Bezmiłość - Bianka Kunicka

Reflow text when sidebars are open.
en listopadowy wieczór był naprawdę nieprzyjemny. Deszcz, który padał do południa, teraz przeistaczał się w gołoledź. Komuś, kto obserwowałby to wszystko z okna, obraz mógłby się wydać urzekający, gdyż ścinający mróz mienił się w sztucznym świetle latarni, jakby posypano świat milionami diamentowych drobinek. Inaczej jednak odbierali to przechodnie, pośpiesznie przemykali pomiędzy kamieniczkami, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Nawet spacerowicze, których co wieczór było na wrocławskim rynku naprawdę sporo, dziś starali się znaleźć miejsce w którejś z licznych kawiarni. W jednej z nich siedząca naprzeciwko siebie para wyraźnie nie była w najlepszym nastroju. Kobieta wydawała się znudzona rozmową, a towarzyszący jej mężczyzna wyglądał, jakby dowiedział się właśnie czegoś, co nim mocno wstrząsnęło. Rozmawiali ze sobą, ale nie była to zwykła towarzyska pogawędka.
- Jesteś pewna, że to twoja ostateczna decyzja, naprawdę nic już do mnie nie czujesz? - Brunet w średnim wieku z lekko już przyprószonymi siwizną włosami zadał pytanie tonem, który wskazywał, że nie może się pogodzić z tym, co przed chwilą usłyszał.
- Nie, przykro mi - odpowiedziała beznamiętnie siedząca naprzeciw niego bardzo atrakcyjna rudowłosa kobieta.
- Ale przecież jeszcze niedawno... - ciągnął.
- Nie przedłużajmy tej chwili, proszę, ona i tak dla nas obojga jest dość nieprzyjemna - weszła mu w słowo.
- Jak możesz się tak zachowywać. Czy ty odczuwasz jakieś emocje? Czy mnie w ogóle kochałaś?
- Szczerze? Nie, nigdy cię nie kochałam.
- Boże, oszaleję zaraz, Małgosiu, co ty mówisz? - Nie umiał zatamować łez, co dodatkowo go upokarzało w jej oczach.
- Nie histeryzuj, Marku, bo tylko utrudniasz. Tłumaczyłam ci, żebyś się nie angażował, bo ja nie umiem kochać. I nie mów tak do mnie. Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie zdrabniał mojego imienia, bo to infantylne. Mam na imię Małgorzata i nie życzę sobie, żeby zwracać się do mnie inaczej.
- Matko, nie wierzę w to, co słyszę. Przecież mówiłaś mi, że mnie kochasz. - Nie dawał za wygraną.
- Dokładnie dwa razy - powiedziała szorstko.
- Co dwa razy? - zapytał zszokowany.
- Powiedziałam to dokładnie dwa razy, a uprzedzając twoje pytanie: tak, kłamałam, ale po to, żeby sprawić ci przyjemność. Nie robiłam tego z wyrachowania i nie miałam złych intencji, wręcz przeciwnie, chciałam dobrze, bo przecież robiłam to dla ciebie.
Mężczyzna chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, bo nabrał powietrza w płuca, ale zrezygnował, a jego wyraz twarzy zdradzał, że właśnie w sercu zaczęły ze sobą walczyć rozpacz i niedowierzanie. Jego towarzyszka podniosła się wolno z krzesła, zebrała z karku miedziane pukle, przekładając je przez prawe ramię, i ponownie oswobodziła. Włosy rozsypały się na białą, leciutko upstrzoną piegami skórę. Kobieta była naprawdę piękna, wręcz posągowa. Poprawiła sukienkę i ruszyła w stronę wieszaka, żeby chwycić swój czarny płaszcz i gruby robiony na drutach zielony szal. Opatuliła się nim szczelnie, częściowo zakrywając głowę, i zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi wyjściowych. Otworzyła je zamaszystym ruchem i nie oglądając się za siebie, opuściła kawiarnię. W tym momencie wnętrze wypełniło się zimnym powietrzem i trudno było jednoznacznie zdecydować, czy był to chłód wyłącznie wpadający z dworu, czy może zmieszany z chłodem bijącym od rudowłosej.
Małgorzata pośpiesznie szła po chodniku, stukając głośno obcasami o przymarznięte podłoże. Podobał jej się ten dźwięk, bo przypominał, że jest kobietą, i dodawał jej wewnętrznego animuszu, niejako potwierdzając, że podjęła właściwą decyzję. Nie lubiła tego cholernego uczucia, gdy musiała skończyć z kimś znajomość czy - mówiąc kolokwialnie - zerwać. To takie niezręczne i sztampowe. Sama scenka przebiegałaby za każdym razem niemal identycznie, gdyby nie różni mężczyźni i kolory jej sukienek, a także pory roku i miejsca. Jakby odbywała się jakaś próba do spektaklu, z wyuczoną na pamięć rolą i dialogami, tylko aktorzy się zmieniali. Wszyscy ci faceci są do siebie tacy podobni. Przecież uprzedza ich z góry, że nie umie się zakochać, nie jest do tego zdolna, że nie ma na to szans, bo ona po prostu tak ma i koniec. Na nich to jednak zawsze działa jak wyzwanie i każdy chce sobie udowodnić, że uda mu się ją zmienić, że będzie tym pierwszym, który roztopi jej serce. W zasadzie byłoby naprawdę wspaniale, gdyby któremukolwiek się to udało, ale jak dotąd tak się nie stało. W jej trzydziestoośmioletnim życiu nie kochała i nie chodziło tylko o mężczyzn. Nikogo nigdy nie kochała. Bywało nawet tak, że zastanawiała się, czy może po prostu nie rozumie znaczenia tego słowa, a kocha, ale jeśli opierać się na definicji i opisach literackich miłości, to ona, Małgorzata, czegoś takiego nie czuła. Jeśli natomiast mowa o reakcjach chemicznych zachodzących w mózgu, to widocznie u niej nie miały one miejsca. Być może to jakaś niezdiagnozowana dysfunkcja, zmiana w jego budowie, a może choroba, ale już na to nie miała wpływu.
Kobieta dobrze wiedziała, że z psychologicznego punktu widzenia miłość to relacja pomiędzy osobami, która powoduje, że pragną one tego, co najlepsze dla drugiej osoby, chcą z nią jak najwięcej przebywać, pomagać jej, związać się z nią na stałe i dzielić codzienność. Mówiąc teoretycznie, chcą wszystko przeżywać razem, wspierać się i szanować partnera. Miłość jednak to również namiętność, emocje, pożądanie, radość, podniecenie, tęsknota czy zazdrość. I tego właśnie ona, Małgorzata, nigdy nie odczuwała. Nie doświadczyła tych tak zwanych motyli w brzuchu, podekscytowania, chęci dzielenia wspólnego życia czy namiętności. Przestudiowała niemal całą literaturę dostępną w językach, którymi władała, dotyczącą tego uczucia, chcąc poznać przyczynę swojego ograniczenia. Tak bardzo chciała poczuć coś niezwykłego, choć na krótką chwilę, żeby wiedzieć, jak to jest, żeby poznać prawdę i ją zweryfikować, skonfrontować z tym, co dotychczas czytała. Jej ciekawość świata była silniejsza niż u większości ludzi, podobnie łatwość zapamiętywania i zdobywania wiedzy, ale pomimo biegłości w wielu dyscyplinach, miłość pozostawała dla Małgorzaty czymś zupełnie obcym, niepoznanym. Niezdolność kochania była jej słabością, ułomnością, której nie umiała pokonać.
