Rycynus Visby siedział za lichym biurkiem ze sklejki i przybijał kolejną pieczątkę na kolejnym wniosku ostemplowanym jak paszport podróżnika u kresu jego życia. Czwartek zapowiadał się nudno, podobnie jak inne dni w jego kalendarzu, które przesuwały się ospale, niczym taśma produkcyjna w fabryce monotonii. Słońce wschodziło i zachodziło, a każdy świt i zmierzch wydawały się jedynie bladymi kopiami tych, które przeminęły. Powiada się, że los, aby uczynić nas szczęśliwymi, nie daje nam okazji do realizacji wszystkich marzeń. W przypadku Rycynusa zrobił wyjątek. Załadował do kosza całą listę jego pragnień. Gdyby Rycynus Visby był człowiekiem religijnym, beznadziejną sytuację, w której się znalazł, mógłby potraktować jako objaw wyjątkowej dokuczliwości ze strony Zaświatów. Byłby wtedy jednak, paradoksalnie, przez Zaświaty, które wzięły go na celownik, uprzywilejowany. Zupełnie nie wiedzieć czemu. Tak jednak nie było. Rycynus Visby był nikim. Zarówno w wymiarze ziemskim, jak i w pozaziemskim. Chociaż w Halmstad był kimś. Był królewskim urzędnikiem powiatowym niższego szczebla. Człowiekiem, z którego los zadrwił, odbierając mu szansę na realizację marzeń i jednocześnie zostawiając w jego urzędniczych rękach los innych. Petentów. Na przykład takich jak wielebny Alf Eckman, który z kolei był przekonany, że w jego rękach spoczywają losy całego Świata. - Dzień dobry, pastorze - Rycynus nawet nie próbował być uprzejmy i przenieść wzroku z rozłożonych na biurku papierów na ojca Eckmana, kiedy ten pokornie stanął przy jego biurku.
Jako doświadczony urzędnik wiedział, że nawiązanie kontaktu wzrokowego z petentem na początku jego wizyty w urzędzie było jak bramka samobójcza w pierwszej minucie meczu. Wielebny Alf Eckman nie był w urzędzie
petentem, był stałym gościem. I znał reguły tej gry.
- Czy ojciec nie był przypadkiem u nas wczoraj? - zapytał ironicznie
pastora, jakby odczytywał na głos ostatnią linijkę formułki, którą ktoś
kazał mu za karę przepisać sto razy.
Ojciec Eckman zlekceważył uwagę urzędnika i usiadł. Wtedy dopiero
Rycynus podniósł wzrok i spojrzał na wielebnego. Poczuł, że przegrał
pierwszą rundę. Próba pozbycia się pastora była jak walka z rakiem w ostatnim stadium. Trzeba było mieć dużo determinacji i finalnie sporo
szczęścia.
- Posłuchaj uważnie, Rycynusie, i nie przerywaj. - Kapłan całkowicie,
jak zwykle zresztą, przejął kontrolę nad sytuacją. - Przychodzę do
ciebie, nie ukrywam, po raz kolejny, bo jak wiesz, masz możliwość pomóc,
a ja znam cię od dziecka i...
- Do rzeczy, pastorze, przecież rozmawialiśmy wczoraj i przedwczoraj -
Rycynus przerwał, dając ojcu Eckmanowi do zrozumienia, że nie musi za
każdym razem rozpoczynać meczu od wyjaśniania reguł gry.
Wielebny był pastorem w Falun, stolicy powiatu Halmstad, w którym
dzierżył władzę nad pokaźną liczbą dusz, co w jego branży można by
przyrównać do posiadania dobrze prosperującego biznesu. Dawało mu to
mocną kartę przetargową w rozmowach z lokalnymi władzami traktującymi go
z szacunkiem, jakiego wymaga zawodnik, który w każdej chwili może zabrać
piłkę i zakończyć grę. Decydenci w wiernych ojca Eckmana widzieli silny
i zwarty, choć czasem kapryśny elektorat, z którym nie należy wchodzić w poważną dyskusję, kiedy myśli się o przyszłości w polityce. To tak jakby
wejść w otwarty konflikt z rojem pszczół, gdy jest się uczulonym na ich
użądlenia - uważali lokalni politycy, szeroko uchylając pastorowi drzwi.
Pechowo dla Rycynusa były to drzwi do jego pokoju w urzędzie.
- Świat jest zepsuty, powtarzam to za każdym razem, jak tu jestem, i z każdym dniem jest coraz gorzej! - ojciec Eckman przeszedł do rzeczy, ale
w swoim stylu. - Musicie coś z tym wreszcie zrobić, zanim będzie za
późno!
Rycynus, znając pastora od dziecka, znał też na pamięć jego repertuar.
- Co konkretnie ojciec ma na myśli? - zadał pytanie, licząc na to, że
tym samym przyspieszy finał. - Przynajmniej dziś.
Wielebny Eckman zamknął oczy i uniósł głowę ku niebu, jakby szukał
częstotliwości, z którą mógłby się połączyć. Nic nie odrzekł. Milczał.
Mniej więcej tyle, ile się Rycynus spodziewał.
- Świat trzeszczy w podstawach! - powiedział dobitnie pastor wciąż z zamkniętymi oczami. - To musi się źle skończyć! Słyszysz?!
Rycynus nawet nie udawał, że nasłuchuje. Sięgnął po kartkę pełną
pionowych kresek i narysował na niej kolejną. Piątą. Skreślił wszystkie
pięć. Papier gęsto wypełniały przekreślone piątki, które były
symbolicznym zapisem wizyt pastora tylko w jednym miesiącu. Ojciec
Eckman codziennie narzekał na Świat i jego mieszkańców, za każdym razem
wspominając Demiurga, który ten Świat miał powołać do życia. I który
podobno bardzo tego żałował.
- Ojciec codziennie straszy końcem Świata...
Pastor srogo spojrzał na Rycynusa.
