Rozdział 3
Julia
Z głową opartą o zagłówek obserwuję rozmazujące się za oknem światła miasta. W połowie spotkania zdecydowałam się na lampkę białego wina, licząc na to, że pomoże mi się choć odrobinę rozluźnić. Kierowca rodziny ma rano odstawić mój samochód. Niestety, alkohol na nic się nie zdał. Spotkanie było potwornie stresujące.
Boli mnie głowa i brzuch. To pierwsze chyba z nerwów, drugie z głodu, bo głównym daniem wystawnej kolacji było mięso, którego nie jem. Jestem pewna, że Linda nie zrobiła tego celowo, zwyczajnie zapomniała.
Analizuję przebieg spotkania krok po kroku. Nie było tak źle, przekonuję samą siebie. Całkiem miło. Czy nie sprawiłam komuś przykrości? Nie palnęłam nic głupiego? Im dłużej myślę, tym coraz trudniej ocenić mi, jak wypadłam. Po rozmowie na temat mojej pracy i niespodziewanym wsparciu ze strony Igora Henryk niewiele się odzywał. Jeśli już coś mówił, to głównie do Marka. Jestem jego przyszłą synową, ten facet musi mnie polubić.
Nie tak to miało wyglądać.
Cholera, było źle. Tak, kompletna porażka.
Dobiega do mnie prychnięcie Marka. Ściągnąwszy brwi, odwracam głowę i przyglądam mu się badawczo. Na jego gładko ogolonej twarzy uwypuklają się mięśnie.
- Coś nie tak?
- Ten kretyn nie ma prawa wtrącać się w nasze sprawy. - Zaciska dłonie na kierownicy, aż bieleją mu knykcie. - Co on sobie myśli? Zachowywał się, jakby cokolwiek wiedział o nas i twojej pracy.
Ach, czyli on też myślał o Igorze.
- Chyba trochę przesadzasz. - Wyciągam dłoń w kierunku narzeczonego, ale szybko ją cofam, ponieważ ręka Marka gwałtownie unosi się nad kierownicą, a potem w nią uderza. Wsuwam złączone dłonie między uda.
- Mogłaś przynajmniej powiedzieć, że rozważysz propozycję.
Zaraz...
- Co takiego?
Zasycha mi w gardle.
- Skarbie, zrozum - mówi. Nie podoba mi się ten ton głosu. Jakby zwracał się do dziecka, które nie jest w stanie pojąć tego, że dorośli chcą dla niego dobrze. - Ojciec mało kiedy proponuje coś takiego.
- To miło z jego strony - kłamię - ale nie chcę robić w życiu nic poza byciem fizjoterapeutką. Rozmawialiśmy o tym. - Bronię się, choć poczucie winy powoli mnie dopada.
Niczego nie jestem tak pewna jak tego, że chcę pomagać ludziom w naprawianiu ich ciał, a jednak urażony ton głosu mojego narzeczonego wzbudza we mnie wyrzuty sumienia. Od razu zaczynam czuć się źle z faktem, że nie rozważyłam propozycji przyszłego teścia, chociaż absolutnie tego dla siebie nie chcę.
Zatrzymujemy się na czerwonym świetle. Korzystając z chwili, Marek spogląda na mnie spod ściągniętych brwi. Jego jasne włosy są zmierzwione, a oczy przekrwione, ale nie jestem pewna, czy ze zmęczenia, czy ze złości.
- Rozmawialiśmy również o tym, że twój szef cię wykorzystuje - kontynuuje tyradę. - Dostajesz niesprawiedliwe grafiki, pracujesz za długo, do późna, za mało zarabiasz i jeszcze masz problem, żeby wziąć urlop.
- Trochę przesadzasz - mówię pod nosem, nerwowo skubiąc krawędź sukienki. - Gdyby nie ta praca, może nigdy byśmy się nie poznali.
Znów ruszamy. Marek wbija wzrok w przednią szybę. Jedną ręką gwałtownie luzuje krawat.
- Wiesz, że Igor wcale nie stanął po twojej stronie, prawda? - pyta. - On tylko zwęszył okazję do bycia wrednym wobec mojego ojca. Zawsze taki był.
Odpowiadam skinieniem głowy, chociaż nie wiem, czy się zgadzam.
Jak na kogoś, kogo widujemy raz w roku, Igor stanowczo za często pojawia się w naszych rozmowach. Dzięki sportowemu stypendium opuścił dom już w wieku siedemnastu lat. Od tamtej pory przybrani bracia widywali się tylko na najważniejszych rodzinnych spotkaniach, a mimo to przeszłość nie daje im spokoju.
Marek nigdy nie opowiedział mi jednej długiej historii o tym, jak wyglądało ich dzieciństwo, ale często podkreślał, że Igor był buntownikiem, przysparzał wszystkim kłopotów, a u podstaw takiego zachowania leżała zazdrość o matkę.
Wreszcie docieramy do naszego mieszkania. Myślami jestem już w łóżku. Biorę szybki prysznic, a kiedy wychodzę, Marek właśnie myje zęby. Zarzucam szlafrok, nakładam pastę na szczoteczkę i staję obok narzeczonego.
- Mogę o coś spytać? - odzywa się Marek.
Czuję potworne zmęczenie i najchętniej odpowiedziałabym "nie", bo jutro czeka mnie ostatnia przymiarka sukni ślubnej, więc nie mogę pójść na nią z worami pod oczami, ale uśmiecham się tylko i potakuję.
- Dlaczego nie włożyłaś dziś sukienki ode mnie? Nie podoba ci się?
Odwracam się, żeby sięgnąć po krem do szafki i tym samym ukryć dyskomfort, jaki wywołało we mnie to pytanie.
- Całkiem o niej zapomniałam - odpowiadam, siląc się na obojętność, choć z góry wiem, że moja taktyka skazana jest na porażkę.
- Chciałem, żebyś ją włożyła. Wiesz - cmoka Marek, a na jego twarzy rysuje się przesadne strapienie - ojciec bardzo sobie ceni elegancję. On cię uwielbia, serio. Nie myśl, że jest inaczej. Ale chciałbym, żeby naprawdę cię pokochał, zaczął traktować jak członka rodziny - kontynuuje, a ja z każdym jego słowem coraz mocniej zapadam się w sobie. - Ta sukienka w kwiatki jest trochę zbyt intensywna, a do tego ten dekolt. Skarbie... dla mnie jesteś piękna w każdym wydaniu, ale ojciec ma swoje zasady. Powinniśmy je uszanować, tym bardziej że to on płaci za wesele.
- Ach, tak? Nie sądziłam, że to takie ważne. - Szybko wklepuję w twarz krem i wychodzę z łazienki. - Włożę ją następnym razem - dodaję z uśmiechem, choć mam ochotę powiedzieć o wiele więcej.
Na przykład to, że sukienka, którą mi kupił, jest okropna. Zupełnie nie w moim stylu, zbyt elegancka i poważna. Zapewne dobrze ukryłaby moje mankamenty. Dekolt w łódkę wysmukliłby szyję i ramiona, materiał spłaszczyłby biust, a dół w kształcie litery A, do kolan, zakryłby tyłek i uda. Ale poza funkcją optycznego wysmuklenia w sukience jest wszystko, czego nie znoszę. Może nie lubię swoich krągłości, ale jeszcze bardziej nienawidzę mieszanki poliestru i elastanu, udającej fajną, drogą kieckę, w której możesz pójść na każdą z możliwych okazji: obiad u rodziców, kolację służbową, wesele koleżanki i pogrzeb. Wszystko to bardzo chciałabym powiedzieć, ale nie robię tego, bo nie chcę sprawić przykrości mojemu facetowi. Doceniam jego starania, doceniam fakt, że specjalnie dla mnie odwiedził damski butik i wybrał sukienkę, w której - w co szczerze wierzył - będę wyglądać dobrze.
Kładziemy się do łóżka. Marek całuje mnie w czoło, po czym odwraca się plecami i wkrótce zasypia. Czuję ulgę, że jest zmęczony i nie ma ochoty na zbliżenie. Ulga szybko jednak przemienia się w przygniatające poczucie winy, bo przecież nie tak to powinno wyglądać. Na etapie narzeczeństwa pary są głodne siebie i nawet zmęczenie nie jest w stanie powstrzymać żądzy. Tymczasem nie pamiętam, kiedy ostatnio się kochaliśmy. Nie pierwszy raz dopada mnie natrętna myśl, że w naszym love story coś nie gra, i nie pierwszy raz składam to na karb przedślubnego stresu.
Powtarzam sobie, że wszystko jest okej. Seks jest przereklamowany, a większość ludzi z mojego pokolenia wychowywała się, karmiona jego zniekształconym obrazem z amerykańskich filmów. Nie zawsze musimy mieć na to ochotę. Stres, praca, codzienne obowiązki...
Ale ty masz ochotę. Twoje libido ma się całkiem dobrze.
Prowadzę palce do sutków i lekko je drażnię. Prawą dłoń wsuwam w spodenki od piżamy i pocieram łechtaczkę. Tłumię jęk, przygryzając dolną wargę.
Tak, zdecydowanie tego potrzebuję.
Ostrożnie, żeby nie obudzić Marka, odwracam się i kładę na brzuchu. Moja dłoń przesuwa się nieznacznie w górę i w dół. Stopniowo odnajduję swój rytm, idealne tempo, i wkrótce szybki, krótki, ale intensywny orgazm spina moje ciało, by za chwilę błogo je rozluźnić.
Teraz mogę spokojnie zasnąć.
***
Rano budzę się podekscytowana. Czeka mnie przymiarka sukni ślubnej. Krawcowa obiecała uwzględnić wszystkie moje prośby, chociaż była sceptyczna wobec staroświeckiej koronkowej sukni z długim rękawem i zabudowanym dekoltem. Do samego końca próbowała przekonać mnie do kroju syrenki z wycięciem w kształcie serduszka nad biustem. W jej mniemaniu mam do niej idealną figurę, co jest oczywiście śmieszne, bo oznaczałoby to podkreślenie wszystkich niedoskonałości. Poza tym moja suknia i długi welon to prawdziwie romantyczny zestaw. Doskonale wpasuje się w klasyczny, elegancki wystrój sali bankietowej, w której odbędzie się nasze wesele.
Na początku, kiedy wedding plannerka zatrudniona przez Tomalów przedstawiła mi dokładną wizualizację przyjęcia, łącznie z dodatkami, bukietem ślubnym i suknią, zwątpiłam, czy chcę, aby najważniejsze decyzje były podejmowane poza mną, ale szybko zrozumiałam, jakie to szczęście, kiedy człowiek może pozwolić sobie na pomoc profesjonalisty. Gdyby zależało to tylko ode mnie, pewnie włożyłabym lekką, zwiewną sukienkę bez udziwnień i trampki, a ślub wzięłabym na plaży. Żadnych kryształowych żyrandoli, świeczników rodem z Pięknej i Bestii ani złotej zastawy. Tylko kwiaty. Mnóstwo żywych kwiatów. Później bym tego żałowała - tak stwierdziła wedding plannerka, a skoro kobieta ma wieloletnie doświadczenie, pewnie wie, co mówi.
Szef jak zwykle zapomniał uwzględnić moją prośbę o urlop i w tak wyjątkowym dniu muszę pojawić się w pracy. Na szczęście mam tylko jednego pacjenta na dziesiątą, a później trzygodzinne okienko - dwie wizyty odwołano w ostatniej chwili, więc spokojnie powinnam się wyrobić. Marek o niczym nie wie; jest przekonany, że mam wolne, a nie chciałam go niepotrzebnie denerwować. Na jedenastą umówiłam się z Lindą w salonie kilka ulic dalej.
