Bez słowa - Rosie Walsh

Reflow text when sidebars are open.
Dziękuję przede wszystkim George'owi Pagliero i Emmie Stonex za ten dziwny, gorący dzień, kiedy wszyscy przyznaliśmy, że bez dalszej zwłoki powinnam napisać tę książkę. Za ogromne wsparcie i entuzjazm, które nastąpiły później.
Najcieplejsze podziękowania dla Pam Dorman, mojej wydawczyni, za jej błyskotliwą wiedzę redaktorską i wyjątkowo silną wizję oraz głębokie zrozumienie dla książki. Dla Briana Tarta, Kate Stark, Lindsay Prevette, Kate Griggs, Roseanne Serry, Jeramiego Ortona i reszty zespołu Pamela Dorman Books/Viking. To naprawdę zaszczyt znaleźć się w tak wyjątkowym gronie.
Nieskończone wyrazy wdzięczności dla Allison Hunter, mojej niestrudzonej amerykańskiej agentki, która niemal wykończyła mnie na zajęciach, ale później wszystko naprawiła, załatwiając mi ofertę marzeń. I dla mojej angielskiej agentki, Lizzy Kremer, która zaplanowała całość tak doskonale - bez niej byłabym zgubiona. Dziękuję także Harriet Moore i Olivii Barber.
Dziękuję Sam Humphreys z Mantle w Wielkiej Brytanii za pokochanie tej historii od samego początku, a także za wnikliwą i przemyślaną redakcję, która uczyniła ją znacznie lepszą, niż mogłaby być. Dziękuję także innym redaktorom z całego świata za nabycie praw do tej książki. Nadal nie mogę w to uwierzyć! Wyrazy wdzięczności dla Alice Howe z David Higham Associates i jej potężnego działu praw: Emmy Jamison, Emily Randle, Camilli Dubini, Margaux Vialleron i Annabel Church.
Serdeczne podziękowania dla Old Robsonians, rzeczywiście istniejącej drużyny piłkarskiej, za którą niezmiernie przepadam. W zamian za wspomnienie o nich w tej powieści przekazali bardzo hojny datek pieniężny na organizację charytatywną dla dzieci CLIC Sargent.
Podziękowania dla Gemmy Kicks i cudownej organizacji Hearts & Minds, za ich życzliwą pomoc, podczas gdy zbierałam wiadomości o działalności dobroczynnych fundacji zajmujących się Doktorami Klaunami. Byłam zdumiona i zainspirowana sposobem, w jaki Doktorzy Klauni każdego dnia naprawdę zmieniali życie dzieci. Dziękuję również Lynne Barlow z Bristolskiego Szpitala Dziecięcego.
Dziękuję Emmie Williams, pielęgniarce psychiatrycznej; Jamesowi Gallagherowi, stolarzowi; a także Victorii Bodey, mamie dwóch chłopców. Dziękuję wielu przyjaciołom, którzy odpowiedzieli na niekończący się strumień (często bardzo osobistych) pytań na Facebooku.
Emmie Stonex, Sue Mongredien, Katy Regan, Kirsty Greenwood i Emmie Holland dziękuję za cenne opinie na temat manuskryptu na różnych etapach jego powstawania. A przede wszystkim dziękuję mojej drogiej pisarskiej partnerce, Deborah O'Donoghue, bez której nie jestem pewna, czy mogłabym napisać tę książkę. Tak wiele świetnych pomysłów w niej pochodzi od Ciebie, Deb - dzięki. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę na półkach Twoją własną powieść.
Podziękowania dla moich SWANS - South West Authors and Novelists - za wsparcie, świetne lunche i śmiech. Dla pań z CAN za to samo. Dziękuję Lindsey Kelk za moją wyprawę badawczą do L.A., a przede wszystkim za bardzo niepisarskie rozmowy. Dziękuję Rosie Mason i jej rodzinie za wiele niezapomnianych dni zabawy w tej pięknej dolinie i Ellie Tinto za zachowanie ducha Margery Kempe żywym i nader niecnym.
Dziękuję Lyn, Brianowi i Caroline Walshom, którzy zawsze dodawali mi otuchy we wszystkim, co robię, i którzy byli ze mnie tak dumni, kiedy wystartowałam jako pisarka pod moim własnym nazwiskiem. I dziękuję, przede wszystkim, mojemu ukochanemu George'owi i naszemu małemu, zabawnemu, doskonałemu człowieczkowi, który na zawsze zmienił moje rozumienie miłości.
Być może jesteśmy w stanie zakochać się tylko wtedy,
kiedy nie wiemy dokładnie, w kim się zakochujemy.
Alain de Botton
Wszystko o miłości
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Kochanie,
minęło dokładnie dziewiętnaście lat od tamtego świetlistego poranka, kiedy uśmiechnęliśmy się i pożegnaliśmy. To, że znów się zobaczymy, nigdy nie ulegało wątpliwości, prawda? Pytanie brzmiało "kiedy", a nie "czy". Właściwie to nie było nawet pytanie. Przyszłość mogła wydawać się tak nieistotna, jak zwinięty koniec snu, ale jednoznacznie obejmowała nas razem.
A jednak tak nie było. Nawet po tych wszystkich latach czuję, że mnie to zadziwia.
Dziewiętnaście lat minęło od tamtego dnia. Całe dziewiętnaście lat! A ja nadal Cię szukam. Nigdy nie przestanę Cię szukać.
Często pojawiasz się, kiedy najmniej tego oczekuję. Dziś rano prześladowała mnie jakaś jałowa, mroczna myśl, moje ciało zaciskało się niczym metalowa pięść. I nagle zjawiasz się Ty: jasny jesienny liść, kołujący nad mdłym, cynowym trawnikiem. Prostuję się i wdycham zapach życia, czuję rosę na stopach, widzę odcienie zieleni. Próbuję Cię złapać, ten żywy liść, rozbrykany, wijący się i chichoczący. Próbuję ująć Twoją dłoń, spojrzeć prosto na Ciebie, ale niczym optyczna iluzja umykasz cicho w bok, tuż poza zasięg moich ramion.
Nigdy nie przestanę Cię szukać.
Dzień siódmy: kiedy wiedzieliśmy oboje
Trawa zrobiła się wilgotna. Wilgotna, ciemna i pełna życia. Rozciągała się w stronę pogrążonego w mroku łańcucha lasu, drżąc zastępami mrówek, ociężałymi ślimakami i przędącymi sieci pająkami. Pod naszymi stopami ziemia wchłaniała resztki ciepła.
Leżący obok mnie Eddie nucił motyw z Gwiezdnych Wojen. Jego kciuk musnął mój. Powoli, delikatnie, niczym chmury przesuwające się po wyraźnym półksiężycu nad nami.
- Poszukajmy kosmitów - powiedział wcześniej, kiedy fioletowe niebo pociemniało na purpurowo. Nadal tam byliśmy.
Usłyszałam odległe westchnienie ostatniego pociągu, który znikał w tunelu na torach i uśmiechnęłam się, wspominając, jak biwakowałyśmy tu z Hannah w dzieciństwie. Na małym pastwisku, w małej dolinie, ukryte przed tym, co nadal wydawało się małym światem.
Gdy tylko przychodziło lato, Hannah błagała naszych rodziców, żeby pozwolili nam rozbić namiot.
"Jasne", mówili. "Jeśli będziecie biwakować w ogrodzie".
Ogród był nijaki. Znajdował się przed naszym domem, widoczny przez niemalże każde okno. Ale to nigdy nie wystarczało Hannah, której żądza przygód - mimo że ja byłam pięć lat starsza - znacznie przewyższała moją. Hannah ciągnęło na pastwisko. Pastwisko znajdowało się za naszym domem i rozpościerało na stromym wzgórzu, płaskim na szczycie akurat na tyle, by pomieścić namiot. Widoczne w całości tylko z nieba. Upstrzone twardymi plackami krowich odchodów i położone tak wysoko, że niemalże dało się zajrzeć do naszego komina.
Rodzice nie byli tak entuzjastycznie nastawieni do tego pastwiska.
- Ale będę zupełnie bezpieczna - nalegała Hannah tym swoim władczym głosikiem. (Jakże za nim tęskniłam). - Alex będzie ze mną. - Jej najlepsza przyjaciółka większość czasu spędzała w naszym domu. - No i Sarah. Ona nas obroni, jeśli przyjdą jacyś mordercy.
Jakbym była muskularnym mężczyzną z niezawodnym prawym sierpowym.
- I jeśli pójdziemy biwakować, to nie będziecie musieli robić nam kolacji. Ani śniadania...
Hannah była niczym malutki buldożer; nigdy nie kończyły jej się argumenty i nasi rodzice ostatecznie nieuchronnie jej ulegali. Na początku biwakowali na pastwisku z nami, ale z czasem, kiedy ja przedzierałam się przez zawiłą dżunglę dojrzewania, pozwolili Hannah i Alex nocować tam samodzielnie, ze mną w roli ochroniarza.
Leżałyśmy w starym namiocie festiwalowym taty - ciężkiej konstrukcji z pomarańczowego płótna, przypominającej mały bungalow - i wsłuchiwałyśmy się w symfonię dźwięków rozbrzmiewającą w trawie na zewnątrz. Często nie mogłam zasnąć długo po tym, kiedy moja młodsza siostra i jej przyjaciółka już zapadły w sen. Zastanawiałam się, jaką ochronę mogłabym im zapewnić, gdyby ktoś wtargnął do środka. Konieczność obrony Hannah - nie tylko gdy spała w tym namiocie, ale zawsze - była niczym roztopiona skała w moim żołądku, jak ledwo poskromiony wulkan. Co jednak mogłabym rzeczywiście zrobić? Zadać cios karate moim nastoletnim nadgarstkiem? Dźgnąć patykiem do opiekania pianek w ognisku?
"Często niezdecydowana, niezbyt pewna siebie", tak napisała o mnie na świadectwie moja wychowawczyni.
- Cóż, to naprawdę cholernie pomocne - powiedziała mama głosem, który zwykle był zarezerwowany do łajania naszego ojca. - Zignoruj ją, Sarah. Bądź tak niepewna, jak tylko chcesz! Właśnie na tym polega bycie nastolatką!
W końcu, wyczerpana konkurującymi ze sobą poczuciem odpowiedzialności i niemocy, zasypiałam i budziłam się wcześnie, by złożyć w całość zestaw odrażających składników, które Hannah i Alex zapakowały na swoje niesławne "śniadaniowe kanapki".
Położyłam dłoń na mojej klatce piersiowej; stłumiłam wspomnienia. To nie był wieczór na smutki: tylko na to, co tu i teraz. Dla Eddiego i dla mnie oraz tego wspaniałego czegoś, co się rozwijało między nami.
Skupiłam się na nocnych odgłosach leśnej polany. Szmerze bezkręgowców, przemykaniu się ssaków. Zielonym szepcie poruszonych liści, spokojnym unoszeniu i opadaniu klatki piersiowej Eddiego. Słuchałam jego serca, miarowo bijącego pod swetrem i podziwiałam jego spokój. "Jeszcze się wszystko okaże", lubił mawiać mój ojciec o ludziach. "Musisz obserwować i czekać, Sarah". Ale ja obserwowałam tego mężczyznę od tygodnia i nie wyczułam nic niepokojącego. W pewien sposób przypominał mi mnie, którą nauczyłam się być w pracy: solidną, racjonalną, nieprzejmującą się dynamicznymi zmianami w trzecim sektorze - ale u mnie było to kwestią praktyki, podczas gdy Eddie chyba po prostu taki był.
Zastanawiałam się, czy mógł usłyszeć podekscytowanie wzbierające w mojej piersi. Jeszcze kilka dni temu byłam w separacji, zbliżając się do rozwodu i czterdziestki. I nagle to. On.
- Spójrz, borsuk! - powiedziałam, kiedy niewielki kształt przesunął się w zaciemnionej krawędzi mojego pola widzenia. - Ciekawe, czy to Cedric.
- Cedric?
- Tak. Ale pewnie to nie on. Jak długo żyją borsuki?
- Wydaje mi się, że około dziesięciu lat. - W jego głosie wyczułam uśmiech.
- Cóż, w takim razie to na pewno nie Cedric. Ale może jego syn. Lub wnuk. - Zamilkłam. - Uwielbiałyśmy Cedrica.
Impuls śmiechu przeszedł z jego ciała do mojego.
- My, czyli kto?
- Ja i moja młodsza siostra. Kiedyś często biwakowałyśmy na pobliskim pastwisku.
Obrócił się na bok, twarz miał blisko mojej i doskonale widziałam to w jego oczach.
- Borsuk Cedric. Ja... Ty - powiedział cicho. Przesunął palcem po linii moich włosów. - Lubię cię. Lubię nas. Właściwie to bardzo nas lubię.
Uśmiechnęłam się. Prosto do tych dobrych, szczerych oczu. Do zmarszczek od śmiechu, do ostro zarysowanego podbródka. Już teraz czułam, jakbym znała go od lat. Od zawsze. Czułam, jakby ktoś przeznaczył nas sobie, może przy narodzinach, i popychał, i ustawiał, i planował, i knuł, aż w końcu spotkaliśmy się sześć dni temu.
- Właśnie miałam bardzo ckliwe myśli - powiedziałam po długiej pauzie.
- Ja też. - Westchnął. - Czuję się, jakby cały ubiegły tydzień przygrywały nam wszechogarniające dźwięki skrzypiec.
Zaśmiałam się, on pocałował mnie w nos, a mnie zastanowiło, jak to jest, że możesz spędzić tygodnie, miesiące - a nawet lata - po prostu się wlokąc, bez żadnych zmian, aż nagle, na przestrzeni kilku godzin, scenariusz twojego życia zostaje napisany na nowo. Gdybym tamtego dnia wyszła później, trafiłabym prosto na autobus i nigdy Eddiego nie spotkała, a to nowe poczucie pewności nie byłoby niczym więcej niż niesłyszalnym szeptem przegapionych szans i kiepskiego wyczucia czasu.
- Powiedz mi o sobie coś więcej - zażądał. - Nadal nie wiem wystarczająco dużo. Chcę wiedzieć wszystko. Znać pełną i nieokrojoną historię życia Sarah Evelyn Mackey, z nieprzyjemnymi szczegółami włącznie.
Wstrzymałam oddech.
To nie tak, że nie wiedziałam, iż w którymś momencie do tego dojdzie, ale raczej nadal nie zdecydowałam, co zrobię, jeśli to nastąpi. Pełna i nieokrojona historia życia Sarah Evelyn Mackey - z nieprzyjemnymi szczegółami włącznie. Prawdopodobnie by to udźwignął. Miał zbroję, siłę spokoju, która przywodziła mi na myśl stary wał nadmorski albo może dąb.
Przesuwał dłonią po łuku pomiędzy moim biodrem a żebrami.
- Uwielbiam to zaokrąglenie - powiedział.
Należał do mężczyzn, którym można powierzyć niemalże każdy sekret, każdą prawdę, a oni są w stanie je udźwignąć, nie ponosząc poważnych szkód.
Oczywiście, że mogłam mu powiedzieć.
- Mam pomysł - rzuciłam. - Rozbijmy sobie tu namiot dzisiaj w nocy. Poudawajmy, że wciąż jesteśmy młodymi ludźmi. Możemy rozpalić ognisko, upiec kiełbaski, opowiadać sobie historie. Zakładając, że masz namiot? Sprawiasz wrażenie człowieka, który go posiada.
- Jestem człowiekiem, który ma namiot - potwierdził.
- Świetnie! Zatem zróbmy to, a wszystko ci opowiem. Ja... - Zamilkłam, wpatrując się w noc. Ostatnie obfite świece kwiatostanów kwitły leniwie na kasztanowcu przy brzegu lasu. Jaskier zakołysał się w ciemności blisko naszych twarzy. Z powodów, którymi nigdy nie raczyła się podzielić, Hannah nie znosiła jaskrów.
Poczułam, że coś wzbiera mi w piersi.
- Po prostu jest tu tak cudownie. Powraca tyle wspomnień.
- Dobrze. - Eddie się uśmiechnął. - Pobiwakujemy. Ale najpierw chodź tu, proszę.
Pocałował mnie w usta i przez chwilę reszta świata zamilkła, jakby ktoś przycisnął odpowiedni guzik czy przekręcił pokrętło.
- Nie chcę, żeby jutro był nasz ostatni dzień - powiedział, kiedy w końcu odsunęliśmy się od siebie. Oplótł mnie ściślej ramionami i poczułam radosne ciepło jego piersi i brzucha oraz delikatne łaskotanie przyciętych włosów pod moją ręką.
Taka bliskość stała się dla mnie odległym wspomnieniem. Kiedy Reuben i ja szliśmy spać, zasypialiśmy jak podpórki do książek po przeciwnych stronach łóżka, z kawałkiem nietkniętej pościeli między nami niczym hołd dla naszej porażki.
"Dopóki materac nas nie rozłączy", powiedziałam pewnej nocy, ale Reubena to nie rozśmieszyło.
Eddie odsunął się, bym mogła zobaczyć jego twarz.
- Ja... Wiesz, pomyślałem, czy nie powinienem odwołać moich wakacji. Żebyśmy mogli tarzać się po pastwiskach jeszcze jeden tydzień.
Podparłam ciało na łokciu. "Pragnęłabym tego bardziej, niż mógłbyś sądzić!", pomyślałam. "Przez ostatnie siedemnaście lat byłam mężatką i nigdy nie czułam się tak, jak z tobą".
- Kolejny taki tydzień byłby cudowny - odparłam. - Ale nie możesz rezygnować ze swoich wakacji. Nadal tu będę, kiedy wrócisz: to nie jest pożegnanie.
- Nie będzie cię tutaj. Będziesz w Londynie.
- Dąsasz się?
- Tak. - Pocałował mój obojczyk.
- Więc przestań. Wrócę tu do Gloucestershire dokładnie dwa dni po twoim przyjeździe.
Wydawał się niepocieszony.
- Jeśli skończysz te dąsy, to może nawet pojadę po ciebie na lotnisko - dodałam. - Mogłabym być jedną z tych osób, które trzymają tabliczkę z imieniem i parkują samochód w strefie krótkiego postoju.
Przez chwilę zdawał się nad tym zastanawiać.
- Byłoby bardzo miło - powiedział. - Naprawdę bardzo miło.
- Załatwione.
- I... - zamilkł, nagle wyglądając niepewnie - i wiem, że to może trochę za wcześnie, ale po tym, jak opowiesz mi historię swojego życia, a ja upiekę kiełbaski, które równie dobrze mogą być niejadalne, chciałbym, żebyśmy poważnie porozmawiali na temat tego, że ty mieszkasz w Kalifornii, a ja w Anglii. Twoja wizyta jest zbyt krótka.
- Wiem.
Szarpnął kępkę ciemnej trawy.
- Kiedy wrócę z wakacji, będziemy mieli... ile? Z tydzień razem? Zanim będziesz musiała wrócić do Stanów?
Przytaknęłam. Jedyną czarną chmurą nad naszym wspólnym tygodniem było właśnie to, nieuchronność rozstania.
- Cóż więc, myślę, że musimy... Sam nie wiem. Coś zrobić. Podjąć jakąś decyzję. Nie potrafię tego tak po prostu odpuścić. Nie umiałbym żyć ze świadomością, że gdzieś tam jesteś, i nie móc z tobą być. Uważam, że powinniśmy spróbować jakoś to sobie poukładać.
- Tak - powiedziałam cicho. - Tak, ja też. - Wsunęłam dłoń w jego rękaw. O tym samym myślałam, ale za każdym razem, kiedy chciałam poruszyć ten temat, tchórzyłam.
- Serio? - W jego głosie wybrzmiały radość oraz ulga i zrozumiałam, ile odwagi wymagało, by zaczął tę rozmowę.
- Sarah, jesteś jedną z najbardziej pewnych siebie kobiet, jakie kiedykolwiek spotkałem.
- Mhmm.
- Naprawdę. To jedna z tych rzeczy, które w tobie lubię. Jedna z wielu rzeczy, które w tobie bardzo lubię.
Minęło wiele lat, od kiedy musiałam zacząć niemalże przybijać do swojego ciała pewność siebie niczym szyld na sklepie. I nawet jeśli teraz przychodziło mi to naturalnie - przecież występowałam na konferencjach medycznych na całym świecie, udzielałam wywiadów do telewizji, zarządzałam zespołem ludzi - czułam się zmieszana, kiedy inni poruszali ten temat. Zmieszana lub być może odsłonięta, jak osoba na wzgórzu podczas burzy.
Wtedy Eddie znowu mnie pocałował i poczułam, że wszystko traci na znaczeniu. Smutek przeszłości, niepewność przyszłości. To, co działo się teraz, było tym, co miało być dalej. Właśnie to.
Piętnaście dni później
- Musiało mu się przydarzyć coś strasznego.
- Jak na przykład co?
- Jak śmierć. No, może nie śmierć. Ale w sumie dlaczego nie? Moja babcia wykitowała w wieku czterdziestu czterech lat.
Jo obróciła się z fotela pasażera.
- Sarah.
Nie spojrzałam jej w oczy.
Przeniosła wzrok na Tommy'ego, który wiózł nas na zachód autostradą M4.
- Słyszałeś to? - spytała.
Nie odpowiedział. Jego szczęka była zaciśnięta, blada skóra na skroniach pulsowała, jakby coś, co pod nią było, próbowało się wydostać.
"Jo i ja nie powinnyśmy były przyjeżdżać", pomyślałam znowu. Byłyśmy pewne, że Tommy będzie potrzebował wsparcia od swoich dwóch najstarszych przyjaciółek - w końcu nieczęsto człowiek musiał stanąć ramię w ramię ze swoim szkolnym prześladowcą, podczas gdy dziennikarze robią mu zdjęcia - ale z każdym ponurym, naznaczonym deszczem kilometrem, który pokonywaliśmy, stawało się jasne, że przez nas jedynie narastał w nim lęk.
Tym, czego dzisiaj potrzebował, była możliwość odgrywania pewności siebie, bez bycia obserwowanym przez tych, którzy znali go najlepiej. Udawania, że co było, minęło. Zobaczcie, jakim odnoszącym sukcesy konsultantem sportowym się stałem - wprowadzam program do mojej dawnej szkoły! Jaki jestem szczęśliwy, mogąc pracować razem z głównym wuefistą - tym samym facetem, który walnął mnie w brzuch i wyśmiał, kiedy wtuliłem twarz w trawnik i się rozpłakałem.
Sprawę pogarszał też fakt, że z tyłu obok mnie siedział siedmioletni syn Jo, Rudi. Jego ojciec został zaproszony na rozmowę o pracę, a Jo nie zdążyła znaleźć opiekunki. Z wielkim zainteresowaniem słuchał naszej rozmowy na temat zniknięcia Eddiego.
- Czyli Sarah uważa, że jej chłopak nie żyje, a mama się złości - podsumował Rudi. Właśnie był na etapie przerabiania trudnych rozmów dorosłych w proste jednozdaniowe podsumowania i bardzo dobrze mu to wychodziło.
- To nie jest jej chłopak - powiedziała Jo. - Spędzili ze sobą siedem dni.
W samochodzie znowu zapanowała cisza.
- Sarah. Myśleć siedmiodniowy chłopak martwy - odparł Rudi ze swoim rosyjskim akcentem. Rudi miał w szkole nowego kolegę, Aleksandra, który niedawno przyjechał do Londynu spod ukraińskiej granicy. - Zabity przez tajne służby. Mama się nie zgadzać. Mama zła na Sarah.
- Nie jestem zła - powiedziała Jo ze złością. - Tylko zmartwiona.
Rudi zastanowił się przez chwilę, po czym dodał:
- Myślę, że ty kłamać.
Jo nie mogła zaprzeczyć, więc zamilkła. Nie chciałam denerwować Jo, więc także milczałam. A Tommy nie odzywał się od dwóch godzin, więc również siedział cicho. Rudi stracił zainteresowanie tematem i wrócił do grania na iPadzie. Dorośli byli pełni dziwacznych i bezsensownych problemów.
Obserwowałam, jak Rudi unicestwia coś, co przypominało kapustę, i nagle poraziło mnie uczucie tęsknoty: za jego niewinnością, dziecięcym spojrzeniem na świat. Wyobraziłam sobie Krainę Rudiego, w którym telefony komórkowe były raczej przyrządami do grania niż narzędziami psychologicznych tortur, a pewność matczynej miłości pozostawała niezachwiana niczym góra.
Jeśli był jakiś sens w dorastaniu, dzisiaj mi umykał. Któż nie wolałby zabijać kapust i mówić z rosyjskim akcentem? Któż nie wolałby dostawać gotowego śniadania i mieć powiedziane, w co się ubrać, gdy alternatywą była zgubna rozpacz w związku z mężczyzną, który wydawał się wszystkim, a w jakiś dziwny sposób stał się nikim? I nie chodziło tu o mężczyznę, którego żoną byłam przez siedemnaście lat; ale faceta, którego znałam dokładnie siedem dni. Nic dziwnego, że wszyscy w tym samochodzie uważali mnie za wariatkę.
- Słuchajcie, wiem, że to brzmi jak powieść dla nastolatek - powiedziałam w końcu. - I nie wątpię, że jesteście na mnie wkurzeni. Ale coś mu się stało, jestem tego pewna.
Jo otworzyła schowek na rękawiczki w samochodzie Tommy'ego, by wyciągnąć ogromną tabliczkę czekolady, z której gwałtownie oderwała kawałek.
- Mamo? - odezwał się Rudi. - Co to?
Doskonale wiedział, co to było. Jo bez słowa wręczyła synowi pasek. Rudi posłał jej swój największy, najszerszy uśmiech i - pomimo że traciła cierpliwość - Jo go odwzajemniła.
- Tylko nie proś o więcej - ostrzegła. - Bo będzie ci niedobrze.
Rudi nic nie odpowiedział, pewien, że ostatecznie i tak mu ulegnie.
Jo odwróciła się do mnie.
- Słuchaj, Sarah. Nie chcę być okrutna, ale uważam, że powinnaś przyjąć do wiadomości, że Eddie nie umarł. Ani nie jest ranny, nie ma zepsutego telefonu ani nie zmaga się ze śmiertelną chorobą.
- Naprawdę? Dzwoniłaś do szpitali, żeby to sprawdzić? Gadałaś z miejscowym koronerem?
- O Boże - powiedziała, wpatrując się we mnie. - Powiedz, że nie zrobiłaś żadnej z tych rzeczy, Sarah! Jezu Chryste!
- Jezu Chryste - wyszeptał Rudi.
- Przestań - skarciła go Jo.
- Ty zaczęłaś.
Jo dała Rudiemu więcej czekolady, a on powrócił do swojego iPada. To był mój prezent dla niego z Ameryki i wcześniej powiedział mi, że uwielbia go bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Moją pierwszą reakcją było rozbawienie, a potem - ku wielkiej konsternacji Rudiego - uroniłam kilka łez, bo wiedziałam, że tego wyrażenia nauczył się od Jo. Mimo własnego trudnego dzieciństwa Joanna Monk okazała się niezwykłą matką.
- No więc?
- Oczywiście, że nie wydzwaniałam po szpitalach - westchnęłam. - Daj spokój, Jo. - Obserwowałam rząd wron, siedzących na drutach słupów telefonicznych.
- Jesteś pewna?
- Oczywiście, że jestem. Chodziło mi tylko o to, że ty też nie wiesz, co stało się z Eddiem.
- Ale faceci ciągle tak robią! - wybuchnęła. - Dobrze o tym wiesz!
- Nie znam się na randkowaniu. Przez ostatnie siedemnaście lat byłam mężatką.
- Cóż, zatem możesz uwierzyć mi na słowo: nic się nie zmieniło - powiedziała gorzko Jo. - Nadal nie oddzwaniają.
Zwróciła się do Tommy'ego, ale on nadal nie reagował. Całe szczątkowe poczucie pewności siebie, które pozorował w związku z dzisiejszym wielkim rozpoczęciem projektu, wyparowało niczym poranna mgła i odkąd wyruszyliśmy, prawie się nie odzywał. Miał chwilowy przypływ animuszu w burgerowni Chieveley Services, kiedy otrzymał wiadomość, że trzy miejscowe gazety potwierdziły swój udział. Zaledwie kilka minut później w kolejce w WH Smith nazwał mnie "Sarah", a Tommy zwracał się tak do mnie tylko wtedy, gdy był bardzo zdenerwowany. (Byłam "Harrington", odkąd skończyliśmy trzynaście lat, a on zaczął robić pompki i używać płynu po goleniu).
Cisza się zagęszczała, a ja przegrałam bitwę, którą toczyłam, odkąd wyjechaliśmy z Londynu.
Jestem w drodze do Gloucestershire - napisałam do Eddiego. Wspieram mojego przyjaciela Tommy'ego; rozpoczyna duży projekt sportowy w naszej dawnej szkole. Gdybyś miał ochotę się spotkać, mogę zostać u rodziców. Dobrze byłoby porozmawiać. Całuję, Sarah.
Bez unoszenia się dumą, bez poczucia wstydu. W jakiś sposób się tego wyzbyłam. Co kilka sekund stukałam w ekran telefonu, czekając na raport doręczenia.
Dostarczono - ogłosiła dziarsko komórka.
Obserwowałam ekran, sprawdzając pojawienie się dymka wiadomości. Dymek oznaczałby, że mi odpisuje.
Brak dymka.
Spojrzałam ponownie. Brak dymka.
Spojrzałam ponownie. Nadal brak dymka. Wsunęłam telefon do torebki, poza zasięgiem wzroku. "Tak postępowały dziewczęta, zmagające się z męczarniami wieku dojrzewania", pomyślałam. Dziewczęta, które dopiero uczyły się kochać siebie, czekając na skraju histerii na odpowiedź od chłopaka, którego pocałowały w zeszły piątek w jakimś dusznym kącie. To nie było zachowanie trzydziestosiedmioletniej kobiety. Kobiety, która zwiedziła świat, przeżyła tragedię, prowadziła organizację charytatywną.
Deszcz ustawał. Przez szparę otwartego okna czułam ostry zapach asfaltu i wilgotnej, pachnącej dymem ziemi. "Przeżywam męczarnie". Wpatrywałam się tępo w bele siana na polu, owinięte ciasno w połyskujący czarny plastik niczym pulchne nogi w rajstopy. Niebawem będę na skraju. Stanę na krawędzi i polecę w dół, jeśli nie odkryję, co się stało. Sprawdziłam telefon. Minęła doba, odkąd wyciągnęłam moją kartę SIM i go zrestartowałam. Pora spróbować jeszcze raz.
Pół godziny później jechaliśmy podwójną jezdnią do Cirencester, a Rudi wypytywał swoją matkę, dlaczego każda chmura poruszała się w innym kierunku.
Byliśmy zaledwie kilka kilometrów od miejsca, gdzie go poznałam. Zamknęłam oczy, próbując przypomnieć sobie mój spacer tamtego gorącego poranka. Te nieskomplikowane kilka godzin Przed Eddiem. Przypominającą zsiadłe mleko słodycz rozkwitających kwiatów dzikiego bzu. Tak, i spaloną słońcem trawę. Falowanie motyli odurzonych upałem. Pole jęczmienia, upierzony, zielony dywan z plew, dyszący i pęczniejący na gorącym powietrzu. Sporadyczny wyskok spłoszonego królika. I dziwne poczucie oczekiwania, które tego dnia wisiało nad wioską, wrzący bezruch, zakurzone tajemnice.
Nieproszona, moja pamięć przewinęła się o jeszcze kilka minut do przodu, do momentu, gdy faktycznie poznałam Eddiego - bezpośredniego, przyjaznego mężczyznę o ciepłych oczach i przystępnej twarzy, pilnującego zbiegłej owcy - i smutek oraz konsternacja oplotły wszystko inne niczym chwasty.
- Możecie mi mówić, że się oszukuję - powiedziałam do milczącego samochodu. - Ale to nie była zwykła miłostka. To było... to było wszystko. Oboje tak czuliśmy. Dlatego jestem pewna, że coś mu się stało.
Na samą myśl zaparło mi dech.
- Powiedz coś - zwróciła się do Tommy'ego Jo. - Powiedz jej coś.
- Zajmuję się konsultingiem sportowym - mruknął. Zażenowanie zarumieniło mu kark. - Pracuję nad ciałami, nie głowami.
- Kto zajmuje się głowami? - spytał Rudi. Wciąż śledził naszą rozmowę.
- Terapeuci zajmują się głowami - odpowiedziała ze znużeniem Jo. - Terapeuci i ja.
Słowo "terapeuta" wymówiła ze specyficznym akcentem. Jo urodziła się i wychowała w Ilford, była typową, rodowitą Cockney. I ja ją uwielbiałam; jej bezpośredniość i ognisty temperament, to że była nieustraszona (co inni mogli uznawać za brak ustalonych granic), a przede wszystkim uwielbiałam tę przepotężną siłę, z jaką kochała swojego syna. Uwielbiałam w niej wszystko, ale mimo to wolałabym nie być z nią dzisiaj w jednym aucie.
Rudi spytał, czy jesteśmy już prawie na miejscu. Odpowiedziałam, że tak.
- Czy to twoja szkoła? - zapytał, wskazując na strefę przemysłową.
- Nie, ale są pewne architektoniczne podobieństwa.
- A to?
- Nie. To supermarket Waitrose.
- Daleko jeszcze?
- Nie, niedaleko.
- Ile minut?
- Około dwudziestu?
Rudi wbił się w swoje siedzenie z teatralną rozpaczą.
- To za sto lat - wyburczał. - Mamo, potrzebuję nowych gier. Czy mogę dostać nowe gry?
Jo opowiedziała, że nie, ale Rudi i tak postanowił coś kupić. Patrzyłam z podziwem, jak najzwyczajniej w świecie wpisuje Apple ID i hasło do konta Jo.
- Yy, przepraszam - wyszeptałam.
Spojrzał na mnie, miniaturowe blond afro tworzyło absolutnie nieoddającą jego charakteru aureolę, a migdałowe oczy błyszczały łobuzersko. Pokazał na migi gest zamykania ust na zamek, po czym wskazał na mnie ostrzegawczo palcem. A ponieważ kochałam to dziecko dużo bardziej, niż chciałam, zrobiłam, jak mi przykazano.
Jego matka przeniosła swoją uwagę na drugie dziecko na tylnym siedzeniu.
- Posłuchaj - powiedziała, kładąc pulchną dłoń na mojej nodze. Paznokcie miała dzisiaj pomalowane na kolor, który nosił nazwę Rumowisko. - Uważam, że powinnaś spojrzeć prawdzie w oczy. Poznałaś kolesia, spędziłaś z nim tydzień, potem on pojechał na wakacje i już więcej do ciebie nie zadzwonił.
W tym momencie prawda była zbyt bolesna; wolałam przypuszczenia.
- Sarah, miał piętnaście dni, żeby się odezwać. Wysyłałaś mu wiadomości, dzwoniłaś, robiłaś różne inne rzeczy, których, szczerze powiedziawszy, nie spodziewałabym się po kimś takim, jak ty... a mimo to - zero odpowiedzi. Też przez to przechodziłam, kochana, i wiem, jak to boli. Ale nie przestaje boleć, dopóki nie zaakceptujesz faktów i nie odpuścisz.
- Odpuściłabym, gdybym rzeczywiście wiedziała, że po prostu nie jest zainteresowany. Ale nie wiem.
Jo westchnęła.
- Tommy. Proszę, weź mnie wspomóż.
Zapadła długa cisza. Zastanawiałam się, czy istniało większe upokorzenie niż to? Rozmowa tego typu, kiedy prawie dobiega się cholernej czterdziestki? Dokładnie trzy tygodnie temu byłam normalnie funkcjonującą dorosłą osobą. Poprowadziłam spotkanie zarządu. Napisałam raport dla szpitala dziecięcego, z którym moja organizacja miała wkrótce rozpocząć współpracę. Nakarmiłam się i oporządziłam, żartowałam, odebrałam telefony, odpowiedziałam na e-maile. A teraz panowałam nad swoimi emocjami mniej niż siedmiolatek obok mnie.
Przyjrzałam się brwiom Tommy'ego we wstecznym lusterku, by sprawdzić, czy jest szansa, że cokolwiek od siebie doda. Jego brwi zaczęły żyć własnym życiem, kiedy jako dwudziestokilkulatek stracił włosy i teraz pozostawały bardziej wiarygodnymi wskaźnikami jego myśli niż usta.
Obecnie były zmarszczone.
- Chodzi o to - powiedział. Ponownie zamilkł i wyczułam wysiłek, jaki musiał włożyć, by oderwać się od swoich własnych problemów. - Chodzi o to, Jo, że założyłaś, że się z tobą zgadzam w kwestii Sarah. Ale nie jestem pewien, czy tak jest. - Jego głos był łagodny i ostrożny, niczym kot omijający niebezpieczeństwo.
- Że co?
- Przeczuwam awanturę - wyszeptał Rudi.
Brwi Tommy'ego przygotowały następne zdanie.
- Zapewne powodem, dla którego większość mężczyzn nie dzwoni, jest fakt, że nie są zainteresowani, ale zdaje mi się, że tu może chodzić o coś więcej. W końcu spędzili ze sobą tydzień. Tyle czasu, wyobrażasz to sobie? Gdyby Eddiemu chodziło tylko o sama wiesz co, zmyłby się po jednej nocy.
Jo parsknęła.
- Po co znikać po jednej, kiedy można mieć siedem nocy, sam wiesz czego.
- Daj spokój, Jo! Tak robią dwudziestoletni chłopcy, nie mężczyźni przed czterdziestką.
- Chodzi wam o seks? - spytał Rudi.
- Yy, nie - rzuciła Jo. - Co ty wiesz na temat seksu?
Przerażony Rudi powrócił do swojego iPada.
Jo obserwowała go przez chwilę, ale z uwagą wpatrywał się w ekran, mamrocząc coś swoim rosyjskim akcentem.
Wzięłam głęboki wdech.
- Rzeczą, która mi nie daje spokoju, jest to, że zaproponował odwołanie swoich wakacji. Po co miałby...
- Muszę siusiu - nagle oznajmił Rudi. - Wytrzymam mniej niż minutę - dodał, nim Jo zdążyła spytać.
Zatrzymaliśmy się przy uczelni rolniczej, zaraz obok drogi do ogólniaka, do którego uczęszczał Eddie. Szara mgła bólu zawisła nade mną, kiedy wpatrywałam się w tabliczkę, próbując wyobrazić sobie dwunastoletniego Eddiego, dziarsko przekraczającego progi szkoły. Drobna, okrągła twarz i uśmiech, który z czasem odciśnie swoje piętno w postaci zmarszczek mimicznych.
Właśnie mijamy twoją szkołę - wysłałam SMS do niego, nim zdążyłam się powstrzymać. Chciałabym wiedzieć, co się z tobą stało.
Jo była podejrzanie radosna, kiedy wrócili z Rudim do samochodu. Powiedziała, że zapowiada się piękny dzień i bardzo ją cieszy, że spędzi go z całą naszą trójką na wsi.
- Powiedziałem jej, że była dla ciebie niemiła - wyszeptał do mnie Rudi. - Masz ochotę na kawałek sera? - Poklepał pudełko z odrzuconymi kawałkami sera z kanapki, którą Jo dała mu wcześniej.
Pieszczotliwie zmierzwiłam mu włosy.
- Nie - odszepnęłam. - Ale cię kocham. Dziękuję.
Jo udawała, że nie słyszy naszej rozmowy.
- Mówiłaś, że Eddie zaproponował odwołanie wakacji - powiedziała pogodnie.
A ja poczułam, że pęknięcia na moim sercu otwierają się jeszcze bardziej, ponieważ - oczywiście - wiedziałam, dlaczego tak trudno było jej zachować cierpliwość. Wiedziałam, że prawie żaden z tych licznych mężczyzn, przed którymi Jo otworzyła swoje serce i duszę (a często także ciało) jeszcze przed Rudim, do niej nie zadzwonił. A ci, którzy zadzwonili, zawsze okazywali się mieć kolekcję innych kobiet na boku. A ona za każdym razem dawała im się zwodzić, bo nigdy nie potrafiła porzucić nadziei na miłość. Wtedy na scenę wkroczył Shawn O'Keefe - Jo zaszła w ciążę, a Shawn się wprowadził, wiedząc, że Jo go nakarmi i da mu schronienie. Przez cały czas nie podjął żadnej pracy. Znikał na całe noce, bez informowania, gdzie jest. Jego dzisiejsza "rozmowa kwalifikacyjna" była całkowitą ściemą.
Ale Jo pozwalała na to już siedem lat, bo w jakiś sposób wmówiła sobie, że miłość rozkwitnie, jeśli ona i Shawn jeszcze trochę nad tym popracują, jeśli ona poczeka jeszcze chwilę, aż on dorośnie. Wmówiła sobie, że mogą być rodziną, której sama nigdy nie miała.
Tak, Jo doskonale wiedziała, czym jest wyparcie.
Ale moja sytuacja zdawała się przerastać nawet ją. Próbowała mnie pocieszać, odkąd Eddie zniknął z powierzchni ziemi, zmuszała się do wysłuchiwania moich teorii, mówiła, że być może on zadzwoni jutro. Ale sama nie wierzyła w ani jedno słowo, a teraz w końcu pękła. "Nie pozwól dać się wykorzystać tak jak ja", mówiła. "Odejdź teraz, Sarah, póki jeszcze możesz".
Problem polegał na tym, że wcale nie mogłam.
Próbowałam przyjąć, że Eddie po prostu nie był zainteresowany. Każdego z tych piętnastu dni, podczas których mój telefon uparcie milczał, przeanalizowałam każdą żarliwą, wspaniałą chwilę, którą z nim spędziłam, szukając rys, drobnych znaków ostrzegawczych wskazujących, że być może nie był tak pewny jak ja, i nic nie znalazłam.
Ostatnimi czasy rzadko używałam Facebooka, a teraz ciągle na nim siedziałam, przeczesując jego profil w poszukiwaniu oznak życia. Albo - co gorsza - innej kobiety.
I nic.
Dzwoniłam i pisałam; nawet wysłałam mu żałosnego tweeta. Ściągnęłam Messengera oraz WhatsAppa i sprawdzałam w ciągu dnia, czy się na nich pojawił. Ale za każdym razem widziałam tę samą informację: Eddie David był ostatnio widziany online trochę ponad dwa tygodnie temu, w dniu, w którym wyszłam z jego domu, by mógł się spakować na wyjazd do Hiszpanii.
Przytłoczona wstydem i desperacją, ściągnęłam nawet kilka aplikacji randkowych, aby sprawdzić, czy miał tam konto.
Nie miał.
Pragnęłam móc kontrolować tę niekontrolowalną sytuację. Nie mogłam spać; na samą myśl o jedzeniu skręcało mnie w żołądku. Nie potrafiłam się na niczym skupić, a kiedy telefon wydawał z siebie dźwięk, dopadałam do niego tak gwałtownie, jak wygłodzone zwierzę. Wyczerpanie dawało mi się we znaki w ciągu dnia - wyjątkowo mocno; czasami aż brakło mi tchu - ale mimo to większość nocy nie mogłam zasnąć, wpatrując się w smolistą ciemność gościnnego pokoju w mieszkaniu Tommy'ego w zachodnim Londynie.
Najdziwniejsze było, że wiedziałam, że taka nie jestem. Że to nie jest rozsądne zachowanie i że robi się coraz gorzej, a nie lepiej, ale nie miałam ani ochoty, ani siły, by wziąć się w garść.
"Dlaczego nie zadzwonił?", wpisałam jednego dnia takie zapytanie w Google. Odpowiedź była niczym wirtualne tornado. Żeby zachować choć resztki rozsądku, zamknęłam przeglądarkę.
Zamiast tego ponownie wygooglowałam Eddiego, przejrzałam jego stronę o stolarstwie, szukając... Na tym etapie już nie wiedziałam, czego szukam. I oczywiście niczego nie znalazłam.
- Myślisz, że powiedział ci o sobie wszystko? - spytał Tommy. - Jesteś pewna, że nie ma na przykład innej kobiety?
Droga zjechała w niewielką nieckę parku, w którym dostojne dęby zebrały się niczym dżentelmeni w palarni.
- Nie ma innej kobiety - powiedziałam.
- Skąd wiesz?
- Wiem, bo... Wiem. Był wolny; bez zobowiązań. Nie tylko dosłownie, także emocjonalnie.
W oknie mignął jeleń, znikając w bukowym lesie.
- Dobra. A co z innymi znakami ostrzegawczymi? - naciskał Tommy. - Były jakieś nieścisłości? Czułaś, że o czymś ci nie mówi?
- Nie. - Zamilkłam na chwilę. - Chociaż, być może...
Jo odwróciła się w moją stronę.
- Być może co?
Westchnęłam.
- Tego dnia, kiedy się poznaliśmy, odrzucił kilka połączeń. Ale to był jedyny raz, kiedy tak zrobił - dodałam szybko. - Od tamtego momentu odbierał wszystkie telefony. I nikt dziwny też do niego nie dzwonił; tylko przyjaciele, mama, zapytania biznesowe... - "I Derek", pomyślałam nagle. Nigdy nie doszłam do tego, kim był Derek.
Brwi Tommy'ego tworzyły jakąś skomplikowaną figurę.
- No co? - spytałam. - O czym myślisz? To było tylko pierwszego dnia, Tommy. Potem odbierał, ilekroć ktoś do niego dzwonił.
- Wierzę ci. Po prostu... - urwał.
Jo wymownie milczała, ale ją zignorowałam.
- Po prostu zawsze uważałem, że randkowanie przez Internet jest ryzykowne - powiedział w końcu Tommy. - Wiem, że nie poznałaś go online, ale to podobna sytuacja, nie macie wspólnych znajomych ani nie łączy was nic innego. Mógł się przedstawić niemalże jako ktokolwiek.
Zmarszczyłam brwi.
- Ale dodał mnie do znajomych na Facebooku. Po co miałby to robić, gdyby chciał coś ukryć? Swoje prace wystawia na Twitterze i Instagramie i ma firmową stronę internetową, na której jest jego zdjęcie. I nocowałam w jego domu przez tydzień, pamiętasz? Poczta, którą dostawał, była adresowana do Eddiego Davida. Gdyby nie był stolarzem Eddiem Davidem, wiedziałabym o tym.
Znajdowaliśmy się głęboko w starym lesie, który rozpościerał się przez Cirencester Park. Plamki światła migotały na nagich udach Jo, kiedy wyglądała przez okno, ewidentnie zmieszana. Niedługo później wyjechaliśmy z lasu, a po chwili dojechaliśmy do zakrętu, na którym miał miejsce wypadek.
Na samo wspomnienie zaparło mi dech, jakby ktoś odessał tlen w samochodzie.
Kilka minut później wjechaliśmy na rozjaśnione po deszczu wiejskie pola. Zamknęłam oczy, nadal nie potrafiąc - nawet po tylu latach - spojrzeć na pobocze, gdzie podobno położyli ją ratownicy, próbując powstrzymać to, co było nieuniknione.
Dłoń Jo odnalazła moje kolano.
- Dlaczego to robisz? - Radar Rudiego zapikał. - Mamo? Dlaczego trzymasz rękę na nodze Sarah? Dlaczego na tym drzewie wiszą kwiaty? Dlaczego wszyscy są...
- Rudi - powiedziała Jo. - Rudi, może pogramy w Zgadnij, co widzę? Widzę coś, co zaczyna się na "w"!
Zapadła cisza.
- Jestem na to za duży - powiedział Rudi z rozdrażnieniem. Nie lubił nie być w temacie.
Oczy miałam nadal zamknięte, chociaż wiedziałam, że już minęliśmy to miejsce.
- Wieloryb - zaczął Rudi niechętnie. - Wiaderko na wodę. Waptop.
- Wszystko gra, Harrington? - spytał Tommy po odpowiednio długiej chwili.
- Tak. - Otworzyłam oczy. Pola pszenicy, chwiejne murki, ścieżki przypominające błyskawice na przygryzionej przez konie trawie.
- Jest dobrze.
Nigdy się z tym nie pogodziłam. Dziewiętnaście lat przytępiło krawędzie, wygładziło najgorsze zadry, ale to nadal we mnie siedziało.
- Może porozmawiamy jeszcze o Eddiem? - zasugerowała Jo. Próbowałam przytaknąć, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. - Kiedy będziesz gotowa - dodała, poklepując mnie po nodze.
- Cóż, zastanawiam się, czy nie miał wypadku - powiedziałam, kiedy poczułam, że znowu mogę mówić. - Leciał na południe Hiszpanii na surfing.
Brwi Tommy'ego rozważyły tę opcję.
- Sądzę, że to dość sensowna teoria.
Jo zwróciła uwagę, że miałam Eddiego w znajomych na Facebooku.
- Zobaczyłaby coś na jego stronie, gdyby zrobił sobie krzywdę.
- Ale nie powinniśmy wykluczać zepsutego telefonu - powiedziałam. Mój głos usychał bardziej z każdą utraconą nadzieją. - To był rupieć, Eddie...
- Kochanie - delikatnie wtrąciła Jo. - Kochanie, jego telefon nie jest zepsuty. Dzwoni, kiedy wybierasz jego numer.
Przytaknęłam żałośnie.
Rudi, który wcinał chipsy, kopnął w tył fotela Jo.
- Nuuuuuuda.
- Nie rób tak - powiedziała. - I pamiętaj, co ustaliliśmy na temat mówienia z pełną buzią.
Rudi, nie zauważony przez Jo, zwrócił się w moją stronę i wyszczerzył zęby, prezentując na wpół przeżute chrupki. Niestety, i z zupełnie niejasnych powodów, uważał to za nasz stały żart.
Wsunęłam dłoń w boczną kieszeń torebki, zaciskając palce na ostatnim kawałku nadziei, który mi pozostał.
- A Mysza - powiedziałam żałośnie. Czułam wzbierające łzy. - Dał mi Myszę.
Ujęłam ją w dłoń; była gładka, nieco podniszczona, mniejsza od orzecha włoskiego. Eddi wyrzeźbił ją z kawałka drewna, kiedy miał jedyne dziewięć lat. "Była ze mną w trudnych momentach", powiedział. "To moja talizmanka".
Przypominała mi pingwina z brązu, którego dostałam od ojca, żeby towarzyszył mi podczas egzaminów w szkole średniej. Miał poważny wyraz dzioba i łypał na mnie srogo, gdy otwierałam każdy arkusz. Nawet teraz uwielbiałam tego pingwina. Nie wyobrażałam sobie go komuś powierzyć.
Mysza znaczyła dla Eddiego to samo; byłam tego pewna - a jednak mi ją dał. "Popilnuj jej do mojego powrotu", powiedział. "Wiele dla mnie znaczy".
Jo rzuciła mi spojrzenie i westchnęła. Już słyszała o Myszy.
- Ludzie zmieniają zdanie - powiedziała cicho. - Być może było mu łatwiej zrezygnować z breloka niż nawiązać kontakt.
- To nie jest zwykły brelok. To... - poddałam się.
Kiedy Jo kontynuowała, jej głos był łagodniejszy.
- Posłuchaj, Sarah. Jeśli jesteś pewna, że przydarzyło mu się coś złego, może darujesz sobie te prywatne wiadomości i napiszesz coś na jego tablicy na Facebooku? Gdzie każdy będzie mógł to zobaczyć? Powiedz, że się martwisz. Spytaj, czy ktoś jest z nim w kontakcie.
Przełknęłam.
- Co masz na myśli?
- Dokładnie to, co właśnie powiedziałam. Zaapeluj do jego znajomych. Co cię powstrzymuje?
Nie umiejąc odpowiedzieć, obróciłam się, by wyjrzeć przez okno.
Jo naciskała.
- Myślę, że jedyną rzeczą, która mogłaby cię powstrzymać, jest wstyd. Ale gdybyś naprawdę szczerze i uczciwie wierzyła, że przydarzyło mu się coś strasznego, miałabyś gdzieś wstyd.
Mijaliśmy stare lotnisko Ministerstwa Obrony. Wyblakły, pomarańczowy rękaw falował nad pustym pasem startowym i nagle przypomniały mi się wybuchy śmiechu Hannah, kiedy tata pewnego razu zauważył, że to wygląda jak wielki, pomarańczowy siusiak. "Rękaw na siusiaka!", wykrzyknęła, a mama była rozdarta między szczerym rozbawieniem a chęcią skarcenia jej.
Rudi otworzył muzyczną biblioteczkę Jo na iPadzie i wybrał playlistę zatytułowaną "Rap ze Wschodniego Wybrzeża".
Skoro rzeczywiście tak się martwiłam, jak to deklarowałam, dlaczego nie napisałam nic na tablicy Eddiego? Czy Jo miała jednak rację?
Na horyzoncie pojawiały się cotswoldskie murowane domki w Chalford, stanowczo wczepione w tamtejsze zbocze, jakby w oczekiwaniu na ratunek. Chalford niebawem ustąpi Brimscombe, które potem zmieni się w Thrupp, a następnie w Stroud. A w Stroud w naszej starej szkole czekał na Tommy'ego spory komitet złożony z nauczycieli, uczniów i prasy. Musiałam wziąć się w garść.
- Poczekaj - nagle odezwał się Tommy. Ściszył rap Rudiego i spojrzał na mnie we wstecznym lusterku.
- Harrington, powiedziałaś Eddiemu o swoim małżeństwie?
- Nie.
Jego brwi zaczęły wariować.
- Mówiłaś, że opowiedziałaś mu o wszystkim!
- Tak było! Ale nie doszliśmy do listy naszych eks. To byłoby... cóż, niesmaczne. Znaczy, oboje jesteśmy przed czterdziestką... - urwałam. Czy powinniśmy byli? - Mieliśmy opowiedzieć sobie historie naszego życia, jednak nigdy do tego nie doszło. Ale ustaliliśmy, że oboje jesteśmy singlami.
Tommy obserwował mnie w lusterku.
- Ale czy ty i Reuben uaktualniliście swoją stronę internetową?
Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć, do czego zmierzał.
Wtem:
- Och, nie - wyszeptałam. Lodowate palce przejechały po moim podbrzuszu.
- Co? - krzyknął Rudi. - O co chodzi?
- O witrynę organizacji charytatywnej Sarah - odpowiedziała mu Jo. - Jest tam cała podstrona o Sarah i Reubenie, o tym, jak założyli organizację Doktorów Klaunów w latach dziewięćdziesiątych, kiedy wzięli ślub. I jak prowadzą ją razem do dzisiaj.
- Aha! - powiedział Rudi. Odłożył iPada, w końcu uradowany, że udało mi się rozwiązać tajemnicę. - Chłopak Sarah to przeczytał i pękło mu serce! Dlatego nie żyje, bo nie można żyć, kiedy nie działa ci serce.
Ale:
- Przepraszam, ale tego nie kupuję - powiedziała cicho Jo. - Skoro spędził z tobą tydzień, Sarah, skoro traktował to równie poważnie jak ty, to nie powinno go zrazić. Zapytałby cię. A nie uciekł niczym umierający kot.
Ale ja już pisałam do niego na tym przeklętym Messengerze.
Dzień pierwszy: kiedy się poznaliśmy
W dniu, w którym poznałam Eddiego Davida, było gorąco jak w piekle. Wieś zaczęła się topić i zapadać sama w sobie; ptaki skrywały się na nieruchomych drzewach, a pszczoły upijały rosnącą temperaturą. Nie wyglądało to na typowe popołudnie do zakochania się w kimś zupełnie obcym. Wydawało się, że to taki sam dzień jak każdy poprzedni 2 czerwca, którego spacerowałam tą drogą. Cichy, smutny, brzemienny. Znajomy.
Zanim zobaczyłam Eddiego, usłyszałam go. Stałam na przystanku autobusowym, próbując sobie przypomnieć, jaki dzień tygodnia mamy - czwartek, zdecydowałam, co oznaczało, że musiałam czekać jeszcze prawie godzinę. Tutaj, w tym wściekłym upale, na autobus, w którym z pewnością się usmażę. Ruszyłam w dół drogą w stronę wioski, poszukując cienia. Przy wrzącym strumieniu usłyszałam odgłosy dzieci ze szkoły podstawowej.
Przerwało je beczenie owcy gdzieś przede mną. "BEEE", ryczała. "BEEE!"
Odpowiedział jej gromki męski śmiech, który przeszył zduszony upał niczym powiew chłodnego powietrza. Zaczęłam się uśmiechać, jeszcze zanim zobaczyłam tego mężczyznę. Jego śmiech podsumowywał wszystkie moje odczucia względem owiec, z tymi ich śmiesznymi pyszczkami i głupkowatymi, szeroko rozstawionymi oczami.
Znajdowali się odrobinę dalej w centrum wsi. Mężczyzna siedział do mnie tyłem, metr dalej stała owca. Wpatrzona w niego głupkowatymi, szeroko rozstawionymi oczami. Spróbowała jeszcze raz zabeczeć, a mężczyzna odpowiedział coś, czego nie dosłyszałam. Kiedy do nich dotarłam, byli już głęboko pogrążeni w rozmowie.
Stałam na brzegu spalonej trawy, obserwując ich, i miałam wrażenie, że widziałam go wiele razy. Nie był mi znany, ale stanowił uroczą kopię tylu chłopców, z którymi chodziłam do szkoły: wielki, sympatyczny kawał faceta; przystrzyżone włosy i jasnobrązowa skóra; w typowym dla West Country stroju: szorty cargo i wyblakła koszulka. Na pewno potrafił zrobić półki, bez wątpienia umiał surfować i najprawdopodobniej jeździł zdezelowanym golfem, otrzymanym od swojej uroczej, acz stukniętej mamuśki.
Ten typ chłopaka, który - jak pisałam w moich nastoletnich pamiętnikach - miałam kiedyś poślubić. (To "kiedyś" odnosiło się do niesprecyzowanego czasu w przyszłości, gdy niczym motyl ze skarłowaciałej poczwarki oddam swoje stanowisko przeciętnie wyglądającej, społecznie niedopasowanej pomagierki Mandy i Claire, i objawię się jako śmiała, piękna kobieta, zdolna uwieść każdego mężczyznę, którego sobie upatrzę). Mąż pochodziłby z tej wioski - Sapperton - lub dowolnej innej w okolicy i na pewno jeździłby golfem. (Golf z jakiegoś powodu był ważny. W moich fantazjach pojechaliśmy nim na nasz miesiąc miodowy do Kornwalii, gdzie oczarowałam mojego małżonka, wbiegając nieustraszenie do morza z deską surfingową pod pachą).
Zamiast tego poślubiłam zniewieściałego amerykańskiego klauna. Prawdziwego klauna, z pudłami czerwonych nosów, ukulele i niedorzecznych nakryć głowy. Za kilka godzin ów klaun zacznie się wiercić, kiedy intensywne, kalifornijskie słońce zacznie wybielać ściany w naszym mieszkaniu. Może ziewnie, przewróci się na bok i wtuli w swoją nową dziewczynę, zanim poczłapie, by podkręcić klimatyzację i zrobić dla niej jakiś paskudny zielony sok.
- Dzień dobry - powiedziałam.
- O, dzień dobry - odpowiedział mężczyzna, rozglądając się na bok. O, dzień dobry. Jakby znał mnie od lat. - Znalazłem sobie owcę.
Owca kolejny raz tubalnie zabeczała, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z twarzy mężczyzny.
- Minęło dopiero kilka minut - powiedział mi mężczyzna - ale już mamy co do siebie poważne zamiary.
- Rozumiem. - Uśmiechnęłam się. - Czy to legalne?
- Prawo nie może kontrolować miłości - odparł wesoło.
Dopadła mnie niespodziewana myśl: "tęsknię za Anglią".
- Jak się poznaliście? - spytałam, wchodząc na trawnik.
Uśmiechnął się do owcy.
- Cóż, siedziałem tu, trochę się nad sobą użalając, kiedy znikąd zjawiła się ta młoda dama. Zaczęliśmy rozmawiać i nim się zorientowałem, rozważaliśmy wspólne zamieszkanie.
- Ten młody kawaler - powiedziałam. - Nie znam się na owcach, ale nawet ja potrafię stwierdzić, że to nie dama.
Po chwili mężczyzna odchylił się do tyłu, by obejrzeć podwozie zwierzęcia.
- Och.
Owca wpatrywała się w niego swoimi głupkowatymi, szeroko rozstawionymi oczami.
- Czyli nie masz na imię Lucy? - spytał. Owca milczała. - Powiedział mi, że ma na imię Lucy.
- Nie ma na imię Lucy - potwierdziłam.
Owca znowu zabeczała, a mężczyzna się roześmiał. Podekscytowana kawka zleciała z drzewa na ścieżkę za nami.
Stałam tuż przy nich. Mężczyzna, owca i ja razem na wyblakłym trawniku w centrum wioski. Mężczyzna patrzył na mnie z dołu. Pomyślałam, że jego oczy miały kolor dalekich oceanów, były pełne ciepła i dobrych zamiarów.
Był uroczy.
"Minie wiele miesięcy, zanim zaczniesz odczuwać coś prawdziwego wobec innego mężczyzny", powiedziano mi dzisiaj rano. Rada pochodziła z bzdurnej aplikacji Trener Rozstania, którą ściągnęła mi na telefon (bez zgody) moja najbliższa przyjaciółka z Los Angeles, Jenni Carmichael, dzień po tym, jak ogłosiliśmy z Reubenem separację. Każdego ranka aplikacja wysyłała mi okropne powiadomienia o stanie emocjonalnej traumy, w której właśnie się znajdowałam, i informowała, że to zupełnie normalne.
Tylko ja nie odczuwałam żadnej emocjonalnej traumy. Nawet kiedy Reuben powiedział mi, że jest mu przykro, ale uważa, że powinniśmy się rozwieść, musiałam zmusić się do płaczu, żeby nie sprawić mu przykrości. Kiedy aplikacja mówiła o moim pokaleczonym sercu i złamanym duchu, czułam się jak odbiorca cudzej poczty.
Ale Jenni była zadowolona, kiedy widziała, że czytam te wiadomości, więc zatrzymałam aplikację. Dobre samopoczucie mojej przyjaciółki - coraz delikatniejsze, odkąd zaczęła się zbliżać ku odbierającej nadzieję na macierzyństwo czterdziestce - bardzo zależało od jej możliwości opiekowania się osobami w potrzebie.
Mężczyzna zwrócił się do owcy.
- Cóż, to wielka szkoda. Myślałem, że mamy przed sobą przyszłość, Lucy i ja. - Nagle zadzwonił jego telefon.
- Myślisz, że sobie z tym poradzisz?
Wysunął telefon odrobinę z kieszeni i odrzucił połączenie.
- Och, sądzę, że tak. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Zajęłam się wypatrywaniem kolejnej owcy, farmera, pomocnego psa pasterskiego.
- Czuję, że powinniśmy z nim coś zrobić, nie uważasz?
- Zapewne. - Mężczyzna wstał. - Zadzwonię do Franka. Większość owiec stąd należy do niego. - Wybrał numer na swoim telefonie, a ja, odczuwając nagłą niepewność, przełknęłam ślinę. Kiedy tylko kwestia owcy zostanie rozwiązana, będziemy musieli przestać żartować i zacząć normalnie rozmawiać.
Stałam na trawie i czekałam. Owca bez entuzjazmu podgryzała szorstkie źdźbła trawy wokół siebie, nie spuszczając z nas oczu. Niedawno została ostrzyżona, ale nawet przycięte futro sprawiało wrażenie, że jest w nim wyjątkowo duszno.
Rozmyślałam, dlaczego tu jestem. Dlaczego mężczyzna wcześniej użalał się nad sobą. Dlaczego przeczesuję dłonią włosy. On rozmawiał przez telefon z Frankiem, śmiejąc się swobodnie.
- Dobra, stary. Zrobię, co w mojej mocy. Jasne - powiedział, patrząc na mnie. Naprawdę miał urocze oczy.
(Przestań!)
- Frankie nie dotrze tu wcześniej niż za godzinę. Mówi, że Lucy odszedł od stada na pastwisku przy pubie. - Zwrócił się do owcy. - Przyszedłeś z daleka. Jestem pod wrażeniem.
Owca kontynuowała jedzenie, więc on spojrzał na mnie.
- Spróbuję zaprowadzić go do ścieżki. Masz ochotę mi pomóc?
- Jasne. I tak zmierzałam w tamtą stronę na lunch.
Wcale nie zmierzałam w tamtą stronę na lunch. Tak naprawdę czekałam na 54 do Cirencester, bo w Cirencester byli ludzie, a dom moich rodziców stał pusty. Zeszłej nocy zadzwoniła pielęgniarka z oddziału ratunkowego Royal Infirmary w Leicester z informacją, że mój dziadek został tam przyjęty ze złamanym biodrem. Dziadek miał dziewięćdziesiąt trzy lata. Słynął też z niestosownego zachowania, ale nie miał nikogo poza mamą i jej siostrą, Lesley, która akurat siedziała na Malediwach ze swoim trzecim mężem.
"Jedź", powiedziałam mamie, kiedy się wahała. Mama nie lubiła mnie rozczarowywać. Co czerwiec w związku z moją wizytą realizowała wymyślne widowisko: dopracowane logistycznie, z domem pełnym kwiatów, wykwintnym jedzeniem. Wszystko, by przekonać mnie, że życie w Anglii było zdecydowanie lepsze niż wszystko, co mogła zaoferować Kalifornia.
- Ale... - patrzyłam, jak się łamie. - Ale zostaniesz sama.
- Dam sobie radę - powiedziałam. - Poza tym wyrzucą dziadka ze szpitala, jeśli cię tam nie będzie, żeby za niego przepraszać.
Ostatnim razem, kiedy dziadek wylądował w szpitalu, miał niefortunne starcie z lekarzem wezwanym na konsultację, którego nazywał "debilnym studentem medycyny".
Zapadła cisza, podczas której w mamie ścierały się ze sobą poczucie obowiązku względem dziecka i rodzica.
- Daj mi tu kilka dni - powiedziałam - a potem przyjadę do Leicester.
Spojrzała na tatę, ale oboje nie potrafili wybrać. A ja pomyślałam: "Kiedy staliście się tacy niezdecydowani?". Wyglądali na starszych, mniejszych. Zwłaszcza mama. Jakby już nie mieściła się w swoim ciele. (Czy to była moja wina? Czy to ja ją pomniejszyłam w jakiś sposób swoim uporem, by mieszkać za granicą?)
- Ale ty nie lubisz siedzieć w naszym domu - powiedział tata, nie znajdując lepszego sposobu, by ubrać to w słowa. To, że nie potrafił teraz powiedzieć nic śmiesznego, ścisnęło mi gardło tak bardzo, że czułam, że nic przez nie nie przejdzie.
- Oczywiście, że lubię! Co za bzdura!
- I nie możemy ci zostawić naszego samochodu. Jak gdziekolwiek się dostaniesz?
- Jest autobus.
- Przystanek znajduje się wiele kilometrów stąd.
- Lubię chodzić. Naprawdę, proszę, jedźcie. Odpocznę, tak jak mi ciągle każecie. Poczytam. Przejem tę górę jedzenia, którą tu znieśliście.
I tak, dzisiejszego ranka pomachałam im na pożegnanie i nagle znalazłam się sama w - tak - domu, w którym nie lubiłam przebywać. Zwłaszcza w pojedynkę.
Co znaczyło, że wcale nie szłam do Daneway na samotny lunch w pubie. Prawda była taka, że próbowałam zmusić tego nieznajomego do pójścia ze mną na drinka, mimo porannego powiadomienia od aplikacji, że flirty z innymi mężczyznami skończą się źle. "Staraj się pamiętać, jesteś teraz stratosferycznie wrażliwa", oznajmiła aplikacja na tle lekko rozmytego zdjęcia dziewczyny płaczącej w górę wygodnych poduszek.
Telefon mężczyzny zadzwonił ponownie. Tym razem pozwolił mu dzwonić.
- Dobra, zabieramy się za ciebie - powiedział. Ruszył w stronę Lucy, który spiorunował go wzrokiem, po czym zrobił zwrot i nawiał. - Ty idź tam - zawołał do mnie. - Wtedy możemy nakierować go na ścieżkę. Au! Cholera! - Niezdarnie przeskoczył nad trawą, a potem pobiegł z powrotem po swoje japonki.
Przesunęłam się w lewo, tak szybko, jak tylko mogłam w tym lepkim upale. Lucy skręcił w prawo, gdzie stał roześmiany mężczyzna. Akceptując fakt, że został złapany w pułapkę, naburmuszony Lucy powędrował w stronę niewielkiej ścieżki prowadzącej do pubu, wydając z siebie po drodze pełne niezadowolenia beknięcia.
"Dziękuję ci, Boże lub wszechświecie lub losie", pomyślałam. "Za tę owcę, tego mężczyznę, ten angielski żywopłot".
Jaką ulgą było rozmawianie z kimś, kto nie miał pojęcia o smutku, który powinnam przeżywać. Kto nie przekrzywiał ze zrozumieniem głowy, gdy ze mną rozmawiał. Kto po prostu mnie rozśmieszał.
W drodze do pubu Lucy kilkukrotnie próbował zwiać, ale dzięki zgranej pracy zespołowej udało nam się odprowadzić go na jego pole. Mężczyzna zerwał z drzewa gałąź i wsadził ją w dziurę w płocie, przez którą uciekła owca, następnie odwrócił się do mnie i uśmiechnął.
- Zrobione.
- Tak jest - powiedziałam. Staliśmy tuż przed pubem. - Wisisz mi piwo.
Roześmiał się i powiedział, że to brzmi rozsądnie.
I tak to się zaczęło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki