Bezpieczna opcja - K.D. Laren

Reflow text when sidebars are open.
Kojarzycie niepoprawne romantyczki? Te słodkopierdzące laski, które reagują piskliwym "Och!", gdy usłyszą ckliwą historyjkę o tym, jak Harry poznał Sally? Te, których oczy napełniają się łzami, kiedy para z filmu lub książki tuż przed końcem rozstaje się w dramatycznych okolicznościach, chociaż wiedzą, że fabuła ma happy end? Albo te, które za każdym razem, gdy przelotnie spojrzy na nie przystojniak w metrze, czują, że to właśnie TEN facet, TA wspaniała, romantyczna historia?
Tak. To właśnie ja. Ta słodkopierdząca laska. A przynajmniej taka byłam jeszcze niespełna trzy lata temu. Teraz jestem po prostu romantyczką. Zakochaną i spełnioną. Wreszcie znalazłam tego jedynego i właśnie rozpoczyna się nowy rozdział mojego love story.
Łzy wzruszenia przysłaniają mi prezentację na laptopie. Ściskając nos u nasady, odchylam głowę do tyłu. Nie mogę się teraz rozbeczeć, nie, kiedy jeszcze nie skończyłam tego wiekopomnego dzieła. Wciąż wymaga kilku poprawek. Wkrótce Historia poznania Julii i Marka ujrzy światło dzienne, chwytając za gardła blisko dwieście mniej lub bardziej znanych mi osób. Z naciskiem na mniej. Poza trzema koleżankami ze studiów i ich mężami wszyscy zaproszeni na ślub goście to krewni mojego narzeczonego, a także tak zwani przyjaciele rodziny. Oczywiście nie mojej, ja jestem sierotą.
Prezentacja z naszymi słodkimi zdjęciami dobiega końca. Skupiam uwagę na ekranie laptopa, bo uwielbiam dwie ostatnie plansze. Pojawia się "KONIEC". Wyobrażam sobie lekkie poruszenie w tłumie, ludzi dyskretnie ocierających mokre policzki i zerkających na mnie z uznaniem. A wtedy pojawia się jeszcze jedna plansza prezentacji z napisem: "ALE JEDNOCZEŚNIE POCZĄTEK".
Bum! Śmiało, proszę państwa, niech łzy wzruszenia leją się strumieniami.
Jestem szczęśliwa. Czy mogę powiedzieć to głośno? Aż trudno uwierzyć, że jeszcze trzy lata temu nie wierzyłam w swój happy end. Dopadł mnie potrzydziestkowy kryzys. Nie wiem, czy istnieje takie określenie, podobnie jak samo zjawisko, ale jestem przekonana, że to, czego doznałam dzień po trzydziestych urodzinach, to właśnie to. Kiedy z przodu masz dwójkę, wciąż jesteś przed trzydziestką, ale w momencie, gdy pojawia się tam trójka, automatycznie wpadasz w otchłań pod nazwą "przed czterdziestką". Nagle w twojej głowie odzywają się głosy: czas na zaręczyny, a ty nawet nie masz chłopaka; czas na męża, a jeszcze się nie zaręczyłaś; kiedy ślub?; kiedy dziecko?; czy twoja praca umożliwi ci spłatę kredytu hipotecznego?; ostatni gwizdek, żeby przejść na dietę, metabolizm nie działa jak kiedyś; czy wiesz, czym jest rezerwa jajnikowa; czy to cholerny siwy włos?
Zegar tyka.
Czujesz oddech na karku.
Wprawdzie nigdy nie uważałam swojego życia za totalną porażkę, ale nagle przytłaczająca stała się myśl, że to, co mam teraz, pozostanie takie na zawsze. A w tym wszystkim najgorszy stał się strach przed samotnością.
Podsumowując, mój status na dzień po trzydziestych urodzinach przedstawiał się następująco: ledwo wiążąca koniec z końcem singielka z duszą niepoprawnej romantyczki, średnio zadbana, z kompleksami, bez faceta i perspektyw na zmianę. W tym czasie koleżanki ze studiów wyszły za mąż i urodziły dzieci. No i nie zapominajmy o klątwie, która ciąży na kobietach z mojej rodziny od pokoleń. Matka, babka i prababka - żadna z nich nigdy nie przeżyła prawdziwej, szczerej miłości ze szczęśliwym zakończeniem. Głęboko w środku zawsze wierzyłam, że z jakiegoś powodu to właśnie ja będę tą, która odwróci zły los. I... stało się. Spotkałam Marka.
To cudowna historia wyjęta wprost z komedii romantycznej, które tak uwielbiam (nic więc dziwnego, że postanowiłam zrobić z niej prezentację). Marek razem ze wspólnikiem otworzyli kancelarię prawną w lokalu obok gabinetu fizjoterapii, w którym pracuję. Pewnego dnia zamykałam gabinet, a Marek kancelarię - drzwi do obu lokali dzielą dwa metry. Oboje byliśmy zamyśleni i zmęczeni po całym dniu pracy, więc nie zwróciliśmy na siebie uwagi. Ja ruszyłam w lewo, on w przeciwnym kierunku i... tak! Zderzyliśmy się! Na chodnik wysypały się dokumenty z teczki Marka.
- Och! Przepraszam - zawołałam słodko. Tak przynajmniej chcę to zapamiętać.
Kucnęliśmy jednocześnie, żeby pozbierać papiery. Nasze dłonie zetknęły się przypadkiem, spojrzeliśmy sobie prosto w oczy i przepadliśmy. Strzała amora przebiła nasze serca. Dałabym sobie rękę uciąć, że w tle leciało When you say nothing at all, a ja wyglądałam w tamtym momencie jak Julia Roberts.
Rumienię się na samo wspomnienie tego niezręcznego, ale jakże uroczego momentu poznania miłości mojego życia. Wkrótce po tym Marek zaprosił mnie na randkę. Czy muszę mówić, że była idealna? Restauracja z wyłączną rezerwacją stolików, fikuśne monoporcje niczym dzieła sztuki, kwartet smyczkowy i takie tam superromantyczne sprawy. Szybko zrozumiałam, że Marek to równie wrażliwa dusza jak ja. Do tego dżentelmen. Nie naciskał w sprawach łóżkowych, a kiedy wreszcie do czegoś między nami doszło, uszanował to, że wolę nie rozbierać się do końca i kochać przy zgaszonym świetle. Po prostu ideał.
Nie jestem typem supermodelki ani filigranowej bohaterki z komedii romantycznych czy mafijnych romansów. "Jej pośladki idealnie mieściły się w jego dłoniach". To chyba z jakiejś książki, nie o mnie. Na pewno nie o mnie. Delikatnie rzecz ujmując, mam masę kompleksów. Największe z udami, tyłkiem i piersiami - są zdecydowanie za duże. Całkiem dobrze opanowałam sztukę kamuflażu. Potrafię ubrać się tak, aby nieco zamaskować swoje defekty. Nie jestem więc idealna, ale przynajmniej mam idealnego faceta, który mnie kocha i akceptuje granice, jakie wyznaczam.
Dziś mojego wspaniałego nastroju nie jest w stanie zepsuć nawet zbliżająca się kolacja w domu rodzinnym Marka. Nie żebym nie kochała rodziny Tomalów. Jego tata to zdystansowany człowiek, nieco oschły, ale jednocześnie mądry i wyrozumiały, a macocha to świetna babka, która cieszy się z planowania wesela równie mocno jak ja. Zdecydowanie ma ciśnienie na zostanie babcią. Każda okazja do bliższego poznania ludzi, których wkrótce będę nazywać mamą i tatą, jest dla mnie powodem do radości.
Malutkim problemem, który - no dobrze, może nie tak malutkim, tylko mierzącym prawie dwa metry wzrostu - jest przybrany brat Marka, Igor. Ten koleś to kawał... Nie, jego nie da się opisać jednym słowem.
Dla większości dziewczyn jest pewnie spełnieniem mokrych snów, dla mnie koszmarem na jawie. Odkąd jestem z Markiem, widziałam go zaledwie trzy razy, bo Igor jest zawodowym siatkarzem. Gra w najbardziej utytułowanym klubie w kraju i właśnie powołano go do podstawowego składu reprezentacji Polski na mistrzostwa Europy. W dodatku jest kapitanem. Większość życia spędza w trasie. To, że mnie kompletnie nie zna, nie powstrzymuje go od bycia impertynenckim gburem. Podczas tych zaledwie trzech spotkań wykorzystał każdą okazję, aby dać mi do zrozumienia, że jestem przesłodzona i naiwna, a do tego na mój widok zawsze robi minę w stylu "rzygam tęczą". W przeciwieństwie do jego matki ucieszyłam się na wieść, że w dniu ślubu będzie na meczu wyjazdowym. Marek też za nim nie przepada, więc naprawdę nikt nie straci na jego nieobecności.
Z Markiem mamy spotkać się na miejscu, w domu jego rodziców na Mokotowie, ponieważ na osiemnastą ma umówionego klienta w kancelarii i nie zdąży wrócić do naszego mieszkania. Na szczęście nie musi się nawet przebierać, bo w pracy zawsze wygląda elegancko. Ja zwykle potrzebuję trochę czasu na doprowadzenie się do przyzwoitego stanu, a i tak nie osiągnę efektu, po którym ktoś spojrzałby na mnie i określił mnie mianem eleganckiej kobiety. Pewnie pomogłaby wymiana garderoby. I fryzjer. I kosmetyczka. Marek byłby w siódmym niebie, gdybym wyrzuciła wszystkie swoje sukienki w kwiatki, szerokie dżinsy i obszerne T-shirty i odstawiła tandetne pierścionki i kolczyki, które zdobią moje uszy od góry do dołu ("odstawiła" to dobre słowo, bo chyba jestem od nich uzależniona).
W głębi duszy jestem chyba hipiską, choć mój sąsiad, pan Antoni, woli określenie "kobieta wiking". Wiele już o sobie słyszałam, ale kobieta wiking? Bez jaj! Przyjazny staruszek raczej nie chciał mnie urazić. Tłumaczył się, że chodzi o pewną dzikość mojej urody. Mam długie jasnobrązowe włosy, które w zależności od światła mogą wydawać się rude, są gęste i pofalowane, a do tego jakkolwiek bym je uczesała, ostatecznie i tak sprawiają wrażenie nieułożonych. W genetycznym pakiecie dostałam również piwne oczy, bladą cerę i piegi. Naprawdę chcę wierzyć, że staruszkowi nie chodziło o mój bujny biust.
Kilka minut przed dwudziestą zatrzymuję samochód przed bramą i czekam, aż oko kamery łypiące na mnie z góry sczyta rejestrację starego Forda. Pogwizduję do przypadkowej piosenki z radia, choć powoli zaczynam czuć lekkie zdenerwowanie. Nie ma się czego bać, powtarzam sobie, gdy stalowe skrzydła bramy otwierają się z głuchym jękiem, a moim oczom ukazuje się żwirowy podjazd w tunelu starych drzew, których powykrzywiane gałęzie kołyszą się na niespokojnym wietrze. Nieśmiało wrzucam jedynkę i wciskam pedał gazu. Drobne kamyczki trzeszczą pod naporem kół.
Otoczenie szybko się zmienia. Żwir przechodzi w brukową kostkę, stare drzewa w geometrycznie przycięte krzewy. Zbliżam się do odrestaurowanej zabytkowej willi i dostrzegam wolną przestrzeń obok czyjegoś samochodu. Nie czyjegoś. To czarne BMW X5 Igora. Potężna bestia. I tak się składa, że ta bestia stoi krzywo, zajmując stanowczo za dużo miejsca (nawet jego auto krzyczy: "Jestem panem tego świata!"). Niestety uświadamiam to sobie dopiero po zaparkowaniu. Nie dam rady otworzyć drzwi. Zatrzaskuję je więc z powrotem, cofam, wykręcam tak, aby zwiększyć odległość między pojazdami, i ponownie parkuję. Na moje oko nie jest źle, choć żeby się wydostać, muszę wypolerować tyłkiem karoserię beemki, ale co tam, ani jej to nie zaszkodzi, ani mnie. Pewnie jest czystsza niż moja szczoteczka do zębów.
Po wszystkim spoglądam w stronę domu i dostrzegam wysoką postać na werandzie ozdobionej białymi rzeźbami i mnóstwem kwiatów.
Igor Tomala stoi w szerokim rozkroku, z rękoma założonymi na klacie, i przygląda mi się spod ściągniętych brwi. Niech to, miał stąd dobry widok na mój popis gracji.
Przyklejam do twarzy uprzejmy uśmiech i kieruję się w stronę schodów.
Facet jak zwykle wygląda na lekko poirytowanego. O ile mam wiele obiekcji co do jego pochmurnej miny, tak nie mogę przyczepić się do wyglądu. Jest przystojny i elegancki w niewymuszony sposób. Ma na sobie szare spodnie w kratę od garnituru, brązowe skórzane buty i pasujący do nich pasek. Śnieżnobiałą koszulę rozpiął pod szyją, a rękawy podwinął. Materiał opina jego szerokie barki, ale nie tak, jak to bywa w przypadku kolesi, którzy zakładają koszule o rozmiar mniejsze, aby podkreślić, jak bardzo są napakowani. W jego przypadku ubranie leży jak druga skóra. Na nadgarstku Igora błyszczy prosty stalowy zegarek.
- Mój samochód nawet nie musnął twojego! - wołam, siląc się na swobodny ton. Do tego posyłam przyszłemu szwagrowi swój flagowy, uroczy uśmiech.
- Ale co innego tak - odpowiada tym swoim szorstkim, beznamiętnym głosem, jakby wcale nie myślał teraz o moim tyłku.
Moje wnętrzności zamieniają się miejscami, ale nie daję tego po sobie poznać. Taką przynajmniej mam nadzieję. Cholera, ja się tego człowieka boję!
- Jak miło, że przyjechałeś na rodzinną kolację - staram się zabrzmieć uprzejmie, a przynajmniej neutralnie.
Wspinam się na ostatni schodek werandy.
- Nie wątpię.
- Macie przerwę w meczach? - Chcę go ominąć i wejść do domu, ale stanął (założę się, że specjalnie) przy samych drzwiach. Jestem pewna, że czeka, aż poproszę go, aby łaskawie się przesunął. - Marek śledził ostatnio tabele, mówił, że sezon dobrze wam poszedł.
Okej. W tej kwestii nie jestem świnią i nie zamierzam ironizować. Bo za to, że Igor jest jednym z najlepszych siatkarzy w Polsce - z Warszawskimi Orłami zajmuje pierwsze miejsce w PlusLidze, a wkrótce z kadrą narodową ma szansę na puchar mistrzostw Europy - należy mu się szacunek. Cała reszta jest jednak do bani.
Z gardła Igora wydostaje się śmiech kipiący drwiną.
- Marek interesuje się sportem? Czyżby zwąchał okazję, jak można na nim zarobić?
- Och, całkiem zapomniałam - mówię słodkim głosikiem, żeby zaraz dodać ze złością - że obwiniasz go o całe zło tego świata. Marek śledzi twoje sukcesy, bo jesteś jego bratem.
Po śmiechu nie ma śladu, a ciemnobrązowe oczy wpatrują się teraz we mnie tak długo i intensywnie, że aż cała się spinam. Naprawdę żałuję, że Igor to dupek. Ktoś tak przystojny, wysportowany i utalentowany mógłby stworzyć piękną, romantyczną historię. Niestety nie widzę dla niego ratunku.
- Mogę? - Wskazuję głową drzwi, a właściwie potężne ciało, które je całkiem przysłania. Na ustach Igora ponownie wykwita cwany uśmieszek i dopiero po chwili dociera do mnie, jak to zabrzmiało. - Wejść. Czy... mogę wejść? - dukam, tylko się pogrążając.
- Czy ty właśnie świntuszysz w myślach, Julietto? - Zaśmiewa się w głos.
Marszczę gniewnie brwi. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo w rzeczywistości pewnie wyglądam na zmieszaną i onieśmieloną. Facet ma przewagę, góruje nade mną wzrostem i posturą. Nie jestem drobna, ale też nie przesadnie duża - mimo to przy mężczyznach zawsze czułam się... sama nie wiem, jak to nazwać. Na usta ciśnie mi się słowo "toporna", choć przecież wiem, że to tylko echo moich kompleksów, skrzywionej samooceny karmionej książkowymi i filmowymi ideałami. Tą dziwną potrzebą, by czuć się drobną kobietką w ramionach mężczyzny. Igor jest jedynym facetem, przy którym naprawdę wydaję się sobie malutka. Tyle że w tym przypadku działa to na moją niekorzyść. Nie ma w tym nic fajnego.
Czuję, jak na moje policzki wstępują rumieńce. Robi mi się gorąco. Otwieram usta, żeby coś z siebie wykrztusić, na przykład żeby nie nazywał mnie Juliettą, na szczęście ratuje mnie Linda.
- Julio, moja kochana! - Rozkłada ręce na powitanie. - Dlaczego stoicie przed domem? Czy Marek już jedzie? Nie chcę, żeby pieczeń wystygła.
Igor przesuwa się nieznacznie w bok, żeby mnie przepuścić. Oczywiście robi to z premedytacją, bo wie, że nie jestem drobna jak jego matka i potrzebuję więcej przestrzeni, żeby przejść. Ten idiota już na starcie chce mnie poniżyć, pokazać, co o mnie myśli. Jestem pewna, że jego niechęć wobec mnie wynika w dużej mierze z oceny mojej sylwetki. Pewnie nie rozumie, dlaczego jego brat nie spotyka się z jakąś supermodelką.
On sam jest zawodowym sportowcem, jego ciało to perfekcyjna rzeźba. Szczęściarz nie musi nawet szczególnie się wysilać, aby to podkreślić. Wystarczy biała koszula z podwiniętymi rękawami i szare eleganckie spodnie, żeby w oczy rzuciły się szeroka klata, silne przedramiona i długie, umięśnione nogi. Jego twarz - bo jak wiemy, Bóg nie jest w takich kwestiach sprawiedliwy - też jest ładna. Nie w taki klasyczny sposób jak w przypadku Marka, który zdecydowanie bardziej pasuje do bohatera powieści romantycznej, ale to wciąż ładna, intrygująca twarz. Jest w niej coś zadziornego, coś, co stawia go raczej w roli czarnego charakteru (zły do szpiku kości, ale koniec końców wszystkie kobiety i tak do niego wzdychają).
Tak czy owak, obaj bracia to przystojniacy, ale gołym okiem widać, że nie są spokrewnieni. Marek ma sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i jest niebieskookim szatynem o jasnej karnacji, zaś Igor to dwumetrowy brunet o dużych ciemnobrązowych oczach ocienionych długimi jak na faceta rzęsami. Niekiedy jego tęczówki wydają się niemal czarne, a granica między nimi i źrenicami zupełnie zanika. Przysięgłabym, że dzieje się tak za każdym razem, gdy na mnie patrzy. Dziś pierwszy raz widzę go z brodą. Jest gęsta i profesjonalnie przystrzyżona. Dzięki niej Igor wygląda poważniej, a już na pewno groźniej. Jego skóra ma odcień czekolady z dużą ilością mleka - pewnie powinnam od tego zacząć, ponieważ to coś, co zwraca uwagę jako pierwsze. Linda, jego mama, to piękna czarnoskóra kobieta pochodząca z Portugalii. Przyjechała do Polski jako nastolatka. Nie znam dokładnie jej historii, wiem tylko tyle, że Igor jest owocem jej związku z Polakiem, który zmarł, gdy ta była jeszcze w ciąży.
Omijam Igora z wysoko uniesioną głową. Niefortunnie biodrem ocieram się o jego udo. To ledwie muśnięcie, ale wystarczy, żebym spaliła się na popiół.
Podążam za Lindą, udając, że nic się nie wydarzyło, bo w gruncie rzeczy nic się nie wydarzyło, ale ja, do cholery, czuję, jakbym właśnie zrobiła coś złego. Myśl, że Igor idzie teraz za mną, ogląda moje krągłości z najgorszej możliwej perspektywy, ocenia, wyśmiewa i krytykuje, mrozi mi krew w żyłach. Jedynym pocieszeniem jest to, że dobrze się dziś ubrałam. Zamiast spodni podkreślających wielki tyłek wybrałam zwiewną, kwiecistą sukienkę do kolan, która dzięki lekkiemu rozkloszowaniu od bioder ukrywa niedoskonałości.
Moje spięcie w obecności Igora spowodowane jest nie tylko tym, że koleś mnie nie lubi. Związane jest także z pewną wstydliwą tajemnicą, którą zamierzam zabrać do grobu i której nie wyjawię, nawet gdyby poddawano mnie wymyślnym torturom. Jak wiadomo, sny to coś, czego nie kontrolujemy. Nie ma dowodów na to, że mają jakikolwiek związek z naszymi uczuciami, pragnieniami... No dobrze, koniec tłumaczenia. Mam na swoim koncie erotyczny sen z Igorem. Niekiedy odnoszę wrażenie, że on o wszystkim wie. Gdy patrzy na mnie w ten tajemniczy i chłodny sposób, niemal słyszę jego myśli kierowane w moją stronę: WIEM O WSZYSTKIM.