Naprawdę próbowała się zmienić. Zdobywała wiedzę i tłumaczyła sobie, że jest jak inni, po prostu nie spotkała odpowiedniego mężczyzny. Opierając się na twierdzeniu Ericha Fromma, że miłość to sztuka i żeby jej doświadczać, trzeba praktykować, uczyć się jej jak każdej innej dyscypliny, Małgorzata próbowała angażować się w przeróżne związki. Za każdym razem jednak bezskutecznie. Naprawdę starała się przekonywać siebie samą, że jest zakochana, że to idealny kandydat, że reszta przyjdzie z czasem, ale to nie tylko nic nie dawało, lecz także dodatkowo powodowało jeszcze większy dystans i frustrację. Uświadomiła sobie również, że nie chodzi wyłącznie o uczucie do mężczyzny, ale też o inne rodzaje miłości. Analizując swoje życie, doszła do wniosku, że nie kochała także rodziców czy brata, nie odczuwała potrzeby przyjaźni ani też wsparcia jakiegokolwiek Boga. Owszem, miała dobre zamiary wobec osób, z którymi tworzyła coś, co umownie można nazwać związkiem, ale nie miały one nic wspólnego z troską, chęcią opieki czy oddaniem. Małgorzata raczej skupiała się na tym, żeby tej drugiej osoby nie skrzywdzić. Przynajmniej nie więcej niż ten raz, gdy zakończy związek, bo rozstanie akurat było od początku wpisane w jego przyszłość, a to zawsze krzywdziło. Za każdym razem otwarcie uprzedzała, że tak będzie, że odejdzie, łamiąc komuś serce, że nie powinna się wiązać, bo to do niczego dobrego nie prowadzi, ale nigdy nie spotkało się to z rezygnacją czy niechęcią, a wręcz przeciwnie, motywowało mężczyzn do większych starań.
Uprzedzając wątpliwości, Małgorzata nie chciała ranić, nie była wyrachowana i nie sprawiało jej to przyjemności. Nie lubiła siebie za to, ale nie potrafiła inaczej. Analizowała swoje zachowanie na różne sposoby. Wiedziała, że stan zakochania wiąże się u ludzi z całym zespołem procesów biochemicznych, między innymi ze wzrostem poziomu fenyloetyloaminy, potocznie zwanej "narkotykiem miłości", oraz dopaminy, która uskrzydla. Ona tego jednak nie odczuwała, co powodowało ciągłe poczucie samotności, pomimo że regularnie się z kimś spotykała, licząc na to, że coś się wreszcie zmieni. Świadoma, że fenyloetyloamina występuje także w czekoladzie oraz serach, miała zawsze przy sobie tabliczkę czekolady. Miała nadzieję, że pomoże jej to wskoczyć na upragniony tor, na którego końcu czeka na nią szczęście. Marzyła o tym, by dzięki neuroprzekaźnikom, które działają podobnie do amfetaminy, doświadczyć miłosnej euforii. Zdając sobie sprawę, że dopamina, powodująca poczucie szczęścia i wiarę we własne możliwości oraz wyzwalająca optymizm i niekończące pokłady energii, jest także współodpowiedzialna za zakochanie się na zabój - Małgorzata nieprzerwanie wierzyła, że i ona w końcu tego doświadczy.
Wieczne poczucie nieosiągania pełni szczęścia i zazdrość o cudze porywy emocji powodowały, że szukała substytutów. Jednym z nich był seks, który rekompensował jej, przynajmniej w jakiejś części, brak miłości. Oksytocyna odpowiadająca za uczucia bliskości i przywiązania, wydzielana poprzez dotyk czy pieszczoty, osiąga swoje apogeum w trakcie orgazmu, a to przynajmniej przez chwilę powodowało u Małgorzaty odczuwanie emocji, które były jej obce w codziennym życiu.
W zasadzie można teraz zadać pytanie, dlaczego nie umiała wytrzymać dłużej w żadnym związku, skoro niejednokrotnie partnerzy byli zdecydowani być z nią, pomimo świadomości braku odwzajemnionych uczuć. Małgorzata chciała i gotowa była próbować, co nawet dwukrotnie zakończyło się małżeństwem, jednak życie za każdym razem weryfikowało związek, ukazując przepaść między chęciami a możliwościami. Niestety, notorycznie okazywało się, że mężczyźni, którzy ją kochali, uważali, iż wiedzą, co dla niej najlepsze. Chcieli kształtować jej życie według własnych wyobrażeń. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ona, świadoma własnej ułomności, poddawała się tym próbom cierpliwie, argumentując przed samą sobą, że tak ma być, że tak faktycznie jest dobrze. Lecz gdy chce się kochać mózgiem, jak to było w przypadku Małgorzaty, prowadzi to jedynie do cierpienia. Wyobrażenie i kreowanie idealnego, zgodnego z szablonem wzorcowej miłości związku nie miało szans, bo nie dało się go stworzyć bez istniejącego pokrewieństwa dusz. Związek oparty na uczuciu tylko jednego z kochanków zawsze ranił tę osobę, nie mówiąc o rozstaniu, które było traumatyczne dla każdej ze stron.
Tylko raz w życiu Małgorzata spotkała mężczyznę, który pozwolił jej odejść bez oskarżeń, oszczerstw, pretensji, wykrzyczanego żalu czy błagania o litość, nie mówiąc o nienawiści. Tym mężczyzną był jej drugi mąż, którego Małgorzata niezwykle ceniła i jeśli można mówić o jakimkolwiek zalążku miłości - to zaczął kiełkować właśnie w stosunku do niego. Gdy go poznała, była rozwódką po pierwszym, kompletnie nieudanym małżeństwie, zawartym jeszcze podczas studiów. Wyszła wtedy za mąż tylko dlatego, że koniecznie chciała wyrwać się z domu, wmawiając sobie, że w jej przypadku brak uczuć jest wynikiem skomplikowanych relacji rodzinnych. Jacek, z roku wyżej, inteligentny, przebojowy, niezwykle przystojny i dobrze sytuowany, wydawał jej się idealnym kandydatem. Ponieważ ona wyróżniała się niezwykłą urodą, a w dodatku głośno mówiono o jej bystrości i prognozowanej karierze, zarówno wybranek, jak i jego rodzice, którzy skutecznie starali się kierować życiem swojej latorośli, z aprobatą przyjęli pomysł szybkiego sformalizowania związku. Małgorzata na początku była naprawdę zadowolona z takiego obrotu sprawy. Miała sporo swobody, jej status materialny się poprawił, bywała w tak zwanym dobrym towarzystwie, a mąż spełniał jej wszystkie zachcianki. No i seks był fantastyczny, bo Jacek miał niezwykły temperament. Niestety, młody małżonek szybko okazał się mało stały w uczuciach, za to z dużą zręcznością zaczął sterować życiem swojej młodej żony. W zasadzie taki układ, dwojga niezwykle atrakcyjnych, niekochających się partnerów, pozornie mógł się wydawać idealny. Jednak on, widząc, że żona odnosi kolejne sukcesy zawodowe i to jej nazwisko częściej pojawia się w opinii publicznej, nie mógł tego znieść. Zabraniał jej robienia kariery, zmuszając, by zajęła się domem i urodziła mu dziecko. Pierwsze żądanie, w drodze kompromisu, kobieta mogłaby spełnić, ale zrealizowanie drugiego było wykluczone. Dobrze wiedziała, co znaczy żyć bez uczuć, pozbawiona ciepła i emocji, nie chciała swoją ułomnością krzywdzić potencjalnego dziecka. Nie rozumiała, z czym wiąże się instynkt macierzyński, który powinien być naturalny dla kobiet w jej wieku, ale wiedziała z opisów i książek, że nie ma nic ważniejszego niż miłość matki do swojego dziecka. Nie mogła narazić jakiegokolwiek stworzenia na jej brak. Dochodziła tu jeszcze jedna, a może nawet najistotniejsza obawa, a mianowicie lęk, że dziecko mogłoby odziedziczyć po niej brak umiejętności kochania. Nie mogła do tego dopuścić. Nie chciała krzywdzić istoty, za którą ponosiłaby odpowiedzialność.
Drugiego męża darzyła sympatią i chyba jako jedynemu mężczyźnie ufała mu bezgranicznie. Stefan był profesorem, wykładowcą psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dużo starszym od niej. Poznała go na jednym z wykładów o psychologii miłości, w których wtedy namiętnie brała udział. Jako jeden z nielicznych dość długo opierał się czarowi pięknej studentki, która nie opuszczała żadnego wykładu, a przynajmniej starannie ukrywał swoje uczucia. Imponowała mu wprawdzie jej rozległa wiedza przejawiająca się w szeregu błyskotliwych pytań, które prowokowały pozostałych do dyskusji, ale był zbyt zdyscyplinowany, żeby ulec chwilowej fascynacji. Nie brał również pod uwagę, że właśnie on, starszy, obiektywnie rzecz biorąc, mało atrakcyjny mężczyzna, miałby dostać prezent od losu w postaci pięknej i w dodatku tak mądrej kobiety. Nie był jednak przy tym wszystkim pozbawiony uczuć i instynktów, coraz częściej łapał się więc na tym, że większość jego myśli stała się bursztynowa jak barwa włosów pięknej Małgorzaty. Ona zaś, urzeczona jego niebywałą wiedzą i taktem, nieświadoma uczuć, które w nim kiełkują, nalegała na kolejne spotkania, chcąc się jak najwięcej dowiedzieć o miłości i ewentualnym powodzie niezdolności do jej odczuwania.
