Rozdział 2
Przeleżałam noc na kanapie, starając się nie zasnąć, by nie przeoczyć dzwonka telefonu. Policjanci kontynuowali poszukiwania w mieście i na obrzeżach, penetrowali błonia nad rzeką. Powiadomiono posterunki w Toruniu i innych ościennych miastach. Akcję utrudniał fakt, że podczas świąt posterunek funkcjonował w okrojonym składzie.
Nad ranem musiałam przysnąć, bo nie usłyszałam, że weszła Mirka. Dostrzegłam ją siedzącą przy mojej kanapie, a jej obecność odczytałam jako zły omen.
- Coś się stało Poli?! - usiłowałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle. - Masz złe wiadomości?
- Jeszcze nic nie wiadomo, Wandziu. Przyszłam cię wesprzeć. Spokojnie, musisz być silna. I nie wstawaj tak szybko, bo zakręci ci się w głowie! - przewidziała moja przyjaciółka, zanim zatoczyłam się na fotel.
Po chwili siedziałyśmy przy filiżance kawy, której nie mogłam przełknąć.
Mirka zmusiła mnie, żebym wzięła tabletkę uspokajającą.
Trochę ochłonęłam, jednak żadne zapewnienia, że Pola niebawem się znajdzie, nie trafiały do mojej świadomości.
- Mirka, mała jest nie wiadomo gdzie, a ja przysnęłam. Nie powinnam czekać na telefon z policji, chodźmy jej szukać! - Adrenalina odsunęła na bok zmęczenie.
Moja przyjaciółka starała się zapanować nad emocjami.
- Oczywiście, możemy iść, Wandziu, ale niewiele zdziałamy. Może lepiej pójdźmy na komisariat dowiedzieć się czegoś więcej.
Mimo poranka drugiego dnia świąt na posterunku panował spory ruch. Na korytarzu dostrzegłam siedzącego w kącie Wiktora. Na mój widok uniósł się lekko z krzesła, szepcząc słowa powitania.
Zanim zdążyłam się wywnętrzyć, jeden z policjantów zaprosił nas obie do komendanta.
- Nadkomisarz Jan Nowakowski - przywitał nas mężczyzna pokaźnej postury. - Proszę usiąść - zachęcił, wskazując na dwa krzesła naprzeciwko biurka.
- Wanda Zarębska, a to moja przyjaciółka Mirka Kozieł.
- Prowadziliśmy akcję poszukiwawczą całą noc, ale na razie bez skutku. - Komendant przeszedł do rzeczy. - W związku z tym, że mamy do czynienia z osobą nieletnią, postanowiliśmy wprowadzić system Child Alert. Informacja o zaginionej została przekazana wszystkim posterunkom policji w kraju, uruchomiliśmy linię alarmową dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć, obsługiwaną przez ekspertów Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych Komendy Głównej Policji, powiadomiliśmy prokuratora, a na miejscu mamy sztab dowodzenia. Komunikat ze zdjęciem wnuczki, które nam pani przekazała, niebawem trafi do mediów. Policjanci wciąż pracują w terenie. Będziemy czekać na telefony od ludzi, może ktoś widział dziecko. Czuje się pani na siłach, żeby udzielić mi kilku odpowiedzi?
- Oczywiście, proszę pytać o wszystko. - Opanowałam nerwy i skoncentrowałam się.
Czas był moim najgorszym wrogiem.
Nadkomisarz zaczął od pytań o Wiktora.
Opowiedziałam, jak poznaliśmy się półtora roku temu, kiedy z Iloną zjechali do Chełmna. Przyznałam, że darzyłam go zaufaniem i ceniłam za odpowiedzialność. Wspomniałam o tragedii Wiktora i Ilony, którzy kilkanaście lat temu pochowali synka. Nie pominęłam informacji, że Ilona przez kilka miesięcy zajmowała się Polą, kiedy ja wychodziłam do restauracji.
- Dlaczego zrezygnowała pani z usług pani Piotrowskiej?
Musiałam powiedzieć, że Ilona nie zawsze była sobą.
- Wiktor często narzekał na zachowanie żony. Bywała rozdrażniona, rozchwiana. Brała leki uspokajające.
- Pan Piotrowski? A pani również dostrzegała zmiany w zachowaniu opiekunki?
- Kiedyś, wbrew mojemu kategorycznemu zakazowi, zabrała małą na rower wodny na jezioro Starogrodzkie.
- Czy coś się wówczas wydarzyło?
- Nie, ale mogło. Poczułam się zaniepokojona jej brakiem odpowiedzialności i niedotrzymaniem umowy. Poza tym patrzyła na Polę takim dziwnym wzrokiem...
- Co na to pani wspólnik? Rozmawialiście?
- Tłumaczył żonę niezasklepioną raną emocjonalną po śmierci synka. Namawiał na leczenie, a mnie delikatnie przestrzegał, dlatego w końcu zdecydowałam się zmienić opiekunkę. Teraz Polą zajmuje się moja sąsiadka, pani Danka.
Na myśl o wnuczce poczułam skurcz w sercu.
Mirka podała mi szklankę z wodą, którą łapczywie wypiłam.
- A pani zna Ilonę Piotrowską? - Nadkomisarz spojrzał na moją przyjaciółkę.
- Słabo. Spotkałam ją kilka razy w restauracji, moja mama czasami widywała się z jej matką. Ale od chwili, kiedy pani Stasiakowa przestała wychodzić z domu, kontakt się urwał.
- Co pani o niej sądzi?
- Spokojna, może zbyt wyciszona osoba. Ale starałam się ją zrozumieć. Nie wyobrażam sobie utraty dziecka. Wanda... - Mirka zerknęła na mnie z ukosa - ...czasami miała wątpliwości, czy Pola zbytnio się do Ilony nie przywiąże, bo bardzo lubiła spędzać z nią czas.
Policjant zdecydował się na pytanie, do którego prawdopodobnie zmierzał od samego początku.
- Czy uważają panie, że Ilona Piotrowska może mieć coś wspólnego ze zniknięciem dziecka?
Zaniemówiłam, ale paradoksalnie wstąpiła we mnie nadzieja. Gdyby Ilona porwała Polę, była szansa, że mała żyje. Nie utopiła się w Wiśle, nie zamarzła w nadwiślańskich chaszczach.
Nadzieja jednak szybko zniknęła.
- Jak miałaby to zrobić? - zapytałam. - Jest teraz w ośrodku leczniczym gdzieś pod Brodnicą. Wczoraj Wiktor do niej dzwonił, ale była akurat na zajęciach jogi. Ale skoro zakłada pan porwanie, może lepiej przyjrzeć się mojemu wspólnikowi? On był na miejscu.
Nagle przeraziłam się własnych przypuszczeń i nie bacząc na konwenanse, wypadłam na korytarz. Miejsce, gdzie przed kilkoma minutami siedział Wiktor, było puste.
- Gdzie jest ten pan, który tutaj był?! - zawołałam do przechodzącego z dokumentami pod pachą policjanta.
- Nie mam pojęcia - odparł zdziwiony moim napadem. - Musiał wyjść.
- Jak to wyjść? Szukajcie go! Może to on porwał moją wnuczkę! Panie komendancie, Wiktor Piotrowski zniknął! - Zawróciłam do gabinetu. - Trzeba go odszukać, może przetrzymuje gdzieś Polę, jeszcze zrobi jej krzywdę!
- Proszę się uspokoić, zaraz znajdziemy pana Piotrowskiego do wyjaśnienia. - Nadkomisarz poderwał się z krzesła i wybiegł, zostawiając nas same.
Po chwili usłyszałyśmy dźwięk policyjnej syreny.
- Zaraz go znajdą, daleko nie odszedł - emocjonowałam się przypływem nadziei.
Mirka nie była tak optymistyczna.
- Wandziu, Wiktor nie mógł porwać Polki. W jakim celu? Jesteście wspólnikami, dobrze się wam układa, ma ją na co dzień. I poza wszystkim on ciebie, hm, bardzo lubi. Nie zrobiłby ci krzywdy, a tym bardziej małej.
- Jest chory, rozumiesz? Spotykałam go na cmentarzu przy grobie Wojtusia, a Ilony nigdy. - Nagłe olśnienie przesłoniło wszelki racjonalizm. - Mirka, wszystkie puzzle są na swoim miejscu! Wiktor pracował nad tym, żeby z niej zrobić wariatkę, umieścić w lecznicy, a może to on miał problemy? Żeby policja dorwała go jak najprędzej! Chodź, pobiegniemy do jego domu, do restauracji, może na cmentarz? Może zamknął ją w jakimś grobowcu? - Wymyślałam coraz bardziej nieprawdopodobne scenariusze.
Wybiegłam z komendy, pociągnąwszy za sobą przyjaciółkę.
- Zaczekaj, uruchomię samochód! - wołała, widząc, że drogę ze Świętojerskiej na Chabrową zamierzam przemierzyć kłusem.
Po kilku minutach zaparkowałyśmy przed domem Wiktora. Ale na próżno szukałam wzrokiem granatowego volkswagena. Otwarta na oścież brama wskazywała na pośpiech w opuszczaniu miejsca. Postanowiłam działać.
- Policja?! Tu Wanda Zarębska, pod domem Wiktora Piotrowskiego nie ma jego samochodu, musiał odjechać! Granatowy volkswagen, numerów nie znam. Może zabrał moją Polę!
Usiadłam na ławeczce, by zaczerpnąć powietrza. Mirka bez słowa zajęła miejsce obok.
- Chodźmy do mnie, Wandziu - powiedziała. - Skoro wyjechał, nie ma sensu go szukać. Zostawmy to policji. Zjesz, napijemy się kawy. Może trzeba zawiadomić Kasię? - podsunęła delikatnie.
Pomysł niemal ściął mnie z nóg.
- I co jej powiem? - zapytałam retorycznie. - Odczekajmy jeszcze chwilę - poprosiłam. - Jezus Maria, co ja jej powiem?
- Chodź, zastanowimy się w domu. - Mirka wstała.
Zmobilizowałam uwagę. Milczałam, ważąc w głowie racje. Myśl o przekazaniu hiobowej wieści paraliżowała, a jednocześnie czułam się w obowiązku ją przekazać.
Drżącą ręką wybrałam numer do córki.
"Abonent jest chwilowo niedostępny. Zadzwoń później lub przekaż wiadomość" - dobiegł mnie uprzejmy głos automatu.
- Nie odbiera.
Mirka skinęła głową, że rozumie, i zniknęła w kuchni, by po chwili pojawić się z talerzem zupy.
- Zjedz, trochę się wzmocnisz.
Dopiero teraz zauważyłam nieobecność Kostka.
- Gdzie masz rodzinę? - spytałam. - Zawracam ci głowę, a twoje dziecko?
- Nie martw się. Jest u mamy. Spróbujesz jeszcze raz? - Podała mi telefon.
I tym razem połączenie się nie powiodło.
- Kaśka jest na mnie zła, bo nie pożyczyłam jej pieniędzy na sklep, to i nie odbiera - westchnęłam.
- Ale w Wigilię zadzwoniła z Monachium z wiadomością o ciąży...
- Tylko powiadomiła mnie i przekazała zdawkowe życzenia. O Polę nawet nie zapytała - rozryczałam się.
Mirka zamilkła na chwilę, trawiąc te słowa.
- W takim razie zaczekaj, aż oddzwoni. Ale wtedy będziesz jej musiała powiedzieć o Poli. - Z wrodzoną delikatnością pominęła słowo "zniknięcie".
Przytaknęłam i otarłam oczy.
Zmęczenie dawało znać o sobie. W pokoju było przyjemnie ciepło, mleczna żarówka lampy stojącej omiatała wnętrze przytulnym światłem. Z trudem powstrzymywałam powieki przed opadnięciem.
Z półsnu wyrwał mnie dźwięk telefonu.
- Słucham?! - Dopadłam komórki. Na wyświetlaczu zobaczyłam znajomy już numer komisariatu.
- Tu aspirant Aleksander Grądzki. Czy rozmawiam z panią Wandą Zarębską?
- Tak, to ja. Macie Polę?!
- Niestety, jeszcze nie. Dzwonię w sprawie granatowego volkswagena Wiktora Piotrowskiego. Znaleźliśmy go na podwórzu państwa restauracji. Kierowca prawdopodobnie przesiadł się do innego auta. Czy macie państwo inny samochód?
- My nie, ale czasami parkuje u nas grzecznościowo sąsiad białym fordem transitem. Nie pamiętam numerów.
- Nie stoi tu taki. Ma pani numer telefonu do sąsiada?
- Zaraz podam. - Zajrzałam do listy kontaktów i przeczytałam cyfry na głos. - Wiśniewski. Rafał Wiśniewski. Mieszka dwa domy dalej.
A zatem Wiktor jest bardziej przebiegły, niż mogłam się spodziewać!
- Dziękuję - usłyszałam i połączenie zostało przerwane.
Mimo ogromnego napięcia i strachu o wnuczkę po raz nie wiadomo który uczepiłam się cieniutkiej nitki nadziei.
- Cwaniak, zmienił samochód, ale go znajdą. Mirka, zaraz go dorwą! - Powróciły emocje. - Na pewno ma Polkę przy sobie, a daleko nie ucieknie. Żeby jej tylko nie zrobił krzywdy!
Byłam wdzięczna, że przyjaciółka nie każe mi wracać do domu i samotnie wyczekiwać na wiadomości. Powstrzymałam się przed zawiadomieniem Asi i Łukasza, nie wspominając o mamie, której takie wzruszenia nie były potrzebne. Do starszej córki wysłałam jedynie esemesa z pytaniem o samopoczucie chłopców, uciekając się do małego kłamstwa o nie najlepszym swoim.
"Zadzwonię do ciebie wieczorem, kiedy położę Polkę spać" - odpisałam na wieść, że malcy mają się lepiej.
Pozostawało poddać się torturom czekania.
Telefon z policji zadzwonił po trzech godzinach.
- Dzień dobry, to ponownie aspirant Grądzki. Pani Wanda Zarębska?
- Tak! - zawołałam. A później przestałam oddychać.
- Zapraszamy panią na komendę. Jest z nami Wiktor Piotrowski.
- A Pola?!
- Czekamy na panią.