Rano wpadam w wir pracy, dzięki czemu czas szybko leci. Żegnam pacjenta i z ekscytacją mrowiącą pod skórą zerkam na zegarek. Za dwadzieścia minut ostatni raz przed ślubem przymierzę moją cudowną suknię. Mam pewne obawy, czy uda mi się ją dopiąć, ponieważ niezbyt dobrze poszło mi trzymanie diety, ale i tym nie będę zaprzątać sobie głowy.
Jako dziecko nie miałam przywileju obserwować kochających się rodziców, a w dorosłym życiu moje związki dalekie były od romantycznych historii rodem z książek i filmów, ale wreszcie przyszedł czas, żeby zmienić przeznaczenie. Już wkrótce zostanę żoną i napiszę własną historię.
Po zabiegu szybko myję ręce i się przebieram. Mam już na sobie najwygodniejsze buty świata, wysłużone Conversy, które kilka lat temu były śnieżnobiałe. Na koniec wyjmuję z szufladki wszystkie swoje pierścionki i wsuwam je na palce. Każdy ma swoje stałe miejsce. Wśród nich jest ten najważniejszy, z zielonym oczkiem imitującym kamień szlachetny. Chociaż to tylko barwione szkło, dla mnie ma nieocenioną wartość. Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka marzyłam, by pewnego dnia przejąć ten niesamowity skarb. Wtedy nie wiedziałam, że życzenie stanie się moim przekleństwem i w wieku trzynastu lat dostanę go zapakowanego w strunowy woreczek wraz z pozostałymi rzeczami, które mama miała ze sobą w hospicjum.
Zostało mi kilka minut w zapasie, więc postanawiam zajrzeć do kancelarii. Liczę na to, że Marek nie ma teraz spotkania i uda mi się chociaż skraść mu buziaka. Zarzucam torebkę na ramię i zamykam gabinet. Kiedy przekręcam klucz w zamku, moje spojrzenie ląduje na pstrokatej kolekcji pierścionków. Markowi nie spodoba się, że założyłam je na przymiarkę sukni. Kiedy szłam do salonu pierwszy raz, skrzywił się na ich widok, po czym zapytał: "Naprawdę chcesz mierzyć suknię za kilka tysięcy złotych, mając na palcach tak tandetną biżuterię?". Zrobiło mi się głupio na myśl, że planowałam założyć je wszystkie na ślub. Lubię te pierścionki. Po mamie jest tylko jeden, ale pozostałe też kojarzą mi się z nią. Kupowała takie ozdóbki na pchlich targach, a ja jako mała dziewczynka uwielbiałam to obserwować. Wspomnienie mamy sprawia, że postanawiam jednak ich nie zdejmować.
Przystaję przed wejściem do kancelarii. Zewnętrzne rolety na oknach są opuszczone, ale przez przeszklone drzwi wejściowe dostrzegam blade światło migoczące na końcu korytarza, a więc w gabinecie Marka. Wygląda na to, że nie tylko ja jestem roztargniona z powodu zbliżającego się ślubu. Naciskam klamkę, ale drzwi nie ustępują. Już chcę odwrócić się na pięcie, gdy przypominam sobie, że w torebce mam zapasowe klucze do kancelarii. Jeśli nikogo nie zastanę, przynajmniej zgaszę światło.
Otwieram drzwi, wchodzę i zastygam w bezruchu, trzymając klamkę od wewnątrz. Nie jestem pewna, dlaczego znieruchomiałam. To chyba z powodu dźwięku, który nagle do mnie dotarł. Ostrożnie domykam drzwi. Przez głowę przelatuje mi myśl, że może dla własnego bezpieczeństwa powinnam wyjść i zadzwonić do Marka. Znów jednak to słyszę. Tym razem wyraźniej. Jakby cmokanie, mlaskanie, pomruk. Spinam się cała, gdy dołącza do tego kobiece pojękiwanie.
Marek wspominał, że jego wspólnik jest kobieciarzem i prawdopodobnie podrywa ich sekretarkę, ale czy miałby na tyle tupetu, żeby robić TO w kancelarii? Nie ma nawet południa! Jakby pora miała tu jakieś znaczenie... Najgorsze jest jednak to, że światło pochodzi z gabinetu Marka. Nie mogę więc tego tak zostawić. Na samą myśl, że Jerzy może oddawać się igraszkom z jakąś laską na sofie w gabinecie mojego narzeczonego, tej samej, na której nieraz siadam, popijając kawę między zabiegami, robi mi się niedobrze.
Wkurzona ruszam przed siebie, ale nie jestem na tyle bezczelna, żeby wparować tam z krzykiem. Poza tym nie chcę mieć traumy po ujrzeniu nagiego Jerzego. Zatrzymuję się w progu, zasłaniam oczy dłonią i mówię:
- Cześć. Czy moglibyście się ubrać?
Słyszę gardłowy dźwięk, który chyba miał zostać stłumiony, ale wybrzmiewa w pełni, zanim kończę pytanie.
Moja dłoń osuwa się z powiek i bezwiednie opada przy boku. Mrugam zahipnotyzowana. Oczy rejestrują obraz jak spóźniona migawka. Dostrzegają każdy szczegół w dziwnym odrętwieniu. Jego granatowe bokserki spuszczone do kostek, pomięta koszula zapięta na dwa dolne guziki, złoty łańcuszek z zawieszką "J". Czoło lśniące od potu, klatka piersiowa, która wznosi się i opada, łapczywie pompując tlen. I jego sterczący penis tuż przy ustach klęczącej kobiety.
Ja chyba śnię.
Wzrok ponownie ląduje na zawieszce w kształcie litery J. Niestety nie jest to J jak Jerzy, wspólnik Marka.
- Ju... Jula... Ja... Kurwa! - Marek najwyraźniej dochodzi do wniosku, że nie ma sensu kończyć zdania.
Odwracam się. Idę wolno korytarzem, w otępieniu. W uszach mi szumi, w ustach mam sucho.
- Kochanie, proszę. Daj mi to wyjaśnić! - Głos Marka brzmi, jakby dobiegał zza ściany. - To wszystko przez ten stres przed ślubem... Ja...
Przestaję go słyszeć, gdy otwieram drzwi. Dźwięki miasta: rozmowy przechodniów, szum jadących samochodów, śmiech, krzyk, czyjś płacz, klakson - wszystko zlewa się w jedno, tworząc rzeczywistość, którą obserwuję z boku.
Czy cierpię? Nie. Jestem pusta w środku. Jak wydmuszka. Jak plastikowa Barbie z kiosku, którą wredny Krzysiek z osiedla rozciął pewnego dnia nożyczkami, by udowodnić mi, że moja ukochana lalka wcale nie ma serca.
W następnej chwili stoję na Moście Poniatowskiego. To niedaleko od miejsca, w którym przyłapałam Marka na zdradzie, ale dociera do mnie, że właściwie nie wiem, jak tu doszłam.
Spokojna tafla Wisły lśni w południowym słońcu. Przymykam powieki. To taka romantyczna sceneria, a ja... A ja... właśnie zostałam zdradzona. Czy istnieje coś mniej romantycznego od zdrady?
Łzy wzbierają powoli. Pozwalam im spokojnie napłynąć.
Niedobrze mi.
Zaciskam dłonie na poręczy mostu i wspinam się na palce, lekko pochylając się do przodu. Chyba zaraz zwymiotuję.
Jestem głupia. Żałosna. Naiwna.
Jak mogłam uwierzyć, że to wszystko jest prawdą? Dlaczego jakiś facet miałby oszaleć na moim punkcie do tego stopnia, żebym stała się dla niego tą jedyną? Żeby nie spojrzał na ładniejszą, szczuplejszą, fajniejszą... Serio?
Czuję się nic niewarta.
- Julia!
W pierwszej chwili biorę ten głos za wytwór wyobraźni, bo los nie może ze mnie aż tak drwić (jest jakiś limit, prawda?).
- Julietto!
A jednak.
- Jeszcze ciebie mi tu brakowało! Idź sobie! - wrzeszczę.
- Stoisz zapłakana na moście. Tak jakby nie mam wyboru. - Igor odpowiada w swoim stylu, nonszalancko i drwiąco. - Moja matka prawie dostała zawału, jak cię tutaj zobaczyła.
Okręcam głowę mocniej, żeby zobaczyć Lindę, wciąż oburącz trzymając poręcz mostu, ale Igor stoi tak, że zasłania mi widok na jezdnię. Unoszę się na palcach, a wtedy on doskakuje do mnie i zamyka mnie w swoich ramionach.
Moje życie ani przez chwilę nie było zagrożone. Żeby spaść z mostu, musiałabym najpierw wdrapać się na barierkę albo wykonać jakiś supergwałtowny ruch, ale ten palant najwyraźniej myślał, że coś mi grozi.
- Boże święty, co tam się dzieje?! - woła Linda zza opuszczonej szyby.
Puszczam poręcz i okręcam się, by wyswobodzić się z tej klatki stworzonej z dwóch potężnych ramion. Igor jednak ani drgnie, zaciskając dłonie na barierkach. Na wysokości oczu mam teraz jego tors.
Twój syn napiera na mnie ciałem? Manifestuje swoją wielkość i takie tam?
- Wszystko w porządku, mamo! - woła Igor, po czym nachyla się do mnie, wciąż trzymając mnie w pułapce. - Julietta ma tylko przedślubną histerię!
- Dupek - syczę. - Zawsze chciałam ci to powiedzieć. - Nabieram powietrza i wypuszczam je, jakbym pozbywała się ogromnego ciężaru. - Nie będziemy rodziną, więc co mi tam. Palant z ciebie do kwadratu. Największy, jakiego znam, i pewnie masz małego. Na pewno masz małego, bo dupki z przerośniętym ego nie mają za wiele w spodniach. - Okej, tego nie planowałam. Coś takiego w ogóle jest do mnie niepodobne. Przecież nie lubię sprawiać ludziom przykrości.
Ku mojemu zaskoczeniu Igor odrzuca głowę do tyłu i śmieje się głośno. Kiedy ponownie na mnie spogląda, w jego oczach tańczy prawdziwe rozbawienie. Szkoda. Naprawdę miałam ochotę mu dowalić.
- Schlebia mi, że myślisz o moim kutasie, Julietto, na chwilę przed przymiarką sukni na ślub z moim przybranym bratem.
- W twoich snach. Puszczaj mnie, troglodyto - warczę.
- Julio, kochanie, czy możesz wsiąść do auta?! - woła Linda ze zniecierpliwieniem. - Powinnyśmy być już w salonie! Naprawdę nie chciałabym tam do ciebie wychodzić. Miałam dziś fryzurę próbną, a na moście mocno wieje. Ja ci zatrąbię, bałwanie jeden! - wydziera się.
- Ochłonęłaś? - Na tle wrzasku Lindy głos Igora zaskakuje łagodnością. - Tutaj nie można się zatrzymywać.
- To jedź.
Przewraca oczami.
- Myślisz, że chciałam skoczyć? - drwię.
- Jedyne, o czym teraz myślę, to trening, na którym powinienem być za piętnaście minut. Mama poprosiła o podrzucenie do salonu, bo to po drodze do ośrodka szkoleniowego, ale pewna histeryczka spowodowała opóźnienie, a musisz wiedzieć, że ja nienawidzę i nie toleruję spóźniania się. Przede wszystkim u siebie samego.
- Współczuję.
- Czego?
- Życia z kijem w dupie.
Igor znów się śmieje i muszę przyznać, że to dla mnie niecodzienny widok. Zaskakuje mnie to, jak łagodnie i niegroźnie wtedy wygląda. Drobne zmarszczki w kącikach oczu sprawiają, że wydaje się bardziej ludzki. Jednak to wciąż mało, abym zapomniała, jakim potrafi być gnojkiem.
- Nie poznaję cię, Julietto. Na pewno wszystko z tobą w porządku? - Odchyla głowę i przygląda mi się z rozbawieniem.
- W najlepszym - mruczę. - A teraz uwolnij mnie, wróć do auta i przekaż swojej mamie, że nie będzie żadnej przymiarki, a ja wrócę... - Nie, tylko nie to! Nie mogę się teraz załamać. Nie przy tym dupku. - Nie mam pojęcia dokąd - dokańczam i wybucham żałosnym śmiechem.
Igor odsuwa się nieznacznie, jego palce ledwo dotykają teraz poręczy. Patrzy na mnie jak na wariatkę, co jest całkowicie uzasadnione, bo dokładnie tak się zachowuję.
- Czy ten debil cię skrzywdził? - Ściąga brwi, a jego brązowe oczy ślizgają się po mojej twarzy z niepokojem.
- Możesz być z siebie zadowolony, wyszło na twoje.
- Słucham?
- Nieważne. Chcę zostać sama.
- Chyba nie sądzisz, że zostawię cię samą w takim stanie?
- Dlaczego w ogóle interesuje cię mój stan?
- Mnie? - Jego ramiona podskakują. - Chodzi o matkę. Nie pozwoli mi pojechać na trening, dopóki nie dowie się, co jest grane. Idziemy.
- Nie chcę.
- W takim razie ona zaraz sama tu po ciebie przyjdzie.
- Nigdzie nie idę.
- Przestań się mazać i chodź. - Kiedy ogromna dłoń zaciska się na moim nadgarstku, zdaję sobie sprawę, że jestem zbyt słaba i wyczerpana, aby z czymkolwiek walczyć, a już na pewno nie z tym blisko dwumetrowym gościem przysłaniającym mi słońce.
Przecinamy jezdnię. Igor otwiera drzwi samochodu, a ja wsuwam się na tylną kanapę. Linda jest na tyle kochana, że nie bombarduje mnie od razu pytaniami, ale jednocześnie w jej oczach wręcz widzę wielkie znaki zapytania.
- Dokąd mam jechać? - Igor zerka we wsteczne lusterko. Łapię jego spojrzenie w locie i odwracam głowę w stronę bocznej szyby.
- Nie wiem - odpowiadam cicho.
- Julia - wypowiada moje imię zniecierpliwionym głosem. - Za chwilę muszę być na treningu. Jedziemy do salonu czy mam odwieźć cię do domu?
- Przecież mówiłam, żebyś zostawił mnie na tym cholernym moście, skoro tak ci się spieszy! - wykrzykuję, wprawiając Lindę w osłupienie. - Wybacz, że nie dam ci szybkiej odpowiedzi, bo... bo nie wiem, gdzie się podziać. Nie mam gdzie wrócić - panikuję i połykam łzy.
- Spokojnie, spokojnie, dziecinko. - Linda odwraca się w fotelu i ściska moją dłoń. - Jedźmy, Igor. Zatrzymaj się w jakimś rozsądniejszym miejscu. Zajmę się Julią, a jeśli będzie trzeba, wezwiemy taksówkę.
Nie mam odwagi unieść wzroku na Igora. Pewnie i tak jest już spóźniony, w dodatku dostał rykoszetem. Nie przepadam za nim, ale nie powinnam była się na niego wydzierać. Czuję się okropnie.
Kiedy zatrzymujemy się na parkingu przed przypadkową kawiarnią, dziękuję mu pod nosem za podwózkę i naciskam klamkę, żeby wysiąść. Drzwi okazują się jednak zablokowane.
- Co zrobił Marek? - Wkurzony głos Igora przecina ciszę.
- Czy zamykanie ludzi w pułapkach to twoje hobby?
- Synu, otwórz, proszę, drzwi - wtrąca Linda niepewnie.
- Nie - odpowiada stanowczo Igor. - Jeśli stąd wyjdziecie, Julia nie powie prawdy.
- Słucham? - Zaciskam zęby.
Nasze wściekłe spojrzenia ponownie spotykają się we wstecznym lusterku i wygląda na to, że żadne z nas nie zamierza spuścić wzroku jako pierwsze.
- Gołym okiem widać, że to wina tego gnojka, ale nawet nie zająknęłaś się na ten temat. Chcesz go chronić. Cokolwiek ci zrobił, pewnie wmówisz sobie, że to wszystko przez ciebie, a on jak zawsze wyjdzie z tego cało.
Prycham pod nosem. Psycholog się znalazł. No dobrze, może całkiem nieźle poszło mu z rozpracowaniem mnie w tej kwestii, ale nie ma opcji, żebym przyznała mu rację.
A jednak. Jakaś część mnie pragnie to z siebie wyrzucić.
- Zdradził mnie.
- Jesteś pewna? - pyta Linda.
Że co?
Korzystam z okazji, żeby odpuścić ten dziwny pojedynek na spojrzenia z Igorem i zerkam na Lindę. Kiwam nieznacznie głową, uśmiechając się smutno.
- Nie mogę uwierzyć - mówi kobieta. - Marek? Nasz Marek?
- Widziałam na własne oczy.
- Porozmawiajcie! Na pewno da się to wytłumaczyć.
Kątem oka dostrzegam w lusterku, jak Igor przymyka powieki, odchylając głowę.
- Nie chcę go widzieć. Nie dam rady - odpowiadam słabym głosem.
- Co teraz? Gdzie się podziejesz? - gorączkuje się Linda.
No właśnie. To, że wprowadziłam się do Marka, stanowi drobny problem.
Wzruszam ramionami.
- Na pewno nie wrócę do mieszkania. W tej chwili jeszcze nie wiem, co ze sobą zrobić, dlatego lepiej tu wysiądę. Może Igor zdąży na trening - dodaję bez cienia ironii.
- Absolutnie nie! - oburza się Linda. - Zostań u nas na noc, porozmawiam z Henrykiem. A później... Później coś wymyślimy.
- Dziękuję, Lindo, ale jeśli Markowi przyjdzie do głowy gdzieś mnie szukać, wasz dom będzie pierwszym miejscem, do którego się uda. Dobrze wie, że nie mam tu rodziny ani przyjaciół, u których mogłabym się zatrzymać.
- Igor? - Linda zwraca się do syna.
Ten w odpowiedzi tylko marszczy brwi. Matka i syn patrzą się na siebie w niezrozumiały dla mnie sposób.
- Nie ma mowy - odburkuje po chwili Igor.
- I tak całe dnie spędzasz na treningach, a wkrótce wylatujesz na mistrzostwa. Praktycznie nie będzie cię w domu. To mieszkanie jest tak wielkie i puste...
Otwieram usta, ale nie jestem w stanie wykrztusić słowa.
- Nie, nie - wyduszam z siebie wreszcie. - To nie jest dobry pomysł. Zatrzymam się w hotelu.
- Nie będziesz mieszkać w hotelu - protestuje Linda. - Apartament Igora to ostatnie miejsce, w którym Marek będzie cię szukał. Rozumiem, że potrzebujecie czasu, żeby to sobie wszystko wyjaśnić. Rozłąka dobrze wam zrobi. Schronisz się u Igora, a gdy emocje opadną, porozmawiacie z Markiem. Dobrze?
Nie wiem, jak mam powiedzieć Lindzie, że nie ma najmniejszych szans na ślub, bo nigdy nie wybaczę zdrady. A już na pewno takiej, którą zobaczyłam na własne oczy. Żadna rozłąka tego nie zmieni.
- Mama ma rację, mieszkanie przez większość dnia stoi puste, a niedługo wylatuję z kraju.
To się nie dzieje naprawdę. Ja chyba śnię. Może również zdrada to tylko koszmar, z którego wkrótce się wybudzę.