Dlaczego to musiało spotkać właśnie mnie? Będę nosiła to brzemię do końca życia i nawet jeśli tłumaczę sobie, że nie miałam na to wpływu, to poczucie winy potrafi nieźle przygniatać. Szczególnie gdy sceny ze snu stają mi przed oczami w najmniej oczekiwanym momencie. Na przykład wtedy, kiedy robię sobie dobrze. Wystarczy, że zacznę się pieścić, a nic nie jest w stanie odgonić tych grzesznych myśli - wspomnienia snu, w którym wiję się i krzyczę, podczas gdy on wykazuje się niebywałą sprawnością palców i języka. "Jesteś cholernie wkurzającą dziewczyną, Julietto".
- O czym tak myślisz, Julietto? - Głos Igora staje się rzeczywisty, wibrując tuż przy moim uchu.
Wzdrygam się i czerwienię. Nieśmiało patrzę mu w oczy, ale natychmiast tego żałuję, bo tańczące w nich iskierki rozbawienia tylko pogarszają sytuację.
Cholerka, w mojej romantycznej historii nie ma miejsca na takie wpadki.
- Gdzie ten Marek? - irytuje się Linda, omiatając wzrokiem suto zastawiony stół. Imię mojego narzeczonego w jej ustach sprowadza mnie na ziemię. Znów dopada mnie poczucie winy i wstyd. - Pieczeń wystygnie.
- Na pewno zatrzymało go coś ważnego - z kuchni dobiega niski głos Henryka, na dźwięk którego sztywnieje mi kark.
Jestem gnojem. Największym gnojem, jakiego widział świat. Jeśli piekło istnieje, mam już w nim zarezerwowane miejsce. Nienawidzenie przybranego brata to jedno, ale pożądanie jego przyszłej żony to już szczyt wszystkiego.
Nie zmienia to faktu, że przyjemnie było patrzeć, jak Julia ociera swój seksowny tyłek o mój samochód, a później się rumieni, przez co piegi na jej policzkach stają się ciemniejsze. Tyle mojego. Żałuję jedynie, że nie włożyła spodni w stylu tych, które miała na spędzie rodzinnym w zeszłe lato. Tamtego dnia przez całe popołudnie poprawiała długą, luźną koszulę zakrywającą jej biodra, ale po kilku lampkach wina wreszcie przestała się pilnować i nie zauważyła, kiedy ta się podwinęła. Na samo wspomnienie tych cudownych kształtów robi mi się ciasno w spodniach. Na szczęście charakterek tej dziewczyny szybko sprowadza mnie na ziemię i sprawia, że zaczynam jej mniej żałować w kontekście ślubu z Markiem. Laska jest stanowczo zbyt słodka, urocza i pozytywna.
Kątem oka dostrzegam, jak spina się na dźwięk głosu Henryka. Mój ojczym jest szorstki i bezuczuciowy, czyli dokładnie taki, jak jego syn i mój przybrany brat Marek, ale z jakiegoś powodu Julia dostrzega tę cechę tylko u starszego z rodu.
Dziewczyna się prostuje. Widzę, jak zaciska zęby, a sekundę później uśmiecha się promiennie. Ojczym ledwie unosi kąciki ust, ale naiwna Julietta zadowala się tym ochłapem, jakby właśnie wygrała los na loterii.
Teatrzyk czas zacząć.
- A więc to prawda, że nie będzie cię na ślubie? - Henryk zwraca się do mnie, choć zna odpowiedź, w dodatku nie od dziś.
Siadam do stołu. Przelotnie zerkam na matkę, której błagalne spojrzenie tylko czekało, aż je uchwycę, i przypominam sobie, że jestem tu dla niej.
- Tak się złożyło - rzucam, jakby zapamiętanie, że gram, kurwa, w reprezentacji Polski i w dniu wiekopomnego ślubu mam z drużyną pierwszy mecz mistrzostw Europy na wyjeździe, było takie trudne.
- To ślub twojego brata.
Brata... dobre sobie.
Gryzę się w język. Jesteś tu dla matki, pamiętaj.
Zdaję sobie sprawę, że ten człowiek nigdy nie będzie ze mnie dumny, bo nie uznał mnie za swojego syna, podobnie jak uprawiania zawodowego sportu nie uważa za prawdziwą pracę. Zresztą nie sport jest tu problemem. Mógłbym zgarnąć Nobla z fizyki, a on i tak poklepałby mnie po ramieniu, mówiąc: "Dobrze ci poszło, ale Nobel tylko z jednej dziedziny?".
Nagle odzywa się Julia, a co więcej, zwraca się właśnie do mnie.
- Wspaniale, że lecicie do Lizbony.
Dlaczego nie zacznie swojej ukochanej gadki o ślubie i całym tym romantycznym gównie? Ach, tak. Przecież wiem, co właśnie robi. Gra w grę pod tytułem "Jak zakamuflować tę sztywną, śmierdzącą atmosferę" albo, jak kto woli, "Udawajmy, że właśnie jemy kolację w normalnej rodzinie".
- Będziecie mieli czas na zwiedzanie? - dodaje, wpatrując się we mnie intensywnie piwnymi oczami. Oczekuje odpowiedzi, więc robię dokładnie to samo. Świdruję ją wzrokiem. Mam nadzieję, że umiejętnie to odczyta.
Po chwili ucieka spojrzeniem w pusty talerz i poprawia się na krześle. Jeden zero dla mnie.
- Mamy napięty grafik - odpowiadam. - Ale może chcesz mi coś polecić? Byłaś kiedyś w Portugalii? - Nie wiem, dlaczego w to brnę. Chyba spodobało mi się peszenie jej. Zdecydowanie chcę więcej.
- Nie, nie byłam. Za daleko na podróż autem, a samolotami nie latam.
- Dlaczego?
- Ze strachu.
- Serio? Jak możesz bać się czegoś, czego nigdy nie przeżyłaś?
- Cóż, mowa o zamknięciu w maszynie lecącej średnio dwanaście tysięcy kilometrów nad ziemią.
- Chcesz powiedzieć, że nigdy nie byłaś za granicą? - Rozsiadam się na krześle nieco nonszalancko.
- Nie miałam okazji, ale szczerze mówiąc, kompletnie tego nie potrzebuję.
- Podróżowania? Zwiedzania? - Czuję na sobie ciężar spojrzenia matki, jednak nie przestaję. - Odkrywania innych kultur? Próbowania pysznego jedzenia?
Przygryziona warga przyciąga moje spojrzenie. Szkoda, że z tych różowych ust wychodzą słowa wielbiące największego dupka na ziemi. To nie wina Julii. Jest zbyt słodka, uprzejma, miła, skromna - wszystko to działa mi na nerwy, ale w głębi duszy wiem, skąd się biorą moje uprzedzenia wobec niej. Wystarczy, że jest narzeczoną Marka. Jeśli kocha mojego przybranego brata, nie może być dobrą osobą. Nie powstrzymuje mnie to jednak przed wyobrażaniem sobie, jak idealnie te pełne wargi wyglądałyby na moim kutasie.
- Jestem rasową domatorką - odpowiada Julia.
Przyznaję, mam małą obsesję na punkcie wyglądu tej bladej pieguski. Sam nie wiem, co fascynuje mnie w niej bardziej. Dekolt usiany piegami? Ciekawe, czy pokrywają również piersi... A może chodzi o włosy, których koloru nie potrafię jednoznacznie określić? Trudno stwierdzić, czy są brązowe, czy rude.
Oczywiście wiem, że nie mogę pożądać tej dziewczyny, i bynajmniej nie ma to związku z wyrzutami sumienia. Mam gdzieś mojego parszywego braciszka i bycie uczciwym wobec niego. Po prostu nigdy więcej nie pozwolę sobie na zazdrość o to, co należy do niego.
- Rozumiem - nie rezygnuję z dyskusji. - Czyli ślub, dom z ogródkiem, dzieci, psy i tego typu rzeczy. - Moje słowa ociekają drwiną, którą dziewczyna natychmiast wychwytuje. Widzę to po tym, jak znów zaciska zęby i mruży oczy, próbując zamordować mnie wzrokiem.
- Stworzycie wspaniałą rodzinę. - Z odsieczą przychodzi matka. Kładzie dłoń na drobnych palcach Julii i obdarowuje ją łagodnym spojrzeniem. - Już nie mogę się doczekać!
Gest matki sprawia, że zwracam uwagę na dłonie narzeczonej mojego brata, na których znajdują się tylko dwa pierścionki: złoty z zielonym szkiełkiem, no i ten z wielkim białym diamentem, który dostała od Marka na zaręczyny. Zastanawia mnie ten nagły minimalizm, bo chociaż widziałem ją ledwie trzy razy w życiu, zarejestrowałem, że ma zamiłowanie do bogatego zdobienia palców i uszu. Pamiętam, że poświęciłem nawet chwilę zastanawiając się, czy uważam to za bardziej kiczowate, czy seksowne.
Matka przenosi wzrok na mnie. Biedna, musi boleć ją głowa od siedzenia w takim napięciu. Jedzenie kolacji przy jednym stole ze mną i moim ojczymem jest jak siedzenie na tykającej bombie. Przy czym to mnie uważa za zapalnik.
Sięgam po szklankę. Zimna woda przyjemnie chłodzi gardło. Postanawiam odpuścić.
Jak tylko przekonuję samego siebie, że nie warto przesadnie angażować się w to spotkanie, spływa na mnie spokój. Jestem ostatnią osobą, która w tym gronie może komuś czegoś zazdrościć. Osiągnąłem sukces, który zawdzięczam wyłącznie sobie. Swojej ciężkiej pracy, determinacji i wielu wyrzeczeniom. Nie bez znaczenia są też lata rozmów z psychologiem sportowym i wyjaśnienie sobie, jak niektóre sprawy z przeszłości usiłowały odebrać mi dumę i radość z tego, co mam. Jednak z jakiegoś powodu odczuwam nagły skok ciśnienia krwi, gdy matka wspomina o ślubie Marka i Julii z takim entuzjazmem, jakby to było największe osiągnięcie w rodzinie. Zdecydowanie większe od tego, że jej rodzony syn zdobył z drużyną wszystko, co było do wzięcia w sezonie, i został powołany do kadry narodowej na mistrzostwa Europy w siatkówce. Kibicują mi i wielbią mnie miliony ludzi w tym kraju, a ja nadal czuję, że dla własnej matki jestem gorszy od przysposobionego syna - prawnika, który rok temu otworzył ze wspólnikiem kancelarię w centrum Warszawy.
- Wybaczcie spóźnienie!
Wreszcie wpada Marek i zaczyna witać się ze wszystkimi po kolei. W naszym przypadku kończy się na szybkim uścisku dłoni.
Z ojcem również wymienia uścisk, klepią się plecach. Moja matka dosłownie rzuca mu się na szyję. Zaraz potem Marek nachyla się do Julii i całuje w policzek, rzucając cicho:
- Gdzie sukienka ode mnie? - Po czym rozsiada się na krześle obok.
Julia, jak zawsze, próbuje przykryć zakłopotanie uśmiechem. Dyskretnie chwyta dekolt sukienki w kwiaty i podciąga go w górę. Mam dziwne przeczucie, że będzie wykonywać ten ruch przez cały wieczór, podobnie jak robiła to z koszulą na letnim pikniku.
Chciałbym wierzyć, że się przesłyszałem, ale siedzę zbyt blisko. Ten idiota zamiast powiedzieć swojej dziewczynie, jak pięknie dziś wygląda, tylko przyczepił się do tego, że nie włożyła sukienki wybranej przez niego. Jeśli o mnie chodzi, też nie jestem fanem tych zwiewnych kiecek, które ukrywają atuty (chociaż dekolt jest niczego sobie, na pewno nie odsłania piersi w wulgarny sposób), jednak ta dziewczyna została hojnie obdarowana przez naturę, więc musiałaby chyba włożyć worek pokutny, żeby całkiem zasłonić swoje bujne kształty. Ale ja, do cholery, nie jestem jej narzeczonym, tylko obcym kolesiem, który stanowczo za dużo myśli o jej seksownym ciele. To Marek powinien ślinić się na jej widok, nie ja.
Matka wchodzi w rolę gospodyni domu. Zaczyna tłumaczyć, co jest na stole, wszyscy chwalą zapachy i wygląd potraw, zupełnie jakby nie wiedzieli, że to nie ona je przygotowała, a pracująca dla rodziny kucharka. Julia też podejmuje tę grę, przechodząc do porządku dziennego nad niezbyt miłym powitaniem, które zaserwował jej narzeczony. Tylko ja gotuję się w środku i wyobrażam sobie, jak wyglądałaby gęba Marka zatopiona w sosie z tej soczystej pieczeni.
Przez kolejne dwie godziny słucham o nudnych prawniczych sprawach. Zabawne, że Henryk tak często podkreśla, jak bardzo jest dumny z kancelarii syna, podczas gdy większość spraw Marek prowadzi na jego zlecenie. Mój ojczym jest właścicielem sieci luksusowych hoteli w Warszawie, a Marek od zawsze był przygotowywany na przejęcie rodzinnego biznesu. Tak więc życiowa ścieżka, którą objął mój braciszek, tylko na pozór jest realizacją własnych planów i ambicji. Docelowo i tak chodzi o reprezentowanie interesów tatusia.
Nie brakuje też tematów o przewodnim kolorze wesela, rodzajach kwiatów i zbliżającej się przymiarce sukni ślubnej. Wspaniale, że nie będzie mi dane zobaczyć finału tego cyrku. Okazję do spotkania z całą rodziną będę miał dopiero za dwa miesiące podczas corocznego pikniku na koniec lata. To tradycja, którą matka i ojczym kultywują od dwóch dekad. Każdego roku dwudniowa impreza odbywa się w innej lokalizacji i zjeżdża się na nią cała rodzina, a także przyjaciele i wspólnicy Henryka. To jedno z największych wydarzeń warszawskiej śmietanki towarzyskiej. W tym roku jedziemy na Mazury. Za każdym razem matka podkreśla, jak ważna dla rodziny jest moja obecność, a ja robię to dla niej, wychodząc z założenia, że będę miał spokój przez kolejny rok.
- Po ślubie powinnaś zdecydowanie mniej pracować. - Wracam na ziemię, gdy ojczym zwraca się do Julii. - Pewnie gdy pojawią się dzieci, zostaniesz w domu. Ale do tego czasu może warto pomyśleć o zmianie profesji. Praca biurowa w godzinach od ósmej do szesnastej wydaje się rozsądniejsza. W moich hotelach wciąż szukają kogoś do księgowości. Czy Marek nie wspominał, że masz fakultet z finansów?
- Och, to bardzo miłe - odpowiada - ale nie wyobrażam sobie zajmować się czymkolwiek innym niż fizjoterapią.
- Marek mówił, że nie masz najlepszych warunków, i do tego miewasz problemy z urlopem.
Marek mówił. Marek wspomniał.
Dyskretnie zerkam na zegarek i zastanawiam się, jak długo muszę tu jeszcze siedzieć, żeby wewnętrznie nie umrzeć, a jednocześnie nie sprawić przykrości matce zbyt wczesnym odejściem od stołu. Tak bardzo chciałbym już wskoczyć w szerokie bawełniane dresy i luźny T-shirt, otworzyć piwo IPA, które chłodzi się w mojej lodówce, i obejrzeć skróty ligowych meczów.
- To prawda, szef nie jest zbyt wyrozumiały. Po ślubie rozejrzę się za innym gabinetem. - Widać, że Julia bardzo się stara nie urazić przyszłego teścia.
Dałbym wiele, żeby zobaczyć ją, kiedy przestaje się tak przesadnie kontrolować.
- Ta branża jest specyficzna, wątpię, żebyś w innym miejscu znalazła lepsze warunki.
Julia wkłada do ust ziemniaka. No cóż moja matka jak zwykle zignorowała fakt, że jej przyszła synowa jest wegetarianką, więc jedyne, co może zjeść tego wieczoru, to właśnie ziemniaki i sałata. Dziewczyna uśmiecha się z pełnymi ustami i kiwa głową, a ja czuję się lekko pobudzony tym spektaklem.
- Kochanie, niech nasze dzieci robią to, w czym czują się najlepiej. - Muszę przyznać, że postawa matki, która zwykle ulega mężowi, nieco mnie zaskakuje.
- Masowanie obcych ludzi to chyba nie jest najlepszy wybór - odburkuje Henryk.
Przyglądam się drobnej grdyce Julii wolno przesuwającej się pod cienką skórą szyi.
No, dalej, dziewczyno. Powiedz mu, do cholery, o czym myślisz.
- Właściwie fizjoterapia to coś więcej niż masaż.
Tylko tyle? Naprawdę sądzisz, że obronisz się w tej nierównej walce, będąc potulna jak baranek?
- Fizjoterapia w ostatnich latach mocno się rozwinęła i rośnie na nią zapotrzebowanie - wtrącam się, bo to widowisko przestaje mnie już bawić. - W sporcie zdecydowanie częściej mamy do czynienia z fizjoterapeutami niż ortopedami. Pomagają wrócić ludziom do sprawności po urazach, kontuzjach i operacjach.
Usta Henryka wykrzywiają się w kwaśnym uśmiechu. Zwracam się bezpośrednio do niego:
- Podobno szykujesz się na wstawienie endoprotezy biodra. Po operacji będziesz potrzebował kogoś takiego jak Julia.
Policzki dziewczyny płoną, rozchylone wargi wyrażają zdziwienie.
- Doprawdy? - Henryk ściąga krzaczaste brwi. - To ciekawe - dodaje i skupia uwagę na pieczeni.
Czuję na sobie wzrok Julii. Czekałem na to. Chcę zobaczyć wdzięczność, choćby drobne skinienie, a może nawet uśmiech. Chcę zobaczyć, że jest pod wrażeniem. Ale ona tylko mruży oczy. A mnie bardzo nie podoba się to badawcze, podejrzliwe spojrzenie.
Z głową opartą o zagłówek obserwuję rozmazujące się za oknem światła miasta. W połowie spotkania zdecydowałam się na lampkę białego wina, licząc na to, że pomoże mi się choć odrobinę rozluźnić. Kierowca rodziny ma rano odstawić mój samochód. Niestety, alkohol na nic się nie zdał. Spotkanie było potwornie stresujące.
Boli mnie głowa i brzuch. To pierwsze chyba z nerwów, drugie z głodu, bo głównym daniem wystawnej kolacji było mięso, którego nie jem. Jestem pewna, że Linda nie zrobiła tego celowo, zwyczajnie zapomniała.
Analizuję przebieg spotkania krok po kroku. Nie było tak źle, przekonuję samą siebie. Całkiem miło. Czy nie sprawiłam komuś przykrości? Nie palnęłam nic głupiego? Im dłużej myślę, tym coraz trudniej ocenić mi, jak wypadłam. Po rozmowie na temat mojej pracy i niespodziewanym wsparciu ze strony Igora Henryk niewiele się odzywał. Jeśli już coś mówił, to głównie do Marka. Jestem jego przyszłą synową, ten facet musi mnie polubić.
Nie tak to miało wyglądać.
Cholera, było źle. Tak, kompletna porażka.
Dobiega do mnie prychnięcie Marka. Ściągnąwszy brwi, odwracam głowę i przyglądam mu się badawczo. Na jego gładko ogolonej twarzy uwypuklają się mięśnie.
- Coś nie tak?
- Ten kretyn nie ma prawa wtrącać się w nasze sprawy. - Zaciska dłonie na kierownicy, aż bieleją mu knykcie. - Co on sobie myśli? Zachowywał się, jakby cokolwiek wiedział o nas i twojej pracy.
Ach, czyli on też myślał o Igorze.
- Chyba trochę przesadzasz. - Wyciągam dłoń w kierunku narzeczonego, ale szybko ją cofam, ponieważ ręka Marka gwałtownie unosi się nad kierownicą, a potem w nią uderza. Wsuwam złączone dłonie między uda.
- Mogłaś przynajmniej powiedzieć, że rozważysz propozycję.
Zaraz...
- Co takiego?
Zasycha mi w gardle.
- Skarbie, zrozum - mówi. Nie podoba mi się ten ton głosu. Jakby zwracał się do dziecka, które nie jest w stanie pojąć tego, że dorośli chcą dla niego dobrze. - Ojciec mało kiedy proponuje coś takiego.
- To miło z jego strony - kłamię - ale nie chcę robić w życiu nic poza byciem fizjoterapeutką. Rozmawialiśmy o tym. - Bronię się, choć poczucie winy powoli mnie dopada.
Niczego nie jestem tak pewna jak tego, że chcę pomagać ludziom w naprawianiu ich ciał, a jednak urażony ton głosu mojego narzeczonego wzbudza we mnie wyrzuty sumienia. Od razu zaczynam czuć się źle z faktem, że nie rozważyłam propozycji przyszłego teścia, chociaż absolutnie tego dla siebie nie chcę.
Zatrzymujemy się na czerwonym świetle. Korzystając z chwili, Marek spogląda na mnie spod ściągniętych brwi. Jego jasne włosy są zmierzwione, a oczy przekrwione, ale nie jestem pewna, czy ze zmęczenia, czy ze złości.
- Rozmawialiśmy również o tym, że twój szef cię wykorzystuje - kontynuuje tyradę. - Dostajesz niesprawiedliwe grafiki, pracujesz za długo, do późna, za mało zarabiasz i jeszcze masz problem, żeby wziąć urlop.
- Trochę przesadzasz - mówię pod nosem, nerwowo skubiąc krawędź sukienki. - Gdyby nie ta praca, może nigdy byśmy się nie poznali.
Znów ruszamy. Marek wbija wzrok w przednią szybę. Jedną ręką gwałtownie luzuje krawat.
