Bezgłowy kurczak i wyczekiwana apokalipsa - Miłosz Horodyski

Kup ebooka

44.99 zł
34.89 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rycy­nus Visby sie­dział za lichym biur­kiem ze sklejki i przy­bi­jał kolejną pie­czątkę na kolej­nym wnio­sku ostem­plo­wa­nym jak pasz­port podróż­nika u kresu jego życia. Czwar­tek zapo­wia­dał się nudno, podob­nie jak inne dni w jego kalen­da­rzu, które prze­su­wały się ospale, niczym taśma pro­duk­cyjna w fabryce mono­to­nii. Słońce wscho­dziło i zacho­dziło, a każdy świt i zmierzch wyda­wały się jedy­nie bla­dymi kopiami tych, które prze­mi­nęły. Powiada się, że los, aby uczy­nić nas szczę­śli­wymi, nie daje nam oka­zji do reali­za­cji wszyst­kich marzeń. W przy­padku Rycy­nusa zro­bił wyją­tek. Zała­do­wał do kosza całą listę jego pra­gnień. Gdyby Rycy­nus Visby był czło­wie­kiem reli­gij­nym, bez­na­dziejną sytu­ację, w któ­rej się zna­lazł, mógłby potrak­to­wać jako objaw wyjąt­ko­wej dokucz­li­wo­ści ze strony Zaświa­tów. Byłby wtedy jed­nak, para­dok­sal­nie, przez Zaświaty, które wzięły go na celow­nik, uprzy­wi­le­jo­wany. Zupeł­nie nie wie­dzieć czemu. Tak jed­nak nie było. Rycy­nus Visby był nikim. Zarówno w wymia­rze ziem­skim, jak i w pozaziem­skim. Cho­ciaż w Halm­stad był kimś. Był kró­lew­skim urzęd­ni­kiem powia­to­wym niż­szego szcze­bla. Czło­wie­kiem, z któ­rego los zadrwił, odbie­ra­jąc mu szansę na reali­za­cję marzeń i jed­no­cze­śnie zosta­wia­jąc w jego urzęd­ni­czych rękach los innych. Peten­tów. Na przy­kład takich jak wie­lebny Alf Eck­man, który z kolei był prze­ko­nany, że w jego rękach spo­czy­wają losy całego Świata. - Dzień dobry, pasto­rze - Rycy­nus nawet nie pró­bo­wał być uprzejmy i prze­nieść wzroku z roz­ło­żo­nych na biurku papie­rów na ojca Eck­mana, kiedy ten pokor­nie sta­nął przy jego biurku.

Jako doświad­czony urzęd­nik wie­dział, że nawią­za­nie kon­taktu wzro­ko­wego z peten­tem na początku jego wizyty w urzę­dzie było jak bramka samo­bój­cza w pierw­szej minu­cie meczu. Wie­lebny Alf Eck­man nie był w urzę­dzie peten­tem, był sta­łym gościem. I znał reguły tej gry.

- Czy ojciec nie był przy­pad­kiem u nas wczo­raj? - zapy­tał iro­nicz­nie pastora, jakby odczy­ty­wał na głos ostat­nią linijkę for­mułki, którą ktoś kazał mu za karę prze­pi­sać sto razy.

Ojciec Eck­man zlek­ce­wa­żył uwagę urzęd­nika i usiadł. Wtedy dopiero Rycy­nus pod­niósł wzrok i spoj­rzał na wie­leb­nego. Poczuł, że prze­grał pierw­szą rundę. Próba pozby­cia się pastora była jak walka z rakiem w ostat­nim sta­dium. Trzeba było mieć dużo deter­mi­na­cji i final­nie sporo szczę­ścia.

- Posłu­chaj uważ­nie, Rycy­nu­sie, i nie prze­ry­waj. - Kapłan cał­ko­wi­cie, jak zwy­kle zresztą, prze­jął kon­trolę nad sytu­acją. - Przy­cho­dzę do cie­bie, nie ukry­wam, po raz kolejny, bo jak wiesz, masz moż­li­wość pomóc, a ja znam cię od dziecka i...

- Do rze­czy, pasto­rze, prze­cież roz­ma­wia­li­śmy wczo­raj i przedwczo­raj - Rycy­nus prze­rwał, dając ojcu Eck­ma­nowi do zro­zu­mie­nia, że nie musi za każ­dym razem roz­po­czy­nać meczu od wyja­śnia­nia reguł gry.

Wie­lebny był pasto­rem w Falun, sto­licy powiatu Halm­stad, w któ­rym dzier­żył wła­dzę nad pokaźną liczbą dusz, co w jego branży można by przy­rów­nać do posia­da­nia dobrze pro­spe­ru­ją­cego biz­nesu. Dawało mu to mocną kartę prze­tar­gową w roz­mo­wach z lokal­nymi wła­dzami trak­tu­ją­cymi go z sza­cun­kiem, jakiego wymaga zawod­nik, który w każ­dej chwili może zabrać piłkę i zakoń­czyć grę. Decy­denci w wier­nych ojca Eck­mana widzieli silny i zwarty, choć cza­sem kapry­śny elek­to­rat, z któ­rym nie należy wcho­dzić w poważną dys­ku­sję, kiedy myśli się o przy­szło­ści w poli­tyce. To tak jakby wejść w otwarty kon­flikt z rojem psz­czół, gdy jest się uczu­lo­nym na ich użą­dle­nia - uwa­żali lokalni poli­tycy, sze­roko uchy­la­jąc pasto­rowi drzwi. Pechowo dla Rycy­nusa były to drzwi do jego pokoju w urzę­dzie.

- Świat jest zepsuty, powta­rzam to za każ­dym razem, jak tu jestem, i z każ­dym dniem jest coraz gorzej! - ojciec Eck­man prze­szedł do rze­czy, ale w swoim stylu. - Musi­cie coś z tym wresz­cie zro­bić, zanim będzie za późno!

Rycy­nus, zna­jąc pastora od dziecka, znał też na pamięć jego reper­tuar.

- Co kon­kret­nie ojciec ma na myśli? - zadał pyta­nie, licząc na to, że tym samym przy­spie­szy finał. - Przy­naj­mniej dziś.

Wie­lebny Eck­man zamknął oczy i uniósł głowę ku niebu, jakby szu­kał czę­sto­tli­wo­ści, z którą mógłby się połą­czyć. Nic nie odrzekł. Mil­czał. Mniej wię­cej tyle, ile się Rycy­nus spo­dzie­wał.

- Świat trzesz­czy w pod­sta­wach! - powie­dział dobit­nie pastor wciąż z zamknię­tymi oczami. - To musi się źle skoń­czyć! Sły­szysz?!

Rycy­nus nawet nie uda­wał, że nasłu­chuje. Się­gnął po kartkę pełną pio­no­wych kre­sek i nary­so­wał na niej kolejną. Piątą. Skre­ślił wszyst­kie pięć. Papier gęsto wypeł­niały prze­kre­ślone piątki, które były sym­bo­licz­nym zapi­sem wizyt pastora tylko w jed­nym mie­siącu. Ojciec Eck­man codzien­nie narze­kał na Świat i jego miesz­kań­ców, za każ­dym razem wspo­mi­na­jąc Demiurga, który ten Świat miał powo­łać do życia. I który podobno bar­dzo tego żało­wał.

- Ojciec codzien­nie stra­szy koń­cem Świata...

Pastor srogo spoj­rzał na Rycy­nusa.

- Nie stra­szę, synu, nie stra­szę! Ja prze­strze­gam! I jest jesz­cze czas, by tę prze­strogę potrak­to­wać w swoim życiu jako dro­go­wskaz. Wspo­mnisz moje słowa!

Alf Eck­man liczył na to, że nie tylko Rycy­nus, ale też inni wspo­mną jego słowa. Bo przed­sta­wia­jąc apo­ka­lip­tyczną wizję, miał nadzieję, że zyska nowych wyznaw­ców. A co za tym idzie - powięk­szy swoje wpływy w powie­cie. Do misji ewan­ge­li­za­cyj­nej pod­cho­dził jed­nak jak ktoś, kto posta­no­wił schud­nąć, wybie­ra­jąc leże­nie na kana­pie i marze­nie o byciu szczu­płym. Mówiąc wprost, nie chciało mu się poko­ny­wać kilo­me­trów i tra­cić czasu w poszu­ki­wa­niu kogoś, kogo mógłby nawró­cić. Posta­no­wił, że zadziała sys­te­mowo. Zmusi urząd, by uży­wa­jąc auto­ry­tetu pań­stwa rzą­dzo­nego kró­lew­ską ręką, nawró­cił nie­naw­ró­co­nych odgór­nie. Stra­te­gia, którą obrał, szyta była na miarę jego i jego poten­cjału i przy­po­mi­nała pla­no­wa­nie wyprawy na księ­życ w koszyku na owoce. Ojciec Eck­man lubił pod­kre­ślać, że myśli glo­bal­nie, ale działa lokal­nie - tak bar­dzo lokal­nie, że rzadko wykra­czał tymi myślami poza wła­sną para­fię. Ale prze­cież każdy wielki plan zaczyna się od małego kroku - nawet jeśli jest to krok do lodówki po kolejne piwo. A piwo wytwa­rzane w pobli­skim klasz­to­rze Braci Mniej­szych Więk­szego Obrządku było jedy­nym, co w tym zepsu­tym Świe­cie, zda­niem wie­leb­nego, nie było do końca zepsute. Ale nie obno­sił się z tym twier­dze­niem.

- No dobra, zasie­dzia­łem się - wie­lebny spoj­rzał na zega­rek i uznał, że dziś już popra­co­wał i czas na obiad. - Niech Demiurg ma cię w swo­jej opiece, Rycy­nu­sie. Dobry z cie­bie chło­pak, tylko leniwy. Masz tu takie narzę­dzia i z nich nie korzy­stasz. Ale będę cię prze­ko­ny­wał. Nie jest za późno, by uchro­nić Świat przed apo­ka­lipsą!

I wyszedł. Rycy­nus Visby patrzył za koły­szą­cym się na boki star­cem dźwi­ga­ją­cym z tru­dem wielki piwny brzuch i pomy­ślał, że wcale nie byłoby mu przy­kro, gdyby Świat zwy­czaj­nie tra­fił szlag.

*

- Szlag by to!

Klucz znowu utkwił Rycy­nu­sowi w drzwiach, jakby miał wła­sne życie, w któ­rym lubił demon­stro­wać nie­za­leż­ność.

Urzęd­nik, sto­jąc z klu­czem utkwio­nym w drzwiach, zdał sobie sprawę, że świat pro­stych mecha­ni­zmów może być bar­dziej skom­pli­ko­wany niż najbar­dziej zawiła intryga dwor­ska. Chwilę siło­wał się z zam­kiem, co przy­pra­wiło go o iry­ta­cję. Kropką nad i w sło­wie "iry­ta­cja" było pyta­nie, które na dźwięk zamy­ka­nych przez Rycy­nusa drzwi wyle­ciało pro­sto z kuchni.

- Jak było w pracy? - pyta­nie przez chwilę uno­siło się w powie­trzu niczym bańka mydlana na wie­trze.

Lukre­cja Visby powi­tała syna jak zwy­kle, a Rycy­nus jak zwy­kle ugryzł się w język, zacho­wu­jąc cenną zdol­ność stra­te­gicz­nego wyco­fa­nia się w sytu­acjach poten­cjal­nie kon­flik­to­wych. Spo­tka­nie z matką było dla niego zawsze jak egza­min z dyplo­ma­cji. Wie­dział, że gdyby powie­dział to, co myśli, wywo­łałby lawinę, przy któ­rej apo­ka­lipsa ojca Eck­mana była tylko bajką dla grzecz­nych dzieci.

- Dzień jak co dzień, mamo - wybrał z pod­ręcz­nego słow­nika kon­wer­sa­cji z matką odpo­wiedź naj­mniej nara­ża­jącą go na szcze­gó­łowe rela­cjo­no­wa­nie dnia.

Pani Visby z reguły już nie sły­szała, co Rycy­nus odpo­wiada. Była zbyt zajęta dyry­go­wa­niem orkie­strą, zło­żoną z garn­ków i patelni. Rycy­nus z kolei nie sta­rał się prze­krzy­ki­wać tego hałasu. Ich roz­mowy przy­po­mi­nały rytuał, w któ­rym obie strony nucą tek­sty swo­ich ulu­bio­nych pio­se­nek, prze­ko­nane, że wspól­nie two­rzą arcy­dzieło. W końcu Lukre­cja wyszła z kuchni i, sta­nąw­szy naprze­ciw już ubra­nego w domowe ciu­chy Rycy­nusa, zadała mu rytu­alne pyta­nie. I tym razem nie ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi. Ocze­ki­wała tylko sku­pie­nia syna na roli, którą odgry­wała. Jak reży­ser kiep­skiego spek­ta­klu, który liczy już tylko na to, że znu­dzony aktor przy­naj­mniej będzie uda­wał, że go słu­cha.

- Głodny jesteś? Pew­nie tak. Ty zawsze jesteś prze­cież głodny. Od śnia­da­nia nic nie jesz. Przez cały dzień. Jajko na twardo na dru­gie śnia­da­nie to nie jest jedze­nie dla doro­słego męż­czy­zny. Takim jaj­kiem to się czło­wiek nie naje. Co tak sto­isz? No chodź do kuchni. Tyle się przy tych garach nasta­łam prze­cież. Całe życie w garach. Świata poza tą kuch­nią nie widzę. A jak nie goto­wa­nie, to zmy­wa­nie. I tak cho­dzę od pieca do zlewu. Tam i z powro­tem. Kiedy ja odpocznę? Chyba po śmierci. Ale jak umrę, to co ty beze mnie zro­bisz? Chyba tylko jajko na twardo.

Mono­lo­gowi wiesz­czą­cemu koniec żywota Lukre­cji Visby towa­rzy­szyło poda­wa­nie do stołu. Każdy ruch łyżki i każde prze­su­nię­cie tale­rza były czę­ścią mistycz­nego savoir-vivre'u. Mimo że Rycy­nus nie­raz chciał sam się­gnąć po cho­chlę i nalać sobie zupy, matka prze­pę­dzała go spod pieca z deter­mi­na­cją straż­nika pil­nu­ją­cego kró­lew­skich klej­no­tów. Czuł się jak intruz we wła­snym domu, pró­bu­jący dostać się do zaka­za­nej czę­ści zamku, w któ­rej sta­wia­jąc nie­roz­waż­nie kroki, można wpaść w pułapkę.

