Dopóki nie wysiadł z samochodu, mógł sobie jeszcze wmawiać, że przecież nie może być tak źle. Zaciskał dłonie na kierownicy, starając się nie zważać na to, że są zupełnie mokre od potu, i analizował w myślach wszystko, co do tej pory się wydarzyło. Zadanie, które mieli do wykonania, było proste. Mierzyli się ze znacznie trudniejszymi. Takimi, kiedy podczas realizacji faktycznie bał się o zdrowie i życie chłopaków. Siedział wtedy jak na szpilkach, wyczekiwał jakichkolwiek strzępków informacji i modlił się bezgłośnie, żeby poszło dobrze. Tak ze względu na siebie, jak i na nich. To, że obawiał się o swój los, było zrozumiałe. Nieudana realizacja, zakończona w najgorszym przypadku stratą człowieka, zawsze rodziła lawinę pytań. Powstawały raporty, powoływano komisje, analizowano przebieg akcji, każdy jej detal. Koniec końców jednak, niezależnie od wyników śledztwa, czyjaś głowa musiała polecieć. Jakby tylko dymisja mogła zmyć przelaną krew i ukoić ból tych, którzy stracili bliską osobę. Nawet jeśli tak naprawdę nikt nie popełnił błędu. Nawet jeśli mieli po prostu pecha albo natknęli się na przeszkodę, której istnienia nie mogli przewidzieć. Wtedy też biurokratyczna machina szła w ruch, a wynik jej działania mógł być tylko jeden.
Kiedy jednak bliżej się temu przyjrzeć, człowiek zdawał sobie sprawę, że cała ta szopka za każdym razem była tylko teatrem. A może raczej rytuałem, odprawianym nie po to, by uczyć się na błędach, poprawić sytuację, zapewnić większe bezpieczeństwo operatorom, ale by wykonać serię magicznych ruchów, po których można wrócić do normalnego życia, jakby nic się nie stało. Kozioł ofiarny, dotarło do niego. Potrzebowali kozła ofiarnego, a Maks świetnie się do tego nadawał. Był dość wysoko w hierarchii, żeby jego uwalenie zostało zauważone, ale nie na tyle wysoko, żeby zapewnić sobie bezkarność. Wiedział wystarczająco dużo, żeby zostać uznanym za odpowiedzialnego, ale nie tyle, żeby pociągnąć za sobą innych. Szczególnie tych stojących wyżej.
Chociaż ta akcja miała to zmienić. Nie wprost, ale dano mu do zrozumienia, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, wiele osób będzie miało wobec niego dług wdzięczności.
Jego osobiste bezpieczeństwo było jednak mniej ważne niż bezpieczeństwo chłopaków, których wysyłał na akcję. Jeszcze kilka lat wcześniej był przecież jednym z nich. Ćwiczył z nimi, szkolił się, dawał z siebie wszystko na strzelnicy, poligonie i siłowni. Oddychał wraz z nimi powietrzem śmierdzącym prochem strzelniczym. Wiedział, jak to jest, kiedy w środku nocy jedziesz na akcję i nie masz pewności, czy z niej wrócisz w jednym kawałku. Pamiętał to cudowne podniecenie związane z wyrzutami adrenaliny, to poczucie wszechmocy, kiedy rzucałeś przeciwnika na glebę, euforię, kiedy ściągałeś z siebie kamizelkę po udanej akcji, przybijałeś piątkę z chłopakami, i wspólne świętowanie. Wiedział także, jak to jest, kiedy budzisz się w środku nocy drżący i spocony ze strachu, bo dociera do ciebie, jak blisko byłeś śmierci. A obok nie ma nikogo, kto mógłby ci pomóc.
To dlatego w końcu przyjął awans. Chłopakom opowiadał, że chodziło o kasę, czasami tłumaczył się ledwo co wyleczoną kontuzją kolana, ale tak naprawdę bał się, że pewnego dnia nie wytrzyma tego napięcia. I w najlepszym razie strzeli sobie w łeb, a w najgorszym zrobi coś jeszcze gorszego. Takie rzeczy się zdarzały. Każdy miał swój poziom wytrzymałości. Granicę, której nie należało przekraczać.
Dlatego teraz głównie myślał o nich. O chłopakach, których wysłał na realizację. I tak jak wiele razy wcześniej modlił się o ich bezpieczeństwo. Chociaż wiedział, że na modlitwy jest już za późno.
Odetchnął głęboko. Wyłączył radio i przez chwilę jechał w ciszy. Analizował każdy element zadania. Szukał słabych punktów, które teraz mogły obrócić się przeciwko niemu.
To była prosta akcja. Przynajmniej taka się wydawała. Miejsce - parking dla ciężarówek przed samym zjazdem na autostradę. Jeden z tych, które lata świetności mają już za sobą. Kiedy w okolicy przecinały się dwie drogi krajowe, tętnił życiem. Przyjeżdżając tam o pierwszej, drugiej w nocy, człowiek mógł odnieść wrażenie, że trafił na wielką balangę. Mnóstwo ludzi, ciężarówki stojące tak gęsto jedna obok drugiej, że tworzyły istny labirynt. Kakofonia dźwięków wydobywających się z dziesiątek głośników, przerywana brzękiem rozbijanych o asfalt butelek i chaotycznymi krzykami. Otwarta przez całą dobę knajpa z grillem na wolnym powietrzu i konkurujący z nią obwoźni handlarze, którzy sprzedawali piwo i kanapki z kiełbasą wprost z plecaków. Prostytutki krążące od kabiny do kabiny i kilku chłopaków, którzy trudnili się dokładnie tym samym, ale musieli się z tym bardziej kryć. Do tego złodzieje, gangsterzy, pieniądze przechodzące z rąk do rąk, narkotyki i szmuglowane fajki. Sklep. Kantor. I oczywiście bankomat. Tak na wszelki wypadek, bo przecież żadna dziewczyna nie zgodzi się, żeby jej zapłacić kartą.
Od kiedy jednak otworzono autostradę, coraz mniej zjeżdżało tu ciężarówek. Kierowcy woleli zatrzymywać się na MOP-ach, spokojniejszych i cichszych. Sklep i kantor dawno się zamknęły. Knajpa jakoś przędła, ale od lat nie pracowała w trybie całodobowym. Jasne, wciąż od czasu do czasu zatrzymywał się tam jakiś tir, ale na samym jego końcu, pracowało kilka dziewczyn, ogólnie jednak parking stał się miejscem, które się mijało, a nie takim, na którym się bywało. W środku nocy nie powinno być tam prawie nikogo. Do najbliższych zabudowań mieszkalnych było kilkaset metrów. Szansa na to, że rany odniesie osoba poboczna, cywil, były minimalne. Zresztą na otwartym terenie nie ryzykowali większej strzelaniny. Żadnych miejsc, gdzie można by się ukryć, żadnych zasłon, a element zaskoczenia znajdował się po ich stronie. Przeciwnicy? Trzech łódzkich bandziorów. Dwaj z nich zupełnie się nie liczyli. Wafel i Brunek. Bogata kartoteka kryminalna z kradzieżami, włamaniami, pobiciami i handlem narkotykami. Brzmiało groźnie dla kogoś, kto spotykał się z czymś takim po raz pierwszy. Ten, kto wiedział, jak czytać takie akta, od razu się orientował, że to drobnica. Dwóch typów, którzy mają więcej mięśni niż rozumu. Niebezpieczni tylko jeśli działają w grupie, i to z przewagą liczebną. Bez żadnego wyszkolenia, doświadczenia, prawidłowych odruchów. W momencie, kiedy rozpocznie się realizacja, w bazowym scenariuszu rzucą broń na ziemię i od razu się poddadzą. W kolejnym rzucą się do ucieczki. Dopiero w trzecim, tym najmniej prawdopodobnym, spróbują walki. Ale i tak nie mieli szans. Cud, jeśli skierują broń we właściwą stronę, uznał.
Ciągle jednak nie lekceważyli tego scenariusza.
Najbardziej niebezpieczny był ostatni z nich. Loco. Mocno osadzony w łódzkim świecie przestępczym, z wyrokami na koncie. Do więzienia zawsze wędrował z uśmiechem na ustach, a wychodził wzmocniony i bardziej szalony. Wyjątkowo niebezpieczny. W jego przypadku nie zakładano żadnych scenariuszy, bo nie sposób było przewidzieć, jak się zachowa. Należało być gotowym na wszystko.
I to on stanowił ich cel.
Wysyłali przeciwko niemu dwie drużyny antyterrorystów.
Pomimo tego całego ryzyka Maks po raz pierwszy był tak spokojny przed realizacją. Nie musiał być na miejscu, miał dołączyć później, po zatrzymaniu. Czuł się do tego stopnia pewnie, że postanowił się zdrzemnąć na kanapie przed włączonym telewizorem. Obudził go telefon. Zerwał się na równe nogi, natychmiast odebrał i jego serce zaczęło mocniej bić, zanim jeszcze usłyszał pierwsze wypowiedziane słowo.
- Zesrało się - odezwał się kobiecy głos w słuchawce.
A teraz dojeżdżał na parking.
Zatrzymał samochód i przez długą chwilę po prostu wpatrywał się w rozrzucone po nim policyjne radiowozy, karetkę, funkcjonariuszy, którzy nerwowo biegali z jednego miejsca na drugie, taśmy, które odgradzały teren zdarzenia, i wreszcie w leżące na ziemi ciała. Trzech zabitych. Dwóch policjantów i Loco. Do tego jeszcze dwaj ranni, ale oni zostali już zabrani do szpitala. Ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.
Dwóch zabitych policjantów. Maks potrząsnął głową. To nie powinno się zdarzyć, to nie powinno się tak skończyć. To była katastrofa. Ktoś będzie musiał za to odpowiedzieć. I coraz bardziej się bał, że tym kimś będzie on.
Wysiadł z auta i ruszył przez parking w stronę funkcjonariuszy. Przy jego boku znalazła się Roma Sowa. Nawet nie zauważył, kiedy do niego podeszła. Zgodnie z nazwiskiem w nocy poruszała się bezgłośnie.
- Nie powinno cię tu być - powiedziała. - Zaraz pojawią się dziennikarze. Jeśli zrobią ci zdjęcia, zaczną się pojawiać pytania, a wtedy...
- Co tu się stało? - przerwał jej Maks.
- Jeszcze to ustalamy - odpowiedziała podwładna.
- To jak do tego doszło? - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Ktoś coś spierdolił.
- Co ty, kurwa, nie powiesz - warknął.
Ruszył przed siebie, Sowa za nim i dopiero po kilku krokach do mężczyzny dotarło, że w sumie wykpiła się od wszystkich odpowiedzi, których powinna mu udzielić. Obiecał sobie, że przyciśnie ją mocniej.
Zbliżali się do policyjnych taśm. Jeden z funkcjonariuszy ich zauważył, młody chłopak, chyba ledwo po szkoleniu. Jego twarz była blada jak ściana. Maks domyślał się, że dopiero teraz zrozumiał, do jak niebezpiecznej roboty się zgłosił. I ile będzie ryzykował na każdym patrolu. Nie zdziwiłby się, gdyby za kilka dni rzucił odznaką. Teraz jednak ruszył w ich kierunku stanowczym krokiem, żeby ich zatrzymać. Sowa wyciągnęła swoją legitymację i zamachała mu nią przed nosem. Policjant zrobił wielkie oczy i przełknął ślinę.
- On jest ze mną. - Wskazała na Maksa i chwyciła za taśmę, żeby unieść ją wyżej.
Młody policjant chwycił ją za przegub i pokręcił przecząco głową.
- Nie wolno - powiedział.
- Chryste... - jęknęła ze złością Sowa. - Czy ty widziałeś moją legitymację? Czy mam ci przeliterować, co tam jest napisane?
- Nie wolno - powtórzył funkcjonariusz, zmieniając pozycję tak, żeby stanąć bezpośrednio naprzeciwko kobiety.
- Słuchaj, ty gówniarzu... - warknęła.
- Wpuść ich - odezwał się męski głos z lewej strony.
Należał do starszego policjanta dowodzącego akcją. Maks podziękował mu ruchem głowy, ale mężczyzna zdawał się już nie zwracać na nich uwagi. Zamiast tego wrócił do przerwanej rozmowy telefonicznej. Młody funkcjonariusz z lekkim ociąganiem zrobił im miejsce i podniósł taśmę, żeby mogli przejść.
Maks przeszedł kilka kroków i się zatrzymał. Omiótł wzrokiem miejsce zdarzenia i próbował domyślić się, co się tutaj wydarzyło. Rozwalona budka, w której znajdował się bankomat. Ślady po kulach na asfalcie. Plamy krwi wokół ciał. Znaczniki dowodowe. Ubrani w kombinezony technicy robiący jedno zdjęcie za drugim. I mężczyzna z kamerą, który wszystko to filmował.
Przesunął się w bok i wtedy go dostrzegł. Długo się zastanawiali, czy brać go do tej realizacji. On sam miał wątpliwości, chociaż bardziej natury osobistej niż zawodowej, ale ostatecznie zdecydował się go dołączyć i aktywnie przekonywał do tego innych. Miał być ich polisą bezpieczeństwa, gdyby zaszło coś nieprzewidzianego. Znał tego mężczyznę od lat. Służył razem z nim. Wykonywał misje, o których opinia publiczna nigdy nie miała się dowiedzieć. Maks był pewien, że cokolwiek się wydarzy, on będzie wiedział, jak zareagować. Nie spanikuje. Po prostu zrobi, co trzeba. A teraz siedział oparty o bok karetki, ciągle w kamizelce kuloodpornej, z martwym spojrzeniem utkwionym gdzieś daleko w przestrzeni i tarczą taktyczną z wgnieceniami po kulach leżącą obok.
Poczuł ukłucie niepokoju. To nie on powinien ją nieść. Tarcza chroniła innych, ale ograniczała ruchy, a akurat ten człowiek powinien być gotów do akcji.
Podszedł do niego. Mężczyzna dopiero po chwili podniósł wzrok, a w jego oczach, oświetlonych tylko niebieskimi lampami radiowozów, dostrzec można było lód i nienawiść. Maks poczuł, jak żołądek ściska mu się ze strachu. Zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie wypowiedzieć imienia tego mężczyzny, którego znał tyle lat. Nie jest w stanie nawet go pomyśleć.
- Nie wiedzieliśmy - odezwał się tamten. - Dlaczego nie wiedzieliśmy?
- Nie mam pojęcia.
- To się dowiedz, Maks - powiedział powoli mężczyzna, a jego głos był upiornie spokojny. - I znajdź winnego. Znajdź jak najszybciej. Bo jeśli ty tego nie zrobisz, to zrobię to ja. Obiecuję.
Maks wiedział, co kryje się za tymi słowami. Kiedy przyjdzie czas, mężczyzna zrealizuje swoją obietnicę, a wtedy nie będzie na niebie i ziemi siły, która go powstrzyma.
I poleje się krew.