Bezpieczna opcja - K.D. Laren

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ju­lia

Ko­ja­rzy­cie nie­po­praw­ne ro­man­tycz­ki? Te słod­ko­pier­dzą­ce la­ski, któ­re re­agu­ją pi­skli­wym "Och!", gdy usły­szą ckli­wą hi­sto­ryj­kę o tym, jak Har­ry po­znał Sal­ly? Te, któ­rych oczy na­peł­nia­ją się łza­mi, kie­dy para z fil­mu lub książ­ki tuż przed koń­cem roz­sta­je się w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach, cho­ciaż wie­dzą, że fa­bu­ła ma hap­py end? Albo te, któ­re za każ­dym ra­zem, gdy prze­lot­nie spoj­rzy na nie przy­stoj­niak w me­trze, czu­ją, że to wła­śnie TEN fa­cet, TA wspa­nia­ła, ro­man­tycz­na hi­sto­ria?

Tak. To wła­śnie ja. Ta słod­ko­pier­dzą­ca la­ska. A przy­naj­mniej taka by­łam jesz­cze nie­speł­na trzy lata temu. Te­raz je­stem po pro­stu ro­man­tycz­ką. Za­ko­cha­ną i speł­nio­ną. Wresz­cie zna­la­złam tego je­dy­ne­go i wła­śnie roz­po­czy­na się nowy roz­dział mo­je­go love sto­ry.

Łzy wzru­sze­nia przy­sła­nia­ją mi pre­zen­ta­cję na lap­to­pie. Ści­ska­jąc nos u na­sa­dy, od­chy­lam gło­wę do tyłu. Nie mogę się te­raz roz­be­czeć, nie, kie­dy jesz­cze nie skoń­czy­łam tego wie­ko­pom­ne­go dzie­ła. Wciąż wy­ma­ga kil­ku po­pra­wek. Wkrót­ce Hi­sto­ria po­zna­nia Ju­lii i Mar­ka uj­rzy świa­tło dzien­ne, chwy­ta­jąc za gar­dła bli­sko dwie­ście mniej lub bar­dziej zna­nych mi osób. Z na­ci­skiem na mniej. Poza trze­ma ko­le­żan­ka­mi ze stu­diów i ich mę­ża­mi wszy­scy za­pro­sze­ni na ślub go­ście to krew­ni mo­je­go na­rze­czo­ne­go, a tak­że tak zwa­ni przy­ja­cie­le ro­dzi­ny. Oczy­wi­ście nie mo­jej, ja je­stem sie­ro­tą.

Pre­zen­ta­cja z na­szy­mi słod­ki­mi zdję­cia­mi do­bie­ga koń­ca. Sku­piam uwa­gę na ekra­nie lap­to­pa, bo uwiel­biam dwie ostat­nie plan­sze. Po­ja­wia się "KO­NIEC". Wy­obra­żam so­bie lek­kie po­ru­sze­nie w tłu­mie, lu­dzi dys­kret­nie ocie­ra­ją­cych mo­kre po­licz­ki i zer­ka­ją­cych na mnie z uzna­niem. A wte­dy po­ja­wia się jesz­cze jed­na plan­sza pre­zen­ta­cji z na­pi­sem: "ALE JED­NO­CZE­ŚNIE PO­CZĄ­TEK".

Bum! Śmia­ło, pro­szę pań­stwa, niech łzy wzru­sze­nia leją się stru­mie­nia­mi.

Je­stem szczę­śli­wa. Czy mogę po­wie­dzieć to gło­śno? Aż trud­no uwie­rzyć, że jesz­cze trzy lata temu nie wie­rzy­łam w swój hap­py end. Do­padł mnie po­trzy­dziest­ko­wy kry­zys. Nie wiem, czy ist­nie­je ta­kie okre­śle­nie, po­dob­nie jak samo zja­wi­sko, ale je­stem prze­ko­na­na, że to, cze­go do­zna­łam dzień po trzy­dzie­stych uro­dzi­nach, to wła­śnie to. Kie­dy z przo­du masz dwój­kę, wciąż je­steś przed trzy­dziest­ką, ale w mo­men­cie, gdy po­ja­wia się tam trój­ka, au­to­ma­tycz­nie wpa­dasz w ot­chłań pod na­zwą "przed czter­dziest­ką". Na­gle w two­jej gło­wie od­zy­wa­ją się gło­sy: czas na za­rę­czy­ny, a ty na­wet nie masz chło­pa­ka; czas na męża, a jesz­cze się nie za­rę­czy­łaś; kie­dy ślub?; kie­dy dziec­ko?; czy two­ja pra­ca umoż­li­wi ci spła­tę kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go?; ostat­ni gwiz­dek, żeby przejść na die­tę, me­ta­bo­lizm nie dzia­ła jak kie­dyś; czy wiesz, czym jest re­zer­wa jaj­ni­ko­wa; czy to cho­ler­ny siwy włos?

Ze­gar tyka.

Czu­jesz od­dech na kar­ku.

Wpraw­dzie ni­g­dy nie uwa­ża­łam swo­je­go ży­cia za to­tal­ną po­raż­kę, ale na­gle przy­tła­cza­ją­ca sta­ła się myśl, że to, co mam te­raz, po­zo­sta­nie ta­kie na za­wsze. A w tym wszyst­kim naj­gor­szy stał się strach przed sa­mot­no­ścią.

Pod­su­mo­wu­jąc, mój sta­tus na dzień po trzy­dzie­stych uro­dzi­nach przed­sta­wiał się na­stę­pu­ją­co: le­d­wo wią­żą­ca ko­niec z koń­cem sin­giel­ka z du­szą nie­po­praw­nej ro­man­tycz­ki, śred­nio za­dba­na, z kom­plek­sa­mi, bez fa­ce­ta i per­spek­tyw na zmia­nę. W tym cza­sie ko­le­żan­ki ze stu­diów wy­szły za mąż i uro­dzi­ły dzie­ci. No i nie za­po­mi­naj­my o klą­twie, któ­ra cią­ży na ko­bie­tach z mo­jej ro­dzi­ny od po­ko­leń. Mat­ka, bab­ka i pra­bab­ka - żad­na z nich ni­g­dy nie prze­ży­ła praw­dzi­wej, szcze­rej mi­ło­ści ze szczę­śli­wym za­koń­cze­niem. Głę­bo­ko w środ­ku za­wsze wie­rzy­łam, że z ja­kie­goś po­wo­du to wła­śnie ja będę tą, któ­ra od­wró­ci zły los. I... sta­ło się. Spo­tka­łam Mar­ka.

To cu­dow­na hi­sto­ria wy­ję­ta wprost z ko­me­dii ro­man­tycz­nej, któ­re tak uwiel­biam (nic więc dziw­ne­go, że po­sta­no­wi­łam zro­bić z niej pre­zen­ta­cję). Ma­rek ra­zem ze wspól­ni­kiem otwo­rzy­li kan­ce­la­rię praw­ną w lo­ka­lu obok ga­bi­ne­tu fi­zjo­te­ra­pii, w któ­rym pra­cu­ję. Pew­ne­go dnia za­my­ka­łam ga­bi­net, a Ma­rek kan­ce­la­rię - drzwi do obu lo­ka­li dzie­lą dwa me­try. Obo­je by­li­śmy za­my­śle­ni i zmę­cze­ni po ca­łym dniu pra­cy, więc nie zwró­ci­li­śmy na sie­bie uwa­gi. Ja ru­szy­łam w lewo, on w prze­ciw­nym kie­run­ku i... tak! Zde­rzy­li­śmy się! Na chod­nik wy­sy­pa­ły się do­ku­men­ty z tecz­ki Mar­ka.

- Och! Prze­pra­szam - za­wo­ła­łam słod­ko. Tak przy­naj­mniej chcę to za­pa­mię­tać.

Kuc­nę­li­śmy jed­no­cze­śnie, żeby po­zbie­rać pa­pie­ry. Na­sze dło­nie ze­tknę­ły się przy­pad­kiem, spoj­rze­li­śmy so­bie pro­sto w oczy i prze­pa­dli­śmy. Strza­ła amo­ra prze­bi­ła na­sze ser­ca. Da­ła­bym so­bie rękę uciąć, że w tle le­cia­ło When you say no­thing at all, a ja wy­glą­da­łam w tam­tym mo­men­cie jak Ju­lia Ro­berts.

Ru­mie­nię się na samo wspo­mnie­nie tego nie­zręcz­ne­go, ale jak­że uro­cze­go mo­men­tu po­zna­nia mi­ło­ści mo­je­go ży­cia. Wkrót­ce po tym Ma­rek za­pro­sił mnie na rand­kę. Czy mu­szę mó­wić, że była ide­al­na? Re­stau­ra­cja z wy­łącz­ną re­zer­wa­cją sto­li­ków, fi­ku­śne mo­no­por­cje ni­czym dzie­ła sztu­ki, kwar­tet smycz­ko­wy i ta­kie tam su­per­ro­man­tycz­ne spra­wy. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że Ma­rek to rów­nie wraż­li­wa du­sza jak ja. Do tego dżen­tel­men. Nie na­ci­skał w spra­wach łóż­ko­wych, a kie­dy wresz­cie do cze­goś mię­dzy nami do­szło, usza­no­wał to, że wolę nie roz­bie­rać się do koń­ca i ko­chać przy zga­szo­nym świe­tle. Po pro­stu ide­ał.

Nie je­stem ty­pem su­per­mo­del­ki ani fi­li­gra­no­wej bo­ha­ter­ki z ko­me­dii ro­man­tycz­nych czy ma­fij­nych ro­man­sów. "Jej po­ślad­ki ide­al­nie mie­ści­ły się w jego dło­niach". To chy­ba z ja­kiejś książ­ki, nie o mnie. Na pew­no nie o mnie. De­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc, mam masę kom­plek­sów. Naj­więk­sze z uda­mi, tył­kiem i pier­sia­mi - są zde­cy­do­wa­nie za duże. Cał­kiem do­brze opa­no­wa­łam sztu­kę ka­mu­fla­żu. Po­tra­fię ubrać się tak, aby nie­co za­ma­sko­wać swo­je de­fek­ty. Nie je­stem więc ide­al­na, ale przy­naj­mniej mam ide­al­ne­go fa­ce­ta, któ­ry mnie ko­cha i ak­cep­tu­je gra­ni­ce, ja­kie wy­zna­czam.

Dziś mo­je­go wspa­nia­łe­go na­stro­ju nie jest w sta­nie ze­psuć na­wet zbli­ża­ją­ca się ko­la­cja w domu ro­dzin­nym Mar­ka. Nie że­bym nie ko­cha­ła ro­dzi­ny To­ma­lów. Jego tata to zdy­stan­so­wa­ny czło­wiek, nie­co oschły, ale jed­no­cze­śnie mą­dry i wy­ro­zu­mia­ły, a ma­co­cha to świet­na bab­ka, któ­ra cie­szy się z pla­no­wa­nia we­se­la rów­nie moc­no jak ja. Zde­cy­do­wa­nie ma ci­śnie­nie na zo­sta­nie bab­cią. Każ­da oka­zja do bliż­sze­go po­zna­nia lu­dzi, któ­rych wkrót­ce będę na­zy­wać mamą i tatą, jest dla mnie po­wo­dem do ra­do­ści.

Ma­lut­kim pro­ble­mem, któ­ry - no do­brze, może nie tak ma­lut­kim, tyl­ko mie­rzą­cym pra­wie dwa me­try wzro­stu - jest przy­bra­ny brat Mar­ka, Igor. Ten ko­leś to ka­wał... Nie, jego nie da się opi­sać jed­nym sło­wem.

Dla więk­szo­ści dziew­czyn jest pew­nie speł­nie­niem mo­krych snów, dla mnie kosz­ma­rem na ja­wie. Od­kąd je­stem z Mar­kiem, wi­dzia­łam go za­le­d­wie trzy razy, bo Igor jest za­wo­do­wym siat­ka­rzem. Gra w naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nym klu­bie w kra­ju i wła­śnie po­wo­ła­no go do pod­sta­wo­we­go skła­du re­pre­zen­ta­cji Pol­ski na mi­strzo­stwa Eu­ro­py. W do­dat­ku jest ka­pi­ta­nem. Więk­szość ży­cia spę­dza w tra­sie. To, że mnie kom­plet­nie nie zna, nie po­wstrzy­mu­je go od by­cia im­per­ty­nenc­kim gbu­rem. Pod­czas tych za­le­d­wie trzech spo­tkań wy­ko­rzy­stał każ­dą oka­zję, aby dać mi do zro­zu­mie­nia, że je­stem prze­sło­dzo­na i na­iw­na, a do tego na mój wi­dok za­wsze robi minę w sty­lu "rzy­gam tę­czą". W prze­ci­wień­stwie do jego mat­ki ucie­szy­łam się na wieść, że w dniu ślu­bu bę­dzie na me­czu wy­jaz­do­wym. Ma­rek też za nim nie prze­pa­da, więc na­praw­dę nikt nie stra­ci na jego nie­obec­no­ści.

Z Mar­kiem mamy spo­tkać się na miej­scu, w domu jego ro­dzi­ców na Mo­ko­to­wie, po­nie­waż na osiem­na­stą ma umó­wio­ne­go klien­ta w kan­ce­la­rii i nie zdą­ży wró­cić do na­sze­go miesz­ka­nia. Na szczę­ście nie musi się na­wet prze­bie­rać, bo w pra­cy za­wsze wy­glą­da ele­ganc­ko. Ja zwy­kle po­trze­bu­ję tro­chę cza­su na do­pro­wa­dze­nie się do przy­zwo­ite­go sta­nu, a i tak nie osią­gnę efek­tu, po któ­rym ktoś spoj­rzał­by na mnie i okre­ślił mnie mia­nem ele­ganc­kiej ko­bie­ty. Pew­nie po­mo­gła­by wy­mia­na gar­de­ro­by. I fry­zjer. I ko­sme­tycz­ka. Ma­rek był­by w siód­mym nie­bie, gdy­bym wy­rzu­ci­ła wszyst­kie swo­je su­kien­ki w kwiat­ki, sze­ro­kie dżin­sy i ob­szer­ne T-shir­ty i od­sta­wi­ła tan­det­ne pier­ścion­ki i kol­czy­ki, któ­re zdo­bią moje uszy od góry do dołu ("od­sta­wi­ła" to do­bre sło­wo, bo chy­ba je­stem od nich uza­leż­nio­na).

W głę­bi du­szy je­stem chy­ba hi­pi­ską, choć mój są­siad, pan An­to­ni, woli okre­śle­nie "ko­bie­ta wi­king". Wie­le już o so­bie sły­sza­łam, ale ko­bie­ta wi­king? Bez jaj! Przy­ja­zny sta­ru­szek ra­czej nie chciał mnie ura­zić. Tłu­ma­czył się, że cho­dzi o pew­ną dzi­kość mo­jej uro­dy. Mam dłu­gie ja­sno­brą­zo­we wło­sy, któ­re w za­leż­no­ści od świa­tła mogą wy­da­wać się rude, są gę­ste i po­fa­lo­wa­ne, a do tego jak­kol­wiek bym je ucze­sa­ła, osta­tecz­nie i tak spra­wia­ją wra­że­nie nie­uło­żo­nych. W ge­ne­tycz­nym pa­kie­cie do­sta­łam rów­nież piw­ne oczy, bla­dą cerę i pie­gi. Na­praw­dę chcę wie­rzyć, że sta­rusz­ko­wi nie cho­dzi­ło o mój buj­ny biust.

Kil­ka mi­nut przed dwu­dzie­stą za­trzy­mu­ję sa­mo­chód przed bra­mą i cze­kam, aż oko ka­me­ry ły­pią­ce na mnie z góry sczy­ta re­je­stra­cję sta­re­go For­da. Po­gwiz­du­ję do przy­pad­ko­wej pio­sen­ki z ra­dia, choć po­wo­li za­czy­nam czuć lek­kie zde­ner­wo­wa­nie. Nie ma się cze­go bać, po­wta­rzam so­bie, gdy sta­lo­we skrzy­dła bra­my otwie­ra­ją się z głu­chym ję­kiem, a moim oczom uka­zu­je się żwi­ro­wy pod­jazd w tu­ne­lu sta­rych drzew, któ­rych po­wy­krzy­wia­ne ga­łę­zie ko­ły­szą się na nie­spo­koj­nym wie­trze. Nie­śmia­ło wrzu­cam je­dyn­kę i wci­skam pe­dał gazu. Drob­ne ka­mycz­ki trzesz­czą pod na­po­rem kół.

Oto­cze­nie szyb­ko się zmie­nia. Żwir prze­cho­dzi w bru­ko­wą kost­kę, sta­re drze­wa w geo­me­trycz­nie przy­cię­te krze­wy. Zbli­żam się do od­re­stau­ro­wa­nej za­byt­ko­wej wil­li i do­strze­gam wol­ną prze­strzeń obok czy­je­goś sa­mo­cho­du. Nie czy­je­goś. To czar­ne BMW X5 Igo­ra. Po­tęż­na be­stia. I tak się skła­da, że ta be­stia stoi krzy­wo, zaj­mu­jąc sta­now­czo za dużo miej­sca (na­wet jego auto krzy­czy: "Je­stem pa­nem tego świa­ta!"). Nie­ste­ty uświa­da­miam to so­bie do­pie­ro po za­par­ko­wa­niu. Nie dam rady otwo­rzyć drzwi. Za­trza­sku­ję je więc z po­wro­tem, co­fam, wy­krę­cam tak, aby zwięk­szyć od­le­głość mię­dzy po­jaz­da­mi, i po­now­nie par­ku­ję. Na moje oko nie jest źle, choć żeby się wy­do­stać, mu­szę wy­po­le­ro­wać tył­kiem ka­ro­se­rię be­em­ki, ale co tam, ani jej to nie za­szko­dzi, ani mnie. Pew­nie jest czyst­sza niż moja szczo­tecz­ka do zę­bów.

Po wszyst­kim spo­glą­dam w stro­nę domu i do­strze­gam wy­so­ką po­stać na we­ran­dzie ozdo­bio­nej bia­ły­mi rzeź­ba­mi i mnó­stwem kwia­tów.

Igor To­ma­la stoi w sze­ro­kim roz­kro­ku, z rę­ko­ma za­ło­żo­ny­mi na kla­cie, i przy­glą­da mi się spod ścią­gnię­tych brwi. Niech to, miał stąd do­bry wi­dok na mój po­pis gra­cji.

Przy­kle­jam do twa­rzy uprzej­my uśmiech i kie­ru­ję się w stro­nę scho­dów.

Fa­cet jak zwy­kle wy­glą­da na lek­ko po­iry­to­wa­ne­go. O ile mam wie­le obiek­cji co do jego po­chmur­nej miny, tak nie mogę przy­cze­pić się do wy­glą­du. Jest przy­stoj­ny i ele­ganc­ki w nie­wy­mu­szo­ny spo­sób. Ma na so­bie sza­re spodnie w kra­tę od gar­ni­tu­ru, brą­zo­we skó­rza­ne buty i pa­su­ją­cy do nich pa­sek. Śnież­no­bia­łą ko­szu­lę roz­piął pod szy­ją, a rę­ka­wy pod­wi­nął. Ma­te­riał opi­na jego sze­ro­kie bar­ki, ale nie tak, jak to bywa w przy­pad­ku ko­le­si, któ­rzy za­kła­da­ją ko­szu­le o roz­miar mniej­sze, aby pod­kre­ślić, jak bar­dzo są na­pa­ko­wa­ni. W jego przy­pad­ku ubra­nie leży jak dru­ga skó­ra. Na nad­garst­ku Igo­ra błysz­czy pro­sty sta­lo­wy ze­ga­rek.

- Mój sa­mo­chód na­wet nie mu­snął two­je­go! - wo­łam, si­ląc się na swo­bod­ny ton. Do tego po­sy­łam przy­szłe­mu szwa­gro­wi swój fla­go­wy, uro­czy uśmiech.

- Ale co in­ne­go tak - od­po­wia­da tym swo­im szorst­kim, bez­na­mięt­nym gło­sem, jak­by wca­le nie my­ślał te­raz o moim tył­ku.

Moje wnętrz­no­ści za­mie­nia­ją się miej­sca­mi, ale nie daję tego po so­bie po­znać. Taką przy­naj­mniej mam na­dzie­ję. Cho­le­ra, ja się tego czło­wie­ka boję!

- Jak miło, że przy­je­cha­łeś na ro­dzin­ną ko­la­cję - sta­ram się za­brzmieć uprzej­mie, a przy­naj­mniej neu­tral­nie.

Wspi­nam się na ostat­ni scho­dek we­ran­dy.

- Nie wąt­pię.

- Ma­cie prze­rwę w me­czach? - Chcę go omi­nąć i wejść do domu, ale sta­nął (za­ło­żę się, że spe­cjal­nie) przy sa­mych drzwiach. Je­stem pew­na, że cze­ka, aż po­pro­szę go, aby ła­ska­wie się prze­su­nął. - Ma­rek śle­dził ostat­nio ta­be­le, mó­wił, że se­zon do­brze wam po­szedł.

Okej. W tej kwe­stii nie je­stem świ­nią i nie za­mie­rzam iro­ni­zo­wać. Bo za to, że Igor jest jed­nym z naj­lep­szych siat­ka­rzy w Pol­sce - z War­szaw­ski­mi Or­ła­mi zaj­mu­je pierw­sze miej­sce w Plu­sLi­dze, a wkrót­ce z ka­drą na­ro­do­wą ma szan­sę na pu­char mi­strzostw Eu­ro­py - na­le­ży mu się sza­cu­nek. Cała resz­ta jest jed­nak do bani.

Z gar­dła Igo­ra wy­do­sta­je się śmiech ki­pią­cy drwi­ną.

- Ma­rek in­te­re­su­je się spor­tem? Czyż­by zwą­chał oka­zję, jak moż­na na nim za­ro­bić?

- Och, cał­kiem za­po­mnia­łam - mó­wię słod­kim gło­si­kiem, żeby za­raz do­dać ze zło­ścią - że ob­wi­niasz go o całe zło tego świa­ta. Ma­rek śle­dzi two­je suk­ce­sy, bo je­steś jego bra­tem.

Po śmie­chu nie ma śla­du, a ciem­no­brą­zo­we oczy wpa­tru­ją się te­raz we mnie tak dłu­go i in­ten­syw­nie, że aż cała się spi­nam. Na­praw­dę ża­łu­ję, że Igor to du­pek. Ktoś tak przy­stoj­ny, wy­spor­to­wa­ny i uta­len­to­wa­ny mógł­by stwo­rzyć pięk­ną, ro­man­tycz­ną hi­sto­rię. Nie­ste­ty nie wi­dzę dla nie­go ra­tun­ku.

- Mogę? - Wska­zu­ję gło­wą drzwi, a wła­ści­wie po­tęż­ne cia­ło, któ­re je cał­kiem przy­sła­nia. Na ustach Igo­ra po­now­nie wy­kwi­ta cwa­ny uśmie­szek i do­pie­ro po chwi­li do­cie­ra do mnie, jak to za­brzmia­ło. - Wejść. Czy... mogę wejść? - du­kam, tyl­ko się po­grą­ża­jąc.

- Czy ty wła­śnie świn­tu­szysz w my­ślach, Ju­liet­to? - Za­śmie­wa się w głos.

Marsz­czę gniew­nie brwi. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je, bo w rze­czy­wi­sto­ści pew­nie wy­glą­dam na zmie­sza­ną i onie­śmie­lo­ną. Fa­cet ma prze­wa­gę, gó­ru­je nade mną wzro­stem i po­stu­rą. Nie je­stem drob­na, ale też nie prze­sad­nie duża - mimo to przy męż­czy­znach za­wsze czu­łam się... sama nie wiem, jak to na­zwać. Na usta ci­śnie mi się sło­wo "to­por­na", choć prze­cież wiem, że to tyl­ko echo mo­ich kom­plek­sów, skrzy­wio­nej sa­mo­oce­ny kar­mio­nej książ­ko­wy­mi i fil­mo­wy­mi ide­ała­mi. Tą dziw­ną po­trze­bą, by czuć się drob­ną ko­biet­ką w ra­mio­nach męż­czy­zny. Igor jest je­dy­nym fa­ce­tem, przy któ­rym na­praw­dę wy­da­ję się so­bie ma­lut­ka. Tyle że w tym przy­pad­ku dzia­ła to na moją nie­ko­rzyść. Nie ma w tym nic faj­ne­go.

Czu­ję, jak na moje po­licz­ki wstę­pu­ją ru­mień­ce. Robi mi się go­rą­co. Otwie­ram usta, żeby coś z sie­bie wy­krztu­sić, na przy­kład żeby nie na­zy­wał mnie Ju­liet­tą, na szczę­ście ra­tu­je mnie Lin­da.

- Ju­lio, moja ko­cha­na! - Roz­kła­da ręce na po­wi­ta­nie. - Dla­cze­go sto­icie przed do­mem? Czy Ma­rek już je­dzie? Nie chcę, żeby pie­czeń wy­sty­gła.

Igor prze­su­wa się nie­znacz­nie w bok, żeby mnie prze­pu­ścić. Oczy­wi­ście robi to z pre­me­dy­ta­cją, bo wie, że nie je­stem drob­na jak jego mat­ka i po­trze­bu­ję wię­cej prze­strze­ni, żeby przejść. Ten idio­ta już na star­cie chce mnie po­ni­żyć, po­ka­zać, co o mnie my­śli. Je­stem pew­na, że jego nie­chęć wo­bec mnie wy­ni­ka w du­żej mie­rze z oce­ny mo­jej syl­wet­ki. Pew­nie nie ro­zu­mie, dla­cze­go jego brat nie spo­ty­ka się z ja­kąś su­per­mo­del­ką.

On sam jest za­wo­do­wym spor­tow­cem, jego cia­ło to per­fek­cyj­na rzeź­ba. Szczę­ściarz nie musi na­wet szcze­gól­nie się wy­si­lać, aby to pod­kre­ślić. Wy­star­czy bia­ła ko­szu­la z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi i sza­re ele­ganc­kie spodnie, żeby w oczy rzu­ci­ły się sze­ro­ka kla­ta, sil­ne przed­ra­mio­na i dłu­gie, umię­śnio­ne nogi. Jego twarz - bo jak wie­my, Bóg nie jest w ta­kich kwe­stiach spra­wie­dli­wy - też jest ład­na. Nie w taki kla­sycz­ny spo­sób jak w przy­pad­ku Mar­ka, któ­ry zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pa­su­je do bo­ha­te­ra po­wie­ści ro­man­tycz­nej, ale to wciąż ład­na, in­try­gu­ją­ca twarz. Jest w niej coś za­dzior­ne­go, coś, co sta­wia go ra­czej w roli czar­ne­go cha­rak­te­ru (zły do szpi­ku ko­ści, ale ko­niec koń­ców wszyst­kie ko­bie­ty i tak do nie­go wzdy­cha­ją).

Tak czy owak, obaj bra­cia to przy­stoj­nia­cy, ale go­łym okiem wi­dać, że nie są spo­krew­nie­ni. Ma­rek ma sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i jest nie­bie­sko­okim sza­ty­nem o ja­snej kar­na­cji, zaś Igor to dwu­me­tro­wy bru­net o du­żych ciem­no­brą­zo­wych oczach ocie­nio­nych dłu­gi­mi jak na fa­ce­ta rzę­sa­mi. Nie­kie­dy jego tę­czów­ki wy­da­ją się nie­mal czar­ne, a gra­ni­ca mię­dzy nimi i źre­ni­ca­mi zu­peł­nie za­ni­ka. Przy­się­gła­bym, że dzie­je się tak za każ­dym ra­zem, gdy na mnie pa­trzy. Dziś pierw­szy raz wi­dzę go z bro­dą. Jest gę­sta i pro­fe­sjo­nal­nie przy­strzy­żo­na. Dzię­ki niej Igor wy­glą­da po­waż­niej, a już na pew­no groź­niej. Jego skó­ra ma od­cień cze­ko­la­dy z dużą ilo­ścią mle­ka - pew­nie po­win­nam od tego za­cząć, po­nie­waż to coś, co zwra­ca uwa­gę jako pierw­sze. Lin­da, jego mama, to pięk­na czar­no­skó­ra ko­bie­ta po­cho­dzą­ca z Por­tu­ga­lii. Przy­je­cha­ła do Pol­ski jako na­sto­lat­ka. Nie znam do­kład­nie jej hi­sto­rii, wiem tyl­ko tyle, że Igor jest owo­cem jej związ­ku z Po­la­kiem, któ­ry zmarł, gdy ta była jesz­cze w cią­ży.

Omi­jam Igo­ra z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą. Nie­for­tun­nie bio­drem ocie­ram się o jego udo. To le­d­wie mu­śnię­cie, ale wy­star­czy, że­bym spa­li­ła się na po­piół.

Po­dą­żam za Lin­dą, uda­jąc, że nic się nie wy­da­rzy­ło, bo w grun­cie rze­czy nic się nie wy­da­rzy­ło, ale ja, do cho­le­ry, czu­ję, jak­bym wła­śnie zro­bi­ła coś złe­go. Myśl, że Igor idzie te­raz za mną, oglą­da moje krą­gło­ści z naj­gor­szej moż­li­wej per­spek­ty­wy, oce­nia, wy­śmie­wa i kry­ty­ku­je, mro­zi mi krew w ży­łach. Je­dy­nym po­cie­sze­niem jest to, że do­brze się dziś ubra­łam. Za­miast spodni pod­kre­śla­ją­cych wiel­ki ty­łek wy­bra­łam zwiew­ną, kwie­ci­stą su­kien­kę do ko­lan, któ­ra dzię­ki lek­kie­mu roz­klo­szo­wa­niu od bio­der ukry­wa nie­do­sko­na­ło­ści.

Moje spię­cie w obec­no­ści Igo­ra spo­wo­do­wa­ne jest nie tyl­ko tym, że ko­leś mnie nie lubi. Zwią­za­ne jest tak­że z pew­ną wsty­dli­wą ta­jem­ni­cą, któ­rą za­mie­rzam za­brać do gro­bu i któ­rej nie wy­ja­wię, na­wet gdy­by pod­da­wa­no mnie wy­myśl­nym tor­tu­rom. Jak wia­do­mo, sny to coś, cze­go nie kon­tro­lu­je­my. Nie ma do­wo­dów na to, że mają ja­ki­kol­wiek zwią­zek z na­szy­mi uczu­cia­mi, pra­gnie­nia­mi... No do­brze, ko­niec tłu­ma­cze­nia. Mam na swo­im kon­cie ero­tycz­ny sen z Igo­rem. Nie­kie­dy od­no­szę wra­że­nie, że on o wszyst­kim wie. Gdy pa­trzy na mnie w ten ta­jem­ni­czy i chłod­ny spo­sób, nie­mal sły­szę jego my­śli kie­ro­wa­ne w moją stro­nę: WIEM O WSZYST­KIM.

Dla­cze­go to mu­sia­ło spo­tkać wła­śnie mnie? Będę no­si­ła to brze­mię do koń­ca ży­cia i na­wet je­śli tłu­ma­czę so­bie, że nie mia­łam na to wpły­wu, to po­czu­cie winy po­tra­fi nie­źle przy­gnia­tać. Szcze­gól­nie gdy sce­ny ze snu sta­ją mi przed ocza­mi w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie. Na przy­kład wte­dy, kie­dy ro­bię so­bie do­brze. Wy­star­czy, że za­cznę się pie­ścić, a nic nie jest w sta­nie od­go­nić tych grzesz­nych my­śli - wspo­mnie­nia snu, w któ­rym wiję się i krzy­czę, pod­czas gdy on wy­ka­zu­je się nie­by­wa­łą spraw­no­ścią pal­ców i ję­zy­ka. "Je­steś cho­ler­nie wku­rza­ją­cą dziew­czy­ną, Ju­liet­to".

- O czym tak my­ślisz, Ju­liet­to? - Głos Igo­ra sta­je się rze­czy­wi­sty, wi­bru­jąc tuż przy moim uchu.

Wzdry­gam się i czer­wie­nię. Nie­śmia­ło pa­trzę mu w oczy, ale na­tych­miast tego ża­łu­ję, bo tań­czą­ce w nich iskier­ki roz­ba­wie­nia tyl­ko po­gar­sza­ją sy­tu­ację.

Cho­ler­ka, w mo­jej ro­man­tycz­nej hi­sto­rii nie ma miej­sca na ta­kie wpad­ki.

- Gdzie ten Ma­rek? - iry­tu­je się Lin­da, omia­ta­jąc wzro­kiem suto za­sta­wio­ny stół. Imię mo­je­go na­rze­czo­ne­go w jej ustach spro­wa­dza mnie na zie­mię. Znów do­pa­da mnie po­czu­cie winy i wstyd. - Pie­czeń wy­sty­gnie.

- Na pew­no za­trzy­ma­ło go coś waż­ne­go - z kuch­ni do­bie­ga ni­ski głos Hen­ry­ka, na dźwięk któ­re­go sztyw­nie­je mi kark.

Rozdział 2

Igor

Je­stem gno­jem. Naj­więk­szym gno­jem, ja­kie­go wi­dział świat. Je­śli pie­kło ist­nie­je, mam już w nim za­re­zer­wo­wa­ne miej­sce. Nie­na­wi­dze­nie przy­bra­ne­go bra­ta to jed­no, ale po­żą­da­nie jego przy­szłej żony to już szczyt wszyst­kie­go.

Nie zmie­nia to fak­tu, że przy­jem­nie było pa­trzeć, jak Ju­lia ocie­ra swój sek­sow­ny ty­łek o mój sa­mo­chód, a póź­niej się ru­mie­ni, przez co pie­gi na jej po­licz­kach sta­ją się ciem­niej­sze. Tyle mo­je­go. Ża­łu­ję je­dy­nie, że nie wło­ży­ła spodni w sty­lu tych, któ­re mia­ła na spę­dzie ro­dzin­nym w ze­szłe lato. Tam­te­go dnia przez całe po­po­łu­dnie po­pra­wia­ła dłu­gą, luź­ną ko­szu­lę za­kry­wa­ją­cą jej bio­dra, ale po kil­ku lamp­kach wina wresz­cie prze­sta­ła się pil­no­wać i nie za­uwa­ży­ła, kie­dy ta się pod­wi­nę­ła. Na samo wspo­mnie­nie tych cu­dow­nych kształ­tów robi mi się cia­sno w spodniach. Na szczę­ście cha­rak­te­rek tej dziew­czy­ny szyb­ko spro­wa­dza mnie na zie­mię i spra­wia, że za­czy­nam jej mniej ża­ło­wać w kon­tek­ście ślu­bu z Mar­kiem. La­ska jest sta­now­czo zbyt słod­ka, uro­cza i po­zy­tyw­na.

Ką­tem oka do­strze­gam, jak spi­na się na dźwięk gło­su Hen­ry­ka. Mój oj­czym jest szorst­ki i bez­u­czu­cio­wy, czy­li do­kład­nie taki, jak jego syn i mój przy­bra­ny brat Ma­rek, ale z ja­kie­goś po­wo­du Ju­lia do­strze­ga tę ce­chę tyl­ko u star­sze­go z rodu.

Dziew­czy­na się pro­stu­je. Wi­dzę, jak za­ci­ska zęby, a se­kun­dę póź­niej uśmie­cha się pro­mien­nie. Oj­czym le­d­wie uno­si ką­ci­ki ust, ale na­iw­na Ju­liet­ta za­do­wa­la się tym ochła­pem, jak­by wła­śnie wy­gra­ła los na lo­te­rii.

Te­atrzyk czas za­cząć.

- A więc to praw­da, że nie bę­dzie cię na ślu­bie? - Hen­ryk zwra­ca się do mnie, choć zna od­po­wiedź, w do­dat­ku nie od dziś.

Sia­dam do sto­łu. Prze­lot­nie zer­kam na mat­kę, któ­rej bła­gal­ne spoj­rze­nie tyl­ko cze­ka­ło, aż je uchwy­cę, i przy­po­mi­nam so­bie, że je­stem tu dla niej.

- Tak się zło­ży­ło - rzu­cam, jak­by za­pa­mię­ta­nie, że gram, kur­wa, w re­pre­zen­ta­cji Pol­ski i w dniu wie­ko­pom­ne­go ślu­bu mam z dru­ży­ną pierw­szy mecz mi­strzostw Eu­ro­py na wy­jeź­dzie, było ta­kie trud­ne.

- To ślub two­je­go bra­ta.

Bra­ta... do­bre so­bie.

Gry­zę się w ję­zyk. Je­steś tu dla mat­ki, pa­mię­taj.

Zda­ję so­bie spra­wę, że ten czło­wiek ni­g­dy nie bę­dzie ze mnie dum­ny, bo nie uznał mnie za swo­je­go syna, po­dob­nie jak upra­wia­nia za­wo­do­we­go spor­tu nie uwa­ża za praw­dzi­wą pra­cę. Zresz­tą nie sport jest tu pro­ble­mem. Mógł­bym zgar­nąć No­bla z fi­zy­ki, a on i tak po­kle­pał­by mnie po ra­mie­niu, mó­wiąc: "Do­brze ci po­szło, ale No­bel tyl­ko z jed­nej dzie­dzi­ny?".

Na­gle od­zy­wa się Ju­lia, a co wię­cej, zwra­ca się wła­śnie do mnie.

- Wspa­nia­le, że le­ci­cie do Li­zbo­ny.

Dla­cze­go nie za­cznie swo­jej uko­cha­nej gad­ki o ślu­bie i ca­łym tym ro­man­tycz­nym gów­nie? Ach, tak. Prze­cież wiem, co wła­śnie robi. Gra w grę pod ty­tu­łem "Jak za­ka­mu­flo­wać tę sztyw­ną, śmier­dzą­cą at­mos­fe­rę" albo, jak kto woli, "Uda­waj­my, że wła­śnie jemy ko­la­cję w nor­mal­nej ro­dzi­nie".

- Bę­dzie­cie mie­li czas na zwie­dza­nie? - do­da­je, wpa­tru­jąc się we mnie in­ten­syw­nie piw­ny­mi ocza­mi. Ocze­ku­je od­po­wie­dzi, więc ro­bię do­kład­nie to samo. Świ­dru­ję ją wzro­kiem. Mam na­dzie­ję, że umie­jęt­nie to od­czy­ta.

Po chwi­li ucie­ka spoj­rze­niem w pu­sty ta­lerz i po­pra­wia się na krze­śle. Je­den zero dla mnie.

- Mamy na­pię­ty gra­fik - od­po­wia­dam. - Ale może chcesz mi coś po­le­cić? By­łaś kie­dyś w Por­tu­ga­lii? - Nie wiem, dla­cze­go w to brnę. Chy­ba spodo­ba­ło mi się pe­sze­nie jej. Zde­cy­do­wa­nie chcę wię­cej.

- Nie, nie by­łam. Za da­le­ko na po­dróż au­tem, a sa­mo­lo­ta­mi nie la­tam.

- Dla­cze­go?

- Ze stra­chu.

- Se­rio? Jak mo­żesz bać się cze­goś, cze­go ni­g­dy nie prze­ży­łaś?

- Cóż, mowa o za­mknię­ciu w ma­szy­nie le­cą­cej śred­nio dwa­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów nad zie­mią.

- Chcesz po­wie­dzieć, że ni­g­dy nie by­łaś za gra­ni­cą? - Roz­sia­dam się na krze­śle nie­co non­sza­lanc­ko.

- Nie mia­łam oka­zji, ale szcze­rze mó­wiąc, kom­plet­nie tego nie po­trze­bu­ję.

- Po­dró­żo­wa­nia? Zwie­dza­nia? - Czu­ję na so­bie cię­żar spoj­rze­nia mat­ki, jed­nak nie prze­sta­ję. - Od­kry­wa­nia in­nych kul­tur? Pró­bo­wa­nia pysz­ne­go je­dze­nia?

Przy­gry­zio­na war­ga przy­cią­ga moje spoj­rze­nie. Szko­da, że z tych ró­żo­wych ust wy­cho­dzą sło­wa wiel­bią­ce naj­więk­sze­go dup­ka na zie­mi. To nie wina Ju­lii. Jest zbyt słod­ka, uprzej­ma, miła, skrom­na - wszyst­ko to dzia­ła mi na ner­wy, ale w głę­bi du­szy wiem, skąd się bio­rą moje uprze­dze­nia wo­bec niej. Wy­star­czy, że jest na­rze­czo­ną Mar­ka. Je­śli ko­cha mo­je­go przy­bra­ne­go bra­ta, nie może być do­brą oso­bą. Nie po­wstrzy­mu­je mnie to jed­nak przed wy­obra­ża­niem so­bie, jak ide­al­nie te peł­ne war­gi wy­glą­da­ły­by na moim ku­ta­sie.

- Je­stem ra­so­wą do­ma­tor­ką - od­po­wia­da Ju­lia.

Przy­zna­ję, mam małą ob­se­sję na punk­cie wy­glą­du tej bla­dej pie­gu­ski. Sam nie wiem, co fa­scy­nu­je mnie w niej bar­dziej. De­kolt usia­ny pie­ga­mi? Cie­ka­we, czy po­kry­wa­ją rów­nież pier­si... A może cho­dzi o wło­sy, któ­rych ko­lo­ru nie po­tra­fię jed­no­znacz­nie okre­ślić? Trud­no stwier­dzić, czy są brą­zo­we, czy rude.

Oczy­wi­ście wiem, że nie mogę po­żą­dać tej dziew­czy­ny, i by­naj­mniej nie ma to związ­ku z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Mam gdzieś mo­je­go par­szy­we­go bra­cisz­ka i by­cie uczci­wym wo­bec nie­go. Po pro­stu ni­g­dy wię­cej nie po­zwo­lę so­bie na za­zdrość o to, co na­le­ży do nie­go.

- Ro­zu­miem - nie re­zy­gnu­ję z dys­ku­sji. - Czy­li ślub, dom z ogród­kiem, dzie­ci, psy i tego typu rze­czy. - Moje sło­wa ocie­ka­ją drwi­ną, któ­rą dziew­czy­na na­tych­miast wy­chwy­tu­je. Wi­dzę to po tym, jak znów za­ci­ska zęby i mru­ży oczy, pró­bu­jąc za­mor­do­wać mnie wzro­kiem.

- Stwo­rzy­cie wspa­nia­łą ro­dzi­nę. - Z od­sie­czą przy­cho­dzi mat­ka. Kła­dzie dłoń na drob­nych pal­cach Ju­lii i ob­da­ro­wu­je ją ła­god­nym spoj­rze­niem. - Już nie mogę się do­cze­kać!

Gest mat­ki spra­wia, że zwra­cam uwa­gę na dło­nie na­rze­czo­nej mo­je­go bra­ta, na któ­rych znaj­du­ją się tyl­ko dwa pier­ścion­ki: zło­ty z zie­lo­nym szkieł­kiem, no i ten z wiel­kim bia­łym dia­men­tem, któ­ry do­sta­ła od Mar­ka na za­rę­czy­ny. Za­sta­na­wia mnie ten na­gły mi­ni­ma­lizm, bo cho­ciaż wi­dzia­łem ją le­d­wie trzy razy w ży­ciu, za­re­je­stro­wa­łem, że ma za­mi­ło­wa­nie do bo­ga­te­go zdo­bie­nia pal­ców i uszu. Pa­mię­tam, że po­świę­ci­łem na­wet chwi­lę za­sta­na­wia­jąc się, czy uwa­żam to za bar­dziej ki­czo­wa­te, czy sek­sow­ne.

Mat­ka prze­no­si wzrok na mnie. Bied­na, musi bo­leć ją gło­wa od sie­dze­nia w ta­kim na­pię­ciu. Je­dze­nie ko­la­cji przy jed­nym sto­le ze mną i moim oj­czy­mem jest jak sie­dze­nie na ty­ka­ją­cej bom­bie. Przy czym to mnie uwa­ża za za­pal­nik.

Się­gam po szklan­kę. Zim­na woda przy­jem­nie chło­dzi gar­dło. Po­sta­na­wiam od­pu­ścić.

Jak tyl­ko prze­ko­nu­ję sa­me­go sie­bie, że nie war­to prze­sad­nie an­ga­żo­wać się w to spo­tka­nie, spły­wa na mnie spo­kój. Je­stem ostat­nią oso­bą, któ­ra w tym gro­nie może ko­muś cze­goś za­zdro­ścić. Osią­gną­łem suk­ces, któ­ry za­wdzię­czam wy­łącz­nie so­bie. Swo­jej cięż­kiej pra­cy, de­ter­mi­na­cji i wie­lu wy­rze­cze­niom. Nie bez zna­cze­nia są też lata roz­mów z psy­cho­lo­giem spor­to­wym i wy­ja­śnie­nie so­bie, jak nie­któ­re spra­wy z prze­szło­ści usi­ło­wa­ły ode­brać mi dumę i ra­dość z tego, co mam. Jed­nak z ja­kie­goś po­wo­du od­czu­wam na­gły skok ci­śnie­nia krwi, gdy mat­ka wspo­mi­na o ślu­bie Mar­ka i Ju­lii z ta­kim en­tu­zja­zmem, jak­by to było naj­więk­sze osią­gnię­cie w ro­dzi­nie. Zde­cy­do­wa­nie więk­sze od tego, że jej ro­dzo­ny syn zdo­był z dru­ży­ną wszyst­ko, co było do wzię­cia w se­zo­nie, i zo­stał po­wo­ła­ny do ka­dry na­ro­do­wej na mi­strzo­stwa Eu­ro­py w siat­ków­ce. Ki­bi­cu­ją mi i wiel­bią mnie mi­lio­ny lu­dzi w tym kra­ju, a ja na­dal czu­ję, że dla wła­snej mat­ki je­stem gor­szy od przy­spo­so­bio­ne­go syna - praw­ni­ka, któ­ry rok temu otwo­rzył ze wspól­ni­kiem kan­ce­la­rię w cen­trum War­sza­wy.

- Wy­bacz­cie spóź­nie­nie!

Wresz­cie wpa­da Ma­rek i za­czy­na wi­tać się ze wszyst­ki­mi po ko­lei. W na­szym przy­pad­ku koń­czy się na szyb­kim uści­sku dło­ni.

Z oj­cem rów­nież wy­mie­nia uścisk, kle­pią się ple­cach. Moja mat­ka do­słow­nie rzu­ca mu się na szy­ję. Za­raz po­tem Ma­rek na­chy­la się do Ju­lii i ca­łu­je w po­li­czek, rzu­ca­jąc ci­cho:

- Gdzie su­kien­ka ode mnie? - Po czym roz­sia­da się na krze­śle obok.

Ju­lia, jak za­wsze, pró­bu­je przy­kryć za­kło­po­ta­nie uśmie­chem. Dys­kret­nie chwy­ta de­kolt su­kien­ki w kwia­ty i pod­cią­ga go w górę. Mam dziw­ne prze­czu­cie, że bę­dzie wy­ko­ny­wać ten ruch przez cały wie­czór, po­dob­nie jak ro­bi­ła to z ko­szu­lą na let­nim pik­ni­ku.

Chciał­bym wie­rzyć, że się prze­sły­sza­łem, ale sie­dzę zbyt bli­sko. Ten idio­ta za­miast po­wie­dzieć swo­jej dziew­czy­nie, jak pięk­nie dziś wy­glą­da, tyl­ko przy­cze­pił się do tego, że nie wło­ży­ła su­kien­ki wy­bra­nej przez nie­go. Je­śli o mnie cho­dzi, też nie je­stem fa­nem tych zwiew­nych kie­cek, któ­re ukry­wa­ją atu­ty (cho­ciaż de­kolt jest ni­cze­go so­bie, na pew­no nie od­sła­nia pier­si w wul­gar­ny spo­sób), jed­nak ta dziew­czy­na zo­sta­ła hoj­nie ob­da­ro­wa­na przez na­tu­rę, więc mu­sia­ła­by chy­ba wło­żyć wo­rek po­kut­ny, żeby cał­kiem za­sło­nić swo­je buj­ne kształ­ty. Ale ja, do cho­le­ry, nie je­stem jej na­rze­czo­nym, tyl­ko ob­cym ko­le­siem, któ­ry sta­now­czo za dużo my­śli o jej sek­sow­nym cie­le. To Ma­rek po­wi­nien śli­nić się na jej wi­dok, nie ja.

Mat­ka wcho­dzi w rolę go­spo­dy­ni domu. Za­czy­na tłu­ma­czyć, co jest na sto­le, wszy­scy chwa­lą za­pa­chy i wy­gląd po­traw, zu­peł­nie jak­by nie wie­dzie­li, że to nie ona je przy­go­to­wa­ła, a pra­cu­ją­ca dla ro­dzi­ny ku­char­ka. Ju­lia też po­dej­mu­je tę grę, prze­cho­dząc do po­rząd­ku dzien­ne­go nad nie­zbyt mi­łym po­wi­ta­niem, któ­re za­ser­wo­wał jej na­rze­czo­ny. Tyl­ko ja go­tu­ję się w środ­ku i wy­obra­żam so­bie, jak wy­glą­da­ła­by gęba Mar­ka za­to­pio­na w so­sie z tej so­czy­stej pie­cze­ni.

Przez ko­lej­ne dwie go­dzi­ny słu­cham o nud­nych praw­ni­czych spra­wach. Za­baw­ne, że Hen­ryk tak czę­sto pod­kre­śla, jak bar­dzo jest dum­ny z kan­ce­la­rii syna, pod­czas gdy więk­szość spraw Ma­rek pro­wa­dzi na jego zle­ce­nie. Mój oj­czym jest wła­ści­cie­lem sie­ci luk­su­so­wych ho­te­li w War­sza­wie, a Ma­rek od za­wsze był przy­go­to­wy­wa­ny na prze­ję­cie ro­dzin­ne­go biz­ne­su. Tak więc ży­cio­wa ścież­ka, któ­rą ob­jął mój bra­ci­szek, tyl­ko na po­zór jest re­ali­za­cją wła­snych pla­nów i am­bi­cji. Do­ce­lo­wo i tak cho­dzi o re­pre­zen­to­wa­nie in­te­re­sów ta­tu­sia.

Nie bra­ku­je też te­ma­tów o prze­wod­nim ko­lo­rze we­se­la, ro­dza­jach kwia­tów i zbli­ża­ją­cej się przy­miar­ce suk­ni ślub­nej. Wspa­nia­le, że nie bę­dzie mi dane zo­ba­czyć fi­na­łu tego cyr­ku. Oka­zję do spo­tka­nia z całą ro­dzi­ną będę miał do­pie­ro za dwa mie­sią­ce pod­czas co­rocz­ne­go pik­ni­ku na ko­niec lata. To tra­dy­cja, któ­rą mat­ka i oj­czym kul­ty­wu­ją od dwóch de­kad. Każ­de­go roku dwu­dnio­wa im­pre­za od­by­wa się w in­nej lo­ka­li­za­cji i zjeż­dża się na nią cała ro­dzi­na, a tak­że przy­ja­cie­le i wspól­ni­cy Hen­ry­ka. To jed­no z naj­więk­szych wy­da­rzeń war­szaw­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. W tym roku je­dzie­my na Ma­zu­ry. Za każ­dym ra­zem mat­ka pod­kre­śla, jak waż­na dla ro­dzi­ny jest moja obec­ność, a ja ro­bię to dla niej, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że będę miał spo­kój przez ko­lej­ny rok.

- Po ślu­bie po­win­naś zde­cy­do­wa­nie mniej pra­co­wać. - Wra­cam na zie­mię, gdy oj­czym zwra­ca się do Ju­lii. - Pew­nie gdy po­ja­wią się dzie­ci, zo­sta­niesz w domu. Ale do tego cza­su może war­to po­my­śleć o zmia­nie pro­fe­sji. Pra­ca biu­ro­wa w go­dzi­nach od ósmej do szes­na­stej wy­da­je się roz­sąd­niej­sza. W mo­ich ho­te­lach wciąż szu­ka­ją ko­goś do księ­go­wo­ści. Czy Ma­rek nie wspo­mi­nał, że masz fa­kul­tet z fi­nan­sów?

- Och, to bar­dzo miłe - od­po­wia­da - ale nie wy­obra­żam so­bie zaj­mo­wać się czym­kol­wiek in­nym niż fi­zjo­te­ra­pią.

- Ma­rek mó­wił, że nie masz naj­lep­szych wa­run­ków, i do tego mie­wasz pro­ble­my z urlo­pem.

Ma­rek mó­wił. Ma­rek wspo­mniał.

Dys­kret­nie zer­kam na ze­ga­rek i za­sta­na­wiam się, jak dłu­go mu­szę tu jesz­cze sie­dzieć, żeby we­wnętrz­nie nie umrzeć, a jed­no­cze­śnie nie spra­wić przy­kro­ści mat­ce zbyt wcze­snym odej­ściem od sto­łu. Tak bar­dzo chciał­bym już wsko­czyć w sze­ro­kie ba­weł­nia­ne dre­sy i luź­ny T-shirt, otwo­rzyć piwo IPA, któ­re chło­dzi się w mo­jej lo­dów­ce, i obej­rzeć skró­ty li­go­wych me­czów.

- To praw­da, szef nie jest zbyt wy­ro­zu­mia­ły. Po ślu­bie ro­zej­rzę się za in­nym ga­bi­ne­tem. - Wi­dać, że Ju­lia bar­dzo się sta­ra nie ura­zić przy­szłe­go te­ścia.

Dał­bym wie­le, żeby zo­ba­czyć ją, kie­dy prze­sta­je się tak prze­sad­nie kon­tro­lo­wać.

- Ta bran­ża jest spe­cy­ficz­na, wąt­pię, że­byś w in­nym miej­scu zna­la­zła lep­sze wa­run­ki.

Ju­lia wkła­da do ust ziem­nia­ka. No cóż moja mat­ka jak zwy­kle zi­gno­ro­wa­ła fakt, że jej przy­szła sy­no­wa jest we­ge­ta­rian­ką, więc je­dy­ne, co może zjeść tego wie­czo­ru, to wła­śnie ziem­nia­ki i sa­ła­ta. Dziew­czy­na uśmie­cha się z peł­ny­mi usta­mi i kiwa gło­wą, a ja czu­ję się lek­ko po­bu­dzo­ny tym spek­ta­klem.

- Ko­cha­nie, niech na­sze dzie­ci ro­bią to, w czym czu­ją się naj­le­piej. - Mu­szę przy­znać, że po­sta­wa mat­ki, któ­ra zwy­kle ule­ga mę­żo­wi, nie­co mnie za­ska­ku­je.

- Ma­so­wa­nie ob­cych lu­dzi to chy­ba nie jest naj­lep­szy wy­bór - od­bur­ku­je Hen­ryk.

Przy­glą­dam się drob­nej grdy­ce Ju­lii wol­no prze­su­wa­ją­cej się pod cien­ką skó­rą szyi.

No, da­lej, dziew­czy­no. Po­wiedz mu, do cho­le­ry, o czym my­ślisz.

- Wła­ści­wie fi­zjo­te­ra­pia to coś wię­cej niż ma­saż.

Tyl­ko tyle? Na­praw­dę są­dzisz, że obro­nisz się w tej nie­rów­nej wal­ce, bę­dąc po­tul­na jak ba­ra­nek?

- Fi­zjo­te­ra­pia w ostat­nich la­tach moc­no się roz­wi­nę­ła i ro­śnie na nią za­po­trze­bo­wa­nie - wtrą­cam się, bo to wi­do­wi­sko prze­sta­je mnie już ba­wić. - W spo­rcie zde­cy­do­wa­nie czę­ściej mamy do czy­nie­nia z fi­zjo­te­ra­peu­ta­mi niż or­to­pe­da­mi. Po­ma­ga­ją wró­cić lu­dziom do spraw­no­ści po ura­zach, kon­tu­zjach i ope­ra­cjach.

Usta Hen­ry­ka wy­krzy­wia­ją się w kwa­śnym uśmie­chu. Zwra­cam się bez­po­śred­nio do nie­go:

- Po­dob­no szy­ku­jesz się na wsta­wie­nie en­do­pro­te­zy bio­dra. Po ope­ra­cji bę­dziesz po­trze­bo­wał ko­goś ta­kie­go jak Ju­lia.

Po­licz­ki dziew­czy­ny pło­ną, roz­chy­lo­ne war­gi wy­ra­ża­ją zdzi­wie­nie.

- Do­praw­dy? - Hen­ryk ścią­ga krza­cza­ste brwi. - To cie­ka­we - do­da­je i sku­pia uwa­gę na pie­cze­ni.

Czu­ję na so­bie wzrok Ju­lii. Cze­ka­łem na to. Chcę zo­ba­czyć wdzięcz­ność, choć­by drob­ne ski­nie­nie, a może na­wet uśmiech. Chcę zo­ba­czyć, że jest pod wra­że­niem. Ale ona tyl­ko mru­ży oczy. A mnie bar­dzo nie po­do­ba się to ba­daw­cze, po­dejrz­li­we spoj­rze­nie.

Rozdział 3

Ju­lia

Z gło­wą opar­tą o za­głó­wek ob­ser­wu­ję roz­ma­zu­ją­ce się za oknem świa­tła mia­sta. W po­ło­wie spo­tka­nia zde­cy­do­wa­łam się na lamp­kę bia­łe­go wina, li­cząc na to, że po­mo­że mi się choć odro­bi­nę roz­luź­nić. Kie­row­ca ro­dzi­ny ma rano od­sta­wić mój sa­mo­chód. Nie­ste­ty, al­ko­hol na nic się nie zdał. Spo­tka­nie było po­twor­nie stre­su­ją­ce.

Boli mnie gło­wa i brzuch. To pierw­sze chy­ba z ner­wów, dru­gie z gło­du, bo głów­nym da­niem wy­staw­nej ko­la­cji było mię­so, któ­re­go nie jem. Je­stem pew­na, że Lin­da nie zro­bi­ła tego ce­lo­wo, zwy­czaj­nie za­po­mnia­ła.

Ana­li­zu­ję prze­bieg spo­tka­nia krok po kro­ku. Nie było tak źle, prze­ko­nu­ję samą sie­bie. Cał­kiem miło. Czy nie spra­wi­łam ko­muś przy­kro­ści? Nie pal­nę­łam nic głu­pie­go? Im dłu­żej my­ślę, tym co­raz trud­niej oce­nić mi, jak wy­pa­dłam. Po roz­mo­wie na te­mat mo­jej pra­cy i nie­spo­dzie­wa­nym wspar­ciu ze stro­ny Igo­ra Hen­ryk nie­wie­le się od­zy­wał. Je­śli już coś mó­wił, to głów­nie do Mar­ka. Je­stem jego przy­szłą sy­no­wą, ten fa­cet musi mnie po­lu­bić.

Nie tak to mia­ło wy­glą­dać.

Cho­le­ra, było źle. Tak, kom­plet­na po­raż­ka.

Do­bie­ga do mnie prych­nię­cie Mar­ka. Ścią­gnąw­szy brwi, od­wra­cam gło­wę i przy­glą­dam mu się ba­daw­czo. Na jego gład­ko ogo­lo­nej twa­rzy uwy­pu­kla­ją się mię­śnie.

- Coś nie tak?

- Ten kre­tyn nie ma pra­wa wtrą­cać się w na­sze spra­wy. - Za­ci­ska dło­nie na kie­row­ni­cy, aż bie­le­ją mu knyk­cie. - Co on so­bie my­śli? Za­cho­wy­wał się, jak­by co­kol­wiek wie­dział o nas i two­jej pra­cy.

Ach, czy­li on też my­ślał o Igo­rze.

- Chy­ba tro­chę prze­sa­dzasz. - Wy­cią­gam dłoń w kie­run­ku na­rze­czo­ne­go, ale szyb­ko ją co­fam, po­nie­waż ręka Mar­ka gwał­tow­nie uno­si się nad kie­row­ni­cą, a po­tem w nią ude­rza. Wsu­wam złą­czo­ne dło­nie mię­dzy uda.

- Mo­głaś przy­naj­mniej po­wie­dzieć, że roz­wa­żysz pro­po­zy­cję.

Za­raz...

- Co ta­kie­go?

Za­sy­cha mi w gar­dle.

- Skar­bie, zro­zum - mówi. Nie po­do­ba mi się ten ton gło­su. Jak­by zwra­cał się do dziec­ka, któ­re nie jest w sta­nie po­jąć tego, że do­ro­śli chcą dla nie­go do­brze. - Oj­ciec mało kie­dy pro­po­nu­je coś ta­kie­go.

- To miło z jego stro­ny - kła­mię - ale nie chcę ro­bić w ży­ciu nic poza by­ciem fi­zjo­te­ra­peut­ką. Roz­ma­wia­li­śmy o tym. - Bro­nię się, choć po­czu­cie winy po­wo­li mnie do­pa­da.

Ni­cze­go nie je­stem tak pew­na jak tego, że chcę po­ma­gać lu­dziom w na­pra­wia­niu ich ciał, a jed­nak ura­żo­ny ton gło­su mo­je­go na­rze­czo­ne­go wzbu­dza we mnie wy­rzu­ty su­mie­nia. Od razu za­czy­nam czuć się źle z fak­tem, że nie roz­wa­ży­łam pro­po­zy­cji przy­szłe­go te­ścia, cho­ciaż ab­so­lut­nie tego dla sie­bie nie chcę.

Za­trzy­mu­je­my się na czer­wo­nym świe­tle. Ko­rzy­sta­jąc z chwi­li, Ma­rek spo­glą­da na mnie spod ścią­gnię­tych brwi. Jego ja­sne wło­sy są zmierz­wio­ne, a oczy prze­krwio­ne, ale nie je­stem pew­na, czy ze zmę­cze­nia, czy ze zło­ści.

- Roz­ma­wia­li­śmy rów­nież o tym, że twój szef cię wy­ko­rzy­stu­je - kon­ty­nu­uje ty­ra­dę. - Do­sta­jesz nie­spra­wie­dli­we gra­fi­ki, pra­cu­jesz za dłu­go, do póź­na, za mało za­ra­biasz i jesz­cze masz pro­blem, żeby wziąć urlop.

- Tro­chę prze­sa­dzasz - mó­wię pod no­sem, ner­wo­wo sku­biąc kra­wędź su­kien­ki. - Gdy­by nie ta pra­ca, może ni­g­dy by­śmy się nie po­zna­li.

Znów ru­sza­my. Ma­rek wbi­ja wzrok w przed­nią szy­bę. Jed­ną ręką gwał­tow­nie lu­zu­je kra­wat.

- Wiesz, że Igor wca­le nie sta­nął po two­jej stro­nie, praw­da? - pyta. - On tyl­ko zwę­szył oka­zję do by­cia wred­nym wo­bec mo­je­go ojca. Za­wsze taki był.

Od­po­wia­dam ski­nie­niem gło­wy, cho­ciaż nie wiem, czy się zga­dzam.

Jak na ko­goś, kogo wi­du­je­my raz w roku, Igor sta­now­czo za czę­sto po­ja­wia się w na­szych roz­mo­wach. Dzię­ki spor­to­we­mu sty­pen­dium opu­ścił dom już w wie­ku sie­dem­na­stu lat. Od tam­tej pory przy­bra­ni bra­cia wi­dy­wa­li się tyl­ko na naj­waż­niej­szych ro­dzin­nych spo­tka­niach, a mimo to prze­szłość nie daje im spo­ko­ju.

Ma­rek ni­g­dy nie opo­wie­dział mi jed­nej dłu­giej hi­sto­rii o tym, jak wy­glą­da­ło ich dzie­ciń­stwo, ale czę­sto pod­kre­ślał, że Igor był bun­tow­ni­kiem, przy­spa­rzał wszyst­kim kło­po­tów, a u pod­staw ta­kie­go za­cho­wa­nia le­ża­ła za­zdrość o mat­kę.

Wresz­cie do­cie­ra­my do na­sze­go miesz­ka­nia. My­śla­mi je­stem już w łóż­ku. Bio­rę szyb­ki prysz­nic, a kie­dy wy­cho­dzę, Ma­rek wła­śnie myje zęby. Za­rzu­cam szla­frok, na­kła­dam pa­stę na szczo­tecz­kę i sta­ję obok na­rze­czo­ne­go.

- Mogę o coś spy­tać? - od­zy­wa się Ma­rek.

Czu­ję po­twor­ne zmę­cze­nie i naj­chęt­niej od­po­wie­dzia­ła­bym "nie", bo ju­tro cze­ka mnie ostat­nia przy­miar­ka suk­ni ślub­nej, więc nie mogę pójść na nią z wo­ra­mi pod ocza­mi, ale uśmie­cham się tyl­ko i po­ta­ku­ję.

- Dla­cze­go nie wło­ży­łaś dziś su­kien­ki ode mnie? Nie po­do­ba ci się?

Od­wra­cam się, żeby się­gnąć po krem do szaf­ki i tym sa­mym ukryć dys­kom­fort, jaki wy­wo­ła­ło we mnie to py­ta­nie.

- Cał­kiem o niej za­po­mnia­łam - od­po­wia­dam, si­ląc się na obo­jęt­ność, choć z góry wiem, że moja tak­ty­ka ska­za­na jest na po­raż­kę.

- Chcia­łem, że­byś ją wło­ży­ła. Wiesz - cmo­ka Ma­rek, a na jego twa­rzy ry­su­je się prze­sad­ne stra­pie­nie - oj­ciec bar­dzo so­bie ceni ele­gan­cję. On cię uwiel­bia, se­rio. Nie myśl, że jest ina­czej. Ale chciał­bym, żeby na­praw­dę cię po­ko­chał, za­czął trak­to­wać jak człon­ka ro­dzi­ny - kon­ty­nu­uje, a ja z każ­dym jego sło­wem co­raz moc­niej za­pa­dam się w so­bie. - Ta su­kien­ka w kwiat­ki jest tro­chę zbyt in­ten­syw­na, a do tego ten de­kolt. Skar­bie... dla mnie je­steś pięk­na w każ­dym wy­da­niu, ale oj­ciec ma swo­je za­sa­dy. Po­win­ni­śmy je usza­no­wać, tym bar­dziej że to on pła­ci za we­se­le.

- Ach, tak? Nie są­dzi­łam, że to ta­kie waż­ne. - Szyb­ko wkle­pu­ję w twarz krem i wy­cho­dzę z ła­zien­ki. - Wło­żę ją na­stęp­nym ra­zem - do­da­ję z uśmie­chem, choć mam ocho­tę po­wie­dzieć o wie­le wię­cej.

Na przy­kład to, że su­kien­ka, któ­rą mi ku­pił, jest okrop­na. Zu­peł­nie nie w moim sty­lu, zbyt ele­ganc­ka i po­waż­na. Za­pew­ne do­brze ukry­ła­by moje man­ka­men­ty. De­kolt w łód­kę wy­smu­klił­by szy­ję i ra­mio­na, ma­te­riał spłasz­czył­by biust, a dół w kształ­cie li­te­ry A, do ko­lan, za­krył­by ty­łek i uda. Ale poza funk­cją optycz­ne­go wy­smu­kle­nia w su­kien­ce jest wszyst­ko, cze­go nie zno­szę. Może nie lu­bię swo­ich krą­gło­ści, ale jesz­cze bar­dziej nie­na­wi­dzę mie­szan­ki po­lie­stru i ela­sta­nu, uda­ją­cej faj­ną, dro­gą kiec­kę, w któ­rej mo­żesz pójść na każ­dą z moż­li­wych oka­zji: obiad u ro­dzi­ców, ko­la­cję służ­bo­wą, we­se­le ko­le­żan­ki i po­grzeb. Wszyst­ko to bar­dzo chcia­ła­bym po­wie­dzieć, ale nie ro­bię tego, bo nie chcę spra­wić przy­kro­ści mo­je­mu fa­ce­to­wi. Do­ce­niam jego sta­ra­nia, do­ce­niam fakt, że spe­cjal­nie dla mnie od­wie­dził dam­ski bu­tik i wy­brał su­kien­kę, w któ­rej - w co szcze­rze wie­rzył - będę wy­glą­dać do­brze.

Kła­dzie­my się do łóż­ka. Ma­rek ca­łu­je mnie w czo­ło, po czym od­wra­ca się ple­ca­mi i wkrót­ce za­sy­pia. Czu­ję ulgę, że jest zmę­czo­ny i nie ma ocho­ty na zbli­że­nie. Ulga szyb­ko jed­nak prze­mie­nia się w przy­gnia­ta­ją­ce po­czu­cie winy, bo prze­cież nie tak to po­win­no wy­glą­dać. Na eta­pie na­rze­czeń­stwa pary są głod­ne sie­bie i na­wet zmę­cze­nie nie jest w sta­nie po­wstrzy­mać żą­dzy. Tym­cza­sem nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio się ko­cha­li­śmy. Nie pierw­szy raz do­pa­da mnie na­tręt­na myśl, że w na­szym love sto­ry coś nie gra, i nie pierw­szy raz skła­dam to na karb przed­ślub­ne­go stre­su.

Po­wta­rzam so­bie, że wszyst­ko jest okej. Seks jest prze­re­kla­mo­wa­ny, a więk­szość lu­dzi z mo­je­go po­ko­le­nia wy­cho­wy­wa­ła się, kar­mio­na jego znie­kształ­co­nym ob­ra­zem z ame­ry­kań­skich fil­mów. Nie za­wsze mu­si­my mieć na to ocho­tę. Stres, pra­ca, co­dzien­ne obo­wiąz­ki...

Ale ty masz ocho­tę. Two­je li­bi­do ma się cał­kiem do­brze.

Pro­wa­dzę pal­ce do sut­ków i lek­ko je draż­nię. Pra­wą dłoń wsu­wam w spoden­ki od pi­ża­my i po­cie­ram łech­tacz­kę. Tłu­mię jęk, przy­gry­za­jąc dol­ną war­gę.

Tak, zde­cy­do­wa­nie tego po­trze­bu­ję.

Ostroż­nie, żeby nie obu­dzić Mar­ka, od­wra­cam się i kła­dę na brzu­chu. Moja dłoń prze­su­wa się nie­znacz­nie w górę i w dół. Stop­nio­wo od­naj­du­ję swój rytm, ide­al­ne tem­po, i wkrót­ce szyb­ki, krót­ki, ale in­ten­syw­ny or­gazm spi­na moje cia­ło, by za chwi­lę bło­go je roz­luź­nić.

Te­raz mogę spo­koj­nie za­snąć.

***

Rano bu­dzę się pod­eks­cy­to­wa­na. Cze­ka mnie przy­miar­ka suk­ni ślub­nej. Kraw­co­wa obie­ca­ła uwzględ­nić wszyst­kie moje proś­by, cho­ciaż była scep­tycz­na wo­bec sta­ro­świec­kiej ko­ron­ko­wej suk­ni z dłu­gim rę­ka­wem i za­bu­do­wa­nym de­kol­tem. Do sa­me­go koń­ca pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mnie do kro­ju sy­ren­ki z wy­cię­ciem w kształ­cie ser­dusz­ka nad biu­stem. W jej mnie­ma­niu mam do niej ide­al­ną fi­gu­rę, co jest oczy­wi­ście śmiesz­ne, bo ozna­cza­ło­by to pod­kre­śle­nie wszyst­kich nie­do­sko­na­ło­ści. Poza tym moja suk­nia i dłu­gi we­lon to praw­dzi­wie ro­man­tycz­ny ze­staw. Do­sko­na­le wpa­su­je się w kla­sycz­ny, ele­ganc­ki wy­strój sali ban­kie­to­wej, w któ­rej od­bę­dzie się na­sze we­se­le.

Na po­cząt­ku, kie­dy wed­ding plan­ner­ka za­trud­nio­na przez To­ma­lów przed­sta­wi­ła mi do­kład­ną wi­zu­ali­za­cję przy­ję­cia, łącz­nie z do­dat­ka­mi, bu­kie­tem ślub­nym i suk­nią, zwąt­pi­łam, czy chcę, aby naj­waż­niej­sze de­cy­zje były po­dej­mo­wa­ne poza mną, ale szyb­ko zro­zu­mia­łam, ja­kie to szczę­ście, kie­dy czło­wiek może po­zwo­lić so­bie na po­moc pro­fe­sjo­na­li­sty. Gdy­by za­le­ża­ło to tyl­ko ode mnie, pew­nie wło­ży­ła­bym lek­ką, zwiew­ną su­kien­kę bez udziw­nień i tramp­ki, a ślub wzię­ła­bym na pla­ży. Żad­nych krysz­ta­ło­wych ży­ran­do­li, świecz­ni­ków ro­dem z Pięk­nej i Be­stii ani zło­tej za­sta­wy. Tyl­ko kwia­ty. Mnó­stwo ży­wych kwia­tów. Póź­niej bym tego ża­ło­wa­ła - tak stwier­dzi­ła wed­ding plan­ner­ka, a sko­ro ko­bie­ta ma wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie, pew­nie wie, co mówi.

Szef jak zwy­kle za­po­mniał uwzględ­nić moją proś­bę o urlop i w tak wy­jąt­ko­wym dniu mu­szę po­ja­wić się w pra­cy. Na szczę­ście mam tyl­ko jed­ne­go pa­cjen­ta na dzie­sią­tą, a póź­niej trzy­go­dzin­ne okien­ko - dwie wi­zy­ty od­wo­ła­no w ostat­niej chwi­li, więc spo­koj­nie po­win­nam się wy­ro­bić. Ma­rek o ni­czym nie wie; jest prze­ko­na­ny, że mam wol­ne, a nie chcia­łam go nie­po­trzeb­nie de­ner­wo­wać. Na je­de­na­stą umó­wi­łam się z Lin­dą w sa­lo­nie kil­ka ulic da­lej.

Rano wpa­dam w wir pra­cy, dzię­ki cze­mu czas szyb­ko leci. Że­gnam pa­cjen­ta i z eks­cy­ta­cją mro­wią­cą pod skó­rą zer­kam na ze­ga­rek. Za dwa­dzie­ścia mi­nut ostat­ni raz przed ślu­bem przy­mie­rzę moją cu­dow­ną suk­nię. Mam pew­ne oba­wy, czy uda mi się ją do­piąć, po­nie­waż nie­zbyt do­brze po­szło mi trzy­ma­nie die­ty, ale i tym nie będę za­przą­tać so­bie gło­wy.

Jako dziec­ko nie mia­łam przy­wi­le­ju ob­ser­wo­wać ko­cha­ją­cych się ro­dzi­ców, a w do­ro­słym ży­ciu moje związ­ki da­le­kie były od ro­man­tycz­nych hi­sto­rii ro­dem z ksią­żek i fil­mów, ale wresz­cie przy­szedł czas, żeby zmie­nić prze­zna­cze­nie. Już wkrót­ce zo­sta­nę żoną i na­pi­szę wła­sną hi­sto­rię.

Po za­bie­gu szyb­ko myję ręce i się prze­bie­ram. Mam już na so­bie naj­wy­god­niej­sze buty świa­ta, wy­słu­żo­ne Co­nver­sy, któ­re kil­ka lat temu były śnież­no­bia­łe. Na ko­niec wyj­mu­ję z szu­flad­ki wszyst­kie swo­je pier­ścion­ki i wsu­wam je na pal­ce. Każ­dy ma swo­je sta­łe miej­sce. Wśród nich jest ten naj­waż­niej­szy, z zie­lo­nym oczkiem imi­tu­ją­cym ka­mień szla­chet­ny. Cho­ciaż to tyl­ko bar­wio­ne szkło, dla mnie ma nie­oce­nio­ną war­tość. Pa­mię­tam, że jako kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka ma­rzy­łam, by pew­ne­go dnia prze­jąć ten nie­sa­mo­wi­ty skarb. Wte­dy nie wie­dzia­łam, że ży­cze­nie sta­nie się moim prze­kleń­stwem i w wie­ku trzy­na­stu lat do­sta­nę go za­pa­ko­wa­ne­go w stru­no­wy wo­re­czek wraz z po­zo­sta­ły­mi rze­cza­mi, któ­re mama mia­ła ze sobą w ho­spi­cjum.

Zo­sta­ło mi kil­ka mi­nut w za­pa­sie, więc po­sta­na­wiam zaj­rzeć do kan­ce­la­rii. Li­czę na to, że Ma­rek nie ma te­raz spo­tka­nia i uda mi się cho­ciaż skraść mu bu­zia­ka. Za­rzu­cam to­reb­kę na ra­mię i za­my­kam ga­bi­net. Kie­dy prze­krę­cam klucz w zam­ku, moje spoj­rze­nie lą­du­je na pstro­ka­tej ko­lek­cji pier­ścion­ków. Mar­ko­wi nie spodo­ba się, że za­ło­ży­łam je na przy­miar­kę suk­ni. Kie­dy szłam do sa­lo­nu pierw­szy raz, skrzy­wił się na ich wi­dok, po czym za­py­tał: "Na­praw­dę chcesz mie­rzyć suk­nię za kil­ka ty­się­cy zło­tych, ma­jąc na pal­cach tak tan­det­ną bi­żu­te­rię?". Zro­bi­ło mi się głu­pio na myśl, że pla­no­wa­łam za­ło­żyć je wszyst­kie na ślub. Lu­bię te pier­ścion­ki. Po ma­mie jest tyl­ko je­den, ale po­zo­sta­łe też ko­ja­rzą mi się z nią. Ku­po­wa­ła ta­kie ozdób­ki na pchlich tar­gach, a ja jako mała dziew­czyn­ka uwiel­bia­łam to ob­ser­wo­wać. Wspo­mnie­nie mamy spra­wia, że po­sta­na­wiam jed­nak ich nie zdej­mo­wać.

Przy­sta­ję przed wej­ściem do kan­ce­la­rii. Ze­wnętrz­ne ro­le­ty na oknach są opusz­czo­ne, ale przez prze­szklo­ne drzwi wej­ścio­we do­strze­gam bla­de świa­tło mi­go­czą­ce na koń­cu ko­ry­ta­rza, a więc w ga­bi­ne­cie Mar­ka. Wy­glą­da na to, że nie tyl­ko ja je­stem roz­tar­gnio­na z po­wo­du zbli­ża­ją­ce­go się ślu­bu. Na­ci­skam klam­kę, ale drzwi nie ustę­pu­ją. Już chcę od­wró­cić się na pię­cie, gdy przy­po­mi­nam so­bie, że w to­reb­ce mam za­pa­so­we klu­cze do kan­ce­la­rii. Je­śli ni­ko­go nie za­sta­nę, przy­naj­mniej zga­szę świa­tło.

Otwie­ram drzwi, wcho­dzę i za­sty­gam w bez­ru­chu, trzy­ma­jąc klam­kę od we­wnątrz. Nie je­stem pew­na, dla­cze­go znie­ru­cho­mia­łam. To chy­ba z po­wo­du dźwię­ku, któ­ry na­gle do mnie do­tarł. Ostroż­nie do­my­kam drzwi. Przez gło­wę prze­la­tu­je mi myśl, że może dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa po­win­nam wyjść i za­dzwo­nić do Mar­ka. Znów jed­nak to sły­szę. Tym ra­zem wy­raź­niej. Jak­by cmo­ka­nie, mla­ska­nie, po­mruk. Spi­nam się cała, gdy do­łą­cza do tego ko­bie­ce po­ję­ki­wa­nie.

Ma­rek wspo­mi­nał, że jego wspól­nik jest ko­bie­cia­rzem i praw­do­po­dob­nie pod­ry­wa ich se­kre­tar­kę, ale czy miał­by na tyle tu­pe­tu, żeby ro­bić TO w kan­ce­la­rii? Nie ma na­wet po­łu­dnia! Jak­by pora mia­ła tu ja­kieś zna­cze­nie... Naj­gor­sze jest jed­nak to, że świa­tło po­cho­dzi z ga­bi­ne­tu Mar­ka. Nie mogę więc tego tak zo­sta­wić. Na samą myśl, że Je­rzy może od­da­wać się igrasz­kom z ja­kąś la­ską na so­fie w ga­bi­ne­cie mo­je­go na­rze­czo­ne­go, tej sa­mej, na któ­rej nie­raz sia­dam, po­pi­ja­jąc kawę mię­dzy za­bie­ga­mi, robi mi się nie­do­brze.

Wku­rzo­na ru­szam przed sie­bie, ale nie je­stem na tyle bez­czel­na, żeby wpa­ro­wać tam z krzy­kiem. Poza tym nie chcę mieć trau­my po uj­rze­niu na­gie­go Je­rze­go. Za­trzy­mu­ję się w pro­gu, za­sła­niam oczy dło­nią i mó­wię:

- Cześć. Czy mo­gli­by­ście się ubrać?

Sły­szę gar­dło­wy dźwięk, któ­ry chy­ba miał zo­stać stłu­mio­ny, ale wy­brzmie­wa w peł­ni, za­nim koń­czę py­ta­nie.

Moja dłoń osu­wa się z po­wiek i bez­wied­nie opa­da przy boku. Mru­gam za­hip­no­ty­zo­wa­na. Oczy re­je­stru­ją ob­raz jak spóź­nio­na mi­gaw­ka. Do­strze­ga­ją każ­dy szcze­gół w dziw­nym odrę­twie­niu. Jego gra­na­to­we bok­ser­ki spusz­czo­ne do ko­stek, po­mię­ta ko­szu­la za­pię­ta na dwa dol­ne gu­zi­ki, zło­ty łań­cu­szek z za­wiesz­ką "J". Czo­ło lśnią­ce od potu, klat­ka pier­sio­wa, któ­ra wzno­si się i opa­da, łap­czy­wie pom­pu­jąc tlen. I jego ster­czą­cy pe­nis tuż przy ustach klę­czą­cej ko­bie­ty.

Ja chy­ba śnię.

Wzrok po­now­nie lą­du­je na za­wiesz­ce w kształ­cie li­te­ry J. Nie­ste­ty nie jest to J jak Je­rzy, wspól­nik Mar­ka.

- Ju... Jula... Ja... Kur­wa! - Ma­rek naj­wy­raź­niej do­cho­dzi do wnio­sku, że nie ma sen­su koń­czyć zda­nia.

Od­wra­cam się. Idę wol­no ko­ry­ta­rzem, w otę­pie­niu. W uszach mi szu­mi, w ustach mam su­cho.

- Ko­cha­nie, pro­szę. Daj mi to wy­ja­śnić! - Głos Mar­ka brzmi, jak­by do­bie­gał zza ścia­ny. - To wszyst­ko przez ten stres przed ślu­bem... Ja...

Prze­sta­ję go sły­szeć, gdy otwie­ram drzwi. Dźwię­ki mia­sta: roz­mo­wy prze­chod­niów, szum ja­dą­cych sa­mo­cho­dów, śmiech, krzyk, czyjś płacz, klak­son - wszyst­ko zle­wa się w jed­no, two­rząc rze­czy­wi­stość, któ­rą ob­ser­wu­ję z boku.

Czy cier­pię? Nie. Je­stem pu­sta w środ­ku. Jak wy­dmusz­ka. Jak pla­sti­ko­wa Bar­bie z kio­sku, któ­rą wred­ny Krzy­siek z osie­dla roz­ciął pew­ne­go dnia no­życz­ka­mi, by udo­wod­nić mi, że moja uko­cha­na lal­ka wca­le nie ma ser­ca.

W na­stęp­nej chwi­li sto­ję na Mo­ście Po­nia­tow­skie­go. To nie­da­le­ko od miej­sca, w któ­rym przy­ła­pa­łam Mar­ka na zdra­dzie, ale do­cie­ra do mnie, że wła­ści­wie nie wiem, jak tu do­szłam.

Spo­koj­na ta­fla Wi­sły lśni w po­łu­dnio­wym słoń­cu. Przy­my­kam po­wie­ki. To taka ro­man­tycz­na sce­ne­ria, a ja... A ja... wła­śnie zo­sta­łam zdra­dzo­na. Czy ist­nie­je coś mniej ro­man­tycz­ne­go od zdra­dy?

Łzy wzbie­ra­ją po­wo­li. Po­zwa­lam im spo­koj­nie na­pły­nąć.

Nie­do­brze mi.

Za­ci­skam dło­nie na po­rę­czy mo­stu i wspi­nam się na pal­ce, lek­ko po­chy­la­jąc się do przo­du. Chy­ba za­raz zwy­mio­tu­ję.

Je­stem głu­pia. Ża­ło­sna. Na­iw­na.

Jak mo­głam uwie­rzyć, że to wszyst­ko jest praw­dą? Dla­cze­go ja­kiś fa­cet miał­by osza­leć na moim punk­cie do tego stop­nia, że­bym sta­ła się dla nie­go tą je­dy­ną? Żeby nie spoj­rzał na ład­niej­szą, szczu­plej­szą, faj­niej­szą... Se­rio?

Czu­ję się nic nie­war­ta.

- Ju­lia!

W pierw­szej chwi­li bio­rę ten głos za wy­twór wy­obraź­ni, bo los nie może ze mnie aż tak drwić (jest ja­kiś li­mit, praw­da?).

- Ju­liet­to!

A jed­nak.

- Jesz­cze cie­bie mi tu bra­ko­wa­ło! Idź so­bie! - wrzesz­czę.

- Sto­isz za­pła­ka­na na mo­ście. Tak jak­by nie mam wy­bo­ru. - Igor od­po­wia­da w swo­im sty­lu, non­sza­lanc­ko i drwią­co. - Moja mat­ka pra­wie do­sta­ła za­wa­łu, jak cię tu­taj zo­ba­czy­ła.

Okrę­cam gło­wę moc­niej, żeby zo­ba­czyć Lin­dę, wciąż obu­rącz trzy­ma­jąc po­ręcz mo­stu, ale Igor stoi tak, że za­sła­nia mi wi­dok na jezd­nię. Uno­szę się na pal­cach, a wte­dy on do­ska­ku­je do mnie i za­my­ka mnie w swo­ich ra­mio­nach.

Moje ży­cie ani przez chwi­lę nie było za­gro­żo­ne. Żeby spaść z mo­stu, mu­sia­ła­bym naj­pierw wdra­pać się na ba­rier­kę albo wy­ko­nać ja­kiś su­per­gwał­tow­ny ruch, ale ten pa­lant naj­wy­raź­niej my­ślał, że coś mi gro­zi.

- Boże świę­ty, co tam się dzie­je?! - woła Lin­da zza opusz­czo­nej szy­by.

Pusz­czam po­ręcz i okrę­cam się, by wy­swo­bo­dzić się z tej klat­ki stwo­rzo­nej z dwóch po­tęż­nych ra­mion. Igor jed­nak ani drgnie, za­ci­ska­jąc dło­nie na ba­rier­kach. Na wy­so­ko­ści oczu mam te­raz jego tors.

Twój syn na­pie­ra na mnie cia­łem? Ma­ni­fe­stu­je swo­ją wiel­kość i ta­kie tam?

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, mamo! - woła Igor, po czym na­chy­la się do mnie, wciąż trzy­ma­jąc mnie w pu­łap­ce. - Ju­liet­ta ma tyl­ko przed­ślub­ną hi­ste­rię!

- Du­pek - sy­czę. - Za­wsze chcia­łam ci to po­wie­dzieć. - Na­bie­ram po­wie­trza i wy­pusz­czam je, jak­bym po­zby­wa­ła się ogrom­ne­go cię­ża­ru. - Nie bę­dzie­my ro­dzi­ną, więc co mi tam. Pa­lant z cie­bie do kwa­dra­tu. Naj­więk­szy, ja­kie­go znam, i pew­nie masz ma­łe­go. Na pew­no masz ma­łe­go, bo dup­ki z prze­ro­śnię­tym ego nie mają za wie­le w spodniach. - Okej, tego nie pla­no­wa­łam. Coś ta­kie­go w ogó­le jest do mnie nie­po­dob­ne. Prze­cież nie lu­bię spra­wiać lu­dziom przy­kro­ści.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu Igor od­rzu­ca gło­wę do tyłu i śmie­je się gło­śno. Kie­dy po­now­nie na mnie spo­glą­da, w jego oczach tań­czy praw­dzi­we roz­ba­wie­nie. Szko­da. Na­praw­dę mia­łam ocho­tę mu do­wa­lić.

- Schle­bia mi, że my­ślisz o moim ku­ta­sie, Ju­liet­to, na chwi­lę przed przy­miar­ką suk­ni na ślub z moim przy­bra­nym bra­tem.

- W two­ich snach. Pusz­czaj mnie, tro­glo­dy­to - war­czę.

- Ju­lio, ko­cha­nie, czy mo­żesz wsiąść do auta?! - woła Lin­da ze znie­cier­pli­wie­niem. - Po­win­ny­śmy być już w sa­lo­nie! Na­praw­dę nie chcia­ła­bym tam do cie­bie wy­cho­dzić. Mia­łam dziś fry­zu­rę prób­ną, a na mo­ście moc­no wie­je. Ja ci za­trą­bię, bał­wa­nie je­den! - wy­dzie­ra się.

- Ochło­nę­łaś? - Na tle wrza­sku Lin­dy głos Igo­ra za­ska­ku­je ła­god­no­ścią. - Tu­taj nie moż­na się za­trzy­my­wać.

- To jedź.

Prze­wra­ca ocza­mi.

- My­ślisz, że chcia­łam sko­czyć? - drwię.

- Je­dy­ne, o czym te­raz my­ślę, to tre­ning, na któ­rym po­wi­nie­nem być za pięt­na­ście mi­nut. Mama po­pro­si­ła o pod­rzu­ce­nie do sa­lo­nu, bo to po dro­dze do ośrod­ka szko­le­nio­we­go, ale pew­na hi­ste­rycz­ka spo­wo­do­wa­ła opóź­nie­nie, a mu­sisz wie­dzieć, że ja nie­na­wi­dzę i nie to­le­ru­ję spóź­nia­nia się. Przede wszyst­kim u sie­bie sa­me­go.

- Współ­czu­ję.

- Cze­go?

- Ży­cia z ki­jem w du­pie.

Igor znów się śmie­je i mu­szę przy­znać, że to dla mnie nie­co­dzien­ny wi­dok. Za­ska­ku­je mnie to, jak ła­god­nie i nie­groź­nie wte­dy wy­glą­da. Drob­ne zmarszcz­ki w ką­ci­kach oczu spra­wia­ją, że wy­da­je się bar­dziej ludz­ki. Jed­nak to wciąż mało, abym za­po­mnia­ła, ja­kim po­tra­fi być gnoj­kiem.

- Nie po­zna­ję cię, Ju­liet­to. Na pew­no wszyst­ko z tobą w po­rząd­ku? - Od­chy­la gło­wę i przy­glą­da mi się z roz­ba­wie­niem.

- W naj­lep­szym - mru­czę. - A te­raz uwol­nij mnie, wróć do auta i prze­każ swo­jej ma­mie, że nie bę­dzie żad­nej przy­miar­ki, a ja wró­cę... - Nie, tyl­ko nie to! Nie mogę się te­raz za­ła­mać. Nie przy tym dup­ku. - Nie mam po­ję­cia do­kąd - do­kań­czam i wy­bu­cham ża­ło­snym śmie­chem.

Igor od­su­wa się nie­znacz­nie, jego pal­ce le­d­wo do­ty­ka­ją te­raz po­rę­czy. Pa­trzy na mnie jak na wa­riat­kę, co jest cał­ko­wi­cie uza­sad­nio­ne, bo do­kład­nie tak się za­cho­wu­ję.

- Czy ten de­bil cię skrzyw­dził? - Ścią­ga brwi, a jego brą­zo­we oczy śli­zga­ją się po mo­jej twa­rzy z nie­po­ko­jem.

- Mo­żesz być z sie­bie za­do­wo­lo­ny, wy­szło na two­je.

- Słu­cham?

- Nie­waż­ne. Chcę zo­stać sama.

- Chy­ba nie są­dzisz, że zo­sta­wię cię samą w ta­kim sta­nie?

- Dla­cze­go w ogó­le in­te­re­su­je cię mój stan?

- Mnie? - Jego ra­mio­na pod­ska­ku­ją. - Cho­dzi o mat­kę. Nie po­zwo­li mi po­je­chać na tre­ning, do­pó­ki nie do­wie się, co jest gra­ne. Idzie­my.

- Nie chcę.

- W ta­kim ra­zie ona za­raz sama tu po cie­bie przyj­dzie.

- Ni­g­dzie nie idę.

- Prze­stań się ma­zać i chodź. - Kie­dy ogrom­na dłoń za­ci­ska się na moim nad­garst­ku, zda­ję so­bie spra­wę, że je­stem zbyt sła­ba i wy­czer­pa­na, aby z czym­kol­wiek wal­czyć, a już na pew­no nie z tym bli­sko dwu­me­tro­wym go­ściem przy­sła­nia­ją­cym mi słoń­ce.

Prze­ci­na­my jezd­nię. Igor otwie­ra drzwi sa­mo­cho­du, a ja wsu­wam się na tyl­ną ka­na­pę. Lin­da jest na tyle ko­cha­na, że nie bom­bar­du­je mnie od razu py­ta­nia­mi, ale jed­no­cze­śnie w jej oczach wręcz wi­dzę wiel­kie zna­ki za­py­ta­nia.

- Do­kąd mam je­chać? - Igor zer­ka we wstecz­ne lu­ster­ko. Ła­pię jego spoj­rze­nie w lo­cie i od­wra­cam gło­wę w stro­nę bocz­nej szy­by.

- Nie wiem - od­po­wia­dam ci­cho.

- Ju­lia - wy­po­wia­da moje imię znie­cier­pli­wio­nym gło­sem. - Za chwi­lę mu­szę być na tre­nin­gu. Je­dzie­my do sa­lo­nu czy mam od­wieźć cię do domu?

- Prze­cież mó­wi­łam, że­byś zo­sta­wił mnie na tym cho­ler­nym mo­ście, sko­ro tak ci się spie­szy! - wy­krzy­ku­ję, wpra­wia­jąc Lin­dę w osłu­pie­nie. - Wy­bacz, że nie dam ci szyb­kiej od­po­wie­dzi, bo... bo nie wiem, gdzie się po­dziać. Nie mam gdzie wró­cić - pa­ni­ku­ję i po­ły­kam łzy.

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie, dzie­cin­ko. - Lin­da od­wra­ca się w fo­te­lu i ści­ska moją dłoń. - Jedź­my, Igor. Za­trzy­maj się w ja­kimś roz­sąd­niej­szym miej­scu. Zaj­mę się Ju­lią, a je­śli bę­dzie trze­ba, we­zwie­my tak­sów­kę.

Nie mam od­wa­gi unieść wzro­ku na Igo­ra. Pew­nie i tak jest już spóź­nio­ny, w do­dat­ku do­stał ry­ko­sze­tem. Nie prze­pa­dam za nim, ale nie po­win­nam była się na nie­go wy­dzie­rać. Czu­ję się okrop­nie.

Kie­dy za­trzy­mu­je­my się na par­kin­gu przed przy­pad­ko­wą ka­wiar­nią, dzię­ku­ję mu pod no­sem za pod­wóz­kę i na­ci­skam klam­kę, żeby wy­siąść. Drzwi oka­zu­ją się jed­nak za­blo­ko­wa­ne.

- Co zro­bił Ma­rek? - Wku­rzo­ny głos Igo­ra prze­ci­na ci­szę.

- Czy za­my­ka­nie lu­dzi w pu­łap­kach to two­je hob­by?

- Synu, otwórz, pro­szę, drzwi - wtrą­ca Lin­da nie­pew­nie.

- Nie - od­po­wia­da sta­now­czo Igor. - Je­śli stąd wyj­dzie­cie, Ju­lia nie po­wie praw­dy.

- Słu­cham? - Za­ci­skam zęby.

Na­sze wście­kłe spoj­rze­nia po­now­nie spo­ty­ka­ją się we wstecz­nym lu­ster­ku i wy­glą­da na to, że żad­ne z nas nie za­mie­rza spu­ścić wzro­ku jako pierw­sze.

- Go­łym okiem wi­dać, że to wina tego gnoj­ka, ale na­wet nie za­jąk­nę­łaś się na ten te­mat. Chcesz go chro­nić. Co­kol­wiek ci zro­bił, pew­nie wmó­wisz so­bie, że to wszyst­ko przez cie­bie, a on jak za­wsze wyj­dzie z tego cało.

Pry­cham pod no­sem. Psy­cho­log się zna­lazł. No do­brze, może cał­kiem nie­źle po­szło mu z roz­pra­co­wa­niem mnie w tej kwe­stii, ale nie ma opcji, że­bym przy­zna­ła mu ra­cję.

A jed­nak. Ja­kaś część mnie pra­gnie to z sie­bie wy­rzu­cić.

- Zdra­dził mnie.

- Je­steś pew­na? - pyta Lin­da.

Że co?

Ko­rzy­stam z oka­zji, żeby od­pu­ścić ten dziw­ny po­je­dy­nek na spoj­rze­nia z Igo­rem i zer­kam na Lin­dę. Ki­wam nie­znacz­nie gło­wą, uśmie­cha­jąc się smut­no.

- Nie mogę uwie­rzyć - mówi ko­bie­ta. - Ma­rek? Nasz Ma­rek?

- Wi­dzia­łam na wła­sne oczy.

- Po­roz­ma­wiaj­cie! Na pew­no da się to wy­tłu­ma­czyć.

Ką­tem oka do­strze­gam w lu­ster­ku, jak Igor przy­my­ka po­wie­ki, od­chy­la­jąc gło­wę.

- Nie chcę go wi­dzieć. Nie dam rady - od­po­wia­dam sła­bym gło­sem.

- Co te­raz? Gdzie się po­dzie­jesz? - go­rącz­ku­je się Lin­da.

No wła­śnie. To, że wpro­wa­dzi­łam się do Mar­ka, sta­no­wi drob­ny pro­blem.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

- Na pew­no nie wró­cę do miesz­ka­nia. W tej chwi­li jesz­cze nie wiem, co ze sobą zro­bić, dla­te­go le­piej tu wy­sią­dę. Może Igor zdą­ży na tre­ning - do­da­ję bez cie­nia iro­nii.

- Ab­so­lut­nie nie! - obu­rza się Lin­da. - Zo­stań u nas na noc, po­roz­ma­wiam z Hen­ry­kiem. A póź­niej... Póź­niej coś wy­my­śli­my.

- Dzię­ku­ję, Lin­do, ale je­śli Mar­ko­wi przyj­dzie do gło­wy gdzieś mnie szu­kać, wasz dom bę­dzie pierw­szym miej­scem, do któ­re­go się uda. Do­brze wie, że nie mam tu ro­dzi­ny ani przy­ja­ciół, u któ­rych mo­gła­bym się za­trzy­mać.

- Igor? - Lin­da zwra­ca się do syna.

Ten w od­po­wie­dzi tyl­ko marsz­czy brwi. Mat­ka i syn pa­trzą się na sie­bie w nie­zro­zu­mia­ły dla mnie spo­sób.

- Nie ma mowy - od­bur­ku­je po chwi­li Igor.

- I tak całe dnie spę­dzasz na tre­nin­gach, a wkrót­ce wy­la­tu­jesz na mi­strzo­stwa. Prak­tycz­nie nie bę­dzie cię w domu. To miesz­ka­nie jest tak wiel­kie i pu­ste...

Otwie­ram usta, ale nie je­stem w sta­nie wy­krztu­sić sło­wa.

- Nie, nie - wy­du­szam z sie­bie wresz­cie. - To nie jest do­bry po­mysł. Za­trzy­mam się w ho­te­lu.

- Nie bę­dziesz miesz­kać w ho­te­lu - pro­te­stu­je Lin­da. - Apar­ta­ment Igo­ra to ostat­nie miej­sce, w któ­rym Ma­rek bę­dzie cię szu­kał. Ro­zu­miem, że po­trze­bu­je­cie cza­su, żeby to so­bie wszyst­ko wy­ja­śnić. Roz­łą­ka do­brze wam zro­bi. Schro­nisz się u Igo­ra, a gdy emo­cje opad­ną, po­roz­ma­wia­cie z Mar­kiem. Do­brze?

Nie wiem, jak mam po­wie­dzieć Lin­dzie, że nie ma naj­mniej­szych szans na ślub, bo ni­g­dy nie wy­ba­czę zdra­dy. A już na pew­no ta­kiej, któ­rą zo­ba­czy­łam na wła­sne oczy. Żad­na roz­łą­ka tego nie zmie­ni.

- Mama ma ra­cję, miesz­ka­nie przez więk­szość dnia stoi pu­ste, a nie­dłu­go wy­la­tu­ję z kra­ju.

To się nie dzie­je na­praw­dę. Ja chy­ba śnię. Może rów­nież zdra­da to tyl­ko kosz­mar, z któ­re­go wkrót­ce się wy­bu­dzę.

Rozdział 4

Igor

Jest już ciem­no, kie­dy wra­cam do sie­bie po tre­nin­gu. To nie był naj­lep­szy dzień. Tre­ner nie mu­siał opie­przać mnie za spóź­nie­nie, wy­star­czy­ło, że sam by­łem na sie­bie wście­kły. W do­dat­ku ju­tro cze­ka nas kon­fe­ren­cja pra­so­wa i to ja mam od­po­wia­dać na py­ta­nia dzien­ni­ka­rzy. Nie zno­szę tego, ale jed­no­cze­śnie wiem, że rola ka­pi­ta­na zo­bo­wią­zu­je mnie do ta­kich wy­stą­pień.

Zda­niem me­ne­dże­ra dru­ży­ny me­dia mnie uwiel­bia­ją, przy­pię­ły mi łat­kę sym­pa­tycz­ne­go go­ścia z są­siedz­twa i czło­wie­ka sku­pio­ne­go na celu. Nie pa­ku­ję się w kło­po­ty, nie mam na­wet jed­ne­go ta­tu­ażu, pod­czas gdy więk­szość za­wod­ni­ków to cho­dzą­ce dzie­ła sztu­ki, i z uśmie­chem od­po­wia­dam na każ­de, na­wet naj­głup­sze py­ta­nie. Nikt nie wie, ile kosz­tu­je mnie ta uprzej­mość, to nie­ustan­ne szcze­rze­nie zę­bów i po­czu­cie, że mu­szę być dla wszyst­kich przy­kła­dem.

Tego wie­czo­ru rów­nież od­czu­wam kon­se­kwen­cje mo­jej nad­mier­nej skłon­no­ści do po­ma­ga­nia. Wcho­dzę do sie­bie, do mo­je­go świę­te­go schro­nie­nia, gdzie nie mu­szę ni­ko­go uda­wać, a za­miast spo­ko­ju ogar­nia mnie stres. Bo pierw­szy raz, od­kąd tu miesz­kam, ktoś na­ru­sza tę prze­strzeń.

Nie wiem, co mi strze­li­ło do gło­wy, żeby przy­jąć Ju­lię pod swój dach. Le­d­wo się zna­my. Każ­de na­sze do­tych­cza­so­we spo­tka­nie koń­czy­ło się sprzecz­ką. Je­śli nie po­tra­fi­li­śmy po­wstrzy­mać się od uszczy­pli­wo­ści w gro­nie ro­dzi­ny, to co wy­da­rzy się, kie­dy ra­zem za­miesz­ka­my? Uspo­ka­ja mnie je­dy­nie myśl, że wkrót­ce wy­jeż­dżam.

O czym mam z nią ga­dać? Wku­rzam się, że w ogó­le czu­ję się zo­bo­wią­za­ny to ro­bić. Wła­śnie z tego po­wo­du nikt nie ma do­stę­pu do mo­je­go miesz­ka­nia, bo, do cho­le­ry, przy­naj­mniej tu­taj mogę ro­bić rze­czy po swo­je­mu, a nie dla­te­go, że tak po­wi­nie­nem.

Przy­kła­dam za­pa­so­wą kar­tę do czyt­ni­ka. Drzwi ustę­pu­ją z ci­chym klik­nię­ciem. Rzu­cam spor­to­wą tor­bę na sie­dzi­sko w przed­po­ko­ju, a adi­da­sy zzu­wam wprost na pół­kę. Ni­g­dzie nie wi­dzę bu­tów Ju­lii, co lek­ko mnie nie­po­koi. Nie że­bym bar­dzo chciał ją uj­rzeć, ale je­śli nie ma jej tu­taj, mat­ka nie da mi spo­ko­ju i każe szu­kać dziew­czy­ny po ca­łej War­sza­wie.

Ro­bię kil­ka kro­ków i omal nie po­ty­kam się o roz­rzu­co­ne na wej­ściu do sa­lo­nu bia­łe, zno­szo­ne Co­nver­sy. Klnę pod no­sem, zbie­ram je i za­no­szę tam, gdzie ich miej­sce, na cho­ler­nie wiel­ką pół­kę w ko­ry­ta­rzu, któ­rej nie spo­sób prze­oczyć.

Bez­sze­lest­nie prze­cho­dzę do sa­lo­nu. Po­środ­ku ogrom­nej prze­strze­ni stoi be­żo­wy na­roż­nik z wiel­ki­mi po­dusz­ka­mi. Na jed­nej z nich do­strze­gam ru­do­brą­zo­we loki. Pod­cho­dzę bli­żej i już mam coś po­wie­dzieć - choć nie mam po­ję­cia co - kie­dy do mo­ich uszu do­cie­ra ci­che mruk­nię­cie. Ro­bię jesz­cze je­den krok.

Ju­lia śpi sku­lo­na, lecz jej cia­ło wzdry­ga się w spa­zmach, jak u ma­łe­go dziec­ka, któ­re za­snę­ło z wy­czer­pa­nia po dłu­gim pła­czu. Za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki wciąż są wil­got­ne od łez, po­dob­nie jak po­skle­ja­ne rzę­sy - znak, że mu­sia­ła za­snąć za­le­d­wie przed chwi­lą. Prze­su­wam spoj­rze­nie na jej na­gie ra­mio­na. Ja­sną skó­rę po­kry­wa gę­sia skór­ka.

W nor­mal­nych do­mach lu­dzie mają koce. To jed­nak nie jest nor­mal­ny dom. Kie­ru­ję się więc do sy­pial­ni, wyj­mu­ję z sza­fy jed­ną ze swo­ich bluz i wra­cam do sa­lo­nu, by okryć nią dziew­czy­nę.

Od­wra­cam się w stro­nę otwar­tej kuch­ni. Jest ste­ryl­nie czy­sta, po­zo­sta­wi­łem ją taką, wy­cho­dząc na tre­ning, bo ni­g­dy w niej nie go­tu­ję. Ko­rzy­stam z go­to­we­go ca­te­rin­gu do­star­cza­ne­go pod same drzwi. Ale te­raz robi mi się dziw­nie na myśl, że ta dziew­czy­na nic nie zja­dła, po­nie­waż lo­dów­ka - któ­rej i tak pew­nie na­wet nie otwo­rzy­ła - świe­ci pust­ka­mi, a do tego nie mia­ła na­wet sił albo od­wa­gi na­lać so­bie wody do szklan­ki. Pew­nie czu­ła się tu nie­swo­jo do tego stop­nia, że bała się do­tknąć cze­go­kol­wiek, a na ka­na­pie usnę­ła tyl­ko dla­te­go, że była wy­koń­czo­na.

Czy mi wła­śnie zro­bi­ło się jej żal?

Co za bzdu­ra. Do­brze jej tak. To na­ucz­ka za by­cie z kimś ta­kim jak Ma­rek. Co trze­ba mieć w gło­wie, żeby za­ufać ta­kie­mu pa­lan­to­wi?

Jak tyl­ko do­cie­ra do mnie, że Ju­lia po­ko­cha­ła go­ścia, któ­re­go nie­na­wi­dzę, że była dla nie­go miła, do­bra, tro­skli­wa, moje ne­ga­tyw­ne emo­cje wo­bec niej na­tych­miast wra­ca­ją na wła­ści­we tory.

Musi być do nie­go po­dob­na, my­ślę, pa­trząc na jej po­grą­żo­ną we śnie twarz, tę nie­po­zor­ną, słod­ką buź­kę, za któ­rą czai się coś nie­od­gad­nio­ne­go. Coś, co spra­wi­ło, że do­ga­da­ła się z tym ze­psu­tym do szpi­ku ko­ści gno­jem.

Pło­szę się, gdy z jej ust wy­do­by­wa się ko­lej­ny po­mruk, a ona sama po­pra­wia się na ka­na­pie. Na­roż­nik jest spo­ry, ale nie­zbyt wy­god­ny. Za­raz... Mia­łem się nią nie przej­mo­wać. Niech się cie­szy, że ma gdzie spać.

Nie wiem, jak dłu­go sto­ję w jed­nym miej­scu i po pro­stu się na nią ga­pię. Wresz­cie ru­szam ty­łek i idę do ła­zien­ki. Myję tyl­ko zęby, bo wzią­łem prysz­nic w ośrod­ku szko­le­nio­wym po tre­nin­gu.

Do­cie­ra do mnie, jak bar­dzo je­stem pad­nię­ty. Pra­gnę tyl­ko rzu­cić się na moje cu­dow­ne, wiel­kie łóż­ko w sy­pial­ni. To je­dy­ny me­bel w tym apar­ta­men­cie, nad za­pro­jek­to­wa­niem któ­re­go oso­bi­ście czu­wa­łem. Ma­te­rac stwo­rzo­no, uwzględ­nia­jąc moją wagę, wzrost i zdro­wot­ne ko­rzy­ści dla cia­ła nie­ustan­nie wy­sta­wia­ne­go na wy­si­łek i ura­zy. Wra­ca­jąc z ła­zien­ki do sy­pial­ni, rzu­cam okiem na Ju­lię. Mój wzrok przy­cią­ga jej ty­łek wy­sta­ją­cy spod blu­zy. Nor­mal­nie skom­ple­men­to­wał­bym jego wy­gląd, bo to nie­złe dzie­ło na­tu­ry, ale te­raz zwra­cam uwa­gę, że dwa ide­al­nie krą­głe po­ślad­ki nie­bez­piecz­nie wy­pię­ły się i za­wi­sły poza sie­dzi­skiem na­roż­ni­ka.

Po­wi­nie­nem pal­nąć się po­rząd­nie w łeb z po­wo­du my­śli, któ­ra przy­szła mi do gło­wy.

Nie ma. Kur­wa. Opcji.

Pój­dę do pie­przo­nej sy­pial­ni, po­ło­żę się na swo­im hi­per­wy­god­nym łożu jak król, a la­ska niech śpi na ka­na­pie, bo jest nie­pro­szo­nym go­ściem. Na­wet je­śli jej nie­wy­god­nie, to za­wsze lep­sza opcja niż spa­nie pod mo­stem.

***

Gdy ja­kiś czas póź­niej otwie­ram oczy, je­stem zdez­o­rien­to­wa­ny. Za­kła­dam, że to wciąż sen, bo tyl­ko w naj­gor­szym kosz­ma­rze może bo­leć mnie każ­da część cia­ła. Pro­stu­ję nogi, ale na­po­ty­kam opór pod­ło­kiet­ni­ka. Za­raz... moje kró­lew­skie łoże w sy­pial­ni nie ma prze­cież... No tak. Wzdy­cham cięż­ko. Od­wra­cam się na ple­cy, przy­my­kam po­wie­ki. Na­bie­ram no­sem po­wie­trza i wol­no wy­pusz­czam je usta­mi. W nocy chy­ba nie uda­ło mi się wyjść z roli do­bre­go chło­pa­ka z są­siedz­twa, na któ­re­go kreu­ją mnie me­dia, i za­miast rzu­cić się na swój wy­god­ny ma­te­rac, za­pro­po­no­wa­łem go Ju­lii.

Nie je­steś jej nic wi­nien, sta­ry. Po co na siłę sta­rasz się być uprzej­my?

Nie ma opcji, żeby to kie­dy­kol­wiek się po­wtó­rzy­ło. Przede mną naj­waż­niej­szy mo­ment w ka­rie­rze. Wkrót­ce mi­strzo­stwa Eu­ro­py. Mu­szę być wy­spa­ny, a moje cia­ło zre­ge­ne­ro­wa­ne. Spa­nie na nie­wy­god­nej ka­na­pie to ostat­nia rzecz, ja­kiej te­raz po­trze­bu­ję.

Z tym za­pro­po­no­wa­niem swo­je­go łóż­ka to nie do koń­ca praw­da. Ja­sne, szturch­ną­łem Ju­lię dwa razy, bo strasz­nie stę­ka­ła, i po­wie­dzia­łem, żeby prze­nio­sła się do sy­pial­ni, ale ona tyl­ko wy­mam­ro­ta­ła coś pod no­sem. Po­mo­głem jej usiąść; wy­da­wa­ło mi się, że się obu­dzi­ła, ale wte­dy jej gło­wa opa­dła na moje ra­mię i gdy­bym nie zła­pał jej w pa­sie, po­le­cia­ła­by na zie­mię jak kło­da. Sko­ro już trzy­ma­łem ją w ob­ję­ciach, pod­nio­słem ją i prze­nio­słem do łóż­ka. "Jak tu wy­god­nie" - wy­mru­cza­ła, więc za­ło­ży­łem, że jest świa­do­ma tego, co wła­śnie się sta­ło. Zo­sta­wi­łem na łóż­ku czy­sty ręcz­nik oraz swo­ją ko­szul­kę i po­wie­dzia­łem, że je­śli chce, może zro­bić so­bie z niej pi­ża­mę.

A te­raz leżę na ka­na­pie i za­sta­na­wiam się, czy wło­ży­ła tę cho­ler­ną ko­szul­kę i czy ja­kaś ze­psu­ta część mnie nie za­pro­po­no­wa­ła jej tego ce­lo­wo.

Pod­no­szę się do sia­du i pro­stu­ję ple­cy; krę­gi je­den po dru­gim wska­ku­ją na swo­je miej­sca. Zer­kam na lek­ko uchy­lo­ne drzwi do sy­pial­ni. Jest siód­ma. Dla mnie to i tak póź­na go­dzi­na, bo zwy­kle o tej po­rze je­stem po śnia­da­niu i po­ran­nej prze­bież­ce, ale nie mogę ocze­ki­wać, że Ju­lia wsta­nie wcze­śnie po prze­ży­ciu tak sil­nych emo­cji. Nie wiem, jak mam się za­cho­wać, i moc­no mnie to wku­rza. Gdy­by nie to, że śpi za ścia­ną, uru­cho­mił­bym eks­pres do kawy, włą­czył mu­zy­kę na cały re­gu­la­tor i za­czął ćwi­czyć w sa­lo­nie w sa­mych bok­ser­kach. Tym­cza­sem cho­dzę na pal­cach i pierw­sze, co ro­bię, to za­kła­dam ko­szul­kę i szor­ty.

Pod drzwia­mi miesz­ka­nia cze­ka już moje śnia­da­nie. Oczy­wi­ście na­wet to wy­pro­wa­dza mnie z rów­no­wa­gi, po­nie­waż to por­cja dla jed­nej oso­by. Ju­lia spę­dzi­ła tu do­pie­ro pierw­szą noc i pra­wie nie we­szła mi w dro­gę, a ja już mam dość. Wkła­dam adi­da­sy i ła­pię klu­cze.

Czy wy­sze­dłem, żeby zdy­stan­so­wać się od in­tru­za w swo­im miesz­ka­niu? Po­bie­gać, jak to mam w swo­jej co­dzien­nej ru­ty­nie? Chciał­bym. Na ra­zie sto­ję przed lo­dów­ką w osie­dlo­wym spo­żyw­cza­ku, za­sta­na­wia­jąc się nad wy­bo­rem mle­ka: kro­wie, owsia­ne czy mig­da­ło­we? Ju­lia nie je mię­sa, ale nie wiem, czy jest we­ge­ta­rian­ką, czy we­gan­ką. Osta­tecz­nie bio­rę wszyst­kie do­stęp­ne ro­dza­je. I mnó­stwo in­nych rze­czy, któ­rych ni­g­dy nie ku­po­wa­łem.

Wra­cam do miesz­ka­nia. Ju­lia wciąż nie wy­szła z sy­pial­ni. Omia­tam wzro­kiem ku­chen­ny blat, na któ­ry wy­ło­ży­łem za­ku­py. Mam wszyst­kie skład­ni­ki do wy­ko­na­nia do­bre­go, od­żyw­cze­go śnia­da­nia, ale zero umie­jęt­no­ści ku­li­nar­nych. Przy­go­to­wu­ję tyl­ko to­sty i ja­jecz­ni­cę na ma­śle w na­dziei, że Ju­lia nie jest we­gan­ką. Do tego myję i kro­ję wa­rzy­wa, a po­tem ukła­dam je na ta­le­rzu jak pie­przo­ny Pi­cas­so. Na ko­niec ro­bię też kawę. To chy­ba od­po­wied­ni mo­ment, żeby tro­chę po­móc współ­lo­ka­tor­ce ze wsta­niem z łóż­ka.

Mój wzrok znów pada na nie­wiel­ką prze­strzeń mię­dzy drzwia­mi i fu­try­ną, a kie­dy wresz­cie po­ja­wia się w niej cień, sztyw­nie­ję, jak­bym zo­stał przy­ła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku.

- Jezu, prze­pra­szam - wita mnie nie­co za­chryp­nię­ty głos. Nie mam po­ję­cia, za co mnie prze­pra­sza, ale mu­szę przy­znać, że brzmi sek­sow­nie.

Ja­sno­brą­zo­we spoj­rze­nie prze­śli­zgu­je się po moim cie­le i szyb­ko ucie­ka.

Przy­glą­dam się, jak Ju­lia prze­cze­su­je gę­ste wło­sy pal­ca­mi, a na­stęp­nie po­cie­ra czo­ło we­wnętrz­ną stro­ną dło­ni. Wciąż się roz­bu­dza. W dru­giej ręce trzy­ma ręcz­nik, któ­ry jej zo­sta­wi­łem.

- Ła­zien­ka? - pyta, wy­ko­nu­jąc co­raz bar­dziej ner­wo­we ru­chy. Bra­ku­je jesz­cze, żeby okrę­ci­ła się wo­kół wła­snej osi.

Wska­zu­ję drzwi i od­wra­cam się w stro­nę eks­pre­su. Mam wra­że­nie, że to moje spoj­rze­nie tak ją pe­szy.

Do­pa­da­ją mnie dwie my­śli. Po pierw­sze, nie wiem, jaką kawę lubi. Po dru­gie, nie wło­ży­ła mo­jej ko­szul­ki. Ach, i jest jesz­cze trze­cia: o czym ja, kur­wa, w ogó­le my­ślę?

Drzwi do ła­zien­ki za­my­ka­ją się i po chwi­li roz­le­ga się szum prysz­ni­ca. Prze­le­wam kawę do kub­ka ter­micz­ne­go, bo pew­nie tro­chę to po­trwa. Sam zja­dam swo­je śnia­da­nie w lo­cie. Je­stem go­to­wy do wyj­ścia na tre­ning, ale mam jesz­cze tro­chę cza­su w za­pa­sie, więc cze­kam, aż Ju­lia wyj­dzie z ła­zien­ki, żeby po­wie­dzieć jej o kil­ku rze­czach. Może nie cie­szy mnie jej obec­ność, ale ko­niec koń­ców za­pro­po­no­wa­łem jej wspól­ne miesz­ka­nie, więc nie po­wi­nie­nem za­cho­wy­wać się jak ob­ra­żo­ny gno­jek. Wpra­wia­nie jej w za­kło­po­ta­nie i da­wa­nie do zro­zu­mie­nia, że jej tu nie chcę, nie wy­da­je mi się w po­rząd­ku.

W bu­tach i z tor­bą prze­wie­szo­ną przez ra­mię cze­kam już w przej­ściu, kie­dy otwie­ra­ją się drzwi do ła­zien­ki. Mam wła­śnie po­wie­dzieć o ka­wie cze­ka­ją­cej w kub­ku ter­micz­nym, o tym, że w lo­dów­ce jest do niej mle­ko - kro­wie albo ro­ślin­ne, i żeby zja­dła śnia­da­nie lub zro­bi­ła so­bie coś in­ne­go, ale żad­na z tych my­śli nie opusz­cza mo­jej gło­wy, bo na wi­dok dziew­czy­ny gu­bię wą­tek. Mój mózg do­słow­nie się za­wie­sza.

Ju­lia ma na so­bie moją ko­szul­kę, któ­ra się­ga jej do ko­lan. Krót­ki rę­kaw koń­czy się za łok­cia­mi. Pie­go­wa­te łyd­ki i przed­ra­mio­na są jesz­cze wil­got­ne, po­dob­nie jak wło­sy. I bar­dzo chciał­bym po­wie­dzieć, że to wy­glą­da na­praw­dę za­baw­nie, ale, niech to szlag, ni­g­dy nie wi­dzia­łem cze­goś sek­sow­niej­sze­go.

- Wrzu­ci­łam ciu­chy do pral­ki, nie pach­nia­ły zbyt ład­nie. - Sili się na uśmiech. - Mam na­dzie­ję, że się nie gnie­wasz.

- Prze­cież sam da­łem ci ko­szul­kę - od­zy­sku­ję głos. - Wiem, że nie masz tu żad­nych ubrań.

- Ta. - Krzy­wi się. - Będę mu­sia­ła to za­ła­twić.

Uno­szę brwi, ale nie idzie za tym żad­ne py­ta­nie. W koń­cu to nie moja spra­wa.

Ju­lia zbli­ża się do kuch­ni. Jest bosa, jej ja­sna skó­ra błysz­czy i wy­da­je się na­pię­ta, aż mam ocho­tę za­ci­snąć na niej swo­je pal­ce. Z nie­wy­tar­tych do­brze wło­sów ka­pie woda, po­zo­sta­wia­jąc mo­kre smu­gi na ple­cach ko­szul­ki. Gdy prze­cho­dzi obok, ude­rza mnie jej za­pach. Wła­ści­wie mój za­pach. Uży­ła mo­je­go żelu pod prysz­nic i szam­po­nu. Mam nie­od­par­tą po­trze­bę wyj­ścia z wła­sne­go miesz­ka­nia i za­czerp­nię­cia po­wie­trza.

- Zro­bi­łem ci kawę - od­zy­wam się wresz­cie. - Nie wiem, czy pi­jesz czar­ną, czy bia­łą. W lo­dów­ce jest mle­ko.

- Dzię­ki. Czar­na jest w po­rząd­ku - mówi ci­cho i przy­sia­da na wy­so­kim stoł­ku.

- Nie wiem, kie­dy wró­cę.

- Mhm - mru­czy, pod­parł­szy po­li­czek na dło­ni.

Wy­glą­da, jak­by znów mia­ła za­snąć.

- Zjedz śnia­da­nie.

Dla­cze­go jesz­cze nie wy­sze­dłem?

- Dzię­ki, nie je­stem głod­na.

Na­ci­śnij tę pie­przo­ną klam­kę.

- Nie ja­dłaś ni­cze­go.

- Do­brze mi to zro­bi.

- Co? - Wy­pusz­czam tor­bę z ręki i wra­cam do kuch­ni. Przy­sta­ję obok jej krze­sła i pod­pie­ram się o ba­rek. - Gło­dze­nie się ma zro­bić ci do­brze? Masz doła, ro­zu­miem. Ale pła­ka­nie w po­dusz­kę i tor­tu­ro­wa­nie wła­sne­go cia­ła nie jest chy­ba naj­lep­szym spo­so­bem na zła­ma­ne ser­ce.

- Co ty mo­żesz o tym wie­dzieć?

Wzdy­cham cięż­ko. Wiem, że Ju­lia nie chce mnie pro­wo­ko­wać, po pro­stu ma zły na­strój, ale nic nie po­ra­dzę na to, że jej sło­wa dzia­ła­ją na mnie jak za­pal­nik.

- To mój dom, więc ja usta­lam za­sa­dy.

Ja­sno­brą­zo­we oczy spo­glą­da­ją na mnie z... prze­ra­że­niem? Za­in­try­go­wa­niem?

- Może po­win­nam się wy­nieść? [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.