- Popa­rzysz się. Do pracy nie pój­dziesz. Będziesz mi tu na gło­wie sie­dział, a ja będę musiała koło cie­bie ska­kać, jak ska­ka­łam przez całe życie koło two­jego ojca. Siedź, gdzie sie­dzisz. Bała­ganu tylko naro­bisz.

Rycy­nus sia­dał zatem tam, gdzie kie­dyś sia­dał jego ojciec. Dopóki cien­kiej nici jego żywota nie prze­rwał wypa­dek z dra­biną, z któ­rej ojciec zle­ciał, chcąc udo­wod­nić matce, że gniazdo szer­szeni nie jest żad­nym pro­ble­mem. Było. Co matka pod­kre­ślała za każ­dym razem, wspo­mi­na­jąc ojca i pro­jek­tu­jąc jego nie­zdar­ność na syna. Jakby nie­zdar­ność była czymś, co można odzie­dzi­czyć wraz ze sta­rymi swe­trami i z zega­rem, który ni­gdy nie poka­zuje wła­ści­wej godziny. Rycy­nus miał wra­że­nie, jakby był nie tyle spad­ko­biercą rodzin­nego dzie­dzic­twa, ile akto­rem w rodzin­nym serialu kome­dio­wym, w któ­rym każdy odci­nek koń­czy się mora­li­za­tor­ską nutą i pod­nie­sio­nym pal­cem.

- I co, sma­kuje ci? No powiedz, sma­kuje? Pew­nie nie­do­so­lone. Ojciec też sypał tyle soli co ty. Przez cały życie. Mówi­łam: umrzesz w końcu od tej soli. I co? Nie słu­chał i umarł.

Rycy­nus zatrzy­mał dłoń z łyżką, którą kie­ro­wał do ust w poło­wie drogi i spoj­rzał z wyrzu­tem na matkę.

- Ale prze­cież ojciec spadł z dra­biny! Co ma do tego, ile solił?

Pani Visby poczuła się, jakby ktoś nagłym ruchem wycią­gnął spod jej nóg dywan, na któ­rym nie­wzru­sze­nie stała.

- Nad­mierne spo­ży­cie soli pro­wa­dzi do nad­ci­śnie­nia krwi, co zwięk­sza ryzyko uda­rów mózgu oraz demen­cji, a także upo­śle­dza funk­cje poznaw­cze - wyre­cy­to­wała jak z pod­ręcz­nika dla stu­den­tów medy­cyny.

Rycy­nus nie kon­ty­nu­ował. Zjadł zupę w mil­cze­niu i jak zwy­kle po obie­dzie zamknął się w swoim pokoju. Cicha­czem, kry­jąc się przed matką, zapa­lał papie­rosa przy uchy­lo­nym oknie i, spo­glą­da­jąc na dom naprze­ciwko, marzył o sąsiadce - Isli Olsen. Był jak nasto­la­tek, który odkrył, że miłość jest skom­pli­ko­waną grą bez dołą­czo­nej do niej instruk­cji. Pod­glą­da­jąc Islę przez okno, zacho­wy­wał się, jakby chciał roz­szy­fro­wać tajem­nicę wszech­świata. Nie rozu­miał, dla­czego zwią­zała się z pro­stym far­me­rem, który wszyst­kich trak­to­wał jak sta­ty­stów w swoim pry­wat­nym spek­ta­klu. Rycy­nus nie był uro­dziwy. Ale uro­dziwy nie był też Fle­ga­min Olsen, mąż wybranki serca urzęd­nika. Za to Rycy­nus, zwłasz­cza w służ­bo­wym uni­for­mie, wyglą­dał dużo dostoj­niej niż far­mer trzy­ma­jący widły jak rycerz, który pomy­lił tur­niej z oborą. Czer­wone łapy Olsena nie były tak deli­katne jak nawy­kłe do pracy biu­ro­wej dło­nie Rycy­nusa. Lubił je i było to chyba jedyne, co w sobie akcep­to­wał. Reszta jego postaci, zresztą mizer­nej postury, zwień­czona dużą łysie­jącą głową, była dla Rycy­nusa przed­mio­tem per­ma­nent­nej kry­tyki wewnętrz­nej. Wygląd, który zawdzię­czał połą­cze­niu genów Lukre­cji Visby i pole­głego w bitwie z szer­sze­niami Ore­gona Visby'ego, paso­wał do urzęd­nika. Do tego stop­nia, że cza­sami Rycy­nus zasta­na­wiał się, czy rodzice, zanim nadali mu imię, nie wybrali dla niego zawczasu pro­fe­sji, tym samym odci­ska­jąc piętno na roz­woju fizycz­nym swo­jego syna.

Trudno powie­dzieć, czy Rycy­nus był szczę­śliwy. Pew­nie był, w tych nie­licz­nych momen­tach kre­owa­nych w wyobraźni, kiedy brał za rękę Islę Olsen i spa­ce­ro­wali razem po polu sło­necz­ni­ków aż do zachodu słońca. Zanim usta kochan­ków zdą­żyły się do sie­bie zbli­żyć, by połą­czyć się w namięt­nym poca­łunku, do pokoju Rycy­nusa wpa­dała matka, z gor­li­wo­ścią godną inspi­cjenta w teatrze prze­ry­wa­ją­cego przy­długi spek­takl i od progu infor­mo­wała syna o zamia­rze pój­ścia na mszę. - Też byś poszedł - słowa matki były natu­ralną kon­se­kwen­cją braku reak­cji Rycy­nusa, prze­ży­wa­ją­cego po raz kolejny roz­cza­ro­wa­nie, że wyobra­żona miłość wciąż pozo­staje nie­speł­niona.

- Pra­cuję w urzę­dzie, muszę zacho­wać bez­stron­ność ide­ową, przy­cho­dzą do mnie różni petenci, już ci mówi­łem.

Matki to nie prze­ko­ny­wało. Była jak ojciec Eck­man, dla któ­rego ci, któ­rzy nie wie­rzą w Demiurga, są po pro­stu zepsuci. Jak Świat, w któ­rym przy­szło im żyć.

- Jak sobie chcesz! - rzu­cała na odchodne, załą­cza­jąc do tego kilka wizji apo­ka­lip­tycz­nych z reper­tu­aru ojca Eck­mana lubu­ją­cego się w opi­sie tor­tur, jakim po śmierci pod­da­wani byli nie­wie­rzący. Kiedy drzwi zamy­kały się za matką, Rycy­nus wra­cał do papie­ro­sów i myśli o Isli Olsen ubar­wio­nych sce­nami z jej życia, które kradł na potęgę z pej­zażu za oknem. Gdyby miał szcze­rze odpo­wie­dzieć sam przed sobą, co fascy­no­wało go w tej kobie­cie, musiałby się­gnąć głę­boko do pod­świa­do­mo­ści i wycią­gnąć z niej to, czego na pewno nie chciał eks­po­no­wać. Była podobna do jego matki. Z uspo­so­bie­nia. Nie z wyglądu. Isla była przy­jemną, dba­jącą o sie­bie młodą kobietą. Mogła się podo­bać. Miała dłu­gie blond włosy, które cze­sała każ­dego wie­czora, sia­da­jąc na para­pe­cie okna. Trudno było Rycy­nusowi uwie­rzyć, że ten spek­takl nie był prze­zna­czony dla jego oczu. Olse­nowa miała męża, bo tak wypa­dało. W pew­nym wieku po pro­stu musiała prze­stać wydzi­wiać i brać to, co było pod ręką. Albo zostać starą panną. A był to w wio­sce sta­tus porów­ny­walny do bycia urzęd­ni­kiem niż­szego szcze­bla, choć w kró­lew­skim, to jed­nak powia­to­wym urzę­dzie. Czyli bycia nikim, tylko w spo­sób dosłowny i w wymia­rze lokal­nym. Wie­lo­głowy nie były ośrod­kiem wysoko roz­wi­nię­tej cywi­li­za­cji. W powie­cie, który był jak serial, który zbyt wolno się roz­krę­cał. Tak jak zale­d­wie kil­ku­mi­lio­nowe kró­le­stwo Vestlund. Życie miesz­kań­ców całego pań­stwa krę­ciło się w tem­pie ospa­łego cho­mika, krę­cą­cego się w koło­wrotku w prze­ko­na­niu, że cią­gle idzie do przodu.

Geo­gra­fia nie była jed­nak istotną prze­szkodą dla miło­ści. Dla­czego zatem, choć byli sąsia­dami, to nie Rycy­nus sta­nął z Islą na ślub­nym kobiercu? Może zabra­kło mu odwagi albo bez­czel­no­ści, któ­rej Fle­ga­min Olsen miał w nad­mia­rze? Wziął Islę, tak jak bie­rze się kurę na rosół. Bez pyta­nia. A ponie­waż nie miał za grosz wraż­li­wo­ści, nie przy­pusz­czał nawet, że mogłaby mieć coś prze­ciwko temu. Rycy­nus był inny. Był typem, który wiecz­nie two­rzył stra­te­gie. Do pro­stych spraw zabie­rał się jak do pod­boju Księ­życa - z wiel­kim roz­ma­chem, ale bez kon­kret­nego planu lądo­wa­nia. Może dla­tego Isla prze­ra­żona wizją cze­ka­nia na nie­zde­cy­do­wa­nego Rycy­nusa nie pro­te­sto­wała prze­ciwko mał­żeń­stwu z pro­sta­kiem. A może też dla­tego, że jed­nak nie była tak sub­telna, jak wyobra­żał ją sobie Rycy­nus. I może wbrew pozo­rom wła­śnie to go w niej pocią­gało. Przy­zwy­cza­jony, że w domu to matka nosiła spodnie, nie wyobra­żał sobie innej żony niż taka, pod któ­rej pan­to­flem mógłby sie­dzieć.

Znu­żony roz­my­śla­niami nad stra­co­nymi szan­sami, zasnął, prze­kra­cza­jąc próg świata snów, w któ­rym wszystko da się jesz­cze odkrę­cić. Śnił o małym domku z wido­kiem na fiordy, który wyglą­dał jak wycięty z pocz­tówki. I o trójce roz­wrzesz­cza­nych blond dzie­cia­ków, które uro­dziła mu uszczę­śli­wiona przez niego Isla. I o psie, który z nimi miesz­kał i ni­gdy nie szcze­kał.

*

Szcze­ka­nie psa spra­wiło, że Rycy­nus zerwał się na równe nogi. Kun­del Olse­nów stał przed kur­ni­kiem i nie prze­sta­wał wyda­wać z sie­bie wszyst­kich psich odgło­sów, jakimi obda­rzyła go natura. Zacho­wy­wał się jak opę­tany, aż w końcu kij rzu­cony sil­nym ramie­niem gru­bo­skór­nego Olsena uci­szył go i prze­go­nił z podwórka. W przy­do­mo­wym ogródku Isla Olsen zbie­rała warzywa na rosół. Był to znak, że jest pią­tek. Zawsze przed zbli­ża­ją­cym się week­en­dem Olse­nowa goto­wała wywar z kur­czaka. Rycy­nus mógł się tylko napa­wać zapa­chem uno­szą­cym się w sąsiedz­twie i wyobra­żać sobie nie­ziem­ski smak rosołu, który szy­ko­wała sąsiadka. Lukre­cja Visby była jak zwy­kle w pią­tek na poran­nej mszy w kościele. Ojciec Eck­man wycho­dził z zało­że­nia, że też ma prawo do wol­nego week­endu, dla­tego nie odpra­wiał nie­dziel­nych nabo­żeństw. Jak twier­dził, Demiurg nie stwo­rzył nie­dzieli po to, by z niej nie korzy­stać. Pytany o sobotę, uci­nał temat.

Rycy­nus, zanim posma­ro­wał kanapkę masłem i posy­pał ją obfi­cie solą, zapa­lił papie­rosa. Jego matka była zago­rzałą prze­ciw­niczką wszel­kich nało­gów, uwa­ża­jąc je za bilet w jedną stronę - w stronę zepsu­cia. Dla­tego gdy tylko dźwięk kościel­nych dzwo­nów ogło­sił począ­tek mszy, Rycy­nus wycią­gnął ukrytą paczkę papie­ro­sów i w spo­koju oddał się swo­jemu nało­gowi w kuchni, dopeł­niw­szy rytu­ału solną ucztą. Oto­czony chmu­rami dymu w kró­le­stwie pani Visby, czuł się jak boha­ter wła­snej, małej rewo­lu­cji. A gdy papie­ros dogo­ry­wał w jego ustach, pako­wał do torby jajko na twardo i szedł pie­lę­gno­wać utarty sche­mat.

Droga do urzędu zaj­mo­wała mu około dwu­dzie­stu minut. Szedł gór­ską ścieżką, mija­jąc wszyst­kie trzy­dzie­ści drew­nia­nych cha­łup, które mie­ściły się w gra­ni­cach wio­ski Wie­lo­głowy. Tuż za domem soł­tysa Klajfa Jen­sena, naj­więk­szym budyn­kiem we wsi, miała począ­tek droga powia­towa wio­dąca do Falun, gdzie cho­dziło się nie tylko do pracy, ale też na zakupy. Albo po roz­rywkę. To w Falun od czasu do czasu poja­wiało się objaz­dowe kino. W Falun była lodziar­nia i cukier­nia. W Falun, kiedy zama­rzało jeziorko, można było jeź­dzić na łyż­wach. W Falun wresz­cie stał kościół, który był dla matki Rycy­nusa nie­mal dru­gim domem. Kró­lew­ski Powia­towy Urząd Halm­stad stał przy rynku, naprze­ciw ratu­sza i kilka kro­ków od kościoła. Nawet gdyby Rycy­nus pra­co­wał tu jako stróż, to i tak nie zamie­niłby tego miej­sca na żadne inne. Tu był u sie­bie. Była punkt ósma, kiedy zasiadł przy biurku, zamo­czył pie­czątkę w świe­żym tuszu i odbił prób­nie na kawałku bia­łego papieru. Ślad był ide­alny. Mógł przy­stą­pić do pracy. Miał mniej wię­cej pół godziny do spo­dzie­wa­nego poja­wie­nia się ojca Eck­mana. Zapla­no­wał, że w tym cza­sie odrobi zale­gło­ści z dnia poprzed­niego, które zosta­wił na dziś, i zapla­nuje, co prze­ło­żyć na ponie­dzia­łek. Rytm dnia, który nie­jed­nego by uśpił albo dopro­wa­dził do szew­skiej pasji, Rycy­nusa po pro­stu uspo­ka­jał. Tu nie mogło się stać nic nie­prze­wi­dy­wal­nego. I to było fun­da­men­tem jego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. I za to zgo­dził się otrzy­my­wać mniej­sze wyna­gro­dze­nie niż kasjer w pobli­skim skle­piku.

Kiedy wybiła ósma trzy­dzie­ści, Rycy­nus wsa­dził nos w papiery, które wyma­gały sku­pie­nia. Mina, którą wów­czas przy­bie­rał, miała być jed­no­cze­śnie komu­ni­ka­tem dla pastora, że tu się naprawdę pra­cuje. Spo­dzie­wa­jąc się wie­leb­nego, wybie­rał zwy­kle instruk­cje albo nowe­li­za­cje prze­pi­sów wyma­ga­jące kil­ku­krot­nej lek­tury. Nawet się nie zorien­to­wał, po raz szó­sty kart­ku­jąc prze­pisy nowe­li­zu­jące prze­pisy zno­we­li­zo­wane w zeszłym mie­siącu, że wska­zówki zegara prze­sko­czyły na godzinę dzie­wiątą.

A ojciec Eck­man nie przy­szedł. Rycy­nus poczuł ścisk żołądka. Błą­dząc wzro­kiem po ścia­nach w poszu­ki­wa­niu przy­czyny ano­ma­lii, spoj­rzał na kalen­darz. Był pią­tek, 13 marca. Nie wie­rzył w fatum, a tym bar­dziej w pechowe daty, ale dziś dopa­dły go naprawdę złe prze­czu­cia.

*

Nato­miast Fle­ga­min Olsen nie miał żad­nych złych prze­czuć, kiedy po raz setny tego dnia wypo­wia­dał ulu­bioną frazę: bez głowy! Recen­zo­wał nią wysiłki wszyst­kich, któ­rych uwa­żał za idio­tów. Ozna­czało to, że w swo­jej wizji świata far­mer zakła­dał, że idio­tów po ziem­skim padole plą­cze się cał­kiem sporo. Z wyjąt­kiem jego. Olsen komen­to­wał wszystko, co mu nie paso­wało. I co nale­ża­łoby popra­wić. Na przy­kład czaj­nik, który wła­śnie dmuch­nął mu gorącą parą w twarz.

O ile zazwy­czaj prze­kleń­stwo leciało z ust far­mera gdzieś w kie­runku bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­nego celu, o tyle tym razem, w ponure wrze­śniowe piąt­kowe przed­po­łu­dnie, posta­no­wiło zostać w domu. A dokład­nie w Wie­lo­gło­wach. Nie wie­dzieć czemu też dziś o poranku, nie­zau­wa­żal­nie zmie­niło sta­tus z emo­cjo­nal­nej recen­zji ota­cza­ją­cej Olsena rze­czy­wi­sto­ści na magiczne zaklę­cie. Czy był to zwy­czajny przy­pa­dek, czy nazbie­rało się wystar­cza­jąco dużo złej ener­gii, żeby prze­kleń­stwo się zma­te­ria­li­zo­wało? Trudno stwier­dzić. Dość, że słowa far­mera, rzu­cane dzień w dzień we wszyst­kie strony świata, w końcu tra­fiły na żyzny grunt i wydały owoc. Na nie­szczę­ście Olsena - zgniły. Życie Fle­ga­mina i jego sąsia­dów miało wejść w ostry zakręt, a wkrótce cze­kało je dacho­wa­nie.

Ten punkt zwrotny mono­ton­nej egzy­sten­cji Wie­lo­gło­wów far­mer uświa­do­mił sobie bole­śnie, gdy sta­nął jak wryty na widok kur­czaka, po któ­rego przy­szedł do kur­nika kie­ro­wany week­en­dową tra­dy­cją goto­wa­nia rosołu. Na środku nie­wiel­kiego drew­nia­nego pomiesz­cze­nia grze­bał sobie w sło­mie upie­rzony kurzy kor­pus koń­czący się na zary­sie szyi. Ta kary­ka­tura ptaka, która dum­nie prę­żyła pierś, macha­jąc buń­czucz­nie skrzy­dłami, była chyba czymś naj­bar­dziej nama­cal­nym w życiu Olsena, co rze­czy­wi­ście było kom­plet­nie bez głowy.

- Poka­rało mnie - wymam­ro­tał Fle­ga­min na głos i wszyst­kie prze­kleń­stwa, jakie rzu­cił na ludzi, z siłą tsu­nami wró­ciły do niego w postaci wyrzu­tów sumie­nia.

Olsen bluź­nił przez całe życie, nie szczę­dząc gorz­kich słów kry­tyki wszyst­kim naokoło. Miał tego świa­do­mość, ale uspra­wie­dli­wiał się tym, że zwy­czaj­nie chce żyć w lep­szym świe­cie. Nie zaś w oto­cze­niu idio­tów. Był jak teatralny kry­tyk, pięt­nu­jący na łamach gazet u akto­rów brak talentu, choć sam nie miał go za grosz. Ow­szem, może Olsen miał dwie lewe ręce, ale mimo to uwa­żał, że ma prawo mówić innym, co robią źle. I czy­nił to z nie­sły­chaną kon­se­kwen­cją. Do tego stop­nia, że jego żona nie­raz spo­glą­dała na trzy­many w ręku nóż z myślą, że jedyną drogą do szczę­śli­wego życia, któ­rego tak bar­dzo pra­gnęła, jest zbrod­nia. I tylko dzięki sil­nemu krę­go­słu­powi moral­nemu, któ­rym się szczy­ciła, jej mąż wciąż stą­pał po ziemi. A teraz ta zie­mia osu­nęła mu się spod nóg. Stał na progu kur­nika jak spa­ra­li­żo­wany. Nogi wro­sły mu w zie­mię i jedy­nie wycią­gnięte w stronę ptaka ręce przy­po­mi­nały far­me­rowi o celu, który go tu spro­wa­dził.

Czy to, co teraz docie­rało do prze­ra­żo­nych oczu Olsena, było dzie­łem jed­nego z roz­wście­czo­nych sąsia­dów, który zblu­zgany przez far­mera udał się w zło­ści do Szep­tu­chy po spra­wie­dli­wość? Czy może to sam Demiurg stra­cił cier­pli­wość do zło­rze­czą­cego miesz­kańca Wie­lo­gło­wów i zamiast cze­kać na Sąd Osta­teczny, poka­rał go za życia? Paniczne myśli urzą­dziły sobie w gło­wie Fle­ga­mina wyścigi.

Kur­czak, choć pozba­wiony cze­repu, nie wie­dzieć skąd, ale wie­dział, że Olsen przy­szedł po jego mięso. I w ogóle mu się to nie podo­bało. Nastro­szyw­szy pióra, sta­nął w goto­wo­ści do walki o to, co jesz­cze mu pozo­stało z jego mar­nej fizycz­no­ści. Jak na stwo­rze­nie pozba­wione zmy­słu wzroku ptak szy­ko­wał szarżę w spo­sób podej­rza­nie pre­cy­zyjny. Uniósł skrzy­dła, usta­wia­jąc się dokład­nie na wprost Fle­ga­mina. Far­mer pierw­szy raz w życiu odczuł, że coś pozba­wione głowy nie jest wcale aż tak głu­pie, jak sądził. To utwier­dziło go też w prze­ko­na­niu, że zja­wi­sko, na które patrzy, jest na tyle wymow­nym zna­kiem, że należy je czy­tać jako wezwa­nie do rady­kal­nej zmiany życia. Pomimo świa­do­mo­ści, że ptak nie zadzio­bie go w ataku szału, bo niby czym, poczuł jed­nak obez­wład­nia­jący strach. I nie wia­domo, czy to świa­domy pro­ces myślowy, czy też instynkt samo­za­cho­waw­czy, coś jed­nak skło­niło go do natych­mia­sto­wej rej­te­rady. Zanim więc Fle­ga­min zdą­żył sam sobie na głos prze­mó­wić do rozumu, stał już za pro­giem. Kogut bacz­nie śle­dził jego każdy ruch, prze­su­wa­jąc się powoli w stronę wyco­fu­ją­cego się Olsena, choć ten za dia­bła nie mógł zro­zu­mieć, jak to w ogóle jest moż­liwe.

Wła­śnie! Za dia­bła! Bo cóż innego niż zło mogło opę­tać tego ptaka i ste­ro­wać nim jak demon laleczką z hor­roru, który far­mer widział w objaz­do­wym kinie w Falun. To sko­ja­rze­nie akty­wo­wało w umy­śle Fle­ga­mina pro­ces poszu­ki­wa­nia dawno nie­odma­wia­nych modlitw. W stre­sie wszyst­kie jed­nak Olse­nowi się pomie­szały. Zamiast nich w gło­wie far­mera poja­wiło się coś na kształt wier­sza, któ­rego kolejne wersy two­rzą wycinki wyjęte z kape­lu­sza. I kiedy już był gotów na odchodne zaata­ko­wać ptaka łaciną, nawet taką łataną na szybko, kogut, uzna­jąc Olsena za poko­na­nego, odwró­cił się do niego kuprem. I poszedł.

Fle­ga­min był w takim szoku, że rów­nież odwró­cił się na pię­cie. Przy­po­mi­nało to zaja­dłą szar­pa­ninę dwóch wście­kłych oga­rów, które w jed­nej chwili prze­stają na sie­bie uja­dać na widok kieł­basy. Te kilka kro­ków, które odda­lały far­mera od kur­nika, jego nogi poko­nały, nie łącząc się w tym pro­ce­sie z mózgiem. Olsen bez świa­do­mo­ści pano­wa­nia nad wła­snym cia­łem i jego moto­ryką w jed­nej chwili był przy kur­niku, a w następ­nej już w domu. Tego, co wyda­rzyło się w mię­dzy­cza­sie, w ogóle nie zare­je­stro­wał. Zosta­wił na progu gumo­filce, odwie­sił palto i siadł w izbie bez słowa, wta­pia­jąc się w tło.

Dla Isli jej mąż od dawna był tylko wypo­sa­że­niem domu, i to w dodatku nie­zbyt funk­cjo­nal­nym. Swoim wiel­kim tłu­stym rumia­nym ciel­skiem tylko zagra­cał śro­dek izby. Sia­dał aku­rat w takim miej­scu, żeby poru­sza­jąc się po cha­cie, trzeba go było omi­jać. Był jak wielki pomnik przy­rody, który wyra­stał na samym środku czte­ro­pa­smo­wej auto­strady. I podob­nie jak drzewu, tak Fle­ga­mi­nowi bra­ko­wało wyobraźni, aby prze­su­nąć się choćby o cen­ty­metr i zro­bić miej­sce do życia innym. Trzeba było go pchnąć w któ­ryś kąt, aby nie zawa­dzał. Dla­tego gdy far­mer wszedł i usiadł bez słowa w kącie pod oknem, Isla uznała, że oto nad­szedł dzień, w któ­rym mąż zro­zu­miał w końcu, gdzie jego miej­sce. Płu­kała warzywa, kro­iła je i odkła­dała na bok, by w odpo­wied­nim momen­cie wrzu­cić do wrzą­cej wody koły­szą­cej na piecu garn­kiem z cien­kiej bla­chy. Aż nad­szedł czas na naj­waż­niej­szy skład­nik, a wtedy przy­po­mniała sobie, że miał o niego zadbać Olsen. Odwró­ciła się więc i widząc, że Fle­ga­min nie zro­zu­miał inten­cji, z jaką go wysłała do kur­nika, huk­nęła, ile sił w płu­cach:

- Gdzie kogut?

Far­mer naj­wy­raź­niej dopiero teraz zorien­to­wał się, że mał­żonka nie jest akto­rem w jego retro­spek­cji z kur­nika, którą oglą­dał wciąż zapę­tloną w gło­wie. Pod­sko­czył na tabo­re­cie i tym samym świat jego nie­daw­nych wspo­mnień odszedł pod napo­rem docze­sno­ści, do któ­rej Olsen z powro­tem zawi­tał.

- Kogut? - zapy­tał zdzi­wiony, jakby w jed­nej chwili wyparł z głowy całe zaj­ście w kur­niku.

Mał­żonka od razu wyczuła błąd sys­temu, który spra­wił, że Fle­ga­min prze­stał zacho­wy­wać się jak zwy­kle. Nie wypeł­niał nawet pro­stych pole­ceń.

- Kogut na rosół? Posze­dłeś po niego? - uży­wała pro­stych zdań jak papierka lak­mu­so­wego do zba­da­nia tej ano­ma­lii.

- Posze­dłem - przy­znał Fle­ga­min, odtwa­rza­jąc szybko zapis z moni­to­ringu wspo­mnień.

Świat wewnętrzny Olsena znów zapa­no­wał nad jego uwagą.

- I? - nie odpusz­czała.

- I wró­ci­łem.

- Tak?

- Tak - tu byli abso­lut­nie zgodni w oce­nie sytu­acji.

- Bez koguta! - zabrzmiało jak "spraw­dzam" w ostat­niej par­tii pokera, w któ­rej gra toczyła się o całą stawkę.

I Olsen poczuł się, jakby trzy­mał w ręce parę dzie­wią­tek, a jego prze­ciw­nik wykła­dał wła­śnie na stół karetę króli.

- No bez - przy­znał far­mer i kiedy powie­dział to gło­śno, wró­cił do niego lęk, któ­rego doznał, widząc demo­nicz­nego ptaka. - On nie ma głowy! - wyszep­tał w taki spo­sób, jakby oznaj­miał żonie, że za drzwiami jest ktoś, kogo abso­lut­nie nie powinni wpusz­czać.

- Fle­ga­min! Co ty mówisz?!

Pyta­nie otrzeź­wiło Olsena i znów dał o sobie znać mecha­nizm obronny.

- Nie musimy jeść rosołu - oznaj­mił, przy­wo­łu­jąc na twarz naj­bar­dziej wyszu­kany uśmiech, jaki tylko mógł na szybko zmon­to­wać, uży­wa­jąc wciąż sztyw­nych mię­śni.

Tra­dy­cja jest jak stara dębowa pod­łoga, po któ­rej cho­dzimy codzien­nie i widzimy, że jest wiecz­nie nie­do­myta. A wów­czas rodzi się w nas prze­ko­na­nie, że gdy­by­śmy ją tylko zamie­nili na płytki, życie od razu sta­łoby się przy­jem­niej­sze i prost­sze. Kiedy w końcu decy­du­jemy się na remont, po pierw­szych chwi­lach zachwytu nad błysz­czącą pod­łogą przy­cho­dzi reflek­sja, że już ni­gdy, wcho­dząc do domu, nie usły­szymy skrzy­pie­nia sta­rych desek, po któ­rych bie­ga­li­śmy jako dzieci i po któ­rych bie­gały nasze dzieci. Tak wła­śnie poczuła się Isla, sły­sząc, że w ten week­end mąż nie chce jeść rosołu.

*

Rosół aż prosi się o maka­ron, tak jak her­bata o cukier. Ale dajmy na to któ­re­goś dnia coś, co powinno się wyda­rzyć tak jak zwy­kle, po pro­stu się nie wyda­rza. Skle­pi­karz nie otwiera sklepu. Klientka, która cho­dzi tam po cukier, zastaje drzwi zamknięte. Po chwili, gdy złe emo­cje opadną, racjo­na­li­zuje zda­rze­nie. Może to znak? - myśli. Porażkę prze­kuwa w pozy­tywne prze­sła­nie. Rezy­gnuje ze sło­dze­nia. Zmie­nia nawyki żywie­niowe. W końcu, na tyle, na ile zwy­kły cukier może odmie­nić ludz­kie życie, staje się innym czło­wie­kiem. Jej meta­mor­foza, która prze­kłada się na parę kilo­gra­mów mniej, nie pozo­staje bez wpływu na oto­cze­nie. Sfru­stro­wani bra­kiem efek­tów wyznawcy diety cud opar­tej na zło­tej zasa­dzie: "jedz, na co masz ochotę" zaczy­nają jako pro­blem defi­nio­wać wła­śnie cukier. A raczej jego kon­sump­cję. W końcu prze­stają go kupo­wać. W skle­piku spa­dają obroty. Wła­ści­ciel sięga po alko­hol, aż któ­re­goś dnia kupuje strzelbę... i tak zaczyna się ciąg zmian, któ­rych źró­dłem jest zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści. Drobna rzecz zmie­nia bieg wyda­rzeń, które od lat nie­zmien­nie nastę­pują po sobie dzień po dniu. Ludzie nie lubią zmian, ale się z nimi oswa­jają i kiedy je już zaak­cep­tują, tłu­ma­czą sobie, że wła­śnie tak miało być. Odnaj­dują sens w przy­padku, dopi­sują filo­zo­fię, szu­kają głęb­szych prze­sła­nek.

Osoby bar­dziej wraż­liwe na sferę duchową upa­trują w tym sygna­łów "z góry". Wydaje im się, że ci z Zaświa­tów z rów­nymi emo­cjami śle­dzą ludz­kie wyle­gi­wa­nie się na kana­pie, co fina­łowy mecz na mun­dialu. Jakby rze­czy­wi­ście egzy­sten­cja ziem­ska była dla istot nie­biań­skich tak pasjo­nu­jąca, jak ostatni odci­nek serialu detek­ty­wi­stycz­nego, w któ­rym w końcu pada nazwi­sko mor­dercy. Nie­stety, tak nie jest. Świat nie inte­re­so­wał w Zaświa­tach nikogo poza Demiur­giem, któ­rego piw­nicę zagra­cał. Gdyby ist­niała jaka­kol­wiek mapa poza­ziem­skiego tery­to­rium, miej­sce, gdzie skła­do­wany był Świat, mia­łoby swoją dłu­gość i sze­ro­kość geo­gra­ficzną. Meta­fi­zyka jed­nak rzą­dzi się innymi pra­wami i nie potrze­buje dookre­śle­nia, tak jak kucharz we wła­snej kuchni nie musi prze­grze­by­wać sza­fek w poszu­ki­wa­niu soli. Po pro­stu sól jest tam, gdzie być powinna. I dokład­nie tam, gdzie miał być, był dom Demiurga, a w nim piw­nica sta­no­wiąca maga­zyn dla Świata. Pla­ska­nie kla­pek na kamien­nych scho­dach wyzna­czało rytm każ­dego poranka Demiurga. Świat, do któ­rego musiał zaglą­dać, był mocno popsuty. Ojciec Eck­man, powta­rza­jąc to każ­dego dnia w urzę­dzie, nawet nie wie­dział, jak bar­dzo ma rację. Choć mylił się w inter­pre­ta­cji. Zie­mia była wadliwa, i to nie dla­tego, że jeden z jej krań­ców leżał na wor­kach z węglem. Była po pro­stu pro­wi­zorką. Może dla­tego, że od razu było wia­domo, że plan stwo­rze­nia roz­ło­żony na sie­dem dni jest nie­re­alny. Nawet dla tych, któ­rzy trzę­śli Zaświa­tami. Mimo to, z uwagi na deter­mi­na­cję Demiurga, Świat nabrał real­nych kształ­tów w trzy dni. I to mimo kiep­skiej ekipy, która od początku uwa­żała, że wszystko powinno zro­bić się samo, wystar­czy tylko wypo­wie­dzieć Słowo. Ow­szem, z instruk­cji Kre­atora tak by wyni­kało. Pro­blem jed­nak w tym, że Słowo naj­praw­do­po­dob­niej gdzieś ktoś ukrył. Demiurg był tym spo­śród bytów nie­biań­skich, który zamiast bawić się w ana­li­zo­wa­nie instruk­cji, zaka­sał rękawy i zago­nił resztę do roboty. Fizycz­nej, którą w Zaświa­tach brzy­dzono się orga­nicz­nie. Ostat­niego dnia stwo­rze­nia Kre­ator, który naka­zał Demiur­gowi wyko­na­nie Ziemi, popa­trzył na wielki pła­ski dysk, gdzie bóg upchał sie­dem kon­ty­nen­tów i pięć oce­anów. Pokle­pał go przy­ja­ciel­sko po ple­cach i poszedł uciąć sobie drzemkę. Wycho­dząc z piw­nicy, wymam­ro­tał jesz­cze, że Świat wygląda tro­chę jak pizza. I tyle go widziano. Demiurg został sam z ziem­skim bała­ga­nem skle­co­nym z pia­sku, kamieni, meta­lo­wych kółek i spo­rej ilo­ści gliny. Wszystko to upchane w drew­nia­nej obu­do­wie rze­czy­wi­ście tro­chę przy­po­mi­nało pizzę w foremce. Ale na nic lep­szego nie było go w tym momen­cie stać.

Nie dziwi więc, że Świat dzia­łał, jak dzia­łał, i każdy dzień Demiurg musiał roz­po­czy­nać wycieczką po nie­zli­czo­nych scho­dach do piw­nicy, by nakrę­cić ponurą egzy­sten­cję istot, któ­rych nawet nie lubił. Czuł się, jakby scho­dził kar­mić szczury, kon­cep­cji ist­nie­nia któ­rych też nie rozu­miał. Z plo­tek, mają­cych się dobrze także w Zaświa­tach, można było domnie­my­wać, że Zie­mia to pokło­sie nie­uda­nego pomy­słu z obda­rza­niem istot nie­biań­skich wolną wolą. Kie­dyś, a kiedy, próżno mie­rzyć to jakim­kol­wiek zega­rem, Zaświaty wbrew woli Kre­atora wzbo­ga­ciły się o cał­kiem sporą opo­zy­cję doma­ga­jącą się od niego par­ty­cy­po­wa­nia w decy­zyj­no­ści, którą Naj­wyż­szy uwa­żał za wyłącz­nie swoją domenę. Stało się to po tym, jak podzie­lił się ze swo­imi two­rami wolną wolą znu­dzony nie­biań­skim chó­rem "pota­ki­wa­czy". Ponie­waż Kre­ator z zało­że­nia nie mógł popeł­niać błę­dów, bo był tytu­lar­nie nie­omylny, wypa­dek przy pracy, jaki mu się przy­da­rzył z opo­zy­cją, musiał jakoś uza­sad­nić. A cał­kiem nie­złym uza­sad­nie­niem było stwo­rze­nie miej­sca, któ­rym można stra­szyć w celu wywo­ła­nia odpo­wied­niego posłu­chu. I tak w Zaświa­tach powstały Pod­zie­mia, miej­sce, w któ­rym zasto­so­wa­nie zna­la­zła wresz­cie wrząca smoła. Do tego czasu, w sta­nie pod­wyż­szo­nej tem­pe­ra­tury wyda­wała się nikomu do niczego nie­po­trzebna. Bra­ko­wało tylko tych, dla któ­rych wizja tej nie­przy­jem­nej kąpieli mogła się stać impe­ra­ty­wem do bycia lep­szym. W zasa­dzie bra­ko­wało istot zbu­do­wa­nych w zna­czą­cym pro­cen­cie z tlenu, węgla i wodoru, co dawa­łoby pew­ność, że wrząca smoła może mieć na nie zna­czący wpływ. I kropki się połą­czyły. A w zasa­dzie połą­czył je Demiurg na wyraźne pole­ce­nie Kre­atora. Tak przy­naj­mniej głosi tra­dy­cja.

*

Tra­dy­cja. Nagle dźwięk tego słowa stał się pusty. Bez­dź­więczny. Isla stała, w mil­cze­niu patrząc, czy postać przy­po­mi­na­jąca jej męża to rze­czy­wi­ście on. Na pierw­szy rzut oka podobny, ale brak posza­no­wa­nia dla tra­dy­cji i nagła utrata ape­tytu na mięso wzbu­dziły w niej nie­po­kój.

- A może cię brzuch boli? - Zdo­była się na tro­skę w gło­sie.

Olsen chwy­cił się tematu nie­straw­no­ści jak roz­bi­tek kawałka deski na środku oce­anu. Wie­dział, że daleko nie popły­nie, ale kupi sobie tro­chę czasu.

- A może tro­chę - pogła­dził się po spo­rych roz­mia­rów bebe­chu.

Olse­nowa nie dawała za wygraną.

- To może ja ci zió­łek zapa­rzę?

Aż tak to go brzuch nie bolał, żeby ziel­sko pić! Uznał, że w takim momen­cie naj­lep­szą formą obrony jest atak.

- A co ty się w ogóle, Isla, tak upie­rasz na ten rosół? Rosół i rosół. A kura też czuje. To nie jest głu­pie stwo­rze­nie. Nie pomy­śla­łaś, jak mnie to obciąża? Bo prze­cież życie bez­bron­nej isto­cie odbie­ram, żebyś ty ten swój rosół miała. Coś we mnie pękło dziś, Isla. Tak. Sta­ną­łem na progu kur­nika i poczu­łem się jak zabójca. Wcho­dzę, a te ptaki patrzą na mnie jak na kata, który przy­szedł wyko­nać wyrok...

Tego było już nadto. Isla Olsen nie wytrzy­mała. Sta­nęła nad mężem, unio­sła cho­chlę w geście nie­przy­ja­znym i przez zaci­śnięte zęby wyre­cy­to­wała wnio­ski ze swo­jego docho­dze­nia.

- Fle­ga­mi­nie Olsen, natych­miast przy­znaj się, co zro­bi­łeś z kur­cza­kiem, ty ochlej­mordo! Za ile prze­han­dlo­wa­łeś nasz obiad? Jedną? Dwie butelki gorzałki? Gdzie je ukry­łeś? Twoja matka miała rację, jesteś nie­udacz­ni­kiem! Nie­udacz­ni­kiem i pija­kiem! Zno­si­łam przez lata życie na para­no­icz­nych zasa­dach, które zro­dziły się z cho­roby two­jego prze­klę­tego rodu, sto­so­wa­łam się do dur­nych wytycz­nych, które uspra­wie­dli­wia­łeś tra­dy­cją. Tra­dy­cją, będącą tylko wstecz­nic­twem, igno­ran­cją wobec postępu, wyalie­no­wa­niem ze stra­chu przed życiem. Mam tego dość! Powta­rzam: dość! Stoję przy garach, by twoja nie­boszczka matka spała wiecz­nym snem spo­koj­nym, że co week­end w tym domu na piecu pyka rosół. A wiesz co? Ja nawet nie lubię rosołu! Zja­dła­bym szcza­wiową. Ale prze­cież nie! Bo twoi przod­ko­wie wsta­liby z mogił, wkro­czyli do izby i od progu wyliby jak opę­tań­cze dusze: "Fle­ga­mi­nie Olsen, jak mogłeś na to pozwo­lić! Week­end bez rosołu?!".

Olsen po pro­stu słu­chał. Spa­dło to na niego jak tona kamieni. I wbrew pozo­rom pod tym ogrom­nym cię­ża­rem poczuł ulgę. Isla wykrzy­czała to, co krzy­czała od małego dusza Fle­ga­mina. Ubrany w sztywny gor­set zasad zaszcze­pio­nych przez matkę bał się pod­ko­pać fun­da­ment, na któ­rym opie­rała się ta cała tra­dy­cja, z obawy, że nic mu nie zosta­nie. Bo czuł się od zawsze nikim i jedy­nie zespół zasad wpo­jo­nych mu przez matkę spra­wiał, że czuł się kimś istot­nym. Isla wyświad­czyła mu przy­sługę, oba­la­jąc cokół, który nie wie­dzieć kiedy z sym­bolu bożka prze­isto­czył się w realne bóstwo poże­ra­jące resztki jego życio­wej ener­gii. Łza wzru­sze­nia zabłysz­czała w kąciku jego oka. Bał się zapła­kać, bo ojciec nie pła­kał. Praw­dziwy męż­czy­zna nie pła­cze. I kiedy już miał oka­zać emo­cje ukry­tego pod szorstką skórą far­mera zahu­ka­nego chłopca, Isla wymie­rzyła mu siar­czy­sty poli­czek.

- Gdzie jest ten cho­lerny kur­czak?! - wykrzy­czała mu w twarz, wydmu­chu­jąc na niego całą zawar­tość płuc, aż włosy Fle­ga­mina same z sie­bie sta­nęły na bacz­ność.

Olsen był w sta­nie wska­zać jedy­nie trzę­sącą się dło­nią na kur­nik. Znie­ru­cho­miały patrzył, jak jego żona obraca się na pię­cie, trza­ska drzwiami do izby, a dalej już kątem oka widział przez okno jej syl­wetkę zmie­rza­jącą w stronę kur­nika. Potem był kolejny trzask drzwi, pauza i dziki wrzask prze­ra­żo­nej kobiety.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki