Bezdroża - Ewa Popławska

Kup ebooka

44.99 zł
36.89 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Do mia­sta do­je­chali cię­ża­rówką, która rzę­ziła przy każ­dym ha­mo­wa­niu. Sie­dzieli w niej ści­śnięci wraz z kil­ku­dzie­się­cioma ob­cymi oso­bami. Zmę­czone ko­biety w śred­nim wieku, dwoje dzieci trzy­ma­ją­cych się za ręce - za­pewne ro­dzeń­stwo - mło­dzi męż­czyźni, po­dróżni. Na­wet je­śli przy­je­chali z da­leka, mieli ze sobą tylko jedną wa­lizkę, którą sta­rali się umiesz­czać mię­dzy ści­śnię­tymi no­gami, by zaj­mo­wała jak naj­mniej miej­sca. Trzech kom­pa­nów al­ko­ho­li­ków awan­tu­ro­wało się, że wa­lizki obi­jają im w łydki.

Wcze­śniej, na obrze­żach mia­sta, po­wie­dziano im, że z po­wodu znisz­czeń nie ma in­nego trans­portu, po­ciągi i au­to­busy nie kur­sują. Po­wie­dziano im też, że w mie­ście nic nie ma. I od razu było wi­dać, kto przy­był z da­leka, bo ta wia­do­mość wy­wo­łała po­ru­sze­nie wśród przy­jezd­nych. Miej­scowi sia­dali na przy­droż­nych pień­kach i kra­węż­ni­kach, nie zwra­ca­jąc uwagi na za­sko­czone twa­rze. Wo­leli pa­trzeć w zie­mię, pa­lić pa­pie­rosy i roz­my­ślać nad swo­imi spra­wami.

Dwoje mło­dych lu­dzi z wa­lizką było szcze­gól­nie po­ru­szo­nych. Chcieli się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej, ni­gdy tu nie byli, wła­ści­wie ni­gdy nie wy­jeż­dżali da­lej niż do są­sied­nich wio­sek, te­raz zresztą na­le­żą­cych już do Li­twy.

- A czy wie pani, co się stało, że jeż­dżą tylko cię­ża­rówki?

Tej ko­biety nie po­winni za­ga­dy­wać, a tym bar­dziej w ta­kiej spra­wie. Stara, nie­miła baba po­pa­trzyła z nie­chę­cią na parę, fuk­nęła i oznaj­miła, że mia­sto jest w ru­inie. Ale po­wie­działa to ta­kim to­nem, jakby była lep­sza, jakby stała po­nad tym wszyst­kim i nie do­świad­czała co­dzien­nie lęku.

- W ru­inie?

Dziew­czyna ra­czej po­wtó­rzyła in­for­ma­cję niż za­py­tała. Baba od­wró­ciła się, nie kry­jąc wro­go­ści. Po­my­ślała, że mło­dzi lu­dzie są na­iwni.

Mło­dej ko­bie­cie strasz­nie chciało się pić. Pra­gnęła her­baty, w osta­tecz­no­ści wody z cu­krem - cu­kru też nie mieli, a z je­dze­nia zo­stał im tylko ka­wa­łek kieł­basy naj­gor­szej ja­ko­ści i trzy su­che kromki chleba.

- Aniu, a kiedy ta cię­ża­rówka ma przy­je­chać?

Mąż na­chy­lił się ku żo­nie. Wo­lał szep­tać, bo wszę­dzie do­strze­gał wro­gie spoj­rze­nia. Oba­wiał się, że każdą, na­wet naj­zwy­klej­szą uwagę, prze­ina­czą w my­ślach i uznają za ob­razę.

- Nie wiem, ale tam hen na dro­dze coś wi­dać.

Pal­cem wska­zała kie­ru­nek. Po­pa­trzyli w dal, mru­żąc oczy. Na dro­dze ma­ja­czyło coś nie­wiel­kiego, jakby ciemna kropka. Prze­miesz­czała się szosą, ro­sła, przy­bie­rała kształt naj­pierw ma­łej, po­tem już cał­kiem spo­rej cię­ża­rówki.

Tego dnia go­rąco już nie do­ku­czało po­dróż­nym, od pół­nocy za­wie­wał chłodny wiatr.

***

Je­chali te­raz cię­ża­rówką, która wio­zła ich nie wia­domo do­kąd, bo prze­cież mia­sta po­noć już nie było. Ania nie wi­działa ni­czego poza mo­rzem głów - ły­sych, przy­kry­tych za­wsza­wio­nymi wło­sami albo ko­lo­ro­wymi chu­s­tami. Po­sta­no­wiła pa­trzeć na męża. Wi­dok Ka­zi­mie­rza uspo­ka­jał ją, od po­czątku po­dróży wie­działa, że bez niego nie da­łaby rady na­wet wsiąść do po­ciągu.

Nie od­wa­ży­łaby się na wiele rze­czy, gdyby nie Ka­zik. Choć jego spoj­rze­nie zdra­dzało nie­po­kój, na twa­rzy nie po­ja­wił się ża­den gry­mas. Był po­są­go­wym męż­czy­zną, spo­koj­nym, peł­nym god­no­ści. Pew­nie dla­tego przy­cią­gał nie­na­wistne spoj­rze­nia pro­stych lu­dzi, zwy­czaj­nie się od nich róż­nił.

- Duszno - szep­nęła Ania.

- Ano duszno. Wy­trzy­maj jesz­cze tro­chę.

- Stań na pal­cach i zo­bacz, gdzie je­ste­śmy.

Ka­zik istot­nie pró­bo­wał sta­nąć na pal­cach, ale za­chwiał się na za­krę­cie i wła­śnie tym roz­ju­szył wście­kłą ko­bietę, którą Ania wcze­śniej py­tała o trans­port.

- Po­suń się pan! Nie­długo trzeba bę­dzie z cyr­klem jeź­dzić i na­kłu­wać ta­kich zbo­czeń­ców!

Roz­le­gły się po­mruki nie­za­do­wo­le­nia. Gniew udzie­lił się na­tych­miast po­zo­sta­łym, każdy chciał coś po­wie­dzieć na te­mat rzu­co­nej uwagi. Zwłasz­cza trzej pi­jani męż­czyźni, któ­rzy od tej pory spe­cjal­nie pusz­czali uchwyty przy za­krę­tach.

- Za­mknij się, stara pu­der­nico! Czło­wiek in­te­li­gentny chciał się tylko ro­zej­rzeć!

- Wła­śnie, kto by cię tam chciał tknąć! Tfu, chyba ki­jem od szczotki!

- Ci­sza tam, dzieci mi stra­szy­cie! - krzyk­nęła ko­bieta sto­jąca na przo­dzie paki.

- Prze­pra­szamy...

- Jaka da­mulka.

W at­mos­fe­rze po­wszech­nej wro­go­ści, przy akom­pa­nia­men­cie no­wych kłótni i wy­zwisk, Anna i Ka­zi­mierz zmie­rzali do Gdań­ska.

***

- Wy­siadka.

Ast­ma­tyczny, gruby kie­rowca otwo­rzył burtę i lu­dzie za­częli wy­ska­ki­wać.

- Ja­cyś tu wszy­scy nie­mili. - Ania ośmie­liła się na gło­śną uwagę.

Otrze­pała burą su­kienkę, ale nie chciała się po­zbyć brudu, tylko cie­pła ob­cych ciał. Ze­sko­czyła wprost na za­ku­rzoną drogę i pod­nio­sła wzrok, by zo­ba­czyć osła­wione mia­sto, do któ­rego tak długo je­chali.

Wi­dok zmro­ził jej serce. To nie było mia­sto, ra­czej po­zo­sta­ło­ści po nim, ża­ło­sne kupy gru­zów, spod któ­rych wy­zie­rały czarne szcze­liny. Nie­które bu­dynki stały smęt­nie bez okien i da­chów, gdzie­nie­gdzie za­cho­wały się szkie­lety gro­żące za­wa­le­niem. Osma­lone, po­zba­wione sensu kon­struk­cje, ży­jące reszt­kami sił, wzno­siły się nad gru­zo­wi­skiem - mar­twymi gła­zami kry­ją­cymi nie­gdyś ta­jem­nice lo­ka­to­rów. Nie było w nich te­raz żad­nego se­kretu, ni­czego do ukry­cia ani scho­wa­nia przed świa­tem. Wszystko na wierz­chu, pod bo­żym słoń­cem i są­dem.

Wo­kół prze­cha­dzało się mnó­stwo lu­dzi - sta­no­wili oni do­wód na to, że w zglisz­czach można żyć. Ko­biety w chu­s­tach na gło­wach ofe­ro­wały marne za­stawy, chyba zna­le­zione pod gru­zami, bo le­dwo omie­cione z pia­chu. Gdzie in­dziej sprze­da­wano ro­bótki ręczne, na­wet te naj­mniej­sze, dzier­gane spe­cjal­nie na wiel­ka­nocne jajka, choć był prze­cież śro­dek sierp­nia. Nie bra­ko­wał też in­nych sur­re­ali­stycz­nych wi­do­ków: Ania zo­ba­czyła, że przy chy­bo­tli­wej kon­struk­cji ba­wią się nie­miec­kie dzieci, ale gdy osło­niła oczy i przyj­rzała się do­kład­niej, zdała so­bie sprawę, że nie cie­szą się, lecz wy­krzy­wiają chude twa­rze w gry­ma­sie pła­czu i szu­kają je­dze­nia. Lu­dzie wę­dro­wali po gru­zo­wi­sku, co ja­kiś czas od­ko­pu­jąc na bok za­wa­dza­jące ka­mie­nie.

Da­lej, w głębi ulicy, gru­pami cho­dzili męż­czyźni bez pod­ko­szul­ków. Od­gru­zo­wy­wali przej­ście i ła­do­wali ka­mie­nie na cię­ża­rówki. W tym miej­scu koń­czył się prze­jazd, nie było mowy o au­to­bu­sach i tram­wa­jach, o któ­rych Ania czy­tała w li­ście od ciotki.

- Prze­cież... - szep­nęła zdru­zgo­tana, nie znaj­du­jąc słów.

Ka­zik za­cze­pił prze­cho­dzą­cego męż­czy­znę.

- Prze­pra­szam pana, co to za mia­sto?

- To pan nie wie, gdzie pan jest? - od­burk­nął nie­zna­jomy.

Wi­docz­nie uznał py­ta­nie za nie­śmieszny żart, bo tylko po­krę­cił głową, mach­nął ręką, ale ja­koś z ża­lem, i po­szedł.

- Jaka ruda wie­wióra! - za­krzyk­nęło dwóch ro­ze­bra­nych do pasa chło­pa­ków, może w wieku dwu­na­stu lat.

Prze­szli obok Ani, rzu­ca­jąc lu­bieżne spoj­rze­nia. Ka­zi­mierz ła­god­nie ści­snął przed­ra­mię żony.

- Aniu, wszy­scy się na nas pa­trzą. Chyba po­win­ni­śmy stąd pójść.

- Ale do­kąd? Prze­cież tu nic nie ma.

Miała ochotę usiąść na gru­zach i się roz­pła­kać. Wo­kół żad­nej przy­ja­znej du­szy, ni­kogo życz­li­wego, kto by ich po­kie­ro­wał na Oru­nię, do ciotki. Tylko śmierć i po­wszechna roz­pacz gra­ni­cząca z sza­leń­stwem.

- Może chcą pań­stwo ku­pić?

Zni­kąd przed Anią i Ka­zi­kiem po­ja­wiła się nie­młoda han­dlarka. W za­wi­niątku trzy­mała cuch­nącą rybę.

- Chcą? Sto­isko tam mam, córka sprze­daje.

Wska­zała ręką w stronę gru­zów, gdzie na względ­nie pła­skim te­re­nie sie­działa ja­sno­włosa, smutna dziew­czynka z war­ko­czami. Przed nią na brud­nym ob­ru­sie le­żały jabłka, jajka i grzyby.

- Ta­nio - do­dała.

- Dzię­ku­jemy. - Ka­zik lekko się skło­nił.

Nie po­wi­nien po­ka­zy­wać wy­szu­ka­nych ma­nier, na­tych­miast zdał so­bie sprawę z nie­sto­sow­no­ści swo­jego za­cho­wa­nia, ale było już za późno. Pro­ści lu­dzie za­pa­lali się w mgnie­niu oka.

- To co tu ro­bi­cie?! Wy­no­cha!

- My na Oru­nię...

- A co mnie to ob­cho­dzi? Ku­pi­cie rybę, to po­każę, gdzie iść.

Ania wy­su­płała z kie­szeni su­kienki drob­niaki i wci­snęła je w chudą dłoń han­dlarki. Za­do­wo­lona ko­bieta z uśmie­chem wrę­czyła im rybę i nie­dbale po­ka­zała, w któ­rym kie­runku po­winni ru­szyć. Ania chciała po­dzię­ko­wać, ale za­afe­ro­wana od­wró­ciła głowę w stronę zbie­go­wi­ska. Wśród ruin zo­ba­czyła kil­ku­na­stu męż­czyzn, jedni po­chy­lali się nad czarną pustką, inni po­spiesz­nie od­rzu­cali ka­mie­nie. Wśród pra­cu­ją­cych za­pa­no­wało po­ru­sze­nie, ktoś krzyk­nął, by pod­je­chała cię­ża­rówka.

- O, nie­do­bry dzień. To już trzeci trup dzi­siaj - mruk­nęła han­dlarka, pa­trząc z nie­za­do­wo­le­niem na roz­stę­pu­jący się tłu­mek.

Ania doj­rzała szarą od pyłu dziew­częcą rękę. Męż­czyźni chwy­cili przed­ra­mię, by po­cią­gnąć ciało ku gó­rze.

***

Do­mek ciotki stał nie­na­ru­szony. Miał na­wet szyby, wszystko było na swoim miej­scu. Przez chwilę Ania mo­gła uda­wać, że wcze­śniej nie wi­działa roz­pa­czy w oczach lu­dzi, byle ja­kich bud na zglisz­czach i sprze­da­wa­nego je­dze­nia, nad któ­rym la­tały mu­chy. A nade wszystko, że nie wi­działa bez­wład­nego ciała w si­wej od pyłu su­kience, uno­szo­nego przez mę­skie ra­miona, po­kry­tego ku­rzem i bru­dem.

- Cie­kawe, czy ciotka da­lej tu mieszka.

- Chyba tak.

W stwier­dze­niu męża czaił się strach i Ania do­sko­nale wie­działa, z czego wy­ni­kał. Nic nie prze­bie­gło zgod­nie z pla­nem. Mieli przy­je­chać, od­po­cząć po dłu­giej po­dróży i ru­szyć na zwie­dza­nie mia­sta, które - jak prze­ko­ny­wała w li­ście ciotka Pola - o tej po­rze roku pre­zen­to­wało się wy­jąt­kowo pięk­nie.

Do­mek wy­glą­dał skrom­nie - po­bie­lone ściany, czer­wona da­chówka nad­gry­ziona zę­bem czasu. W ogro­dzie pu­sto - ani kur, ani świni. Kilka drzew ob­ro­śnię­tych do­okoła nie­równą trawą, tro­chę da­lej szopa, któ­rej drzwi ktoś nie do­mknął. W od­dali stały dwie nie­wiel­kie ja­błonki wy­da­jące czer­wone, doj­rzałe już owoce, a da­lej, w ką­cie ogrodu, roz­ro­sły się duże kasz­ta­nowce i lipy. Po­mię­dzy nimi było wi­dać dużą stud­nię osło­niętą przy­krywą zbitą z de­sek. Na ty­łach ogrodu, w miej­scu naj­mniej za­drze­wio­nym, za to ob­fi­tu­ją­cym w roz­ma­ite kwiaty, wzno­siła się dre­wut­nia. Ob­raz za­dba­nego ogrodu psuł tylko zgrzebny fo­tel ko­loru rdzy, umiesz­czony przy li­pach.

- Mimo wszystko ład­nie tu­taj - skwi­to­wał Ka­zi­mierz.

Wo­kół szcze­kały psy są­sia­dów i chyba to za­alar­mo­wało ciotkę Polę, bo naj­pierw po­ru­szyła się w oknie biała fi­ranka, a póź­niej na ty­łach domku jęk­nęły drew­niane drzwi i do furtki nie­uf­nie po­de­szła przy­sa­dzi­sta dama. Krót­kie brą­zowe loki ukryła pod ciem­no­nie­bie­ską chu­stą. Znie­cier­pli­wie­nie od­ma­lo­wało się na okrą­głej jak księ­życ twa­rzy.

- Kto­ście?

- Go­ście - od­parła Ania zdzi­wiona.

- Jacy go­ście?

- Cio­ciu, to ja, Ania.

Dama wy­ba­łu­szyła mo­dre oczy i prze­że­gnała się po­spiesz­nie, jakby wraz z przy­jaz­dem pary miały spaść na nią nie­szczę­ścia. Po­de­szła bli­żej, in­ten­syw­nie wpa­tru­jąc się w dziew­czynę, nie­zbyt grzecz­nie, i choć Ania wy­trzy­mała spoj­rze­nie, od­czuła, że nie są tu mile wi­dziani. Oso­bliwe po­wi­ta­nie zro­biło na niej przy­kre wra­że­nie. Byli prze­cież umó­wieni już od dawna, przy­naj­mniej w li­ście Pola za­pra­szała całą ro­dzinę do Gdań­ska, który - jak się wy­ra­ziła - "wkrótce znowu bę­dzie pol­ski".

- To na­prawdę ty! To na­prawdę moja mała Anu­sia...! Co się stało? Dla­czego tu przy­je­cha­li­ście?

Po­nie­waż Ani od­jęło mowę, wy­beł­ko­tała tylko kilka nie­zro­zu­mia­łych słów, które i tak zgi­nęły w gąsz­czu ubo­le­wań.

- I jak ja was przyjmę? Prze­cież nic dla was nie mam. Te­raz wszyst­kiego bra­kuje, na nic nie star­cza. Bie­dac­twa stru­dzone! Je­cha­li­ście taki ka­wał na marne. Mam tylko tro­chę chleba i zupę, ale i tym was przyjmę. W końcu gość w dom, Bóg w dom. A to twój mąż, Ka­zi­mierz, Aniu?

Obej­rzała wy­so­kiego męż­czy­znę na­zbyt wni­kli­wie, po czym po­dała mu dłoń do po­ca­łunku, pro­stu­jąc się nieco, bo za­uwa­żyła, że mąż Ani to nie byle kto, tylko ja­kaś in­te­li­gentna per­sona.

- Ka­zi­mierz War­szaw­ski, bar­dzo mi przy­jem­nie.

- Pola. Mo­żesz mó­wić do mnie "cio­ciu", bo my te­raz ro­dzina... Ale masz, Aniu, przy­stoj­nego męża, udał się, nie ma co! Wchodź­cie czym prę­dzej, za­raz po­dam coś do je­dze­nia i się roz­mó­wimy. Pew­nie nie do­szedł do was drugi list. Ten, który wy­sła­łam w kwiet­niu.

ROZ­DZIAŁ II

List, w któ­rym ciotka za­kli­nała ich, żeby nie przy­jeż­dżali, rze­czy­wi­ście nie do­tarł. Za­gu­bił się gdzieś po dro­dze, czemu Pola wcale się nie dzi­wiła - kiedy mia­sto le­gło w gru­zach, nic nie dzia­łało, poczta też.

- Mu­sia­łam wy­szu­kać prze­woź­nika, który do­star­czał li­sty na pocztę w Gdyni. Wcale a wcale mnie nie dziwi, że ten wiecz­nie pi­jany le­biega coś po­krę­cił. Pew­nie list na­wet nie tra­fił do Gdyni, to jak miał do­trzeć do Wilna. Ska­ra­nie bo­skie z tymi pi­ja­kami, ni­gdy nie wia­domo, co im strzeli do łba. Chce­cie wię­cej zupy?

Od­mó­wili, choć lu­ro­waty ka­pu­śniak ani tro­chę ich nie na­sy­cił. Ciotka miesz­kała jed­nak skrom­nie i wi­dać było, że na ży­cie zo­staje jej nie­wiele.

- Po­jedz­cie jesz­cze chleba, tego aku­rat mi nie zbrak­nie. I spa­nia u mnie do­syć, miesz­kam sama, od­kąd zmarł mój mąż. - W tym mo­men­cie Pola zwró­ciła się do Ka­zi­mie­rza, chcąc wy­ba­dać, ile wie o jej ro­dzi­nie.

Ania od­su­nęła pu­sty ta­lerz i ba­daw­czo spoj­rzała na ciotkę.

- To co było w tym li­ście?

- Ko­chana Aniu, czego tam nie było! O tym, czemu mia­sto jest w ru­inie, za gło­śno mó­wić nie można, więc tego byś w li­ście nie zna­la­zła. - Pola ści­szyła głos i na­chy­liła się kon­spi­ra­cyj­nie. - Ale ja wam po­wiem, że Niemcy ucie­kali stąd w po­pło­chu. Po piw­ni­cach się cho­wali, wiel­kie aryj­skie pa­ni­ska. Kun­dle. Ar­mia Czer­wona przy­szła i wy­zwo­liła mia­sto. Dla­tego tak te­raz wy­gląda. Ka­mień na ka­mie­niu nie zo­stał, Aniu. Ka­mień na ka­mie­niu.

Ostat­nie zda­nie po­wtó­rzyła zna­cząco i nie było wia­domo, czy jest wstrzą­śnięta, czy pełna po­dziwu.

- W każ­dym ra­zie w li­ście pi­sa­łam, że Gdańsk zo­stał do­szczęt­nie spa­lony i zbu­rzony. Dla­tego od­ra­dzi­łam przy­jazd, bo i ja sama te­raz mniej mogę dla was zro­bić. Po praw­dzie i tak się cie­szę, bo jest to praw­dziwe szczę­ście w nie­szczę­ściu, że przy­je­cha­li­ście tylko wy. Gdyby jesz­cze tu zje­chali Wa­len­tyna z twoim oj­cem i sio­strą, to by zupy nam nie star­czyło, a i ze spa­niem by­łoby kiep­sko.

- Mama nie chciała tu przy­je­chać za żadne skarby. Oj­ciec też nie.

- Ro­zu­miem ich do­sko­nale. Wam, mło­dym, świata się chce, ale oni już wro­śli, ko­rze­nie za­pu­ścili. Tam dla nich nie­bez­piecz­nie, ale zna­jomo. Tam cmen­tarz, gdzie twoi bra­cia leżą. Tam są­sie­dzi, tam zna­jome ulice.

Ania nie chciała wspo­mi­nać Wilna i ro­dziny. Za­ło­żyła so­bie, że przy­je­dzie do no­wego miej­sca, by w nie wro­snąć i by stało się dla niej i Ka­zi­mie­rza ostoją. Od ro­dzi­ców pra­gnęła się od­ciąć, sio­stry nie ro­zu­miała, na­wet tro­chę nią gar­dziła.

- Ma­ria się od­na­la­zła?

To py­ta­nie Pola za­dała z tro­ską w gło­sie, prze­czu­wa­jąc, że Anię może za­bo­leć prawda, którą za chwilę wy­po­wie.

- Tak, cio­ciu. Ma­ria nie żyje.

***

Tej nocy nie spali do­brze. Ania długo nie mo­gła za­snąć. Wpa­try­wała się w święte ob­razki po­wie­szone na ścia­nie i my­ślała. A im dłu­żej roz­pa­try­wała ich po­ło­że­nie, tym więk­sza go­ni­twa my­śli prze­ta­czała się przez jej głowę.

Na po­czątku trzeba było zna­leźć "kwa­te­ru­nek", jak okre­śliła to ciotka. Kwa­te­ru­nek miał im za­gwa­ran­to­wać nie­za­leż­ność, któ­rej tak pra­gnęli, bez niego nie mo­gli na­wet ma­rzyć o no­wym ży­ciu. Chcieli zna­leźć ja­kąś pracę, lecz Ania nie wi­działa żad­nych moż­li­wo­ści za­trud­nie­nia na tym ru­mo­wi­sku. Ciotka prze­ko­ny­wała co prawda, że praca się znaj­dzie, ba, jest jej mnó­stwo, ale trudno jej było wy­mie­nić kon­kretne po­sady. An­nie przy­po­mniały się słowa ciotki: "Pracy jest tu­taj na po­tęgę. Nie bój się, nie bę­dziesz mu­siała sprze­da­wać łach­ma­nów na gru­zach. Bie­dac­two, zo­ba­czy­łaś naj­gor­sze, ale to nie jest całe mia­sto, wszystko się roz­wija, idzie na­przód. Lu­dzie po­szu­kują za­trud­nie­nia i ja­koś je znaj­dują, to­bie i Ka­zi­kowi na pewno też się uda. Grunt to kwa­te­ru­nek, mu­si­cie zna­leźć miesz­ka­nie, bo o to co­raz trud­niej. Mnó­stwo no­wych lu­dzi przy­je­chało do mia­sta i za­sie­dla domy po Niem­cach. Na po­czątku było ich w bród, zo­stały ostat­nie. Ju­tro z rana wy­ru­szy­cie i coś znaj­dzie­cie. Trzeba się z tym spie­szyć, ko­niecz­nie!".

Do­cho­dziła druga. Ania ni­czego nie była już pewna. Le­żała bez snu, za­wi­nięta w koł­drę tak, że wy­sta­wały tylko szyja i chude oboj­czyki. Ple­cami do niej spał Ka­zi­mierz, tylko jego obec­ność ją uspo­ka­jała. Prze­ży­wali wszyst­kie nie­do­god­no­ści ra­zem, już od lat, i te­raz sta­wali przed ko­lejną wielką próbą, może naj­trud­niej­szą w ich do­tych­cza­so­wym wspól­nym ży­ciu.

- A je­śli tam nie bę­dzie for­te­pianu? - za­py­tał na­gle, nie od­wra­ca­jąc się.

Po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie.

- My­śla­łam, że śpisz.

Od­wró­ciła się i wtu­liła twarz w jego plecy, obej­mu­jąc ra­mio­nami nagi tors.

- Na pewno bę­dzie ja­kiś for­te­pian - wy­mru­czała nie­pew­nie. - Miesz­ka­nia stoją go­towe do za­sie­dle­nia. Po­dobno na­wet o za­stawę nie trzeba się kło­po­tać. Cio­cia mó­wiła, że Niemcy wszystko zo­sta­wiali i ucie­kali naj­wy­żej z jedną wa­lizką.

- Jak my.

- Tak jak my. Na pewno bę­dziesz miał for­te­pian. A jak nie, to za­ro­bimy na niego.

Ka­zik nieco się ob­ru­szył.

- Jak? For­te­pian to bar­dzo drogi in­stru­ment, a ja umiem tylko grać.

- Naj­wy­żej się naj­miesz gdzie in­dziej. Tylko na chwilę - do­dała po­spiesz­nie.

Wes­tchnął. Wie­działa, że Ka­zik ma wiel­kie aspi­ra­cje, gry­wał już wiele kon­cer­tów, ale to było w Wil­nie. Tam sza­no­wał go każdy, jego umie­jęt­no­ści chwa­lił sam Szpi­nal­ski. Dla­tego tak bar­dzo nie chciał wy­jeż­dżać, czuł, że w no­wym miej­scu nic na niego nie czeka, choć Ania wciąż mu po­wta­rzała, że do­bra gra obroni się sama. Wy­star­czy, że usią­dzie do for­te­pianu i za­gra so­natę h-moll Cho­pina, a wszę­dzie padną mu do stóp. Te­raz jed­nak nie była tego pewna. Oboje wi­dzieli, że w tym mie­ście lu­dzie nie po­trze­bują Cho­pina, lecz chleba, nie kul­tury - choćby na naj­wyż­szym po­zio­mie - tylko obiet­nicy prze­ży­cia.

- Nie my­śla­łaś, żeby wró­cić? Albo wy­je­chać gdzieś in­dziej?

- Je­śli nie uda się tu­taj, wy­je­dziemy do in­nego mia­sta. Ale do domu nie wrócę.

***

Rano Ka­zi­mierz umył się w wo­dzie za­czerp­nię­tej ze studni i ubrał sta­ran­nie, choć jego rze­czy były już nie­świeże. Za­wią­zał kra­wat - je­dyny szla­chetny do­da­tek, jaki trzy­mał w wa­lizce. Wziął do­ku­menty i z nie­po­ko­jem w sercu ru­szył na śnia­da­nie z ciotką Ani.

Dziś wszystko wi­dział bar­dziej opty­mi­stycz­nie, choć kosz­mary nocy nie ode­szły. Sprawa kwa­te­runku wy­da­wała się pro­sta - trzeba było za­jąć się tym na po­czątku, a naj­le­piej wy­szu­kać lo­kum, w któ­rym stał for­te­pian. Szczy­tem szczę­śli­wo­ści wy­da­wał mu się do­mek, może taki sam, a może nieco więk­szy niż ten cio­ciny. W każ­dym ra­zie za­mie­rzał wal­czyć o wszystko, bo nic w tym mie­ście nie miało jesz­cze wła­ści­ciela.

Przy her­ba­cie i chle­bie ze smal­cem wy­mie­nił z Polą kilka uprzej­mych uwag. Choć ją po­lu­bił, cią­gle czuł za­kło­po­ta­nie. Nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć na jej pełne ser­decz­no­ści po­cie­sze­nia. Wy­da­wała się tro­chę za­wsty­dzona tym, że drugi list nie do­szedł, jakby całe za­mie­sza­nie wy­nik­nęło z jej winy. Dla­tego ode­tchnął, gdy we­szła żona.

Miała w so­bie dużo szla­chet­no­ści, a te­raz, gdy upięła wy­soko dłu­gie, rude włosy, wy­raź­niej od­zna­czały się jej de­li­katne rysy. Duże zie­lone oczy osło­nięte rdza­wymi rzę­sami pa­trzyły na Ka­zi­mie­rza z wy­ra­zem de­ter­mi­na­cji. Ona też była go­towa na po­szu­ki­wa­nie miesz­ka­nia.

- Za­bra­li­śmy karty ewa­ku­acyjne i po­twier­dze­nie oby­wa­tel­stwa. Czy wiesz, gdzie mo­żemy pójść z do­ku­men­tami, cio­ciu? Jest tu ja­kiś urząd?

Na twa­rzy Poli za­go­ścił nie­śmiały uśmiech.

- Po co chce­cie iść do urzędu? Kwa­te­runku się tam nie za­ła­twi.

Ka­zi­mierz po­ru­szył się nie­spo­koj­nie.

- Jak to? W ta­kim ra­zie, jak to zro­bić?

- Naj­mi­lej by mi było, gdy­by­ście szu­kali na Oruni, przy mnie. Są tu jesz­cze wolne miesz­ka­nia, ale to dziel­nica nędzna. Ja je­stem przy­zwy­cza­jona, dla­tego domu ni­gdy bym nie za­mie­niła na żadne luk­susy, ale wy po­trze­bu­je­cie cze­goś lep­szego. Może Oliwa?

- Oliwa? A jak się tam do­sta­niemy, to co?

- Wcho­dzi­cie do ka­mie­nicy, którą so­bie upa­trzy­li­ście, szu­ka­cie drzwi, na któ­rych nie ma kar­teczki z na­zwi­skiem, tylko jest na­pis "za­jęte", wcho­dzi­cie i oglą­da­cie miesz­ka­nie, a jak wam się spodoba, zry­wa­cie wy­wieszkę i już.

Ania wy­glą­dała na zdez­o­rien­to­waną.

- I co, skoro za­jęte?

- I miesz­ka­cie.

- W za­ję­tym miesz­ka­niu? - za­py­tał Ka­zik.

- Dzieci moje, wi­dzi­cie prze­cież, że wszystko zo­stało po­sta­wione na gło­wie. Za­miast mia­sta ru­iny, za­miast ży­wych lu­dzi trupy. Jak jest wy­wieszka, że "za­jęte", to zna­czy, że wolne i można wcho­dzić. Do Oliwy nie do­je­dzie­cie, ale działa już tram­waj nu­mer je­den ze Śród­mie­ścia do Wrzesz­cza, to za­wsze bli­żej. Lu­dzie was po­pro­wa­dzą, jak zdej­miesz kra­wat, Ka­ziu. Bę­dziesz wy­glą­dać mniej ele­gancko, lu­dziom wo­kół się przy­jem­niej zrobi, że nie tylko oni cier­pią nę­dzę... Tak le­piej. Jesz­cze tro­chę włosy po­tar­gaj. Naj­le­piej wy­glą­dać na ko­goś nie­spełna ro­zumu.

Tego dnia słońce grzało mocno, chmury ode­szły. Do­tarli do Śród­mie­ścia i rze­czy­wi­ście, te­raz nikt już nie przy­glą­dał im się tak upo­rczy­wie. Im da­lej szli, tym więk­sze znisz­cze­nia na­po­ty­kali, sami zresztą czuli się zde­wa­sto­wani. Nie­prze­spana noc i nie­po­kój od­ci­snęły się na ich twa­rzach, ale mimo to wy­glą­dali zdro­wiej niż więk­szość prze­chod­niów.

Tym, któ­rzy szli z da­leka, bra­ko­wało już sił. Ko­biety i męż­czyźni prze­mie­rzali nie­raz kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów w po­szu­ki­wa­niu pracy, lep­szego kwa­te­runku, a przede wszyst­kim je­dze­nia. Na­sto­letni i młodsi chłopcy zbie­rali się w grupy i za­le­gali na naj­wyż­szych ku­pach ruin. Wy­glą­dali jak władcy świata spo­glą­da­jący z góry na pod­da­nych - kró­lo­wie cha­osu i de­mo­ra­li­za­cji. Cza­sem któ­ryś scho­dził do pod­da­nych i z wyż­szo­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla czło­wieka wiel­kiego ka­li­bru że­brał o pa­pie­rosa, ka­la­jąc przy oka­zji swój ję­zyk zdaw­ko­wymi "pro­szę" i "dzię­kuję".

Ania i Ka­zik oglą­dali przy­go­to­wa­nia do prac po­rząd­ko­wych. Już o świ­cie w Śród­mie­ściu ze­brała się chmara lu­dzi pra­gną­cych od­bu­do­wać mia­sto na swo­ich za­sa­dach. Tak, by było ta­kie samo, ale inne - nie­hi­tle­row­skie - za to rów­nie piękne lub na­wet wspa­nial­sze. I rze­czy­wi­ście, nie­kiedy spod gru­zów wy­ła­niały się drogi, mniej lub bar­dziej po­ra­nione przez ciężki sprzęt woj­skowy. Wio­dły na ra­zie do­ni­kąd, ta­ra­so­wane przez ko­lejne kupy ruin. Te ża­ło­sne bez­droża da­wały lu­dziom na­dzieję.

W końcu, pro­wa­dzeni przez lu­dzi, do­tarli do przy­stanku tram­wa­jo­wego. Ka­zi­mierz już zo­rien­to­wał się w no­wej sy­tu­acji i w du­chu przy­znał Poli ra­cję - bez kra­watu wy­glą­dał nie­dbale, ale upo­dab­niał się do in­nych. Wi­docz­nie taka pa­no­wała tu­taj za­sada: nie wy­róż­niać się, nie po­ka­zy­wać ani ma­nier, ani wy­kształ­ce­nia. Na uli­cach sły­szał różne gwary i dia­lekty. Pełno tu było Kre­so­wia­ków, war­sza­wiacy też mó­wili ina­czej. A wszyst­kich łą­czyło znisz­czone mia­sto, do któ­rego przy­by­wali, by wresz­cie za­znać spo­koju.

Ich cele były oczy­wi­ste. My­ślał o nich, kiedy je­chali tram­wa­jem w stronę za­jezdni we Wrzesz­czu. Nie­któ­rzy lu­dzie mieli su­rowe, zmę­czone twa­rze - oni naj­praw­do­po­dob­niej już zna­leźli swoje miej­sce na ziemi. Nie opu­ści­liby go, choćby przy­szło im bić się na śmierć i ży­cie. Zresztą już nie­raz to­czyli małe wojny i z re­guły je prze­gry­wali.

Sie­dzieli też w tram­waju tacy, któ­rzy się śmiali, hu­mory im do­pi­sy­wały. Je­chali ucie­szeni po­śród prze­su­wa­ją­cego się za oknem kra­jo­brazu peł­nego sza­rych ru­mo­wisk. Byli wśród nich nie­uczciwi i stale pi­jani, ale nikt się tym nie przej­mo­wał. Jedni mieli lep­sze ubra­nia, inni gor­sze, wszy­scy jed­nak czymś się wy­róż­niali: cza­sem ak­cen­tem, a cza­sem stro­jem.

I była też trze­cia grupa, do któ­rej Ka­zik za­li­czył sie­bie i żonę - za­nie­po­ko­jeni. Dla nich Gdańsk miał być no­wym do­mem, ale oka­zało się, że naj­pierw trzeba ten dom zbu­do­wać. Per­spek­tywa, przed którą stali, na­pa­wała ich lę­kiem, a także przy­pra­wiała o po­tworne zmę­cze­nie.

***

- Ro­dzina Miecz­kow­skich, Pa­siaki, Sło­nim­scy, Schwarz, Goj­dek. O, "za­jęte". Wcho­dzimy?

Oliwa za­chwy­ciła ich dzie­wi­czą przy­rodą i mo­re­no­wymi wzgó­rzami roz­cią­ga­ją­cymi się aż po ho­ry­zont, ale roz­cza­ro­wała małą liczbą wol­nych miesz­kań. Obe­szli już ka­mie­nice i zna­leźli tylko kilka naj­gor­szych, ciem­nych kli­tek bez okna w kuchni. W efek­cie jedno miesz­ka­nie za­re­zer­wo­wali pre­wen­cyj­nie, to jest na­pi­sali na kartce swoje na­zwi­ska i przy­kle­ili ją do drzwi. Mimo to szu­kali da­lej.

Klamka ła­two ustą­piła, oczom Ani i Ka­zika uka­zał się nie­wielki, po­kryty pa­ję­czy­nami przed­po­kój. Przez chwilę stali w progu, nie­pew­nie spo­glą­da­jąc do wnę­trza, jakby za­raz ktoś miał wyjść i po­go­nić ich z lo­kum. Za każ­dym ra­zem, gdy wcho­dzili do miesz­kań, czuli się jak wła­my­wa­cze. Ucie­ka­jący Niemcy rze­czy­wi­ście po­zo­sta­wili wszystko na miej­scu, włącz­nie ze sprzę­tem ku­chen­nym i ko­sme­ty­kami. Z ła­two­ścią można było stwier­dzić, kto za­sie­dlał ka­mie­nice. Wnę­trza pre­zen­to­wały go­ściom swoje ta­jem­nice - za­bawki, lekko za­ku­rzone za­stawy sto­łowe, kre­densy opa­trzone dzier­ga­nymi ręcz­nie ser­wet­kami.

Po­wi­tał ich prze­stronny sa­lon. Przez duże od­sło­nięte okna wpa­dało słońce.

- Zo­bacz, ni­czego nie roz­kra­dli, jest na­wet sin­ger.

Po­czciwa ma­szyna do szy­cia stała na biurku w ką­cie. Nieco da­lej lo­ka­to­rzy umie­ścili bi­blio­teczkę - gdy Ania przyj­rzała się ty­tu­łom, za­uwa­żyła, że wszyst­kie są po nie­miecku.

- Jest i on.

Ka­zik prze­mie­rzył po­kój i usiadł do for­te­pianu, który wy­da­wał mu się w tej chwili wy­ba­wie­niem, bo­skim zna­kiem pły­ną­cym pro­sto z nie­bios. Za­mknął oczy i de­li­kat­nie mu­snął kla­wia­turę; czy­sty dźwięk roz­szedł się po po­miesz­cze­niu. Za­chę­cony za­grał kilka ko­lej­nych nut, a póź­niej w po­koju roz­brzmiał no­stal­giczny Wio­senny walc. Cho­ciaż Ania nie lu­biła, kiedy wy­ko­ny­wał zbyt sen­ty­men­talne utwory, tym ra­zem stała w mil­cze­niu, chło­nąc piękno me­lo­dii. Po­my­ślała, że ich ży­cie tu­taj mo­głoby się udać, w tym miesz­ka­niu dzie­li­liby się ra­do­ściami i smut­kami.

Gdy Ka­zi­mierz nie­spiesz­nie wy­gry­wał me­lo­dię, roz­glą­dała się z za­cie­ka­wie­niem, pla­nu­jąc, które oleo­druki zo­sta­wić, a które sprze­dać. Po­kój był na tyle duży, że prócz biurka i for­te­pianu mie­ścił się w nim jesz­cze duży stół z sze­ścioma krze­słami obi­tymi ak­sa­mi­tem oraz po­kaź­nych roz­mia­rów kre­dens. Przy drzwiach stała zie­lon­kawa plu­szowa sofa w róże ko­loru wy­bla­kłej ma­genty.

Zaj­rzała do ła­zienki, sy­pialni i kuchni - wszyst­kie sprzęty na miej­scu. Za­stawa wy­da­wała się kom­pletna; oprócz garn­ków i roz­ma­itych ta­le­rzy, rów­nież mniej­szych - de­se­ro­wych - Ania zna­la­zła pół­mi­ski i białą, por­ce­la­nową so­sjerkę. Ob­rusy le­żały w sy­pial­nia­nym kre­den­sie, a w ła­zien­ko­wej szu­fla­dzie były my­dła, szczotki i pro­szek do pra­nia.

Ka­zik zaj­rzał do ła­zienki.

- Je­śli się zga­dzasz, to bę­dzie nasz kwa­te­ru­nek.

***

Wrze­sień przy­niósł im uko­je­nie. Ania zna­la­zła pracę przy sprze­daży ryb, więc co­dzien­nie rano uda­wała się do Wrzesz­cza. Wie­działa już, że w punk­tach roz­dziel­czych za ostem­plo­wane kartki można do­stać świeży chleb, ziem­niaki i cu­kier, a z pracy cza­sem pod­kra­dała ryby. Tylko mięsa ni­g­dzie nie było, a je­śli już, to wy­łącz­nie u wiej­skich ko­biet han­dlu­ją­cych przy gru­zo­wi­skach. Ania nie ku­po­wała tam ni­czego, bo uliczne sprze­daw­czy­nie ob­wi­niano o epi­de­mię ty­fusu.

W gdań­skiej rze­czy­wi­sto­ści co­raz le­piej od­naj­do­wał się też Ka­zik. Z miesz­ka­nia na Pia­stow­skiej wy­cho­dził pod wie­czór i w pry­mi­tyw­nym lo­kalu, do któ­rego scho­dziły się męty z Oliwy i oko­licz­nych dziel­nic, wy­gry­wał pro­ste me­lo­die. Miej­sce to na­zy­wało się uro­czo, bo Nad Wy­brze­żem i było le­d­wie skle­coną ka­wiar­nio-re­stau­ra­cją. Wcze­śniej po­dobno funk­cjo­no­wała tam ka­wiar­nia - tylko tyle Ka­zi­mierz się do­wie­dział o tym lo­kalu. Po­nie­waż jed­nak po­trze­bo­wał za­trud­nie­nia, a w re­stau­ra­cji smęt­nie bu­twiało pia­nino, na­jął się na mu­zyka.

- Długo pan tu pew­nie nie po­pra­cu­jesz. Wszystko za­bie­rają i pry­wa­ty­zują - za­kpił szef.

A jed­nak pracę dał i od tej pory ab­sol­went Kon­ser­wa­to­rium Wi­leń­skiego grał do ko­tleta, co za­czął uwa­żać za ujmę do­piero po mie­siącu pracy.

We wrze­śniu na li­stowne za­pro­sze­nie Ka­zika przy­je­chał jego brat Kon­stanty War­szaw­ski i było to dla mał­żeń­stwa wy­da­rze­nie wiel­kiej rangi. Zwłasz­cza Ania już ty­dzień wcze­śniej cho­dziła roz­go­rącz­ko­wana. Chciała po­ka­zać szwa­growi Oliwę - ich nowy dom - oraz miesz­ka­nie urzą­dzone co prawda w stylu nie­miec­kim, ale ich, wła­sne, do któ­rego na­byli prawo przez za­sie­dze­nie.

Nie był to je­dyny po­wód. Ania uwa­żała, i była tego pewna, że Kon­stanty ni­gdy nie da­rzył jej sym­pa­tią. Nie przej­mo­wała się tym zbyt­nio, po­cie­sza­jąc się, że za nią nie prze­pada jedna osoba, a za Kon­stan­tym nikt. Ile­kroć po­ja­wiał się obok niej, wy­czu­wała aurę wro­go­ści, ale też ta­jem­nicy. Brat jej męża po pro­stu taki był - nikt nie po­tra­fił się do niego zbli­żyć i Ania wcale nie dzi­wiła się, że skoń­czył jako ka­wa­ler.

Dla­tego kiedy nad­szedł dzień od­wie­dzin i Kon­stanty sta­nął w progu oliw­skiego miesz­ka­nia, Ania ska­mie­niała.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się chłodno.

Spoj­rzała w jego po­nure oczy, tak po­dobne, a za­ra­zem inne od oczu jej męża.

- Dzień do­bry, Ko­stek. Wejdź, pro­szę. Ocze­ku­jemy cię z nie­cier­pli­wo­ścią, twój brat nie mógł się do­cze­kać.

Może jej się zda­wało, a może rze­czy­wi­ście iro­niczny uśmie­szek na chwilę wy­krzy­wił usta szwa­gra.

Wszedł do miesz­ka­nia. Ani je­den gry­mas nie po­ja­wił się na jego twa­rzy - ani po­dziwu, ani zło­śli­wo­ści. Po pro­stu roz­glą­dał się spo­koj­nie, choć można było przy­siąc, że nad czymś usil­nie my­śli.

- Ka­zik. - Uśmiech­nął się wresz­cie szcze­rze na wi­dok brata. - Czy ty cza­sem nie przy­ty­łeś? Do­brze ci robi gdań­ski kli­mat.

Ania po­dała her­batę. Nie­stety, mu­siała uczest­ni­czyć w roz­mo­wie, choć bar­dzo chciała się z niej wy­mi­gać. Kon­stanty przez chwilę mó­wił, jak mu się żyje w War­sza­wie. Wy­ru­szył wcze­śniej­szym trans­por­tem z Wilna, kiedy za­częły się po­ważne re­pre­sje wo­bec pol­skiej lud­no­ści, czyli w grud­niu. Za­pewne nikt za nim nie tę­sk­nił, może tylko tro­chę matka. Dla­tego mógł do­ko­nać wszyst­kiego, po­je­chać tam, gdzie mu się za­ma­rzy, i wy­da­wał się z tego po­wodu bar­dzo za­do­wo­lony. Wbrew po­zo­rom Ania czę­sto o nim my­ślała i kiedy ana­li­zo­wała cha­rak­ter Kon­stan­tego oraz jego re­la­cje to­wa­rzy­skie, ro­biło jej się smutno.

Pa­trzyła na niego ukrad­kiem. Mó­wił ci­cho, po­waż­nie. Ani na chwilę nie zmie­niał tonu głosu, na­wet gdy żar­to­wał. W jego twa­rzy i po­sta­wie wi­dać było po­są­go­wość cha­rak­te­ry­styczną dla ro­dziny War­szaw­skich. Jed­nak oczy Ka­zi­mie­rza uśmie­chały się ser­decz­nie - i nie uj­mo­wało im to szla­chet­no­ści - a Kon­stan­tego po­zo­sta­wały zimne.

- Po­lu­bi­łeś tę swoją War­szawę - za­gad­nął cie­pło Ka­zik.

- Nie­prawda. War­sza­wiacy są na­dęci, uwa­żają, że wszystko, co było do prze­ży­cia, prze­żyli i wszystko wie­dzą naj­le­piej. War­sza­wia­kowi utrzesz nosa, to się za­raz ob­razi, nie­raz to wi­dzia­łem. Mam po dziurki w no­sie tej ma­nii wiel­ko­ści, dla­tego ja­kiś czas temu po­sta­no­wi­łem, że chęt­nie się prze­niosę. Tu­taj.

Ania nie była je­dyną osobą, któ­rej na nie­ocze­ki­wane wy­zna­nie Kon­stan­tego ści­snęło się serce. Tro­chę ją ono prze­stra­szyło, cho­ciaż zwy­kle to­wa­rzy­szyła jej od­waga - Ko­stek sku­tecz­nie po­tra­fił ją stłam­sić. Co gor­sza, nie wie­działa dla­czego, więc nie umiała się przed tym obro­nić. Te­raz po­my­ślała tylko to, co zwy­kle w po­dob­nych chwi­lach - wi­leń­skie sta­ro­winy miały ra­cję, mó­wiąc, że w bra­cie Ka­zi­mie­rza tkwi coś groź­nego.

- Tu­taj... z nami? - Ka­zik zmarsz­czył brwi.

- Nie, nie - za­pew­nił od razu jego brat i spoj­rzał prze­lot­nie na Anię. - W Gdań­sku, po pro­stu. Po­doba mi się ta zbie­ra­nina lu­dzi. Każdy inny, każdy każ­dego oce­nia po swo­jemu. Chaos i ba­ła­gan, ale jakże in­te­re­su­jący! I Kre­so­wia­ków dużo, bę­dzie z kim in­te­resy ro­bić. Po­trze­buję się tu za­ko­rze­nić, na pewno będę was od­wie­dzał.

- Wspa­niale - skła­mała Ania. - My­ślę, że to mia­sto do cie­bie pa­suje.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki