Wprowadzenie
Od wczesnego dzieciństwa uczy się nas, jak ważne jest bycie silnym i niezależnym. Chociaż te dwa słowa potrafią być w naszym umyśle silnie
związane, to tak naprawdę musimy czuć, że jesteśmy bezpieczni w ramionach, sercach i umysłach ważnych dla nas osób. To dzięki relacjom z nimi czujemy się spokojne i chronione w tym trudnym świecie.
"Bezpieczny" to słowo pełne mocy, przejmujące aż do szpiku kości.
Zatrzymaj się na chwilę i zauważ, co czujesz w brzuchu, sercu i mięśniach, kiedy mówisz:
Bezpieczna. Jestem bezpieczna.
A jednak świat, w którym żyjemy, nie zawsze wydaje się bezpieczny.
Domyślam się, że każdy z nas mógłby stworzyć osobistą listę zagrożeń,
zmartwień i niepewności w codziennym życiu. Mimo wszystko istnieje
pewien rodzaj bezpieczeństwa, który możemy odczuwać w ciele i umyśle i który zaspokaja nasze najgłębsze pragnienie poczucia bycia chronionym,
nawet w obliczu wyzwań zewnętrznych. I znajduje się tak blisko jak dłoń,
którą wyciągamy, bo chwycić rękę drugiej osoby.
Jesteśmy dosłownie stworzeni do tego, by utrzymywać serdeczne, otwarte
relacje - jest to zakorzenione w naszym DNA1. Mimo to tak wiele
aspektów naszej kultury i osobistej historii odciąga nas od tej
nieustannie dostępnej możliwości. Ponieważ znaczą część życia spędziłam
w cieniu tych kulturowych oczekiwań, a moje wczesne doświadczenia
przywiązania były bolesne, odejście od tego, co było dla mnie znajome, i wejście w relacje, które mogły uzdrowić obie te głębokie rany, wymagało
dużo pracy.
Moją pierwszą książkę, Lękowo przywiązane, napisałam po to, by pomóc
innym ludziom z ranami podobnymi do moich znaleźć bardziej
satysfakcjonujące relacje. Sama zdrowiałam w tym obszarze i chciałam się
tym podzielić. Od tamtej pory jeszcze bardziej się rozwinęłam i uświadomiłam sobie, że wielu z nas ma różnorakie poważne rany z dzieciństwa, które wpływają na wszystkie nasze relacje. Fundamentem
książki Bezpieczne przywiązanie jest chęć podzielenia się tym, czego
się uczę i czego doświadczam teraz.
Wewnętrzne poczucie każdego człowieka co do tego, jak bardzo jest
bezpieczny albo zagrożony, pochodzi z doświadczeń relacji zgromadzonych
w ciągu całego życia. Nasze najwcześniejsze więzi, mające początek
jeszcze w łonie matki, uczą nas, czego oczekiwać od najbliższych. Lekcje
te głęboko się w nas zapisują i tworzą silne poczucie tego, czy inni
ludzie są dla źródłem bezpieczeństwa, czy są raczej zdystansowani,
chłodni, zalęknieni, rozdrażnieni, a nawet niebezpieczni. Następnie
przez całe życie tworzymy więzi z kolejnymi poznawanymi ludźmi -
nauczycielami, krewnymi, znajomymi, partnerami - którzy się o nas
troszczą i którzy nas krzywdzą. Każdy z nas gromadzi skomplikowaną
plątaninę doświadczeń relacyjnych wpływających na nasze wewnętrzne
poczucie tego, co jest bezpieczne, a co nie.
Mieszkańców Zachodu kształtują nie tylko karmiące i krzywdzące więzi,
ale też wartości i oczekiwania społeczne uważane za "właściwy sposób
życia". Wiele otrzymywanych przez nas komunikatów mówi nam, że
niezależność, samodzielność, samoregulacja, odnoszenie sukcesów i dbanie
o siebie to cechy charakterystyczne dla zdrowych, dojrzałych ludzi. W efekcie doświadczenie odłączenia i bycia ocenianym może pojawić się już
na wczesnym etapie życia. W końcu naszych rodziców także ukształtowały
wartości naszego społeczeństwa. Jako dzieci jesteśmy chwaleni za
osiąganie kolejnych kluczowych etapów rozwoju. Słyszymy, jak rodzice
mówią z dumą: "Mój syn zaczął chodzić, gdy miał dziewięć miesięcy",
"Moja córka sortowała zabawki kolorami w wieku dwóch lat". Uśmiechają
się promiennie, jeżeli coś nam się udaje, i wycofują się, jeśli nie
spełniamy narzuconych nam standardów. Już jako dzieci zaczynamy więc
odczuwać, że ocenia się nas i uznaje za wystarczających albo
wybrakowanych na podstawie tych arbitralnych kryteriów. Kiedy wkraczamy
w dorosłość, oczekuje się od nas ciężkiej pracy i osiągania celów w wielu obszarach życia. W tym oceanie wydajności i rywalizacji zatracają
się wyjątkowe piękno i talenty każdego człowieka. Takie życie jest
przeciwieństwem bezpieczeństwa.
Wymagania te zmuszają nas do nieustannego pośpiechu, przez co często
tracimy kontakt z najgłębszym pragnieniem, by zwolnić i rozkoszować się
bezpieczną, życzliwą więzią z innymi. Brytyjski psychiatra,
literaturoznawca, filozof i neuronaukowiec Iain McGilchrist poświęcił
całe dziesięciolecia na odkrywanie tajemniczego związku pomiędzy
półkulami naszego mózgu. Nie do końca jest tak, jak nas uczono - że
prawa półkula odpowiada za kreatywność, a lewa skupia się na logice.
Zdaniem McGilchrista jest tak, jakbyśmy mieli w mózgu dwie osoby, które
żyją i postrzegają świat zupełnie inaczej2. Prawa półkula
skupia się na przeżywaniu danej chwili (w której znajdujemy
bezpieczeństwo w relacjach), a lewa odciąga nas od tej obecności i wszelkich trudności emocjonalnych, by uporządkować nasze doświadczenie i skoncentrować się na działaniu (przez co tracimy łączność z chwilą
obecną i innymi ludźmi). Oba te sposoby funkcjonowania są ważne, ale
najważniejsza jest relacja pomiędzy nimi. Ma to
znaczenie o tyle, że jako społeczeństwo w zdecydowanej mierze polegamy
na lewej półkuli, co zapoczątkowało epidemię traumatycznej samotności.
Moje własne rany przywiązania i skłonność do ukrywania się w lewej
półkuli sprawiły, że całymi latami żyłam w zawrotnym tempie. A potem
związek miłosny zmusił mnie do stawienia czoła ranom.
Nic nie mogło się równać pierwszemu uściskowi. Pamiętam go, jakby
wydarzył się wczoraj. Kiedy spotkałam się z tym mężczyzną po kilku
tygodniach rozmów przez telefon, natychmiast poczułam się przy nim "jak
w domu". Jakby całe moje ciało odetchnęło z ulgą. Wreszcie mogłam
odpocząć. Kiedy uciekłam w jego ramiona i serce, poczułam, że naszym
przeznaczeniem jest wspólna podróż przez życie. Nie wydaje mi się, żebym
zwróciła wtedy uwagę na znaczenie słowa "uciekłam". Dopiero prawie dwa
lata później uświadomiłam sobie, że partner dawał mi schronienie przed
bólem i lękiem, z którymi jeszcze nie byłam gotowa się zmierzyć.
W miarę upływu czasu nasza miłość się wzmocniła, a nasz związek
prowadził nas coraz dalej ku emocjonalnej bliskości. Tak się to ma
właśnie rozwijać. W tym momencie, jak we wszystkich bliskich relacjach,
zaczęły dawać o sobie znać nasze wczesne wzorce przywiązania i skłaniać
nas do pracy nad pojawiającymi się trudnościami. Poczułam, że dla niego
wyzwaniem była moja rosnąca zależność od niego, a dla mnie - jego
zachowania unikowe. Kiedy zaczynał zamykać się w sobie, uciekać ode mnie
i mnie ignorować. Te splecione dynamiki, w których jedna osoba biegnie
ku partnerowi, a ten reaguje lękiem i ucieka - w których dwoje ludzi
nigdy się nie odnajduje i nie potrafi utrzymać więzi przez dłuższy czas
- często określa się mianem więzi traumatycznych albo tańca
lękowo-unikowego. W niektórych kręgach duchowych mechanizmy te nazywa
się odnalezieniem swojego "bliźniaczego płomienia", co romantyzuje
schematy, w których ludzie tkwią przez całe lata. Jeżeli znasz któryś z wspomnianych wyżej terminów, zapewne byłeś w związku wywołującym u ciebie przejmujący brak poczucia bezpieczeństwa. Być może nigdy do końca
nie zrozumiałeś, dlaczego dana relacja była tak bolesna.
Wkrótce miałam się dowiedzieć, że trudne wczesne wspomnienia jednej
osoby mogą pobudzić podobne wspomnienia drugiej. Nic dziwnego, że z moim
partnerem czułam się "jak w domu". Pod intensywną namiętnością skrywał
on wzorce przypominające moje wczesne doświadczenia relacyjne. Kiedy się
bał, zamykał się przede mną i mnie ignorował, zupełnie jak moi rodzice.
Początkowo byliśmy niczym skrzywdzone dzieci biegnące ku sobie z nadzieją, że wypełnimy sobie nawzajem nasze braki, ale stopniowo
odkrywaliśmy, że z powodu naszych ran żadne z nas nie ma tego, czego
potrzebuje drugie. Rozczarowanie zburzyło marzenia o ideale, którym
żyłam.
W tej książce prześledzimy, w jaki sposób ujawniają się rany
przywiązania, oraz poznamy narzędzia, które pomogą ci odkryć ich
początki i znaleźć uzdrowienie. Proces ten przypomina usuwanie kolejnych
warstw doświadczenia, by odsłonić pozabezpieczne wzorce przywiązania,
które doprowadziły cię do rozwinięcia zachowań obronnych, takich jak
ucieczka bądź zatracanie się w pracy, byle tylko stłumić dawne
cierpienie i lęk. Nauczyłam się na własnej skórze, że jednym z zadań
partnera w moim życiu było odegranie roli katalizatora mojego
prawdziwego uzdrowienia - mimo że nasz związek był trudny - a potem
dzieliłam się tym doświadczeniem z klientami i mam nadzieję, że ty też
znajdziesz na tych stronach ścieżkę ku zdrowieniu.
Mózg i relacje
Czasami odpowiednia osoba pojawia się dokładnie wtedy, kiedy jej
potrzebujemy. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy mój związek się
rozpadał, usłyszałam o książce Bonnie Badenoch The Heart of Trauma
łączącej zagadnienia traumy, stylu przywiązania i neuronauki relacji.
Wcześniej przeczytałam sporo pozycji z zakresu neuronauki, ale książka
Bonnie wydała mi się inna. W jej słowach była miękkość, która dotknęła
czegoś głęboko we mnie. Myślę, że już wtedy zyskałam pewne poczucie
bezpieczeństwa dzięki życzliwej akceptacji leżącej u podstaw jej pracy.
To doznanie nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego. Bardzo często słyszy
się, że gdy tylko zdołamy się uzdrowić, zaczniemy się czuć bezpiecznie.
I chociaż to prawda, być może ważniejsza jest świadomość, że
odnalezienie poczucia bezpieczeństwa również stanowi wstęp do zdrowienia
i jego fundament. Skontaktowałam się z Bonnie i została ona moją
mentorką na tej ścieżce. Sprawiła, że po raz pierwszy w życiu poczułam
się widziana. Interakcje z nią są tak głębokie, ponieważ wnosi w nie nie
tylko całą swoją mądrość, ale też pełną obecność i współczucie. Kiedy
było mi bardzo źle, samo jej towarzystwo mi odwagę kontynuowania podróży
ku uzdrowieniu - i czułam, że muszę częściej z nią przebywać. Mój
organizm tęsknił za takimi życzliwymi, bezpiecznymi ludźmi.
W wyniku tego poczucia bezpieczeństwa stałam się wrażliwa na wspomnienia
z dzieciństwa. Zaczęły we mnie ożywać, abym mogła je uzdrawiać i integrować, a jednocześnie uruchamiały napady silnego lęku i bólu. Było
to trudne, ale czułam, że niezbędne. Odkryłam, że rodzi się we mnie nowe
poczucie sprawczości, i postanowiłam, że nieważne, co się dzieje w świecie zewnętrznym, nadal będę z ciekawością podchodzić do tego, co
zachodzi w moim wnętrzu. Przede wszystkim wiedziałam, że mam odpowiednie
wsparcie, by uzdrowić swoje wzorce przywiązania i najgłębszy ból.
Zaczęłam powiększać krąg ludzi, którzy mogli mnie wesprzeć w tej
podróży. Nazwałam ich kotwicami i w dalszych częściach książki będę
omawiać, jak je znaleźć i jaka jest ich rola w naszym zdrowieniu.
Niektórym udaje się odbyć uzdrawiającą podróż wspólnie. Jednak obie
strony relacji muszą tego chcieć. Jedna z moich klientek pragnęła
pogodzić się z matką, ale lata alkoholizmu sprawiły, że matka nie była w stanie nawet rozważyć naprawienia zerwanej więzi. Coś podobnego
wydarzyło się w moim związku. Kiedy zasugerowałam partnerowi wykonanie
pracy razem, oznajmił, że pragnie relacji jak z bajki, że chce pozostać
na początkowym, magicznym etapie, a nie przechodzić na kolejny, który
wymaga intensywnego wysiłku. Wiedziałam, że nie da się wrócić do
początku, kiedy to po prostu zatracaliśmy się w sobie. Zaczynałam
rozumieć, że nie chcę już nigdy powtórzyć tego wzorca z żadnym
człowiekiem. Muszę zaznaczyć, że moją intencją nie jest obwinianie tego
mężczyzny. Kochał mnie na tyle, na ile tylko potrafił. Naprawdę w to
wierzę. Ale powtarzanie bolesnych mechanizmów to tragiczna sytuacja,
przez którą wielu z nas przechodzi po wielokroć.
Tu właśnie pojawia się kwestia wykonywania pracy z innymi ludźmi. Według
naszej kultury złotym standardem zdrowej dojrzałości jest niezależność i samodzielność. Nic bardziej mylnego. Jak mówi wybitny amerykański
psycholog i badacz Stephen Porges: "Łączenie się się to nasz imperatyw
biologiczny"3. Dla nas, ludzi, bezpieczeństwo bierze się z serdecznego, otwartego kontaktu z drugim człowiekiem. Po prostu nie
możemy bez niego żyć. Neuronauka relacji opisuje fakt, że nasz organizm
pragnie kontaktu i że jesteśmy wyjątkowo wyczuleni na próby nawiązania
go z nami - oraz na ich brak. Porges jest ojcem teorii, którą nazywa
poliwagalną. Jego praca skupia się na
autonomicznym układzie nerwowym (w skrócie AUN) i jego reakcjach na
połączenie i rozłączenie. Na następnych stronach będziemy czerpać z pracy Porgesa i eksplorować naszą biologiczną potrzebę kontaktu, a także
lepiej zrozumiemy, jak nasz AUN może pomóc nam w zdrowieniu.
Zdolność wyobrażenia sobie, co dzieje się w mózgu, może nas stabilizować
i wspierać, utwierdzając nas w przekonaniu, że zmierzamy w odpowiednim
kierunku. W tej wspólnej podróży nauka nas poprowadzi, pocieszy i pomoże
nam zrozumieć, że naprawdę nas zraniono oraz co się wydarza w trakcie
zdrowienia.
Jak dopasować tę książkę do siebie
Jak już mówiłam, serdeczne wsparcie innych ludzi jest na tej ścieżce
ogromnie ważne, a ja będę towarzyszyć ci na każdym kroku lektury tej
książki. Znajdziesz tu medytacje i refleksje. Nagrałam je, więc możemy
wspólnie je praktykować; znajdziesz je (w języku angielskim) osobno na
stronie jessicabaumlmhc.com/safe-meditations. Pomocne będzie też
trzymanie pod ręką dziennika. W trakcie czytania do głowy mogą ci
przychodzić wspomnienia i spostrzeżenia, a zapisanie ich pomoże ci
lepiej zrozumieć historię twojego stylu przywiązania. Pod koniec książki
znajdziesz część "Mądre uwagi", gdzie przedstawiam trochę więcej
naukowych informacji. Dużo czasu poświęcimy na omówienie tego, jak ważne
jest znalezienie kotwic - ludzi, którzy będą
trzymać dla ciebie przestrzeń. Pokażę ci też, że można mieć kogoś, kogo
Patty Wipfler, założycielka Hand in Hand Parenting, nazywa partnerami do słuchania - cennych w naszym życiu
ludzi, którzy potrafią po prostu słuchać i być przy nas, zamiast
próbować nas naprawiać4. Czasami, gdy ból jest szczególnie
dotkliwy, bardzo ważne jest, by zwrócić się po pomoc do terapeuty. Kiedy
zaczniemy poznawać historie wpływające na kształtowanie się naszego
stylu przywiązania, siła naszych uczuć może nas zaskoczyć. Zachęcam cię
do skorzystania z takiego wsparcia za każdym razem, gdy będziesz tego
potrzebować. Miałam to niesamowite szczęście, że mogłam pracować z własną terapeutką, Jo, i w dalszej części książki opowiem ci o naszej
wspólnej pracy trochę więcej.
Przyjrzyjmy się pobieżnie czekającym nas rozdziałom. Część 1
"Poszukiwanie bezpieczeństwa", stworzy podstawy do pracy, którą będziemy
wspólnie wykonywać. Przyjrzymy się naszym wczesnym więziom, prześledzimy
trwały wkład rodziców i innych opiekunów w nasze poczucie bezpieczeństwa
albo zagrożenia w świecie. Sprawdzimy także, jakie bezpieczne i karmiące
relacje umożliwiają nam głębokie zdrowienie. Nazywam tych wspaniałych
ludzi kotwicami, ponieważ dają nam poczucie
powrotu do domu i osadzenia w poczuciu bezpieczeństwa - tak samo jak
cumy solidnie utrzymujące statek w bezpiecznej przystani.
Przeanalizujemy również strategie ochronne, które rozwijamy, żeby nie
utonąć w wewnętrznym bólu i lęku pojawiających się za każdym razem, gdy
coś podrażnia nasze rany przywiązania. Niektórzy z nas się przejadają.
Inni pogrążają się w pracy, narkotykach czy mediach społecznościowych,
izolują się albo korzystają z setek sposobów, które wymyślają ich
kreatywne umysły. Powoli, łagodnie będziemy się zapoznawać z wzorcami
adaptacyjnymi, które nazywamy obrońcami.
Wydobycie ich z cienia na światło dzienne to kluczowy krok procesu
zdrowienia. Część 1 zakończymy rozważeniem paradoksu naszej
bezbronności. Ten kruchy stan potrafi przerażać, ale jednocześnie
otwiera przed nami perspektywę zdrowienia.
Część 2, "Powrót do ciała", to serce naszej pracy. Każdy z jej trzech
rozdziałów skupia się na konkretnych praktykach pogłębiających
uzdrawianie ran przywiązania, które w sobie nosimy. W rozdziale 4,
"Wiecznie obecna przeszłość", poćwiczymy interocepcję, czyli zdolność słuchania doznań
nieustannie pojawiających się w ciele. Poczujemy, jak serce rośnie nam z radości, ale też jak niepokój ściska nam żołądek, gdy coś nas
przestraszy. Ta umiejętność jest niezwykle ważna, ponieważ traumatyczne
wspomnienia, które wymagają uzdrowienia, są przechowywane w ciele: w brzuchu, w sercu, w autonomicznym układzie nerwowym, w mięśniach, a nawet w skórze. Każde z nich ma własny sposób zapamiętywania naszych doświadczeń, a potem
przywoływania ich odczuwalnego sensu i znaczenia. Wszystkie nieustannie
są ze sobą w kontakcie i składają na to, co nazywamy pamięcią utajoną.
Najważniejsze w tym rodzaju pamięci jest to, że dawne doświadczenia
pojawiają się w naszym ciele tak, jakby wydarzały się obecnie, co wpływa
na nasze postrzeganie teraźniejszości. W miarę praktyki zaczniesz
zauważać, że twoje ciało cały czas do ciebie przemawia i uświadamia ci,
co się w tobie budzi.
W rozdziale 5, "Uzdrawianie młodszego siebie", dzięki stopniowo
wzmacnianej interocepcji zaczniemy wsłuchiwać się w ucieleśniony głos
swojego młodszego "ja", od niemowlęctwa po dorosłość. Kiedy skierujemy
się do wnętrza, żeby wykonać tę pracę, oprócz wspomnień niosących różne
odcienie bólu i lęku zapewne znajdziemy również wspomnienia pełne
radości i czułej troski. One staną się częścią twoich zasobów
kotwiczących i będą ci przypominać o mocy bliskich więzi mogącej
uzdrowić te aspekty ciebie, które czuły się porzucone.
W rozdziale 6, "Uzdrawianie wzorców, które trzymają nas w miejscu",
zajmiemy się analizą tego, w jaki sposób wzorce relacji z dzieciństwa
często powracają w dorosłych związkach. Każda osoba, z którą łączy nas
emocjonalnie znacząca więź - niezależnie od jej jakości - pozostawia
swój ślad w naszej pamięci utajonej. Nauczyciele, sąsiedzi, rodzeństwo,
znajomi, współpracownicy - wszyscy ci ludzie w nas zamieszkują, a to,
czego nauczyli nas o relacjach i o tym, co odbieramy jako bezpieczne, a co nie, wpływa na naszą zdolność do odczuwania bliskości z drugą osobą w dorosłości. Dzięki tym interakcjom rozwijamy koło
możliwych stylów przywiązań, a nie tylko jeden konkretny. Podczas
lektury tego rozdziału niespiesznie sprawdzimy, jak to wyglądało w naszym przypadku. Jakiej postawy oczekujemy od innych w stosunku do nas?
I, co równie ważne, jak reagujemy, gdy inni się do nas zbliżają? W jaki
sposób wzorce z naszych wczesnych pozabezpiecznych relacji zostają
odtworzone w relacjach w dorosłości? Jak możemy zauważyć te wzorce, żeby
je uzdrowić?
Co prawda proces ten może wzbudzać mnóstwo lęku i bólu, jednak kiedy
przyjmujemy każdą część siebie z czułością i chęcią ofiarowania jej
potrzebnego pocieszenia, rośnie w nas również głęboka radość. Oprócz
informacji naukowych będę przedstawiać też mnóstwo historii, tak
osobistych, jak i innych osób. (Wszystkie imiona i opowieści zostały
zmienione w celu ochrony prywatności). Ufam, że będą ci towarzyszyć i pokazywać prawdę o tym, jak trudny jest ten proces, jednocześnie
zapewniając pokrzepienie i nadzieję na nadzwyczajne uzdrowienie, którego
może zaznać każdy z nas.
Na początku części 3, "Życie w szczerym połączeniu", w rozdziale 7,
"Świadomość, kiedy zostać, a kiedy odejść", przejrzymy swoje
doświadczenia i sprawdzimy, co mogło przyciągnąć nas do relacji, w których próbujemy się zaopiekować kimś zranionym kosztem własnego
zdrowienia. Przeanalizujemy, jak poznać, że ktoś nie jest zdolny do
wspólnego zdrowienia, więc czas odejść. Wzmocnimy współczucie dla osób,
które bardzo cierpią z powodu osądu i odrzucenia, mimo że ich zachowania
nie są ich winą. Równie ważne jest odczuwanie współczucia wobec samego
siebie i poszukiwanie relacji, które karmią obie strony.
W rozdziale 8, "Co się dzieje, kiedy zdrowiejemy?", docenimy sygnały
powolnego zrzucania z barków ciężaru traumy. Powrócimy do badań, które
dowodzą, że leczenie psychicznych ran prowadzi do powstania nowych
obwodów neuronalnych, dzięki czemu wyobrazimy sobie piękne zmiany
zachodzące w naszym mózgu. Rosnące poczucie bezpieczeństwa da nam nasze
nowe mocne strony, które będziemy mogli wnieść do relacji. Jedną z najważniejszych jest elastyczność reakcji, czyli
zdolność zwolnienia na tyle, by nie reagować na stresujące doznanie
automatycznie, lecz przemyśleć je, zaciekawić się nim i pozostać w uważnej obecności z partnerem5. Ta jedna zmiana może wpłynąć
na przebieg całego związku.
Rozdział 9, "Dotarcie do bezpiecznej zatoki", to zatoka
i kotwica tej książki. Zastanowimy się w nim z wdzięcznością, co
jest możliwe w trakcie dalszej pracy. Być może poczujesz już, że
bezpieczeństwo to zarówno kwestia wewnętrzna, jak i zewnętrzna.
Zdrowienie wewnętrzne zaczyna przekładać się na relacje z innymi.
Częściej podchodzimy do ludzi z życzliwością niż z krytyką. Przyjazne
zaciekawienie przychodzi nam łatwiej niż ocenianie. Współpraca wydaje
się lepsza od rywalizacji. Nadal jesteśmy ludźmi ze swoimi słabościami i skłonnościami, ale kiedy zyskamy już poczucie bezpieczeństwa i przynależności, będziemy szybciej odnajdywać właściwą drogę po
potknięciach, a naprawianie relacji po kryzysowych momentach stanie się
stylem życia.
U podłoża tego procesu leży pogłębianie współczucia, z którym wiąże się
zdrowienie. Zmianom w odczuwaniu bezpieczeństwa i połączenia z drugim
człowiekiem towarzyszy coraz większa świadomość tego, że zranieni ludzie
ranią innych. Jeżeli nie jesteśmy bezpieczni dla siebie nawzajem, to
dlatego, że nasz świat wewnętrzny nie doświadczył wystarczająco dużo
troski i poczucia przynależności. Cudowne jednak jest to, że pławiąc się
w cieple nieoceniającego wsparcia, przekonamy się, że wszystko, czego
nam trzeba do uzdrowienia, pojawia się w przestrzeni między nami.
Stopniowo się zakotwiczamy i na koniec możemy powiedzieć: "Jestem
bezpieczna. Jesteśmy bezpieczni razem". Zacznijmy.
Rozdział 1. Moc więzi
Rozdział 1
Moc więzi
"Nie czuję się bezpiecznie!" - wykrzyczałam do partnera, gdy desperacko
próbowałam złapać oddech. Było tak, jakby zerwała się łącząca nas lina.
"Jak to nie czujesz się bezpiecznie?" - zapytał z obojętnym wyrazem
twarzy. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, byłam jedynie w stanie
powtarzać w kółko: "Nie czuję się bezpiecznie".
Sugestia, że dzieje się między nami coś niebezpiecznego, wyraźnie go
dezorientowała. Przecież nie stosował przemocy fizycznej, w ogóle mi nie
groził. Nawet na mnie nie wrzeszczał. Prawda jest taka, że ja też byłam
zdezorientowana, ponieważ naprawdę nic nie wskazywało na to, że
przebywam w zagrażającym mi środowisku.
To, co faktycznie czułam, to jego dystans. Zamiast czuć, że jesteśmy
razem, miałam zimne, przerażające poczucie, że jestem sama. Podstawą
bezpieczeństwa jest poczucie bliskości, a kiedy ono znikło, doznania
przeszywające całe moje ciało świadczyły o przerażającej prawdzie.
Wtedy tego nie wiedziałam, ale mój partner brał stymulanty, żeby stłumić
głęboki smutek. Zaledwie parę miesięcy wcześniej zmarł jego ojciec i nie
dość, że musiał się pogodzić z tą okropną stratą, to jeszcze zmagał się
z przytłaczającymi obowiązkami wynikającymi z przejęcia rodzinnej firmy.
Kiedy nie czujemy się bezpiecznie, nasz układ nerwowy stara się nas
chronić. Walczymy. Uciekamy. Zastygamy w bezruchu. Zamykamy się w sobie.
Albo sięgamy po pomoc.
Najbardziej naturalnie przychodzą nam te reakcje ochronne, których
nauczyliśmy się we wczesnym dzieciństwie i na których polegamy w dorosłości. Mój partner, opierając się na tym, co przez całe życie
widział u ojca, stał się pracoholikiem, latał po całym kraju na
spotkania biznesowe i jednocześnie zalewał organizm stymulantami, by
opanować wewnętrzny chaos i lęk. Równocześnie walczył i uciekał, i nie
miał żadnego poczucia bezpieczeństwa, ale ponieważ nie pogrążał się za
bardzo w piekło żałoby i bezradności, targające nim uczucia nie były
widoczne z zewnątrz.
W odpowiedzi na jego zachowania ja też zareagowałam na podstawie
własnych doświadczeń życiowych. Desperacko pragnąc poczucia
bezpieczeństwa, biegłam ku partnerowi, tak jak biegłam ku rodzicom jako
dziecko. On jednak nie czuł się wystarczająco bezpiecznie wewnątrz
siebie, żeby się na mnie otworzyć, więc zamykał się w sobie i ode mnie
odsuwał. Czułam się osamotniona, co wywoływało we mnie złość, ale to z kolei sprawiało jedynie, że jeszcze bardziej się ode mnie odwracał.
Kiedy w końcu opadłam bez sił i leżałam na kanapie, niezdolna się
poruszyć, nie był w stanie się do mnie zbliżyć. To wrażenie, że nie mam
się do kogo zwrócić, było całkowicie druzgocące i wzbudziło we mnie to
samo silne poczucie odizolowania i porzucenia, jakie towarzyszyło mi w najwcześniejszych relacjach.
Wierzę, że nadal się kochaliśmy, ale nasze dawne rany utrudniały nam
powrót do poczucia bezpieczeństwa na tyle, byśmy mogli naprawić relację.
Emocjonalną bliskość i głębokie poczucie pewności co do uczuć zastąpiły
brak kontaktu wzrokowego, złość, zamknięcie w sobie, rozłąka i milczenie. Im częściej pojawiał się między nami tak ogromny dystans, tym
bardziej nasilało się poczucie zagrożenia w związku, ponieważ to, czego
najbardziej się boimy, to utrata więzi.
Neuronaukowcy badający relacje mówią nam, że poczucie porzucenia w dorosłości może obudzić duchy podobnych strat przeżytych w dzieciństwie6. Te wczesne krzywdy nazywamy traumami
rozwojowymi bądź ranami przywiązania. Znając historię swojego
partnera, mogę sobie wyobrazić, jak jego wewnętrzne dziecko doświadczało
emocji wywołanych bieżącymi okolicznościami. W dzieciństwie nie miał
zbytnio poczucia bezpieczeństwa. Jego matka była znerwicowana, a ojciec
- obojętny i niemal ciągle w podróżach służbowych. Partner należał do
tych dzieci, które usiłowały utrzymywać bliskość z rodzicem poprzez
zaspokajanie potrzeb matki kosztem niedostrzegania własnych. Ponieważ
nikt go nie słuchał, nigdy nie nauczył się mówić o tym, co dzieje się w jego wnętrzu. Wszystko to pozostawało w nim zamknięte i przez nikogo
niezauważone. W miarę dorastania opracował strategie pozwalające mu na
unikanie bliskości. Nadużywał różnych substancji i chronił się,
uciekając przed bólem innych ludzi.
Moje doświadczenie było inne. Niewyobrażalna utrata poczucia bliskości z partnerem przywoływała zapisane w ciele wspomnienia bycia całkowicie
porzuconą w dzieciństwie - mój ojciec sięgał po różne substancje, żeby
stłumić własne cierpienie, a matka wykonywała trudny zawód, co
oznaczało, że dla mnie miała bardzo mało czasu. Należę do osób, które
bardzo łakną życzliwego przywiązania, a ponieważ nikt tej potrzeby nie
zaspokajał, przepełniały mnie głęboki smutek i niepokój. Kiedy moi
rodzice na to nie reagowali, zorientowałam się, że wysoko cenionymi
cechami są niezależność i samodzielność. Skierowałam więc całą swoją
uwagę na odgrywanie roli samowystarczalnej dziewczynki, a fundamentalną
i delikatną potrzebę bliskości zepchnęłam w zakamarki duszy. Czasami ta
silna i niezależna część mnie skutecznie mnie chroniła, ale kiedy rany
partnera kazały mu się ode mnie oddalać, cały dziecięcy niepokój i smutek wypływały na powierzchnię i potęgowały cierpienie wywołane wizją
utraty partnera.
To, co przytrafia się nam, gdy jesteśmy mali, wpływa na to, jak
bezpiecznie czujemy się obecnie. Przychodzimy na ten świat, dosłownie
domagając się więzi. Ta potrzeba jest wpisana w nasz organizm na
najgłębszym poziomie. Pragnienie kontaktu z innymi i zależność od nich
to wręcz najbardziej fundamentalna prawda o człowieku. Słynny psychiatra
i badacz Stephen Porges mówi: "Łączenie się to biologiczny imperatyw, co
znaczy, że jest kluczowy i nie możemy bez niego żyć"7. Kiedy
pojawiamy się na tym świecie, pragniemy kochającego spojrzenia i delikatnego dotyku skóry naszych rodziców witających nas cudowną
ciekawością tej wspaniałej istotki, która właśnie pojawiła się w ich
życiu. Jeżeli to pragnienie zostaje zaspokojone, czujemy, że świat jest
dla nas bezpieczny. Jednak mnóstwo rodziców nie potrafi przyjąć dziecka
w ten sposób ze względu na własne rany, często powstałe we wczesnym
dzieciństwie.
To, czego najbardziej się boimy, to utrata relacji.
W latach 50. XX wieku badacz John Bowlby zaczął pisać o tym, co się
dzieje z dziećmi, którym rodzice tworzą czułe i bezpieczne środowisko,
oraz z tymi, których rodzice nie potrafią być w pełni obecni8.
To doprowadziło do powstania teorii stylu przywiązania i ustalenia
trzech głównych kategorii opisujących relację pomiędzy dziećmi i rodzicami czy też opiekunami oraz jej wpływ na dzieci na dalszych
etapach życia. Te trzy style przywiązania nazwano bezpiecznym,
lękowo-ambiwalentnym oraz unikowym. Później Mary Main i Erik Hesse
dodali czwarty styl - zdezorganizowany. Teraz chcę jedynie pobieżnie
przedstawić każdy z nich, żeby dać ci pogląd na różne doświadczenia z tego spektrum, które mogły być twoim udziałem. Później zagłębimy się w to bardziej, na razie niech nam wystarczy stwierdzenie, że style przywiązania bynajmniej nie są niezmienne,
ponieważ każdy z nas doświadcza więcej niż jednego stylu - w zależności
od wielu relacji, jakie nawiązał. W całej tej książce będziemy
analizować, jak działa twój system przywiązania, ale w rozdziałach 4, 5
i 6 sprawdzimy to dokładniej. Teraz zaczniemy od namalowania obrazu
relacji rodzic-dziecko. Należy zauważyć, że każda para rodzic-dziecko na
świecie jest wyjątkowa, więc tutaj przedstawiam jedynie ogólne
wyobrażenie. W trakcie lektury tych pobieżnych opisów głównych stylów
przywiązania skupiaj się na tym, czy któryś z nich silnie z tobą
rezonuje.
Bezpieczny
W tym rozdziale pisałam już nieco o bezpiecznym stylu
przywiązania zapewnianym przez kochających, bezpiecznych
rodziców, których własny świat wewnętrzny jest w znacznej mierze
uregulowany, co w relacji z nami umożliwia im okazywanie nam
serdeczności i otwartości9. Są nas życzliwie ciekawi i odzwierciedlają naszą wyjątkowość.
Rodzice dosłownie tworzą obwody neuronalne w mózgu dziecka, więc ich
bezpieczne wewnętrzne doświadczenie staje się naszym. Przebywanie w ich
obecności oznacza, że nasz mózg zostaje zaprogramowany tak, by
oczekiwać, że dostaniemy wsparcie i troskę, że świat
jest dobrym miejscem.
Lękowo-ambiwalentny
Niestety wczesne doświadczenia niektórych rodziców sprawiły, że
odczuwają oni świat jako miejsce nieprzewidywalne, w którym nie są
bezpieczni. Są pełni lęku, czasami się złoszczą i niemal zawsze
desperacko potrzebują, by ktoś inny ich pocieszył i wsparł. Nie są w stanie regularnie dawać dziecku przestrzeni, w której będzie
zaopiekowane i spokojne, bo sami jej nie otrzymali10. Czasami
są dostępni, a czasami nie. To przeraża dziecko, które nie wie, czego
się spodziewać. Za rogiem zawsze czyha utrata
bliskości. Chociaż rodzice nie mają takiego zamiaru, to
neurobiologicznie zaszczepiają własny niepokój w dziecku, które często
dostosowuje się do sytuacji, porzucając własne potrzeby, by zaopiekować
się rodzicami. "Jeżeli tylko uda mi się uspokoić i uszczęśliwić mamusię,
będzie ze mną". Wtedy dorastamy z ogromnym wyczuleniem na uczucia innych
i bez przekonania, że nasze potrzeby są ważne. Żyjemy w nieustannym
lęku, że zostaniemy porzuceni tak jak w dzieciństwie. Naukowcy nazywają
ten styl przywiązania lękowo-ambiwalentnym, a ja
znam go z pierwszej ręki.
Unikowy
Na drugim końcu spektrum znajdujemy unikowy styl
przywiązania. Przepełnieni lękiem rodzice są przytłoczeni
własnymi emocjami, natomiast rodzice unikowi przystosowali się do bólu
obecnego w życiu poprzez odwracanie się od emocji i skupianie na pracy
albo innych obszarach życia, w których mogą odnaleźć poczucie spełnienia
i kontroli. Żeby zdystansować się od swoich uczuć, postrzegają świat
przez pryzmat lewej półkuli mózgu11. Z tej perspektywy cele i zadania liczą się bardziej od relacji, a krytykowanie i ocenianie innych
(oraz siebie) przychodzą naturalnie. Ponieważ odcięli się od smutku i bólu, nie dostrzegają też tych emocji u innych. Ich dziecko może to
odbierać jako całkowite porzucenie. W najwcześniejszych latach życia
wszyscy patrzymy na świat przez pryzmat zorientowanej na relacje prawej
półkuli mózgu i nieustannie poszukujemy ludzi serdecznych i responsywnych, więc posiadanie rodziców unikowych wywołuje w nas
wrażenie, jakbyśmy przez większość czasu nie istnieli. Później, kiedy
nie jesteśmy już niemowlętami, potrafimy mówić i informujemy rodzica:
"Jestem smutny", on może zareagować konsternacją, zimnym spojrzeniem,
złością, a nawet odwróceniem się do nas plecami. Klienci, którzy
dorastali z unikowymi rodzicami, często opisują ziejącą w nich czarną
dziurę słowem "unieważnienie".
W rodzinie targanej lękami dziecko często przystosowuje się poprzez
przyjęcie na siebie roli opiekuna. W rodzinie unikowej
najbezpieczniejszą adaptacją jest spisywanie się na medal i nieokazywanie żadnej wrażliwości emocjonalnej12.
Porzuciwszy jakąkolwiek nadzieję na miłość i bezpieczeństwo ze strony
rodziców, dziecko zwraca się ku innym działaniom, którymi może zyskać
ich aprobatę: stara się dostawać dobre stopnie i zachowywać idealnie.
Potrzeby emocjonalne odkłada na bok. W efekcie jego młody mózg zostaje
zaprogramowany tak, żeby nie pozostawać z nimi w kontakcie. Co gorsza,
nasza kultura jest tak bardzo odurzona kultem sukcesu, że nagradza tę
adaptację, a to prowadzi do współczesnej epidemii hiperniezależności i samotności.
Zdezorganizowany
Style przywiązania lękowy i unikowy przynajmniej w jakimś stopniu
umożliwiają zachowanie częściowej więzi z rodzicami. Badacze zauważyli
jednak, że niektóre dzieci po prostu się rozpadają, kiedy ktokolwiek
oferuje im relację13 - wykonują gorączkowe ruchy albo ogarnia je
bezwład. U nich rozwinął się zdezorganizowany styl
przywiązania. Chwilami sama doświadczałam tych uczuć i z czasem
zrozumiałam, że pojawiają się, kiedy nie mam się ku komu zwrócić, brak
mi bezpiecznej przystani. Jeżeli zwracałam się ku rodzicom, byli
pogrążeni we własnym bólu i nie reagowali. Jeśli się od nich odwracałam,
popadałam w straszne osamotnienie i czułam się wewnętrznie zdruzgotana.
Na szczęście były to jedynie odizolowane przypadki, które pozostawiły po
sobie tylko ogniska dezorganizacji, natomiast moje codzienne życie było
mieszaniną przywiązania lękowego i unikowego.
Dość powszechne stało się obecnie pytanie: "Jaki masz styl
przywiązania?". Jestem wdzięczna za to, że coraz więcej osób zdaje sobie
sprawę z mocy wczesnych więzi i tego, w jaki sposób kształtują one nasze
obecne relacje. Jednak te pierwsze więzi to zaledwie początek
doświadczeń, które tworzą nasze oczekiwania co do wyglądu relacji. Każda
emocjonalnie znacząca więź pozostawia swój ślad. Zatem zamiast prosić
cię o zidentyfikowanie swojego stylu przywiązania, przedstawię sposób, w jaki rozwijamy to, co można by nazwać kołem stylów
przywiązania. Moje koło obejmuje doświadczenia bezpieczeństwa i lęku z matką, unikania i lęku z ojcem, bezpieczeństwa z babcią oraz
chwile tak dojmującego porzucenia, że czasami stawałam się
zdezorganizowana. W zależności od tego, z kim jestem albo co się dzieje
dookoła mnie, mogę zastosować każdą z reakcji adaptacyjnych, które
rozwinęłam w tym kalejdoskopie relacji.
Każda emocjonalnie znacząca więź pozostawia swój ślad.
Pracowałam z mnóstwem klientów, których rodzice wykazywali różne style
przywiązania. Często jeden rodzic jest bardziej lękowy, a drugi ma
tendencję do chowania się za gazetą albo zadaniami do wykonania, ale
jednocześnie obydwoje zapewniają dzieciom również doświadczenia
serdeczności i bezpieczeństwa. Dokładnie zgłębimy, jak to było w twoim
przypadku, w rozdziale 5, chociaż już po lekturze tych kilku akapitów
możesz mieć pewne pojęcie na ten temat. Jeżeli tak jest, pomocne może
się okazać spisanie kilku myśli w dzienniku.
Źródła bezpieczeństwa
Na początku tej podróży pomocne będzie wyobrażenie sobie, jakie
doświadczenia prowadzą do bezpiecznego stylu przywiązania, a jakie
czynniki mogą prowadzić do braku poczucia bezpieczeństwa. Po
kilkudziesięciu latach badania autonomicznego układu nerwowego (AUN) -
tej części układu nerwowego, która reaguje automatycznie na okoliczności
wewnętrzne i zewnętrzne - Stephen Porges opracował teorię poliwagalną do
opisania jego adaptacji do zmieniających się warunków. Według tej teorii
AUN nieustannie skanuje środowisko wewnętrzne i zewnętrzne, by szybko
wyczuć bezpieczeństwo bądź zagrożenie, i inicjuje adaptacyjne zmiany w naszym stanie autonomicznym, a my nie zdajemy sobie z tego
sprawy14. Porges pomaga nam zrozumieć, jaka podstawowa cecha
umożliwia rodzicom pielęgnowanie poczucia bezpieczeństwa u swojego
potomstwa i tym samym tworzy u niego bezpieczne fundamenty przywiązania.
Tym kluczowym składnikiem jest obecność. Może
się wydawać dziwne, że na pierwszym miejscu nie znajduje się miłość, ale
rodzice mogą kochać nas bardzo mocno, a jednak nie potrafić być przy nas
obecni ze względu na własne rany.
Przez obecność rozumiemy zdolność rodziców do dostrzegania nas i przyjmowania takich, jacy jesteśmy, w każdym
momencie, z życzliwością, zaciekawieniem, delikatnością, a często i zachwytem. Bardziej interesuje ich odkrycie, kim
jesteśmy, niż to, żebyśmy pasowali do jakiegoś ich wyobrażenia.
To jest kluczowe. Kiedy nie udaje im się odpowiedzieć na nasze potrzeby,
zazwyczaj zauważają to i pracują nad odnowieniem więzi, nawet jeżeli
zajmuje im to jakiś czas.
Co się dzieje w rodzicu, kiedy potrafi zaoferować prawdziwą obecność?
Stephen Porges ukuł nazwę dla tego stanu: rodzic ma neurocepcję bezpieczeństwa15.
Neurocepcja to podświadomy proces umożliwiający naszemu ciału
zauważenie, czy czujemy się bezpiecznie, czy nie. To proces
automatyczny, zachodzący poza świadomością, w tych częściach mózgu,
które wyewoluowały przed umysłem świadomym. Kiedy mówimy o odczuwanym doświadczeniu, chodzi nam o to, co pojawia
się w naszym ciele - w brzuchu, mięśniach, piersi, a nawet w skórze. Ta
wewnętrzna ocena, czy jesteśmy bezpieczni czy zagrożeni, zachodzi
nieustannie i trwa nanosekundy. Jest znacznie szybsza od świadomej
myśli. Ciało nieustannie szepcze do nas: "Jesteś bezpieczna" albo "Nie
jesteś bezpieczna". Jesteśmy stworzeniami społecznymi, które znajdują
bezpieczeństwo w towarzystwie drugiej osoby, więc główne pytanie całego
układu nerwowego brzmi: "Jesteś ze mną?". Kiedy rodzic potrafi dać
dziecku poczucie prawdziwego bezpieczeństwa, buduje podstawy jego
przekonania, że nic mu nie grozi, które będzie mu towarzyszyć w całym
jego dalszym życiu.
Neurocepcja składa się z trzech doznań, które nieustannie zachodzą w naszym wnętrzu16:
Jakie dawne doświadczenia są w nas w tej chwili aktywne? Coś, co
odbieramy jako bezpieczne? Coś, co odbieramy jako niebezpieczne?
Dawne przeżycia są przechowywane w głębokich zakamarkach pamięci i zapisywane jako doznania w ciele - w brzuchu, sercu, mięśniach i tak
dalej. To, co się w nas przebudzi, wpłynie na nasze wewnętrzne
poczucie bezpieczeństwa lub jego braku w danej chwili, niezależnie
od tego, jak dawno wydarzyła się dana sytuacja.
Kto/co znajduje się obecnie w naszym środowisku? Czy to
doświadczenie wydaje się nam bezpieczne albo czy ten człowiek nam
zagraża?
Kto mi towarzyszy? Czy przy moim boku znajduje się osoba warta
zaufania? Albo czy mogę przywołać świadomość posiadania bezpiecznej
osoby w swoim życiu, zinternalizowanej relacji, z której mogę w tej
chwili zaczerpnąć, żeby poczuć się bezpiecznie?
W czasie niezbędnym do przeczytania tych trzech krótkich opisów w twoim
organizmie nieustannie zachodziły zmiany neurocepcji, było ich wręcz
tyle, że niemożliwe jest śledzenie ich wszystkich świadomie.
Niezależnie od tego, co teraz czujemy bądź robimy, neurocepcja
nieustannie mówi nam prawdę o tym, jak bezpiecznie czujemy się w danej
chwili połączeni, i dostosowuje odpowiednio nasze myśli, uczucia,
zachowania i relacje. Na przykład kiedy budziłam się w środku nocy i zauważałam, że mojego partnera nie ma obok w łóżku, serce zaczynało mi
bić jak szalone, a mięśnie spinały się w gotowości do zerwania się na
równe nogi, jeszcze zanim zdążyłam się zastanowić, z czego może wynikać
ta nieobecność. Oddychałam szybko, szczytami płuc, panicznie rozglądałam
się po sypialni i w końcu wołałam partnera. Jego nieobecność budziła we
mnie dawny lęk przed porzuceniem, co wyzwalało potężną neurocepcję
zagrożenia, która natychmiast pojawiała się w mojej świadomości i wywoływała fizjologiczne objawy ogromnego lęku. Nagłe uświadomienie
sobie dawnych przeżyć związanych z byciem osamotnioną w połączeniu z fizyczną nieobecnością partnera w danej chwili - co oznaczało, że nie
było przy mnie nikogo, kto pomógłby mi poradzić sobie z przerażeniem -
uruchamiało wszystkie alarmy w moim organizmie. Gdy tylko go wołałam, a on odpowiadał, że musiał pójść do łazienki, mój organizm natychmiast się
uspokajał w neurocepcji bezpieczeństwa. Nie zostałam porzucona. Godna
zaufania osoba znajdowała się w pobliżu.
W odpowiedzi na neurocepcję bezpieczeństwa AUN aktywuje to, co Porges
nazywa układem zaangażowania społecznego, a co
pozwala nam nawiązywać kontakt z otaczającymi nas ludźmi17. Wtedy
często rozluźniają się nam mięśnie, zwłaszcza brzucha i w okolicach
oczu, ton naszego głosu sygnalizuje bezpieczeństwo i łatwiej nam słuchać
bez oceniania. To preferowany stan AUN, ponieważ cały nasz organizm chce
się znajdować w serdecznej bliskości z innymi.
Jak to może wyglądać pomiędzy rodzicami a noworodkami? Niedawno
urodziłam i siedzę z synkiem na rękach. Mam w sobie dawne doświadczenie
spoczywającego na mnie czułego wzroku matki (bezpieczeństwo). Czuję się
komfortowo w domu, mam wsparcie otaczających mnie ludzi
(bezpieczeństwo). Moja przyjaciółka właśnie patrzy na naszą dwójkę z miłością (bezpieczeństwo). Synek może spojrzeć mi w oczy i znaleźć
bezpieczną przystań, ponieważ jestem przy nim naprawdę obecna. W takiej
chwili mózg noworodka jest przygotowywany do tego, by oczekiwać, że
świat jest bezpiecznym miejscem, w którym dzieci się kocha i otacza
opieką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Matthew D. Lieberman, Social: Why Our Brains Are Wired to Connect, Crown Publishers, Nowy Jork 2013, s. 3-6, 43-47. [wróć]
Iain McGilchrist, The Master and His Emissary: The Divided Brain and the Making of the Western World, Yale University Press, New Haven 2009, s. 154, 300. [wróć]
Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna. Przewodnik, przeł. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020. [wróć]
Patty Wipfler, "What Is a Listening Partnership?", Hand in Hand Parenting, ostatnio zmieniany w sierpniu 2016, dostęp uzyskano 29 listopada 2024, https://www.handinhandparenting.org/2016/08/listen-launch-post-what-is-a-listening-partnership/. [wróć]
Daniel J. Siegel, Psychowzroczność, przeł. Piotr Budkiewicz, Mamania, Warszawa 2021. [wróć]
Allan N. Schore, Affect Regulation and the Origin of the Self: The Neurobiology of Emotional Development, wyd. 2, Routledge, Nowy Jork 2003, s. 37-40. [wróć]
Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna. Przewodnik, dz. cyt. [wróć]
Saul Mcleod, "Bowlby's Attachment Theory", Simply Psychology, 5 lutego 2017, https://www.simplypsychology.org/bowlby.html. [wróć]
Jude Cassidy, Phillip R. Shaver, "Attachment Theory and Research: Overview with Suggested Applications to Child Development", Oxford Research Encyclopedia of Psychology, opublikowano online 31 sierpnia 2021, dostęp 29 listopada 2024, https://oxfordre.com/psychology/view/10.1093/acrefore/9780190236557.001.0001/acrefore-9780190236557-e-51; Amir Levine, Rachel Heller, Partnerstwo bliskości, przeł. Grażyna Chamielec, Feeria, Łódź 2020. [wróć]
Jude Cassidy, Phillip R. Shaver, "Attachment Theory and Research", dz. cyt. [wróć]
Tamże. [wróć]
Amir Levine, Rachel Heller, Partnerstwo bliskości, dz. cyt. [wróć]
Mary Main, Erik Hesse, "Parents' Unresolved Traumatic Experiences Are Related to Infant Disorganized Attachment Status: Is Frightened and/or Frightening Parental Behavior the Linking Mechanism?", w: Attachment in the Preschool Years: Theory, Research, and Intervention, red. M.T. Greenberg, D. Cicchetti, E.M. Cummings, University of Chicago Press, Chicago 1990, s. 161-182. [wróć]
Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna. Przewodnik, dz. cyt. [wróć]
Stephen W. Porges, Neurofizjologiczne podstawy emocji i przywiązania w teorii poliwagalnej, przeł. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]