bezpieczne miejsca - Blanka Holmes

Reflow text when sidebars are open.
Lotnisko London-Stansted przepełnione było o tej porze roku przepracowanymi, zdesperowanymi ludźmi, którzy jakoś jeszcze funkcjonowali na swoim ostatnim korporacyjnym tchnieniu, gnani myślą o tygodniowym all inclusive na Teneryfie czy Krecie. Sztucznie opalone Brytyjki zamawiały colę bez cukru z burgerem rozmiaru king, ostrzyżone na garnek chłopaczki maszerowały przed siebie, śmiesznie odbijając się od podłogi niczym nieopierzone kurczęta, zasięgiem swojego gargulenia próbując zapewne zaimponować młodym samicom i zgorszyć te starsze. Przy wejściu jakiś Arab mrugał do co drugiej napataczającej się niewiasty, zmysłowo zachęcając: Habibi, come to Dubai! You and me, sun and beach! Niestety większość "habibi" uciekała w popłochu, dając do zrozumienia, że interpersonalne interakcje możliwe są dopiero po wypiciu pierwszego martini w upragnionym hotelu. Jednym słowem - ostatnia sobota czerwca na londyńskim lotnisku nie jest rajem dla introwertyków.
Rita jednak nim nie była. Była za to dwudziestoczteroletnią brunetką o włosach ściętych na lato do ramion, niebieskich oczach i jasnej, lekko różowej cerze. Od kiedy znajomy artysta ocenił, że ma urodę aktorki z lat sześćdziesiątych połączoną z walczącą o swoje rozwódką, zainspirowana tymi tak różnymi jednak stylami, przyjmowała je w zależności od nastroju. Na przykład teraz, tonąc w oversizowym komplecie dresowym, kiedy szykowała się mentalnie na powrót do Polski po skończonych studiach, rysy jej twarzy znajdowały się w pozycji naturalnej, co oznaczało, że wyglądała, jakby chciała kogoś uderzyć. Od czasu do czasu przypominała sobie jednak, że czasem warto prezentować się przyjaźnie, i wtedy jej twarz nabierała nagle natchnionego wyrazu, spowita eterycznym uśmiechem prawdziwej damy.
Lady Rita, aktualnie obtoczona we wszystko, co nie zmieściło się do bagażu (bo tanie linie lotnicze są tanie tylko z bagażem podręcznym), prześlizgiwała się pomiędzy grupami przyjaciół i rodzinami. Skinęła z uśmiechem Arabowi ("następnym razem, Abdulku") i weszła nareszcie do głównej strefy lotniska, kierując się od razu na lewo do kontroli bezpieczeństwa. Faktem było, że zostały jeszcze trzy i pół godziny do lotu. Kolejnym faktem, że było to co najmniej o dwie godziny za wcześnie. Faktem ostatecznym - że Rita wolałaby już prędzej spać pod lotniskiem, niż stresować się na tak zwaną ostatnią chwilę w kolejce do bramek. "Przynajmniej wypiję kawę" - pomyślała - "i zjem ostatni meal deal niczym wieczerzę pożegnalną". Po szczegółowej kontroli (a z jakiegoś powodu wybrano ją losowo na obmacanie, jakby była niemalże Donnym Brasco w dresach) poczłapała we wszystkim, co miała, na strefę bezcłową.
Jak zawsze podeszła do stoiska z perfumami Armani i spryskała się od góry do dołu czerwoną butelką S? Passione. "Kupię sobie kiedyś" - postanowiła, jak to miała w zwyczaju przed każdym lotem. Po czym z ciężkim sercem zapłaciła prawie sześć funtów za jakąś zapyziałą, ale na swój sposób satysfakcjonującą kanapkę z WHS Smith i przy samym wyjściu dorwała jeszcze kryminał, który od wieków polecali jej angielscy znajomi, szczęśliwym trafem kosztujący teraz mniej niż kanapka. W rzędach krzeseł obok Starbucksa wypatrzyła wolne miejsce pomiędzy starszymi paniami ("Dobrze, że nie młodzież, przynajmniej będzie spokój" - westchnęła w myślach). Miała nareszcie pełno czasu na rozmyślania bez wyrzutów sumienia. Czy czuła się szczęśliwa? Być może. Chyba tak. Nie, na pewno. Ale przede wszystkim czuła się dziwnie. Odkąd oboje z Tomkiem wyjechali na studia, spotykali się przeważnie z trzy razy do roku, dłużej na święta i wakacje. A ostatnie pięć lat obfitowało raczej w zmiany, zarówno u rodzeństwa, jak i w domu rodzinnym.
To śmieszne, jak przez dziewiętnaście lat życia przebywa się ze sobą na co dzień i nie zauważa upływu czasu na twarzach i w zachowaniach innych, a potem po wyprowadzce przyjeżdża się raz na jakiś czas i niby wszystko jest takie samo, ale w głębi duszy wie się, że już nigdy takie samo nie będzie. Czas płynie jakby inaczej, obiera im oddzielne drogi i prowadzi w miejsca, z których trzeba próbować znowu się zrozumieć. Rita lubiła mówić o tym: "To kolejny etap". Ale ten kolejny etap też się już skończył. Aktualnie była ona rozdarta pomiędzy powrotem do ojczyzny a ostatecznym jej pożegnaniem, i wakacje były doskonałym czasem na to, by uzyskać odpowiedź. Dziko wgryzając się w batonik proteinowy o smaku słonego karmelu, wspominała, jak bardzo ucieszył ją pewien telefon z zaproszeniem na żaglowy rejs "jak za dawnych lat". A że w lipcu i sierpniu wypadały okrągłe pięćdziesiątki rodziców, miał być to rejs specjalny, urodzinowy. Gdy oboje z Tomkiem mieszkali jeszcze w domu w Salwie, ich ulubioną rozrywką były wypady na żagle, a szczególnie dwutygodniowe, wakacyjne rejsy, podczas których opływali Bjestruń i nocowali to w mniejszych portach, to na urokliwych wysepkach "na dziko". Było w tym miejscach coś zatrzymanego w czasie, coś, co napawało spokojem i nic nie wymagało. Natura - najprostsze. Ludzie - może trochę inni. Atmosfera - znana i dawna. Znali osobiście właścicieli większości portów - świat jest mały, a Bjestruń jeszcze mniejszy. Czuli się tu po prostu jak "u siebie". Oczywiście, nawet w trakcie ich życia pozmieniało się trochę, ludzie sprzedawali stare działki z szopami i przenosili się do większych miast, a w ich miejsce powstawały oszklone wille tych chcących uciec od miejskiego zgiełku, którzy zdążyli się już w nim dorobić.
Na szczęście Bjestruń, w przeciwieństwie do jezior na Mazurach, nie zdążył jeszcze przesiąknąć pewnym rodzajem bezwstydnej turystyki. On wciąż miał miejsca bezpieczne i ciche, on wciąż był ich. Wiadomo, ona, a potem i Tomek wyjechali na studia i mimo niemrawych starań porozjeżdżali się trochę w terminach, zaliczeniach i praktykach, i rozjazd ten trwałby zapewne do dziś, gdyby nie to uroczyste i stanowcze zaproszenie, podbite tak ważnym świętowaniem na jeziorskim szlaku. Po videorozmowie z rodzicami zdzwonili się z Tomkiem, żeby opracować pewien plan działania i poukładać wszystko w czasie.
Tydzień później wzięła w rękę bagaż podręczny i pojechała na ekonomiczny lot do Warszawy, by zobaczyć się z bratem jeszcze przed rejsem. Na szczęście nie musiała za bardzo martwić się o mieszkanie, bo kontrakt kończył się dopiero za miesiąc, a w razie czego wiedziała, że współlokatorka zajmie się jej rzeczami i raczej nie wylądują one na Ebayu czy Vinted. Niestety, loty tanich linii mają to do siebie, że występują o horrendalnie nieprzystępnych porach, typu druga w nocy.
Lotnisko pustoszało już powoli, a Rita, będąca mentalnie nie dziewczyną w pełni sił witalnych, lecz raczej emerytką, która odbija w śpiulkolot zaraz po telerynce1, ciężko wzdychając powlekła się teraz w poszukiwaniu jakiegoś przystępnego kącika do zaszycia się. Dziwnie, taka pustka. Chciałoby się rzec - jakby metaforycznie. Taki czas na decyzję. "Pobędę tam, pobędę" - myślała - "ale czy wrócę? Albo inaczej: czy jest do czego wracać?".
Była dwudziesta. Tomek, wyprany, wyprasowany i spakowany, nareszcie mógł w spokoju usiąść na łóżku i pijąc szóstą już filiżankę czarnej kawy, pogapić się trochę w ciszy w ścianę. Dobrze wiedział, że następne dwa tygodnie będą co najmniej intensywne. Cała jego rodzina była w ogóle taka "intensywna", można powiedzieć. Był na to jednak, jak na wszystko w życiu, przygotowany. Tomek był przystojnym samcem gatunku ludzkiego, lat dwadzieścia dwa, studentem trzeciego roku architektury i na doczepkę - psychologii zaocznie. Wysoki, opalony blondyn o niebieskich oczach i smukłej, ale wysportowanej budowie, przypominał raczej pasjonata surfingu lub niszowego artystę z LA, który w Wawie odwiedzał jakichś swoich uboższych krewnych. Co gorsza, nie dbał o to zbytnio. Był człowiekiem, jak by to powiedzieć, ugruntowanym i spokojnym. Skupionym na swojej pracy. Zadaniowym. I, co rzadkie wśród członków tych kierunków studiów, zdrowym psychicznie. Kochał ludzi prawie tak bardzo jak miasta. A miasta kochał, bo składały się z budynków. Doceniał, gdy ulice tworzyły ład. Darzył uznaniem prawidłowość, że to wszystko ma sens i logikę. To, czego tak bardzo brakuje w codziennym życiu.
Do dziś wspominał moment, gdy jeszcze jako chłopiec pojechał z rodziną do Paryża. Montmartre, La Défense, Moulin Rouge i Champs-Élysées - same turystyczne perełki, oczywiście. I ta kultowa, dla niektórych przereklamowana, dla niektórych najbardziej ikoniczny symbol romantyczności - panie i panowie, wieża Eiffla. W czwórkę zdecydowali się wdrapać na jej taras widokowy o własnych siłach, w imię sentencji "w zdrowym ciele zdrowy duch" (i na pewno na decyzję tę nie wpłynął fakt, że bilet "schodowy" był trzy razy tańszy niż "windowy"). Rita zachwycała się artystycznymi zdjęciami, na których udało jej się uwiecznić wspomnienia, mama - samym faktem odwiedzenia upragnionej stolicy miłości, ojciec trzecią lampką szampana wydojoną na szczycie, a Tomek - nasz Tomek wpatrywał się w panoramę niemalże godzinę, gdzie ulice rozciągały się to równolegle, to prostopadle, to na ukos, to tworząc układ trójkątów i równoległoboków przecinanych przez Sekwanę. "Jakie to satysfakcjonujące" - pomyślał - "jakby jeszcze życie dało mi chwilę na odczucie tej satysfakcji" - jęknął w duchu, poganiany miauknięciami rodziny, że "zimno", że "głodni", i "czy już się napatrzyłeś" oraz "daj, zrobię ci zdjęcie, to sobie w domu pofilozofujesz".
Tomek jednak udowodnił wszystkim, że filozofię traktuje poważnie, i teraz, będąc już po trzecim roku studiów, brał się powoli za wybór tematu na pracę magisterską. Zamiast jednak zdecydować się na coś typowego i mieć z głowy szkic wstępu, był w pewien sposób rozdarty pomiędzy wyżej wspomnianym stylem Haussmanna, który swoją XIX-wieczną symetrią dominował w Mieście Światła, a dworkowymi domami wyjętymi żywcem z Pana Tadeusza. "Idealnie byłoby połączyć style, połączyć perspektywy. Dodać trochę prostoty do tej paryskiej śmietanki, zaprojektować dom wczasowy, hotel, klasykę z delikatnym dotykiem swojskiego charakteru. Tylko jak to zrobić, żeby to w ogóle miało ręce i nogi?" - dumał, wgapiając się w ścianę z zimną już kawą. Łykając powoli niezdatną teraz do spożycia ciecz, wpadł na - bardzo możliwe, że genialny - pomysł. Specyficzny, tak, ale w naturze tej pociągający. "Czemu nie" - mruknął. "Pomyśli się, spróbuje się, pojadę tam i się dowiem. Dowiemy się, kochanie" - dodał zaraz, patrząc na swoją dotychczas milczącą towarzyszkę. Na to wezwanie Sara drgnęła, zerkając na Tomka swoimi bursztynowymi, zakochanymi oczami. Jej piękne, mahoniowe włosy, sprężystość ruchów i delikatna sylwetka przykuwały uwagę osób każdej płci. Razem z Tomkiem tworzyli parę po prostu idealną. "Kocham cię, bo ty mnie naprawdę rozumiesz" - wyznał chłopak, głaszcząc delikatnie swoją ukochaną rasy seter irlandzki. A ona pokiwała głową, zgadzając się, jak zawsze, z każdym jego słowem.
"Architektura, to rozumiem jeszcze, w miarę pewny zawód" - słyszał często na rodzinnych spotkaniach. "Ale dlaczego psychologia? Przecież jesteś normalny!". Z ostatnim stwierdzeniem się zgadzał, jakby nie patrzeć, tylko do pewnego stopnia. Aby uprościć jego filozofię życia, można by powiedzieć, tak jak wcześniej, że faktycznie kochał ludzi. Sprawa była jednak o wiele bardziej skomplikowana. W tym wypadku gatunek ludzki fascynował Tomka jako jedyne stworzenie, które w swoim żywocie postępuje wbrew wszelkim zasadom logiki. Niezwykłe osiągnięcia naukowe, leki na nieuleczalne choroby i przełomowe wynalazki zbyt często zbiegały się w czasie z zamachami, wojnami i katastrofami. Ludzie walczą o przetrwanie, robiąc wszystko, by się zabić. Świadomie czy nieświadomie, stworzenia te są pod każdym względem pełne sprzeczności. Fascynowało go to, jak niektóre jednostki funkcjonują zdrowo i płynnie, podczas gdy inne poruszają się między granicą chaotyczności i szaleństwa. I jakkolwiek sam posiadał, obiektywnie patrząc, dość prawidłowy kręgosłup moralny, nie silił się na ocenianie innych, lecz pragnął zgłębić problem.
Gdyby ktoś dał mu możliwość przebadania mózgu Marii Teresy i Teda Bundy'ego, potraktowałby obydwa jako wartościowe źródła wiedzy, nic mniej, nic więcej.
Swojej wiedzy używał, by w całym tym bałaganie odnaleźć jakiś sens i ciąg przyczynowo-skutkowy. Dlatego właśnie może i nadwyrężeniem byłoby powiedzieć, że kochał ludzi. On ich po prostu rozumiał. A jeśli nie, to starał się zrozumieć. Miał jeszcze jedną, praktycznie niespotykaną cechę: umiał słuchać. I nie chodzi tu o smutne kiwanie głową, gdy pijana laska opowiada ci na afterze o tym, jak bardzo zranił ją były, by po zasponsorowaniu jej kilku drinków i wyszeptaniu, jak bardzo jest wyjątkowa, pójść do pokoju na górę. Jego intencją podczas słuchania było poznanie kolejnego przypadku. Może nawet pomoc. A na pewno - przyniesienie ulgi. Wiedział, że wystarczy komuś pozwolić mówić. To wszystko. Ludzie KOCHAJĄ mówić o sobie. Przez te kilka minut czują się zazwyczaj naprawdę wyjątkowi i doświadczeni przez życie. Czują się warci tyle, ile ich wspomnienia. I, co najśmieszniejsze, nie ma zbyt wielkiego znaczenia, kto jest ich odbiorcą. Wieloletnia przyjaciółka, przypadkowy gość z imprezy czy przydrożny kamień - każdy z nich mógł poznać te zagrzebane małe tęsknoty czy wieloletnie blizny.
Tomek zrozumiał to i dosyć szybko oduczył się traktowania pijanych wypocin innych ludzi jako daru zaufania czy bliskości. Chciał pracować z tymi, którzy tego potrzebują, zachowując złoty balans pomiędzy trzeźwością i metodycznością a empatią i autentycznością. Zamiast więc wygłaszać cały ten esej podczas wigilijnej kolacji czy innej grupowej biesiady, na zadane pytanie wolał odpowiedzieć: interesuje mnie człowiek.
Rita miała pojawić się na lotnisku około czwartej rano, co jako tako dawało mu jeszcze czas na wyspanie się. Kluski śląskie w sosie pieczeniowym, kapusta zasmażana i dwa pulpety stały w lodówce zaraz obok pseudo kompotu (bo jakoś nie wiedział, jak zrobić ten kompot, więc użyczył sobie trochę mocy z syropu malinowego). No i tam gdzieś w tle nalewka dziadka. Co jak co, ale bratem był dobrym.
"Nie no, jeszcze te kluski śląskie, Rita zwariuje ze szczęścia po prostu". Klepnął się w ramię na znak uznania, ponieważ Sara nie umiała jeszcze klepać go w ramię ani nawet przybijać piątki. Uroda, jak wiemy, nie zawsze idzie w parze z inteligencją. Układając się do snu (a solidne pięć minut zajmowało mu rzucanie się w pościeli w celu znalezienia optymalnego położenia względem kołdry, łóżka oraz przewiewu), włączył w tle Zbrodnię na festynie Agathy Christie. Nic nie usypiało go tak dobrze jak komfortowo napisane morderstwo mające miejsce w malowniczej angielskiej wsi. Sara poczekała chwilę (a Tomek miał to do siebie, że po maksymalnie dziesięciu minutach spał jak zabity i nie ruszał się aż do rana), po czym zgrabnie wskoczyła na ciemnozieloną pościel i położyła pyszczek na wolnej części poduszki. "Ten Tomek to naprawdę wymyśla" - westchnęła, bo już czasem brakowało jej cierpliwości. "Jedwabna poszewka, też sobie, może i dobra na włosy..." - zawahała się, po czym dodała z pewnością: "śliskie to i zimne, jakoś kiedyś ludzie używali bawełny i było dobrze".
Do głowy przyszedł jej plan godny disneyowskich geniuszy zła, oczami wyobraźni już widziała siebie wypróżniającą całą zawartość jelit na szmaragdowy materiał po zjedzeniu kilograma papierówek z misy na blacie. "Jasny przekaz to klucz do zdrowej komunikacji". Były to jednak jedynie szatańskie marzenia, których w życiu nie ośmieliłaby się zrealizować. Była w Tomka wpatrzona jak katolicy w Matkę Boską Częstochowską. Plus była damą. A damy nie srają po poduszkach. Jeśli już, to w krzaki.
Budzik na drugą trzydzieści to zdecydowanie nie to, co tygryski, seterki i Tomki lubią najbardziej. Ale słowo się rzekło, trzeba teraz przebrnąć przez to piekło. Zimna woda na twarz, dwa machnięcia szczoteczką zwieńczone płynem do płukania, a na dobitkę krem z filtrem rozsmarowany kamieniem gua-sha. Dzisiaj nie było ani czasu, ani nastroju na poranną łazienkową ceremonię bogów, którą Tomek zwykle odprawiał. Sara obserwowała ze zgrozą, jak jej obiekt westchnień najpierw wlewa w siebie z prędkością światła kubek czarnej cieczy, a potem wsadza w usta Snickersa i bez większych ceremonii wychodzi w takim stanie w półmrok otaczającej Warszawę nocy.
Dojazd do lotniska zajął mniej niż godzinę, więc nasz bohater miał jeszcze czas na zrealizowanie swojego niecnego planu. Z tego powodu chwilę przed czwartą pasażerowie, podróżnicy i pracownicy na lotnisku Chopina byli świadkami niezwykłej przemiany na miarę kafkowskich zapisków: oto młody mężczyzna w piżamie dumnie wkroczył ze sportową torbą do toalety, a pięć minut później pomieszczenie to opuścił przebrany w dmuchany kostium drzewa. Jakieś dwie nastolatki podbiegły zrobić zdjęcie, podczas gdy Tomek, wyzbyty już w tym wieku uczucia wstydu, szedł ku tabliczce "Przyloty", garguląc: "JA JESTEM GROOT!"2.
- Tomuś, ty wariacie! - Rita wybuchnęła śmiechem, rzucając się na brązową, nadmuchaną postać. - Wow, wydoroślałeś - dodała, wymownie wskazując na przebranie. - Ta Warszawka to jednak zmienia ludzi, nie ma co...
- Excuse me miss, can I speak Polish, or you already forgot it? Witam panią Angielkę w starej ojczyźnie! Kluski ci zrobiłem.
- Ale śląskie? Sam? Z sosem? My dear lord, I'm impressed! - wykrzyknęła teatralnie Rita, nieudolnie naśladując brytyjski akcent.
- Śląskie. Sam. Z sosem. Wziąłem telefoniczne korepetycje od babci Krysi.
- To co my tu jeszcze robimy? Do auta, chcę jeść!
Obecni na lotnisku ludzie mieli teraz okazję oglądać kolejną część przedstawienia: rozwinięcie, będące powitaniem podróżnych, przeszło płynnie w zakończenie. Dmuchane drzewo siłowało się z ważącym tonę plecakiem, podczas gdy jakaś rozkrzyczana dziewczyna w dresach próbowała przepchać je przez drzwi wyjściowe, dopingując krzykami "możesz wszystko" i "jesteś zwycięzcą" oraz "idzie ochrona". Ostatnie odniosło wreszcie skutek i drzewo kopytkowało już na wolnym powietrzu, próbując znaleźć strefę parkingową ze swoim autem. Jak można się domyślić, musiało jednak zostać zneutralizowane przed wejściem do maszyny, więc Rita dwoma agresywnymi pacnięciami złożyła strój do bagażnika.
Rodzeństwa trafiają się różne, czasem niestety panują w tej relacji nienawiść czy wojna, czasem neutralność, czasem poprawność, czasem ostracyzm czy niezrozumienie. No bo też głupio się trafia. Rzadko ma się to szczęście. Tomek i Rita byli jednak rodzeństwem współpracującym, broniącym siebie nawzajem i oddanym. I, co zdarza się między bratem a siostrą nie tak często, naprawdę byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Serio się lubili. Oprócz ogólnego zarysu na życie czy wyznawanych wartości łączyła ich też muzyka. Dlatego teraz, wracając do mieszkania na Woli, darli się wniebogłosy do największych hitów Savage, Depeche Mode i Pet Shop Boys.
- A ty wiesz, że oni jeszcze koncertują? Pet Shopi wydali teraz tę nową płytę, cały czas w tym samym klimacie, i powiem ci więcej: to w dalszym ciągu jest dobre - przerwała Rita.
- W sumie fajnie tak znaleźć swój styl, swoją drogę i się tego trzymać. Że wiesz, czego chcesz, i to robisz, od początku do końca - stwierdził Tomek.
- Może i fajnie, ale pewnie z moim trybem życia nigdy się tego nie dowiem. - Rita się roześmiała, kładąc nogi na maskę.
- Może tak. A może właśnie odwrotnie. Im dłużej patrzę na to wszystko, tym bardziej przekonuję się, że nikt nie jest jednoznaczny, ani w decyzjach, ani w postępowaniu. Przypomnę ci to za dziesięć lat, kiedy okaże się, że zamiast latać po świecie, osiądziesz w Łemianach i będziesz pisać książki.
- Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym w ogóle wróciła w nasze okolice na stałe. To jest po prostu, moim zdaniem, bez sensu. Tak marnować życie na tylko jedno miejsce, jak można mieć więcej.
- No sama wiesz, co kto lubi. Mnie tu było dobrze zawsze - mruknął.
- A jednak jesteś w Warszawie - przerwała.
- Bo studia. Ale chyba będę wracać do Salwy, bo gdzie indziej miałbym być? Tu wszystko jest bardziej osiągalne, sama wiesz, może kiedyś sobie mały domek zbuduję przy Bjestruniu. Może coś większego? A w sumie to wszystko ma więcej potencjału, niż ci się wydaje - stwierdził z pewnością siebie.
- Pożyjemy, zobaczymy. Jak Sara? Wydoroślała już czy nadal jest taki fiflak? - zagaiła, ciesząc się, że już niedługo zobaczy ukochaną psinkę.
- Ma swoje momenty, że się rzuca po mieszkaniu, ale powiem ci, że teraz zrobiła się z niej szykowna młoda dama. I chodzi za mną krok w krok. Może i jest to pies myśliwski, ale na pewno też stróżujący.
- Kupiłam jej w Londynie taki daszek na łódkę.
- Ale po co jej daszek, jak daszek jej mózgu nie ochroni? - jęknął Tomek.
- To zrobimy jej ładne zdjęcie na dziobie i zdejmę.
Bezsilny kierowca uznał, że dalsza dyskusja nie ma sensu, i aby zmienić lekko temat, włączył swoją nową specjalną playlistę z szantami o enigmatycznym tytule Pięć Majtków.
I słuchali, a raczej od pierwszego wersu krzyczeli, jak to "okręt ich wpłynął we mgłę".
Gdy dotarli do domu, Sara została przywitana nieludzkim i jak na godziny nocne niepoprawnym ujadaniem, na co sama odpowiadała proporcjonalnie entuzjastycznymi wyskokami. W końcu musiała pokazać, że odważne tezy Rity, takie jak "a kto tu jest najpiękniejszym pieskiem w całej galaktyce" albo "ciocia tęskniła, oj tęskniła, tak mocno" czy "a jaką mam sierść śliczną, zaraz wyprzytulamy", mają pewne pokrycie w rzeczywistości.
- To jak już się jaśnie panie przywitają, to może biedny bagażowy będzie mógł wnieść pakunki do środka. I skubnąć trochę klusek, bo umiera z głodu - jęknął w progu "biedny bagażowy".
- A, no tak, ja też przecież umieram z głodu. Janie, pozwól za nami.
- Powiem ci tak: zęby nie grzyby, w lesie nie rosną - sapnął "Jan", nieusatysfakcjonowany swym nowym przydomkiem oraz najcięższym bagażem podręcznym w historii świata.
- No przecież mówię, już wejdź, wejdź.
Kamienica, posłusznie usadowiona pośród innych sobie podobnych, ogarnięta była mrokiem, rozproszonym zaledwie latarniami z równoległej ulicy. Jednak, jakby na przekór, jedno okno wciąż jaśniało i miało swój kontrast stracić dopiero o świcie. Zbliżając się, można było dostrzec zarys dwóch młodych ludzi i futrzastej istoty na tle kuchni, jedzących kluski śląskie, pijących malinową herbatę i rozmawiających o istotnych, podniosłych sprawach na przemian z tymi najbardziej ludzkimi, błahymi i prostolinijnymi. O życiu, miłości i powołaniu zawodowym. O najnowszym termomixie z Lidla w dobrej cenie. O podstawach wiary w siebie i ostatnich zawodach. O tym, czy masło klarowane faktycznie jest dobrym zamiennikiem oleju słonecznikowego. I gdyby młodość faktycznie mogła być w jakiś sposób zdefiniowana, zamknąć byłoby ją trzeba właśnie w tej chwili. I gdyby życie składało się z kadrów filmowych, ten obraz leżałby gdzieś pomiędzy scenami drugą a czwartą, nie jako początek, lecz ostatni punkt zapowiedzi. I gdyby słowa miały jakiekolwiek znaczenie, trzeba byłoby powiedzieć "dziękuję". A potem spytać, co dalej.
1 Potoczny zwrot określający pójście spać, w tym kontekście wcześnie.
2 Nawiązanie do bohatera serii filmów Marvel, wyglądającego jak drzewo.
- Dobra, pierwsi biegacze na trasie, to znak, że musimy chociaż na chwilę się zdrzemnąć, żeby jakoś dojechać tam na wieczór - zauważyła trafnie Rita, odsuwając firankę.
- Wyjazd o czternastej, dzisiaj zdecydowanie nie możemy się spóźnić - powiedział Tomek, rozkładając kanapę w swym kuchniosalonie.
- Ale Mruczkowi powiedziałeś, że na trzynastą, prawda? - upewniła się dziewczyna.
- Znając życie i tak by miał problemy z dotarciem na czas, więc już dla świętego spokoju zaryzykowałem dwunastą trzydzieści. Ja nie myślę, ja JESTEM myśleniem - klepnął się z dumą w blond łepetynę.
- Dobra, daj mi jeszcze jakiś ręcznik i z resztą już sobie poradzę. I nastaw budzik, bo mnie czasem nie budzi, jak mam za mało snu. O, dzięki, dobranocka! - I przytuliwszy brata oraz ręcznik, poszła po resztę wieczornych przyborów.
Po skompletowaniu zestawu poczłapała do łazienki, z rozczuleniem patrząc na podawany jej przed chwilą niebieski kawałek materiału w czerwone samochodziki. Tomek był jego dumnym właścicielem od ponad szesnastu lat. "No tak, nie psuje się, dobry jest, to po co wyrzucać, no tak, cały mój brat" - pomyślała, wylewając na siebie hojną porcję męskiego szamponu.
Była osobą, która pół życia spędzała w świecie realnym, a drugie pół w swojej głowie, przetwarzając przeszłość, rozmyślając nad przyszłością, a w tym samym czasie próbując wyłapać z teraźniejszości najbardziej efektowne inspiracje. Teraz właśnie, stojąc pod prysznicem i spłukując z siebie sandałowo-oceaniczny płyn, wyobrażała sobie pierwszą scenę powieści. "Tak, tak to właśnie powinno się zacząć, młoda kobieta stoi w jakimś jeziorze, o, no właśnie, nasz Bjestruń może być, i woda na nią spada, no czyli musi być to wodospad, coś typu Niagara". Niagara była jedynym wodospadem, którego nazwa przychodziła jej na myśl, ale dlaczego bogu ducha winnej Niagarze kazała przenieść się nad Bjestruń, to wiedziała już tylko ona sama. "Tylko dlaczego ten zapach, skąd to drzewo sandałowe, czy ja w ogóle wiem, jak wygląda drzewo sandałowe?" - rozmyślała dalej, owijając się w ręcznik. Fizycznie i psychicznie była już pewnie dosyć zmęczona, ale dobrze wiedziała, że i tak nie zaśnie w spokoju, dopóki nie przeczyta o pochodzeniu i charakterystyce tego nieszczęsnego drzewa sandałowego. A potem jakoś tak jej się skojarzyło, że ma kupić sandałki z tej promocji na Zalando. "Przyjdzie do paczkomatu, akurat jak będę w Salwie. Jestem genialna. I zorganizowana. I padnięta. Idę spać".
I zaczęła nareszcie odpływać w jakieś dziwne rejony pomiędzy snem a swoimi kolejnymi pomysłami na powieść. Gnała przez jakieś wody i doliny, otoczona drzewami, goniona przez sandały, wpływała na przestwór to suchego, to mokrego oceanu, i pewnie dopłynęłaby i do Ameryki, gdyby nie jakieś niepasujące do scenerii dudnienie i przytłumione wołanie. Dudnienie, pukanie, drzwi - drzwi? Ale dlaczego drzwi? Wyjazd, tak, wyjazd. Ale już? Zerknęła na godzinę - była dokładnie dwunasta trzydzieści. Bez zbędnego przedłużania narzuciła koc na ramiona i podreptała do miejsca, skąd słychać było intruza.
- Mruczuuuś, to ty. Kopę lat, a dokładnie to chyba nawet i pół roku. Wejdź, proszę, Tomek jeszcze śpi. Co ty tak wcześnie? - przywitała chłopaka, który grzecznie wszedł do pokoju, ciągnąc za sobą śpiwór i czarną sportową torbę.
Mruczuś, a właściwie Adam, był kompletnym przeciwieństwem Tomka. Ciemne włosy, brązowe oczy i porcelanowa cera, przeciętny wzrost i masywna, ale umięśniona budowa powodowały, że idąc obok siebie z Tomkiem, tworzyli niemalże widok rodem z kreskówki. A chodzili razem zazwyczaj wszędzie, bo byli w tej samej grupie na architekturze. Oczywiście z pominięciem tych zajęć, które figurowały w grafiku jako te pierwsze, ponieważ Mruczuś nie był wielkim fanem przychodzenia na czas. Dzisiaj jednak, nauczony doświadczeniem i zmotywowany szantażo-groźbami, że faktycznie zostanie porzucony, jeśli nie zjawi się na miejsce chociażby mniej więcej o czasie, pierwszy raz w życiu przybył równo, na dwunastą trzydzieści. I co zastał nasz biedny chłopina? Pogrążonego w letargu gospodarza i jego dosyć ładną, lecz specyficzną siostrę, otwierającą mu drzwi z kocem na głowie.
- Co słychać, Rita, jakie plany po studiach? Zostajesz tam czy wracasz? - zagadnął uprzejmie, niemrawo stojąc w przedpokoju.
- Herbaty, kawy, klusek śląskich? Tomik zrobił i jeszcze trochę zostało. A, jeszcze nie wiem, powiem ci, każdy się mnie pyta teraz i jakoś nie umiem stwierdzić. O pieniądze się trochę martwię, co z pracą teraz... Ale dam sobie czas, wakacje są. Ale na pewno zostaję w Anglii. A ty jak tam, już wybrany temat na magisterkę?
- Myślałem nad napisaniem planu renowacji tego zabytkowego dworku w Zielonej Woli. Ustaliłem sobie, że co tydzień będę odhaczał nowy punkt na mojej liście i na pewno do września skończę pierwszy szkic planu.
Rita, którą trzygodzinny sen bardziej znużył, niż wzmocnił, usilnie próbowała wyglądać na osobę uważnie słuchającą, wtrącając co mniej więcej pół minuty jakieś "ach, no tak" lub "hm, ciekawe", a czasem nawet "to ma sens". Jednak do wyżej wspomnianego deficytu snu dochodziło jeszcze jej niedoedukowanie w obszarze wiedzy architektonicznej i konkurujące z nim szczegółowe doedukowanie jej rozmówcy w tymże obszarze. Ponadto niski, ciepły, spokojny głos Mruczusia, któremu to właśnie zawdzięczał on swój przydomek, wprowadzał ją powoli w stan upojnej nieświadomości. Rita podjęła ostatnią, rozpaczliwą próbę wybudzenia się z transu, wybiegając z kuchni z przepraszającym uśmiechem i okrzykiem, że "musi obudzić Tomka, bo przecież już najwyższy czas".
W ferworze emocji otworzyła z rozmachem drzwi i jej oczom ukazała się postać brata, osadzona na łóżku w pozycji kwiatu lotosu, z wciąż nałożoną na oczy nocną opaską.
- Mruczuś jest - urwała, widocznie dotknięta atmosferą powagi sytuacji.
- Wiem, droga siostro. Już kończę, trzy końskie wyrzuty, potem oddychanie małpy i będę gotowy - odpowiedział stonowanym głosem Budda wersja polska, nie przerywając medytacji.
- Rozumiem. Wezmę już Sarę na spacer, będzie łatwiej. - I Rita wróciła do pokoju, wołając rudą za sobą.
Psinka posłusznie, ale dostojnie wkroczyła do kuchni, by powitać swojego znajomego. Rita przygotowała czarną herbatę w zaparzaczu, wlała ją do dwóch kubków termicznych, wzięła Sarę na smycz i razem z Mruczusiem opuścili mieszkanie, kierując się w stronę parku.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy drzwi wyjściowe się zamknęły, otworzyły się drzwi od sypialni Tomka, który z przewieszonym na ramieniu ręcznikiem i kamieniem gua-sha w ręce zmierzał lekko ku łazience. Możliwe, że jako dziecko naoglądał się zbyt dużo filmów typu American Psycho, a ostatnie lata faszerował się dosyć często książkami o tytułach 7 nawyków skutecznego działania lub Klub 5 rano, i wszystko to spowodowało, że wziął sobie kilka tych rad do serca. Dziś wyjątkowo odpuścił sobie poranne bieganie, to prawda, ale nie zamierzał ominąć zimnego prysznica i swojego minirytuału face care.
Po piętnastu minutach siedział już wygodnie na kanapie, odsunąwszy delikatnie porozrzucane rzeczy Rity, i delektując się masywnym kubkiem czarnej kawy, wpatrywał się w okno. Niestety, na razie jedyne, co widział, to zadrapany brzeg kamienicy z naprzeciwka i nieestetyczny, żarówiasty baner reklamujący panele. Lubił jednak wyobrażać sobie, że za oknem ma ładny widok, może góry, lasy, naturę, a może właśnie to nie baner błyszczy tu żarówką, tylko światła wielkiego miasta. A jego kawalerka na pierwszym piętrze to tak naprawdę penthouse w apartamentowcu. "Cóź, wszystko za mną i wszystko przede mną" - pomyślał, łykając ostatni łyk zwieńczony pozostałościami fusów i kamienia.
W tej właśnie chwili nasza trójka wróciła ze spaceru.
- Mamy maka! - krzyknęła radośnie Rita, rzucając papierową torebkę na blat. - Gotowy?
- O, dziękuję! Gotowy. Dla mnie z jajkiem i bekonem? Super. To zjemy i wyjeżdżamy. Adaś pisał mi, że będzie dosłownie za pięć minut.
Adaś, czyli Adam numer dwa, był sąsiadem Tomka, lat dwadzieścia sześć, a oprócz tego, dosyć dorywczo, trenerem personalnym. Mówił też, że kiedyś studiował zarządzanie, ale rzucił to po roku, bo, cytując, "polegało to tylko na czytaniu prezentacji z PowerPointa przez zaplutych, zmarnowanych życiem sześćdziesięciolatków". Oprócz niewyparzonego języka posiadał też niezaprzeczalną pewność siebie i charyzmę, a momentami gorszące poczucie humoru. A, i podobno jeszcze pracował na co dzień w jakiejś agencji medialno-marketingowej, ale co dokładnie należało do jego obowiązków, tego nikt nigdy nie zweryfikował. I, jak chwalił się na imprezach, coś tam gdzieś tam inwestował. I miał pieniądze. Głównie od rodziców, ale miał. Jedno można stwierdzić z pewnością - Adaśko z dumą reprezentował tak zwaną grupę społeczną "typowa warszawka". I mimo wszystko nie dał się nie lubić.
Właśnie teraz, gdy nasi wycieczkowicze powoli zbierali się do wyjścia, wbił bez pardonu do mieszkania z pieśnią na ustach: "Przepijemy naszej babci domek cały, domek cały, domek całyyy...".
- "I kalosze, i bambosze, i sandały" - dokończyła Rita, ściskając go na powitanie.
- "Jeszcze dziś, jeszcze dziś, jeszcze dziś!" - potwierdził Adaśko. - Ciotka z Ameryki wróciła, no proszę, odwiedzić nasze polskie prostactwo, z Anglii, tak wiem, z Anglii, siema Mruczuś, no i bonjour, szefie, odpalaj konia i lecimy!
Nagle zmienił jednak ton, witając idącą ku niemu Sarę:
- A jak się ma nasza malutka księżniczka, jakie ma oczka mądre, będzie pływać na żaglóweczce, tak? - Zmieszany, powrócił jednak prędko do swojego normalnego sposobu bycia: - No, także ten, stary, jedziemy, co?
- Jedziemy, jedziemy. Tu masz tosta. Rita, masz klucze do auta, ogarnij miejsce rudej, chłopaki, weźcie bagaże i jakoś to zapakujcie, zejdźcie już na dół, ja tu wszystko jeszcze posprawdzam i zaraz będę.
I po tych słowach grupa posłusznie zeszła na dół, śmiejąc się i jak banda siedmiolatków kłócąc się o to, kto siedzi z przodu i kto zostanie powołany na DJ-a trasy. Jednak kiedy samochód został zapakowany, pies zaakomodowany i Tomek dołączył do grupy, wszyscy zgodnie usiedli tam, gdzie ich miejsce. Tomek za kierownicą, Rita obok niego z przodu, a Mruczuś i Adaś po obu stronach miejsca Sary. Rita jednak wstała dzisiaj z łóżka prawą nogą i wybrała szczodrość, więc od czasu do czasu podawała telefon do tyłu, aby pasażerowie mogli dodać do kolejki swoje wybrane utwory. Trasa, jak na letnią niedzielę, była dosyć spokojna. Wiadomo, korek tam i tu, wiadomo, i Sara, i Rita potrzebowały pięćdziesięciu przerw na siku, ale wszystko wskazywało na to, że uda im się dotrzeć tam na dziewiętnastą.
Tomek był dobrym, spokojnym kierowcą. Nie szarpał autem, nie irytował się na innych, nie narzekał na warunki na drodze. Jego pasażerowie na tylnych siedzeniach po jakimś czasie gładko udali się w kimę. Rita jednak przezwyciężyła zmęczenie, by razem mogli omówić ostatnie szczegóły ich planu niespodzianki dla rodziców.
- Myślisz, że przesadziliśmy? Że im się spodoba? Jezu, dlaczego ja się tak tym stresuję? - miauczała dziewczyna, próbując wychwycić słabe punkty planu lub miejsca do poprawki.
- Myślę, że będzie idealnie. Że bardzo im się spodoba. A stresujesz się, bo ci zależy - odpowiedział Tomek, jak zwykle rzeczowo i rozważnie.
- Chłopaki wiedzą? - zapytała.
- Wiedzą tyle, ile mają wiedzieć. Z ludźmi też jest wszystko potwierdzone i dograne. A Heniek jest już na miejscu i kończy ostatnie przygotowania. Zresztą my też zaraz będziemy. Patrz, Biały Most. I twoje krowy ukochane. - I zanim Rita zdążyła cokolwiek zrobić, Tomek otworzył szybę, wystawił głowę za okno i wydał z siebie potężne "MUUUU".
- Co jest? Co się dzieje? Już jesteśmy? - Zmemłany drzemką Mruczuś mruczał jeszcze głębiej niż zwykle.
- Tak tu się u was rozmawia na tych Mazurach? - zapytał niewinnie Adamek.
- To nie Mazury, to Warmia. I tak, przywitaj się. I tak, już prawie jesteśmy. Oto, moi drodzy, Salwa. A tam, jak spojrzycie na prawo, za tymi drzewami, macie Bjestruń.
- Ej, mają nawet McDonalda - zaczął nasz trener personalny.
- Do którego nie będziemy chodzić, bo wspieramy małe, rodzinne sklepiki spożywcze, które trzymają się tu od czasów PRL-u - przerwał mu kierowca. - Zresztą jak spróbujesz szprotkowych frytek w Białej Mewie, to od razu ci się odechce McDonaldów - obiecał, wskazując na okazałą karczmę obok portu.
Mruczuś już chciał dodać, że przecież każda mewa jest biała, ale powstrzymał się od wypowiedzenia tej tezy na głos, uświadamiając sobie, że nie widział jeszcze przecież wszystkich mew na świecie. Po parkowaniu, które zajęło trochę czasu, ponieważ z jakiegoś powodu kierowcy w niedzielę lubią zajmować dwa i pół miejsca, Tomek wykonał szybki telefon i wydał wszystkim instrukcje.
Trójka mężczyzn wzięła psa i bagaże, kierując się w stronę kei, a Rita wraz ze swoją torbą skręciła w stronę tylnego wejścia do karczmy. Już od progu objął ją czar żeglarskiej atmosfery, zapach jeziora i ryb połączony z szantami grającymi z głośnika.
- O, jest i nasza gwiazda! - huknął znienacka ochrypły, męski głos.
- Wuja! Jak tam żyjesz? - ucieszyła się Rita, widząc dobrze znaną sobie postać.
Heniek, kiedyś marynarz, teraz głównie już żeglarz, wyglądał jak prawdziwy wilk morski. Ogorzałe od wiatru i słońca twarz, kark i ręce, ale tylko do rękawków, barczysta sylwetka i bujny, lekko siworudy zarost stanowiły idealną całość w połączeniu z jego prostodusznym, lecz zahartowanym sposobem bycia. Ponadto zazwyczaj spotkać go można było w jednej z trzech koszulek, które nosił chyba od dwudziestu lat: marynarskiej w biało-granatowe paski, białej na ramiączkach lub kremowym T-shircie. Heniek nie był faktycznym wujkiem rodzeństwa, ale przyjacielem ich rodziców. Krzysztof i Justyna poznali go na studiach we Wrocławiu, gdy wszyscy mieszkali na tym samym osiedlu studenckim. Potem on popłynął na morze, ale co roku odwiedzał ich właśnie w Salwie. Tak mu się tu spodobało, że gdy kilka lat temu porzucił marynarskie życie, zdecydował się odkupić pewien zaniedbany budynek przy porcie i odrestaurować go na żeglarską karczmę.
Teraz miejsce to w niczym już nie przypominało dawnej ruiny. Nie było jednak nowoczesne, nie w tym rzecz. Miało, jak to lubił mawiać Heniek, duszę morza. Podstawę jego stanowiło ciemne drewno, a w środku, na potężnych stolikach stały metalowe świeczniki, z sufitu zwisały stare sieci, a na ścianach widniały mapy, stery, kompasy. Wnętrze przypominało trochę kajutę wielkiego okrętu. Ciemne i ciche, rozjaśnione nieco ciepłym światłem zapraszało do siebie zarówno stałych bywalców wód, jak i szczury lądowe pragnące doświadczyć trochę tej nieznanej im atmosfery. Ponadto, gdy karczma wyrobiła już sobie renomę, co jakiś czas gościła mniej lub bardziej znane polskie zespoły grające szanty, przyciągając jeszcze więcej ludzi. Tak, o tej porze roku było tu pięknie, pełno wrażeń i przewijających się gości. Ale jesienią... Ale przecież właśnie zaczynało się lato.
I dziś, w ostatnią niedzielę czerwca, karczma zamknięta została z powodu prywatnej imprezy - wspólnej celebracji pięćdziesiątych urodzin Justyny i Krzysztofa. Spisek ten powstał z inicjatywy rodzeństwa, które podjęło się sporządzenia listy gości i skontaktowania się z nimi, a razem z nieocenionym wsparciem Heńka - przemyślenia strony gastronomicznej i zakwaterowania przybyłych. Jedna para miała na szczęście jacht mieszczący sześć osób, druga przyjeżdżała razem z Justyną i Krzyśkiem na rejs, paczka Tomka wynajmowała żaglówkę od zaprzyjaźnionego bosmana, a resztę gości z powodzeniem udało się umieścić w pokojach na piętrze karczmy.
- Równo dwadzieścia osób, łącznie z nami - upewniała się jeszcze teraz Rita, wyliczając po kolei, kto gdzie śpi, i analizując, czy na pewno starczy wszystkim jedzenia i trunków.
- Spokojna głowa, szefowo - mruknął zapewniająco Heniek. - Mam wszystko zorganizowane.
- A co z podawaniem do stołu? Widzę, dziś mamy pełny skład? - Rozejrzała się, widząc znajome twarze krzątające się w kuchni. - Bo jakby co, to my z Tomkiem możemy tu pomóc ogarniać.
- Rozmawialiśmy już o tym, młoda. Mam wystarczająco ludzi, dziś poprosiłem o trochę większe wsparcie, nie musisz się niczym stresować, odpocznij sobie te dwa tygodnie od studiów i pracy, i fajnie spędź czas z rodzinką. A dziś to lepiej zadbajcie o prezentację i poprowadzenie tego wszystkiego. - Zerknął ukradkiem na poplamioną od kawy bluzę Rity. - Czy wy nie mieliście się jakoś przebrać?
Tomek, wyściskany przez mamę i klepnięty w bark przez tatę, czuł się już prawie jak w domu. Po małej komedyjce pełnej westchnień, że Rita niestety nie załapała się na wcześniejszy samolot, tak jak pisała, ale na pewno dojedzie jutro po południu, powiadomił rodziców, że Heniek zaczepił go przy wejściu do portu i poprosił o przyjście na dziewiętnastą do karczmy, bo ma jakieś ważne ogłoszenie.
- Znając życie, to ważne ogłoszenie to albo nowa dziewczyna, albo nowy jacht, albo jest w Biedrze promocja na piwa cztery plus cztery gratis - zaśmiał się Krzysztof. - No idziemy, idziemy, przecież i tak byśmy poszli tam dziś na jakieś żarełko. Zgarnij chłopaków i możemy się zabierać!
Mruczuś i Adaś, powitani równie serdecznie, rozpakowali już bagaże na sąsiednim jachcie, zmienili ciuchy na bardziej wyjściowe i właśnie w tym momencie pojawili się na pomoście.
Gdy rodzice opuszczali powoli swój jacht, rozległ się dźwięk telefonu Tomka. Osiemnasta pięćdziesiąt. Idealnie. Na Ricie można było jednak czasem polegać.
- Ach - zdumiał się Tomek, może nieco zbyt teatralnie - muszę to odebrać. Idźcie już, wezmę przy okazji Sarę i potem dołączę.
- Kto to? - zainteresowała się od razu Justyna, jak to na mamę przystało.
- A taka dziewczyna - powiedział Tomek z nadzieją, że to utnie dalszą rozmowę.
- Może poczekamy? - zaproponowała mama, nie dając za wygraną.
- Ale nie, broń boże, nieee, ona strasznie dużo i długo gada, idźcie już, naprawdę! - I puścił oczami najwyraźniejszy, jaki tylko mógł, sygnał wizualno-telepatyczny do swoich kolegów.
Mruczuś, chyba pojąwszy, o co chodzi, zreflektował się pierwszy:
- Aaa, TA dziewczyna! - Szturchnął swojego kolegę w ramię.
- Co mnie tu... Aaa, no tak, TAAA dziewczyna. - Adaś mrugnął dwukrotnie, raz do oddalającego się Tomka, raz do Mruczusia, i jak mu się wydawało, było to niesamowicie dyskretne. - To my faktycznie wszyscy już chodźmy, taaak, ona bardzo długo, długo gada, nie warto proszę państwa - zwrócił się do nieco zdezorientowanych Justyny i Krzysztofa.
Tomek, odebrawszy telefon od siostry, kierował się prędko ku wyjściu z portu, zawracając potem ku tylnej części karczmy. Zamienił dwa słowa z wujem, zaprowadził psinkę na górę, powierzywszy opiekę nad nią zaufanej kelnerce, po czym wskoczył szybko do toalety dla personelu, a następnie, trochę odmieniony, dołączył do czekającej na zapleczu Rity.
- Przedstawienie czas zacząć - powiedział, uśmiechając się ze stoicką pewnością siebie do siostry. Nie wiedział jednak, że tu rozegra się tak naprawdę dopiero pierwszy akt.
Justyna i Krzysztof, uprzejmie odpowiadając na kilka niezręcznych Mruczusiowych uwag o pogodzie i odchrząkując taktycznie na chrząknięcia Adaśka, dotarli wraz z chłopakami do głównych drzwi karczmy. W oknach nie paliły się jednak żadne światła. Mimo to Krzysztof automatycznie pociągnął za klamkę. Spojrzał na puste, lekko pogrążone w mroku wnętrze, posłał wymowne spojrzenie żonie, marszcząc lekko brwi, i cała czwórka nareszcie przekroczyła próg sali.
- Jeśli zamierzacie nas uprowadzić, macie pełne pozwolenie i błogosławieństwo, byle na dłużej niż dwa tygodnie, to nie będę musiała tak szybko wracać z urlopu - wyraziła życzenie Justyna, czekając w napięciu, co tym razem wymyśliła jej sfiksowana rodzinka.
- Słuchaj, tu faktycznie nikogo - zaczął Krzysztof, któremu w słowo weszło uroczyste:
- Stooo laaat, stooo lat, niech żyją, żyją naaam! - huknęła procesja gości, jeden za drugim wychodząc z zaplecza.
Na ich czele dumnie kroczył Heniek, niosąc wielki biały tort z ogromem świeczek. Pochód zamykali Rita, przebrana za Mię Wallace, a obok niej Tomek w garniturze jako Vincent Vega - hołd dla ulubionego filmu rodziców, na który poszli po raz pierwszy razem do kina. Nie ma co ukrywać, robotę zrobiły tu głównie peruki z Aliexpress, które Rita w pośpiechu zamówiła, będąc jeszcze w Anglii, oraz czerwona farba rozlana na białych koszulach, "pożyczona" przez Tomka z uczelnianej pracowni. Goście, wśród serdecznych okrzyków, rozproszyli się wreszcie naokoło prostokątnych stolików, sadzając Krzysztofa i Justynę w samym środku sali, tuż przed płonącym tortem. "Pomyślcie życzenie!" - krzyczał ktoś, "Albo pięćdziesiąt!" - wtórował kolejny głos, by zaraz zostać stłamszony przez moralizujący baryton: "Jakie pięćdziesiąt, przecież oni mają po osiemnaście lat!". Para solenizantów, wzruszona takim obrotem sprawy, popatrzyła chwilę na gości, na tort, na rodzeństwo, na podekscytowanego Heńka, potem trochę dłużej na siebie, po czym szybko obrócili się i zdmuchnęli wszystkie świeczki. Rita biegała wokół i robiła zdjęcia "z zaskoczenia", Krzysiek kroił tort, a Justyna rozdawała wszystkim uśmiechy, dziękując ciepło za przybycie i za taką miłą niespodziankę. Gdy wszyscy zasiedli już do stołów i uporali się z deserem, nasza filmowa dwójka wzięła w dłoń czekające mikrofony, stając na środku "tanecznej" strony karczmy.
- Panie i panowie, serdecznie witamy was wszystkich na tej uroczystej prywatce z okazji urodzin dwóch najważniejszych osób w naszym życiu, naszych kochanych rodziców, a waszych dobrych przyjaciół! - zaczął Tomek, siląc się na głos konferansjera. - Tak, wielkie brawa! - dodał, słysząc nieśmiałe poklaskiwania, które po jego zachętach zyskały na sile.
- Obecni tu Justyna i Krzysztof K., wiecznie piękni i młodzi, nie lubią za dużo przesiadywać i marudzić tak jak my, więc gorąco zachęcam do zaatakowania parkietu od pierwszej piosenki. Specjalne zamówienia czy dedykacje proszę kierować do DJ-a Gorącej Szprotki, Heńka, który będzie dzisiaj zajmował się oprawą muzyczną, dziękujemy! - wykrzyknęła Rita.
- A teraz, by pomóc państwu wejść w nastrój tej nocy, światowej sławy konkurs twista! Dobieramy się w pary, trójki, grupy czy też solo, zaczynajmy! - Po słowach Tomka z głośników poleciało stare, dobre You Never Can Tell Chucka Berry'ego.
Rodzeństwa już nie było, za to na parkiecie pojawił się niczym prawdziwy Vincent Vega z Mią Wallace, tańczący krok w krok dziwnego twista z Pulp Fiction. Goście, przełamując wstępną nieśmiałość, chętnie dołączali do tańca, naśladując ich ruchy lub wynajdując swoje, czasem jeszcze bardziej oryginalne. Krzysztof i Justyna znali, oczywiście, ten układ na pamięć, przebijając trochę nasze rodzeństwo dokładnością ruchów i latami praktyki. Jedno trzeba powiedzieć - cała sala bawiła się tej nocy przednio, przechodząc płynnie od tańca do stołu, do weselnego wężyka, do pieśni biesiadnych oraz do wyczekiwanego przez wszystkich karaoke.
Tomek i Rita balowali tej nocy dosyć kulturalnie, uważając się niejako za gospodarzy całego przedsięwzięcia. Starali się mieć na oku całą salę, pilnując, czy nikomu niczego nie brakuje, sprawdzając godziny podawanych posiłków i uważając na ogólne bezpieczeństwo. W całkowicie innej sytuacji znajdowali się Mruczuś i Adaś, którzy po wypiciu kilku kieliszków bardzo otworzyli się przed rodzicami swojego kolegi, narzekając na obecne czasy, "gównianą" muzykę i "że w ogóle kiedyś ludzie to jacyś inni byli, inne wartości wyznawali, państwo to mieli szczęście, wtedy to można było coś osiągnąć, nowy biznes otworzyć, teraz to już wszystko było". Wprawdzie przez jakiś czas Justyna próbowała zarazić chłopaków pewnym optymizmem, objaśniając przeróżne możliwości, jakie dają dzisiejsze czasy, lecz ostatecznie machnęła już ręką i pociągnęła Krzysia ze sobą na parkiet, bo akurat leciał Krawczyk.
- Młodzi boomerzy, co? - zagadnęła męża. - Ale widać, że dobre dziecko ten Adaś Mruczek. I ten Adaś Adam też.
Adasie za następny cel obrały sobie DJ-a Gorącą Szprotkę. Ponieważ w swoich głowach uważali się za prawdziwych mężczyzn, zdecydowali się tę męskość pokazać światu, konkurując o to, kto pierwszy podda się i przestanie sączyć alkohol. Godnego im przeciwnika miał stanowić Heniek, który mimo imponującej siły fizycznej nie grzeszył równie imponującą silną wolą. Po kilku "rozchodniaczkach" i najszczerszych wyznaniach męskiej miłości i oddania cała trójca zdecydowała się uraczyć zgromadzonych soczystym wykonaniem Małgośki, a zaraz potem Niech żyje bal.
- Myślę, że nam się udało - oznajmił z satysfakcją Tomek, nakładając sobie kolejną porcję zasmażanej cebulki z delikatnym dodatkiem pierogów ruskich.
- Jeszcze tylko gwóźdź gwoździ programu i możemy odetchnąć - potwierdziła Rita, sącząc Colę Zero.
- Zaraz północ, trzeba wszystkich zebrać, idź i powoli pousadzaj towarzystwo, a ja przygotuję projektor - zarządził Tomek, jak zawsze pilnując czasu.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.