bezpieczne miejsca - Blanka Holmes

-
Proszę czekać

1

Lot­ni­sko Lon­don-Stan­sted prze­peł­nio­ne było o tej po­rze roku prze­pra­co­wa­ny­mi, zde­spe­ro­wa­ny­mi ludź­mi, któ­rzy ja­koś jesz­cze funk­cjo­no­wa­li na swo­im ostat­nim kor­po­ra­cyj­nym tchnie­niu, gna­ni my­ślą o ty­go­dnio­wym all in­c­lu­si­ve na Te­ne­ry­fie czy Kre­cie. Sztucz­nie opa­lo­ne Bry­tyj­ki za­ma­wia­ły colę bez cu­kru z bur­ge­rem roz­mia­ru king, ostrzy­żo­ne na gar­nek chło­pacz­ki ma­sze­ro­wa­ły przed sie­bie, śmiesz­nie od­bi­ja­jąc się od pod­ło­gi ni­czym nie­opie­rzo­ne kur­czę­ta, za­się­giem swo­je­go gar­gu­le­nia pró­bu­jąc za­pew­ne za­im­po­no­wać mło­dym sa­mi­com i zgor­szyć te star­sze. Przy wej­ściu ja­kiś Arab mru­gał do co dru­giej na­pa­ta­cza­ją­cej się nie­wia­sty, zmy­sło­wo za­chę­ca­jąc: Ha­bi­bi, come to Du­bai! You and me, sun and be­ach! Nie­ste­ty więk­szość "ha­bi­bi" ucie­ka­ła w po­pło­chu, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że in­ter­per­so­nal­ne in­te­rak­cje moż­li­we są do­pie­ro po wy­pi­ciu pierw­sze­go mar­ti­ni w upra­gnio­nym ho­te­lu. Jed­nym sło­wem - ostat­nia so­bo­ta czerw­ca na lon­dyń­skim lot­ni­sku nie jest ra­jem dla in­tro­wer­ty­ków.

Rita jed­nak nim nie była. Była za to dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nią bru­net­ką o wło­sach ścię­tych na lato do ra­mion, nie­bie­skich oczach i ja­snej, lek­ko ró­żo­wej ce­rze. Od kie­dy zna­jo­my ar­ty­sta oce­nił, że ma uro­dę ak­tor­ki z lat sześć­dzie­sią­tych po­łą­czo­ną z wal­czą­cą o swo­je roz­wód­ką, za­in­spi­ro­wa­na tymi tak róż­ny­mi jed­nak sty­la­mi, przyj­mo­wa­ła je w za­leż­no­ści od na­stro­ju. Na przy­kład te­raz, to­nąc w over­si­zo­wym kom­ple­cie dre­so­wym, kie­dy szy­ko­wa­ła się men­tal­nie na po­wrót do Pol­ski po skoń­czo­nych stu­diach, rysy jej twa­rzy znaj­do­wa­ły się w po­zy­cji na­tu­ral­nej, co ozna­cza­ło, że wy­glą­da­ła, jak­by chcia­ła ko­goś ude­rzyć. Od cza­su do cza­su przy­po­mi­na­ła so­bie jed­nak, że cza­sem war­to pre­zen­to­wać się przy­jaź­nie, i wte­dy jej twarz na­bie­ra­ła na­gle na­tchnio­ne­go wy­ra­zu, spo­wi­ta ete­rycz­nym uśmie­chem praw­dzi­wej damy.

Lady Rita, ak­tu­al­nie ob­to­czo­na we wszyst­ko, co nie zmie­ści­ło się do ba­ga­żu (bo ta­nie li­nie lot­ni­cze są ta­nie tyl­ko z ba­ga­żem pod­ręcz­nym), prze­śli­zgi­wa­ła się po­mię­dzy gru­pa­mi przy­ja­ciół i ro­dzi­na­mi. Ski­nę­ła z uśmie­chem Ara­bo­wi ("na­stęp­nym ra­zem, Ab­dul­ku") i we­szła na­resz­cie do głów­nej stre­fy lot­ni­ska, kie­ru­jąc się od razu na lewo do kon­tro­li bez­pie­czeń­stwa. Fak­tem było, że zo­sta­ły jesz­cze trzy i pół go­dzi­ny do lotu. Ko­lej­nym fak­tem, że było to co naj­mniej o dwie go­dzi­ny za wcze­śnie. Fak­tem osta­tecz­nym - że Rita wo­la­ła­by już prę­dzej spać pod lot­ni­skiem, niż stre­so­wać się na tak zwa­ną ostat­nią chwi­lę w ko­lej­ce do bra­mek. "Przy­naj­mniej wy­pi­ję kawę" - po­my­śla­ła - "i zjem ostat­ni meal deal ni­czym wie­cze­rzę po­że­gnal­ną". Po szcze­gó­ło­wej kon­tro­li (a z ja­kie­goś po­wo­du wy­bra­no ją lo­so­wo na ob­ma­ca­nie, jak­by była nie­mal­że Don­nym Bra­sco w dre­sach) po­czła­pa­ła we wszyst­kim, co mia­ła, na stre­fę bez­cło­wą.

Jak za­wsze po­de­szła do sto­iska z per­fu­ma­mi Ar­ma­ni i spry­ska­ła się od góry do dołu czer­wo­ną bu­tel­ką S? Pas­sio­ne. "Ku­pię so­bie kie­dyś" - po­sta­no­wi­ła, jak to mia­ła w zwy­cza­ju przed każ­dym lo­tem. Po czym z cięż­kim ser­cem za­pła­ci­ła pra­wie sześć fun­tów za ja­kąś za­py­zia­łą, ale na swój spo­sób sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą ka­nap­kę z WHS Smith i przy sa­mym wyj­ściu do­rwa­ła jesz­cze kry­mi­nał, któ­ry od wie­ków po­le­ca­li jej an­giel­scy zna­jo­mi, szczę­śli­wym tra­fem kosz­tu­ją­cy te­raz mniej niż ka­nap­ka. W rzę­dach krze­seł obok Star­buck­sa wy­pa­trzy­ła wol­ne miej­sce po­mię­dzy star­szy­mi pa­nia­mi ("Do­brze, że nie mło­dzież, przy­naj­mniej bę­dzie spo­kój" - wes­tchnę­ła w my­ślach). Mia­ła na­resz­cie peł­no cza­su na roz­my­śla­nia bez wy­rzu­tów su­mie­nia. Czy czu­ła się szczę­śli­wa? Być może. Chy­ba tak. Nie, na pew­no. Ale przede wszyst­kim czu­ła się dziw­nie. Od­kąd obo­je z Tom­kiem wy­je­cha­li na stu­dia, spo­ty­ka­li się prze­waż­nie z trzy razy do roku, dłu­żej na świę­ta i wa­ka­cje. A ostat­nie pięć lat ob­fi­to­wa­ło ra­czej w zmia­ny, za­rów­no u ro­dzeń­stwa, jak i w domu ro­dzin­nym.

To śmiesz­ne, jak przez dzie­więt­na­ście lat ży­cia prze­by­wa się ze sobą na co dzień i nie za­uwa­ża upły­wu cza­su na twa­rzach i w za­cho­wa­niach in­nych, a po­tem po wy­pro­wadz­ce przy­jeż­dża się raz na ja­kiś czas i niby wszyst­ko jest ta­kie samo, ale w głę­bi du­szy wie się, że już ni­g­dy ta­kie samo nie bę­dzie. Czas pły­nie jak­by ina­czej, obie­ra im od­dziel­ne dro­gi i pro­wa­dzi w miej­sca, z któ­rych trze­ba pró­bo­wać zno­wu się zro­zu­mieć. Rita lu­bi­ła mó­wić o tym: "To ko­lej­ny etap". Ale ten ko­lej­ny etap też się już skoń­czył. Ak­tu­al­nie była ona roz­dar­ta po­mię­dzy po­wro­tem do oj­czy­zny a osta­tecz­nym jej po­że­gna­niem, i wa­ka­cje były do­sko­na­łym cza­sem na to, by uzy­skać od­po­wiedź. Dzi­ko wgry­za­jąc się w ba­to­nik pro­te­ino­wy o sma­ku sło­ne­go kar­me­lu, wspo­mi­na­ła, jak bar­dzo ucie­szył ją pe­wien te­le­fon z za­pro­sze­niem na ża­glo­wy rejs "jak za daw­nych lat". A że w lip­cu i sierp­niu wy­pa­da­ły okrą­głe pięć­dzie­siąt­ki ro­dzi­ców, miał być to rejs spe­cjal­ny, uro­dzi­no­wy. Gdy obo­je z Tom­kiem miesz­ka­li jesz­cze w domu w Sal­wie, ich ulu­bio­ną roz­ryw­ką były wy­pa­dy na ża­gle, a szcze­gól­nie dwu­ty­go­dnio­we, wa­ka­cyj­ne rej­sy, pod­czas któ­rych opły­wa­li Bje­struń i no­co­wa­li to w mniej­szych por­tach, to na uro­kli­wych wy­sep­kach "na dzi­ko". Było w tym miej­scach coś za­trzy­ma­ne­go w cza­sie, coś, co na­pa­wa­ło spo­ko­jem i nic nie wy­ma­ga­ło. Na­tu­ra - naj­prost­sze. Lu­dzie - może tro­chę inni. At­mos­fe­ra - zna­na i daw­na. Zna­li oso­bi­ście wła­ści­cie­li więk­szo­ści por­tów - świat jest mały, a Bje­struń jesz­cze mniej­szy. Czu­li się tu po pro­stu jak "u sie­bie". Oczy­wi­ście, na­wet w trak­cie ich ży­cia po­zmie­nia­ło się tro­chę, lu­dzie sprze­da­wa­li sta­re dział­ki z szo­pa­mi i prze­no­si­li się do więk­szych miast, a w ich miej­sce po­wsta­wa­ły oszklo­ne wil­le tych chcą­cych uciec od miej­skie­go zgieł­ku, któ­rzy zdą­ży­li się już w nim do­ro­bić.

Na szczę­ście Bje­struń, w prze­ci­wień­stwie do je­zior na Ma­zu­rach, nie zdą­żył jesz­cze prze­siąk­nąć pew­nym ro­dza­jem bez­wstyd­nej tu­ry­sty­ki. On wciąż miał miej­sca bez­piecz­ne i ci­che, on wciąż był ich. Wia­do­mo, ona, a po­tem i To­mek wy­je­cha­li na stu­dia i mimo nie­mra­wych sta­rań po­roz­jeż­dża­li się tro­chę w ter­mi­nach, za­li­cze­niach i prak­ty­kach, i roz­jazd ten trwał­by za­pew­ne do dziś, gdy­by nie to uro­czy­ste i sta­now­cze za­pro­sze­nie, pod­bi­te tak waż­nym świę­to­wa­niem na je­zior­skim szla­ku. Po vi­de­oro­zmo­wie z ro­dzi­ca­mi zdzwo­ni­li się z Tom­kiem, żeby opra­co­wać pe­wien plan dzia­ła­nia i po­ukła­dać wszyst­ko w cza­sie.

Ty­dzień póź­niej wzię­ła w rękę ba­gaż pod­ręcz­ny i po­je­cha­ła na eko­no­micz­ny lot do War­sza­wy, by zo­ba­czyć się z bra­tem jesz­cze przed rej­sem. Na szczę­ście nie mu­sia­ła za bar­dzo mar­twić się o miesz­ka­nie, bo kon­trakt koń­czył się do­pie­ro za mie­siąc, a w ra­zie cze­go wie­dzia­ła, że współ­lo­ka­tor­ka zaj­mie się jej rze­cza­mi i ra­czej nie wy­lą­du­ją one na Ebayu czy Vin­ted. Nie­ste­ty, loty ta­nich li­nii mają to do sie­bie, że wy­stę­pu­ją o hor­ren­dal­nie nie­przy­stęp­nych po­rach, typu dru­ga w nocy.

Lot­ni­sko pu­sto­sza­ło już po­wo­li, a Rita, bę­dą­ca men­tal­nie nie dziew­czy­ną w peł­ni sił wi­tal­nych, lecz ra­czej eme­ryt­ką, któ­ra od­bi­ja w śpiul­ko­lot za­raz po te­le­ryn­ce1, cięż­ko wzdy­cha­jąc po­wle­kła się te­raz w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś przy­stęp­ne­go ką­ci­ka do za­szy­cia się. Dziw­nie, taka pust­ka. Chcia­ło­by się rzec - jak­by me­ta­fo­rycz­nie. Taki czas na de­cy­zję. "Po­bę­dę tam, po­bę­dę" - my­śla­ła - "ale czy wró­cę? Albo ina­czej: czy jest do cze­go wra­cać?".

Była dwu­dzie­sta. To­mek, wy­pra­ny, wy­pra­so­wa­ny i spa­ko­wa­ny, na­resz­cie mógł w spo­ko­ju usiąść na łóż­ku i pi­jąc szó­stą już fi­li­żan­kę czar­nej kawy, po­ga­pić się tro­chę w ci­szy w ścia­nę. Do­brze wie­dział, że na­stęp­ne dwa ty­go­dnie będą co naj­mniej in­ten­syw­ne. Cała jego ro­dzi­na była w ogó­le taka "in­ten­syw­na", moż­na po­wie­dzieć. Był na to jed­nak, jak na wszyst­ko w ży­ciu, przy­go­to­wa­ny. To­mek był przy­stoj­nym sam­cem ga­tun­ku ludz­kie­go, lat dwa­dzie­ścia dwa, stu­den­tem trze­cie­go roku ar­chi­tek­tu­ry i na do­czep­kę - psy­cho­lo­gii za­ocz­nie. Wy­so­ki, opa­lo­ny blon­dyn o nie­bie­skich oczach i smu­kłej, ale wy­spor­to­wa­nej bu­do­wie, przy­po­mi­nał ra­czej pa­sjo­na­ta sur­fin­gu lub ni­szo­we­go ar­ty­stę z LA, któ­ry w Wa­wie od­wie­dzał ja­kichś swo­ich uboż­szych krew­nych. Co gor­sza, nie dbał o to zbyt­nio. Był czło­wie­kiem, jak by to po­wie­dzieć, ugrun­to­wa­nym i spo­koj­nym. Sku­pio­nym na swo­jej pra­cy. Za­da­nio­wym. I, co rzad­kie wśród człon­ków tych kie­run­ków stu­diów, zdro­wym psy­chicz­nie. Ko­chał lu­dzi pra­wie tak bar­dzo jak mia­sta. A mia­sta ko­chał, bo skła­da­ły się z bu­dyn­ków. Do­ce­niał, gdy uli­ce two­rzy­ły ład. Da­rzył uzna­niem pra­wi­dło­wość, że to wszyst­ko ma sens i lo­gi­kę. To, cze­go tak bar­dzo bra­ku­je w co­dzien­nym ży­ciu.

Do dziś wspo­mi­nał mo­ment, gdy jesz­cze jako chło­piec po­je­chał z ro­dzi­ną do Pa­ry­ża. Mont­mar­tre, La Défen­se, Mo­ulin Ro­uge i Champs-Ély­sées - same tu­ry­stycz­ne pe­reł­ki, oczy­wi­ście. I ta kul­to­wa, dla nie­któ­rych prze­re­kla­mo­wa­na, dla nie­któ­rych naj­bar­dziej iko­nicz­ny sym­bol ro­man­tycz­no­ści - pa­nie i pa­no­wie, wie­ża Eif­fla. W czwór­kę zde­cy­do­wa­li się wdra­pać na jej ta­ras wi­do­ko­wy o wła­snych si­łach, w imię sen­ten­cji "w zdro­wym cie­le zdro­wy duch" (i na pew­no na de­cy­zję tę nie wpły­nął fakt, że bi­let "scho­do­wy" był trzy razy tań­szy niż "win­do­wy"). Rita za­chwy­ca­ła się ar­ty­stycz­ny­mi zdję­cia­mi, na któ­rych uda­ło jej się uwiecz­nić wspo­mnie­nia, mama - sa­mym fak­tem od­wie­dze­nia upra­gnio­nej sto­li­cy mi­ło­ści, oj­ciec trze­cią lamp­ką szam­pa­na wy­do­jo­ną na szczy­cie, a To­mek - nasz To­mek wpa­try­wał się w pa­no­ra­mę nie­mal­że go­dzi­nę, gdzie uli­ce roz­cią­ga­ły się to rów­no­le­gle, to pro­sto­pa­dle, to na ukos, to two­rząc układ trój­ką­tów i rów­no­le­gło­bo­ków prze­ci­na­nych przez Se­kwa­nę. "Ja­kie to sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce" - po­my­ślał - "jak­by jesz­cze ży­cie dało mi chwi­lę na od­czu­cie tej sa­tys­fak­cji" - jęk­nął w du­chu, po­ga­nia­ny miauk­nię­cia­mi ro­dzi­ny, że "zim­no", że "głod­ni", i "czy już się na­pa­trzy­łeś" oraz "daj, zro­bię ci zdję­cie, to so­bie w domu po­fi­lo­zo­fu­jesz".

To­mek jed­nak udo­wod­nił wszyst­kim, że fi­lo­zo­fię trak­tu­je po­waż­nie, i te­raz, bę­dąc już po trze­cim roku stu­diów, brał się po­wo­li za wy­bór te­ma­tu na pra­cę ma­gi­ster­ską. Za­miast jed­nak zde­cy­do­wać się na coś ty­po­we­go i mieć z gło­wy szkic wstę­pu, był w pe­wien spo­sób roz­dar­ty po­mię­dzy wy­żej wspo­mnia­nym sty­lem Haus­sman­na, któ­ry swo­ją XIX-wiecz­ną sy­me­trią do­mi­no­wał w Mie­ście Świa­tła, a dwor­ko­wy­mi do­ma­mi wy­ję­ty­mi żyw­cem z Pana Ta­de­usza. "Ide­al­nie by­ło­by po­łą­czyć sty­le, po­łą­czyć per­spek­ty­wy. Do­dać tro­chę pro­sto­ty do tej pa­ry­skiej śmie­tan­ki, za­pro­jek­to­wać dom wcza­so­wy, ho­tel, kla­sy­kę z de­li­kat­nym do­ty­kiem swoj­skie­go cha­rak­te­ru. Tyl­ko jak to zro­bić, żeby to w ogó­le mia­ło ręce i nogi?" - du­mał, wga­pia­jąc się w ścia­nę z zim­ną już kawą. Ły­ka­jąc po­wo­li nie­zdat­ną te­raz do spo­ży­cia ciecz, wpadł na - bar­dzo moż­li­we, że ge­nial­ny - po­mysł. Spe­cy­ficz­ny, tak, ale w na­tu­rze tej po­cią­ga­ją­cy. "Cze­mu nie" - mruk­nął. "Po­my­śli się, spró­bu­je się, po­ja­dę tam i się do­wiem. Do­wie­my się, ko­cha­nie" - do­dał za­raz, pa­trząc na swo­ją do­tych­czas mil­czą­cą to­wa­rzysz­kę. Na to we­zwa­nie Sara drgnę­ła, zer­ka­jąc na Tom­ka swo­imi bursz­ty­no­wy­mi, za­ko­cha­ny­mi ocza­mi. Jej pięk­ne, ma­ho­nio­we wło­sy, sprę­ży­stość ru­chów i de­li­kat­na syl­wet­ka przy­ku­wa­ły uwa­gę osób każ­dej płci. Ra­zem z Tom­kiem two­rzy­li parę po pro­stu ide­al­ną. "Ko­cham cię, bo ty mnie na­praw­dę ro­zu­miesz" - wy­znał chło­pak, głasz­cząc de­li­kat­nie swo­ją uko­cha­ną rasy se­ter ir­landz­ki. A ona po­ki­wa­ła gło­wą, zga­dza­jąc się, jak za­wsze, z każ­dym jego sło­wem.

"Ar­chi­tek­tu­ra, to ro­zu­miem jesz­cze, w mia­rę pew­ny za­wód" - sły­szał czę­sto na ro­dzin­nych spo­tka­niach. "Ale dla­cze­go psy­cho­lo­gia? Prze­cież je­steś nor­mal­ny!". Z ostat­nim stwier­dze­niem się zga­dzał, jak­by nie pa­trzeć, tyl­ko do pew­ne­go stop­nia. Aby upro­ścić jego fi­lo­zo­fię ży­cia, moż­na by po­wie­dzieć, tak jak wcze­śniej, że fak­tycz­nie ko­chał lu­dzi. Spra­wa była jed­nak o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. W tym wy­pad­ku ga­tu­nek ludz­ki fa­scy­no­wał Tom­ka jako je­dy­ne stwo­rze­nie, któ­re w swo­im ży­wo­cie po­stę­pu­je wbrew wszel­kim za­sa­dom lo­gi­ki. Nie­zwy­kłe osią­gnię­cia na­uko­we, leki na nie­ule­czal­ne cho­ro­by i prze­ło­mo­we wy­na­laz­ki zbyt czę­sto zbie­ga­ły się w cza­sie z za­ma­cha­mi, woj­na­mi i ka­ta­stro­fa­mi. Lu­dzie wal­czą o prze­trwa­nie, ro­biąc wszyst­ko, by się za­bić. Świa­do­mie czy nie­świa­do­mie, stwo­rze­nia te są pod każ­dym wzglę­dem peł­ne sprzecz­no­ści. Fa­scy­no­wa­ło go to, jak nie­któ­re jed­nost­ki funk­cjo­nu­ją zdro­wo i płyn­nie, pod­czas gdy inne po­ru­sza­ją się mię­dzy gra­ni­cą cha­otycz­no­ści i sza­leń­stwa. I jak­kol­wiek sam po­sia­dał, obiek­tyw­nie pa­trząc, dość pra­wi­dło­wy krę­go­słup mo­ral­ny, nie si­lił się na oce­nia­nie in­nych, lecz pra­gnął zgłę­bić pro­blem.

Gdy­by ktoś dał mu moż­li­wość prze­ba­da­nia mó­zgu Ma­rii Te­re­sy i Teda Bun­dy'ego, po­trak­to­wał­by oby­dwa jako war­to­ścio­we źró­dła wie­dzy, nic mniej, nic wię­cej.

Swo­jej wie­dzy uży­wał, by w ca­łym tym ba­ła­ga­nie od­na­leźć ja­kiś sens i ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy. Dla­te­go wła­śnie może i nad­wy­rę­że­niem by­ło­by po­wie­dzieć, że ko­chał lu­dzi. On ich po pro­stu ro­zu­miał. A je­śli nie, to sta­rał się zro­zu­mieć. Miał jesz­cze jed­ną, prak­tycz­nie nie­spo­ty­ka­ną ce­chę: umiał słu­chać. I nie cho­dzi tu o smut­ne ki­wa­nie gło­wą, gdy pi­ja­na la­ska opo­wia­da ci na afte­rze o tym, jak bar­dzo zra­nił ją były, by po za­spon­so­ro­wa­niu jej kil­ku drin­ków i wy­szep­ta­niu, jak bar­dzo jest wy­jąt­ko­wa, pójść do po­ko­ju na górę. Jego in­ten­cją pod­czas słu­cha­nia było po­zna­nie ko­lej­ne­go przy­pad­ku. Może na­wet po­moc. A na pew­no - przy­nie­sie­nie ulgi. Wie­dział, że wy­star­czy ko­muś po­zwo­lić mó­wić. To wszyst­ko. Lu­dzie KO­CHA­JĄ mó­wić o so­bie. Przez te kil­ka mi­nut czu­ją się za­zwy­czaj na­praw­dę wy­jąt­ko­wi i do­świad­cze­ni przez ży­cie. Czu­ją się war­ci tyle, ile ich wspo­mnie­nia. I, co naj­śmiesz­niej­sze, nie ma zbyt wiel­kie­go zna­cze­nia, kto jest ich od­bior­cą. Wie­lo­let­nia przy­ja­ciół­ka, przy­pad­ko­wy gość z im­pre­zy czy przy­droż­ny ka­mień - każ­dy z nich mógł po­znać te za­grze­ba­ne małe tę­sk­no­ty czy wie­lo­let­nie bli­zny.

To­mek zro­zu­miał to i do­syć szyb­ko od­uczył się trak­to­wa­nia pi­ja­nych wy­po­cin in­nych lu­dzi jako daru za­ufa­nia czy bli­sko­ści. Chciał pra­co­wać z tymi, któ­rzy tego po­trze­bu­ją, za­cho­wu­jąc zło­ty ba­lans po­mię­dzy trzeź­wo­ścią i me­to­dycz­no­ścią a em­pa­tią i au­ten­tycz­no­ścią. Za­miast więc wy­gła­szać cały ten esej pod­czas wi­gi­lij­nej ko­la­cji czy in­nej gru­po­wej bie­sia­dy, na za­da­ne py­ta­nie wo­lał od­po­wie­dzieć: in­te­re­su­je mnie czło­wiek.

Rita mia­ła po­ja­wić się na lot­ni­sku oko­ło czwar­tej rano, co jako tako da­wa­ło mu jesz­cze czas na wy­spa­nie się. Klu­ski ślą­skie w so­sie pie­cze­nio­wym, ka­pu­sta za­sma­ża­na i dwa pul­pe­ty sta­ły w lo­dów­ce za­raz obok pseu­do kom­po­tu (bo ja­koś nie wie­dział, jak zro­bić ten kom­pot, więc uży­czył so­bie tro­chę mocy z sy­ro­pu ma­li­no­we­go). No i tam gdzieś w tle na­lew­ka dziad­ka. Co jak co, ale bra­tem był do­brym.

"Nie no, jesz­cze te klu­ski ślą­skie, Rita zwa­riu­je ze szczę­ścia po pro­stu". Klep­nął się w ra­mię na znak uzna­nia, po­nie­waż Sara nie umia­ła jesz­cze kle­pać go w ra­mię ani na­wet przy­bi­jać piąt­ki. Uro­da, jak wie­my, nie za­wsze idzie w pa­rze z in­te­li­gen­cją. Ukła­da­jąc się do snu (a so­lid­ne pięć mi­nut zaj­mo­wa­ło mu rzu­ca­nie się w po­ście­li w celu zna­le­zie­nia opty­mal­ne­go po­ło­że­nia wzglę­dem koł­dry, łóż­ka oraz prze­wie­wu), włą­czył w tle Zbrod­nię na fe­sty­nie Aga­thy Chri­stie. Nic nie usy­pia­ło go tak do­brze jak kom­for­to­wo na­pi­sa­ne mor­der­stwo ma­ją­ce miej­sce w ma­low­ni­czej an­giel­skiej wsi. Sara po­cze­ka­ła chwi­lę (a To­mek miał to do sie­bie, że po mak­sy­mal­nie dzie­się­ciu mi­nu­tach spał jak za­bi­ty i nie ru­szał się aż do rana), po czym zgrab­nie wsko­czy­ła na ciem­no­zie­lo­ną po­ściel i po­ło­ży­ła pysz­czek na wol­nej czę­ści po­dusz­ki. "Ten To­mek to na­praw­dę wy­my­śla" - wes­tchnę­ła, bo już cza­sem bra­ko­wa­ło jej cier­pli­wo­ści. "Je­dwab­na po­szew­ka, też so­bie, może i do­bra na wło­sy..." - za­wa­ha­ła się, po czym do­da­ła z pew­no­ścią: "śli­skie to i zim­ne, ja­koś kie­dyś lu­dzie uży­wa­li ba­weł­ny i było do­brze".

Do gło­wy przy­szedł jej plan god­ny di­sney­ow­skich ge­niu­szy zła, ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­ła sie­bie wy­próż­nia­ją­cą całą za­war­tość je­lit na szma­rag­do­wy ma­te­riał po zje­dze­niu ki­lo­gra­ma pa­pie­ró­wek z misy na bla­cie. "Ja­sny prze­kaz to klucz do zdro­wej ko­mu­ni­ka­cji". Były to jed­nak je­dy­nie sza­tań­skie ma­rze­nia, któ­rych w ży­ciu nie ośmie­li­ła­by się zre­ali­zo­wać. Była w Tom­ka wpa­trzo­na jak ka­to­li­cy w Mat­kę Bo­ską Czę­sto­chow­ską. Plus była damą. A damy nie sra­ją po po­dusz­kach. Je­śli już, to w krza­ki.

Bu­dzik na dru­gą trzy­dzie­ści to zde­cy­do­wa­nie nie to, co ty­gry­ski, se­ter­ki i Tom­ki lu­bią naj­bar­dziej. Ale sło­wo się rze­kło, trze­ba te­raz prze­brnąć przez to pie­kło. Zim­na woda na twarz, dwa mach­nię­cia szczo­tecz­ką zwień­czo­ne pły­nem do płu­ka­nia, a na do­bit­kę krem z fil­trem roz­sma­ro­wa­ny ka­mie­niem gua-sha. Dzi­siaj nie było ani cza­su, ani na­stro­ju na po­ran­ną ła­zien­ko­wą ce­re­mo­nię bo­gów, któ­rą To­mek zwy­kle od­pra­wiał. Sara ob­ser­wo­wa­ła ze zgro­zą, jak jej obiekt wes­tchnień naj­pierw wle­wa w sie­bie z pręd­ko­ścią świa­tła ku­bek czar­nej cie­czy, a po­tem wsa­dza w usta Snic­ker­sa i bez więk­szych ce­re­mo­nii wy­cho­dzi w ta­kim sta­nie w pół­mrok ota­cza­ją­cej War­sza­wę nocy.

Do­jazd do lot­ni­ska za­jął mniej niż go­dzi­nę, więc nasz bo­ha­ter miał jesz­cze czas na zre­ali­zo­wa­nie swo­je­go nie­cne­go pla­nu. Z tego po­wo­du chwi­lę przed czwar­tą pa­sa­że­ro­wie, po­dróż­ni­cy i pra­cow­ni­cy na lot­ni­sku Cho­pi­na byli świad­ka­mi nie­zwy­kłej prze­mia­ny na mia­rę kaf­kow­skich za­pi­sków: oto mło­dy męż­czy­zna w pi­ża­mie dum­nie wkro­czył ze spor­to­wą tor­bą do to­a­le­ty, a pięć mi­nut póź­niej po­miesz­cze­nie to opu­ścił prze­bra­ny w dmu­cha­ny ko­stium drze­wa. Ja­kieś dwie na­sto­lat­ki pod­bie­gły zro­bić zdję­cie, pod­czas gdy To­mek, wy­zby­ty już w tym wie­ku uczu­cia wsty­du, szedł ku ta­blicz­ce "Przy­lo­ty", gar­gu­ląc: "JA JE­STEM GRO­OT!"2.

- To­muś, ty wa­ria­cie! - Rita wy­buch­nę­ła śmie­chem, rzu­ca­jąc się na brą­zo­wą, na­dmu­cha­ną po­stać. - Wow, wy­do­ro­śla­łeś - do­da­ła, wy­mow­nie wska­zu­jąc na prze­bra­nie. - Ta War­szaw­ka to jed­nak zmie­nia lu­dzi, nie ma co...

- Excu­se me miss, can I spe­ak Po­lish, or you al­re­ady for­got it? Wi­tam pa­nią An­giel­kę w sta­rej oj­czyź­nie! Klu­ski ci zro­bi­łem.

- Ale ślą­skie? Sam? Z so­sem? My dear lord, I'm im­pres­sed! - wy­krzyk­nę­ła te­atral­nie Rita, nie­udol­nie na­śla­du­jąc bry­tyj­ski ak­cent.

- Ślą­skie. Sam. Z so­sem. Wzią­łem te­le­fo­nicz­ne ko­re­pe­ty­cje od bab­ci Kry­si.

- To co my tu jesz­cze ro­bi­my? Do auta, chcę jeść!

Obec­ni na lot­ni­sku lu­dzie mie­li te­raz oka­zję oglą­dać ko­lej­ną część przed­sta­wie­nia: roz­wi­nię­cie, bę­dą­ce po­wi­ta­niem po­dróż­nych, prze­szło płyn­nie w za­koń­cze­nie. Dmu­cha­ne drze­wo si­ło­wa­ło się z wa­żą­cym tonę ple­ca­kiem, pod­czas gdy ja­kaś roz­krzy­cza­na dziew­czy­na w dre­sach pró­bo­wa­ła prze­pchać je przez drzwi wyj­ścio­we, do­pin­gu­jąc krzy­ka­mi "mo­żesz wszyst­ko" i "je­steś zwy­cięz­cą" oraz "idzie ochro­na". Ostat­nie od­nio­sło wresz­cie sku­tek i drze­wo ko­pyt­ko­wa­ło już na wol­nym po­wie­trzu, pró­bu­jąc zna­leźć stre­fę par­kin­go­wą ze swo­im au­tem. Jak moż­na się do­my­ślić, mu­sia­ło jed­nak zo­stać zneu­tra­li­zo­wa­ne przed wej­ściem do ma­szy­ny, więc Rita dwo­ma agre­syw­ny­mi pac­nię­cia­mi zło­ży­ła strój do ba­gaż­ni­ka.

Ro­dzeń­stwa tra­fia­ją się róż­ne, cza­sem nie­ste­ty pa­nu­ją w tej re­la­cji nie­na­wiść czy woj­na, cza­sem neu­tral­ność, cza­sem po­praw­ność, cza­sem ostra­cyzm czy nie­zro­zu­mie­nie. No bo też głu­pio się tra­fia. Rzad­ko ma się to szczę­ście. To­mek i Rita byli jed­nak ro­dzeń­stwem współ­pra­cu­ją­cym, bro­nią­cym sie­bie na­wza­jem i od­da­nym. I, co zda­rza się mię­dzy bra­tem a sio­strą nie tak czę­sto, na­praw­dę byli swo­imi naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi. Se­rio się lu­bi­li. Oprócz ogól­ne­go za­ry­su na ży­cie czy wy­zna­wa­nych war­to­ści łą­czy­ła ich też mu­zy­ka. Dla­te­go te­raz, wra­ca­jąc do miesz­ka­nia na Woli, dar­li się wnie­bo­gło­sy do naj­więk­szych hi­tów Sa­va­ge, De­pe­che Mode i Pet Shop Boys.

- A ty wiesz, że oni jesz­cze kon­cer­tu­ją? Pet Sho­pi wy­da­li te­raz tę nową pły­tę, cały czas w tym sa­mym kli­ma­cie, i po­wiem ci wię­cej: to w dal­szym cią­gu jest do­bre - prze­rwa­ła Rita.

- W su­mie faj­nie tak zna­leźć swój styl, swo­ją dro­gę i się tego trzy­mać. Że wiesz, cze­go chcesz, i to ro­bisz, od po­cząt­ku do koń­ca - stwier­dził To­mek.

- Może i faj­nie, ale pew­nie z moim try­bem ży­cia ni­g­dy się tego nie do­wiem. - Rita się ro­ze­śmia­ła, kła­dąc nogi na ma­skę.

- Może tak. A może wła­śnie od­wrot­nie. Im dłu­żej pa­trzę na to wszyst­ko, tym bar­dziej prze­ko­nu­ję się, że nikt nie jest jed­no­znacz­ny, ani w de­cy­zjach, ani w po­stę­po­wa­niu. Przy­po­mnę ci to za dzie­sięć lat, kie­dy oka­że się, że za­miast la­tać po świe­cie, osią­dziesz w Łe­mia­nach i bę­dziesz pi­sać książ­ki.

- Nie wiem, co mu­sia­ło­by się stać, że­bym w ogó­le wró­ci­ła w na­sze oko­li­ce na sta­łe. To jest po pro­stu, moim zda­niem, bez sen­su. Tak mar­no­wać ży­cie na tyl­ko jed­no miej­sce, jak moż­na mieć wię­cej.

- No sama wiesz, co kto lubi. Mnie tu było do­brze za­wsze - mruk­nął.

- A jed­nak je­steś w War­sza­wie - prze­rwa­ła.

- Bo stu­dia. Ale chy­ba będę wra­cać do Sal­wy, bo gdzie in­dziej miał­bym być? Tu wszyst­ko jest bar­dziej osią­gal­ne, sama wiesz, może kie­dyś so­bie mały do­mek zbu­du­ję przy Bje­stru­niu. Może coś więk­sze­go? A w su­mie to wszyst­ko ma wię­cej po­ten­cja­łu, niż ci się wy­da­je - stwier­dził z pew­no­ścią sie­bie.

- Po­ży­je­my, zo­ba­czy­my. Jak Sara? Wy­do­ro­śla­ła już czy na­dal jest taki fi­flak? - za­ga­iła, cie­sząc się, że już nie­dłu­go zo­ba­czy uko­cha­ną psin­kę.

- Ma swo­je mo­men­ty, że się rzu­ca po miesz­ka­niu, ale po­wiem ci, że te­raz zro­bi­ła się z niej szy­kow­na mło­da dama. I cho­dzi za mną krok w krok. Może i jest to pies my­śliw­ski, ale na pew­no też stró­żu­ją­cy.

- Ku­pi­łam jej w Lon­dy­nie taki da­szek na łód­kę.

- Ale po co jej da­szek, jak da­szek jej mó­zgu nie ochro­ni? - jęk­nął To­mek.

- To zro­bi­my jej ład­ne zdję­cie na dzio­bie i zdej­mę.

Bez­sil­ny kie­row­ca uznał, że dal­sza dys­ku­sja nie ma sen­su, i aby zmie­nić lek­ko te­mat, włą­czył swo­ją nową spe­cjal­ną play­li­stę z szan­ta­mi o enig­ma­tycz­nym ty­tu­le Pięć Majt­ków.

I słu­cha­li, a ra­czej od pierw­sze­go wer­su krzy­cze­li, jak to "okręt ich wpły­nął we mgłę".

Gdy do­tar­li do domu, Sara zo­sta­ła przy­wi­ta­na nie­ludz­kim i jak na go­dzi­ny noc­ne nie­po­praw­nym uja­da­niem, na co sama od­po­wia­da­ła pro­por­cjo­nal­nie en­tu­zja­stycz­ny­mi wy­sko­ka­mi. W koń­cu mu­sia­ła po­ka­zać, że od­waż­ne tezy Rity, ta­kie jak "a kto tu jest naj­pięk­niej­szym pie­skiem w ca­łej ga­lak­ty­ce" albo "cio­cia tę­sk­ni­ła, oj tę­sk­ni­ła, tak moc­no" czy "a jaką mam sierść ślicz­ną, za­raz wy­przy­tu­la­my", mają pew­ne po­kry­cie w rze­czy­wi­sto­ści.

- To jak już się ja­śnie pa­nie przy­wi­ta­ją, to może bied­ny ba­ga­żo­wy bę­dzie mógł wnieść pa­kun­ki do środ­ka. I skub­nąć tro­chę klu­sek, bo umie­ra z gło­du - jęk­nął w pro­gu "bied­ny ba­ga­żo­wy".

- A, no tak, ja też prze­cież umie­ram z gło­du. Ja­nie, po­zwól za nami.

- Po­wiem ci tak: zęby nie grzy­by, w le­sie nie ro­sną - sap­nął "Jan", nie­usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny swym no­wym przy­dom­kiem oraz naj­cięż­szym ba­ga­żem pod­ręcz­nym w hi­sto­rii świa­ta.

- No prze­cież mó­wię, już wejdź, wejdź.

Ka­mie­ni­ca, po­słusz­nie usa­do­wio­na po­śród in­nych so­bie po­dob­nych, ogar­nię­ta była mro­kiem, roz­pro­szo­nym za­le­d­wie la­tar­nia­mi z rów­no­le­głej uli­cy. Jed­nak, jak­by na prze­kór, jed­no okno wciąż ja­śnia­ło i mia­ło swój kon­trast stra­cić do­pie­ro o świ­cie. Zbli­ża­jąc się, moż­na było do­strzec za­rys dwóch mło­dych lu­dzi i fu­trza­stej isto­ty na tle kuch­ni, je­dzą­cych klu­ski ślą­skie, pi­ją­cych ma­li­no­wą her­ba­tę i roz­ma­wia­ją­cych o istot­nych, pod­nio­słych spra­wach na prze­mian z tymi naj­bar­dziej ludz­ki­mi, bła­hy­mi i pro­sto­li­nij­ny­mi. O ży­ciu, mi­ło­ści i po­wo­ła­niu za­wo­do­wym. O naj­now­szym ter­mo­mi­xie z Li­dla w do­brej ce­nie. O pod­sta­wach wia­ry w sie­bie i ostat­nich za­wo­dach. O tym, czy ma­sło kla­ro­wa­ne fak­tycz­nie jest do­brym za­mien­ni­kiem ole­ju sło­necz­ni­ko­we­go. I gdy­by mło­dość fak­tycz­nie mo­gła być w ja­kiś spo­sób zde­fi­nio­wa­na, za­mknąć by­ło­by ją trze­ba wła­śnie w tej chwi­li. I gdy­by ży­cie skła­da­ło się z ka­drów fil­mo­wych, ten ob­raz le­żał­by gdzieś po­mię­dzy sce­na­mi dru­gą a czwar­tą, nie jako po­czą­tek, lecz ostat­ni punkt za­po­wie­dzi. I gdy­by sło­wa mia­ły ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, trze­ba by­ło­by po­wie­dzieć "dzię­ku­ję". A po­tem spy­tać, co da­lej.

1 Po­tocz­ny zwrot okre­śla­ją­cy pój­ście spać, w tym kon­tek­ście wcze­śnie.

2 Na­wią­za­nie do bo­ha­te­ra se­rii fil­mów Ma­rvel, wy­glą­da­ją­ce­go jak drze­wo.

2

- Do­bra, pierw­si bie­ga­cze na tra­sie, to znak, że mu­si­my cho­ciaż na chwi­lę się zdrzem­nąć, żeby ja­koś do­je­chać tam na wie­czór - za­uwa­ży­ła traf­nie Rita, od­su­wa­jąc fi­ran­kę.

- Wy­jazd o czter­na­stej, dzi­siaj zde­cy­do­wa­nie nie mo­że­my się spóź­nić - po­wie­dział To­mek, roz­kła­da­jąc ka­na­pę w swym kuch­nio­sa­lo­nie.

- Ale Mrucz­ko­wi po­wie­dzia­łeś, że na trzy­na­stą, praw­da? - upew­ni­ła się dziew­czy­na.

- Zna­jąc ży­cie i tak by miał pro­ble­my z do­tar­ciem na czas, więc już dla świę­te­go spo­ko­ju za­ry­zy­ko­wa­łem dwu­na­stą trzy­dzie­ści. Ja nie my­ślę, ja JE­STEM my­śle­niem - klep­nął się z dumą w blond łe­pe­ty­nę.

- Do­bra, daj mi jesz­cze ja­kiś ręcz­nik i z resz­tą już so­bie po­ra­dzę. I na­staw bu­dzik, bo mnie cza­sem nie bu­dzi, jak mam za mało snu. O, dzię­ki, do­bra­noc­ka! - I przy­tu­liw­szy bra­ta oraz ręcz­nik, po­szła po resz­tę wie­czor­nych przy­bo­rów.

Po skom­ple­to­wa­niu ze­sta­wu po­czła­pa­ła do ła­zien­ki, z roz­czu­le­niem pa­trząc na po­da­wa­ny jej przed chwi­lą nie­bie­ski ka­wa­łek ma­te­ria­łu w czer­wo­ne sa­mo­cho­dzi­ki. To­mek był jego dum­nym wła­ści­cie­lem od po­nad szes­na­stu lat. "No tak, nie psu­je się, do­bry jest, to po co wy­rzu­cać, no tak, cały mój brat" - po­my­śla­ła, wy­le­wa­jąc na sie­bie hoj­ną por­cję mę­skie­go szam­po­nu.

Była oso­bą, któ­ra pół ży­cia spę­dza­ła w świe­cie re­al­nym, a dru­gie pół w swo­jej gło­wie, prze­twa­rza­jąc prze­szłość, roz­my­śla­jąc nad przy­szło­ścią, a w tym sa­mym cza­sie pró­bu­jąc wy­ła­pać z te­raź­niej­szo­ści naj­bar­dziej efek­tow­ne in­spi­ra­cje. Te­raz wła­śnie, sto­jąc pod prysz­ni­cem i spłu­ku­jąc z sie­bie san­da­ło­wo-oce­anicz­ny płyn, wy­obra­ża­ła so­bie pierw­szą sce­nę po­wie­ści. "Tak, tak to wła­śnie po­win­no się za­cząć, mło­da ko­bie­ta stoi w ja­kimś je­zio­rze, o, no wła­śnie, nasz Bje­struń może być, i woda na nią spa­da, no czy­li musi być to wo­do­spad, coś typu Nia­ga­ra". Nia­ga­ra była je­dy­nym wo­do­spa­dem, któ­re­go na­zwa przy­cho­dzi­ła jej na myśl, ale dla­cze­go bogu du­cha win­nej Nia­ga­rze ka­za­ła prze­nieść się nad Bje­struń, to wie­dzia­ła już tyl­ko ona sama. "Tyl­ko dla­cze­go ten za­pach, skąd to drze­wo san­da­ło­we, czy ja w ogó­le wiem, jak wy­glą­da drze­wo san­da­ło­we?" - roz­my­śla­ła da­lej, owi­ja­jąc się w ręcz­nik. Fi­zycz­nie i psy­chicz­nie była już pew­nie do­syć zmę­czo­na, ale do­brze wie­dzia­ła, że i tak nie za­śnie w spo­ko­ju, do­pó­ki nie prze­czy­ta o po­cho­dze­niu i cha­rak­te­ry­sty­ce tego nie­szczę­sne­go drze­wa san­da­ło­we­go. A po­tem ja­koś tak jej się sko­ja­rzy­ło, że ma ku­pić san­dał­ki z tej pro­mo­cji na Za­lan­do. "Przyj­dzie do pacz­ko­ma­tu, aku­rat jak będę w Sal­wie. Je­stem ge­nial­na. I zor­ga­ni­zo­wa­na. I pad­nię­ta. Idę spać".

I za­czę­ła na­resz­cie od­pły­wać w ja­kieś dziw­ne re­jo­ny po­mię­dzy snem a swo­imi ko­lej­ny­mi po­my­sła­mi na po­wieść. Gna­ła przez ja­kieś wody i do­li­ny, oto­czo­na drze­wa­mi, go­nio­na przez san­da­ły, wpły­wa­ła na prze­stwór to su­che­go, to mo­kre­go oce­anu, i pew­nie do­pły­nę­ła­by i do Ame­ry­ki, gdy­by nie ja­kieś nie­pa­su­ją­ce do sce­ne­rii dud­nie­nie i przy­tłu­mio­ne wo­ła­nie. Dud­nie­nie, pu­ka­nie, drzwi - drzwi? Ale dla­cze­go drzwi? Wy­jazd, tak, wy­jazd. Ale już? Zer­k­nę­ła na go­dzi­nę - była do­kład­nie dwu­na­sta trzy­dzie­ści. Bez zbęd­ne­go prze­dłu­ża­nia na­rzu­ci­ła koc na ra­mio­na i po­drep­ta­ła do miej­sca, skąd sły­chać było in­tru­za.

- Mru­czu­uuś, to ty. Kopę lat, a do­kład­nie to chy­ba na­wet i pół roku. Wejdź, pro­szę, To­mek jesz­cze śpi. Co ty tak wcze­śnie? - przy­wi­ta­ła chło­pa­ka, któ­ry grzecz­nie wszedł do po­ko­ju, cią­gnąc za sobą śpi­wór i czar­ną spor­to­wą tor­bę.

Mru­czuś, a wła­ści­wie Adam, był kom­plet­nym prze­ci­wień­stwem Tom­ka. Ciem­ne wło­sy, brą­zo­we oczy i por­ce­la­no­wa cera, prze­cięt­ny wzrost i ma­syw­na, ale umię­śnio­na bu­do­wa po­wo­do­wa­ły, że idąc obok sie­bie z Tom­kiem, two­rzy­li nie­mal­że wi­dok ro­dem z kre­sków­ki. A cho­dzi­li ra­zem za­zwy­czaj wszę­dzie, bo byli w tej sa­mej gru­pie na ar­chi­tek­tu­rze. Oczy­wi­ście z po­mi­nię­ciem tych za­jęć, któ­re fi­gu­ro­wa­ły w gra­fi­ku jako te pierw­sze, po­nie­waż Mru­czuś nie był wiel­kim fa­nem przy­cho­dze­nia na czas. Dzi­siaj jed­nak, na­uczo­ny do­świad­cze­niem i zmo­ty­wo­wa­ny szan­ta­żo-groź­ba­mi, że fak­tycz­nie zo­sta­nie po­rzu­co­ny, je­śli nie zja­wi się na miej­sce cho­ciaż­by mniej wię­cej o cza­sie, pierw­szy raz w ży­ciu przy­był rów­no, na dwu­na­stą trzy­dzie­ści. I co za­stał nasz bied­ny chło­pi­na? Po­grą­żo­ne­go w le­tar­gu go­spo­da­rza i jego do­syć ład­ną, lecz spe­cy­ficz­ną sio­strę, otwie­ra­ją­cą mu drzwi z ko­cem na gło­wie.

- Co sły­chać, Rita, ja­kie pla­ny po stu­diach? Zo­sta­jesz tam czy wra­casz? - za­gad­nął uprzej­mie, nie­mra­wo sto­jąc w przed­po­ko­ju.

- Her­ba­ty, kawy, klu­sek ślą­skich? To­mik zro­bił i jesz­cze tro­chę zo­sta­ło. A, jesz­cze nie wiem, po­wiem ci, każ­dy się mnie pyta te­raz i ja­koś nie umiem stwier­dzić. O pie­nią­dze się tro­chę mar­twię, co z pra­cą te­raz... Ale dam so­bie czas, wa­ka­cje są. Ale na pew­no zo­sta­ję w An­glii. A ty jak tam, już wy­bra­ny te­mat na ma­gi­ster­kę?

- My­śla­łem nad na­pi­sa­niem pla­nu re­no­wa­cji tego za­byt­ko­we­go dwor­ku w Zie­lo­nej Woli. Usta­li­łem so­bie, że co ty­dzień będę od­ha­czał nowy punkt na mo­jej li­ście i na pew­no do wrze­śnia skoń­czę pierw­szy szkic pla­nu.

Rita, któ­rą trzy­go­dzin­ny sen bar­dziej znu­żył, niż wzmoc­nił, usil­nie pró­bo­wa­ła wy­glą­dać na oso­bę uważ­nie słu­cha­ją­cą, wtrą­ca­jąc co mniej wię­cej pół mi­nu­ty ja­kieś "ach, no tak" lub "hm, cie­ka­we", a cza­sem na­wet "to ma sens". Jed­nak do wy­żej wspo­mnia­ne­go de­fi­cy­tu snu do­cho­dzi­ło jesz­cze jej nie­do­edu­ko­wa­nie w ob­sza­rze wie­dzy ar­chi­tek­to­nicz­nej i kon­ku­ru­ją­ce z nim szcze­gó­ło­we do­edu­ko­wa­nie jej roz­mów­cy w tym­że ob­sza­rze. Po­nad­to ni­ski, cie­pły, spo­koj­ny głos Mru­czu­sia, któ­re­mu to wła­śnie za­wdzię­czał on swój przy­do­mek, wpro­wa­dzał ją po­wo­li w stan upoj­nej nie­świa­do­mo­ści. Rita pod­ję­ła ostat­nią, roz­pacz­li­wą pró­bę wy­bu­dze­nia się z transu, wy­bie­ga­jąc z kuch­ni z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem i okrzy­kiem, że "musi obu­dzić Tom­ka, bo prze­cież już naj­wyż­szy czas".

W fer­wo­rze emo­cji otwo­rzy­ła z roz­ma­chem drzwi i jej oczom uka­za­ła się po­stać bra­ta, osa­dzo­na na łóż­ku w po­zy­cji kwia­tu lo­to­su, z wciąż na­ło­żo­ną na oczy noc­ną opa­ską.

- Mru­czuś jest - urwa­ła, wi­docz­nie do­tknię­ta at­mos­fe­rą po­wa­gi sy­tu­acji.

- Wiem, dro­ga sio­stro. Już koń­czę, trzy koń­skie wy­rzu­ty, po­tem od­dy­cha­nie mał­py i będę go­to­wy - od­po­wie­dział sto­no­wa­nym gło­sem Bud­da wer­sja pol­ska, nie prze­ry­wa­jąc me­dy­ta­cji.

- Ro­zu­miem. We­zmę już Sarę na spa­cer, bę­dzie ła­twiej. - I Rita wró­ci­ła do po­ko­ju, wo­ła­jąc rudą za sobą.

Psin­ka po­słusz­nie, ale do­stoj­nie wkro­czy­ła do kuch­ni, by po­wi­tać swo­je­go zna­jo­me­go. Rita przy­go­to­wa­ła czar­ną her­ba­tę w za­pa­rza­czu, wla­ła ją do dwóch kub­ków ter­micz­nych, wzię­ła Sarę na smycz i ra­zem z Mru­czu­siem opu­ści­li miesz­ka­nie, kie­ru­jąc się w stro­nę par­ku.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, gdy drzwi wyj­ścio­we się za­mknę­ły, otwo­rzy­ły się drzwi od sy­pial­ni Tom­ka, któ­ry z prze­wie­szo­nym na ra­mie­niu ręcz­ni­kiem i ka­mie­niem gua-sha w ręce zmie­rzał lek­ko ku ła­zien­ce. Moż­li­we, że jako dziec­ko na­oglą­dał się zbyt dużo fil­mów typu Ame­ri­can Psy­cho, a ostat­nie lata fa­sze­ro­wał się do­syć czę­sto książ­ka­mi o ty­tu­łach 7 na­wy­ków sku­tecz­ne­go dzia­ła­nia lub Klub 5 rano, i wszyst­ko to spo­wo­do­wa­ło, że wziął so­bie kil­ka tych rad do ser­ca. Dziś wy­jąt­ko­wo od­pu­ścił so­bie po­ran­ne bie­ga­nie, to praw­da, ale nie za­mie­rzał omi­nąć zim­ne­go prysz­ni­ca i swo­je­go mi­ni­ry­tu­ału face care.

Po pięt­na­stu mi­nu­tach sie­dział już wy­god­nie na ka­na­pie, od­su­nąw­szy de­li­kat­nie po­roz­rzu­ca­ne rze­czy Rity, i de­lek­tu­jąc się ma­syw­nym kub­kiem czar­nej kawy, wpa­try­wał się w okno. Nie­ste­ty, na ra­zie je­dy­ne, co wi­dział, to za­dra­pa­ny brzeg ka­mie­ni­cy z na­prze­ciw­ka i nie­este­tycz­ny, ża­ró­wia­sty ba­ner re­kla­mu­ją­cy pa­ne­le. Lu­bił jed­nak wy­obra­żać so­bie, że za oknem ma ład­ny wi­dok, może góry, lasy, na­tu­rę, a może wła­śnie to nie ba­ner błysz­czy tu ża­rów­ką, tyl­ko świa­tła wiel­kie­go mia­sta. A jego ka­wa­ler­ka na pierw­szym pię­trze to tak na­praw­dę pen­tho­use w apar­ta­men­tow­cu. "Cóź, wszyst­ko za mną i wszyst­ko przede mną" - po­my­ślał, ły­ka­jąc ostat­ni łyk zwień­czo­ny po­zo­sta­ło­ścia­mi fu­sów i ka­mie­nia.

W tej wła­śnie chwi­li na­sza trój­ka wró­ci­ła ze spa­ce­ru.

- Mamy maka! - krzyk­nę­ła ra­do­śnie Rita, rzu­ca­jąc pa­pie­ro­wą to­reb­kę na blat. - Go­to­wy?

- O, dzię­ku­ję! Go­to­wy. Dla mnie z jaj­kiem i be­ko­nem? Su­per. To zje­my i wy­jeż­dża­my. Adaś pi­sał mi, że bę­dzie do­słow­nie za pięć mi­nut.

Adaś, czy­li Adam nu­mer dwa, był są­sia­dem Tom­ka, lat dwa­dzie­ścia sześć, a oprócz tego, do­syć do­ryw­czo, tre­ne­rem per­so­nal­nym. Mó­wił też, że kie­dyś stu­dio­wał za­rzą­dza­nie, ale rzu­cił to po roku, bo, cy­tu­jąc, "po­le­ga­ło to tyl­ko na czy­ta­niu pre­zen­ta­cji z Po­wer­Po­in­ta przez za­plu­tych, zmar­no­wa­nych ży­ciem sześć­dzie­się­cio­lat­ków". Oprócz nie­wy­pa­rzo­ne­go ję­zy­ka po­sia­dał też nie­za­prze­czal­ną pew­ność sie­bie i cha­ry­zmę, a mo­men­ta­mi gor­szą­ce po­czu­cie hu­mo­ru. A, i po­dob­no jesz­cze pra­co­wał na co dzień w ja­kiejś agen­cji me­dial­no-mar­ke­tin­go­wej, ale co do­kład­nie na­le­ża­ło do jego obo­wiąz­ków, tego nikt ni­g­dy nie zwe­ry­fi­ko­wał. I, jak chwa­lił się na im­pre­zach, coś tam gdzieś tam in­we­sto­wał. I miał pie­nią­dze. Głów­nie od ro­dzi­ców, ale miał. Jed­no moż­na stwier­dzić z pew­no­ścią - Adaś­ko z dumą re­pre­zen­to­wał tak zwa­ną gru­pę spo­łecz­ną "ty­po­wa war­szaw­ka". I mimo wszyst­ko nie dał się nie lu­bić.

Wła­śnie te­raz, gdy nasi wy­ciecz­ko­wi­cze po­wo­li zbie­ra­li się do wyj­ścia, wbił bez par­do­nu do miesz­ka­nia z pie­śnią na ustach: "Prze­pi­je­my na­szej bab­ci do­mek cały, do­mek cały, do­mek ca­ły­yy...".

- "I ka­lo­sze, i bam­bo­sze, i san­da­ły" - do­koń­czy­ła Rita, ści­ska­jąc go na po­wi­ta­nie.

- "Jesz­cze dziś, jesz­cze dziś, jesz­cze dziś!" - po­twier­dził Adaś­ko. - Ciot­ka z Ame­ry­ki wró­ci­ła, no pro­szę, od­wie­dzić na­sze pol­skie pro­stac­two, z An­glii, tak wiem, z An­glii, sie­ma Mru­czuś, no i bon­jo­ur, sze­fie, od­pa­laj ko­nia i le­ci­my!

Na­gle zmie­nił jed­nak ton, wi­ta­jąc idą­cą ku nie­mu Sarę:

- A jak się ma na­sza ma­lut­ka księż­nicz­ka, ja­kie ma oczka mą­dre, bę­dzie pły­wać na ża­gló­wecz­ce, tak? - Zmie­sza­ny, po­wró­cił jed­nak pręd­ko do swo­je­go nor­mal­ne­go spo­so­bu by­cia: - No, tak­że ten, sta­ry, je­dzie­my, co?

- Je­dzie­my, je­dzie­my. Tu masz to­sta. Rita, masz klu­cze do auta, ogar­nij miej­sce ru­dej, chło­pa­ki, weź­cie ba­ga­że i ja­koś to za­pa­kuj­cie, zejdź­cie już na dół, ja tu wszyst­ko jesz­cze po­spraw­dzam i za­raz będę.

I po tych sło­wach gru­pa po­słusz­nie ze­szła na dół, śmie­jąc się i jak ban­da sied­mio­lat­ków kłó­cąc się o to, kto sie­dzi z przo­du i kto zo­sta­nie po­wo­ła­ny na DJ-a tra­sy. Jed­nak kie­dy sa­mo­chód zo­stał za­pa­ko­wa­ny, pies za­ako­mo­do­wa­ny i To­mek do­łą­czył do gru­py, wszy­scy zgod­nie usie­dli tam, gdzie ich miej­sce. To­mek za kie­row­ni­cą, Rita obok nie­go z przo­du, a Mru­czuś i Adaś po obu stro­nach miej­sca Sary. Rita jed­nak wsta­ła dzi­siaj z łóż­ka pra­wą nogą i wy­bra­ła szczo­drość, więc od cza­su do cza­su po­da­wa­ła te­le­fon do tyłu, aby pa­sa­że­ro­wie mo­gli do­dać do ko­lej­ki swo­je wy­bra­ne utwo­ry. Tra­sa, jak na let­nią nie­dzie­lę, była do­syć spo­koj­na. Wia­do­mo, ko­rek tam i tu, wia­do­mo, i Sara, i Rita po­trze­bo­wa­ły pięć­dzie­się­ciu przerw na siku, ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że uda im się do­trzeć tam na dzie­więt­na­stą.

To­mek był do­brym, spo­koj­nym kie­row­cą. Nie szar­pał au­tem, nie iry­to­wał się na in­nych, nie na­rze­kał na wa­run­ki na dro­dze. Jego pa­sa­że­ro­wie na tyl­nych sie­dze­niach po ja­kimś cza­sie gład­ko uda­li się w kimę. Rita jed­nak prze­zwy­cię­ży­ła zmę­cze­nie, by ra­zem mo­gli omó­wić ostat­nie szcze­gó­ły ich pla­nu nie­spo­dzian­ki dla ro­dzi­ców.

- My­ślisz, że prze­sa­dzi­li­śmy? Że im się spodo­ba? Jezu, dla­cze­go ja się tak tym stre­su­ję? - miau­cza­ła dziew­czy­na, pró­bu­jąc wy­chwy­cić sła­be punk­ty pla­nu lub miej­sca do po­praw­ki.

- My­ślę, że bę­dzie ide­al­nie. Że bar­dzo im się spodo­ba. A stre­su­jesz się, bo ci za­le­ży - od­po­wie­dział To­mek, jak zwy­kle rze­czo­wo i roz­waż­nie.

- Chło­pa­ki wie­dzą? - za­py­ta­ła.

- Wie­dzą tyle, ile mają wie­dzieć. Z ludź­mi też jest wszyst­ko po­twier­dzo­ne i do­gra­ne. A He­niek jest już na miej­scu i koń­czy ostat­nie przy­go­to­wa­nia. Zresz­tą my też za­raz bę­dzie­my. Patrz, Bia­ły Most. I two­je kro­wy uko­cha­ne. - I za­nim Rita zdą­ży­ła co­kol­wiek zro­bić, To­mek otwo­rzył szy­bę, wy­sta­wił gło­wę za okno i wy­dał z sie­bie po­tęż­ne "MU­UUU".

- Co jest? Co się dzie­je? Już je­ste­śmy? - Zmem­ła­ny drzem­ką Mru­czuś mru­czał jesz­cze głę­biej niż zwy­kle.

- Tak tu się u was roz­ma­wia na tych Ma­zu­rach? - za­py­tał nie­win­nie Ada­mek.

- To nie Ma­zu­ry, to War­mia. I tak, przy­wi­taj się. I tak, już pra­wie je­ste­śmy. Oto, moi dro­dzy, Sal­wa. A tam, jak spoj­rzy­cie na pra­wo, za tymi drze­wa­mi, ma­cie Bje­struń.

- Ej, mają na­wet McDo­nal­da - za­czął nasz tre­ner per­so­nal­ny.

- Do któ­re­go nie bę­dzie­my cho­dzić, bo wspie­ra­my małe, ro­dzin­ne skle­pi­ki spo­żyw­cze, któ­re trzy­ma­ją się tu od cza­sów PRL-u - prze­rwał mu kie­row­ca. - Zresz­tą jak spró­bu­jesz szprot­ko­wych fry­tek w Bia­łej Me­wie, to od razu ci się ode­chce McDo­nal­dów - obie­cał, wska­zu­jąc na oka­za­łą karcz­mę obok por­tu.

Mru­czuś już chciał do­dać, że prze­cież każ­da mewa jest bia­ła, ale po­wstrzy­mał się od wy­po­wie­dze­nia tej tezy na głos, uświa­da­mia­jąc so­bie, że nie wi­dział jesz­cze prze­cież wszyst­kich mew na świe­cie. Po par­ko­wa­niu, któ­re za­ję­ło tro­chę cza­su, po­nie­waż z ja­kie­goś po­wo­du kie­row­cy w nie­dzie­lę lu­bią zaj­mo­wać dwa i pół miej­sca, To­mek wy­ko­nał szyb­ki te­le­fon i wy­dał wszyst­kim in­struk­cje.

Trój­ka męż­czyzn wzię­ła psa i ba­ga­że, kie­ru­jąc się w stro­nę kei, a Rita wraz ze swo­ją tor­bą skrę­ci­ła w stro­nę tyl­ne­go wej­ścia do karcz­my. Już od pro­gu ob­jął ją czar że­glar­skiej at­mos­fe­ry, za­pach je­zio­ra i ryb po­łą­czo­ny z szan­ta­mi gra­ją­cy­mi z gło­śni­ka.

- O, jest i na­sza gwiaz­da! - huk­nął znie­nac­ka ochry­pły, mę­ski głos.

- Wuja! Jak tam ży­jesz? - ucie­szy­ła się Rita, wi­dząc do­brze zna­ną so­bie po­stać.

He­niek, kie­dyś ma­ry­narz, te­raz głów­nie już że­glarz, wy­glą­dał jak praw­dzi­wy wilk mor­ski. Ogo­rza­łe od wia­tru i słoń­ca twarz, kark i ręce, ale tyl­ko do rę­kaw­ków, bar­czy­sta syl­wet­ka i buj­ny, lek­ko si­wo­ru­dy za­rost sta­no­wi­ły ide­al­ną ca­łość w po­łą­cze­niu z jego pro­sto­dusz­nym, lecz za­har­to­wa­nym spo­so­bem by­cia. Po­nad­to za­zwy­czaj spo­tkać go moż­na było w jed­nej z trzech ko­szu­lek, któ­re no­sił chy­ba od dwu­dzie­stu lat: ma­ry­nar­skiej w bia­ło-gra­na­to­we pa­ski, bia­łej na ra­miącz­kach lub kre­mo­wym T-shir­cie. He­niek nie był fak­tycz­nym wuj­kiem ro­dzeń­stwa, ale przy­ja­cie­lem ich ro­dzi­ców. Krzysz­tof i Ju­sty­na po­zna­li go na stu­diach we Wro­cła­wiu, gdy wszy­scy miesz­ka­li na tym sa­mym osie­dlu stu­denc­kim. Po­tem on po­pły­nął na mo­rze, ale co roku od­wie­dzał ich wła­śnie w Sal­wie. Tak mu się tu spodo­ba­ło, że gdy kil­ka lat temu po­rzu­cił ma­ry­nar­skie ży­cie, zde­cy­do­wał się od­ku­pić pe­wien za­nie­dba­ny bu­dy­nek przy por­cie i od­re­stau­ro­wać go na że­glar­ską karcz­mę.

Te­raz miej­sce to w ni­czym już nie przy­po­mi­na­ło daw­nej ru­iny. Nie było jed­nak no­wo­cze­sne, nie w tym rzecz. Mia­ło, jak to lu­bił ma­wiać He­niek, du­szę mo­rza. Pod­sta­wę jego sta­no­wi­ło ciem­ne drew­no, a w środ­ku, na po­tęż­nych sto­li­kach sta­ły me­ta­lo­we świecz­ni­ki, z su­fi­tu zwi­sa­ły sta­re sie­ci, a na ścia­nach wid­nia­ły mapy, ste­ry, kom­pa­sy. Wnę­trze przy­po­mi­na­ło tro­chę ka­ju­tę wiel­kie­go okrę­tu. Ciem­ne i ci­che, roz­ja­śnio­ne nie­co cie­płym świa­tłem za­pra­sza­ło do sie­bie za­rów­no sta­łych by­wal­ców wód, jak i szczu­ry lą­do­we pra­gną­ce do­świad­czyć tro­chę tej nie­zna­nej im at­mos­fe­ry. Po­nad­to, gdy karcz­ma wy­ro­bi­ła już so­bie re­no­mę, co ja­kiś czas go­ści­ła mniej lub bar­dziej zna­ne pol­skie ze­spo­ły gra­ją­ce szan­ty, przy­cią­ga­jąc jesz­cze wię­cej lu­dzi. Tak, o tej po­rze roku było tu pięk­nie, peł­no wra­żeń i prze­wi­ja­ją­cych się go­ści. Ale je­sie­nią... Ale prze­cież wła­śnie za­czy­na­ło się lato.

I dziś, w ostat­nią nie­dzie­lę czerw­ca, karcz­ma za­mknię­ta zo­sta­ła z po­wo­du pry­wat­nej im­pre­zy - wspól­nej ce­le­bra­cji pięć­dzie­sią­tych uro­dzin Ju­sty­ny i Krzysz­to­fa. Spi­sek ten po­wstał z ini­cja­ty­wy ro­dzeń­stwa, któ­re pod­ję­ło się spo­rzą­dze­nia li­sty go­ści i skon­tak­to­wa­nia się z nimi, a ra­zem z nie­oce­nio­nym wspar­ciem Heń­ka - prze­my­śle­nia stro­ny ga­stro­no­micz­nej i za­kwa­te­ro­wa­nia przy­by­łych. Jed­na para mia­ła na szczę­ście jacht miesz­czą­cy sześć osób, dru­ga przy­jeż­dża­ła ra­zem z Ju­sty­ną i Krzyś­kiem na rejs, pacz­ka Tom­ka wy­naj­mo­wa­ła ża­glów­kę od za­przy­jaź­nio­ne­go bos­ma­na, a resz­tę go­ści z po­wo­dze­niem uda­ło się umie­ścić w po­ko­jach na pię­trze karcz­my.

- Rów­no dwa­dzie­ścia osób, łącz­nie z nami - upew­nia­ła się jesz­cze te­raz Rita, wy­li­cza­jąc po ko­lei, kto gdzie śpi, i ana­li­zu­jąc, czy na pew­no star­czy wszyst­kim je­dze­nia i trun­ków.

- Spo­koj­na gło­wa, sze­fo­wo - mruk­nął za­pew­nia­ją­co He­niek. - Mam wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wa­ne.

- A co z po­da­wa­niem do sto­łu? Wi­dzę, dziś mamy peł­ny skład? - Ro­zej­rza­ła się, wi­dząc zna­jo­me twa­rze krzą­ta­ją­ce się w kuch­ni. - Bo jak­by co, to my z Tom­kiem mo­że­my tu po­móc ogar­niać.

- Roz­ma­wia­li­śmy już o tym, mło­da. Mam wy­star­cza­ją­co lu­dzi, dziś po­pro­si­łem o tro­chę więk­sze wspar­cie, nie mu­sisz się ni­czym stre­so­wać, od­pocz­nij so­bie te dwa ty­go­dnie od stu­diów i pra­cy, i faj­nie spędź czas z ro­dzin­ką. A dziś to le­piej za­dbaj­cie o pre­zen­ta­cję i po­pro­wa­dze­nie tego wszyst­kie­go. - Zer­k­nął ukrad­kiem na po­pla­mio­ną od kawy blu­zę Rity. - Czy wy nie mie­li­ście się ja­koś prze­brać?

3

To­mek, wy­ści­ska­ny przez mamę i klep­nię­ty w bark przez tatę, czuł się już pra­wie jak w domu. Po ma­łej ko­me­dyj­ce peł­nej wes­tchnień, że Rita nie­ste­ty nie za­ła­pa­ła się na wcze­śniej­szy sa­mo­lot, tak jak pi­sa­ła, ale na pew­no do­je­dzie ju­tro po po­łu­dniu, po­wia­do­mił ro­dzi­ców, że He­niek za­cze­pił go przy wej­ściu do por­tu i po­pro­sił o przyj­ście na dzie­więt­na­stą do karcz­my, bo ma ja­kieś waż­ne ogło­sze­nie.

- Zna­jąc ży­cie, to waż­ne ogło­sze­nie to albo nowa dziew­czy­na, albo nowy jacht, albo jest w Bie­drze pro­mo­cja na piwa czte­ry plus czte­ry gra­tis - za­śmiał się Krzysz­tof. - No idzie­my, idzie­my, prze­cież i tak by­śmy po­szli tam dziś na ja­kieś ża­reł­ko. Zgar­nij chło­pa­ków i mo­że­my się za­bie­rać!

Mru­czuś i Adaś, po­wi­ta­ni rów­nie ser­decz­nie, roz­pa­ko­wa­li już ba­ga­że na są­sied­nim jach­cie, zmie­ni­li ciu­chy na bar­dziej wyj­ścio­we i wła­śnie w tym mo­men­cie po­ja­wi­li się na po­mo­ście.

Gdy ro­dzi­ce opusz­cza­li po­wo­li swój jacht, roz­legł się dźwięk te­le­fo­nu Tom­ka. Osiem­na­sta pięć­dzie­siąt. Ide­al­nie. Na Ri­cie moż­na było jed­nak cza­sem po­le­gać.

- Ach - zdu­miał się To­mek, może nie­co zbyt te­atral­nie - mu­szę to ode­brać. Idź­cie już, we­zmę przy oka­zji Sarę i po­tem do­łą­czę.

- Kto to? - za­in­te­re­so­wa­ła się od razu Ju­sty­na, jak to na mamę przy­sta­ło.

- A taka dziew­czy­na - po­wie­dział To­mek z na­dzie­ją, że to utnie dal­szą roz­mo­wę.

- Może po­cze­ka­my? - za­pro­po­no­wa­ła mama, nie da­jąc za wy­gra­ną.

- Ale nie, broń boże, nie­ee, ona strasz­nie dużo i dłu­go gada, idź­cie już, na­praw­dę! - I pu­ścił ocza­mi naj­wy­raź­niej­szy, jaki tyl­ko mógł, sy­gnał wi­zu­al­no-te­le­pa­tycz­ny do swo­ich ko­le­gów.

Mru­czuś, chy­ba po­jąw­szy, o co cho­dzi, zre­flek­to­wał się pierw­szy:

- Aaa, TA dziew­czy­na! - Szturch­nął swo­je­go ko­le­gę w ra­mię.

- Co mnie tu... Aaa, no tak, TAAA dziew­czy­na. - Adaś mru­gnął dwu­krot­nie, raz do od­da­la­ją­ce­go się Tom­ka, raz do Mru­czu­sia, i jak mu się wy­da­wa­ło, było to nie­sa­mo­wi­cie dys­kret­ne. - To my fak­tycz­nie wszy­scy już chodź­my, ta­aak, ona bar­dzo dłu­go, dłu­go gada, nie war­to pro­szę pań­stwa - zwró­cił się do nie­co zdez­o­rien­to­wa­nych Ju­sty­ny i Krzysz­to­fa.

To­mek, ode­braw­szy te­le­fon od sio­stry, kie­ro­wał się pręd­ko ku wyj­ściu z por­tu, za­wra­ca­jąc po­tem ku tyl­nej czę­ści karcz­my. Za­mie­nił dwa sło­wa z wu­jem, za­pro­wa­dził psin­kę na górę, po­wie­rzyw­szy opie­kę nad nią za­ufa­nej kel­ner­ce, po czym wsko­czył szyb­ko do to­a­le­ty dla per­so­ne­lu, a na­stęp­nie, tro­chę od­mie­nio­ny, do­łą­czył do cze­ka­ją­cej na za­ple­czu Rity.

- Przed­sta­wie­nie czas za­cząć - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się ze sto­ic­ką pew­no­ścią sie­bie do sio­stry. Nie wie­dział jed­nak, że tu ro­ze­gra się tak na­praw­dę do­pie­ro pierw­szy akt.

Ju­sty­na i Krzysz­tof, uprzej­mie od­po­wia­da­jąc na kil­ka nie­zręcz­nych Mru­czu­sio­wych uwag o po­go­dzie i od­chrzą­ku­jąc tak­tycz­nie na chrząk­nię­cia Adaś­ka, do­tar­li wraz z chło­pa­ka­mi do głów­nych drzwi karcz­my. W oknach nie pa­li­ły się jed­nak żad­ne świa­tła. Mimo to Krzysz­tof au­to­ma­tycz­nie po­cią­gnął za klam­kę. Spoj­rzał na pu­ste, lek­ko po­grą­żo­ne w mro­ku wnę­trze, po­słał wy­mow­ne spoj­rze­nie żo­nie, marsz­cząc lek­ko brwi, i cała czwór­ka na­resz­cie prze­kro­czy­ła próg sali.

- Je­śli za­mier­za­cie nas upro­wa­dzić, ma­cie peł­ne po­zwo­le­nie i bło­go­sła­wień­stwo, byle na dłu­żej niż dwa ty­go­dnie, to nie będę mu­sia­ła tak szyb­ko wra­cać z urlo­pu - wy­ra­zi­ła ży­cze­nie Ju­sty­na, cze­ka­jąc w na­pię­ciu, co tym ra­zem wy­my­śli­ła jej sfik­so­wa­na ro­dzin­ka.

- Słu­chaj, tu fak­tycz­nie ni­ko­go - za­czął Krzysz­tof, któ­re­mu w sło­wo we­szło uro­czy­ste:

- Sto­oo la­aat, sto­oo lat, niech żyją, żyją na­aam! - huk­nę­ła pro­ce­sja go­ści, je­den za dru­gim wy­cho­dząc z za­ple­cza.

Na ich cze­le dum­nie kro­czył He­niek, nio­sąc wiel­ki bia­ły tort z ogro­mem świe­czek. Po­chód za­my­ka­li Rita, prze­bra­na za Mię Wal­la­ce, a obok niej To­mek w gar­ni­tu­rze jako Vin­cent Vega - hołd dla ulu­bio­ne­go fil­mu ro­dzi­ców, na któ­ry po­szli po raz pierw­szy ra­zem do kina. Nie ma co ukry­wać, ro­bo­tę zro­bi­ły tu głów­nie pe­ru­ki z Alie­xpress, któ­re Rita w po­śpie­chu za­mó­wi­ła, bę­dąc jesz­cze w An­glii, oraz czer­wo­na far­ba roz­la­na na bia­łych ko­szu­lach, "po­ży­czo­na" przez Tom­ka z uczel­nia­nej pra­cow­ni. Go­ście, wśród ser­decz­nych okrzy­ków, roz­pro­szy­li się wresz­cie na­oko­ło pro­sto­kąt­nych sto­li­ków, sa­dza­jąc Krzysz­to­fa i Ju­sty­nę w sa­mym środ­ku sali, tuż przed pło­ną­cym tor­tem. "Po­my­śl­cie ży­cze­nie!" - krzy­czał ktoś, "Albo pięć­dzie­siąt!" - wtó­ro­wał ko­lej­ny głos, by za­raz zo­stać stłam­szo­ny przez mo­ra­li­zu­ją­cy ba­ry­ton: "Ja­kie pięć­dzie­siąt, prze­cież oni mają po osiem­na­ście lat!". Para so­le­ni­zan­tów, wzru­szo­na ta­kim ob­ro­tem spra­wy, po­pa­trzy­ła chwi­lę na go­ści, na tort, na ro­dzeń­stwo, na pod­eks­cy­to­wa­ne­go Heń­ka, po­tem tro­chę dłu­żej na sie­bie, po czym szyb­ko ob­ró­ci­li się i zdmuch­nę­li wszyst­kie świecz­ki. Rita bie­ga­ła wo­kół i ro­bi­ła zdję­cia "z za­sko­cze­nia", Krzy­siek kro­ił tort, a Ju­sty­na roz­da­wa­ła wszyst­kim uśmie­chy, dzię­ku­jąc cie­pło za przy­by­cie i za taką miłą nie­spo­dzian­kę. Gdy wszy­scy za­sie­dli już do sto­łów i upo­ra­li się z de­se­rem, na­sza fil­mo­wa dwój­ka wzię­ła w dłoń cze­ka­ją­ce mi­kro­fo­ny, sta­jąc na środ­ku "ta­necz­nej" stro­ny karcz­my.

- Pa­nie i pa­no­wie, ser­decz­nie wi­ta­my was wszyst­kich na tej uro­czy­stej pry­wat­ce z oka­zji uro­dzin dwóch naj­waż­niej­szych osób w na­szym ży­ciu, na­szych ko­cha­nych ro­dzi­ców, a wa­szych do­brych przy­ja­ciół! - za­czął To­mek, si­ląc się na głos kon­fe­ran­sje­ra. - Tak, wiel­kie bra­wa! - do­dał, sły­sząc nie­śmia­łe po­kla­ski­wa­nia, któ­re po jego za­chę­tach zy­ska­ły na sile.

- Obec­ni tu Ju­sty­na i Krzysz­tof K., wiecz­nie pięk­ni i mło­dzi, nie lu­bią za dużo prze­sia­dy­wać i ma­ru­dzić tak jak my, więc go­rą­co za­chę­cam do za­ata­ko­wa­nia par­kie­tu od pierw­szej pio­sen­ki. Spe­cjal­ne za­mó­wie­nia czy de­dy­ka­cje pro­szę kie­ro­wać do DJ-a Go­rą­cej Szprot­ki, Heń­ka, któ­ry bę­dzie dzi­siaj zaj­mo­wał się opra­wą mu­zycz­ną, dzię­ku­je­my! - wy­krzyk­nę­ła Rita.

- A te­raz, by po­móc pań­stwu wejść w na­strój tej nocy, świa­to­wej sła­wy kon­kurs twi­sta! Do­bie­ra­my się w pary, trój­ki, gru­py czy też solo, za­czy­naj­my! - Po sło­wach Tom­ka z gło­śni­ków po­le­cia­ło sta­re, do­bre You Ne­ver Can Tell Chuc­ka Ber­ry'ego.

Ro­dzeń­stwa już nie było, za to na par­kie­cie po­ja­wił się ni­czym praw­dzi­wy Vin­cent Vega z Mią Wal­la­ce, tań­czą­cy krok w krok dziw­ne­go twi­sta z Pulp Fic­tion. Go­ście, prze­ła­mu­jąc wstęp­ną nie­śmia­łość, chęt­nie do­łą­cza­li do tań­ca, na­śla­du­jąc ich ru­chy lub wy­naj­du­jąc swo­je, cza­sem jesz­cze bar­dziej ory­gi­nal­ne. Krzysz­tof i Ju­sty­na zna­li, oczy­wi­ście, ten układ na pa­mięć, prze­bi­ja­jąc tro­chę na­sze ro­dzeń­stwo do­kład­no­ścią ru­chów i la­ta­mi prak­ty­ki. Jed­no trze­ba po­wie­dzieć - cała sala ba­wi­ła się tej nocy przed­nio, prze­cho­dząc płyn­nie od tań­ca do sto­łu, do we­sel­ne­go wę­ży­ka, do pie­śni bie­siad­nych oraz do wy­cze­ki­wa­ne­go przez wszyst­kich ka­ra­oke.

To­mek i Rita ba­lo­wa­li tej nocy do­syć kul­tu­ral­nie, uwa­ża­jąc się nie­ja­ko za go­spo­da­rzy ca­łe­go przed­się­wzię­cia. Sta­ra­li się mieć na oku całą salę, pil­nu­jąc, czy ni­ko­mu ni­cze­go nie bra­ku­je, spraw­dza­jąc go­dzi­ny po­da­wa­nych po­sił­ków i uwa­ża­jąc na ogól­ne bez­pie­czeń­stwo. W cał­ko­wi­cie in­nej sy­tu­acji znaj­do­wa­li się Mru­czuś i Adaś, któ­rzy po wy­pi­ciu kil­ku kie­lisz­ków bar­dzo otwo­rzy­li się przed ro­dzi­ca­mi swo­je­go ko­le­gi, na­rze­ka­jąc na obec­ne cza­sy, "gów­nia­ną" mu­zy­kę i "że w ogó­le kie­dyś lu­dzie to ja­cyś inni byli, inne war­to­ści wy­zna­wa­li, pań­stwo to mie­li szczę­ście, wte­dy to moż­na było coś osią­gnąć, nowy biz­nes otwo­rzyć, te­raz to już wszyst­ko było". Wpraw­dzie przez ja­kiś czas Ju­sty­na pró­bo­wa­ła za­ra­zić chło­pa­ków pew­nym opty­mi­zmem, ob­ja­śnia­jąc prze­róż­ne moż­li­wo­ści, ja­kie dają dzi­siej­sze cza­sy, lecz osta­tecz­nie mach­nę­ła już ręką i po­cią­gnę­ła Krzy­sia ze sobą na par­kiet, bo aku­rat le­ciał Kraw­czyk.

- Mło­dzi bo­ome­rzy, co? - za­gad­nę­ła męża. - Ale wi­dać, że do­bre dziec­ko ten Adaś Mru­czek. I ten Adaś Adam też.

Ada­sie za na­stęp­ny cel ob­ra­ły so­bie DJ-a Go­rą­cą Szprot­kę. Po­nie­waż w swo­ich gło­wach uwa­ża­li się za praw­dzi­wych męż­czyzn, zde­cy­do­wa­li się tę mę­skość po­ka­zać świa­tu, kon­ku­ru­jąc o to, kto pierw­szy pod­da się i prze­sta­nie są­czyć al­ko­hol. God­ne­go im prze­ciw­ni­ka miał sta­no­wić He­niek, któ­ry mimo im­po­nu­ją­cej siły fi­zycz­nej nie grze­szył rów­nie im­po­nu­ją­cą sil­ną wolą. Po kil­ku "roz­chod­niacz­kach" i naj­szczer­szych wy­zna­niach mę­skiej mi­ło­ści i od­da­nia cała trój­ca zde­cy­do­wa­ła się ura­czyć zgro­ma­dzo­nych so­czy­stym wy­ko­na­niem Mał­goś­ki, a za­raz po­tem Niech żyje bal.

- My­ślę, że nam się uda­ło - oznaj­mił z sa­tys­fak­cją To­mek, na­kła­da­jąc so­bie ko­lej­ną por­cję za­sma­ża­nej ce­bul­ki z de­li­kat­nym do­dat­kiem pie­ro­gów ru­skich.

- Jesz­cze tyl­ko gwóźdź gwoź­dzi pro­gra­mu i mo­że­my ode­tchnąć - po­twier­dzi­ła Rita, są­cząc Colę Zero.

- Za­raz pół­noc, trze­ba wszyst­kich ze­brać, idź i po­wo­li po­usa­dzaj to­wa­rzy­stwo, a ja przy­go­tu­ję pro­jek­tor - za­rzą­dził To­mek, jak za­wsze pil­nu­jąc cza­su.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.