Bez tchu - Jennifer Niven

-
Proszę czekać

8 dni do końca szkoły

Otwie­ram oczy zaplą­tana w pościel, książki leżą na pod­ło­dze grzbie­tami do góry. Bez patrze­nia na zega­rek wiem, że jestem spóź­niona. Wyska­kuję z łóżka, jedną nogą wciąż zamo­tana w prze­ście­ra­dło, i ląduję na twa­rzy. Leżę tak chwilę. Zamy­kam oczy. Zasta­na­wiam się, czy mogę uda­wać, że zemdla­łam, i prze­ko­nać mamę, by pozwo­liła mi olać dziś szkołę i zostać w domu.

Bar­dzo tu spo­koj­nie na pod­ło­dze.

Ale też tro­chę śmier­dzi. Otwie­ram oko i widzę coś na dywa­nie. Pew­nie jakiś koci sma­ko­łyk Raya. Odwra­cam głowę, po dru­giej stro­nie jest tro­chę lepiej, ale zaraz sły­szę dźwięk klak­sonu. Tata.

Zry­wam się więc, bo wiem, że będzie wci­skać ten głupi klak­son, aż znajdę się w samo­cho­dzie. Nie umiem zna­leźć jed­nej książki i jed­nego buta, mam złe włosy i złe ciu­chy, a przede wszyst­kim ja czuję się źle we wła­snej skó­rze. Szkoda, że nie uro­dzi­łam się Fran­cuzką. Gdy­bym nią była, wszystko byłoby super: była­bym wytworna oraz non­sza­lancka i jeź­dzi­ła­bym do szkoły na rowe­rze, takim z koszy­kiem. Gdy­bym miesz­kała w Paryżu zamiast w Mary Grove w Ohio, te bale­riny lepiej by paso­wały do tej spód­nicy, włosy nie byłyby takie straszne, w ogóle ja sama była­bym bar­dziej do rze­czy.

Gra­molę się do pokoju rodzi­ców. W sza­fie mamy panują ład i porzą­dek, ale bra­kuje tam dys­cy­pliny wła­ści­wej sza­fie taty, gdzie wszystko jest czarne, szare lub gra­na­towe, poukła­dane kolo­rami, któ­rych tata nie odróż­nia. W ten spo­sób nie musi cią­gle pytać "to zie­lony czy brą­zowy?". Szpe­ram na gór­nej półce i po szu­fla­dach, szu­ka­jąc kon­kret­nej koszulki - sta­rego tiszertu z Nirvaną. Zawsze go pod­kra­dam, a tata pod­krada go z powro­tem. Ale teraz ni­gdzie go nie ma.

Staję w drzwiach i krzy­czę w kie­runku scho­dów do mamy:

- Gdzie jest koszulka taty z Nirvaną?! - Zde­cy­do­wa­łam, że dzi­siaj ta albo żadna.

Cze­kam dwie, trzy, potem cztery sekudy, ale jedyną odpo­wie­dzią jest kolejny dźwięk klak­sonu. Wpa­dam do swo­jego pokoju, chwy­tam pierw­szą lep­szą koszulkę i prędko wkła­dam, cho­ciaż nie nosi­łam jej od wcze­snej pod­sta­wówki. Świnka Piggy w bro­ka­cie.

W drzwiach mama mówi:

- Przy­jadę po cie­bie, jeśli Saz nie będzie mogła cię przy­wieźć.

Moja mama jest zapra­co­waną i znaną pisarką, autorką powie­ści histo­rycz­nych, w ogóle róż­nych ksią­żek zwią­za­nych z histo­rią, ale zawsze ma czas dla mnie. W zeszłym roku prze­ro­bi­li­śmy dla niej pokój gościnny na pra­cow­nię. Tata spę­dził dwa dni, budu­jąc wyso­kie do sufitu regały na jej ogromny księ­go­zbiór badaw­czy.

Musiała coś dostrzec w mojej twa­rzy, bo kła­dzie mi rękę na ramie­niu i mówi:

- Hej, będzie dobrze.

Ma na myśli moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę Suzanne Bak­shi (znaną jako Saz) i mnie - że dalej będziemy się przy­jaź­nić, cho­ciaż szkoła się koń­czy, idziemy na stu­dia i w ogóle zaczy­namy całe to przy­szłe życie. Czuję, jak cie­pła, kojąca ener­gia mamy osiada mi na ramie­niu niczym ptak na drze­wie, potem przez ręce wnika w całe moje ciało aż do krwio­biegu. To jedna z tych rze­czy, które mama potrafi dosko­nale: każ­demu popra­wia samo­po­czu­cie.

W samo­cho­dzie widzę, że tata ma pod mary­narką koszulkę Radio­head, co ozna­cza, że Nirvana jest w pra­niu. Notuję z tyłu głowy, żeby wydo­być ją stam­tąd po powro­cie w celu wło­że­nia na imprezę dziś wie­czo­rem.

Przez pierw­sze trzy, cztery minuty nie roz­ma­wiamy, ale to nor­malne. W odróż­nie­niu od mamy nie jeste­śmy z tatą ran­nymi ptasz­kami i w dro­dze do szkoły lubimy trwać w czymś, co on nazywa "towa­rzy­ską ciszą", a czego Saz nie uznaje i dla­tego wła­śnie nie jeż­dżę z nią.

Gapię się przez szybę na niskie ciemne chmury, które jak żałob­nicy gro­ma­dzą się nad kole­dżem, gdzie tata pra­cuje w admi­ni­stra­cji. Nie zapo­wia­dali desz­czu, ale wygląda, jakby miało padać, co mnie mar­twi ze względu na dzi­siej­szą imprezę u Trenta Dugana. Week­endy zazwy­czaj spę­dzam z Saz, jeż­dżąc po mie­ście i szu­ka­jąc roz­rywki, ale ten week­end ma być inny. Ostat­nia ofi­cjalna impreza przed koń­cem roku i szkoły w ogóle.

Tata mija liceum i zjeż­dża przez most na ulicy Głów­nej do cen­trum Mary Grove, na które składa się jakieś dzie­sięć prze­cznic skle­pów wzdłuż bru­ko­wa­nych ulic, nazy­wa­nych tu Pro­me­nadą. Ze zgrzy­tem zatrzy­muje się przy zachod­nim krańcu ulicy, gdzie prze­cho­dzi ona w zaułek kocich łbów oraz fon­tann, i bie­gnie do ciast­karni Joy Ann, pod­czas gdy ja wysy­łam Saz zdję­cie szyldu z pyta­niem: Kogo lubisz naj­bar­dziej?

Odpo­wiada natych­miast: Cie­bie!

Dwie minuty póź­niej tata leci z powro­tem do samo­chodu, trium­fal­nie wzno­sząc białą torbę. Wsiada, zatrza­skuje drzwi i rzuca mi torbę z naszym sta­łym zesta­wem: cze­ko­la­dowa babeczka dla Saz i pół kilo mar­ga­re­tek dla nas dwojga, które pochła­niamy w dro­dze do szkoły. To nasz sekretny poranny rytuał, odkąd skoń­czy­łam dwa­na­ście lat.

Zaja­dam, patrząc na ciemne chmury.

- Chyba będzie padać.

- Nie będzie - mówi tata. Kie­dyś podob­nym tonem powie­dział: "Nie ude­rzy cię" o Damia­nie Gre­enie, który w trze­ciej kla­sie gro­ził, że wal­nie mnie w twarz, bo nie pozwo­li­łam mu od sie­bie ścią­gać. "Nie ude­rzy cię" - a zna­czyło to tyle, że tata przyj­dzie do szkoły, jeśli zaj­dzie potrzeba, i sam wal­nie Damiana, ponie­waż nikt nie będzie zadzie­rał z jego córeczką, nawet ośmio­la­tek.

- Ale chyba będzie - mówię tylko po to, by jesz­cze raz usły­szeć ten opie­kuń­czy ton, który nasuwa mi na myśl czasy, gdy mia­łam pięć, sześć, sie­dem lat i tata nosił mnie jesz­cze wszę­dzie na barana.

- Nie będzie - powta­rza tata.

Na pierw­szej lek­cji mam naukę twór­czego pisa­nia. Po zaję­ciach pan Russo, nauczy­ciel, zatrzy­muje mnie i mówi:

- Jeśli naprawdę chcesz pisać, w co wie­rzę, będziesz musiała wszystko z sie­bie wyrzu­cić, wysta­wić na widok, żeby­śmy mogli poczuć to co ty. Wydaje się, że wciąż coś dusisz w sobie, Clau­dine.

Ma też dla mnie kilka cie­płych słów, ale zapa­mię­tam tylko to: wydaje mu się, że nie potra­fię czuć. Cie­kawe, jak łatwo zapa­mię­tu­jemy złe rze­czy, a te dobre cza­sem gdzieś gubimy. Opusz­czam klasę, mówiąc sobie, że pan Russo zupeł­nie mnie nie zna i nie wie, co potra­fię. Nie ma poję­cia, że pra­cuję nad swoją pierw­szą powie­ścią i że kie­dyś będę sławną pisarką, że poma­gam mamie w jej pisar­skich przy­go­to­wa­niach, odkąd skoń­czy­łam dzie­sięć lat, i że wtedy też zaczę­łam pisać opo­wia­da­nia. Nie wie, że w nich wła­śnie wyrzu­cam z sie­bie wszystko.

W dro­dze na trze­cią lek­cję zatrzy­muje mnie przy szafce Shane Wal­ler, chło­pak, z któ­rym cho­dzę pra­wie od dwóch mie­sięcy.

- Przy­je­chać po cie­bie przed imprezą Trenta?

Shane ład­nie pach­nie i potrafi być zabawny, jeśli włoży w to tro­chę wysiłku. Te cechy do spółki z moimi buzu­ją­cymi hor­mo­nami odpo­wia­dają za to, że jeste­śmy razem.

- Jadę z Saz - odpo­wia­dam - ale zoba­czymy się na miej­scu.

Shane'owi to pasuje, bo odkąd skoń­czy­łam pięt­na­ście lat, tata każe wszyst­kim chło­pa­kom cze­kać na mnie na zewnątrz, nawet w środku zabój­czej zimy typo­wej dla Ohio. To dla­tego, że sam był kie­dyś nasto­let­nim chło­pa­kiem i wie, co im cho­dzi po gło­wie. A przede wszyst­kim chce, by oni wie­dzieli, że on wie, co im cho­dzi po gło­wie.

- No to do zoba­cze­nia, mała - odzywa się Shane.

A ja, chcąc udo­wod­nić sobie, panu Russo i całemu liceum w Mary Grove, że jestem żywą i pełną emo­cji osobą, robię coś, czego ni­gdy nie robi­łam: całuję go na środku kory­ta­rza.

Kiedy odry­wamy się od sie­bie, czuję jego oddech przy uchu, gdy mówi:

- Nie mogę się docze­kać.

Wiem, że myśli - ma nadzieję - że będziemy upra­wiać seks. Od dwóch mie­sięcy liczy, że w końcu znu­dzi mi się dzie­wic­two i "oddam je" jemu. (Tak to okre­śla - jak gdyby moje dzie­wic­two sta­no­wiło jego wła­sność).

Mówię o tym Saz przy lan­czu, a ona zanosi się home­ryc­kim śmie­chem, zarzu­ca­jąc ciem­nymi wło­sami i wzno­sząc toast butelką wody:

- Powo­dze­nia, Shane!

Obie wiemy, że jest tylko jeden chło­pak w Mary Grove w sta­nie Ohio, z któ­rym chcia­ła­bym prze­żyć swój pierw­szy raz, i nie jest nim Shane Wal­ler. Cho­ciaż powta­rzam sobie, że może pew­nego dnia Shane powie coś szcze­gól­nie zabaw­nego, a ja tak bar­dzo zatracę się w jego zapa­chu, że zmie­nię zda­nie i jed­nak się z nim prze­śpię. Nie sądzę, by Shane był tym jedy­nym, ale cza­sem chcia­ła­bym, by nim był.

Mniej wię­cej coś takiego wyra­żam na głos:

- Ni­gdy nie wia­domo, potrafi być naprawdę zabawny.

- Potrafi być tro­chę śmieszny - odpo­wiada Saz, zbie­ra­jąc i przy­trzy­mu­jąc nad głową bujne, pro­ste włosy, które uważa za dopust boży i które na prze­mian ścina i zapusz­cza.

- Byłoby tak źle, gdyby to był on?

- Tak - mówi nasza przy­ja­ciółka Alan­nis Vega-Tor­res i rzuca się na krze­sło obok mnie. Wyj­muje z ple­caka napój gazo­wany, bato­nik pro­te­inowy i kilka gumek do wło­sów, które wrę­cza Saz. - A tak przy oka­zji, nie liczy się jako utrata dzie­wic­twa, jeśli nie prze­rwie ci błony dzie­wi­czej. Ja za pierw­szym razem krwa­wi­łam jak pro­się.

- Nie­prawda - mówię. - Błona dzie­wi­cza wcale nie pęka, jest to szko­dliwy i głupi mit. Nie każda krwawi, powiem wię­cej, nawet nie wszyst­kie dziew­czyny mają błonę dzie­wi­czą. Nie bądź taka hete­ro­nor­ma­tywna. Dzie­wic­two to durny patriar­chalny wymysł.

Saz pod­nosi rękę, a ja przy­bi­jam z nią piątkę. Ale cho­ciaż wie­rzę w to, co mówię, bar­dzo chcę już upra­wiać seks. Już w sen­sie teraz.

Nasza przy­ja­ciółka Mara Choi siada naprze­ciw Alan­nis. Ma na sobie krzywo zapięty kar­di­gan, a z jej ple­caka wysy­pują się tam­pony i szminki, ponie­waż Mara żyje w sta­nie per­ma­nent­nego cha­osu z wyjąt­kiem chwil, które spę­dza ze swoją poukła­daną kore­ań­ską bab­cią. Znika teraz pod sto­łem, zbie­ra­jąc roz­sy­pane rze­czy.

- Cie­ka­wostka - mówi. - Wie­dzia­ły­ście, że można sobie zamó­wić błonę dzie­wi­czą w necie? Jest taka strona o nazwie Hymen, gdzie twier­dzą, że mogą ci zwró­cić błonę dzie­wi­czą w pięć minut. - Mara nur­kuje po tele­fon i zaczyna szu­kać w prze­glą­darce.

- Poważ­nie? - Saz patrzy na mnie z wyra­zem twa­rzy mówią­cym "Ach, te dwie!". Rzu­cam jej poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, a Mara zaczyna czy­tać ze strony Hymen:

- Piszą tu, że uży­wają medycz­nego czer­wo­nego barw­nika, który wygląda jak ludzka krew. A! I jesz­cze że są "ory­gi­nalną i spraw­dzoną marką pro­du­ku­jącą sztuczne błony dzie­wi­cze".

- Nie­źle, być zna­nym z cze­goś takiego - komen­tuje Saz.

- To jesz­cze nic - mówi Alan­nis. - Czy­ta­łam, że dziew­czyny w Chi­nach płacą sie­dem­set dola­rów za chi­rur­giczne rekon­struk­cje dzie­wic­twa.

Prze­ry­wam jedze­nie, bo cho­ciaż mam obse­sję na punk­cie seksu, pomysł, że można wyce­nić dzie­wic­two, wydaje mi się, łagod­nie rzecz ujmu­jąc, nie­do­rzeczny.

- Ta cała kon­cep­cja dzie­wic­twa jest po pro­stu prze­sta­rzała - stwier­dzam. - Tak jakby liczył się tylko seks wagi­nalny mię­dzy kobietą i męż­czy­zną. Tym­cza­sem jakieś dwa­dzie­ścia pro­cent Ame­ry­ka­nów czuje, że mie­ści się gdzieś poza zde­cy­do­waną hete­ro­sek­su­al­no­ścią. Dla­czego więc jeste­śmy wciąż zafik­so­wani na punk­cie pierw­szego razu, który kobieta prze­żywa z męż­czy­zną? I dla­czego u dziew­czyny bycie dzie­wicą to w ogóle taka wielka sprawa? - pytam. - Ludzie nie pod­nie­cają się tak utratą dzie­wic­twa przez face­tów hete­ry­ków - wtedy pią­teczka, wresz­cie jesteś męż­czy­zną, brawo. Nie sie­dzą potem w necie i nie zała­mują rąk, szu­ka­jąc czę­ści zamien­nych.

Saz pry­cha, a ja się nakrę­cam:

- I jesz­cze coś. Zauwa­ży­ły­ście, jak ludzie mówią o dzie­wic­twie? Jakby sta­no­wiło czy­jąś wła­sność? Ktoś je "zabiera" i nagle należy ono do kogoś innego. "Utra­ciła je", "oddała", "zabra­nie dzie­wic­twa", "zgu­bie­nie wianka", "deflo­ra­cja"...

- "Deflo­ra­cja? - Mara gapi się na mnie znad tele­fonu. - Kto mówi "deflo­ra­cja"?!

- Dzie­wice - odpo­wiada Alan­nis, uno­sząc swoje wypie­lę­gno­wane brwi i patrząc na mnie. Alan­nis Gyalene Cata­lina Vega-Tor­res upra­wia seks od dzie­wią­tej klasy.

- Dla­czego zawsze mnie wyty­ka­cie? - Macham w kie­runku Saz, mojej sio­stry w cno­cie. Kiedy mia­ły­śmy po dzie­sięć lat, obie­ca­ły­śmy sobie wspól­nie świę­to­wać kamie­nie milowe naszego życia, włącz­nie z zako­cha­niem się i pierw­szym poważ­nym związ­kiem (który rzecz jasna obej­mo­wałby seks), żeby ni­gdy nie zosta­wiać tej dru­giej w tyle. Taki był nasz pomysł na to, żeby zawsze sta­wiać przy­ja­ciółkę na pierw­szym miej­scu i nie pozwo­lić innym nas poróż­nić. Alan­nis kle­pie mnie po dłoni, jak­bym była bied­nym zagu­bio­nym dziec­kiem, a Mara znów wbija wzrok w tele­fon.

- Wystar­czy trzy­dzie­ści dola­rów, by "cof­nąć czas i znów usły­szeć fajer­werki w sypialni" - czyta Mara i to nas kom­plet­nie roz­wala.

- Za fajer­werki w sypialni! - mówi Saz i nasza czwórka wznosi toast pusz­kami i butel­kami.

A potem zapo­mi­namy o sztucz­nych bło­nach oraz dzie­wic­twie i gapimy się, jak Kri­stin McNish, niczym reklama spo­łeczna wyświe­tlona w samą porę, prze­cho­dzi przez sto­łówkę z unie­sioną głową i wydat­nym, nie­po­zo­sta­wia­ją­cym wąt­pli­wo­ści brzu­chem.

W domu prze­szu­kuję pra­nie, ale Nirvany ni­gdzie nie ma. Znaj­duję czarną mini­su­kienkę i narzu­cam na nią koszulkę taty z Ramo­nes. Na obiad zama­wiamy z mamą pizzę, bo tata pra­cuje, a to on jest w rodzi­nie kucha­rzem. Spe­cja­li­zuje się w skom­pli­ko­wa­nych daniach z ide­al­nie dobraną muzyką oraz winem. Saz uwiel­bia jeść u mnie, bo pra­wie zawsze posi­łek jest wyda­rze­niem, ale ja lubię jeść u niej. Rodzina Bak­shi jada przy ladzie w kuchni albo przed tele­wi­zo­rem: dania na wynos, fast foody, maka­ron z serem marki Kraft z pudełka - naj­lep­sza rzecz pod słoń­cem, na którą nie mam szans w domu, chyba że sama sobie ugo­tuję. Tata odma­wia przy­rzą­dza­nia cze­go­kol­wiek, co wymaga doda­nia sera w proszku.

Kiedy otwie­ram drzwi dorę­czy­cie­lowi, któ­rego Saz nazywa "wred­nym Jakiem", cho­ciaż ma na imię Mat­thew i wcale nie jest wredny, mówię "No cześć" tak uwo­dzi­ciel­sko, jak tylko potra­fię.

- Zabra­kło piwa imbi­ro­wego, więc przy­wio­złem sprite'a - odpo­wiada.

Póź­niej tego samego wie­czoru leżę pod Shane'em Wal­le­rem w sto­dole Trenta Dugana. Zmy­sły mam wyostrzone, zatra­cam się w zapa­chu i cie­ple skóry Shane'a. Myślę: "Może wła­śnie teraz, może stracę ją tutaj".

Wła­śnie to lubię w piesz­czo­tach i cało­wa­niu się z kimś: moż­li­wość, że to może być ten. Snop świa­tła, muzyka, miłość spływa na nas wszyst­kich. Nie żebym była jakoś spe­cjal­nie doświad­czona, zwłasz­cza w porów­na­niu z Alan­nis. Ofi­cjal­nie mam na kon­cie parę ręcz­nych robó­tek, trzy czy cztery porażki w robie­niu loda i pięć i pół orga­zmu, nie licząc tych, które zapew­ni­łam sobie sama. Zada­łam się w sumie z trzema chło­pa­kami, łącz­nie z tym.

Shane mnie całuje, a jego ręce są wszę­dzie. "Tak, dobrze, wła­śnie tam" - mówię w myślach. Cało­wa­nie jest dla mojej przy­jem­no­ści, bo Shane'owi, podob­nie jak więk­szo­ści face­tów w liceum w Mary Grove, cho­dzi głów­nie o to, co wykra­cza poza poca­łunki. Jego celem, jak zawsze, jest dostać się do moich maj­tek. Ja to wiem i on to wie, i będzie teraz cało­wał mnie przez jakiś czas, żeby dopiąć swego, więc mu na to pozwolę, bo jest w tym naprawdę dobry, a ja bar­dzo lubię się cało­wać.

Potem już tylko łapie mnie tu i tam, i to działa, bo tak ewi­dent­nie sza­leje za mną, że sama zaczy­nam tro­chę za sobą sza­leć.

Myślę: "Nie pozwól, by to zaszło za daleko", nawet kiedy poma­gam mu roz­piąć roz­po­rek. Za chwilę znów się cału­jemy, coraz moc­niej i moc­niej, aż czuję, jakby miał wcią­gnąć mój język, usta i całą mnie, i w tej chwili wła­śnie tego pra­gnę, bo moje ciało przy­wiera do niego, chcąc poczuć wię­cej. Jed­no­cze­śnie zatra­cam się i czuję moc. "Na co cze­kasz?"

W uchu mam język Shane'a, ale wciąż sły­szę muzykę. Śmie­chy. Ktoś coś krzy­czy. Naj­pierw jest przy­jem­nie, ale za chwilę wil­goć zatyka mi ucho. Chcę go ode­pchnąć i wytrzą­snąć ślinę z ucha, ale Shane się odzywa:

- Boże, jesteś taka sek­sowna.

Raczej nie słynę z bycia sek­sowną, więc całuję go dalej. Ale potem nagle nie mogę pogo­dzić się z fak­tem, że robimy to w sto­dole. Naj­pierw myślę: "Spoko, cał­kiem ostro, patrz­cie i podzi­wiaj­cie!" - ale teraz jakoś bra­kuje mi prze­ko­na­nia. Wyobra­żam sobie, że sta­nie się to tutaj, w tej sto­dole, z Shane'em Wal­le­rem, ale cho­ciaż fan­ta­zjo­wa­łam na temat pierw­szego seksu wie­lo­krot­nie, ani razu nie widzia­łam się wów­czas w obórce.

Potem Shane szar­pie za moją bie­li­znę, roz­ga­nia­jąc te myśli. Zosta­jemy tylko my dwoje, pra­wie nadzy, na tym całym sia­nie, które wbija mi się w ciało jak małe zaostrzone ołówki. Zabawne, że nie zauwa­ży­łam wcze­śniej tego siana - dałam się porwać doty­kowi naszych ciał i iskier­kom, które wybu­chają mię­dzy nami, gro­żąc poża­rem sto­doły. Nie pierw­szy raz jestem pra­wie naga z Shane'em Wal­le­rem, ale pierw­szy raz dzieje się to w sto­dole. Czuję się, jak­bym była pijana, i w głębi duszy oba­wiam się, że skoro potra­fię się pod­nie­cić w takich oko­licz­no­ściach - kiedy słoma mnie kłuje, a nawa­leni kole­dzy wrzesz­czą na zewnątrz - praw­do­po­dob­nie w kole­dżu prze­śpię się ze zbyt wie­loma chło­pa­kami. Bo poca­łunki i piesz­czoty są takie przy­jemne, nawet jeśli nie jest się zako­cha­nym. Cza­sami cho­dzi tylko o jego oczy, cza­sem usta albo dło­nie, lub to wszystko razem. Cza­sem to wystar­cza.

Dło­nie Shane'a suną w dół, a ta odpo­wie­dzialna i myśląca część mnie, która chce zacho­wać sie­bie dla nie­ja­kiego Wyatta Jonesa, wyco­fuje się men­tal­nie w siano, mimo że fizycz­nie na­dal jestem w akcji. Pró­buję się znowu w nim zatra­cić, ale czuję jedy­nie setki sło­mia­nych igieł wbi­ja­ją­cych mi się w plecy i iskry jakoś gasną. Zostaje po nich tylko dymek i odle­gły zapach spa­le­ni­zny.

Nagle czuję coś twar­dego i mokrego na udzie i uno­szę ciało, żeby nie mógł go wsa­dzić.

- Claude...

Głos ma stłu­miony, jakby roz­ko­ja­rzony, i moje imię brzmi jak "Clod", czego nie­na­wi­dzę. Przez moment żal mi go, bo wcale nie zamie­rza­łam upra­wiać z nim seksu - takie sytu­acje zawsze koń­czą się tak samo: Shane spusz­cza się przed sie­bie, na sie­bie, w koszulkę lub na moje udo.

Saz twier­dzi, że dobrze mi ze swoim dzie­wic­twem niczym Rosz­punce w wieży. Że wypusz­czam włosy przez okno aku­rat na tyle, by nacie­szyć się tym, jak ład­nie lśnią, a ich blask sku­tecz­nie ośle­pia bied­nego dupka, który stoi na dole. Potem jed­nak wcią­gam je z powro­tem do środka. I może fak­tycz­nie taki stan rze­czy mi odpo­wiada, nawet nie dla­tego, że cze­kam na Wyatta Jonesa, ale ponie­waż moje życie jest bez­pieczne, Saz i ja się przy­jaź­nimy, lubię swo­ich rodzi­ców i nie muszę nikomu niczego udo­wad­niać. To moje ciało i mogę z nim zro­bić, co zechcę.

Shane gapi się na mnie, prze­wra­ca­jąc oczami, oddy­cha coraz szyb­ciej i ociera się o moją nogę jak pies. Przez szparę w drzwiach na jego twarz pada świa­tło księ­życa. Muszę to przy­znać: jest cał­kiem przy­stojny i przy­jem­nie pach­nie. I nie wie­dzieć czemu podo­bam mu się. Jak na razie może sądzić, że dalej jestem w grze: nie kaza­łam mu prze­stać ani go nie ode­pchnę­łam. Do momentu, jak zjeż­dża nieco z mojej nogi.

- Zwol­nij, kow­boju.

Powie swoim kole­gom, że tylko pro­wo­kuję albo że to zro­bi­li­śmy. Chcia­ła­bym umieć wytłu­ma­czyć, że nie cho­dzi o pro­wo­ko­wa­nie ani o sam akt, ale o poten­cjal­ność. O "nie­mal". Że może tym razem, może to wła­śnie ten. Chcę mu powie­dzieć: "Dzięki mnie przez kilka chwil wykra­czasz poza samego sie­bie, ja też prze­ra­stam samą sie­bie, wykra­czamy razem poza tę sto­dołę, bo wszystko spro­wa­dza się do całej tej poten­cjal­no­ści, do nie­mal i kto wie".

Ale nie można wytłu­ma­czyć poję­cia potan­cjal­no­ści face­towi takiemu jak Shane, więc wysu­wam się nieco spod niego, a wtedy on stęka i eks­plo­duje. Na wnę­trze mojego uda. I wtedy wła­śnie zaczy­nam pani­ko­wać, bo wydaje mi się, że tro­chę tra­fiło mi do środka, więc wypeł­zam szybko, odpy­cha­jąc go od sie­bie.

Jęczy znowu i osuwa się na siano. Wycie­ram się jego koszulką, potem popra­wiam pod­cią­gniętą do góry sukienkę, wygła­dzam ją i już pra­wie sły­szę, co powiem Saz - dow­cipny komen­ta­rzyk do sytu­acji, spe­cjal­nie na jej uży­tek: "W odróż­nie­niu od naszych kole­gów i kole­ża­nek z tych wiej­skich obsza­rów, nie sądzę, bym miała pre­dys­po­zy­cje do seksu na sia­nie".

Wstaję i zaga­jam roz­mowę:

- Wiesz, że Niemcy mieli kie­dyś słowo na męską dzie­wicę? Jüngling. Czyż nie brzmi to, jakby ozna­czało coś wręcz prze­ciw­nego? - Bywam istną ency­klo­pe­dią "dzie­wi­czych" cie­ka­wo­stek, zwłasz­cza w nie­zręcz­nych sytu­acjach, kiedy nie wiem, co powie­dzieć.

Shane odzywa się spo­śród słomy:

- Wiesz, jesteś jak zestaw pude­łek. Kiedy otwie­ram jedno, w środku jest kolejne, a potem jesz­cze jedno cho­lerne pudełko, i nie wydaje mi się, żebym kie­dy­kol­wiek był w sta­nie otwo­rzyć wszyst­kie z nich.

Wstaje, wciąga dżinsy, wkłada mokrą, zmiętą koszulkę. Patrzy na plamę.

- Prze­pra­szam - mówię.

- To moja koszulka ze Snoop Dog­giem, Jezu, Claude! - "Clod".

- Myślę, że lepiej będzie, jak zosta­niemy przy­ja­ciółmi - mówię. "Lepiej mieć zbyt wiele pude­łek niż za mało".

- Co ty powiesz - odpo­wiada Shane i zosta­wia mnie samą.

Przy sta­rym, wybla­kłym stole pik­ni­ko­wym Saz roz­ma­wia z grupką ludzi. Wśród nich są Alan­nis i Mara, a także Yvonne Brit­tain-Muir, która jest instru­men­ta­listką i gamerką, oraz jej odwieczna dziew­czyna Leah Basco. Przez ostat­nich parę tygo­dni Saz i ja wyobra­ża­ły­śmy sobie każdy moż­liwy sce­na­riusz, w któ­rym Yvonne rzuca Leah i wyznaje Saz dozgonną miłość. Albo przy­naj­mniej godzi się na seks.

Jeden z chło­pa­ków podaje dalej jointa, inny opo­wiada długą histo­rię o tym, jak poszedł na jakąś imprezę w kole­dżu. Leah, która wygląda w tych ciem­no­ściach jak duch: blada, z dłu­gimi jasnymi wło­sami zafar­bo­wa­nymi na nie­bie­sko na koń­cach, wyciąga ręce do Yvonne i udają się razem w stronę sto­doły nie­pra­wo­ści. Saz patrzy za nimi, jakby wła­śnie prze­je­chały jej psa.

- Chcesz wra­cać? - pytam, choć nie ma jesz­cze dwu­dzie­stej trze­ciej.

- Ze wszyst­kich sił.

Obej­muję ją i ruszamy przez pole w kie­runku domu i dłu­giego żwi­ro­wego pod­jazdu, gdzie zapar­ko­wa­ły­śmy. Śpie­wam Saz pod­no­szącą na duchu pio­senkę, którą wymy­śli­ły­śmy, kiedy mia­ły­śmy po dzie­sięć lat: "Lody, lody, zimne lody, wybiją ci ją szybko z głowy, głowy".

Ktoś się do nas zbliża, a Saz zdziela mnie z łok­cia, mówiąc:

- Prze­stań, wariatko, zanim nas usły­szą.

Śpie­wam więc gło­śniej, a potem ten ktoś wyła­nia się z ciem­no­ści i jest to oczy­wi­ście Wyatt Jones. Od razu zapo­mi­nam o Saz, Yvonne, Sha­nie, pudeł­kach i o wszyst­kim, co było wcze­śniej.

Wyatt nie­długo wyjeż­dża na drugi koniec kraju, na koniec świata, do Kali­for­nii, do dziew­cząt z dłu­gimi falu­ją­cymi wło­sami i w let­nich sukien­kach. To spra­wia, że wydaje się wyż­szy od nas wszyst­kich i odle­gły. Saz i ja też mia­ły­śmy jechać do Kali­for­nii, a ja spo­tka­ła­bym go tam i pozna­li­by­śmy się bli­żej, oboje spoza tego obcego świata. Począt­kowo połą­czy­łoby nas nasze nie­szczę­sne środ­ko­wo­za­chod­nie pocho­dze­nie, a potem, jako dwoje doro­słych, świa­to­wych ludzi zro­zu­mie­li­by­śmy, że jeste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni.

Wyatt łapie moje spoj­rze­nie i ugi­nają się pode mną kolana. Plotka głosi, że mu się podo­bam. Że chciał mnie zapro­sić na bal matu­ralny, ale był zbyt nie­śmiały. Że on i jego trzech przy­ja­ciół dwa mie­siące temu nie bez powodu owi­nęli mój dom papie­rem toa­le­to­wym. Że byłam dla niego kimś szcze­gól­nym. Dopóki mój tata, mara­toń­czyk, nie prze­rwał im i nie zaczął ich ści­gać na pie­chotę po osie­dlu. Odry­wam wzrok i patrzę teraz na swoje stopy, bo to wspo­mnie­nie jest na­dal upo­ka­rza­jące.

- Cześć - mówi.

- Cześć - odpo­wia­dam.

Zmu­szam się, by spoj­rzeć na niego. Ma prze­pastne brą­zowe oczy i jasno­brą­zową skórę, sze­ro­kie bary i uśmiech na twa­rzy. Cho­ciaż usta wciąż jesz­cze mnie mro­wią od cało­wa­nia sprzed paru minut, pra­gnę, by mnie doty­kał.

- Wycho­dzisz?

- Tak.

- Szkoda. - Uśmie­cha się pro­mien­nie i ośle­pia mnie jak słońce. Wszystko prócz nas dwojga bled­nie. Jego tata jest czarny, mama była biała. Zmarła, kiedy był zupeł­nie mały. Wyatt jej nie pamięta, ale powta­rza, że to po niej ma ten uśmiech.

Mówi coś jesz­cze, ale zagłu­szają to śmie­chy, muzyka, czyjś krzyk. Odwra­camy się jed­no­cze­śnie. To Kayla Rosen­thal, która zawsze wrzesz­czy na impre­zach. Stoi na sto­liku pik­ni­ko­wym, macha­jąc drin­kiem niczym czło­wiek-zra­szacz. Wyatt wska­zuje ją ruchem głowy.

- I ona dostała sty­pen­dium w Notre Dame.

Śmieję się, tro­chę zbyt gło­śno.

- Przy­szłaś z Wal­le­rem? - pyta.

- Nie, ale jest gdzieś tutaj. - Macham nie­dbale ręką, mając nadzieję, że tych pięć słów suge­ruje to, co powi­nien wie­dzieć: "Nie obcho­dzi mnie, gdzie jest, bo jest dla mnie nikim. Liczysz się tylko ty, Wyatt, zawsze tylko ty".

Znowu kiwa głową, jakby to roz­wa­żał.

- Hej, gra­tu­luję nomi­na­cji do otwar­cia roz­da­nia dyplo­mów.

- Dzięki.

- Czy to zna­czy, że ty też wygło­sisz mowę?

- Krót­szą, ow­szem. Jasmine Ramundo ma mówić przez całe dzie­sięć minut, ale ja tylko przez pięć.

- Nie mogę się docze­kać, aż ją usły­szę. - Uśmie­cha się sze­roko, a potem robi coś, co zawsze wywo­łuje u mnie dresz­cze: wpa­truje się w zie­mię, jakby było tam coś głęb­szego i waż­nego. Spo­gląda na mnie. - Będziesz tu latem?

- Tak.

- Ja też.

Gapimy się na sie­bie nawza­jem, czuję gorąco na twa­rzy, a w gło­wie mam tylko jedno: "Chcę, żebyś był moim pierw­szym, Wyat­cie Jones. Jeśli mnie teraz popro­sisz, żebym poszła do sto­doły, to pognam tam z tobą i będę goła, już prze­stę­pu­jąc próg".

Sły­szę, jak odka­słuje. Odwraca wzrok. Zerka w górę. Uśmie­cha się.

- To na razie.

- Na razie.

Odcho­dzi, i naraz to zwy­kła impreza ze zwy­kłymi ludźmi, a ja jestem jed­nym z nich.

- Możemy zostać.

Odwra­cam się i widzę Saz. "Skąd się tu wzię­łaś?" Ale cho­ciaż chcę zostać, to widzę jej minę.

- Nie ma mowy. - Przy­ja­ciele na pierw­szym miej­scu. Zawsze. Idziemy do samo­chodu, a ja śpie­wam dalej przez całą drogę.

Jakąś godzinę póź­niej leżę w łóżku i myślę o Wyat­cie Jone­sie. O wszyst­kich nie­przy­zwo­itych rze­czach, które chcę, żeby mi zro­bił. Mój pokój prze­peł­nia noc, jedy­nie księ­życ go roz­świe­tla.

Zamy­kam oczy i jestem na­dal sobą, leżę w pościeli w żółte sto­krotki, w gra­na­to­wej piża­mie, którą dosta­łam na ostat­nie uro­dziny. Wszę­dzie leżą książki, bo odkąd skoń­czy­łam sześć lat, lubię się w nich zagrze­by­wać.

Więc na­dal jestem sobą, ale teraz leżę pod Wyat­tem Jone­sem. Wyatt Jones, te jego nogi jak u pił­ka­rza i bary jak u pły­waka, włosy pach­nące chlo­rem i słoń­cem. Wyatt Jones, któ­rego spoj­rze­nie pali. Jest nade mną. Pode mną. Jego skóra przy­lega do mojej. Moje usta do jego.

Pościel dotyka mojego roz­pa­lo­nego ciała, rękę mam tam, gdzie teraz chcę. Roz­ko­puję książki, które spa­dają na pod­łogę. Zaczyna mnie swę­dzieć nos, więc go dra­pię. Włos smyra mnie po czole, więc go zdmu­chuję. Niech to cho­lera.

Oddy­chaj.

Skon­cen­truj się.

Wyatt.

Wyatt.

I oto znowu jest, w swej nagiej chwale.

Wyatt.

Momen­tal­nie czuję na skó­rze setki małych igie­łek.

"Jesteś pewna?" - pyta.

Mimo całej swej urody Wyatt Jones sły­nie z nie­śmia­ło­ści. Kiedy się w ogóle odzywa, sły­chać ją w jego deli­kat­nym, zachryp­nię­tym gło­sie, który przy­wo­dzi na myśl tro­skę i roz­wagę. Zbu­do­wa­łam w sobie cały wewnętrzny świat na jego uży­tek: taki, w któ­rym jest empa­tyczny i wraż­liwy, a jed­no­cze­śnie na tyle silny, by pode­rwać dziew­czynę - kon­kret­nie mnie - i rzu­cić ją na łóżko.

"Tak" - mówię. "Tak!"

"To ty, Claude. Zawsze byłaś tylko ty".

"Prze­stań gadać, Wyatt, prze­stań natych­miast".

Igiełki roz­sy­pują się teraz po całym moim ciele, a Wyatt prze­obraża się w chło­paka, któ­rego widzia­łam kie­dyś w samo­lo­cie, tego, co gapił się wprost na mnie, kiedy prze­cho­dził. Teraz jestem w tym samo­lo­cie, prze­brana za ste­war­desę - bar­dzo ele­gancką, taką z lotów mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nych: czer­wona szminka, czer­wony mun­du­rek. Albo lepiej gra­na­towy, bo wygląda lepiej z moimi wło­sami w stylu klauna. Idę za nim w kie­runku toa­lety, on wciąga mnie do środka i zamyka drzwi, pod­nosi mnie swo­imi sil­nymi ramio­nami i sadza na umy­walce, a ja obej­muję go nogami.

Kiedy mnie całuje, wpla­ta­jąc dło­nie w moje włosy, zamie­nia się we Wred­nego Jake'a, dostawcę. Jeste­śmy w jego kla­sycz­nym pon­tiaku, który pach­nie pizzą i papie­ro­sami, ale nie zwra­cam na to uwagi, bo zdzie­ramy z sie­bie ubra­nia, a on nagle prze­mie­nia się w pana Darcy'ego. Nie, w pana Roche­stera. Tylko że ja nie jestem Jane Eyre, tylko sobą w jakimś stroju jeź­dziec­kim, a on całuje mnie w świe­tle świec. Jeste­śmy przed komin­kiem, nagle poja­wia się skóra z niedź­wie­dzia, nie jestem pewna dla­czego. Była taka w książce? Patrzę na niedź­wie­dzia, a niedź­wiedź na mnie wzro­kiem mówią­cym "Ty mor­derco!". I to mnie tak dołuje, że pozby­wam się skóry z niedź­wie­dzia i teraz leżymy na pod­ło­dze, Roche­ster i ja, i jest potwor­nie zimno, bo Thorn­field Hall to w końcu zamek w Anglii. Roche­ster wykom­bi­no­wuje kocyk, ale za późno, odsy­łam go.

I teraz to znowu Wyatt, sunie w moją stronę jak na szkol­nym kory­ta­rzu, wpa­tru­jąc się we mnie tak inten­syw­nie i poważ­nie, że wiem: to jest to. Jeste­śmy w jego pokoju, nie ma jego rodzi­ców i wszystko zwal­nia tak, że sły­szę wła­sny oddech, szybki i krótki, i pra­wie sły­szę jego oddech, kiedy patrzy mi w oczy, i widzę wszystko: jego, mnie, nas odbi­tych w jego źre­ni­cach.

"Claude" - mówi.

Może "Clau­dine"?

"Clau­dine".

A potem go czuję. Całego. I nie mar­twię się, że jestem gdzieś za mała lub za duża, bo on nawet nie musi mówić "Jesteś piękna". Już mi to powie­dział.

Jeste­śmy więc razem, Wyatt i ja, bli­żej niż z kim­kol­wiek dotąd byłam, spo­wi­jam go, lgnę do niego i nagle szep­czę "Tak!", i całe moje ciało unosi się na łóżku. Po pro­stu uno­szę się w powie­trze i wystrze­li­wuję fajer­wer­kami we wszyst­kich kolo­rach. Jestem eks­plo­zją koloru i ognia, mój pokój wiruje w bla­sku. Miliony iskier utrzy­mują mnie w powie­trzu.

Chcę miesz­kać tu w górze, oto­czona tą błysz­czącą burzą świa­teł. Chcę, żeby to trwało wiecz­nie, ale jedna po dru­giej iskierki gasną i umie­rają. Pró­buję je zła­pać i zatrzy­mać, ale czuję, jak deli­kat­nie i powoli opa­dam z powro­tem na łóżko.

Łóżko wchła­nia mnie stop­niowo od stóp do głów, a ja zasty­gam bez­władna i nie­ru­choma.

Otwie­ram oczy i jedyne świa­tło pocho­dzi od księ­życa. Ciało mam cięż­kie, ogrom­nie cięż­kie, czuję, jak zasy­piam w pościeli w sto­krotki, myśląc o tym, że powin­nam była wię­cej się pouczyć na zaję­cia z panem Cal­lu­mem, że nie zna­la­złam tego dru­giego buta i że muszę pamię­tać, by w ponie­dzia­łek oddać Alan­nis jej zie­lony swe­ter. A potem odpły­wam myślami w kie­runku Shane'a, sto­doły i wil­goci na moim udzie. Co jeśli tro­chę dostało mi się do środka i zajdę w ciążę, będę miała dziecko i będę musiała wyjść za Shane'a Wal­lera i zostać w Ohio na zawsze?

Tuż przed zaśnię­ciem, gdy leżę w gra­na­to­wej piża­mie i w pościeli w sto­krotki, przy­po­mina mi się, jak Wyatt mówi "to na razie", co może zna­czyć wszystko, bo od dziś cały świat jest znów moż­liwy.

7 dni do końca szkoły

Jest pra­wie jede­na­sta rano, a ja jestem u sie­bie w pokoju. Gadam z Saz przez tele­fon, kon­kret­nie o naszych pla­nach na lato. Po pierw­sze i przede wszyst­kim roz­ma­wiamy o naszej wypra­wie, pod­czas któ­rej mamy we dwie zwie­dzić samo­cho­dem cały stan Ohio, zanim poże­gnamy się z nim na zawsze, a przy­naj­mniej na cztery lata. Kupi­ły­śmy sobie pasu­jące do sie­bie bikini (czarne dla mnie, czer­wone dla niej) i ple­caki Kan­ken (błę­kitny dla mnie, żółty dla niej), a Saz zała­twi samo­chód na tydzień lub dwa. Chce zacząć od pół­nocy, a ja od połu­dnia, obie gadamy i śmie­jemy się jed­no­cze­śnie, i dla­tego nie sły­szę puka­nia do drzwi.

Nagle drzwi się otwie­rają i staje w nich mój tata. Ma dziwną minę, kiedy tak patrzy: pla­katy na ścia­nach, poroz­rzu­cane po pod­ło­dze koszulki, dżinsy oraz sukienki, książki wszę­dzie, a ja stoję na górze ciu­chów jak na szczy­cie Kili­man­dżaro i cią­gle się śmieję, ale też usi­łuję sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio, jeśli w ogóle, tata był w moim pokoju.

Powin­nam coś podej­rze­wać, ale nie podej­rze­wam. Mówię:

- Roz­ma­wiam przez tele­fon.

- Muszę z tobą poroz­ma­wiać - odpo­wiada on.

Teraz już się nie śmieję, Saz też nie. Pyta:

- To twój tata?! - W jej gło­sie sły­chać to samo zdzi­wie­nie, które ja czuję.

Przy­siada na skraju łóżka, wspie­ra­jąc stopy na pod­ło­dze. Wygląda, jakby lada moment miał rzu­cić się do ucieczki. W pierw­szej chwili myślę, że coś strasz­nego stało się mamie. Albo że chce mi powie­dzieć, że pies nie żyje albo kot nie żyje, albo dziad­ko­wie nie żyją. Prze­glą­dam swoje wspo­mnie­nia, szu­ka­jąc ostat­niego razu, kiedy tak usiadł, żeby ze mną poroz­ma­wiać. Nie pamię­tam nic, aż do mojej trzy­nastki, kiedy popa­trzył na mamę i powie­dział: "Nie mówi­łem po nasto­let­niemu, nawet kiedy sam mia­łem naście lat. Teraz jest w two­ich rękach".

Sia­dam obok niego w odle­gło­ści kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów. Zasta­na­wiam się, gdzie jest mama i czy wie, że przy­szedł tutaj, a wtedy on mówi:

- Twoja mama popro­siła, żebym z tobą poroz­ma­wiał.

Nie wie­dzieć czemu od razu myślę o Sha­nie i o sto­dole. "Pro­szę, żeby się tylko nie dowie­dzieli!" To naj­gor­sza rzecz, jaką umiem sobie wyobra­zić, ponie­waż jak dotąd wio­dłam w miarę ciche i spo­kojne życie, co zapewne jest powo­dem, dla któ­rego nie potra­fię pisać z uczu­ciem. Ni­gdy nawet nie mia­łam dziury w zębie.

A potem tata odka­słuje i zaczyna mówić takim cichym, poważ­nym gło­sem, zupeł­nie ina­czej niż zwy­kle, a po chwili, zaczyna pła­kać - ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, jak pła­cze.

Myślę: "Prze­stań. Prze­stań pła­kać. Nie ty. Ojco­wie nie pła­czą", co jest w sumie głu­pie, ale tak wła­śnie pomy­śla­łam.

Chyba nawet mówię na głos:

- Nie płacz.

A może nic nie mówię.

Bo on mówi, że już nas nie kocha, mamy ani mnie.

Że ostat­nich osiem­na­ście lat mojego życia...

że osiem­na­ście lat, które ukształ­to­wały całe moje życie...

było jakimś okrop­nym żar­tem i że wła­ści­wie ni­gdy nas nie kochał, ani przez chwilę...

a może kochał przez krótką chwilę, ale miłość umiera, gdy jej obiekty aż tak nie nadają się do kocha­nia jak mama i ja...

że to nie­stety nasza wina, iż nie możemy być już jego rodziną.

Że chce, żeby­śmy wyje­chały daleko, by nie musiał już na nas patrzeć, bo jest chory na sam nasz widok. Mówi dalej, ale nie słu­cham. Jestem zbyt skon­cen­tro­wana na tym, jak łzy sta­czają mu się po policzku na zarost i zni­kają. "Dokąd one lecą?"

- Kłę­buszku - odzywa się. Moja ksywka. Tylko on tak do mnie mówi. Nasze spe­cjalne imię na oko­licz­ność sekret­nych wypa­dów do cukierni przed szkołą, taj­nych lodów przed obia­dem, za szyb­kiej jazdy samo­cho­dem i oglą­da­nia strasz­nych fil­mów - tych wszyst­kich rze­czy, na które mama jest zbyt mamowa. Mimo że przez całe życie były­śmy Clau­dine i Lau­ren, Lau­ren i Clau­dine, dziew­czyny Lle­we­lyn, bo mama nie przy­jęła nazwi­ska taty, a zresztą i tak zawsze wię­cej w nas było Lle­we­lynów niż Hen­rych. Ozna­cza to zasad­ni­czo, że wie­rzymy w poten­cjal­ność oraz magię, nie zawsze bacząc na prak­tyczne (czyli mroczne i reali­styczne) aspekty życia.

Tym­cza­sem tata był zawsze na obrze­żach, nieco inny od nas, obser­wo­wał, dopin­go­wał i uczest­ni­czył, na ile mógł. Przez całe moje życie wszy­scy nas, dziew­czyny Lle­we­lyn, kochali. Naj­wy­raź­niej wszy­scy oprócz niego.

- Kłę­buszku - odzywa się znowu - to nie dla­tego, że mi na tobie nie zależy.

Nawet teraz, w tym momen­cie, kiedy pod­łoga mojego pokoju znika, kiedy patrzę w dół przez stopy, zasta­na­wia­jąc się, jak kie­dy­kol­wiek jesz­cze dam radę wstać; nawet teraz nie może się zdo­być na słowo "kochać". Na przy­kład: "To nie dla­tego, że cię nie kocham".

A potem mówi:

- Po pro­stu nie mogę mieć teraz rodziny.

A może nic z tego wszyst­kiego w rze­czy­wi­sto­ści nie mówi, ale to wła­śnie sły­szę. I w tym momen­cie prze­staję patrzeć na jego łzy i na zarost, a gapię się w miej­sce, gdzie kie­dyś była pod­łoga. Potra­fię myśleć tylko o tym, że minutę temu tu była, a teraz jej nie ma. O tym, jak można przez cały dzień, całymi dniami ani razu nie pomy­śleć o pod­ło­dze, o grun­cie pod nogami, bo przyj­muje się, że po pro­stu tam jest. I nagle nie ma.

Praw­dziwa roz­mowa odbywa się mniej wię­cej tak:

Tata:

- Muszę z tobą poroz­ma­wiać.

Ja:

- Okej.

- Nie chcę, żebyś myślała, że jest ktoś inny. Ważne, żebyś to wie­działa. Mama i ja się roz­sta­jemy. Popro­siła mnie, żebym to ja ci powie­dział, ponie­waż to nie jest jej pomysł, ale mój. - Odwraca wzrok, kiedy to mówi. Potem dodaje: - Po pro­stu nie jestem w sta­nie w tym trwać, nie mogę. - A potem: - Tu nie cho­dzi o cie­bie ani o twoją mamę, ale o mnie. Chcie­li­śmy z tym pocze­kać, aż skoń­czysz szkołę. Nie chcie­li­śmy cię wyko­rze­niać. Następne dwa tygo­dnie zosta­niemy razem w tym domu, a potem się rozsta­niemy.

Kiedy mówi "roz­sta­niemy się", myślę o roz­cię­tym sercu, odpi­ło­wa­nych człon­kach.

- Ale wczo­raj zawio­złeś mnie do szkoły...

W rze­czy­wi­sto­ści chcę powie­dzieć: "Wczo­raj byli­śmy nor­malni, jedli­śmy mar­ga­retki, jecha­li­śmy w towa­rzy­skiej ciszy, szyb­ciej niż kto­kol­wiek inny na dro­dze".

- To gro­ma­dziło się od dłuż­szego czasu - mówi. - Pró­bo­wa­li­śmy się roze­znać, co będzie naj­lep­sze dla cie­bie, two­jej mamy i dla mnie.

"Więc wie­dział o tym, kiedy jecha­li­śmy przez most na ulicy Głów­nej, przez cen­trum Mary Grove, kiedy jedli­śmy ciastka pod cukier­nią Joy Ann".

Nagle czuję się pomi­nięta. Jak­bym przez te wszyst­kie lata - choć sta­no­wi­ły­śmy duet Clau­dine i Lau­ren, Lau­ren i Clau­dine - wie­rzyła, że jest nas troje w tym mał­żeń­stwie. Dopiero teraz widzę, że cały czas byli tylko oni dwoje.

- Nie chcę, żebyś z kim­kol­wiek o tym roz­ma­wiała, Kłę­buszku, nawet z Saz. Do czasu, aż wszystko upo­rząd­ku­jemy. Wiem, że kochasz Saz i jej rodzi­ców, ale są naszymi bli­skimi przy­ja­ciółmi, a nie jeste­śmy gotowi im powie­dzieć. Komu­kol­wiek. Jesz­cze nie.

Jestem tak odrę­twiała, że się nie wście­kam, nie pytam dla­czego. Nie mówię: "Nie masz prawa roz­ka­zy­wać mi, z kim mogę lub nie mogę o tym roz­ma­wiać. Nie możesz mi powie­dzieć, że świat się koń­czy, a potem pro­sić, bym nikomu nie mówiła".

Zamiast tego sie­dzę, coraz bar­dziej pusta w środku, ręce więdną mi na kola­nach, serce usy­cha mi w piersi, stopy wiszą w powie­trzu, bo nie ma już pod­łogi.

Odzywa się gdzieś z daleka:

- Mary Grove jest tak cho­ler­nie małe, a zupeł­nie nie potrze­bu­jemy, żeby ludzie gadali o mnie i two­jej mamie, bo nie mają nic lep­szego do roboty. I nie chcę, żeby jesz­cze bar­dziej ci to wszystko utrud­niali.

Potem już nic nie sły­szę.

Kiedy wycho­dzi, mama siada na łóżku i mnie obej­muje. Mówi, że możemy poroz­ma­wiać, jeśli chcę, że ważne, by roz­ma­wiać i wyrzu­cić to z sie­bie.

- Pozwól łzom pły­nąć - powta­rza jak zawsze - bo jeśli tego nie zro­bisz, i tak przyjdą, może nie jako łzy, może jako gniew lub coś gor­szego.

- Więc to się naprawdę dzieje - mówię.

- Tak, to się dzieje.

I wtedy nagle czu­cie wraca w moje dło­nie, serce, każdą część ciała, które wcze­śniej stało się puste i mar­twe. Pra­wie zgi­nam się wpół z bólu. Czuję się, jakby zrzu­cono bombę w śro­dek tego pokoju, pro­sto na moją głowę.

- Wiem, że to nie­spo­dzie­wane. I przy­tła­cza­jące. Tak bar­dzo, bar­dzo mi przy­kro.

Przy­tula mnie moc­niej.

- Tata mówi, że nie wolno mi o tym roz­ma­wiać. - Przez chwilę zasta­na­wiam się, czy mnie sły­szy, bo mój głos dobiega z daleka, jakby zamknięty był w ciem­nym, pustym pokoju bez okien i drzwi.

- Póki pró­bu­jemy wszystko poukła­dać, nie mów o tym poza domem.

Usi­łuję zdła­wić nadzieję, która poja­wia się po sło­wach "póki pró­bu­jemy wszystko poukła­dać", jakby sytu­ację dało się jesz­cze napra­wić i roz­strzy­gnąć.

- Jak mamy poje­chać z Saz na naszą wyprawę, skoro nie mogę o tym roz­ma­wiać?

- Nie jestem pewna, czy ta wyprawa doj­dzie do skutku, Claude. Przy­naj­mniej nie teraz.

- Ale pla­no­wa­ły­śmy ją od dawna.

- Wiem, przy­kro mi. - Widzę, że jest tak samo zagu­biona jak ja. - Sama pró­buję to wszystko zro­zu­mieć. - Milk­nie i pra­wie sły­szę, jak ostroż­nie dobiera w myślach słowa. - Musisz jed­nak pamię­tać, że to nie ma nic wspól­nego z tobą. Twój tata i ja kochamy cię naj­bar­dziej na świe­cie.

Po jej wyj­ściu leżę w łóżku. Bez ksią­żek. Bez marzeń z Wyat­tem w roli głów­nej. Bez pla­nów na wyprawę. Tylko ja i cią­głe myśli, gdzie podziała się pod­łoga.

Leżę tak bar­dzo długo.

Dom jest cichy, sły­chać tylko szmer drzwi garażu i odjeż­dża­jące auto taty. A troszkę póź­niej dźwięk stu­ka­nia do drzwi. To mój kot Ray chce dostać się do środka. Ale nie umiem się ruszyć. Więc leżę.

I leżę.

Kiedy wybuchł Wezu­wiusz, miesz­kańcy Pom­pei byli zupeł­nie nie­przy­go­to­wani, ale wiemy z listów pew­nego oca­leńca, że eks­plo­zję poprze­dzały sygnały ostrze­gaw­cze. Smugi dymu, wstrząsy ziemi. "Jak mogłam nie widzieć zna­ków? Jak mogłam nie wie­dzieć?"

Myślę o histo­rii świata i ludziach, któ­rych życie zmie­niło się w jed­nej chwili. Na przy­kład o kobie­cie, po któ­rej otrzy­ma­łam imię. Clau­dine Blac­kwood, cio­teczna babka mojej mamy, miała tylko pięć lat, kiedy jej matka zastrze­liła się w sypialni ich domu na jed­nej z wyse­pek u wybrzeża Geo­r­gii. Stało się to w czwar­tek po śnia­da­niu, jej tata wyszedł z domu kilka minut wcze­śniej. To Clau­dine usły­szała strzał i to ona zna­la­zła swoją mamę w kałuży krwi w łazience. Tra­ge­die takie jak ta moja mama pisarka okre­śla mia­nem "prze­ło­mo­wych momen­tów" - są to takie chwile, kiedy całe życie się zmie­nia i czło­wiek zostaje sam, zbie­ra­jąc jego kawałki. Mama twier­dzi, że wła­śnie to, jak zbiera się te kawałki, oka­zuje się prze­ło­mowe.

Ciotka Clau­dine i jej ojciec zostali w tam­tym domu, nawet po tym, co się stało. Spę­dziła kilka lat w Con­nec­ti­cut w Szkole dla Dziew­cząt Panny Por­ter, ale wró­ciła na wyspę na dobre, kiedy miała dzie­więt­na­ście lat. A kiedy jej tata zmarł, zosta­wił jej dom. Czę­sto się zasta­na­wia­łam, jak to było dora­stać w tym samym domu, w któ­rym matka się zabiła, wcho­dzić do tej sypialni tysiące razy w życiu.

Cio­cia Clau­dine była ulu­bioną krewną mojej mamy. Kiedy mama miała dzie­sięć lat, poje­chała ją odwie­dzić i zna­la­zła ślad po poci­sku na drzwiach szafy. Mówiła, że dało się w niego wło­żyć palec. Na zdję­ciach Clau­dine, które widzia­łam, wid­nieje schludna kobieta z krót­kimi wło­sami obcię­tymi na pazia i trzema gru­bymi jam­ni­kami, które ponoć cho­dziły za nią wszę­dzie. Ubie­rała się w koszule zapi­nane na guziki i spodnie khaki, ale z tego, co mówi mama, nosiła się po kró­lew­sku.

Chcia­ła­bym móc spy­tać ciotkę Clau­dine, czy z per­spek­tywy czasu umia­łaby dostrzec znaki zapo­wia­da­jące to, co zro­biła jej matka, ale Clau­dine zmarła, zanim się uro­dzi­łam. Może więc widziała te znaki, a może nie, osta­tecz­nie miała wtedy tylko pięć lat. A kiedy zmarła, wraz z nią ode­szły wspo­mnie­nia o jej matce i o tam­tej dziew­czynce, którą mogłaby być, gdyby nie padł strzał. Nie zosta­wiła po sobie męża ani dzieci, w ogóle nikogo, kto mógłby nam powie­dzieć, dla­czego została w tym domu na jakiejś wyspie u wybrzeża Geo­r­gii.

To spra­wia, że się zasta­na­wiam: "Czy to jest mój prze­ło­mowy moment? Jeśli tak, to co zro­bię z tymi wszyst­kimi kawał­kami?".

W pew­nej chwili zdaję sobie sprawę, że powin­nam się ruszyć. Że leże­nie tutaj tylko pogar­sza sprawę. Się­gam więc po tele­fon. Saz wysłała pięt­na­ście ese­me­sów i zosta­wiła trzy wia­do­mo­ści. Zamiast zejść na dół, żeby zjeść śnia­da­nie z rodzi­cami - czy raczej w tym wypadku - z mamą, jak robi­łam to w każdą sobotę przez osiem­na­ście lat życia, wyłą­czam tele­fon i się­gam po notes oraz pióro, które trzy­mam przy łóżku. Przez całe życie wszystko ubie­ra­łam w histo­rie, bo czu­łam, że wszystko zasłu­guje, by swoją histo­rię mieć. Nawet jeśli to tylko stary kawa­łek mar­muru osa­dzony w ścia­nie piw­nicy. "Skąd pocho­dzi? Kto go tam umie­ścił? I dla­czego?"

Nikt o tym nie wie: piszę powieść. Kiep­ską, przy­długą powieść, którą uwiel­biam, mimo że nie ma fabuły, za to chyba z sied­miu­set boha­te­rów, i któ­rej pew­nie ni­gdy nie skoń­czę. Jak dotąd mie­ści się w trzech note­sach, a ja piszę dalej. Któ­re­goś dnia albo wyrzucę wszyst­kie notesy, albo prze­pi­szę to na lap­topa.

Otwie­ram notes. Zdej­muję zatyczkę z pióra.

Gapię się na pustą stronę.

Ona gapi się na mnie.

- Nie gap się na mnie - mówię do niej.

Zapi­suję swoje imię, tylko po to, by poka­zać, kto tu rzą­dzi. Claude.

Obwo­dzę imię pió­rem, jesz­cze raz, i jesz­cze, i jesz­cze, aż wygląda, jakby było uwię­zione w gniew­nej chmu­rze.

Piszę swoje pełne nazwi­sko: Clau­dine Lle­we­lyn Henry. Lle­we­lyn to panień­skie nazwi­sko mojej mamy. Skre­ślam Henry i piszę Clau­dine Lle­we­lyn. Oto, kim od teraz praw­do­po­dob­nie będę.

Się­gam po tele­fon, włą­czam i dzwo­nię do Saz.

- Czego chciał twój tata?

- Co?

- Twój tata - powta­rza. - Czego chciał?

- Nic. Tylko poga­dać ze mną o końcu roku. Jego rodzice przy­jeż­dżają nas odwie­dzić, żeby usły­szeć moją prze­mowę.

I myślę: "Naprawdę to robię. Naprawdę to przed nią zata­jam". Patrzę w dół na swoje ramię, gdzie przy­szczy­puję skórę tak mocno, że aż robi się fio­le­towa.

- Dziw­nie brzmisz. Jesteś pewna, że wszystko okej?

- Czuję się dobrze. Jestem tylko zmę­czona, krótko spa­łam.

Potem myślę, żeby jej jed­nak powie­dzieć, mimo że tata zaka­zał, o tej bom­bie, którą wła­śnie zrzu­cił mi na głowę i serce. Ale wtedy to by się stało praw­dziwe, a teraz się takie nie wydaje. Zamiast tego mówię:

- Co robisz dzi­siaj wie­czo­rem?

Tylko po to, żeby zoba­czyć, co się sta­nie, nakłu­wam sobie skórę sta­lówką pióra, jesz­cze raz i jesz­cze raz, aż skóra robi się nie­bie­ska od atra­mentu, a może od sinia­ków.

- Nic. Teraz tro­chę oglą­dam film, a tro­chę robię laleczkę voodoo Leah Basco.

- Możesz wziąć auto?

- Przy­pusz­czal­nie. Zawsze możesz wpaść do mnie.

Saz mieszka trzy prze­cznice ode mnie.

- Okej.

- Albo możemy iść do Day­ton.

Myślę o szyb­kiej jeź­dzie i pod­gła­śnia­niu muzyki, coraz bar­dziej i bar­dziej.

- To brzmi lepiej.

- Jesteś pewna, że wszystko okej?

Patrzę na notes, gdzie napi­sa­łam "Claude" z trzy­sta razy. Na wszyst­kie nie­bie­skie punkty na mojej skó­rze.

- Jestem pewna.

Roz­łą­czamy się i cze­kam na nią u sie­bie w pokoju, wyglą­da­jąc przez okno, żeby nie sie­dzieć na dole i roz­ma­wiać z mamą.

Saz pro­wa­dzi. Jeź­dzi pię­cio­let­nią hondą do spółki ze swoim bra­tem Byro­nem. Jedziemy szybko z gło­śną muzyką i opusz­czo­nymi szy­bami, nie roz­ma­wia­jąc o Yvonne, Wyat­cie ani o Sha­nie. Sta­jemy się czę­ścią tego powie­trza, tej nocy, tej muzyki, i śpie­wamy aż do zachryp­nię­cia.

To wła­śnie my: dwie naj­lep­sze przy­ja­ciółki dora­sta­jące w mie­ście, które jest zbyt małe. To ona pierw­sza spra­wiła, że poczu­łam się w Mary Grove jak w domu. Zbli­żyło nas naj­pierw to, że żadna z nas nie pocho­dziła stąd i razem zosta­ły­śmy autsaj­der­kami. Kiedy mia­ły­śmy dzie­sięć lat, zaraz po tym, jak odkry­ły­śmy, że obie chcemy zostać pisar­kami, posta­no­wi­ły­śmy opu­ścić kie­dyś Mary Grove i odnieść w świe­cie Suk­ces. Uzna­ły­śmy, że opusz­cze­nie Mary Grove oraz Ohio jest dla nas warun­kiem koniecz­nym prze­trwa­nia. I to dało począ­tek liście: liście wszyst­kiego, co zro­bimy i co osią­gniemy, kiedy już będziemy wolne. W pią­tej kla­sie zało­ży­ły­śmy zespół skła­da­jący się z samych dziew­czyn, by jak naj­szyb­ciej móc opu­ścić Mary Grove. Gra­nie muzyki nie szło nam za dobrze, za to słu­cha­nie świet­nie, a nasza miłość roz­lała się na wszyst­kie gatunki muzyczne, w szcze­gól­no­ści na Françoise Hardy i yé-yé girls z lat sześć­dzie­sią­tych. Uczy­ły­śmy się o tych kobie­tach w siód­mej kla­sie na lek­cjach fran­cu­skiego. W całej swo­jej egzo­tycz­nej fran­cu­sko­ści uno­siły nas one daleko z małego mia­sta na Środ­ko­wym Zacho­dzie i zain­spi­ro­wały obse­sję na punk­cie wszyst­kiego, co fran­cu­skie.

W Day­ton wcho­dzimy po scho­dach do Insty­tutu Sztuki, który jest zamknięty na cztery spu­sty, ale oświe­tlony z zewnątrz. Sie­dzimy sku­lone na zim­nie i wie­trze, choć jest już pra­wie lato. Obser­wu­jemy, jak niebo zmie­nia kolory - szary prze­cho­dzi w złoty, potem różowy w nie­bie­ski. Poja­wia się księ­życ, zaraz po nim gwiazdy, które świecą zbyt jasno. Jest w nich coś nie­uczci­wego.

W wieku jede­na­stu lat, kiedy Saz uznała, że jest adop­to­wana, ponie­waż jej mali i cisi bra­cia oraz mali i cisi rodzice zupeł­nie jej nie rozu­mieli, uzgod­ni­ły­śmy, że jest pod­rzut­kiem. I mimo że kocham swo­ich rodzi­ców i jestem bar­dzo do nich podobna, dokład­nie po poło­wie, zde­cy­do­wa­łam, że też mogę być pod­rzut­kiem. Mimo lili­pu­ciego wzro­stu Saz oraz jej ciem­nej kar­na­cji i moich dłu­gich koń­czyn oraz pie­gów powie­dzia­ły­śmy sobie, że roz­dzie­lono nas po uro­dze­niu, a jedy­nym wytłu­ma­cze­niem było to, że skra­dziono nas pra­wo­wi­tej rodzi­nie. Stwo­rzy­ły­śmy i spi­sa­ły­śmy całą histo­rię: naszą i naszych praw­dzi­wych rodzi­ców, rodzeń­stwa oraz ludzi, któ­rzy nas ukra­dli. W wieku lat trzy­na­stu uło­ży­ły­śmy plan: kiedy skoń­czy się liceum, ruszymy do Kali­for­nii i tam zamiesz­kamy razem, zara­bia­jąc na życie jako pisarki. Przez lata nasza przy­jaźń się zacie­śniała, aż wresz­cie trudno było stwier­dzić, gdzie koń­czy się Claude, a zaczyna Saz.

Mimo to tej jesieni roz­jeż­dżamy się do róż­nych szkół. Ja do Colum­bii w Nowym Jorku, Saz do Nor­th­we­stern w Chi­cago. Zgo­dzi­ły­śmy się nie roz­ma­wiać o tym aż do końca lata, bo myśl o roz­sta­niu jest nie do znie­sie­nia.

Saz wyj­muje z torby butelkę wódki. Podaje mi, a ja piję, choć mi nie sma­kuje. Odpo­wiada mi za to cie­pło roz­grze­wa­jące klatkę pier­siową już po pierw­szym łyku. Jak­bym miała pie­cyk w środku. Sie­dzimy, patrząc w mia­sto. Od dru­giego roku liceum przy­jeż­dżamy tutaj, kiedy nie chcemy roz­ma­wiać, ale chcemy poczuć się lepiej. Myślimy o tym miej­scu jako o naszym Insty­tu­cie Sztuki, tak jak myślimy o I-70 jako o naszej auto­stra­dzie, a o Mary Grove jako o naszym mie­ście, nawet jeśli tam nie pasu­jemy.

Oddaję butelkę Saz, ale ona kręci głową.

- Pro­wa­dzę.

Biorę łyka za nią.

- Muszę ci coś powie­dzieć, Hen.

Nazywa mnie "Hen" - to skrót od Henry, czyli Clau­dine Henry - odkąd mia­ły­śmy dzie­sięć lat.

"Llew - chcę jej powie­dzieć - nazy­waj mnie teraz Llew, od Lle­we­lyn. Też mam ci coś do powie­dze­nia".

Robi wydech, jakby przez dłuż­szy czas wstrzy­my­wała powie­trze.

- Prze­spa­łam się z Yvonne.

Zanim mogę powie­dzieć "Ale dopiero co widzia­ły­śmy ją z Leah wczo­raj czy przedwczo­raj", Saz dodaje:

- Prze­pra­szam, że ci nie powie­dzia­łam, kiedy to się stało.

Mówię pierw­szą rzecz, która przy­cho­dzi mi do głowy:

- Ale ona ma dziew­czynę.

- Od jakie­goś czasu sytu­acja jest nie­sta­bilna.

- Kiedy z nią spa­łaś?

- Trzy tygo­dnie temu. Pamię­tasz, jak poszłam z Marą do Adama Katza? W ten week­end kiedy byłaś gdzieś z Shane'em? Wtedy to się stało.

- O - mówię.

Trzy tygo­dnie temu.

- Wiem, że mia­ły­śmy cze­kać, żeby się zako­chać i móc zro­bić to w tym samym cza­sie, ale mia­ły­śmy po dzie­sięć lat, kiedy to sobie obie­ca­ły­śmy, Hen. Wiesz, że cho­dzi­łam na randki, nie­wiele, ale tro­chę tak. Nie tyle co Alan­nis.

- Nikt nie rand­kuje tyle co Alan­nis.

- Prawda? Ale, no nie wiem, nikt wcze­śniej aż tyle dla mnie nie zna­czył. To zna­czy, inne były ważne, ale żadna nie tra­fiła tu. Dokład­nie tu. - Gła­dzi dło­nią oko­licę serca. - Nie byłam na to przy­go­to­wana - dodaje. - Nie byłam przy­go­to­wana na nią. Myślę, że nie da się przy­go­to­wać na coś takiego.

Z jakiejś przy­czyny ta wia­do­mość wstrząsa mną nie­mal tak samo mocno jak wie­ści o rodzi­cach, bo oto poja­wia się kolejny sekret, który przede mną ukry­wano. "Jestem kimś, przed kim ludzie chcą trzy­mać sprawy w sekre­cie, a rze­czy, w które wie­rzy­łam, oka­zują się kłam­stwem". Czuję, że płuca odma­wiają mi posłu­szeń­stwa, brak mi tchu. Wpa­truję się w beto­nowe stop­nie scho­dów, ale nie ma ich tam, gdzie przed chwilą były. Mię­dzy moimi sto­pami a pod­ło­żem jest tylko powie­trze.

Odchrzą­kuję, bo nagle kom­plet­nie zaschło mi w gar­dle.

- Dla­czego nic nie mówi­łaś?

- Nie wiem. Powin­nam była ci powie­dzieć. Nie byłam po pro­stu pewna, co to dokład­nie zna­czyło. Dla Yvonne i dla mnie. Myślę, że musia­łam naj­pierw jakoś to ogar­nąć.

- I co? Ogar­nę­łaś?

- Nie­zu­peł­nie. Ale nie chcia­łam już dłu­żej ci nie mówić.

- Czyli nie chcia­łaś tego dłu­żej trzy­mać w sekre­cie.

- No.

Mimo że sie­dzę tam, strze­gąc wła­snego sekretu, jej tajem­nica boli mnie jak otwarta rana. Chcę, żeby ją sobie wzięła i odbu­do­wała te schody, na któ­rych będziemy mogły sie­dzieć razem, ramię w ramię, jak zawsze.

- Czy Yvonne chciała, żebyś nic nie mówiła? Bo była na­dal z Leah?

- Nie, sama posta­no­wi­łam nic nie mówić. Poza tym dzie­wic­two to zaje­bi­ście subiek­tywna sprawa, Hen. Wymy­ślili je sta­rzy, biali i hetero męż­czyźni, któ­rzy rzą­dzą kra­jem, czy kto tam był na ich miej­scu w daw­nych cza­sach. Wszystko po to, żebyś czuła się wyklu­czona, samotna i w jakiś spo­sób nie­kom­pletna. Ale dla mnie to naprawdę nie miało zna­cze­nia.

- Za to pierw­szy raz z Yvonne miał dla cie­bie zna­cze­nie.

- Tak, to zna­czyło wszystko. - Głos jej się zała­muje, dosłow­nie, jakby ugi­nał się pod cię­ża­rem tych wszyst­kich emo­cji, które Saz nosi w sobie.

Powin­nam odło­żyć na bok gniew i urazę i spy­tać Saz, jak było. Jak się teraz czuje, czy z per­spek­tywy czasu wola­łaby pocze­kać, co to ozna­cza dla niej i dla Yvonne. Powin­nam o nią spy­tać, bo to donio­sła chwila i, chcę czy nie, Yvonne jest teraz w jej życiu. Ale kiedy otwie­ram usta, potra­fię tylko powie­dzieć, że być może jestem w ciąży z Shane'em Wal­le­rem.

- Wiesz, że to nie są lata pięć­dzie­siąte, prawda? Masz inne opcje, nawet jeśli jakoś jesteś w ciąży, a nie jesteś.

- On uważa, że jestem jak zestaw pude­łek i za każ­dym razem, kiedy otwiera jedno, w środku jest dru­gie.

Patrzę w dół, gdzie były schody, i widzę, że zie­mia też znik­nęła.

- Moim zda­niem obie wiemy, że jest tylko jedno pudełko, do któ­rego Shane chce się dostać - kwi­tuje Saz.

Do Mary Grove jest pięć­dzie­siąt sześć kilo­me­trów. Zamiast roz­ma­wiać, pod­krę­camy muzykę tak gło­śno, że czuję, jak wdziera się w mój układ krą­że­nia, jak dociera do kości. Saz pro­wa­dzi z jedną ręką wysta­wioną za okno. Bie­rze zakręt zbyt ostro i krzy­czymy uni­sono razem z pio­senką. Odgar­niam włosy do tyłu, bo strasz­nie wieje i jeśli ich nie odgarnę, to chyba je połknę. Chwy­tam butelkę wódki drugą ręką i piję, a cie­pło alko­holu połą­czone z muzyką spra­wiają, iż czuję, że żyję. Docie­ramy do Mary Grove w dwa­dzie­ścia minut, bo Saz jeź­dzi szyb­ciej niż kto­kol­wiek inny, kogo znam, jesz­cze szyb­ciej niż mój tata.

W świe­tle tablicy roz­dziel­czej badam siniaki na swoim ramie­niu - małe siniaczki, które spra­wi­łam sobie sama gdzieś pomię­dzy ran­kiem a obecną chwilą, tylko po to, żeby się upew­nić, że to nie sen.

Skrę­camy w moje sąsiedz­two, podą­ża­jąc wzno­szącą się i krętą drogą.

"Cią­gle mogę jej powie­dzieć".

Zjeż­dżamy z jed­nego wznie­sie­nia.

"Mogę jej teraz powie­dzieć".

Zakręt. Drugi zakręt.

"Mogę otwo­rzyć usta i dać upust sło­wom. Wtedy będzie wie­działa i będzie mogła pomóc mi zna­leźć w tym sens, i nie będę sama, i to wszystko sta­nie się realne".

Samo­chód zatrzy­muje się przed moim domem. Sie­dzimy jesz­cze chwilę przy muzyce. Nie chcę wcho­dzić do środka. Nie chcę widzieć się z rodzi­cami.

Ale nie mogę tak sie­dzieć wiecz­nie, bo Saz będzie chciała wie­dzieć, co się dzieje, więc zaczy­nam wysia­dać. Saz prze­chyla się przez sie­dze­nie, kła­dzie rękę na mojej, zatrzy­mu­jąc mnie.

- Wiesz, że to nie ozna­cza, że z nami koniec, prawda? Nie tylko twój wyjazd do Nowego Jorku, a mój do Chi­cago, ale to, co jest mię­dzy mną i Yvonne? To, że się zako­cha­łam, nie miało nic wspól­nego z tobą, Hen, ani z wszyst­kimi naszymi pla­nami. Cho­dziło o dziew­czynę, którą naprawdę lubię, i o, nie wiem, ten wła­ściwy moment, który wtedy nad­szedł. Ale to, co nas łączy, ni­gdy się nie skoń­czy.

- Wiem - odpo­wia­dam, ale czuję nie­przy­jemne ukłu­cie w sercu. Saz zła­mała obiet­nicę. Może to była głu­pia obiet­nica - sprzed ośmiu lat, spi­sana przez dzie­się­cio­latki. Ale nie cho­dzi tylko o tę obiet­nicę - Saz trzy­mała Yvonne w sekre­cie przede mną. Jesz­cze nawet nie skoń­czy­ły­śmy szkoły i nie wyje­cha­ły­śmy z domu. Ile sekre­tów pojawi się w przy­szło­ści, kiedy ona będzie w Chi­cago, a ja w Nowym Jorku, a nie razem, tutaj, w Mary Grove? "Cza­sami coś się koń­czy, nawet jeśli tego nie chcesz".

Może nie drę­czy­łoby mnie to tak bar­dzo, gdy­bym sama nie ukry­wała sekretu nale­żą­cego do moich rodzi­ców, który teraz prze­ka­zali mnie. Cho­ciaż wcale go nie chcę.

Zmu­szam się, by ująć jej dłoń.

- Chcia­ła­bym, żeby­śmy razem poje­chały do Kali­for­nii.

- Ja też.

Jej błysz­czące ciemne oczy napo­ty­kają mój wzrok. Saz zawsze wygląda, jakby myślała o set­kach eks­cy­tu­ją­cych rze­czy naraz. Ale teraz jej oczy są spo­kojne, a prócz szczę­ścia z powodu Yvonne widzę zmar­twie­nie i smu­tek, może strach, że się na nią gnie­wam.

Mówię więc:

- Nie umia­ła­bym się na cie­bie zło­ścić. Zwłasz­cza o to, że podą­żasz za ser­cem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki