Bezdzień - Marek Warchoł

Kup ebooka

27.00 zł
21.60 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Jeżeliwierzyć legendzie, to drzewo ma przeszło dziewięćset lat,powiedziała dziewczyna i były to pierwsze słowa, jakie od niejusłyszałem.

Nicnie wiedziałem o drzewie. Dzisiaj nadal nie wiem o wielu rzeczach, októrych być może dowiem się jutro, ale wtedy, tamtego poranka, odrzewie nie wiedziałem nic. Stało (stoi nadal) na wąskim paskuzieleni, na którym jak na ostrzu noża rozdwaja się asfaltoweźdźbło Trasy Zamkowej. Wyglądało (wygląda nadal) jak stary,nagi mężczyzna o skórze niczym ziemia w sierpniu znękanadługotrwałym upałem. Mężczyzna klęczy i wyciąga przed siebiedługie konary ramion w geście błagania albo modlitwy. Na jegoczoło, gruzłowate i poorane zmarszczkami, opadają splątanegałązki o liściach poszarzałych od spalin.

Tenskrawek trawnika, na którym stoi drzewo, jest czymś w rodzajumiędzyświata. Przypomina pas ziemi niczyjej rozpościerający sięmiędzy słupami granicznymi sąsiadujących państw, stwarzającyiluzję, że nie można być jednocześnie tu i tam. Albo poduszkęgęsto nabitą pierzem, o którą dwoje może się oprzeć bez obawyo niechciany dotyk. Będąc tu, czujesz się trochę jak Mojżesz,przed którym rozstępują się wody. Panuje szczególna cisza.Sznury samochodów ciągną z obu stron Trasy Zamkowej. Możeszdotykać ich karoserii i bezkarnie zaglądać do wnętrz, a nikt cięnie dostrzeże. Bo tutaj prawa ulegają swoistemu zawieszeniu, a wrazz nimi sądy, wyroki, oceny. Jesteś w strefie wolnoideowej. Nieobowiązuje cię etykieta placów publicznych ani bilet parkingowy.Rządy sprawują tu martwota i bezruch, właściwe temu, co pomiędzy.I jeszcze spokój: nieruchomy jak jesień w obliczudziewięćsetletniego jestestwa, choćby tylko legendarnego.

Ajednak tego dnia, od chwili przebudzenia, czułem niedające sięokreślić napięcie. W powietrzu coś zalegało jak na żołądku:coś bezkształtnego i masywnego zarazem. Napiętego jak błonabębna. Pamiętam, że myjąc zęby, pomyślałem o końcu. Potemwypiłem wodę z miodem i apokaliptyczny ciężar zelżał. Może totylko zwyczajna burza błąka się po troposferze, pomyślałem.

Cosię tyczy miodu, nie znoszę go, ale od pewnego czasu, każdegoporanka, wypijam kilka szklanek ciepłej wody z miodem, dlazdrowotności. Osiągnąłem bowiem wiek, w którym człowiek zaczynapowoli oswajać się ze słynną ideą zdrowotności i przyzwyczajasię żyć w jej cieniu i pod jej szyldem. Osiągnąłem wiek, wktórym życie coraz częściej sprowadza się do szukania środkówpoprawy nastroju. Osiągnąłem wiek, w którym na wiosnę, by poczućsię lepiej, kupuje się nowe okulary.

Trudnoocenić, w jakim stopniu ciepła woda z miodem wpływa na poprawęmojego zdrowia. Z łatwością mogę natomiast wskazać pewnąniedogodność powodowaną przez jej regularną konsumpcję,niedogodność w przykry sposób destabilizującą poranne życiezorganizowanego człowieka, jakim jestem. Otóż po kilku szklankachtego specyfiku, wychylonych niechlujnie i bez należytej uważności,pęcherz bardzo szybko zaczyna się dopraszać o uwagę, nawet jeśliopróżniony został zapobiegawczo przed wyjściem z domu. A dziejesię to zwykle w drodze do pracy i do tego w korku, co jest źródłemnieopisanej frustracji dla filozoficznie nastawionego umysłuusiłującego na wszelkie sposoby zachować pogodę ducha.

Nieinaczej było tego dnia.

Wyszedłemo pół minuty za późno, chociaż wiedziałem, że ze względu nakorki powinienem był wyjść o pół minuty wcześniej niż zwykle.Dlatego, że tego dnia, zamiast do biura, musiałem pojechać nabudowę, wziąć udział w ważnym spotkaniu z ważnymi ludźmi.Wyjechałem spod domu z piskiem opon (niezbyt głośnym, ale bardzoliterackim), a ponadto ze smakiem miodu w ustach, z rosnącymciśnieniem w czaszce i z podskórnym niepokojem o najbliższąprzyszłość mojego pęcherza. Jak się tego należało spodziewać,zaraz za rogiem wbiłem się w sam środek cholernego korka.Przeturlałem się kilka przecznic i skręciłem w boczną uliczkę,spodziewając się naiwnie, że oszukam w ten sposób ich wszystkich,tamtych. Nie dali się oszukać. Korek już na mnie czekał zakolejnym rogiem, jeszcze cholerniejszy.

Wiedziałem,że nie ma szans, bym zdążył na ważne spotkanie na budowie.Prawdę mówiąc, wiedziałem już o tym, wychodząc z domu spóźnionyo całe pół minuty, wtedy jednak nie odważyłem się sformułowaćtej myśli w jej pełnym brzmieniu. Poczułem nagły napór krwi naścianę czaszki, ktoś zabełtał widelcem w miąższu mojego mózgu.Stary dobry stres, znany od dziecka, tyle że dziecko jeszcze wierzy,że z czasem się z tego wychodzi (i dobrze, lepiej niech wierzy). Nadwie sekundy oddałem się medytacji zen, a potem spróbowałemtrochę poprzeklinać. Rzuciłem w eter kilka "ja pierdolę", aparę "kurew maci" roztrzaskałem o deskę rozdzielczą.Zaaranżowałem nawet donośny ryk w przestrzeń kokpitu, przez któryrozdzwoniło mi się w uszach. Mój pęcherz wysyłał mi corazczęstsze sygnały SOS, ale postanowiłem go ignorować i być tylkosamymi stopami, zwłaszcza prawą, sprawiedliwie rozdzielającą swewzględy pomiędzy pedały gazu i hamulca. I tak, w tym właśniemonotonnym, naprzemiennym rytmie (hamulec - gaz - hamulec -gaz), toczyło się dalej moje życie, aż do momentu, gdy zobaczyłemdrzewo.

Zobaczyłemje przez boczną szybę z lewej strony i chyba od razu mi siępomyślało, że przypomina starego, nagiego mężczyznę, któryuklęknął i wyciągnął przed siebie ramiona w geście błaganiaalbo modlitwy. Dopiero po chwili do tej myśli dołączyło, niecospóźnione, zdumienie z samego faktu istnienia drzewa.

Jakto? Drzewo? Tutaj? Na tym spłachetku jałowej ziemi pośrodku trasywlotowej do miasta? Ano drzewo. Było tu i było, choćbym wiele razyprzetarł oczy i spojrzał ponownie. Do tego wyglądało dośćniesamowicie i nie trzeba być dendrologiem ani znawcą miejskichlegend, by zauważyć, że było stare. Zadrżałem, gdy zdałemsobie sprawę, że mijałem je niezliczoną ilość razy w ciągużycia, raz z lewej, raz z prawej, czasem jako kierowca, czasempasażer, zamknięty w izolowanym, blaszanym układzie odniesieniaporuszającym się na czterech kołach ruchem jednostajnym imonotonnym, przyspieszającym lub zwalniającym. Mijałem, nic niewidząc i nic nie wiedząc. Aż do teraz.

Tylkodlaczego, spytacie, akurat w tamtej sekundzie tamtego zwykłegoporanka mój wzrok zdołał wyłuskać drzewo z otaczającejprzestrzeni, skoro nie dokonał tego nigdy wcześniej? Co sprawiło,że prysł czar iluzji osłaniający je dotąd przed moim widzeniem?Dlaczego zdecydowało się mi objawić? Czy zadziałała jakaśmagia? Ależ skąd! Nic z tych rzeczy. Przyczyna była prozaiczna, aw tym przypadku również fizjologiczna. Po prostu mój pęcherz,wypełniony po brzegi roztworem ciepłej wody i miodu, bardzostanowczo domagał się już opróżnienia, więc tak naprawdę oczy,które dostrzegły drzewo, były oczami zwierzęcia szukającegodogodnego miejsca, by ulżyć swej naglącej potrzebie.

Kolejnedwie minuty życia wyparowały z mojej pamięci. Prawdopodobnieświadomość przełączyła się w tryb uśpienia, a stery przejąłinstynkt przetrwania. Ocknąłem się dopiero przy drzewie, czującna czole dotyk chłodnej kory, a w dole, w okolicach podbrzusza,rozkoszną ulgę schodzącego ciśnienia. Jeżeli chcecie wiedzieć,wcale nie czułem zażenowania. To prawda, że po obu stronachskrawka zieleni, na którym rosło drzewo, ciągnęły się sznuryzakorkowanych aut, jednak wiedziałem, że ludzie, którzy w nichtkwili, nie mogli mnie widzieć. Znajdowałem się w strefie wpływówdrzewa, w polu jego oddziaływania, pod bezpiecznym płaszczemiluzji. Byłem jak ono, niewidzialny. Jak w klatce z weneckichluster, umieszczonej pośrodku ruchliwej ulicy.

Pamiętam,że przypomniało mi się wtedy coś, o czym dawno nie rozmyślałem.Otóż jako dziecko, przed zaśnięciem, naciągałem kołdrę nagłowę i wyobrażałem sobie maleńki, ciasny pokoik, skrojony w samraz na moją miarę, o którym nikt poza mną nie wiedział. Zwnętrza tego pokoiku mogłem obserwować świat i ludzi, nie będącprzez nikogo widzianym. Być może piszę po to, żeby odwrócić tęasymetrię i by wystawić się na pokaz całemu światu i ludziom,samemu nie widząc nikogo.

Takiebyły moje myśli, tam pod drzewem, a gdy pozbyłem się resztek wodyi miodu z pęcherza, zamiast od razu powrócić do samochodu (gdzieja go porzuciłem?), do korka oraz do życia, z jakiegoś powodupostanowiłem zostać. Za chwilę rozpocznie się ważne spotkanie nabudowie bez mojego udziału (i bez inspektora, bo on się zawszespóźnia). Prawdopodobnie za chwilę wszyscy zaczną do mniewydzwaniać, ale telefon został w samochodzie (na fotelu albo nadesce), razem z teczką zawierającą dokumenty i projekt techniczny.Drzewo związało mnie jakąś siłą. Nie potrafiłem, nie chciałemoderwać czoła od chłodnego pnia, który był jak skóra staregoczłowieka, nakrapiana plamami i złuszczona. Z oddalenia dochodziłyodgłosy silników pracujących na jałowym biegu. Tu, centymetr odskroni, dźwięczało tylko drzewo, chociaż żaden podmuch nieporuszał liśćmi.

Gdywreszcie oderwałem czoło od pnia, zobaczyłem ją - dziewczynęsiedzącą na dużym omszałym kamieniu. Na kolanach trzymałaksiążkę zawiniętą w gazetę, a na książce spoczywały jejdłonie. Była wpatrzona w siwą czuprynę drzewa. Czułem jednak, żewie o mojej obecności. Zrobiło mi się głupio na myśl o akcieprofanacji, jakiego przed chwilą się dopuściłem. Odruchowochciałem się wycofać, ale w tym momencie dziewczyna przemówiła.

Jeżeliwierzyć legendzie, to drzewo ma przeszło dziewięćset lat.Wiedziałeś o tym?

Takwłaśnie powiedziała, kierując te słowa najwyraźniej do mnie,chociaż jej wzrok pozostawał niezmiennie utkwiony w koronie drzewa.Jej obserwacja była właściwie celebracją. Patrzyła na drzewotak, jakby wzrokiem oddawała mu hołd, jakby bez trudu przenikałajego strukturę złożoną z włókien, łyka i kory.

Przełknąłemślinę i odpowiedziałem coś w tym stylu: Nie wiedziałem. Aleprzyjemnie jest odkryć, że żyjąc w cieniu i pod jarzmemzdrowotności, nie jest jeszcze za późno, aby dowiedzieć się odrzewie i o jego dziewięciu wiekach.

Apotem dodałem: A skoro już o tym wiem, to powinienem zapewnewygłosić jakiś frazes na temat kruchości cywilizacji, a potemzadumać się nad tak zwaną ludzką kondycją, to znaczy nad tym,jak lichy jest człowiek w obliczu sędziwego drzewa, jakże śmiesznyze swoją historią, ze swoimi miastami, ze swoimi zakorkowanymiulicami i ze swoimi bardzo ważnymi spotkaniami na budowie. Tak,powinienem zapewne sformułować któryś z powyższych banałów lubteż jakiś inny w podobnym stylu. To uczyniłoby zadość dobrymmanierom, jakimi zwykle kierują się umysły ludzi uwrażliwionych.Tymczasem trapi mnie kwestia zupełnie odmiennej natury. Zastanawiamsię mianowicie, ilu też ludzi obsikało ten stary pień podczasjego długiej, przeszło dziewięćsetletniej wegetacji.

Podejrzewam,że ty jesteś pierwszy od bardzo długiego czasu, powiedziaładziewczyna z powagą, a mogła mnie przecież wyśmiać alboprzynajmniej udać zgorszenie. Jeżeli nie liczyć psów. Bo z ludzimało kto tutaj dociera. Nie widzą, jak ty nie widziałeś. W takisposób teraźniejszość mści się na przeszłości. W akcie zemstyi arogancji spycha ją w zapomnienie, w zakurzony kąt, na skrawekszarego trawnika tonącego w chmurach spalin, tak by nie trafił tużaden przypadkowy spacerowicz.

Ja:W akcie zemsty? Ale za co?

Ona(wzruszając ramionami, nadal wpatrzona w drzewo): Za wszystko. Zawpływ, jaki przeszłość wywiera na teraźniejszość. Za to, żewciąż kształtuje jej formy, chociaż od dawna zdaje się martwa.Spójrz, nawet ta ulica, jej przebieg zaplanowany przez powojennychurbanistów musiał uwzględnić stojące tu od wieków drzewo.Wyburzali niemieckie zabytki, ale drzewa bali się tknąć. Ciekawedlaczego?

Ja(w zamyśleniu): Może to jakiś pogański strach. Archaiczny,pierwotny.

Ona:Możesz mieć rację. Opowiedzieć nam tę legendę?

Ja:...

Wtedydziewczyna zaczęła opowiadać, wciąż wpatrzona w drzewo (jakgdyby mocą jakiegoś zaklęcia nie mogła oderwać od niego wzroku),ja zaś nawet się nie spostrzegłem, kiedy smak miodu zniknąłzupełnie z moich ust. Słuchając jej, też zapatrzyłem się wdrzewo, bo trochę głupio było mi gapić się na nią, skoro onanie obdarowała mnie jak dotąd nawet jednym spojrzeniem. Więc naszespojrzenia odnalazły się właśnie tam, pośród gałęzi ilistowia, w siwych witkach splecionych jak łańcuszki genów, którezahaczały o siebie, zbliżały się i oddalały jak w tańcu. Słońceprzyglądało się nam z obojętnością równą tej, z jakąprzyglądało się światu przed dziewięcioma wiekami, gdy miejsce,w którym się znajdowaliśmy, było świętym gajem, po którymprzechadzali się czciciele Trzygłowa. Tu właśnie wznosił sięjego posąg o trzech posrebrzonych twarzach wpatrzonych w trzykierunki: ku niebu, ku ziemi oraz ku piekłu.

Tam,gdzie dzisiaj stoi kościół świętych Piotra i Pawła, opowiadaładziewczyna, znajdowała się wówczas drewniana gontyna otoczonapalisadą. Prowadziły do niej trzy bramy, z których tylko dwie sięotwierały. Trzecia bowiem, jak powiadali, prowadziła w otchłańwypełnioną czarnymi wodami. Nieopodal gontyny, w skromnej chacie,mieszkał stary ślepy żerca, sługa Welesa, znawca sprawkosmicznych. Mówiono, że swym sękatym kosturem prowadził planetypo nieboskłonie. Żerca miał młodego pomocnika, chłopca imieniemMateusz, który zastępował mu oczy i uszy, a niekiedy także rozum,który coraz rzadziej powracał do głowy kapłana z kosmicznych,pozacielesnych wycieczek.

Pewnegorazu żercę odwiedziła w jego chacie delegacja mieszczan. Ichoblicza były blade, nerwowo tarli dłonie i z trudnością składalizdania. Nie próbowali nawet ukryć trwogi, która ścinała im kreww żyłach. Przyszli ostrzec sędziwego kapłana przed nadciągającymstraszliwym niebezpieczeństwem. Oto bowiem, mówili, zbliża się dogrodu wielkie wojsko wiedzione przez poganina zwanego Bolesławem oKrzywych Ustach (strzyga jego mać, tfu!). Okrutnik ten, który ponoćoślepił własnego brata, od lat już szerzy postrach na całymPomorzu. Pali miasta i wsie, pustoszy skarbce, a ludzi morduje bezlitości lub, w najlepszym razie, zakuwa ich w kajdany i odsyła doswoich ziem jako brańców. Jak wiadomo, nie oszczędza też chramówi kącin, pali gaje, ścina święte dęby, urąga naszym bogom iplwa na nich! Wszystko zaś w imię demonicznego, nieznanego bożka,którego ziomkowie jego przywiedli z dalekich krain i którego nakrzyżu noszą, a który ich rzekomo karmi swoim ciałem, przydającim w ten sposób siły i witalności oraz wzmagając apetyt na krew imord. Będzie tu lada dzień, ów syn otchłani, dlatego zaklinamycię, o żerco, synu Welesa, znawco spraw kosmicznych, byś uchodziłwraz z nami do grodu i ratował swe życie.

Takprzemawiali do niego zacni delegaci, mówiła dziewczyna, ispoglądali co rusz za siebie, jakby spodziewając się w każdejchwili ujrzeć na horyzoncie zbliżające się wojska Bolesława.Jednak żerca z niewidzącym spojrzeniem swych oczu utkwionym gdzieśpoza granicami tego świata rzekł im, że ani myśli porzucać gajui świętej gontyny, mieszkania Trzygłowa. W snach zobaczył bowiemswoją twarz jako czwartą, umieszczoną obok trzech świętychtwarzy na wyniosłym posągu, i wiedział, że pisana mu jest śmierć.Mieszczanie wrócili więc do grodu, zabierając ze sobą Mateusza.

Istało się tak, jak się stać miało. Najechał Bolesław gród izłupił doszczętnie. Jego siepacze nieśli śmierć mieczamidzierżonymi w prawicach, podczas gdy ich lewice czyniły znak krzyżanad krwią i pożogą. Gontynę spalono i tylko jedna z trzech bramostała się niezniszczona, ta wiodąca do otchłani wypełnionejczarnymi wodami. Nie mogąc jej zburzyć, wbudowano ją później wkościół i ponoć do dziś gdzieś tam jest, przesłoniętawiązaniami cegieł i sztukaterią.

Żercęlos dosięgnął pod posągiem Trzygłowa. Stał tam dumniewyprężony, z uniesionym ku niebu kosturem, jakby do ostatniejchwili prowadził planety po nieboskłonie. A potem kosmos jęknął,w dalekich przestworzach wybuchła gwiazda, burza rozkwitła nasłońcu jasnymi plamami, a ręka dzierżąca kostur upadła naziemię, ścięta żelazem żołdaka.

Wówczasżołdak, nienasycony mordem, zwrócił ostrze miecza ku posągowiTrzygłowa. Zamachnął się i oto nagle, nie wiedzieć skąd,wyrosła przed nim maleńka sylwetka... To Mateusz zasłonił swymciałem posąg bożyszcza! Padł na kolana przed okrutnym wojem iwyciągnął ku niemu ramiona, błagając, by oszczędził świętośćjego ojców. Rezun zawahał się i to wystarczyło. Posąg drgnął,wyryte w nim głowy zwróciły się w stronę żołdaka i trzyposrebrzone spojrzenia złączyły w jedno. Miecz upadł, nie zadającciosu, a ten, co nim przed chwilą władał, przyoblekł się wkamień, nie wydawszy jęku. Mateusz, wciąż na kolanach, zwyciągniętymi przed sobą ramionami, pozostał w tej pozie nazawsze, mocą Trzygłowa przemieniony w drzewo, aby po kres dziejówprzypominać o tym, co się tu wydarzyło w owych odległych czasachprzed dziewięcioma wiekami, kiedy świątynie wznoszono bez pozwoleńna budowę, dla zdrowotności pito miód zamiast wody, a słońce zrówną co dziś obojętnością przyglądało się zza chmur ziemi iludziom.

Dziewczynazamilkła. Opowieść dobiegła końca.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017", "2020" - antologiewspółczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo"Made in Roland"

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Wenanty Bamburowicz "Masypowietrza"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

JacekBielawa "Kościelec"

Maciej Bieszczad "Ultradźwięki"

DariuszBitner"Książka"

JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"

RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Schyłek", "Życiezastępcze"

TomaszDalasiński"Dzień na Ziemi", "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"

JerzyFranczak"Święto odległości"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AdrianGleń"I"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

JarosławJakubowski"Ciemna Dolina", "Koń", "Wojna"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

JarosławKsiężyk"Hydra"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Hotel Polski", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

PiotrMichałowski"Światy równoległe", "Urbs ex nihilo"

AnnaMaria Mickiewicz"Listy z Londynu"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Secondlife", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sennie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"

GustawRajmus""Dwie Historie" i inne historie"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

Michał Trusewicz "Przednówki"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Czasy i obyczaje","Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MarekWarchoł"Bezdzień"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski wlatach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"