tu czasami jak ta rzeźba Morana". Tak, szukała już w sieci informacji na ten temat, ale teraz ma pewność, że trzeba wpisać w wyszukiwarkę razem "Moran i Holmes". Jest! Pułkownik Moran z opowiadania Przygoda w pustym domu.

Olga jest już zmęczona. Nie wie, która godzina, ani nie chce wiedzieć. Czuje, że bolą ją oczy i głowa. Musi zasnąć. Ale chce też wiedzieć. Ściąga spodnie i skarpety, kładzie się do łóżka w koszulce i majtkach. Nie ma ochoty, ale musi spać, żeby być zdrowa. Za dwoje, bo teraz smutki ma dwa, serca dwa, zaczyna w głowie nucić piosenkę sprzed lat. Kiedyś, kiedy była dziewczyną, zupełnie jej nie rozumiała. A teraz wszystko jasne, to przecież o kobiecie, która ma dziecko i jest z tym całkiem sama. O niej. Kładzie się na brzuchu, to ciężka książka, nie utrzyma jej nad głową. A potem czyta. Pułkownik Moran to zły gość. Przyjaciel księcia zbrodni, profesora Moriarty'ego. Odkrywa, że Holmes nie zginął w wodospadzie, i przybywa go zabić. Detektyw stawia w oknie swojego pokoju woskową figurę, tak aby wszystkim wydawało się, że w pomieszczeniu znajduje się żywy człowiek.

Żywy człowiek, myśli Olga i zasypia z głową na książce, która pachnie starym, dobrym introligatorskim klejem.

- No to co? - słyszy Kosiński. - Tu będzie dobrze?

- No - bąka ten małomówny i szarpie kajdankami.

Zatrzymują się.

Do uszu Kosińskiego dociera śpiew jakiegoś nocnego ptaka. Hu, hu... ciekawe, czy to sowa? Chciałby wciągnąć w płuca to leśne powietrze. Przypomniało mu się, że kiedy byli na akcji poszukiwawczej i szli przez sosnowy las, pachniało tak intensywnie. Tamci stoją. Nic się nie dzieje. Słyszy trzask. Zapalniczka. Gdyby to był film, James Bond skakałby teraz w las i uciekał ze skutymi rękami i w worku na głowie. Ale to nie żadna amerykańska superprodukcja, i Kosiński boi się, że mu się nie dadzą wysikać, a on już długo nie wytrzyma.

- Sikać mi się chce - mówi głośno.

- W sumie czemu nie? - słyszy tego o miłym głosie. - Każdy ma prawo do ostatniego życzenia. Ale ja bym wolał fajkę.

- He, he, he - śmieje się ten drugi.

- Ty tak nie rechotaj, tylko mu wystaw fiuta, niech leje.

- Ale jak?

- Normalnie, kurwa, przecież go nie rozkujemy.

- Nie - odmawia ten drugi - ja psiego chuja nie ruszam.

- Dobrze, rozkuj go, pies nie pies, niech leje. Klamka przy łbie, żeby nie skakał.

A potem podchodzi do Kosińskiego i oznajmia:

- Szczasz i kończymy. Jeśli spróbujesz wywinąć jakiś numer, to cię znajdą z chujem w łapie. Będą o tobie krążyć legendy.

Bańka rtęci w głowie Kosińskiego pęka i wie, że nie będzie uciekał. Sika, nie widząc, na co, i uświadamia sobie, że to pierwszy raz w życiu.

Lewa ręka wolna. Na prawej obręcz.

Potem czuje, jak ktoś chwyta kajdanki, ciągnie go z metr, oplata mu ręce wokół drzewa i skuwa ponownie.

- No to by było na tyle - mówi niski głos.

Kosiński czeka na wystrzał. Ale nie. Słyszy śmiech.

- Wiesz, co się robi z psami na święta? Wypierdala się je do lasu i przywiązuje do drzewa. Jak mają szczęście, ktoś tamtędy przechodzi. Inaczej, zdychają z głodu. Wielkanoc jest, więc życzę ci, żebyś miał szczęście i wziął sobie tę lekcję do serca. Jak jeszcze raz o mnie zapytasz, odstrzelę ci jaja.

Potem Kosiński słyszy kroki, a później znowu nocnego ptaka.

- Hu, hu...

To musi być sowa.

Rozdział 25

1982

- Hu, hu? To musi być sowa - powiedział, gładząc jej nagie plecy. Otworzył okno, bo szyby całkiem zaparowały.

- To mewa jest, wariacie jeden.

- Jak mewa, w nocy?

- Normalnie. Trzaskasz oknem, to ptak nie może spać.

Joanna odwróciła się na plecy i Robert w wątłej niebieskiej poświacie zza szyby widział jej sterczące sutki i kędzierzawe włosy pod brzuchem.

- Wyspowiadasz się z tego? - zapytała.

- Nie, w życiu bym mu tego nie powiedział. - Robert zsunął się z łóżka i zaczął przeszukiwać kieszenie.

- No ale co ty, nie pal, mama się obudzi.

- A myślisz, że nie śpi?

- Myślę, że nie chce, żebyśmy to sprawdzali.

- Przecież krzyczałaś, na pewno się obudziła.

- Cichutko jęknęłam - mógłby przysiąc, że się zawstydziła - ale przecież by nie przyszła z tego powodu, a jak zapalisz, przyjdzie.

- Ale czemu... - Strasznie mu się chciało. - Za oknem będę trzymał.

- Przyjdzie, bo bardzo nie lubi. Jakby wiedziała, że palisz, toby się na małżeństwo nie zgodziła.

Odłożył Carmeny do kieszeni. Nie ma co przesadzać. Zresztą lepiej, żeby nie wyglądał teraz przez okno, cholera jasna wie, kto tam łazi, kto stoi w cieniu. No i był wdzięczny rodzicom Asi, że go przygarnęli, że nie musiał spać w parafii.

- Przecież narzeczony to rodzina. Gdzie będziesz się po obcych tułał? Nie wiadomo, jak to długo jeszcze potrwa, kiedy się spotkacie, więc się sobą nacieszcie - stwierdziła wcześniej matka.

Widziała, że byli szczęśliwi, że Aśka w domu, a nie w tej Warszawie. Czas niepewny. Wojsko na ulicach. Nie wiadomo, ilu naszych aresztowali, musimy się policzyć, mówił ksiądz Jerzy już w poniedziałek, kiedy Robert przedarł się do Świętego Stanisława pod pretekstem, że musi matce lekarstwa przywieźć, a to amerykańskie są, na raka, i że sprowadził je przez Kościół.

Pretekst nie był potrzebny, nie zatrzymywali go.

Odwrócił się od okna i patrzył na szczupłe uda i na płaski, twardy brzuch dziewczyny, która zapisała się na judo.

Nie spał z Joanną od ostatniej nocy przed ogłoszeniem stanu wojennego.

Leżeli wtedy na jego amerykance, wąskiej, skrzypiącej, ale jak się ją złożyło, to od razu było w pokoju więcej miejsca. Trochę się pieścili, a trochę oglądali na Dwójce film. Włoski. Święty Michał miał koguta. Wydumany trochę, ale Robert słuchał chwilami lektora, bo to była historia anarchisty, który wychodzi z więzienia po wielu latach i odkrywa, że to, o co walczył, nie miało sensu, bo w nowym świecie nikogo już nie obchodzi. Na ekranie telewizora dwaj ludzie płynęli łodzią we mgle po jakimś jeziorze i nagle wszystko zgasło.

Ekran zrobił się mlecznobiały. Głosu nie było. Spojrzał na zegarek. Północ. Wstał i na golasa poszedł kręcić gałką, ale telewizor zdechł. Aśka się śmiała. Że to jak z filmu, jej nagi chłopak przy telewizorze oświetlony tym pulsującym, bolesnym światłem.

Podobał jej się.

Lubiła patrzeć na jego wypukły, wąski tyłek, szczupłe ramiona, płaski brzuch, i że ciągle ma wzwód.

Następnego dnia spali do późna, ale w końcu musieli wyleźć z wyra. On miał miód od matki i swojską, suchą końską kiełbasę, a ona straszny apetyt. Taki, że aż pomyślała, czy nie jest w ciąży, czy te prezerwatywy Eros Ol-Ex naprawdę działają.

Kiedy zbiegli na parter, Halina Zarychta wieszała na drzwiach hotelu plakat.

- Patrzcie, co się dzieje, właśnie przywieźli. Niech mi pan potrzyma, bo muszę te pinezki, a to małe, cholerstwo, jeszcze potem kto nadepnie.

Robert pomógł.

Afisz miał swoją moc. Duży. Czarne litery. Obwieszczenie. A potem mniejszymi, ale tłustym drukiem, o wprowadzeniu stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa. Przebiegł oczami wszystkie zakazy, także fotografowania, i znalazł to, czego szukał, czego się z księdzem Jerzym spodziewali: "Osoby mające ukończone lat 17, w stosunku do których istnieje uzasadnione podejrzenie, iż pozostając na wolności, prowadzić będą działalność zagrażającą bezpieczeństwu państwa, mogą być internowane".

- Musimy jechać - powiedział. - Dowód masz? Bo teraz to mogą nas zatrzymać.

- Mam, zawsze mam.

- Muszę kupić benzynę, może jeszcze gdzieś otwarte?

Puławska pusta. Przy kinie Moskwa stoi SKOT. Nad nim wielki afisz z napisem Czas apokalipsy. Podobno znakomity film, ale teraz nie wiadomo, czy jeszcze będą kina.

- Boisz się? - pyta Aśka.

Do tej pory cały czas milczała.

- Teraz nie jest czas, żeby się bać - obwieszcza Robert i łapie się na tym, że nie tylko mówi. Że naprawdę tak myśli. Nie trzeba się bać, bo oni to wszystko zrobili po to, żebyśmy się bali. - Komuna to jak choroba. A w chorobie przegrywasz, jeśli się boisz. Strach osłabia, sprawia, że się kulisz, zwijasz, że cię boli coraz bardziej. Nie wyzdrowiejesz, jeśli się boisz.

- No to co? Co teraz będzie?

- Teraz trzeba wiary. - Popatrzył na nią. - Wiara jest lekarstwem na strach. Skoro Jaruzel wyprowadził wojsko, to znaczy, że się boją, boją się bardziej niż my. Że ich plan, żeby nas zagłodzić, się nie udał.

- Ale ja nie o to pytam. - Poprawiła kurtkę.

- A o co? - Skręcił w Wawelską, bo tam, prawie naprzeciwko liceum Słowackiego, też była stacja CPN.

- Co z nami? Co ze ślubem?

- Kurwa - powiedział na głos.

CPN był otwarty. Zatankował za wszystkie kartki. Gdyby to nie była zima, toby się nawet nie martwił, ale z maluchem diabeł jeden wie, kiedy zapali.

Gdy odjeżdżali, zobaczył, że pracownicy stacji już zamykają, chociaż stoi kolejka samochodów. Przestraszyli się, Wawelską jechał SKOT. Czołgista w hełmofonie jak z Czterech pancernych i psa.

- Ślub weźmiemy, jak się to skończy, w wolnym kraju.

- Ale czy ty...

- Tak - przerwał Asi. - Kocham cię. Zawsze tak będzie.

Na Marszałkowskiej milicjanci i wojsko w czapkach uszankach grzali się przy koksowniku, bo było naprawdę zimno.

A teraz był koniec lutego i widzieli się znowu. To był szczęśliwy dzień. Wrócą razem do Warszawy, bo uniwersytet znowu działa.

Przyjechał Zastavą wypakowaną darami z Niemiec, żadnej bibuły, żadnej farby, powielaczy, nic, same konserwy, masło, dziwny pomarańczowy ser, czekolady, lekarstwa. Dary Kościoła niemieckiego dla Kościoła polskiego. Pani Kasia to mu przyszykowała, wszystko zapisane w jej rejestrach.

Nie musiał tu jechać z darami, to była przykrywka. W poniedziałek, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, w piwnicy kościoła na Żoliborzu ksiądz Jerzy sporządził mapę. Wyciął z czerwonego kartonu duży wizerunek Polski i ponaklejał na niej, na białych papierkach, nazwy miejscowości. Czerwonym pisakiem - więzienie. Niebieskim - internat. Nikt przecież nie miał pojęcia, ilu jest uwięzionych, ale po kilku dniach już było wiadomo, że mają Karola Szadurskiego z komitetu strajkowego w Hucie, Jacka Kuronia, Annę Walentynowicz i Stefana Jaworskiego.

- Rodziny zostały bez pieniędzy, bez kartek na jedzenie, wielką zagadką jest, gdzie oni teraz są - mówił. - Trzeba się tymi ludźmi zająć. Musimy się zorientować, co z nimi.

Jak tylko coś wiedział - wpisywał nazwisko na tę mapę. Robert przyjechał do Gdyni, żeby usłyszeć, co z Ewą Kubasiewicz. Ewa odeszła z zarządu regionu po konflikcie z Lechem Wałęsą, tuż przed zjazdem Solidarności, potem brała udział w strajku w Wyższej Szkole Morskiej i napisała ulotkę, żeby się nie poddawać. Za to ją teraz sądzili. Strajk odbywał się w WSM-ce, sąd wojskowy, Roberta na rozprawę nie wpuścili, ale czekał przed gmachem, aż wyjdą adwokaci. Dostała dziesięć lat. I pięć lat pozbawienia praw. To nie było za tę ulotkę, ale za jej całe życie. Za to, że się odważyła marynarzom powiedzieć, że mogą być wolni.

- A widzisz. To tak, jak mówił ojciec święty: walka o wolność jest naszym obowiązkiem. Bo wolność jest nam nie tylko przez Boga dana, ale jest również zadana - mówił ksiądz Jerzy, kiedy się już spotkali w Warszawie. - Zadana, to znaczy trzeba ją ciągle na nowo zdobywać. Nie wolno czekać, aż inni ją nam wywalczą.

I Robert nie czekał. W czasie kolejnej podróży do Trójmiasta spotkał się z Kołodziejem i zaczęła się dla niego prawdziwa konspiracja. Nie z tymi, którzy gadają i o "czynszach radzą i bawią w stolicy", ale z osobami występującymi z orężem i potrafiącymi w czasie przesłuchania przez esbecję podłożyć im nadajnik radiowy, żeby podsłuchiwać, o czym gadają.

Tymczasem w Warszawie ktoś pomalował farbą pomnik Dzierżyńskiego i postrzelił milicjanta w tramwaju. Do kin wszedł Vabank i nikt nie mógł uwierzyć, że w PRL-u można nakręcić taki doskonały film. Polska wycofała Człowieka z żelaza z rywalizacji o Oscary i Andrzej Wajda nie zdobył nagrody, choć wszyscy wiedzieli, że mu się należy. W telewizji dziennikarze już nie zawsze byli w mundurach, a od kwietnia w radiu znowu nadawała Trójka, chociaż nie wszyscy dziennikarze wrócili.

To miasto nigdy nie należało do komunistów ani nigdy nie będzie ich. W starciach trzeciego maja pięćdziesięciu jeden milicjantów i zomowców odniosło rany. Ilu oberwało z drugiej strony, tego nikt nigdy nie będzie wiedział.

W każdą ostatnią niedzielę miesiąca ksiądz Jerzy odprawiał msze święte za ojczyznę. Na pierwszej, w lutym, ludzi było normalnie, niewiele, ale teraz, w maju, to już prawdziwy tłum. Nie mieszczą się w kościele, stoją w parku i wszędzie dookoła. Na Plac Wilsona nie dojedziesz, wszystko obstawione zomowcami, milicją, a ksiądz Jerzy nie mówi wiele, tylko że ta litania, którą teraz odczyta, napisana została w więzieniu. I zaczyna, a wszyscy za nim:

Matko w Solidarności nadzieję mających, módl się za nami.

Matko oszukanych, módl się za nami.

Matko zdradzonych, módl się za nami.

Matko w nocy pojmanych, módl się za nami.

Matko uwięzionych, módl się za nami.

Rozdział 26

Teraz

Módl się za nami grzesznymi, Aniele Boży, stróżu mój, który jesteś w niebie, teraz i w godzinę... - Kosiński powtarzał w myślach. Chociaż nie kierował słów do niebiańskiego obrońcy od dziecka i nie wszystkie fragmenty pamiętał. Ale dzięki temu w jego głowie nie pękała już żadna bańka. Strach odszedł.

W dzieciństwie dużo się modlił. Babcia kupiła mu książeczkę, czarna płócienna okładka, brzegi stron czerwone. Ładna rzecz, ale w środku same modlitwy i pieśni. "O Maryjo, bądź nam pozdrowiona" musiał śpiewać z babcią na nudnych mszach pachnących starymi kobietami: kartofle, krochmal, naftalina i żółte krople, które odmierzała łyżeczką do cukru, kiedy dziadek nie miał siły wstać i iść do łazienki.

- Wyjdź, wnusiu, babcia musi zmienić prześcieradło.

Musiał się modlić, bo babci, mamie i ciotce strasznie zależało na jego pierwszej komunii. Wspaniałym przyjęciu i że dostanie komputer. I garniturek. Cała klasa też szła do komunii. Podobało mu się. Bóg pierwszokomunijny jest dobry i łaskawy. Wystarczy, że powiesz mu wszystko, a on ci wybaczy. A ksiądz był taki miły, elegancki, nauczył ich, jak pięknie trzymać ręce i jak klękać z głową uniesioną i oczkami wpatrzonymi w krzyż. Tylko ciamajdy klękają, patrząc na podłogę, twierdził, a oni byli dziećmi bożymi i nie musieli opuszczać oczu.

Potem przestał się modlić. Jeśli osobą zadającą ból jest ksiądz, to przestajesz wierzyć Najwyższemu, który go przysłał.

Milczał. Nie powiedział ani babci, ani mamie, ani cioci Honoracie. Bogu też nie miał już nic do powiedzenia. Aż do teraz. Teraz, pomyślał, Stwórca mógł wyrównać rachunki i to byłoby sprawiedliwe. Mógłby pomóc i przysłać tego swojego anioła.

Nie, Kosiński nie modliłby się ze strachu. Ze strachu się pocił i drżały mu nogi. Tak było, kiedy kopali go w dupę i grozili, że mu odstrzelą jaja.

Ale teraz nie. Opanował się i wiedział, że jest twardy. Co tam taki pot, naturalna reakcja organizmu wskutek zastrzyku adrenaliny. Lęk można oswoić. To nie jest powód, żeby się modlić.

Kosiński modlił się z nudów.

Był głodny, pęcherz spuchł i domagał się ulgi. Jezu Chryste, Panie miły, Baranku bardzo cierpliwy, nie daj mi się tu rozkleić z nudów.

Nie w tych spodniach.

Trzasnęła jakaś gałązka i Kosiński zesztywniał, a jego własny głos pod czaszką zamilkł. Zastygł. Kurwa, może to ten młody wraca? Odwiózł starego do Pruszkowa i teraz przyjechał, żeby sobie postrzelać? Młodzi tacy są, chcą za wszelką cenę udowodnić starym gangusom, że się nadają. Nie, to głupie, sam siebie zganił w myślach. Jakby znalazł to miejsce po nocy? Musiałby zostawić wcześniej jakieś znaki. Uch... No ale dzik? Nie, dzik idzie ciężko, a ta gałązka musiała być cieniutka, to tylko subtelne "trzask". O! I znowu. Może to szczur?

Przekręcił głowę, ale worek tłumił dźwięki.

Pomyślał, że usiądzie, ale nie dał rady tego zrobić, bo drzewo było zbyt szerokie. Musiał szeroko rozstawić stopy, inaczej jedna trafiała na korzenie i natychmiast cierpła. I pomyśleć, że są tacy ludzie, którzy się przytulają do drzew, kurwa, co za debilizm. Obejmował je już pewnie od dwóch godzin albo i dłużej, i gdyby naprawdę można było coś od tego drzewa poczuć, toby poczuł.

Ale nic nie można. Kora szorstka. Pachnie drewnem i pleśnią.

Miał dwa wyjścia: zdechnąć z głodu albo umrzeć z nudów. Nic innego drzewo nie było w stanie mu zaoferować, ale był wdzięczny Bogu, do którego nie gadał, że nie pada. Gdyby lało, wkurzyłby się do nieprzytomności i pewnie by krzyczał. Serbia by tego nie pochwalała. Stwierdziłaby, że policjant nawet z nudów musi umrzeć z godnością. Serbia go znajdzie. Wiedział, że tak będzie. Znajdzie go, bo namierzy jego komórkę.

Kurwa, tylko czy ja naładowałem telefon? Te smartfony potrafią zdechnąć w kilka godzin. Która może być godzina? Boże, dopomóż - poprosił jeszcze raz, a potem powiedział w głowie najgłośniej, jak się da: "Olga, Olga, zbudź się!".

Olga zbudziła się nagle i przez chwilę nie rozumiała, gdzie jest. Poczuła adrenalinę, lęk, ale leżała tylko w łóżku. Już dzień, kłębki kurzu w powietrzu, w trójkącie, jaki słońce wycina z mroku jej pokoju przez szparę między zasłonami. Wieki nie odkurzałam, myśli, dawno mnie to przestało obchodzić. Chciała jeszcze chwilę zostać po tamtej stronie, zapamiętać ten sen, bo miała pewność, że jest ważny, ale rozpłynął się jak dym, jak kurz. Patrzyła czemuś w oczy, ale nie pamięta już, co to było. Wszystko prysnęło. Czytała wywiad z jakimś psychologiem snu. Twierdził, że jeśli człowiek przed zaśnięciem postanowi, że będzie pamiętał, to sen zostanie. Leżała w skopanym łóżku w tej samej koszulce, w której była w pracy, i w nieświeżych majtkach. Czuła w ustach kwaśny smak zjełczałego masła, a lewy policzek bolał, bo leżała na otwartej książce. Grube tomisko odcisnęła sobie na twarzy. Roztarła kark i wiedziała, że musi zadzwonić do Kowalskiego, że odkryła wczoraj wieczorem coś ważnego, ale zupełnie nie pamięta, co to było.

Spojrzała na ekran telefonu. Już dwadzieścia pięć po dziewiątej. Późno, bardzo późno.

Jej notes leży na poduszce, sprawdza słowa zapisane w nocy.

"Oficer, ksiądz, oszukać, śmierć, tajemnica, skandal, zabójstwo... zaginięcie".

Zaginięcie narzeczonej - przypomniało jej się pierwsze opowiadanie. To było zaginięcie narzeczonej, powtarza w myślach i wie, że miała jakiś plan, ale to może poczekać, teraz ma poczucie, że musi zadzwonić jak najszybciej do Kowalskiego. Jak tylko pozbiera myśli, bo jeśli nie śpisz długi czas, a potem wreszcie zaśniesz, to twoje ciało, twój organizm wydaje ci się obcy i nieprawdziwy. Z zakamarków podświadomości wyciągnęła resztki snu: pies, wielki, czarny, uwiązany do ściany budynku na łańcuchu, którego nie może zerwać. Ale gdyby to zrobił, skoczyłby Oldze do gardła. A ona stoi tylko jak sparaliżowana i patrzy mu w oczy, nie potrafiąc strzelić. Boi się, że jeśli strzeli, to... nie potrafi sobie przypomnieć, co dalej. Pies Baskerville'ów, myśli, to przez tego Holmesa, kiedyś oglądała film o wielkim psie potworze, a teraz zaczyna chyba tracić dystans. Trzeba się otrząsnąć. Przemyć oczy i skontaktować się z Kowalskim. No i ciekawe, czy Kosiński coś znalazł w Pruszkowie? Zadzwoni do nich, ale najpierw kawa. Nie! Najpierw musi umyć zęby. Nastawia czajnik i włącza radio.

"Mieszkałaś gdzieś w domu nad Wisłą, pamiętam to tak dokładnie, twoich czarnych oczu bliskość" - słyszy Kobrę i nagle robi jej się strasznie przykro, bo przecież zna historię tych chłopaków, którzy w stanie wojennym chcieli uciec od wojska, symulowali choroby i poznali się w szpitalu psychiatrycznym, założyli zespół i nagrali piosenkę, niemającą sobie równych. Kiedyś, kiedy była młodą dziewczyną, marzyła, żeby ktoś ją tak potrafił kochać, jak oni tę dziewczynę z ulicy Fabrycznej.

Z trudem powstrzymuje się od płaczu, wrzuca szczoteczkę do zlewu i dzwoni do matki Szymona, ale jej telefon milczy, więc Serbia od razu myśli, że stało się coś złego, że Szymon nie przetrwał nocy. Włącza komputer, by przeczytać, ile jest nowych ofiar koronawirusa, ale komputer mieli jakieś aktualizacje. Wreszcie zaczyna obracać algorytmami i Olga ładuje Onet, i czyta, że zdiagnozowano czterysta trzydzieści siedem nowych zachorowań na COVID-19 w Polsce. Odnotowano czternaście przypadków śmiertelnych. Zgierz, Łódź, Poznań, Bytom... nikt nie umarł we Wrocławiu. Czuje wilgoć na policzku.

Jedna łza. Może najwyżej pięć. Zbiera je palcem. Są słone.

No nie, nie, dziewczyno, nie ty, mówi sobie w duchu. Robi jej się niedobrze, ale zdąży na czas, dobiegnie.

Potem dzwoni do Kosińskiego, ale młody nie odbiera i Olga jest zdziwiona. Ale tak naprawdę, do szpiku kości. Zdarzało się, że nie odbierali ci, których kochała, albo ci, których ścigała albo na których liczyła, ale Kosiński reagował zawsze.

Kosiński słyszy telefon i rozumie, że jest dobrze, bo przecież nie miał pewności, czy mu komórki nie zabrali. Ani czy bateria smartfona wciąż trzyma. Nie wiedział, jak długo stoi, ale wystarczająco, żeby podejrzewać, że już od dawna jest dzień. Najpierw słyszał ptaki, darły się jak oszalałe, potem znowu trzasnęły w pobliżu gałęzie i coś dużego tupało i fukało. Nawet nie drgnął i obce zło odeszło. W końcu musiał zasnąć, bo to niemożliwe, żeby stać tyle godzin bez snu. A może to nie był sen, tylko letarg? Nie działo się nic, a po jakimś bliżej nieokreślonym czasie zrobiło się ciepło i przez czarny worek przebijało się do niego światło.

Wreszcie usłyszał telefon i postanowił, że choćby nie wie, co się działo, wytrzyma. Chciał tylko sikać i pić.

Kowalski odebrał natychmiast.

- Dzień dobry, pani podkomisarz, ma pani jakieś dobre wieści?

- Jakie byłyby dla pana dobre?

- Wie pani, kiedy Asia zginęła? Są wyniki?

- Nie ma, ale coś wiem.

- Ważne to jest?

- Tak.

- Powie mi pani teraz?

- Wolałabym na żywo.

- Nie wiem, czy to będzie możliwe w najbliższym czasie, wie pani, co się tutaj dzieje? Kaczyński uważa, że wybory korespondencyjne są całkowicie bezpieczne, miał właśnie wywiad w radiu. Oni nie odpuszczą. A to przecież jakiś koszmar, każdego dnia ludzie umierają, pandemia się rozrasta, a oni chcą nam koperty rozsyłać. Ja już nie mówię, że to grozi kolejną falą epidemii, ale przede wszystkim to jest zamach stanu, chcą wyeliminować elektorat opozycji.

- Sugeruje pan, że roześlą zakażone koperty?

- Nie, ale wiadomo, że nasz elektorat nie pójdzie do takich wyborów, a pisowscy fanatycy już tak. I Kaczyński na to liczy. Przy minimalnej frekwencji Duda wygrywa w cuglach.

- Aha...

- Nie interesuje to pani? - zmitygował się.

- Interesuje. Ale mam do zrobienia swoją robotę. Szukam tego, kto zabił Joannę Cichą. I miałam nadzieję, że się spotkamy, bo chyba rozgryzłam te pańskie widokówki. I chciałam panu pokazać krzyżyk.

- Jaki krzyżyk?

- Joanna Cicha miała w przełyku krzyżyk.

- Nie rozumiem - rzucił, po czym odezwał się do kogoś: - Panie Andrzeju, nie teraz, nie teraz, mam ważną rozmowę, niech im pan powie, że zaraz podejdę, tak, tak, zaraz... Przepraszam panią, ale tu, w sejmie, jest urwanie głowy... - Ściszył głos: - Krzyżyk?

Olga pomyślała, że zasłonił usta drugą dłonią, żeby nikt niepowołany nie słyszał, i stąd ta dziwna zmiana w głosie.

- Ferula.

- Nie wiem, co pani do mnie mówi.

- Ferula, krzyż papieża. Taka figurka Jezusa na krzyżu, którą Jan Paweł II miał na swojej lasce.

- Na pastorale.

- Właśnie.

- Dobrze, spotkajmy się. Za godzinę. Proszę przyjechać. Mam zaraz konferencję prasową, muszę się zastanowić, czy startować, czy nie w tym pisowskim plebiscycie. Jezu, krzyżyk Joasi...

- To jej krzyżyk?

- Tak. To jej krzyżyk. Wyjątkowa rzecz. To prezent. Dostała go od księdza Jerzego Popiełuszki. W osiemdziesiątym trzecim zawiozłem go na lotnisko, na spotkanie z papieżem, i wtedy papież podarował mu ten krzyżyk przez swojego sekretarza, bo jakby coś dał Popiełuszce na oczach innych, toby nam od razu zrobili rewizję, po odlocie Jana Pawła. Jerzy dał mi ten krzyżyk w samochodzie. "To dla twojej dziewczyny"... Nie... Nie tak powiedział. "To dla twojej narzeczonej". Papieski krzyż... - Urwał, po czym znowu powiedział do kogoś: - Jezu... Lecę, już lecę, niech im pan powie, a! To na żywo?!... Olga, przepraszam, że tak do pani mówię, ale muszę iść, bo to na żywo nagrywają. Za godzinę. W sejmie.

Wyłączył się.

Olga umyła zęby jeszcze raz, bo po mdłościach nie mogła się jakoś uspokoić. Może się zaraziła? Może to nie z powodu ciąży? W każdym razie kiedy wsiadła do auta, miała tylko tyle czasu, żeby dojechać do sejmu.

"Za dwa tygodnie Sejm zajmie się obywatelskim projektem nowelizacji ustawy o zaostrzeniu przepisów dotyczących aborcji - powiedziano w radiu - o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży..." Przełączyła.

"...Matki, siostry i psa, ojca z zaświatów i lwa - zaśpiewała Kasia Nosowska - i czarnej Wołgi, Wołgi, Wołgi, Wołgi".

Rozdział 27

1982/1983

- Albo czarna Wołga - powiedziała Asia - czarna Wołga to jest najstraszniejsza opowieść.

Do północy brakowało trzech kwadransów. Joanna żałowała, że nie udało im się wyjechać w góry, i miała o to do Jaruzelskiego osobisty żal. Ten sam żal co wszyscy: o strzelanie do górników, o więzienia, o zgnojenie narodu, o te głupie słowa, które puszczała telewizja, że Polska to nie Teksas i nie da się zamknąć jak Indianie w rezerwacie, będzie zawsze otwarta na świat. Albo te kpiny ze znaku wiktorii, że na tę literę nie zaczyna się żadne polskie słowo. Ale chowała też wobec generała swoje osobiste urazy. O góry, o ślub odłożony na czas stanu wojennego, a teraz to nie wiadomo do kiedy, bo Robert zaangażował się w coś, o czym jej nie chciał powiedzieć wszystkiego, ale wiedziała, że to jest ważne i dla Polski.

"Dla Polski". Od ponad tysiąca lat najlepsza wymówka chłopaków z naszego plemienia, żeby wyjść z domu i niczego nie tłumaczyć swoim dziewczynom.

- Nie, wcale nie czarna Wołga, najstraszniejszy jest porywacz dzieci - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu Alicja, jej koleżanka z akademika. - Fryzjer porywa dzieci i przemyca je do NRF, bo tam można takiego malucha sprzedać zagranicznej rodzinie. Fryzjer goli mu głowę i naciera skórę specjalną pastą, żeby nie poznała go prawdziwa rodzina.

Sylwester w akademiku jest na bogato, każdy przywiózł z domu, co mu tam matka naszykowała - galaretkę z nóżek, kiełbasę w słoiku, bigos, ogórki, samogon, zajzajer i berbeluchę.

- To głupie - śmieje się chłopak z chemii, rozlewając alkohol do musztardówek po sarepskiej - no jak przewiózłby takie dziecko przez granicę? Granice zamknięte, a ty cygańskie dziecko do NRF?

- Do Berlina Zachodniego. - Alicja wcale się nie obraża. Sylwester nie jest od obrażania się. - Zresztą nie mówiliśmy, że historie mają być prawdziwe, tylko że mają być straszne.

- Stan wojenny znieśli. - Grzegorz z historii kuca przy radiu, żeby lepiej usłyszeć. - A nie, nie znieśli, ale zawiesili. To pewnie możemy wyjść na pole i się porzucać śnieżkami.

- Wierzysz im? Kurwa. - Felek, jego kolega z pokoju, ciągle jeszcze ma twarz przeoraną na fioletowo, bo oberwał pałą przez łeb, kiedy próbował zrobić zdjęcia w rocznicę trzynastego grudnia. Aparat, małą Zorkę, miał schowany pod płaszczem. Dziurka na obiektyw wycięta tak, że jak opuścił połę kołnierza, to nie widać. Ręka pod kurtką, żeby zwolnić migawkę. Nawet w rocznicę porozumień udało mu się zrobić kilka zdjęć, a teraz nie.

Uciekł, ale oberwał. Zomowcom nie chciało się biec po Kamiennych Schodkach, bo oblodzone, pośliźniesz się, to cię ani tarcza, ani przyłbica nie ochronią.

- A czarna Wołga to wiecie skąd się wzięła? - Grzegorz zostawia radio i pije pół szklanki samogonczika jak rodowity Rusek, bez mrugnięcia okiem. Wiedzą, że się lubi mądrzyć, ci z historii tak mają, ale darują mu to, bo chłopak naprawdę wie sporo.

- To było dwadzieścia lat temu naprawdę, na Grochowskiej, chodziło o porwanie Lilianny Hencel przez trzy kobiety, które jej matka wpuściła do mieszkania, bo pochodziły z tej samej wioski co ona. Uprowadziły dziewczynkę czarną Wołgą, ale zostały schwytane przez milicję. Zeznały, że jedna z nich chciała zdrowe dziecko, bo jej własne urodziło się kalekie.

- No tak. Czarna Wołga, białe firanki w oknach, w środku ksiądz, rabin i zakonnica, porywają dziecko i spuszczają mu krew, z której zrobią lekarstwo dla bogatych Niemców umierających na białaczkę. - Asia jest już lekko wstawiona. Patrzy na Roberta i uśmiecha się do niego. Robert milczy, trochę się czuje nieswojo, doktorant w towarzystwie pierwszo- i drugoroczniaków pijanych i gadających głupoty. Odwzajemnia uśmiech. Podoba mu się sukienka Asi, przerobiona z jej matczynej, granatowa, kołnierz i mankiety sama wykonała na szydełku. Obcisła. Aśka nie ma biustonosza i Robert widzi, jak pod tą sukienką prężą się jej sutki.

- Nalejesz, bracie? - Podsuwa szklankę Grześkowi.

- No, ale jak pan docent opowie jakąś straszną historię.

- Znam dwie - Robert nie chce być gburem, skoro zgodził się przyjść z Joanną, to nie może jej zrobić wstydu przy kolegach - i są znacznie poważniejsze niż czarna Wołga. Nie kojarzę tej historii z porwaniem dziecka, ale wiadomo, kto jeździ Wołgą w takiej Legnicy czy w Świnoujściu, gdzie Sowieci mają swoje bazy militarne. Nie wiecie?

Po ich minach zorientował się, że nie.

- No KGB, najgorsza komunistyczna swołocz świata.

- Przecież w Polsce nie ma KGB. - Felek machnął ręką.

- Co ty, jest - mruknęła Hanka z romanistyki. - Ja mam ciotkę w Legnicy i ona mówi, że u nich jest KGB, normalnie mają swój budynek.

- Oj, docent, docent - Grzesiek nalał mu szklankę po rąbki - nie mądrzyj się, tylko opowiadaj straszne historie.

- Na Nowogrodzkiej pewien rosyjski oficer zabił kobietę, aktorkę, w której się kochał, Marię Wisnowską. To była głośna sprawa, na jej pogrzeb na Powązki przyszła cała Warszawa.

- A co w tym strasznego?

- Jej duch się ukazuje w tej kamienicy.

- Nie spłonęła podczas wojny?

- No właśnie nie. I dziewczyna chodzi tam po korytarzach w samej bieliźnie.

- W majtkach? - Asia zrobiła przesadnie wielkie oczy. Lubiła, gdy Robert opowiadał takie historie, że wszyscy słuchali. Wstała i zgasiła lampkę, tak że siedzieli teraz tylko przy świeczkach powtykanych w butelki.

- Nie, w peniuarze, to historia z dziewiętnastego wieku przecież.

- No dobra, a druga? - Grzegorz nakładał sobie sałatki na talerz z zielonym napisem "WSS Społem". Musieli go zwinąć z jakiejś stołówki.

- Druga jest z Placu Dzierżyńskiego. Jest tam taka rozgrzebana budowa. Parkany stoją cały czas. Tam nie można niczego wybudować, na miejscu Wielkiej Synagogi, bo parcela jest przeklęta przez rabina Warszawy i dopóki się władze nie dogadają z rabinem, który potrafi zdjąć przekleństwo, nic tam nie powstanie.

- Eeee... - Grzegorz był sceptyczny.

- Nie "eeee", tylko sprawdź, dlaczego tam się nic nie udaje. Nawet metra nie ma w Warszawie, bo miało tamtędy przebiegać.

- A ja też wiem, gdzie straszy - oznajmia nagle Agatka, cicha, ładna, z archeologii. Więc kiedy mówi, to wszyscy się odwracają, bo jak ktoś rzadko się odzywa, to trzeba go posłuchać.

- Na placu po Rotundzie można spotkać ducha. Bo tam było pięćdziesiąt ofiar, ale komuniści powiedzieli tylko o czterdziestu dziewięciu, bo inaczej musiałaby się odbyć specjalna międzynarodowa komisja.

No tak. Wszyscy kiwają głowami ze zrozumieniem, a Agatka, ośmielona tym nagłym powodzeniem, opowiada jeszcze o mieszkaniu na Wilczej, na pierwszym piętrze, zaraz na rogu Alej Ujazdowskich, gdzie samobójstwo popełnił pewien student i nocami straszy jego duch, i nikt tam nie może mieszkać. Robert myśli, że to podejrzane. Że to zbyt dobry punkt obserwacyjny, żeby mogło być przypadkiem. Może esbecja rozpowszechnia takie dezinformacje, żeby swobodnie obserwować Aleje? Stamtąd widać, kto jedzie do ambasad...

Asia widzi w jego oczach ten sam cień. Odkąd zaczął w czerwcu znikać, najpierw mówiąc, że musi pojechać sam do Wrocławia, a potem już tylko, że jej nie może powiedzieć dokąd, pojawiał się w jego oczach jakiś mrok. Sprawiał, że Robert zamyślał się, i to nie było dobre dla konspiratora, żeby czynił coś w sposób tak oczywisty.

- Opowiedz o Trzecim Maja - prosi - to jest naprawdę straszna historia.

- No. - Kiwają głowami pozostali. Każdy słyszał, że Trzeci Maja to było coś.

- No co tu opowiadać? - Robert się trochę kryguje, nie wyjawi im przecież, że poszedł na demonstrację nie po to, żeby pokazać komunie gest Kozakiewicza, ale żeby robić zdjęcia tajniakom. Ktoś musiał wykonać to zadanie. Oni nam, a my im.

- Zebraliśmy się przed zamkiem. Z pięć, sześć tysięcy ludzi. Tyle samo ZOMO, milicji, ormowców, prowokatorów. Na początku walili w tarcze i szli, chcieli nas zepchnąć do katedry. Wyłapać. Fotografowałem. Gazem strzelali, a potem poszły w ruch armatki wodne, żeby porozbijać na małe grupy, które potem atakowało ZOMO. Mokry przedarłem się na Świętojańską. Księża wylecieli z katedry, żeby ludzi zasłonić, kobiety ratować... Bo się msza skończyła i wierni wyszli prosto w ten tłum. Rzucaliśmy kamienie, kawałki rozbitych płyt chodnikowych, deski, potem niektórzy wyrywali kosze na śmieci, żeby barykadę budować na Świętojańskiej... No ale oni parli dalej, zepchnęli nas do Rynku, potem na Krzywe Koło. Lecą za mną, uciekam przez jakąś bramę i w prawo, na podwórko. Nie ma wyjścia stamtąd. Słyszę, jak napieprzają butami, chowam się do klatki, pierwsze piętro nic, drugie nic, trzecie też, poddasze, otwiera pani, tam już kilka osób, rozdają karty, każdy mówi jakieś imię, udajemy, że gramy, że nic nie wiemy. A jak się uspokoiło, pytam, dlaczego na innych piętrach nie otwierali, a ona mówi, że w tym domu sami prokuratorzy mieszkają.

Wszyscy się śmieją.

Potem jest północ i całują się, i piją po łyczku ruskiego szampana, jak się to komuś udało załatwić, nie wiadomo, to prawdziwy cud. Bimbru sporo, ale jutro przecież wolna sobota.

Potem tańczyli. Nie mógł powiedzieć, że do upadłego, że po kres, że do utraty tchu, bo nie lubił tańczyć, ale kiedy Grzesiek nastawił na gramofonie trzeszczący niemiłosiernie singiel Black Magic Woman, nie mógł Asi odmówić. A potem Królowie życia i Chcemy być sobą.

- Chcemy bić ZOMO - śpiewali - chcemy bić ZOMO wreszcie.

Potem, przy tych świecach i z głową pełną alkoholu, przytulił ją jakoś bardziej. Hard To Say I Am Sorry, Chicago. Lubił tę piosenkę, często szła w radiu. Dotykał jej pupy, a ona przyciskała brzuch do jego brzucha i wcale nie zwracali uwagi na to, że to przecież nie wypada, żeby się pan docent obściskiwał ze studentką tak przy wszystkich w małym, dusznym pomieszczeniu trzy metry na trzy.

Strasznie pomięta była sukienka Asi, kiedy ją z niej ściągał w jej pustym i zadymionym pokoju nad ranem. Koleżanki poszły z chłopakami balować gdzieś dalej, a oni zasypiali spoceni, z włosami gęstymi od dymu.

Wcale mu to nie przeszkadzało, że tyle palą.

W poniedziałek spotkał się z księdzem Jerzym, bo był opłatek służby zdrowia. Przyszedł tłum ludzi, chociaż zaproszenia były tylko bezpośrednio, z ust do ust, żadnych ogłoszeń. A mimo to stali na korytarzu. Prymas dobrze powiedział, że Kościół nie opuści narodu, tak jak lekarz nie porzuciłby chorego. Że nie pójdą na żadne układy z władzą.

U księdza Jerzego źle. Odkąd trzy tygodnie temu wrzucili mu do domu cegłę z przywiązanym do niej zapalnikiem, to zawsze u niego ktoś śpi. Psa mu przynieśli, Tajniaczek. Szczeniaczek - Tajniaczek. Prałat go nawet lubi. W oknach założyli siatki specjalnie przygotowane w Hucie. Teraz już nawet granat nie wleci. No ale wtedy zaczęły się sprawy z samochodem.

- Eee nie, teraz już nie malują, jak ostatnio polali Skodę wikarego zamiast mojej Zastavy. Grzebali przy kołach, ale hutnicy ich spłoszyli... Byli milicyjnym radiowozem. Ale sprawy dobrze idą. Będę miał mszę na rocznicę powstania styczniowego, przyjdź. Będzie Wajda, aktorzy, Geremek, Mazowiecki, Onyszkiewicz, po mszy zapraszam na herbatę u mnie na górze.

- Przyjdę - mówi Robert - mam kasety z Let Poland Be Poland. Przyniosę, żeby zobaczyli, jak Frank Sinatra śpiewa po polsku, jak Reagan, Thatcher, Mitterrand mówią, żeby Polska była Polską. No i aktorzy amerykańscy. To wielka rzecz jest. Podniesie wszystkich na duchu.

Robert woził te kasety po Polsce. Był kurierem. Jak Nowak-Jeziorański, myślał sobie, jak Nowak-Jeziorański.

Dobrze się zaczął ten rok. Stan wojenny, ale dobrze. Miłość, przyjaźń, konspiracja. W kraju nie było tak dobrze. Holoubka wyrzucili z Teatru Dramatycznego, Wałęsie nie dali wrócić do pracy, Walentynowicz skazali za kontynuowanie pracy związkowej w stanie wojennym, manifestację na rocznicę wybuchu powstania w getcie rozbili w puch, a w maju zabili Grzegorza Przemyka. Pogrzeb poprowadził ksiądz Popiełuszko. Robertowi zdawało się, że był tam milion ludzi. Wszyscy w milczeniu. Jerzy powiedział, że absolutne milczenie będzie najbardziej wymowną manifestacją.

I Warszawa stanęła w kompletnej ciszy.

Dwa tygodnie później, w ostatnią niedzielę, msza za ojczyznę była o matkach. O Matce Bożej i matce chłopaka zabitego na Jezuickiej. Ksiądz mówił, że maj stał się w Warszawie czasem panowania Szatana, któremu mało wytaczania na Plac Zamkowy armat wodnych i wystawiania uzbrojonych oddziałów ZOMO, więc posunął się do ataku na klasztor sióstr franciszkanek.

- Ale to było Szatanowi za mało. I dlatego posunął się do tak strasznej zbrodni, że z przerażenia oniemiała cała Warszawa. Przerwał niewinne młode życie. W sposób bestialski zabrał matce jedynego syna. Bo nie wystarczyło mu, że wielokrotnie pastwił się nad matką i chłopcem. Że pierwszego maja matkę wraz z synem, który za parę dni miał zdawać maturę, przetrzymywał w areszcie bez żadnego powodu. Nie wystarczyło, że trzeciego maja poranił ją w brutalnej akcji na klasztor. - Zawiesił głos. - Biada Kainom, którzy krew bratnią, krew niewinnego Abla przelewają. Bo krew Abla wołać będzie o sprawiedliwość do samego Boga!

A potem przeczytał wiersz matki Grzegorza. Kilka słów. Szło jakoś tak:

"Co powiecie, gdy wszyscy staniemy przed Bogiem, po jednej stronie długi rząd polskich matek, po drugiej wy - synów ich kaci?"

Ludzie płakali. A inni stali w milczeniu.

Rozdział 28

Teraz

Stał w milczeniu i wpatrywał się w niewielki przedmiot w plastikowym woreczku.

- Mogę go wyjąć?

Pokręciła głową.

- Nie, to dowód w sprawie, nie ma na nim żadnych odcisków palców, ale po co mają być pańskie?

- Zmusili ją do połknięcia? - zapytał.

Olga znowu pokręciła głową.

- Nie wiem. Na początku, kiedy go znaleźliśmy, sądziłam, że to, jak jej przebite ręce, jest elementem tortury...

- Że to jakiś rytualny mord?

- Dlaczego? - Olga zaczęła się zastanawiać, czy jednak nie przeoczyła takiej możliwości, że Kowalski może mieć rację, to rytualny mord, ręce przebite, krzyż w przełyku, że to sataniści, zboczeńcy, może jakieś naprane kwasem czy klejem małolaty z tamtych czasów. Wszystkie te myśli przebiegły jej przez głowę, zanim Kowalski zdążył powiedzieć, co mu się wydaje.

- No ręce przebite jak Chrystus... i ten krzyż...

- Nie wzięłam tego pod uwagę - przyznała.

- Dlaczego?

Kowalski nie oddawał jej woreczka. Wpatrywał się w niego, jakby ten niewielki, poczerniały przedmiot miał tajemniczą moc przenoszenia ludzi w czasie, jakby nie stał już na korytarzu sejmu, ale był teraz gdzieś daleko, bardzo daleko stąd. Zaszkliły mu się oczy.

- Dlaczego pani o tym nie pomyślała, Olgo?

Bo to się nie zdarza, chciała powiedzieć, ale przypomniała sobie dochodzenie, o którym uczyła się w czasie studiów. Chłopak i dziewczyna, gdzieś na Śląsku czy w Zagłębiu, nigdy nie wiedziała, którędy przebiega ta granica. Zabili ich koledzy ze szkoły. Zrobili to dla Szatana. Pocięli nożami w jakimś bunkrze. Musi do tego wrócić i przejrzeć akta tej sprawy.

- Nie wiem. Może zawiódł mnie instynkt.

- Uważa pani, że takie sprawy się nie zdarzają? Że to tylko antysemickie legendy z siedemnastego stulecia?

- Tak - przyznała. - Mogłam tak pomyśleć, ale teraz przypominam sobie, że była taka sprawa. Okoliczności podobne, bo to było w jakimś opuszczonym bunkrze. Na Śląsku. Uczyli nas o tym w szkole policyjnej.

- Przybili komuś ręce gwoździami?

- Nie, o ile pamiętam, pocięli nożami dziewczynę i chłopaka. To było mniej więcej dwadzieścia lat temu, może dwadzieścia pięć. Satanistyczne symbole, widziałam zdjęcia. Pentagramy, odwrócone krzyże. No i trzy razy litera F.

- Trzy razy F?

- To jakiś satanistyczny kryptonim... nie pamiętam, uczyłam się o tym już dawno temu.

- A tam, gdzie znaleźliście Joasię, były jakieś znaki?

- Nie. Tylko ten napis, który wyryła. Gdyby były jakieś symbole czy napisy, proszę mi wierzyć, nie przegapiłabym... - Czuła się jak na egzaminie, jakby ją przyłapał na ściąganiu.

Pokiwał głową.

- Co powiedział pani instynkt? - zapytał bez cienia złośliwości.

- Że jeśli pokażę panu ten krzyżyk, to coś się w panu otworzy.

Milczał.

- Że się przyznam? Że miałem z tym coś wspólnego?

- Nie. Tego nie pomyślałam. - Olga poczuła lekki zawrót głowy. Tylko chwila. Ale zdążyła się przestraszyć.

- Nie pomyślała pani, że to ja?

- Statystyki wskazują, że często zabijają właśnie najbliżsi. Ale nie. Nie sądzę, że to pan. Sądzę, że to wiadomość.

- Ale że krzyżyk?

Pokiwała głową.

- Są dwa rozwiązania. Pierwsze, że to tortura. Wymyślna, podła, okrutna. Musiałby zrobić to ktoś, kto nienawidzi, nie wiem... Boga, Kościoła, kleru. Może jakaś ofiara pedofilii, to taki modny temat. Ale dlaczego torturowałby Joannę Cichą, która nie była przecież zakonnicą?

- Dlatego, że mógł. Źli ludzie są okrutni dlatego, że mogą.

- Tak?

- Przeżyłem stan wojenny. Widziałem, jak bestialscy są ludzie dlatego, że są bezkarni. Przecież oni żyją, ci zomowcy, ormowcy, komunistyczni karierowicze, pochowani w różnych instytucjach, czasami w polityce, zdziwiłaby się pani. Dobrzy, rzetelni ludzie. Nie są teraz paskudni, bo nie mogą.

- Okej - przytaknęła Olga - ale przyjmijmy, że to nie tortura. Druga możliwość jest taka, że sama to zrobiła.

- Samobójstwo? Chciała umrzeć? Sądziła, że to doprowadzi do zadławienia?

- Do perforacji żołądka? Wątpię. To jednak maleńki przedmiot. Dzieci połykają większe i nic im się nie dzieje. Możemy gdzieś usiąść, proszę, dziś nie jadłam śniadania i jakoś nie czuję się najlepiej.

- Tak... Tak... Ale może pojedziemy gdzieś, do jakiejś restauracji, mam dosyć tego wszystkiego, co się tutaj dzieje.

- No przecież wszystko pozamykane przez tę pandemię.

- Tak, rzeczywiście. To chodźmy na górę, do mnie, mam jakieś ciastka. Kawę.

Pokiwała głową.

W windzie mówiła cały czas. Bała się, że wróci jej lęk przed ciasnymi pomieszczeniami. Mówiła o kartkach z Ameryki, że układają się w szyfr.

- Najpierw Baker Street, znalazłam to zdanie w opowiadaniu o zaginionej narzeczonej. Rozumie pan, o tutaj, mam to gdzieś zapisane. - Szarpała się chwilę z kieszenią, po czym zamknęła ją na suwak, żeby niczego nie zgubić. Pomyślała, że powinna kupić sobie torebkę. Kobiety zawsze noszą torebki, w filmach kryminalnych też. Trzymają w nich na przykład pistolety, a ona chowa wszystko po kieszeniach. - Zaraz, zaraz, kartki posklejałam.

Kosińskiemu wydaje się, że to koniec. Że nie wytrzyma już dłużej. Jest mu gorąco, pod kapturem, zaślinionym i wilgotnym, poci się coraz bardziej. Ptaki milczą od kilku godzin, nie dzieje się kompletnie nic. Może to nie były godziny? Może od pięciu minut? Kurwa jego mać, myśli, bo nie modli się już więcej. Nie chce. Próbował recytować jakieś wiersze z dzieciństwa. Wszystko, żeby tylko nie zwariować. Czuje doskonale ból w nogach, w stopach, czuje głód i przede wszystkim ten pęcherz, jebany pęcherz, nie wytrzyma.

Było takie opowiadanie Lema. O pilocie Pirxie. On też tak leżał, badali go, czy wytrzyma. Lem miał jedno dobre zdjęcie, w okularach jak denka od butelek, siedzi na tle okna, a w szybie odbijają się latarnie, żyrandole, zupełnie, jakby leciało UFO. Tak, pilot Pirx. Płynie w jakiejś cieczy. "Psie", powiedzieli. Co się robi z psem w święta? Wywozi się go do lasu.

Kiedyś miał jednego. U babci, w tej wiosce, gdzie chodził do podstawówki. Jak rodzice się kłócą, lądujesz u babci. Dobra szkoła. Klasy jeden-trzy wszędzie są takie same. Babcia miała psa. Stary był i już nie do końca czarny, zostało mu tylko czarne imię. Burek. Taki zwierzak z dawnych czasów, gdy imiona dla nich były zwyczajne. I ten Burek mógł sobie latać, gdzie chciał, nawet do sklepu czy innych domów. Kosiński wiedział, że tam biega, że prosi dzieciaki o chleb z masłem.

Burek prosidełko. Nie jadł chleba bez masła. Taki był cwany. Piszczał, przekrzywiał łeb i czekał. Śmiali się z niego w szkole, ale mu dawali, a on się złościł, bo przez to Burek był jakby nie do końca Kosińskiego. Należał trochę do wszystkich. A on chciał, żeby ten pies był tylko jego.

Wtedy gryzłby tych, którzy się śmiali.

To były dobre czasy. Mógł mieć zwierzaka, babcię i koleżanki z klasy. Psy siedziały przy budach. Ale nie Burek, on latał po całej wsi, aż do jeziora. Kurwa, nie wytrzymam, pomyślał Kosiński, pęknie mi pęcherz.

Kowalski posadził Olgę w swoim fotelu i pochylał się zadziwiony nad kartkami Joanny. Nawet zapomniał o kawie i herbacie.

- A więc ta nawiązuje do Szlachetnego kawalera. O porwanej dziewczynie... Pocztówka z wodospadem jest o udawanej śmierci Holmesa. Skacze do wodospadu z profesorem Moriartym. Kolejna, z mostem, o zabitej żonie... - Bierze każdą do ręki i wpatruje się w literki. - Uważa pani, że to jednak jest szyfr?

Olga potakuje.

- No tak, tak myślę. Ta z operą jest o kobiecie, którą Holmes pokochał, ale też o przebieraniu się nie za oficera, ale za księdza.

- A pozostałe?

- Wciąż nie wiem. Ale chciałam znać pana zdanie. I jeszcze jedno pytanie, takie nie na telefon...

Już miała zacząć mówić o Zbigniewie Kowalskim - stołecznym deweloperze podejrzewanym o to, że swój wielki majątek na przejęciach i restrukturyzacji firm zrobił do spółki z gangsterami - ciotecznym bracie kandydata na prezydenta, ale rozdzwoniła się jej komórka. W ułamku sekundy pomyślała o Szymonie, że umarł, że jej świat znowu się zawali, że będzie sama jak pies z dzieckiem, które nie pozna taty.

Patrzy na ekran. Numer nieznany. A więc to ojciec Szymona. Odbiera, nawet nie przychodzi jej do głowy, żeby przeprosić Kowalskiego, chciałaby wstać, ale ten miękki, głęboki fotel poselski jakby ją ogarniał, wiązał.

- Olga - mówi - Olga Suszczyńska.

- Słuchaj, suko - słyszy nieznajomy głos. Chce wyłączyć, ale tamten jest szybki. - Mam Kosińskiego.

- Co to znaczy?

- Jak pan mówi, pies nie szczeka. Rozumiesz, suko?

Olga milczy. Czuje, że krew uderza jej do głowy, i kątem oka widzi, że Kowalskiemu oczy robią się duże, budzi się w nich niepokój.

- Mam twoje szczenię. Jest zdrowy, kurwa, jeśli nie trzeba, nie zabijam. Ale jeśli się nie odpierdolisz od sprawy tej dupencji Kowalskiego, zginiesz. Wezmę cię jak twojego przydupaska i nigdy cię nie znajdą. - Przerwał.

- Co z Kosińskim? - Olga ryzykuje pytanie.

- Las Bielański nie jest nieskończony. Znajdziesz. I odpierdol się od tej sprawy. Jak komu coś powiesz, nie żyjecie. I ty, i ten twój szczeniak.

Koniec połączenia.

Olga siedzi w fotelu zdrętwiała i czuje, że jej puchną nogi. Jakby buty zrobiły się nagle za małe.

- Dobrze się pani czuje, Olgo? - Kowalski pochyla się nad nią. - Może okno otworzyć? W porządku?

Serbia myśli szybko. Czy to przypadek, że telefon zadzwonił w czasie, kiedy jest w gabinecie Kowalskiego? A co, jeśli to Kowalski za tym stoi? Jeśli jego ludzie, albo ludzie tego gangstera, chcą ją powstrzymać przed grzebaniem w sprawie Cichej?

- Wszystko w porządku... - mówi i słyszy, że jej głos jest słaby, obcy, bez siły. - To mój narzeczony... złapał tego koronawirusa. Martwię się o jego zdrowie.

- To on dzwonił?

- Nie, jego ojciec. On jest ciągle nieprzytomny. Ale chyba przeżyje. Muszę jechać, przepraszam, muszę natychmiast jechać.

Czuje, że nie da rady wstać.

- Proszę mi podać rękę - mówi. - Oj, przepraszam, zaprosiłem panią na kawę, już to naprawiam. - Sięga w kierunku komunikatora na biurku.

- Oj, nie - Olga nie puszcza jego dłoni - muszę biec, mam bardzo pilną sprawę, zasiedziałam się.

- No jak to, a pani pytania?

- Wrócę do tego. - Olga czuje się coraz bardziej osaczona, nie powinna marnować czasu, musi coś przedsięwziąć, ale nie może powiedzieć Kowalskiemu, nikomu.

Wreszcie łapie równowagę i zaczyna zbierać te zagraniczne kartki, szyfr sprzed lat.

- Proszę zostawić - mówi Kowalski - bardzo proszę.

- Ale jeśli się nie mylę, to dowód w sprawie.

- Daję pani słowo posła, że nie stanie im się krzywda. Oddam. Ale ja teraz muszę z nią porozmawiać po prostu.

- Jak to? - Olga nie rozumie.

- Jeśli to szyfr, to on jest dla mnie i ja muszę go odczytać. Rozumie pani?

Olga nie chce się sprzeczać, wie tylko tyle, że czas teraz machnąć na to ręką.

- Jutro oddam. Spotkamy się. Obiecuję - nalega Kowalski. - Odprowadzić panią?

Serbia kręci głową.

- Nie, trafię.

Opuszcza pomieszczenie, mija sekretariat, nie patrzy na kobietę, która zajmuje się sprawami Kowalskiego, bo nie ma ochoty już tracić ani sekundy. Wychodzi na korytarz. Szeroki, biały, lśniący. W głowie ma ten bunkier. I Kosińskiego z przebitymi dłońmi.

Las Bielański.

Jej szczenię.

Żyje.

Zbiera się w sobie i wybiera numer Leśmiana. Ten nie odbiera. Ale ona jest uparta. Będzie dzwonić do skutku. Do usranej śmierci.

Wreszcie się odzywa.

- Co mi tu, jasna cholera, mam naradę z ministrem, nowe obostrzenia...

- Mają Kosińskiego, szefie.

- Co ty pierdolisz, jak Ko...

- Wolałabym o tym nie mówić, ale to ktoś od nas.

- Jak od nas? - Olga słyszy, że dźwięk jest teraz inny, jakby Leśmian mówił w kułak, do dłoni owiniętej wokół mikrofonu.

- Może ci z Pruszkowa go sypnęli, albo ktoś od nas, no nie wiem na pewno, ale skąd mieliby informację, jak go wygarnąć? Skąd wzięliby mój numer? Skąd by wiedzieli o sprawie? Powiedzieli, żebym się odpierdoliła od tej dziewczyny Kowalskiego.

- Myślisz, że on w tym macza palce?

- Kowalski?

- No.

- Nie wykluczam, ale to potem. Teraz muszę znaleźć Kosińskiego. Powiedzieli, że żyje i że jest w Lesie Bielańskim. Musimy go znaleźć.

- Dobra, spotykamy się u mnie. Powiem ministrowi, że stan wyższej konieczności. Coś wymyślę. Jedź do mnie.

Olga wciska guzik od windy i uświadamia sobie, że w sejmie kręci się tylu ludzi, że nie wiadomo, kto dotykał tych guzików, a ona nie może się zarazić wirusem. Bo dziecko musi mieć przynajmniej mamę.

Kosiński zagryza wargi. Nie wytrzyma dłużej. Kiedy sika, czuje ulgę i przyjemne ciepło. Ale po chwili, po paru sekundach, robi mu się naprawdę zimno między nogami.

- Panie marszałku, klub się zebrał, czekają na pana. - Sekretarka uśmiecha się do Kowalskiego, ale on nawet nie podnosi wzroku znad biurka.

- Niech im pani powie, że zgadzam się na każdą propozycję.

- Nie mogę, musi pan iść, mówią, że tu chodzi o dobro państwa.

- Wszystkim chodzi o dobro państwa. - Kowalski patrzy na nią przekrwionymi oczami. - Niech pani powie, że... niech im pani powie cokolwiek. Że z Tuskiem rozmawiam.

Kobieta zamyka drzwi.

Kowalski bierze do rąk jedną z widokówek.

- Mów do mnie, Joasiu.

A potem czyta. To tylko szept, ale w jego głowie każde słowo uderza jak grom.

"Najdroższy. Kochany. Posadziłam pięć drzewek pomarańczy. Po jednym za każdy nasz rok spędzony razem. To były dobre lata. Gdyby to wszystko w Polsce mogło się zmienić, pewnie bylibyśmy razem. Poznałam kogoś. Nie szukaj mnie. Bądź szczęśliwy. Ja już nie wrócę".

I myśli o tym krzyżyku. Ucieszyła się, kiedy jej powiedział, że to od księdza Jerzego. Od papieża i księdza Jerzego.

- To zamiast pierścionka? - zapytała.

- No. - Pokiwał głową. - Nie można czekać do końca wojny, za rok ksiądz Jerzy da nam ślub.

- Nigdy go nie zdejmę, wiesz?

Rozdział 29

1983

- Nigdy go nie zdejmę, wiesz?

Siedzieli na Giewoncie. Pogoda piękna. Aśka szczęśliwa. Robert trochę zły, bo miał nadzieję, że się jednak przedrze do Chochołowskiej, że się przeciśnie i jakoś zrobi papieżowi zdjęcie ze znakiem Solidarności Walczącej, i będą je potem drukować i kolportować w Trójmieście, Warszawie i we Wrocławiu. Tylko tam miał kontakty. To było dobrze wymyślone. Każdy znał tylko dwa, trzy nazwiska. Te trzy, które słyszały, jak mówił: "Wobec Boga i ojczyzny przysięgam walczyć. O wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną, poświęcając swe siły, czas, a jeśli przyjdzie potrzeba, swoje życie...".

Siedemnastego, kiedy papież odleciał, Robert odwiózł księdza Jerzego na Żoliborz, a sam skoczył po plecak i od razu na pociąg do Zakopanego.

Aśkę wziął ze sobą z miłości i ostrożności, bo zawsze łatwiej tłumaczyć, że idziesz z dziewczyną w krzaki, niż kombinujesz, jak się przebić do schroniska.

Nie dało się przejść, bo komuniści ogłosili, że Kościeliska i Chochołowska zamknięte, bo są wojskowe manewry. Siedzieli w krzakach jak niedźwiedzie, srając w jagodnikach i łamiąc gałęzie, żeby sobie upiec kiełbaskę. A na granicy wopiści, i to ci najgorsi. Od strony gór też nie było szansy dotrzeć.

Pani Pawłowska ze schroniska nie chciała się zgodzić, żeby go przemycić jako pracownika, i nie miał pretensji, esbecja od kilku tygodni sprawdzała każdego. Wszystkie pokoje były zajęte przez resort. Ale uprosił ją, żeby chociaż zrobiła parę zdjęć papieżowi z Wałęsą. Co prawda, odkąd Lech wyszedł z więzienia, to jego zdjęcia już nie miały rangi relikwii, ale takie z papieżem bardzo by się przydało.

W Dzień Ojca spróbowali wejść do Chochołowskiej, ale nawet nie dało się dojechać do Kir pierwszym autobusem, bo milicja stała już wszędzie. Blokady. Zawracać, ale zaraz, bo najpierw kolumna.

Wysiedli. Wyciągnął Zefiry.

Milicjanci się krygowali, że mentolowych nie palą, ale w sumie, czemu nie, od wieczora stoją, przepuszczają tylko tych, którzy tu mieszkają.

Był ranek, a słońce już paliło. Pogoda lampa. Aśka w rozpiętej koszuli flanelowej, czerwono-czarna krata. Rozpięła kilka guzików z dołu i zawiązała tak, żeby było widać brzuch, a on nie był zazdrosny, tylko podniecony, bo to był najpiękniejszy brzuch na świecie.

Milicjanci zerkali na ten brzuch tak, jakby to była czekolada.

- A co to za kolumna?

- Nie wiemy, panie, my z Bielska-Białej przyjechaliśmy. Kazali blokadę robić, robimy. Tamten wie, ten z radiem.

Tajniak. Esbeka to zawsze poznasz.

- Jadą! - krzyknął i podszedł w ich kierunku. Milicjanci rzucili papierosy i zapięli białe kaski.

- A wy wszyscy do autobusu!

- Bo co? - zapytał Robert, ale Aśka nie dała mu czekać na odpowiedź, zawinęła się na pięcie i pociągnęła go za sobą. Nie zdążyli wsiąść, bo usłyszeli pisk i trzy Fiaty wyhamowały tuż przed tym prowizorycznym szlabanem, jeden z "erki" doskoczył, odsunął go i tamci dali tak po garach, że została nad asfaltem tylko błękitna mgiełka spalin.

- Wałęsa przeszedł! - zaczął krzyczeć cywil do radiotelefonu. - Wałęsa przeszedł!

Robert zorientował się, że nikt z jego autobusu, ani nawet pozostali milicjanci, nie wiedzieli, na kogo czekają.

- Dobra, Jelcz niech zawraca, samochody też, nikt już nie przejeżdża do wieczora. Zrozumiano?

- A miejscowi?

- Kurwa, jak mówię, że nikt, to nikt, kolczatkę macie? To rozwijajcie. Jak się wszystko skończy, przyjadę i was zwolnię.

Jakieś pół godziny potem przeleciał śmigłowiec.

Do Chochołowskiej wybrali się w piątek. Pani Pawłowska jeszcze spała, jak zaczęli bębnić po podłodze swoimi traperami.

- No i nie zrobiłam. - Rozłożyła ręce. - Z tego wszystkiego nie zrobiłam, bo jak papieża przywieźli, jak wysiadł i ludzie zaczęli krzyczeć, wiwatować, to jeden z tych esbeków upadł na psią budę i poleciałam go podnosić, bo przecież nigdy nie wiadomo, co z tymi milicjantami. Jeszcze zamkną schronisko. A teraz żałuję, że nie zrobiłam. Był z papieżem fotograf, Arturo z Włoch, bardzo przyjemny. A Wałęsa, to powiem wam, gruby, podbródek mu się zrobił na tej wolności, garnitur piękny, w kratkę, krawat czarny, elegancki, czy on włosy farbuje? Od papieża grubszy. Nie wiem, co gadali, bo sami chcieli zostać. Wałęsa zapytał, czy podsłuchów nie ma. A ja, że w holu nie ma, że nie pozwoliłam, ale w pokojach nie wiem, bo oni tam już miesiąc siedzą. Ale może coś być, bo u Szwajnosów w chałupie to radiostację całą zamontowali. Szwajnosy, wiecie, na dole mieszkają, na Siwej Polanie. A Wałęsa, że dobrze, jak w holu nie ma, to tu zostaną, bo się teraz będzie spowiadał. I zostali sami.

Potem papież poszedł w góry. Do Doliny Jarząbczej, z tym Włochem Arturo...

Jedzą. Robert czuje, że Aśka kładzie rękę na jego udzie. Dłoń ma ciepłą. Dobrą. To jest w ogóle wspaniały dzień - myśli - a może ostatni. Nigdy przecież nie wiesz, kiedy ostatni raz jesteś w górach.

- Piwo bym wypił... - mówi jakby do siebie.

- Ale jak to tak, piwa przed trzynastą nie wolno, a ci milicjanci tu przecie odsypiają, wszystkie pokoje zajęli. Popili, część odjechała, ale ci, co zostali jeszcze, to śpią. Mają wolny dzień.

Drzwi się otwierają i wchodzi góral, koszula bielusieńka, spinka, piórko przy kapeluszu.

- A Wojciech co taki elegancki?

- A pani Janina nie słysała? Papiez u mnie ło był, szedł na Jarząbcy i kiwa do nas: "Ja tu bedem zaroz", ja siem tu wrócem. No to my żentyce fajnom, kwaśnom i słodkom, łoscypek ukrajała matula, krzesło mu nasykowali. Idzie. - Wojtek siada na ławie. - Piwo byście jakie dali, gaździno.

Pawłowska przestraszona, ale Robert tylko rusza brwiami, więc idzie, krząta się chwilę i przynosi w kubkach od herbaty. Dla niepoznaki.

- No i byli mój Jędruś, Stasek Krupa i Zaklęcki Władek, no i matuś moja. A no i Kazio Lis. Siedli my i se poradzili. A te milicjonty przebierońcy tez byli. Za juhasów się poprzebieroły. - Wojciech kręci głową i wypija do dna. - Ech...

Pawłowska wstaje, bierze jego kubek, a Wojciech pochyla się do Roberta i mówi, że papież pytał, czy ludzie przychodzą do kaplicy w schronisku, bo ją święcił jako kardynał. I że mu nie powiedział prawdy, bo jak tu iść, jak masz do wydojenia w czterech czterysta owiec? No jak?

Potem piją piwo i Wojciech się chwali, że im szałas poświęcił.

Po piwie i jajecznicy Robert czuł się ciężki, ale Asia namawiała, żeby się wybrać do Doliny Jarząbczej "papieskim szlakiem", choć przecież nie wiedziała, dokąd Jan Paweł II dotarł. Na Szałasiskach nikogo. Pusto, wiatr i świstaki. Ludzie jeszcze w Chochołowską nie idą, boją się pewnie, że ciągle tam wojsko i milicja. A słońce wielkie. Wiatr gdzieś górą goni obłoki, od wschodu, od Kończystego, ale tutaj dobrze, zacisznie. Szukają dobrego miejsca, nawet o tym do siebie nie mówią nic, bo czasami przecież nie potrzeba żadnych słów, wystarczy, że ręce wiedzą, jak ten węzełek na brzuchu rozwiązać.

Piersi Asi są chętne. Napięte. Robert widzi je w dziennym świetle, na dworze, z chmurami, górami, ptakami i cieniem traw pierwszy raz. I nie umie się nadziwić, że ten papieski krzyżyk potrzebował tylko pięciu dni, żeby za swoim właścicielem trafić tutaj, pod wielkie tatrzańskie niebo, gdzie człowiek jest wolny do samego końca.

Potem Aśka rozciera palcami jego wilgoć po swoim brzuchu. Włosy ma gęste, krótkie, rude. Chciałby ich dotykać jeszcze, ale nie wie, czy teraz można, czy już nie, z dziewczynami czasem trudno.

- No to co tam jeździsz drukować do Gdańska? - pyta ona.

- Podręcznik, jak zrobić bombę z rzeczy, które można kupić w sklepie.

Joanna się śmieje. A on wcale nie kłamie, ale cieszy się, że dziewczyna myśli, że to tylko żart.

- A co jeszcze umiesz? - Joanna dotyka palcami tych rudych włosów, pewnie całkiem bezwiednie, a Robert na brzuchu, w tych wszystkich ziołach, bo przecież się nie odwróci, znowu ma wzwód i martwi się, że mu kleszcze nawłażą. Albo jakieś inne robale.

- Umiem wykoleić pociąg.

- Ha, ha, ha, ha! - Asia nie może wytrzymać ze śmiechu.

A on czuje, że musi jej powiedzieć.

- Potrzebujesz podków. Pięćdziesiąt podków. Ciężka rzecz, ale prosta robota. Wiążesz je drutem miedzianym, bo do tego nie trzeba nawet obcęgów, nic. W pęczki po dziesięć sztuk. Układasz na torach. Jeden pęczek na lewej szynie, drugi czterdzieści kroków dalej na prawej, trzeci znowu na lewej... To wystarczy, żeby rozbujać lokomotywę na zakręcie. Oczywiście lepiej mieć sto podków, ale wtedy potrzebujesz drugiego człowieka, a to nie jest dobre.

- Jeśli masz swojego Watsona, to jest. - Joanna otwiera przed nim uda. Jest bardzo podniecona, ale i wystraszona trochę tym, co jej powiedział, bo uświadomiła sobie, że to prawda.

- Ale jaki pociąg ty chcesz wykoleić? - Przyciąga go, unosi, chce czuć na sobie jego ciężar, słońce razi ją w oczy, a w pupę kłują ostre trawy, musiała się wysunąć spod niej kurtka.

- Ruski. - Kowalski zaczyna miażdżyć jej wargi swoimi, zaciska powieki.

- Ale skąd ruski pociąg? - Ona unosi ręką twarz Roberta, śmieją jej się oczy, mruży je od słońca i przekrzywia głowę tak, żeby być w cieniu ukochanego.

- Ze Świnoujścia. - On ma ciężki oddech. Dobrze. Czuje wiatr na plecach i pośladkach. I gorące dłonie dziewczyny.

- Czemu?

- Bo kłamią. Kłamią, że nie ma w Polsce tych rakiet... - Czuje, jak ciało Asi napina się pod jego brzuchem, może ją ugniata? Może jest za ciężki, unosi się wyżej na łokciach. - ...które mają na kutrach w Basenie Północnym.

- Mają rakiety? - Aśka myśli o tym, że jednak nie będzie ślubu, że on dla tej cholernej Polski wysadzi jakiś pociąg, ale co ona ma zrobić? - A ty już doktoratu nie obronisz? - pyta i wciska mu język do ust, dotyka zębów, lubi jego zęby, duże, równe.

- Asiu, ja teraz tworzę historię - mówi i dotyka dłonią jej miękkiej, mokrej skóry i jest mu wszystko jedno, czy wykolei Ruskim pociąg, czy nie. - Ale jeśli chcesz mieć ze mną dziecko, to ja też chcę - dodaje i ona wie, że nie kłamie.

Miesiąc później Jaruzelski z okazji dwudziestego drugiego lipca ogłasza zniesienie stanu wojennego. W tej samej godzinie, kiedy generalissimus, orła wrona nie pokona, ślepowron, kat wybrzeża, ruski pachoł, który stoi sztywno, jakby kij połknął, i nigdy nie przeprasza, ogłasza, że Rada Państwa znosi stan wojenny, Robert Kowalski, doktorant prawa, biegnie przez las za Międzyzdrojami, ścigany przez wojskowy patrol z psami. Gazikiem między sosny nie wjadą, bo jego próba wykolejenia pociągu się nie udała, bo go ktoś musiał zobaczyć, może jakiś kolejarz, może strażnik. Nie strzelają, dopada do wzniesienia, tam wielki buk, powalony przez czas i sztormy, leży długo, woda wyżłobiła pod nim koryto w piachu. Skąd na piachu takie wielkie drzewa? Zsuwa się tam w ostatniej chwili, bo owczarek dolatuje do Roberta i bez jednego szczeknięcia, bez żadnego ostrzeżenia, chwyta za ramię. Bestia zaciska kły, dobrze, że kurtka, nie odrzucił tego moro, żeby nie znaleźli, żeby potem nie wytropili po zapachu, po jakichś mikrośladach, nie wiadomo, co ta esbecja potrafi, głupcy, kurwa, w większości głupcy, ale nie wszyscy, źli ludzie potrafią być inteligentni, więc zsuwa się pod ten pień, a pies nie puszcza, Robert słyszy, jak pęka materiał, ale zwierzę szkolone do łapania, poprawia uścisk i wgryza się teraz już w mięso, rozrywa skórę na lewym ramieniu. Robert nie zdechnie tu przecież, nie po to żyje, żeby zdechnąć w kałuży. Pies ciągnie, a on obraca się, zsuwa z grzbietu kurtkę moro, zarzuca na pysk, korzystając z tego, że owczarek nie podniesie mordy pod tym zwalonym pniem, nie skoczy. Zarzuca psu kurtkę na łeb i wali z całej siły raz, drugi, to nic nie daje, bo sucz zaciska zęby tylko coraz mocniej i Robert czuje ciepło, krew, adrenalinę, wściekłość, ból. Kurwa, zaraz dobiegną milicjanci, może wopiści, jeden chuj, zbiera się jeszcze raz i uderza z całych sił. Za to jego rozdarte ramię. Za to, że nie może być, kim chce. Za Grześka Przemyka. Za tych z kopalni Wujek. Nie chce tu zdechnąć, nie tak, nie zagryziony przez psa jak jakaś kura, kurwa, nie będzie tak, nie będzie! Maca wokół siebie w poszukiwaniu kamienia, ale nic, więc znowu pięścią. Ze łzami, przeciętymi i przegryzionymi wargami. Pies wiotczeje, puszcza, chce wyrwać łeb spod szmaty, ale nie ma litości. Kowalski chwyta go za obrożę i ciągnie w błoto pod drzewem. W obleśną, szarą, pełną brudnych, zgniłych liści kałużę, ciągnie go razem z tym moro i wpycha tam. Klęka na nim, a ciało owczarka drga, rzuca się. Skowyt, woda wybucha bąblami brudu, aż w końcu pies sra ze strachu lepkim gównem i Kowalski wie, że to już agonia.

Leży potem w zaroślach. Kolczaste żółte owoce. Mocny zapach. Ręka skrwawiona. Boli, ale wytrzyma. Widzi tych dwóch. Łażą, gwiżdżą, pies nie wraca. Próbują gadać przez radiotelefon, ale w dolince nie ma zasięgu, odchodzą.

Robert czeka do zmroku. Nie może wrócić do Międzyzdrojów, bo przypuszcza, że tam obława. Idzie do drogi na Wisełkę. Wie, że tam będzie droga, bo czytał mapy, był tu dwa razy, żeby przy torach ukrywać podkowy, sześćdziesięciu nie przeniesiesz naraz, nie budząc niczyjej uwagi, ale po dwadzieścia w plecaku na szlaku turystycznym to żadne wyzwanie.

Z jakiegoś gospodarstwa kradnie pranie. Koszula, spodnie. Wystarczy.

Łapie okazję do Dziwnowa. Lato jest, wakacje. Gość częstuje go papierosem. W starej, małej Zastavie nie ma radia.

Dwa dni później w "Trybunie Ludu" na piątej stronie widzi swój rysopis. Niepodobny jest w ogóle do siebie na rysunku, ale zapuszcza brodę i długie włosy. Jak Niemen. Jak Tadeusz Nalepa. Siedzi w górach, ale sam, w Pięciu Stawach, w Roztoce. Nie chce, żeby Asia była blisko. Teraz nie może. Dzwoni do niej w czwartki po trzynastej z poczty w Zakopanem. Wtedy najmniejsze kolejki, ludzie przywykli, że trzeba w sklepie stanąć po piwo.

Asia wie, że nie wolno jej o nic pytać.

Pod koniec sierpnia Robert wraca do Warszawy. Kazanie księdza Jerzego na mszy za ojczyznę jest spokojne. O wolności, sprawiedliwości i solidarności. Nie o związku, ale o tym, co powinno być między ludźmi.

Trzy dni później na demonstracji z okazji porozumień Robert patrzy w oczy jakiemuś kapusiowi i nagle, w jednej chwili rozumie, że go poznali. I że już nie da się żyć jak kiedyś. Tamten przestaje udawać robotnika, rzuca plakat z napisem "Solidarność zwycięży" i sięga po krótkofalówkę, a Robert odwraca się i zaczyna rozgarniać rękami tłum. Byle dalej.

Potem Radio Wolna Europa nadaje, że Wałęsie przyznali Pokojową Nagrodę Nobla, a Jaruzelski wprowadza od nowa kartki na masło, smalec i margarynę. To są inne święta, Robert ukrywa się w Szczecinie, raz tu, raz tam, jak torba z brudnymi ciuchami - każdy weźmie, ale nie na długo, bo szybko śmierdzi. Pod koniec grudnia papież spotka się z Ali Agcą i powie, że mu przebacza.

Dwa dni później o trzynastej, jak w każdy czwartek, Robert dzwoni do Asi z Poczty Głównej.

- Kocham cię - słyszy - i cokolwiek zrobiłeś, wszystko ci przebaczam.

Rozdział 30

Teraz

- Kocham cię i cokolwiek zrobiłeś, wszystko ci przebaczam. - Kowalskiemu brzęczą w uszach najważniejsze słowa Joanny. Nigdy o nich nie zapomniał, zawsze tkwiły w tej części świadomości, w której poukrywane są najistotniejsze sprawy, wszystkie pierwsze razy: wiersz o małym Polaku, zdjęcie dziadka na koniu i obozowy numer babci, tamta noc na wsi, kiedy jego kuzyn Zbychu, starszy, większy, doroślejszy, odważniejszy i sprytniejszy pokazał mu nagą cipkę dziewczynki, sąsiadki. Zapłacił jej. Dobry interes, powiedział Zbychu, i dał dziewczynie pięćdziesiątkę ze Świerczewskim. Tamtego dnia nauczył się też, że jeśli się złożyło pieniądz w specjalny sposób, to można było przeczytać zdanie, że "banknoty Narodowego Banku Polskiego są niczym w Polsce". Jak ona miała na imię? Jolka? Olka? No i pierwsza wódka też była ze Zbychem. Potem fajki, które podkradli dziadkowi. Rzygał po nich, a Zbychu podtrzymywał mu czoło. Pierwsza krew, kiedy bracia Jolki czy Olki przyszli im spuścić manto. Trzech na dwóch. Mieli więcej lat, najstarszy chyba z trzynaście, a w tamtych czasach trzy lata to było przecież pół życia. Robert dostał jedną mukę w czoło i po zawodach. Usiadł i nie wstawał. Zbychu się nie dawał. Powalili go i kopali w brzuch, a on wymacał kawałek sztachety z gwoździem i tym gwoździem buch! w stopę tego najstarszego. Tamten zachlipał. Wyrwał deskę ze stopy i zdjął trampek. Krew lała się jak z kranu. Robert pomyślał, że tak jest lepiej. Krwawić powinni ci, którzy napadają.

- Dorwiemy twoje siostry - zagroził jego średni brat.

- Nie. Bo wtedy przyjdę i podpalę ci głowę - powiedział na to Zbychu. Wyjął zapałki, zapalił jedną i rzucił w tego, który siedział w piachu z mokrą twarzą i poharataną stopą. Dobrze, że tamten miał włosy na jeża, ale bracia nigdy nie przyszli się zemścić.

Potem była Ciemna Strona Księżyca. Zbychu ją dorwał na Różyckiego całkiem nową, jeszcze w folii. Razem oglądali jak amerykańskie filmy, Bruce Lee uderzający w głowę swojego gapowatego ucznia w Wejściu smoka, księżniczka Leia z włosami zwiniętymi w fantazyjną fryzurę w zwiewnej szacie. Opowiadali sobie, co by jej który zrobił. I Asia. "Kocham cię i cokolwiek zrobiłeś, wszystko ci przebaczam". Uświadomił sobie, że nie ma w tym specjalnym miejscu w głowie żadnych wspomnień z Małgorzatą.

Hm... A więc to były zagadki. Czytał te kartki raz i drugi, ale nie umiał się skupić. Nie był dość uważny. Nie był wystarczająco pewien.

Usłyszał stukanie do drzwi.

- Pan Borys. - Ledwo sekretarka wsunęła głowę do gabinetu, młody człowiek wparował, odsuwając ją obiema rękami i z miejsca mówiąc, żeby iść, że się zaczynają głosowania, że ma świetną mowę przygotowaną, że im obwieści, żeby sobie wsadzili tam, gdzie należy, te swoje wybory dziesiątego maja, że się teraz trzeba upominać o pielęgniarki, lekarzy, służbę zdrowia. Że pieniądze mają iść na testy, a nie na karty do głosowania. I każdy medyk ma mieć testy co tydzień...

- Ale, Robert, ty mnie nie słuchasz?

- Przepraszam cię, masz oczywiście rację. - Kowalski zaczął niezdarnie zbierać pocztówki, jak uczniak przyłapany na tym, że mu się rozsypały zdjęcia z gołymi babami.

Złapał się za serce.

- Coś się stało? - Tamten się zaniepokoił.

- Nie, nie, w porządku, stara sprawa. Zaraz idę. Idę. Muszę tylko zadzwonić do brata. To rodzinna sprawa.

- A... nie wiedziałem, że masz brata...

- To cioteczny brat. Daleka rodzina. Bardzo daleka.

Przecież nie mógł powiedzieć nikomu, że nie miał nigdy lepszego przyjaciela. Może tylko księdza Jerzego.

- To dzwoń i raz dwa schodź, bo są sygnały, że od nich nie wszyscy będą, Gowin się ociąga.

- Tak, tak, przyjdę.

Tymczasem Kosińskiemu było coraz cieplej. Gorąco. Pot płynął mu po plecach, a prawej nogi nie czuł już wcale. Najpierw chodziły mu po lewej mrówki, potem ścierpła tak, że stracił czucie, zaparł się więc na prawej stronie i zawisł na kajdankach, osunął się, ale to nie przyniosło mu żadnej ulgi, bo bransolety wpiły się w skórę, a ciało znalazło w dziwacznej pozycji. Zrozumiał, że choćby wytężył wszystkie siły, nie da rady się podnieść. Wisiał na pniu z prawą nogą wygiętą i przygniecioną do ziemi. I jeszcze do tego miał wrażenie, że puchnie. Że mu w nosie rośnie miękki, duszący, gąbczasty grzyb.

Przekleństwo alergików.

- Skup się, Kosa - powiedział do siebie po raz sto dwudziesty siódmy. Skup się i nie rozklejaj. Liczył już do miliona i z powrotem. Śpiewał. Próbował recytować fragmenty Pana Tadeusza, ale zupełnie nieskutecznie. Wymieniał alfabetycznie nazwy zwierząt i samochodów. Teraz zaczynał poszukiwać w głowie nazw zespołów na A. Abba, a-ha, Alison Moyet, Alicia Keys, Alanis Morissette, Apocalyptica... więcej nie pamiętał.

Głód jest jego sprzymierzeńcem i sprawia, że człowiek myśli. Co prawda o jedzeniu, ale jednak myśli. Nie śpi. A teraz nie wolno mu zasnąć. Musi słuchać. Jak będą go szukali. Tego był pewien. Gdyby bandyci chcieli mu zrobić krzywdę, ten młodszy pewnie by mu przestrzelił kolano albo coś w tym stylu, w końcu to Pruszków, tam trzeba się zmierzyć z legendami podziemia, trzeba psom skręcać karki. Skoro nie zrobił Kosińskiemu krzywdy, to znaczy, że nie mógł. Poza tym Olga go znajdzie, jak tylko się obudzi. Wie, że Kosiński nigdy nie nawala, sprawdzi w domu, sprawdzi w Pruszkowie, zrozumie, że zniknął, domyśli się. Dojdzie do tego po tym, jak do nich strzelali. Na pewno. Chyba że też jest tu już gdzieś przykuta do drzewa...

Znowu usłyszał swój telefon.

Nie dzwoń, kurwa, tylko sprawdź, gdzie jestem, prosił w duchu. Nie dzwoń, bo się zesra bateria.

Olga próbuje kolejny raz. Nic. Nie odbiera. Nie może tyle dzwonić, bo bateria się rozładuje, a nie ma pewności, czy da się namierzyć wyłączony telefon. Ruszyła spod sejmu z takim impetem, że strażnicy pierzchli jak gołębie, ale przejechała tylko sto metrów i musiała odczekać swoje, aż podejdą i opuszczą zapory.

- I co? Było się tak spieszyć? Umiera pani ktoś? Przepustkę pani oddała?

- Umiera - rzuciła bez cienia uśmiechu i pokazała blachę.

Tamten popatrzył, poruszając bezgłośnie ustami.

- Służbowo byłam, ale w sprawie bezpieczeństwa państwa - powiedziała - i sam pan rozumie, że nie mogę o tym mówić.

- No cóż, teraz takie czasy, że się umiera - oddał jej blachę - ale przynajmniej w słońcu.

Pomyślała, że strażnik jest jakimś pieprzonym poetą, albo że mu zaszkodziło to słońce, ale zacisnęła tylko wargi, bo nie ma sensu kopać się z koniem. Skręciła w Wiejską, w prawo, ulica była kompletnie pusta, ludzi wymiotło, pod Czytelnikiem można nawet zaparkować. Na Placu Trzech Krzyży stało kilka samochodów na parkingu przed ministerstwem, koło palmy pojechała na czerwonym, bo światła, nie wiedzieć czemu, ciągle działały, choć nie było tam ani jednego pojazdu.

Leśmian się nie pojawiał.

Czekała kwadrans, dwadzieścia minut. Nic. Kurwa, nie, no on nie rozumie, że tak nie można, że się swojego nie zostawia na pożarcie.

Chodziła po korytarzu tam i z powrotem jak tygrys w ciasnej klatce. Ślina zbierała się jej w kącikach ust i Serbia zdała sobie sprawę, że mogłaby teraz Leśmiana po prostu zagryźć. A potem, nagle, poczuła mdłości. Nie teraz, dziewczyno, nie teraz, teraz trzeba walczyć. Nagle wpadł jej do głowy pomysł - Artur, kolega Kosińskiego z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ten od komputerów, on by mógł pomóc. Raz dwa by namierzył komórkę. Ale Olga nie ma z nim kontaktu. Wyciągnęła telefon i przesunęła po książce adresowej. Może zadzwonić do tej z wojska? Nagle przypomniał się jej numer, którego nie wolno było zapisać. Ten, który musiała zapamiętać.

- Co tam, dziewczyno? Dawno się nie odzywałaś. - Bielski zdawał się ucieszony tą rozmową. - Tylko nie mów, że nie masz czasu zadzwonić, bo liczysz ludzi na kwarantannie.

- Przepraszam, ale to jest kwestia życia i śmierci - palnęła i zrobiło jej się wstyd, ale Bielski poznał po jej głosie, że żarty się skończyły.

Spotkali się dwa razy, może trzy po tym wspólnym śledztwie z agentem pracującym pod przykrywką. Wiedziała, że był kiedyś operatorem wojsk specjalnych i że dużo przeszedł. Wiele potrafił i na pewno mógł więcej niż ona. Więc powiedziała mu, że do nich strzelali, że Kosiński szukał sprawcy, że ona ma już plan, że wezwie na pomoc wojsko, że trzeba przeczesać Las Bielański.

- Spokojnie - uspokajał ją Bielski - jesteś rozgorączkowana. A to nie pomaga.

- Co nie pomaga, co nie pomaga?! - Olga wie, że Bielski ma rację, ale ona też, trzeba teraz działać, szukać.

- Jest dobrze, bo...

- Jest, kurwa, wszystko źle!

- Jest dobrze, że do mnie dzwonisz. Spokojnie, ja to ogarnę.

- No ale jak? Jak? Znajdziesz go?

- Znajdę, ale musisz mi odpowiedzieć precyzyjnie. - Zawiesił głos. - Gotowa?

- Tak.

- Jesteś pewna, że go uprowadzili?

- Tak. Zadzwonili do mnie.

- Co mówili?

- Że go mają i że to w związku ze sprawą, nad którą pracujemy, znali mój numer. Powiedzieli, że jest w Lesie Bielańskim.

- Zdradzisz mi, co to za sprawa?

- Nie. Mogą podsłuchiwać moje rozmowy.

- Dobrze, słyszę, że się ogarnęłaś. Jesteś pewna, że on nie zaspał, nie zapił, nie zabalował?

- Tak. - Olga zawahała się przez chwilę.

- Byłaś u niego w domu?

- Nie.

- Poczekaj na swojego dowódcę, niech uruchomi procedurę, do wojska nie dzwoń, jedź do Kosińskiego, wiesz, gdzie mieszka?

- Wiem, który blok.

- Sprawdź, czy nie ma go w domu, nie włamuj się, zobacz monitoring, pewnie mają. Do nikogo nie dzwoń. Sprawdzę namiar jego telefonu, jeśli jest w Bielańskim, zadzwonię do ciebie i tam pojedziemy. Potrzebuję na to trochę czasu. Akurat kiedy zerkniesz, co u tego twojego chłopaka w domu. Uspokoiłaś się?

- Tak.

- To bez odbioru.

- A masz numer Kosińskiego?

- Mamy wszystkie numery ludzi, z którymi pracowaliśmy. Bądź spokojna.

Jest spokojna. Kiedy nadchodzi Leśmian, melduje mu, co i jak. Szef wpada w złość, to adrenalina, nie wolno robić takich rzeczy policjantom. Olga jest już wyciszona, więc czeka, aż minie ten wybuch. A potem mówi, że pojedzie do domu Kosińskiego, przejrzy monitoring, czy z domu go wywlekli, a jeśli faktycznie wywlekli, to będzie widać kto. Jeśli nie wrócił, to znaczy, że złapali go w drodze z Pruszkowa. Nie mówi ani słowa o tym, że nie sprawdziła, czy Kosiński nie zabalował, nie zachorował, nie sprowadził sobie kogoś, a ten telefon to był tylko żart. Leśmian nie pyta. Myśli podobnie jak ona - najpierw strzelali, teraz porwali, to nie są żarty. On zorganizuje funkcjonariuszy do poszukiwań. Serbia wreszcie oznajmia, że poprosiła Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a Leśmian łyka poczucie zranionej dumy i mówi jej, że dobrze, że oni mają łatwiej. Mniej papierów, więcej gadżetów. Jak w filmie.

Olga jedzie na Grochowską. Monitoring jest, ale przejrzeć można w siedzibie agencji Leopard, zanim jednak tam dotrze, Bielski dzwoni, że ma koordynaty komórki Kosińskiego i że to jest na obszarze Lasu Bielańskiego.

- Spotkamy się na parkingu przed uniwersytetem - mówi. - Kto pierwszy dojedzie, ten czeka.

- Przed którym uniwersytetem? - pyta Olga. - Uniwersytet ma sporo budynków.

- Przed tym w Lesie Bielańskim.

Droga zajmuje jej trzydzieści sześć minut, bo okazuje się, że wjazd od Marymonckiej jest słabo widoczny i zwyczajnie go mija, musi zawrócić. Kiedy parkuje, Bielski już jest, opalony, czysty, trochę tęższy na twarzy, widać nie musi już pracować w przebraniu żebraka. Gada z jakimś księdzem. Wygląda na odprężonego, Olga nie rozumie, dlaczego on tak rozmawia, skoro powinien lecieć, szukać, ale przecież umówili się, że pójdą razem. Czy wybaczyłaby mu, gdyby się tam wybrał bez niej? Nie. Nie wybaczyłaby mu nigdy.

- O, cześć - wyciąga do niej rękę. - Tu nie musisz w maseczce, tu żaden wirus nie dotrze.

- Nie dotrze, bo to święte miejsce. - Uśmiecha się ten ksiądz, oczywiście bez maseczki. - Tu się nikomu nic nie może stać, pani partner już mi powiedział, że te żarty to teraz całkiem niepoważne, a tak czułem, że tu coś nie gra, bo osioł strasznie ryczał w nocy. Coś go musiało wystraszyć. Myślałem, że to może wilk, ale nie, zwierzęta zamknięte przecież, a zresztą skąd tu wilk...

Olga zacisnęła wargi, żeby spokojnie przetrzymać tę lawinę słów. Maseczki nie zdejmuje.

- No to my lecimy, ojcze, a potem jesteśmy na herbatę.

- To ja pędzę nastawiać.

- Na jaką, kurwa, herbatę?! - syczy Olga, jak tylko robią kilka kroków.

- Załatwiłem Kosińskiemu toaletę, łazienkę, przecież będzie musiał się umyć. Jeśli mu nic nie jest, to z pewnością śmierdzi dzikiem.

- No dobrze, daleko?

- Trzysta osiem metrów. - Bielski sprawdza na jakimś urządzeniu z ekranem pokratkowanym w różne kolory. Olga nie pyta. Ufa mu. - A ty zawiąż buty.

Opuszcza wzrok. Rzeczywiście, całkiem zapomniała, że jej spuchnięte stopy lepiej się czują w butach niezasznurowanych. Zatrzymuje się, kuca, wiąże i ma zadyszkę, jakby nagle osłabła. Jakby miała zemdleć.

Bielski dostrzega to i pomaga jej wstać.

- Zdejmij tę maskę, w lesie jesteśmy, a ja robię testy, jesteś bezpieczna.

Olga słucha Bielskiego, zawstydzona swoją nagłą słabością i wzruszona tym: "Jesteś bezpieczna". Uświadamia sobie, że chciałaby to słyszeć zawsze.

Nie mówi nic, ale się do niego uśmiecha.

Dziwne, myśli, uśmiecham się, a tu nie wiadomo, czy Kosiński cały.

I robi jej się wstyd.

- Jeszcze sto dwadzieścia metrów - mówi Bielski, a Olga wypatruje w trawie śladów, nadłamanych gałązek. Ale nic.

- Szli inną drogą - mężczyzna zauważa jej niepokój - tu nie ma ścieżki, szli na przełaj, jak my, może metr stąd, może dwa, teraz to nieważne, dochodzimy.

- Koooosa! - zaczyna krzyczeć Olga. - Kooosa!

Potem słucha, ale nikt nie odpowiada.

- Jeszcze czterdzieści metrów, to za tamtymi krzewami - oznajmia Bielski. - Nie bój się, będzie dobrze.

Olga się rozgląda. Las jest taki spokojny. Drzewa kwitną. Pachnie tak, że chciałaby się w tym wytarzać, ale jej wstyd, że ma takie myśli, kiedy Szymon w szpitalu, a Kosiński nie wiadomo, czy żyje. Robi jeszcze dwa wdechy i rusza. Bielski pozwala jej iść pierwszej, bo chce, żeby się ucieszyła. Jest spokojny, jego myśliwski instynkt powiedziałby mu, gdyby tam była krew. A kiedy Olga już widzi i zaczyna biec, pozwala jej tę chwilę przeżyć w samotności. A Olga pędzi, bo widzi Kosińskiego w dziwacznej pozie, z głową zwieszoną na ramię, wygiętego nienaturalnie, cichego, bez ruchu, w worku czarnym jak śmierć. Dolatuje, czuje smród, ale to nie jest smród śmierci.

To pot, uryna, brud i strach.

- Kosa... - Klęka przy nim, dotyka ramienia. - Kosa, słyszysz mnie?

Nie ma reakcji, więc ściąga mu worek i widzi, że Kosiński śpi. Pod nosem zakrzepnięta wydzielina, usta spierzchnięte, oczy podkrążone, sine, ale śpi. Tylko śpi.

- Kosa, zbudź się, Kosa. - Szarpie go za ramię i Kosiński otwiera oczy tylko po to, żeby poczuć ból w karku, grzbiecie, nadgarstkach i w nodze taki straszny, jakby mu ją ktoś chciał oderżnąć piłą.

- Kurwa - mówi - szefowo, co tak długo?

Bielski nadciąga i otwiera kajdanki, a wtedy Kosa wali się na grzbiet i wreszcie widzi ten pierdolony las nad głową, tę zieloną zawiesinę, liszaj, grzyb na nieskazitelnym lśnieniu nieba. Nie lubi lasu. Nie będzie go lubił nigdy.

- Pić - prosi.

Nie mają.

- Ale do księdza niedaleko, robi herbatę, a pewnie ma też coś mocniejszego, jak to ksiądz. - Bielski się uśmiecha.

Biorą go pod ramiona i idą w dół, a ptaki pokrzykują na nich jak wściekłe, pewnie mają gdzieś blisko gniazdo.

- Gdzie jesteśmy? - pyta Kosiński.

- W Lasku Bielańskim.

- O kurwa - mówi - a ja tu śpiewałem, liczyłem, gadałem do siebie...

- Teraz tu tylko ksiądz jest - uspokaja go Bielski. - Jakby nawet coś słyszał, to przecież ksiądz, musi dochować sekretu.

Jeśli to żart, to Kosiński się nie śmieje. Wstyd mu, że jest taki brudny, obszczany, niedołężny.

- Nie martw się, póki się nie zesrasz, możesz spokojnie patrzeć w oczy żołnierkom i żołnierzom. - Ten żart Bielskiego jest o niebo lepszy, bo Kosiński czuje ulgę.

Ksiądz jest gadułą, ale ma koniak i czyste ubrania, daje mu za duże dresy, ale jak się obwiąże paskiem, to nie spadną.

- Tam jest łazienka, niech się pan ogarnie, a my tu zupę nastawimy.

Olga wychodzi na zewnątrz, dzwoni do szefa, że ma Kosińskiego, że jest żywy i cały.

Wystawia twarz do słońca, a słońce jest jak z innego świata. Jakby nie istniał żaden koronawirus, jakby się nie waliła światowa gospodarka, jakby cena franka nie miała za chwilę poszybować w górę, jakby nikt nie umierał.

Kiedy Kosiński wychodzi spod prysznica, ksiądz opowiada Oldze i Bielskiemu o eremitach, że najsławniejszym pustelnikiem na Bielanach był brat Jerzy, czyli Michał Wołodyjowski, i nawet na pamiątkę jego figura stoi w niszy na wieży. No a potem pustelników wygnali zaborcy i tu było gimnazjum dla chłopców. I że taki poeta, Tadeusz Gajcy, z Wojciechem Jaruzelskim siedział w jednej ławce.

- To co, po jednym się napijemy? Zrobicie uprzejmość księdzu, teraz epidemia, to ja tu więcej zwierząt widzę niż ludzi - rzuca i dodaje: - A pani oficer czemu nie pije? A, bo kierowca? Taki świat, patrzcie, ludzie, teraz mężczyźni siedzą, piją, a kobiety będą ich po domach rozwozić, no ale ten Gajcy, to wiecie, poeta, "nie tobie lekkim słowem kochać, lecz stać nad czasem tym jak krzyż"... Mówiło się te wiersze, mówiło, ksiądz też miał kiedyś marzenia, może by aktorem został, jakby Bóg nie wziął do siebie na służbę? Gajcego zabili Niemcy w powstaniu warszawskim, a Jaruzelski, mówili starsi kapłani, taki był religijny, księdzem chciał być... Niektórzy powiadają, że go Ruscy podmienili na tym zesłaniu, no bo jak? Wyjeżdża porządny człowiek, a wraca komunista, który nienawidzi Żydów i Polaków? No a potem to jeszcze tu mieliśmy seminarium i w tym seminarium uczył się Jerzy Popiełuszko. I tak wszystko na tych Bielanach, napijmy się, no, nie wolno, żeby wietrzało, wszystko tu mamy, i osiołki, i lamy, i pustelników, i Jaruzelskiego, i księdza Jerzego.

Rozdział 31

1984

I Jaruzelskiego, i księdza Jerzego miał teraz Robert na wyciągnięcie ręki. Jerzemu się spowiadał, a Jaruzelskiego miał zdalnie, bo na ekranie telewizora Beryl. Odkąd go szukali, Robert nie mógł się pokazać ani w Otwocku, ani na uniwersytecie, ani w swoim hotelowym asystenckim pokoju. Siedział w Szczecinie, w starej kamienicy przy Rewolucji Październikowej, z której nie mógł wychodzić, bo nawet zarośnięty, wychudzony, poszarzały z niewyspania, że trudno go było poznać, nie był bezpieczny.

Wolałby na Chłodnej, u Jerzego, w mieszkanku, które ksiądz dostał od ciotki pięć lat temu. Niewielkie, puste właściwie, odkąd ktoś tam wrzucił cegłę z zapalnikiem, chronione siatką w oknach. Nawet zadzwonił do księdza i poprosił, bo chciał być w Warszawie, bliżej sprawy, bliżej Aśki, ale usłyszał, że to zły pomysł. Że komuniści zaczęli kombinować coś poważnego.

- Sąsiedzi mówią, że ten, który się wprowadził naprzeciwko, to esbek, że go widzieli w "Dzienniku Telewizyjnym". Coś na mnie szykują na rocznicę wojny, żeby nie pozwolić na kazanie za ojczyznę, bezpieczniejszy będziesz gdzie indziej.

No tak. Otworzyć takie zamki to przecież potrafi każdy ślusarz.

Więc Robert musiał się pożegnać z tą odrobiną prywatności, która była mu potrzebna, żeby marzyć, pisać, tłumaczyć, obłożyć się słownikami i walczyć z tekstem nowej książki Vladimira Volkoffa. Montaż był o tym, jak agentura gnieździ się w mediach i jak wykorzystuje ludzką naiwność oraz prostotę serc, żeby ich ogłupić i omamić. Żeby im ukraść dusze i wolność. Orwell był dla dzieci, a Volkoff dla ludzi, którzy naprawdę chcieli się bronić przed komuną i przed tym, do czego jest zdolna w demokratycznym świecie.

- Trzeba być gotowym na demokrację - powtarzał Kornel Morawiecki. - Oni się skończą szybciej, niż myślicie, ale nie zdechną, będą jak ośmiornica, oplatać, udawać, zmieniać kształty, zatruwać, pudrować, przemalowywać, żeby władzy nie oddać.

Niektórzy wątpili, ale Robert nie. Prawa historii są nieubłagane, dyktatorzy upadają, więc upadek Jaruzelskiego będzie straszny. Im lepiej będą gotowi, tym mniej się poleje krwi.

W styczniu Kowalski musiał jechać z bibułą do Warszawy. Nikomu nie mógł powiedzieć, tylko jakiemuś Franciszkowi. Nazwiska nie podali. I że będzie czekał na Dworcu Zachodnim. Pełno szpicli, ale przecież szukają doktoranta, a nie drwala.

Świetny dowcip, pomyślał.

Dobre miejsce pod Warszawą, na wsi oczu niby mniej, ale pod warunkiem, że nie wychodzisz z domu. Wychylisz się i jesteś od razu na widoku. Robert siedział więc pięć dni jak mysz pod miotłą, przygotowywał matryce, a piątego dnia pojechali do Warszawy, gdzie spotkał się z księdzem na plebanii na Żoliborzu.

Co do mieszkania na Chłodnej, okazało się, że Jerzy miał rację i rzeczywiście, przed trzynastym grudnia esbecy urządzili tam prowokację i podrzucili Popiełuszce piętnaście tysięcy egzemplarzy bibuły, grepsy po francusku, sprawozdanie księdza Małkowskiego ze spotkania z prymasem, które rzekomo Giedroyć miał wysłać Jerzemu, żeby ten rozkolportował sto egzemplarzy, do tego naboje do kałasznikowa, trotyl, dynamit, zapalniki, detonatory, matryce i wiadro farby drukarskiej. Jak mu pokazali to na rewizji, śmiał się, bo nawet esbecja nie wierzyła, wiedzieli, że to dęta sprawa. Ale proces miał być poważny. Trzydzieści lat odsiadki.

- No i ja myślę, że to z powodu rocznicy stanu wojennego wsadzili mnie do aresztu. Dostałem materac i dwa koce, w celi mieliśmy sympatycznego szczura, który przez lufcik wchodził po chleb. A trzynastego, w obecności mecenasa Wendego, powiedzieli, że grozi mi dwadzieścia jeden lat pozbawienia wolności plus dziesięć lat z artykułu sto dziewięćdziesiąt cztery. A wieczorem puścili. I tak od miesiąca przesłuchania, przesłuchania. Ale jutro jadę do Zakopanego na odpoczynek. Zaczekaj tu, ja się muszę spakować, widzisz, a tu do ciebie ktoś przyjdzie.

Robert został sam.

Mały ten pokój. Biurko, szafka, czy raczej półka, na ścianie krzyż i kalendarz Solidarności Regionu Mazowsze. Na środku Wałęsa w medalionie z napisem "Pokojowa Nagroda Nobla", a niżej dwunastu działaczy na dwanaście miesięcy.

Robert westchnął. Jerzy nie wracał, a on zaczynał się trochę nudzić. Może by zadzwonić do Asi? No ale do akademika? Zanim podejdzie, to tu będą milicjanci, bo pewnie aparat na podsłuchu. Telefon zielony, zupełnie jak maszyna do pisania. Olimpia Monica. Trochę obtłuczona, ale widać, że dobra. Pewnie z darów. Na półce książki religijne i różne prezenty. Statuetka hutnika od hutników, lalka pielęgniarka od służby zdrowia. A na drugiej ścianie obrazki. Jeden, odręczny, ale oprawiony, z Tatr. Papież siedzi na polanie z rodziną Wałęsów, a za krzakiem esbecja przebrana za górali nadaje swoje komunikaty.

Pod obrazem, na półeczce, zeszyt. Zwykły, ciemnozielony. Robert odruchowo otworzył.

To jakieś kazanie, pomyślał Robert. Na studiach uczył się czytania rękopisów, zresztą studenckie gryzmoły musiał czytać raz po raz, widział, że to pismo równe, spokojne, ale "r" w dziwnym, "francuskim" kształcie. I zawijasy pod "ą" i ę" zamaszyste, długie. Ciekawe, co by o tym powiedział specjalista od charakterów pisma?

- Cześć - usłyszał głos Asi i zamarł, bo pomyślał, że to musi być duch, że go przyłapał na czytaniu cudzych notatek, że to niemożliwe.

Odwraca się, czuje, że gorąco uderza mu do głowy, a ona podchodzi. Tak, to ona. Nie zmieniła się nic a nic, a jemu się zdaje, że musi teraz śmierdzieć stęchlizną, papierosami, farbą, drogą, ucieczką, że mu wstyd, że jest dla niej za stary, że zawiódł, oszukał z tym ślubem, że nie doczekają, wszystkie te myśli ma w głowie naraz i tę, że Jerzy zaraz wejdzie i zapyta, co tu się dzieje. Światło styczniowe powinno być nikłe, zamglone, łaskawe i chmurne, a tymczasem wdziera się tu przez okno promień słońca odbity od powierzchni chmur tuż przed zachodem i bezlitośnie widać, jaka ona jest piękna. Najpiękniejsza na świecie, a on przecież stary. Za stary. Za długo ta wojna trwa. Musi jej powiedzieć, że nie doczeka. Że się boi.

- Nie mów nic, wszystko nieważne. - Musiała usłyszeć jego myśli. Dotyka go rękami, jakby była niewidoma. Czoła, uszu, tej brody szczeciniastej, oczu. Robert zamyka powieki i poddaje się temu jak kot.

- Zapomniałam, jak smakują twoje usta - szepcze ona.

Rozgarnia mu włosy, tę szorstką, grubą szczecinę, szuka wargami, broda kłuje ją w nos ostrym, zmierzwionym włosem i kwaśnym, nieznanym, dalekim zapachem soli, jakby z jej rodzinnej Gdyni. Włosy rybaków muszą tak pachnieć. A potem odnajduje ustami jego usta, dotyka ich językiem i poznaje, że to naprawdę on.

- Zapomniałam, jak wyglądasz - dodaje, kiedy brakuje im wreszcie tchu i muszą się rozdzielić, ale nie puszczają. Ledwo może oddychać w gęstwinie jego ramion, bo wydają się ją oplatać. - To było najgorsze. Znam twój głos, ale kiedy były święta, leżałam w ciemności i płakałam, bo nie umiałam sobie wyobrazić twojej twarzy.

Robert ma już powiedzieć coś, nie wie co, trzeba uważnie dobierać słowa w takich chwilach, ale wbiega Tajniaczek: sup, sup, sup, dzwoni pazurami o linoleum i ta chwila nieoceniona, bo nie wiesz, która jest ostatnia, nagle się kończy.

- No to niezła niespodzianka, prawda? - Jerzy się uśmiecha. Jest spakowany i szczęśliwy, lubi być w Zakopanem. Tak do utraty tchu. I dotykać śniegu.

Na mszy za ojczyznę Joanna jest sama, bo Robert znowu w Szczecinie. Popiełuszko mówi kazanie o Traugutcie. O tym, że trzeba być niezłomnym. I że jak stał pod ścianą cytadeli, to dziesięć tysięcy ludzi przyszło się modlić na głos: "Święty Boże, Święty mocny", i on ten tłum słyszał.

Aśka miała dziwne przeświadczenie, że to jest prorocze kazanie, i ogarnął ją nagły lęk, jakby ją samą miała spotkać taka ściana straceń. Odgania to jednak, odpędza, trzeba się cieszyć życiem, nie wiadomo, ile nam jeszcze zostało. Nie, co to za głupie dywagacje, przecież już minęły dwa lata od wprowadzenia stanu wojennego, kogo chcieli zabić, zabili.

Dziesięć dni później usłyszała na uczelni, że znaleziono ciało Piotra Bartoszcze z rolniczej Solidarności. Podobno było wciśnięte do studzienki kanalizacyjnej. Przedtem go torturowali, bili, dusili, topili. W "Dzienniku Bałtyckim" ani w "Trybunie Ludu" nie było o tym słowa, ale ludzie wiedzieli.

Na kazaniu lutowym ksiądz Jerzy mówił o wychowaniu młodzieży. O tym, że skoro zawodzi państwo, ludzie muszą to robić w domach, że nie wolno przestać.

Zapisała sobie jedno zdanie. I kiedy w czwartek o umówionej godzinie Robert zadzwonił, powiedziała mu: "Wiary i ideałów nie wolno sprzedawać za przysłowiową miskę soczewicy, za stanowisko, większą pensję, możność studiów czy awans społeczny. Bo kto łatwo sprzedaje wiarę i ideały, ten jest o krok od sprzedawania człowieka".

Rozdział 32

Teraz

- Kto łatwo sprzedaje to, w co wierzy, ten jest o krok od wystawienia człowieka, nieważne, czy to kolega, czy nie kolega. - Bielski dawał osłu trawę, a zwierzak prychał zadowolony. - To oczywiste, że Kosińskiego wystawił ktoś od was.

- Albo osoba sprawdzana z monitoringu, ze stacji benzynowej, mogła powiedzieć, że nikogo nie rozpoznaje, a potem zadzwonić do gangsterów, i oni czekali na Kosę. No gdzie miał parkować, jak nie koło komendy?

- Tak mogło być, ale telefon, który dostałaś, ten, żeby się odpieprzyć od Kowalskiego... - Bielski pochylił się znowu, żeby zerwać garść trawy. Z szopki wychyliła się teraz lama, czy może alpaka, ksiądz miał tu prawdziwe minizoo. Powiedział im, że na Niedzielę Palmową proboszcz, ksiądz Drozdowicz, wjeżdża na tym osiołku na mszę.

Zostawili ich z Kosińskim nad butelką koniaku. Jednemu przyda się towarzystwo, a drugiemu odpoczynek. W końcu ksiądz mu pożyczył własne ubranie. Olga z radością obserwowała Bielskiego. Dotarło do niej, jak bardzo tęskniła za jego spokojem i błękitem.

Nie zapomniała o niebieskich oczach Bielskiego, nie byłaby w stanie.

- Od dupencji Kowalskiego, żeby się trzymać faktów - powiedziała.

- Dobrze! Chciałem sprawdzić, czy to zauważyłaś.

- Podpuszczasz mnie?

- Nie, ja tylko próbuję pomóc. Może nie chodzić o niego, tylko o nią.

- Szefowie są przekonani, że o niego.

- Szefom nie jest na rękę, że w trakcie kampanii wyborczej w orbicie kandydata opozycji pojawia się taka historia, to zrozumiałe, ale ty musisz uwolnić umysł od oczywistych sugestii.

- Co mi radzisz?

- Uważaj na swoich, którzy cię pytają o sprawę.

- Siwy.

- Co: Siwy?

- Siwy, Doliński, mój mentor, opiekun, nauczyciel i mistrz. On mnie zapytał.

- Ktoś jeszcze?

- Nie, zawsze to ja inicjuję.

- Ciekawe...

- Ale nie wiem, co dalej.

- Przestraszyli cię? Chcesz, żebym u ciebie zamieszkał?

Uśmiechnęła się i pomyślała, że to byłoby dobre, ale po chwili dopadły ją wyrzuty sumienia, że Szymon leży gdzieś w odległym szpitalu zakaźnym w śpiączce farmakologicznej, może o niej śni, może słyszy, jak stary Feliński mówi mu, że będzie ojcem.

- Nie przejmuj się. Żartowałem. Kosiński niech u ciebie pomieszka. Będziecie trzymać wartę na zmiany.

- Ale ty poważnie mówisz?

- A ty zamierzasz odpuścić tę sprawę?

- Co ty, ale po prostu nie wiem, co zrobić.

- Wiesz, powiedziałaś mi przecież: sprawdzić, czy Hełczyński mógł znać to miejsce. Poczekać na wyniki badania zębów i kości tej Cichej. Znaleźć tych, którzy do was strzelali.

- No to co, mam przesłuchać tego policjanta z Pruszkowa?

- To nie zaszkodzi, zrób to, ale ja może pomogę.

- Chcesz ze mną jechać na przesłuchanie?

- Nie. Oglądałaś Grę o tron?

Pokiwała głową.

- Skąd lord Varys miał wieści o tym, co się dzieje na mieście?

- Przecież my też mamy swoich informatorów.

- Ale nie możesz ufać ludziom w firmie. A ja swoim mogę. Sprawdzę. A teraz chodźmy, bo jeszcze otworzą kolejną butelkę.

Siedzieli przy otwartych oknach zasłuchani w las. Kosiński wydawał się niemal całkowicie odprężony.

Jakby się wyspowiadał, pomyślała, ale nie zapytała. Poczuła smutek, że się rozstają.

- Ja jeszcze pogadam z księdzem - powiedział Bielski. - Znamy się z czasów, kiedy udawałem na mieście bezdomnego.

Przytulił ją, ale nie pocałował. Pomyślała, że to może z powodu epidemii.

- Ale mój numer miej na podorędziu. - Mrugnął do niej.

Las huczał od ptaków.

- Pewnie im żal. - Kosiński był chyba wstawiony. Dresowe spodnie od księdza wisiały na jego tyłku jedynie dlatego, że ściskał je w garści.

- Komu?

- Ptakom - uściślił - pierdolonym ptakom żal, bo się człowiek przykuty do drzewa rzadko trafia, co nie?

- Dzisiaj rzeczywiście rzadziej niż dwadzieścia pięć lat temu.

- No - wsiadł do samochodu - toście sobie za dużo nie posrały. Dokąd jedziemy?

- Najpierw do ciebie, przebierzesz się, potem do firmy, szef chce z nami pogadać. Potem do mnie, bo u mnie śpisz, dopóki tego nie ogarniemy, lepiej się trzymać razem.

Z samochodu zadzwoniła do matki Szymona.

- Mają go w niedzielę wybudzać ze śpiączki.

- W Niedzielę Palmową - powiedziała Serbia bardziej do samej siebie.

Rozmowa z Leśmianem nie była długa. Oznajmił im, że mają wolne do poniedziałku i żeby się porządnie wyspali.

- Przecież jutro sobota - stwierdził Kosiński, wciąż odrobinę pijany, więc żarty nie musiały być najwyższej jakości.

Leśmian pokręcił głową, ale co miał powiedzieć?

- A co tam nasi z ministerstwa? - zapytała Olga.

- Obawiają się, czy sobie poradzisz. Pytają, czy potrzebujesz wsparcia.

- Tak.

- Co "tak"?

- Tak, poradzę sobie, tak, potrzebuję wsparcia.

- Czyli przestraszył was ten gangster? Nie byliśmy dość ostrożni, będzie oczywiście postępowanie w tej sprawie. Wewnętrzni sprawdzą.

Olga machnęła ręką.

- Nie o to chodzi. - Zrobiło jej się nagle duszno, zdjęła maseczkę. Zresztą to głupie, bo ani Kosa, ani Leśmian swoich nie zakładali.

Komendant czekał.

- Przydałoby się, żebyśmy mieli jak najszybciej wyniki badań szkieletu tej kobiety. Może to pozwoli ustalić czas zgonu. Przynajmniej rok.

- No mówią, że robią, co mogą, ale że wynik niepewny.

- Jak to niepewny?

- Tak twierdzą, ale raportu nie mam. Potrzebują jeszcze kilku dni. Ale powiem ci, Olga, mi to śmierdzi, bo jak tam dzwonię, a robię tak codziennie, bo minister naciska, zdaje mi się, że ktoś specjalnie opóźnia. Ale to tylko przypuszczenie. Wiesz, ja nie lubię ludzi, którzy pracowali za komuny, a oni nie lubią mnie. Kojarzysz, jak na mnie mówią?

- Tak. - Pokiwała głową.

- Ten chuj z PiS-u. - Podszedł do sejfu, otworzył go i wyciągnął ćwiartkę Jacka Danielsa. - Ja nie piję, znasz mnie. Ale cieszę się, Kosa, że wróciłeś do żywych. No to jak jeszcze wam mogę pomóc?

Nie zapytał, czy chcą, po prostu nalał do kubków. Olga dostała taki z policjantem z drogówki, krową w spódnicy i czarnym bykiem. "No to komu wlepić mandacik?", pyta policjant. "Muuuu", mówi krowa, wskazując na byka.

- Kto, kurwa, robi takie kubki?

- To prezent od synka, musiałem go wziąć do pracy. - Leśmian się zaczerwienił. - Już przywykłem. Chcesz w innym? - Wyciągnął do niej rękę ze swoim, zwykłym, bez napisów.

- Nie, jest okej.

- A ja mam z napisem "Polski policjant najodważniejszy na świecie" - odczytał z trudem Kosiński.

Serbia pomyślała, że musi go położyć spać i zadzwonić do matki Szymona, bo kobiety powinny się wspierać w ciężkich czasach.

- Co jeszcze mogę dla was zrobić? - Leśmian pił małymi łyczkami.

Olga już miała wychylić jednym haustem, kiedy przypomniała sobie o dziecku, i wypiła tylko trochę.

Jak to dobrze zapiekło.

- Ktoś mi się przyda do zbadania wątku Hełczyńskiego.

- Kto to, przypomnij mi?

- No ten, który wisiał, a jego synek był w bunkrze.

- A tak... co chcesz? On nie żyje przecież.

- Chciałabym, żeby ktoś dyskretnie przyjrzał się jego przeszłości, nie wiem, bo on za młody, ale może ojciec, dziadek, może ktoś z jego rodziny miał jakieś powiązania z tym miejscem. Chcę wiedzieć, czy on tam trafił przypadkowo, czy nie.

- A chłopca nie lepiej przesłuchać?

- A psycholog pozwoli?

- W tej sprawie może i pozwoli.

- Ale co on może wiedzieć? Czy tatuś znał drogę, czy błądzili? Przecież nie będzie tego umiał ocenić. - Olga na myśl o tym, żeby kazać dziecku przechodzić jeszcze raz przez tę traumę, poczuła się źle. - Ech... - Wypiła do końca.

- Nalać ci jeszcze?

Pokręciła głową. Kosiński nadstawił swój kubek. Dla niego to był szczególny dzień. Nigdy w życiu nie pił wódki z szefem.

- Młody, cieszę się, że się nie wycofujecie. - Leśmian nalał mu jeszcze. - Broń miejcie na podorędziu. Pamiętajcie. Jak coś, nie możecie się zawahać.

- A potem pójdziemy siedzieć jak ten Janek "Majami", co bandytę postraszył? - Olga usiadła bez pytania, ale znowu poczuła, że nogi puchną, i postanowiła jakoś dyskretnie rozwiązać sznurowadła.

- Jaki "Majami"?

- Ten z Pragi, przewiózł gangstera do lasu i dostał wyrok za przekroczenie uprawnień. A groźnego mordercę postraszył przecież.

- No... ale teraz są inne czasy. Teraz rząd jest po stronie policji.

- Rozumiem, będę celowała w kolana.

- W jajca - powiedział Kosiński - tylko w jajca.

Kiedy jechali na Żoliborz, zadzwonił Siwy.

- Jak tam, córuchna? Zdrowa jesteś?

Olga poczuła, że robi jej się gorąco.

- Tak, wszystko w porządku - powiedziała oschle, nie bardzo chciała rozmawiać przy Kosińskim, nie chciała, żeby młody coś zaczął podejrzewać, co prawda był naprawdę wstawiony i puszczała go adrenalina, bo siedział nagle wyciszony i nie żartował, nie odzywał się, może w duszy znowu przeżywał ten moment w lesie.

- Dlaczego jesteś taka oficjalna? - Siwy coś wyczuł. - Z Kosińskim wszystko dobrze?

A więc po to dzwonisz?, pomyślała.

- Tak, wszystko w porządku - oznajmiła na głos.

- Słyszałem, że go wyjęli z ulicy, że były poszukiwania.

Cmoknęła.

- Chcesz wiedzieć, skąd wiem?

- Uhm.

- Nie ufasz mi - zaśmiał się - dobrze cię nauczyłem.

- Dobrze. - Rozluźniła się odrobinę, ale pomyślała zaraz, że to może być gra.

- Wiem z firmy, ludzie się zaczęli zwoływać na poszukiwania, wszystkie ręce na pokład... wiesz, twój nowy szef wpadł w popłoch, że mu sprzątną funkcjonariusza, a to by był dla niego koniec kariery. Ale dobrze, że mi nie ufasz. Nawet nie wiesz, jak dobrze.

- Dlaczego?

- Muszę ci coś powiedzieć, Olga. To dotyczy tej książki, którą ode mnie dostałaś.

- Tak? - Zdziwiła się, że nie powiedział "To dotyczy tych wiadomości do Kowalskiego", ale nie zapytała o to.

- To nie jest na telefon, rozumiesz?

- Rozumiem. Jestem śmiertelnie zmęczona. Możemy o tym porozmawiać jutro?

- Tak. Ja wcześnie wstaję. Jutro. Jak dożyjemy, bo ta zaraza, słyszałaś, strasznie niebezpieczna. A oni chcą na siłę wybory korespondencyjne. Kto by pomyślał, chcą nas zabić kopertami.

- To nie wąglik. - Olga poczuła zniecierpliwienie. - Listy nie zabijają.

- No ale poczta?

Zdziwiła się, Siwy nigdy nie marudził.

- Jutro, szefie, okej?

- Tylko ci z prewencji mówią do dowódcy "szefie". Nie pamiętasz?

Wypuściła powietrze ze złością.

- Dowódco. Jutro.

- Kocham cię. Wiesz, prawda?

I cisza. Tak. Wiedziała. Kochał ją. Ocalił jej życie. Ale teraz zachowywał się dziwacznie. No ale to jutro. Jutro. Dzisiaj pościeli Kosińskiemu w pokoju Anki, sama poleży w wannie, a potem zadzwoni do matki Szymona. Może jeszcze do Kowalskiego? Może warto zapytać go, co odnalazł?

Kowalski odwołał swoją konferencję prasową, na której, jak się umówił z Kosiniakiem-Kamyszem, potwierdzi, że nie wycofa się z wyborów. Nie wziął też udziału w spotkaniu z wicepremierem Gowinem z koalicji rządzącej. Gowin postawił się swoim, uważa, że wybory w maju to narażanie ludzi na niebezpieczeństwo. Kowalski wie, że to gra. Gowin chce usłyszeć propozycje opozycji. Ile może dostać za rozbicie rządu. Stawką jest stanowisko marszałka Sejmu RP. Nie ma wyborów, mija kadencja Dudy, Gowin bierze prezydenturę w czasach epidemii, która może potrwać dwa lata.

- Musisz być na tym zebraniu - naciskają go swoi. Ale on nie może być nigdzie, na żadnym spotkaniu. Nie może teraz z nimi być. Nie może być w domu z żoną.

Czyta tę przedostatnią kartkę od Joasi raz po raz.

"Kochany. A pamiętasz, jak marzyliśmy o Sussex? O tym, jak marzyliśmy, żeby poznać sekret wampira? Żeby iść po wrzosowiskach i odkrywać, że wampiry rodzą się z zazdrości? Tutaj, w Ameryce, jest zimno, wiesz? Bardzo zimno tu jest".

Kartka z Chicago jest brzydka. Na niebieskim rozmazanym tle litery układające się w kształt nazwy miasta, a w literach fragmenty zdjęć z budynkami. Kicz. Joasia nie kupiłaby takiej kartki. Na znaczku data: 20. DEC. 84. Ani słowa o świętach. Ale nie to go martwi. Nie to. Teraz, kiedy przeczytał wszystkie pocztówki, kiedy już wie, że pisała szyfrem, z łatwością rozpoznaje, że to znowu Holmes. Wampirzyca z hrabstwa Sussex jest o zazdrości. Pan Ferguson ma nową żonę, Peruwiankę. Przyłapał ją na tym, że wysysała krew z szyi ich synka. Pozostawiła ślady po zębach. Holmes odkrywa, że to zazdrosny o malucha syn pierwszej żony strzela do dziecka zatrutymi strzałkami. Kobieta wysysała nie krew, ale truciznę. Kowalski wie, co jest sekretem wampira. To zazdrość. Joanna napisała mu wprost. Zazdrość.

Kiedy Małgorzata dzwoni, żeby zapytać, czy wróci na kolację, Kowalski mówi, że muszą zostać w sejmie, bo PiS znowu szykuje zamach stanu. Małgorzata rozumie. Nie ma pretensji. Martwi się. Jest ideałem kobiety. Nigdy nie powiedziała mu, że musi zrobić to czy tamto. Ani razu.

Kiedy kończą rozmawiać, Kowalski schodzi na parking, do Mercedesa, i z bagażnika wyjmuje śpiwór. Kupił go kiedyś, bo marzył o tym, że pojedzie w Tatry, że będzie spał w Roztoce albo nad Morskim Okiem, albo w Dolinie Pięciu Stawów. Gdziekolwiek. Byle tam, gdzie był najszczęśliwszy na świecie.

Nigdy nie pojechał. Minęło już dziesięć lat. Pięć samochodów, w których woził ten śpiwór. Beznadziejne marzenie. Wącha go teraz, czy nie jest stęchły, naciska, czy nie zbiło się wypełnienie. Ale to przecież Karrimor, wieczysta gwarancja. Wraca do siebie, zdejmuje buty i układa się na kanapie, na której czasami siadał, żeby oglądać telewizję.

Nie, no nie zaśnie.

W biurku ma butelkę koniaku. "Z życzeniami zwycięstwa w wyborach z Dudą". Ludzie przysyłają czasem dziwne prezenty. Ale to tylko koniak... nie, to rum Dictador. Butelka jest miękka w dotyku. Jak jej skóra, myśli Robert, kiedy już ma w sobie połowę butelki. Jak jej skóra.

Rankiem Serbia zostawia Kosińskiemu karteczkę, że może sobie wziąć z lodówki wszystko oprócz alkoholu i że ona wróci pewnie koło jedenastej. Chłopak obudzi się głodny, bo padł zmęczony wczoraj, kiedy rozmawiała z mamą Szymona. Zasnął w ubraniu, a ona go nie rozebrała. Nakryła kocem i został tak na kanapie. Teraz pije kawę i cieszy się, bo stopy znowu jakieś swoje i mieszczą się w butach. Samochód nie jest pochlapany farbą. Szyby całe. Klęka przy nim i zagląda pod spód, czy nie ma bomby, ale nie, wygląda na to, że wszystko w porządku. Otrzepuje kolana i myśli, że jeśli ktoś ją widział, to pewnie sądzi, że szajbuska. Wariatka.

W radiu słyszy ministra zdrowia, który informuje, że trzeba wprowadzić nowe ograniczenia i że konieczne będzie noszenie maseczek ochronnych przez wszystkich ludzi na ulicach. I że nie wolno spacerować ani biegać po lasach ani bulwarach. Za złamanie tego zakazu będą surowe kary. Potem jakiś biskup tłumaczy, czym jest duchowa komunia i że jutro, w Niedzielę Palmową, obecnych na mszy może być po pięcioro ludzi w kościele.

Dom Siwego jest skąpany w słońcu, furtka otwarta, jakby zapraszał. Może się nie mógł doczekać. Bez pachnie oszałamiająco. Pszczoły krążą jak błędne obok jakiegoś krzewu o małych żółtych kwiatach i Olga czuje, że to naprawdę już wiosna pełną gębą. Spogląda w stronę zakratowanego okna na parterze, ale nie dostrzega, czy Siwy patrzy na nią zza firanki. Na wszelki wypadek macha mu i się uśmiecha.

Stuka. Nic. Naciska klamkę, otwarte. Ściąga buty, bo stopy jednak znowu jej puchną, i bierze kapcie z półeczki dla gości. Puka do drzwi do pokoju, wchodzi. Siwy siedzi w fotelu. Ręce ma na brzuchu. Pod nimi gęsta brązowa plama. Olga nie musi podchodzić bliżej, żeby wiedzieć, że to krew. Swąd krwi pozna zawsze i wszędzie.

Rozdział 33

1984

- On swąd krwi pozna zawsze i wszędzie, to jest prawdziwy, jak to mówią Anglicy, fajter, co za piękne słowo, prawda? - cieszył się profesor Dziekoński. Nad stadionem pełne słońce, na trybunach tłum, zdobyć bilety było niezwykle trudno, na szczęście ojciec chłopaka Małgorzaty zna jakiegoś ważnego działacza w Legii i wszystko mógł załatwić, nie tylko szynkę, benzynę czy cukier, ale nawet bilety na mecz Polska-Belgia.

Pożegnalny mecz Grzegorza Laty.

- Ach, Lato to jest prawdziwy pies na piłkę, wilk. Lis. Wiesz, że on rozegrał z reprezentacją sto cztery mecze i to jest absolutny, nieprawdopodobny rekord? Nikt mu nie dorówna. Król strzelców mistrzostw świata, czy to ktoś mógłby sobie wyobrazić, czy mógłby w to uwierzyć, że Polak tego dokona? Nigdy w historii już takiego napastnika Polska nie będzie miała.

Była osiemdziesiąta piąta minuta. Polska remisowała z Belgią. Trener zdjął Latę, żeby publiczność mogła mu wyprawić pożegnanie. Sędzia nie spieszył się ze wznowieniem gry. Po piętnastu latach olśniewającej kariery Lato miał prawo do swojej chwili triumfu.

Robert dziwił się temu zaproszeniu. To zresztą był cud, po akcji na Powązkach, dziesiątego kwietnia, poszli z Asią opłotkami pieszo, aż na Plac Wilsona, oglądając się za siebie co rusz, ale nie, nikt za nimi nie szedł. Milicjanci w radiowozie chrapali, kiedy się przekradli obok nich i zastukali do Jerzego. Tajniaczek od razu zaczął skamleć i drapać w drzwi, więc ich wpuścił.

Jerzy, zasmucony, nie spał, jutro znowu przesłuchanie. To już jedenasty raz, jak go ciągają w sprawie podłożonych pisemek i trotylu, boi się, że jutro znowu go zamkną na czterdzieści osiem godzin, żeby nie mógł na kazaniu o Katyniu powiedzieć, że to Sowieci zabili.

Skoro Jaruzelski mówił, że Niemcy, to znaczy, że Niemcy.

Oni oboje podekscytowani robotą, Joasia rozpromieniona, szczęśliwa, podniecona, bo pierwszy raz od dawna zrobili coś razem. Robert namalował "Katynia Sowietom", a ona "nie zapomnimy". Ksiądz Jerzy zaparzył herbaty, siedzieli na dole. Wtedy dał Robertowi list.

- To od profesora Dziekońskiego - powiedział - zostawił dla ciebie.

Zwyczajna, niebieska koperta. Bez adresu, bez znaczka, otwarta. Znaczy niezaklejona.

- Kto to widział? - Robert był podejrzliwy, bał się prowokacji.

- Nie trzeba się obawiać, profesor przyszedł osobiście, wie przecież, że się znamy. Zostawił. Nie zaklejał, bo uznał, że nie ma takiej potrzeby.

Robert przestraszył się, że to może coś z Małgorzatą. Wciąż miał wobec niej poczucie winy.

Ale nie. Profesor pisał, że zaprasza ich oboje z Joasią, tak napisał, "oboje z Joasią", na mecz Polska-Belgia. Były data i godzina spotkania. Publiczne miejsce, gdyby to była zdrada, prowokacja, mogłoby być trudno uciekać. Bywały takie obławy na kolegów, że na dworcu wszyscy czekający okazywali się agentami esbecji. Komuniści potrafili nawet zamknąć kwartał miasta i podstawić statystów, jakby kręcili film. Ale nie, odpędził złe myśli, przecież profesor nie miałby powodu...

Na wszelki wypadek postanowił, że zadzwoni do niego, ale nie od Jerzego, bo tu oczywiście podsłuchy. Zadzwoni z automatu.

Cieszył się, że mieli z Asią jeszcze jeden dzień razem, chociaż oczywiście na plebanii nie było mowy o tym, żeby spali ze sobą. Ona w pokoiku gościnnym, on na materacu w korytarzu, ale drzwi otwarte, przegadali pół nocy o tym, jaki będą mieli kiedyś dom w górach, kozy, kury, że będą robili ser. Ale kto by chciał ser z koziego mleka? Nawet w czasie najgorszego kryzysu, jak nic nie było do jedzenia, Polak czegoś takiego do ust nie weźmie. No chyba że musi. Ale Asia swoje, czytała, że Francuzi uwielbiają taki ser i że jest bardzo zdrowy. Że zdrowe żywienie to przyszłość świata, a jak kiedyś będą mieli dzieci, to przecież muszą zadbać, żeby miały jak najlepsze jedzenie.

Wstałby i poszedł pogłaskać ją po pupie, ale bał się, że Tajniaczek przyleci, zaszczeka. Dobry pies, ale strasznie czujny. Na esbeka by się nie nadawał, bo to głupie lenie.

Po śniadaniu pojechali. Jerzy samochodem do Pałacu Mostowskich, milicjanci za nim od razu, wtedy mogli wymknąć się i wmieszać w tłum na Placu Wilsona. W tramwajach i autobusach przesiadali się tak często, aż nie został nikt, kto wchodził razem z nimi.

Nie spodziewał się wpadki, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Bogdan Lis i Zbyszek Bujak ukrywali się od trzynastego grudnia i nie wpadli dlatego, że zawsze dbali o to, czy nikt za nimi nie idzie. Pojechali na Plac Unii Lubelskiej, żeby zadzwonić ze sławnej pośród opozycjonistów budki Jacka Kuronia. Zagraniczne rozmowy były koszmarnie drogie, ale ten telefon był trefny, zepsuty, wrzucało się jeden żeton i można było gadać do woli z każdym numerem.

Ściśnięci, spoceni, Aśka w sukience w kwiaty, on w spodniach ze sztruksu, nieźle się teraz ubierał w rzeczy z darów, niektóre całkiem nowe, czuł jej piersi tak blisko, że nie umiał przed nią ukryć podniecenia. Gdyby było później, ciemno, to pewnie by go tam dotknęła, ale teraz wstydziła się, na ulicy tłum. No może na chwilę.

- "Podaję ci rękę, ty mówisz, że mało, podaję ci usta, ty prosisz o więcej - chwyciła go lekko dłonią w kroku - oddaję ci duszę, oddaję ci ciało".

Był twardy.

- Jezu, jaka to jest dobra piosenka.

- Ale w radiu zakazana. Niedźwiecki puszcza tylko te werble i wszyscy wiedzą, o co chodzi.

- Ma chłop jaja.

- A kiedyś mówiłeś, pamiętasz, że nie masz szacunku do tych z Trójki, którzy nie odeszli z pracy, żeby zaprotestować przeciwko Jaruzelskiemu.

- Myliłem się.

Ścisnęła go lekko, ale przeszedł go taki dreszcz, że aż ugiął kolana.

- Kurde, jeszcze ktoś nas przyuważy.

Zaśmiała się cichutko.

- Dzwoń.

Profesor powiedział, że ma bilety i sprawa jest dobra, czysta, że będzie Małgosia ze swoim narzeczonym i to idealny moment, żeby się wszyscy pogodzili.

- No to przyjdziecie?

- Jak jeszcze będę w Warszawie, to tak.

Poprosił swoich, żeby go przechowali jeszcze tydzień, osiem dni, bo w nocy po meczu nie chce mu się jechać. Niedobrze bezpośrednimi pociągami, lepiej przesiadać się w lokalnych. W kolejkach mniej szpicli.

Połazili jeszcze po Łazienkach. Zielono już. Wiosna. Żałował, że nie może odprowadzić Aśki do akademika, ale tam zawsze stał jakiś szpicel.

No i są na tym meczu, Małgorzata rozpromieniona, rozmawia z Joanną, jej narzeczony jakiś napuszony, profesor w siódmym niebie, ale ledwo Lato zszedł z boiska, Belgowie wykorzystali to rozprężenie w polskiej drużynie i wbili gola.

- Kurwa mać! - klnie Dziekoński.

I to jest pierwszy raz, kiedy Robert słyszy w jego ustach takie słowa. Zaczyna się z tego wszystkiego śmiać, sam się temu dziwi, ale na każdego przychodzi taki moment, że tylko śmiech może go uwolnić od stresu, od dziwności tego świata zatrzaśniętego na cztery spusty przez generałów, od dziennikarzy w mundurach, które już od dawna pozdejmowali, ale on pamięta, od tych esbeków pod plebanią, drukowania bibuły po szopach na wsiach, od tego, że matka świnię hoduje, żeby święta wyprawić, od papierosów i cukru na kartki, od bloku czekoladopodobnego, od tego, że nie można dzieciom pokazać banana ani że nie wiedzą, co to kawa.

- No już, już. - Dziekoński, mądry gość, klepie go po plecach, bo przecież nie przytuli, chociaż widzi, że to śmiech przez łzy.

- Przepraszam. - Robert zasłania usta ręką, broda łaskocze go we wnętrze dłoni, wszyscy się już nad nim pochylają, sędzia odgwizduje koniec meczu, Belgowie biegną gratulować Lacie, bo Grzegorz w czerwonym dresie znowu pojawia się na murawie. Stadion szaleje.

Kiedy wychodzą, mówi Dziekońskiemu, że nie lubi masowego sportu, że to oszustwo, montaż, nieprawda, wymysł faszystów i komunistów.

- Co ty mówisz, Robert? Ty na serio?

- Na serio, na serio. Może nie sport sam w sobie, bo lubię wysiłek fizyczny, lubię góry, lubię daleko iść, ale te sportowe wydarzenia, widowiska i rytuały to przecież miała być w oczach komunistów nowa, świecka religia.

Przepychali się w tłumie, wyjść ze stadionu po meczu to jest jednak sztuka.

- Panie profesorze, przecież to zapalanie znicza olimpijskiego, śpiewanie hymnu, te gesty, sędziowie jako kapłani, to wszystko ma przemawiać do naturalnej dla każdego człowieka religijnej potrzeby. Ma ją zastąpić, chodzi o to, by wyplenić każdą myśl inną niż tylko państwo, które daje nam chleb i igrzyska. No a piłka jest w tym najgorsza, bo w kapitalistycznych społeczeństwach stała się biznesem, interesem.

Profesor zwolnił, jakby zaczął się nad tą myślą pochylać, a wtedy Robert poczuł, że ktoś go chwyta za ramię.

- Oj, przepraszam cię, Asiu, ale chciałem z profesorem jeszcze dwa słowa.

Ale to nie była Aśka. To była Małgosia. Aśka szła dwa kroki za nią z chłopakiem Małgosi, jakże on miał na imię, Marek chyba?

- A więc zostałeś bojownikiem o wolność i prawdziwą demokrację...

- No nie kpij ze mnie, proszę cię. - Nie wiedział, jak się zachować, być poważnym, czy może jednak żartować.

- Nie kpię. Nie kpię, nie bój się - ścisnęła go lekko za ramię - mi jest ciebie żal po prostu, że ty tak żyjesz jak mnich.

- Dlaczego jak mnich?

- Jak ty możesz wytrwać bez kochania się z kobietą, przecież jesteś w najlepszym momencie życia? Jak ty sobie radzisz z twoim temperamentem?

Milczał.

- Ile razy ją spotykasz, tę Joannę? Raz na kwartał w jakimś publicznym miejscu? Pogadałam sobie z nią na meczu, wiem, jak jest. No powiedz, jak sobie radzisz? Ręką to robisz, jak dzieciak?

- Przestań - poprosił cicho.

- Nie przestanę, bo się o ciebie martwię - szepnęła. - Ty wiesz, że ja cię kocham... A ona nawet nie umie utrzymać języka za zębami. Opowiedziała mi, że to wy ten napis na murze przy Pomniku Katyńskim zrobiliście tydzień temu. Powinieneś na nią uważać.

Robert nic nie mówi, ogląda się. Asia idzie z tym Markiem, czy jak mu tam na imię, śmieje się, jest taka piękna, taka bezgranicznie piękna, że nie mógłby mieć do niej żalu, nawet gdyby o tej akcji opowiadała esbekom.

Potem się żegnają. Robert z Asią chcą jeszcze do parku, a potem do akademika, a Marek z Małgorzatą na tramwaj, a może, Marek chce się chyba pokazać, może taksówkę wezmą, do Śródmieścia przecież daleko, a tłok będzie w tramwaju, jak to po meczu.

Robert dziękuje mu za bilety, za spotkanie. Marek ma zielone oczy. Rzadki kolor. I wesołe. To też nie jest częste w tych dniach. Kiedy obejmuje Małgorzatę wpół, a ona przytula się do niego całym ciałem, Robert myśli, że to dobrze, że trafił jej się taki facet, że ona powinna być najszczęśliwsza. A kiedy zaczynają się całować, czuje, że cień, który nosił w sercu od ich rozmowy przed laty, zaczyna się wreszcie rozpraszać.

Asia żałowała, że nie spędzą razem Wielkanocy, ale siedzenie na wsi przestało być bezpieczne, bo ktoś go już zauważył, jak wychodzi i wraca. Ludzie wokół byli milczący, ale firanki w okolicznych domach poruszały się coraz częściej, a to był nieomylny znak, że trzeba się zmywać, wracać na wybrzeże, "lecieć na Szczecin", żeby drukować banknoty z Jaruzelskim zamiast Świerczewskiego. Napisy były po rosyjsku: "Nacjonalnyj Polskij Bank", a w miejscu edycji zamiast "Warszawa" wstawiał "Moskwa". Zielono-czarny druk, na rewersie "40 lat komunizmu". Data - 22 lipca 1984. Młócił je potem w pralce Frani z garścią kamieni, żeby były odpowiednio pomięte, i moczył w wodzie po herbacie, żeby trochę zbrązowiały. Z miejsca było widać, że to fałszywki, że żart, ale plan był taki, że puszczą je w obieg na bazarach, na giełdach, można wrzucić księdzu na tacę, "zgubić" na mieście. Robert miał je wydrukować i postarzyć. Od kolportażu byli inni specjaliści.

Asia cierpiała. Miała przeczucie, że nie zobaczą się szybko, i było w tym sporo racji. Na Wielkanoc pojechała na Żoliborz. W drugi dzień świąt, na imieniny Jerzego, przyszło tyle ludzi na sumę o dwunastej, że nie dało się wejść do kościoła. Stała w parku, kazanie prałata Domańskiego czasami zagłuszały gołębie, a czasami radiowozy milicji. Po mszy w dolnym kościele zebrało się dwa tysiące osób. Jerzy żartował, że samych wiązanek było tysiąc sto i może otworzyć sklepik. Była delegacja Solidarności z Huty oraz Kościelnej Służby Porządkowej. A w kolejną niedzielę na mszy za ojczyznę był sztandar Solidarności i jego chrzestni, Alina Pieńkowska, pielęgniarka ze stoczni, i sławny reżyser Andrzej Wajda. Przybył biskup i powiedział, że wita całe trzydzieści tysięcy ludzi. I że to jest wielkie zwycięstwo Kościoła i demokracji.

W kazaniu Jerzy mówił o dzieciach z Miętnego, które ogłosiły strajk, żeby partia musiała przywrócić krzyż w ich szkole. Krzyż zawisł z powrotem na mocy porozumienia rządu Jaruzelskiego z episkopatem.

Mówił o prawdzie. O tym, że nie ma większej winy niż zdrada. I że biada społeczeństwu, którego obywatele są tchórzami, bo wtedy stają się niewolnikami, a to krzywdzi ich, rodziny, naród, państwo i Kościół.

- Sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, głosujemy na mechanizm jego działania. - Ksiądz Jerzy wiedział, że tego kazania komuniści mu nie wybaczą, ale to trzeba było powiedzieć, tego nie mógł przemilczeć. - Jeśli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami staniemy się jego twórcami i pomożemy je zalegalizować.

Rozdział 34

Teraz

- Jeśli poprzemy mechanizm działania zła, to nie będziemy mogli, nie będziemy mieli prawa tego zła piętnować, bo my sami staniemy się jego twórcami i pomożemy je zalegalizować. - Kowalski zakończył wideokonferencję, podkreślając po raz kolejny, że opozycja nie może pozwolić na wybory w czasie kwarantanny, że nie może się cofnąć w tej sprawie ani o krok. I nie chodzi o spadające na łeb, na szyję notowania głównej kandydatki opozycji, ale o zasady.

Był zadowolony, bardzo zadowolony, bo z małą pomocą swojej sekretarki - niezwykle użyteczna okazała się jej znajomość nowych technologii - znalazł takie tło i ustawił taką odległość od obiektywu kamerki, że wyglądał wreszcie tak, jak powinien. Zamiast pękatego nosa i wielkich oczu miał na ekranie swoją własną twarz i występował na tle mapy Europy, a nie białej ściany.

- Ufff. - Roztarł bolący kark i postanowił, że wreszcie oddzwoni. Sprawdził. Szesnaście nieodebranych połączeń. Sporo.

- No wreszcie. - Głos Małgorzaty zdradzał niepokój. - Powiesz mi?

- Wszystko w porządku - skłamał bez zająknięcia. W końcu przez ostatnie dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat nabrał wprawy. To zadziwiające, pomyślał, że teraz, kiedy żyjemy w wolnym i niepodległym kraju, trzeba kłamać, a wtedy, choć za prawdę szło się do więzienia, potrafiliśmy jej bronić.

- Kłamiesz. Mnie nie oszukasz. Przecież wiesz. Możesz mi powiedzieć prawdę. Jeśli masz romans, z tą, tą... nie pamiętam jej imienia, tą twoją sekretarką, możesz mi powiedzieć. Przejdziemy przez to razem.

Zaskoczyła go. Do tej pory nigdy nie robiła mu wyrzutów. Odkąd zostali małżeństwem, nie istniał między nimi temat innych kobiet.

- Nie, nie mam żadnego romansu - stwierdził.

Tak, przypomniał sobie jej słowa. Wtedy, po wyjściu z więzienia, kiedy to nie Aśka na niego czekała, ale Małgorzata. Od tego właśnie zaczęła, od słów "Przejdziemy przez to razem" i przytulenia go. A on się nie bronił. Człowiek, który opuszcza więzienie, słyszy ptaki i widzi słońce, które jest wszędzie, dosłownie wszędzie, w każdym zakamarku świata. Taki człowiek nie broni się przed przytuleniem.

- Czemu milczysz? Przecież czuję, że coś jest nie tak. Czy wiesz, kiedy ostatnio nie wróciłeś do domu na noc bez powiadamiania mnie o tym?

- Nie pamiętam...

- Nigdy. To był pierwszy raz, odkąd byłeś z nią, kiedy nie wiedziałam, że nie wrócisz.

Nie zapytał, z jaką "nią". Nie musiał. Ale to byłoby złe, Małgorzata zaczęłaby coś podejrzewać. Pomyślałaby, że o niej myśli. Musiał zapytać.

- Z kim? Z jaką "nią"?

- Z tą Aśką.

- To było pierdylion lat temu.

- Wiem, w innym kraju, w innym świecie. Rozumiem, młody mężczyzna, zakochany, to się zdarza, przeczekałam. Płakałam, ale rozumiałam, że nie mogę wiedzieć, co się z tobą dzieje. Rozumiałam to. Ale dlaczego teraz nie wróciłeś?

- Musimy powstrzymać PiS przed wyborami korespondencyjnymi, przecież wiesz, mamy narady do późna w nocy...

- Pierdolisz - wysyczała. - Jezu, taki inteligentny facet, a pierdoli jak w telenoweli.

- Nie klnij.

- Wiem, wiem, Bóg nie wpuści mnie do nieba. Ach, ty i te twoje zabobony. Krzyżyki. Obrazki... - Zamilkła.

W ciszy, jaka nastała po drugiej stronie telefonu, Kowalski usłyszał, że płacze. Czasami człowiek płacze zupełnie bezgłośnie. Bez jednego jęku. I poczuł się winny. Wszystkiemu, co między nimi było.

- Wrócę - obiecał - dzisiaj wrócę.

- Dobrze - powiedziała miękko, jak nie ona - dobrze. Jutro Niedziela Palmowa, biskup chciałby nas widzieć oboje.

- W kościele może być pięć osób. Epidemia jest. Nie wiem, czy powinienem iść.

- Sekretarka ci powie. - Małgorzata odłożyła słuchawkę.

Wstał i choć był dopiero kwadrans po trzynastej, nalał pełną szklankę koniaku i wypił duszkiem. O mały włos nie przepaliło mu gardła, ale teraz tego właśnie potrzebował. Bólu.

Zadzwonił do szefa sojuszniczej partii. Dowiedział się, że wicepremier Gowin jest przekonany, że wybory nie mogą się odbyć w maju, i jeśli prezes koalicji się nie zgodzi, to rzuci tekę wicepremiera i rząd nie będzie miał dość głosów, żeby to przeprowadzić.

- Ale jesteś pewien, że to się uda? On miękki jest.

- Na stanowisko marszałka Sejmu nikt nie jest odporny - usłyszał.

To była dobra wiadomość. Znaczyła, że w wyścigu do fotela prezydenckiego Robert Kowalski wciąż miał realną szansę. Jeszcze wczoraj byłby tym podniecony, byłby w euforii.

Jeszcze wczoraj. Ale dzisiaj już nie.

Wykręcił numer Suszczyńskiej.

- Muszę się z panią spotkać - powiedział.

- Muszę pana oficjalnie przesłuchać - odparła - ma pan jakiegoś zaufanego adwokata, czy ten doktorat wystarczy, żeby pan wiedział, co wolno, a czego nie?

- Co się stało? - Wyczuł w jej głosie mrok.

- Mój dowódca nie żyje.

- Wypadek miał? Taki dobrze zapowiadający się policjant, chociaż słyszałem, że pisowiec.

- Nie, nie ten dowódca. Mój były szef.

- Co ja mam z tym wspólnego?

- Nie wiem. Pytał mnie o sprawę Joanny, miał mi coś istotnego powiedzieć, a kiedy do niego przyjechałam, nie żył. Musimy porozmawiać. Mam nadzieję, że się pan nie zasłoni immunitetem. W poniedziałek w Pałacu Mostowskich?

- Nie, nie zasłonię, choć wolałbym dzisiaj. I nieoficjalnie.

- Nie dam rady, mamy tu czynności. I nie zgadzam się na nieoficjalnie. Pan mi nie wyznał tego, co ważne.

- Czego niby?

- A Zbigniewa Kowalskiego pan zna?

- A co to ma do rzeczy?

- Nie wiem. Ale to potężny człowiek. Wiele może.

- Myśli pani, że mógłby zabić pani byłego szefa? Nie, proszę pani, Zbyszek nie zabija ludzi.

- Wiem, wiem, niczego mu nie udowodniono.

- Nie udowodniono, bo niczego takiego nie zrobił.

- A co? Wraca pan do adwokatury?

- No dobrze, znam go - żachnął się. - I co z tego? On w tej sprawie nie ma nic do powiedzenia. A ja chcę z panią pogadać. Coś jest w tych jej wiadomościach. W kartkach od Asi, ale żaden dowód, tylko przypuszczenia. Ale do protokołu nie powiem.

- Dlaczego?

- Bo do protokołu mówię tylko o tym, co wiem, a nie o tym, co przypuszczam.

Umówili się na siedemnastą. U niego w sejmie. Bo tam i parking, i spokój.

Olga wcisnęła telefon do kieszeni. Czuła się kompletnie bezradna. Siedziała przy stole, przy którym spędzali razem święta ona i nadkomisarz Doliński, jej mistrz, opiekun, przewodnik, trochę ojciec. Tak. No przecież ojciec. Ocalił jej życie co najmniej dwa razy. Za pierwszym, kiedy straciła dziecko i wpadła w depresję, pozwolił jej wrócić do pracy. Najpierw do papierów, ale mogła zająć głowę czymś innym niż własny smutek. A drugi raz uratował Olgę, gdy odbił ją porywaczowi. Tamten zginął... Myślała czasami o tym, czy Siwy po prostu go nie zlikwidował. Nie dobił... Teraz była na niego zła, bo przecież to właśnie on ją uczył, że jeśli ktoś, kto nie powinien wiedzieć o sprawie, pyta o nią, to musi być czujna. Na tego, kto pyta, musi uważać najbardziej. Jechała tutaj, żeby postawić sprawę jasno. Dowiedzieć się, dlaczego to właśnie on jest taki zainteresowany. I usłyszeć, co Siwy miał jej do powiedzenia.

Co mogło być tak ważne, że musiał umrzeć? Nie miała wątpliwości, że zginął przez sprawę Kowalskiego. Nie wierzyła w przypadki.

- Pani podkomisarz, halo. - Kobieta z Biura Spraw Wewnętrznych, elegancka, w garniturze, maseczka w kolorze marynarki, uczesana w kok, dyskretny makijaż wokół oczu, młodsza i szczuplejsza akurat o tyle, ile wystarczało Oldze, żeby jej nie polubić, pochylała się nad nią i machała ręką w lateksowej rękawiczce.

- Możemy porozmawiać?

Olga skinęła głową.

- Jeszcze raz. Nagram to, dobrze?

Olga skinęła głową.

- Podkomisarz Olga Suszczyńska, na miejscu zdarzenia, sobota, czwarty kwietnia, trzynasta osiem - powiedziała tamta do dyktafonu. - To pani znalazła ciało?

- Tak. - Olga postanowiła nie zdradzać zniecierpliwienia, chociaż uważała, że to strata czasu odpowiadać piąty raz na te same pytania. Patrzyła na sanitariuszy, którzy wynosili ciało Siwego w czarnym worku prosto na stół Grzegorczyka, i myślała, czy sama skończy właśnie w taki sposób.

- Jak pani weszła?

- Furtka była uchylona, drzwi otwarte, znalazłam ciało. Wszystko wyglądało tak, jak będziecie to mieli na zdjęciach, niczego nie dotykałam.

- Nie sprawdzała pani, czy ma puls, oddech?

- Był martwy. Umiem poznać. To nie pierwsze ciało, jakie widziałam.

- Czyli nie sprawdziła pani?

- Dłoni nie dotykałam, sprawdziłam, czy jest oddech.

- Jak?

- Podstawiłam mu smartfon pod nos. Gdyby oddychał, pojawiłaby się mgiełka.

- Nie miała pani lusterka?

- Nie każda kobieta potrzebuje lusterka, żeby czuć się sobą.

- Doprawdy - prychnęła tamta. - Cholera, to wytnę. - I spojrzała na Olgę z błyskiem w oku, wtedy Serbia pomyślała, że mogłyby się polubić.

- Dlaczego pani tu przyjechała?

- Jestem podejrzana?

- Znalazła pani ciało, to nie jest ulica, jesteśmy w domu denata, więc siłą rzeczy muszę o to zapytać.

- Tak, rozumiem... przyjechałam zjeść z nim śniadanie. Przyjaźniliśmy się, był moim dowódcą, szefem, ale przede wszystkim przyjacielem, od kilkunastu lat, odkąd pracuję w policji.

- Byliście w konflikcie?

- Nigdy.

- Często pani wpadała na te śniadania?

- Tak. Był samotny. A to jedna z najważniejszych osób w moim życiu. Chciałam pogadać.

- O pracy?

- Nie, nie rozmawiam o pracy z postronnymi.

- Nie chciała mu pani powiedzieć, że do was strzelali na drodze, że pani partner został uprowadzony?

- Nie. Chciałam zapytać o zdrowie, siedzieć na kanapie i oglądać teleturnieje. To mój wolny dzień.

- Dziękuję. Przyślę pani wezwanie.

- Czyli jestem wolna?

- Jest pani wolna.

Tamta wyłączyła magnetofon.

- Są jakieś ślady? - zapytała Olga.

- Nie mogę pani powiedzieć.

- Jak to?

- Żartowałam. Nie ma żadnych. Wszystko wytarte. Są tylko pani odciski na klamkach.

- Kurwa, źle to wygląda.

- Dlaczego?

- No tak, jakbym ja to zrobiła. Skoro nie ma odcisków, znaczy, że to nie był przypadkowy napad, prawda?

- Niekoniecznie, ale rzeczywiście, to zastanawiające. Nad drzwiami jest monitoring, sprawdzimy i będziemy wiedzieli, kto tu był i kiedy.

Olga miała złe przeczucia. Nic konkretnego, ale jeśli Siwy miał coś do powiedzenia w sprawie Kowalskiego, to po porwaniu Kosińskiego powinna się liczyć z tym, że teraz jej kolej. Że wywiną jakiś numer.

Wyszła przed dom. Ptaki na drzewach śpiewały jak nakręcone i pachniał bez. Pomyślała, że od tej pory bez zawsze będzie jej się kojarzył ze śmiercią. W telefonie trzy próby połączenia od matki Szymona. Westchnęła i wybrała numer Leśmiana.

- Nie dzwoniłem, bo wiedziałem, że nie ma powodu, póki nie skończycie. Co tam się stało?

- Ktoś zabił dobrego policjanta, który chciał mi powiedzieć, dlaczego interesował się sprawą Kowalskiego.

- O, kurwa, jesteś pewna?

- Tylko on mnie o to pytał. Nikt inny. Zadzwonił, że coś mi musi powiedzieć.

- Jasna cholera, i co teraz?

- Nie wiem. Odcisków nie ma żadnych, to znaczy, że to nie włóczędzy, zresztą Doliński umiał strzelać, miał pozwolenie, trzymał broń. Nie dałby się napaść byle komu.

- A broń jest? Sprawdziłaś?

- Niczego nie sprawdzałam. Zadzwoniłam do dyżurnego i czekałam... Źle, że biuro zajmuje się sprawą.

- Powiedziałaś im, że się łączą?

- Nie. Ale źle, że to nie my robimy.

- Wiem. Pogadam z tymi z ministerstwa, żeby mieli na to oko, jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to spróbuję wyciągnąć.

- A jak to nie będzie zgodne z procedurami?

- No to, kurwa, co? - Leśmian nie zrozumiał.

Olga chciała zażartować z pisowskich zasad, ale mogłoby mu się to nie spodobać.

- Jadę do domu, jestem śmiertelnie zmęczona, muszę się zdrzemnąć.

- No tak, to ci się przyda. Pogadam z tymi z ministerstwa, nie martw się i miej oczy dookoła głowy.

- Czemu?

- Nie chcę, żeby cię przykuli do drzewa jak Kosińskiego.

A więc on też brał pod uwagę, że mogą spróbować zrobić jej krzywdę.

- Będę uważać. Jadę do domu - skłamała.

Włączyła silnik. Samochód zagadał i to ją uspokoiło. Powinna dzwonić do matki Szymona, ale jeszcze nie teraz, jeszcze chwilę musi odetchnąć. Skręciła w Idzikowskiego w lewo, a potem na górze od razu w prawo. Jechała w ślimaczym tempie. Radio grało głośno.

"Polska, to jest Polska, mieszkam w Polsce" - wykrzykiwał Kazik, jakby to nie była piosenka o brudnych dworcach, ale jakby szli na barykady, a ona pozwoliła łzom płynąć cichutko.

Przejechała dwieście metrów i zatrzymała się przy krawężniku ot tak, na jezdni. Gdyby nie kwarantanna, stanąć na Puławskiej w środku dnia byłoby niemożliwe, bo to jedna z najbardziej zatłoczonych arterii w tym kraju.

Nikt jej nie niepokoił. Nic nie jechało. Nikt nie szedł chodnikiem. Po prawej widziała pusty parking przed basenem Warszawianki.

Pozwoliła, żeby łzy popłynęły jej po policzkach.

Nie mogłam go dotknąć... Nie mogłam dotknąć, bo nie można zacierać śladów. Nie przytuliłam go, nie pogłaskałam po włosach. Nie dotknęłam, choć przecież zimne ciało nie zareagowałoby w ogóle, nie poczułoby, nie doznałoby ulgi, nie bolałoby mniej. A może takie ciało chce, żeby je przytulić, dotknąć, żeby mu dodać odwagi. Bo mimo tego, że jesteś w życiu odważny, to i tak po śmierci po prostu się boisz? Nie wiem. Nie wiem...

Ruszyła dalej, w Dolną, a potem zjechała do Sobieskiego i zaparkowała naprzeciwko Łazienek.

Potrzebowała spokoju. Zieleni. Pustej ławki albo położyć się na trawie. Nogi puchły. W głowie miała mnóstwo niewypowiedzianych słów. Pytania do Siwego. Powinna go zapytać o córkę, może by się ich dało pogodzić. O tę dziewczynę, która nie wybaczyła mu nigdy, że nie poszedł jak matka, tam, gdzie Solidarność, tylko został po tej stronie, po której stało ZOMO. Raz jej o tym mówił, może dwa. Tęsknił. Któżby nie tęsknił za własnym dzieckiem, nawet jeśli to pogrzebał, przywalił tonami zadań ważnych dla kraju, dla społeczeństwa, dla sprawy. A teraz jak ją znajdzie? Jak jej powie, że ojciec, że tata...

Brama Łazienek zamknięta. Z powodu koronawirusa w myśl zarządzenia ministra zdrowia...

Kurwa mać!

Olga spojrzała na zegarek. Do spotkania z Kowalskim miała trzy godziny i nie było żadnego miejsca na całym świecie, gdzie chciałaby teraz być.

Wróciła do auta i ruszyła ulicą Gagarina w stronę Wisły, zupełnie zapominając o tym, żeby patrzeć w lusterka na tej kompletnie pustej ulicy. Przegapiła niepozornego forda, który jechał za nią spod domu Siwego.

Starszy facet za kierownicą niedbale trzymał w ustach papierosa, którego nawet nie zapalił.

Rozdział 35

1984

Facet trzymał w ustach papierosa, którego nawet nie zapalił. Siedział w oknie budynku naprzeciwko kościoła. To było wygodne miejsce, bo mógł sobie położyć notes na parapecie. Początkowo chcieli tę paplaninę jakoś zagłuszyć, zabronić, ale klechy znalazły sposób, nastawiały głośników i szło to na całą ulicę i pół parku. Jeszcze kilka miesięcy temu próbowali legitymować wszystkich przychodzących, ale teraz już dali sobie spokój. Dla niego, na dzisiaj, to lepiej. Lepiej notować, co ten czarny pierdoli, niż stać w tłumie i zapamiętywać twarze.

"Władza oparta nie na służbie, ale na przemocy - zapisał - usunąć z ojczyzny to, co naród uważa za niesprawiedliwe", "urzędowa ateizacja kraju za pieniądze wypracowane przez katolików", "za mało swobód obywatelskich, ustrój niehumanistyczny".

Był zadowolony. To będzie dobry raport. Przekona, kogo trzeba, że nie można dłużej tolerować tego politycznego fanatyka w przebraniu księdza.

"W innych krajach strajki trwają od dziesiątek lat" - notował dalej. Jawnie nawołuje do buntu. "Krytyka rozporządzenia generała Janiszewskiego".

Jebany, pomyślał. On nawet nie mówi kazania, on szerzy mowę nienawiści, on chce wywołać bunt.

"Chce wywołać bunt" - kolejna uwaga, zamknął notes i wypluł przeżutego papierosa. Musiał rozejrzeć się w tłumie, zanim zaczną wychodzić, a spora część zmierzała do domu po kazaniu. Ci byli najgorsi. Ciemnogrodem, wierzącym, że kawałek białego chlebka w ustach jest paszportem do lepszego świata, zwyczajnie gardził, ale ci niewierzący, którzy przychodzili słuchać Popiełuszki - aktorzy, kurwa, profesorowie, studenci, zdawałoby się myślący ludzie, to wrogowie ładu społecznego, Kuronie, Michniki. Zbiegł po schodach, przeciął ulicę i wbił się w tłum przed kościołem.

Wtedy ją zobaczył.

To była dziewczyna, której zdjęcie rozdali im na ostatniej odprawie.

"Joanna Cicha, kochanica poszukiwanego w całym kraju Roberta Kowalskiego, członka terrorystycznej organizacji - przypomniał sobie jej fotografię wraz z opisem - autora podręcznika produkcji broni palnej w warunkach domowych. Studentka. Czysta albo dobrze się maskuje. W razie stwierdzenia obecności w podejrzanych miejscach nie niepokoić, obserwować".

Tak, to na pewno ona. Stała w tłumie jasna i piękna. Nie mógł przed sobą ukrywać, że mu się podobała. Kto to widział, przychodzić do kościoła bez bielizny. Widział, jak jej twardnieją sutki, pewnie z zimna, bo wieczór był zadziwiająco chłodny jak na czerwiec. Zachciało mu się papierosa. Nigdy nie palił, ale lubił przełamać na pół i pomiędlić go w ustach, kiedy zalewała go adrenalina.

Teraz czuł ją, choć jeszcze nie wiedział dlaczego. A potem to zobaczył. O uda miała oparty wielki plecak na aluminiowym stelażu. Plecak wyglądał na pusty. Gdyby przeczytał do końca jej akta, pewnie by to przegapił, pomyślałby, że zakończyły się jej wszystkie egzaminy i wraca do domu na Wybrzeże. Ale nie przeczytał, nie wiedział nawet, że jest studentką i wcale się nie ukrywa. Przykleił się do drzewa jakieś piętnaście metrów za jej plecami i odszukał wzrokiem któregoś ze swoich.

Jeśli wpatrujesz się w kogoś dość długo, poczuje twój wzrok na sobie i wreszcie się odwróci. Zwłaszcza że wysłuchiwanie tego pieprzenia, jak to cały Kościół modli się za zamordowanego przez milicję Grzegorza Przemyka nie jest żadną przyjemnością. Przez jaką, kurwa, milicję? Przecież wiadomo, że to było pogotowie, spadł im z noszy.

Ufff, tamten w końcu obejrzał się i zaczął iść w kierunku drzewa, rozgarniając tłum jak na ulicznej manifestacji, bez żadnego szacunku do okoliczności.

- Kurwa, jak leziesz, musisz się poruszać jak wszyscy tutaj - postanowił zażartować. - Jakbyś był starcem, ręce złożone, oczy zamglone, kurwa, i powoli, powoli.

- Spierdalaj - szepnął tamten, ale kilka osób usłyszało i zaczęło się od nich odsuwać. Na szczęście "obiekt" tego nie zauważył.

- Dawaj klucze do Skody i melduj, że podjąłem obserwację, dam znać od razu, jak tylko będę wiedział, czy jest coś na rzeczy.

- Jaką obserwację? - Mężczyzna zwęził powieki do szparek. Pewnie nie chciał oddawać samochodu.

- Cicha, suka tego Kowalskiego, mam przeczucie, że coś jest na rzeczy.

- Ja pier... - Tamten pokręcił głową, ale kluczyki dał.

- Zatankowany?

- Po sam zawór.

Kiedy msza się skończyła, Cicha, zamiast jak wszyscy iść do domu albo wpychać się do kościoła, żeby złożyć powinszowania Popiełuszce, śpiewać mu "sto lat, sto lat, dziękujemy", po prostu siedziała na murku i oglądała sobie paznokcie.

Po siedmiu minutach przyszedł po nią ministrant, pogadali i ruszyli do dolnego kościoła. Wśliznął się za nimi i zobaczył, jak znikają w zakrystii. Nie mógł tam iść, bo wtedy wsypałby akcję, a co mógł zyskać? Może coś by się trafiło, ale kiedy zobaczył, jak po kwadransie wychodzi, uginając się pod ciężarem plecaka, wiedział, że trafił. Co zrobić? Aresztować dziewczynę i wyciągnąć jej stamtąd nielegalną prasę? Byłby to dobry ruch, mieliby kolejny argument na tego klechę. Ale czy to potrzebne po tym, jak znaleźli w jego mieszkaniu tysiące gazetek, materiały wybuchowe i pociski? On i tak łazi na wolności, bo generałowie boją się drażnić czarnych. Jeśli wyśledzi, dokąd ona to niesie, to byłoby lepsze trafienie, bo odkrycie nowego kanału dystrybucji to zawsze krok do przodu.

Gdyby ją zatrzymał, miałby szansę zajrzeć, co ona tam ma pod tą koszulą. Dziewczyny w białych koszulach zawsze go podniecały. Mógłby jej złożyć jakąś dobrą dla obojga propozycję. Może przeszłaby na TW? Albo chociaż miałby osobowe źródło? Przypomniał sobie zadanie: "Nie niepokoić, obserwować", i poszedł za dziewczyną.

Przed kościołem czekała na nią taksówka, Warszawa, numer 1340 MPT, szara, brudna trochę.

Ucieszył się, że zadbał o klucze do Skody. Pojechali tylko na dworzec.

Zostawił swoje auto na parkingu i przyglądał się, jak dziewczyna kupuje bilet. Nie wiedział dokąd, więc spokojnie patrzył przez szybę kiosku, udając, że ogląda gazety na wystawie.

Kupił "Razem" z fajniutką, odrobinę pulchną harcereczką na okładce. Nabył też "Sport" i "Express Wieczorny", bo nie wiadomo, jak daleko trzeba będzie jechać. Nie ryzykował telefonowania do biura, aby nie spuścić jej z oczu, a do automatów była cholerna kolejka.

Zawsze może powiedzieć, co trzeba, chłopakom z patrolu. To zwykle idioci, którzy przyjechali do stolicy szukać pracy, i prawdziwi milicjanci nimi gardzili, ale bywali użyteczni, jeśli tylko zamknąć im na początku mordy w krótkich, żołnierskich słowach.

To był pociąg do Gdyni. Kiedy go podstawili, wstała i z wyraźnym trudem próbowała zarzucić sobie bagaż na grzbiet, ktoś próbował pomóc, a ona pokręciła głową, że nie, że dziękuje. Ciekawość śledzącego wzrosła. To musiało być coś cenniejszego niż gazety. Nie chciała, żeby ktoś wyczuł przez płótno, co to może być.

Pewnie bomba.

Przecież ten Popiełuszko posiadał materiały wybuchowe. Jak taki ktoś może chodzić na wolności?

W pociągu stał w korytarzu. Ona miała siedzące miejsce. Nie wiedział, czy pozwoliła komuś pomóc sobie z wrzuceniem bagażu na półkę. Ale nieważne. Był zadowolony, kiedy patrolowi w pociągu dał kartkę z krótkim meldunkiem. Numer telefonu, kod, który mieli podać, i informacja, że jedzie do Gdyni i potrzebuje wsparcia od Gdańska.

Gdyby wysiadła wcześniej, poradzi sobie sam.

To był Gdańsk, a on mało nie przegapił, bo przysnął na składanym siedzeniu w korytarzu. Obudziła go, mówiąc "Przepraszam, ale nie uniosę plecaka nad panem, a zaraz wysiadam", i się uśmiechnęła. Boże, znowu poczuł zastrzyk adrenaliny. Jakie ona miała usta.

Przeprosił, wstał, zapytał, czy pomóc, zawahała się. Wiedział. Wyczuł, że się jej podoba. To niedobrze, zapamięta go, ale może gra warta była ryzyka?

- Tak, poproszę - poklepała plecak po kapturze - tylko proszę ostrożnie, bo wiozę szkło.

Poszła przodem, a on za nią, taszcząc jakieś szesnaście, może osiemnaście kilo. Kiedy wysiadła, pomógł jej zarzucić ciężar na plecy. To, co wiozła, było w kartonie, ale nie brzęczało, nie dźwięczało, to nie były szklanki.

Oficerowie z Gdańska czekali na miejscu, przy wejściu do hali dworca. Patrzyli po twarzach, wytrzeszczając oczy, więc rozumiał, że mają jego zdjęcie, ale ich faks jest słabej jakości.

Podszedł do nich bez zwłoki.

- Nazywam się Popiel - powiedział. - Macie fajki?

- Nie palę - oznajmił ten z wąsami jak Andrzej Szarmach. - Jesteśmy z Mrowiska.

Znali odzew. Więc było po identyfikacji.

- To nasz obiekt. - Skinął głową w kierunku dziewczyny. - Jeden z was jedzie za nią. A drugi ze mną taksówką. Miałem z nią bezpośredni kontakt i pewnie mnie zapamiętała. Może mieć przy sobie materiały wybuchowe. Nie zatrzymywać, ale nie spuszczać z oka.

Kiwnęli głowami.

- To ja za nią jadę - zaoferował się "Szarmach". - Jesteśmy na radiu.

Ruszył za Aśką, a oni, dyskretnie, za jego Fiatem.

Dwadzieścia siedem minut później przed plebanią przy jakimś kościele przesiedli się z taksówki do dużego Fiata, w którym "Szarmach" siedział z Zenitem w ręce i pstrykał wchodzących.

- Spore zamieszanie - powiedział.

- Widzisz, kto wchodzi?

- Kurwa, to obiektyw pięćsetka, prezent od radzieckich towarzyszy, ciężki jak rozwolnienie, ale twarze można poznać z siedemdziesięciu, stu metrów.

Czekali. "Szarmach" pstrykał.

Nagle poczuli, jak się w nim coś zmienia. Jak się cały napręża.

- Panowie! To jest Lis, kurwa. Lis!

- Jaki Lis?

- Ten, który się ukrywa od trzynastego grudnia! Jebany Lis z Radia Solidarność! - Strzelał trzy, pięć klatek i nagle stop. - Jebany! Koniec filmu. - Wyciągnął z pierścienia po prawej stronie kadłuba maleńką dźwigienkę, zwolnił migawkę i zaczął zwijać błonę z powrotem. Później złożył dźwigienkę, podważył pokrętło i otworzył pudło aparatu. Agfa. Żółta puszeczka.

Założył kolejną, ale kiedy znowu zbliżył obiektyw do oka, wszyscy, którzy mieli wejść, byli już w środku.

Joanna była z siebie dumna. Dowiozła akumulator potrzebny do tego, żeby jakaś konspiracyjna radiostacja mogła działać, i była na tym spotkaniu w salce katechetycznej prawdziwą królową. Niby spotkanie w sprawie bierzmowania, ale przecież komuniści nie mają pojęcia o kalendarzu obrzędowym, a naprawdę zebranie aktywistów Związku.

Bogdan Lis, najdłużej ukrywający się członek podziemnych władz Solidarności, przyszedł, żeby mówić o czerwcowych wyborach do Rad Narodowych.

Jaruzelski chciał udowodnić światu, że w PRL panuje demokracja.

- Były różne propozycje, dyskutowaliśmy i nie mamy wątpliwości, że jest tylko jedno rozwiązanie - mówił - my do wyborów w czerwcu iść nie możemy, bo nie wolno nam w żaden sposób legitymizować dyktatorskiej junty Jaruzelskiego! Polacy dokonają wyboru, ale to nie będzie przy urnach. Partia morduje bezbronnych, strzela do robotników, wsadza do więzień, a potem mówi, że "to był okres błędów i wypaczeń". Oni nami gardzą! Oni mówią ustami Urbana, że rząd się wyżywi.

Potem pili herbatę, jedli włoskie ciasteczka z darów. Aśka rumieniła się, kiedy Lis dziękował jej, że dała radę przewieźć te części. Ważne dla radiostacji. A radio jest ważne dla Gdańska. Chciałby pogadać, ale ona musi biec, bo przecież w domu czeka mama. Martwi się, pociąg już dawno przyjechał. Wieki się nie widziały, chce jej pokazać indeks.

- Ale gdyby coś, to ja zawsze... - oznajmia - mój narzeczony, Robert Kowalski, on... poznaliście się kiedyś, jeszcze przed stocznią. Teraz też się ukrywa.

Stają w kącie, szepcą.

- A kiedy tu będzie?

- Za osiem, dziesięć dni.

- To jest adres do mnie - zapisuje jej - a to telefon. Dzwonisz i czekasz pięć sygnałów. Potem dzwonisz i czekasz trzy. Potem dzwonisz i czekasz trzy. I wiem, że następnego dnia jesteście.

Aśka uczy się na pamięć adresu i telefonu, a potem drze papierek i wsadza do kieszeni. Wyrzuci go po drodze do kilku koszy na śmieci.

Tymczasem "Szarmach", najstarszy stopniem, decyduje, że nie wchodzą, nie podsłuchują, nie płoszą. Nadaje przez radio, że ma na widoku Lisa i potrzebuje ludzi w całej dzielnicy.

Ale, kurwa, skąd wziąć kogoś na taką akcję?

Dowództwo każe im śledzić go za wszelką cenę. Nie aresztować, bo jak się wymknie, będzie ich ośmieszał w tym partyzanckim radiu, którego nie umieją namierzyć, bo się rozpowszechnia na kasetach magnetofonowych, zamiast normalnie nadawać z jednego miejsca.

Kiedy Asia wybiega, widzą ją, widzą dziewczynę, która ich tu zaprowadziła, ale decyzja jest taka, że liczy się tylko Lis. To wielkie trafienie, nie mogą tego spierdolić. Kiedy Lis wyłania się z plebanii, przyklejają się do niego. Jadą za nim tramwajem, a potem idą aż na Orunię. Wchodzi do zwykłego bloku.

Dużo mieszkań, nie będzie łatwo, ale już się nie wywinie.

Rozdział 36

Teraz

- Nie będzie łatwo, ale się nie wywinie. - Olga piła łapczywie melisę, którą przygotowała jej sekretarka Kowalskiego.

Wciąż wiedziała, że nie może mu ufać, ale musiała się wygadać. A może to z powodu dziecka? Może to hormony i stąd to nagłe pragnienie, żeby mówić? Żeby z siebie wyrzucić obraz starego człowieka, którego kochała jak ojca, siedzącego na kanapie z głową pochyloną, jakby był zdziwiony, że ma w brzuchu nóż. Trzymał go oburącz. Ale nie, nie wierzyła, że sam mógłby to zrobić. Nie on. Zawsze uważał, że trzeba walczyć. Zresztą zachorował już kilkanaście miesięcy temu, gdyby nosił się z jakimś głupim zamiarem, poznałaby.

- Był chory, to prawda, ale mieliśmy razem spędzić święta, jak zawsze, od lat...

Była wdzięczna Kowalskiemu, że jej nie przerywał, nie poganiał, nie pocieszał. Zauważyła, że jego marynarka była pomięta, a do rękawa przykleił się włos. Krawat miał przekrzywiony, a pod oczami sińce niegodne kandydata na prezydenta. Dobrze, że kampania zawieszona, bo w takiej odsłonie nie powinien się nikomu pokazywać.

- Teraz pan... - Odstawiła kubek. Fajny. Z rysunkiem Mleczki. Gadają dwa smoki. Pełno dymu. "Nie buchaj ogniem, jak do mnie mówisz". W sam raz na kubek sejmowy.

- Co ja? - Westchnął, tłumiąc ziewnięcie.

- Miał pan ciężką noc.

- Aż tak to widać?

Pokiwała głową.

- No tak... przeczytałem te kartki. - Podszedł do biurka, wyjął je z szuflady i zaczął rozkładać przed sobą, jak pasjansa. - Nie wiem, dlaczego tego nie widziałem przez te wszystkie lata. Pewnie to wyparłem, kiedy w więzieniu... kiedy mama powiedziała mi... mama mi przywiozła te pocztówki. A Małgorzata czekała przed bramą więzienia. Wiedziałem, że Asia opuściła kraj, że kogoś ma... W kiciu nie takie rzeczy ludzie przeżywali. Więc kiedy przyjechała po mnie, cieszyłem się. W takim momencie człowiek cieszy się, kiedy go ktoś przytuli. Pocałuje. Tak było. Pocałowała mnie... Powiedziała, że przejdziemy przez to razem. "Przez co?", zapytałem. A ona, że przez to, co teraz będzie. Byłem bez pracy, mieszkania, za to miałem na karku milicję, musiałem się meldować, a oni nie odpuszczą... przez żałobę po Asi, powiedziała. Że kiedy ktoś cię opuszcza, to musisz przejść żałobę, że są jakieś fazy, czytała o tym, że psychologia zna ten stan i... no w każdym razie wszystko, co było związane z Joanną, miałem spakować, owinąć papierem i najlepiej spalić. I tak się stało. Jakbym się pożegnał z moim życiem. Tylko tych kartek nie umiałem się pozbyć. Chociaż jak siedzieliśmy tam, w Otwocku, gdzie pani była, latem przy ogniu, przy kiełbaskach i piwie, to myślałem, żeby po nie iść i wrzucić w palenisko, ale coś mnie powstrzymywało. Nie wiedziałem wtedy co.

Zamilkł.

- A teraz? Teraz pan wie? - Wstała i podeszła do niego.

Pokiwał głową.

- Myślę, że ma pani rację. To jest szyfr. Próbowała mi coś przekazać... O, tu, proszę zobaczyć.

Ostatnia kartka z tych z Nowego Jorku. Most Brooklyński, żółty napis "I love New York", zamiast "o" żółte jabłko. Cztery znaczki po dwadzieścia centów, znaczki też z mostem. Przeczytała prosty tekst: "Kochany, tu wilgotna mgła, brudnoszare chmury wiszą nad brudnymi ulicami. Na Strandzie latarnie słabo rozświetlają śliskie chodniki, wyglądają jak okrągłe plamy rozproszonego światła. Marzę, żeby być gdzieś daleko, żeby z Tobą. Żebyś wiedział, żebyś wiedział, jak marzę".

- Nic mi to nie mówi...

- Rozumiem. Mnie też nic nie mówiło. Ale kiedy rozmawialiśmy, kiedy pokazała mi pani swoje odkrycia, pomyślałem, że jeśli jedna z tych kartek jest szyfrem, to znaczy, że wszystkie takie są. Dzisiaj mamy internet. Studenci przepisują od siebie prace magisterskie, tyle było afer z plagiatami, można łatwo znaleźć, czy jakiś tekst jest oryginalny, czy nie. No i ten jest z Sherlocka, wie pani? Ta mgła jest wycięta z opowiadania Studium w szkarłacie.

- Tego chyba nie pamiętam. - Serbia zmarszczyła czoło. Poczuła się nagle strasznie głodna. Adrenalina zaczęła odpuszczać. Przestraszyła się, że zaraz zaśnie. Że się przewróci. Odsunęła krzesło od biurka i usiadła.

- Bardzo pani zbladła - zauważył. - Wszystko w porządku?

- Tak - powiedziała - kontynuujmy.

- Jadła pani coś dzisiaj?

Pokręciła głową.

- Jezu! Nie można tak! - Ruszył do drzwi. - Pani Alicjo, proszę nam tu zaraz zorganizować jakieś jedzenie.

Sekretarka odpowiedziała coś, czego Olga nie usłyszała wyraźnie.

- Wiem, że jest epidemia, ale, na Boga, no niech mi pani nie mówi, że nie ma tu nic do jedzenia, musi coś być, może jakiś sklep jest otwarty, niech pani jedzie, nawet jeśli to ma być chińska zupa.

Trzasnął drzwiami.

- To sprytna dziewczyna, jeśli nie znajdzie niczego, to nam ugotuje na ognisku z druków sejmowych. Co ja bym bez niej zrobił?

- Dziękuję. - Olga popatrzyła na niego z wdzięcznością.

- Zanim to się stanie, mam tylko to. - Zaczął grzebać w szufladzie, przekładać jakieś papiery i wreszcie wyjął czekoladę.

Uśmiechnęła się.

- Powie mi pan, co z tym Studium?

- Studium w szkarłacie. Policja znajduje zwłoki w pustym domu. Brak obrażeń, a nad zwłokami napis "Rache", co po niemiecku oznacza "zemsta", a przy ciele Holmes znajduje złotą damską obrączkę.

- Pusty dom, napis, brak śladów... - mówi Olga - zupełnie jak z Joanną.

- To samo pomyślałem, wie pani? To samo pomyślałem. Czy ona, będąc w Ameryce, mogła planować swoją śmierć w Polsce, po powrocie? To przecież kompletny absurd!

- Tak, można zaplanować samobójstwo, ale nie w taki sposób, że ktoś przybija ręce do stołu i wpycha do gardła krzyżyk...

- Wepchnęli jej do gardła? - Kowalski aż się wyprostował. - Tego mi pani nie powiedziała.

- Nie, nie wiem, czy wepchnęli. Może sama go połknęła, może chciała go ukryć...

- No a to? - Kowalski podniósł kolejną kartkę. - "Kochany, byłam w sklepie muzycznym i widziałam skrzypce z Cremony, i rozmawiałam z panem sprzedawcą o Stradivariusie i Amatim. Nowy Jork jest taki przejmująco piękny. Wysyłam ci muzyczne pozdrowienia". Kartka znowu jest z operą - odwrócił, żeby zobaczyła, że się nie myli - o skrzypcach Stradivariusa i Amatiego Watson i Holmes rozmawiają w Znaku czterech. To powieść o skarbie, pewna kobieta otrzymuje w przesyłkach drogocenne perły, przychodzi do Holmesa, żeby odkryć sekret paczek. Na końcu opowiadania Watson się jej oświadcza i dziewczyna zostaje jego narzeczoną.

- A więc mamy tajemnicze przesyłki i narzeczoną. - Olga wpycha do ust cztery kostki czekolady naraz. Jezu, jakie to jest dobre, wysysa czekoladę tak, żeby potem pogryźć orzechy. Orzechy z czekolady są o wiele lepsze niż te po prostu wyciągnięte z łupinek.

Kowalski kiwa głową.

- Tak, jeśli dodamy to do tego, co pani podejrzewa. Co tam pani miała w tym swoim notesie?

Olga szuka, to chwilę trwa, znowu jest jej słabo, zasłodziła się tą czekoladą, wreszcie znajduje: "Oficer, ksiądz, oszukać, śmierć, tajemnica, skandal, zabójstwo, zaginięcie. Zaginięcie narzeczonej". I jeszcze "profesor".

- No właśnie. To jeszcze dodajmy "tajemnica", znowu "narzeczona", "zwłoki w pustym domu" i ten napis "Rache", zemsta, to zresztą było imię, Rachela, źle to odczytywali na początku.

- I jeszcze ten... Holmes robi sztucznego człowieka, żeby wyglądało na to, że jest w domu, podczas kiedy wcale go tam nie ma.

Usłyszeli stukanie do drzwi i odskoczyli od siebie jak przyłapani na jakimś knuciu.

- To tylko ja. - Pani Alicja uśmiechnęła się i otworzyła drzwi. Po chwili pojawiła się z tacą. Były na niej chleb w koszyku, hotelowe masło, sery i wędliny.

Olga poczuła nagłe łaknienie. Pomyślała, że musi zrobić wszystko, żeby się do tego nie przyznać.

- Cudownie - pochwalił Kowalski Alicję. - To na razie odkładamy robotę i jemy. Jestem głodny jak pies.

Spojrzał na Olgę i trochę się zmieszał.

- Jak wilk, oczywiście.

Posilali się w milczeniu. Po kilku minutach pani Alicja zastukała jeszcze raz i przyniosła im termos z kawą.

Olga pomyślała, że to jest właściwy moment.

- A Zbigniew Kowalski? - zapytała.

- Co chce pani wiedzieć?

- Był pan jego prawnikiem?

- Byłem. - Kowalski wzruszył ramionami. - Choć nie byłem jedynym i tylko w sprawach, o jakie mnie prosił. Nie ma tam żadnych sekretów, wszystko pewnie można znaleźć w sądowych protokołach, wiem, co o nim mówią i piszą, ale żyjemy w państwie prawa, no może teraz mniej, ale jednak nie można nikogo oskarżać o jakieś zbrodnie czy ciężkie przestępstwa bez dowodów, bez wyroków. A Zbyszek nie ma żadnego wyroku na koncie. Gazety pisały o nim, że zamieszany. Przyznaję, on zawsze lubił ostro grać. My się właściwie razem wychowywaliśmy... Ja o nim nie dam złego słowa powiedzieć.

- Ale się pan tym nie chwali.

- Nie chwalę się, ale też nie kryję. Po co mam się chwalić? Pamięta pani kampanię o prezydenturę Warszawy? Jak temu koledze Trzaskowskiego, Rabiejowi z Nowoczesnej, wyciągali kontakty z mafią pruszkowską? "Masa" opowiadał, że w latach dziewięćdziesiątych Rabiej był rzecznikiem prasowym klubu Coloseum, który należał do gangu, i był ich "chłopcem na posyłki". Rabiej zaprzeczał, że to absurd. I to oczywiście jest absurd, ale część ludzi niechętnych mogła uwierzyć. Ja tego nie potrzebuję. Zbyszek też nie.

Olga napiła się kawy. Była bardzo mocna. To chyba nie jest dobrze dla dziecka, pomyślała.

- Rozumiem. - Pokiwała głową. - On mi pomógł bardzo, to była przysługa za przysługę.

- Rabiej?

- Nie. Zbigniew Kowalski.

- Znacie się?

- Tak. Nawet mi przywoził zakupy, kiedy lizałam rany po tym, jak mnie porwał taki jeden... ale nie chcę o tym mówić. Ja skończyłam - sięgnęła po serwetkę - bardzo panu dziękuję. Możemy wrócić do tych kartek?

- Tak, tak. - Kowalski roztarł kark. - Jednak źle się śpi na sejmowej kanapie.

- Spędził pan nad nimi aż tyle czasu?

- Tak... po raz pierwszy od dnia ślubu nie spałem w Warszawie we własnym domu.

- Dlaczego?

- Bo jeśli dodać do siebie te wszystkie wiadomości zaszyfrowane w pocztówkach od Asi - wytarł usta serwetką i wstał - to wniosek jest tylko jeden: że ona nigdy nie była w Ameryce, wie pani? Gdyby była w Ameryce, toby mogła napisać otwartym tekstem, no może nie całkiem otwartym, bo była kontrola korespondencji, ale nie aż do tego stopnia. Jestem przekonany, że ona nie wyjechała. A jeżeli nie wyjechała, to znaczy, że nie dostała paszportu, że na mnie nie nakablowała, nie doniosła, że to nie przez nią mnie złapali, że nie było jej winy, że ją trzymali cały ten czas, nie wiadomo jaki czas...

- Dlaczego, nie wiadomo jaki?

- Bo daty znamy ze znaczków. Joasia na żadnej kartce nie napisała własnoręcznie daty.

- To by tłumaczyło, dlaczego na świątecznej kartce nie przesyła życzeń - powiedziała Olga.

- Właśnie! Widzi pani. Ona nie wyjechała. Siedziała w tym bunkrze. I to nie ona mnie wydała.

- A kto?

- Wie pani, co pomyślałem? Że to moja żona.

- Więziła ją?

- Przeszło mi to przez myśl, ale znam Małgorzatę, ona nie jest okrutna, jest silnym człowiekiem, wspaniałym, ale nie okrutnym, nie aż tak... Nie, nie Małgorzata. Odpowiedź też jest w tych wiadomościach... W ostatniej. Niech pani zobaczy: lipiec 1986. "Najdroższy. Kochany. Posadziłam pięć drzewek pomarańczy. Po jednym za każdy nasz rok spędzony razem. To były dobre lata. Gdyby to wszystko w Polsce mogło się zmienić, pewnie bylibyśmy razem. Poznałam kogoś. Nie szukaj mnie. Bądź szczęśliwy. Ja już nie wrócę"... Jest o Ku Klux Klanie, rozumie pani?

- Nie.

- To taka organizacja mordująca Murzynów i wszystkich, którzy im pomagali w czasie walk z segregacją w Ameryce.

- Tak, wiem, ale nie wiem, gdzie tu jest Ku Klux Klan?

- A, no tak... Pięć pestek pomarańczy, rozumie pani? To opowiadanie, w którym winę za zbrodnie ponosi Ku Klux Klan. Rozumie pani?

- Nie.

- Kto jest Ku Klux Klanem stanu wojennego? Kto strzela do ludzi, porywa, straszy, bije na śmierć? Jak Popiełuszkę, Przemyka, Niedzielaka, Suchowolca, Błaszczaka, Barchańskiego, Włosika, Bartoszcze, Samsonowicza, mógłbym tak długo, naprawdę długo. Nie wie pani? Jest tylko jedna odpowiedź.

Rozdział 37

1984

- Nie wie pani, co się tutaj dzieje? Jest tylko jedna odpowiedź... - "Szarmach" pokazał broń za paskiem. - Dokumenty poproszę, milicja.

Poznał ją. Nie miał wątpliwości. Wystarczyło, że raz kogoś śledził, i zapamiętał na zawsze. Pamiętał, co gadał tamten z Warszawy - śledzić, nie zatrzymywać. Nie planowali, żeby kogoś zdejmować tego dnia, na dwa kwadranse przed operacją to było spore ryzyko, ale nie miał wątpliwości, że szli do Lisa. Inaczej, po co by się tu kręcili? Nie mógł ich zatrzymać, ale nie mógł ich też wpuścić, bo nie miał pewności, czy para nie zobaczyła na którejś z sąsiednich ulic przegrupowania jednostki ZOMO. Już powinni wysiadać z samochodów, bo plan był taki, że pozamykają wszystkie ulice, kordon okrąży budynek i wygarną tego gościa gołymi rękami, choćby nawet trzeba było iść mieszkanie po mieszkaniu, piwnica po piwnicy. Gdyby skoczył z okna gdzieś na parterze, z obcego mieszkania, cholera wie, kogo on tam ma za sąsiadów, z rozpoznania wynika, że robotnicy, nie ma TW ani nikogo z resortu, więc ktoś mu może udostępnić okno, to wtedy obstawienie ulic się przyda.

- Andrzej, Wiesiek! - podniósł nieco głos, a z ławki wstało dwóch typków. Jeszcze chwilę temu wyglądali, jakby nie mogli się doczekać trzynastej. W roboczych, utytłanych drelichach byli jak dwaj stoczniowcy po pierwszej zmianie.

Zatrzymali się za ich plecami.

Ja cię jego mać, pomyślał Robert. W kieszeni miał powielaczowy egzemplarz swojego podręcznika i emigracyjne wydanie "Montażu", chciał Lisowi zrobić prezent. Za takie coś mogli go zamknąć na czterdzieści osiem godzin. I przecież jest poszukiwany. Choć wygląda inaczej, wychudł, włosy ściął na krótko, broda go bardzo zmieniła, to kiedy pokaże swój dowód, to cholera wie... Jeśli agent ma dobrą pamięć, skojarzy go, przecież esbecy się tych swoich tablic z poszukiwanymi uczą na pamięć.

Joanna sięgnęła do torebki. Zaczęła grzebać, szukać. To jej wina. To wszystko jej wina. Zadzwoniła, jak jej Lis powiedział, wczoraj przed szesnastą. Wykręciła cały kod. Odczekali dwadzieścia cztery godziny, przyszli, jak było umówione, i teraz co? Kocioł. Musi grać na zwłokę. Robert na pewno coś wymyśli, trzeba mu dać czas, choćby minutę, bo gdyby poznali Roberta, esbek już sięgałby po broń.

Joanna była zawsze przygotowana na okoliczność kontroli milicji. Miała wielką torbę, mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, nawet kilogram cukru pudru owinięty folią i zaklejony, jakby to było coś cennego. Zanim to rozpakują, minie kolejna minuta. A torba ciężka, skórzana, szyta u rymarza, ze sprzączką z mosiądzu, grubą, brzydką, ale masywną.

Minuta szukania.

Minuta, której Robert potrzebował teraz jak powietrza.

A Robert myśli o tym, którędy biec. Jest w tak dobrej formie, jak nigdy. Odkąd zamienił pióro i papier na kwarantannę w ukryciu, czytanie i knucie mu nie wystarczało, więc robił przysiady i pompki. Był w tym wytrwały.

Ale jeśli pobiegnie bez Joanny, narazi ją na szykany, na aresztowanie, może na pobicie, kiedy się zorientują, że to był właśnie on. Jeszcze z pół minuty, pocą mu się dłonie. Musi uciekać już, natychmiast.

Za plecami zrobił się ruch, hałas, odległy jeszcze, ale już groźny, jak lawina, jak powódź błota w pakistańskiej rzece wyschniętej przez miesiące, a teraz, kiedy monsun ruszył, nabrzmiałej, gorącej, nieubłaganej dla glinianych wiosek. ZOMO szło. Hełmy z przyłbicami, tarcze, długie, szturmowe pały, psy, radiowozy, nawet armatki wodne, jakby sądzili, że ruszyli na jakąś podziemną armię, a nie po jednego człowieka.

Robert w ułamku sekundy zrozumiał, że zmierzają po Lisa, nie po nich, że ich nie znają, że to przypadek, że po prostu nie pozwalają nikomu wejść dalej, że to jest szansa.

- Proszę, niech pan nas puści, panie oficerze - poprosił - niech pan zobaczy, co tu się będzie działo, a my przecież ślub w niedzielę, zaproszenie idziemy zanieść tu, do ciotki mojej narzeczonej.

- Oficerze, powiadasz? - "Szarmach" uśmiechnął się pod wąsem. - A skąd ty wiesz takie rzeczy?

- A w wojsku byłem i od razu znać, kto tu dowodzi, a kto - rzucił wzrokiem w stronę ZOMO - tylko maszeruje.

- Pierdolisz, chłopcze, oj, jak ty pierdolisz... A jak się nazywa twoja narzeczona?

Joanna wymacała dowód. Wyjmować czy nie wyjmować?

Robert nie wie, co powiedzieć.

Tamten składa ręce, wyłamuje sobie stawy w palcach. Słychać, jak strzelają po kolei. Zadowolony z siebie. Niebieska koszula non iron, szeroki kołnierz, skórzana kurtka, jak w filmie z Borewiczem, musiał się naoglądać telewizji.

- Bo ja, widzisz, wiem, jak się nazywa. Cicha Joanna... jej zdjęcie wisi u nas w resorcie na tablicy tych, którzy są poszukiwani.

Robert dłużej nie czeka, zdziera torbę z ramienia dziewczyny i z półobrotu wali nią w twarz tego Wieśka, czy może Andrzeja. Obaj mają miny, jakby nie rozumieli, co się dzieje, ale on wie, przecież chodził do szkoły, masa razy przyspieszenie, torba ląduje na twarzy tego z lewej, prast, butelka wypada mu z ręki, drugi rzuca swoją, może ma tam ukrytą broń, ale musiałby rozpiąć guziki drelichowej bluzy, to się nie uda.

"Szarmach" widzi, jak się Wiesiek zatacza, potyka, jak Andrzej szarpie się z guzikiem, a wtedy ten brodaty kopie go w krocze.

- Co jest, kurwa? Co jest? - "Szarmach" nie rozumie. Chce krzyczeć, ale ona zaczyna drapać go po twarzy, szarpać, ledwo daje radę ją strząsnąć, a wtedy ten gnój, brodacz, pakuje mu łokieć w oko z półobrotu, idąc w to uderzenie całym ciałem, i oficer czuje, jaki to straszny ból, pewnie łuk brwiowy rozwalony. Wie, że uderzenie w twarz boli, że tam nie ma żadnych mięśni, tłuszczu. Poza tym uczą ich, jak bić, żeby bolało, ale nie uczą, jak nie wyć, kiedy sam obrywasz.

Pada na kolana.

- Zajebię... - mówi, ale więcej nie zdąży, bo dostaje kopniaka centralnie w nos, i słyszy gruchot łamanych kości.

Tamten jest szybki, bo kiedy "Szarmach" otwiera oczy, widzi torbę na ziemi, Wieśka, jak się podnosi z gleby, Andrzeja przestraszonego, dziewczynę zdziwioną i brodatego, który trzyma w ręku jego gnata.

Ręce ma pokrwawione... Tak, "Szarmach" wie, że to krew z rozwalonego nosa. Nie czuje bólu, adrenalina pulsuje mu w uszach, ale tylko chwilę, bo zaraz go mrozi strach.

- P-83 - stwierdza brodacz z uznaniem - skrzydełkowy bezpiecznik, osiem kul, z bliskiej odległości nie ma problemu, żeby komuś na przykład rozpieprzyć kolano.

Odwraca się do tych dwóch z tyłu, Andrzej i Wiesiek kamienieją. Przecież te wykształciuchy z Solidarności to tchórze, przecież kto podnosi rękę na władzę ludową, musi mieć pewność, że ta ręka będzie mu odrąbana, przecież to nie może być prawda. Przecież ZOMO przyjdzie tu za minutę.

- Tej kobiety nie znam - mówi Robert - to nie jest moja narzeczona, zapytała mnie o drogę... Co wyście narobili?

Odwraca się do "Szarmacha", mierzy do niego i widzi, że esbek zaczyna się moczyć. Załatwiony. W mokrych gaciach nie pobiegnie.

Bierze Aśkę za rękę i pędzą. Lecą, najszybciej jak to możliwe, zanim ZOMO zamknie drugi wylot ulicy, zanim tamci się pozbierają, zanim sięgną po radiotelefony, o tym będzie myślał później, teraz tylko żeby zdążyć, żeby nie strzelili. Do rogu budynku jest zaledwie czterdzieści metrów, nie dość, żeby ten w drelichu wyciągnął swoją pukawkę, a może dość, nie wiadomo. Trzeba gnać, trzeba biec co sił, nie oglądać się. Wszystko, co przeżyliśmy, teraz nie ma znaczenia, wszystko, co przed nami, całkiem się nie liczy. Teraz tylko ten narożnik, budynek pomalowany w paski, żółty i na wysokości okien biały, podpiwniczenie całe w lastryko, drobne kamyczki, trawa wyrasta spomiędzy płyt chodnikowych, tu i ówdzie psie gówno, już.

Skręcają za węgieł. Jakieś drzewa, krzewy, trawniki, jezdnia, samochodów zaparkowanych niewiele.

Spoglądają w prawo, czysto, w lewo, ZOMO idzie, ale nie biegną w ich stronę, muszą tu być z innego powodu, muszą tu być z powodu Lisa.

Teraz nie ma wyjścia, przecież ci trzej mają krótkofalówkę, ile czasu im potrzeba, żeby się pozbierać? Minutę? Zaraz wyślą komunikat i zacznie się obława. Jest szansa, że nie zaryzykują operacji dla pary chuliganów, kiedy mają przed sobą opozycjonistę ukrywającego się od trzynastego grudnia, a teraz nawołującego przez radio do bojkotu wyborów.

Ale jakiś przypadkowy patrol będzie bezwzględny. Przecież mają ich broń...

Tego esbecy nie wybaczą. Ale skąd on znał Joasię? Jak mógł rozpoznać Joasię, a nie rozpoznał jego? Nie teraz, nie teraz... Wie, że muszą się ukryć natychmiast, przeczekać. Skręcają w podwórze, krzaki rosną tuż przy ścianie, wysoki parter, dobrze, wtedy jest szansa na piwniczne okno. Zamknięte. Kopie z całej siły, ale to dziwaczna szyba, zbrojona drucikiem, pęka, ale nie wypada. Kopie jeszcze i jeszcze, wreszcie okno wylatuje z drewnianą ramą, źle. Jeśli tu przyjdą, zobaczą świeży ślad po tym włamaniu, ale może nie będą mieli czasu, może Lis zacznie uciekać, może Bóg będzie dzisiaj dla nich łaskawy. Wpycha Asię do piwnicy z myślą, że to pułapka, że skazuje ich oboje na więzienie, że im Jaruzelski nie podaruje tego pistoletu, że to głupie było, szczeniackie, sztubackie, naiwne, że poddał się emocjom.

- Auuu! - Asia rozkrwawia sobie łydkę pod kolanem. - To nic, to nic, opuść mnie.

Puszcza jej rękę, a ona opada na piwniczną podłogę prosto w to rozbite szkło. Krew leci! Żeby nie było zakażenia. Nagle robi się ciemno, podnosi wzrok, Robert wciska się w okienko nogami do przodu. Asia odsuwa się i pozwala mu spaść na pięty.

- Nic ci nie jest? - Przytula ją.

- Jezusie, co to było? - Obejmuje go i czuje, że musi uspokoić serce. - Co to było?

- Nic, kochana. - Robert całuje jej włosy. - Uciekliśmy.

- Ale on mnie znał. - Joasia szuka jego ust i myśli, że to takie głupie, że powinna teraz krzyczeć na niego, to przecież jego wina, że sięgnął po pistolet, że nie może wrócić do domu, do mamy, że przepadną jej studia, że nie wzięła nawet szczoteczki do zębów, ma ten cukier, książkę, szydełko i wełnę, a nie ma szczoteczki. Tylko że wcale nie chce na niego krzyczeć, chce go całować, chce pieścić, chce, żeby jego penis, duży, gorący wypełnił jej buzię. Nie rozumie tego, nie pojmuje, nie zgadza się z tym, ale tak chce.

- Kocham cię - mówi.

- To wszystko moja wina... - zaczyna Robert.

- O Jezu, jak ja cię kocham.

Siedzą w piwnicy do nocy. Otwierają słoiki z truskawkami. Owoce ze słoika mają dziwną konsystencję, są miękkie, jak z gumy, ale dobre, słodkie.

- Tylko jeden słoik? Przecież nie jesteśmy złodziejami, ale może wypijemy drugi i zostawimy pieniądze? - namawia Asia, po czym dodaje: - A może ktoś przyjdzie i nas przyłapie?

- Nie, nikt nie przyjdzie, kiedy ludzie z okien widzą ZOMO pod budynkiem.

- Na pewno nikt?

- Na pewno.

- Więc mogę cię mieć w sobie teraz?

Robert nie wie, co powiedzieć. Boi się, wstydzi, poczucie winy zgina mu kark, ale kiedy pochyli szyję, widzi jej łydkę rozoraną do krwi, już nie leci, ale brązowa plama strupa jest duża, świeża. Asia patrzy na niego, jak Jezus z obrazka na ścianie w dziecięcym pokoju patrzył, nawet kiedy zgasło światło i Robert wiedział, że Jezus widzi, co się dzieje, kiedy zasypia i marzy o dziewczynach z klasy.

- Możesz - mówi - wszystko możesz.

Nie ma pojęcia, że właśnie tego dnia, pomiędzy rowerem Flaming, stertą parkietowych płytek, może jeszcze za mało ich, żeby ułożyć podłogę, kartonami pełnymi "Trybuny Ludu" i "Razem", skrzynką butelek po mleku i pomalowanymi szarą farbą półkami na weki, Robert usiadł na starej pralce Frani i pozwolił Asi, żeby objęła go udami i była tam tak bardzo, że oboje płakali, zagryzając zęby, żeby nie usłyszał ich nikt. Nawet Bóg.

Jakby czuli, że to ostatni raz.

Asia nie mogła wrócić do domu. Zadzwoniła tylko do matki, że milicja wie, że jej szuka, chociaż nie zrobiła nic złego, i nie ma pojęcia, dlaczego tak się stało.

- Nie mamo, nie kłamię, w nic nie jestem wplątana, ale powiedzieli, że mnie szukają. Uciekliśmy... - tłumaczy, po czym chwilę słucha i dodaje: - Nie, to nie przez niego. To nie jest jego wina. To wina Jaruzelskiego, mamo, nie wolno się na to godzić. Nie wolno pozwolić im zabijać wolności, nie wolno im zapomnieć górników z Wujka. Nie, mamo, nie płaczę, nie boję się, ale nie wrócę. Nie powiem ci, gdzie będę, bo oni mogą podsłuchiwać przecież...

Nie powinni iść na dworzec, to byłoby zbyt proste. Wypełzli z piwnicy nocą i skierowali się na drogę. Była piąta nad ranem. Zimno, ale pięknie. Kierowca beczkowozu na mleko jechał na południe, w kierunku Pruszcza, do jakiejś zlewni. Nic nie wiedział, czy złapali kogoś wczoraj, bo nie słuchał radia, żeby nie budzić żony, a na gazety, jak wyjeżdżał, było jeszcze za wcześnie.

Rozdział 38

Teraz

Było jeszcze za wcześnie, żeby wyschły. Czekała i czekała, ale włosy wciąż były wilgotne. Nie musiała ich dotykać, czuła, że są ciężkie, że oblepiają jej kark. I że poduszka pochłania tę wilgoć, tak jak kiedyś potrafiła pochłaniać sny. Babcia opowiadała jej wiele niesamowitych historii. Na przykład tę, że trzeba zawsze rano wytrzepać poduszki, wyprostować je, a najlepiej zostawić na jakiś czas na parapecie okna albo na płocie.

Mówiła, że trzeba zawsze wywietrzyć wczorajszy sen.

Może dlatego teraz nie mogła zasnąć. Leżała nago, na kołdrze, z szeroko otwartymi oczami, i patrzyła, jak wiatr wypełnia ciężką zasłonę. Tkanina poruszała się leniwie, jak wieloryb albo żagiel. Albo jak duch.

Kiedyś, kiedy była małą dziewczynką, nie bała się duchów. Wtedy nie mieli jeszcze takiego wielkiego domu i gdy stawała w otwartym oknie, widziała pomiędzy drzewami światła latarni i innych domów. Podczas wiatru pojawiały się i znikały, a ona nie umiała rozwikłać zagadki, dlaczego tak się dzieje. Może ze sobą gadają? A może nocą ktoś zamienia światło w latarniach na zwykły ogień? Płomień mógł się pojawiać i znikać. Kołysać. Potem śniła jej się woda. Oleista, gruba, ciężka błona rzeki. Próbowała przebić ją palcami, ale palce, nawet lepkie od krwi, nie umiały chwycić wody, zdawało jej się, że nie ma tam żadnej krawędzi, żadnego rantu, nic. Nie mogła jej złapać i odsunąć.

I hałas. Ciągle ten hałas. Kiedy próbowała przebić wodę - rzeka krzyczała.

Otworzyła oczy. Telefon dzwonił.

- Jestem... jestem! - Odebrała.

Leżała z kołdrą naciągniętą na głowę, mokra od potu, obolała.

- Jestem już! - Olga spróbowała uspokoić oddech.

- Wszystko dobrze? - zapytał Grzegorczyk. - Radzisz sobie?

- Nie - zaczęła się szamotać z kołdrą, żeby oprzeć się o ścianę, ale nie gołymi plecami - nic nie jest dobrze.

- Co chcesz wiedzieć?

- Wszystko, co mogę. - Z przyjaciółmi porozumiewasz się bez słów.

- O której tam byłaś?

- Nie wiem. - Potarła nos, a potem przyjrzała się swoim dłoniom. Kostki były sine. Jakby przez całą noc zaciskała ręce. - Jakoś koło dziewiątej...

- To mogę ci powiedzieć, że się rozminęliście, bo czas zgonu na moją opinię wypada między siódmą a dziewiątą.

- Nie żył, kiedy przyjechałam.

- Tak?

- Nie wierzysz mi?

- A mam powody?

- Nie, nie masz. Znasz mnie od stu lat. Wiesz, że umiem poznać, czy ktoś żyje, czy nie.

- Dotykałaś ciała?

- Nie, niczego nie dotykałam. Ta z biura mówiła, że mieszkanie wyczyszczone, że nie ma odcisków.

- Ano wyczyszczone. Pamiętasz coś? Szczegóły?

- Że go nie mogę dotknąć ani objąć... Płakałam. Zadzwoniłam do dyżurnego i czekałam. Patrzyłam. Siedziałam na krześle przy stole, przy którym mieliśmy jeść śniadanie.

- Masz pomysł, kto to zrobił?

- Nie stawiaj mnie w takiej sytuacji, jesteśmy przyjaciółmi.

- W jakiej?

- Siwy uczył mnie, żebym zwracała uwagę, kto pyta mnie o sprawę, o którą nie powinien.

- Olga, no co ty pieprzysz? O jaką sprawę? - Grzegorczyk zamilkł na chwilę i usłyszała znajomy szelest. Odwijał kanapkę z folii. - A... myślisz, że to ma związek? Ta mumia, krzyżyk w jej gardle i nóż w brzuchu naszego przyjaciela? - Międlił w ustach chleb.

- No tak myślę.

Postanowiła nie mówić nic więcej. Nie wygadać się, że Siwy chciał jej coś powiedzieć, że to było ważne i dotyczyło właśnie tej historii. Jeśli się nie myliła, jeśli te sprawy są powiązane, to nie powinna o tym wspominać nikomu, nie dlatego, że może być w coś zamieszany, ale także dlatego, żeby nie leżał w kostnicy.

- On by już nie pożył długo... naprawdę był chory.

- Nikt nie wie, jak długo pożyje przecież. Takie mamy czasy, że teraz nikt nie ma pojęcia. Mój chłopak, ten z Wrocławia, jest w śpiączce farmakologicznej. Zaraził go jakiś chojrak, który spieprzył z kwarantanny. Nie wiemy, kto i jak długo będzie żył.

- Potrzebujesz coś? Mogę ci jakoś pomóc?

- Co mi możesz powiedzieć o śmierci Siwego?

- Bezpośrednia przyczyna to wstrząs krwotoczny współistniejący z niewydolnością wielonarządową, będącą następstwem krwotoku wewnętrznego w obrębie rany kłutej w rejonie brzucha. Fachowe pchnięcie, przebite jelita aż do wątroby. Krwawienie w obrębie otrzewnej, żadnych śladów walki. Nie ma ran ani otarć na dłoniach, nie ma nic za paznokciami.

- Nie bronił się. Sam to zrobił?

- Niemożliwe, nie pod takim kątem. Fachowe pchnięcie, mówię ci, czyste, powolne, brzegi rany nie są poszarpane, ktoś ten nóż włożył mu w brzuch jednym powolnym ruchem.

- To dlaczego się nie bronił? Ma coś we krwi? Uśpiony był?

- Nie wiem jeszcze. Być może. Może go czymś znieczulili. Pobrałem próbki. Gdyby wyciągnął ten nóż, wypłynęłoby z niego mnóstwo krwi. Wszystko zostało w środku. Jak otworzyłem brzuch, to było tam jak w czerwonym oceanie.

- Kurwa, Siwy... - Oldze znowu zebrało się na łzy. Słyszała, jak Grzegorczyk przełyka bułkę.

- Kochana, ty się nie martw. Wszyscy umrzemy przecież.

- A potem co?

- Jak co?

- Wierzysz w Boga?

Usłyszała, jak sapie, pewnie wstał, żeby wyrzucić folię po kanapce. Milczał. Mogła powiedzieć, że żartowała, może ulżyłoby im obojgu. Ale milczała. Wytarła mokre policzki i pomyślała, że nie może więcej płakać. Że dziecko urodzi się jej smutne, a dlaczego ma być smutne?

- Wierzę - powiedział w końcu Grzegorczyk - dlatego jestem dla tych ciał dobry, wiesz? Nie szarpię ich, nie ciągnę za włosy, nie maltretuję, nie przerzucam byle jak. Zszywam ich najlepiej, jak można, chociaż, wiesz... nie wszystko się tu da zrobić, to nie jest salon szycia garniturów na miarę. Ale wierzę, że kiedyś ich tam spotkam i wtedy powiedzą mi "Dzięki, stary, starałeś się, choć słabo ci wyszło i musimy chodzić teraz całą wieczność z tymi bliznami po tobie".

Nie umiała wyczuć, czy to prawda, czy żart.

- A nóż? Wiesz coś o nożu?

- Nie wiem na pewno, ale słyszałem, jak mówili, że nóż prawdopodobnie należał do niego. Był od kompletu. Długi, porządny, do mięsa, dwadzieścia centymetrów ostrza, marka Oskard. Miał ich cały komplet.

Dwadzieścia centymetrów, pomyślała. To tłumaczy, dlaczego z dołu brzucha ostrze dotarło aż do wątroby. Ale dlaczego nie ma śladów walki, dlaczego się nie broniłeś, Siwy? Namówiłeś, żeby ktoś ci to zrobił? Bałeś się umierania na raka? Nie, to głupie, nie wierzę, nie umówiłbyś się ze mną na śniadanie, gdybyś planował umrzeć, chciałeś przecież, mieliśmy razem spędzić tę Wielkanoc w maseczkach, jajkiem się stuknąć, wypić wódkę, znaczy ty byś pił wódkę, a ja bym ci powiedziała, że będziesz trochę dziadkiem, bo kto miałby nim być jak nie ty? Pooglądać telewizję mieliśmy.

Poczuła, że się rozkleja.

- Dobrego dnia - powiedziała. - Muszę się ogarnąć, rozumiesz, prawda?

- Cieszę się, że go nie dotykałaś - oznajmił Grzegorczyk.

- Czemu?

- Bo to znaczy, że odciski, które znalazłem, nie są twoje. - Zakończył połączenie.

Olga włączyła radio. W sobotę rano w Trójce audycję miał Cejrowski, czasami ją to drażniło, ale to przecież tylko chwila i zaraz po wiadomościach będzie coś ciekawszego.

Nałożyła na siebie koszulę i pościeliła łóżko, słuchając opowieści o piosence Mariposa Traicionera, i dowiedziała się, że kobiety z natury są zdradzieckie i podstępne. Cały Cejrowski. Ale piosenka była ładna. Przestraszyła się, kiedy skrzypnęły drzwi. Całkiem zapomniała, że przecież Kosa mieszka u niej od czasu, jak go znalazła w lesie.

- No jak tam, szefowo? - Wyszedł z pokoju Anki uczesany i w ogóle jakiś świeży. - Przeglądałem internet, bo nie wiedziałem, czy wstałaś...

Pomyślała, że to źle, że ją widzi nieubraną. Że pod bawełnianą koszulką jej duże piersi są jak nagie. Kosiński nie robił z tego problemu. Zupełnie jakby nie zauważył jej skrępowania.

- To co? Powiedz, gdzie masz kawę, i ja to raz dwa ogarniam. - Uśmiechnął się.

Poczuła ulgę. Nie zerkał na jej nogi ani na piersi. Patrzył w oczy z tym swoim niewinnym, odrobinę rozbawionym wyrazem twarzy.

- W tej szafce. - Pokazała dłonią. - Ale ja to chyba wolę herbatę.

Mrugnął do niej.

- W ogóle niezła jest ta twoja koszula. Żyrafy są fajne, kiedyś, jak byłem z wujkiem w zoo, miałem z siedem lat, to jedna żyrafa nachyliła się nad ogrodzeniem i mnie liznęła. Miała fioletowy język. Byłem wtedy najszczęśliwszy na świecie.

- Żyrafy nie sięgają aż do ludzi.

- Ale to było we Wrocławiu przecież. - Otworzył szafkę i wyjął kawę. Powąchał zawartość puszki. - Tam sięgają. Ale za to nie ma niedźwiedzi w środku miasta. A w Warszawie są. Podobno już niedługo, ale są.

Olga weszła do łazienki. Kiedy wróciła, ubrana po samą szyję, kawa parowała na stole, Kosiński robił kanapki z serem, a w radiu Wojciech Mann mówił, że wszystko się dobrze ułożyło i w związku z tym przygotował na niedzielne przedpołudnie kilka prawdziwych grzałek.

Zamoczyła usta w kawie i wtedy zawibrował jej telefon.

- Dzień dobry, Olgo, nie obudziłem pani?

- Dzień dobry, panie Zbigniewie - wyprostowała plecy - pańskiego telefonu się nie spodziewałam.

Nie rozmawiali zbyt często, ale lubiła go, mimo tych wszystkich gangsterskich konotacji. Mimo podejrzeń i mimo tego, że nie powinna. Kiedy przed kilkoma miesiącami odnalazła mordercę jego siostry, a sama, poraniona i poobijana, siedziała na zwolnieniu, przywiózł jej nawet zaopatrzenie i to był jedyny raz, kiedy w lodówce naprawdę brakowało jej miejsca.

- Myślę, że powinna się była pani spodziewać. Robert wspomniał mi, że ma pani wątpliwości co do mojego ewentualnego udziału w sprawie, która go dotyczy.

- Wątpliwości to moja specjalność, przecież pan wie.

- Rozumiem. I jestem świadomy, że to niczego nie zmieni, jeśli powiem, że nie mam w tej sprawie żadnego udziału. Mimo to chciałem panią zapewnić, że nie maczałem w tym palców. Wykonałem też kilka, dyskretnych oczywiście, telefonów i powiem pani, że nikt nie ma pojęcia, kto porwał pani partnera.

- Hm... zastanawiające. Więc miasto już wie?

- O porwaniu? Oczywiście. Ale kto to zrobił, nikt do tego nie doszedł.

- Uważa pan, że ktoś tutaj kłamie?

- Dzwonię, żeby powiedzieć, oczywiście nie musi mi pani wierzyć, to całkowicie zrozumiałe, że miasto może nie wiedzieć.

- Co z kolei znaczy...

- Że to ktoś spoza branży.

- Albo że pański kuzyn, czy stryjeczny brat, czy jak się to nazywa, może mieć interes w tym, żebyśmy tej sprawy nie wyjaśnili.

- Jak to?

- Gdyby to z jego powodu ktoś na nas napadł, miasto by o tym milczało, prawda?

- Sądzi więc pani, że to jednak ja?

- Jeśli pan Robert Kowalski miałby interes w tym, żeby nas uciszyć, to wykorzystałby do tego pana.

Zbigniew Kowalski westchnął.

- Szuka pani motywu?

- Tak. Tego wciąż nie mam.

- Natomiast co do tego, kto do was strzelał, są pewne pogłoski. Ktoś się komuś pochwalił, że ciekawa robota, że zlecenie od nieznanego, zamaskowanego gościa, płatne z góry, torba gotówki i maski z podobizną Jarosława Kaczyńskiego. Mieli tylko postraszyć. Piotrkowska czterdzieści sześć. Pruszków. Powodzenia.

Potem jedli śniadanie z Kosińskim. Olga spytała go o samopoczucie, a on odpowiedział, że jest okej. Że pojedzie do tego Pruszkowa powęszyć. Serbia uznała, że lepiej, jeśli wybiorą się tam razem. Ale najpierw pograją w chińczyka. Albo pooglądają telewizję. Albo w karty, w wojnę. Należy im się przecież trochę wolnego czasu.

Telefon zaterkotał jeszcze raz. To był Leśmian. W niedzielę? Dziwne.

- Olga, jest pewien problem - powiedział. - Nie powinienem ci o tym mówić, ale biuro zarekwirowało nagrania z monitoringu u Dolińskiego. Mówią, że przejrzeli dokładnie i w sobotę po dwudziestej widać, jak Doliński wchodzi do mieszkania, a potem w niedzielę rano wchodzisz ty. A potem cała ta dochodzeniowa ekipa, którą wezwałaś.

- Co to znaczy?

- No, kurwa, przepraszam! To przecież ja się pytam, co to znaczy?!

Rozdział 39

1984

- Co to znaczy? Topaz?! Do domu! - krzyczały przez okno, ale pies ani myślał wracać, chociaż zapadała noc. Łaził po polu i wpychał nos do jakiejś puszki, bo słychać było, jak ją toczy po kamieniach.

- Skaranie boskie z tym psem. - Patrycja wciągnęła kurtkę i buty na grubej podeszwie. Sierpień nie sierpień, nocami nad jeziorem potrafiło być naprawdę bardzo zimno.

- Czekaj, pójdę z tobą. - Aśka zapragnęła wyjść na powietrze. Całymi dniami siedziała w kuchni. Od szóstej rano piekła szarlotkę, bo każdy, kto tu docierał, z miejsca pytał o wrzątek i szarlotkę. A potem jajecznica, żur, pomidorowa. Zmywanie i dzielenie mięsa. Nauczyła się machać tasakiem jak rzeźnik. Góralskie kobiety potrafią w kuchni wszystko i jeśli tylko chcesz się uczyć - nauczą. I tak od kilku tygodni. Pracowała całymi dniami, a wieczorami wychodziła nad Morskie Oko. Czasami noc była tak jasna i spokojna, że dostrzegała, jak się w wodzie odbija Droga Mleczna. Czasami padało albo przychodziła mgła i wtedy nie widziała nic. Ale nawet w najgęstszą mgłę wolała siedzieć przed schroniskiem niż w środku. Najgorsze w ukrywaniu się było to, że nie mogła iść w góry.

Jesteś wolna, ale nie jesteś wolna.

Jak w kwarantannie. Wyjdziesz - umrzesz. Nie ruszała się więc. Wopiści lubili przyłazić do schroniska. Więc teraz też nie mogła przepuścić takiej okazji.

Założyła kurtkę, którą dostała od sióstr na Księżówce, i poszły szukać Topaza. Pies był leniem i łakomczuchem, ale każdy lubił go wieczorem potarmosić.

Robert przywiózł Asię do Zakopanego, bo to było najdalej, dokąd sięgała kolej z Trójmiasta. Może lepiej byłoby w Przemyślu, w Bieszczadach, ale nie znał tam nikogo, komu mógłby powiedzieć tak z miejsca: "Jest sprawa, trzeba dziewczynę ukryć na dobre".

W Zakopanem znał. Przespali się w Księżówce, ksiądz Jerzy zawsze się tu zatrzymywał, miejsce było sprawdzone i bezpieczne. Dostała od sióstr, które o nic nie pytają, kurtkę i plecak. Niewielki, pękaty brezentowy orzeszek.

W sam raz na resztę życia. Do środka majtki, białą koszulę, pewnie noszą takie pod habitami, góralski sweter o trzy numery za duży i wełniane skarpety.

Wszystko, co mogły oddać.

Rano złapali autobus do Łysej Polany, ale nie mogli tam pojechać, bo nie chcieli się rzucać w oczy wopistom, to przecież jeszcze gorzej, niż gdyby sami poszli na milicję. Wysiedli za zjazdem na Małe Ciche i ruszyli do Rusinowej Polany.

W kaplicy Królowej Tatr siedział ojciec Leonard. Gdy już się rozeszli ludzie i zrobiło się tak cicho, jak powinno być w świętym miejscu, zaparzył im kawy, a nie była to żadna zbożówka, ale prawdziwa kawa z zagranicznych włoskich fusów, a oni opowiedzieli mu, co i jak.

Leonard oznajmił im, że są dwa miejsca - Pięć Stawów, dobrze, ale ciasno, wie, bo tam chodzi na msze w niedziele, ludzie się o siebie obijają, agentura się kręci w przebraniu, bo się obawiają, że ktoś z kontrabandą pójdzie na Czechosłowację, a to odległe miejsce, nie zawsze pilnują filance, więc schronisko niekoniecznie. No ale w Morskim Oku byłoby dobrze, robota by się znalazła, jedzenie, co tam trzeba. Kuchnię mają wielką, ludzi sporo pracuje, można się naprawdę schować.

Napisał list do Wojtka, Aśka zasnęła na poskładanych pledach pod ścianą, a oni gadali długo w nocy o Marysi Murzańskiej, która tu kiedyś zobaczyła Matkę Boską i usłyszała, że przyjdzie czas, w którym górale stracą swoje pastwiska i szałasy na halach.

Rano poszli. Lał deszcz. Leonard dał im wielki parasol.

- Francuski, dużo teraz darów z Francji przyjeżdża do Polski.

- Jakby chcieli za drugą wojnę przeprosić. - Robert rozłożył parasol. Nigdy dotąd nie widział takiego ogromnego.

- Ja im już wybaczyłem dawno. - Leonard przeżegnał ich i ruszyli stromą ścieżką w górę, po oślizłych i lśniących korzeniach.

Nie narzekali na deszcz. To nawet lepiej, wtedy niewiele ludzi się kręci, chociaż daleko było, bo z lasu wyszli za Wodogrzmotami. Wybrał tę drogę, żeby się nigdzie nie natknąć na wopistów.

Woda płynęła drogą. Kilka razy mijał ich autobus, ale nie zatrzymywał się, a oni nawet nie żałowali. Oboje czuli, choć żadne tego nie powiedziało, że nie będą teraz mogli być razem. Byliby jak kaczki na strzelnicy. Nie mówili nic. Po prostu szli w tym deszczu, ściskając sobie nawzajem palce.

Asia płakała.

A może to jednak był deszcz?

Łapińscy przeczytali list i pokiwali głowami. Żeby się ukryć między pracownikami kuchni, trzeba będzie tam pracować.

Aśka pokiwała głową. Zawsze o tym marzyła. Kto nie marzyłby o tym, żeby zamieszkać w Morskim Oku?

Rano, tuż po piątej, Robert obudził ją szturchnięciem i wiedziała, że nie ma co się ociągać, wygrzebała się ze śpiwora, wciągnęła na siebie ten wielki sweter i zeszli po kłodach nad sam brzeg jeziora.

Góry były jeszcze zacienione, ale niebo nad nimi już lśniło światłem. Patrzyli, jak słońce liże najpierw sam wierzchołek Rysów, rozpalając go na złoto. Po tym deszczu skały musiały być jeszcze mokre. Mięgusze, Cubryna i Mnich były w tym świetle zupełnie niebieskie.

- Niebieski ma w sobie dziwną głębię. - Przytulił ją. - Podobno różnica między głębokim błękitem oceanu a wielką bielą najwyższych gór jest subtelna.

- Nigdy nie zobaczymy oceanu - powiedziała Aśka - przecież my go nigdy nie zobaczymy. Jaruzelski, komuniści, oni nam na to nigdy nie pozwolą. Nigdy nie polecimy samolotem.

Milczał. Nie chciał tego pożegnania.

- Mnie się wydaje, że taki błękit to prawie w ogóle nie różni się od całunu.

- Co ty mówisz, Asiu?

- Nic nie mówię, płaczę. Widzę, jak mało mamy czasu w życiu. Tylko pożegnania, przywitania, a między tym co? Tylko tęsknić musimy całe życie? Przecież tak mało mamy czasu, nie wolno go marnotrawić. Nawet na rozpamiętywanie ran. Rany się nie goją, jeśli wciąż zrywać z nich plaster. Dzieci powinniśmy mieć. Małego Fiata i telewizor. A nie tylko Polskę i Polskę, jak jakieś przekleństwo. Polska to rana, która pod tym naszym bandażem będzie ropieć całymi latami. Dziadkowie przywykli, rodzice przywykli, to i my byśmy przywykli...

Przytulił ją. Przecież wiedział, że tak nie myślała. To tylko smutek.

- Któregoś dnia wszystko będzie pięknie i wtedy staniemy twarzą w twarz z prawdą o nas samych. I trzeba będzie odpowiedzieć na to pytanie o czas. Czy kochałeś dość mocno? Czy kiedy trzeba było stanąć w prawdzie - stanąłeś? Czy słuchałeś, kiedy przyjaciele mówili coś, z czym się nie zgadzasz? Przecież jeśli słuchasz tego, co już wiesz, nie zmieniasz świata. Ale jeśli słuchasz czegoś, z czym się nie zgadzasz, jeśli nad tym myślisz, dyskutujesz, to możesz coś zmienić. Smutek, Asiu, nie jest dobry. Smutek to kopanie grobu dla własnego serca. Pożera czas. A czasu mamy niewiele.

- Pokochasz się ze mną?

- No ale jak? Przecież schronisko pełne ludzi? To drewniany dom. Usłyszą.

- A tutaj?

Uśmiechnął się do niej. Było tak zimno, że nie wytrzymaliby na golasa nawet pięciu minut. Wsunął dłoń pod jej sweter i dotknął piersi, a jej sutki momentalnie stały się twarde, ale nie przestała płakać.

Przytulała się tak, jakby ich czas miał się skończyć na zawsze.

Potem wrócili i zrobiła mu kawę i jajecznicę.

Siedzieli przy sławnym stole z książki Wilczkowskiego z jakimiś sławnymi wspinaczami. Była dumna, choć nie znała ich.

Potem wspinacze poszli na Mnicha, a oni w końcu pocałowali się w usta i patrzyła, jak Robert znika za zakrętem.

A teraz już się kończy sierpień i Joanna nie widziała Roberta od tygodni. Nie dzwonią do siebie. Nie piszą. Trzeba naprawdę uważać. W radiu mówią, że Ameryka cofnie niektóre sankcje gospodarcze nałożone na Polskę. Kiedy kończą słuchać wiadomości, dodają, że to pewnie wymiana za zwolnienie więźniów politycznych. Podobno puścili nawet Bogdana Lisa.

Aśka coraz częściej zastanawia się, czy może jej też już przestali szukać. Może tak być, ale nie wie, jak to sprawdzić. Boi się telefonować dokądkolwiek, zresztą jak miałaby to zrobić? Z biura pani Marii przecież nie zadzwoni. Aparaty są na podsłuchach, od razu by tu przyjechali po nią. Może powinnam wybrać się do Warszawy - myśli - może Jerzy mógłby pomóc? Roberta pewnie szukają, nie mogli puścić płazem tej odebranej milicjantowi broni, ale jej mogli przecież już wybaczyć.

- Gotowa jesteś? - pyta Patrycja i wychodzą.

- Topaz! Topaz, piesku! - wołają.

Słyszą go, jak się bawi puszką. Wbiegają na podwórko, a to niedźwiedź. Nos ma w konserwach, które musiał znaleźć w jakiejś reklamówce na śmietniku. Liże je, a one toczą się i brzęczą.

Toczą się pod same nogi.

Zwierz podnosi łeb, widzi je, węszy. Niuch, niuch, ma spory czarny nos, dolna warga drży, leci po niej ślina. Rusza głową na boki i podrywa nagle przednie łapy, a one nic, sparaliżowane. Ale kiedy wstał, wyższy niż one, kiedy zachwiał się na tylnych łapach, znowu niuch, niuch. Patrycja z całej siły kopie tę puszkę, którą mają u stóp. Wielka, okrągła, po wojskowej tuszonce, taka, z której możesz zrobić śniadanie dla całej drużyny. Leci po ziemi, brzdęk, brzdęk, odbija się dwa razy i buch - uderza burego w nogę, spada i wiruje jak bąk.

Wllleeee, wlllleeeee - brzęczy puszka, miś patrzy na nią chwilę, odwraca się i zaczyna uciekać.

Topaz wypada spod plandeki, pod którą kryje się niepotrzebny teraz skuter śnieżny. Aśka nawet go jeszcze nie widziała, a to byłoby coś, zobaczyć taki skuter, ale nie może o tym myśleć, bo pies skacze na nie, wielki jak niedźwiedź, trochę już ślepy, ale teraz bardzo szczęśliwy.

Liże je obie po twarzy, raz jedną, raz drugą, i Aśce robi się nagle dziwnie smutno, chciałaby, żeby ją ktoś tak pieścił i całował, ale nie pies.

Nocą siedzi z dziewczynami z kuchni na dworze, palą papierosy i patrzą w gwiazdy.

A w nocy w Radiu Wolna Europa słyszy głos Jerzego. To pewnie ostatnia msza za ojczyznę. Ktoś nagrał i przerzucił za granicę.

Aśka myśli, że on już długo nie będzie mówił, że komuniści na to nie mogą pozwolić, żeby takie słowa padały otwarcie. Że się powinien zacząć bać.

- Lękać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju - mówi Jerzy i zaczyna nawoływać do tego, żeby usiąść przy wspólnym stole i sprawy kraju ułożyć całkiem od nowa. Po jednej stronie stołu Solidarność, która ma społeczne zaufanie, a po drugiej komunistyczna władza, która tego mandatu już nie ma.

Dziewczyna czuje, że wypełnia ją nadzieja. Skoro jemu wolno tak mówić, otwarcie, to na pewno jest już dobrze. Nie będą już strzelać, ścigać ani nie będzie się musiała więcej ukrywać.

I wtedy postanawia, że za tydzień zacznie się pakować.

Rozdział 40

Teraz

- Zaczynam się pakować. Co innego mam ci powiedzieć?

- Olga, co ty pieprzysz, czy ty siebie słyszysz?

- No: co pieprzysz, co pieprzysz, jakie jest inne wyjście? Nie ma na monitoringu nikogo, kto by wchodził do Siwego pomiędzy jego wejściem a moim przyjściem. Jak to rozumieć? Tylko ja tam byłam, albo on to sobie zrobił sam.

- Nie zrobił tego sam. Nie dam za to odciąć sobie ręki, ale nie zrobił.

- Czyli mógł?

- Japoński ronin, mistrz miecza, mógłby, ale nie stary policyjny pies, który kochał życie, choć je sobie dokładnie spierdolił. Nie, nie wierzę, że to zrobił. Poza tym jest jeszcze odcisk palca.

- Gdzie?

- Na powiece. Ktoś mu zamknął oczy. Dlatego ci powiedziałem, że to całe szczęście, że go nie dotykałaś.

- Kurwa - jęknęła.

- O co chodzi?

- No nie wiem, czy mu nie zamknęłam.

- Co ty mówisz?

- Nie wiem, mogłam być w szoku, mogłam się powstrzymać od tego, żeby go przytulić, żeby objąć, ale oczy, rozumiesz, nie wiem, nie pamiętam.

- Jasna cholera, to niedobrze. Bo jakby... no bo otwarte oko wysycha dość szybko. W godzinę, wiesz, mógłbym dokładnie wiedzieć, kiedy nastąpił zgon, rozumiesz?

- A teraz nie możesz?

- Póki nie mam analizy zawartości potasu w ciele szklistym, to nie. No nie tak jednoznacznie. Mogę po temperaturze wewnętrznej, bo człowiek stygnie w takich warunkach około jednego stopnia na godzinę. Kiedy go miałem u siebie, to było pięć stopni, ale to nie jest dokładne wskazanie, bo nie wiemy, jaką miał temperaturę w chwili śmierci. Składa się na to mnóstwo czynników. Miał przecież raka, mógł być osłabiony. Będzie jeszcze sporo badań: toksykologia, odczyny, poziom alkoholu. Ale nawet zwyczajne osłabienie, jeśli źle spał, może wpływać na temperaturę. Więc to nie jest jednoznaczne wskazanie. Nie miał już reakcji mięśniowych na ramieniu, ale wciąż były na udzie, czyli też około pięciu godzin. Ale to wszystko poszlaki. Wiesz, co by było, gdyby to był film?

- Miałby stłuczony zegarek na ręku - powiedziała Olga - spojrzałbyś, o której się zatrzymał czas, i wiadomo by było, kiedy zginął.

- No, na przykład.

- Czyli nie masz pojęcia. Uważasz, że to mogłam być ja?

Nie odezwał się.

Usłyszała, że zaczyna klikać na klawiaturze, a potem przeczytał jej:

- "Livor mortis jednolite, rozwinięte. Znikają po lekkim ucisku i powracają po dwóch minutach. Przemieszczalność przedłużona, ale jeszcze całkowita, wskazuje na czas zgonu pomiędzy ósmą a dziesiątą..." To z mojego raportu na jutro - przeczytał.

- Czyli to mogłam być ja?

- Czyli minęłaś się z kimś o włos. Może miałaś dużo szczęścia.

- Albo komuś chodziło o to, żebym to była ja... - zawiesiła głos - ale nie pomożesz mi. Nie wiesz... Nie ma szans, żebyś doszedł do tego, czy bardziej ósma, czy bardziej dziesiąta?

Milczał dłuższą chwilę.

- Może kiedy dostanę wszystkie wyniki, będę bardziej zorientowany. Naprawdę kazał ci się pakować?

- No tak powiedział - odparła. - Wściekły był, bo przecież było jasne, że mam uważać jak cholera. Oznajmił, że jestem kompletną idiotką, że pojechałam sama, że nie wzięłam Kosińskiego.

- Ma rację.

- Wiem. Ale przecież to nie było służbowe spotkanie. Miał mi po prostu zrobić śniadanie i powiedzieć coś ważnego. Jak zawsze.

- No i co dalej? - Usłyszała w jego głosie, że Grzegorczyk naprawdę się martwi.

- Nic. Co będzie, to będzie - odparła. - To nie ja. Chcę, żebyś wiedział.

Przerwała połączenie. Westchnęła. Ze słów, że to nie ona, nic przecież nie wynika. Grzegorczyk jest profesjonalistą. Rozumie, że nie może polegać na takich zapewnieniach. Leśmian tak samo. Ale Leśmian nie krył, że jej bronił. Że zadzwonił do tych z ministerstwa, chociaż sobota i rozpierducha w Sejmie, nie wiadomo, czy będą wybory, czy nie, ile robić testów i skąd wziąć milion maseczek.

"Powiedziałem, że teraz potrzebujemy pomocy. Prawdziwej pomocy. Poszlaki wskazujące na ciebie są mocne, ale to oczywiste, że chcą cię wrobić. Najpierw do was strzelają, potem porywają twojego partnera, teraz chcą cię wyłączyć przez podejrzenie o zabójstwo. A przecież o czym świadczy taki monitoring? Że ktoś mógł się ukryć w tym domu wcześniej, a potem wymknąć oknem z drugiej strony. Albo wśliznąć się do budynku, kiedy ciężarówka zasłoniła wejście, nie, nie wiem, czy była tam ciężarówka, przecież nie widziałem tego nagrania, ale tak im powiedziałem. Wtedy zapytali, czego potrzeba. A ja na to, żeby biuro się odpierdoliło od ciebie na chwilę, bo to nie posłuży. I oni, że spróbują. Że to tak nie działa, ale spróbują".

Siedziała na kanapie z podwiniętymi nogami. Bez ruchu.

Kosiński krzątał się w kuchni.

Nie czuła nic. Ani smutku, który przetoczył się kilka godzin wcześniej przez jej duszę niczym lawina, grzebiąc pod zwałami błota wszystkie pytania, jakie chciała postawić Dolińskiemu, wszystkie podejrzenia, z którymi do niego jechała, lęk przed tym, żeby przypomnieć mu w oczy: "Sam mnie uczyłeś, żebym uważała na tego, kto pyta, a przecież pytasz właśnie ty", ani obawy przed tym, że będzie musiała powiedzieć mu: "Tak, podejrzewam, że masz z tym coś wspólnego, dowódco", że będzie musiała mu przypomnieć jego esbeckie koneksje, a on znowu powie to co zwykle: "Przeszedłem weryfikację pozytywnie i moja ojczyzna uznała, że jestem jej potrzebny, a moje motywacje są słuszne, choć się przecież nie zmieniły. Zawsze były patriotyczne i choć to była inna Polska, to w tej sprawie nie zmieniło się przecież nic". Teraz to już nie było ważne. Teraz istotne było to, że jutro rano, kiedy pojedzie do firmy, ta kobieta z biura może powiedzieć, żeby Serbia oddała broń i blachę, i żeby nie wyjeżdżała z miasta. Jeśli tak się stanie, spróbuje znaleźć rodzinę Dolińskiego. Ktoś to przecież musi zrobić...

A w tej chwili... westchnęła i przeciągnęła się, aż poczuła dreszcze. W tej chwili musi założyć spodnie i znowu pomyśli, że już czas kupić coś luźniejszego, coś, co pozwoli jej oddychać swobodnie. Tylko kiedy ma pójść do galerii handlowej? Jutro, jak ją zawieszą, mogłaby pojechać do sklepu, ale do jakiego, skoro jest epidemia i wszystkie są pozamykane? No i co ma zrobić kobieta, na którą spodnie robią się z każdym dniem coraz ciaśniejsze? Albo fryzjer. Nie żeby przesadnie dbała o włosy, może kiedy Szymon przyjeżdżał, ale dziś naprawdę potrzebowała fryzjera. A Kosiński świetnie uczesany. Jak zwykle.

- Kosa! - zawołała, a on pojawił się niczym duch tuż przed nią, z dymiącym talerzem makaronu z sosem. Pachniało obłędnie. Zapomniała całkiem, że nie jadła nawet śniadania.

- No chociaż raz jestem na czas - zażartował, wyraźnie dumny z siebie. - Przydałoby się zrobić jakieś zakupy, bo z tego, co tutaj masz, nie przeżyjemy, chyba że serio uważasz, że ludzkość w swoich kulinarnych odkryciach nie wyszła poza makaron z konserwą, która pamięta jeszcze czasy, kiedy rządziło PO.

Podał jej pałeczki.

Nie przyznała się, że wolałaby widelec, żeby nie wyjść na niewdzięczną. Szczerze się ucieszyła. Ale też żałowała, że nie jest normalnie, że nie siedzą w jakiejś knajpie, nad wodą i nie widać ludzi na kajakach, dzieci na hulajnogach, biegaczy, psów, kochanków spragnionych wieczora i patroli policyjnych wyluzowanych i odprężonych. Że nie mają wina i że z Siwym nie usiądzie tak już nigdy.

Nigdy tak razem nie siedzieli.

"Nigdy" to straszne słowo. Często nieprawdziwe, ale teraz tak.

- Jemy i jedziemy - powiedziała Kosińskiemu.

- Do Pruszkowa? - Wciągnął makaron zbyt szybko i w kąciku ust została mu czerwona pręga sosu.

- A... dobły jesteś - pochwaliła go z pełnymi ustami. - Skąd wiesz?

- Czytać umiem. - Pokazał jej otwarty notes na stoliku.

"Piotrkowska czterdzieści sześć. Pruszków".

- No to właśnie Kowalski mi powiedział.

- Co jeszcze?

- Ktoś komuś powiedział, że miał na nas zlecenie, żeby tylko postraszyć. Zlecenie od zamaskowanego gościa. I że z góry zapłacili.

- Pierdolenie. - Kosiński jadł z apetytem i była z tego powodu zadowolona. Pamiętała, jak przyszedł do roboty prosto po szkole, wystraszony jak sztubak, którego przyłapali na ściąganiu. Wszystko w nim było na "nie". Ale miał w oczach coś... nie rozumiała, co to jest. Nie zaciętość, nie pragnienie, żeby coś komuś udowodnić. Nie wiedziała co, chociaż dzisiaj już jest tego świadoma. To cierpliwość. No i proszę. Potrafi jeść makaron, świetny zresztą, w dniu, w którym zginął jego pierwszy dowódca, i na wieść o tym, że zaraz pojedzie spotkać kogoś, kto do niego strzelał, nie traci apetytu.

Po drodze nie gadali zbyt wiele. Ona prowadziła, Kosa patrzył czasami do tyłu. Nikt za nimi nie jechał.

To było i dobrze, i źle. Dobrze, bo znaczyło, że biuro ich nie obserwuje. Źle, bo ktoś, kto do nich strzelał, porwał Kosińskiego i załatwił Siwego, uznał, że nie musi się nimi przejmować.

Albo że umieją odczytać ich lokalizator.

- Uważasz, że wiedzą, że jeździmy teraz tą starą Kią? - Kosiński najwyraźniej myślał o tym samym co ona.

- Nie mam pojęcia. Ale co to teraz zmienia?

- No jeśli się zorientowali, że jedziemy do Pruszkowa, to mogą wiedzieć już, po co.

- Nie wiedzą - powiedziała z przekonaniem. - Nie sądzę, żeby był na nas założony jakiś alert, żeby dyżurny dzwonił do kogoś i mu meldował, że się ruszyliśmy. To nie lata dziewięćdziesiąte, policja nie jest taka obsrana przez złych ludzi.

- No to skąd mieli informacje?

- Wtedy? Znali sposób, żeby ktoś im sprawdził, co robimy. Ale ilu przyjaciół mogą mieć w fabryce? Musieliby wiedzieć, jaki mamy teraz samochód, jaki jest lokalizator tego grata, ktoś by im musiał poszperać w komputerze. Nie, nie wiedzą.

Potem milczeli. Oboje niepewni. Olga wystraszona trochę myślą, że to Siwy ich wtedy wystawił. On był zorientowany, do kogo zadzwonić i o co zapytać. Kto jeszcze mógłby? Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

Kosiński sprawdzał broń. Wyjmował, sprawdzał, potem znowu wyjmował. Wreszcie włączył radio i słuchali Sultans of Swing w koncertowej wersji z płyty Alchemia, co na pustej, koronawirusowej autostradzie ze słońcem świecącym prosto w twarz było naprawdę dobre.

Pruszków powitał ich głębokimi cieniami, bo słońce paliło jak wściekłe, jakby chciało wyssać z ziemi każdą kroplę wilgoci, ale drzewa walczyły nastroszone świeżą, hardą zielenią. Ludzi na ulicach nie widać. Samochodów brak. Przed kościołem, który mijali po lewej stronie, nikogo, chociaż to Niedziela Palmowa. Ludzie bali się wirusa. Nigdy nie wiesz, kogo spotkasz i kto przed tobą dotykał klamki.

Dom stał pośród bzów, zarośnięty tak, że ledwo go było widać. Szary tynk, sześcienna puszka gierkowskiej bryły, kraty w oknach, kamera nad furtką z zespawanych, postawionych na sztorc metalowych płaskowników o trójkątnym zakończeniu. Jak ostrza noża wycelowane prosto w niebo.

- Co robimy?

- Nie mamy nakazu. - Serbia wzruszyła ramionami. - Nie mamy powodu, żeby tu być. Po prostu się rozglądamy. Siedzimy, gadamy, słuchamy muzyki. Szkoda, że nie możemy sobie poczytać, ale prowadzimy obserwację.

Włączyła radio.

"Magda w podzięce chwyta me ręce i nie ma sprawy, ślicznie jej w sukience - zaśpiewał Grzegorz Markowski - po co się śpieszysz, po co się śpieszysz? Przecież do końca życia mamy na to czas!"

- A ty nie sądzisz, że powinniśmy się jakoś maskować, skoro obserwujemy?

- Nie, bo my tylko udajemy - powiedziała Olga - tak naprawdę to my ich po prostu chcemy wkurwić.

Pożałowała, że zaklęła, bo zrobiło się jej nagle niedobrze i zachciało jej się siku. Znowu poczuła, że jej puchną stopy.

- Serio?

- Tak. Nie wejdziemy tam przecież, bo nie ma podstaw. Na prowadzenie obserwacji non stop nie mamy czasu, zresztą, co powiemy? Że robimy to na podstawie operacyjnych ustaleń? Nie. Za dużo pieprzenia w papierach. Ale jest szansa, że się wkurzą i sami do nas wyjdą.

"Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie" - dokończył Markowski, a po nim Lady Gaga zaczęła śpiewać piosenkę z Narodzin gwiazdy i Olga pomyślała o Szymonie. O tym, że jutro mają go wybudzić i że nie wiadomo, jak będzie, czy wyzdrowieje, czy będzie mógł mówić, czy będzie chciał jej słuchać, czy mu powiedzieć o dziecku, czy lepiej o tym milczeć. Może matka go poinformuje? I nie będzie tak źle. Przecież życie nie trwa wiecznie. Przyda jej się trochę wolnego. Teraz, kiedy Siwy odszedł, kiedy zakończy tę robotę, będzie mogła się zająć sobą. Odchyliła fotel do tyłu.

"And I think to myself, what a wonderful world" - usłyszała. To była dobra pieśń na czasy epidemii. Świat oddychał wreszcie od spalin, kominów, rur wydechowych, szczury zamiast biegać po piętrach sukcesu siedziały w domu przed telewizorem. Tak będzie. Będzie dobrze. Będziemy leżeć przed telewizorem i oglądać seriale kryminalne, śmiać się z tego wszystkiego, co wymyślają ludzie, którzy nie mają pojęcia o policyjnej robocie. Poczuła się lepiej. Jakby to było za nią, jakby już wyznała Szymonowi, że może powinni spróbować być razem, i jakby on powiedział "tak".

"I see friends shaking hands, say'n "How do you..."".

- Olga - poczuła szarpnięcie za ramię - nie śpij.

Otworzyła oczy.

Brama willi, przed którą stali, zaczęła się rozsuwać i wyjechała stamtąd smukła czarna Tigra.

Za kierownicą siedział jeden z tych ludzi czekających na nich na stacji paliw.

- Widzisz? - Przekręciła kluczyk, a Kia, o dziwo, natychmiast ożyła.

- Tak, to ten skurwysyn ze zdjęcia. - Kosiński sięgnął pod pachę i wyjął swoją klamkę.

- Co ty? Rozwalić go chcesz? - Pokręciła głową.

Tigra wytoczyła się na drogę i ruszyła z piskiem opon.

- Nie, ale wolę mieć blisko. - Kosiński zrozumiał, że to głupie, bo z pistoletem w prawej ręce musiał się złapać uchwytu nad drzwiami lewą.

Olga wcisnęła gaz do dechy i Kia też wystrzeliła do przodu, ale tylko po to, żeby natychmiast zwolnić, bo Tigra driftem poszła w lewo, a tego Olga zrobić nie umiała. Zarzuciło ich odrobinę i wyniosło, aż uderzyła bokiem w krawężnik. To nic, ulica przecież pusta.

Tigra miała z pięćdziesiąt metrów przewagi.

- Wołaj dyżurnego. - Przygazowała. Wolałaby mieć klasyczną skrzynię biegów, a nie ten automat. - Wołaj dyżurnego i melduj, że robimy pościg za podejrzanym.

Rozdział 41

1984

- Melduj, że ruszam w pościg za podejrzaną. - Wypluł papierosa, przeżuta, namoknięta bibułka pacnęła w kałużę i rozpadła się jak zepsuta ryba zbyt długo czekająca na brzegu rzeki, aż ją znajdą ptaki. To była ona. Cicha. Ta, która zniknęła po operacji przeciwko Lisowi. Kamień w wodę, ale teraz jest.

- Tak jest! - Tamten sięgnął po radiotelefon.

- Chcę mieć wszystkie wolne samochody, ale już! - Ruszył szybkim krokiem. Dziewczyna, która wyszła z plebanii, skręciła w prawo i wiadomo było, że zmierza do Placu Komuny Paryskiej.

Nie zwalniając, spojrzał na zegarek.

Dziewiętnasta czterdzieści, gdyby ją zgarnął teraz, to zdążyłby odstawić do pudła i jeszcze by na Dwójce zobaczył recital 2 plus 1, a bardzo mu się podobała ta babka, Beata, no bardzo. Miał jakieś pięćdziesiąt minut. Tramwaj zatrzymał się na przystanku, a on miał do niego jeszcze około czterdziestu metrów, ale musiał przejść przez ulicę. Kurwa, gdzie oni są? Pieprzeni milicjanci, nie można ufać tym nierobom. Mówił, że potrzebuje swojej ekipy, ale szefostwo się nie zgodziło. Twierdziło, że trzeba wyśledzić tych, którzy tam będą wchodzić, i jak namierzą kogoś z poszukiwanych, to musi to ogarnąć sam. W odwodzie są tajne radiowozy i w każdym po dwóch gości z kryminalnej.

- No jasna cholera, do kurwy nędzy! - Nie mógł wbiec na jezdnię, bo ciągnął się tamtędy sznur samochodów, skąd tyle samochodów, przecież jest piątek, pieprzony piątek wieczór w kraju, w którym wszystkim jest tak źle, kiełbasy nie mają, cukru, kurwa, nie ma, kryzys stulecia, a każdy autem.

Drzwi tramwaju otworzyły się ze zgrzytem, który usłyszał aż tutaj.

Dziewczyna wsiadła.

- No! - wrzasnął i wbiegł na ulicę, ominął Zastavę, ale Syrenka na drugim pasie ruchu ledwo wyhamowała.

- Co robisz, chamie jeden? - Kierowca otworzył drzwi, ale agent nie miał czasu się z nim patyczkować.

- Won, kurwa. - Wyszarpnął pistolet z kabury i wycelował mu w ten głupi, małomiasteczkowy ryj robotnika.

Tamten się schował, ale było już za późno, bo drzwi tramwaju zaczęły się zamykać.

Dopadł do nich i zaczął uderzać w szybę ręką, biegnąc chodnikiem, ale motorniczy miał to w pompie. Nie widział albo nie chciał widzieć.

Joanna nie zauważyła nawet, że ktoś ją śledził. Była rozanielona po spotkaniu.

Przyjęcie było skromne, kilkanaście osób. Prałat, hutnicy, kilka osób z duszpasterstwa służby zdrowia. Kobiety przyniosły sernik. Ksiądz Jerzy opowiadał o swoim dzieciństwie. Żartował, że przez dłuższy czas obchodził urodziny dwa razy, czternastego i dwudziestego trzeciego, bo przez pomyłkę w urzędzie wpisali tę drugą datę.

Rozmawiała potem z Jurkiem Szóstko z Huty, znaczy z Białegostoku, ale pracował w Hucie i był z księdzem bardzo zakolegowany, to on zrobił wszystkie najlepsze zdjęcia z mszy za ojczyznę, bo się nauczył, no a poza tym nie odstępował księdza na krok, bo jak mu wrzucili do mieszkania materiały wybuchowe, to zawsze go któryś hutnik pilnował. "Moje goryle", mówił o nich.

- "Moje goryle" - uśmiechał się Szóstko - ale wiesz, my to lubim, jak on tak mówi, lubim to, bo to przecież po przyjacielsku jest, no co nie, proszę pani? Może jeszcze tego serniczka by my zjedli, no co?

- A to może ja jabłecznik, co?

- Dobry, nie? A panienka wie, że on dał pieniądze za zdjęcia?

- Jakie pieniądze? - Asia miała usta pełne ciasta.

- No żem wywołał i odbitki, a on chciał i mówi mi: "Weź, Jurek, bo ja teraz czuję, że mi nie wolno mieć żadnych długów". I dał.

- Ale dlaczego on tak mówi?

Tego Szóstko nie wiedział.

Potem ksiądz Jerzy z księdzem Przekazińskim zaczęli rozmawiać o pogrzebach i ksiądz Andrzej powiedział, że Jerzy go pochowa, a wtedy Popiełuszko nagle spoważniał i oznajmił:

- Nie, Andrzeju, teraz ja jestem starszy, i to ty pochowasz mnie.

A później już wszyscy zaczęli mówić, o strachu, o tych trzynastu wezwaniach na przesłuchania, podrzuconych materiałach wybuchowych i że w kościele na Żoliborzu to seanse i podżeganie do antypaństwowego powstania, że może Popiełuszko powinien skorzystać z tego zaproszenia, które dostał do Rzymu. Joasia nawet nie wiedziała, że go papież zaprosił.

Ale ksiądz stwierdził, że nie może jechać i ludzi zostawić, bo to by było, jakby zdradził. Nie może uciec z miejsca, w którym go Kościół postawił. Jak jesteś z kimś w dobrych chwilach, w święcie wolności, to nie możesz go porzucić w trudnych w chwilach.

Gdy się żegnali, to pokazała mu ten krzyżyk, co jej Robert dał, i Jerzy pamiętał.

- Tylko jeden miałem. - Uśmiechnął się do niej. - Wiesz, jaki jest wyjątkowy?

Więc teraz było jej tak błogo i dobrze. I gdyby znała telefon do Roberta, zadzwoniłaby, żeby mu zrelacjonować to wszystko. Może kiedyś pojawią się takie telefony, które każdy będzie mógł mieć w kieszeni i dzwonić zawsze wtedy, kiedy zajdzie taka potrzeba, bez czekania, ukrywania się, obaw, czy cię śledzą, podsłuchują, czy za tobą idą. Wyjmujesz z kieszeni taki radiotelefon, wybierasz numer, dzwonisz i mówisz: "Kocham".

Zamknęła oczy, i choć była sama i daleko, i chociaż deszcz padał tak strasznie, że zanim dojdzie do tej willi na Mokotowie, to pewnie całkiem przemoknie, była szczęśliwa.

Agent wezwał przez radio na przystanek tajnego Fiata. Komu przyszło do głowy, by samochód malować na pomarańczowo jak taksówkę? Był wkurzony, ale dwaj młodzi milicjanci w środku pogodni, weseli.

Ruszyli.

- To wasza wina, powinniście być pod ręką, nie słyszeliście wezwania, że pościg?

- Słyszeliśmy, ale niech pan major sam pomyśli, Plac Komuny Paryskiej to wielki plac, prawda? Czy to jest jak w Bełżcu, brukowany czworokąt z ratuszem i synagogą?

- Kurwa, chłopie, co ty do mnie mówisz? - Major pomyślał, że zaraz wybuchnie.

- On tak zawsze - powiedział ten drugi. - Studiował historię.

- Lewicowe ruchy polityczne społeczności żydowskiej dwudziestolecia - pochwalił się tamten.

- Jedź, nie pierdol, jak mi zgubisz ten tramwaj, to...

- Kogo śledzimy?

- Nie śledzimy, tylko bierzemy, zajedziesz drogę i ją wyciągniemy.

- No ale gdzie zajadę? Najlepiej było na Inwalidów, ale minęliśmy.

Wbili się już na wiadukt, którym ulica Nowotki przeskakiwała nad torami kolejowymi.

- Myśl, kurwa, myśl gdzie.

- Najlepiej będzie na skrzyżowaniu koło Ogrodu Krasińskich, bo potem duży plac, miasto się zaczyna, akcję robić niewygodnie, ludzie się kręcą, tam kino, przesiadki na tramwaj.

- Dobrze gadasz, wyprzedź ich i tam się przyczaimy.

Historyk dodał gazu.

- A kogo bierzemy?

- Dziewczynę. Włosy jasne, zupełnie jakby tlenione, kurtka szwedka, ładna.

- Kurwiszon jakiś? - zaciekawił się kolega historyka.

- Nie. Lacha groźnego terrorysty.

- Dla jednych terrorysta, dla drugich bojownik o wolność - rzucił filozoficznie kierowca, a major pomyślał, że to dobre powiedzenie.

- A jak wysiądzie wcześniej? - zapytał historyk.

- No masz rację, zwolnij.

Poczekali przy przystanku. Nikt się nie pojawił. Teraz historyk mógł przycisnąć, skręcili w Świętojerską i zajechali tramwajowi drogę.

- Coś się dzieje - motorniczy odwrócił się i krzyknął najgłośniej, jak mógł - jakiś samochód nam blokuje przejazd. Widzi mi się, że milicja.

Aśka w jednej chwili wybudziła się z rozmarzenia. Podbiegła do motorniczego. Przez szybę widziała samochód. Pomarańczowy w świetle latarni, dziwny na tle granatowego, nocnego nieba. Jak z obrazu Chagalla.

Chciała poprosić, żeby ją wypuścił, ale ugryzła się w język. Może w wagonie jest ktoś z milicji? Rozejrzała się dookoła. Sami starsi ludzie. Przestraszeni teraz. Nawet jeśli któryś kabluje, to krzywdy jej nie zrobi.

- Otworzy pan? - szepnęła w końcu i przełożyła sobie pasek torebki przez szyję.

- Jak tylko wjadę na przystanek, wcześniej nie powinienem, dzieci mam, roboty nie mogę stracić, niech pani idzie na tył, zawsze to parę metrów.

Pocałowała go w policzek, a kiedy zaczął kręcić korbą hamulca, pobiegła na tył.

Wyskoczyła, zanim tramwaj się zatrzymał.

Dobrze, że nie mam butów na obcasie, pomyślała. Robert dobrze mnie wyszkolił.

Popędziła za drugi wagonik i schowała się za nim w chwili, kiedy wyhamował z piskiem. Usłyszała tupot butów.

Jakieś krzyki.

Dała susa przez mokry pas zieleni i jezdnię Nowotki, i już była w cieniu kamienicy.

Do jej uszu dochodziły krzyki, przekleństwa. Boże, żeby tylko temu motorniczemu krzywdy nie zrobili.

Przeskoczyła przez Świętojerską i w prawo, wzdłuż parkanu odgradzającego od miasta Ogród Krasińskich.

- Tam jest, tam jest! - usłyszała krzyk i kroki.

Łup, łup, łup, jak Niemcy za powstańcami, pomyślała i pognała jak wiatr. W prawo w bramę parku, a potem alejką całą w kałużach, ziemia nasiąknięta jak szmata do podłogi, buty grzęzną, ciemno, ale musi biec, musi biec ile sił. Nie wie, czy wszyscy ją ścigali, czy może tylko jeden, a drugi - oni zawsze we dwóch jeżdżą samochodem, tym pomarańczowym Fiatem - nie zajedzie jej drogi na Placu Krasińskich. Gdyby jednak tam dotarła, byłaby uratowana, bo przecież zna kilka miejsc na Starym Mieście.

Zaczyna jej brakować tchu, znowu kałuża, rozchlapuje ją na boki, buty już całkiem przemokły, wypada z bramy wprost na plac przed kościołem. Może to dobra myśl? Może w kościele? Oni na pewno tam sprawdzą, więc nie, musi gdzie indziej. Przerzuca torebkę na brzuch i grzebie, żeby wyciągnąć apaszkę. Ciemny materiał. Owija ją na głowie jak chustkę i przestaje być blondynką. Kuli się w sobie, garbi i zaczyna iść wolno, najwolniej, jak można, noga za nogą, jak starsza pani, torebka w dłoni opuszczonej pionowo w dół, żadnego poruszenia ramion. Spokój. Spokój.

Cztery minuty później pomarańczowy Fiat mija ją, pędząc jak szalony Miodową w stronę Krakowskiego Przedmieścia.

Joasia idzie w tę samą stronę. Ulewa się wzmaga i robi się zimno, jakby to naprawdę miała być już jesień, a nie dopiero czternasty września, sobota. Jeszcze przecież jest lato, jeszcze się nie zaczął rok akademicki. Uspokaja się powoli, już nie drżą jej ręce ani nogi, już się może wyprostować. Płacze, ale to nie jest ważne, przecież pada. Płacze, bo nie wie, dokąd iść. Na Żoliborz nie wróci, bo wszystko obstawione, do koleżanki, u której ma łóżko i rzeczy, też nie, bo przecież mogą obserwować tamto miejsce na Mokotowie, inaczej skąd by wiedzieli, jak ją znaleźć? Na dworcu także się nie pojawi, bo w pierwszej kolejności to właśnie je obstawią. Do restauracji nie pójdzie, bo przecież takiej zmokniętej nie wpuszczą.

No więc teraz zostało mi tyle, ile w torebce - myśli. Tylko tyle mam?

Sama nie wie, jak dociera do bramy uniwersytetu. Od niedawna rzeźby znowu znajdują się w swoich niszach. Po lewej Urania, opiekunka wiedzy, po prawej Atena, opiekunka mądrości. Joasia stoi tam i nie wie, co dalej. Może do kościoła pójdzie? Może u Świętego Krzyża otwarte, chociaż już pewnie noc?

- Joanna? - Ktoś jej kładzie rękę na ramieniu.

Uchyla się, żeby uciekać, ale nie ma już siły na żaden kolejny krok.

- Joanno, co pani jest?

Podnosi wzrok.

To profesor Dziekoński.

- Ja... - Nie wie, od czego zacząć.

- Całkiem pani przemokła. - Zdejmuje swoje palto i nakłada jej na ramiona. - Może choć trochę cieplej będzie. Chodźmy, moja taksówka już czeka, wszystko mi pani opowie. - I dziewczyna nagle przestaje się bać.

Rozdział 42

Teraz

Olga wciska gaz i nagle przestaje się bać, że zachoruje, że dziecko, które urodzi, będzie nieudane, że Szymon się nie wybudzi, że wewnętrzni będą się jej czepiać bez końca, że nie rozwikła tej zagmatwanej sprawy z kandydatem na prezydenta i zawiedzie. Albo że Tigra, małe, czarne, zwinne gówno, spieprzy jej, nie wiadomo dokąd.

- Tak. - Kosiński przechyla się na zakrętach jak wańka-wstańka, którą dostał kiedyś na urodziny od wujka marynarza. - Tak, czarna Tigra, no wiem, kurwa, że dziwne, ale mówię, jak jest! Może to jego matki... Tak, tak, za kierownicą podejrzany o strzelanie do policjanta, kurwa...

Znowu nim zarzuciło.

Trudno utrzymać równowagę z bronią w jednej ręce i mikrofonem radiostacji w drugiej.

Olga prowadziła coraz pewniej. Stara Kia wydawała się całkiem żwawa, jakby tylko czekała na okazję, żeby odlecieć, ale z Tigrą nie miała szans.

- Blokady wam nie zorganizuję - zaskrzeczał głos dyżurnego - ale dostaniecie wsparcie. Jaką macie pozycję?

- Jaką mamy pozycję? Olga? - Kosiński zaczął się denerwować.

- Z Pruszkowa na północ do autostrady - powiedziała spokojnie. - Niech sprawdzi nasz odczyt z lokalizatora.

Olga cieszyła się, że droga jest zupełnie pusta, że nie trzeba się ścigać z żadnym innym pojazdem, że wszyscy siedzą w domach, na home office, przestraszeni kwarantanną, że się nie szwendają teraz do galerii handlowych i z powrotem. Widzi Tigrę, hen, przed sobą i chociaż jest świadoma, że nie dogonią tego gnojka, to przecież nie szkodzi, bo wiedzą, skąd wyjechał, znają adres, znajdą go, nie wywinie się, nie tym razem.

Ścigane auto znika jej na zjeździe na autostradę.

- Melduj, że jedzie na Warszawę - rzuca Kosińskiemu i próbuje wycisnąć z Kii jeszcze trochę mocy. Przy wchodzeniu w zakręt boi się jednak i zwalnia, mimo to czuje, jak ich wynosi w lewo, jak ciągnie z jakąś nieodwołalną, nieprawdopodobną siłą, w głowie słyszy: "Zwolnij, odbijaj w prawo", ale wie, że to lęk, że nie wolno mu ulegać, że trzeba cisnąć. Hamowanie na skręconych kołach skończy się dla nich źle, więc zdejmuje nogę z gazu i trzyma samochód w skręcie tak, jakby to była tylko siła woli. Czuje w kierownicy wibracje i myśli, ale wyłącznie przez chwilę, jak stary jest ten samochód, ile wart jest jego przegląd, a kierownica próbuje wyrwać się z rąk i Olga momentalnie się poci w jednym, jedynym ułamku sekundy. Kątem oka widzi, że Kosiński, blady jak ściana, wściekle ściska radiotelefon, jak ptak, kości dłoni wyraźne, wyrzeźbione, światło z boku ryje w nich głębokie bruzdy. Potem widzi wsteczne lusterko, lśnienie błękitu, może ostatnie, przemyka jej przez myśl, że może ostatnie. Powietrze poszarpane przez milczące szare żagle ekranów oddzielających jezdnię od pól, od trawy, od miękkiej torfowej ziemi, na której leżysz i czujesz chłód do samego szpiku, łomocze w uszach: tadam, tadam, potem ta krzywizna szosy, która za cholerę nie chce się skończyć, i coraz bliższa aluminiowa bariera energochłonna, grube masywne nity, gładka, niebita, ale przyciągająca ich z nieustępliwą energią. Olga z trudem powstrzymuje się, żeby nie wcisnąć hamulca. Czeka, aż usłyszy zgrzyt blach, kiedy ich wessie ten pęd, kiedy ich zmieli. Zamyka oczy, a kiedy je otwiera, widzi przed sobą autostradę, równą, prostą linię życia, i wie, że dała radę, że wytrzymała. W oddali majaczy plama czerni. I błyskające światła. Ale nie wie jeszcze, na co patrzy. Kia, uwolniona od przeciążenia, zdaje się lekka i szybka. W kilka sekund są na miejscu. Tigra leży jakoś nisko, zwisa na prawą stronę, przód auta zmiażdżony, przedniego koła nie ma, dwaj ludzie w medycznych kombinezonach szarpią się z drzwiami, ale drzwi nie chcą puścić.

Olga zwalnia gwałtownie, bo widzi przed sobą plamę oleju. Wciska hamulec, aż ich odrywa z siedzeń. Ma proste koła, ale i tak ściąga ją bardzo w lewo. To nic. Są w miejscu, w którym kończy się barierka.

Kia staje bokiem.

- Melduj dyżurnemu. - Serbia wyszarpuje pas bezpieczeństwa i wyskakuje z samochodu. Robi dwa kroki, czuje, że nie może utrzymać dłużej żołądka. Pochyla się i wymiotuje. Byle nie na buty, Boże, byle nie na buty.

- Policja! - Prostuje się i sięga po blachę. - Policja!

Ratownicy tracą nią zainteresowanie, odwracają się i szarpią drzwi.

- Odsuń się - mówi ten z prawej - przypierdolę z buta.

Kiedy jeden odchodzi, drugi kopie z całej siły w szybę i z Tigry bucha w niego ciepłym powietrzem.

Gdyby nie to, że jest w przyłbicy, poczułby krew.

- Dawaj jakiś nóż, skalpel! Pasy przetnę - krzyczy do kolegi, a tamten biegnie do karetki. Wtedy Olga widzi, że ambulans ma przetarty cały bok, i już rozumie, że Tigra na pustej drodze zderzyła się z karetką pogotowia.

Ambulans wciąż wyje, a jej robi się słabo. Znowu chce zwymiotować.

- Kurwa, nie teraz, dziecko, nie teraz - mówi do nienarodzonego, ociera twarz rękawem na wszelki wypadek i idzie do nich, szukając w kieszeni swojej znienawidzonej już maseczki, w której nie może oddychać.

- Podinspektor Suszczyńska - rzuca. - Co z nim?

- Jeszcze nie wiem. - Ratownik pochyla się nad poszarpanymi drzwiami. - Kiedy ja ostatnio taki mały samochód widziałem? Jak my wyjmiemy tego grubasa?

Chłopak za kierownicą cały w białym proszku z poduszki i w okruszkach ze zbitej szyby, z nosa krew bucha w rytmicznych skurczach, oszołomiony, młody, wielki, napakowany, wypełnia sobą ten samochodzik, jakby był balonem wepchniętym na siłę do szuflady.

Patrzy na nich.

Wzrok rozmemłany.

Warga rozwalona. Krew płynie obficie.

- Musiał sobie przegryźć język - stwierdza ratownik. - Wleciał na nas jak głupi. Na pustej drodze, my na sygnale jedziemy po nowy przypadek, a on jak głupi, mówię pani, pani oficer.

- Olga. - Serbia pochyla się nad Tigrą. - Słyszysz mnie?! Wypadek miałeś. Wyciągniemy cię zaraz, ale to potrwa, drzwi się zaklinowały.

Tamten kiwa głową.

- Jesteś zatrzymany, rozumiesz?

Tamten znowu kiwa głową.

- Łogi - próbuje powiedzieć, ale z ust wypływa jeszcze więcej krwi.

- Nie gadaj nic, kurwa, przegryzłeś język. - Oldze zbiera się na wymioty, ale tym razem udaje jej się pohamować.

- Jak go wyciągniemy? - pyta ratownika, nie spuszczając wzroku z bandyty. Choć ma przegryziony język, nie oznacza, że nie zacznie do nich strzelać.

- W porządku, zaraz będą, za jakiś kwadrans, może z Pruszkowa ktoś przyjedzie szybciej. - Kosiński nie spieszy się, idzie w ich stronę wyprostowany, ale czujny. - Co z nim?

- Żyje - mówi Olga.

- Dzień dobry. - Kosiński uśmiecha się do ratownika. Nie ma maseczki.

- Dobry, ale nie dla wszystkich - wita się ratownik.

Jego kolega przynosi nóż, ale widzi, że większy kłopot będzie z drzwiami.

- Jedzie coś - Kosiński osłania ręką czoło przed słońcem - może ciężarówka, oni zawsze coś mają.

Wychodzi na ulicę i energicznie macha rękami.

- Trzymaj się. - Olga zaczyna się martwić o rannego. - Nie wykituj mi, okej? Wyciągniemy cię zaraz.

- Łogi - tamten próbuje znowu coś powiedzieć - łogi...

Łzy mu się zbierają w kącikach oczu.

Olga zagląda do środka. Chłopak ma złamaną nogę. Stopa wykręcona tak, że nie ma szans.

- Wyjmiemy cię i dostaniesz coś na ból... Ale bądź twardy, rozumiesz, nie mów, bo dużo krwi tracisz. Rozumiesz?

Tamten kiwa głową.

Oblepiony pyłem i z zakrwawionymi ustami wydaje się Oldze podobny do Jokera. Tylko że Joker był jednak szczuplejszy.

Potem Kosiński podbiega do Tigry z jakimś grubasem pachnącym potem i kiełbasą. Wielki mężczyzna taszczy w ręku spory klucz do kół w kształcie krzyżaka. Kosiński ma łom i młotek.

- Mówiłem, że kierowcy ciężarówek zawsze coś chowają.

- Dobry, dobry - mówi facet. - To co, działamy? Odsuńcie się, wypieprzymy te drzwi.

Razem z Kosińskim walą łomem w blachę, żeby go o coś zaprzeć, ślizgają się w oleju, klną, ale dają radę i w końcu blacha poddaje się ze zgrzytem i drzwi puszczają. Kierowca odciąga je od auta.

Chłopak w środku wygląda żałośnie. Teraz widać, że lewą nogę ma złamaną. Ratownik klęka i próbuje ją wyjąć, a ranny wyje.

- Świetnie - stwierdza medyk - przytomny jesteś, nic ci nie będzie, nie gadaj.

Wstaje i ogląda go dokładnie.

- Rękami możesz ruszać?

Chłopak kiwa głową.

- W porządku, wyciągniemy cię teraz. Będzie bolało. Dostaniesz zastrzyk, ale zanim zacznie działać, chwilę pocierpisz.

Olga trzyma dłoń na broni.

Żal jej chłopaka, ale nie ma zaufania do kogoś, kto im strzelał w oponę. Nie no, nie strzelał, przypomina sobie, że młody przecież siedział za kierownicą. Chyba że jak założyli maski Kaczyńskiego, to się zamienili miejscami. Kiedy drugi ratownik pcha przed sobą nosze, Olga woła Kosińskiego i mówi mu, żeby założył chłopakowi kajdanki na wszelki wypadek. Żeby go do noszy przykuł. I żeby mu powiedział o zatrzymaniu.

- A ty się dobrze czujesz? - Kosiński patrzy na nią jakoś dziwnie.

- Tak, dobrze, idź już.

Odpycha go, a sama drepcze na bok, tam, gdzie nie ma już oleju. Siada na ziemi, opiera się o barierę dźwiękochłonną i patrzy chwilę w niebo. Wycie karetki irytuje ją tak strasznie, że znowu robi się jej niedobrze. A potem traci przytomność.

Dochodzi do siebie, kiedy lekarz podsuwa jej pod nos jakieś świństwo. Wzdryga się, widzi nad sobą niebo, słońce i tę kosmiczną przyłbicę, i w pierwszej chwili nie wie, gdzie jest, nie pamięta, chce biec, ale nie ma siły się poderwać.

- Już w porządku, straciła pani przytomność - słyszy.

- Ale ja...

- To pewnie ta maseczka, trudno przez nią oddychać, no i spadek adrenaliny. - Głos medyka jest przytłumiony przez jego przyłbicę. Biały plastikowy kombinezon umazany we krwi.

- Już dobrze, dobrze. - Olga próbuje się podnieść, siada.

Widzi, że dookoła sporo ludzi, dwa radiowozy, wóz straży pożarnej, jacyś cywilne, ciężarówka Orlenu...

Ciężarówka? A tak, Kosiński ogarnął jakiegoś kierowcę, to pewnie ten.

- Co z nim? - pyta lekarza. - Co z tym chłopakiem?

- Żyje. Zabieramy go do szpitala. Coś przeskrobał?

Olga kiwa głową.

- Strzelał do ludzi w masce Kaczyńskiego.

Lekarz robi gest, jakby chciał się podrapać w głowę, ale nie może przez kombinezon.

- A po co ludziom maski Kaczyńskiego?

- Nie no, ten chłopak miał maskę. Do mnie strzelał. - Olga wyciąga rękę do lekarza, a ten podaje jej dłoń w rękawiczce i pomaga wstać.

- Da pani radę?

Serbia kiwa głową.

- Ale niech pani nie prowadzi, tylko partner się wykaże.

Kosiński gada z policjantami. Olga czuje dumę. Dobrze, że Kosa potrafi się zająć robotą.

Do domu jadą w milczeniu. Kosiński pozwala Oldze wypocząć. Radio gra jakąś znaną piosenkę, ale ona nie umie sobie przypomnieć tytułu.

- Powiedział coś?

- Nie - zaprzecza Kosiński. - Ale miał prawo jazdy. Łukasz Żukowski, dwadzieścia pięć lat. Jeszcze go nie wrzuciłem na maszynę, odwiozę cię i pojadę do fabryki, żeby posprawdzać. Powinnaś wypocząć.

- Nie, wybierzemy się razem.

- No co ty - oponuje Kosiński. - Lekarz powiedział, że masz odpocząć. Że źle wyglądasz. Na niewypoczętą. A dzisiaj niedziela przecież. - Po czym dodaje: - Ach! Miał jeszcze to w kieszeni. - Podaje Oldze mały kartonik.

Wizytówka.

Krowbar. Agencja ochrony. I logotyp z latarnią morską. Dziwny. Wydaje się Oldze znajomy.

- Krowbar? Co to jest?

- To po angielsku - mówi Kosiński - znaczy "łom".

- Jaki łom?

- No łom. Bierzesz i wyważasz drzwi. Ale pisze się przez "c".

- Łom? Dziwna nazwa dla agencji ochrony.

- Dziwna. Ale gdzieś już widziałem ten rysunek.

- Ja też. Ale nie pamiętam gdzie.

- Sprawdzę.

Kiedy wraca do domu, a Kosiński jedzie do biura poszperać w komputerach, Olga bierze kąpiel, a potem leży na kanapie, nie myśląc zupełnie o niczym, zmęczona tak, że znowu nie zaśnie.

Kiedy jednak dzwoni telefon, zrywa się nagle. Czyli spała.

Jak w czarnej studni, myśli. Jakbym była w czarnej studni.

Myśli, że to Kosiński - chce ją poinformować, że wraca i że coś zjedzą - ale okazuje się, że to Grzegorczyk.

- Co tam, łapiduchu? - Próbuje się uśmiechnąć. - Co ciamkasz?

- A z sałatą i wędzonym kurczakiem. Nic specjalnego, ale jest epidemia, sklepy pozamykane, muszę jeść, co jest.

- Co się stało? Umarł ktoś znowu?

- Nie. Mam wyniki Siwego z badania na poziom potasu w ciele szklistym. Wiesz, mamy taki sprzęt. Analizator jonoselektywny...

- Powiedz mi.

- Wychodzi na to, że zginął między ósmą, ósmą trzydzieści a dziewiątą, dziewiątą trzydzieści. Masz alibi?

- Nie mam, ale ja i tak wiedziałam, że to nie ja.

- Ciekawe, o której się nagrałaś na tej kamerze, jak wchodzisz do Siwego?

- No właśnie - oznajmia Olga i nagle przypomina sobie, że tę latarnię morską gdzieś widziała. I już wie, gdzie to było.

Rozdział 43

1984

- Nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie to widziałem - profesor Dziekoński wstał od biurka - ale już wiem, gdzie to było. Och, powinienem wpaść na to od razu.

Podszedł do regału, książki upchnięte są na nim ponad wszelką miarę, powciskane, powtykane w każdą wolną lukę. Musi więc wyjąć kilka w twardych oprawach, to Sienkiewicz, dzieła zebrane, czerwone plastikowe okładki imitujące płótno, na tym złocone litery. Asia dotyka ich delikatnie, lubi dotykać książek, a tutaj, u Dziekońskiego, jest ich naprawdę dużo.

Okazało się, że półki są naprawdę głębokie, bo za pierwszym szeregiem książek było miejsce na drugi.

- O, mam. - Profesor wyciągnął zza Sienkiewicza niewielką książeczkę oprawioną szarym papierem. Zajrzał na stronę tytułową i zaczął zdejmować papier. - Proszę zobaczyć, pierwsze polskie tłumaczenie, Mieroszewski, paryskie wydanie z 1953 roku. Seria Biblioteka Kultury.

Pokazał jej okładkę, a Joanna zadrżała. Czarne cyfry "1984", nie wiedzieć czemu, skojarzyły się jej z obrazem Wróblewskiego. Nigdy nie widziała Rozstrzelania inaczej niż na zdjęciu w podręczniku, w czarno-białej wersji, ani nawet nie wiedziała, jakie powinny być kolory.

- Wszystko dobrze, pani Joanno? - Profesor zauważył jej poruszenie.

- Tak... wszystko w porządku - otoczyła ramiona dłońmi, jakby nagle zrobiło jej się bardzo zimno - to tylko chłód.

- Rzeczywiście, zimno tutaj, zaraz przyniosę pani jakiś sweter Małgosi, proszę zaczekać.

Wzięła książkę do rąk, żeby nie myśleć o tym, w jakiej jest teraz dziwnej sytuacji. Od dziesięciu dni mieszka u Dziekońskich, zadekowana w pokoju, w którym, jak mówił profesor, w dobrych czasach mieszkała ich pomoc domowa. Jedzą razem posiłki. Rozmawiają. Chodzi w ubraniach Małgorzaty i bez przerwy wydaje jej się, że kiedy dotyka tych bluzek, czuje zapach Roberta. To oczywiście bzdura, oni przecież nie spotykają się od lat, ale teraz, nocami, Joasia myśli, czy w tym właśnie łóżku kochali się kiedyś, jako dzieciaki z liceum, i czy było im dobrze. I czy Robert myśli czasem o niej. I co będzie, kiedy Małgorzata z matką wrócą z wakacji. To pewnie będzie już niedługo, zaczyna się rok akademicki, nie mogą całe życie siedzieć gdzieś nad morzem.

- O, proszę, na pewno będzie pasował - profesor podał jej gruby żółty sweter - francuski, prosto z Paryża.

Odbierając od niej książkę, dotknął palcami jej zimnej dłoni.

- Gdzie to było, gdzie to było... - kartkował - och, marzy mi się takie narzędzie, które będzie odnajdowało w tekście szukane zdanie. Wyobraża sobie pani, jakby to ułatwiło pracę filologom?

- I profesorom sprawdzającym prace swoich studentów.

- No tak, no tak... o! Mam.

Podszedł do niej i pochylił się tak, żeby razem mogli śledzić tekst.

Pachniał dobrą wodą kolońską i Joasia pomyślała, że jest odrobinę za blisko, ale nie mogła się odsunąć, bo krzesło stało bokiem do małego stolika. Koronkowa serweta, a na niej szyba. Na tym pelargonie w doniczce i jej kawa w szklance na spodeczku.

Prawdziwa czarna kawa bez cukru. Mocna i pachnąca. Ale nie tak jak ta jego woda.

"W drugiej minucie Nienawiści zebranych ogarnął szał. Zrywali się z krzeseł i wrzeszczeli, ile sił w płucach, żeby tylko zagłuszyć ohydne beczenie płynące z ekranu" - czytał profesor na głos, śledząc palcem tekst. - I dalej: "Ciemnowłosa dziewczyna za plecami Winstona krzyczała: "Świnia! Świnia! Świnia!""3. Widzi to pani? On się celowo opiera na Orwellu! No jak tak można?

Podszedł do okna i wziął z parapetu gazetę.

"Tu i teraz" sprzed kilku dni. Artykuł w rubryce "Samosądy", napis "samosądy" kursywą wydrukowany był nieco krzywo, jakby się zecerowi wszystko przesunęło delikatnie w lewo.

Poniżej tytuł: Seanse nienawiści. Artykuł był o Jerzym.

"W inteligenckiej części warszawskiego Żoliborza stoi kościół księdza Jerzego Popiełuszki, obok św. Brygidy w Gdańsku najbardziej renomowany klub polityczny w Polsce".

Tak się zaczynał. Dalej Jan Rem, profesor twierdził, że to pseudonim dziennikarski rzecznika rządu, Jerzego Urbana, ale Asia nie potrafiła w to uwierzyć, pisał o Jerzym, że to polityczny fanatyk, Savonarola antykomunizmu, że urządza w kościele seanse nienawiści. Że żoliborski magik polityczny wypuszcza spod ornatu upiory.

"Wyznawcy sfanatyzowanego księdza Popiełuszki nie potrzebują argumentów, dociekań, dyskusji, nie chcą poznawać, spierać się, zastanawiać i dochodzić do jakichś przekonań. Chodzi tylko o zbiorowe wylanie emocji. Ksiądz Jerzy Popiełuszko jest więc organizatorem sesji politycznej wścieklizny".

- Ale co to oznacza? - pytała, kiedy profesor przyniósł dziś tę gazetę do domu.

- To oznacza, że z księdzem Jerzym jest źle. Że rząd ma dosyć słuchania jego kazań. To mówi Jerzy Urban, rzecznik rządu.

- Ależ to niemożliwe, żeby rzecznik rządu...

- Niech mi pani wierzy, Joanno, ja wiem. To Jerzy Urban. To, co napisał, to stanowisko rządu.

- Co pan myśli?

- Myślę, że Jerzy jest w niebezpieczeństwie. - Stanął za Joanną i położył jej ręce na ramionach. Zaczął delikatnie masować. Nie zaprotestowała. Zamyśliła się, wystraszyła tym, co usłyszała.

- Ale on od dawna jest w niebezpieczeństwie. Podrzucali mu materiały wybuchowe, przesłuchiwali, ktoś mu zniszczył samochód, wybijali mu szyby. Jeździli za nim. Co jeszcze mu mogą zrobić?

- Wszystko. - Profesor ścisnął jej ramiona. Miał silne palce. - Wszystko. Niech pani przeczyta ostatnie zdania.

"Cóż z tego, że ksiądz Popiełuszko mierzi, skoro w dzisiejszej wykształconej Polsce polityczni magicy są wciąż skuteczni. Podobnie: cóż z tego, że nie istnieje nic takiego jak ludzka dusza, skoro walka o rząd dusz trwa realnie. Gdyby Telewizja Polska mogła mieć na swoje usługi jakiegoś Rasputina, byłaby to niestety oferta do rozważenia. Bardzo to smutne, ale prawdziwe, póki ma swoją klientelę ks. Popiełuszko i wzięciem cieszą się jego czarne msze, do których Michnik służy i ogonem dzwoni".

- O co w tym chodzi?

- To ostrzeżenie. Jerzy powinien przestać. Wyjechać gdzieś, zaszyć się, zniknąć. Urlop wziąć.

- No ale on tego nie zrobi. On mówi, że to by była zdrada. Że musi trwać.

- "Jestem przekonany, że to, co robię, jest słuszne, dlatego jestem gotowy na wszystko"? - zacytował profesor. - Słyszałem. Słyszałem te jego słowa.

- Tak, on zawsze powtarza, że wszystko jest w ręku Boga i że stanie się tak, jak ma się stać - powiedziała. - Wydaje mi się, że to było wczoraj, kiedy go widziałam, a przecież minęło już tyle dni... Nie wiem, jak się panu odwdzięczę. Nie wiem jeszcze jak, ale tak się stanie, niech tylko znowu będziemy wolni.

- Znowu? Pani Joasiu, a my w ogóle byliśmy kiedyś wolni?

- No w sierpniu przecież. - Uśmiechnęła się do siebie na to wspomnienie.

Znowu poczuła na ramionach uścisk rąk profesora. Jakby chciał dodać jej otuchy. Zatęskniła za Robertem.

Westchnęła.

- Martwi się pani o Roberta... - Zrozumiał ją w lot.

Pokiwała głową.

- Nawet nie wiem, gdzie on teraz jest.

- Słyszałem, że gdzieś na Dolnym Śląsku. No i że szukają go za jakieś ciężkie przestępstwo.

Milczała. Żeby nic nie powiedzieć ani żeby profesor nie zorientował się, że bardzo, ale to bardzo chciałaby, żeby nie był na żadnym Dolnym Śląsku, ale gdzieś tutaj, blisko, żeby zadzwonił, żeby odgadł, że ona jest w tej willi na Wierzbnie i czeka.

Za oknem było już ciemno. Koniec września to jednak nie to samo co czerwiec, pomyślała, koniec września to pora, kiedy powinna być w górach. Razem z nim. Poszliby nad Czarny Staw posiedzieć na tej olbrzymiej płaskiej płycie ponad wodospadem, który wypływa z jeziora, zawsze jest tam najcieplej, zawsze w słońcu, przyjemnie. A gdyby było chłodno, gdyby znad Kazalnicy ciągnęło tym upiornym nieludzkim tchnieniem pustki, to zajęliby miejsca na śpiworach i patrzyli, jak gaśnie blask.

A potem w schronisku wypiliby dereniówki z Marią i mogliby się kochać po cichutku, jak to w drewnianym domu, trzeba uważać, żeby nie skrzypiało.

I zasnęliby potem tak, jak gasną iskry. Pssst. Nikt nie słyszy.

- Chodźmy, chodźmy coś zjeść. - Klasnął w dłonie. - Przygotowałem coś specjalnego.

Poszła za nim posłusznie do kuchni. Światło z kinkietu z zielonym abażurem rzucało na ścianę ciepły poblask.

- Zaczniemy od herbaty. Ja się tym zajmę, a pani niech zajrzy do lodówki, coś tam zorganizowałem.

Lodówka Silesia. Identyczna jak ta, którą mieli w domu. Znowu zrobiło jej się smutno. Na lodówce stało tranzystorowe radio z wysuwaną anteną. Znała takie. Płaski, byle jaki dźwięk, nie to samo co niemiecki Grundig z Baltony, ale teraz potrzebowała muzyki.

- I to jest najwyższa nowość w dzisiejszym, sto dwudziestym ósmym notowaniu Listy Przebojów - usłyszała głos Marka Niedźwieckiego - na trzydziestym David Bowie i Blue Jean.

Otworzyła lodówkę.

Były tam szynka baltonowska z konserwy, masło i zawekowane kiszone ogórki. Dżemy i czerwona kiełbasa położona na woskowanym papierze.

- Końska kiełbasa - powiedział profesor - moja ulubiona. Zrobi pani kanapki, a ja otworzę wino?

- Jak to? - Uśmiechnęła się. - Skąd wino?

- Profesorowie mają swoje tajne dojścia - oznajmił skromnie. - To nie jest jakieś bułgarskie byle co ani żaden, jak się to mówi w pewnych kręgach, jabłcok. To prawdziwe wino. Bordeaux.

- Château Pouget - przeczytała na etykiecie. Nic jej to nie mówiło. Żałowała. W książkach, które czytała, ludzie pili dobre wino, znali się na nim, czasami je nawet kolekcjonowali, ale tutaj, w Polsce Ludowej, piło się wódkę, bimber i piwo na myszach. Wino było burżuazyjnym wymysłem dla szlachetnie urodzonych. Nigdy nie próbowała prawdziwego francuskiego. Dobrze jest wypić coś pierwszy raz.

Profesor nie nalał jej kieliszka, ale dał wszystko do karafki.

- Po co je przelewać? - zapytała. - To taka ładna butelka.

- Wino musi dekantować - powiedział. - To oznacza mniej więcej tyle, że musi się natlenić, jak to mówią znawcy, pooddychać. Dzięki temu uwolnią się taninowe aromaty, których nabrało w trakcie leżakowania w beczkach. A przy okazji oczyścimy je z osadu. Leżakujące wina mogą pozostawiać osad, którego przelewanie do lampki nie jest w dobrym tonie.

Czajnik zabulgotał.

Jedli kanapki z szynką i ogórkiem. Pili herbatę. Była podła, ale przynajmniej gorąca.

Na Liście Przebojów spadali Prince, Skubikowski i Mała Maggie Azylu P. A potem Niedźwiecki zapowiedział awans aż o piętnaście pozycji i to było The Cars.

- O! Słyszałem to. - Profesor rozluźnił krawat i rozpiął guzik pod szyją. Kiedy nalewał wino, zanucił pod nosem: "Who's gonna tell you when it is too late...".

Roześmiała się.

- Czy to jest jakaś specjalna okazja?

- Musiałbym się zastanowić. - Podał jej lampkę wina i znowu dotknął jej dłoni wskazującym palcem.

Wino było pyszne. Nigdy nie sądziła, że coś, co jest kwaśne, może być równocześnie słodkie, gorzkie i jeszcze smakować czekoladą.

- A więc?

- A więc kończy się wrzesień, a to oznacza, że moja córka i moja żona, no i oczywiście narzeczony mojej córki, za dwa dni wrócą znad morza.

- Muszę sobie poszukać jakiegoś miejsca do ukrycia. - Zrozumiała i wystraszyła się nagle tej myśli, bo choć trafia do Dziekońskich przypadkiem, to dobrze jej się tu spało i całymi dniami gawędziło z profesorem. Miał mnóstwo książek i nawet kolorowy radziecki telewizor. Przez chwilę zapomniała, że to nie są wakacje.

- Później o tym pomyślimy. Jutro. Dzisiaj pijemy wino i to jest przecież cudowny wieczór.

"Who's gonna drive you home - śpiewali The Cars - who's gonna drive you home, tonight...".

Rozdział 44

Teraz

"Who's gonna drive you home - śpiewali The Cars - who's gonna drive you home, tonight...".

A potem były wiadomości.

"Już ponad cztery tysiące zakażeń i dziewięćdziesiąt cztery ofiary śmiertelne koronawirusa w Polsce. Posłowie debatować będą nad umożliwieniem głosowania korespondencyjnego. Opozycja mówi wprost o śmiercionośnych kopertach".

Potem Sting zaczął śpiewać o tym, że jutro deszcz zmyje plamy krwi i jacy jesteśmy delikatni.

- No ale ty wierzysz w tę epidemię? - Kosiński w porozciąganej podkoszulce, którą dała mu do spania, ale z idealnie ułożonymi włosami ziewał w kułak.

- Wierzę. A ty nie? - Otworzyła lodówkę. Pusto. Tylko jajka, piwo i koncentrat pomidorowy. Ale jajka mogą być już stare. Ile mogą leżeć w lodówce?

- Ja nie wierzę. Gdyby zachorował milion ludzi, to rozumiem, to jest epidemia, a ile osób zachorowało? Cztery tysiące w dwa tygodnie. To ile to daje w miesiąc?

- No ale może nie zachorowali, bo te wszystkie obostrzenia, zamknięcie, odkażanie, mycie rąk, zakaz spotkań. - Pokręciła głową. Przecież muszą coś zjeść, zanim pojadą do roboty.

- A wiesz, że teraz nie będzie operacji dla tych, którzy mają raka? Teraz wszyscy walczą z tym wirusem. Ja ci powiem, jakby to był milion chorych, to jest epidemia. A jak cztery tysiące, to oszustwo. Ludzie będą zamykać biznesy, tracić prace, od siedzenia w domach zaczną głupieć i ślepnąć od oglądania telewizji. A jak to się skończy, to co? Za miskę ryżu postanowią pracować u bogatych.

- I jeszcze ten internet pięć G - pokiwała głową - koniec świata. Ty byś się lepiej ubrał i poszedł do sklepu, co? Ja wiem, że są parytety, ale mieszkasz u mnie, to chodzisz po zakupy, okej?

- Okej. Macie tu jakiś sklep z ubraniami? Nie mogę trzeci dzień być w tej samej podkoszulce.

Poszła z nim do szafy i dała mu białą, zapakowaną jeszcze w folię, którą kupiła dla Szymona, kiedy tu nocował. Nie wszystkie włożył. Koszulka była za duża.

- Powiem ci, jak do Merkurego dojść...

- Nie trzeba - wpisał nazwę w telefon - pięć G mnie poprowadzi.

- To mi kup kapustę kiszoną i może mają świeże pieczarki. A poza tym niczego nie mamy, tylko jajka. No idź już. - Wypchnęła go za drzwi, bo przecież nie będzie się przy nim przebierać. A poza tym dzisiaj poniedziałek. Może wybudzili już Szymona, więc musi mu przecież wreszcie powiedzieć. Musi wiedzieć, że będzie zdrowy, musi wiedzieć, czy się cieszy. Czy jest po jej stronie, czy powie jej, że nie chce dziecka, a wtedy ona będzie musiała przemyśleć wszystko jeszcze raz. Zapytać samą siebie, czy jest gotowa. To przecież będzie koniec życia, jakie zna. W policji nie ma miejsca dla mam z noworodkami.

Nie w jej fachu. Nie w trupach. Nie zdążyła dotrzeć do łazienki, kiedy zadzwonił telefon.

Kowalski.

- Tak, jestem, panie prezydencie.

- Proszę tak nie mówić, bo to przynosi pecha. - Nie roześmiał się.

- Przepraszam. Pomyślałam, że kiedy pan wygra, będzie pan sobie wspominał, kto pana tak pierwszy nazwał, i wtedy dostanę darmowy talon na parkowanie - próbowała jakoś wybrnąć. - No ale słyszę, że to nie jest dobra chwila, aby zażartować.

- Nie, nie jest, rzeczywiście. Pani Olgo, proszę wybaczyć. Jestem zmęczony, nie sypiam tutaj za dobrze, a te narady w sprawie wyborów to momentami jakaś aberracja. No ale nie o tym chcę mówić.

Zamilkł.

Czekała.

- To nie bardzo jest na telefon - zaczął się tłumaczyć. - Ale nie wiem, czy jest szansa, żebyśmy się dzisiaj spotkali, bo to ciężki dzień w Sejmie. No więc, chciałem...

Znowu czekała.

- Chciałem pani powiedzieć, że nie nocuję w domu teraz. Wziąłem pokój w Domu Poselskim. W tym hotelu sejmowym, wie pani.

- To chyba zrozumiałe, macie tyle roboty...

- To nie dlatego. - Usłyszała, jak przełyka ślinę. - Przeczytałem wiadomości od Asi chyba z dwieście razy. Nie śpię, tylko je wciąż analizuję. I myślę, że ona chciała mi powiedzieć, że ktoś ją zdradził. I że to Małgorzata.

Spoważniała.

- To podejrzenia, czy ma pan jakieś argumenty? Znalazł pan rozwiązanie tej zagadki?

- To tylko podejrzenia. Ale nie, to pewność, że ona nie wyjechała. Prawda?

- Wystąpiliśmy do strony amerykańskiej o zbadanie, czy Joanna Cicha przekroczyła granicę USA w osiemdziesiątym czwartym. Mamy z nimi dobre stosunki, ale to musi potrwać, nie wszystkie dane są zdigitalizowane.

- Ja mam pewność. A jeśli nie wyjechała, jeśli była w tym bunkrze od osiemdziesiątego czwartego, to znaczy, że esbecja jej nie dała opuścić kraju. Zabili ją. To oczywiste. Ukrywałem się wtedy. Ona też się musiała chować po tej akcji w Trójmieście.

- Jakiej akcji w Trójmieście? - Nie zrozumiała Olga.

- A... nie widziała pani tego filmu o nas? Tego w Polsacie? - Wychwyciła w jego głosie zawód.

- Strzelali do mnie, porwali mojego partnera, mój dowódca nie żyje, to się działo dzień po dniu. Nie dałam rady, obejrzę natychmiast, kiedy to tylko będzie możliwe... Obiecuję.

- Wtedy była obława, uciekliśmy, odebrałem broń esbekowi. Byliśmy poszukiwani oboje. Tak to się stało. - Westchnął. - No i od tego momentu się nie kontaktowaliśmy. Nie wiedziałem, co się z nią działo, a ona czekała, aż po nią przyjdę. Ukryli ją. Torturowali, żeby powiedziała im, gdzie jestem. Ale ona nie wiedziała. Nie wiedziała. Dlatego zginęła.

Kowalski mówił z napięciem w głosie. Serbia rozumiała, że musi być cierpliwa, ale Kosiński zaraz wróci, i co wtedy? Przy Kosie nie będzie przecież dzwonić do szpitala.

- No - wziął głęboki wdech - zna pani tę zasadę, że jeśli nie wiadomo, kto jest winien, to znaczy, że winien jest ten, kto odnosi korzyść.

- Tak, znam. Ale nie mam pomysłu, kto mógłby odnieść korzyść z faktu, że przybija ręce do stołu bezbronnej kobiecie.

Nie dodała ani słowa o tym, że dziewczyna wyrwała rękę, żeby wyryć na tym stole napis dotyczący Kowalskiego.

- A ja to przemyślałem, wie pani, Olgo? Przemyślałem to.

Znowu zamilkł i wiedziała, że nie odezwie się, jeśli go nie zapyta.

- No i?

- To Małgorzata. Ona, wie pani, miała wtedy kogoś, ale rozmawialiśmy o tym wiele razy, ona kochała tylko mnie.

- To jeszcze nie jest dowód.

- Wiem. Ale jedynie ona miała motyw. Motyw, rozumie pani?

- Tak. - Serbię zaczęła boleć głowa. Czuła, że to wszystko powoli ją męczy, że tak naprawdę mogłaby być szczęśliwa, piekąc ciasta w jakiejś cukierni, dekorując torty. Albo sprzedając na poczcie znaczki i książki.

- Halo - niecierpliwił się Kowalski. Powiedział na głos to, o czym myślał, i teraz czuł ulgę. Chciał wiedzieć, co uważa Olga, a ona rozważała, co powinna zrobić. Kurwa mać.

- Halo - ponagla Kowalski. - Co pani myśli?

- Nie wiem... - Olga chciałaby zagrać na czas. - Nie wiem. Na podstawie przekonań nie można nikomu przecież postawić zarzutów.

- Rozumiem, ja to pani mówię nie w sensie procesowym, ale musiałem to po prostu z siebie wyrzucić, powiedzieć komuś, dlaczego nie wracam do domu, dlaczego nagle zacząłem spać w Domu Poselskim. Muszę z kimś obgadać, co robić, co dalej? Czy ja mam wycofać kandydaturę z wyścigu o fotel prezydenta? Zrobiłbym to, ale taki start to poważne przedsięwzięcie finansowe i logistyczne, ja tego przecież nie robię sam, nie stać mnie na to. Co z tym wszystkim? Ja nie wiem, co teraz, rozumie pani.

- Na razie niech pan nie robi nic. - Olga poczuła się nagle słaba, stała cały czas przy drzwiach łazienki, ale teraz wróciła do kuchni, żeby usiąść.

- Ale jak to nic? - pyta Kowalski cicho. - Ona przecież wydała Joasię esbecji. Joasia czekała, aż po nią przyjadę. Aż ją ocalę. A ja nie przyjechałem. Nie szukałem jej.

- Teraz to pan pieprzy, za przeproszeniem, jak potłuczony. Nie mógł pan jej ocalić. A poza tym, niech pan sam pomyśli. To się nie trzyma kupy. Pani Małgorzata nie mogła wydać Joanny służbom.

- Jak to: nie mogła?

- Skąd wiedziałaby, gdzie jej szukać? Chyba nie sądzi pan, że Joanna ukrywała się u byłej narzeczonej swojego chłopaka?

- W sensie faktycznym to należałoby powiedzieć, że moja narzeczona ukrywała się u mojej byłej dziewczyny.

- Co? - Olga nie zrozumiała.

- Nie, nic, odezwał się we mnie prawnik... - Kowalski oddychał lżej. - Może ma pani rację. O tym nie pomyślałem. Skąd mogłaby wiedzieć, gdzie się Joasia ukrywa...? Może rzeczywiście się zagalopowałem. Ale to dlatego, że tylko Małgorzata odniosła korzyść. Rozumie pani, prawda? Tylko ona.

- Może nie wszystko jeszcze odkryliśmy. - Olga pragnęła zakończyć tę rozmowę jak najszybciej. Zanim któreś z nich powie o kilka słów za wiele.

Kowalski milczał. Po kilkunastu sekundach westchnął i powiedział już tylko "Dziękuję".

Weszła do łazienki, odkręciła zimną wodę i przemyła twarz. Ale nie pomagało.

Kosiński na szczęście nie wracał długo. Zdążyła zaparzyć sobie herbaty, chociaż marzyła o kawie. I zadzwoniła do matki Szymona.

- Dzień dobry - powiedziała kobieta słabym głosem. - Nie spałam całą noc, czekałam, aż lekarze przekażą nowe informacje. Mąż załatwił, żeby mnie wpuścili. Mam ten kombinezon, wiesz, taki z szybą. Musieliśmy za to zapłacić, ale to nieważne. Dyrektor to wieloletni przyjaciel rodziny. Mąż powiedział, że zadzwoni do niego, że mu przemówi do rozsądku i że nas wpuszczą. Ale jak przyjechaliśmy, to nie chciał ze mną wejść. No a ja musiałam. Ty rozumiesz, prawda?

Tak. Rozumiała.

- No i co? Obudził się?

- Tak. O Boże, ja ci nie powiedziałam, a ty czekasz przecież. Wybudził się. Chyba dobrze. Oddycha przez taką rurkę w gardle. Ale oczy ma otwarte, przytomny. Ja go widzę za szybą. Dalej nie pozwolili mi wejść. Ale mogę mu pomachać.

- Nie słyszy pani?

- Nie. Nie słyszy.

- To nie wie, że będzie tatą?

- Wie. Ja tę kartkę napisałam. Pokazałam mu. I on wie. Wszystko wie.

Olga milczała. Twarz miała mokrą i słoną. Ale poza tym była zdziwiona, że nie czuje nic. Ani radości, ani ulgi, ani strachu, ani rozczarowania. Nie miała poczucia winy, że nie jest tam, we Wrocławiu, ani złości, że Szymon nie jest tutaj ani że się nimi nie zajmuje.

- To dobrze - powiedziała. - To znaczy, że wszystko już będzie dobrze.

Łzy popłynęły jej szerokim strumieniem. No tak. Szymon ma tracheostomię, pewnie to było konieczne. Ale niedługo to wyjmą i się zagoi. Ale co ona ma zrobić, co ma zrobić?

- Niech mu pani powie, że jesteśmy zdrowi. Wszystko będzie w porządku. Dbam o siebie. W ogóle jeszcze nic nie widać. Nic się nie dzieje. Puchną mi tylko nogi, nawet nie noszę spodni ciążowych, zupełnie nic się nie zmieniło, jem normalnie, pracuję normalnie, nikt nie wie, nikomu nie powiedziałam. Cieszę się. Niech mu pani powie, że się cieszę, ale teraz płaczę.

Otarła twarz dłonią, ale łzy nie chciały przestać płynąć.

Rozdział 45

1984

Otarła twarz dłonią, ale łzy nie chciały przestać płynąć.

- Idzie rak, nieborak, jak uszczypnie, będzie znak. - Profesor wędrował czterema palcami po jej udzie, a ona nie mogła zareagować, kompletnie sparaliżowana, zesztywniała. Podniosła tę dłoń, żeby go zatrzymać, ale jak ma to zrobić? No jak, ma go chwycić za rękę? W twarz uderzyć? To przecież nie uchodzi, nie może tak się zachować wobec kogoś, kto dla niej zaryzykował wszystko, sam jej powiedział, zanim jeszcze otworzyli drugie wino, że gdyby esbecja wywęszyła, że ukrywa ją, uciekinierkę podejrzaną o działalność na szkodę państwa, to odpowiadałby z artykułu 123 kodeksu karnego. Że przestępczy czyn polega na podejmowaniu, w porozumieniu z innymi osobami, działalności zmierzającej do pozbawienia państwa niepodległości, oderwania części jego terytorium, obalenia przemocą ustroju lub osłabienia mocy obronnej. I że kluczowe jest to "w porozumieniu z innymi osobami". Że to zupełnie co innego, gdyby sam poszedł z pistoletem zastrzelić generała Jaruzelskiego, że porozumienie, związek przestępczy, jest z punktu widzenia państwa, jakiekolwiek by to było państwo, o wiele groźniejszy.

Śmiali się wtedy. Naprawdę radośnie. I Asia wiedziała, że w tym przysłowiu o winie naprawdę tkwi ziarno prawdy.

Trudno było jej się skupić. Drugie wino było jeszcze bardziej czerwone, bordowe, prawie czarne.

- Proszę popatrzeć pod światło, Joanno, jest tak ciemne, że prawie czarne, prawie nieprzejrzyste. Jest wyjątkowe. Syrah z winnicy Hermitage w Dolinie Rodanu, należącej do Jeana-Louisa Chave'ego. Pośród winiarzy prawdziwy rarytas. To prezent od moich przyjaciół z Francji. Kiedy przyjechali tutaj w osiemdziesiątym pierwszym, przywieźli kilka butelek.

- Pewnie jest cenne. - Zamoczyła usta. Kręciło jej się w głowie.

- Pewnie tak, ale kto by się na nim poznał w Polsce? My, Polacy, znamy się na białych serach i grzybach. Na winach niestety nie. Co się u nas pije, czy pani sobie zdaje sprawę? Zamiast wina wyrób winopodobny z jabłek i siarki.

- Zamiast czekolady wyrób czekoladopodobny, a zamiast demokracji dyktatura.

- Ha, ha, ha - zaśmiał się profesor i dotknął jej ramienia. - Zawadiacka z pani konspiratorka, Joanno.

Potem powiedział, że w kuchni przy starym radioodbiorniku to żadna degustacja, i zaprosił ją do gabinetu.

- Tak, tak - odparła. - Ale zostańmy jeszcze do końca tej piosenki, bardzo ją lubię. Ten młody wokalista, Kukiz, to naprawdę wspaniały artysta.

Marek Niedźwiecki poinformował właśnie, że na miejscu czwartym, tak jak w poprzednim notowaniu, Aya RL i Skóra.

"W sekrecie wam powiem, że Paweł Kukiz miał spore problemy z gwizdaniem tego motywu w refrenie, wiem, bo zajrzeliśmy do studia z Walterem Chełstowskim, kiedy nagrywali tę piosenkę".

Poszli potem do gabinetu. Ona z winem i kieliszkami, a profesor z wydobytą z głębin najwyższej szafki torebką radzieckich cukierków z wiewiórką. Podobno dobrze równoważą taniny Syraha.

W gabinecie były miękkie światło ze stojącej w rogu lampy z abażurem w kratę, ciężkie biurko i mały stolik wciśnięty pod ścianę.

- O, tu nam będzie wygodnie - oznajmił Dziekoński i odsunął fotel, żeby Joanna mogła usiąść. - Posłuchamy teraz jakiejś mojej muzyki, pani pozwoli, Joanno?

Nie mogła odmówić. Przecież wysłuchał z nią Kukiza.

Profesor otworzył szafkę. Miał tam stereofoniczny adapter, o jakim większość jej znajomych mogła tylko pomarzyć. Zazwyczaj musiał ludziom wystarczyć monofoniczny Mister Hit z głośnikiem w pokrywie. Można było ją postawić na sztorc i muzyka grała.

W szafce było mniej więcej dwieście płyt, więc Joanna pomyślała, że profesor mógłby otworzyć sklep. Albo nagrywać te płyty na kasety Stilonu i dorobić sobie kolejną pensję.

Dziekoński przerzucał okładki.

- O! Ta będzie w sam raz dla rewolucjonistki i buntowniczki.

Nastawił płytę.

- To Serge Gainsbourg i Jane Birkin, zna to pani? Nie jest nowa, ale wciąż porywająca.

Podał jej okładkę. Patrzyła z niej dziewczyna o bardzo mocno wymalowanych oczach.

Piosenka była miękka. Asi podobała się melodia. Wypiła do dna, a profesor natychmiast dolał. Potem przyklęknął obok niej i powiedział, że to rewolucyjny utwór, zakazany w wielu krajach. Między innymi w Irlandii, Anglii, Szwecji, Brazylii i oczywiście w Polsce. W samej Francji w radiu nie wolno jej było puszczać przed dwudziestą trzecią. Watykan i Włochy były oburzone tymi słowami.

- Jakimi? - Asia nie znała francuskiego. Zrozumiała tylko "L'amour physique". Potem piosenkarka udawała orgazm.

- Nastawię jeszcze raz. - Dziekoński podniósł się, przestawił igłę adaptera na pierwszą ścieżkę i Jane Birkin znowu zaczęła się podniecać.

Asi zrobiło się gorąco, to pewnie od tego wina.

- On śpiewa, że wsuwa się pomiędzy jej uda, dosłownie pomiędzy lędźwie. A ona oznajmia, że on jest falą, a ona nagą wyspą.

Potem uklęknął znowu przy jej fotelu, a ona śmiała się i żartowali z niechęci europejskich rozgłośni do puszczania takich piosenek.

- Ale to stary kawałek. - Joanna piła znowu, choć kręciło jej się już w głowie.

- Stary, ale wciąż dobrze naoliwiony - powiedział profesor. Wstał i przysunął swój fotel obok jej. Teraz miała go po lewej stronie, a po prawej ścianę.

- Chce mnie pan zniewolić. - Zaśmiała się. - Ostrzegam, że nawet esbecji się to nie udało.

- Oni stosują złe metody. - Machnął ręką, wypił wino, jakby to była wódka, i dolał im znowu.

- Jak to złe? - chciała zażartować.

- Oni nie rozumieją, że straszenie pałami i napinanie mięśni nie robi wrażenia na kobietach. Że liczy się nacisk delikatny i nieustępliwy.

Chwycił ją za rękę i pocałował w dłoń. Nie cofnęła ręki. Była zaskoczona, poza tym to tylko pocałunek w rękę. Normalna sprawa. Ale profesor pocałował ją po raz kolejny. I jeszcze raz. Potem odwrócił dłoń, dotknął ustami zagłębienie pomiędzy jej środkowym a wskazującym palcem.

- Czytała pani o akupunkturze? - Nie przerywał, bo to nie było pytanie, chciał jej opowiedzieć. - Fascynująca dziedzina wiedzy. Dłoń przypomina ludzkie ciało. Mały palec i wskazujący to ramiona, kciuk to głowa, a serdeczny i środkowy palec są jak uda. Kiedy boli panią głowa, wystarczy stymulować kciuk, otworzyć czakry i ból przemija. A kiedy stymulować miejsce między palcami, poczuje pani rozkosz.

Przybliżył jej dłoń do ust i polizał ją pomiędzy środkowym a serdecznym palcem.

Poczuła wstręt, obrzydzenie. Ale nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Nie wiedziała, co ma teraz zrobić, nie wiedziała, jak odstawić to wino, co mówić, dokąd iść, bo gdyby wstała i pobiegła, to dokąd? Czy ma spakować swoje rzeczy, czy zostawić je tutaj, czy pędzić nocą na dworzec?

Profesor położył lewą dłoń na jej udzie i zaczął przebierać palcami, łaskocząc ją lekko. Czuła to nawet przez spodnie.

- Idzie rak, nieborak, jak uszczypnie, będzie znak.

Uszczypnął ją lekko.

Zadrżała.

- Podoba ci się, Joasiu - rzekł z satysfakcją. - Widzę, że ci się podoba. Zupełnie jak moim studentkom.

Zrobił jej to jeszcze raz.

Wtedy poczuła, że płacze. Nie wiedziała o tym, ale zaczęły ją nagle swędzieć policzki. Odstawiła kieliszek na skraj stolika, bała się przesunąć do przodu, podniosła prawą rękę do twarzy. Była mokra.

- Proszę przestać - wyrzuciła w końcu. Miała nadzieję, że jej głos był stanowczy i twardy, ale usłyszała ledwo westchnięcie.

Profesor uszczypnął ją o kilka centymetrów od łona.

- Idzie rak, nieborak... - zaczął znowu swoje.

- Nie! - Odepchnęła go lewą ręką. - Nie! Proszę.

Podniósł na nią oczy mętne od wina i podniecenia. Pocił się pod nosem.

- Ależ, Joasiu, Joasiu. - Pokręcił głową i pogroził jej palcem. A potem chwycił obiema dłońmi jej twarz i zaczął zlizywać łzy.

Wtedy odepchnęła go, ale to się na wiele nie zdało, bo fotele stały zbyt blisko siebie. Zaczęła się szamotać, próbowała wyciągnąć nogi spod stolika, odepchnąć się w tył z całym fotelem, aż jej kieliszek spadł na podłogę. Nie rozbił się, ale wino zabarwiło gruby biały dywan.

Zmartwiała.

Profesor patrzył na plamę z niedowierzaniem. Oddychał ciężko. Rozpiął drugi guzik koszuli.

- O Jezu - powiedział. - To prezent od żony. Przywiozła z Paryża.

- Strasznie mi wstyd - przyznała Joanna. Nie umiała się zachować. Jeszcze przed sekundą gotowa była drapać i gryźć Dziekońskiego, ale teraz jego nagły, szary, ciężki, ołowiany smutek przygniótł do ziemi ich oboje. Czuła się winna.

Profesor odsunął swój fotel. Uklęknął i dotknął plamy.

- Może posypać to kwaskiem cytrynowym? - zapytał. - Jak pani sądzi?

- Nie wiem - pokręciła głową - nie wiem.

Widziała wciąż pot nad jego górną wargą i na myśl o "raku nieboraku" było jej coraz bardziej niedobrze. Jakby dopiero zaczęło do niej docierać, co zaszło.

- Nie wiem. - Powtórzyła i wreszcie udało jej się odsunąć ten fotel, grube brązowe nogi w kształcie lwich stóp grzęzły w białej wełnianej głębi dywanu. Wstała.

- Nie mam pojęcia, co mi pan chciał zrobić, profesorze, ale...

Chciała wybiec, lecz zanim zdołała go wyminąć - on, wciąż na czworaka, pochylony nad brudnym fotelem, z lśniącą plamą czoła, jak tonsura na czubku czaszki - zachwiała się i zwymiotowała. Niewiele. Wino pociekło po swetrze, po dłoniach, na dywan nie upadła ani kropla.

Dziekoński zerwał się i otworzył jej drzwi, a potem te prowadzące do łazienki i Joanna pobiegła. Zwymiotowała jeszcze raz do umywalki. A potem siedziała tam, nie wiadomo, jak długo, może godzinę, może dwie. Usłyszała, jak Dziekoński gada do Łajki, a potem jak pies drapie podłogę, skacząc z radości.

Kiedy wyszli, wróciła do pokoju i położyła się w tym brudnym swetrze tak, jak stała. Bała się. Nie miała dokąd iść. Na tym polega walka o wolność. Kiedy ludzie, którym ufasz, zdradzają cię, nie masz dokąd iść. Pomyślała, że wybiegnie, złapie jakąś taksówkę i ucieknie na Żoliborz. Jerzy na pewno jej pomoże. Da jej jakiś numer telefonu, cokolwiek. Otworzyła okno. Padał deszcz. Gęsty, miodowy, powolny. Jesień już stąd nie odejdzie. Taki kraj. Wieczny listopad. Choć przecież do listopada jeszcze z pięć tygodni.

Nie, nie może jechać na Żoliborz. Tam przecież obstawione. Czekają. Po tym artykule Urbana to jasne, że Jerzy stał się wrogiem numer jeden. Nie ma szans, żeby się przemknęła niezauważona.

Położyła się, słuchała deszczu i marzyła o Tatrach. O Morskim Oku. O pracy w kuchni. O tym, jakie tam nocą były gwiazdy. Jeśli uda jej się wymknąć z Warszawy, pojedzie do Zakopanego. To już postanowione. Poczuła się lżej.

Słyszała, jak Dziekoński wraca ze spaceru z psem. Jak idzie do kuchni po psi ręcznik, jak gada do Łajki, kiedy ją wyciera. A potem kroki coraz bliżej. Zastukał.

Milczała.

- Pani Joanno, przepraszam z całego serca. Nigdy mi się to nie zdarzyło i nie wiem, nie potrafię tego ani pani wyjaśnić, ani sobie wybaczyć. Przyniosłem pani klucz od pokoju. Pewnie poczuje się pani bezpieczniej, jeśli będzie mogła się zamknąć od środka, choć zapewniam, że nic pani z mojej strony nie grozi. Oczywiście nie wchodzi w grę, żeby pani stąd szła. Jesteśmy po jednej stronie i zawsze może pani na mnie liczyć.

- Dziękuję - powiedziała. - To pewnie przez wino.

Czuła ulgę, wdzięczność, że nie musi teraz wychodzić, że nie musi moknąć, biec po kałużach, nie wiadomo dokąd.

Położył klucz na szafce.

- Przepraszam za dywan - przyznała.

- Nie, to moja wina. - Wyciągnął rękę, jakby chciał jej dodać otuchy, ściskając za ramię, ale popatrzył w oczy dziewczyny i cofnął dłoń. - Nigdy sobie nie daruję.

- A co z dywanem?

- Mam taką angielską książkę z tysiącem porad, jest tam rozdział o wywabianiu plam. To dobra lektura na taki wieczór. Po tym, co pani zrobiłem, nie zasnę.

Uśmiechnęła się do niego. Z wysiłkiem, ale spróbowała najszczerzej.

Rano, przy śniadaniu nie rozmawiali na ten temat w ogóle.

Śniadanie było późne. Koło dziewiątej, ale kiedy zasnęła po tym wszystkim, nie mogła się obudzić.

Poprosił, żeby wyszła z Łajką na spacer, tutaj dookoła, po osiedlu, kwadrans, dwadzieścia minut. On zajmie się plamą.

Założyła żółte kalosze Małgorzaty.

Wracała już pośród przedwcześnie opadających liści. Zobaczyła go zbyt późno. Stał oparty o furtkę, kiedy wyłoniła się zza rogu.

Ten, który tylko żuł papierosa. Facet z Trójmiasta. Ten, którego, zdaje się, widziała, kiedy wyszła od Jerzego po ostatnich imieninach księdza.

Puściła smycz, Łajka trafi do domu, odwróciła się, żeby biec, ale za plecami stało dwóch kolejnych.

Jezu, w tych kaloszach ucieczka to porażka - przeszło jej przez myśl. Odwróciła się w stronę tego z papierosem. Zawsze to łatwiej przedrzeć się przez jednego niż dwóch. Zrobiła dwa kroki w jego kierunku, ale zanim udało się jej go minąć, facet uderzył ją sierpem w twarz i Joanna usłyszała, jak łamią się jej zęby.

Rozdział 46

Teraz

- Połamią ci się zęby, jak będziesz tak zgrzytał, zobaczysz.

Była zadowolona, wreszcie znalazła chwilę, żeby przekopać szafę, i wyciągnęła swoje stare ciążowe spodnie. Miała je w kartonie, który kiedyś, dziesięć lat temu, powinna była wywieźć do jakiejś organizacji pomagającej bezdomnym. Na szczęście zamiast w bagażniku karton wylądował w piwnicy. Teraz były jak znalazł. Czarne, nie za luźne, wtedy bardzo dbała o to, żeby za wcześnie nie było nic widać.

Dokładnie tak jak teraz.

Kosiński przestał zgrzytać.

- Serio, mogą się połamać? - zapytał.

- Tak, mogą. Normalnie może i nie, ale teraz zobacz, jak my żyjemy w tej epidemii, co jemy, ile mamy stresów. A jak coś się stanie, co zrobisz? Gdzie do dentysty pójdziesz, jak epidemia i nie wolno się zbliżać do ludzi? Kto cię przyjmie?

- Nigdy tego nie robiłem. To przez telewizję. Przez ten wczorajszy program o dziwnych umiejętnościach ludzi.

- Nie pamiętam...

- No bo poszłaś spać, a ja nie mogłem, oglądałem. Był tam facet, który potrafił wyzgrzytać melodię. I teraz nie może się to ode mnie odczepić.

Pokręciła głową z politowaniem. Mężczyźni są jednak jak dzieci. Im głupsza zabawa, tym szybciej stanie się ich pasją.

To prawda. Spała wczoraj dobrze. Po raz pierwszy od wybuchu epidemii. To był ciężki dzień. Najpierw spotkanie u Leśmiana z dwójką pracowników z ministerstwa.

Siedzieli z Kosińskim, jakby mieli iść na ścięcie, bo nie wiadomo, czego się spodziewać. Olga opowiedziała o tym, jak do nich strzelano, jak Kosiński jeździł po Pruszkowie w poszukiwaniu człowieka z fotografii, jak został porwany i w końcu jak oboje wyśledzili tego chłopaka, który prowadził.

- Skąd mieliście informacje?

- Czy wystarczy, jeśli powiem, że to operacyjna wiedza? - zapytała.

- Jeśli stwierdzę, że nie wystarczy, powie mi pani?

Pokręciła głową.

- Dlaczego?

- Muszę chronić swoje źródła.

- Pani nadkomisarz - syknął Leśmian, ale to zignorowała.

- Nie będę naciskał. Okazało się, że to był dobry sygnał - oznajmił człowiek z ministerstwa.

- Tak. - Pokiwała głową. - Kiedy wyjechał za bramę, od razu go poznaliśmy.

- Mimo że na szybie refleks? - zapytał kpiąco ten drugi.

- Nie było czasu na wątpliwości - odparła Serbia. - Zaryzykowaliśmy i braliśmy pod uwagę pomyłkę.

- I wylądował w szpitalu.

- Tak, wylądował w szpitalu, ale zrobiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby wydobyć go z wraku. Przeżył. Jest po operacji. Za kilka godzin go przesłuchamy.

Potem powiedziała o Krowbarze.

- Krawczyk, Owczarczyk, Barwicki. Spółka ochroniarska. Nazwa od...

- No tak, tak, nie jesteśmy przecież analfabetami - odparł ten kpiący. - Oglądaliśmy Stawkę większą niż życie.

- Co to ma do rzeczy? - Kosiński nie zrozumiał żartu.

- Był tam taki oficer, gruppenführer Wolf, okazało się, że to nieistniejący zbrodniarz, miał nazwisko z pierwszych liter nazwisk czterech esesmanów, czy jakoś tak.

- A no tak - przypomniał sobie Kosiński.

- Co z Krowbarem? - wtrącił ten drugi. - Musimy wiedzieć, jak rozmawiać z ludźmi z wewnętrznego. Przypominam, że nagła śmierć emerytowanego inspektora Dolińskiego ma pewne niejasne okoliczności i, jak rozumiem, to wy macie przekonać nas, żebyśmy w tej sprawie interweniowali.

- Być może mam coś, co w tym pomoże. - Olga była pewna, że się nie myli. Wiedziała, że policyjna robota to przede wszystkim myślenie, intelektualne spekulacje, że instynkt i przeczucia to dobre dla pensjonarek, kiedy myślą o miłości, ale mimo wszystko ona swojemu instynktowi ufała.

A może ufała swoim oczom.

- To jest logo spółki Krowbar. - Otworzyła smartfon, wybrała właściwe zdjęcie i puściła w obieg.

- No ładne, ale co z tego wynika?

- Prosty, biało-czerwony rysunek stylizowanej latarni morskiej. Trzy pasy tworzą korpus, nad nim promień światła... Nalepka z tym logo jest na szybie w mieszkaniu inspektora Dolińskiego.

Urzędnicy z ministerstwa wymienili między sobą szybkie spojrzenia, co nie uszło uwagi Olgi.

- Ale to nie wszystko - zawiesiła głos - jest też na drzwiach stacji benzynowej pod Pruszkowem. Tej, w której czekali na nas bandyci.

- Ciekawe... ciekawe. - Gość z ministerstwa wyjął notes, żeby coś zapisać. - Co wiemy o tych właścicielach?

- No jeszcze niewiele, tyle, ile zdążyłam znaleźć w internecie, ale uważam, że to ważny wątek. To agencja ochrony stworzona przez ludzi, w cudzysłowie, "z wieloletnim, bogatym doświadczeniem w dziedzinie bezpieczeństwa i profesjonalnych systemów zabezpieczeń i monitoringu". Koniec cudzysłowu. Skoro mają takie doświadczenie, chyba warto sprawdzić, czy zapis z ich monitoringu rzeczywiście tak dokładnie wskazuje na to, że tylko ja weszłam do mieszkania mojego byłego dowódcy.

- Tak, Staszku, zwrócisz na to uwagę tym z biura. - Tym razem w głosie ministerialnego urzędnika nie było ani słowa kpiny. - Powiemy im, żeby nie byli zbyt pochopni.

- Wkurwią się - mruknął Staszek i zaraz się zmitygował: - Przepraszam, to z zamyślenia.

- Ja nie mam z tym problemu - powiedział Kosiński, specjalnie akcentując "problem".

Staszek rozciągnął usta w uśmiechu.

- Podoba mi się pan - zwrócił się do Kosińskiego. - Nie obsrywa się pan z byle powodu.

Olga mogłaby przysiąc, że Kosa się czerwieni.

Pokazała im jeszcze raport z autopsji, z badania ciała szklistego oka na stopień rozpadu potasu. Stwierdziła, że w czasie, kiedy Doliński umierał, ona nie wsiadła jeszcze do samochodu na Żoliborzu, i zapewne na jakiejś kamerze w mieście będzie nagranie z jej przejazdu, bo w całej Warszawie tego ranka była tylko ona.

- A skoro tak, to należy przejrzeć monitoringi i sprawdzić wszystkie pojazdy, które w sobotę poruszały się po Mokotowie. Proste?

- Proste - powiedział ten ważniejszy. - Staszku, wężykiem, wężykiem. No to mamy plan. Panie naczelniku, sprawa ma nieodmiennie najwyższy priorytet, więc proszę, żeby pańscy ludzie się tym zajęli szybko i dyskretnie. Trzeba zbadać, kim są panowie z Krowbaru, jakie mają doświadczenie w sprawach bezpieczeństwa. Trzeba dokonać analizy nagrania z mieszkania Dolińskiego na okoliczność ewentualnych manipulacji tym materiałem. Dodatkowo należy przejrzeć monitoringi z Puławskiej, Idzikowskiego, Ikara i okolic, i sprawdzić pojazdy, które tamtego ranka poruszały się w okolicy. I lepiej, żeby tego nie robiła pani podkomisarz i pan...

- Aspirant. Pan aspirant... - Kosiński się uśmiechnął. - Pan aspirant Kosiński.

- Ha, ha, ha - zaśmiał się Staszek. - Fajny z pana gość. To pana porwali, tak?

- Dokładnie. Świetnie się pan przygotował, panie...

- Stanisław Dobrowolski, może być mecenas Dobrowolski - stwierdził Staszek i mrugnął do Kosińskiego.

- Panowie - drugi z urzędników nie był w nastroju do żartów - przypominam, że sytuacja w dalszym ciągu jest niezwykle poważna. Dzisiaj w sejmie rząd przedstawi - spojrzał na zegarek - możliwe, że właśnie się to dzieje, plan zmian w regulaminie wyborczym, tak aby umożliwić głosowanie w trybie jedynie korespondencyjnym i żeby głosowanie odbyło się dziesiątego maja. Nie ma innej możliwości, by dotrzymać wszystkich konstytucyjnych terminów. Opozycja oczywiście będzie przeciwna, bo notowania prezydenta Dudy są bardzo wysokie, ale z naszych analiz wynika, że szanse pani Kidawy-Błońskiej są iluzoryczne i najpoważniejszym kandydatem jest obecnie Robert Kowalski. Ale jego ostatnie zachowania, kiedy zniknął z telewizji, nie pojawiał się na głosowaniach, odmawiał udziału w wideokonferencjach, nie chciał nawet przez telefon rozmawiać ze słuchaczami radia, wskazują, że mocno przeżywa tę sprawę. Czy pani się z nim kontaktuje? Ma pani jakieś informacje, o których powinniśmy wiedzieć?

- Kontaktuję się, nawet często. Nie wydaje mi się, żeby było coś, co powinni panowie wiedzieć. W sprawie wyborów? Nie orientuję się, czy pan Kowalski wystartuje.

- Nie o to pytam, powiedzieliśmy sobie sporo o sprawie napadów na was, jesteśmy świadomi, albo możemy z dużą pewnością przypuszczać, że mają one związek z prowadzonym przez was śledztwem. Musieliśmy to wiedzieć, żeby przygotować się do rozmów z biurem wewnętrznym, ale teraz chcielibyśmy uzyskać odpowiedź na pytanie, co pani ustaliła w sprawie Joanny Cichej i ewentualnego udziału pana Kowalskiego.

- Nie wiem, jaki jest jego udział. - Olga nie była pewna, ile chce powiedzieć, a ile woli jeszcze zachować dla siebie. - Moim zdaniem, ale nie ma na to ewidentnych dowodów, nie miał pojęcia o jej śmierci, nie wiem, dlaczego na stole, do którego ją przybili, napisała o nim. Może chciała wskazać sprawcę, albo po prostu zapragnęła widzieć przed oczami jakiś ślad po nim. Nie znam motywów, dla których zginęła. Wciąż nie ma odpowiedzi ze strony amerykańskiej, do której wystąpiliśmy z pytaniem, czy Joanna Cicha w ogóle przekroczyła granicę. Skłaniam się do przypuszczenia, że nigdy nie wyjechała z Polski. Są pocztówki, które przysyłała z zagranicy, ale mógł je nadać ktoś inny.

- Kowalski? Żeby odsunąć od siebie podejrzenia? - zapytał Staszek.

- Raczej nie. Jego reakcje wskazują, że to nie on.

- Jest pani po psychologii?

Pokręciła głową.

- A więc to tylko przypuszczenie. A Kowalski współpracuje?

- Tak. Współpracuje i sprawia wrażenie, że zależy mu na wyjaśnieniu tej historii.

- No ale dowody... co z dowodami?

- Szukamy motywu. Gdyby odpowiedź Amerykanów nadeszła, ja wiem, że jest epidemia i że w latach osiemdziesiątych nie było komputerów, ale jakieś rejestry przekraczających granicę przecież istnieją, gdybyśmy mieli jednoznaczną odpowiedź, że tam nie dotarła, to byłby ważny ślad.

- Albo że dotarła.

- Albo że dotarła - powtórzyła Olga.

- Staszku, zapisz, żeby szef zadzwonił do kogo tam trzeba w USA. W sprawach bojowników o demokrację oni potrafią szybko zadziałać. Może nam się uda to przyspieszyć. Coś jeszcze?

Opowiedziała im o krzyżyku. Podejrzenia Kowalskiego, że za zniknięciem Joanny mogła stać Małgorzata, Olga postanowiła zachować dla siebie. I na tym się skończyło. Miała wolne popołudnie. Kosiński pojechał sprawdzać monitoringi z Puławskiej. Zapis cyfrowy materiału z mieszkania Dolińskiego był już w laboratorium, ale od tej pory zajmował się nim specjalista od analizy obrazu cyfrowego.

Wróciła do domu, odgrzała zupę z pudełka, trochę leżała, trochę słuchała telewizora, ale awantura w sejmie była raczej żenująca. Kowalski nie przemawiał. Zniknął. Przeszło jej przez myśl, by do niego zadzwonić, ale nie miała na razie nic nowego do powiedzenia. Naprawdę liczyła na to, że odpowiedzi kryją się w cieniu latarni morskiej firmy Krowbar.

Po siedemnastej zadzwonił Leśmian i powiedział, że biuro da Oldze spokój. I żeby na siebie uważała. Nigdy nic nie wiadomo. Że źle zrobiła, posyłając Kosińskiego samego, że powinni wciąż być we dwójkę, aż to się skończy. Że się o nią martwi. Nie, nie aż tak, żeby postawić jej przed domem tajny patrol. Ale broń powinna mieć w pogotowiu. Olga była innego zdania. Jeśli ktoś z Krowbaru jest w to zamieszany, to teraz, po wypadku ich pracownika, pewnie ma inne sprawy na głowie i szykuje ucieczkę.

- Może nie - powątpiewał Leśmian. - Nigdzie nie pojawiły się wzmianki o tym, że chłopak rozbił się w trakcie ucieczki.

- No jak nie? Przecież sami z Kosińskim puściliśmy w eter, że pościg.

- Postaraliśmy się, żeby ta informacja się nie rozlała zbyt szeroko. Może się nie dowiedzą. Nie wiemy, kto z naszych był ich wtyką.

Nie powiedział nic więcej, ale Olga i tak sądziła, że myśli o Siwym.

Ona miała podobne przeczucie.

Wieczorem niespodziewanie zadzwonił do niej Bielski i zapytał, jak jej się podobał mecenas Dobrowolski. Pożartowali sobie, że przypadł do gustu przede wszystkim Kosińskiemu. A potem Bielski oznajmił, że Krowbar to jedna z agencji założonych przez byłych esbeków.

- Po upadku komuny w SB pracowało jakieś dwadzieścia cztery tysiące ludzi. Do tego dochodziło pięć tysięcy oficerów, których Kiszczak już w czasie Okrągłego Stołu przeniósł na etaty w milicji, zacierając ślady ich wcześniejszego przyporządkowania w resorcie. No i do tego przynajmniej sto tysięcy tajnych współpracowników. Armia ludzi.

- No ale przeszli weryfikację.

- Tylko dziesięć tysięcy z nich. Pozostali zwrócili się w stronę gangów albo współpracy z obcymi wywiadami, nie tylko z rosyjskim, albo prywatnego sektora. A gdzie się najlepiej nadawali? Do biznesu. Zdyscyplinowani, wyszkoleni, twardzi, posiadający środki albo papiery, które im wszystko ułatwiały. No i znajomości w UOP-ie i policji, bo te dziesięć tysięcy, które przeszło weryfikację, nie zapomniało o przyjaciołach. Mieli papiery na sędziów, prokuratorów, dziennikarzy, polityków i na księży pedofilów. Dobrze im się wiodło. Dostawali zlecenia jako konsultanci do spraw bezpieczeństwa albo zakładali firmy ochroniarskie. W czasie, kiedy mafia porywała ludzi dla okupu, to był dobry interes.

- Chcesz mi powiedzieć, że to są oni?

- Chcę ci powiedzieć, że są niebezpieczni. I że jeśli będziesz po nich szła, jeśli to się okaże konieczne, weź mnie ze sobą.

- Ale jak to ogarniemy formalnie?

- Weź mnie ze sobą nieformalnie.

Milczała.

- Ufasz mi?

- Wezmę cię.

Potem znowu słuchała Oasis, aż do nocy, kiedy wrócił Kosiński i rzucił jej na stół plik zdjęć z samochodami, które w sobotę rano kręciły się po Mokotowie. Przygotowała mu mrożoną pizzę i oglądali telewizję.

Potem poszła spać, a Kosiński uczył się zgrzytać zębami.

W środę rano pojechali pod siedzibę Krowbaru i zaparkowali w sporej odległości, akurat żeby patrzeć z oddali przez lornetki. Nie żeby to było konieczne, po prostu Olga chciała się przyjrzeć tej willi. Z pół godziny, zanim pojadą do roboty do Pałacu Mostowskich.

Patrzyła przez lornetkę na samochody. Niewiele ich.

Kosiński znowu zazgrzytał.

- Kurwa mać! - szepnęła.

- Przepraszam.

- To nie do ciebie. - Podała mu lornetkę. - Zobacz, kto idzie do Krowbaru.

Kosiński spojrzał.

To był Robert Kowalski.

Rozdział 47

1984

- To był Robert Kowalski. Tak czy nie?

Milczała.

Przesłuchujący ją oficer, sądziła, że to oficer, po tym, w jaki sposób odnosił się do niego ten drugi, młodszy, jeszcze właściwie chłopak, ile mógł mieć lat? Na pewno nie trzydzieści. Wesołe oczy, zupełnie niepasujące do tych ścian pomalowanych olejną farbą i obskurnego biurka poplamionego atramentem i nie wiadomo czym jeszcze, nie chciała wiedzieć, co to było.

- No to tak czy nie?

Oficer wyciągnął paczkę Sportów i wetknął sobie jednego do ust. Nie zapalił. Żuł, międlił, potem odłamywał ten mokry kawałek i żuł znowu.

I tak od sześciu dni. Może od pięciu. Zaczynała się gubić, bo od jakiegoś czasu nie dawali jej spać ani w nocy, ani za dnia.

Milczała.

Tak, to był Robert. Mogłaby to powiedzieć, bo to by przecież niczego nie zmieniło, ale postanowiła milczeć. Dla zasady. Żeby wiedzieli, że jest polską dziewczyną. Że dziewczyny z Polski nie gadają ze sługusami komunistów.

Kiedy oficer zdecydował, że nie będzie dostawała jedzenia, milczała, choć burczało jej w brzuchu. Dopiero kiedy postanowił, że zabierze jej z celi wiadro, do którego mogła sikać, pomyślała, że może się jednak złamie.

Nie bili jej, o co to, to nie. Ale przez szczekaczkę, mały głośniczek wstawiony w otwór wentylacyjny na tyle głęboko, że nie mogła go dosięgnąć, puszczali jej rosyjskie pieśni. Żanna Biczewska. Ballady. Znała je. Może nawet kiedyś lubiła, ale teraz, po kilku dniach słuchania niemal bez przerwy, miała serdecznie dość.

Trzymała ją przy zdrowych zmysłach pewność, że jakiś człowiek musi tę kasetę Biczewskiej co pół godziny przekładać w magnetofonie. Wiedziała o tym, bo się czasami opóźniał. Czasami, pewnie nocą, ten ktoś zasypiał i wtedy robiło się cicho.

Nie miała wysokiego mniemania o esbekach.

Gdyby się zamienili rolami i gdyby to ona miała ich gnębić muzyką, przyniosłaby tu gramofon, zarysowałaby płytę tak, żeby przeskakiwała między rowkami i przez cały czas słychać byłoby w tych głośnikach jedno jedyne słowo.

Gdyby po drugiej stronie stołu siedział ktoś inteligentny, słowo "mądry" rezerwowała dla ludzi o dobrych sercach, to oszalałaby.

A tak była po prostu zmęczona, niewyspana, rozdrażniona i upokorzona tym, że musi się załatwiać w kącie pod ścianą. Nie było żadnej kotary, niczego. Zdejmowała sweter, żeby go położyć na kolanach, bo nie wiadomo, kto tam na nią patrzy przez wizjer.

Światło paliło się dzień i noc. Podła, trzaskająca, goła jarzeniówka. Na początku jej nie słyszała nawet, ale kiedy już to sobie uświadomiła, nie potrafiła zapomnieć o tym dźwięku.

Pssst. Pssst. Psssst.

Wydłubała ze swetra długą żółtą nitkę, zrobiła z niej dwa kłębki i wepchnęła je sobie do uszu. Drażniło skórę, ale było lepiej. Dużo lepiej.

- Przyjrzyj się - podniósł zdjęcie i przybliżył jej do oczu tak, że fotografia rozmyła się w szaro-czarne plamy - czy to jest Robert Kowalski?

No pewnie, że to jest Robert Kowalski, rozmazany, zdjęcie poruszone, brodaty, wychudły, ale to jest on. Tylko że ona tego nie powie. Nic im nie powie.

- W porządku - powiedział oficer. - Ja mam, kurwa, czas. A ty, kobieto, masz go coraz mniej. Wkurwisz mnie i nie wyjdziesz stąd. Znajdą twoje zwłoki pod jakimś mostem, objedzone do gołej kości. Nawet nie będą wiedzieli, czy cię ktoś zgwałcił, czy nie, bo ryby, powiem ci, to są niezłe chuje. Zwłaszcza węgorze.

Milczała.

Nie bała się.

Wiedziała, że blefuje. Jest dwudziesty wiek, działają organizacje międzynarodowe, Czerwony Krzyż, Komitet Helsiński, jest episkopat, który nie zapomni. Przede wszystkim jest profesor Dziekoński. On musi wiedzieć, że ją zgarnęli, przecież pies został na ulicy przed domem. Jest powszechnie szanowanym człowiekiem, muszą się z nim liczyć, jest prawnikiem. Wyciągnie ją, to jest tylko kwestia czasu.

- Rozjebiemy ci głowę o ścianę, ale to potem. Potem. Źle się rucha panny spuchnięte. Lepiej, żebyś była milutka.

Milczała.

- Co, nie boisz się?

Przewróciła oczami.

Wstał i chwycił ją za włosy. To było pierwszy raz.

- Moja żonka tak na mnie patrzyła kiedyś. Butna. Kurwa. Z Podlasia. Wiesz, jakie tam jest harde nasienie? Białoruskie. Ale za każdym razem, jak tak patrzyła, gasiłem jej papierosa na szyi. I przestała. Obiecałem, że nie będę. No i przez to nie palę. Obiecałem jej, że nigdy nie zapalę. Jesteśmy cudownym małżeństwem. I co ja jej powiem, jak z twojego powodu będę musiał zapalić? Co ja jej powiem?

Chciała wzruszyć ramionami, ale się powstrzymała.

To byłoby głupie. Jak drażnienie tygrysa.

Odesłał ją.

Młody nie mówił nic. Widać było po nim, że się wstydzi. Wciąż nie umiała rozgryźć tego miejsca. Było dziwne. Stare. Śmierdziało jak piwnice w wiekowych kościołach. Korytarze były wąskie, bielone wapnem, a w przejściach łuki, jakby wszystko zostało zbudowane z cegieł, a nie z betonu.

Nie czuła powiewu powietrza. Kroki brzmiały głucho. W swojej celi nie miała okna, tylko jakieś stare szmaty na podłodze. Koce, pledy, worki jutowe i wojskowy siennik. Nie chciała zgadywać, kto na nim wcześniej spał.

Kiedy ją zatrzymali, kiedy złamał jej ząb, puściła psa. Krwawiła z nosa całą drogę na dołek.

Pierwsza noc nie była najgorsza. Ludzie krzyczeli do siebie przez korytarz.

Następnego dnia rano postanowiła, że nie będzie jadła ani piła.

Na początku to wcale nie miał być strajk ani bunt. Po prostu miska, którą dostała w celi, była nieumyta.

- Bóg jeden widział, kto z tego jadł, a teraz wiesz, co jest najgorsze? - Jej sąsiadka wyglądała jak lafirynda z Victorii, ale Joanna nie pytała. - Nie wiesz, co jest najgorsze?

- No nie.

- AIDS - tamta zniżyła głos - nie ma nic potworniejszego. Mówili, że tylko pederaści na to chorują, narkomani, bo sobie wstrzykują cudzą krew. Ale koleżanki uważają, że gówno prawda, że dziewczyny też.

- Ale co to jest AIDS? - Joanna usłyszała o tym po raz pierwszy.

- Choroba taka. Jakieś mikroby w człowieku robią rozpiździaj. Umierasz. Ja tam nie jem po nikim w więźniu. Jesz po kimś, co na to choruje, i umierasz. Gorzej niż na raka.

Joanna też nie jadła. Bez jedzenia wytrzymasz. Bez picia jest gorzej. Ale pić też nie mogła. Z obrzydzenia. Siedziała pod ścianą dwa dni. A potem kolejny. Nie wzywali jej na przesłuchanie. Nie napraszała się. Nie chciałaby dzwonić do mamy. Nie chciałaby jej martwić. Zresztą zaraz profesor zorganizuje pomoc. Trochę cierpliwości.

Trzeciego dnia pomyślała, że zadzwoni do Jerzego. Że powie mu, gdzie jest. Ale wtedy powiedzieli jej, że skoro nie je, nie dzwoni. Czwartego dnia głodówki była tak słaba, że traciła zmysły. Sprzątaczka przemyciła jej w kieszeni pomidora. A potem jeszcze przyniosła kubek kawy.

Piątego dnia powieźli ją do aresztu na Grochowie. Dostała celę z młodą Cyganką. Nocą pilnował ich łysy, pijany klawisz.

- Ty sikać nie chodź, ty nie śpij - ostrzegła ją Cyganka. - Zobacz, ja wypiłam, co dał, zasnęłam. Jak zasypiałam, miałam całe rajstopy, a teraz co?

Rajstopy miała rozdarte w kroku. Uda brudne.

- Ty nie śpij.

Więc nie jadła. Nie piła ani nie spała. Gadała z Cyganką cały czas, kiedy tylko łysy miał dyżur.

Po tygodniu musiała się wreszcie umyć. Zastukała w drzwi.

- Do łazienki - poprosiła.

Nie było ręcznika. Ale na pryczy leżało prześcieradło. Zawsze to coś. I tak przecież nie śpi. W łazience był zlewozmywak. Drzwi nie miały zamknięcia. Nawet haczyka. Podparła je nogą, ale nawet kiedy się całkiem rozciągnęła, ledwo dosięgała kranu. Odkręciła. Woda zadudniła o blaszane dno. Zimna.

Nabrała w dłonie.

Przydałoby się mydło, ale i tak nie było najgorzej. Nabrała jeszcze raz i jeszcze. Zmoczyła włosy.

Poczuła, że ktoś napiera na drzwi.

- Otwarte ma być. - To ten łysy.

Krzyknęła. Ale trzymała stopą. Nie wlazł.

Owinęła się prześcieradłem i wybiegła.

Śmiał się obrzydliwie.

Usiadły na pryczy bez prześcieradła, obie. Nic nie jadły. Nic nie piły. Trzymały się, żeby nie zasnąć.

Następnego dnia dostała więzienny drelich, sprany, sztywny, ale czysty. No i przenieśli ją do pięcioosobowej celi z kobietami z recydywy. Nie znała zasad. Nie wiedziała, co wolno powiedzieć, a czego nie. Patrzyły na nią jak wściekłe.

- Dzień dobry - powiedziała - dzień dobry.

I oparła się o łóżko.

Kobieta skoczyła jak szczur. Zęby obnażone, palce w szpon.

- Przepraszam. - Cofnęła się. I tak nauczyła się pierwszej zasady: od własności innych trzymaj się z dala.

Usiadła na podłodze.

Pięć kobiet. Cztery prycze.

Była brudna. Słaba. Śmierdziała jak żul z Dworca Zachodniego. Klawisz przyniósł pięć kromek chleba i pięć połówek kaszanki. Rzuciły się na to i wiedziała, że tutaj można jeść.

Ale jej skurczony żołądek nie dał rady strawić zimnej, tłustej brei. Wypluła, kiedy tylko poczuła, że ją zemdli.

Wieczorem klawisz przyniósł jej siennik.

Potem przywykła.

Dziewczyny jak się dowiedziały, że jest polityczna, pozwoliły jej siedzieć na łóżku. To nie było proste, bo regulamin więzienia zabraniał siadania na pryczach w ciągu dnia. Jedna stała przy wizjerze, żeby zasłonić widok psom, reszta siedziała.

Gadały. Opowiadały jej, jak zachorować na zapaść. Wystarczyło upuścić krwi na łyżeczkę i zostawić na kaloryferze, aż się zepsuje. Zjeść to i już się chorowało na zapaść. Trzy dni w szpitalu. Biała pościel, leżenie, dobre jedzenie. Wszystkie mogły wtedy odetchnąć. Joanna nie spała na podłodze.

Przywykła do kaszanki i chleba ze smalcem. Czasami dostawały na śniadanie tylko pół chleba i kostkę margaryny. Raz w tygodniu ciepłą grochówkę.

Czasem jakieś mięso. To była czterdziesta rocznica powstania milicji i esbecji. Przez głośnik na korytarzu słyszały przemówienie Jaruzelskiego.

- Czterdzieści lat to przecież w historii czas nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka - mówił - a wy byliście zawsze na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski Ludowej funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, milicjanci i wszyscy służący pod tym znakiem musieli toczyć każdego dnia ostrą walkę klasową. Szczycę się tym, że miałem możność służyć z wami i pracować na tej pierwszej linii.

Przywykłaby, ale wiedziała, że tak nie wolno. Że jutro, pojutrze, a może nawet dziś przyjdzie po nią adwokat. Że profesor nie zostawi jej samej sobie. Takie sprawy muszą potrwać. Przecież nie pytali ją jeszcze o nic. Nawet o to, jak się nazywa. Zupełnie o nic. Urzędnicy, nawet komunistyczni, muszą mieć porządek w papierach. Pewnego dnia ktoś się dowie, gdzie ją trzymają, a wtedy wyjdzie.

Któregoś ranka usłyszała, że ją wołają.

- Cicha Joanna! Wychodzisz.

Pożegnała się z kobietami, które przez osiemnaście dni były jej najbliższą rodziną. Najstarsza, ta, która chorowała na zapaść, żeby odpocząć, nawet ją przytuliła.

- Jak będziesz kiedyś na Zamienickiej, to tylko powiedz, że jesteś od Jowity. Wszyscy wiedzą.

Klawisz kazał Asi się przebrać w jej własne rzeczy. Były nieuprane. Śmierdziały stęchlizną. Nie oddali jej dowodu ani osobistych drobiazgów. Uzbrojony strażnik miał wszystko w papierowej kopercie, ale niósł to sam aż do bramy.

Za bramą czekał ten, który nie palił papierosów, z towarzyszem. Tamten miał spodnie o szerokich na dole nogawkach, takie, jakie były modne dziesięć lat temu. Wsadzili ją do Poloneza. W Polonezie, z tyłu, był jeszcze jeden. Młody. Kiedy tylko wsiadła, zarzucił jej worek na głowę.

- Siedź cicho, kurwo, to przeżyjesz.

Ruszyli.

Joanna nie wiedziała, jak długo jechali. Może godzinę, może półtorej. Najpierw asfalt. Potem szuter. Zatrzymali się i gadali z kimś po rosyjsku.

A potem zamknęli ją w tym bunkrze. Bez snu. Z muzyką Biczewskiej.

Rano przyszedł po nią ten od papierosów.

Posadził ją na krześle.

Sam zajął miejsce na krawędzi biurka.

- No co? Jak tam Solidarność? - zadrwił. - Ciągle ci się podoba, towarzyszko Cicha? Wciąż uważasz, że wytrzymasz rok, srając pod siebie? Że zaczniesz spać w takim chlewie? Wiesz, ile czasu trzeba, żeby zalęgły się robaki? A ile zajmie, zanim zachorujesz na szkorbut albo inną cholerę? Fajna była z ciebie dupa miesiąc temu. Czekaj, nie, to jeszcze nie minął miesiąc...

Zeskoczył i obszedł biurko. Usiadł naprzeciw niej, wyjął z szuflady broń, rozłożył na białym płótnie i zaczął czyścić.

- Powiesz, gdzie jest Kowalski, i możesz jechać do domu, czy gdzie tam zechcesz, do tego swojego profesora, do Warszawy, nawet za granicę byś mogła. Do "demokratycznego świata". Chcesz?

- Chcę wiedzieć, gdzie jestem i jakim prawem.

- Huh. - Nawet na nią nie spojrzał.

- Chcę wiedzieć, jakie są zarzuty?

Uśmiechnął się i zaczął składać broń.

- Zarzuty, kurwa, zarzuty... nie ma żadnych. Mówisz, gdzie on jest, i jesteś wolna. Dam ci się też umyć.

- Mam prawo wiedzieć, gdzie jestem.

- Gówno masz prawo wiedzieć. - Wzruszył ramionami.

Usłyszała stukanie.

- Już. Gotowy jest - powiedział głos, którego Joanna nie umiała rozpoznać.

- Dobrze. - Tamten wsunął magazynek, wstał i schował broń za paskiem. - Krzyczał?

- Jęczał tylko. Skamlał jak sobaka... - zarechotał głos. - Jak to powiedzieć... o! Przyciął sobie język, pyskując na władzę ludową. I to przyciął sobie do krwi. Dużo tej krwi. W jasny chuj. Chodź. Czegoś takiego jeszcze nie widziałeś.

- Czekaj tu!

- Siku muszę - zaprotestowała.

- Czekaj, kurwa, zaraz pogadamy.

- Zachciało mu się być głosem narodu, ale już nie zaszczeka - usłyszała jeszcze ten drugi głos i wszystko ucichło.

Siedziała w pustym pomieszczeniu. Drzwi otwarte. To musi być jakaś prowokacja. Nie zostawiliby jej tak samej. Wyjdzie i pobiją. Skrzywdzą. To podpucha. Oni tacy są.

Wytrzymała minutę, może dwie. Podeszła cichutko i wyjrzała przez szparę. Daleko na końcu korytarza stał uzbrojony żołnierz. Może Rosjanin, bo ich mundury są bardziej oliwkowe. A może źle widziała. To jakieś czterdzieści metrów. Stał tyłem.

Wystawiła głowę. W drugą stronę korytarz pusty. Najwyżej powie, że szła do łazienki.

Ruszyła pod ścianą. Trzy kroki do zakrętu, żeby tylko żołnierz się nie obejrzał.

Wpadła prosto na nich. Stali w trójkę tyłem do niej nad czyimś ciałem, paląc papierosy. Ciało było żywe. Człowiek próbował podnieść się na kolana. Uniósł twarz. Była potwornie zakrwawiona. Spojrzała mu w oczy. To były oczy Jerzego. Księdza Jerzego.

- Kurwa, weź ją stąd, pojebie. - Jeden ze stojących powędrował wzrokiem za spojrzeniem księdza.

Joanna nie uciekała. Stała jak sparaliżowana. "Jej" oficer szarpnął ją za ramię.

- Po chuj żeś wychodziła, idiotko, nastąp się.

Popchnął ją, ale ona nie mogła iść, nie chciała, pragnęła powiedzieć coś, cokolwiek, krzyczeć, drapać, pomóc mu. Musi mu pomóc.

Wtedy zobaczyła, że krwawa szmata, która leży na ziemi, to język.

I zemdlała.

Rozdział 48

Teraz

- I mało nie zemdlałam. Najpierw zobaczyłam, że to Kowalski, a potem, że on wyciąga broń - wyrzucała z siebie słowa jak maszyna. - My z Kosińskim wchodzimy.

- Poczekaj na nas, będziemy... za pół godziny - mówił Bielski spokojnie, ale kategorycznie.

- No co ty, kurwa, Kowalski wszedł...

- Wszedł z tą bronią w ręku?

- Nie, schował do kieszeni.

- To znaczy, że nie zacznie strzelać zaraz po wejściu. A ty czekaj...

- Nie, no proszę cię, jesteśmy policjantami i widzimy, że się kroi coś złego. Ruszamy.

- No to przynajmniej graj na czas, nie wyciągaj broni - poprosił. - Ich nie trzeba prowokować. Wyjmiecie, nie macie szans.

- Ty coś wiesz o nich, prawda?

- Wiem, no... wiem. Jak przysłałaś to ich logo, zapytałem, kogo trzeba. Krowbar, firma byłych esbeków. Trzydzieści lat temu jeszcze byli młodzi, zdemoralizowani, bezwzględni, nowa ojczyzna ich nie chciała, ale nie zapominaj, że to była jednak elita. Wyszkoleni, zdyscyplinowani, bezwzględni i mieli papiery, na kogo chcieli.

- Ty mi film jakiś streszczasz?

- Nie. Mówię, co wiem od naszych fachowców. Dowodów nie było, ale podejrzenia, że Krowbar to podatkowa przykrywka, a oni działają do spółki z mafią. Barwicki wozi się z ludźmi z Pruszkowa. Krawczyk na zdjęciach z biskupem takim czy owakim. Owczarczyk zawsze się trzymał w cieniu. Nie ma go na żadnych zdjęciach, na żadnych bankietach. Oni nie brali się za drobiazgi, jak porwania dla okupu, robili przejęcia firm. Ci, którzy się uwłaszczali na PGR-ach czy szwalniach w Łodzi, sprzedawali im swoje udziały za bezcen, chociaż tydzień wcześniej w telewizji mówili o planach przekształceń i rozwoju. Masa, jak kablował o Pruszkowie, to na nich ani słowa nie powiedział. Dziwne, nie? Będziemy w kilku za pół godziny. Przeciągnij sprawę. Proszę cię. Olga... Olga?

Odłożyła telefon i westchnęła.

- Kosa, kurwa, Bielski mówi, że mamy za wszelką cenę nie wyciągać broni.

- No co on pierdoli? - Kosiński sprawdził swój pistolet.

- Mówi, że oni mogą strzelić bez wahania.

- Ci ochroniarze?

- To esbecy z Pruszkowa są.

- No to my też się nie będziemy wahali. Kurwa. On mnie w lesie rozwalić chciał. Ty rozumiesz, jak to jest? Rozumiesz?

- Daj naszym znać, że widzimy człowieka z bronią i wchodzimy, i prosimy o wsparcie.

- A Bielski?

- Zanim tu przyjedzie, minie pół godziny. Wołaj naszych i idziemy.

Przecięli ulicę, a potem wzdłuż płotu z ciężkich piaskowcowych bloków, połączonych drewnianymi tralkami. Pachniały świeżą farbą.

- Tu byłeś w sprawie monitoringu? - Olga odwróciła się do Kosińskiego.

- Nie, no coś ty, skorzystałem z plików, jakie przesłali do nas.

- Jak przesłali?

- No nie wiem, może przez serwer, może kurierem na jakimś nośniku.

- Czyli nie znasz budynku?

Pokręcił głową. Trzymał broń w obu rękach, kciuk z boku, jak na szkoleniach, kolana ugięte, jak kot.

Podeszli do bramy.

Kamera ustawiona tak, żeby widzieć, kto dzwoni, i kawał terenu za plecami, na wypadek gdyby stał tam samochód. Dyskretne logo Krowbaru.

- Co robimy? - Kosiński przestępował z nogi na nogę.

Olga popycha furtkę. Jest niedomknięta. Ale sprężyna trzyma mocno. To znaczy, że Kowalski specjalnie ustawił ją tak, żeby lekko oprzeć na zapadce i pozwolić jej zaskoczyć.

- Wygląda na to, że pan Robert Kowalski zadbał, żebyśmy weszli.

- Wiedział o nas?

- Nie, no skąd, kurwa, ale komuś zostawił otwarte. Musimy być czujni. Ty też nie zamykaj.

- Ale komu? - Kosiński przesunął się za Olgą do ogrodu i przytrzymał furtkę, żeby się nie zatrzasnęła.

- Pewnie Zbigniewowi Kowalskiemu, a komu?

Do budynku było dwadzieścia metrów. Słońce odbijało się w szybach. Szyby czyste. Trawnik przystrzyżony. Nie lubiła takich. Cicho. Gdyby to był film o mafii, słychać byłoby cykady. A tutaj nic, pomyślała, tutaj jest Polska.

Podeszli do drzwi. Ciężkie, czerwone, imitacja drewna, ale tak naprawdę to stalowa płyta. Znała już takie drzwi. Jeśli nie chcą cię wpuścić, nie zrobią tego.

Drzwi były przymknięte, ale nie do końca. Pomiędzy ich rantem a listwą ościeżnicy tkwił długopis.

- Kowalski musiał pomyśleć o tym, żeby sprężyna się nie zatrzasnęła - szepnął Kosiński.

- No to nie zamykaj.

Weszli. Pięć schodków i po lewej drzwi z napisem "Sekretariat".

- Zastukaj. - Mrugnęła do Kosińskiego, a on z bronią w ręku zrobił krok w tył i przymierzył się do kopnięcia w drzwi.

- Kurwa, Kosa - szepnęła - najpierw sprawdź, czy otwarte jest.

Nacisnął klamkę. Otwarte.

Sekretariat był pusty, ale z pokoju po prawej stronie dobiegał szmer rozmowy.

Olga dała znak Kosińskiemu, żeby uważał na jej plecy, i zrobiła kilka kroków, żeby zajrzeć przez niedomknięte drzwi do gabinetu.

Kowalski i facet, którego zdjęcie widziała w witrynie internetowej spółki Krowbar, ten cały Krawczyk, pili kawę pogrążeni w rozmowie.

Zastukała we framugę.

- Jak pani tu weszła? - Krawczyk podniósł na nią wzrok. Ani zaskoczony, ani przyjazny. Zimny.

Oczy węża.

- Podkomisarz Olga Suszczyńska - powiedziała Serbia, wyjmując blachę. - Chcielibyśmy porozmawiać z kimś z kierownictwa spółki.

Kątem oka zobaczyła, że Kowalski się czerwieni.

- Krawczyk - przedstawił się tamten - Janusz Krawczyk. Jestem współwłaścicielem tego przedsiębiorstwa.

Rozparł się w fotelu.

Pewny siebie. Jeśli nawet był zaskoczony, choćby przez chwilę, potrafił nad tym zapanować.

- Jak pani tu weszła?

- Otwarte było. - Olga wzruszyła ramionami. - Może trzeba naoliwić drzwi?

- Rysiu? - Spojrzał na Kowalskiego. - To twoja sprawka?

Kowalski zaczerwienił się jeszcze mocniej.

- Robert - powiedział cicho.

- Oj, żarcik taki, nie gniewaj się. Ale nie zamknąłeś... - Pokiwał głową. Wstał, podszedł do Olgi i popatrzył na blachę, a potem spojrzał jej w oczy. Jakby chciał wyczytać, po co przyszła. Nie była w stanie wytrzymać tego spojrzenia.

- Czego pani sobie życzy? - Nie cofał się. Trzymał twarz o dwadzieścia centymetrów od jej nosa. Musiał to robić już wiele razy. Nie drgnął mu ani jeden mięsień twarzy.

- No my... ja... mamy kilka pytań w sprawie o zabójstwo - oznajmiła.

Nie było powodu, żeby milczeć.

- Macie jakieś kwity?

- Nie, to tylko rozpytanie. Szukamy śladów.

- Znaczy nie jestem o nic podejrzany?

Pokręciła głową.

- To po co broń? - Rozłożył ręce. - Jesteśmy przecież pośród przyjaciół...

Kosiński się zawahał, spojrzał na Olgę. Pokiwała głową. Schował broń.

Ona uczyniła to samo. Nie miała powodów, żeby tego nie zrobić. Przeczucia tylko, przeczucia.

- No - uśmiechnął się Krawczyk - herbata czy kawa? Mamy tu świetny ekspres, ale nie mam mleka.

- Kawa - wyrwał się Kosiński.

- Dla mnie też - zgodziła się Olga.

- A ty? Rysiu?

Kowalski pokręcił głową. Nie chciał niczego.

Krawczyk westchnął, odwrócił się, żeby wrócić na swoje miejsce, a wtedy Olga rzuciła okiem na Kowalskiego. Kandydat na prezydenta pokręcił lekko głową. Zrozumiała. Nie znają się. Skinęła w odpowiedzi.

Krawczyk wcisnął klawisz w urządzeniu, które musiało być interkomem.

- Antoni?

- Jestem, szefie. - Głos był czysty i klarowny. Żadnych trzasków.

- Mam niespodziewanych gości. Zobacz, co tam z drzwiami, sprężyna się poluzowała czy coś, a potem daj mi tu dwa razy podwójne espresso z odrobiną tego sosu do kawy, który tak lubię. Wiesz, niebieska puszka.

Podniósł wzrok na Olgę i Kosińskiego.

- Wspaniałe robią teraz dodatki do kawy, szkoda, że ten wirus zablokuje kawiarnianą kulturę, ale tutaj zawsze możecie liczyć na najlepsze ziarna. A propos, znacie się z moim gościem?

- Z telewizji - rzuciła Olga. - Życzę powodzenia w wyborach.

- Dziękuję pani. - Kowalski lekko się uśmiechnął. - Nie wiadomo, czy wybory w ogóle się odbędą.

Był bardzo blady. Ciekawe, czy wciąż śpi w hotelu poselskim, czy wrócił do domu.

- Oj, Rysiu, Rysiu... - Krawczyk pokręcił głową.

- Nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz.

- Oj tam... wszystkie Ryśki to fajne chłopaki... he, he. Pewnie się dziwicie, co kandydat na prezydenta robi w skromnym biurze firmy ochroniarskiej. - Krawczyk splótł dłonie i położył je na biurku. - Otóż powiem pani, że się znamy doskonale z dawnych lat. Z czasów walki z komuną, że tak powiem.

- Tak, hm... - Kowalski chrząknął. - Janusz działał w tamtych czasach w Solidarności, w Hucie Warszawa. Kiedy jeździliśmy tam z księdzem Jerzym Popiełuszką, to był jednym z organizatorów tych mszy... potem... potem się spotkaliśmy parę razy na nabożeństwie za ojczyznę. No i wtedy się zaczęło jego zainteresowanie ochroną.

- Oj tam, oj tam. - Krawczyk machnął tylko ręką. - Jak ksiądz Jerzy potrzebował ochrony, na początku nikt w to tak naprawdę nie wierzył, to mu poradziłem te kraty w mieszkaniu. No i jak trzeba było tam spać czasami, to spałem.

- Ciekawe - stwierdziła Olga. - Bardzo ciekawe, jaki ten świat mały, prawda?

- Co pani ma na myśli? - Krawczyk podniósł wzrok.

- Nie, no nic, przepraszam - odparła. - Zapomniałam, że wszyscy byli przecież w Solidarności.

- No tak, tak. - Kowalski się ożywił. - Dokładnie. Człowiek zapomina, że ma wszędzie przyjaciół. A teraz... teraz zrobili sporą wpłatę na mój komitet wyborczy. W sumie prawie sto tysięcy.

Nie wiedziała, dlaczego to mówi. Chce jej powiedzieć coś ważnego? Przeciąża całe spotkanie, zanim przyjedzie jego brat i natknie się na te pancerne drzwi do budynku? Tłumaczy się z czegoś?

- Oj tam, to taka przyjacielska pomoc. - Krawczyk machnął dłonią. - Prawo w tym kraju faworyzuje partyjnych kandydatów, wiedziała pani o tym? Kosiniak ma ze trzy miliony, Duda piętnaście, kandydaci bezpartyjni są dyskryminowani, partie mogą wpłacać na komitety, ile zechcą, a obywatele tylko do trzydziestu dziewięciu tysięcy złotych. Jeśli nie ma wpłat, kandydat musi zaciągnąć kredyt. No to my pomagamy, jak możemy. Ludzie Solidarności, tej prawdziwej, z lat osiemdziesiątych, muszą się nawzajem wspierać.

- No... a jest górny limit? - Olga postanowiła grać na czas. Ile jeszcze potrzebuje Bielski? A brat Kowalskiego? W jakim charakterze tu będzie? A Robertowi Kowalskiemu po co była broń?

- W tym roku po przelicznikach to jakieś dziewiętnaście i pół miliona. No ale nie po to pani przyjechała, prawda? Co panią sprowadza?

- Chciałabym zobaczyć sprzęt, na którym rejestrujecie nagrania monitoringu swoich klientów, konkretnie ten adres. - Wyjęła notes, zapisała na kartce adres Siwego, wydarła ją i podała Krawczykowi.

- Nie kojarzę - mruknął, przeczytawszy ulicę i numer domu. Kłamał. Każdy esbek znał tę ulicę. - Ale zaraz zapytamy Antoniego. Proszę, siadajcie.

Wskazał im fotele pod ścianą.

Antoni, wysoki, smagły, pewnie lubił się opalać w solarium, garnitur nieco zbyt obcisły, więc Olga zauważyła, że ma broń. Tacę niósł pewnie i nie wylał ani kropli. Kawa nie była w porcelanowych filiżankach, ale w grubych kubeczkach z charakterystycznym niebieskim wzorem. Skądś go znała.

- Co z drzwiami?

- Już w porządku. Działają - zapewnił Antoni.

Kurwa, pomyślała, Bielski nie będzie mógł ich zaskoczyć.

Mężczyzna podał kawę najpierw Oldze, a potem Kosińskiemu.

- Podobają się pani kubeczki? - Krawczyk się uśmiechnął. - Bunzlau, po polsku Bolesławiec. Są w świetnym guście. Antoni, sprawdź, co mamy o tym adresie. Z jakiego czasu panią to interesuje?

- Z soboty. - Olga siorbnęła kawę z poczuciem winy, że nie powinna tego robić dziecku. - Z ostatniej soboty.

- Okej. - Mężczyzna wziął kartkę. - Co panią interesuje?

- Chciałabym zobaczyć oryginalne nagranie.

- Czy coś się tam stało?

- Tak. - Upiła znowu mały łyk. - Morderstwo.

- Auć. - Krawczyk się skrzywił. - Co za podła sprawa. Ale w takich przypadkach, czy ktoś od was nie wystąpił już o nagrania? Co się dzieje z tą policją?

- Wystąpił, ale jest pewien problem.

- Jaki problem? - Wyraźnie się zainteresował.

- Nie jestem upoważniona. - Postanowiła nie mówić niczego więcej. "Nie ufaj nikomu", usłyszała w głowie głos Siwego.

- No dobrze, poczekamy. - Krawczyk uśmiechnął się lekko. - Zaraz wszystko powinno się wyjaśnić. A zanim przyszliście, zanim żeście do nas dołączyli, rozmawialiśmy z Robertem o księdzu Jerzym. Bo nie wiem, czy policję to interesuje, ale być może będzie świętym, a my mieliśmy honor go znać blisko i być z nim na "ty".

- O... to ciekawe. A o czym panowie rozmawiali?

- O tym, jak opowiadał kiedyś, że miał siedem, może osiem lat, rzeźbił w szkole kasztanowe ludziki - ożywił się Kowalski. - Wtedy było w szkole zetpete, zajęcia techniczne i trzeba było stworzyć takie rzeczy z listewek czy papieru, albo z kasztanów. I on robił otwór w kasztanie, gwóźdź przebił mu dłoń w samym środku. Powiedział do nas "Miałem wtedy taką ranę jak Chrystus".

- No i miał - potwierdził Krawczyk. - Miał bliznę po tym gwoździu. To jakby zapowiedź jego bolesnej męki. Niesamowite, prawda? Teraz, jak ma być świętym, pewnie napiszą o tym w "Super Expressie".

Olga pomyślała, że to dziwne słowa. Ta drwina. Ale w ustach zrobiło jej się nagle sucho. Chciała dokończyć kawę, ale zemdliło ją i poczuła, że nie ma siły podnieść filiżanki. Spojrzała na Kosińskiego, który najzwyczajniej w świecie osunął się na oparcie fotela. Stracił przytomność? Zasłabł? Kubeczek wypadł jej z ręki.

Bum! - stuknął w podłogę.

- O! Widzi pani, filiżanka by tego nie przetrwała, a ceramika z Bolesławca wychodzi bez szwanku.

Chciała podnieść rękę, sięgnąć po telefon. Nie miała siły.

- Proszę się nie kłopotać bronią. Nasz dodatek do kawy paraliżuje mięśnie, ale nie będzie bolało.

- Co ty, kurwa! - Kowalski zerwał się z miejsca.

- Siad, Rysiu! - warknął Krawczyk na niego jak na psa.

Robert włożył rękę do kieszeni, ale Krawczyk był szybszy.

- Waruj, chuju! Przez ciebie tu przyleźli, pewnie cię śledzą, debilu jeden.

Miał w ręku broń.

Olga nie mogła poznać, co to jest, ale chyba Beretta. Mała, ale z bliska celna. Potem poczuła się jeszcze gorzej i zaczęła wymiotować na podłogę.

- Antoni! - krzyknął Krawczyk. - Antoni!

Tamten musiał wejść do biura, ale nie miała siły podnieść głowy, żeby na niego spojrzeć.

- Antoni, dzwoń. Niech chłopaki szykują sprzątanie.

Zobaczyła, jak podchodzi do Kowalskiego i wyciąga mu z kieszeni pistolet.

- Co ty, kurwa? Myślałeś, że nie wiem, po coś przyszedł? Twój braciszek gangster ci za dużo opowiedział? Myślałeś, że nie wiemy, że pytał, kto chciał pozamiatać po tej kurwie i jej przydupasie? - Wskazał brodą Olgę i Kosińskiego. - Oni mieli swoją szansę. Dostali ostrzeżenie. Chujek dostał nawet dwa, co nie...

Serbia chciała spojrzeć na Kosińskiego, ale nie była w stanie odwrócić głowy.

- Mogli żyć, a tak zginą w wypadku za jakieś pół godziny. My dobrze chronimy, ale i dobrze sprzątamy. Nie będzie śladu. Znikną, kurwa, w jakiejś gliniance i ryby będą miały używanie, jeśli jeszcze tam jakieś żyją ryby.

Olga poczuła, że zaraz zemdleje. Zwymiotowała jeszcze raz. Tym razem na fotel. Nie miała siły nawet krzyknąć. Słyszała i widziała wszystko, ale nie miała siły na żaden ruch.

- Co ze mną? - zapytał Kowalski.

- Ty jesteś debilem. Naraziłeś wielu ludzi na straty. Wkurwią się. I dlaczego? Z powodu dziwki, o której nie umiałeś zapomnieć.

- Nie była dziwką - powiedział cicho Kowalski.

- Teścia zapytaj. - Krawczyk się zaśmiał.

Olga zobaczyła, jak Kowalski skacze na Krawczyka. I jak Krawczyk strzela. Chciała się poderwać, ale osunęła się tylko na oparcie fotela i teraz widziała już jedynie okno. Miała otwarte oczy i choć starała się z całej siły, nie mogła ich zamknąć.

Rozdział 49

1984

Nie mogła zamknąć oczu. Nasłuchiwała. Czekała na kroki w ciemności. Kiedyś bałaby się tych kroków, nieważne, czy to było człapanie starszego, tego, który tylko międli papierosa w gębie i nigdy go nie zapala, czy szuranie nogami tego młodego, lepszego. Kroki znaczyły, że ten, który przyjdzie, zrobi jej krzywdę. Czasami taką zwyczajną, że dostanie po twarzy. Albo wyleje herbatę na spodnie.

Ubraniu już wszystko jedno, ale wrzątku żal. A on wie, że nie piła już dawno i że za ten łyk, może nie taki gorący, ale za tę herbatę, gdyby ją zostawił na tym stole blaszanym, oddałaby wiele.

Innym razem kroki znaczyły, że będzie musiała siedzieć na golasa, a ktoś będzie patrzył na jej brudne nagie ciało, a ona poczuje wstyd najpierw w związku z tą nagością, a potem już tylko z brudem, obwisłymi, wychudłymi piersiami, pomarszczoną skórą na brzuchu, szczeciną na nogach. Drżeniem rąk. Tymi kolanami obitymi jak jabłka. Nawet obgryzionymi paznokciami.

Ten od papierosa nic nie robił. Patrzył tylko.

Ten, który szurał nogami, mówił, że najpierw da jej się umyć, a potem będzie musiała coś napisać. Jeśli nie napisze, to nie pozwoli jej się ogarnąć.

- Zrób to - mówił - i dostaniesz, co potrzeba, i może coś się poradzi. Polopirynę albo tabletkę z krzyżykiem.

Na początku nie chciała pisać. Pamiętała, jakie są zasady. Czego ją uczył Robert. Niczego nie podpisuj, żadnych zobowiązań, żadnych protokołów, nic. Będą cię potem szantażować. Będą zmuszać do kablowania. Do zdrady. Musisz wytrzymać.

Muszę wytrzymać, myślała. Muszę wytrzymać, wszystko przecież ma swój koniec. Każda książka, każda burza i każdy kawałek chleba, choćby go tylko ssać, nawet nie gryźć, też ma kiedyś koniec.

Złamała się, kiedy ten od papierosów, jak już zapuścił sobie wąsy, przyszedł ją zgwałcić.

Powiedział, że musi się umyć, bo ktoś do niej przyjedzie. Adwokat? No pewnie, że adwokat, a kto by inny miał przyjechać?

Stał nad nią i patrzył, jak się pochyla nad obitą, dużą białą miednicą, chyba wiadro wody tam weszło. Woda zimna, ale nie szkodzi. Odwróciła się do niego tyłem, kiedy usiadła w tej wodzie, rozchlapując dookoła.

Potem dał jej czystą koszulę. Bluzę. Takie bluzy to chyba nosi wojsko. Długi rękaw. Jakby dres, zielona. Ale nie pozwolił jej nałożyć.

- To potem - powiedział. - Teraz cię wyrucham. Jeśli się będziesz rzucać, będzie bolało. Będzie, kurwa, naprawdę bolało. A jak będziesz posłuszna, to nie poczujesz bólu i dostaniesz nawet czyste majtki.

Nie chciała, żeby Jezus z tego krzyżyka, który otrzymała od Roberta, musiał na to patrzeć. Kiedy milicjant odwrócił ją przodem do ściany i kazał rozstawić stopy, zerwała go szybko. Połknęła go razem z łańcuszkiem.

Potem miała go w sobie i jego ręce na plecach.

Dalej nie pamiętała. Ale kiedy odzyskała przytomność, leżała wciąż na podłodze i czuła na sobie ciężar mężczyzny. Z tego wszystkiego miała pogryzione palce. Było jej wstyd. Bardzo wstyd.

Wyszedł i znowu mogła się opłukać. Ale woda była tak brudna, że to, co chciała zmyć, nie dało się odkleić.

Już od kilku dni czuła, że nie wyjdzie z tego żywa. Odkąd widziała na podłodze, w kurzu, język księdza Jerzego i jego zakrwawioną twarz.

Po czymś takim wiesz, że nie wyjdziesz z tego z życiem. Nie ma szans. Przemyka pobili na śmierć. Ją pewnie na śmierć zgwałcą.

Ale nie.

Ten od papierosów przestał się pojawiać.

Zniknął. Teraz przychodził tylko ten młodszy. Powiedział jej, że jeśli będzie pisała listy, będzie miała światło, wodę i chleb. I raz dziennie zupę.

- Co mam napisać? Ja żadnego zobowiązania do współpracy nie napiszę.

- Nie. Żadnych dokumentów, panno Joanno.

Tak do niej mówił. Panno Joanno. Nie "kurwo". Panno. A ona nie była już panną. Po tym, co jej zrobił ten drugi, starszy, już nie była ani panną, ani człowiekiem. Była trupem.

- Co mam napisać?

- Listy do Kowalskiego. Wyślemy mu je na adres matki.

- Co mam napisać?

- Co pani chce. Że pani tęskni. Że jej go brak. Żeby przyjechał po nią i zabrał z tego świata. Żadnych szczegółów. Nie może pani napisać, jak to się stało, że pani tu jest. Ani gdzie pani jest. Na końcu pani napisze, że się zakochała i że pani już nie wraca do Polski.

- Nie rozumiem.

- Wywieziemy panią, panno Joanno. Przecież pani sama rozumie, że nie może tu pani pozostać.

- Dokąd? Na Sybir?

- Oj tam, od razu na Sybir. No nie. Są dobre miejsca na świecie. Przerzucimy panią do Berlina Zachodniego, a dalej dokąd pani zechce.

- Naprawdę?

- Innego sposobu nie ma.

- Ale... - Uczepiła się myśli, że wyjdzie z tego żywa, ale oni kłamią, oni zawsze kłamią. - Ale przecież wtedy powiem, że widziałam księdza... że widziałam...

- Jakiego księdza?

- Księdza Jerzego, jego język...

- A nie... - przerwał tamten. - To niemożliwe. Kiedy pani widziała?

- Nie wiem. Wczoraj? Dwa dni temu? Mnie tu nie gaszą światła, nie mam zegarka. Ale ja wiem, na co patrzyłam...

- Oj tam, oj tam, tu dwa dni temu pobili się recydywiści i jeden drugiemu język przegryzł. No i tego pani była świadkiem. On już w szpitalu, pozszywany. Wszystko dobrze z nim, ale mi go nie szkoda. Małych chłopców za chuje łapał. Zboczeńców nie lubią w więzieniu. Ale to nie był żaden ksiądz.

- Był. Ja Jerzego znam.

- Nie - zaprzeczył tamten twardo. - Niech sobie pani to dobrze zapamięta.

- A po co ja mam pisać do Roberta?

- Żeby obniżyć jego morale. To niewielka cena za wolność, prawda?

Pokiwała głową.

Co oni knują, Boże, co oni knują?

- No ale jak?

- Najpierw kilka serdecznych, a potem takie, że ma pani nowego narzeczonego. To Kowalskiemu, bandycie Kowalskiemu, nie zrobi dobrze.

Może nie kłamią? Boże, może ja stąd wyjdę żywa...

Nie, nie wyjdziesz. Nie wyjdziesz - powiedziała sobie - ale może Robertowi prześlesz wiadomość. Tyle warto zrobić.

- Dobrze, napiszę... A... a jakbym ja stamtąd do niego zadzwoniła?

- A! Jednak wie pani, panno Joanno, gdzie się on ukrywa?

- Nie. Nie wiem. Do jego matki bym zadzwoniła przecież.

- Oj tam, do matki. Telefon matki jest na podsłuchu, jak dzwoni z zagranicy, to odcinamy połączenie. I listu pani nie napisze, cała korespondencja do Kowalskich jest pod kontrolą. No - spojrzał na zegarek - ja nie mam czasu. Drugi raz nie powtórzę tej oferty. Pisze pani i wywożę panią do Berlina. A jeśli nie, to Feliks przejmie pani sprawę.

- Jaki Feliks?

- Pani wie. On rzucił palenie, ale lubi papierosy w ustach trzymać.

- Napiszę.

- Świetnie. Jutro to trzeba zrobić. Tu, po tym wypadku ze zboczeńcem, będzie kontrola i muszę panią szybko stąd zabrać.

Następnego dnia była gotowa. Przypomniała sobie wszystko, co Robert opowiadał jej o więzieniu. O tym, jak się przesyła tajne wiadomości. O szyfrach. Ale jak to napisać, żeby Robert zrozumiał? To musi być coś, co oboje znają. Opowiadania o Sherlocku Holmesie. Uczyła się angielskiego z tej książki.

Facet, który przyszedł z tymi kartkami, był kimś nowym. Robił wrażenie smutnego i starał się być rzeczowy.

Przyniósł kilkanaście pocztówek. Piękne, amerykańskie. Nowy Jork. Chicago. Most Brookliński, Metropolitan, wszystkie miejsca, które znała tylko z książek. Z filmów.

- Ależ ładne - powiedziała.

- Nie było łatwo je zdobyć - mruknął. - Proszę docenić wysiłek.

- Wie pan, dlaczego muszę je napisać?

- Żeby można było osłabić morale Roberta Kowalskiego i wywieźć panią stąd w bezpieczne miejsce. Dla pani bezpieczne.

- Nieprawda. - Pokręciła głową. - To mordercy są. Wie pan?

Milczał.

Nie znała go, ale musiała zaryzykować. Musiała. Opowiedziała mu o Popiełuszce. I o tym, że jej wmawiają, że to był jakiś recydywista, że się pobili. To nieprawda. Ona wie, co widziała.

- Znała pani Popiełuszkę? On nie żyje. Jego zwłoki wyciągnęli dwa dni temu na tamie we Włocławku...

Zakręciło jej się w głowie. Zrozumiała już, że żywej jej nie puszczą.

- Znała go pani? - powtórzył tamten.

- Znałam. Przyjaźń to może za dużo powiedziane, ale byłam u niego na urodzinach. Na imieninach. Nie wiem... - Zakręciło jej się w głowie. - Zabili go. Jestem pewna, że to oni. Mnie stąd żywej nie wywiozą. Pan to rozumie.

Zobaczyła, że facet zrobił się blady. Nie mówił nic. Zagryzał wargi.

- Musi pani napisać te kartki.

- Co mam pisać? Byle co, czy... czy może być w jakiś...

- Chce pani wiadomość przesłać? Robertowi?

Skinęła głową.

- Ale jak?

- "Ranek był mglisty i pochmurny, nad dachami domów zawisła szarobura zasłona jakby odbicie brudnych ulic w dole" - wyrecytowała. - Potrzebuję książki. Anglojęzyczne wydanie Sherlocka Holmesa. Nie wszystko pamiętam. Ale uczyliśmy się z niej angielskiego.

- Skąd wziąć tę książkę?

- Jest w czytelni uniwersyteckiej.

- W Warszawie?

Skinęła głową.

Tamten milczał.

- Zostawiam pani kartki. Jutro przywiozę tę książkę, jeśli jeszcze tam jest. Jutro muszę też mieć wszystkie kartki z powrotem. Rozumie pani? To musi być naprawdę dobrze zrobione. Jeśli takie nie będzie...

- Wyłowią nas z tej tamy?

- Tak.

- Ale pan jest z nimi przecież.

- Tak. Jestem z nimi. Ale nie jestem taki jak oni.

Wyciągnął legitymację.

- Jan Doliński - przeczytała. - Porucznik.

Następnego dnia przywiózł jej książkę. To był ten sam egzemplarz, nad którym siadywała z Robertem. Kiedy ją wąchała, wydawało jej się, że czuje zapach ukochanego, ale to nie mogła być prawda. To nie mogła być prawda. To tylko był kurz. Wszystkie biblioteki pachną kurzem i wilgocią.

Wypisała kilkanaście kartek. Przemyślane szyfry. Doliński był pod wrażeniem.

- Co teraz?

- Może pani napisać jeszcze jedną i napisać prawdę. Nie wyślę jej, ale może kiedyś... może kiedyś, kiedy Kowalskiego spotkam...

- Nie pokaże pan im tej kartki?

- Ta jest inna. Polska.

Podał jej. To był pomnik Nike. Warszawa. Ciekawe, jak tam teraz jest, w Warszawie. Czy pada deszcz?

Kiedy wychodził, popatrzył na nią tak, że zrozumiała, że już nigdy się nie spotkają. Nie płakała. Tylko w kinie płacze się podczas takich pożegnań.

- Wywiozą panią - powiedział. - Po śmierci Popiełuszki ten kraj oszalał. Nie zrobią pani krzywdy. Niech się pani nie martwi.

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się, ale tak, żeby nie widział zębów. Nie myła ich od nie wiadomo kiedy. - Dziękuję. Nie myślałam, że ktoś jeszcze będzie dla mnie w życiu dobry.

Przytulił ją. To było takie niespodziewane. Takie niezwykłe. Zesztywniała momentalnie, ale po chwili otworzyła się, rozluźniła. Wtedy zapłakała. Cichutko.

Uścisnął ją i wciągnął nosem wilgoć. Zastukał w drzwi.

- Wie pani, kto panią tu wpakował? - zapytał jeszcze przez ramię.

- To nie był przypadek, że mnie złapali?

Pokręcił głową.

- W życiu nie ma przypadków. Niech pani nikomu nie ufa. Zwłaszcza profesorom.

- A pan?! - rzuciła jeszcze.

- Janek. - Wciągnął wilgoć nosem jeszcze raz. - Jestem Janek.

Potem znowu nie miała światła. Ale miała tę książkę. Zostawił jej. Kiedy młody przychodził, chowała ją pod dresem.

- Niech się pani nie martwi - pocieszał ją młody - to już długo nie potrwa.

Nie wierzyła, ale w końcu jednak przyszedł, przyniósł jej sweter, majtki, męskie, ale była mu i tak wdzięczna. I czyste spodnie. Trzymał ją, kiedy szli po schodach. Nie dał jej patrzeć na tamte straszne drzwi. Tam nie patrz, powiedział, ale ona wiedziała już, że tam nie wolno spojrzeć, nie wolno za żadne skarby świata. Ile tych stopni? Nie pamiętała. A potem o mało nie zemdlała, bo kiedy tylko wyszli na zewnątrz, wszystkie zapachy odurzyły ją naraz: noc, ziemia, kwiaty, drzewa, zwierzęta. Najbardziej noc. Ptaki się płoszyły, kiedy szli, właściwie kiedy ją ciągnął, bo nie miała siły. Samochód jakiś ciasny, dał jej się napić wódki.

- Dobrze robi - powiedział. - Wódka zawsze dobrze robi.

Zaciskała zęby, żeby nie rzygać. Żołądek palił. Jechali chyba po ciemku, nie umiała sobie przypomnieć, a potem już zwyczajnie, drogą, a droga pusta. Żadnego innego samochodu.

- Niech się pani nie martwi, nie martw się, niech się martwi martwią - powtarzał jej. - Uciekliśmy, i to najważniejsze.

Kiedy wysiadła, okazało się, że to jest las.

Stał tam drugi samochód. Oparty o maskę mężczyzna ssał niezapalonego papierosa. Drugi, łysy, sikał pod drzewem.

Chciała uciec, ale kopali ją po nogach. Potem zaciągnęli do jakiegoś bunkra. Znowu bunkier. Ale ten tutaj opuszczony. Śmierdział zwierzętami, zgniłymi liśćmi. Stęchlizną. Lasem. Jesienią. Strachem.

Nie, to nie bunkier. To jej strach.

Zrzucili ją przez otwór w podłodze na stertę szmat. Nie złamała sobie niczego, ale książka, którą miała pod swetrem, wypadła.

- Zobacz, kurwa, co ona tam ma?

- No ale jak mam zejść?

Zobaczyła, jak ciemność nad jej głową rozstrzeliwują smugi światła latarek. Potem opuścili drabinkę.

Jeden wziął ją na bok, drugi podniósł książkę.

- Adventures of Sherlock Holmes... Skąd to masz? - Podszedł do niej. - Skąd to masz, kurwo?

Opluła go. Miała siłę. Miała mnóstwo siły. Nie wiedzieli o książce. To znaczy, że ten Doliński, Janek, on ją uratuje. Nie był taki jak oni. Ale nie może im nic powiedzieć.

- Kurwa! - Starszy walnął książką o ścianę. - Coś śmierdzi z tą książką! Nie powinna tego mieć.

- Oj tam, oj tam - młodszy był wyraźnie zniecierpliwiony - rozwalamy ją?

- A po chuj? - zapytał łysy.

- Żeby nie spierdoliła.

- Nie spierdoli - stwierdził łysy. - Taka święta panna powinna umierać jak Jezus.

- Co ty gadasz?

Łysy poświecił po rogach pomieszczenia, w którym stali. Przeszedł przez drzwi.

- Dawajcie ją! - krzyknął. - Na krzesło.

Posadzili Joannę, a potem łysy kazał im trzymać ją za ręce, wyciągnął z kieszeni młotek i długie srebrne gwoździe. Starannie to sobie wszystko przemyślał. Przybił dziewczynie dłonie do blatu. Długo to trwało. Młotek był mały. Trudno trafić, gdy sobie człowiek świeci latarką. Potem poświecił na nią.

- No to się teraz módl, męczennico. Może Jezus przyjdzie i cię ocali.

Nawet nie czuła bólu. To chyba szok. Musi przetrzymać. Oni nie wiedzą. Nie wiedzą. Ten Janek ją uratuje. Wytrzyma.

Usłyszała, jak wciągają drabinkę i nastała ciemność. Przez jakiś czas czuła jeszcze swąd spalenizny. A potem nic.

Napięła mięśnie dłoni. Stół był stary, deska zbutwiała albo może wyschła na wiór, a może facet trafił w jakiś sęk? Poczuła, że gwóźdź się rusza. Ile godzin trwało, zanim go wyjęła? Może jedna? A może sześć? Miała gwóźdź i miała czas. Co prawda coraz mniej tego czasu, bo częściej zasypiała, aż wreszcie mogła odpocząć. Ale musiała zostawić jeszcze jedną wiadomość. Jeszcze tylko jedną dla swojego ukochanego. "Robert Kowalski to mój jedyny i tylko jego kocham", chciała napisać, ale nie wystarczyło jej siły.

Epilog

Teraz

Nie wystarczyło jej siły, żeby unieść głowę, więc tylko kątem oka widziała, jak Robert Kowalski - kandydat na prezydenta najjaśniejszej Rzeczpospolitej, jedenaście procent na początku kampanii, ale po zadziwiających voltach Kidawy-Błońskiej już osiemnaście - osuwa się na kolana, a na jego twarzy nie maluje się już złość, która wykrzywiała mu rysy, tylko bezbrzeżne zdziwienie, że krew jest czerwona, gęsta i lepi się do palców.

Krawczyk podszedł do niego i sięgnął do kieszeni jego marynarki.

- Sądziłeś, że nie zorientowałem się, że masz gnata w kieszeni? Oj, Rysiu, Rysiu. Ty uważasz, że tylko twój brat wie, o co pytać na mieście? Proszę cię. Takie sprawy to my mieliśmy w małym palcu, jak on jeszcze w rękaw smarkał i myślał, że dupę to można mieć jedną na całe życie.

Wyprostował się.

- Czekaliśmy na ciebie ze Stefanem i wierz mi, byliśmy gotowi. Monitoring pokazał, jak się tutaj zakradasz z bronią w ręce, no i teraz nie wiem zupełnie, co z tym zrobić. Są dwa rozwiązania. Pierwsze jest takie, że cię nie rozpoznałem i strzeliłem, bo zobaczyłem, że do mojego biura wkracza nagle człowiek z bronią, krzyczy coś, jest taki wzburzony...

- Nie krzyczałem - wysapał Kowalski. Podparł się jedną dłonią na podłodze i spróbował wstać. Rana mocno krwawiła.

- Oj tam, Rysiu, krzyczałeś. Antoni słyszał cię aż z pierwszego piętra. Strzeliłem raz i drugi, i proszę. Trup. Drugie rozwiązanie jest takie, że zanim dostałeś w brzuch, strzeliłeś do moich gości. Przyszli za tobą, nie wiem w jakiej sprawie cię ścigali, weszli, a ty buch, buch, jakby cię zły opętał. No i mamy trzy trupy.

Cztery, pomyślała Olga, cztery. Przepraszam cię, moje dziecko, któremu nie dałam jeszcze imienia, które nawet nie wiesz, że masz fajnego tatę, chociaż rzadko był obecny. I że mieszkałobyś w dobrym miejscu. To dobry kraj. Ludzie niezbyt mądrzy, łatwo się dają ogłupić, mało czytają, ale ty byś, ty byś... Znów zwymiotowała.

- Och... - Krawczyk pokręcił głową z dezaprobatą. - I co pani narobiła? Oczywiście żartowałem tylko z tym, że Rysiu, pan Kowalski, do was strzelił. Nie mógł do was strzelić, bo wtedy autopsja wykazałaby zatrucie kumaryną i to postawiłoby całą policję w obliczu kryzysu zaufania. Nie, do tego nie możemy dopuścić. Wy naprawdę popływacie sobie w gliniance. Nie będziecie jedyni, którzy tam się zagubili, chociaż już dawno nie była nam potrzebna. Antoni się wami zajmie. A ja poczekam, aż pan Kowalski się tu wykrwawi na amen.

Uklęknął przed fotelem, na którym Olga półsiedziała, a półleżała, z trudem łapiąc oddech. Pochylił głowę tak, żeby patrzeć jej w oczy, i pogłaskał kobietę po włosach.

- Wie pani, jest mi naprawdę przykro, że tak się stało. Ja zawsze byłem przeciwny rozlewowi krwi. Niestety, nie zawsze można tego uniknąć. Dostała pani ostrzeżenie i trzeba było wyciągnąć wnioski.

Poklepał ją lekko po policzku i wstał.

- Antoni! Antoni! Gdzież jest ten chłopak?

Antoni przyszedł ubrany w plastikowy kombinezon, identyczny, jakich używają medycy w szpitalach zakaźnych. W ręku trzymał torbę.

- No widzisz - ucieszył się Krawczyk - nie ma lepszego przebrania na czasy epidemii. Worek masz? Podjechałeś pod drzwi?

Antoni skinął głową i wyjął z torby czarny worek na zwłoki, rozciągając go na podłodze.

- Co chcecie zrobić? - wycharczał Kowalski. Był bardzo blady. Nie udało mu się podnieść. Wciąż tkwił na kolanach podparty jedną ręką. Drugą próbował tamować krwawienie.

- Pakujemy ich do sanitarki, Rysiu. Nikt teraz nie będzie kontrolował sanitarki wiozącej zwłoki do spalarni. Oczywiście nie spalimy ich, bo potrzebne byłyby papiery, tyle z tym zachodu. Wypierdolimy ich do wody. No... bierz go za nogi.

Kosiński był kompletnie bezwładny, czerwony na twarzy, oczy wywalone białkami do góry, i Olga zrozumiała, że pewnie wychlał tego świństwa więcej niż ona.

Wsadzili go do worka i zaciągnęli zamek. Potem Antoni zarzucił sobie ciężar na plecy i wyszedł.

Krawczyk zbliżył się do Kowalskiego.

- No chodź, Rysiu, wstawaj. - Chwycił go pod ramię i pociągnął w górę. - Nie wypada, żeby taka osobistość zdechła na kolanach. Wstajemy z kolan, panie Kowalski, wstajemy z kolan.

- Mój brat... - wychrypiał Kowalski.

- Twój brat jest teraz zajęty. Zdaje się, że Feliks mu podpalił dom. Oj, co za pożar. A straż pożarna ostrzegała, żeby nie magazynować łatwopalnych substancji w garażu. No... miejmy nadzieję, że wszystko tam, u nich, będzie dobrze, bo chyba on całą rodzinę ściągnął do siebie na czas pandemii. A to przecież duża rodzina, sam wiesz...

- Ale...

Krawczyk dotaszczył go do krzesła.

Kowalski osunął się ciężko.

- No to teraz sobie zdechniesz. Co byś chciał wiedzieć jeszcze? A! Dlaczego cię nazywamy "Rysiu"? Bo taki kryptonim ma twoja teczka. OZI Rysiu. Nie, nie żaden Ryszard. Rysiu. Taki siuśmajtek, co myślał, że zostanie pierwszym partyzantem Rzeczpospolitej, śmiechu warte. Jakbyś nie zdychał teraz, tobym ci może tę teczkę pokazał.

- Zapakowany. - Antoni wsunął się do pokoju niczym duch.

- To teraz pani, pani oficerko - westchnął Krawczyk - i naprawdę, daję słowo, nie ma w tym nic osobistego. Po prostu pani nie potrafi wyciągać wniosków z tego, co się pani przydarza, a tacy ludzie nie nadają się do służby w policji. Może do pracy tak, ale na pewno nie do służby.

Rozłożyli worek na podłodze.

- Kurwa, Antoni, te rzygowiny mnie obrzydzają, może ty byś wziął za ramiona, a ja za nogi?

- Okej. Ja nie mam z tym problemu - zgodził się Antoni.

Zamienili się miejscami i teraz Olga zobaczyła, jak pochyla się nad nią wysoki blondyn, potem przez moment błękit za szybą. Taki nieskazitelny.

Lato tego roku przyszło do nas przed Wielkanocą, pomyślała. A ja zdechnę przed Zmartwychwstaniem. Oddychało jej się coraz trudniej. Potem zobaczyła sufit i usłyszała zaciągany zamek. I nastała ciemność. Antoni jęknął, kiedy zarzucał sobie worek na ramię. Gdy zaczął schodzić po schodach, zwymiotowała jeszcze raz. To dobrze, pomyślała, to dobrze, będę tego miała mniej we krwi, zanim dowiezie mnie nad tę wodę, dojdę do siebie. Jeszcze nie umieram, kurwa. Jeszcze nie umieram. Krawczyk zostawił jej broń. Nawet jej nie przeszukał. Jest bardzo pewny siebie. I będzie musiał jej za to zapłacić.

- Gleba! - usłyszała nagle. - Gleba! Rzuć to!

Upadła na głowę, ale na miękkie. Potem do jej uszu dobiegło sapanie, trzaski, jęk. Nie za głośno. Ktoś rozciągnął worek i otworzył zamek.

Przez chwilę nie widziała nic, oślepiona blaskiem dnia.

- Żyje! - krzyknął ktoś. - Jakaś trucizna, środek paraliżujący, dzwoń do dyżurnego, niech ogarnia szpital!

Potem z tego blasku wyłonił się cień, który wydał się jej znajomy. Miał tak bardzo niebieskie oczy.

- Jesteś bezpieczna, Olu - uspokajał. - Jesteś już bezpieczna.

Kurwa, pomyślała, co ci zajęło tyle czasu?

- Spieszyłem się - powiedział. - Spieszyłem się, jak tylko mogłem.

Bielski zdjął rękawiczkę i otarł jej twarz z wymiocin.

- Będziesz żyć. - Wyciągnął ramiona, posadził ją i przytulił.

Zobaczyła, że do siedziby Krowbaru wbiegają antyterroryści, i zamknęła oczy.

- Ola, Olga! - Bielski potrząsnął nią raz, potem drugi. - Nie zasypiaj, nie zasypiaj, zostań ze mną. Zostań.

Płynęła. To był dobry sen. Płynęła łódką po wodzie spokojnej i niebieskiej. Nie musiała wiosłować, ani nie było tam żagla. Kiedy wychylała się, żeby popatrzeć, woda wydawała się jej bezkresem blasku. Próbowała dosięgnąć ją dłonią, ale łódka była zbyt wysoka. Potem nadszedł zmierzch i usłyszała, jak Chris Cornell śpiewa Black Hole Sun, i zobaczyła, że ma na nogach glany i jest szczuplejsza o siedem, osiem kilo, a Cornell uśmiecha się do niej z ławki naprzeciwko, ale teraz ona ma już wiosła, a on gitarę. Śpiewa po angielsku, mimo to ona rozumie.

Słucha, wiosłuje i płacze.

A potem on mówi, że musi zostać, Olga natomiast może iść.

- Ale jak? - pyta.

- Normalnie. Nie wiesz? Stajesz na wodzie i idziesz. Dobrej drogi, Olgo.

Ona nie mówi już nic, stawia stopy na wodzie i rusza, a muzyka jest coraz cichsza.

Potem tylko wiatr. A potem nic.

Cisza.

Kiedy się obudziła, słyszała jedynie pikanie aparatury monitorującej funkcje życiowe.

Okno nie było zasłonięte, więc poznała, że jest noc. Bielski spał. Posapywał lekko. Dotknęła jego ręki.

Obudził się natychmiast, gotowy do walki. Ale po chwili na jego twarzy rozkwitł uśmiech.

- Wiesz, co z dzieckiem? - zapytała. Nie poznała swojego głosu, ale pewnie była na jakichś lekach.

- Dobrze. Musisz przejść jeszcze kilka badań, ale wygląda na to, że w porządku.

- Kosiński?

- Wygrzebie się. On jest twardy, czy nie tak mówiłaś?

Potem oboje milczeli.

- Która godzina? - chciała wiedzieć.

Spojrzał na zegarek.

- Prawie północ. Wielki Piątek. Dobry czas sobie wybrałaś na Zmartwychwstanie. Dzwonił twój telefon. Jak opętany. Sprawdziłem, co to za numer, i oddzwoniłem. To Felińska. Pytała, jak się masz, jak dziecko. No i...

- Co?

- Ten Szymon ma powikłania. Płyn w płucach, mało teraz takiego sprzętu, ale ojciec załatwił, że się nim dobrze zajmą. Wyszedł z najgorszego. Masz się nie martwić. Ma świetną opiekę. Co jeszcze chcesz?

- Co jeszcze chcę... - Była słaba. Chciała muzyki. I żeby ją stąd zabrał. - Zasnąć chcę. Ale żebym nie była sama.

- Okej - powiedział. - Mam wolną Wielkanoc.

Zanim zasnęła, pomyślała, że powinna zapytać o Kowalskiego, ale szła już w mrok zasypiania i nie miała siły zawrócić.

Kiedy się obudziła w sobotę rano, była głodna. Muzyka grała cichutko, a potem usłyszała, że dzisiaj rano premier, prezydent i prezes Kaczyński składali kwiaty pod pomnikami ofiar katastrofy smoleńskiej, a potem prezes udał się na Powązki.

Leśmian przyjechał w samo południe. Dowiedziała się, że Robert Kowalski stracił sporo krwi, ale wyliże się do wyborów, bo awantura jest taka, że chyba nie da się ich zrobić korespondencyjnie dziesiątego maja, tylko będą w czerwcu albo w lipcu. Rosną notowania Kowalskiego, bo stał się bohaterem opinii publicznej. Wychodzi na to, że ocalił Olgę i Kosińskiego z rąk przestępców, którzy próbowali zatrzeć ślady zbrodni sprzed trzydziestu sześciu lat, kiedy zamordowali, torturując okrutnie, Joannę Cichą, wówczas jego narzeczoną.

- Można powiedzieć, że zasłonił was własną piersią.

- Serio? - zdziwiła się Olga.

- Ci z ministerstwa uznali, że tak będzie dla wszystkich najlepiej. Sama rozumiesz.

- Przesłuchaliście ich? Tych esbeków?

- Odmawiają składania zeznań. To starzy ludzie. Nie wiem, jak to możliwe, że ten Krawczyk i Feliks Barwicki są w takiej dobrej formie. Trzeci, Tomasz Owczarczyk, ma demencję i wyciągnąć coś od niego będzie trudno.

- Więc niczego nie masz poza tym, że chcieli nas zabić?

- Prokuratorowi to wystarczy. Posadzi ich za usiłowanie zabójstwa oficerów policji, no i Kowalskiego, oraz za uprowadzenie Kosińskiego. To tyle.

- Niedobrze. - Pokręciła głową. - To nie jest sprawiedliwe. Joanna... Cicha. Ludzie powinni wiedzieć, dlaczego ktoś jej przybił ręce do stołu. Ty wiesz, jak ona musiała cierpieć?

- Wielkanoc. - Leśmian rozłożył ręce, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. - Dziwny czas. A wiesz, Dolińskiego pochowaliśmy. Byłem na pogrzebie. Teraz na cmentarzu może być tylko pięć osób. Smutno. Naprawdę, powinniśmy być wszyscy, całą komendą. Nawet ta jego córka, znaleźliśmy ją, mieszka w Berlinie, nie chciała przyjechać.

- Nie wybaczyła mu?

- Nie. - Westchnął. - Powiedziała, że jemu nie policja powinna salutować, ale ZOMO.

W radiu znowu podawali wiadomości. Jakaś obłędna liczba zachorowań we Włoszech i w USA. Trzydzieści procent Polaków boi się utraty pracy w wyniku pandemii, biskupi apelują, żeby nie przychodzić do świątyń w okresie wielkanocnym, że w kościołach może przebywać określona niewielka liczba wiernych. Większość Polaków spędzi święta w samotności.

Leśmian wstał.

- A... Mam dla ciebie list. Od Dolińskiego.

- Jak to?

- No przyjechał do ciebie jakiś jego znajomy ze sklepu, tam na Mokotowie. Nie wiedział, że Doliński nie żyje. Ale powiedział, że się zawsze kolegowali, że trzydzieści lat jak sklepik jest, to Doliński zawsze tam wszystko kupował, zamawiał. I jakoś kilka dni przed śmiercią przyniósł kopertę. I poprosił, że gdyby przez trzy kolejne dni nie przyszedł, to żeby ją wysłać do ciebie, do komendy. No i ten właściciel sklepu przyjechał. Stwierdził, że poczta to teraz strach, zarazić się można od papieru, bo wirus dziesięć godzin trzyma. I przywiózł.

Wyjął z kieszeni kopertę.

- Czytaj. Popryskałem płynem odkażającym. Trochę się pomarszczyła. Ale bezpieczna.

Koperta była gruba.

- Dziękuję.

Nie chciała otwierać przy Leśmianie.

Pożegnał się skinieniem ręki.

Rozerwała. W środku była kaseta magnetofonowa z lat osiemdziesiątych. Basf. Porządna firma. Bez opisu. Nie odtworzy jej w szpitalu. Była też widokówka z warszawską Nike. Adresowana do Roberta Kowalskiego. Trzydziestego października 1984. "Kochany, chyba wiem, kto mnie wydał..."

Nie chciała czytać.

Zapytała pielęgniarkę, gdzie leży Kowalski, i okazało się, że to tylko piętro niżej. W rządowym sektorze. Poszła tam, oddała mu kartkę i patrzyła, jak płacze.

To takie dziwne, kiedy płacze dorosły mężczyzna.

Nawet jeśli ma w ręku wenflon.

- Nie powinien pan płakać - powiedziała.

- Wiem. - Pokiwał głową.

- Ale krew... - Pokazała mu dłonią na brzuch. Bandaż nasiąkał czerwoną juchą. - Rozejdą się szwy. Siostro!

- Nie. Niech pani nie woła. Chcę tu pobyć tylko z panią. Ja nie mogę tego nikomu wytłumaczyć.

Powiedział jej, że na tej kartce jest o tym, że chyba nie przypadkiem ją aresztowali przed domem profesora Dziekońskiego. Że była na Rakowieckiej, na Grochowie, a potem w izolatce w jakimś bunkrze, i widziała, jak torturowali księdza Jerzego. Jak mu wyrwali język. I że człowiek, który obiecał jej, że wyśle tę kartkę, dał jej też słowo, że ją stamtąd wyciągnie.

- "Dobrze mu patrzy z oczu", napisała.

- Tak. Wiem. Dobrze mu patrzyło z oczu - powiedziała Olga. - Co teraz?

- Niech pani zostanie ze mną i będziemy tylko milczeć, dobrze?

Pokiwała głową i patrzyła, jak drżą mu mięśnie brzucha i jak ta plama krwi rozlewa się bardziej po piżamie.

Następnego dnia też przyszła. Kowalski był bardzo blady. Powiedział, że zadzwonił do teścia. To teraz już bardzo stary człowiek. Najpierw nie pamiętał, a potem powiedział, że musiał zawiadomić milicję, bo Joanna zabrudziła dywan winem.

- I dodał: "Sam wiesz, jaką pedantką była matka Małgorzaty. No sam wiesz. Musiałem wszystko doprowadzić do porządku, zanim wrócą z wakacji".

Tego dnia była Wielkanoc i Olga została z Kowalskim, aż zaczęło zmierzchać. Bielski przyniósł jej kwiaty, a tydzień później, kiedy wypisali ją ze szpitala, czekał na nią i pojechali z Szaserów na Żoliborz, ale nie wszedł.

Miała w szafie starego Kasprzaka. Magnetofon z dzieciństwa. Wciąż działał.

Wrzuciła kasetę.

- Chciałem ci życzyć dobrego Zmartwychwstania, Olga - powiedział Siwy z taśmy. - Skoro masz tę kasetę, to znaczy, że nie mogłem ci tego przekazać na żywo. Wstyd mi, że nie wróciłem po tę dziewczynę. Nie mogłem. W Kazuniu pilnowali tego wszystkiego Ruscy. Nie masz przepustki, nie wjedziesz. A może się po prostu bałem? Ale nie. Nie będę ci się spowiadał. Ja w Boga nie wierzę, a tam, gdzie teraz jestem, nie ma już nic. Ale ty wierzysz, wiem, więc ci chciałem życzyć... Napisałem sobie, żebyś nie myślała...

Usłyszała, jak wstaje i szeleści kartkami z oddali, a potem jak wraca, siada ciężko w swoim fotelu, który znała tak dobrze, w tym fotelu, w którym znalazła go z nożem w trzewiach.

Zaczął czytać: "Życzę ci, żeby zmartwychwstało w tobie to, co masz za utracone. Może miłość, bo bez niej nie ma powodu, żeby otwierać oczy. A może szacunek do samej siebie, chociaż ty masz go dość, zapracowałaś. Albo szacunek tych, których przyszło ci kiedyś opuścić, bo nie miałaś cierpliwości. Albo siły. Albo zrozumienia... Do tych, którzy kochali cię mimo tego, że nie mieli siły powiedzieć...

Nie, nie tak to było napisane. Przepraszam. Życzę ci, żeby zmartwychwstała w tobie nadzieja na to, że wszystko może być jeszcze inaczej, choć czasu coraz mniej. Zmartwychwstanie jest po to, żeby czasu nie zabrakło. I żebyś miała talent do tego, żeby wstać, choć leżysz na deskach już trzeci raz. Albo piąty. I jeszcze żeby zmartwychwstała w tobie wiara, która jest łaską i której nie można ani nauczyć, ani zostać nauczonym. Ale wymaga odwagi, żeby ją przyjąć. Tak samo jak wymaga odwagi, żeby ją odrzucić. I współczucie dla tych, którym należy się pogarda, bo może nie wiesz, czym jest ich strach, i nie wiesz, z czym się muszą zmagać. I szacunek do tych, którzy dzisiaj muszą podejmować decyzje, bo może się okazać, że to będzie decyzja, komu ten respirator dać, a komu kazać czekać. Więc jeśli masz słowa, które trzeba powiedzieć - powiedz, zanim skończy się czas. I oczy takie, w które trzeba popatrzeć, nawet jeśli wszystko wtedy musi się zatrzymać - popatrz. I jeśli masz wysłać coś - wyślij. I żebyś miała do kogo wrócić. Nawet gdy ogarnia cię największy strach na świecie".

Dalej była już tylko cisza.

Włączyła telewizor. Za kwadrans miał być ten film o Kowalskim i Joannie.

Fragment

Okładka Strona tytułowa Strona redakcyjna Spis treści Prolog Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 25 Rozdział 26 Rozdział 27 Rozdział 28 Rozdział 29 Rozdział 30 Rozdział 31 Rozdział 32 Rozdział 33 Rozdział 34 Rozdział 35 Rozdział 36 Rozdział 37 Rozdział 38 Rozdział 39 Rozdział 40 Rozdział 41 Rozdział 42 Rozdział 43 Rozdział 44 Rozdział 45 Rozdział 46 Rozdział 47 Rozdział 48 Rozdział 49 Epilog Przypisy