Bezbronna istota - Anton Czechow

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bezbronna istota

Nie bacząc na silny atak podagry w nocy i wynikające stąd zdenerwowanie, Kistunow rano udał się do biura i najgorliwiej zaczął przyjmować interesantów banku. Wyraz twarzy miał ponury i zmęczony, ledwo był zdolny mówić, ledwo oddychał - jakby niebawem miał spocząć w grobie.

- Czem mogę służyć? - zwrócił się do kobiety w przedpotopowej salopie, której forma ztyłu przypominała niby chrabąszcza. - Proszę Waszej Ekscelencji - zaczęła prędko trajkotać nieznajoma - mój mąż, asesor kolegjalny Szczukin, chorował pięć miesięcy i gdy, z przeproszeniem pańskiem, leżał w domu i leczył się, bez żadnej przyczyny dano mu dymisję, a kiedy przyszłam po pensję, to proszę Waszej Ekscelencji, wytrącili mu z pensji dwadzieścia cztery ruble trzydzieści sześć kopiejek. - "Za co?" - pytam. - "A bo on brał pieniądze z kasy wzajemnej pomocy i koledzy za niego poręczyli". - Co takiego?... Czy on miał prawo brać bez mego pozwolenia?... To niemożliwe, proszę pana. Cóż to znaczy?... Jestem biedna kobieta i żyję z lokatorów... Jestem słaba, bezbronna istota... Wszyscy mnie krzywdzą i nikt mi dobrego słowa nie powie. Petentka zaczęła mrugać oczyma i szukać chustki w salopie. Kistunow wziął od niej podanie i uważnie je przeczytał. - Co to jest takiego, proszę pani? - wzruszył ramionami - nic nie rozumiem! Widocznie łaskawa pani mylnie trafiła. Prośba pani zupełnie nas nie dotyczy. Niech się pani zwróci do instytucji, w której mąż jej pracował. - Ach, drogi panie, byłam już w pięciu miejscach i nigdzie nawet nie chciano przyjąć podania - odpowiedziała Szczukina. - Już głowę straciłam, nie wiedząc, co czynić, ale zięć mój, niech mu Bóg da zdrowie, poradził mi udać się do pana: - "Niech się mamusia zwróci do pana Kistunowa - to jest człowiek wpływowy, może dla mamusi wszystko zrobić". - Niechże mi Wasza Ekscelencja pomoże! - Nic nie możemy dla pani zrobić. Zechciej pani zrozumieć: mąż pani, o ile miarkuję, pracował w wydziale wojskowo-lekarskim, a nasza instytucja jest zupełnie prywatna, handlowa, to jest bank. Czy pani tego nie rozumie? Kistunow jeszcze raz wzruszył ramionami i zwrócił się do następnego interesanta ze spuchniętym policzkiem, w wojskowym uniformie. - Wasza Ekscelencjo - poczęła na nowo Szczukina żałosnym głosem swoje wywody. - Mąż mój był istotnie chory i mam na to świadectwo lekarskie. Oto jest, niech pan spojrzy. - Doskonale, wierzę pani - mocniej rozdrażniony, odparł Kistunow - ale powtarzam, to nas nie dotyczy. Dziwna i nawet śmieszna historja! Czy mąż pani nie wie, dokąd się trzeba zwracać? - On, Wasza Ekscelencjo, nic nie wie i tylko powtarza ciągle wkółko: - "Nie twoja sprawa, wynoś się!..." - A czyjaż to sprawa?!... Przecież na moim karku siedzi! Na moim! Kistunow znowu zwrócił się do Szczukinej i począł jej tłumaczyć, jaka jest różnica między wydziałem wojskowo-lekarskim a prywatnym bankiem. Słuchała uważnie, potakiwała głową, wkońcu zaś rzekła: - Tak, tak, tak... rozumiem, proszę pana. W takim razie niech Ekscelencja każe mi wydać chociażby piętnaście rubli. Gotowa jestem wziąć nie wszystko odrazu... - Uf... - odetchnął ciężko Kistunow, odrzuciwszy głowę wtył. - Nie można pani wbić w głowę tego, co mówię! Niechże pani zrozumie nareszcie, że zwracać się do nas z taką prośbą, jest to to samo, co naprzykład, składać podanie o rozwód w aptece albo w mennicy. Pani nie dopłacili, tak, to prawda, ale nas to obchodzi? - Wasza Ekscelencjo, przez całe życie będę się za pana modliła, zlituj się pan nad biedną sierotą! - zaczęła płakać Szczukina. - Jestem kobieta bezsilna i bezbronna... Ledwo żyję... Z lokatorami po sądach się włócz, za męża się staraj i wedle gospodarstwa biegaj, a tu jeszcze do spowiedzi się szykuję i zięć bez posady... Tylko się zdaje, że jem i piję, a ledwo na nogach się trzymam... Całą noc nie spałam... Kistunow poczuł, jak mu serce bije. Zrobił minę męczennika, przyłożył rękę do serca i począł znowu jeszcze raz to samo tłumaczyć Szczukinej, ale głos mu się zerwał...
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI