Lot na południe
Przystanek w Buenos Aires.
Siedzimy na miejscach 39A i 39B lotu AR 1305 z Miami do Buenos Aires. Gdyby ktoś tydzień wcześniej powiedział mi, że w tym roku wyląduję jeszcze w Argentynie, tobym nie uwierzyła.
Argentyna to państwo w Ameryce Południowej, położone nad południowym Atlantykiem. Jego nazwa pochodzi od słowa "argentum", czyli srebro, co było związane z legendą o górach pełnych srebra, które wiele lat temu przyciągały w te rejony imigrantów z Europy. Argentyna Graniczy z pięcioma krajami: Urugwajem, Brazylią, Paragwajem, Boliwią i Chile, jest drugim państwem pod względem wielkości na kontynencie oraz ósmym na świecie.
Buenos Aires to stolica Argentyny, będąca jednocześnie największym miastem tego państwa i jednym z największych w Ameryce Południowej. Buenos Aires jest uważane za światową stolicę tanga.
Bilety kupiliśmy na około trzydzieści godzin przed wylotem, kiedy okazało się, że szansa na bezproblemowe dotarcie do Punta Arenas przed dziesiątym grudnia jest minimalna. Pieprzona korona i pieprzone ministerstwo zdrowia Chile!
That's cool
Przed wylotem do Buenos Aires wybraliśmy się na kolację z moimi przyjaciółmi z Miami, Amyf i Wazem. To para Wenezuelczyków, którzy przeprowadzili się do Ameryki Północnej w poszukiwaniu lepszego życia. Odnieśli ogromny sukces: prowadzą jedno z najbardziej znanych studiów tatuażu w Stanach Zjednoczonych o wdzięcznie brzmiącej nazwie Equilaterra. Poznałam ich cztery lata wcześniej, kiedy zaprosili mnie do tatuowania u nich w studiu. To był dla mnie ogromny zaszczyt. Byłam pierwszą Polką, która podjęła tam pracę, z czego byłam cholernie dumna.
Opowiedziałam im przy kolacji, co zamierzamy robić w kolejnych dniach, a oni patrzyli na mnie z rozdziawionymi buziami i podsumowali moją wypowiedź jedynie stwierdzeniem: "that's cool". Super! Kolejne osoby, które uważają ten pomysł za ciekawy i nie sugerują nam, żebyśmy nawet nie próbowali. Do tej pory nikt nie próbował nas powstrzymywać. Mama i babcia oczywiście nie znały całego planu. Postanowiliśmy im go zdradzić dopiero, jak będziemy z powrotem bezpieczni w Polsce. Moja przyjaciółka Ewa życzyła nam powodzenia i poprosiła, żebyśmy uważali na siebie i bawili się dobrze. Będziemy, na pewno, stresować też pewnie będziemy się bardzo, ale to cena, którą jesteśmy gotowi zapłacić.
Wracając do Amyf i Waza, bardzo zależało mi na ich zdaniu, ponieważ są Latynosami, wychowywali się w Ameryce Południowej i gdyby uważali, że poruszanie się po tamtych terenach jest niebezpieczne, z pewnością by nam o tym powiedzieli. Zdecydowanie odradzaliby takie ruchy w Kolumbii, Meksyku czy Wenezueli, ale granica między Chile a Argentyną? Zupełny luz! Trochę mnie tym uspokoili. Uspokajała mnie również myśl o tym, że Wojciech Friedmann - pisarz i podróżnik - już po rozpoczęciu się pandemii przekraczał granicę między Urugwajem a Brazylią kajakiem przez wodospad. Kurwa, kajakiem przez pieprzony wodospad! Ten to ma jaja ze stali! Poznaliśmy tę historię, kiedy słuchaliśmy podcastu Po odwyku Juliusza Strachoty i Jakuba Żulczyka, którego Wojtek był gościem. Daniel bardzo utożsamił się z Wojtkiem, więc postanowił do niego napisać i podziękować mu za słowa, które wybrzmiały w tym odcinku.
O tak, gdy już wrócimy do Polski, to z pewnością skończę tę książkę, bo będzie, o czym opowiadać. W przypadku podróży do Chile nie sądziłam że to "ciekawe" przerodzi się w coś zupełnie ekscytującego i zajebiście niebezpiecznego.
Pamiętam to dokładnie, w przeddzień wylotu wezbrał się we mnie ogromny niepokój. Wiedziałam, że coś będzie nie tak. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, jak bardzo.
Ryzykowny plan
Strasznie telepie. W ciągu dziewięciogodzinnego lotu do Buenos Aires zaliczyliśmy do tej pory może godzinę bez turbulencji. Kiedyś bardzo się ich bałam, teraz ledwo zwracam na nie uwagę. Śmieję się w myślach, bo chwilę przed wylotem rozmawialiśmy z mężem o tym, co by zrobił, gdyby trzy lata wcześniej, kiedy się poznaliśmy, ktoś powiedział mu, że będziemy próbować przedostać się drogą lądową z Argentyny do Chile przez Patagonię, bo ministerstwo zdrowia Chile nawali z walidacją szczepień, którym oczywiście się poddaliśmy. Daniel stwierdził, że i tak bez zastanowienia wsiadłby na ten rollercoaster, bo to najlepsza przygoda jego życia, zdecydowanie bardziej interesująca niż grzebanie ludziom w paszczach dzień po dniu.
Dlaczego lecimy do Buenos Aires? To kolejna absurdalna sprawa. Wyprawę na Antarktydę planowałam już rok wcześniej. W październiku dwa tysiące dwudziestego spanikowałam i napisałam do organizatorów z pytaniem, czy bieg się odbędzie. Wszystko wtedy było odwoływane: eventy, koncerty oraz biegi. Granice co chwila były zamykane i otwierane. Bałam się, że bieg się odbędzie, a mnie nie wypuszczą z Polski i będę siedzieć jak kołek, oglądać to, co się dzieje na lodowcu, i płakać w poduszkę. Uff, na szczęście odwołali. Poczułam ulgę. Żadna ekspedycja na Antarktydę w dwa tysiące dwudziestym roku nie została zrealizowana, bo ani Argentyna, ani Chile nie otworzyły swoich terytoriów dla turystów. Sytuacja zmieniła się na przełomie sierpnia i września dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku, kiedy rządy chilijski i argentyński poinformowały o otwarciu granic od listopada. Argentyna podjęła wtedy decyzję o uznaniu europejskiego certyfikatu szczepienia, natomiast Chile zdecydowało się robić trochę więcej problemów.
Jednak mam zamiar dotrzeć do Punta Arenas, stamtąd polecieć na Antarktydę, przebiec tam maraton i zostać czwartą i najmłodszą kobietą w Polsce, która stała się członkinią elitarnego Seven Continents Club, czyli klubu zrzeszającego osoby, które przebiegły maratony na wszystkich siedmiu kontynentach.
Spisuję te myśli podczas lotu i sama się do siebie śmieję, jak to czytam. Trzeba być grubo popieprzonym, żeby się na coś takiego zdecydować. Na szczęście obok mam wspierającego mężczyznę, który nigdy nie podważył ani jednego z moich marzeń, a co więcej: popychał mnie w stronę ich realizacji. Kiedy na jednym z pierwszych spotkań powiedziałam Danielowi o moim szalonym planie, ani razu nie wyśmiał mojego pomysłu. Nie rzucił nawet typowo polskiego tekstu: "I tyle pieniędzy chcesz na to wydawać?! Przecież możesz sobie coś za to kupić!". No jak mnie wkurza takie myślenie! Tak, za siedemnaście tysięcy dolarów można sporo kupić, można też na przykład spłacić część kredytu hipotecznego, ale to, co chciałam zrobić, miało wartość niemierzalną żadną walutą. Daniel rozumiał mnie pod wieloma względami. Dlatego teraz jesteśmy małżeństwem. Ja rozumiem i akceptuję jego odchylenia od normy, a on moje.
Pieniędzmi się nie przejmuję: mimo że zainwestowałam w ten maraton ogromną sumę, to wiem, że gdybym była zmuszona odłożyć na to przedsięwzięcie jeszcze raz, tobym to zrobiła. Brzmi to jak desperacja, ale dla mnie jest to po prostu kwestia siły marzeń.
Cały czas myślimy też o tym, jak zdążymy na święta, ale pieprzyć to. Będę się tym przejmować, jak wrócę z mroźnego kontynentu z medalem na szyi i ogromną ilością wspomnień, zdjęć i filmów. Przytulę męża, a potem będziemy kombinować, jak wrócić do Argentyny, żeby przedostać się do Polski samolotem.
Zaraz lądujemy. Czy ja już wspominałam, jak bardzo podziwiam swojego męża za to, że tutaj ze mną jest? Będę to pewnie robić jeszcze wiele razy: przy nim czuję się bezpieczniej. Dużo osób trzyma za nas kciuki. Przydadzą się.
Argentyńczycy są w jednej kwestii bardzo podobni do Polaków: bardzo głośno klaszczą przy lądowaniu.
Przydrożne kantory w Buenos Aires
Buenos Aires bardzo pozytywnie nas zaskakuje. Cieszę się, że umiem się dogadać po hiszpańsku, bo już na lotnisku udaje mi się znaleźć świetnego kierowcę - Juana, który nie dość, że okazuje się lokalnym przewodnikiem, to jeszcze z automatu załatwia nam następnego dnia taksówkę z Rio Gallegos pod samą granicę. Oczywiście po to, żeby pooglądać pingwinki. Tylko po to. Informujemy kierowcę jedynie o tym, że będzie czekał tam na nas kolega, nie dodaliśmy jednak, że po stronie chilijskiej. Nie musi wiedzieć wszystkiego.
Kiedy wylądowaliśmy w Buenos, trochę śmialiśmy się z dziesiątków ludzi na ulicach, krzyczących do nas: "Cambio, cambio!1", kiedy jednak miejscowi opowiedzieli nam, o co chodzi, to wcale nie było nam do śmiechu. Ludzie, dla których jedynym ratunkiem w tym przypadku są turyści, wychodzą na ulice, by robić za przydrożne kantory. Starają się ulokować swoje pieniądze w stabilniejszej walucie, jaką jest dolar. Sprzedają więc pesos po lepszym kursie niż argentyńskie banki.
1 Cambio (hiszp.) - wymiana.
Raz skorzystałam z usług takiego banku, nieświadoma, że pan w okienku policzy mnie za wartość pięćdziesięciu procent wyświetlaną na monitorze. Chciałam wymienić sto dolarów, a otrzymałam w pesos pięćdziesiąt. Straszne, nie? Potrzebowałam tych pesos, a banki tutaj mają w dupie ludzi i gość w ogóle się nie przejął, kiedy miałam do niego pretensje. Potrzebujesz pesos, to płać i nie narzekaj. Ja jestem tutaj jedynie na chwilę, ale co mają powiedzieć ludzie mieszkający w tym kraju na stałe?
Za serce chwyciła mnie też jazda taksówką z Juanem, kiedy wiózł nas do hotelu, swoją drogą taniego jak na hotel w takim dużym mieście, bo za noc w bardzo dobrych warunkach zapłaciliśmy sto siedemdziesiąt złotych. Juan pokazywał nam po drodze restauracje, w których i tak nie mielibyśmy czasu zjeść, a na pytanie, w której z nich jadł i którą może polecić z ręką na sercu, odpowiedział, że w żadnej, bo ich - Argentyńczyków, nie stać teraz na takie rzeczy. Bywaliśmy w różnych krajach i wiem, że są miejsca, w których mieszkańcy mają o wiele gorzej, jednak takie historie zawsze mnie poruszają.
W Buenos Aires można było dostrzec coś na wzór brazylijskich faweli w S?o Paulo. Bez prądu i dostępu do bieżącej wody.
W S?o Paulo pracowałam przez dwa tygodnie oraz przebiegłam maraton w dwa tysiące dziewiętnastym roku. Brazylia była pierwszym krajem Ameryki Południowej, w którym się znalazłam. Co mogę o nim powiedzieć? Podczas pobytu w tym państwie przerażały mnie głównie bieda i brak dostępu do bieżącej wody, jedzenia i środków higienicznych dla znacznej części mieszkańców. Mój finisz na mecie w Sa? Paulo był wyjątkowo chwytający za serce: przez część maratonu musiałam bowiem przeskakiwać nad leżącymi na ulicy bezdomnymi ludźmi, proszącymi o jedzenie. Na mecie oddałam więc wszystko, co dostałam do jedzenia i picia. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo na mecie czekał na mnie mój ukochany z prowiantem w postaci jabłek, batonów i brazylijskiego piwa.
Przed wyjazdem czytałam, że w Argentynie jest wyjątkowo niebezpiecznie, dlatego należy uważać na każdym kroku. Szczerze mówiąc, w tej chwili wydaje mi się że bardziej niebezpieczne są bramy na Piotrkowskiej w Łodzi w nocy z piątku na sobotę. W głowę możesz zarobić wszędzie, okradana byłam jedynie, podróżując po Europie, natomiast w Ameryce Południowej nigdy nie przydarzyło się mi nic groźnego. Jak macie dostać łomot, to dostaniecie go wszędzie. Jeżeli nie zapuszczacie się samemu w jakieś popieprzone zakątki, to jest całkiem okej. Zauważyliśmy też, że wszyscy ludzie w Buenos Aires noszą plecaki z przodu. To zrozumiałe: kiedyś podczas wizyty w Barcelonie założyłam raz plecak na plecy i po kilku minutach nie miałam już telefonu. Normalna sprawa.
Wniosek? Uważać trzeba wszędzie, gdziekolwiek się jedzie, a Argentyńczycy są wyjątkowo przyjaźni i pomocni. Szkoda, że spędzamy tu tylko osiemnaście godzin, ale możliwe, że jeżeli cały plan się powiedzie, to zahaczymy o Buenos Aires w drodze powrotnej. Na wszelki wypadek kupiłam już magnesy, gdyby cokolwiek miało nie wypalić.
W międzyczasie dowiaduję się że trzeba dosłać organizatorom wyprawy negatywny test PCR z ósmego lub dziewiątego grudnia. Mamy jedynie testy z Miami, które z pewnością nie przejdą ze względu na miasto, więc szybko muszę skombinować wynik testu z Santiago. Gdyby zobaczyli na wydruku nazwę "Miami", zdziwiliby się trochę. Muszę szybko myśleć i jeszcze szybciej działać, a mam w tym doświadczenie.
W drodze do Rio Gallegos
Juan zawozi nas na lotnisko w Buenos Aires, informuje, że w Rio Gallegos - mieście lądowania, będzie czekał na nas jego kolega, który ma nas zawieźć do Estancii Monte Dinero. Zostawił nam też swój numer telefonu w razie potrzeby. Ruszamy więc w kierunku odprawy.
Znów piszę w samolocie i znów...
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej