Bezlitosne światło - Sophie Clark

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (40,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tytuł oryginału: Cruel is the Light

Copyright ? Sophie Clark, 2025

First published as CRUEL IS THE LIGHT in 2025 by Puffin, an imprint of Penguin Random House Children's. Penguin Random House Children's is part of the Penguin Random House group of companies.

Copyright ? for the Polish translation by Natalia Gawrońska-Miszuk

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Renata Kuk, Julita Paprotna

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: Mona Finden

Mapa ? Virginia Allyn, 2025

Ilustracje we wnętrzu książki ? Alessandra Fusi, 2025

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Wydawczyni: Natalia Sikora

Redaktorka prowadząca: Anna Salwa

Koordynatorka produkcji: Anna Pawłowicz

Promotorki: Julia Banaszkiewicz, Zuzanna Barańska, Emilia Mazur

Copyright for the Polish edition ? 2025 by Wydawnictwo Jaguar

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-68592-20-7

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2025

Wydawnictwo Jaguar

Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

tiktok.com/@wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2025

Święte Imperium Watykańskie: Hierarchia

Exorcist Primus ŚWIĘTEGO IMPERIUM WATYKAŃSKIEGO

Exorcist Primus jest najwyższym władcą i duchowym przywódcą Świętego Imperium Watykańskiego, choć sprawy codzienne i prowadzenie imperium powierza dwóm Imperatorom, zgodnie z zakresem obowiązków wynikających z ich stanowisk: przywódcy militarnego i przywódcy rządu.

Obecny Exorcist Primus, Jego Świątobliwość Alexander II, boryka się z problemami zdrowotnymi i powierzył jeszcze więcej swoich obowiązków młodemu ambitnemu Imperium Bellum.

Imperium Bellum | WŁADCA WOJNY

Jako przywódca militarny Świętego Imperium Watykańskiego Imperium Bellum ma niemal nieograniczoną władzę w kwestiach militarnych. Obecnie stanowisko to zajmuje Cesare Alleva, który zyskał jeszcze większą potęgę przez wzgląd na słabnącego Exorcist Primusa. Podczas wojny wyjątkowo uzdolniony Imperium Bellum może być znany jako Cień Boga.

Cesare Alleva jest Cieniem Boga.

Imperium Politikos | KANCLERZ

Ta funkcja obecnie sprawowana jest przez egzorcystę Adriano de Sanctisa. W poprzednich latach polityczna gałąź potęgi imperium była oddzielona od Watykanu i kultu Nieumarłego Boga, jednak w ostatniej połowie wieku nadzwyczaj rzadko zdarzało się, żeby stanowisko zajmował ktoś inny niż rzymski egzorcysta.

Monarchini CESARZOWA ŚWIĘTEGO IMPERIUM WATYKAŃSKIEGO

Obecną cesarzową jest Ofelia Augustus. Jako władczyni pełni ona jedynie funkcję reprezentacyjną. Rodzina cesarska straciła władzę, gdy Nieumarły Bóg zamieszkał w Rzymie, a Watykan zyskał wpływy i kontrolę.

EGZORCYSTA PIERWSZEJ KLASY

Najwyższa klasa egzorcystów w Watykanie. To dowódcy oddziałów, którzy mają swobodę działań podczas przeprowadzanych akcji, chyba że zostaną bezpośrednio oddelegowani przez Imperium Bellum. Pierwsza klasa jest zarezerwowana dla tych, którzy są zdolni - lub są postrzegani jako kompetentni przez przełożonych - do pokonania wicehrabiego, demona poziomu piątego. Jednak nawet Egzorcysta Pierwszej Klasy ma jedynie jeden procent szans na przetrwanie spotkania z Demonicznym Księciem.

EGZORCYSTA DRUGIEJ KLASY

Żeby zostać Egzorcystą Drugiej Klasy, trzeba być w stanie pokonać Arystokratę - demona poziomu czwartego. W rzadkich przypadkach spotkanie Egzorcysty Drugiej Klasy z demonem poziomu piątego kończy się śmiercią.

EGZORCYSTA TRZECIEJ KLASY

Wszyscy absolwenci Akademii automatycznie zostają Egzorcystami Trzeciej Klasy. Jeśli nie mają umiejętności potrzebnych do osiągnięcia tego statusu, to nie ukończą Akademii. Egzorcysta Trzeciej Klasy musi być w stanie pokonać wszystkie demony od poziomu pierwszego do trzeciego. W pojedynczych przypadkach egzorcysta specjalizuje się w uzdrawianiu, tak jak bracia czy siostry medycyny, czyli mistrzowie rzemiosła. W przeciwieństwie do nich egzorcysta medyk ma dostęp do potężniejszej magii i przez to jest w stanie dokonywać cudów. Nigdy jednak nie awansuje w hierarchii, ponieważ uważa się, iż nie potrafi pokonać arystokraty - demona poziomu czwartego - co stanowi podstawę do awansu. Mimo wszystko Egzorcyści Trzeciej Klasy są niezwykle cenni.

MISTRZ RZEMIOSŁA

Istnieją dwie klasy mistrzów rzemiosła: medycyna i wojna.

MEDYCYNA

Bracia i siostry medycyny są watykańskimi uzdrowicielami - są tym, co stoi między Rzymem a zniszczeniem, jako że to oni dbają o to, żeby watykańskie oddziały nie zostały zdziesiątkowane.

WOJNA

Bracia i siostry wojny podążają ścieżką wojenną i mogą wybrać jedną z czterech podklas:

- Strzelec doborowy - wojownik specjalizujący się w artylerii i materiałach wybuchowych.

- Pięściarz - rzadka podklasa. Pięściarze specjalizują się w walce wręcz.

- Zbrojny - wojownik specjalizujący się w walce na krótki i średni dystans, który używa mieczy i innych ostrzy.

- Miotacz - wojownik specjalizujący się w atakach na odległość, który nie używa artylerii.

Wielu egzorcystów również może specjalizować się w jednej z wymienionych klas. Jednak te umiejętności przydają im się mniej w przetrwaniu, gdyż mogą korzystać ze swojej magii. Za to mistrzowie rzemiosła mogą wybrać specjalizację tylko raz i podczas ostatniego roku Akademii tworzą wybraną przez siebie broń. Dopiero wtedy zostają absolwentami i są oficjalnie uznani za mistrzów rzemiosła.

Akademia Watykańska Podręcznik: Demony

DEMON POZIOMU PIERWSZEGO: Klątwiak

Szepczą z cieni i doprowadzają do szaleństwa. Czasami przyciągają je egzorcyści i potężniejsze demony. Zwykle zostają zgładzone w walce w zwarciu. Znikną z ludzkiego świata, chyba że staną się sprytniejsze. Zawsze istniały w tej czy innej formie.

DEMON POZIOMU DRUGIEGO: Ghul

Ghule mogą tymczasowo opętać martwe ptaki i ludzkie zwłoki. Jednak, podobnie do czortów, zazwyczaj występują w naszym świecie pod postacią dymu. Mimo to są niebezpieczne i potrafią na krótko pokazać zęby oraz pazury, żeby okaleczać lub zabijać.

DEMON POZIOMU TRZECIEGO: Czort

Ich ciała rzadko pozostają w nienaruszonym stanie. Czorty częściej występują pod postacią dymu niż w fizycznym ciele, co wcale nie oznacza, że w swojej efemerycznej formie nie są niebezpieczne. Mogą opętywać ludzi, ale ich obecność jest tak pustosząca, że szybko niszczy ciało żywiciela.

Czorty mogą stanowić wyzwanie dla wszystkich mistrzów rzemiosła i Egzorcystów Trzeciej Klasy.

DEMON POZIOMU CZWARTEGO: Arystokrata

Arystokratów są w stanie zabić jedynie Egzorcyści Pierwszej i Drugiej Klasy. Są najbardziej niebezpieczne dla cywilów i pracowników Watykanu. Choć nie są takim zagrożeniem na większą skalę jak demony poziomu piątego i szóstego, arystokraci potrafią siać chaos w ograniczonej przestrzeni i są uważani za poważne zagrożenie dla życia.

Mogą stanowić wyzwanie dla Egzorcystów Drugiej Klasy.

DEMON POZIOMU PIĄTEGO: Wicehrabia

Wicehrabiowie są pierwszą z dwóch Katastroficznych Klas demonów. Mają dostęp do magii żywiołów, potrafią opętywać ludzi, ale udany egzorcyzm przeprowadzony przez watykańskiego egzorcystę może ocalić opętanemu człowiekowi życie.

Stanowią zagrożenie nawet dla Egzorcystów Pierwszej Klasy.

DEMON POZIOMU SZÓSTEGO: Książę

Demoniczni książęta są najpotężniejszymi demonami. Z łatwością opętują ludzkie ciała i sieją spustoszenie, władając wrodzoną, potężną magią żywiołów. Potrafią żyć w ukryciu przez jakiś czas, gdy opętają człowieka, ale ich magia jest zbyt potężna dla ludzkich ciał, które po czasie nie są w stanie utrzymać ich demonicznej esencji. Każdy z książąt został nazwany i skatalogowany przez Watykan.

Tylko Egzorcysta Pierwszej Klasy ma szansę przetrwać starcie z demonem tego poziomu.

Ujście z życiem stanowi wyjątek, a nie zasadę, ale Święte Imperium Watykańskie jest wdzięczne za wasze poświęcenie.

PROLOG

Baliel czuł ciężar nie swojego świata, jeszcze zanim miał oczy, którymi mógł go obejrzeć. Owinął się wokół chłopaka, zduszając światło. Świat był ciemny. Noc. Poruszył ramionami na próbę. Skóra napięła się za mocno. Rozciągała się, rozdzierała. Włókna ciała się rozpadały, po czym magia zszywała je na nowo nad skrzydłami umieszczonymi na łopatkach. Mięśnie i ścięgna też, wszystkie się rozdarły i zagoiły w kilka chwil.

Zmatowiałe lustro odbijało obraz, którego Baliel nie rozpoznawał. Odwrócił się i przyjrzał delikatnej powłoce, którą zajął.

Nadal był piękny, a jego esencja drążyła kości, żeby lepiej dopasować ciało do jego potrzeb. Jednak tym sposobem je zdeprawował.

Nawet gdy miał otwarte oczy, intensywnie niebieskie tęczówki osmalały jego oczodoły czernią.

To musi wystarczyć, pomyślał, zginając wydłużone przez jego przytłaczającą obecność palce. Skóra na knykciach pękła, a jego usta wykrzywiły się w niesmaku. Był Elizyjczykiem, a tacy jak on rzadko mogli wygodnie umościć się w ludzkiej skorupie. No chyba że w żyłach człowieka, którego ciało przejmował, płynęła elizyjska krew. W ostateczności nadałaby się nawet krew Kairosa.

Jakkolwiek by patrzeć, ludzie wszystkich nazywali demonami.

Chłodne powietrze owiało jego nagie nogi, gdy wyszedł na ulicę i zwrócił się w kierunku kamiennego kościoła stojącego na zboczu góry. Baliel znacznie przewyższał ludzi, którzy na jego widok rozpierzchli się jak szczury w cieniu.

Tańczyły wokół niego tumany białego puchu.

Śniegu, podsunęła mu pamięć.

Sprawdził, jak smakuje to słowo. Nuta popiołu w jego gardle wskazywała na to, że struny głosowe zdążyły już ulec rozpadowi. To ciało długo nie wytrzyma.

Baliel pstryknął palcami i rozpędził puch, a jego magia pomknęła ulicami, niszcząc je. Jego esencja wybuchła i uderzyła w burzowe chmury liźnięciem błękitnego płomienia. Z ulic pełnych domów zostały tylko zwęglone gruzy wznoszące się do nieba niczym poczerniały, spalony las.

Baliel przebiegł wzrokiem po rzezi i zmarszczył brwi.

Musi być ostrożniejszy. Ta powłoka ledwie go trzymała.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bóg stworzył ludzkość i demony.

Demony ukrzyżowały Boga.

A ludzkość Go opuściła.

Istniał jeszcze jeden dogmat, który Watykan trzymał w tajemnicy:

Ludzkość okiełznała nieczystą magię demonów.

Selena Alleva płynnym ruchem przejechała ostrzem po swoich bladoniebieskich żyłach na ramieniu. Zwolniła, kiedy znalazła symbol wyryty w kościach. Pochłoń. Zawahała się. Jej własna magia była jej wrogiem. Z każdym egzorcyzmem Selena traciła coraz więcej krwi. Jeżeli zawahała się jedynie ze strachu przed bólem albo przez wzgląd na jakąś irracjonalną zasadę, to wiedziała, że przezwycięży swoje wątpliwości. Ból już jej nie przerażał - dobrze się z nim zaznajomiła przez lata treningów w Watykanie.

- Dio Immortale - zaklęła.

Tej nocy popełniła kilka błędów. Gdyby choć jedną rzecz zrobiła inaczej, nie byłaby teraz w tej sytuacji - nie musiałaby wykrwawiać się dla mocy. Otaczała ją woń zgnilizny i pleśni, pod którymi kryła się metaliczna nuta krwi. Nie powinna była tracić czujności.

W powietrzu dawało się wyczuć nadciągający śnieg. Selenę przeszły ciarki po plecach, ale nie wywołał ich ostry wieczorny chłód. Uderzyła ją cuchnąca fala demonicznej magii, która rozbrzmiała w najgłębszych zakamarkach jej umysłu.

To nie był jeden demon, było ich więcej.

Smakowały jak przemoc. Jak pęknięta warga. Czuła żelazo i zgniliznę.

- Kapitano Allevo?

Selena uciszyła podwładnego ostrym spojrzeniem. Ambrose Zurzulo nie był wystarczająco spostrzegawczy, żeby wyczuć splamioną magię, a Selena nie miała cierpliwości do jego braku wrodzonego talentu. Zerknęła na pokryty runami metal, który otulał jego ręce. Kastety. Nie do wiary. Jednak mężczyzna był zbyt zapatrzony w siebie, żeby dostrzec jej pogardę.

Nie miała pojęcia, dlaczego ktoś z własnej woli mógł wybrać walkę wręcz i dopuścić demony tak piekielnie blisko siebie.

- Jesteśmy niedaleko. Ruszajmy.

Poprowadziła swój oddział w dół łagodnych schodów, goniąc za chłodnym przyciąganiem demonicznej magii, która prowadziła ją do walącego się budynku na końcu ulicy. Wyglądał na opuszczony - ale nie był. Dwa demony. Nie, trzy. A może nawet więcej. Takie gniazdo nie było czymś niespotykanym w sercu Rzymu, ale rzadko zdarzało się tak blisko Watykanu.

Zamierzała wynagrodzić demonom srebrem za to, że pofatygowały się aż tutaj.

Selena zatrzymała się z poślizgiem na widok okien. Po jednej stronie miała Ambrose'a, a po drugiej Benedettę. Oboje byli nowi w jej oddziale, a choć Benedetta Fiore była na tym samym roku w Akademii co Selena, to nigdy nie były ze sobą blisko. Kiepsko, że akurat dzisiaj zobaczy ich w akcji po raz pierwszy.

Ambrose rozprostował palce i strzelił knykciami.

- Pójdę przodem - powiedział i zaczął wyrzucać w powietrze pięści, jakby walczył z niewidzialnym wrogiem.

Naprawdę kiepsko.

Ale w tej kwestii nie miała za wiele do powiedzenia. Taki dostała rozkaz od przełożonych, a Watykan słynął z tego, że panowała w nim niepodważalna hierarchia.

- Nie wydaje mi się - powiedziała Selena stanowczo, ale delikatnym głosem. - Bez mojego rozkazu nie waż się nawet spojrzeć demonowi w oczy. - Zaczęła wyliczać na palcach. - Słuchajcie mnie. Zaimponujcie mi. Przetrwajcie. W tej kolejności. To powinno być proste. Nawet dla was.

Wbiła wzrok w Benedettę.

- Trzymaj się Zurzula. Obroni cię.

Gdy Ambrose potaknął, wywołany stresem uporczywy uścisk w piersi Seleny nagle ustąpił. Trochę.

- A co z tobą? - zapytała Benedetta.

Kapitana patrzyła jej dalej prosto w oczy.

- Ja też cię obronię.

Benedetta zamrugała ze zdziwienia, a jej twarz rozpromienił uśmiech.

- Och, to wiem. Chodziło mi o to, kto obroni ciebie.

Selena uznała, że to pytanie nie zasługuje na odpowiedź.

Zza rogu wyszła wysoka postać.

- O kapitano, moja kapitano - powiedziała Caterina Altamura, przeciągając samogłoski, po czym posłała rozżarzony niedopałek w ciemność. - Spokojnie. Przybyła kawaleria.

Selena po raz pierwszy tego wieczoru pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

Podobnie jak Ambrose, Caterina była mistrzynią broni, a do tego była równie zdolna, co niezdyscyplinowana.

Z cienia wyłoniła się kolejna osoba.

Lucia Scavo zadarła ostry podbródek i odwróciła piękną twarz w kształcie serca. Wyglądała, jakby węszyła. Jej wrażliwość na demoniczną magię była dobrze znana wszystkim w Watykanie i Selena ufała jej instynktom niemal tak samo jak własnym.

Również wyczuliła zmysły. Moc nigdy jej nie opuszczała, bo płynęła w jej krwi. Jednak śpiewała głośniej, kiedy Selena zbliżała się do demonów. Kapitana zerknęła na Lucię.

- Nie czuję żadnego demona powyżej poziomu drugiego.

Uzdrowicielka pokiwała głową. Jej policzki były rumiane od zimnego wiatru.

- Jest ich nie więcej niż piątka. Wszystkie niższego poziomu.

Watykan klasyfikował demony według sześciostopniowej skali. Ostatnio do świata często przedzierały się klątwiaki i ghule. Nie były szczególnie niebezpieczne ani trudne do pokonania, ale stanowiły zagrożenie dla cywilów. Wystarczająco duże, żeby zmusić Watykan do szybkiej reakcji, a Watykan nie bierze jeńców.

Ambrose podrzucił sześciokątny dysk, który błysnął w słabym świetle i szybko zniknął w dłoni Seleny, która go złapała.

Zmarszczyła brwi.

- Masz pojęcie, co to jest?

Wojownik wsunął ręce do kieszeni.

- Znalazłem go.

- Gdzie?

Wzruszył ramionami.

Selena obróciła dysk między palcami i mu się przyjrzała. Widniała na nim pieczęć Nieumarłego Boga. Moneta ochronna. Jedna z wielu, które zostały poukrywane po całym Rzymie w pomnikach. Ich potężna magia strzegła miasto przed demonami. To nasuwało na myśl pytanie: skąd wziął ją Ambrose?

Lucia wyrwała ją z zamyślenia.

- Wyczuwam... chyba czorta? - powiedziała uzdrowicielka z nietypowym dla siebie wahaniem.

Słysząc to, Benedetta zbladła i szybko dotknęła czoła, gardła i środka piersi, żeby się pomodlić. Selena nie potrzebowała kolejnego potwierdzenia na to, że Benedetta nie powinna służyć w terenie i stawiać czoła demonom.

- Daruj sobie modlitwy - powiedziała chłodno. - Nie ma po co wzywać Boga na demona poziomu trzeciego.

Caterina stłumiła uśmiech, za to Lucia nie kryła swojego złośliwego grymasu.

Selena je zignorowała, wsunęła ochronną monetę do kieszeni i zwróciła się w stronę budynku. W blasku lamp pokruszony tynk fasady wydawał się bardziej pomarańczowy niż różowy, ale najważniejsze było to, co kryło się w środku. Odbierała obecność istot jako lekkie pulsowanie. Czuła, jakby w garści trzepotał jej motyl. Wiedziała, że wkrótce zmiażdży te demony równie łatwo jak owada. Choć czuła się dość pewnie, w jej piersi zagościł niepokój. Coś było nie tak.

Caterina nacięła kciuk i przycisnęła go do pieczęci na kartaczownicy. Kiedy jej krew odblokowała prawdziwy potencjał broni, jasne smugi mocy pomknęły wzdłuż sześciu luf karabinu.

Oddział składający się z pięciu osób się rozdzielił. Każdy przeszukiwał w ciszy mieszkania na parterze, po czym wszyscy udali się na piętro. Selena osłaniała Ambrose'a i Benedettę, trzymając ich ciągle w zasięgu wzroku. Caterinie i Lucii nie musiała mówić, co mają robić - awansowały w szeregach Akademii dwa lata przed nią i tworzyły zgrany duet o wiele dłużej, niż ona była ich dowódczynią. Szanowała ich sprawność, lecz im nie ufała.

Zawzięcie walczyła o to, żeby nie musieć zabierać na tę misję Benedetty, ale nie miała wyboru. "Dwoje uzdrowicieli". Tak rozkazali, a ona posłuchała.

Spowity dymem, przypominający gada klątwiak wynurzył się powoli z cienia i skierował w stronę Ambrose'a. Demon poziomu pierwszego. Selena przecięła go, zanim Ambrose zdążył go zauważyć, i strząsnęła pozostałości cienia z miecza. Odwróciła się i schowała go do pochwy.

Nagle za plecami usłyszała dzwonek, a z nieużywanej windy gastronomicznej wypełznął ghul. Wyszczerzył na nich rzędy wyszczerbionych zębów, wypełniających potwornie szeroką paszczę. Demon poziomu drugiego. Wyróżniał się tym, że Selena ledwie wyczuwała od niego choćby naparstek mocy. Zamieszkiwał zwłoki, które były już w zaawansowanym stanie rozkładu, i deprawował je swoją magią. Benedetta się cofnęła, ale Ambrose ruszył do przodu. Jego wzrok przepełniał ogień żołnierza, który za wszelką cenę chciał udowodnić przełożonej swoją wartość.

Selena chwyciła go za ramię, żeby go powstrzymać.

- Stój!

Ale Ambrose wydał z siebie okrzyk bitewny, zamachnął się i wyprowadził cios, który mógłby oderwać demonowi głowę.

Niestety ghul był zwodniczo szybki. Otworzył swoją obrzydliwą paszczę i zacisnął szczęki na ręce Ambrose'a aż po łokieć. Od krzyku chłopaka zawibrowała jej klatka piersiowa.

- Kapitano! - zawołał błagalnie z ręką i tymi pieprzonymi kastetami zanurzonymi głęboko w gardzieli demona. Czas zwolnił, gdy wpatrywała się w jego oczy. Były czarne przez rozszerzone ze strachu źrenice.

Wołały: "Ratuj mnie! Ratuj mnie, proszę!".

Na ramię dało się coś poradzić. Na jego głupotę nie bardzo.

W mgnieniu oka uniosła sztylet nad swoją skórą. Ostrze zawisło w powietrzu nad kością - nad symbolem pochłoń. Zawahała się. Uwolnienie mocy pochłonęłoby kolejną cząstkę jej duszy. Wiedziała, że jeśli nie będzie ostrożna, niedługo nic już z niej nie zostanie. Przez tę nieprzyjemną myśl poczuła, jakby chłodne palce przesunęły się po jej kręgosłupie. Odsunęła ostrze od skóry.

Wybacz, Ambrose.

Nawet kropla jej magii była warta więcej od kończyny. I tak właśnie poświęciła jego rękę na ołtarzu własnej ambicji. Istniały inne, znacznie potężniejsze demony, które trzeba było wytępić, a nie wiedziała, ile duszy jej zostało.

Jednym płynnym ruchem podrzuciła sztylet, schowała go i sięgnęła po pistolet przytroczony do jej uda. Ambrose otworzył szerzej oczy, gdy zrozumiał, że Selena wybrała, tak jak zazwyczaj, walkę i piętnowanie za pomocą gorącego metalu i ostrzy. Pierwsza kula oderwała jego rękę na wysokości ramienia. Selena podeszła bliżej i zaczęła strzelać raz za razem, dopóki demon nie znieruchomiał. Szturchnęła go butem, a jej nos zmarszczył się z odrazy. Bardziej martwy niż martwi. A jednak nadal nie tak martwy, jak by chciała.

Selena rozważała, czy nie strzelić jeszcze raz.

Zamiast tego odwróciła się na pięcie, mrugając szybko, żeby pozbyć się krwi z rzęs. Benedetta klęknęła obok Ambrose'a i założyła mu opaskę uciskową.

Chłopak jęczał żałośnie, a Selena pomyślała o ostatnim niepisanym dogmacie jej religii. Ludzkość okiełznała nieczystą magię demonów.

Tajemnica. Choć możliwe, że nie była to ta najbardziej niebezpieczna. Znało ją tylko niewielu wybranych absolwentów elitarnej Watykańskiej Akademii Militarnej. Demony podarowały im broń, która mogła je zabijać.

Niechętnie. I zapewne z goryczą.

Jako że chłopak nie przestawał zawodzić, Selena wskazała go palcem i zarządziła:

- Ucisz go.

Benedetta przygryzła dolną wargę i dotknęła czoła wojownika dwoma palcami. Jego ból zniknął. Ambrose ucichł, uniósł wzrok ponad ramieniem Benedetty i wbił gniewne spojrzenie w kapitanę. Jego agonię zastąpiła nienawiść.

Selena kucnęła przed nim.

- Załatwimy ci nową rękę. Tym razem będzie ze stali, tak jak twoje ulubione kastety.

Benedetta skierowała swoją uwagę na demona. Odrzuciła cienkie blond włosy na plecy, jak to miała w zwyczaju, i wyciągnęła fiolki, żeby pobrać krew i inne płyny. Zawahała się, widząc, jak Selena zmasakrowała jego czaszkę, po czym delikatnie wyrwała mu ząb, by móc go później przeanalizować.

Selena krążyła po pokoju i ponownie wyczulała zmysły. Zwracała uwagę nawet na najlżejsze drganie demonicznej mocy. Nic. Zadowolona podążyła za cichym pomrukiem głosów dochodzących z korytarza, gdzie Caterina i Lucia wymieniały się historiami o zabitych przez nie demonach. Stanęła w drzwiach akurat, gdy Caterina wyciągnęła swoją zapasową broń, dubeltówkę, i zmiotła złego ducha, który stał na drugim końcu pomieszczenia. Kula zapłonęła, gdy go przeszyła.

Kiedy ślad po jednym demonie bladł, Selena poczuła drugiego.

Obróciła się, przeczesując wzrokiem zacienione kąty. Gdzieś w pobliżu czekała kolejna poczwara. Uderzała w jej zmysły niczym pająk bawiący się nićmi własnej sieci - demon zbierał o niej informacje. A ona nie mogła odwdzięczyć mu się tym samym. Syknęła i sięgnęła po pistolet. Zbyt wolno. Demon roztrzaskał szybkę w naświetlu drzwi po drugiej stronie sieni. Zajmował ciało dziewczynki o jasnych błękitnych oczach, które błyszczały niczym u laleczki zza zasłony ciemnych włosów. Łokcie miała wygięte w drugą stronę. Zwinnie przemieściła się po suficie i zniknęła w mroku korytarza.

Demon poziomu czwartego.

Tą stroną budynku miały zająć się Caterina i Lucia, ale ewidentnie spieprzyły sprawę. A ona sama dała się podejść. Jak mogła nie wyczuć arystokraty? Nie zważając na mleczne pajęczyny, dostała się do salonu ułamek sekundy po demonie. Jako że napędzała go esencja dziecka, powinien szybko się wypalić. A kiedy jego moc będzie słabnąć, zacznie szukać innego ciała do wydrążenia.

Pasożyt.

Już przyparł do muru Benedettę.

Selena napotkała błękitne spojrzenie dziecka. Nie, cholera, skup się. Dziecko już nie żyje. Słowa głucho zadźwięczały jej w głowie.

Narzuciła sobie spokój i ledwie zauważalnie poruszyła drżącym palcem. Idź stąd.

Benedetta ostrożnie przesunęła się w stronę najbliższego wyjścia.

- Kogo my tu mamy? - zagaiła Selena.

- Egzorcystka - zasyczała kreatura, przesuwając jęzorem po swoim martwym policzku.

Musiała skupić na sobie uwagę demona.

- Jestem pod wrażeniem, że udało ci się dostać w głąb Rzymu, bez zwracania na siebie naszej uwagi. Niezły popis. Pewnie czujesz się niezwykle potężny.

Demon zadarł dumnie głowę.

- A dzięki tobie będę jeszcze potężniejszy. Zawładnę twoim ciałem i będę cieszyć się każdą chwilą. Będziesz spełniać każdą moją zachciankę własnymi rękami. - Zgiął swoje wykręcone w drugą stronę palce, a skóra i ścięgna pękły.

Selena potaknęła w zadumie.

- Ach, tak. Piękna wizja.

Demon zamrugał oczami z podwójnymi powiekami i przekrzywił głowę.

- Doprawdy?

Uniosła brew. A więc arystokrata nie wiedział, czym jest sarkazm.

Benedetta już prawie wyszła, ale nadepnęła na szkło, które zachrzęściło pod jej butem. Demon gwałtownie zwrócił głowę w jej kierunku. Selena pognała, żeby zajść mu drogę, ale kreatura była niesamowicie szybka mimo rozdartej skóry na palcach. Demon rzucił się na dziewczynę. Gdy skoczył, jego szczęka rozwarła się, rozrywając mu policzki. Rozszarpał zębami żyłę szyjną Benedetty.

Nie!

Ciało dziewczyny osunęło się na kolana.

Selena przetoczyła się do przodu, wycelowała pistolet i pociągnęła za spust. Jej kule roztrzaskały pokryty pajęczyną żyrandol, ale demon jej umknął, wydając z siebie dziwny dźwięk. Śmiech.

On się śmiał.

Napędzana lodowatą wściekłością Selena rzuciła się za nim, zmuszając go do ucieczki. Sięgnęła po miecz przewieszony przez plecy i dorwała demona w momencie, gdy nieudolnie próbował wyminąć kolejny żyrandol. Odcięła mu nogi na wysokości kolan.

Pełny udręki wrzask uderzył w jej bębenki i świat zanurzył się w kompletnej ciszy. Na drugim końcu pokoju Ambrose przyciskał pozostałą dłoń do krwawiącego ucha.

Selena zignorowała własny ból.

- Wynocha!

Nie dyskutował z nią. Kreatura wylądowała na podłodze, szamocząc się.

Selena przybiła ją do podłogi mieczem i usiadła na niej, żeby przytrzymać kolanami jej drapiące szpony. Szarpała swoim małym, lecz potężnym ciałem. Mogłaby zmiażdżyć czaszkę człowieka dwoma przerośniętymi palcami, ale Selena była potężniejsza. Nachyliła się, żeby spojrzeć w te niedające spokoju błękitne oczy, i obnażyła zęby.

Miała zamiar kazać demonowi umierać w katuszach za odebranie życia Benedetcie.

Rzucił się, zatrzaskując zęby przed jej twarzą. Selena go uderzyła. Raz i drugi. Uniknął trzeciego ciosu, a jej pięść skruszyła kamienną posadzkę. Przeszył ją ból, kiedy otworzyła i zamknęła dłoń.

Demon się poddał, więc wyciągnęła sztylet. Lepiej skończyć to jak najszybciej. W takim razie pora na egzorcyzm. Jej serce zakłuł znajomy ból. Żeby nie zginął już nikt więcej.

I tak za pomocą sztyletu, którego nie użyła, żeby ocalić rękę Ambrose'a, zaczęła ryć symbole.

Pochłoń. Zwróć. Rozszarp. Spal.

Kiedy krew Seleny wypłynęła na powierzchnię, zaczęła dymić, wić się i rzucać jak żmija. Symbole, które wydrążyła w kości, błysnęły złotem, jakby wypełnił je płynny metal. Jej moc mogłaby zrównać z ziemią całą dzielnicę. A może nawet cały Rzym.

Przez takie nadużycie magii stałaby się gorsza od tych potworów, a jej los byłby straszniejszy od śmierci.

Powrócił jej słuch, a pole widzenia oczyściło się, zmieniając wieczór w letnie popołudnie. Tylko demon pod nią nadal był pokryty cieniem. Pulsująca supernowa nieokiełznanej energii. Tak wyglądała jej moc.

Czuła wszystko, co poruszało się w budynku. Nawet pędzące serce myszy, która zamarła bez ruchu gdzieś wewnątrz ścian.

Czas zwolnił, a ona mogła policzyć każdą rzęsę i każdy pieg na twarzyczce, którą skradł demon. Selena przyłożyła wnętrze dłoni do jego czoła. Kreatura rzuciła się do przodu, a jej zęby się wydłużyły. Następnie zniknęła w wybuchu oślepiającego światła.

Selena zamrugała szybko, żeby pozbyć się mroczków, i podeszła do Benedetty. Blond włosy okalały jej twarz, powoli nasiąkając szkarłatem. Było to przerażające, nawet dla Macellaia di Roma. Rzeźniczki z Rzymu.

- Przepraszam - wyszeptała, zamykając oczy uzdrowicielki.

Przeciąg uniósł kurz z matowego parkietu, pieszczotliwie zarzucając ciemne włosy Cateriny na jej policzek, gdzie jedwabistą cerę przecinała srebrna blizna.

- To był poziom czwarty - powiedziała oskarżycielsko, zarzucając kartaczownicę na ramię.

Selena machnęła na nią dłonią.

- Wiem, nie wyczułam go. - Odwróciła się do Lucii, której biały habit był obryzgany posoką. - Tak jak i ty. A podobno miałaś być w tym dobra.

- Wszyscy popełniamy błędy - odparła Lucia, wzruszając ramionami.

Selena wskazała miejsce, w którym leżało ciało Benedetty.

- Powiedz to jej.

Caterina stanęła między Lucią a Seleną.

- Przecież przeprosiła.

- Wcale nie - wycedziła Selena, krążąc po pokoju. - Nie mówiąc już o tym, że nie tylko Lucia popełniła dzisiaj błąd.

Caterina poruszyła żuchwą, ale już nic więcej nie powiedziała.

- Możecie być pewne, że kolejna misja na prowincjach przypadnie wam. Zrobicie sobie wakacje od Rzymu. Nacieszcie się ciszą.

W oddali Ave Maria, jeden z sześciu watykańskich dzwonów, zabił o ułamek sekundy przed innymi. Selena obróciła nadgarstek i zerknęła na zegarek. Spóźnia się. Cholera.

Obróciła się na pięcie i zostawiła sprzątanie po robocie pozostałym. Wściekłość na twarzy ustąpiła cichej zadumie.

Gdyby tylko ona popełniła taki błąd... cóż, to co innego. Ale Lucia również źle oceniła siłę i liczebność wroga. A to nietypowe, bo była najbardziej spostrzegawcza w Watykanie. Żołądek skręcał się Selenie z nerwów. W kwestii demonów odstępstwa nigdy nie były dobrym znakiem.

Odstępstwa od normy oznaczały, że coś się zmieniło.

I że śmierć czyhała za rogiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gazeta przeleciała nad pełnym błota, zamarzniętym polem bitwy, odcinając się ciemnym zarysem od pokrytego krwią horyzontu. Jules Lacroix zamrugał. Nie, to nie krew. Jej kolor miał taki agresywny odcień tylko przez chwilę. Taka jaskrawość oznaczała wschodzące słońce. Jules wypuścił powoli powietrze. Ta niekończąca się noc wreszcie dobiegała końca.

Chwała Nieumarłemu Bogu.

Gazeta utknęła między zwojami drutu kolczastego i zatrzepotała na wietrze. Zupełnie jakby jeszcze próbowała wyrwać się szponom śmierci. Jules wstał i strzepnął lód ze swoich ramion.

Co nowego w Rzymie?

Nie spuszczając oczu z postrzępionej gazety, Jules podciągnął się nad krawędź okopu i zaczął się szamotać w błocie, żeby jej dosięgnąć. Zignorował zmęczone krzyki, złapał obiekt zainteresowania i skrył się z powrotem w rowie, akurat gdy na błoto spadł deszcz pocisków. Uśmiechnął się krzywo i zsunął po ścianie, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Ktoś kopnął go w but.

- Szalony z ciebie skurwysyn.

I co z tego?

Jules wygładził gazetę na kolanie, rozsmarowując na niej błoto i tusz.

Większość żołnierzy, którzy siedzieli z nim w okopach, była nowa. Niedoświadczeni, nadal mieli okrągłe buzie młodziaków. Nadal pamiętali, jak smakuje croissant, jak pachnie śnieg, gdy nie pochłania go woń prochu strzelniczego i krwi, nadal pamiętali dni, gdy zamykali oczy, a pod powiekami nie widzieli śmierci. Jules nie znał ich imion. Ani jednego. I nie miał zamiaru ich poznawać. Po co? Skoro i tak mieli umrzeć jak pozostali.

Jules wbił wzrok w nagłówek: Rzym płacze krwią. Uśmiechnął się ironicznie, bo wiedział, że nagłówek wcale nie odnosił się do wojny. Ich krew się nie liczyła. Bez wątpienia jakiś egzorcysta znowu zostawił za sobą szlak ofiar rzezi. To było częste zjawisko, bo demony łatwo się nie poddawały. A on wiedział o tym lepiej od innych.

Najpotężniejsze z nich potrafiły w pojedynkę zabić cały pułk. Te, które władały ogniem lub wiatrem albo potrafiły porozumiewać się z naturą. Te, które kontrolowały lód. Jules mógłby zliczyć na palcach jednej ręki sytuacje, w których taki demon pojawił się w zasięgu mniej niż dwustu kilometrów. W innym przypadku już dawno by nie żył.

Drżącymi palcami wyciągnął metalowe pudełko pełne smukłych czarnych papierosów i wsunął jednego do ust, ale zapałki były zbyt wilgotne, żeby je zapalić.

- Cholera.

Zmrużył oczy, patrząc na datę. Szósty stycznia. Miał dzisiaj dziewiętnaste urodziny. Równo cztery lata temu na godzinę przed świtem sierociniec w Nicei dał mu wzmocnione stalą buty. Miał dopiero piętnaście lat. A w tym napawającym optymizmem wieku francuscy chłopcy bez rodziny i perspektyw na przyszłość byli wysyłani na wojnę.

Dyrektorka wyciągnęła go na zewnątrz za ucho.

- Wynocha, cierniu. Osiągnąłeś dorosłość i jesteś mężczyzną pod każdym względem, oprócz tego najważniejszego! Teraz masz szansę to naprawić.

I tak zrobił.

Odłożył metalowe pudełeczko i przebiegł wzrokiem po stronie.

"Gazette de France"

RZYM PŁACZE KRWIĄ

MIESZKAŃCY UPAMIĘTNIAJĄ OFIARY, podczas gdy Watykan mierzy się ze zwiększoną aktywnością demoniczną. Biuro Exorcist Primusa odmówiło wydania oświadczenia o ostatnim starciu ich egzorcystów z demonami.

Doniesienia ze stolicy Świętego Imperium Watykańskiego nie napawają optymizmem, ale nasze nieoficjalne źródła z biura Imperium Bellum twierdzą, że "nie ma powodu do paniki".

Niepotwierdzone relacje przeczą temu stwierdzeniu. Zeznania naocznych świadków sugerują, że w ostatnich tygodniach coraz więcej demonów niższego poziomu terroryzuje Rzym, czego efektem jest rosnąca liczba ofiar śmiertelnych, która jeszcze nie została potwierdzona.

W świetle tych doniesień musimy zadać sobie pytanie: co można na to zaradzić? Czy Rzym przetrwa te przeciwności losu? W związku z masową emigracją populacji miasta mówi się o przeniesieniu stolicy...

Rzym. Święte Imperium Watykańskie było zachłanną bestią pożerającą całą Europę. Obecnie nawet ich dumne francuskie gazety marnowały tusz na nieustanne spekulacje na temat stolicy, gdzie Nieumarły Bóg przebywał w zwieńczonych wieżami kościołach, które stawały się mroczniejsze i coraz bardziej poszczerbione. Kamienne iglice pięły się do nieba, a egzorcyści szykowali się na odparcie ataków wroga. Wszystko po to, żeby obronić ich Boga przed demonami, które pragnęły udowodnić, że status Nieumarłego to nic trwałego. To jedynie pobożne życzenie.

Chłopak rozważał przez chwilę rzucenie gazety w błoto, ale po namyśle wcisnął ją do kieszeni.

- Jules, wychodź. Skończyłeś.

Sięgnął do szorstkiej drewnianej belki, a wbijające się w jego dłonie drzazgi przypomniały mu, że żyje. Kiedy się podciągnął, stanął twarzą w twarz ze swoją przełożoną. Mróz oszronił mu rzęsy, brwi i jednodniowy zarost. Zimno czuł aż w kościach. Było tak już od czterech lat, odkąd z resztą pułku nawiedził ziemię niczyją przed Ostrawą.

Już prawie zapomniał, czym było ciepło.

- Sierżantko...

- Kapralu Lacroix, to nie była prośba.

Jules westchnął i wsunął dłonie w kieszenie.

- Kiedy ostatnio spałeś? Kiedy ostatnio jadłeś? - zapytała sierżantka.

Jules potrząsnął głową, bo nie potrafił odpowiedzieć na żadne z pytań.

- Fara... - zaczął.

- Moje imię to nie odpowiedź, kapralu. Wyglądasz jak półżywy.

Zmarszczka między jej brwiami się pogłębiła; Jules od razu wiedział, o czym pomyślała. "Nieżywy" lepiej opisywałoby mój obecny stan.

Jules zacisnął usta w wąską linię, wbijając wzrok w miejsce za jej uchem. Miała rację. Może powinien być martwy. Tak jak reszta jego oddziału.

Fara pstryknęła mu palcami przed twarzą, wyrywając go z zadumy. Do jej oczu zakradła się troska i po raz pierwszy uznał, że może słusznie się martwiła. Ruszył za nią przez okopy w stronę głównego obozowiska mieszczącego się pod walącym się kamiennym murem Ostrawy, który chronił ich od wiatru. Zachwiał się na nogach. Głód nie był dla niego niczym nowym, wręcz przeciwnie, ale ból wywołany pustką w żołądku zadomowił się u niego na dobre.

Fara złapała go i zahaczyła jego ramię o swój kark.

- Cholera, Lacroix. Głodzenie się na śmierć nie przyniesie nam zwycięstwa.

- Warto było spróbować. - Uśmiechnął się delikatnie.

Pokręciła głową, a oczy pociemniały jej z frustracji. Była starsza od Jules'a o kilka lat i choć nie miała nawet dwudziestu pięciu, to na skroniach jej złote włosy były przeplecione srebrnymi nitkami. W przeciwieństwie do niego ona była ochotniczką - trenowała, by się tu znaleźć. Mimo to wojna odciskała piętno na każdym.

- Jules, musisz zacząć o siebie dbać. Jesteś ostatnią osobą z mojego pierwszego oddziału. Nie zostawiaj mnie samej na polu bitwy. - Fara odwróciła wzrok, wpatrując się ślepo w zamarznięte błoto. Po chwili dodała ostrym tonem przełożonej: - Poza tym Rzym nie może cię stracić.

Fara prowadziła Jules'a ścieżką najbardziej oddaloną od ponurych okopów z pierwszej linii, a on zobaczył kilka znajomych twarzy. Żołnierze patrzyli na niego z rezerwą i kiwali głowami, kiedy napotkał ich spojrzenia. On też mógłby tu siedzieć. Byłby suchy i nie doskwierałby mu chłód, tak jak nowicjuszom na froncie.

Lacroix. Ilu zabił? Będzie ze sto? Może dwieście? Więcej?

Jules słyszał ich tak dobrze, jakby krzyczeli mu w twarz, więc odwrócił wzrok. Dwieście zabitych demonów to byłoby coś godnego podziwu, ale rzeczywistość malowała się inaczej. Gorzej. Jego dłonie pokrywała krew. Najgorsze było to, jak naturalne to mu się zdawało. Siła. Żądza zabijania. Bycie w czymś naprawdę znakomitym. Kiedy sięgał po miecz, świat cichł. Wybory stawały się proste.

Życie lub śmierć.

Walka lub śmierć.

Zabijanie lub śmierć.

I był w tym dobry. Czasami nienawidził tego, jak dobry.

W roztargnieniu szarpnął za swój rękaw. Niezliczone rządki białych blizn oplatały jego przedramiona. Czuł na sobie wzrok ludzi, więc opuścił rękaw, skrywając...

Zapach ozonu odległej błyskawicy podrażnił mu nozdrza. Jules opuścił głowę i zamknął na chwilę oczy. Czuć było nadchodzącą burzę, powietrze aż trzeszczało. Krwista czerwień wschodzącego słońca zmieniła się w słabą żółć moczu. Otworzył oczy, po czym je zmrużył, żeby spojrzeć na horyzont. W oddali dostrzegł gromadzące się burzowe chmury.

Niemal wpadł na Farę, ponownie skupiony na szarpaniu rękawa.

- Do środka. - Przytrzymała płócienne drzwi do swojego namiotu. Nie umknął jej uwadze ruch jego dłoni.

- Fara...

- Sierżantko Bachelet.

Jules przewrócił oczami i zanurkował do środka pod jej ramieniem, ignorując rozlegające się gwizdy, które natychmiast się urwały, gdy Fara rzuciła dowcipnisiom ostre spojrzenie. Opuściła płachtę materiału, dzięki czemu mieli namiastkę prywatności, i zagotowała wodę.

- Zdejmij ciuchy. Spalę je. Cuchną gorzej niż dupsko martwego demona.

- Tak bardzo chcesz mnie rozebrać, Fara? To moja ostatnia koszula.

- Wcale że nie. - Wskazała swoje łóżko, gdzie leżała schludnie poskładana sterta ubrań, składająca się na świeży mundur. - Dotarła dostawa z Rzymu. Zadbałam o to, żeby coś dla ciebie zostało.

Jules uniósł brew.

- Watykan raczył wygospodarować dla nas jakiś fundusz? - zadrwił.

- Pewnie po Rzymie biega teraz niemal nagi egzorcysta - dodała Fara.

- Biedaczysko. Nie ma modnych zimowych ubrań. Musi mu być ciężko.

- Potwornie.

- Czepek, w którym się urodził, pewnie jest za ciasny.

- Uważaj, bo wyjdziesz na cynika.

Zaśmiał się i nieco odprężył.

- Wiem, co dla nas robią. - Podniósł koszulę z łóżka i przesunął kciukiem po watykańskiej pieczęci wytłoczonej na każdym guziku. - Ale czy naprawdę musimy umierać oznaczeni jako własność Watykanu?

Fara uniosła kąciki ust i wsypała kawę do filtra. W jej oczach widać było, że podziela jego zdanie, ale była zbyt lojalna, żeby powiedzieć to na głos.

Watykan był miejscem kultu Nieumarłego Boga, który zastąpił cokolwiek było przed nim. Był również epicentrum przedwiecznego wystąpienia demonów przeciwko Bogu.

Bez względu na to, czy byłeś żołnierzem w błocie, czy egzorcystą w Rzymie, wiedziałeś, że dwieście lat temu Bóg zainterweniował, żeby obronić święte miasto i jego mieszkańców. Dym pokrył niebo czernią, płomienie pożerały miasto, a On zstąpił w ludzkiej postaci, żeby za nich walczyć. W sercu starego Watykanu doszło do starcia tytanów. Demonica przeszyła Boga, lecz najpierw On zadał jej śmiertelny cios.

Tym sposobem Watykan został wybrany przez Boga na miejsce spoczynku, a Jego ciało miało przez wieczność spoczywać w Nieumarłym stanie.

A przynajmniej tak twierdził dogmat.

Grube płócienne ściany wydęły się na wietrze, a Jules poczuł, jak po kostkach muska go lodowate powietrze. Nie zapowiadało się na to, że będzie cieplej, więc ściągnął koszulę przez głowę, żeby umyć się w letniej wodzie w misce.

Poczuł, że Fara stanęła za nim. Uroczyście podwinęła rękawy i przystawiła nadgarstek do jego nadgarstka, odsłaniając blizny oznaczające jej ofiary.

Uśmiechnął się do niej w odbiciu małego lusterka i wygiął przedramię tak, żeby zobaczyła nowy rządek znamion. Czytała srebrzyste blizny na jego skórze, jakby były słowami zapisanymi w zapomnianym języku. Języku, który sami stworzyli, który opowiadał historie o zabitych przez nich demonach w każdej biegnącej w dół kresce.

Oblicze Fary spochmurniało.

- Tak wiele - powiedziała, odnosząc się do poziomych kresek oznaczających śmierć ich ludzi.

Na każdego demona, którego zabił, tracili dwóch lub trzech swoich ludzi.

A czasem więcej.

Z tych, którzy zaznaczali na ciele swoje ofiary, zostali tylko on i Fara. Jules nie pamiętał, jak to się zaczęło. Wiedział jedynie, że nie potrafi przestać.

Namiot wypełnił się kuszącym aromatem kawy, ale on nadal czuł wiszącą w powietrzu obietnicę brutalnej burzy. Odepchnął klapę namiotu, oparł się o słupek i skrzyżował ramiona na nagim torsie. Patrzył ponad zbiorowiskiem namiotów w kierunku lasu. Front rozciągał się na półtora tysiąca kilometrów w obie strony. Może więcej. Nie wiedział. Był tylko żołnierzem. Nad drzewami gromadziły się ciemne chmury.

Fara podała mu kubek, a on wziął go i ściągnął brwi.

- O co chodzi? - zapytała.

- Czuję błyskawicę.

Fara wygięła brew.

- Jesteś psem?

Spojrzał na nią z irytacją, a ona się zaśmiała.

Jules odstawił nietknięty kubek kawy, żeby naciągnąć na siebie koszulę. Niezgrabnie przełożył metalowe guziki ze starej koszuli - która rzeczywiście cuchnęła - do nowej. Kiedy włożył kurtkę, jego żołądek ścisnął się z niepokoju. Poprzednia noc była spokojna. Czuwał, czekając na atak, ale ten nie nadszedł. Napięcie prawdopodobnie wynikało tylko z wyczerpania i głodu... A jednak nie mógł się odprężyć.

- Jules, zjedz coś. To rozkaz.

- Coś jest nie tak.

- Usiądź i...

Ulewa zaryczała jak monsun, deszcz załomotał w ich namiot. Z zewnątrz dobiegały zaskoczone krzyki w reakcji na nagłe oberwanie chmury. Jules zadarł głowę i patrzył na dach w oczekiwaniu. Włoski stanęły mu na karku przez ładunek elektryczny wyczuwalny w powietrzu.

- Mam złe przeczucie.

Fara ponuro kiwnęła głową i sięgnęła po broń. Jules chwycił swój miecz i wyciągnął go z kabury, żeby policzyć symbole na ostrzu. Został wykuty w Watykanie i mógł zabić tylko pięćdziesiąt demonów. Jeden symbol na dziesięć demonów. Jules'owi zostały tylko trzy. Pozostałe dwa były wypalone i poczerniałe, co oznaczało, że jego miecz był prawie w połowie wykorzystany.

Tyle musiało mu wystarczyć.

Horda demonów z Federacji Kaspijskiej już tu była.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy Selena wyszła na dwór, panowała już ciemność. Płatki śniegu, które wylądowały na jej ramionach, natychmiast stopniały. Starła rękawem jeden z nosa i pomaszerowała w kierunku maślanozłotego światła latarni gazowych stojących wzdłuż głównej drogi.

- Selena Alleva.

Wykrzywiła usta, a jej oczy napotkały wzrok Florentiny. Wiele mogła powiedzieć o Florentinie Altieri, ale przede wszystkim to, że była jej rywalką. W Akademii były na tym samym roku i Florentina nigdy nie dawała jej forów. Udało jej się usiąść i oprzeć o ozdobny słup w taki sposób, że wyglądała na zrelaksowaną, ale równocześnie gotową, żeby kogoś wypatroszyć. Pszeniczny blond kucyk spoczywający na jej ramieniu błyszczał prawie tak mocno jak złote guziki munduru. Po jej bokach stało dwóch mistrzów rzemiosła, których Selena nie znała.

- Florentina, udało ci się zdobyć dyplom? - zapytała.

Dziewczyna zaśmiała się gorzko.

- Nie pamiętasz? Byłaś przy tym.

- Musiałam cię nie zauważyć - odparła Selena bez emocji. - Pochłonęło mnie bycie najlepszą w klasie.

- Kapitano, błagam. - Jęk Lucii powstrzymał Florentinę przed odpowiedzią. - Nie wysyłaj mnie na prowincję. Będę umierać z nudów, a nienawidzę się nudzić.

W ciemnych oczach Florentiny zapłonęła ciekawość. Oczywiście Lucia nie mogła przyjąć kary z pokorą.

Selena potarła palcem skórę między ściągniętymi brwiami. Mogła to przewidzieć.

- Później o tym pogadamy - odparła.

Caterina stanęła za Lucią i poprawiła karabin na ramieniu.

- Teraz przez kolejne tygodnie będę słuchać jej zawodzenia. - Kiedy zobaczyła Florentinę, wyprostowała plecy i zajęła miejsce po prawicy Seleny. - Przykro mi, poruczniczko Altieri, ale się spóźniłaś.

- Dorwaliśmy pięć demonów. - Lucia pomachała pięcioma palcami. - Czyli o pięć więcej niż ty zabiłaś w tym tygodniu.

- Dopiero wtorek. Daj mi kilka dni. - Florentina przebiegła po nich wzrokiem. - A gdzie reszta ekipy?

Selena przygryzła wnętrze policzka.

- Koniec rozmowy. Przybyłaś za późno - odpowiedziała.

Florentinie zrzedła mina. Dziewczyna odepchnęła się od latarni, a gdy dotarła do granicy okręgu światła, zatrzymała się.

- Pięć demonów, tak? Jakiego poziomu?

Caterina wzruszyła ramionami, ale Lucia, znana ze swojej bezlitosnej natury, rzuciła:

- Benedetta zginęła z rąk Arystokraty.

Arystokrata. Demon poziomu czwartego. Jak mogła go przeoczyć? Na twarzy Florentiny widać było zaskoczenie.

- A pozostałe? - zapytała.

- Garstka demonów niższego poziomu - odparła Selena. - Głównie ghule. - Lucia przeciągnęła się i wygięła kręgosłup w łuk. - I czort.

- Wystarczy. - Selena pomasowała skroń. - Florentina może przeczytać o tym w raporcie.

Wspomniana dziewczyna zaśmiała się i drwiąco zasalutowała kapitanie.

- Wiesz, że uwielbiam twoje raporty. Są pełne dowcipu i bogate w szczegóły. - Ziewnęła szeroko. - Na samą myśl czuję ekscytację.

Coś błysnęło.

Selena uniosła dłoń i zmrużyła oczy w reakcji na drugi błysk lampy.

Reporter.

Opuścił aparat, a jego oczy zaczęły błądzić po ich twarzach.

- Co tu się stało, Macellaia?

- Zabierzcie go stąd. - Florentina ruszyła w kierunku reportera i stanęła między nim a Seleną.

Bandaże, którymi Florentina miała owinięte ramiona, opadły na bruk, ukazując delikatną skórę wewnętrznej części przedramion i rządki symboli wytatuowanych bladym metalicznym tuszem. Oczywiście zazdrośnie skrywała swoje ciężko zdobyte znaki.

- Dotarły mnie słuchy o ofiarach. Kto zginął, kapitano Allevo? - zapytał ciekawsko reporter. Zwęszył temat w taki sam sposób, w jaki ona wyczuwała demony. - Czy to Benedetta Fiore? Z rodziny egzorcystów Fiore?

Jak się przedostał na teren ich działań?

Jeden z mistrzów Florentiny odebrał mu aparat, a drugi złapał go mocno za łokieć i odprowadził. Reporter odwrócił się jeszcze przez ramię i spojrzał na Selenę.

- Jakieś słowa dla jej rodziny?

Florentina prychnęła i odprawiła go gestem dłoni.

Miała teraz po dziesięć symboli na każdym przedramieniu, ale Selena nie zamierzała przyznawać, że była pod wrażeniem.

W przeciwieństwie do mistrzów, którzy byli ograniczeni do jednej broni, magię egzorcystów można było kształtować wedle własnej woli. Dzięki odpowiedniemu treningowi ich magia mogła stać się skomplikowanym dziełem, istną symfonią. Każda nuta to symbol. Każdy symbol to słowo. Niektórzy egzorcyści znali tylko kilka słów mocy - czyli wystarczająco dużo, żeby wykonać egzorcyzm, ale nic ponad to. Inni byli jak Florentina i nieustannie dodawali coś do swojego repertuaru - tatuując nowe symbole na skórze.

Nikt jednak nie był jak Selena. Ona wydrążała znaki w kościach. Pozwoliła sobie na chwilę rozżalenia tym faktem.

Florentina musiała tylko lekko naciąć symbol na ręce, żeby aktywować moc. Za to magia Seleny była uwięziona w jej kościach. Egzorcysta musiał jedynie aktywować symbole, których chciał użyć, i wpleść je w intencję. Był ograniczony tylko przez liczbę słów, które opanował.

Oraz przez możliwości ludzkiego ciała.

Florentina powoli i z kocią gracją ponownie owinęła przedramiona bandażami, zasłaniając swoje tatuaże. Dwadzieścia symboli. Dwadzieścia słów mocy. Nie było wątpliwości: Florentina wiedziała, jak ich używać.

- W takim razie wracam. - Wcisnęła dłonie do kieszeni i zniknęła w mroku nocy.

Caterina odwróciła się do Seleny i płynnie wróciła do ich poprzedniej rozmowy.

- Lucia popełniła dzisiaj błąd - powiedziała na tyle cicho, żeby nikt nie mógł ich podsłuchać. - Jest tego świadoma i żałuje.

- Dokładnie. Strasznie przepraszam. Wybacz mi, Seleno.

Selena rozważyła, czyby im nie odpuścić. Były świetnymi łowczyniami, a miasto ich potrzebowało. Watykan miał swoje placówki na całym świecie - od Edynburgu, przez Marrakesz, aż po Szaghaj - jednak były to małe jednostki, biegłe w ściąganiu klątw i rozprawianiu się z nielegalnym handlem demoniczną magią. Czasami, choć rzadko, musieli rozpędzić demony niższego poziomu. Do większości demonicznych ataków dochodziło w Rzymie. Ich talenty bardziej przydałyby się w zasięgu miasta, ale Caterina i Lucia musiały dostać nauczkę za to, że osiadły na laurach.

- Gdy wrócicie, zgłoście moją decyzję w biurze terenowym. I cieszcie się czasowym przeniesieniem... Po dzisiejszej misji wiem na pewno, że nie jesteście gotowe zmierzyć się z kolejnym Arystokratą.

Może czegoś się nauczą, zamiast zginąć.

Selena przeszła z ciemnych uliczek oświetlonych jedynie lampami gazowymi i kilkoma świecami w oknach, na tłoczniejszy bulwar, gdzie pomarańczowe lampy migotały słabo nad głowami ludzi. Demoniczna moc znowu zaburzyła ich działanie.

Tutaj Rzymianie przechadzali się spokojnie, nie bojąc się nocy, zimna ani demonów. Słychać było śmiech z baru z aperitivo. Gdyby nie straciła właśnie podwładnej, to może nawet skusiłaby się, żeby do niego wejść. Albo gdyby tak się tym nie przejmowała.

Wieści o kolejnej śmierci szybko rozejdą się po mieście. To było okrutne, że Benedetta stanie się jedynie kolejną liczbą w statystykach. Mieszkańcy będą w żałobie, oczywiście, że tak, ale Rzym nigdy tak naprawdę jej nie poznał.

Selena zarzuciła na głowę kaptur swojego czarnego płaszcza, ale miecz wiszący na plecach i tak zdradzał jej tożsamość. Gdy szła przez nocny targ - wdychając unoszącą się parę pachnącą pieczonymi kasztanami, słodkimi jabłkami i toffi - przechodnie rozstępowali się, żeby zrobić jej miejsce. Bez względu na to, czy robili to ze strachu, czy z szacunku, rezultat był taki sam. Selena zignorowała szepty, jakby była na nie głucha, i przybrała okrutny wyraz twarzy - dokładnie taki, jakiego się po niej spodziewali.

Idzie Rzeźniczka z Rzymu.

Nie wiedziała, czy nazywają ją Rzeźniczką przez to, ile demonów zabiła, czy przez liczbę trupów, które za sobą zostawiała.

Trupów Watykańczyków. Innych egzorcystów. Jej taty. A teraz do listy dołączyła Benedetta.

Dio... może trzeba było kazać jej trzymać się z daleka? Nie.

Może i mistrzowie rzemiosła byli zazwyczaj słabsi od egzorcystów - w końcu pożyczali magię tylko na moment - ale Selena wcale nie ceniła ich mniej. Dorastała, mając za idolów łowców, takich jak Caterina, którzy dzierżyli swoją broń, jakby była częścią ich ciał.

Dotknęła palcami rodzinnego herbu na rękojeści miecza. Został wykuty przez jej tatę, więc nigdy nie musiała kuć własnego. Chwała Nieumarłemu Bogu. Władanie własnym ciałem niczym bronią było wystarczająco skomplikowane.

Selena westchnęła, a na zimnie uniósł się obłok powietrza. Straciła dziś ikrę. Demony uśpiły jej czujność i zapłaciła za to własną krwią. Nie mogła sobie pozwalać na takie błędy. Mimo że ukarała Caterinę i Lucię, to ona była winna. Bo to ona była ich dowódczynią.

Z cichym szumem minął ją burgundowy tramwaj. Podbiegła do niego i wskoczyła na schodki tuż przed tym, jak zamknęły się drzwi. Świat wydawał się jaskrawszy. Metaliczne postukiwanie zmieniającego tory tramwaju, elektryczny szum lamp. Czuła się klaustrofobicznie przez wyostrzone zmysły. Wcześniejsze użycie magii wypłukało cząstkę jej duszy. Wsiąkała w kocie łby, w tory pod kołami, w ciała ludzi wokół niej. W ich oddech i krew.

Pozostali pasażerowie omijali ją szerokim łukiem. Vedi Vaticano nero, addio tuo amante - było to popularne rzymskie powiedzenie, które w wolnym tłumaczeniu brzmiało mniej więcej tak: gdy ujrzysz watykańską czerń, pożegnasz ukochanego.

To nie tak, że bano się egzorcystów, ale słusznie byli uznawani za niebezpiecznych. Fakt, że pojawiali się tylko tam, gdzie już wcześniej były demony, a nie na odwrót, nie miał dla nikogo znaczenia.

Mężczyzna ze szklistym spojrzeniem pijaka, ubrany tak, jakby był młodym buntowniczym człowiekiem z wyższych sfer, nachylił się do dziewczyny, która siedziała zaspana między nim a drugim mężczyzną.

Będą kłopoty, pomyślała Selena.

- Moja droga, to jest Selena Alleva - powiedział cicho.

Dziewczyna odwróciła się, żeby na nią spojrzeć, i podwinęła koszulę drugiego mężczyzny, ukazując oczom egzorcystki piętno na jego plecach, które odbijało się w oknie tramwaju.

Przyglądał się jej spod przymkniętych powiek, a nietrzeźwy młodziak zniżył głos jeszcze bardziej.

- To podopieczna Imperium Bellum.

Dziewczyna wciągnęła powietrze.

Selena poczuła dumę, usłyszawszy te słowa.

Minęło dwieście lat, odkąd Watykan przejął kontrolę nad polityką. Władza została niechętnie podzielona pomiędzy Imperatorów - Imperium Bellum, Władcę Wojny, i Imperium Politikos, kanclerza - robiąc tym samym z cesarzowej Augustus zwyczajną figurantkę. Święta moc należąca do Watykanu stępiła pazury tygrysicy. A wszystkim zarządzał Exorcist Primus, którego słowa stanowiły prawo.

Selena rozkoszowała się wyczulonymi do granic możliwości zmysłami. Choć było to niemal nie do wytrzymania. W tej mieszance euforii nawet ból jej ran wydawał się cudowny. Tramwaj skręcił i jej oczom ukazała się kopuła Bazyliki Świętego Piotra. Błyszczała dumnie nad miastem oświetlona rudozłotymi tonami. Wyskoczywszy z tramwaju, zerknęła na zegarek i ruszyła przez plac.

Była spóźniona o kwadrans.

Cesare Alleva, znany reszcie miasta jako Imperium Bellum, był człowiekiem, któremu nie powinno się kazać czekać. Selena nie miała czasu na zmianę poplamionych krwią ubrań. Wyprostowała plecy i pomaszerowała w kierunku watykańskiej jadalni. Zacisnęła skórzany karwasz, żeby zatamować upływ krwi. Na chwilę potworny ból zamglił jej wzrok.

- Niech to, kurwa, szlag trafi - syknęła przez zęby.

Stukanie jej błyszczących butów stało się głośniejsze, gdy weszła na marmurową posadzkę w szachownicę.

Po obu stronach egzorcyści niżsi od niej rangą próbowali wtopić się w cień i przyciskali pięść do piersi, żarliwie salutując. Z pewnością wszyscy już wiedzieli o kolejnej poległej. Selena skinęła głową, witając się z kilkoma osobami, których imiona kojarzyła.

Przynajmniej jej biała koszula wyszła cało ze starcia. Nie było na niej ani plamki krwi, a złote łańcuszki łączące dwa rzędy guziczków były bez skazy.

- Kapitano Allevo, Imperium poszedł do Cor Cordium.

- Kiedy? - zapytała, zaciskając szczęki.

- Przed sekundą.

Jeszcze go dogoni.

Zależało jej, żeby dorwać Cesarego, zanim dotrze do sali w sercu Watykanu, więc pobiegła.

Mistrzowie rzemiosła i egzorcyści umykali jej z drogi. Łatwo dałoby się ich rozróżnić, nawet gdyby nie mieli innych mundurów. Mistrzowie zazwyczaj nosili przy sobie broń - zwykle coś rzucającego się w oczy, jak kartaczownica Cateriny - a egzorcyści mieli tatuaże.

Echo watykańskich dzwonów poniosło się po korytarzach.

Wujek Seleny, Imperium Bellum, był imponującą osobistością. Zwolniła, kiedy go przed sobą zobaczyła. Jego cień go wyprzedzał. Cień Boga, tak go nazywali. Był to tytuł, który wymawiano tylko szeptem.

Usłyszał jej kroki i się zatrzymał.

Miał włosy w nieładzie, co oznaczało, że był zrelaksowany. Inaczej byłyby gładko zaczesane do tyłu i byłoby widać srebrne kosmyki na skroniach. Kiedy podeszła, coś w języku jego ciała sprawiło, że się zmartwiła. Cesare nie zrobił sobie jeszcze wolnego.

Choć z drugiej strony chyba nigdy nie potrafił oderwać się całkiem od pracy.

Jego głos zagrzmiał w korytarzu niczym piorun.

- Rzeźniczka z Rzymu wreszcie raczyła zaszczycić mnie swoją obecnością. - Przez jego zaciśniętą ostro szczękę trudno było stwierdzić, czy mówi poważnie, ale delikatne drgnięcie kącika ust zdradziło jej, że walczy z uśmiechem.

- Wybacz, Imperium, wpadłam w zasadzkę. - Selena przycisnęła pięść do piersi.

Obrzucił spojrzeniem jej karwasze.

- Użyłaś swojej magii?

Potaknęła, skrywając grymas.

Mimo że Cesare już od ośmiu lat piastował swój urząd, nadal uważano, że jest nowym Imperium Bellum. Jego poprzednik zajmował to stanowisko niemal sześćdziesiąt lat, aż do śmierci. Wielu uważało Cesarego za karierowicza. To, że był względnie młody, wcale nie pomagało. Kiedy został zaprzysiężony, nie miał nawet trzydziestu lat. Ale Selena również była młoda, a to oznaczało, że nigdy nie znała innego Imperium Bellum.

Sposępniał.

- Rozumiem.

- Już i tak umierał - powiedziała wprost.

Egzorcyzm nie wykorzystał dużo jej mocy. W jej żyłach płynęła teraz niewykorzystana magia, kusząc ją, by jej użyła.

- Potęga jest niebezpieczna, bo uderza do głowy. - Cesare położył dłoń na zdobnych podwójnych drzwiach. - Musisz być ostrożniejsza. Pamiętasz?

Selena odwróciła wzrok od polakierowanej deski, która na stałe blokowała zamknięte drzwi. Oczywiście, że pamiętała. Podczas pierwszej próby okiełznania swojej mocy Cesare był w tej zamkniętej sali razem z nią. Jej magia wymknęła się spod kontroli, zrujnowała salę, zdarła bezcenne fryzy i uszkodziła kamień.

Skradziona krew, którą pompowało jej serce, przypominała miecz obosieczny.

Jej początki były destrukcyjne, ale teraz zniszczeń nie dało się dojrzeć gołym okiem, bo ograniczały się do jej żył.

Cesare był świadomy jej położenia, ale nigdy go nie rozumiał. A przynajmniej nie do końca.

Porzuciła swoje rozgoryczenie i spojrzała na sytuację jego oczami. Miał prawo czuć rozczarowanie. Pozwoliła demonowi się sprowokować, przez co użyła zbyt dużo magii. Żałosne. W przeciwieństwie do innych egzorcystów, nawet do Cesarego, kiedy ona krwawiła dla magii, gdy tylko jej krew spotkała się z powietrzem, dymiła na czarno - gryzący dym, agresywnie wijący się bezgłowy wąż. Taka była moc jej krwi. Błogosławieństwo i przekleństwo. Była jedną z najpotężniejszych egzorcystek w zakonie, ale za każdym razem, kiedy używała mocy, traciła trochę życia.

Właściwie to było jeszcze gorzej. Gdyby chodziło tylko o jej życie, to mogłaby się z tym pogodzić. Byłaby dumna z krótkiego życia ku chwale. Ale na szali leżało więcej. Chodziło o jej duszę. Selena kilka razy była świadkinią sytuacji, w której starszy egzorcysta przekroczył granicę, używając magii, i zobaczyła zepsucie, które się w nim rozpanoszyło i wypuściło skrytą w nim bestię na żer. Widziała to. Nie chciała tak skończyć.

Wolała umrzeć.

Cesare uniósł jej podbródek. Jego mina złagodniała.

- Nie chcę zostać zmuszony do uśmiercenia cię. Nie ciebie.

Odetchnęła spokojnie i napotkała jego spojrzenie.

- Wiem. Przysięgam, że uważam.

Był ponury, zamyślony, przez co Selenę ścisnęło w żołądku.

- Co się dzieje? - zapytała, bojąc się odpowiedzi. - Tak naprawdę.

Selena słyszała szepty, że Cesare mówił teraz w imieniu chorego Exorcist Primusa Rzymu. W praktyce oznaczało to, że był najpotężniejszym człowiekiem w mieście i na świecie. Kiedy zapytała go, czy to prawda, odpowiedział:

- Jego Świętobliwość Exorcist Primus miał ostatnio kilka dobrych pomysłów, co nie? - Na jego wargach błądził uśmieszek.

- Nie wiem, co robić. Z jednej strony jesteś najpotężniejszą egzorcystką. A z drugiej mam obawy, że się przesadnie forsujesz. Wszyscy wiemy, co się dzieje, kiedy egzorcysta posuwa się za daleko... - W jego oczach widać było surowość, nie czułość. - Straciłem zbyt wielu dobrych egzorcystów, Seleno, i nie mogę znieść myśli, że ciebie również stracę.

- Uwierz mi, też wolałabym, żeby do tego nie doszło, wujku. - Wytrzymała jego spojrzenie. Nie wzdrygnęła się. - Ale powiedziałeś, że nie wiesz, co robić. Na pewno nie przejmujesz się tylko moją magią.

Zacisnął usta w niechętnym uśmiechu. Ruszyli razem przed siebie.

Ze względu na późną porę przepastne korytarze Bazyliki były ciche, choć Watykan tak naprawdę nigdy nie spał. Odpoczynek był luksusem, na który nie mogli sobie pozwolić. Byli strażnikami Rzymu, a Rzym był stale atakowany.

- Mam dla ciebie zadanie - oznajmił Cesare. - I podejrzewam, że wystawi ono twoje umiejętności na większą próbę niż dotychczasowe misje w Rzymie.

- Odsyłasz mnie? - zapytała ostro Selena.

- To nie kara, ale muszę prosić cię o wybaczenie. Cały czas wysyłałem cię w teren, gdzie musiałaś ryzykować, używając swojej magii, a teraz znowu będę prosić o to samo.

- To żaden problem.

- Nie przeszkadza ci to, że twój wujek jest hipokrytą?

Selena poruszyła się i ponownie przesunęła pokrytym rękawiczką kciukiem po rodzinnym herbie na rękojeści.

- Powiedz mi więcej, to ci odpowiem.

W sumie dziwiło ją, że jeszcze nie przedstawił jej szczegółów.

Zazwyczaj gdy docierała tu wiadomość o demonicznej aktywności, Watykan nie tracił ani chwili na reakcję. W ciągu kilku minut wysyłano oddział na misję.

Cesare zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony.

- Już tłumaczę.

Kiedy skończył opowiadać, zapadła cisza. "Godzinę temu zniszczona została wioska niedaleko Nicei. Podejrzewamy, że to sprawka demona".

Powiedział też, że może być niebezpiecznie.

- Wiesz, co to oznacza - mruknęła.

Cesare zadarł podbródek na potwierdzenie.

Demon wysokiego poziomu. Na tyle potężny, że lokalny oddział nie był w stanie sobie z nim poradzić. W centrum Rzymu mieli potężne osłony, które chroniły ich przed najazdem, choć i tak nie powstrzymywały demonów w pełni. Poza Watykanem, który był chroniony przez osłony powstrzymujące nawet najpotężniejsze demony przed wtargnięciem, zawsze istniały miejsca, przez które demony mogły się prześlizgnąć. Nicea miała pecha.

Selena zmarszczyła brwi i uniosła dłoń, żeby ciaśniej zapiąć skórzaną rękawiczkę na obolałych palcach. Były złamane, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Dzięki jej krwi ciało wkrótce samo się uleczy. Istniała tajemnica, której Watykan bronił za wszelką cenę: źródło ich skradzionej magii. Pochodziła z siły życiowej demonów skazanych na śmierć. Na samą myśl poczuła metaliczny posmak na języku. Spływał gorącem w dół jej gardła.

Zacisnęła pięści, a jej pogruchotane kości zazgrzytały.

Cesare przekrzywił delikatnie głowę, gdy wyłapał jej słabość swoim wrażliwym zmysłem słuchu. Na szczęście nie skomentował tego.

- Wiesz, kto stacjonuje obecnie we Francji? - zapytała.

Cesare pokręcił głową i potarł szczękę szorstką dłonią.

- Nie, ale to nie ma znaczenia. Będziesz ich dowódczynią. - Dotarli do Cor Cordium i skręcili w stronę ogromnych drzwi prowadzących do Komnaty Ukrzyżowania. - Odezwę się do oddziału w Nicei i poproszę, żeby ktoś cię odebrał.

Potaknęła z nieobecną miną, uciekając wzrokiem, żeby nie musieć patrzeć na drzwi.

- Lepiej już pójdę - bąknęła, szybko i niewyraźnie wypowiadając słowa. - Przygotuję się na...

Za późno.

Odpowiedź wujka zniknęła w ziejącej pustką ciszy, która wypełzła zza wysadzanych kamieniami drzwi otwartych bezgłośnie przez strażników. Selena odwróciła głowę, ale i tak zauważyła błysk w głębi mrocznej sali. Nie patrzyła w jego stronę. Nic nie widziała. Nie pozwalała sobie widzieć.

Spojrzała na zegarek na nadgarstku. Wskazówki poruszały się niezgodnie z upływem czasu, jakby każda sekunda spędzona tak blisko serca Watykanu trwała dłużej, niż powinna.

- Naprawdę muszę...

- Pomódl się ze mną. - To nie była prośba.

Selena przygryzła policzek od środka.

Cesare przyglądał się jej osobliwie, a ona nieco za późno zorientowała się, że brzmiał, jakby musiał się powtórzyć. Nie mogła odmówić, więc weszła z nim do Cor Cordium. Najważniejszego miejsca w sercu Watykanu.

Górował nad nimi Nieumarły Bóg, ukrzyżowany na belkach nośnych katedry, które niegdyś stanęły w ogniu, gdy na nich wisiał. Selena przycisnęła palce do czoła, przesłaniając Go na moment, a potem do mostka i opadła na kolana na marmurową posadzkę.

Kiedy skierowała oczy na Jego twarz, po jej policzkach popłynęły łzy. Był piękny. Jego atramentowe włosy otulały Mu czoło. Jego głowa była pochylona i ciężko wisiała. Ciemne rzęsy rzucały półksiężycowy cień na policzki. Przez chwilę wmawiała sobie, że śpi. A potem jej zdradzieckie oczy powędrowały do wielkiej włóczni, która przebiła Go i przyszpiliła do obsydianowej kolumny. Połyskująca krew kapała z włóczni na podłogę, gdzie zbierała się płynnym złotem w kałuży pośrodku komnaty.

- Dio Immortale - wyszeptała.

Ale nie była wierząca.

Nikt z nich nie był.

Watykan był pełen pogan, którzy przyczynili się do upadku ich Boga. Jeśli nie poprzez wbicie mu włóczni, to poprzez odmówienie wyciągnięcia jej.

Pławimy się w Jego wiecznej śmierci.

Po pocałowaniu opuszków palców Selena umoczyła je w złotej krwi i narysowała runę brzegiem kciuka na swoim czole.

Krew Boga nadal była ciepła.