- Wiesz, że Igor wcale nie stanął po twojej stronie, prawda? - pyta. - On tylko zwęszył okazję do bycia wrednym wobec mojego ojca. Zawsze taki był.
Odpowiadam skinieniem głowy, chociaż nie wiem, czy się zgadzam.
Jak na kogoś, kogo widujemy raz w roku, Igor stanowczo za często pojawia się w naszych rozmowach. Dzięki sportowemu stypendium opuścił dom już w wieku siedemnastu lat. Od tamtej pory przybrani bracia widywali się tylko na najważniejszych rodzinnych spotkaniach, a mimo to przeszłość nie daje im spokoju.
Marek nigdy nie opowiedział mi jednej długiej historii o tym, jak wyglądało ich dzieciństwo, ale często podkreślał, że Igor był buntownikiem, przysparzał wszystkim kłopotów, a u podstaw takiego zachowania leżała zazdrość o matkę.
Wreszcie docieramy do naszego mieszkania. Myślami jestem już w łóżku. Biorę szybki prysznic, a kiedy wychodzę, Marek właśnie myje zęby. Zarzucam szlafrok, nakładam pastę na szczoteczkę i staję obok narzeczonego.
- Mogę o coś spytać? - odzywa się Marek.
Czuję potworne zmęczenie i najchętniej odpowiedziałabym "nie", bo jutro czeka mnie ostatnia przymiarka sukni ślubnej, więc nie mogę pójść na nią z worami pod oczami, ale uśmiecham się tylko i potakuję.
- Dlaczego nie włożyłaś dziś sukienki ode mnie? Nie podoba ci się?
Odwracam się, żeby sięgnąć po krem do szafki i tym samym ukryć dyskomfort, jaki wywołało we mnie to pytanie.
- Całkiem o niej zapomniałam - odpowiadam, siląc się na obojętność, choć z góry wiem, że moja taktyka skazana jest na porażkę.
- Chciałem, żebyś ją włożyła. Wiesz - cmoka Marek, a na jego twarzy rysuje się przesadne strapienie - ojciec bardzo sobie ceni elegancję. On cię uwielbia, serio. Nie myśl, że jest inaczej. Ale chciałbym, żeby naprawdę cię pokochał, zaczął traktować jak członka rodziny - kontynuuje, a ja z każdym jego słowem coraz mocniej zapadam się w sobie. - Ta sukienka w kwiatki jest trochę zbyt intensywna, a do tego ten dekolt. Skarbie... dla mnie jesteś piękna w każdym wydaniu, ale ojciec ma swoje zasady. Powinniśmy je uszanować, tym bardziej że to on płaci za wesele.
- Ach, tak? Nie sądziłam, że to takie ważne. - Szybko wklepuję w twarz krem i wychodzę z łazienki. - Włożę ją następnym razem - dodaję z uśmiechem, choć mam ochotę powiedzieć o wiele więcej.
Na przykład to, że sukienka, którą mi kupił, jest okropna. Zupełnie nie w moim stylu, zbyt elegancka i poważna. Zapewne dobrze ukryłaby moje mankamenty. Dekolt w łódkę wysmukliłby szyję i ramiona, materiał spłaszczyłby biust, a dół w kształcie litery A, do kolan, zakryłby tyłek i uda. Ale poza funkcją optycznego wysmuklenia w sukience jest wszystko, czego nie znoszę. Może nie lubię swoich krągłości, ale jeszcze bardziej nienawidzę mieszanki poliestru i elastanu, udającej fajną, drogą kieckę, w której możesz pójść na każdą z możliwych okazji: obiad u rodziców, kolację służbową, wesele koleżanki i pogrzeb. Wszystko to bardzo chciałabym powiedzieć, ale nie robię tego, bo nie chcę sprawić przykrości mojemu facetowi. Doceniam jego starania, doceniam fakt, że specjalnie dla mnie odwiedził damski butik i wybrał sukienkę, w której - w co szczerze wierzył - będę wyglądać dobrze.
Kładziemy się do łóżka. Marek całuje mnie w czoło, po czym odwraca się plecami i wkrótce zasypia. Czuję ulgę, że jest zmęczony i nie ma ochoty na zbliżenie. Ulga szybko jednak przemienia się w przygniatające poczucie winy, bo przecież nie tak to powinno wyglądać. Na etapie narzeczeństwa pary są głodne siebie i nawet zmęczenie nie jest w stanie powstrzymać żądzy. Tymczasem nie pamiętam, kiedy ostatnio się kochaliśmy. Nie pierwszy raz dopada mnie natrętna myśl, że w naszym love story coś nie gra, i nie pierwszy raz składam to na karb przedślubnego stresu.
Powtarzam sobie, że wszystko jest okej. Seks jest przereklamowany, a większość ludzi z mojego pokolenia wychowywała się, karmiona jego zniekształconym obrazem z amerykańskich filmów. Nie zawsze musimy mieć na to ochotę. Stres, praca, codzienne obowiązki...
Ale ty masz ochotę. Twoje libido ma się całkiem dobrze.
Prowadzę palce do sutków i lekko je drażnię. Prawą dłoń wsuwam w spodenki od piżamy i pocieram łechtaczkę. Tłumię jęk, przygryzając dolną wargę.
Tak, zdecydowanie tego potrzebuję.
Ostrożnie, żeby nie obudzić Marka, odwracam się i kładę na brzuchu. Moja dłoń przesuwa się nieznacznie w górę i w dół. Stopniowo odnajduję swój rytm, idealne tempo, i wkrótce szybki, krótki, ale intensywny orgazm spina moje ciało, by za chwilę błogo je rozluźnić.
Teraz mogę spokojnie zasnąć.
***
Rano budzę się podekscytowana. Czeka mnie przymiarka sukni ślubnej. Krawcowa obiecała uwzględnić wszystkie moje prośby, chociaż była sceptyczna wobec staroświeckiej koronkowej sukni z długim rękawem i zabudowanym dekoltem. Do samego końca próbowała przekonać mnie do kroju syrenki z wycięciem w kształcie serduszka nad biustem. W jej mniemaniu mam do niej idealną figurę, co jest oczywiście śmieszne, bo oznaczałoby to podkreślenie wszystkich niedoskonałości. Poza tym moja suknia i długi welon to prawdziwie romantyczny zestaw. Doskonale wpasuje się w klasyczny, elegancki wystrój sali bankietowej, w której odbędzie się nasze wesele.
Na początku, kiedy wedding plannerka zatrudniona przez Tomalów przedstawiła mi dokładną wizualizację przyjęcia, łącznie z dodatkami, bukietem ślubnym i suknią, zwątpiłam, czy chcę, aby najważniejsze decyzje były podejmowane poza mną, ale szybko zrozumiałam, jakie to szczęście, kiedy człowiek może pozwolić sobie na pomoc profesjonalisty. Gdyby zależało to tylko ode mnie, pewnie włożyłabym lekką, zwiewną sukienkę bez udziwnień i trampki, a ślub wzięłabym na plaży. Żadnych kryształowych żyrandoli, świeczników rodem z Pięknej i Bestii ani złotej zastawy. Tylko kwiaty. Mnóstwo żywych kwiatów. Później bym tego żałowała - tak stwierdziła wedding plannerka, a skoro kobieta ma wieloletnie doświadczenie, pewnie wie, co mówi.
Szef jak zwykle zapomniał uwzględnić moją prośbę o urlop i w tak wyjątkowym dniu muszę pojawić się w pracy. Na szczęście mam tylko jednego pacjenta na dziesiątą, a później trzygodzinne okienko - dwie wizyty odwołano w ostatniej chwili, więc spokojnie powinnam się wyrobić. Marek o niczym nie wie; jest przekonany, że mam wolne, a nie chciałam go niepotrzebnie denerwować. Na jedenastą umówiłam się z Lindą w salonie kilka ulic dalej.
Rano wpadam w wir pracy, dzięki czemu czas szybko leci. Żegnam pacjenta i z ekscytacją mrowiącą pod skórą zerkam na zegarek. Za dwadzieścia minut ostatni raz przed ślubem przymierzę moją cudowną suknię. Mam pewne obawy, czy uda mi się ją dopiąć, ponieważ niezbyt dobrze poszło mi trzymanie diety, ale i tym nie będę zaprzątać sobie głowy.
Jako dziecko nie miałam przywileju obserwować kochających się rodziców, a w dorosłym życiu moje związki dalekie były od romantycznych historii rodem z książek i filmów, ale wreszcie przyszedł czas, żeby zmienić przeznaczenie. Już wkrótce zostanę żoną i napiszę własną historię.
Po zabiegu szybko myję ręce i się przebieram. Mam już na sobie najwygodniejsze buty świata, wysłużone Conversy, które kilka lat temu były śnieżnobiałe. Na koniec wyjmuję z szufladki wszystkie swoje pierścionki i wsuwam je na palce. Każdy ma swoje stałe miejsce. Wśród nich jest ten najważniejszy, z zielonym oczkiem imitującym kamień szlachetny. Chociaż to tylko barwione szkło, dla mnie ma nieocenioną wartość. Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka marzyłam, by pewnego dnia przejąć ten niesamowity skarb. Wtedy nie wiedziałam, że życzenie stanie się moim przekleństwem i w wieku trzynastu lat dostanę go zapakowanego w strunowy woreczek wraz z pozostałymi rzeczami, które mama miała ze sobą w hospicjum.
Zostało mi kilka minut w zapasie, więc postanawiam zajrzeć do kancelarii. Liczę na to, że Marek nie ma teraz spotkania i uda mi się chociaż skraść mu buziaka. Zarzucam torebkę na ramię i zamykam gabinet. Kiedy przekręcam klucz w zamku, moje spojrzenie ląduje na pstrokatej kolekcji pierścionków. Markowi nie spodoba się, że założyłam je na przymiarkę sukni. Kiedy szłam do salonu pierwszy raz, skrzywił się na ich widok, po czym zapytał: "Naprawdę chcesz mierzyć suknię za kilka tysięcy złotych, mając na palcach tak tandetną biżuterię?". Zrobiło mi się głupio na myśl, że planowałam założyć je wszystkie na ślub. Lubię te pierścionki. Po mamie jest tylko jeden, ale pozostałe też kojarzą mi się z nią. Kupowała takie ozdóbki na pchlich targach, a ja jako mała dziewczynka uwielbiałam to obserwować. Wspomnienie mamy sprawia, że postanawiam jednak ich nie zdejmować.
Przystaję przed wejściem do kancelarii. Zewnętrzne rolety na oknach są opuszczone, ale przez przeszklone drzwi wejściowe dostrzegam blade światło migoczące na końcu korytarza, a więc w gabinecie Marka. Wygląda na to, że nie tylko ja jestem roztargniona z powodu zbliżającego się ślubu. Naciskam klamkę, ale drzwi nie ustępują. Już chcę odwrócić się na pięcie, gdy przypominam sobie, że w torebce mam zapasowe klucze do kancelarii. Jeśli nikogo nie zastanę, przynajmniej zgaszę światło.
Otwieram drzwi, wchodzę i zastygam w bezruchu, trzymając klamkę od wewnątrz. Nie jestem pewna, dlaczego znieruchomiałam. To chyba z powodu dźwięku, który nagle do mnie dotarł. Ostrożnie domykam drzwi. Przez głowę przelatuje mi myśl, że może dla własnego bezpieczeństwa powinnam wyjść i zadzwonić do Marka. Znów jednak to słyszę. Tym razem wyraźniej. Jakby cmokanie, mlaskanie, pomruk. Spinam się cała, gdy dołącza do tego kobiece pojękiwanie.
Marek wspominał, że jego wspólnik jest kobieciarzem i prawdopodobnie podrywa ich sekretarkę, ale czy miałby na tyle tupetu, żeby robić TO w kancelarii? Nie ma nawet południa! Jakby pora miała tu jakieś znaczenie... Najgorsze jest jednak to, że światło pochodzi z gabinetu Marka. Nie mogę więc tego tak zostawić. Na samą myśl, że Jerzy może oddawać się igraszkom z jakąś laską na sofie w gabinecie mojego narzeczonego, tej samej, na której nieraz siadam, popijając kawę między zabiegami, robi mi się niedobrze.
Wkurzona ruszam przed siebie, ale nie jestem na tyle bezczelna, żeby wparować tam z krzykiem. Poza tym nie chcę mieć traumy po ujrzeniu nagiego Jerzego. Zatrzymuję się w progu, zasłaniam oczy dłonią i mówię:
- Cześć. Czy moglibyście się ubrać?
Słyszę gardłowy dźwięk, który chyba miał zostać stłumiony, ale wybrzmiewa w pełni, zanim kończę pytanie.
Moja dłoń osuwa się z powiek i bezwiednie opada przy boku. Mrugam zahipnotyzowana. Oczy rejestrują obraz jak spóźniona migawka. Dostrzegają każdy szczegół w dziwnym odrętwieniu. Jego granatowe bokserki spuszczone do kostek, pomięta koszula zapięta na dwa dolne guziki, złoty łańcuszek z zawieszką "J". Czoło lśniące od potu, klatka piersiowa, która wznosi się i opada, łapczywie pompując tlen. I jego sterczący penis tuż przy ustach klęczącej kobiety.
Ja chyba śnię.
Wzrok ponownie ląduje na zawieszce w kształcie litery J. Niestety nie jest to J jak Jerzy, wspólnik Marka.
- Ju... Jula... Ja... Kurwa! - Marek najwyraźniej dochodzi do wniosku, że nie ma sensu kończyć zdania.
Odwracam się. Idę wolno korytarzem, w otępieniu. W uszach mi szumi, w ustach mam sucho.
- Kochanie, proszę. Daj mi to wyjaśnić! - Głos Marka brzmi, jakby dobiegał zza ściany. - To wszystko przez ten stres przed ślubem... Ja...
Przestaję go słyszeć, gdy otwieram drzwi. Dźwięki miasta: rozmowy przechodniów, szum jadących samochodów, śmiech, krzyk, czyjś płacz, klakson - wszystko zlewa się w jedno, tworząc rzeczywistość, którą obserwuję z boku.
Czy cierpię? Nie. Jestem pusta w środku. Jak wydmuszka. Jak plastikowa Barbie z kiosku, którą wredny Krzysiek z osiedla rozciął pewnego dnia nożyczkami, by udowodnić mi, że moja ukochana lalka wcale nie ma serca.
W następnej chwili stoję na Moście Poniatowskiego. To niedaleko od miejsca, w którym przyłapałam Marka na zdradzie, ale dociera do mnie, że właściwie nie wiem, jak tu doszłam.
Spokojna tafla Wisły lśni w południowym słońcu. Przymykam powieki. To taka romantyczna sceneria, a ja... A ja... właśnie zostałam zdradzona. Czy istnieje coś mniej romantycznego od zdrady?
Łzy wzbierają powoli. Pozwalam im spokojnie napłynąć.
Niedobrze mi.
Zaciskam dłonie na poręczy mostu i wspinam się na palce, lekko pochylając się do przodu. Chyba zaraz zwymiotuję.
Jestem głupia. Żałosna. Naiwna.
Jak mogłam uwierzyć, że to wszystko jest prawdą? Dlaczego jakiś facet miałby oszaleć na moim punkcie do tego stopnia, żebym stała się dla niego tą jedyną? Żeby nie spojrzał na ładniejszą, szczuplejszą, fajniejszą... Serio?
Czuję się nic niewarta.
- Julia!
W pierwszej chwili biorę ten głos za wytwór wyobraźni, bo los nie może ze mnie aż tak drwić (jest jakiś limit, prawda?).
- Julietto!
A jednak.
- Jeszcze ciebie mi tu brakowało! Idź sobie! - wrzeszczę.
- Stoisz zapłakana na moście. Tak jakby nie mam wyboru. - Igor odpowiada w swoim stylu, nonszalancko i drwiąco. - Moja matka prawie dostała zawału, jak cię tutaj zobaczyła.
Okręcam głowę mocniej, żeby zobaczyć Lindę, wciąż oburącz trzymając poręcz mostu, ale Igor stoi tak, że zasłania mi widok na jezdnię. Unoszę się na palcach, a wtedy on doskakuje do mnie i zamyka mnie w swoich ramionach.
Moje życie ani przez chwilę nie było zagrożone. Żeby spaść z mostu, musiałabym najpierw wdrapać się na barierkę albo wykonać jakiś supergwałtowny ruch, ale ten palant najwyraźniej myślał, że coś mi grozi.
- Boże święty, co tam się dzieje?! - woła Linda zza opuszczonej szyby.
Puszczam poręcz i okręcam się, by wyswobodzić się z tej klatki stworzonej z dwóch potężnych ramion. Igor jednak ani drgnie, zaciskając dłonie na barierkach. Na wysokości oczu mam teraz jego tors.
Twój syn napiera na mnie ciałem? Manifestuje swoją wielkość i takie tam?
- Wszystko w porządku, mamo! - woła Igor, po czym nachyla się do mnie, wciąż trzymając mnie w pułapce. - Julietta ma tylko przedślubną histerię!
- Dupek - syczę. - Zawsze chciałam ci to powiedzieć. - Nabieram powietrza i wypuszczam je, jakbym pozbywała się ogromnego ciężaru. - Nie będziemy rodziną, więc co mi tam. Palant z ciebie do kwadratu. Największy, jakiego znam, i pewnie masz małego. Na pewno masz małego, bo dupki z przerośniętym ego nie mają za wiele w spodniach. - Okej, tego nie planowałam. Coś takiego w ogóle jest do mnie niepodobne. Przecież nie lubię sprawiać ludziom przykrości.
Ku mojemu zaskoczeniu Igor odrzuca głowę do tyłu i śmieje się głośno. Kiedy ponownie na mnie spogląda, w jego oczach tańczy prawdziwe rozbawienie. Szkoda. Naprawdę miałam ochotę mu dowalić.
- Schlebia mi, że myślisz o moim kutasie, Julietto, na chwilę przed przymiarką sukni na ślub z moim przybranym bratem.
- W twoich snach. Puszczaj mnie, troglodyto - warczę.
- Julio, kochanie, czy możesz wsiąść do auta?! - woła Linda ze zniecierpliwieniem. - Powinnyśmy być już w salonie! Naprawdę nie chciałabym tam do ciebie wychodzić. Miałam dziś fryzurę próbną, a na moście mocno wieje. Ja ci zatrąbię, bałwanie jeden! - wydziera się.
- Ochłonęłaś? - Na tle wrzasku Lindy głos Igora zaskakuje łagodnością. - Tutaj nie można się zatrzymywać.
- To jedź.
Przewraca oczami.
- Myślisz, że chciałam skoczyć? - drwię.
- Jedyne, o czym teraz myślę, to trening, na którym powinienem być za piętnaście minut. Mama poprosiła o podrzucenie do salonu, bo to po drodze do ośrodka szkoleniowego, ale pewna histeryczka spowodowała opóźnienie, a musisz wiedzieć, że ja nienawidzę i nie toleruję spóźniania się. Przede wszystkim u siebie samego.
- Współczuję.
- Czego?
- Życia z kijem w dupie.
Igor znów się śmieje i muszę przyznać, że to dla mnie niecodzienny widok. Zaskakuje mnie to, jak łagodnie i niegroźnie wtedy wygląda. Drobne zmarszczki w kącikach oczu sprawiają, że wydaje się bardziej ludzki. Jednak to wciąż mało, abym zapomniała, jakim potrafi być gnojkiem.
- Nie poznaję cię, Julietto. Na pewno wszystko z tobą w porządku? - Odchyla głowę i przygląda mi się z rozbawieniem.
- W najlepszym - mruczę. - A teraz uwolnij mnie, wróć do auta i przekaż swojej mamie, że nie będzie żadnej przymiarki, a ja wrócę... - Nie, tylko nie to! Nie mogę się teraz załamać. Nie przy tym dupku. - Nie mam pojęcia dokąd - dokańczam i wybucham żałosnym śmiechem.
Igor odsuwa się nieznacznie, jego palce ledwo dotykają teraz poręczy. Patrzy na mnie jak na wariatkę, co jest całkowicie uzasadnione, bo dokładnie tak się zachowuję.
- Czy ten debil cię skrzywdził? - Ściąga brwi, a jego brązowe oczy ślizgają się po mojej twarzy z niepokojem.
- Możesz być z siebie zadowolony, wyszło na twoje.
- Słucham?
- Nieważne. Chcę zostać sama.
- Chyba nie sądzisz, że zostawię cię samą w takim stanie?
- Dlaczego w ogóle interesuje cię mój stan?
- Mnie? - Jego ramiona podskakują. - Chodzi o matkę. Nie pozwoli mi pojechać na trening, dopóki nie dowie się, co jest grane. Idziemy.
- Nie chcę.
- W takim razie ona zaraz sama tu po ciebie przyjdzie.
- Nigdzie nie idę.
- Przestań się mazać i chodź. - Kiedy ogromna dłoń zaciska się na moim nadgarstku, zdaję sobie sprawę, że jestem zbyt słaba i wyczerpana, aby z czymkolwiek walczyć, a już na pewno nie z tym blisko dwumetrowym gościem przysłaniającym mi słońce.
Przecinamy jezdnię. Igor otwiera drzwi samochodu, a ja wsuwam się na tylną kanapę. Linda jest na tyle kochana, że nie bombarduje mnie od razu pytaniami, ale jednocześnie w jej oczach wręcz widzę wielkie znaki zapytania.
- Dokąd mam jechać? - Igor zerka we wsteczne lusterko. Łapię jego spojrzenie w locie i odwracam głowę w stronę bocznej szyby.
- Nie wiem - odpowiadam cicho.
- Julia - wypowiada moje imię zniecierpliwionym głosem. - Za chwilę muszę być na treningu. Jedziemy do salonu czy mam odwieźć cię do domu?
- Przecież mówiłam, żebyś zostawił mnie na tym cholernym moście, skoro tak ci się spieszy! - wykrzykuję, wprawiając Lindę w osłupienie. - Wybacz, że nie dam ci szybkiej odpowiedzi, bo... bo nie wiem, gdzie się podziać. Nie mam gdzie wrócić - panikuję i połykam łzy.
- Spokojnie, spokojnie, dziecinko. - Linda odwraca się w fotelu i ściska moją dłoń. - Jedźmy, Igor. Zatrzymaj się w jakimś rozsądniejszym miejscu. Zajmę się Julią, a jeśli będzie trzeba, wezwiemy taksówkę.
Nie mam odwagi unieść wzroku na Igora. Pewnie i tak jest już spóźniony, w dodatku dostał rykoszetem. Nie przepadam za nim, ale nie powinnam była się na niego wydzierać. Czuję się okropnie.
Kiedy zatrzymujemy się na parkingu przed przypadkową kawiarnią, dziękuję mu pod nosem za podwózkę i naciskam klamkę, żeby wysiąść. Drzwi okazują się jednak zablokowane.
- Co zrobił Marek? - Wkurzony głos Igora przecina ciszę.
- Czy zamykanie ludzi w pułapkach to twoje hobby?
- Synu, otwórz, proszę, drzwi - wtrąca Linda niepewnie.
- Nie - odpowiada stanowczo Igor. - Jeśli stąd wyjdziecie, Julia nie powie prawdy.
- Słucham? - Zaciskam zęby.
Nasze wściekłe spojrzenia ponownie spotykają się we wstecznym lusterku i wygląda na to, że żadne z nas nie zamierza spuścić wzroku jako pierwsze.
- Gołym okiem widać, że to wina tego gnojka, ale nawet nie zająknęłaś się na ten temat. Chcesz go chronić. Cokolwiek ci zrobił, pewnie wmówisz sobie, że to wszystko przez ciebie, a on jak zawsze wyjdzie z tego cało.
Prycham pod nosem. Psycholog się znalazł. No dobrze, może całkiem nieźle poszło mu z rozpracowaniem mnie w tej kwestii, ale nie ma opcji, żebym przyznała mu rację.
A jednak. Jakaś część mnie pragnie to z siebie wyrzucić.
- Zdradził mnie.
- Jesteś pewna? - pyta Linda.
Że co?
Korzystam z okazji, żeby odpuścić ten dziwny pojedynek na spojrzenia z Igorem i zerkam na Lindę. Kiwam nieznacznie głową, uśmiechając się smutno.
- Nie mogę uwierzyć - mówi kobieta. - Marek? Nasz Marek?
- Widziałam na własne oczy.
- Porozmawiajcie! Na pewno da się to wytłumaczyć.
Kątem oka dostrzegam w lusterku, jak Igor przymyka powieki, odchylając głowę.
- Nie chcę go widzieć. Nie dam rady - odpowiadam słabym głosem.
- Co teraz? Gdzie się podziejesz? - gorączkuje się Linda.
No właśnie. To, że wprowadziłam się do Marka, stanowi drobny problem.
Wzruszam ramionami.
- Na pewno nie wrócę do mieszkania. W tej chwili jeszcze nie wiem, co ze sobą zrobić, dlatego lepiej tu wysiądę. Może Igor zdąży na trening - dodaję bez cienia ironii.
- Absolutnie nie! - oburza się Linda. - Zostań u nas na noc, porozmawiam z Henrykiem. A później... Później coś wymyślimy.
- Dziękuję, Lindo, ale jeśli Markowi przyjdzie do głowy gdzieś mnie szukać, wasz dom będzie pierwszym miejscem, do którego się uda. Dobrze wie, że nie mam tu rodziny ani przyjaciół, u których mogłabym się zatrzymać.
- Igor? - Linda zwraca się do syna.
Ten w odpowiedzi tylko marszczy brwi. Matka i syn patrzą się na siebie w niezrozumiały dla mnie sposób.
- Nie ma mowy - odburkuje po chwili Igor.
- I tak całe dnie spędzasz na treningach, a wkrótce wylatujesz na mistrzostwa. Praktycznie nie będzie cię w domu. To mieszkanie jest tak wielkie i puste...
Otwieram usta, ale nie jestem w stanie wykrztusić słowa.
- Nie, nie - wyduszam z siebie wreszcie. - To nie jest dobry pomysł. Zatrzymam się w hotelu.
- Nie będziesz mieszkać w hotelu - protestuje Linda. - Apartament Igora to ostatnie miejsce, w którym Marek będzie cię szukał. Rozumiem, że potrzebujecie czasu, żeby to sobie wszystko wyjaśnić. Rozłąka dobrze wam zrobi. Schronisz się u Igora, a gdy emocje opadną, porozmawiacie z Markiem. Dobrze?
Nie wiem, jak mam powiedzieć Lindzie, że nie ma najmniejszych szans na ślub, bo nigdy nie wybaczę zdrady. A już na pewno takiej, którą zobaczyłam na własne oczy. Żadna rozłąka tego nie zmieni.
- Mama ma rację, mieszkanie przez większość dnia stoi puste, a niedługo wylatuję z kraju.
To się nie dzieje naprawdę. Ja chyba śnię. Może również zdrada to tylko koszmar, z którego wkrótce się wybudzę.
Jest już ciemno, kiedy wracam do siebie po treningu. To nie był najlepszy dzień. Trener nie musiał opieprzać mnie za spóźnienie, wystarczyło, że sam byłem na siebie wściekły. W dodatku jutro czeka nas konferencja prasowa i to ja mam odpowiadać na pytania dziennikarzy. Nie znoszę tego, ale jednocześnie wiem, że rola kapitana zobowiązuje mnie do takich wystąpień.
Zdaniem menedżera drużyny media mnie uwielbiają, przypięły mi łatkę sympatycznego gościa z sąsiedztwa i człowieka skupionego na celu. Nie pakuję się w kłopoty, nie mam nawet jednego tatuażu, podczas gdy większość zawodników to chodzące dzieła sztuki, i z uśmiechem odpowiadam na każde, nawet najgłupsze pytanie. Nikt nie wie, ile kosztuje mnie ta uprzejmość, to nieustanne szczerzenie zębów i poczucie, że muszę być dla wszystkich przykładem.
Tego wieczoru również odczuwam konsekwencje mojej nadmiernej skłonności do pomagania. Wchodzę do siebie, do mojego świętego schronienia, gdzie nie muszę nikogo udawać, a zamiast spokoju ogarnia mnie stres. Bo pierwszy raz, odkąd tu mieszkam, ktoś narusza tę przestrzeń.
Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby przyjąć Julię pod swój dach. Ledwo się znamy. Każde nasze dotychczasowe spotkanie kończyło się sprzeczką. Jeśli nie potrafiliśmy powstrzymać się od uszczypliwości w gronie rodziny, to co wydarzy się, kiedy razem zamieszkamy? Uspokaja mnie jedynie myśl, że wkrótce wyjeżdżam.
O czym mam z nią gadać? Wkurzam się, że w ogóle czuję się zobowiązany to robić. Właśnie z tego powodu nikt nie ma dostępu do mojego mieszkania, bo, do cholery, przynajmniej tutaj mogę robić rzeczy po swojemu, a nie dlatego, że tak powinienem.
Przykładam zapasową kartę do czytnika. Drzwi ustępują z cichym kliknięciem. Rzucam sportową torbę na siedzisko w przedpokoju, a adidasy zzuwam wprost na półkę. Nigdzie nie widzę butów Julii, co lekko mnie niepokoi. Nie żebym bardzo chciał ją ujrzeć, ale jeśli nie ma jej tutaj, matka nie da mi spokoju i każe szukać dziewczyny po całej Warszawie.
Robię kilka kroków i omal nie potykam się o rozrzucone na wejściu do salonu białe, znoszone Conversy. Klnę pod nosem, zbieram je i zanoszę tam, gdzie ich miejsce, na cholernie wielką półkę w korytarzu, której nie sposób przeoczyć.
Bezszelestnie przechodzę do salonu. Pośrodku ogromnej przestrzeni stoi beżowy narożnik z wielkimi poduszkami. Na jednej z nich dostrzegam rudobrązowe loki. Podchodzę bliżej i już mam coś powiedzieć - choć nie mam pojęcia co - kiedy do moich uszu dociera ciche mruknięcie. Robię jeszcze jeden krok.
Julia śpi skulona, lecz jej ciało wzdryga się w spazmach, jak u małego dziecka, które zasnęło z wyczerpania po długim płaczu. Zarumienione policzki wciąż są wilgotne od łez, podobnie jak posklejane rzęsy - znak, że musiała zasnąć zaledwie przed chwilą. Przesuwam spojrzenie na jej nagie ramiona. Jasną skórę pokrywa gęsia skórka.
W normalnych domach ludzie mają koce. To jednak nie jest normalny dom. Kieruję się więc do sypialni, wyjmuję z szafy jedną ze swoich bluz i wracam do salonu, by okryć nią dziewczynę.
Odwracam się w stronę otwartej kuchni. Jest sterylnie czysta, pozostawiłem ją taką, wychodząc na trening, bo nigdy w niej nie gotuję. Korzystam z gotowego cateringu dostarczanego pod same drzwi. Ale teraz robi mi się dziwnie na myśl, że ta dziewczyna nic nie zjadła, ponieważ lodówka - której i tak pewnie nawet nie otworzyła - świeci pustkami, a do tego nie miała nawet sił albo odwagi nalać sobie wody do szklanki. Pewnie czuła się tu nieswojo do tego stopnia, że bała się dotknąć czegokolwiek, a na kanapie usnęła tylko dlatego, że była wykończona.
Czy mi właśnie zrobiło się jej żal?
Co za bzdura. Dobrze jej tak. To nauczka za bycie z kimś takim jak Marek. Co trzeba mieć w głowie, żeby zaufać takiemu palantowi?
Jak tylko dociera do mnie, że Julia pokochała gościa, którego nienawidzę, że była dla niego miła, dobra, troskliwa, moje negatywne emocje wobec niej natychmiast wracają na właściwe tory.
Musi być do niego podobna, myślę, patrząc na jej pogrążoną we śnie twarz, tę niepozorną, słodką buźkę, za którą czai się coś nieodgadnionego. Coś, co sprawiło, że dogadała się z tym zepsutym do szpiku kości gnojem.
Płoszę się, gdy z jej ust wydobywa się kolejny pomruk, a ona sama poprawia się na kanapie. Narożnik jest spory, ale niezbyt wygodny. Zaraz... Miałem się nią nie przejmować. Niech się cieszy, że ma gdzie spać.
Nie wiem, jak długo stoję w jednym miejscu i po prostu się na nią gapię. Wreszcie ruszam tyłek i idę do łazienki. Myję tylko zęby, bo wziąłem prysznic w ośrodku szkoleniowym po treningu.
Dociera do mnie, jak bardzo jestem padnięty. Pragnę tylko rzucić się na moje cudowne, wielkie łóżko w sypialni. To jedyny mebel w tym apartamencie, nad zaprojektowaniem którego osobiście czuwałem. Materac stworzono, uwzględniając moją wagę, wzrost i zdrowotne korzyści dla ciała nieustannie wystawianego na wysiłek i urazy. Wracając z łazienki do sypialni, rzucam okiem na Julię. Mój wzrok przyciąga jej tyłek wystający spod bluzy. Normalnie skomplementowałbym jego wygląd, bo to niezłe dzieło natury, ale teraz zwracam uwagę, że dwa idealnie krągłe pośladki niebezpiecznie wypięły się i zawisły poza siedziskiem narożnika.
Powinienem palnąć się porządnie w łeb z powodu myśli, która przyszła mi do głowy.
Nie ma. Kurwa. Opcji.
Pójdę do pieprzonej sypialni, położę się na swoim hiperwygodnym łożu jak król, a laska niech śpi na kanapie, bo jest nieproszonym gościem. Nawet jeśli jej niewygodnie, to zawsze lepsza opcja niż spanie pod mostem.
***
Gdy jakiś czas później otwieram oczy, jestem zdezorientowany. Zakładam, że to wciąż sen, bo tylko w najgorszym koszmarze może boleć mnie każda część ciała. Prostuję nogi, ale napotykam opór podłokietnika. Zaraz... moje królewskie łoże w sypialni nie ma przecież... No tak. Wzdycham ciężko. Odwracam się na plecy, przymykam powieki. Nabieram nosem powietrza i wolno wypuszczam je ustami. W nocy chyba nie udało mi się wyjść z roli dobrego chłopaka z sąsiedztwa, na którego kreują mnie media, i zamiast rzucić się na swój wygodny materac, zaproponowałem go Julii.
Nie jesteś jej nic winien, stary. Po co na siłę starasz się być uprzejmy?
Nie ma opcji, żeby to kiedykolwiek się powtórzyło. Przede mną najważniejszy moment w karierze. Wkrótce mistrzostwa Europy. Muszę być wyspany, a moje ciało zregenerowane. Spanie na niewygodnej kanapie to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję.
Z tym zaproponowaniem swojego łóżka to nie do końca prawda. Jasne, szturchnąłem Julię dwa razy, bo strasznie stękała, i powiedziałem, żeby przeniosła się do sypialni, ale ona tylko wymamrotała coś pod nosem. Pomogłem jej usiąść; wydawało mi się, że się obudziła, ale wtedy jej głowa opadła na moje ramię i gdybym nie złapał jej w pasie, poleciałaby na ziemię jak kłoda. Skoro już trzymałem ją w objęciach, podniosłem ją i przeniosłem do łóżka. "Jak tu wygodnie" - wymruczała, więc założyłem, że jest świadoma tego, co właśnie się stało. Zostawiłem na łóżku czysty ręcznik oraz swoją koszulkę i powiedziałem, że jeśli chce, może zrobić sobie z niej piżamę.
A teraz leżę na kanapie i zastanawiam się, czy włożyła tę cholerną koszulkę i czy jakaś zepsuta część mnie nie zaproponowała jej tego celowo.
Podnoszę się do siadu i prostuję plecy; kręgi jeden po drugim wskakują na swoje miejsca. Zerkam na lekko uchylone drzwi do sypialni. Jest siódma. Dla mnie to i tak późna godzina, bo zwykle o tej porze jestem po śniadaniu i porannej przebieżce, ale nie mogę oczekiwać, że Julia wstanie wcześnie po przeżyciu tak silnych emocji. Nie wiem, jak mam się zachować, i mocno mnie to wkurza. Gdyby nie to, że śpi za ścianą, uruchomiłbym ekspres do kawy, włączył muzykę na cały regulator i zaczął ćwiczyć w salonie w samych bokserkach. Tymczasem chodzę na palcach i pierwsze, co robię, to zakładam koszulkę i szorty.
Pod drzwiami mieszkania czeka już moje śniadanie. Oczywiście nawet to wyprowadza mnie z równowagi, ponieważ to porcja dla jednej osoby. Julia spędziła tu dopiero pierwszą noc i prawie nie weszła mi w drogę, a ja już mam dość. Wkładam adidasy i łapię klucze.
Czy wyszedłem, żeby zdystansować się od intruza w swoim mieszkaniu? Pobiegać, jak to mam w swojej codziennej rutynie? Chciałbym. Na razie stoję przed lodówką w osiedlowym spożywczaku, zastanawiając się nad wyborem mleka: krowie, owsiane czy migdałowe? Julia nie je mięsa, ale nie wiem, czy jest wegetarianką, czy weganką. Ostatecznie biorę wszystkie dostępne rodzaje. I mnóstwo innych rzeczy, których nigdy nie kupowałem.
Wracam do mieszkania. Julia wciąż nie wyszła z sypialni. Omiatam wzrokiem kuchenny blat, na który wyłożyłem zakupy. Mam wszystkie składniki do wykonania dobrego, odżywczego śniadania, ale zero umiejętności kulinarnych. Przygotowuję tylko tosty i jajecznicę na maśle w nadziei, że Julia nie jest weganką. Do tego myję i kroję warzywa, a potem układam je na talerzu jak pieprzony Picasso. Na koniec robię też kawę. To chyba odpowiedni moment, żeby trochę pomóc współlokatorce ze wstaniem z łóżka.
Mój wzrok znów pada na niewielką przestrzeń między drzwiami i futryną, a kiedy wreszcie pojawia się w niej cień, sztywnieję, jakbym został przyłapany na gorącym uczynku.
- Jezu, przepraszam - wita mnie nieco zachrypnięty głos. Nie mam pojęcia, za co mnie przeprasza, ale muszę przyznać, że brzmi seksownie.
Jasnobrązowe spojrzenie prześlizguje się po moim ciele i szybko ucieka.
Przyglądam się, jak Julia przeczesuje gęste włosy palcami, a następnie pociera czoło wewnętrzną stroną dłoni. Wciąż się rozbudza. W drugiej ręce trzyma ręcznik, który jej zostawiłem.
- Łazienka? - pyta, wykonując coraz bardziej nerwowe ruchy. Brakuje jeszcze, żeby okręciła się wokół własnej osi.
Wskazuję drzwi i odwracam się w stronę ekspresu. Mam wrażenie, że to moje spojrzenie tak ją peszy.
Dopadają mnie dwie myśli. Po pierwsze, nie wiem, jaką kawę lubi. Po drugie, nie włożyła mojej koszulki. Ach, i jest jeszcze trzecia: o czym ja, kurwa, w ogóle myślę?
Drzwi do łazienki zamykają się i po chwili rozlega się szum prysznica. Przelewam kawę do kubka termicznego, bo pewnie trochę to potrwa. Sam zjadam swoje śniadanie w locie. Jestem gotowy do wyjścia na trening, ale mam jeszcze trochę czasu w zapasie, więc czekam, aż Julia wyjdzie z łazienki, żeby powiedzieć jej o kilku rzeczach. Może nie cieszy mnie jej obecność, ale koniec końców zaproponowałem jej wspólne mieszkanie, więc nie powinienem zachowywać się jak obrażony gnojek. Wprawianie jej w zakłopotanie i dawanie do zrozumienia, że jej tu nie chcę, nie wydaje mi się w porządku.
W butach i z torbą przewieszoną przez ramię czekam już w przejściu, kiedy otwierają się drzwi do łazienki. Mam właśnie powiedzieć o kawie czekającej w kubku termicznym, o tym, że w lodówce jest do niej mleko - krowie albo roślinne, i żeby zjadła śniadanie lub zrobiła sobie coś innego, ale żadna z tych myśli nie opuszcza mojej głowy, bo na widok dziewczyny gubię wątek. Mój mózg dosłownie się zawiesza.
Julia ma na sobie moją koszulkę, która sięga jej do kolan. Krótki rękaw kończy się za łokciami. Piegowate łydki i przedramiona są jeszcze wilgotne, podobnie jak włosy. I bardzo chciałbym powiedzieć, że to wygląda naprawdę zabawnie, ale, niech to szlag, nigdy nie widziałem czegoś seksowniejszego.
- Wrzuciłam ciuchy do pralki, nie pachniały zbyt ładnie. - Sili się na uśmiech. - Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
- Przecież sam dałem ci koszulkę - odzyskuję głos. - Wiem, że nie masz tu żadnych ubrań.
- Ta. - Krzywi się. - Będę musiała to załatwić.
Unoszę brwi, ale nie idzie za tym żadne pytanie. W końcu to nie moja sprawa.
Julia zbliża się do kuchni. Jest bosa, jej jasna skóra błyszczy i wydaje się napięta, aż mam ochotę zacisnąć na niej swoje palce. Z niewytartych dobrze włosów kapie woda, pozostawiając mokre smugi na plecach koszulki. Gdy przechodzi obok, uderza mnie jej zapach. Właściwie mój zapach. Użyła mojego żelu pod prysznic i szamponu. Mam nieodpartą potrzebę wyjścia z własnego mieszkania i zaczerpnięcia powietrza.
- Zrobiłem ci kawę - odzywam się wreszcie. - Nie wiem, czy pijesz czarną, czy białą. W lodówce jest mleko.
- Dzięki. Czarna jest w porządku - mówi cicho i przysiada na wysokim stołku.
- Nie wiem, kiedy wrócę.
- Mhm - mruczy, podparłszy policzek na dłoni.
Wygląda, jakby znów miała zasnąć.
- Zjedz śniadanie.
Dlaczego jeszcze nie wyszedłem?
- Dzięki, nie jestem głodna.
Naciśnij tę pieprzoną klamkę.
- Nie jadłaś niczego.
- Dobrze mi to zrobi.
- Co? - Wypuszczam torbę z ręki i wracam do kuchni. Przystaję obok jej krzesła i podpieram się o barek. - Głodzenie się ma zrobić ci dobrze? Masz doła, rozumiem. Ale płakanie w poduszkę i torturowanie własnego ciała nie jest chyba najlepszym sposobem na złamane serce.
- Co ty możesz o tym wiedzieć?
Wzdycham ciężko. Wiem, że Julia nie chce mnie prowokować, po prostu ma zły nastrój, ale nic nie poradzę na to, że jej słowa działają na mnie jak zapalnik.
- To mój dom, więc ja ustalam zasady.
Jasnobrązowe oczy spoglądają na mnie z... przerażeniem? Zaintrygowaniem?
- Może powinnam się wynieść? [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.