Bez skrupułów - SJ Hooks

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

- Na­prawdę nic nie da się zro­bić?

Jej krze­sło ob­ro­towe skrzypi, kiedy się na nim ob­raca za biur­kiem, wpa­tru­jąc się we mnie za­miast w ekran kom­pu­tera. Czoło ma prze­orane bruz­dami, a włosy przy­pró­szone si­wi­zną. Ale to oczy spra­wiają, że wy­gląda staro, jakby była po­twor­nie zmę­czona ży­ciem.

- Pro­szę po­słu­chać, panno... - Na­tych­miast wbija wzrok w su­fit.

- Win­ters - od­po­wia­dam, sta­ra­jąc się oka­zać jak naj­więk­szą cier­pli­wość, bo w końcu to nie jej wina. W ob­słu­gi­wa­nym przez nią sys­te­mie je­stem tylko nu­mer­kiem w nie­skoń­czo­nym ciągu ko­biet pod­cho­dzą­cych do okienka i opo­wia­da­ją­cych do­kład­nie tę samą hi­sto­rię.

- Panno Win­ters. - Urzęd­niczka opieki spo­łecz­nej składa ręce i po­chyla się ku mnie. - Pań­stwo ofe­ruje różne za­siłki dla sa­mot­nych ma­tek, ale pro­blem po­lega na tym, że w chwili obec­nej nie speł­nia pani wa­run­ków wy­ma­ga­nych do ich otrzy­my­wa­nia.

- Ale...

- Przy­kro mi. Na­prawdę. - Ucieka wzro­kiem na prawo, a kiedy znów prze­nosi go na mnie, do­strze­gam w jej spoj­rze­niu błysk szcze­rego współ­czu­cia. - Ma pani uro­czego synka.

- Dzię­kuję - mam­ro­czę i prze­cze­suję pal­cami włosy Luke'a.

On pod­nosi wzrok znad książki i uśmie­cha się do mnie, po czym wraca do prze­glą­da­nia ob­raz­ków. Książka jest zu­peł­nie nowa, wzię­li­śmy ją z po­cze­kalni.

- Do czasu pod­ję­cia de­cy­zji w spra­wie zba­da­nia, co się stało z pani by­łym... mę­żem?

- Part­ne­rem.

- Prze­pra­szam. Do­póki nie stwier­dzą, że były part­ner dłu­żej was nie utrzy­muje, nie jest pani upraw­niona do za­siłku.

- A kiedy to na­stąpi?

- Nie wiem, ale to, że jest u pani za­mel­do­wany, spra­wie na pewno nie po­maga.

- Od kilku mie­sięcy nie przy­cho­dzą do niego żadne li­sty. Musi ko­rzy­stać z ja­kie­goś in­nego ad­resu.

- Nie­wąt­pli­wie tak wła­śnie jest. - Ko­bieta przy­znaje mi ra­cję. - Jest pani pewna, że nic mu się nie stało?

- Ow­szem. Za­miesz­cza po­sty na Fa­ce­bo­oku. Różne idio­tyczne filmy i tego typu rze­czy. Ale nie od­pi­suje na moje wia­do­mo­ści.

Opie­kunka spo­łeczna kręci głową i lekko za­ci­ska usta.

- Czy ktoś może pani po­móc do czasu, aż do­sta­nie pani za­si­łek?

Od­po­wia­dam prze­czą­cym ru­chem głowy. Mam przy­ja­ciółkę Jo, ale nie mogę przyj­mo­wać od niej pie­nię­dzy w nie­skoń­czo­ność.

- A pani ro­dzice? Albo ro­dzice ojca dziecka?

- Nie utrzy­mu­jemy kon­taktu. Ni­gdy nie wi­dzieli Luke'a, a mo­jego by­łego part­nera wy­cho­wy­wała ciotka, która także nas nie od­wie­dzała. Nie mamy ni­kogo.

Mru­ga­niem po­zby­wam się łez.

- Przy­kro mi. - Urzęd­niczka ci­cho wzdy­cha. - Za­kła­dam, że szu­kała pani pracy.

- Oczy­wi­ście. Każ­dej. Ale wy­gląda na to, że nie mam żad­nych kwa­li­fi­ka­cji.

Tym ra­zem w jej oczach po­ja­wia się wię­cej niż tylko błysk współ­czu­cia.

- Na­prawdę chcia­ła­bym... - Głos jej za­miera. Nic nie może zro­bić i obie do­sko­nale o tym wiemy.

- Ja także - mru­czę i od­su­wam krze­sło. - Ko­cha­nie, idziemy stąd.

Nie da się wy­żyć z po­boż­nych ży­czeń, wiem o tym aż za do­brze. Ży­cie jest skraj­nie nie­spra­wie­dliwe.

- Mamo, je­stem głodny.

Od­ry­wam się od ogło­szeń o pracę i pró­buję się uśmiech­nąć do syna. Mam na­dzieję, że udało mi się za­ma­sko­wać drę­czący mnie nie­po­kój.

- Okej, ko­cha­nie. Masz ochotę na to­sty?

"Pro­szę, po­wiedz, że tak".

Na szczę­ście od­po­wiada, że ma, więc odro­binę się od­prę­żam. Wstaję, żeby po­szu­kać wszyst­kich skład­ni­ków: chleba, ostat­nich dwóch pla­ster­ków sera i odro­biny ma­sła. Lo­dówka zieje straszną pustką, gdy wyj­muję z niej wszyst­kie pro­dukty. Szybko przy­go­to­wuję dla Luke'a tę nędzną ko­la­cję. Je­dze­nie na pewno jest zle­żałe, ale Luke z en­tu­zja­zmem bie­rze tost do ręki.

- A ty, mamo?

- Nie je­stem głodna - kła­mię.

W rze­czy­wi­sto­ści je­stem głodna jak wilk i nie cho­dzi wy­łącz­nie o je­dze­nie. Tę­sk­nię za ży­ciem, które to­czy­łoby się poza mu­rami tego zde­wa­sto­wa­nego miesz­ka­nia - za czymś in­nym i czymś wię­cej niż tylko cią­głe zma­ga­nie się z nie­przy­ja­znym lo­sem.

- Zjedz do końca, ko­cha­nie. Zo­sta­niesz dziś na noc u pani Watt.

Mina mu rzed­nie, ale kiwa głową. Wiem, że wo­lałby no­co­wać w domu, ale nie mam wy­boru. Mu­szę zna­leźć so­bie pracę, a mó­wiąc oględ­nie, nie roi się od ofert dla dwu­dzie­sto­dwu­let­niej ko­biety bez do­świad­cze­nia i nie­ma­ją­cej żad­nych szcze­gól­nych kwa­li­fi­ka­cji. W ła­zience ro­bię so­bie zbyt wy­zy­wa­jący ma­ki­jaż i ta­pi­ruję dłu­gie włosy. Póź­niej się prze­bie­ram. Dziś wie­czo­rem skromne ubra­nie nie ma ra­cji bytu. Ubie­ga­łam się o pracę w pra­wie każ­dym po­bli­skim ba­rze, re­stau­ra­cji czy skle­pie - bez­sku­tecz­nie. Nie po­zo­stało mi nic in­nego niż spró­bo­wać szczę­ścia gdzie in­dziej i dla­tego z wes­tchnie­niem wkła­dam krótką ob­ci­słą spód­niczkę, wy­de­kol­to­wany top i pa­su­jące szpilki. Ku­pi­łam to wszystko dawno temu w ra­mach ża­ło­snej próby buntu, ale tak na­prawdę ni­gdy nie mia­łam od­wagi się w to wy­stroić. Nie roz­po­znaję dziew­czyny, którą wi­dzę w lu­strze, i pew­nie to bar­dzo do­brze. Ten strój ma bar­dzo nie­wiele wspól­nego z moją oso­bo­wo­ścią, nor­mal­nie ni­gdy bym się nie no­siła aż tak wy­zy­wa­jąco. Luke ab­so­lut­nie nie może mnie zo­ba­czyć w tym stroju. Ukry­wam się więc pod płasz­czem, po czym wcho­dzę do kuchni.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej pu­kam do pani Watt miesz­ka­ją­cej tuż obok. Za­wsze jest w domu.

- Cześć, Abbi. - Wita się ze mną i marsz­czy brwi na wi­dok mo­ich roz­czo­chra­nych wło­sów, czer­wo­nej szminki i dziw­kar­skich szpi­lek.

- Do­bry wie­czór, pani Watt. Mu­szę wyjść, mo­głaby pani... - Luke chowa się ze mną, w nie­mym pro­te­ście kur­czowo ucze­piony mo­jego płasz­cza.

- Wejdź. - Ko­bieta z wes­tchnie­niem wy­ciąga rękę w stronę mo­jego syna.

- Mamo - szep­cze Luke i pa­trzy na mnie wiel­kimi oczyma.

Przy­klę­kam na tyle ni­sko, na ile po­zwala moja ob­ci­sła spód­niczka, aż na­sze oczy są na tej sa­mej wy­so­ko­ści.

- Ko­cha­nie, wrócę po cie­bie. Obie­cuję. To tylko kilka go­dzin.

Nie lubi, kiedy go zo­sta­wiam, i żadne uspo­ka­ja­nie nic nie zdziała. Do­sko­nale to ro­zu­miem. Pie­przony Pa­trick i jego za­pew­nie­nia o ry­chłym po­wro­cie. Mi­nęło sześć mie­sięcy, a Luke wciąż czeka. Te­raz obej­muje mnie i ści­ska tak mocno, że trudno mi od­dy­chać.

- Po­słu­chaj, ko­cha­nie - szep­czę. - Ko­cham cię i obie­cuję, że wrócę. Ni­gdy cię nie zo­sta­wię.

- Ni­gdy prze­ni­gdy?

- Ni­gdy prze­ni­gdy - obie­cuję ca­łym ser­cem. - Wrócę, za­nim zdą­żysz się obej­rzeć.

- Okej. - Po­ciąga no­sem.

Pani Watt pry­cha ze znie­cier­pli­wie­niem. Jest bar­dzo bez­po­śred­nia i na pewno uważa, że za bar­dzo się z nim cac­kam, ale mam to gdzieś. Z dru­giej strony je­stem do­zgon­nie wdzięczna za po­moc. W miesz­ka­niu pani Watt czuć dy­mem pa­pie­ro­so­wym, a Luke boi się jej kota o imie­niu Bu­ster, ale pod tą twardą sko­rupą w rze­czy­wi­sto­ści kryje się miła star­sza pani, która po­trafi się za­opie­ko­wać dziec­kiem.

- Chodź, młody czło­wieku - zwraca się do Luke'a, który nie­chęt­nie się mnie pusz­cza. - Zja­dłeś ko­la­cję?

- Tak, pani Watt.

- Masz miej­sce na de­ser? Ku­pi­łam cia­steczka. Leżą w kuchni.

- O tak, bar­dzo dzię­kuję. - Luke wcho­dzi do przed­po­koju i po­syła mi ostat­nie spoj­rze­nie, za­nim znika w głębi miesz­ka­nia, żeby do­stać swój de­ser.

- Nie wiem, jak mam pani dzię­ko­wać, pani Watt. - Wstaję, chwie­jąc się nie­pew­nie na tych idio­tycz­nych szpil­kach.

Ona po­now­nie mie­rzy mnie od stóp do głów. Wi­dać, że za­uwa­żyła mój od­mienny wy­gląd.

- Do­kąd się pani wy­biera?

- Na roz­mowę o pracę. W jed­nym... eee... klu­bie noc­nym mają wolne sta­no­wi­ska.

Wolno kiwa głową i za­ciąga się pa­pie­ro­sem.

- Pro­szę na sie­bie uwa­żać - mówi ostrze­gaw­czo, ma­cha­jąc mi ręką przed no­sem.

- Będę ostrożna. Wrócę za kilka go­dzin. Nie musi pani go bu­dzić, je­śli za­śnie. Za­niosę go póź­niej do domu.

Kręci nie­znacz­nie głową i za­myka drzwi. Wiem, że nie po­doba jej się ten po­mysł, ale co in­nego mo­głam zro­bić? Zbie­ram się na od­wagę, za­kła­dam na ra­mię pa­sek od pu­sta­wej to­rebki i wy­cho­dzę w ciemną noc.

- No i co z tego bę­dzie? - Me­ne­dżer klubu od­chyla się w fo­telu. Wy­gląda, jakby się do­brze ba­wił. Trudno uwie­rzyć, że wła­śnie ka­zał mi się ro­ze­brać na sa­mym środku swo­jego ga­bi­netu. Je­stem bo­le­śnie świa­doma obec­no­ści sze­ro­kiego w ba­rach osiłka sto­ją­cego przy drzwiach, tuż za mo­imi ple­cami, i zer­kam ner­wowo w jego stronę. On tak­suje mnie wzro­kiem w nie­skrę­po­wany spo­sób i nie wy­gląda, jakby miał za­miar stam­tąd wyjść.

- Po­słu­chaj, je­śli nie po­tra­fisz zrzu­cić ubra­nia przede mną i Ben­nym, to jak, do cięż­kiej cho­lery, za­mie­rzasz to ro­bić przed pu­blicz­no­ścią? - zwraca się do mnie me­ne­dżer.

Trafne spo­strze­że­nie. Ręce mi drżą, kiedy ścią­gam z sie­bie ko­lejne czę­ści gar­de­roby, ga­piąc się na dy­wan w ko­lo­rze wy­mio­cin.

- Nie­stety. Przy­kro mi.

Pod­no­szę głowę i pa­trzę na me­ne­dżera ze zdzi­wie­niem.

- Że... że co?

- Nie przy­dasz mi się. - Ma­cha od­mow­nie ręką. - Buźkę masz ni­czego so­bie, ale je­steś ku­rew­sko chuda, do­słow­nie jak szkie­let, do tego masz minę, jak­byś umie­rała ze stra­chu. Taki wy­gląd nie­win­nej córki są­siada spraw­dziłby się tylko, gdy­byś miała drugą, nie­grzeczną stronę.

Wzbiera we mnie pa­nika.

- Nie, pro­szę... Ja...

Prze­krzy­wia głowę i przy­gląda mi się przez ra­mię.

- Benny, masz ochotę ją wy­ru­chać?

- Nie. - Od­po­wiedź pada na­tych­miast, odzie­ra­jąc mnie z resz­tek god­no­ści. Za­czy­nam się ubie­rać.

- Je­śli prze­sta­niesz się gło­dzić, może jesz­cze będą z cie­bie lu­dzie! - krzy­czy za mną, kiedy chwiej­nym kro­kiem opusz­czam jego ga­bi­net, bez po­wo­dze­nia wal­cząc ze łzami.

W klu­bie jest ciemno, leci ogłu­sza­jąca mu­zyka. Prze­my­kam obok baru, za­mglo­nym wzro­kiem szu­ka­jąc wyj­ścia, gdy na­gle zde­rzam się z mu­rem twar­dych mię­śni i tracę rów­no­wagę. Przed upad­kiem ra­tują mnie dwie silne dło­nie, które chwy­tają mnie za ra­miona i sta­wiają z po­wro­tem na nogi. Pod­no­szę głowę i prze­stra­szona ro­bię krok w tył, gdy uświa­da­miam so­bie, że trzyma mnie w ra­mio­nach nie­zna­jomy męż­czy­zna. Marsz­czy czoło, a jego ciemne oczy tak­sują moją twarz. Je­stem pewna, że wy­glą­dam strasz­nie, i czer­wie­nię się na myśl o swoim opła­ka­nym sta­nie i ską­pym przy­odziewku.

- Dzię­kuję - mam­ro­czę. Na­wet nie je­stem pewna, czy w ogóle to usły­szał. Szybko kie­ruję się do wyj­ścia, a mu­zyka za­głu­sza moje gło­śne łka­nie. Wy­do­sta­łam się na ze­wnątrz i pra­gnę tylko jak naj­szyb­ciej stam­tąd odejść. Ob­cas utyka mi w chod­niku i ża­łuję, że nie wzię­łam do to­rebki spor­to­wych bu­tów, ale ból w sto­pach szybko ustę­puje ogar­nia­ją­cemu mnie co­raz sil­niej uczu­ciu pa­niki.

Nie mam po­ję­cia, co da­lej. Nie zo­stało mi wię­cej pie­nię­dzy, a je­dze­nia star­czy tylko na dwa dni. Już dawno po­win­nam była za­pła­cić czynsz. Co się sta­nie z Lu­kiem, je­śli wy­lą­du­jemy na ulicy? Czy opieka spo­łeczna mi go od­bie­rze, je­śli dojdą do wnio­sku, że nie po­tra­fię się nim na­le­ży­cie za­jąć? Czuję gwał­towne ukłu­cie w sercu i mu­szę się za­trzy­mać, żeby mój od­dech wró­cił do normy.

- Ile?

Wzdry­gam się gwał­tow­nie i tracę rów­no­wagę. Mało bra­kuje, bym się wy­wró­ciła. Przy ulicy za­trzy­mał się ciemny sa­mo­chód, szyba od strony pa­sa­żera jest opusz­czona.

- C-co?

- Ile?

"Ale za co?"

Na­gle wszystko staje się ja­sne. Wziął mnie za dziwkę! Okej, pew­nie tak dziś wy­glą­dam. Po wyj­ściu z klubu po­win­nam była z po­wro­tem okryć się płasz­czem.

- Nie je­stem...

- Nie­ważne. - Prze­rywa mi głos. - Ile?

- Halo! - krzy­czę. - Ja tylko wra­cam do domu!

- Trzy­sta do­la­rów.

"Łał".

Nie znam ty­po­wych sta­wek za ta­kie usługi, ale dla mnie to kupa pie­nię­dzy. Nie­malże czuję w ustach smak je­dze­nia, które bym za nie ku­piła. Mie­rzę w dło­niach cię­żar re­kla­mó­wek z za­ku­pami i przy­glą­dam się peł­nym pół­kom w lo­dówce. Ju­tro rano mo­gła­bym przy­wi­tać Luke'a luk­su­so­wym śnia­da­niem.

- Z-za... za co? - py­tam, pod­cho­dząc do sa­mo­chodu. Drzwi się otwie­rają, w ułamku se­kundy miga mi przed oczami gar­ni­tur i duża dłoń.

Nie po­win­nam tego ro­bić. To zbyt nie­bez­pieczne. Z dru­giej strony nie mogę stra­cić Luke'a. Po­chy­lam się ostroż­nie i za­glą­dam do środka. To on - męż­czy­zna z klubu. Je­chał za mną.

- No cześć. - Wita się ze mną. - Wska­kuj.

Przy­glą­dam mu się uważ­niej: ele­gancki gar­ni­tur, świeżo ogo­lona twarz - nie do­strze­gam nic, przez co za­pa­li­łaby mi się czer­wona lampka. Spo­ty­kam jego spoj­rze­nie i pró­buję go oce­nić. Nie wy­daje się nie­bez­pieczny i wy­gląda na to, że rze­czy­wi­ście ma to trzy­sta do­la­rów. Wcho­dzę do sa­mo­chodu z du­szą na ra­mie­niu. Czy wła­śnie po­peł­niam ka­ry­godny błąd? Z dru­giej strony - prze­cież nie mam wy­boru. Je­stem zde­spe­ro­wana. Nie mogę so­bie po­zwo­lić na żadne roz­terki.

Roz­dział 2

Po wej­ściu do sa­mo­chodu oka­zuje się, że męż­czy­zna jest cał­kiem przy­stojny. Wy­gląda tro­chę jak biz­nes­men, tro­chę jak ad­wo­kat z se­rialu te­le­wi­zyj­nego. Ma ciemne, wy­sty­li­zo­wane włosy. Czuję za­pach per­fum. Bar­dzo dro­gich zresztą. Jest ode mnie sporo star­szy, tuż przed czter­dziestką, a może tuż po? Nie wy­gląda jak ktoś, kto musi pła­cić ko­bie­tom za seks, ale co ja mogę wie­dzieć? Ni­gdy wcze­śniej nie pró­bo­wa­łam cze­goś po­dob­nego i tak na­prawdę nie mam po­ję­cia, jacy męż­czyźni za to płacą.

- Za­mknij drzwi - na­ka­zuje.

Wa­ham się przez chwilę. Na­prawdę chcę to zro­bić? Je­śli na­gle je za­blo­kuje, nie będę mo­gła uciec.

- Nie je­steś z po­li­cji, prawda? - py­tam. - Je­śli tak, po­wi­nie­neś to po­wie­dzieć. Tak mówi prawo.

- Na­prawdę tak mówi?

- Ja... wi­dzia­łam to kie­dyś w fil­mie.

Roz­lega się jego przy­tłu­miony śmiech.

- Nie je­stem z po­li­cji. A ty naj­wy­raź­niej je­steś nowa w tej branży.

- Eee... Tak.

- Chcesz czy nie?

Tłu­mię płacz, który ści­ska mi gar­dło. Nie mam wyj­ścia, mu­szę to zro­bić.

- Chcę - od­po­wia­dam i za­my­kam drzwi. - Po­trze­buję pie­nię­dzy.

Rzuca mi za­cie­ka­wione spoj­rze­nie, po czym kiwa głową - chyba bar­dziej do sie­bie.

- Aha... ro­zu­miem - ko­men­tuje. Włą­cza się do ru­chu.

Przez pe­wien czas je­dziemy, nie od­zy­wa­jąc się. Wkła­dam płaszcz i zer­kam na męż­czy­znę czuj­nym okiem, ale on tylko pro­wa­dzi sa­mo­chód, z ru­ty­nową ła­two­ścią i ide­al­nym spo­ko­jem.

Kiedy wjeż­dżamy na ob­szar prze­my­słowy, czuję lek­kie ukłu­cie pa­niki. Gdy­bym po­trze­bo­wała po­mocy, nikt mnie tu­taj nie usły­szy.

- Nie masz się czego bać - od­zywa się do mnie. Naj­wi­docz­niej doj­rzał moje zde­ner­wo­wa­nie. - Nic ci nie zro­bię. Po pro­stu nikt nam tu nie bę­dzie prze­szka­dzał.

Skręca sa­mo­cho­dem w wą­ską uliczkę mię­dzy dwoma du­żymi ma­ga­zy­nami i gasi sil­nik.

"Cho­lera, czyli to już".

- Co... co chciał­byś ro­bić? - py­tam, zer­ka­jąc na niego.

- Ob­cią­gnij mi.

Rzuca to tak, jakby za­ma­wiał fi­li­żankę kawy. Zu­peł­nie jakby ob­cią­ga­nie nie było ni­czym szcze­gól­nym. Mu­szę jed­nak przy­znać, że mi ulżyło. Ba­łam się, że bę­dzie chciał dużo wię­cej.

- Czy mu­szę naj­pierw do­stać ja­kieś pie­nią­dze?

"Dla­czego, kurwa, go o to py­tam?"

Za­uwa­żam drże­nie ką­ci­ków jego ust, ale wyj­muje port­fel i z gru­bego pliku wy­ciąga trzy­sta do­la­rów, które mi po­daje. Ga­pię się na te wszyst­kie bank­noty. Cie­kawe, ja­kie to uczu­cie mieć tyle pie­nię­dzy. Wpy­cham bank­noty do to­rebki i po­wstrzy­muję się od po­dzię­ko­wań. Te­raz mu­szę na nie za­słu­żyć. Ni­gdy so­bie nie wy­obra­ża­łam, że będę zmu­szona do cze­goś ta­kiego.

- Zdej­mij płaszcz - roz­ka­zuje.

Nie­zgrab­nie po­zby­wam się okry­cia i po­cie­ram na­gie ra­miona, gdy owiewa mnie zimne po­wie­trze z kli­ma­ty­za­cji. Za­sy­cha mi w ustach, kiedy on ostroż­nie chwyta mnie za nad­garstki i cią­gnie ku so­bie moje ręce. Ob­raca je po­woli i przy­gląda się ba­daw­czo mo­jej na­giej skó­rze. Chwilę póź­niej pusz­cza je i pyta:

- Ile masz lat?

- Dwa­dzie­ścia dwa.

Marsz­czy czoło i ściąga usta.

- Nie lu­bię lu­dzi, któ­rzy kła­mią - mówi odro­binę ła­god­niej­szym to­nem. - Nie kła­miesz?

Po­twier­dzam. Nie ro­zu­miem, dla­czego mia­ła­bym kła­mać na te­mat wieku.

- To do­brze.

- Do­brze?

- Tak. Wy­glą­dasz na młod­szą niż dwa­dzie­ścia dwa lata, a ja nie lecę na nie­peł­no­let­nie. Zdej­mij top.

Już drugi raz tego wie­czoru roz­bie­ram się przed ob­cym męż­czy­zną. Nie pa­trząc na niego, zdej­muję bluzkę. W gło­wie wciąż dźwię­czą mi słowa me­ne­dżera klubu ze strip­ti­zem.

- Patrz na mnie - roz­ka­zuje mi.

Zmu­szam się, żeby spoj­rzeć mu w oczy.

- Je­steś bar­dzo piękna. - Mie­rzy mnie wzro­kiem.

Od­dy­cham z ulgą. Gdyby uznał, że nie je­stem wy­star­cza­jąco po­nętna, na pewno za­żą­dałby swo­ich pie­nię­dzy z po­wro­tem. Po­nadto przy­jem­nie mi to sły­szeć.

- Dzię­kuję - szep­czę. Wzdry­gam się, gdy jego dłoń prze­suwa się w dół po moim ra­mie­niu i za­czyna pie­ścić mi piersi. Sutki stward­niały na zim­nie, a on lekko je pod­szczy­puje. Za­czy­nam dy­szeć.

- Chodź tu­taj. - Przy­ciąga mnie bli­żej.

Sztyw­nieję. Sie­dzimy twa­rzą w twarz, a on pa­trzy na mnie z nie­uda­wa­nym po­żą­da­niem. Z tymi wiel­kimi, peł­nymi prze­ra­że­nia oczami mu­szę przy­po­mi­nać ranne zwie­rzę. Uj­muje mnie pod brodę, po czym prze­suwa kciu­kiem po mo­ich war­gach, roz­ma­zu­jąc szminkę.

- Nie po­trze­bu­jesz tego gówna - szep­cze.

Po­chyla się nade mną, wtedy ja za­my­kam oczy, bo my­ślę, że chce mnie po­ca­ło­wać. Za­miast tego czuję, jak jego usta do­ty­kają mo­jego po­liczka i ucha.

- Bądź miłą dziew­czynką i zrób mi do­brze.

Jego słowa wy­ry­wają mnie z za­my­śle­nia i wpra­wiają w za­kło­po­ta­nie. Ni­gdy wcze­śniej nikt tak do mnie nie mó­wił. Serce wali mi w piersi jak osza­lałe, pod­czas gdy on opusz­cza opar­cie sie­dze­nia. Od­rzuca kra­wat za ra­mię, żeby nie prze­szka­dzał. Po­tem po­woli od­wraca się do mnie i unosi brwi w ocze­ki­wa­niu.

Po­chy­lam się nad nim, on opiera głowę o za­głó­wek, opusz­cza ręce po bo­kach. Te­raz wy­star­czy tylko roz­piąć spodnie i za­ła­twić sprawę, a pie­nią­dze będą moje.

"Zrób to. Po pro­stu to zrób".

Moje palce są sztywne i nie­chętne do współ­pracy, gdy do­ty­kam roz­po­rka. Je­stem tak skon­cen­tro­wana, że nie za­uwa­żam, jak pod­niósł dłoń, którą gła­dzi mnie po gło­wie i ple­cach. Naj­pierw sztyw­nieję, po­tem cała drżę od tego do­tyku.

- Hej. - Znów uj­muje mnie pod brodę i zmu­sza, bym na niego spoj­rzała. Przy­gląda się uważ­nie mo­jej twa­rzy. Po kilku se­kun­dach po­now­nie ściąga usta i kręci głową.

- Nie, nie bę­dziemy tego ro­bić.

Te słowa bolą mnie tak samo jak to, co po­wie­dział mi wcze­śniej me­ne­dżer. Nie mogę po­wstrzy­mać łez, które ha­mo­wa­łam przez cały wie­czór. Nie­zna­jomy gapi się na mnie ze zba­ra­nia­łym wy­ra­zem twa­rzy.

- Dla­czego to ro­bisz? - pyta. Pod­nosi z pod­łogi mój top i mi go po­daje. - Nie cho­dzi o to, że je­steś nowa w branży. Ty ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bi­łaś, prawda?

- Je­stem straszne głodna - łkam. Wy­gląda na to, że pu­ściły mi wszyst­kie ha­mulce.

- Kurwa. - Gła­dzi mnie po wło­sach. - Ubie­raj się, po­szu­kamy cze­goś do je­dze­nia.

Za­no­szę się od pła­czu, aż do­staję spa­zmów. Obiet­nica je­dze­nia spra­wia, że żo­łą­dek kur­czy się z bólu.

- Na... na­prawdę?

Po­twier­dza ski­nie­niem głowy i przez dłuż­szą chwilę pa­trzy gdzieś przed sie­bie.

- Naj­pierw się ubierz.

Wkła­dam bluzkę i okry­wam się płasz­czem. Za­raz po tym, jak udaje mi się za­piąć pasy, bły­ska­wicz­nie cofa i za­biera nas z tego opusz­czo­nego miej­sca na za­tło­czoną au­to­stradę. Skręca w stronę pierw­szego baru szyb­kiej ob­sługi, który wy­ra­sta przy dro­dze, i pod­jeż­dża do okienka. Po­tem od­wraca się do mnie.

- Na co masz ochotę?

Ob­li­zuję wargi.

- Wszy... wszystko jedno. Na che­ese­bur­gera?

Za­ma­wia cały ze­staw z fryt­kami i kok­taj­lem mlecz­nym, a także ku­bek kawy i szar­lotkę. Płaci przy okienku, po­daje mi kok­tajl, po czym za­gląda do torby z ze­sta­wem i zde­cy­do­wa­nym ru­chem zwraca go eks­pe­dientce.

- Za­mó­wi­łem che­ese­bur­gera. Ten jest bez sera. Pro­szę to za­ła­twić.

Jest po­wścią­gliwy w sło­wach, ale w jego gło­sie po­brzmiewa znie­cier­pli­wie­nie.

- Nie szko­dzi - pro­te­stuję szep­tem.

Igno­ruje moje słowa. Eks­pe­dientka szybko prze­pra­sza i wrę­cza mu nową torbę, którą on prze­ka­zuje mnie. Na­stęp­nie par­kuje sa­mo­chód w naj­od­le­glej­szym za­kątku par­kingu i wy­łą­cza sil­nik. Nie­zna­jomy męż­czy­zna wzbu­dza we mnie strach, ale aku­rat w tej chwili czuję wy­łącz­nie wdzięcz­ność.

- Dzię­kuję. - Kur­czowo ści­skam brą­zową pa­pie­rową torbę, aby oprzeć się po­ku­sie na­tych­mia­sto­wego jej ro­ze­rwa­nia i po­chło­nię­cia za­war­to­ści.

On po­syła mi szyb­kie spoj­rze­nie i daje znak głową.

- Jedz - za­chęca. - Tylko nie na­brudź w sa­mo­cho­dzie.

- Będę uwa­żać.

Zmu­szam się, żeby jeść po­woli, bo wiem, że ina­czej zrobi mi się nie­do­brze. Od wielu dni nie zja­dłam peł­nego po­siłku. Kok­tajl jest tłu­sty, kre­mowy i sma­kuje nie­biań­sko. De­lek­tuję się każ­dym ły­kiem. Męż­czy­zna włą­cza ra­dio i po­pija kawę. Po kilku mi­nu­tach, pod­czas któ­rych bacz­nie mnie ob­ser­wo­wał, po­daje mi szar­lotkę.

- Chcesz to na ko­niec?

- Nie, dzię­kuję. Naja­dłam się.

Wzru­sza ra­mio­nami i od­gryza kęs cia­sta, ale wy­krzy­wia twarz w gry­ma­sie i od­kłada je do torby.

- Nie­do­bre?

- Bez­na­dziejne. Nie­na­wi­dzę fast fo­odu. Na­wet nie czuć smaku ja­błek.

- Na pewno zbyt długo je pie­kli. - Za­wsze tak plotę trzy po trzy, kiedy je­stem zde­ner­wo­wana. - Przy szar­lotce to naj­więk­sze wy­zwa­nie, jabłka nie mogą się za mocno przy­piec, a jed­no­cze­śnie cia­sto musi być kru­che. Trzeba tego pil­no­wać.

Od­wraca głowę w moją stronę i pa­trzy na mnie z unie­sio­nymi brwiami.

- Prze­pra­szam... Już... prze­staję mó­wić.

W mil­cze­niu zja­dam do końca, ale czuję, że męż­czy­zna wciąż bacz­nie mnie ob­ser­wuje.

- Le­piej ci te­raz? - pyta, wska­zu­jąc głową na pa­pie­rową torbę, pod­czas gdy ja wy­cie­ram so­bie usta.

- Tak. Dzię­kuję.

Zmu­szam się, żeby na niego pa­trzeć. Nie mogę tego tak prze­dłu­żać w nie­skoń­czo­ność. Na­gle z bó­lem przy­po­mi­nam so­bie o pie­nią­dzach w mo­jej to­rebce, na które jesz­cze nie za­ro­bi­łam. Biorę głę­boki od­dech i po­sy­łam mu uśmiech, który, mam na­dzieję, on od­czyta jako sy­gnał do flirtu.

- Je­dziemy z po­wro­tem w tamto miej­sce? - py­tam. Kładę mu dłoń na udzie i kiedy się ku niemu na­chy­lam, wy­czu­wam na­głe drgnie­nie mię­śni. Rzuca mi szyb­kie spoj­rze­nie, ale kręci głową:

- Nie.

Wzbie­ra­jące uczu­cie mdło­ści grozi ry­chłym zwró­ce­niem ca­łego po­siłku, który przed chwilą zja­dłam. Mu­szę wy­kom­bi­no­wać, w jaki spo­sób za­trzy­mać to trzy­sta do­la­rów.

- Ale ja na­prawdę mogę, nie mam z tym żad­nego pro­blemu. Zro­bię... eee... to, co chcesz.

Męż­czy­zna wzdy­cha i kręci głową.

- Prze­cież wi­dzę, że nie je­steś pro­sty­tutką. Dla­czego wsia­dłaś do sa­mo­chodu?

- Po­trze­bo­wa­łam pie­nię­dzy. Wciąż ich po­trze­buję. Zro­bię wszystko.

Z ja­kie­goś po­wodu wzbu­dza to jego za­in­te­re­so­wa­nie. W oczach wi­dzę błysk, ale nie­zna­jomy nic nie mówi. Nic nie robi. Przy­gry­zam po­li­czek, aby po­wstrzy­mać się od pła­czu, i wyj­muję pie­nią­dze z to­rebki. Wrę­czam mu je trzę­sącą się dło­nią.

- Pro­szę.

Prze­chyla głowę i wpa­truje się we mnie, igno­ru­jąc bank­noty w mo­jej ręce. Po­tem znów wbija wzrok przed sie­bie.

- Za­trzy­maj je.

Ogar­nia mnie nie­wy­obra­żalna ulga, tak wielka, że do­staję za­wro­tów głowy.

- Dzię­kuję. Bar­dzo dzię­kuję.

- Pod­rzucę cię - rzuca i włą­cza sil­nik. - Gdzie miesz­kasz?

- Na­prawdę?

- A my­śla­łaś, że cię tu zo­sta­wię? - Czer­wie­nię się na dźwięk pre­ten­sji w jego gło­sie. - Nie je­stem po­two­rem.

- Prze­pra­szam. Ja ni­gdy...

- Wiem. Mo­żesz mi wie­rzyć.

Lekko marsz­czy brwi, gdy mu wy­ja­śniam, gdzie do­kład­nie miesz­kam. Naj­wy­raź­niej zdaje so­bie sprawę, że to szem­rana dziel­nica, ale tego nie ko­men­tuje. Żadne z nas się nie od­zywa, do­póki nie pro­szę go o za­trzy­ma­nie się przy ca­ło­do­bo­wym su­per­mar­ke­cie, od­da­lo­nym o dwie ulice od mo­jego miesz­ka­nia.

- Dzię­kuję za pod­wie­zie­nie - mó­wię, od­pi­na­jąc pas.

- Za­cze­kaj.

"Cho­lera. Czyżby jed­nak chciał zwrotu pie­nię­dzy?"

Ostroż­nie od­wra­cam się ku niemu.

- Mó­wi­łaś po­waż­nie, że zro­bisz to, co chcę?

Po­twier­dzam ski­nie­niem głowy. Chcia­ła­bym przy­naj­mniej za­słu­żyć na te trzy­sta do­la­rów.

- A masz ochotę za­ro­bić wię­cej?

- W za­mian za co?

- Po­wie­dzia­łaś, że zro­bisz wszystko.

To prawda.

"Ale tylko dla­tego, że spa­ni­ko­wa­łam".

Te­raz nie je­stem już taka pewna.

- Nie skrzyw­dzisz mnie?

- Nie - od­po­wiada miękko. - Obie­cuję, że bez względu na wszystko na pewno nie bę­dzie bo­lało.

Czuję się roz­darta. Może i nie bę­dzie bo­lało, ale to nie ozna­cza, że bę­dzie mi się po­do­bało. Skoro za­brał mnie do sa­mo­chodu, są­dząc, że je­stem pro­sty­tutką, musi mu cho­dzić o seks. Czy mo­gła­bym upra­wiać z nim seks? Nie je­stem pewna. Z dru­giej strony...

- O ja­kich pie­nią­dzach mó­wimy?

- Pięć­set do­la­rów za ju­trzej­szy wie­czór.

"O kurwa".

Wyj­muje z ręki wi­zy­tówkę, coś na niej kre­śli, po czym mi ją po­daje.

- Przy­jedź ju­tro pod ten ad­res o ósmej wie­czo­rem.

- Miesz­kasz tam?

Po­twier­dza.

Czy mogę mu wie­rzyć? Gdyby chciał, mógłby mi dziś wy­rzą­dzić krzywdę, ale tego nie zro­bił, za­miast tego uspo­koił mnie, gdy się roz­pła­ka­łam, ku­pił mi je­dze­nie i po­zwo­lił za­trzy­mać pie­nią­dze... Wy­gląda na to, że ma ja­kieś su­mie­nie.

- Okej - szep­czę. - Przy­jadę.

- Do­bra z cie­bie dziew­czyna.

"Se­rio, tro­chę dziwny ko­men­tarz".

- Eee... Do­bra­noc.

Wy­sia­dam z sa­mo­chodu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, i szyb­kim kro­kiem wcho­dzę do su­per­mar­ketu. Tu­taj, pod zna­jo­mymi świe­tlów­kami, w końcu czuję się bez­pieczna, a myśl o tym, że mogę za­pła­cić za wszystko, co wrzucę do ko­szyka, spra­wia, że uśmie­cham się po raz pierw­szy od wielu ty­go­dni.

Roz­dział 3

- Mamo, wró­ci­łaś - mam­ro­cze Luke, gdy ostroż­nie pod­no­szę go z sofy pani Watt.

- Oczy­wi­ście, ko­cha­nie - szep­czę, przy­tu­la­jąc go. Syn uśmie­cha się i na­tych­miast za­sy­pia z głową na moim ra­mie­niu.

- Jak się za­cho­wy­wał? - py­tam pa­nią Watt.

- Grzecz­nie. Ale nie prze­pada za ko­tem.

Zer­kam na zwie­rzę, które leży i ob­ser­wuje mnie przy­mru­żo­nymi śle­piami. Na­gle, zu­peł­nie przeze mnie nie­spro­wo­ko­wane, za­czyna sy­czeć. Kot de­mon.

- Wiem, że pro­szę o wiele, ale mo­głaby się pani nim za­jąć także ju­tro wie­czo­rem? Mu­szę być gdzieś o ósmej.

Pani Watt pa­trzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- Do­stała pani pracę?

- Tak. - Wła­ści­wie to nie kłam­stwo. Nie­ważne, co będę mu­siała zro­bić, ale za­płacą mi za to.

- Zgoda.

- Bar­dzo dzię­kuję. Na­prawdę miło z pani strony.

Na szczę­ście pani Watt nie za­daje wię­cej py­tań. Nie wiem, co mia­ła­bym jej po­wie­dzieć, gdyby za­częła do­py­ty­wać o szcze­góły.

Ciężko mi trzy­mać jed­no­cze­śnie Luke'a i siatki z za­ku­pami, więc szybko wra­cam do sie­bie. Naj­pierw kładę syna do łóżka, a do­piero po­tem za­peł­niam lo­dówkę i biorę długo wy­cze­ki­wany prysz­nic. Sto­jąc pod cie­płym stru­mie­niem wody, za­czy­nam pła­kać. Czuję ol­brzy­mią ulgę, że do­sta­łam te pie­nią­dze i mam co jeść, a rów­no­cze­śnie wstyd mi za to, co pra­wie zro­bi­łam. Ni­gdy nie są­dzi­łam, że mo­gła­bym się po­su­nąć do ta­kiej de­spe­ra­cji. Luke na szczę­ście nic nie sły­szy. Woda spłu­kuje moje łzy, które giną nie­po­strze­że­nie w od­pły­wie.

Po ja­kimś cza­sie przy­cho­dzi opa­no­wa­nie, wy­cie­ram się i sia­dam na so­fie. Całe zaj­ście było rze­czy­wi­ście dość prze­ra­ża­jące, mimo to nie ża­łuję, że wsia­dłam do sa­mo­chodu tego ob­cego fa­ceta. Dzięki temu zdo­by­łam je­dze­nie dla syna, a nic nie ma dla mnie więk­szego zna­cze­nia. Po­nadto sprawy mo­gły się po­to­czyć dużo go­rzej. Męż­czy­zna nie oka­zał się sza­leń­cem ani dam­skim bok­se­rem, za­dbał o to, że­bym coś zja­dła, a póź­niej od­wiózł do domu. Je­śli rze­czy­wi­ście za­ro­bię ju­tro pięć­set do­la­rów, będę mo­gła za­pła­cić po­łowę kwoty, którą je­stem winna wła­ści­cie­lowi miesz­ka­nia. Wła­śnie - je­śli. Mimo że ten nie­zna­jomy prak­tycz­nie mnie nie do­tknął, i tak umie­ra­łam ze stra­chu, więc wcale nie je­stem taka pewna, czy je­śli ju­tro wie­czo­rem nie zro­bię tego, o co mnie po­prosi, wciąż bę­dzie taki skory da­wać mi pie­nią­dze.

Poza tym na­wet je­śli ja­koś to wy­trzy­mam i do­stanę to pięć­set do­la­rów, wiem, że mi one nie wy­star­czą. Po­trze­buję sta­łego do­chodu. Nie po­mogą mi ani ro­dzice, ani ciotka Pa­tricka, która ni­gdy mnie nie lu­biła. Kiedy jej oznaj­mi­li­śmy, że je­stem w ciąży, na­sko­czyła na mnie z pre­ten­sjami, zu­peł­nie jak­bym zro­biła to z pre­me­dy­ta­cją, cho­ciaż na­prawdę uwa­ża­li­śmy i wia­do­mość o dziecku nas zszo­ko­wała. Pa­trick wspo­mniał na po­czątku o za­biegu w ja­kiejś kli­nice, ale ja się nie zgo­dzi­łam, a on po pew­nym cza­sie po­go­dził się z tym, że zo­sta­nie oj­cem. Być może czuł się winny, bo to on chciał się ze mną ko­chać i tak bar­dzo na­ci­skał, że na ko­niec się zgo­dzi­łam. Dwa mie­siące póź­niej by­łam w ciąży.

Nikt nie może mi po­móc - oprócz fa­ceta z sa­mo­chodu. Rany, na­wet nie wiem, jak ma na imię...

Pod­no­szę się z sofy i za­glą­dam do Luke'a, który śpi jak ka­mień. Po­tem wyj­muję z kie­szeni płasz­cza wi­zy­tówkę nie­zna­jo­mego. Wid­nieje na niej je­dy­nie jego ad­res w Me­di­nie - bo­ga­tej miej­sco­wo­ści nie­opo­dal Se­at­tle, zna­nej mi je­dy­nie z opo­wie­ści. Jest tam na­prawdę luk­su­sowo i ten ad­res po­twier­dza moje przy­pusz­cze­nia, że fa­cet musi być na­dziany. Na pewno za dnia pra­cuje w ja­kiejś fir­mie w Se­at­tle, a wie­czory i week­endy spę­dza w domu po dru­giej stro­nie je­ziora. Cie­kawe, czy jest żo­naty. Nie miał na palcu ob­rączki, ale prze­cież z ła­two­ścią można ją zdjąć. Wkła­dam wi­zy­tówkę z po­wro­tem do kie­szeni płasz­cza i od­su­wam od sie­bie wszyst­kie my­śli na ten te­mat. Nie ma sensu tego te­raz roz­trzą­sać - po­cze­kam, a sama się prze­ko­nam.

Przez resztę wie­czoru ga­pię się w roz­ma­zany ob­raz na ekra­nie te­le­wi­zora. Je­stem zbyt zmę­czona, żeby wło­żyć płytę DVD z fil­mem do przed­po­to­po­wego od­twa­rza­cza, któ­rego nikt nie chce ode mnie ku­pić. Nie żar­tuję. Na­prawdę pró­bo­wa­łam go sprze­dać.

Na­za­jutrz bu­dzę się na so­fie. Boli mnie krę­go­słup, ale prze­staję o tym my­śleć, gdy przy­po­mina mi się mój plan: po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy mogę zro­bić Luke'owi śnia­da­nie z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Na­sza kuch­nia jest stara i dość cia­sna, ale do­kła­dam sta­rań, żeby utrzy­my­wać w niej po­rzą­dek. Szybko smażę na­le­śniki, przy­pie­kam be­kon i tnę owoce na mniej­sze ka­wałki. Gdy za­spany Luke wcho­dzi do kuchni i prze­ciera oczy, aku­rat za­le­wam wrząt­kiem kawę roz­pusz­czalną dla sie­bie.

- Dzień do­bry, ko­cha­nie. Je­steś głodny?

- Na­le­śniki i ka­kao? - Luke jest na­gle zu­peł­nie roz­bu­dzony, stoi i wpa­truje się błysz­czą­cym wzro­kiem w ten mały od­świętny po­si­łek. Za­chwyt ma­lu­jący się na jego twa­rzy spra­wia, że robi mi się cie­pło w środku. - Mamo, czy to moje uro­dziny?

Wy­bu­cham śmie­chem i klę­kam przed sy­nem, żeby go ob­jąć.

- Nie, głup­ta­sku. Prze­cież wiesz, że twoje uro­dziny są do­piero za kilka mie­sięcy. Chodź jeść.

Luke siada do stołu. Zjada zde­cy­do­wa­nie za dużo, ale nie po­tra­fię mu prze­rwać. Kto wie, kiedy znów bę­dziemy mo­gli so­bie po­zwo­lić na taki zby­tek? Je­śli dziś wie­czo­rem uda mi się wy­trwać i zro­bić wszystko, czego ode mnie za­żąda fa­cet w gar­ni­tu­rze, być może bę­dzie chciał zo­ba­czyć się ze mną po­now­nie. Dla mnie i Luke'a ozna­cza to wię­cej pie­nię­dzy. W każ­dym ra­zie - do­póki nie znajdę praw­dzi­wej pracy.

Nie jest to naj­lep­szy plan na świe­cie, ale je­dyny, jaki mam w tej chwili. Te­raz, gdy sie­dzę przy stole i pa­trzę, jak Luke sięga po ko­lejny pla­ste­rek be­konu, wiem, że nie­za­leż­nie od tego, co przyj­dzie mi zro­bić wie­czo­rem, bę­dzie warto.

Roz­dział 4

Do­tar­cie do Me­diny oka­zuje się wy­jąt­kowo kło­po­tliwe. Od­sta­wi­łam Luke'a do pani Watt z du­żym za­pa­sem czasu, ale gdy skie­ro­wa­łam się do wyj­ścia, chło­piec się roz­pła­kał i mu­sia­łam go uspo­koić, za­nim mo­głam go zo­sta­wić u są­siadki. Te­raz mu­szę biec na au­to­bus. W cen­trum prze­siądę się na inny, obym tylko na niego zdą­żyła. Mam prze­czu­cie, że męż­czy­zna, z któ­rym jadę się spo­tkać, nie prze­pada za spóź­nial­skimi.

Pół go­dziny póź­niej stoję nieco zdy­szana na przy­stanku. Je­stem kłęb­kiem ner­wów. Cze­kam. Na szczę­ście zna­la­złam wła­ściwy au­to­bus, który za kilka mi­nut wy­wie­zie mnie z mia­sta. Wcho­dzę do środka i in­for­muję kie­rowcę, do­kąd jadę, a on w od­po­wie­dzi po­syła mi scep­tyczne spoj­rze­nie.

Dzię­kuję so­bie w du­chu, że nie wło­ży­łam ską­pego stroju z wczo­raj. Dziś mam na so­bie moje naj­ład­niej­sze dżinsy, białą bluzkę i let­nią kurtkę. Płacę kie­rowcy za bi­let i udaję się na sam ko­niec au­to­busu. Nie mam ochoty z ni­kim roz­ma­wiać. Za­trzy­mu­jemy się na wielu przy­stan­kach w mie­ście i dość szybko po­ko­nu­jemy most Ever­green Po­int, za któ­rym kie­rowca wy­krzy­kuje na­zwę mo­jego przy­stanku. Mam wra­że­nie, jak­bym zna­la­zła się w zu­peł­nie in­nym świe­cie. Me­dina jest po­ło­żona po dru­giej stro­nie je­ziora Wa­shing­ton i wy­gląda jak istny raj bo­ga­czy, pe­łen pól gol­fo­wych, eks­klu­zyw­nych klu­bów spor­to­wych i do­mów za mi­liony do­la­rów, wy­bu­do­wa­nych je­den za dru­gim na zie­lo­nych te­re­nach cią­gną­cych się wzdłuż brze­gów je­ziora - je­den bar­dziej spek­ta­ku­larny od dru­giego.

Biorę głę­boki od­dech i ru­szam z przy­stanku, pró­bu­jąc so­bie wy­obra­zić, jak to jest tu­taj miesz­kać. Tam, skąd po­cho­dzę, nie ma ta­kich miejsc. Wczo­raj­szej nocy nie­zna­jomy za­cho­wał się wo­bec mnie bar­dzo przy­jaź­nie, ale dziś wie­czo­rem mu­szę za­słu­żyć na obie­cane pięć­set do­la­rów. Pa­trzę w niebo i stwier­dzam, że dzień po­woli zmie­rza ku koń­cowi. Spo­glą­dam na ze­ga­rek.

"Kur­czę, je­stem spóź­niona!"

Za­czy­nam biec jak sza­lona, ale jest mi wszystko jedno. Nie stać mnie na to, żeby stra­cić tę pracę czy jak to, do cho­lery, na­zwać. Śle­dzę nu­mery do­mów, w końcu do­cie­ram pod wska­zany ad­res, skrę­cam w mniej­szą ulicę pro­wa­dzącą nad wodę. Trzy­pię­trowy dom oto­czony wy­so­kimi drze­wami leży tuż nad je­zio­rem i zmie­ści­łyby się w nim trzy ro­dziny.

Nie za­trzy­muję się jed­nak, żeby po­dzi­wiać wi­doki, tylko pod­bie­gam do drzwi i dzwo­nię. Chwilę póź­niej otwiera mi męż­czy­zna po­znany wczo­raj. Znów ma na so­bie spodnie od gar­ni­turu, ale po­zbył się kra­wata, roz­piął koł­nie­rzyk i zdjął ma­ry­narkę. Rę­kawy ko­szuli są pod­wi­nięte, od­sła­nia­jąc na le­wym prze­gu­bie duży ze­ga­rek wy­glą­da­jący na bar­dzo drogi. Więk­sza część twa­rzy męż­czy­zny po­grą­żona jest w cie­niu, ale do­strze­gam gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Kiedy na mnie pa­trzy, zmarszczki na jego czole się po­głę­biają. Nie mogę zła­pać tchu, mam czer­woną twarz, opie­ram dło­nie o ko­lana - w ta­kim sta­nie nikt by do­brze nie wy­glą­dał.

- Prze­pra­szam... za spóź­nie­nie - udaje mi się wy­dy­szeć.

- Jak tu do­tar­łaś?

- Przy­je­cha­łam... au­to­bu­sem, a resztę drogi prze­bie­głam.

- Wi­dzę - ko­men­tuje su­cho i za­ci­ska usta. - Dla­czego nie wzię­łaś tak­sówki?

"Se­rio?"

- Bo mnie... na nią nie stać.

Nie od­po­wiada. I nie ru­sza się z miej­sca. Wy­soki jak wieża stoi i blo­kuje wej­ście. Za­ci­ska szczęki.

- Mam so­bie pójść? - py­tam wresz­cie i żo­łą­dek aż kur­czy mi się na myśl, że fa­cet mógł zmie­nić zda­nie.

Od­dy­cha głę­boko. Na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają, ale wtedy szybko spusz­czam wzrok. Nie­na­wi­dzę się spóź­niać.

- Nie. Wejdź do środka.

Ustę­puje i przy­trzy­muje drzwi, gdy wcho­dzę na ko­ry­tarz.

- Łał! - wy­krzy­kuję i ob­ra­cam się, żeby wszystko obej­rzeć: ol­brzymi hol i kręte schody. Męż­czy­zna nie prze­staje mnie ob­ser­wo­wać, więc pró­buję nieco po­ha­mo­wać za­chwyt na wi­dok tego pięk­nego wnę­trza. Za­miast tego ogar­niam wzro­kiem wy­po­le­ro­wany par­kiet w na­dziei, że nie­zna­jomy coś po­wie. Mam ochotę za­szyć się w my­siej dziu­rze, kiedy pod­cho­dzi do mnie i pal­cem wska­zu­ją­cym uj­muje mnie pod brodę.

- Po­wiedz, jak ci na imię - roz­ka­zuje, uno­sząc pa­lec, tak że mu­szę mu spoj­rzeć pro­sto w oczy.

Przez chwilę za­sta­na­wiam się, czy nie po­dać in­nego imie­nia, ale za­raz po­tem przy­po­mi­nam so­bie, co mó­wił o lu­dziach, któ­rzy go okła­mują.

- A-Abi­gail - ją­kam się. - Albo po pro­stu Abbi, je­śli pan tak woli.

- Nie wolę - od­po­wiada bez wa­ha­nia. Wi­dać, że to nie pod­lega dys­ku­sji. Jak dla mnie okej. Wszystko i tak od­bywa się na jego wa­run­kach, więc może mnie na­zy­wać, jak chce. - Abi­gail. A ty bę­dziesz się do mnie zwra­cać per "pa­nie Thorne" albo "sir". Ro­zu­miesz?

- Tak, sir - od­po­wia­dam ci­cho. Mam na­dzieję, że o tym nie za­po­mnę. Za nic w świe­cie nie wolno mi go roz­cza­ro­wać.

- Do­bra dziew­czyna. - Uśmie­cha się po raz pierw­szy. Te­raz przy­naj­mniej wiem, że lubi, jak inni ro­bią, co im każe. Jego uśmiech od­sła­nia de­li­katne zmarszczki w oko­licy oczu, które jed­nak nie czy­nią go mniej atrak­cyj­nym - a na­wet wprost prze­ciw­nie. Te­raz, gdy sto­imy w świe­tle lamp, wi­dzę wy­raź­nie, jaki jest przy­stojny. Ma orze­chowe oczy i dłu­gie, grube rzęsy, a kan­cia­stość jego twa­rzy ła­go­dzą pełne wargi, które uśmie­chają się z sa­mo­za­do­wo­le­niem na wi­dok mo­jego zdzi­wie­nia. Nie­spe­cjal­nie mnie to jed­nak uspo­kaja, że fa­cet tak do­brze wy­gląda. Je­śli z ta­kim wy­glą­dem wciąż musi pła­cić za seks, to zna­czy, że pod­nie­cają go ja­kieś dzi­wac­twa. I to na­prawdę grub­szego ka­li­bru. Na myśl o tym prze­cho­dzi mnie dreszcz, a on mo­men­tal­nie to wy­chwy­tuje i wzrok mu po­waż­nieje.

- Chcesz coś zjeść? - pyta ku mo­jemu za­sko­cze­niu.

- Nie. Dzię­kuję.

- Je­śli je­steś głodna, chciał­bym o tym wie­dzieć - mówi sta­now­czym gło­sem.

- Nie je­stem głodna, sir. Zja­dłam przed wyj­ściem.

Przy­gląda mi się z uwagą przez kil­ka­dzie­siąt se­kund, po czym kiwa głową.

- W ta­kim ra­zie chodź ze mną.

Pro­wa­dzi mnie na górę. Mi­jamy wiele róż­nych drzwi, za­nim wcho­dzimy do ogrom­nej luk­su­so­wej ła­zienki.

- Wy­kąp się pod prysz­ni­cem - wy­daje mi po­le­ce­nie. - Użyj wszyst­kich pro­duk­tów, które tu po­sta­wi­łem, a po­tem wy­susz włosy. Na­stęp­nie włóż to i zejdź do mnie do kuchni. Wszystko ja­sne? - Po­ka­zuje na piękną białą su­kienkę, która wisi na wie­szaku przy drzwiach.

- Tak... sir.

- Do­brze.

Po jego wyj­ściu je­stem w lek­kim szoku. Na­prawdę chce, że­bym się wy­ką­pała? Wą­cham się pod pa­chami, ale nie czuję woni potu. Ką­pa­łam się w domu, za­nim od­pro­wa­dzi­łam Luke'a do są­siadki, i je­stem czy­sta.

"Nie­zły świr".

Nie mam jed­nak in­nego wyj­ścia. Blo­kuję drzwi i naj­pierw usu­wam tę odro­binę ma­ki­jażu, jaki so­bie zro­bi­łam, za­nim wcho­dzę pod prysz­nic. Pan Thorne wy­sta­wił dla mnie szam­pon i od­żywkę dro­gich ma­rek z sa­lo­nów fry­zjer­skich, na które ni­gdy nie by­łoby mnie stać. Marsz­czę brwi, pró­bu­jąc od­czy­tać, co jest na­pi­sane na ety­kie­cie trze­ciej z bu­te­lek, ale fran­cu­ski, ja­kiego na­uczy­łam się w szkole śred­niej, oka­zuje się nie­wy­star­cza­jący. Na­le­wam więc tro­chę za­war­to­ści na dłoń i po kon­sy­sten­cji stwier­dzam, że musi to być ja­kiś ro­dzaj pe­elingu. Uży­wam go do ca­łego ciała. Pach­nie kwia­tami. Po­tem się opłu­kuję i wy­cie­ram mięk­kim ręcz­ni­kiem, a mniej­szym owi­jam włosy. Na stole obok umy­walki leżą grze­bień i szczotka, a obok nich stoi bu­telka przy­po­mi­na­jąca ten fran­cu­ski ko­sme­tyk spod prysz­nica, ale na ety­kie­cie wid­nieje na­pis: "Lait pour les corps".

"Użyj wszyst­kich pro­duk­tów".

Zrzu­cam ręcz­nik na zie­mię i za­czy­nam do­kład­nie sma­ro­wać całe ciało, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego pan Thorne wy­maga ode mnie tego wszyst­kiego. Wy­daje mi się to odro­binę ob­le­śne.

"Ono się sma­ruje bal­sa­mem..."1

- Prze­stań! - Upo­mi­nam samą sie­bie. Te­raz włosy. No do­brze, uwa­żam za dziwne, że pan Thorne ka­zał mi się wy­ką­pać, ale to jesz­cze nie czyni z niego se­ryj­nego mor­dercy. Na pewno po pro­stu chce, aby jego ko­biety były na­prawdę czy­ste. Po wy­su­sze­niu wło­sów kie­ruję uwagę na su­kienkę. Po­ja­wia się dy­le­mat: pan Thorne nie zo­sta­wił żad­nej bie­li­zny. Czy to zna­czy, że mam wło­żyć wła­sną, czy cho­dzić bez ni­czego pod spodem? Skoro dżinsy, w któ­rych przy­szłam, są po­ni­żej jego stan­dar­dów, z moją ta­nią bie­li­zną na pewno bę­dzie po­dob­nie, więc po­sta­na­wiam, że nie włożę nic. Mam co­raz więk­szą pew­ność, że ścią­gnął mnie tu po to, żeby upra­wiać ze mną seks. Wkła­dam su­kienkę przez głowę, staję przed lu­strem i po­woli się ob­ra­cam. W tej bieli ob­szy­tej de­li­kat­nymi ko­ron­kami wy­glą­dam słodko i nie­win­nie, nie­malże dziew­częco. Czy wła­śnie to go kręci? Biorę głę­boki od­dech, otwie­ram drzwi i na bo­saka scho­dzę na dół. Mam wra­że­nie, że je­stem eks­tre­mal­nie ob­na­żona. Wi­dzę, jak stoi po­chy­lony nad sto­sem pa­pie­rów na ku­chen­nym stole. Chrzą­kam ci­cho, ale nie od­po­wiada.

- Pa­nie Thorne...

Prze­szywa mnie jego pa­lący wzrok.

- Ni­gdy mi nie prze­szka­dzaj, kiedy pra­cuję.

Pa­trzę na niego z sze­roko otwar­tymi oczami.

"Rany, co za gbur".

- Prze­pra­szam, sir.

Pro­stuje plecy i pod­cho­dzi do mnie, z za­in­te­re­so­wa­niem tak­su­jąc mój wy­gląd.

- Wy­ba­czam ci - mówi. - Chcia­łaś mnie o coś za­py­tać?

- Eee... tak. C-co... co po­win­nam była zro­bić po zej­ściu na dół?

Za nic w świe­cie nie chcia­ła­bym go znów zde­ner­wo­wać. Mu­szę spra­wić, żeby mnie po­lu­bił, a wtedy znów bę­dzie chciał się ze mną spo­tkać - i mi za­pła­cić.

- Po­win­naś była za­cze­kać, aż sam się do cie­bie zwrócę. Je­steś tu­taj dla mnie, nie na od­wrót. Tego wie­czoru mogę ro­bić z tobą, co mi się po­doba. A ty masz być tylko po­słuszna.

- T-tak, sir. - Nie po­tra­fię ukryć zde­ner­wo­wa­nia.

- Nie bój się - mówi za­dzi­wia­jąco mięk­kim gło­sem, za­kła­da­jąc za ucho ko­smyk wło­sów, który opadł mi na czoło.

Pró­buję wziąć się w garść.

Pan Thorne uśmie­cha się i prze­suwa de­li­kat­nie pal­cami w dół po moim po­liczku.

- Do­bra dziew­czyna. Bę­dziesz mi po­słuszna? Je­steś na to go­towa?

Ki­wam głową, go­tu­jąc się na naj­gor­sze.

- Świet­nie - ko­men­tuje. - Abi­gail, chcę cię pro­sić, że­byś upie­kła dla mnie szar­lotkę.

"Co... to... kurwa... ma... zna­czyć".

1 Cy­tat z filmu Mil­cze­nie owiec (1991), tłum. Elż­bieta Ga­łązka-Sa­la­mon (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).

Roz­dział 5

- Sza... szar­lotkę, sir? - ją­kam się.

"Czy cho­dzi o ja­kąś dziwną, nie­znaną mi po­zy­cję sek­su­alną?"

- Wczo­raj w sa­mo­cho­dzie mó­wi­łaś o szar­lot­kach - przy­po­mina mi. - Chyba po­tra­fisz piec cia­sta?

- Mmm... Tak, sir. - Ki­wam głową z za­pa­łem. Czyli to moż­liwe, że cho­dzi mu tylko o szar­lotkę?

- Do­brze. - Po­ka­zuje ręką w stronę kuchni. - Pro­szę, roz­gość się tu­taj. Mo­żesz za­czy­nać.

Wciąż nie czuję się pew­nie w tej sy­tu­acji, mimo to za­czy­nam wyj­mo­wać z sza­fek mi­ski, przy­bory i wszyst­kie skład­niki, pró­bu­jąc zi­gno­ro­wać to, że pan Thorne mnie ob­ser­wuje ni­czym dra­pież­nik ofiarę. Do­piero gdy po mniej wię­cej mi­nu­cie siada na krze­śle, nieco się od­prę­żam. Jego kuch­nia to ma­rze­nie każ­dego ku­cha­rza, ale nie po­tra­fię się tym cie­szyć. Mam wra­że­nie, jak­bym uczest­ni­czyła w ca­stingu, tylko nie mam po­ję­cia, do ja­kiej roli. Spo­dzie­wa­łam się, że bę­dzie chciał upra­wiać ze mną seks, te­raz jed­nak za­czy­nam my­śleć, że zna­la­złam się tu także z in­nych po­wo­dów.

Pan Thorne wstaje i pod­cho­dzi do mnie, kiedy za­bie­ram się do zro­bie­nia cia­sta. Czuję, że stoi za mo­imi ple­cami i mi się przy­gląda, co wpra­wia mnie w za­kło­po­ta­nie. Re­aguję lek­kim drgnię­ciem, gdy jego palce de­li­kat­nie prze­cze­sują mi włosy, zbie­rają i ob­wią­zują czymś, żeby nie spa­dały mi na twarz. Po­tem po­chyla się nade mną i wą­cha mój od­sło­nięty kark.

- Pięk­nie pach­niesz - mru­czy.

Nie wiem, czy po­win­nam od­po­wie­dzieć, więc stoję jak ska­mie­niała z dłońmi za­nu­rzo­nymi w mące i ser­cem za­mar­łym w piersi. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wo­la­ła­bym wie­dzieć, czego on ode mnie ocze­kuje.

- Nie prze­ry­waj pracy - na­ka­zuje z za­an­ga­żo­wa­niem.

Ro­bię, co mi każe: mie­szam ostroż­nie ko­lejne skład­niki, pod­czas gdy on pa­trzy mi przez ra­mię. Jego cie­płe palce ba­wią się jed­nym z cien­kich ra­mią­czek su­kienki, które na­gle się zsuwa aż do sa­mego łok­cia, ob­na­ża­jąc mi lewą pierś.

- Ide­al­nie - szep­cze mi do ucha. - Po pro­stu ide­al­nie.

Je­stem bli­ska za­pad­nię­cia się pod zie­mię ze wstydu. On wraca do swo­ich pa­pie­rów, jakby nic się nie stało, a ja nie mam in­nego wyj­ścia niż kon­ty­nu­ować roz­ra­bia­nie cia­sta. Je­stem bo­le­śnie świa­doma tego, że wraz z każ­dym ru­chem moje piersi się ko­ły­szą. To zbo­czone. Prze­cież je­ste­śmy w kuchni! Zer­kam na pana Thorne'a. Znów usiadł i pa­trzy na mnie z dłu­go­pi­sem w ustach.

Sta­ram się stłu­mić w so­bie po­czu­cie wstydu, przy­wo­łu­jąc w my­ślach obie­cane pięć­set do­la­rów, i za­czy­nam obie­rać, a po­tem kroić jabłka. Ukła­dam je na cie­ście, po czym mie­szam w mi­seczce cu­kier z cy­na­mo­nem. Po­wstrzy­muję się jed­nak przed po­sy­pa­niem ja­błek tą mie­szanką. Nie wszy­scy prze­pa­dają za cy­na­mo­nem w szar­lotce. Może on też nie? Nie mam od­wagi za­ry­zy­ko­wać. Wy­gląda na to, że ta szar­lotka to wielka sprawa. A co, je­śli nie bę­dzie mu sma­ko­wała? Od­wra­cam się w jego stronę, ale on już na mnie nie pa­trzy.

- Czy... - Na­tych­miast za­ci­skam wargi.

"Do cięż­kiej cho­lery! Nie chciał, żeby mu prze­ry­wać, kiedy pra­cuje. Czyżby coś usły­szał?"

Znów na niego zer­kam, ale on wciąż sie­dzi po­chy­lony nad tą swoją pracą. Biorę do ręki mi­seczkę, pod­cho­dzę do niego i staję ci­cho obok. Opa­no­wuję prze­możną chęć za­kry­cia piersi. Przez kilka mi­nut stoję jak ska­mie­niała, pod­czas gdy on mnie igno­ruje. Czuję się jak po­mnik za­marły w bez­ru­chu, z ob­na­żo­nymi pier­siami, nie­mo­gący się po­ru­szyć ani nic po­wie­dzieć. Pan Thorne osta­tecz­nie pod­nosi wzrok i się uśmie­cha.

- Tak, Abi­gail? - zwraca się do mnie. Naj­wy­raź­niej jest za­do­wo­lony z mo­jego za­cho­wa­nia.

- Prze­pra­szam, sir. Chcia­ła­bym za­py­tać, czy lubi pan cy­na­mon w szar­lotce.

Wy­cią­gam w jego stronę mi­seczkę, aby mu to po­ka­zać. Gdyby nie wie­dział, czym jest cy­na­mon. Boże, ale ze mnie idiotka.

- W ta­kim ra­zie sprawdźmy - mówi, obej­mu­jąc swo­imi dłu­gimi pal­cami prze­gub mo­jej ręki i przy­cią­ga­jąc mnie bli­żej sie­bie.

Otwiera usta, ko­niusz­kiem palca wska­zu­ją­cego do­tyka ję­zyka, po czym za­nu­rza go w mi­seczce i pró­buje cu­kru z cy­na­mo­nem.

- Hmmm. - Pod­nosi na mnie wzrok. - A ty co uwa­żasz? - Na­biera wię­cej cu­kru na pa­lec i de­li­kat­nie wsuwa ko­niec palca mię­dzy moje roz­chy­lone wargi. - Ssij - na­ka­zuje.

Ro­bię, o co mnie prosi.

- No i? - pyta, na­chy­la­jąc się ku mnie, żeby pie­ścić moją pierś.

- Lu­bię cy­na­mon - szep­czę. Za­sko­czyło mnie, z jaką de­li­kat­no­ścią mnie do­tyka. Do­zna­nie jest da­le­kie od nie­przy­jem­nego.

- Ja też.

Wy­daję ci­chy jęk, kiedy ota­cza war­gami su­tek i za­czyna go pie­ścić ję­zy­kiem. Na­sze oczy spo­ty­kają się, usta za­my­ka­jące się na mo­jej wraż­li­wej skó­rze roz­cią­gają się w uśmie­chu, pod­czas gdy jego ręce wę­drują pod su­kienkę i prze­su­wają się w górę po udach. Moja twarz pło­nie czer­wie­nią, gdy jego duże dło­nie do­cie­rają do po­ślad­ków i ostroż­nie je ści­skają.

- Bez maj­tek - mru­czy, wy­pusz­cza­jąc su­tek z ust. - Nie­grzeczna dziew­czyna.

Jego dło­nie błą­dzą pod ma­te­ria­łem su­kienki. Ich do­tyk jest po­wolny - nie­malże le­niwy - a oczy bacz­nie ob­ser­wują moją twarz. Bra­kuje mi tchu, gdy jego pa­lec do­tyka mo­jego naj­bar­dziej czu­łego miej­sca - z wy­raźną ru­tyną. Nie ma tu miej­sca na żadną nie­pew­ność - bar­dzo do­brze wie, co robi.

- Prze­pra­szam - szep­czę. - Nie dał mi pan żad­nych maj­tek, a wy­da­wało mi się, że te, w któ­rych przy­szłam, nie spodo­ba­łyby się panu.

- Czyli chcia­łaś mi spra­wić przy­jem­ność?

Ki­wam głową i za­czy­nam dy­szeć, gdy jego palce za­czy­nają krą­żyć wo­kół wej­ścia do mo­jej świą­tyni roz­ko­szy. Draż­niący do­tyk spra­wia, że czuję lekki skurcz w pod­brzu­szu - re­ak­cja, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam i która na do­da­tek się po­wta­rza, gdy on się na­chyla, żeby po­ca­ło­wać moją pierś.

- Do­brze - mru­czy. - Na­prawdę słodka z cie­bie dziew­czyna, Abi­gail. Nie mam ra­cji?

- Tak, sir.

"Przy­naj­mniej kie­dyś taka by­łam. Te­raz nie do końca wiem, jak się okre­ślić".

Pod­nosi na mnie wzrok, nie prze­sta­jąc mnie pie­ścić mię­dzy no­gami.

- Upra­wia­łaś wcze­śniej seks?

Jego głos ma mięk­kie, nie­malże uspo­ka­ja­jące brzmie­nie. Po­twier­dzam ski­nie­niem, zdzi­wiona, że na tę od­po­wiedź wy­raź­nie się od­pręża. Naj­wi­docz­niej nie chce dzie­wicy.

Pan Thorne prze­staje mnie do­ty­kać i opusz­cza mi dru­gie ra­miączko. Su­kienka opada na pod­łogę. Na­gle wraca do mnie całe zda­rze­nie z klubu ze strip­ti­zem i pod­no­szę ręce, chcąc się za­kryć.

- Prze­stań - na­ka­zuje. - Po­zwól mi na sie­bie pa­trzeć.

Kiedy pro­stuję plecy, czuję swój drżący od­dech. On prze­śli­zguje się po mnie wzro­kiem od dołu w górę, za­trzy­mu­jąc się przy szcze­gól­nie in­te­re­su­ją­cych go ob­sza­rach, aż w końcu pa­trzy mi pro­sto w twarz. De­li­kat­nie od­suwa od sie­bie pa­piery i cu­kier z cy­na­mo­nem, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku. Nie­spo­dzie­wa­nie wstaje z krze­sła, a ja in­stynk­tow­nie ro­bię krok w tył, zdo­mi­no­wana jego wzro­stem. Czuję, że je­stem cał­ko­wi­cie na wi­doku, sto­jąc przed nim zu­peł­nie naga, pod­czas gdy on wciąż jest cał­ko­wi­cie ubrany. Wy­daję ci­chy jęk, gdy chwyta mnie za ra­miona i od­wraca ty­łem, aby za chwilę do mnie przy­lgnąć.

- Nie zro­bię ci nic złego - szep­cze mi do ucha, głasz­cząc po na­gich ra­mio­nach. - Nie mu­sisz się bać.

Jego dło­nie po­ru­szają się po ca­łym moim ciele, de­li­kat­nie i jed­no­cze­śnie zde­cy­do­wa­nie. Wargi piesz­czą szyję. Roz­pusz­cza mi włosy i wdy­cha ich woń.

- Ze­rżnę cię o tu, na tym stole.

Za­czy­nam dy­szeć. Jego słowa brzmią nie­zwy­kle szorstko, ale na myśl o tym, że ten atrak­cyjny męż­czy­zna mnie pra­gnie, że uważa mnie za atrak­cyjną, przez moje ciało prze­pływa zdu­mie­wa­jąca fala za­do­wo­le­nia.

- Ro­zu­miem, że na to cze­kasz, Abi­gail?

- T-tak, sir.

- Zdolna dziew­czyna. Po­chyl się.

Po­słusz­nie ro­bię to, co mi każe, lekko drżąc, gdy do­ty­kam cia­łem zim­nego blatu. Za­my­kam oczy.

- Roz­chyl nogi.

Od­dy­cha­jąc głę­boko, staję w roz­kroku przed pa­nem Thorne'em.

- Je­steś taka piękna. - Sły­szę jego miękki głos.

Se­kundę póź­niej jego dło­nie znów do mnie przy­wie­rają i za­czy­nają mnie pie­ścić pew­nymi ru­chami. Palce de­li­kat­nie po­cie­rają moją skórę, ba­dają całe moje ciało. Po­tem na chwilę zni­kają, ale szybko wra­cają. Tym ra­zem są mo­kre od jego śliny i wsu­wają się we mnie, pod­czas gdy kciuk za­kre­śla małe koła na ze­wnątrz. Mój od­dech przy­śpie­sza. Czuję się cu­dow­nie, ale nie ro­zu­miem, skąd ten nie­po­trzebny za­chód.

- O, do­kład­nie tak. - W jego gło­sie sły­chać za­do­wo­le­nie. - Chcę po­czuć na pal­cach twoją wil­goć.

W pe­wien spo­sób nie­na­wi­dzę tego, że mo­jemu ciału wy­raź­nie po­doba się wszystko, co on ze mną robi. Przez to trudno mi się zdy­stan­so­wać. Z dru­giej strony je­stem wdzięczna, że nie wszedł we mnie od razu, co na pewno spra­wi­łoby mi ból. Chwilę póź­niej prze­staje mnie do­ty­kać i sły­szę ja­kiś sze­lest, po któ­rym na­stę­puje świst roz­pi­na­nego roz­po­rka. Po­tem roz­po­znaję od­głos otwie­ra­nia paczki z kon­do­mem. Odro­binę się od­prę­żam. Prze­czu­wa­łam, że sek­su­alna prze­szłość pana Thorne'a dia­me­tral­nie się różni od mo­jej wła­snej i gdyby nie za­mie­rzał użyć pre­zer­wa­tywy, mu­sia­ła­bym tego wy­raź­nie za­żą­dać.

- Chcesz go po­czuć, piękna dziew­czyno?

Czuję, jak się do mnie zbliża. Wolną ręką pie­ści moje bio­dro. Ki­wam głową. Je­stem za­sko­czona, że w ogóle mnie pyta, bo prze­cież je­stem tu­taj dla niego, jak sam to ujął.

- Po­wiedz to gło­śno - roz­ka­zuje mi. - Chcę usły­szeć, jak to mó­wisz.

- Chcę go po­czuć. - Wy­star­czyło, że to po­wie­dzia­łam, a on na­tych­miast we mnie wcho­dzi. Za­czy­nam gło­śno dy­szeć. Wy­peł­nił mnie sobą po brzegi.

- Kurwa... Ooo, tak! - ję­czy pan Thorne. - Le­piej się do­brze chwyć.

Kilka se­kund póź­niej już ro­zu­miem, dla­czego to po­wie­dział. Pie­przy mnie tak mocno, jakby pró­bo­wał ze­pchnąć na pod­łogę so­lidny blat stołu, chwy­tam więc za kra­wędź, pró­bu­jąc ochro­nić swoje biedne uda przed zbyt bo­le­snym zde­rze­niem z drew­nem. Po chwili jego ręce chwy­tają mnie za bio­dra i przy­cią­gają do sie­bie, a na­sze ciała zde­rzają się, gdy jego pod­brzu­sze ude­rza o moją pupę. Te­raz jest le­piej, a na­wet dużo le­piej - tak uważa moje ciało.

Wy­daję lekki okrzyk, bar­dziej za­sko­cze­nia niż bólu, gdy pan Thorne cią­gnie mnie mocno za włosy i zmu­sza do opar­cia się na łok­ciach. Wsuwa ręce pod moje piersi i za­czyna je ma­so­wać, przy­wie­ra­jąc do mnie i ję­cząc mi do ucha.

- Je­steś taka fajna i taka cia­sna. Je­steś moją słodką dziew­czyną, prawda, Abi­gail?

- Tak, sir.

- Gło­śniej! - ko­men­de­ruje, rżnąc mnie co­raz szyb­ciej i moc­niej.

- Tak, sir! Tak, pa­nie Thorne! - po­słusz­nie krzy­czę.

- O kurwa! - Jego dło­nie wra­cają na moje bio­dra, na­rzu­cają ciału rytm i do­ma­gają się po­słu­szeń­stwa.

Ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łam po­dob­nego seksu - tak agre­syw­nego i dzi­kiego. Odro­binę mnie to prze­raża, choć w ża­den spo­sób nie spra­wia mi bólu. Wręcz ocie­kam wil­go­cią, aż robi mi się wstyd, że moje ciało tak re­aguje, że nie­zwy­kle szybko go za­ak­cep­to­wało. Pan Thorne do­cho­dzi z gło­śnym ję­kiem i jego ciało opada na moje, bio­dra wciąż wolno się po­ru­szają. Przy­wie­ram na po­wrót do blatu i czuję gu­ziki jego ko­szuli wci­ska­jące się w moją nagą skórę.

- Mhm - mru­czy i przy­gryza lekko moje ra­mię. - Je­steś taka słodka.

Moja twarz jest roz­pa­lona, a ciało nie­spo­kojne, ale zmu­szam się do le­że­nia nie­ru­chomo, pod­czas gdy on po­woli do­cho­dzi do sie­bie, gła­dzi mnie po wło­sach i ciężko od­dy­cha. Wciąż się nie ru­szam, gdy się ze mnie wy­suwa, zdej­muje kon­dom i za­pina spodnie.

- Te­raz mo­żesz wstać.

Kle­pie mnie po bio­drze, od­wraca i zmu­sza do tego, że­bym na niego po­pa­trzyła.

- Nikt cię wcze­śniej nie ze­rżnął w taki spo­sób.

To nie jest py­ta­nie. Kręcę głową i czuję, jak w oczach zbie­rają mi się łzy.

- Prze­stań - roz­ka­zuje zde­cy­do­wa­nym, ale nie ostrym gło­sem. - Żad­nego wstydu, żad­nego po­czu­cia winy. Je­steś tu­taj dla mnie. Żeby mnie za­do­wo­lić.

Wolno ki­wam głową. Mój od­dech jest nie­równy.

- I to wła­śnie zro­bi­łaś - do­daje.

- Co ta­kiego, pa­nie Thorne?

- Za­do­wo­li­łaś mnie.

Tym ra­zem wcią­gam po­wie­trze przez nos. Nie­spo­dzie­wane cie­pło roz­lewa się po mo­jej klatce pier­sio­wej. Je­stem za­sko­czona. On po­daje mi su­kienkę i po­maga ją wło­żyć. Po­tem na po­wrót spina mi włosy. Kiedy tak się ze mną cacka, jego do­tyk jest po­wolny i de­li­katny, ina­czej niż wtedy, gdy wcho­dził we mnie na stole.

- No do­brze, Abi­gail. - Pan Thorne od­zywa się for­mal­nym to­nem. - Wy­daje mi się, że na twoje py­ta­nie o cy­na­mon od­po­wie­dzia­łem twier­dząco.

- Eee... Tak, sir.

"Se­rio, nie­zły świr".

Go­dzinę póź­niej kuch­nia jest uprząt­nięta, a szar­lotka zdą­żyła wy­sty­gnąć. Kiedy ją po­daję panu Thorne'owi, czuję po­de­ner­wo­wa­nie. On bie­rze kęs i pod­nosi na mnie wzrok.

- Jest pyszna, Abi­gail - chwali.

Nie mogę się po­wstrzy­mać i uśmie­cham się sze­roko. Za­nim od­wrócę wzrok, pan Thorne od­wza­jem­nia uśmiech. Chce mnie do­tknąć, ale w ostat­niej chwili cofa rękę i uśmiech znika.

- Mo­żesz iść - mówi. - Za­dzwo­nię po tak­sówkę.

Kiedy chcę za­pro­te­sto­wać, unosi dłoń.

- Pro­szę, że­byś sto­so­wała się do mo­ich ży­czeń. Oczy­wi­ście za­płacę za kurs, skoro to ja każę ci to zro­bić.

- Prze­pra­szam - od­po­wia­dam ci­cho.

- Prze­bierz się w swoje rze­czy - mówi ofi­cjal­nym to­nem.

Bie­gnę na górę do ła­zienki i jak naj­szyb­ciej zmie­niam ubra­nie, nie mo­gąc się do­cze­kać końca tego dzi­wacz­nego wie­czoru. Oglą­dam się w lu­strze. Do­piero co po­zwo­li­łam się ze­rżnąć do nie­przy­tom­no­ści cał­ko­wi­cie ob­cemu fa­ce­towi. Za pie­nią­dze. I na­wet mi się to spodo­bało.

"Kim, do cho­lery, je­stem?"

Na dole pan Thorne wró­cił do pracy. Cze­kam w mil­cze­niu, aż na jego ko­mórkę przyj­dzie ese­mes, że tak­sówka już czeka. W dro­dze do wyj­ścia wy­ciąga z kie­szeni brą­zową ko­pertę i mi ją po­daje. Znów mu­szę po­wścią­gnąć chęć po­dzię­ko­wa­nia mu. Wy­ko­na­łam okre­śloną pracę i otrzy­muję za nią wy­na­gro­dze­nie.

- Do­bra­noc - szep­czę, po czym od­wra­cam się do niego ple­cami i kładę palce na klamce.

- Abi­gail, czy do­brze go­tu­jesz?

Za­my­kam oczy, przy­go­to­wu­jąc się na słowa, o któ­rych wiem, że za­raz padną.

- Tak.

- Chciał­bym, że­byś przy­go­to­wała dla mnie ko­la­cję w środę wie­czo­rem. - Znowu nie jest to py­ta­nie.

- Do­brze. - Po­twier­dzam nie­pew­nym ski­nie­niem głowy.

- Spójrz na mnie.

Naj­chęt­niej ucie­kła­bym stąd jak naj­szyb­ciej, ale od­wra­cam się po­słusz­nie i zmu­szam do spoj­rze­nia mu w oczy.

- Zro­bi­łaś wszystko, o co po­pro­si­łem - cią­gnie spo­koj­nie. - Za­ro­bi­łaś te pie­nią­dze. Nie ma w tym nic złego.

- Tak, sir - szep­czę. Chcia­ła­bym, aby to było ta­kie pro­ste.

- Zdolna dziew­czyna. Bądź znów o szó­stej w środę i weź tak­sówkę. Za­płacę za nią, kiedy przy­je­dziesz na miej­sce.

Ga­pię się na niego bez słowa. Czyli chce mnie znów wi­dzieć. Udało mi się! Wła­śnie tego pra­gnę­łam, ale z dru­giej strony do­ciera do mnie, że to nie ko­niec. Nie mogę wró­cić do domu i zmyć z sie­bie tego, co się stało, ma­jąc świa­do­mość, że było to tylko jed­no­ra­zowe.

- Dzię­kuję, pa­nie Thorne.

- Wróć bez­piecz­nie do domu, Abi­gail.

Od­pro­wa­dza mnie do cze­ka­ją­cej tak­sówki. Otwiera przede mną drzwi, po­daje kie­rowcy bank­not i każe mu za­wieźć mnie tam, do­kąd będę chciała. Po­tem wraca do domu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Na szczę­ście kie­rowca nie pró­buje na­wią­zać roz­mowy. Spo­glą­dam na ze­ga­rek. Jest do­piero je­de­na­sta! By­łam u pana Thorne'a przez nie­całe trzy go­dziny. Za­glą­dam dys­kret­nie do ko­perty, którą mi wrę­czył, i otwie­ram usta ze zdzi­wie­nia. Za­miast umó­wio­nej kwoty na­li­czy­łam dzie­sięć, a nie pięć bank­no­tów stu­do­la­ro­wych.

Ty­siąc do­la­rów. Za­pła­cił mi aż ty­siąc do­la­rów!

Z ra­do­ści aż kręci mi się w gło­wie. Po­woli opusz­cza mnie nie­pew­ność co do tego, czy jesz­cze kie­dyś się z nim spo­tkam. Może nie­długo uda mi się spła­cić wszyst­kie długi i nie wy­rzucą nas z miesz­ka­nia? Przy­ci­skam ko­pertę do piersi i czuję łzy ka­piące mi na dło­nie. Moje włosy i skóra pachną wo­nią ja­błek i per­fum pana Thorne'a - wspo­mi­nam to, co nie­dawno zro­bi­łam, ale w tej chwili nie czuję ani winy, ani wstydu.

- Pro­szę pani, wszystko w po­rządku? - pyta mnie kie­rowca, zer­ka­jąc z nie­po­ko­jem w tylne lu­sterko.

- Tak - od­po­wia­dam ochry­ple. - Wszystko bę­dzie do­brze.