- Nie straszę, synu, nie straszę! Ja przestrzegam! I jest jeszcze czas,
by tę przestrogę potraktować w swoim życiu jako drogowskaz. Wspomnisz
moje słowa!
Alf Eckman liczył na to, że nie tylko Rycynus, ale też inni wspomną jego
słowa. Bo przedstawiając apokaliptyczną wizję, miał nadzieję, że zyska
nowych wyznawców. A co za tym idzie - powiększy swoje wpływy w powiecie.
Do misji ewangelizacyjnej podchodził jednak jak ktoś, kto postanowił
schudnąć, wybierając leżenie na kanapie i marzenie o byciu szczupłym.
Mówiąc wprost, nie chciało mu się pokonywać kilometrów i tracić czasu w poszukiwaniu kogoś, kogo mógłby nawrócić. Postanowił, że zadziała
systemowo. Zmusi urząd, by używając autorytetu państwa rządzonego
królewską ręką, nawrócił nienawróconych odgórnie. Strategia, którą
obrał, szyta była na miarę jego i jego potencjału i przypominała
planowanie wyprawy na księżyc w koszyku na owoce. Ojciec Eckman lubił
podkreślać, że myśli globalnie, ale działa lokalnie - tak bardzo
lokalnie, że rzadko wykraczał tymi myślami poza własną parafię. Ale
przecież każdy wielki plan zaczyna się od małego kroku - nawet jeśli
jest to krok do lodówki po kolejne piwo. A piwo wytwarzane w pobliskim
klasztorze Braci Mniejszych Większego Obrządku było jedynym, co w tym
zepsutym Świecie, zdaniem wielebnego, nie było do końca zepsute. Ale nie
obnosił się z tym twierdzeniem.
- No dobra, zasiedziałem się - wielebny spojrzał na zegarek i uznał, że
dziś już popracował i czas na obiad. - Niech Demiurg ma cię w swojej
opiece, Rycynusie. Dobry z ciebie chłopak, tylko leniwy. Masz tu takie
narzędzia i z nich nie korzystasz. Ale będę cię przekonywał. Nie jest za
późno, by uchronić Świat przed apokalipsą!
I wyszedł. Rycynus Visby patrzył za kołyszącym się na boki starcem
dźwigającym z trudem wielki piwny brzuch i pomyślał, że wcale nie byłoby
mu przykro, gdyby Świat zwyczajnie trafił szlag.
*
- Szlag by to!
Klucz znowu utkwił Rycynusowi w drzwiach, jakby miał własne życie, w którym lubił demonstrować niezależność.
Urzędnik, stojąc z kluczem utkwionym w drzwiach, zdał sobie sprawę, że
świat prostych mechanizmów może być bardziej skomplikowany niż
najbardziej zawiła intryga dworska. Chwilę siłował się z zamkiem, co
przyprawiło go o irytację. Kropką nad i w słowie "irytacja" było
pytanie, które na dźwięk zamykanych przez Rycynusa drzwi wyleciało
prosto z kuchni.
- Jak było w pracy? - pytanie przez chwilę unosiło się w powietrzu
niczym bańka mydlana na wietrze.
Lukrecja Visby powitała syna jak zwykle, a Rycynus jak zwykle ugryzł się
w język, zachowując cenną zdolność strategicznego wycofania się w sytuacjach potencjalnie konfliktowych. Spotkanie z matką było dla niego
zawsze jak egzamin z dyplomacji. Wiedział, że gdyby powiedział to, co
myśli, wywołałby lawinę, przy której apokalipsa ojca Eckmana była tylko
bajką dla grzecznych dzieci.
- Dzień jak co dzień, mamo - wybrał z podręcznego słownika konwersacji z matką odpowiedź najmniej narażającą go na szczegółowe relacjonowanie
dnia.
Pani Visby z reguły już nie słyszała, co Rycynus odpowiada. Była zbyt
zajęta dyrygowaniem orkiestrą, złożoną z garnków i patelni. Rycynus z kolei nie starał się przekrzykiwać tego hałasu. Ich rozmowy przypominały
rytuał, w którym obie strony nucą teksty swoich ulubionych piosenek,
przekonane, że wspólnie tworzą arcydzieło. W końcu Lukrecja wyszła z kuchni i, stanąwszy naprzeciw już ubranego w domowe ciuchy Rycynusa,
zadała mu rytualne pytanie. I tym razem nie oczekując odpowiedzi.
Oczekiwała tylko skupienia syna na roli, którą odgrywała. Jak reżyser
kiepskiego spektaklu, który liczy już tylko na to, że znudzony aktor
przynajmniej będzie udawał, że go słucha.
- Głodny jesteś? Pewnie tak. Ty zawsze jesteś przecież głodny. Od
śniadania nic nie jesz. Przez cały dzień. Jajko na twardo na drugie
śniadanie to nie jest jedzenie dla dorosłego mężczyzny. Takim jajkiem to
się człowiek nie naje. Co tak stoisz? No chodź do kuchni. Tyle się przy
tych garach nastałam przecież. Całe życie w garach. Świata poza tą
kuchnią nie widzę. A jak nie gotowanie, to zmywanie. I tak chodzę od
pieca do zlewu. Tam i z powrotem. Kiedy ja odpocznę? Chyba po śmierci.
Ale jak umrę, to co ty beze mnie zrobisz? Chyba tylko jajko na twardo.
Monologowi wieszczącemu koniec żywota Lukrecji Visby towarzyszyło
podawanie do stołu. Każdy ruch łyżki i każde przesunięcie talerza były
częścią mistycznego savoir-vivre'u. Mimo że Rycynus nieraz chciał sam
sięgnąć po chochlę i nalać sobie zupy, matka przepędzała go spod pieca z determinacją strażnika pilnującego królewskich klejnotów. Czuł się jak
intruz we własnym domu, próbujący dostać się do zakazanej części zamku,
w której stawiając nierozważnie kroki, można wpaść w pułapkę.
- Poparzysz się. Do pracy nie pójdziesz. Będziesz mi tu na głowie
siedział, a ja będę musiała koło ciebie skakać, jak skakałam przez całe
życie koło twojego ojca. Siedź, gdzie siedzisz. Bałaganu tylko narobisz.
Rycynus siadał zatem tam, gdzie kiedyś siadał jego ojciec. Dopóki
cienkiej nici jego żywota nie przerwał wypadek z drabiną, z której
ojciec zleciał, chcąc udowodnić matce, że gniazdo szerszeni nie jest
żadnym problemem. Było. Co matka podkreślała za każdym razem,
wspominając ojca i projektując jego niezdarność na syna. Jakby
niezdarność była czymś, co można odziedziczyć wraz ze starymi swetrami i z zegarem, który nigdy nie pokazuje właściwej godziny. Rycynus miał
wrażenie, jakby był nie tyle spadkobiercą rodzinnego dziedzictwa, ile
aktorem w rodzinnym serialu komediowym, w którym każdy odcinek kończy
się moralizatorską nutą i podniesionym palcem.
- I co, smakuje ci? No powiedz, smakuje? Pewnie niedosolone. Ojciec też
sypał tyle soli co ty. Przez cały życie. Mówiłam: umrzesz w końcu od tej
soli. I co? Nie słuchał i umarł.
Rycynus zatrzymał dłoń z łyżką, którą kierował do ust w połowie drogi i spojrzał z wyrzutem na matkę.
- Ale przecież ojciec spadł z drabiny! Co ma do tego, ile solił?
Pani Visby poczuła się, jakby ktoś nagłym ruchem wyciągnął spod jej nóg
dywan, na którym niewzruszenie stała.
- Nadmierne spożycie soli prowadzi do nadciśnienia krwi, co zwiększa
ryzyko udarów mózgu oraz demencji, a także upośledza funkcje poznawcze -
wyrecytowała jak z podręcznika dla studentów medycyny.
Rycynus nie kontynuował. Zjadł zupę w milczeniu i jak zwykle po obiedzie
zamknął się w swoim pokoju. Cichaczem, kryjąc się przed matką, zapalał
papierosa przy uchylonym oknie i, spoglądając na dom naprzeciwko, marzył
o sąsiadce - Isli Olsen. Był jak nastolatek, który odkrył, że miłość
jest skomplikowaną grą bez dołączonej do niej instrukcji. Podglądając
Islę przez okno, zachowywał się, jakby chciał rozszyfrować tajemnicę
wszechświata. Nie rozumiał, dlaczego związała się z prostym farmerem,
który wszystkich traktował jak statystów w swoim prywatnym spektaklu.
Rycynus nie był urodziwy. Ale urodziwy nie był też Flegamin Olsen, mąż
wybranki serca urzędnika. Za to Rycynus, zwłaszcza w służbowym
uniformie, wyglądał dużo dostojniej niż farmer trzymający widły jak
rycerz, który pomylił turniej z oborą. Czerwone łapy Olsena nie były tak
delikatne jak nawykłe do pracy biurowej dłonie Rycynusa. Lubił je i było
to chyba jedyne, co w sobie akceptował. Reszta jego postaci, zresztą
mizernej postury, zwieńczona dużą łysiejącą głową, była dla Rycynusa
przedmiotem permanentnej krytyki wewnętrznej. Wygląd, który zawdzięczał
połączeniu genów Lukrecji Visby i poległego w bitwie z szerszeniami
Oregona Visby'ego, pasował do urzędnika. Do tego stopnia, że czasami
Rycynus zastanawiał się, czy rodzice, zanim nadali mu imię, nie wybrali
dla niego zawczasu profesji, tym samym odciskając piętno na rozwoju
fizycznym swojego syna.
Trudno powiedzieć, czy Rycynus był szczęśliwy. Pewnie był, w tych
nielicznych momentach kreowanych w wyobraźni, kiedy brał za rękę Islę
Olsen i spacerowali razem po polu słoneczników aż do zachodu słońca.
Zanim usta kochanków zdążyły się do siebie zbliżyć, by połączyć się w namiętnym pocałunku, do pokoju Rycynusa wpadała matka, z gorliwością
godną inspicjenta w teatrze przerywającego przydługi spektakl i od progu
informowała syna o zamiarze pójścia na mszę. - Też byś poszedł - słowa
matki były naturalną konsekwencją braku reakcji Rycynusa, przeżywającego
po raz kolejny rozczarowanie, że wyobrażona miłość wciąż pozostaje
niespełniona.
- Pracuję w urzędzie, muszę zachować bezstronność ideową, przychodzą do
mnie różni petenci, już ci mówiłem.
Matki to nie przekonywało. Była jak ojciec Eckman, dla którego ci,
którzy nie wierzą w Demiurga, są po prostu zepsuci. Jak Świat, w którym
przyszło im żyć.
- Jak sobie chcesz! - rzucała na odchodne, załączając do tego kilka
wizji apokaliptycznych z repertuaru ojca Eckmana lubującego się w opisie
tortur, jakim po śmierci poddawani byli niewierzący. Kiedy drzwi
zamykały się za matką, Rycynus wracał do papierosów i myśli o Isli Olsen
ubarwionych scenami z jej życia, które kradł na potęgę z pejzażu za
oknem. Gdyby miał szczerze odpowiedzieć sam przed sobą, co fascynowało
go w tej kobiecie, musiałby sięgnąć głęboko do podświadomości i wyciągnąć z niej to, czego na pewno nie chciał eksponować. Była podobna
do jego matki. Z usposobienia. Nie z wyglądu. Isla była przyjemną,
dbającą o siebie młodą kobietą. Mogła się podobać. Miała długie blond
włosy, które czesała każdego wieczora, siadając na parapecie okna.
Trudno było Rycynusowi uwierzyć, że ten spektakl nie był przeznaczony
dla jego oczu. Olsenowa miała męża, bo tak wypadało. W pewnym wieku po
prostu musiała przestać wydziwiać i brać to, co było pod ręką. Albo
zostać starą panną. A był to w wiosce status porównywalny do bycia
urzędnikiem niższego szczebla, choć w królewskim, to jednak powiatowym
urzędzie. Czyli bycia nikim, tylko w sposób dosłowny i w wymiarze
lokalnym. Wielogłowy nie były ośrodkiem wysoko rozwiniętej cywilizacji.
W powiecie, który był jak serial, który zbyt wolno się rozkręcał. Tak
jak zaledwie kilkumilionowe królestwo Vestlund. Życie mieszkańców całego
państwa kręciło się w tempie ospałego chomika, kręcącego się w kołowrotku w przekonaniu, że ciągle idzie do przodu.
Geografia nie była jednak istotną przeszkodą dla miłości. Dlaczego
zatem, choć byli sąsiadami, to nie Rycynus stanął z Islą na ślubnym
kobiercu? Może zabrakło mu odwagi albo bezczelności, której Flegamin
Olsen miał w nadmiarze? Wziął Islę, tak jak bierze się kurę na rosół.
Bez pytania. A ponieważ nie miał za grosz wrażliwości, nie przypuszczał
nawet, że mogłaby mieć coś przeciwko temu. Rycynus był inny. Był typem,
który wiecznie tworzył strategie. Do prostych spraw zabierał się jak do
podboju Księżyca - z wielkim rozmachem, ale bez konkretnego planu
lądowania. Może dlatego Isla przerażona wizją czekania na
niezdecydowanego Rycynusa nie protestowała przeciwko małżeństwu z prostakiem. A może też dlatego, że jednak nie była tak subtelna, jak
wyobrażał ją sobie Rycynus. I może wbrew pozorom właśnie to go w niej
pociągało. Przyzwyczajony, że w domu to matka nosiła spodnie, nie
wyobrażał sobie innej żony niż taka, pod której pantoflem mógłby
siedzieć.
Znużony rozmyślaniami nad straconymi szansami, zasnął, przekraczając
próg świata snów, w którym wszystko da się jeszcze odkręcić. Śnił o małym domku z widokiem na fiordy, który wyglądał jak wycięty z pocztówki. I o trójce rozwrzeszczanych blond dzieciaków, które urodziła
mu uszczęśliwiona przez niego Isla. I o psie, który z nimi mieszkał i nigdy nie szczekał.
*
Szczekanie psa sprawiło, że Rycynus zerwał się na równe nogi. Kundel
Olsenów stał przed kurnikiem i nie przestawał wydawać z siebie
wszystkich psich odgłosów, jakimi obdarzyła go natura. Zachowywał się
jak opętany, aż w końcu kij rzucony silnym ramieniem gruboskórnego
Olsena uciszył go i przegonił z podwórka. W przydomowym ogródku Isla
Olsen zbierała warzywa na rosół. Był to znak, że jest piątek. Zawsze
przed zbliżającym się weekendem Olsenowa gotowała wywar z kurczaka.
Rycynus mógł się tylko napawać zapachem unoszącym się w sąsiedztwie i wyobrażać sobie nieziemski smak rosołu, który szykowała sąsiadka.
Lukrecja Visby była jak zwykle w piątek na porannej mszy w kościele.
Ojciec Eckman wychodził z założenia, że też ma prawo do wolnego
weekendu, dlatego nie odprawiał niedzielnych nabożeństw. Jak twierdził,
Demiurg nie stworzył niedzieli po to, by z niej nie korzystać. Pytany o sobotę, ucinał temat.
Rycynus, zanim posmarował kanapkę masłem i posypał ją obficie solą,
zapalił papierosa. Jego matka była zagorzałą przeciwniczką wszelkich
nałogów, uważając je za bilet w jedną stronę - w stronę zepsucia.
Dlatego gdy tylko dźwięk kościelnych dzwonów ogłosił początek mszy,
Rycynus wyciągnął ukrytą paczkę papierosów i w spokoju oddał się swojemu
nałogowi w kuchni, dopełniwszy rytuału solną ucztą. Otoczony chmurami
dymu w królestwie pani Visby, czuł się jak bohater własnej, małej
rewolucji. A gdy papieros dogorywał w jego ustach, pakował do torby
jajko na twardo i szedł pielęgnować utarty schemat.
Droga do urzędu zajmowała mu około dwudziestu minut. Szedł górską
ścieżką, mijając wszystkie trzydzieści drewnianych chałup, które
mieściły się w granicach wioski Wielogłowy. Tuż za domem sołtysa Klajfa
Jensena, największym budynkiem we wsi, miała początek droga powiatowa
wiodąca do Falun, gdzie chodziło się nie tylko do pracy, ale też na
zakupy. Albo po rozrywkę. To w Falun od czasu do czasu pojawiało się
objazdowe kino. W Falun była lodziarnia i cukiernia. W Falun, kiedy
zamarzało jeziorko, można było jeździć na łyżwach. W Falun wreszcie stał
kościół, który był dla matki Rycynusa niemal drugim domem. Królewski
Powiatowy Urząd Halmstad stał przy rynku, naprzeciw ratusza i kilka
kroków od kościoła. Nawet gdyby Rycynus pracował tu jako stróż, to i tak
nie zamieniłby tego miejsca na żadne inne. Tu był u siebie. Była punkt
ósma, kiedy zasiadł przy biurku, zamoczył pieczątkę w świeżym tuszu i odbił próbnie na kawałku białego papieru. Ślad był idealny. Mógł
przystąpić do pracy. Miał mniej więcej pół godziny do spodziewanego
pojawienia się ojca Eckmana. Zaplanował, że w tym czasie odrobi
zaległości z dnia poprzedniego, które zostawił na dziś, i zaplanuje, co
przełożyć na poniedziałek. Rytm dnia, który niejednego by uśpił albo
doprowadził do szewskiej pasji, Rycynusa po prostu uspokajał. Tu nie
mogło się stać nic nieprzewidywalnego. I to było fundamentem jego
poczucia bezpieczeństwa. I za to zgodził się otrzymywać mniejsze
wynagrodzenie niż kasjer w pobliskim sklepiku.
Kiedy wybiła ósma trzydzieści, Rycynus wsadził nos w papiery, które
wymagały skupienia. Mina, którą wówczas przybierał, miała być
jednocześnie komunikatem dla pastora, że tu się naprawdę pracuje.
Spodziewając się wielebnego, wybierał zwykle instrukcje albo nowelizacje
przepisów wymagające kilkukrotnej lektury. Nawet się nie zorientował, po
raz szósty kartkując przepisy nowelizujące przepisy znowelizowane w zeszłym miesiącu, że wskazówki zegara przeskoczyły na godzinę dziewiątą.
A ojciec Eckman nie przyszedł. Rycynus poczuł ścisk żołądka. Błądząc
wzrokiem po ścianach w poszukiwaniu przyczyny anomalii, spojrzał na
kalendarz. Był piątek, 13 marca. Nie wierzył w fatum, a tym bardziej w pechowe daty, ale dziś dopadły go naprawdę złe przeczucia.
*
Natomiast Flegamin Olsen nie miał żadnych złych przeczuć, kiedy po raz
setny tego dnia wypowiadał ulubioną frazę: bez głowy! Recenzował nią
wysiłki wszystkich, których uważał za idiotów. Oznaczało to, że w swojej
wizji świata farmer zakładał, że idiotów po ziemskim padole plącze się
całkiem sporo. Z wyjątkiem jego. Olsen komentował wszystko, co mu nie
pasowało. I co należałoby poprawić. Na przykład czajnik, który właśnie
dmuchnął mu gorącą parą w twarz.
O ile zazwyczaj przekleństwo leciało z ust farmera gdzieś w kierunku
bliżej niesprecyzowanego celu, o tyle tym razem, w ponure wrześniowe
piątkowe przedpołudnie, postanowiło zostać w domu. A dokładnie w Wielogłowach. Nie wiedzieć czemu też dziś o poranku, niezauważalnie
zmieniło status z emocjonalnej recenzji otaczającej Olsena
rzeczywistości na magiczne zaklęcie. Czy był to zwyczajny przypadek, czy
nazbierało się wystarczająco dużo złej energii, żeby przekleństwo się
zmaterializowało? Trudno stwierdzić. Dość, że słowa farmera, rzucane
dzień w dzień we wszystkie strony świata, w końcu trafiły na żyzny grunt
i wydały owoc. Na nieszczęście Olsena - zgniły. Życie Flegamina i jego
sąsiadów miało wejść w ostry zakręt, a wkrótce czekało je dachowanie.
Ten punkt zwrotny monotonnej egzystencji Wielogłowów farmer uświadomił
sobie boleśnie, gdy stanął jak wryty na widok kurczaka, po którego
przyszedł do kurnika kierowany weekendową tradycją gotowania rosołu. Na
środku niewielkiego drewnianego pomieszczenia grzebał sobie w słomie
upierzony kurzy korpus kończący się na zarysie szyi. Ta karykatura
ptaka, która dumnie prężyła pierś, machając buńczucznie skrzydłami, była
chyba czymś najbardziej namacalnym w życiu Olsena, co rzeczywiście było
kompletnie bez głowy.
- Pokarało mnie - wymamrotał Flegamin na głos i wszystkie przekleństwa,
jakie rzucił na ludzi, z siłą tsunami wróciły do niego w postaci
wyrzutów sumienia.
Olsen bluźnił przez całe życie, nie szczędząc gorzkich słów krytyki
wszystkim naokoło. Miał tego świadomość, ale usprawiedliwiał się tym, że
zwyczajnie chce żyć w lepszym świecie. Nie zaś w otoczeniu idiotów. Był
jak teatralny krytyk, piętnujący na łamach gazet u aktorów brak talentu,
choć sam nie miał go za grosz. Owszem, może Olsen miał dwie lewe ręce,
ale mimo to uważał, że ma prawo mówić innym, co robią źle. I czynił to z niesłychaną konsekwencją. Do tego stopnia, że jego żona nieraz
spoglądała na trzymany w ręku nóż z myślą, że jedyną drogą do
szczęśliwego życia, którego tak bardzo pragnęła, jest zbrodnia. I tylko
dzięki silnemu kręgosłupowi moralnemu, którym się szczyciła, jej mąż
wciąż stąpał po ziemi. A teraz ta ziemia osunęła mu się spod nóg. Stał
na progu kurnika jak sparaliżowany. Nogi wrosły mu w ziemię i jedynie
wyciągnięte w stronę ptaka ręce przypominały farmerowi o celu, który go
tu sprowadził.
Czy to, co teraz docierało do przerażonych oczu Olsena, było dziełem
jednego z rozwścieczonych sąsiadów, który zbluzgany przez farmera udał
się w złości do Szeptuchy po sprawiedliwość? Czy może to sam Demiurg
stracił cierpliwość do złorzeczącego mieszkańca Wielogłowów i zamiast
czekać na Sąd Ostateczny, pokarał go za życia? Paniczne myśli urządziły
sobie w głowie Flegamina wyścigi.
Kurczak, choć pozbawiony czerepu, nie wiedzieć skąd, ale wiedział, że
Olsen przyszedł po jego mięso. I w ogóle mu się to nie podobało.
Nastroszywszy pióra, stanął w gotowości do walki o to, co jeszcze mu
pozostało z jego marnej fizyczności. Jak na stworzenie pozbawione zmysłu
wzroku ptak szykował szarżę w sposób podejrzanie precyzyjny. Uniósł
skrzydła, ustawiając się dokładnie na wprost Flegamina. Farmer pierwszy
raz w życiu odczuł, że coś pozbawione głowy nie jest wcale aż tak
głupie, jak sądził. To utwierdziło go też w przekonaniu, że zjawisko, na
które patrzy, jest na tyle wymownym znakiem, że należy je czytać jako
wezwanie do radykalnej zmiany życia. Pomimo świadomości, że ptak nie
zadziobie go w ataku szału, bo niby czym, poczuł jednak obezwładniający
strach. I nie wiadomo, czy to świadomy proces myślowy, czy też instynkt
samozachowawczy, coś jednak skłoniło go do natychmiastowej rejterady.
Zanim więc Flegamin zdążył sam sobie na głos przemówić do rozumu, stał
już za progiem. Kogut bacznie śledził jego każdy ruch, przesuwając się
powoli w stronę wycofującego się Olsena, choć ten za diabła nie mógł
zrozumieć, jak to w ogóle jest możliwe.
Właśnie! Za diabła! Bo cóż innego niż zło mogło opętać tego ptaka i sterować nim jak demon laleczką z horroru, który farmer widział w objazdowym kinie w Falun. To skojarzenie aktywowało w umyśle Flegamina
proces poszukiwania dawno nieodmawianych modlitw. W stresie wszystkie
jednak Olsenowi się pomieszały. Zamiast nich w głowie farmera pojawiło
się coś na kształt wiersza, którego kolejne wersy tworzą wycinki wyjęte
z kapelusza. I kiedy już był gotów na odchodne zaatakować ptaka łaciną,
nawet taką łataną na szybko, kogut, uznając Olsena za pokonanego,
odwrócił się do niego kuprem. I poszedł.
Flegamin był w takim szoku, że również odwrócił się na pięcie.
Przypominało to zajadłą szarpaninę dwóch wściekłych ogarów, które w jednej chwili przestają na siebie ujadać na widok kiełbasy. Te kilka
kroków, które oddalały farmera od kurnika, jego nogi pokonały, nie
łącząc się w tym procesie z mózgiem. Olsen bez świadomości panowania nad
własnym ciałem i jego motoryką w jednej chwili był przy kurniku, a w następnej już w domu. Tego, co wydarzyło się w międzyczasie, w ogóle nie
zarejestrował. Zostawił na progu gumofilce, odwiesił palto i siadł w izbie bez słowa, wtapiając się w tło.
Dla Isli jej mąż od dawna był tylko wyposażeniem domu, i to w dodatku
niezbyt funkcjonalnym. Swoim wielkim tłustym rumianym cielskiem tylko
zagracał środek izby. Siadał akurat w takim miejscu, żeby poruszając się
po chacie, trzeba go było omijać. Był jak wielki pomnik przyrody, który
wyrastał na samym środku czteropasmowej autostrady. I podobnie jak
drzewu, tak Flegaminowi brakowało wyobraźni, aby przesunąć się choćby o centymetr i zrobić miejsce do życia innym. Trzeba było go pchnąć w któryś kąt, aby nie zawadzał. Dlatego gdy farmer wszedł i usiadł bez
słowa w kącie pod oknem, Isla uznała, że oto nadszedł dzień, w którym
mąż zrozumiał w końcu, gdzie jego miejsce. Płukała warzywa, kroiła je i odkładała na bok, by w odpowiednim momencie wrzucić do wrzącej wody
kołyszącej na piecu garnkiem z cienkiej blachy. Aż nadszedł czas na
najważniejszy składnik, a wtedy przypomniała sobie, że miał o niego
zadbać Olsen. Odwróciła się więc i widząc, że Flegamin nie zrozumiał
intencji, z jaką go wysłała do kurnika, huknęła, ile sił w płucach:
- Gdzie kogut?
Farmer najwyraźniej dopiero teraz zorientował się, że małżonka nie jest
aktorem w jego retrospekcji z kurnika, którą oglądał wciąż zapętloną w głowie. Podskoczył na taborecie i tym samym świat jego niedawnych
wspomnień odszedł pod naporem doczesności, do której Olsen z powrotem
zawitał.
- Kogut? - zapytał zdziwiony, jakby w jednej chwili wyparł z głowy całe
zajście w kurniku.
Małżonka od razu wyczuła błąd systemu, który sprawił, że Flegamin
przestał zachowywać się jak zwykle. Nie wypełniał nawet prostych
poleceń.
- Kogut na rosół? Poszedłeś po niego? - używała prostych zdań jak
papierka lakmusowego do zbadania tej anomalii.
- Poszedłem - przyznał Flegamin, odtwarzając szybko zapis z monitoringu
wspomnień.
Świat wewnętrzny Olsena znów zapanował nad jego uwagą.
- I? - nie odpuszczała.
- I wróciłem.
- Tak?
- Tak - tu byli absolutnie zgodni w ocenie sytuacji.
- Bez koguta! - zabrzmiało jak "sprawdzam" w ostatniej partii pokera, w której gra toczyła się o całą stawkę.
I Olsen poczuł się, jakby trzymał w ręce parę dziewiątek, a jego
przeciwnik wykładał właśnie na stół karetę króli.
- No bez - przyznał farmer i kiedy powiedział to głośno, wrócił do niego
lęk, którego doznał, widząc demonicznego ptaka. - On nie ma głowy! -
wyszeptał w taki sposób, jakby oznajmiał żonie, że za drzwiami jest
ktoś, kogo absolutnie nie powinni wpuszczać.
- Flegamin! Co ty mówisz?!
Pytanie otrzeźwiło Olsena i znów dał o sobie znać mechanizm obronny.
- Nie musimy jeść rosołu - oznajmił, przywołując na twarz najbardziej
wyszukany uśmiech, jaki tylko mógł na szybko zmontować, używając wciąż
sztywnych mięśni.
Tradycja jest jak stara dębowa podłoga, po której chodzimy codziennie i widzimy, że jest wiecznie niedomyta. A wówczas rodzi się w nas
przekonanie, że gdybyśmy ją tylko zamienili na płytki, życie od razu
stałoby się przyjemniejsze i prostsze. Kiedy w końcu decydujemy się na
remont, po pierwszych chwilach zachwytu nad błyszczącą podłogą
przychodzi refleksja, że już nigdy, wchodząc do domu, nie usłyszymy
skrzypienia starych desek, po których biegaliśmy jako dzieci i po
których biegały nasze dzieci. Tak właśnie poczuła się Isla, słysząc, że
w ten weekend mąż nie chce jeść rosołu.
*
Rosół aż prosi się o makaron, tak jak herbata o cukier. Ale dajmy na to
któregoś dnia coś, co powinno się wydarzyć tak jak zwykle, po prostu się
nie wydarza. Sklepikarz nie otwiera sklepu. Klientka, która chodzi tam
po cukier, zastaje drzwi zamknięte. Po chwili, gdy złe emocje opadną,
racjonalizuje zdarzenie. Może to znak? - myśli. Porażkę przekuwa w pozytywne przesłanie. Rezygnuje ze słodzenia. Zmienia nawyki żywieniowe.
W końcu, na tyle, na ile zwykły cukier może odmienić ludzkie życie,
staje się innym człowiekiem. Jej metamorfoza, która przekłada się na
parę kilogramów mniej, nie pozostaje bez wpływu na otoczenie.
Sfrustrowani brakiem efektów wyznawcy diety cud opartej na złotej
zasadzie: "jedz, na co masz ochotę" zaczynają jako problem definiować
właśnie cukier. A raczej jego konsumpcję. W końcu przestają go kupować.
W sklepiku spadają obroty. Właściciel sięga po alkohol, aż któregoś dnia
kupuje strzelbę... i tak zaczyna się ciąg zmian, których źródłem jest
zwykły zbieg okoliczności. Drobna rzecz zmienia bieg wydarzeń, które od
lat niezmiennie następują po sobie dzień po dniu. Ludzie nie lubią
zmian, ale się z nimi oswajają i kiedy je już zaakceptują, tłumaczą
sobie, że właśnie tak miało być. Odnajdują sens w przypadku, dopisują
filozofię, szukają głębszych przesłanek.
Osoby bardziej wrażliwe na sferę duchową upatrują w tym sygnałów "z góry". Wydaje im się, że ci z Zaświatów z równymi emocjami śledzą
ludzkie wylegiwanie się na kanapie, co finałowy mecz na mundialu. Jakby
rzeczywiście egzystencja ziemska była dla istot niebiańskich tak
pasjonująca, jak ostatni odcinek serialu detektywistycznego, w którym w końcu pada nazwisko mordercy. Niestety, tak nie jest. Świat nie
interesował w Zaświatach nikogo poza Demiurgiem, którego piwnicę
zagracał. Gdyby istniała jakakolwiek mapa pozaziemskiego terytorium,
miejsce, gdzie składowany był Świat, miałoby swoją długość i szerokość
geograficzną. Metafizyka jednak rządzi się innymi prawami i nie
potrzebuje dookreślenia, tak jak kucharz we własnej kuchni nie musi
przegrzebywać szafek w poszukiwaniu soli. Po prostu sól jest tam, gdzie
być powinna. I dokładnie tam, gdzie miał być, był dom Demiurga, a w nim
piwnica stanowiąca magazyn dla Świata. Plaskanie klapek na kamiennych
schodach wyznaczało rytm każdego poranka Demiurga. Świat, do którego
musiał zaglądać, był mocno popsuty. Ojciec Eckman, powtarzając to
każdego dnia w urzędzie, nawet nie wiedział, jak bardzo ma rację. Choć
mylił się w interpretacji. Ziemia była wadliwa, i to nie dlatego, że
jeden z jej krańców leżał na workach z węglem. Była po prostu
prowizorką. Może dlatego, że od razu było wiadomo, że plan stworzenia
rozłożony na siedem dni jest nierealny. Nawet dla tych, którzy trzęśli
Zaświatami. Mimo to, z uwagi na determinację Demiurga, Świat nabrał
realnych kształtów w trzy dni. I to mimo kiepskiej ekipy, która od
początku uważała, że wszystko powinno zrobić się samo, wystarczy tylko
wypowiedzieć Słowo. Owszem, z instrukcji Kreatora tak by wynikało.
Problem jednak w tym, że Słowo najprawdopodobniej gdzieś ktoś ukrył.
Demiurg był tym spośród bytów niebiańskich, który zamiast bawić się w analizowanie instrukcji, zakasał rękawy i zagonił resztę do roboty.
Fizycznej, którą w Zaświatach brzydzono się organicznie. Ostatniego dnia
stworzenia Kreator, który nakazał Demiurgowi wykonanie Ziemi, popatrzył
na wielki płaski dysk, gdzie bóg upchał siedem kontynentów i pięć
oceanów. Poklepał go przyjacielsko po plecach i poszedł uciąć sobie
drzemkę. Wychodząc z piwnicy, wymamrotał jeszcze, że Świat wygląda
trochę jak pizza. I tyle go widziano. Demiurg został sam z ziemskim
bałaganem skleconym z piasku, kamieni, metalowych kółek i sporej ilości
gliny. Wszystko to upchane w drewnianej obudowie rzeczywiście trochę
przypominało pizzę w foremce. Ale na nic lepszego nie było go w tym
momencie stać.
Nie dziwi więc, że Świat działał, jak działał, i każdy dzień Demiurg
musiał rozpoczynać wycieczką po niezliczonych schodach do piwnicy, by
nakręcić ponurą egzystencję istot, których nawet nie lubił. Czuł się,
jakby schodził karmić szczury, koncepcji istnienia których też nie
rozumiał. Z plotek, mających się dobrze także w Zaświatach, można było
domniemywać, że Ziemia to pokłosie nieudanego pomysłu z obdarzaniem
istot niebiańskich wolną wolą. Kiedyś, a kiedy, próżno mierzyć to
jakimkolwiek zegarem, Zaświaty wbrew woli Kreatora wzbogaciły się o całkiem sporą opozycję domagającą się od niego partycypowania w decyzyjności, którą Najwyższy uważał za wyłącznie swoją domenę. Stało
się to po tym, jak podzielił się ze swoimi tworami wolną wolą znudzony
niebiańskim chórem "potakiwaczy". Ponieważ Kreator z założenia nie mógł
popełniać błędów, bo był tytularnie nieomylny, wypadek przy pracy, jaki
mu się przydarzył z opozycją, musiał jakoś uzasadnić. A całkiem niezłym
uzasadnieniem było stworzenie miejsca, którym można straszyć w celu
wywołania odpowiedniego posłuchu. I tak w Zaświatach powstały Podziemia,
miejsce, w którym zastosowanie znalazła wreszcie wrząca smoła. Do tego
czasu, w stanie podwyższonej temperatury wydawała się nikomu do niczego
niepotrzebna. Brakowało tylko tych, dla których wizja tej nieprzyjemnej
kąpieli mogła się stać imperatywem do bycia lepszym. W zasadzie
brakowało istot zbudowanych w znaczącym procencie z tlenu, węgla i wodoru, co dawałoby pewność, że wrząca smoła może mieć na nie znaczący
wpływ. I kropki się połączyły. A w zasadzie połączył je Demiurg na
wyraźne polecenie Kreatora. Tak przynajmniej głosi tradycja.
*
Tradycja. Nagle dźwięk tego słowa stał się pusty. Bezdźwięczny. Isla
stała, w milczeniu patrząc, czy postać przypominająca jej męża to
rzeczywiście on. Na pierwszy rzut oka podobny, ale brak poszanowania dla
tradycji i nagła utrata apetytu na mięso wzbudziły w niej niepokój.
- A może cię brzuch boli? - Zdobyła się na troskę w głosie.
Olsen chwycił się tematu niestrawności jak rozbitek kawałka deski na
środku oceanu. Wiedział, że daleko nie popłynie, ale kupi sobie trochę
czasu.
- A może trochę - pogładził się po sporych rozmiarów bebechu.
Olsenowa nie dawała za wygraną.
- To może ja ci ziółek zaparzę?
Aż tak to go brzuch nie bolał, żeby zielsko pić! Uznał, że w takim
momencie najlepszą formą obrony jest atak.
- A co ty się w ogóle, Isla, tak upierasz na ten rosół? Rosół i rosół. A kura też czuje. To nie jest głupie stworzenie. Nie pomyślałaś, jak mnie
to obciąża? Bo przecież życie bezbronnej istocie odbieram, żebyś ty ten
swój rosół miała. Coś we mnie pękło dziś, Isla. Tak. Stanąłem na progu
kurnika i poczułem się jak zabójca. Wchodzę, a te ptaki patrzą na mnie
jak na kata, który przyszedł wykonać wyrok...
Tego było już nadto. Isla Olsen nie wytrzymała. Stanęła nad mężem,
uniosła chochlę w geście nieprzyjaznym i przez zaciśnięte zęby
wyrecytowała wnioski ze swojego dochodzenia.
- Flegaminie Olsen, natychmiast przyznaj się, co zrobiłeś z kurczakiem,
ty ochlejmordo! Za ile przehandlowałeś nasz obiad? Jedną? Dwie butelki
gorzałki? Gdzie je ukryłeś? Twoja matka miała rację, jesteś
nieudacznikiem! Nieudacznikiem i pijakiem! Znosiłam przez lata życie na
paranoicznych zasadach, które zrodziły się z choroby twojego przeklętego
rodu, stosowałam się do durnych wytycznych, które usprawiedliwiałeś
tradycją. Tradycją, będącą tylko wstecznictwem, ignorancją wobec
postępu, wyalienowaniem ze strachu przed życiem. Mam tego dość!
Powtarzam: dość! Stoję przy garach, by twoja nieboszczka matka spała
wiecznym snem spokojnym, że co weekend w tym domu na piecu pyka rosół. A wiesz co? Ja nawet nie lubię rosołu! Zjadłabym szczawiową. Ale przecież
nie! Bo twoi przodkowie wstaliby z mogił, wkroczyli do izby i od progu
wyliby jak opętańcze dusze: "Flegaminie Olsen, jak mogłeś na to
pozwolić! Weekend bez rosołu?!".
Olsen po prostu słuchał. Spadło to na niego jak tona kamieni. I wbrew
pozorom pod tym ogromnym ciężarem poczuł ulgę. Isla wykrzyczała to, co
krzyczała od małego dusza Flegamina. Ubrany w sztywny gorset zasad
zaszczepionych przez matkę bał się podkopać fundament, na którym
opierała się ta cała tradycja, z obawy, że nic mu nie zostanie. Bo czuł
się od zawsze nikim i jedynie zespół zasad wpojonych mu przez matkę
sprawiał, że czuł się kimś istotnym. Isla wyświadczyła mu przysługę,
obalając cokół, który nie wiedzieć kiedy z symbolu bożka przeistoczył
się w realne bóstwo pożerające resztki jego życiowej energii. Łza
wzruszenia zabłyszczała w kąciku jego oka. Bał się zapłakać, bo ojciec
nie płakał. Prawdziwy mężczyzna nie płacze. I kiedy już miał okazać
emocje ukrytego pod szorstką skórą farmera zahukanego chłopca, Isla
wymierzyła mu siarczysty policzek.
- Gdzie jest ten cholerny kurczak?! - wykrzyczała mu w twarz,
wydmuchując na niego całą zawartość płuc, aż włosy Flegamina same z siebie stanęły na baczność.
Olsen był w stanie wskazać jedynie trzęsącą się dłonią na kurnik.
Znieruchomiały patrzył, jak jego żona obraca się na pięcie, trzaska
drzwiami do izby, a dalej już kątem oka widział przez okno jej sylwetkę
zmierzającą w stronę kurnika. Potem był kolejny trzask drzwi, pauza i dziki wrzask przerażonej kobiety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki