Bezimienny (#5). Wyższa konieczność - Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (33,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Prolog 1 Recenzje

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20

1

Pomimo tego, że na ulicy ciągle leżały resztki brudnego śniegu, do Łodzi przyszła wiosna. A przynajmniej tak można by pomyśleć, patrząc na parę całujących się na przystanku autobusowym nastolatków. Stałem po drugiej stronie ulicy, skryty w cieniu rosnącego na poboczu drzewa.

W pewnym momencie dziewczyna przerwała namiętny pocałunek. Spojrzała w moim kierunku. Jej usta otworzyły się w wyrazie zdumienia i szepnęła coś do ucha swojemu chłopakowi. Był wysoki, przewyższał mnie co najmniej o głowę i miał masywną sylwetkę koszykarza. Wypuścił dziewczynę z objęć i zrobił krok w moją stronę. Powstrzymała go, chwytając za skraj puchowej kurtki.

Nie patrzyłem na nich. Obserwowałem dom, który znajdował się na tej samej linii, co przystanek. Nie powinni mnie byli zauważyć. Pomyślałem, że się starzeję. Robię się mało ostrożny. Na swoje usprawiedliwienie miałem to, że krążyłem po okolicy od prawie dwóch godzin, wypatrując podejrzanych samochodów, założonych obserwacji, ludzi, których nie powinno tutaj być. Nic takiego nie znalazłem.

Jedyną podejrzaną osobą w okolicy byłem ja.

Na przystanek podjechał nocny autobus. Dziewczyna wpiła się po raz ostatni w usta chłopaka, a potem zniknęła we wnętrzu pojazdu. Kiedy ten odjechał, chłopak pozostał na swoim miejscu. Patrzył w moją stronę, zapewne zastanawiając się, czy jednak do mnie nie podejść. Ostatecznie sięgnął do kieszeni, wyjął z niej słuchawki, wsadził je sobie do uszu, a potem ruszył chodnikiem.

Odetchnąłem z ulgą. Nie chciałem żadnej awantury. Już i tak za bardzo zwróciłem na siebie uwagę. Gdyby taka sama sytuacja wydarzyła się trochę bardziej na południe, na Starych Bałutach, chłopak zapewne zdecydowałby się na konfrontację, tyle że wcześniej zadbałby o wsparcie kolegów. Ale to był Julianów, zawsze trochę osobny, bo też dość późno przyłączony do miasta. Dzielnica zadbanych domów jednorodzinnych, bezpiecznych ulic i zamożnych mieszkańców. Przynajmniej w większości. Oddzielona od Starych Bałut kordonem sanitarnym wybudowanego w drugiej połowie dwudziestego wieku osiedla z wielkiej płyty. Falowce ustawiono w nim niby mur, który ma chronić mieszkańców Julianowa od "barbarzyńców" mieszkających po drugiej jego stronie.

Poczekałem, aż chłopak zniknie mi z oczu, potem naciągnąłem kaptur na głowę i przeszedłem na drugą stronę ulicy. Minąłem przystanek autobusowy. Znalazłem się przy furtce prowadzącej na posesję, która była moim celem. Nacisnąłem klamkę. Nie ustąpiła, więc przeskoczyłem bramkę i lekko skulony, unikając światła ulicznych latarni, podbiegłem do znajdującej się tam willi. To był zadbany, jednopiętrowy elegancki budynek wybudowany jeszcze przed wojną. Z tego, co pamiętałem, należał wtedy do inżyniera pracującego w jednej z licznych w mieście przędzalni, który postanowił wywieźć rodzinę z dala od zapchanego, spowitego fabrycznym dymem centrum miasta. Mężczyzna miał żydowskie pochodzenie. Ani on, ani żadne z jego trójki dzieci nie przeżyło wojny. Żona też nie, chociaż ona akurat popełniła samobójstwo.

Willa była piękna. Z wielkim tarasem, na którym latem można się było cieszyć ciepłym dniem. Z dorodnymi drzewami, które dawały cudowny, chłodny cień i chroniły przed hałasem ulicy. Z dachem z czerwonych dachówek i przedwojennymi zdobieniami zachowanymi na elewacji.

Podbiegłem do bocznego wejścia. Nacisnąłem klamkę i tym razem szczęście mi dopisało. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Wszedłem do środka. Kilka lat wcześniej w willi przeprowadzono generalny remont, dzieląc ją na dwa osobne mieszkania. Jedno znajdowało się na górze. Ja kierowałem się do tego na parterze.

Teraz miałem problem. Nie byłem włamywaczem, nawet w najlepszych czasach kiepsko radziłem sobie z wytrychami. Pewnie mógłbym znaleźć kogoś, kto by mi pomógł, ale na razie nie chciałem, żeby po mieście rozniosły się plotki o moim pojawieniu się w Łodzi. Musiałem więc coś wymyślić. Wejście od zewnątrz nie było możliwe, bo okna zaopatrzono w solidne kraty.

Poświeciłem sobie latarką i uniosłem brew zaskoczony. Spodziewałem się solidnych zamków, zamiast nich jednak nad klamką ujrzałem klawiaturę numeryczną. Zgasiłem latarkę. Przez chwilę zastanawiałem się, co powinienem zrobić. Jedyną opcją, którą miałem, było wejście siłowe. W przerzuconym przez ramię plecaku miałem łom i brzeszczot, na wypadek gdybym zdecydował się jednak spróbować sforsować okno. Ale może była łatwiejsza opcja? Zapaliłem znowu latarkę i wpisałem kod. Zamek zamrugał, a potem usłyszałem zwalnianą blokadę.

Wszedłem do mieszkania i gdy zamknąłem za sobą drzwi, poczułem ten specyficzny zapach dawno niewietrzonych pomieszczeń. Minąłem salon z wyjściem na taras i skierowałem się do głównej sypialni. Zajrzałem do środka. Jakaś część mnie wciąż miała nadzieję, że Bluza się pomyliła. Że jednak tam go znajdę. Że przestraszony Olbrych poderwie się z łóżka, a kiedy zorientuje się, że to ja, zacznie mnie opieprzać. Potem posiedzimy w kuchni do świtu, pożegnamy się uściskiem dłoni i znowu zniknę na kilka lat. Ale sypialnia była pusta. Na stoliku nocnym przy pościelonym łóżku leżała jakaś książka historyczna z założoną zakładką, a obok pilot do stojącego na komodzie niewielkiego telewizora. Zajrzałem do szafy. Była pełna rzeczy należących do pułkownika. Na górnej półce zauważyłem dwie walizki.

Przeszedłem do gabinetu. Od razu rzuciło mi się w oczy, jaki porządek tam panuje. Olbrych miał zdyscyplinowany umysł i sposób bycia człowieka, dla którego mundur jest raczej stylem życia, a nie wkładanym od czasu do czasu ubraniem. U niego zawsze wszystko musiało być na swoim miejscu. Co z kolei zakładało, że gdzieś tutaj powinienem znaleźć zapisane notatniki, gotowy do pracy komputer, nośniki z danymi. Na zawieszonej na ścianie tablicy powinny być jeszcze jakieś zapiski. Tymczasem gabinet przypominał raczej teatralną dekorację niż realne miejsce pracy.

- Nic tutaj nie znajdziesz. - Usłyszałem głos dochodzący od strony drzwi.

Odwróciłem się błyskawicznie, gotowy do odparcia ataku. Dwa metry ode mnie stał siwowłosy, drobny mężczyzna, który opierał się o laskę ze srebrną rączką, a drugą ręką zasłaniał twarz przed promieniem latarki.

- Bo to jesteś ty, prawda? - upewnił się.

Opuściłem latarkę, żeby dłużej go nie razić.

- Tak. Dobry wieczór, panie Leszku.

Leszek był przyjacielem Olbrycha jeszcze z czasów dzieciństwa. Potem ich drogi się rozeszły. Spotkali się ponownie po dziesięcioleciach na jakimś zjeździe absolwentów, na którym pojawiła się zaledwie garstka wciąż jeszcze żywych kolegów i koleżanek. Olbrych wspominał to jako jedno z najsmutniejszych wydarzeń w swoim życiu. Wśród tych nielicznych znalazł się też Leszek, który przez lata pracował jako nauczyciel historii, najpierw akademicki, dopiero później przeniósł się do liceum. Od słowa do słowa okazało się, że obaj są samotni. Żona Olbrycha zmarła, Leszek od lat był rozwiedziony. Postanowili zamieszkać razem. Niby głównie dlatego, żeby podzielić się kosztami utrzymania willi, ale tak naprawdę ważniejsze było to, że mogli się nawzajem wspierać, opiekować sobą, jeśli będzie potrzeba, i po prostu spędzać wspólnie czas, którego na emeryturze mieli obaj w nadmiarze. Dlatego właśnie pułkownik postanowił urządzić na piętrze osobne mieszkanie dla swojego przyjaciela.

- Kupę lat.

- Tak wyszło. Skąd pan wiedział, że tu jestem?

- Usłyszałem, że ktoś wchodzi - odpowiedział. - W tym wieku ma się bardzo lekki sen. Pomyślałem, że to jacyś złodzieje.

- I zamiast zawiadamiać policję, chciał ich pan powstrzymać tym kijkiem?

- Nie lekceważ staruszka z laską! - odparł z uśmiechem Leszek. - Nigdy nie wiesz, czego się po nim spodziewać.

- Pan jeszcze nie jest taki stary - stwierdziłem. - Ale postaram się zapamiętać.

Mężczyzna podszedł do mnie i zatrzymał się przy biurku. Położył swoją dłoń na mahoniowym blacie i pogładził go czule, jakby był żywą istotą.

- Kto go zabrał? - zapytałem.

- Nie wiem. Po prostu pewnego dnia po niego przyszli. Wzięli jego komputer, sprzęt do pracy. Zapakowali wszystko do walizek i gdzieś go wywieźli.

- Był pan przy tym?

- Tak.

- Grozili panu?

Pokręcił przecząco głową i westchnął ciężko.

- To paskudnie zabrzmi, ale to byli bardzo uprzejmi ludzie.

- To może Olbrych pojechał z nimi z własnej woli? - zasugerowałem.

- Nie. Mieli broń. Poza tym po jego minie, postawie zrozumiałem, że dzieje się coś złego. Był równocześnie wściekły i zrezygnowany. Jakby stało się to, czego obawiał się najbardziej, i nie mógł się temu sprzeciwić.

- Ilu ich było?

- Czterech mężczyzn i kobieta. Przyjechali dwoma samochodami. Takim dostawczym i czarnym BMW. Chyba jednym z tych droższych.

Czterech mężczyzn i kobieta. Łącznie pięć osób. Sporo jak na porwanie jednego starszego mężczyzny. Albo byli bardzo ostrożni, albo mieli tyle zasobów, że mogli sobie na to pozwolić. Oba scenariusze mi się nie podobały. Postanowiłem, że później jeszcze wypytam na ten temat pana Leszka. Może zapamiętał coś, co mi się przyda.

- Dlaczego nie zawiadomił pan policji? - zapytałem.

- Bo mi nie pozwolił.

- Jeden z porywaczy?

- Olbrych - poprawił mnie Leszek. - Zszedłem tutaj, tak jak teraz, bo słyszałem hałasy. Szybko zorientowałem się, co się dzieje, ale zanim zdążyłem zareagować, Olbrych odwrócił się do mnie i powiedział twardo, wiesz, tak jak on to potrafi... jak rozkaz... Powiedział: "Nie mieszaj się, Leszku, i nie zawiadamiaj policji. Dla swojego i mojego dobra".

- A pan go posłuchał?

- Ty go przecież znasz. Kiedy on tak mówi...

- Nie ma siły, żeby mu się sprzeciwić - dokończyłem za niego.

- Sam widzisz.

Podrapałem się po czole. Przychodząc tutaj, nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale liczyłem na jakikolwiek punkt zaczepienia. Może jakąś wiadomość od Olbrycha. Ludzi, którzy obserwują jego dom, a których mógłbym sam śledzić, żeby zdobyć na ich temat informacje. Cokolwiek, co pchnęłoby mnie w odpowiednią stronę. Willa najwyraźniej ich nie interesowała. Zabrali Olbrycha, jego rzeczy i zostawili tutaj samego pana Leszka. Zupełnie nie przejmowali się tym, co zrobi, tym, że mógłby ich zidentyfikować. Było to aroganckie, było bezczelne, ale równocześnie świadczyło o tym, jak pewni się czuli. Kimkolwiek byli.

- Masz gdzie się zatrzymać na noc? - Usłyszałem głos pana Leszka.

Moja mina starczyła mu za całą odpowiedź. Za resztę pieniędzy, które dostałem od komornika, kupiłem samochód. Kilkuletniego Opla Astrę, najprawdopodobniej kradzionego, bo żadnej ze stron transakcji nie interesowały jakiekolwiek dokumenty i umowy. Normalnie byłby to dla mnie niepotrzebny wydatek, ale potrzebowałem środka transportu, żeby sprawnie poruszać się po Łodzi i kraju. Ostatnie noce przespałem na tylnym siedzeniu, otulony grubym śpiworem. Nie było to zbyt wygodne i czułem, że moje plecy wkrótce z tego powodu zastrajkują.

- Chodź, prześpisz się u mnie na kanapie - powiedział pan Leszek.

- Nie chcę sprowadzać na pana zbędnego ryzyka.

- Jakiego ryzyka, chłopcze - zaśmiał się mężczyzna. - Z tą laską - podniósł ją i zamachał w powietrzu - to ja niczego się nie boję.

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko, wolę spędzić noc tutaj.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

- W takim razie pozwól, że przyniosę ci świeżą pościel.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Kto by pomyślał, że ta pandemiczna opowiastka "ku pokrzepieniu serc" przerodzi się w epicką przygodę na lata. Ale dokładnie takiej postaci dziś potrzebujemy: współczesnego bohatera, który niczym mityczny Odys - też przecież przedstawiający się swego czasu jako Nikt - wraca do bliskich pokrętną, pełną przygód drogą. A ponieważ pisze to Chmielarz, możemy być pewni, że czeka nas pierwszorzędna sensacja, a uniwersalny archetyp kolejny raz zgra się z bieżącymi tematami i zagrożeniami. Nieodmiennie warto!

Jakub Ćwiek

Genialna książka, nieodkładalna. Pod warstwą sensacji kryje się refleksja nad światem, w którym pieniądze i wpływy mogą kupić niemal wszystko! Niemal, bo są jeszcze ludzie, którzy "widzą świat w czerni i bieli", wierzą w ideały, lojalność i sprawiedliwość! Ta wiara w ludzi zawsze mnie kupuje! Mariaż polityki i biznesu, mroczne cienie przeszłości, pieniądze i pościgi, zdrada i honor! Doskonała rozrywka!

Marta Ficek-Chmura WARTOCZYTAC.PL

Bezimienny powraca, a wraz z nim przeszłość. Dawne tajemnice splatają się z polityką, pieniędzmi i technologią. W świecie, w którym władza coraz łatwiej przekracza granice, trudno pozostać po właściwej stronie. Jak daleko można się posunąć w imię idei? I czy prawda o przeszłości okaże się groźniejsza niż przeciwnicy Bezimiennego?

Łukasz Chmara TALKINCLOUD

Polityka, tajne układy i żądza zemsty splatają się w niebezpieczną całość. Stawką jest nie tylko bezpieczeństwo Bezimiennego, ale i jego najbliższych. Historia wciąga od pierwszych stron i trzyma w napięciu aż do końca!

Natalia Miśkowiec @PROSTYMISLOWAMI

Wojciech Chmielarz ani na moment nie zwalnia tempa. Doskonale wplecione wątki polityczne sprawiają, że spodziewamy się lada chwila usłyszeć o tej sprawie w telewizji. Po raz pierwszy też Bezimienny zdaje się tak ludzki i bliski. Ta część dała mi najwięcej frajdy, także przez akcję zahaczającą o Łódź i okolicę. Po lekturze pozostaje dręczące pytanie: czy naprawdę pożegnamy się z Bezimiennym?

Joanna Ufnalska

PROLOG

Dopóki nie wysiadł z samochodu, mógł sobie jeszcze wmawiać, że przecież nie może być tak źle. Zaciskał dłonie na kierownicy, starając się nie zważać na to, że są zupełnie mokre od potu, i analizował w myślach wszystko, co do tej pory się wydarzyło. Zadanie, które mieli do wykonania, było proste. Mierzyli się ze znacznie trudniejszymi. Takimi, kiedy podczas realizacji faktycznie bał się o zdrowie i życie chłopaków. Siedział wtedy jak na szpilkach, wyczekiwał jakichkolwiek strzępków informacji i modlił się bezgłośnie, żeby poszło dobrze. Tak ze względu na siebie, jak i na nich. To, że obawiał się o swój los, było zrozumiałe. Nieudana realizacja, zakończona w najgorszym przypadku stratą człowieka, zawsze rodziła lawinę pytań. Powstawały raporty, powoływano komisje, analizowano przebieg akcji, każdy jej detal. Koniec końców jednak, niezależnie od wyników śledztwa, czyjaś głowa musiała polecieć. Jakby tylko dymisja mogła zmyć przelaną krew i ukoić ból tych, którzy stracili bliską osobę. Nawet jeśli tak naprawdę nikt nie popełnił błędu. Nawet jeśli mieli po prostu pecha albo natknęli się na przeszkodę, której istnienia nie mogli przewidzieć. Wtedy też biurokratyczna machina szła w ruch, a wynik jej działania mógł być tylko jeden.

Kiedy jednak bliżej się temu przyjrzeć, człowiek zdawał sobie sprawę, że cała ta szopka za każdym razem była tylko teatrem. A może raczej rytuałem, odprawianym nie po to, by uczyć się na błędach, poprawić sytuację, zapewnić większe bezpieczeństwo operatorom, ale by wykonać serię magicznych ruchów, po których można wrócić do normalnego życia, jakby nic się nie stało. Kozioł ofiarny, dotarło do niego. Potrzebowali kozła ofiarnego, a Maks świetnie się do tego nadawał. Był dość wysoko w hierarchii, żeby jego uwalenie zostało zauważone, ale nie na tyle wysoko, żeby zapewnić sobie bezkarność. Wiedział wystarczająco dużo, żeby zostać uznanym za odpowiedzialnego, ale nie tyle, żeby pociągnąć za sobą innych. Szczególnie tych stojących wyżej.

Chociaż ta akcja miała to zmienić. Nie wprost, ale dano mu do zrozumienia, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, wiele osób będzie miało wobec niego dług wdzięczności.

Jego osobiste bezpieczeństwo było jednak mniej ważne niż bezpieczeństwo chłopaków, których wysyłał na akcję. Jeszcze kilka lat wcześniej był przecież jednym z nich. Ćwiczył z nimi, szkolił się, dawał z siebie wszystko na strzelnicy, poligonie i siłowni. Oddychał wraz z nimi powietrzem śmierdzącym prochem strzelniczym. Wiedział, jak to jest, kiedy w środku nocy jedziesz na akcję i nie masz pewności, czy z niej wrócisz w jednym kawałku. Pamiętał to cudowne podniecenie związane z wyrzutami adrenaliny, to poczucie wszechmocy, kiedy rzucałeś przeciwnika na glebę, euforię, kiedy ściągałeś z siebie kamizelkę po udanej akcji, przybijałeś piątkę z chłopakami, i wspólne świętowanie. Wiedział także, jak to jest, kiedy budzisz się w środku nocy drżący i spocony ze strachu, bo dociera do ciebie, jak blisko byłeś śmierci. A obok nie ma nikogo, kto mógłby ci pomóc.

To dlatego w końcu przyjął awans. Chłopakom opowiadał, że chodziło o kasę, czasami tłumaczył się ledwo co wyleczoną kontuzją kolana, ale tak naprawdę bał się, że pewnego dnia nie wytrzyma tego napięcia. I w najlepszym razie strzeli sobie w łeb, a w najgorszym zrobi coś jeszcze gorszego. Takie rzeczy się zdarzały. Każdy miał swój poziom wytrzymałości. Granicę, której nie należało przekraczać.

Dlatego teraz głównie myślał o nich. O chłopakach, których wysłał na realizację. I tak jak wiele razy wcześniej modlił się o ich bezpieczeństwo. Chociaż wiedział, że na modlitwy jest już za późno.

Odetchnął głęboko. Wyłączył radio i przez chwilę jechał w ciszy. Analizował każdy element zadania. Szukał słabych punktów, które teraz mogły obrócić się przeciwko niemu.

To była prosta akcja. Przynajmniej taka się wydawała. Miejsce - parking dla ciężarówek przed samym zjazdem na autostradę. Jeden z tych, które lata świetności mają już za sobą. Kiedy w okolicy przecinały się dwie drogi krajowe, tętnił życiem. Przyjeżdżając tam o pierwszej, drugiej w nocy, człowiek mógł odnieść wrażenie, że trafił na wielką balangę. Mnóstwo ludzi, ciężarówki stojące tak gęsto jedna obok drugiej, że tworzyły istny labirynt. Kakofonia dźwięków wydobywających się z dziesiątek głośników, przerywana brzękiem rozbijanych o asfalt butelek i chaotycznymi krzykami. Otwarta przez całą dobę knajpa z grillem na wolnym powietrzu i konkurujący z nią obwoźni handlarze, którzy sprzedawali piwo i kanapki z kiełbasą wprost z plecaków. Prostytutki krążące od kabiny do kabiny i kilku chłopaków, którzy trudnili się dokładnie tym samym, ale musieli się z tym bardziej kryć. Do tego złodzieje, gangsterzy, pieniądze przechodzące z rąk do rąk, narkotyki i szmuglowane fajki. Sklep. Kantor. I oczywiście bankomat. Tak na wszelki wypadek, bo przecież żadna dziewczyna nie zgodzi się, żeby jej zapłacić kartą.

Od kiedy jednak otworzono autostradę, coraz mniej zjeżdżało tu ciężarówek. Kierowcy woleli zatrzymywać się na MOP-ach, spokojniejszych i cichszych. Sklep i kantor dawno się zamknęły. Knajpa jakoś przędła, ale od lat nie pracowała w trybie całodobowym. Jasne, wciąż od czasu do czasu zatrzymywał się tam jakiś tir, ale na samym jego końcu, pracowało kilka dziewczyn, ogólnie jednak parking stał się miejscem, które się mijało, a nie takim, na którym się bywało. W środku nocy nie powinno być tam prawie nikogo. Do najbliższych zabudowań mieszkalnych było kilkaset metrów. Szansa na to, że rany odniesie osoba poboczna, cywil, były minimalne. Zresztą na otwartym terenie nie ryzykowali większej strzelaniny. Żadnych miejsc, gdzie można by się ukryć, żadnych zasłon, a element zaskoczenia znajdował się po ich stronie. Przeciwnicy? Trzech łódzkich bandziorów. Dwaj z nich zupełnie się nie liczyli. Wafel i Brunek. Bogata kartoteka kryminalna z kradzieżami, włamaniami, pobiciami i handlem narkotykami. Brzmiało groźnie dla kogoś, kto spotykał się z czymś takim po raz pierwszy. Ten, kto wiedział, jak czytać takie akta, od razu się orientował, że to drobnica. Dwóch typów, którzy mają więcej mięśni niż rozumu. Niebezpieczni tylko jeśli działają w grupie, i to z przewagą liczebną. Bez żadnego wyszkolenia, doświadczenia, prawidłowych odruchów. W momencie, kiedy rozpocznie się realizacja, w bazowym scenariuszu rzucą broń na ziemię i od razu się poddadzą. W kolejnym rzucą się do ucieczki. Dopiero w trzecim, tym najmniej prawdopodobnym, spróbują walki. Ale i tak nie mieli szans. Cud, jeśli skierują broń we właściwą stronę, uznał.

Ciągle jednak nie lekceważyli tego scenariusza.

Najbardziej niebezpieczny był ostatni z nich. Loco. Mocno osadzony w łódzkim świecie przestępczym, z wyrokami na koncie. Do więzienia zawsze wędrował z uśmiechem na ustach, a wychodził wzmocniony i bardziej szalony. Wyjątkowo niebezpieczny. W jego przypadku nie zakładano żadnych scenariuszy, bo nie sposób było przewidzieć, jak się zachowa. Należało być gotowym na wszystko.

I to on stanowił ich cel.

Wysyłali przeciwko niemu dwie drużyny antyterrorystów.

Pomimo tego całego ryzyka Maks po raz pierwszy był tak spokojny przed realizacją. Nie musiał być na miejscu, miał dołączyć później, po zatrzymaniu. Czuł się do tego stopnia pewnie, że postanowił się zdrzemnąć na kanapie przed włączonym telewizorem. Obudził go telefon. Zerwał się na równe nogi, natychmiast odebrał i jego serce zaczęło mocniej bić, zanim jeszcze usłyszał pierwsze wypowiedziane słowo.

- Zesrało się - odezwał się kobiecy głos w słuchawce.

A teraz dojeżdżał na parking.

Zatrzymał samochód i przez długą chwilę po prostu wpatrywał się w rozrzucone po nim policyjne radiowozy, karetkę, funkcjonariuszy, którzy nerwowo biegali z jednego miejsca na drugie, taśmy, które odgradzały teren zdarzenia, i wreszcie w leżące na ziemi ciała. Trzech zabitych. Dwóch policjantów i Loco. Do tego jeszcze dwaj ranni, ale oni zostali już zabrani do szpitala. Ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Dwóch zabitych policjantów. Maks potrząsnął głową. To nie powinno się zdarzyć, to nie powinno się tak skończyć. To była katastrofa. Ktoś będzie musiał za to odpowiedzieć. I coraz bardziej się bał, że tym kimś będzie on.

Wysiadł z auta i ruszył przez parking w stronę funkcjonariuszy. Przy jego boku znalazła się Roma Sowa. Nawet nie zauważył, kiedy do niego podeszła. Zgodnie z nazwiskiem w nocy poruszała się bezgłośnie.

- Nie powinno cię tu być - powiedziała. - Zaraz pojawią się dziennikarze. Jeśli zrobią ci zdjęcia, zaczną się pojawiać pytania, a wtedy...

- Co tu się stało? - przerwał jej Maks.

- Jeszcze to ustalamy - odpowiedziała podwładna.

- To jak do tego doszło? - wysyczał przez zaciśnięte zęby.

- Ktoś coś spierdolił.

- Co ty, kurwa, nie powiesz - warknął.

Ruszył przed siebie, Sowa za nim i dopiero po kilku krokach do mężczyzny dotarło, że w sumie wykpiła się od wszystkich odpowiedzi, których powinna mu udzielić. Obiecał sobie, że przyciśnie ją mocniej.

Zbliżali się do policyjnych taśm. Jeden z funkcjonariuszy ich zauważył, młody chłopak, chyba ledwo po szkoleniu. Jego twarz była blada jak ściana. Maks domyślał się, że dopiero teraz zrozumiał, do jak niebezpiecznej roboty się zgłosił. I ile będzie ryzykował na każdym patrolu. Nie zdziwiłby się, gdyby za kilka dni rzucił odznaką. Teraz jednak ruszył w ich kierunku stanowczym krokiem, żeby ich zatrzymać. Sowa wyciągnęła swoją legitymację i zamachała mu nią przed nosem. Policjant zrobił wielkie oczy i przełknął ślinę.

- On jest ze mną. - Wskazała na Maksa i chwyciła za taśmę, żeby unieść ją wyżej.

Młody policjant chwycił ją za przegub i pokręcił przecząco głową.

- Nie wolno - powiedział.

- Chryste... - jęknęła ze złością Sowa. - Czy ty widziałeś moją legitymację? Czy mam ci przeliterować, co tam jest napisane?

- Nie wolno - powtórzył funkcjonariusz, zmieniając pozycję tak, żeby stanąć bezpośrednio naprzeciwko kobiety.

- Słuchaj, ty gówniarzu... - warknęła.

- Wpuść ich - odezwał się męski głos z lewej strony.

Należał do starszego policjanta dowodzącego akcją. Maks podziękował mu ruchem głowy, ale mężczyzna zdawał się już nie zwracać na nich uwagi. Zamiast tego wrócił do przerwanej rozmowy telefonicznej. Młody funkcjonariusz z lekkim ociąganiem zrobił im miejsce i podniósł taśmę, żeby mogli przejść.

Maks przeszedł kilka kroków i się zatrzymał. Omiótł wzrokiem miejsce zdarzenia i próbował domyślić się, co się tutaj wydarzyło. Rozwalona budka, w której znajdował się bankomat. Ślady po kulach na asfalcie. Plamy krwi wokół ciał. Znaczniki dowodowe. Ubrani w kombinezony technicy robiący jedno zdjęcie za drugim. I mężczyzna z kamerą, który wszystko to filmował.

Przesunął się w bok i wtedy go dostrzegł. Długo się zastanawiali, czy brać go do tej realizacji. On sam miał wątpliwości, chociaż bardziej natury osobistej niż zawodowej, ale ostatecznie zdecydował się go dołączyć i aktywnie przekonywał do tego innych. Miał być ich polisą bezpieczeństwa, gdyby zaszło coś nieprzewidzianego. Znał tego mężczyznę od lat. Służył razem z nim. Wykonywał misje, o których opinia publiczna nigdy nie miała się dowiedzieć. Maks był pewien, że cokolwiek się wydarzy, on będzie wiedział, jak zareagować. Nie spanikuje. Po prostu zrobi, co trzeba. A teraz siedział oparty o bok karetki, ciągle w kamizelce kuloodpornej, z martwym spojrzeniem utkwionym gdzieś daleko w przestrzeni i tarczą taktyczną z wgnieceniami po kulach leżącą obok.

Poczuł ukłucie niepokoju. To nie on powinien ją nieść. Tarcza chroniła innych, ale ograniczała ruchy, a akurat ten człowiek powinien być gotów do akcji.

Podszedł do niego. Mężczyzna dopiero po chwili podniósł wzrok, a w jego oczach, oświetlonych tylko niebieskimi lampami radiowozów, dostrzec można było lód i nienawiść. Maks poczuł, jak żołądek ściska mu się ze strachu. Zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie wypowiedzieć imienia tego mężczyzny, którego znał tyle lat. Nie jest w stanie nawet go pomyśleć.

- Nie wiedzieliśmy - odezwał się tamten. - Dlaczego nie wiedzieliśmy?

- Nie mam pojęcia.

- To się dowiedz, Maks - powiedział powoli mężczyzna, a jego głos był upiornie spokojny. - I znajdź winnego. Znajdź jak najszybciej. Bo jeśli ty tego nie zrobisz, to zrobię to ja. Obiecuję.

Maks wiedział, co kryje się za tymi słowami. Kiedy przyjdzie czas, mężczyzna zrealizuje swoją obietnicę, a wtedy nie będzie na niebie i ziemi siły, która go powstrzyma.

I poleje się krew.