Ponieważ Stefan okazał się niezwykłym erudytą, mężczyzną o nieskazitelnych manierach, uwielbiającym mówić i co znamienne dla każdego z wykładowców, być słuchanym, nie dał się długo prosić i nie tylko organizował dla niej indywidualne wykłady, lecz także dodatkowo się do nich przygotowywał, douczając się i zgłębiając wszelkie dostępne źródła, aby poszerzyć swoją wiedzę w zakresie interesującego ją tematu. Małgorzata doskonale pamiętała, jak podczas jednego z takich wykładów przysiadł się bliżej, żeby razem z nią zerknąć do notatek. Ona wtedy otarła się lekko piersią o jego ramię, a on niemal rzucił się na nią całą swoją niewielką postacią. Być może dla wielu innych kobiet ta sytuacja byłaby żenująca, jednak Małgorzata przyjęła wybuch namiętności z zadowoleniem. Pierwszy raz bowiem poczuła do mężczyzny coś więcej niż bezemocjonalną obojętność. Tak bardzo zafascynował ją swoją wiedzą i poświęceniem dla niej, jej zainteresowań i słabości, że z wdzięcznością oddała mu się na niewielkiej profesorskiej sofie. Czuła się zaszczycona, że on, znawca ludzkiej natury, kobiecej duszy i teorii miłości, odnalazł w niej obiekt swojego pożądania. Traktowała to jako wyróżnienie i argument, że nie jest jałową, pustą w środku lalką, której nakręcono sprężynkę i dlatego biegnie przed siebie siłą rozpędu, pozbawiona ludzkich emocji. Oddawała się Stefanowi z należnym, jak jej się wydawało, szacunkiem i uwielbieniem.
Wtedy pierwszy raz w życiu Małgorzata była, na swój sposób, szczęśliwa. Widząc radość swojego mentora, sama czuła się doceniona i zadowolona, tym bardziej że nie mogła mu również odmówić talentu w sferze fizycznej miłości - umiał wykrzesać z siebie naprawdę imponujące zaangażowanie. Ich ślub był kameralny, nie chcieli robić wokół siebie dodatkowego szumu, który i tak był nieunikniony ze względu na okoliczności. Ludzie uwielbiają historię mezaliansów bądź melodramatycznych zwrotów akcji, a tutaj, jak pierwszy był oczywisty, tak drugi wydawał się nieunikniony. Wszystko przez jakiś czas naprawdę dobrze się układało i wydawało się, że ów związek pomimo ogromnego dysonansu miał coś, co można nazwać sensem i uzasadnieniem jego trwania, był rodzajem obopólnego, niewypowiedzianego interesu.
Błędem jednak było przyznanie się Stefanowi do nieumiejętności kochania. Ufając mu i jednocześnie pokładając w nim całą nadzieję, że spróbuje jej pomóc, wyznała mu wszystkie swoje sekrety, opowiedziała o ograniczeniach, braku miłości, niezdolności do kochania, oddania, empatii w kwestii duchowych uniesień czy potrzeby odwzajemnienia uczucia. Początkowo, niesiony pozytywnymi myślami, pełen wiary we własne możliwości, starał się pomóc ukochanej, analizował jej dzieciństwo, dojrzewanie, okoliczności i każdy element życia, aby zrozumieć istotę jej problemu. Kiedy zaczął dostrzegać, że jego starania są bezowocne, kierował ją na wszelkiego rodzaju konsultacje i badania zarówno psychologiczne, jak i neurologiczne, psychiatryczne czy biochemiczne. Kobietą zajmowali się najlepsi specjaliści w kraju i za granicą z zakresu psychiatrii, endokrynologii, neurologii, ale także immunolodzy, onkolodzy, a nawet znachorzy leczący metodami niekonwencjonalnymi. Małgorzata, jak wierny pies, z wdzięcznością dbała o męża w perfekcyjny sposób, udając zakochaną żonę i chcąc tym samym odwdzięczyć się za to, co dla niej robił. Niestety, ta sytuacja zaczęła go przerastać i kiedy poczuł, że nie podoła wyzwaniu, ciągle mając świadomość, że żona go nie kocha i jej oddanie jest rodzajem zapłaty, zaczął się zadręczać i stopniowo jej unikać. Ona natomiast, widząc, jak ten naprawdę porządny człowiek cierpi z jej powodu, nie chciała go dłużej ranić. Wiedziała, że sam nie odejdzie, bo nie umie, a jednocześnie czuła, że tak będzie dla niego lepiej, bo życie z nią go zabija. Postanowiła wtedy, pomimo komfortu, jaki jej dawał, największego, jaki udało jej się kiedykolwiek osiągnąć, pozwolić mu odejść, a właściwie odeszła sama. Była pewna, że złamie mu serce, ale wiedziała też, że uratuje mu w ten sposób życie. Nie protestował, nie utrudniał, nie miał do niej żalu ani pretensji. W milczeniu godził się z decyzją, którą podjęła, wiedząc, że robi to dla niego. Tak bardzo ją kochał, że nie mógł pozwolić na to, aby była z nim pomimo braku miłości, ale jednocześnie nie umiał znieść świadomości, że nigdy go nie kochała i nie pokocha.
Odejście od Stefana to najbardziej altruistyczna rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiła dla drugiego człowieka, i gdyby nie fakt, że to niemożliwe, można by powiedzieć, że zrobiła to z miłości. Wiedziała, że zawsze może się do niego zwrócić z problemem, że nigdy jej nie odepchnie, jednak dużo czasu minęło, zanim była w stanie z nim rozmawiać tym bardziej że zdawała sobie sprawę, że on również potrzebuje czasu na odzyskanie równowagi. Niemniej po kilku latach, gdy byli już w stanie utrzymywać kontakty, Stefan stał się dla niej najbliższą osobą, jaką kiedykolwiek miała. Jeśli miałaby kogokolwiek nazwać swoim przyjacielem, byłby to on, jej były mąż.
Właśnie teraz, po zakończeniu kolejnego związku, biegła do niego niczym do bezpiecznej przystani, w której może odetchnąć i nabrać sił po przeżytym sztormie. Wiedziała, że przyjmie ją z otwartymi ramionami, poczęstuje własnoręcznie przygotowaną kolacją i jeśli będzie tego chciała, to z nią porozmawia. Zrobi to bezinteresownie, doskonale bowiem zna jej problem, i nie będzie chciał wykorzystać sytuacji, żeby się znów do niej zbliżyć. I tak jak wcześniej, nie będzie jej oceniał.
Zawsze, gdy wbiegała na podwórko tej starej kamienicy, czuła rodzaj ulgi. Nie umiała tego uczucia nazwać dokładnie, gdyż jednocześnie narastały w niej poczucie winy i wstyd. Wstyd za to, jaka jest, za to, że nie umie żyć jak inni ludzie, że nie panuje nad własnymi emocjami, że obarcza swoim problemem osobę, którą tak bardzo zraniła. Jednak Małgorzata nie miała dokąd pójść, bo tylko to miejsce dawało jej poczucie bezpieczeństwa, tylko tutaj mogła być naprawdę sobą, wiedząc, że nie musi udawać kogoś innego, niż jest, i nie musi czuć się winna, że znów jej związek się nie udał. Zraniła kolejną osobę, ale przecież sama również cierpiała. Tylko ona tak naprawdę wiedziała, jak bardzo pragnęła, żeby było inaczej.
Szybko pokonała nieco obskurną klatkę schodową i doszła do dużej bramy, która prowadziła do kilku mieszkań. Kiedy dotknęła przycisku domofonu, poczuła, że jest w odpowiednim miejscu. Ileż to razy wracała tutaj z uczelni czy pracy albo wieczorem z wykładów Stefana, na których najczęściej mu towarzyszyła? Ta piękna kamienica w sercu wrocławskich Krzyków, zajmowana w większości przez emerytowanych wykładowców akademickich, miała duszę, coś, co wprowadzało nie tylko spokój, lecz także jakąś krążącą w powietrzu tajemnicę. Małgorzata miała świadomość tego, jak bardzo musiała wstrząsnąć tym nieco skamieniałym środowiskiem, wychodząc za Stefana i wprowadzając się tutaj. Młoda atrakcyjna kobieta i starszy, niepozorny mężczyzna, który zostawił dla niej żonę. Jednak nie to najbardziej kołatało jej w głowie, ale świadomość, na jak ogromne upokorzenie go naraziła, gdy odeszła. Niemal słyszała wtedy myśli wszystkich wokół, którzy nie dopuszczali prawdy, od razu zakładając ten prosty schemat, który dominuje w obiegowej opinii. Dziewczyna ustawiła się przy starym głupcu, a jemu ostatnie podrygi młodości odebrały rozum. Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo się mylili.
Po krótkiej chwili w domofonie odezwał się znajomy, nieco zachrypnięty głos:
- Słucham?
- To ja. Przepraszam, że tak późno. Mogę wejść? - zapytała, wiedząc, że nigdy by jej nie odmówił.
Usłyszała dźwięk otwieranego zamka, pchnęła masywną dębową bramę i przemierzywszy korytarz, zaczęła wbiegać po schodach. Szybko dotarła do znajomego mieszkania, w którym czekał już były mąż, a jego sylwetka rozpływała się nieco w wydobywającym się z przedpokoju świetle.
- Przepraszam - rzuciła w progu.
- Wchodź! Boże, jak ty wyglądasz, Małgorzato! Jesteś kompletnie przemarznięta - powiedział, wpuszczając ją do środka i pomagając zdjąć płaszcz.
- Aż tak źle? - Zmusiła się do uśmiechu.
- No, bywało lepiej - odparł. - Chodź, zrobię ci herbaty i zaraz porozmawiamy, opowiesz mi wszystko.
- Nie miałam do kogo pójść, dlatego...
- Rozumiem to, nie musisz mi się tłumaczyć. Dobrze, że przyszłaś - przerwał jej w pół zdania i ruszył w stronę kuchni.
Małgorzata weszła do salonu, który przywitał ją znajomym, charakterystycznym dla tego typu wnętrz zapachem. Była to dziwna mieszanina impregnatu do drewna i czegoś, co kojarzyło się ze starością. Tak dokładnie pachną mieszkania starych ludzi - gdyby miała ten zapach nazwać, powiedziałaby, że jest to zapach przeszłości. Kobieta lubiła to wnętrze, duże i bardzo wysokie. Uwielbiała stare kamienice, bo było w nich znacznie więcej przestrzeni niż w nowoczesnych mieszkaniach. Okalająca pokój biblioteczka profesora była jej ulubionym miejscem, gdy tu mieszkała. Stefan gromadził książki od lat i starannie segregował swoje zbiory, więc nie było problemu ze znalezieniem danej pozycji. Małgorzata od dziecka miała niesamowitą pamięć, znacznie lepszą od większości ludzi, co ułatwiało przyswajanie wiedzy, a tutaj, w tej skarbnicy, czuła się jak ryba w wodzie.
Pokój nie zmienił się wcale przez te ostatnie cztery lata, nawet bibeloty przywożone przez Stefana z różnych miejsc na świecie stały niezmiennie na tych samych półkach. Długie story, niedbale zasunięte, wyraźnie wymagały prania i od razu widać było, że w mieszkaniu brakuje kobiecej ręki. Małgorzata zatrzymała wzrok na sporym obrazie wiszącym nad fotelem do czytania. Mebel obity w zielony aksamit pięknie kontrastował z ognistością włosów damy z portretu. Wydawała się na nim znacznie starsza i bardziej dystyngowana, ale podobieństwo było naprawdę uderzające. Zawstydziła się na moment, gdy w wyobraźni ujrzała Stefana wpatrującego się ze smutkiem w tę twarz. Pomyślała, że to chyba pierwszy raz, kiedy mąż po rozstaniu z żoną nie zdjął ze ściany jej portretu. Taka sytuacja mogłaby mieć miejsce jedynie w wypadku śmierci ukochanej. Przez myśl przeszła jej smutna refleksja, że i ona w pewnym sensie stała się dla niego martwa. Umarła jako ukochana, upragniona kobieta, żeby powrócić jako duch, bezosobowy ktoś, kto jest tylko cieniem przeszłości. Portret natomiast był aktem żałoby i tęsknoty po tej, która odeszła.
- No co tak patrzysz na ten obraz, jakbyś go nigdy wcześniej nie widziała? Siadaj, herbatę ci zrobiłem. - Głos Stefana wyrwał ją z zamyślenia.
- Co? No tak, zamyśliłam się. A za herbatę dziękuję, bo faktycznie przemarzłam. - Starała się ukryć smutek.
- Zaraz mi wszystko opowiesz i od razu zrobi ci się lepiej, ale najpierw zjedz coś, bo jak cię znam, to nie miałaś dzisiaj do tego głowy. - Postawił przed nią kubek herbaty i talerzyk, a na nim kilka kanapek z twarogiem i pomidorem.
- Chyba nic nie przełknę - powiedziała automatycznie.
- Zjesz to i koniec. I tak mam już z tobą czyściec na ziemi, a jak mi tu umrzesz, to się otrę o kryminał, bo ludzie na pewno dopiszą swoje. - Tymi słowami wprowadził ją w kompletne osłupienie, gdyż nigdy wcześniej nie pozwolił sobie na jakiekolwiek uwagi pod jej adresem.
- Może jednak nie powinnam była tu przychodzić - uniosła się, ale w tym momencie zobaczyła lekki uśmiech na jego twarzy.
- No i co z tym zrobimy? Jeśli zechcesz wyjść bez zjedzenia kanapek, to faktycznie będę musiał cię zabić, bo nie przywykłem do robienia kolacji nawet samemu sobie. - Mrugnął do niej porozumiewawczo.
- Jak możesz! - wyrzuciła z siebie, śmiejąc się z tej tragikomicznej sytuacji.
- Ja wszystko mogę, bo ty mnie teraz potrzebujesz, i mam nad tobą chociaż chwilową przewagę - powiedział, siadając obok niej z kubkiem bawarki.
- Matko, ty ciągle pijesz to świństwo? - Skrzywiła się.
- Wyobraź sobie, że jest to jedna z mniejszych głupot, jakie popełniłem w życiu.
- Ja jak się klasyfikuję w tym rankingu? - zapytała zaczepnie.
- Ty? Ty jesteś poza wszelką klasyfikacją. - Zaśmiał się.
- Żeby nie zawyżać średniej? - wtórowała mu.
- Dokładnie. Nawet głupota ma swoje granice, a ja chciałem udowodnić, że to nieprawda. No ale tak to już jest, gdy stare barany zapominają, że nie dla nich szczytowanie. - Uśmiechnął się.
- Nigdy tak nie mów! Nigdy, słyszysz? - Małgorzata przestała się śmiać.
- Nie martw się, już się z tym dawno uporałem i naprawdę umiem z tego żartować.
- Ale to nie jest śmieszne, Stefan. Nawet nie wiesz, ile bym dała, żeby cofnąć czas. Gdybym miała uczucia, gdybym tylko umiała, tak bardzo chciałam... - Nie dokończyła, wybuchając płaczem, co zupełnie nie pasowało do jej dotychczasowego wizerunku.
- Dobrze już, przestań, masz, wysmarkaj nos, faktycznie przesadziłem. Mów, co się stało. - Podał jej chusteczkę.
- To nie ty mnie powinieneś przepraszać - dodała.
- Co tym razem: rodzina, problemy z adaptacją czy kolejny nieudany związek? - zapytał tonem, jakim pyta psychoterapeuta leżącego na kozetce pacjenta.
- To trzecie - odparła szybko.
- Długo to trwało?
- Sześć miesięcy i sześć dni - odpowiedziała w sposób, który dowodził jej analitycznego odbierania świata.
- Kto zakończył związek?
- No jak to kto? Co za pytanie? - żachnęła się.
- Dlaczego? To znaczy, znam główny powód, ale co było impulsem, że stało się to właśnie teraz?
- To nie był impuls - odparła. - Wiedziałam o tym już od jakiegoś czasu, ale nie umiałam odejść, bo nie chciałam znów przeżywać rozczarowania i oglądać tego charakterystycznego wyrazu twarzy.
- Czy poczułaś jakiś smutek, mówiąc mu o tym?
- Nie, raczej ulgę, ale żal mnie ogarnął po wszystkim, gdy dotarło do mnie po raz kolejny, że jestem potworem...
- Nie mów tak o sobie, nie masz na to wpływu, to raczej wina twojej dysfunkcji - powiedział spokojnie.
- Kurwa, jakiej dysfunkcji? Słyszałeś o czymś takim? Jestem jakimś indywiduum, bezemocjonalnym stworem, który potrafi tylko krzywdzić.
- To nieprawda. Masz uczucia, które zastępują ci miłość, i cechy, których nie mają inni ludzie. Ty nie cierpisz z powodu braku miłości, bo go nie czujesz. Ty cierpisz ze względu na świadomość swojej inności i sprawiania przykrości innym. Wolałabyś być taka jak wszyscy, ale powinnaś o tym zapomnieć. Zamiast drążyć i skupiać się na swojej, w twoim mniemaniu, słabości, powinnaś zacząć żyć i skoncentrować się na mocnych stronach. Odnaleźć coś, co daje ci prawdziwą przyjemność i satysfakcję.
- Przecież wiesz, że tak się nie da - zirytowała się.
- Da się i mało tego, to jest jedyne wyjście.
- A seks? On mi daje przyjemność i namiastkę bliskości. - Spuściła wzrok, bo wiedziała, że na pewno te słowa dotkną Stefana.
- Jak sama powiedziałaś, daje ci tylko namiastkę. Masz rację, jest to tylko substytut czegoś, czego nie możesz mieć, taka marna podróbka. Musisz odnaleźć w sobie coś, co da ci pełne zadowolenie, szczęście, które nie będzie zamiennikiem, ale istotą rzeczy. To nie musi być miłość, a tym bardziej seks - powiedział, wyraźnie artykułując.
- Ale historia naszej kultury oparta jest na kulcie miłości. Miłości do drugiego człowieka, do Boga, do rodziny. Na ten temat powstawały największe dzieła, a te wartości są nam wpajane od dziecka jako najwyższe dobro - tłumaczyła.
- Tak, ale być może dlatego, że większość ludzi tak czuje, dla większości właśnie miłość jest fundamentem szczęścia. Jak się okazuje, dla ciebie nie. Twoim zadaniem jest przeprogramowanie myśli i odnalezienie tego, co daje szczęście tobie, nie innym. Kto wie, może to kolejny stopień ewolucji, wyzbycie się tego emocjonalnego balastu - ciągnął swój wywód.
- Mam mętlik w głowie, bo to, co mówisz, wydaje mi się irracjonalne.
- Irracjonalne, Małgorzato, to jest akurat okłamywanie samej siebie i życie w tym kłamstwie przez tyle lat. Spójrz prawdzie w oczy. To tak, jakbyś chciała przekonać konającego z głodu, że zaspokoi pragnienie, kiedy wyobrazi sobie chleb.
- Pozbawiłeś mnie nadziei, wiesz? Czuję się, jakbym umarła, zakopałeś mnie żywcem - powiedziała, chcąc się zemścić za te słowa i go zranić, chociaż gdzieś w głębi duszy dobrze wiedziała, że mści się za powiedzenie bolesnej prawdy.
- Masz prawo być zła. To dobrze, że tak reagujesz, bo musisz zniszczyć dotychczasową wersję siebie, żeby stworzyć nową, wreszcie prawdziwą i nieudawaną.
- Życie nie ma sensu!
- Nie ty pierwsza to dostrzegłaś. Odkąd narodziła się myśl, ludzie zmagali się z pytaniami egzystencjalnymi, ale nawet taki pesymista jak Schopenhauer odnajdował sposoby na ludzkie rozterki filozoficzne. - Uśmiechnął się łagodnie.
- Niby jakie?
- Jednym z nich jest próba wyzbycia się wszelkich pragnień, pożądań i namiętności związanych ze światem zewnętrznym, żeby doprowadzić do etapu samonegacji, co pozwala dojść do stanu nirwany, którą rozumiał jako zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią.
- Żałosne filozoficzne gadki, które w teorii, owszem, są przekonujące, znacznie gorzej w praktyce. Czym niby jest zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią?
- Masz rację, że to tylko teoria, ale może ma jakiś sens? Schopenhauer myślał o ascezie, a rozumiał ją jako życie w czystości, ubóstwie czy niesprzeciwianiu się złu, które nas spotyka. Wyzbycie się wszelkich pragnień. Nirwana w staroindyjskim ujęciu to najgodniejsza droga wyjścia z błędnego koła wiecznie odradzającego się życia, niekończącego się marszu po okręgu.
- Stefan, wiem, czym jest nirwana, ale czy ty to mówisz poważnie?
- Tak, całkiem poważnie. Oczywiście to dotyczy wyłącznie wybranych, ale chodzi mi o to, że może nie trzeba walczyć ze swoimi słabościami i ich konsekwencjami, tylko należy je zaakceptować i szukać szczęścia gdzieś indziej.
- Niby gdzie? Może mam pójść do klasztoru? Niestety, nie dostąpiłam łaski wiary - drwiła.
- Drugim sposobem miało być poznanie piękna i jego kontemplacja jako czegoś, co łagodzi bezsens i egzystencjalne cierpienie.
- Piękno? Widzisz mnie kontemplującą piękno? Jestem pragmatyczką i chcę kochać, do cholery! Ty mnie kompletnie nie rozumiesz!
- A może tworzenie dałoby ci radość? Zastanów się nad tym. Może powinnaś coś tworzyć, znaleźć jakąś pasję. Cokolwiek. Choćby kariera naukowa. Przyznam, że mi dała dużo. No i masz rację, nie rozumiem, bo ja akurat umiem kochać, bardzo dobrze umiem, ale nie przyniosło mi to niczego dobrego i chętnie bym się z tobą zamienił! - W słowach Stefana dało się wyczuć zniecierpliwienie.
- Nie pomagasz - skwitowała Małgorzata. - Ja naprawdę czuję kompletną bezradność, nie chce mi się żyć, a ty mi każesz szukać hobby. Swoją pracę kocham i na pewno daje mi ona ogromną satysfakcję, ale to wciąż nie pozwala być pełnoprawną kobietą. Czuję się inna, a to mnie dobija.
- Małgorzato, piękno ma naprawdę szeroką definicję: można je odnaleźć w różnych konfiguracjach i sytuacjach, pięknem nie musi być wyłącznie to, co piękne dla oczu. Nie bądź dzieckiem.
- Kurwa, filozof się znalazł! Może cię natchnął Duch Święty, co? - Nie umiała ukryć irytacji.
- Mogłabyś zacząć słuchać, a nie tylko drwić - rzucił stanowczo.
- Przepraszam, ale chyba mnie to przerasta. Nie wiem, co mam powiedzieć, i nie wiem, co zrobić. Myślałam, że mi pomożesz, pocieszysz jak zwykle. - W jej głosie słychać było rezygnację.
- Oczywiście, mogłem to zrobić, ale za bardzo mi na tobie zależy. Czeka cię dużo pracy, ale nie powinnaś tak żyć, zafiksowana na jednej rzeczy, bo może gdzieś, za rogiem, czeka na ciebie coś naprawdę ważnego i pięknego. Dawna ty tego nie doświadczy, ale ta nowa, która się narodzi, pozbawiona balastu, ma prawo wyboru. Jest po prostu wolna.
Stefan zaproponował, by była żona została u niego na noc. Miałoby to sens, bo na dworze zrobiło się niemiłosiernie zimno i w dodatku dochodziła północ, ale Małgorzata nie mogła tam zostać. Czuła, że to nie jest już jej miejsce, że wydarzyło się coś ważnego, nastąpił jakiś przełom. Wreszcie dotarło do niej, że już nie chce tak dłużej żyć, że nie ma na to siły. Pewien etap właśnie dobiegł końca.
***
Kiedy weszła do domu, cała drżała, targana sprzecznymi emocjami. Nie zdejmując nawet płaszcza i butów, uruchomiła laptop i zaczęła szukać sposobów, jak popełnić samobójstwo. Znalazła przeróżne strony z artykułami: Dziesięć sposobów na popełnienie samobójstwa, Jak popełnić samobójstwo, Recepta na szybką i bezbolesną śmierć, Bezpieczne metody samobójstwa - requiem dla śmierci, Jak się zabić? 7 sprawdzonych sposobów na samobójstwo... Po przeczytaniu tytułów Małgorzata uświadomiła sobie, co robi, i pomyślała, że jest kompletną idiotką. Z rozpaczy rzuciła się na łóżko. Poczuła, jak stopami dotyka wilgotnego podłoża, wokół pachnie lasem, jest chłodno...
Otworzyła oczy i trochę się wystraszyła, bo ściemniało, a ona stała na skrzyżowaniu leśnych dróg, sama, odziana wyłącznie w lekką, długą, białą sukienkę. Rozejrzała się dookoła, ale las ciągnął się aż po horyzont. Nie wiedziała, w którą stronę ma iść. Górowały nad nią ogromne, rozłożyste dęby, a żołędzie pod stopami, gdy na nie nadepnęła, powodowały nieznośny ból. Nie czuła strachu, ale bezradność i niezdecydowanie. Jednocześnie narastająca ciekawość przyspieszała bicie serca. W oddali usłyszała dźwięk pioruna i poczuła spadające, chłodne krople deszczu. Coraz bardziej marzła, a deszcz moczył jej odzienie i włosy. Tkanina przylegała jej do ciała, zdradzając kształty. Małgorzata przypomniała sobie słowa Stefana o kontemplacji piękna i rozłożywszy ręce, głęboko oddychając, zaczęła się powoli obracać wokół własnej osi. Śmiała się w głos, a jej wirowanie stawało się coraz mniej kontrolowane, aż w końcu uświadomiła sobie, że kręci się bez własnego udziału. Straciła zresztą pewność, czy to ona wiruje, czy świat wokół. Obraz zaczął jej się rozmazywać, a błędnik oszalał, nie nadążając za tymi wszystkimi bodźcami. Pomyślała, że zaraz umrze, i straciła przytomność. Ocknęła się w dużej drewnianej chacie, w której pachniało pieczonym mięsem, cebulą i ziołami. Przy przeciwległej ścianie stało coś, co przypominało tron. Drewniana konstrukcja wyglądała jak wielka ława z ozdobnym oparciem. Zdobiły ją niezwykłe ornamenty, misternie rzeźbione, przedstawiające splecione, dębowe gałęzie. Nie znała tego miejsca, ale wydawało jej się, że już tu była. Chciała wstać, ale nie mogła, jakby jakaś niewidzialna siła obezwładniła jej członki. Pomieszczenie było puste, ale raz na jakiś czas wbiegały do niego rozbrykane dzieciaki, żeby podłożyć kilka pachnących gałązek do dużego, kamiennego pieca. Przepychały się między sobą, a Małgorzata miała wrażenie, że mimochodem jej się przyglądają. Już otwierała usta, żeby zapytać, gdzie jest, ale maluchy musiały jej jednak nie dostrzec, bo minęły ją i szybko opuściły pomieszczenie. Po jakimś czasie do izby zaczęli wchodzić mężczyźni, ubrani w ciężkie zbroje. Swoim wyglądem budzili respekt i kobieta przestraszyła się, że może ukarzą ją za to, że wdarła się bezprawnie na ich teren. Chciała się wytłumaczyć, prosić ich o łaskę, ale nie zwracali na nią najmniejszej uwagi. Usiedli na podłodze, tyłem do niej i zamilkli. Najpewniej czekali na kogoś ważnego, kto zajmie miejsce na drewnianym tronie, gdyż ich twarze były skierowane w tamtą stronę. Niedługo później do pomieszczenia weszły kobiety w długich, prostych, lnianych sukniach, zdobionych gdzieniegdzie haftem. Włosy miały rozpuszczone lub splecione w warkocze, niekiedy schowane pod czepcami lub chustami. One również nie zwracały uwagi ani na słowa, ani gesty nowo przybyłej. Małgorzata próbowała nawet dotknąć jednej z nich, ale ta nie zareagowała w żaden sposób, bo najwyraźniej nie poczuła tego dotyku. Przybyszka uświadomiła sobie, że ludzie po prostu jej nie widzą i nie słyszą. Kobiety podawały mężczyznom gliniane naczynia i nalewały im piwo, co wyraźnie rozjaśniało ich posępne twarze. Dało się wyczuć, iż działo się tu coś ważnego.
W pewnym momencie gwar ucichł, wszyscy wstali, a do pokoju weszli mężczyzna i dotrzymująca mu kroku kobieta. Byli niezwykli, przewyższali wszystkich wzrostem i posturą. On był wielki jak tur. Odziany w fioletową szatę, miał srebrne, długie włosy oraz kontrastujące złote wąsy i brodę. Podszedł do siedziska i podał rękę idącej z nim kobiecie, której twarzy Małgorzata nie mogła dostrzec. Ona także była wielka, miała dużą głowę, wielkie piersi i rozłożyste biodra. Skorzystała z pomocy i usiadła na rzeźbionym siedzisku, na które chwilę później wskoczył też mężczyzna. Gestem dłoni nakazali wszystkim usiąść i w sali ucichło. Słychać było jedynie padające na dach krople deszczu i grzmoty wiosennej burzy, co potęgowało podniosłość chwili. Kiedy nastąpiło kolejne uderzenie pioruna, wielka kobieta odwróciła się w stronę Małgorzaty, a ta wydała z siebie niekontrolowany okrzyk, gdyż kobieta miała jej twarz. Przeraziła się własnego głosu, ale tamta nawet nie zatrzymała na niej wzroku, widocznie nie widząc i nie słysząc przybyłej, tak samo jak pozostali. Odetchnęła z ulgą, ale w tym samym momencie jej spojrzenie spotkało się ze wzrokiem potężnego mężczyzny, który z kamienną miną się w nią wpatrywał. Nie miała wątpliwości, że on ją widzi. Z pewnością powinna się teraz bać, ale nic takiego nie miało miejsca. Poczuła rozlewającą się po jej ciele falę ciepła i ukłucie w sercu, tak mocne, że przymrużyła powieki i złapała się za pierś. To było naprawdę dziwne, bo pomimo bólu chciała, żeby ta chwila trwała w nieskończoność. Otworzyła oczy, popatrzyła w stronę okna i pomyślała, że nie ma zamiaru ze sobą kończyć i to bynajmniej nie dlatego, że nie umiałaby tego zrobić. Przeciwnie, jest na tyle silną osobą, że dałaby radę. Tym bardziej, że przecież nikogo nie kocha. Pozornie nic i nikt jej na tym świecie nie trzyma. Poczuła jednak, że jest ktoś, dla kogo warto żyć, o kogo musi zadbać, a tą osobą jest ona sama i właśnie tej osoby nie może zawieść, bo nikt inny o nią nie zawalczy. To ona musi pomóc sobie i przekonać się, że priorytetem jest pokochanie siebie, a nie kogoś innego. Stefan miał rację, wieczna pogoń za uczuciem, budowanie czegoś, co jest z góry skazane na katastrofę, do niczego nie doprowadzi. Wiedziała, że da radę. Musiała dać. Próbowała zrozumieć dlaczego stała się tym, kim jest, ale niełatwo jest przeanalizować całe swoje życie, bo chcąc to zrobić uczciwie, człowiek musi się zmierzyć ze swoimi największymi słabościami, błędami i złymi wyborami. Niemniej, kobieta starała się w tej chwili przypomnieć sobie najdrobniejsze szczegóły, które sprawiły, że znalazła się właśnie w tym miejscu...
Dzieciństwo nie było dla Małgorzaty zbyt miłym wspomnieniem. Podobno zaczęła mówić i czytać bardzo szybko, dużo wcześniej niż inne dzieci, ale też od samego początku miała w sobie to, co wyrzucało ją poza nawias ogólnie przyjętych norm. Nie bawiło jej spędzanie czasu z rówieśnikami, zabawy lalkami, przebieranie się w księżniczki czy wygłupy z ludźmi, którzy przybierając przedziwne miny, starali się wejść z nią w interakcję. Małgorzata wolała czytać książki, obserwować świat, budować niezwykłe konstrukcje z kartonu czy rozmawiać, najchętniej z osobami dużo starszymi od siebie. Stopniowo poziom jej ogólnej wiedzy o świecie zaczął znacznie przewyższać poziom przeciętnego człowieka, jednak z powodu młodego wieku nie posiadała jeszcze doświadczenia w rozmowie i dystansu do otaczającej ją rzeczywistości. Jej mentorski ton i brak szacunku dla autorytetów powodowały, że ludzie uważali ją za dziwaczkę. To sprawiało, że przyjmowała pozycję obronną i wykorzystywała do tego sarkazm oraz cynizm, co nie pomagało, a powodowało niemal całkowitą alienację i przyczyniało się do omijania jej szerokim łukiem przez większość znajomych, ale także najbliższych.
Jak na ironię, jej nietuzinkowa, rzucająca się w oczy uroda przyciągała wzrok ludzi. Kiedy tylko Małgorzata pojawiała się w nowym otoczeniu, od razu musiała się konfrontować z zachwytami nad jej bujnymi, rudymi włosami, niezwykłą fizjonomią, baśniowym wyglądem czy, jak mówiono, urodą lalki. Musiała też znosić wszelkie idiotyczne zaczepki, miny, dotykanie jej włosów czy wdychanie cudzych, nie zawsze świeżych oddechów, które czuła na sobie, gdy się nad nią pochylali zupełnie obcy ludzie. Na domiar złego od dziecka miała nadwrażliwy słuch i węch, więc otaczające ją zewsząd zapachy i dźwięki niemal doprowadzały ją do szaleństwa, a co najmniej do zawrotów głowy i torsji.
Niestety, rodzice zamiast pomóc nieszczęsnemu dziecku, byli zadowoleni z zainteresowania nią obcych ludzi, bo pośrednio było to również zainteresowanie nimi. Ileż by wtedy dała, żeby którekolwiek z nich osłoniło ją własnym ciałem albo po prostu zabrało w ustronne miejsce, gdzie mogłaby się zaszyć i oddać ulubionemu zajęciu, czyli czytaniu ukochanych książek. Ucieczka w fikcję literacką była jej lekarstwem na trudy codzienności i gdyby miała opowiedzieć o jakimkolwiek dobrym wspomnieniu z dzieciństwa, to z pewnością byłaby to liczba książek, do których miała dostęp, gdyż ojciec pracujący w drukarni przynosił je hurtowo. On sam zauważył, że przekazywanie córce kolejnych egzemplarzy stało się jedyną okazją do kontaktu z własnym dzieckiem i że dając jej kolorowe tomiki, potrafił nawet wywołać uśmiech na jej twarzy. Tata ją kochał, czuła to, choć nie umiała mu tego odwzajemniać. Dotyk czy pocałunek były czynnościami mechanicznymi i nie sprawiały jej żadnej przyjemności, przeciwnie, narażały na kontakt z cudzym zapachem skóry, co nie wydawało jej się zbyt miłe. Ojciec miał niewiele cech, które mogłyby się jej wydawać specjalnie wartościowe. Wiedziała, że to porządny, uczciwy człowiek, ale niczym szczególnym się nie wyróżniał. Wkrótce zorientowała się też, że nie grzeszy elokwencją. Trudno jej było rozmawiać z kimś, kto starał się nadać swojemu głosowi moralizatorski ton, a nie radził sobie w konwersacji z nią, bo miał ogromne braki w edukacji, i to w elementarnych kwestiach. Matka natomiast ją fascynowała. Była piękna, miała podobnie jak ona, miedziane włosy i gładką skórę, jednak inną niż dziewczynka, bo śniadą cerę. Była też, w przeciwieństwie do córki, niewysoka i kobieca. Przyjemnie było patrzeć, jak zgrabnie się porusza. Pomimo iż Małgorzata była jeszcze dzieckiem, widziała, jak duże zainteresowanie swoją fizjonomią wzbudza jej mama wśród mężczyzn. Niestety, bez wzajemności. Była bardzo obowiązkowa, dbała o to, żeby dzieci były zawsze nakarmione i dobrze ubrane, ale w przeciwieństwie do ojca, nie miała potrzeby okazywania uczuć. Małgorzata, nieświadoma zupełnie patologii takiego zachowania, była jej za to wdzięczna, bo przynajmniej z jej strony nie musiała się spodziewać ataków czułości. Matka była bowiem osobą skupioną głównie na sobie. Dziewczynce to naprawdę odpowiadało, a przynajmniej tak jej się wtedy wydawało. Patrząc na to z perspektywy czasu, zastanawiała się, czy nie jest to jeden z powodów jej dzisiejszych problemów. Nie wiedziała jednak, czy matka właśnie przez swój egoizm i oziębłość spowodowała u córki lęk przed bliskością i dystans do ludzi, czy też ona, Małgorzata, po prostu odziedziczyła po niej geny i jej niezdolność do pokochania kogokolwiek była niezależna od wychowania. W głębi duszy współczuła mamie, bo gdyby faktycznie miało się okazać, że nie potrafiła inaczej, a miała jakąkolwiek autorefleksję, to posiadając dzieci i męża, musiała cierpieć i na pewno być bardzo nieszczęśliwa. Tkwiła przecież w układzie, który wymagał od niej ogromnego zaangażowania i poświęcenia, tak, poświęcenia, bo jeśli była taka jak Małgorzata, to nie miała instynktu macierzyńskiego, a musiała żyć w zgodzie z normami, szablonami i oczekiwaniami czy ocenami ogółu, którym się podporządkowywała. Na pewno czuła ogromną odpowiedzialność, żeby sprostać wymogom okoliczności, w których się znalazła. Bądź co bądź, Małgorzata miała ułatwione zadanie, bo rodzice pozwolili jej zdobyć wykształcenie, a to z kolei dawało jej szansę na wybór pracy czy ludzi, wokół których się obraca, takich, którzy nie oceniają, bo sami są pochłonięci własnymi sprawami.
***
Trudno się podnieść z łóżka po nocy, w której nie tylko nie zmrużyło się oka, ale także postanowiło się diametralnie zmienić swoje życie. Małgorzata zrozumiała, że musi się zmierzyć z prawdą i uczuciami, jakie ona w niej budzi, poznać charakter tych uczuć, lęku, jaki w niej rodzą, oraz odkryć mechanizmy obronne, które pozwalały łagodzić świadomość własnej niedoskonałości. Jedyną szansą było zmienić nastawienie do otaczającej ją rzeczywistości i zaakceptować w sobie to, czego dotąd nienawidziła. Zrozumiała, że nie zmieni osobowości, ale może poznać swoje potrzeby i reakcje, a tym samym w końcu odkryć, kim jest, co daje jej prawdziwą radość, czego tak naprawdę pragnie. Zdała sobie wreszcie sprawę, że warstwa sztucznie nałożonych na siebie norm i szablonów zachowań, które są ogólnie przyjęte jako normalne, spowodowały, że zatraciła się w swoim kłamstwie i to do tego stopnia, że oszukała nawet samą siebie. Musiała dotknąć własnych demonów, bez tego nie da się osiągnąć spełnienia, czymkolwiek ono jest. Zawzięła postanowienie, jakkolwiek to trywialnie nie brzmi, że odnajdzie siebie, chociaż kompletnie nie wiedziała na razie, co to znaczy, do czego zmierza i od czego zacząć.
Mechanicznie wykonywała poranne czynności, które od lat wypełniały jej czas przed wyjściem z domu. Mocna kawa postawiła ją na nogi i pozwoliła na nieco bardziej racjonalne myślenie, musi się wziąć w garść, bo przecież ma pracę, która daje jej bezpieczeństwo finansowe, a wiedziała, że pomimo wielkich planów coś jeść trzeba. Nie po to zresztą tyle lat się uczyła i ciężko pracowała na swoje stanowisko, żeby za sprawą jednego ruchu wszystko zaprzepaścić. Musi dokończyć doktorat, któremu poświęciła mnóstwo czasu i zaangażowania, i ogarnąć zajęcia ze studentami. Niedługo święta i Nowy Rok, więc będzie miała trochę czasu, żeby zdecydować, co robić dalej. Pewne było, że obecne życie nie dawało jej satysfakcji - nie lubiła go, więc nadszedł czas na zmiany.
Święta to, odkąd pamiętała, zło konieczne. Zawsze czuła imperatyw moralny, że powinna spotkać się z rodzicami i bratem, bo tak przecież wypada, zresztą i tak nie miała nic innego do roboty, gdyż na uczelni była przerwa. Bez entuzjazmu obdarowywała znajomych prezentami, bo byłoby źle przyjęte, gdyby tego nie zrobiła oraz przyjmowała sztampowe życzenia od przypadkowych ludzi. Tak naprawdę to nienawidziła świąt, bo wszystko wydawało jej się sztuczne. Nie znosiła zabaw sylwestrowych i najczęściej udawało jej się jakoś od nich wymigać, a narzucane zewsząd sugestie o konieczności podjęcia postanowień noworocznych doprowadzały ją niemal do szału. Jakież może mieć postanowienia noworoczne kobieta, której wszystko od dziecka przychodziło z ogromną łatwością? Odkąd pamięta, umiała o siebie zadbać. Była dorosła jak na swój wiek i już jako nastolatka pracowała, bo w przeciwieństwie do jej rówieśniczek emocje nigdy nie przejmowały nad nią kontroli, przeciwnie, jej logika i racjonalizm powodowały, że umiała planować i realizowała postawione cele. Zawsze miała oszczędności, bo chciała się uniezależnić od rodziców. Każdy zarobiony grosz odkładała, aby jak najszybciej wyprowadzić się z rodzinnego domu. Z matką przecież nigdy nie miały zażyłych stosunków, nie było pomiędzy nimi relacji, jakie powinny je łączyć. Małgorzata dziś już wiedziała, że trudno obarczać winą którąkolwiek z nich, bo był to pewnie wynik ich cholernych zaburzeń osobowości. Nie zmienia to faktu, że matka zupełnie nie interesowała się swoimi dziećmi. Można by się zastanawiać, czy wiedziała o swojej dysfunkcji, czy nie. Jeśli wiedziała, to powinna ostrzec córkę przed tym, na co będzie skazana i z czym będzie się musiała zmierzyć. To oszczędziłoby Małgorzacie mnóstwa czasu poświęconego na kolejne bezowocne próby stworzenia związku. Być może jednak sama nie umiała poradzić sobie ze swoim ograniczeniem, a w dodatku, mówiąc o nim córce, musiałaby się przyznać do tego, że nie kocha jej ojca. Ten natomiast choć na swój nieco dziwny, nieporadny sposób naprawdę kochał dziewczynkę. Spełniał jej potrzeby i starał się umożliwiać rozwój, widząc łatwość z jaką przychodzi jej nauka. Niestety, różnica między stanem wiedzy ojca a erudycją jego córki szybko stała się znaczna, co stopniowo pogłębiało przepaść pomiędzy nimi. Żadne z nich nie starało się, a może i nie umiało, znaleźć kompromisu czy sposobu, żeby się porozumieć i wzajemnie nie ranić. Ojciec nie potrafił przyznać się do braków w edukacji i reagował agresją, gdy córka obnażała jego słabość, a ona z premedytacją szukała sposobności, żeby nie przepuścić żadnej ku temu okazji.
Jedyną osobą, z którą Małgorzata miała względnie dobre relacje, był jej o pięć lat młodszy brat, Mateusz. Był zupełnie inny niż ona, lubił się śmiać, dużo mówił, miał przyjaciół i był nad wyraz empatyczny. Jakby natura chciała wyrównać w tej rodzinie średnią emocji i dać mu wszystko to, czego poskąpiła siostrze. Chłopiec od najmłodszych lat lgnął do wszystkich, wtulając się i gramoląc im na kolana, zupełnie nie zwracając uwagi na to, czy sprawia tym komukolwiek przyjemność. Matka nie odwzajemniała jego uczuć, więc rola przyjmującego ten niekończący się zasób miłości spoczęła na ojcu. Małgorzata, jako starsza siostra, wielokrotnie musiała przejmować chwilową pieczę nad bratem, więc również skazana była na słowotok wyznań i ogrom zaślinionych całusów. Znosiła je dzielnie, a z czasem, chociaż samej było jej w to trudno uwierzyć, nawet je polubiła. Ona natomiast, z oddaniem i cierpliwością, wpajała w niego wiedzę, którą sama zdobywała z ogromną łatwością. Pomimo że dysonans między ich możliwościami był ogromny, cierpliwa nauczycielka zdołała omówić z nim materiał szkoły podstawowej, zanim skończył dziewięć lat, co następnie pozwoliło mu zaliczać w jeden rok po dwie klasy, skończyć medycynę i pracować obecnie nad doktoratem z endokrynologii. Zawsze zapatrzony w siostrę i starający się jej dorównać, choć sam nie został obciążony przypadłością, która czyniła człowieka bezemocjonalnym stworem, nie umiał sobie ułożyć życia prywatnego. Być może wynikało to ze złych wzorców w rodzinie, w której nie było bliskości. W każdym razie Mateusz był samotny i nic nie wskazywało na to, żeby miało się to zmienić. Nigdy nie rozmawiali z siostrą o ich życiu prywatnym, więc nie umiała stwierdzić, czy również u niego powoduje to frustrację, tak jak u niej. Wiedziała jednak, że jest altruistą i wiele swojego czasu poświęca na działalność charytatywną. Odkąd pamiętała, brat brał udział w wolontariatach, jeszcze w szkole podstawowej, pomagał w lekcjach chorym uczniom, odwiedzał też niepełnosprawnego chłopca, żeby dotrzymać mu towarzystwa. Nauczyciele nie mogli się nadziwić, że ten świetny uczeń, osiągający sukcesy w licznych konkursach, znajduje jeszcze czas i chęci na pomoc innym.
Pojęcie dobra interesowało Małgorzatę nie mniej niż tematyka miłości. Zaprzątało jej umysł, prowokowało pytania, wymuszało odpowiedzi. Bo czymże ono jest? Przecież tyle już o tym napisano i powiedziano. Literatura, film, sztuka dotykają tej kwestii od początku swego istnienia, mieszając dobro z miłością. Zadręczało ją pytanie, czy jeżeli nie umie pokochać, ale angażuje się w związki, to jest jednoznacznie zła. Czy tłumaczy ją w jakikolwiek sposób fakt, że od początku stawia sprawę jasno, nie zwodzi, nie udaje i nie oszukuje? Hipoteza bycia złą paraliżowała ją, bo przecież nie była taka, nie miała zamiaru krzywdzić innych, a w dodatku sama przez to cierpiała. Myśli rozsadzały jej czaszkę, bo przecież musi być jakiś sposób, żeby to wszystko pogodzić. Stefan ma rację, powinna skupić się na sobie i odnaleźć coś, co daje jej szczęście, a nie koncentrować się na poszukiwaniu miłości? Łatwo powiedzieć, ale jak zmienić swoje życie z dnia na dzień?
Małgorzata wzięła odruchowo telefon do ręki i pod wpływem impulsu wybrała numer brata.
- Święty duch Pana Boga chwali, masz raka? - W słuchawce słychać było zdziwiony głos Mateusza.
- Bardzo śmieszne! A co, jeśli tak? - zapytała niezadowolonym tonem Małgorzata.
- Śmieszne, śmieszne, bo gdybyś miała, to znając ciebie, na pewno byś nie zadzwoniła, więc musiało się stać coś znacznie gorszego. - Zaśmiał się do słuchawki.
- Daj spokój. Jesteś w domu? Mogę przyjechać?
- O cholera, to naprawdę coś poważnego. Co się stało? - zapytał, już tym razem wyraźnie zaniepokojony.
- Powiedzmy, że nic, jeszcze nic, ale jak czegoś nie zrobię ze swoim życiem, to się może stać.
- Dobra, miałem iść na uczelnię, ale zostanę w domu i zaczekam na ciebie. Kiedy będziesz? Mam po ciebie przyjechać?
- Nie, dzięki, poradzę sobie. Wezmę taksówkę, więc pewnie będę u ciebie za jakieś czterdzieści minut.
- To czekam - powiedział już spokojniej.
- Do zobaczenia - odparła Małgorzata.