ADAM
- No dobrze, to ty tutaj zostań, a ja pójdę na chwilę do babci - odezwał się mój dziadek, kiedy obaj stanęliśmy przed grobem moich rodziców. Wyciągnąwszy z foliowej reklamówki jeden ze zniczy, odwrócił się i poszedł przed siebie, zostawiając mnie samego.
A ja... Kiedy tylko zostałem sam, zacząłem wspominać swoją przeszłość. I choć właśnie mijała kolejna rocznica ich śmierci, wciąż nie umiałem się z tym pogodzić.
Miałem tylko siedem lat, gdy zostałem sierotą, a jednak doskonale pamiętałem swoich bliskich. Radosną, wciąż roześmianą matkę, która każdego dnia odprowadzała mnie do szkoły, i równie wesołego ojca - mojego bohatera i najlepszego przyjaciela, który zawsze był moim ulubionym kompanem do zabaw. Byłem ich jedynym dzieckiem, którego narodzin doczekali się po kilku latach bezowocnych starań.
Trzynasty czerwca... Cholerny dzień - pomyślałem, patrząc na tę czarną płytę nagrobkową, której - tak samo jak i tego miejsca - nienawidziłem z całego serca.
Trzynaście lat temu zginęli moi rodzice. Oboje umierali w wielkim cierpieniu, a ja... A mnie nie było z nimi, bo wolałem pojechać do kolegi na noc.
Akurat tamtego dnia Tomek, wówczas mój najlepszy przyjaciel i jednocześnie rówieśnik, obchodził swoje siódme urodziny.
Tomek wraz z rodziną mieszkał w sąsiedniej miejscowości, w wielkim, trzypiętrowym domu. Moi rodzice zgodzili się, abym zgodnie z życzeniem przyjaciela przenocował u niego. Nikt przecież nie spodziewał się, że tamtej cholernej nocy z powodu awarii instalacji elektrycznej w naszej drewnianej chacie wybuchnie pożar. Z późniejszych ustaleń policji i straży pożarnej wynikało, że pożar wybuchł w dolnej części domu, a dokładniej gdzieś pomiędzy kuchnią a salonem. Sypialnia rodziców znajdowała się na piętrze, w malutkim pomieszczeniu, które nie miało nawet okien - ot, taki kaprys mojej matki, która panicznie bała się spać w przestronnych, jasnych pokojach. To właśnie za jej namową ojciec postanowił wyremontować jedną z komórek, która niegdyś służyła za spiżarnię, i stworzyć tam dla nich wspólny kąt. To było małe pomieszczenie, w którym znajdowało się jedynie ich małżeńskie łóżko, jedna mała komoda oraz dwie niewielkie szafki nocne, stojące przy ich posłaniu. Z pokoju tego dało się wyjść tylko jednymi drzwiami, które tamtej nocy z niewiadomych przyczyn zatrzasnęły się. Moi rodzice zostali uwięzieni we własnym pokoju, z którego nie było żadnej drogi ucieczki. Biorąc pod uwagę zniszczenia powstałe na drzwiach, policjanci założyli, że próbowano wyważyć je, kopiąc w nie i napierając z całej siły, jednakże to nie pomogło. Moi rodzice zmarli tej nocy z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Widoku ich na wpół zwęglonych ciał, które po śmierci dopadł jeszcze niszczycielski ogień, nie zapomnę do końca swoich dni.
Gdy następnego dnia rano wróciłem do domu, w pierwszej chwili nie potrafiłem pojąć tego, co działo się na naszym podwórku, na którym stały trzy wielkie wozy strażackie, dwa radiowozy i... dwa czarne samochody, do których w wielkich foliowych pokrowcach zostali zabrani moi rodzice. Akurat w chwili, w której wysiadłem z auta, jeden z pracowników - jak się później domyśliłem - zakładu pogrzebowego wkładał na wpół zwęglone ciało mojej matki do czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało worek.
- Mamo! - zacząłem krzyczeć, patrząc na ten przerażający widok, po czym podbiegłem do zdezorientowanego mężczyzny pakującego moją rodzicielkę do worka. - Mamo! Mamo! Słyszysz mnie?! Mamo, wstawaj! - wrzeszczałem, klękając przy schowanej w zwojach plastiku matce.
- Kochanie, chodź tutaj. - Usłyszałem po chwili głos sąsiadki, która wraz ze swoim mężem mieszkała tuż obok. - Adasiu, wstań, kochanie, z kolan i chodź do nas - dodała, słysząc, że ja wciąż nawołuję swoich bliskich. - Kochanie... - Kobieta zaczęła szlochać. - To już i tak nic nie pomoże... Oni... Twoi rodzice nie żyją, Adasiu...
- Mamoooo! Mamo, wstawaj! - Gdy padło tych kilka gorzkich słów, których początkowo nie byłem nawet w stanie zrozumieć, zacząłem drzeć się wniebogłosy.
Domyśliłem się, że stało się coś nieodwracalnego, bo przecież ktoś właśnie pakował moją matkę do worka i nie dawała ona żadnych znaków życia, a nasza sąsiadka płakała coraz bardziej. Dopiero po chwili, w czasie, kiedy jeden z policjantów wziął mnie na ręce i zapytał, czy chciałbym zobaczyć, jak w środku wygląda radiowóz, w który się wpatrywałem, szukając w głowie jakiegokolwiek sensu usłyszanych słów, zrozumiałem wszystko. Przypomniałem sobie, jak kilka tygodni wcześniej moja ukochana mama powiedziała mi, że babcia Aldona umarła.
- Ale co to znaczy, że umarła? - zapytałem jej wtedy.
- Oj, kochany - odpowiedziała zatroskana. - Babcia umarła i nie wróci już do nas. Nigdy więcej jej nie zobaczymy ani nie usłyszymy, ale zawsze będziemy mogli odwiedzać ją tutaj - pokazała palcem na cmentarz, z którego właśnie wychodziliśmy - i porozmawiać z nią... Będziesz mógł opowiadać jej o swoich przygodach w szkole albo o tym, co cię trapi. Bo ona zawsze tutaj będzie, wiesz? I choć nigdy nie będziesz mógł jej zobaczyć, to za każdym razem poczujesz, o tutaj, w sercu, jej obecność.
I z tej rady korzystam każdego tygodnia... Podczas każdej "wizyty", gdy odwiedzam moich rodziców i rozmawiam z nimi, siedząc na tej niewygodnej drewnianej ławce i gapiąc się w ten przeklęty nagrobek, który zresztą często śni mi się po nocach...
Minęło już trzynaście długich lat, a ja wciąż czuję to samo. Pustka, żal i ten wszechobecny strach o przyszłość, o to, czego jeszcze będę musiał doświadczyć w swoim życiu, towarzyszą mi każdego pieprzonego dnia. I choćbym nie wiem jak próbował, nie jestem w stanie tego zmienić.
- Nie odbierajcie mi go nigdy, proszę - szepnąłem, patrząc na nagrobek rodziców, kiedy zobaczyłem, jak mój dziadek zmierza w moim kierunku. - Dobrze wiecie, że ja bez niego nie dałbym rady... - Ukryłem twarz w dłoniach, przypominając sobie o wszystkich tych chwilach, w których ten poczciwy staruszek był przy mnie i pomagał mi, jak tylko umiał.
Od kilku lat żyliśmy sami, mieszkaliśmy w jego rozpadającym się powoli domu, ciesząc się swoim towarzystwem oraz przede wszystkim tym, że mamy siebie.
- To jak, Adasiu? Będziemy się już chyba zbierać, co? Za piętnaście minut odjeżdża nasz autobus, a do przystanku daleko... - Dziadek przystanął na chwilę obok ławki, po czym zapalił znicz i zamilkł, pozwalając mi na pożegnanie.
Po chwili obaj ruszyliśmy w stronę wielkiej, metalowej bramy, a każdy z nas pogrążony był we własnych myślach. Myślach, których nigdy nie było końca...