Nieskazitelna w Oakland
PONIEDZIAŁEK
Kotku, tak się cieszę, że cię słyszę - powiedziała przez telefon matka dziewczyny. - Ciało znowu mnie zdradza. Czasem mam wrażenie, że moje życie to nic innego, jak jedno wielkie pasmo zdrad ciała.
- Czy to nie los nas wszystkich? - spytała Pip. Zebrała się w sobie i zadzwoniła do matki w południe, podczas przerwy na lunch w firmie Renewable Solutions2. Rozmowa pozwoliła jej na chwilę zapomnieć o poczuciu, że nie nadaje się do tej roboty, że ma pracę, do której w ogóle nikt się nie nadaje, lub że ona sama do niczego się nie nadaje. Później, po dwudziestu minutach gadania, mogła uczciwie powiedzieć, że musi wracać do swych obowiązków.
- Lewa powieka mi opada - wyjaśniła jej matka. - Jakby ciągnął ją w dół jakiś ciężar, maleńki ciężarek wędkarski lub coś takiego.
- W tej chwili?
- Od czasu do czasu. Może to porażenie Bella?
- Nie wiem, co to takiego porażenie Bella, ale jestem pewna, że go nie masz.
- Jak możesz być pewna, skoro nie wiesz nawet, co to jest, kotku?
- Nie mam pojęcia... Bo nie miałaś choroby Gravesa-Basedowa? Nadczynności tarczycy? Czerniaka?
Chociaż Pip nie lubiła żartować z własnej matki, ich stosunki były trwale skażone p o k u s ą n a d u ż y c i a - Pip poznała to pojęcie, studiując ekonomię w college'u. Przypominała bank odgrywający zbyt ważną rolę w gospodarce lub zanadto potrzebnego pracownika, aby można było go zwolnić za niewłaściwą postawę. Wśród jej przyjaciół w Oakland zdarzali się też i tacy, którzy mieli trudnych starych, ale potrafili rozmawiać z nimi codziennie bez okazywania nadmiernego znużenia, bo nawet najtrudniejsi rodzice posiadali zasoby, w skład których wchodziło coś więcej niż jeden potomek. W przeciwieństwie do nich Pip była jedynaczką.
- Posłuchaj, chyba nie pójdę dziś do pracy - westchnęła jej matka. - Medytacja to jedyna rzecz, dzięki której potrafię wytrzymać w robocie, a nie mogę medytować, kiedy niewidoczny c i ę ż a r e k w ę d k a r s k i sprawia, że opadają mi powieki.
- Mamusiu, nie możesz kolejny raz wziąć chorobowego. Nie ma nawet lipca. Co zrobisz, jeśli naprawdę zachorujesz na grypę lub coś takiego?
- Czy do tego czasu klienci mają się dziwić, że ich zakupy pakuje starucha z obwisłą połową twarzy? Nie masz pojęcia, jak zazdroszczę ci twojego boksu. Sprawia, że stajesz się niewidzialna.
- Nie idealizujmy boksu.
- Wiesz, co jest najgorsze w ciele? To, że jest w i d o c z n e, takie w i d o c z n e.
Chociaż matka Pip cierpiała na przewlekłą depresję, nie była wariatką. Przez ponad dziesięć lat zdołała utrzymać posadę kasjerki w sklepie New Leaf Community Market w Felton. Od czasu, kiedy Pip zrezygnowała z samodzielnego myślenia i podporządkowała się logice matki, potrafiła doskonale zrozumieć, o co jej chodzi. Jedyną dekoracją szarych ścianek jej boksu była nalepka na zderzak z napisem PRZYNAJMNIEJ NA FRONCIE WOJNY O ŚRODOWISKO IDZIE DOBRZE. Boksy jej koleżanek były pokryte zdjęciami i wycinkami, ale Pip rozumiała, jak atrakcyjna jest niewidzialność. Spodziewała się również, że za miesiąc lub dwa ją wyleją, więc po co miałaby się zadomawiać?
- Wiesz, jak nie będziesz świętować dnia, który nie jest dniem twoich urodzin? - spytała matkę.
- Szczerze? Chciałabym wylegiwać się w łóżku przez cały dzień, z prześcieradłem naciągniętym na głowę. Nie chcę, żeby dzień, który nie jest dniem moich urodzin, przypominał mi, że się starzeję. Moja powieka robi to wystarczająco dobrze.
- Może upiekę ciasto, a później przyjadę i razem je zjemy? Mówisz tak, jakbyś czuła się gorzej niż zwykle.
- Czuję się lepiej, kiedy cię widzę.
- Ha! Szkoda, że nie jestem dostępna w formie tabletki. Co powiesz na ciasto ze stewią? Tym słodzikiem?
- Sama nie wiem. Stewia zabawnie wpływa na procesy chemiczne w moich ustach. O ile pamiętam, nie można oszukać kubeczków smakowych.
- Cukier też pozostawia smak - przypomniała Pip, chociaż wiedziała, że ten argument nie odniesie skutku.
- Cukier pozostawia c i e r p k i smak, ale kubeczki smakowe nie mają z nim problemu, bo są tak zbudowane, że informują, że coś jest kwaśne, ale tego nie rozpamiętują. Kubeczki smakowe nie powinny pamiętać dziwnego smaku przez pięć godzin! Przeżyłam coś takiego, kiedy napiłam się czegoś słodzonego stewią.
- Ale cierpki smak nie pozostaje w ustach.
- Musi się dziać coś bardzo złego, jeśli kubeczek smakowy pięć godzin po wypiciu słodzonego napoju wciąż rejestruje dziwny smak. Czy wiesz, że jeśli choć raz weźmiesz metamfetaminę, procesy chemiczne w twoim mózgu zmienią się już na zawsze? Właśnie taki smak ma dla mnie stewia.
- Nie szprycuję się metamfetaminą, jeśli o to ci chodziło.
- Chciałam powiedzieć, że nie potrzebuję ciasta.
- Daj spokój! Wymyślę inne. Przepraszam, że zaproponowałam ciasto, które jest dla ciebie t r u c i z n ą.
- Nie powiedziałam, że jest trucizną. Po prostu ten słodzik, stewia, zabawnie wpływa na...
- Na procesy chemiczne w twoich ustach!
- Kotku, zjem każde ciastko, które przywieziesz. Nie zabije mnie nawet rafinowany cukier. Nie chciałam cię zdenerwować. Kochanie, proszę...
Ich rozmowy rzez telefon kończyły się dopiero wtedy, gdy obie poczuły się paskudnie. Problem Pip - a raczej rodzaj nieuleczalnego upośledzenia, z którego brała się jej rzekoma niezdolność do skutecznego działania - polegał na tym, że kochała matkę. Że jej współczuła, że cierpiała razem z nią, że przeżywała wzruszenie na dźwięk jej głosu, że odczuwała niepokojący aseksualny pociąg do jej ciała, że martwiła się nawet o procesy chemiczne zachodzące w jej ustach, że życzyła jej szczęścia, nie znosiła jej denerwować i uważała za kogoś bliskiego. Problem Pip przypominał ogromny blok granitu spoczywający w samym środku jej życia - stąd brał się cały jej gniew i sarkazm, które kierowała nie tylko na matkę, ale - ostatnio coraz częściej daremnie - na mniej odpowiednie osoby. Kiedy Pip robiła się wściekła, właściwie nie gniewała się na matkę, ale na ten blok granitu.
Gdy miała osiem lub dziewięć lat, przyszło jej do głowy, żeby spytać, dlaczego w małym domku wśród sekwoi, w którym mieszkały pod Felton, świętowano tylko jej urodziny. Matka odrzekła, że nie obchodzi urodzin, że dla niej liczą się tylko urodziny Pip. Córka dręczyła ją tak długo, aż zgodziła się uczcić dzień letniego przesilenia ciastem, które nazywały nie-urodzinowym. Uroczystość sprowokowała pytanie o wiek matki, ale ta nie zgodziła się go zdradzić. Ograniczyła się do uśmiechu, z którym wyznawcy buddyzmu zen zadają paradoksalne pytania:
- Jestem wystarczająco stara, aby być twoją matką.
- Ile lat masz n a p r a w d ę?
- Spójrz na moje ręce - odpowiedziała matka. - Jeśli poćwiczysz, nauczysz się rozpoznawać wiek kobiety po jej dłoniach.
W ten sposób - pewnie po raz pierwszy - Pip spojrzała na ręce matki. Pokrywająca je skóra nie była różowa i matowa jak jej własna. Dłonie wyglądały tak, jakby kości i żyły próbowały wynurzyć się na powierzchnię, jakby skóra była opadającą wodą odsłaniającą kształty przedmiotów spoczywających na dnie zatoki. Chociaż włosy matki były gęste i bardzo długie, można było w nich dostrzec siwe, suche pasemka, a skóra u podstawy szyi przypominała przejrzałą brzoskwinię. Tej nocy Pip nie mogła zasnąć, bo martwiła się, że jej matka może wkrótce umrzeć. Wtedy po raz pierwszy zdała sobie sprawę z istnienia granitowego bloku.
W tym czasie zaczęła gorąco pragnąć, aby jej matka poznała jakiegoś mężczyznę lub miała inną kochającą ją osobę, wszystko jedno jaką. Potencjalnymi kandydatami w ciągu kolejnych lat byli: ich sąsiadka Linda, która była panną z dzieckiem jak matka Pip i jak ona oddawała się studiowaniu sanskrytu, Ernie, rzeźnik ze sklepu New Leaf, również weganin, lekarz pediatra Vanessa Tong, której silne zadurzenie w matce Pip przejawiało się próbami zainteresowania jej obserwowaniem ptaków, oraz Sonny, brodaty góral złota rączka, dla którego żadna robota konserwatorska nie była zbyt błahą okazją do palnięcia wykładu o sposobie życia dawnych Indian Pueblo. Wszystkie te dobrotliwe postacie z doliny San Lorenzo dostrzegły w matce Pip to, co Pip zauważyła jako młoda nastolatka i z czego była dumna - rodzaj bliżej nieokreślonej wielkości. Bo nie trzeba pisać, żeby być poetą, i nie trzeba tworzyć, aby zostać artystą. Medytacje jej matki były same w sobie rodzajem sztuki - sztuki bycia niewidzialnym. Do czasu, gdy Pip ukończyła dwunasty rok życia, w ich domku nie było telewizora ani komputera. Dla jej matki głównym źródłem informacji był dziennik "Santa Cruz Sentinel", z którego czerpała codzienną przyjemność polegającą na okazywaniu przerażenia światem. W dolinie nie było to zresztą niczym niezwykłym. Kłopot polegał na tym, że matka Pip promieniowała nieśmiałą wiarą we własną wielkość, a przynajmniej zachowywała się tak, jakby kiedyś była wielka - to znaczy przed pojawieniem się Pip, w przeszłości, o której kategorycznie nie chciała rozmawiać. Była nie tyle urażona, co przerażona, że ich sąsiadka Linda mogłaby porównać swojego łapiącego żaby i oddychającego przez usta synalka Damiana z jej wyjątkową i idealną Pip. Uważała, że rzeźnik czułby się kompletnie zdruzgotany, gdyby oświadczyła, iż według niej zalatuje mięsem nawet po wzięciu prysznica. W pożałowania godny sposób wymawiała się przed przyjęciem zaproszenia Vanessy Tong, zamiast przyznać otwarcie, że boi się ptaków, a gdy wysoko zawieszona furgonetka Sonny'ego zaklekotała na podjeździe, kazała Pip iść do drzwi, a sama uciekała tylnym wyjściem, żeby ukryć się wśród sekwoi. Mogła sobie pozwolić na luksus bycia tak niemożliwie wybredną z powodu Pip. Wielokrotnie matka powtarzała to bez ogródek: Pip była jedyną osobą, która zdała egzamin, jedyną, którą o n a kochała.
Oczywiście stało się to źródłem bolesnego zażenowania, kiedy Pip weszła w okres dojrzewania. Była zbyt zajęta nienawidzeniem i karceniem matki, aby zauważyć, jak bardzo ogranicza jej perspektywy życiowe swoją innością. Pip nie miała nikogo, kto by jej powiedział, że ukończenie college'u z długiem studenckim rzędu 130 000 dolarów nie jest najlepszym pomysłem, jeśli człowiek zamierza dokonać czegoś dobrego na tym świecie. I nikt jej nie ostrzegł, że kwotą, na którą należało zwrócić uwagę podczas rozmowy kwalifikacyjnej z Igorem, szefem działu wsparcia odbiorców energii w Renewable Solutions, nie było "trzydzieści lub czterdzieści tysięcy dolarów" tytułem prowizji, które zgodnie z jego przewidywaniami mogła zarobić w pierwszym roku pracy, ale dwadzieścia jeden tysięcy dolarów podstawowego wynagrodzenia. Nikt jej też nie uprzedził, że handlowiec tak przekonujący jak Igor może być równie zręczny w sprzedaży gównianej roboty naiwnym dwudziestojednolatkom.
- Pogadamy w weekend - oświadczyła Pip stanowczym głosem. - Ostrzegam, że zamierzam pomówić o czymś, na co nie masz ochoty.
Jej matka zachichotała czarująco, aby dać do zrozumienia, że czuje się bezbronna.
- Jest tylko jedna rzecz, o której nie chcę z tobą gadać.
- Cóż, właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać. Ostrzegałam cię.
Matka nie odrzekła ani słowa. Mgła w Felton pewnie się rozwiała - mgła żegnana przez jej matkę tak niechętnie, bo jej zniknięcie odsłaniało jasny świat, do którego wolała nie należeć. Medytacja wychodziła jej najlepiej w spokojne szare poranki. Za chwilę pojawią się promienie słońca flirtujące z zielenią i złotem w małych igłach sekwoi, a letni skwar wślizgnie się przez senne okna werandy, przeniknie okiennice i ogarnie łóżko, które Pip wzięła w posiadanie jako spragniona prywatności nastolatka, wyganiając matkę na łóżko polowe w salonie. Było tak do czasu jej wyjazdu do college'u; dopiero wtedy matka odzyskała sypialnię. Pewnie leżała teraz na łóżku, medytując. Jeśli tak, nie odezwie się ani słowem, dopóki ktoś jej nie zagadnie. Zespala się z własnym oddechem.
- To nic osobistego - powiedziała Pip. - Nigdzie nie wyjeżdżam, ale potrzebuję pieniędzy, a ty ich nie masz, podobnie jak ja. Nie przychodzi mi do głowy nikt inny, kogo mogłabym o nie poprosić. Tylko jeden człowiek jest mi coś teoretycznie w i n i e n, dlatego będziemy musiały o tym pomówić.
- Kotku - odrzekła smutno matka - wiesz, że tego nie zrobię. Przykro mi, że potrzebujesz pieniędzy, ale nie chodzi o to, czego chcę lub nie chcę. Chodzi o to, co można i czego nie można zrobić. A ja nie mogę, więc będziemy musiały wymyślić dla ciebie coś innego.
Pip zmarszczyła czoło. Od czasu do czasu odczuwała potrzebę naprężenia mięśni w kaftanie bezpieczeństwa, który dwa lata temu narzuciły jej okoliczności, żeby sprawdzić, czy rękawy nie stały się nieco luźniejsze. Za każdym razem okazywało się, że są tak samo ciasne jak zawsze. Nadal miała 130 000 dolarów długu, a matka w dalszym ciągu była jej jedynym źródłem pocieszenia. Dziwna sprawa, jak nagle i całkowicie wpadła w pułapkę, kiedy dobiegły końca cztery lata wolności w college'u. Gdyby było ją na to stać, popadłaby w depresję z tego powodu.
- Słuchaj, za chwilę się rozłączę - powiedziała do słuchawki. - Przygotuj się do pracy. Martwisz się z powodu oczu, bo pewnie nie śpisz tyle, ile trzeba. Mam to samo, kiedy nie śpię.
- Naprawdę? - ożywiła się matka. - Też na to cierpisz?
Chociaż Pip wiedziała, że to przedłuży rozmowę, a nawet sprowokuje idiotyczną dyskusję o dziedzicznych chorobach, uznała, że lepiej, aby jej matka myślała o bezsenności niż o porażeniu Bella, choćby dlatego, że Pip od lat bezskutecznie zwracała uwagę na fakt, iż są lekarstwa, które mogłyby jej pomóc. Efekt był taki, że gdy o 13:22 Igor wetknął głowę do jej boksu, Pip nadal gadała przez telefon.
- Mamusiu, przepraszam, ale muszę kończyć. Do widzenia - powiedziała i odłożyła słuchawkę. Igor był jasnowłosym Rosjaninem, brodatym i wkurzająco przystojnym. Pip uznała, że jedynym powodem, dla którego jeszcze jej nie zwolnił, było to, że lubił fantazjować, że ją przeleci. Była także pewna, że gdyby do tego doszło, natychmiast poczułaby się upokorzona, bo facet był nie tyle przystojny, co raczej przystojnie opłacany, tymczasem ona nie miała niczego z wyjątkiem kłopotów. A była przekonana, że Igor wie także o tym.
- P r z e p r a s z a m - powiedziała. - Przepraszam, że przedłużyłam przerwę o siedem minut. Moja mama ma problemy zdrowotne. - Zastanowiła się nad własnymi słowami i sprostowała: - Właściwie odwołuję to, co powiedziałam. Wcale nie jest mi przykro. Jakie jest prawdopodobieństwo, że uzyskałabym pozytywną odpowiedź w ciągu siedmiu minut?
- Czy wyglądam, jakbym chciał cię skrytykować? - spytał Igor, mrugając.
- To dlaczego wściubiasz tu nos? I dlaczego się na mnie gapisz?
- Pomyślałem, że chciałabyś zagrać w Dwadzieścia pytań.
- Nie sądzę.
- Ty spróbujesz odgadnąć, czego chcę, a ja ograniczę się do niewinnego "tak" lub "nie".
- Chcesz zostać pozwany za molestowanie seksualne?
Igor zachichotał, wyraźnie zadowolony z siebie.
- Odpowiedź brzmi "nie"! Zostało ci dziewiętnaście pytań.
- Nie żartuję z tym pozwem. Mam przyjaciółkę na wydziale prawa, która twierdzi, że wystarczy, abyś stworzył odpowiednią atmosferę.
- To nie było pytanie.
- Jak mam ci wytłumaczyć, że mnie to nie bawi?
- Ogranicz się do pytań, na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie".
- Jezu! Idź sobie!
- Wolisz pogadać o ocenie twoich majowych wyników?
- Odejdź! Siadam do telefonu!
Kiedy Igor sobie poszedł, Pip wyświetliła na monitorze okienko z rozmowami telefonicznymi, spojrzała z niesmakiem i zwinęła je ponownie. Cztery razy w ciągu dwudziestu dwóch miesięcy, które przepracowała w Renewable Solutions, zdołała uzyskać przedostatnią notę - o nie, nie ostatnią - na białej tablicy, gdzie rejestrowano "wyniki marketingowe" Pip i jej koleżanek. Pewnie nie przez przypadek cztery razy w ciągu tych dwudziestu dwóch miesięcy spoglądała w lustro i widziała kogoś ładnego - wszystko jedno kogo, tylko nie siebie - zamiast kogoś, kto mógłby być uznany za ładnego, gdyby nie był nią. Bez wątpienia odziedziczyła po matce pewne niedostatki fizyczne - miała na to twarde dowody w postaci swoich doświadczeń z facetami. Chociaż wielu uważało ją za atrakcyjną, tylko nieliczni nie doszli w końcu do wniosku, że popełnili błąd. Igor od dwóch lat próbował rozwiązać tę łamigłówkę. Ciągle ją obserwował, tak samo jak ona sama obserwowała się w lustrze. "Wczoraj wydawała się ładna, a teraz..."
Podczas studiów Pip wyrobiła sobie pogląd, że szczytem kultury jest spędzanie niedzielnych poranków na czytaniu w kawiarni świątecznego wydania "New York Timesa". Zajęcie to stało się jej cotygodniowym rytuałem, a w niedzielne poranki czuła się najbardziej kulturalna, niezależnie od tego, skąd wzięło się w niej to przekonanie. I niezależnie od tego, do której piła na mieście poprzedniej nocy, o ósmej rano kupowała "Timesa", zabierała gazetę do kawiarni U Peeta, zamawiała babeczkę z masłem oraz podwójne cappuccino, a następnie siadywała przy swoim ulubionym stoliku w kącie sali i na kilka godzin z błogością zapominała o sobie.
Ostatniej zimy zauważyła U Peeta przystojnego chudego chłopaka, który hołdował identycznemu niedzielnemu rytuałowi. Przez kilka tygodni, zamiast czytać najnowsze wiadomości, rozmyślała o tym, jak wygląda w jego oczach, kiedy wertuje gazetę. Czy powinna podnieść głowę i przyłapać go na tym, że się na nią gapi? W końcu stało się jasne, że musi sobie poszukać innej kawiarni lub z nim pogadać. Następnym razem, gdy przyłapała go na tym, że ją obserwuje, zmusiła się do zachęcającego skinienia głową - tak niezdarnego i wystudiowanego, że była zaskoczona natychmiastowym skutkiem. Facet z miejsca do niej podszedł i zaproponował, że skoro oboje przychodzą tu co tydzień o tej samej porze, mogliby czytać jedną gazetę i w ten sposób ocalić jakieś drzewo.
- A co zrobimy, jeśli będziemy chcieli czytać tę samą rubrykę? - spytała Pip z nutką wrogości w głosie.
- Jeśli doczytasz do niej przede mną - odrzekł chłopak - będziesz mieć prawo wyboru. - Później poskarżył się na swoich rodziców mieszkających w College Station w Teksasie, którzy mieli rozrzutny zwyczaj kupowania dwóch egzemplarzy niedzielnego "Timesa", żeby nie wydzierać sobie gazety.
Pip jak pies znający tylko własne imię i pięć prostych słów w języku ludzi usłyszała jedynie, że chłopak pochodzi z normalnej rodziny, w której jest dwoje rodziców i forsy jak lodu.
- Problem polega na tym, że to jedyna chwila w tygodniu, kiedy mam czas wyłącznie dla siebie - odpowiedziała.
- Przepraszam - chłopak zaczął się wycofywać, wyraźnie zmieszany. - Odniosłem wrażenie, że chciałaś coś powiedzieć.
Pip nie wiedziała, jak nie okazywać wrogości męskim rówieśnikom, którzy się nią zainteresowali. Po części dlatego, że ufała jedynie matce. Gorzkie doświadczenia z ogólniaka i college'u wskazywały, że im milszy był chłopak, z którym chodziła, tym boleśniejsza stawała się dla nich chwila, kiedy odkrywał, że Pip jest znacznie bardziej poplątana, niż sugerowała to jej miła powierzchowność. Jeszcze nie nauczyła się tego, jak nie chcieć, żeby ktoś był dla niej miły. Z kolei niemili chłopcy odznaczali się wyjątkową zdolnością wyczuwania jej słabości, by potem to wykorzystywać. W końcu Pip nie potrafiła zaufać ani miłym, ani niemiłym i coraz trudniej było jej odróżnić jednych od drugich, dopóki nie wylądowali w łóżku.
- Możemy pójść na kawę - zaproponowała. - Tylko nie w niedzielę rano.
- Oczywiście - odrzekł niepewnie.
- A teraz, skoro już zamieniliśmy słowo, nie musimy się na siebie gapić. Możemy po prostu czytać dwie oddzielne gazety, jak twoi rodzice.
- Nawiasem mówiąc, jestem Jason.
- A ja Pip. Skoro znamy już swoje imiona, tym bardziej nie musimy się na siebie gapić. Mogę pomyśleć: "Ach, to po prostu Jason", a ty: "Ach, to po prostu Pip".
Roześmiał się. Okazało się, że skończył matematykę na Stanfordzie i realizował marzenie każdego absolwenta tego kierunku, pracując w fundacji krzewiącej arytmetykę w Ameryce i jednocześnie pisząc podręcznik, który miał zrewolucjonizować metodykę nauczania statystyki. Po dwóch randkach polubiła go na tyle, by pomyśleć, że byłoby dobrze, aby poszli razem do łóżka, zanim jedno lub drugie zostanie zranione. Gdyby zwlekała zbyt długo, istniało ryzyko, że Jason odkryje, że jest kłębowiskiem długów i zobowiązań, i czmychnie, by ratować życie. Mogłaby mu też wyznać, że darzy głębszym uczuciem starszego faceta, który nie tylko nie wierzy w pieniądze - to znaczy w amerykańską walutę i jej posiadanie - ale także ma żonę.
Nie chciała, żeby Jason uznał ją za skrytą, więc opowiedziała mu o swojej "pracy" po godzinach, w charakterze wolontariuszki ruchu na rzecz rozbrojenia nuklearnego, choć wydawało się, że Jason wie o tym znacznie więcej od niej, mimo że była to jej "praca", co naturalnie wzbudziło w niej wrogość. Na szczęście Jason był wspaniałym gawędziarzem, entuzjastą Philipa K. Dicka, serialu Breaking Bad, wydr morskich i kuguarów, zastosowania matematyki do problemów życia codziennego, a szczególnie geometrycznego podejścia do nauczania statystyki, które wyjaśnił jej tak klarownie, że prawie zrozumiała. Podczas trzeciego spotkania, w dziupli, w której sprzedawano kluski, gdy była zmuszona udawać, że nie jest głodna, bo nie dostała ostatniej wypłaty z Renewable Solutions, znalazła się na rozdrożu - zaryzykować przyjaźń czy zadowolić się bezpiecznym przelotnym seksem?
Złożyła mu propozycję przed restauracją, w cichy niedzielny wieczór, na spowitej lekką mgiełką Telegraph Avenue. Jason odpowiedział namiętnie. Kiedy przywarła do niego, poczuła, jak burczy jej w brzuchu. Miała nadzieję, że tego nie usłyszał.
- Chcesz, żebyśmy poszli do ciebie? - szepnęła mu do ucha.
Jason odparł, że nie, bo tak się fatalnie złożyło, iż odwiedziła go siostra.
Na słowo "siostra" serce Pip chwycił skurcz wrogości. Nie miała rodzeństwa, więc nie potrafiła się oprzeć niechęci wobec wsparcia i żądań ze strony innych ludzi, normalności ich podstawowej komórki rodzinnej oraz odziedziczonego bogactwa bliskich relacji.
- Możemy pójść do mnie - zaproponowała z lekkim rozdrażnieniem. Kiedy szli Telegraph Avenue, trzymając się za ręce, była tak pochłonięta niechęcią do siostry Jasona, która wypędziła ją z jego sypialni (a co za tym idzie, z jego serca, chociaż niekoniecznie chciała się w nim znaleźć), tak poirytowana swoją sytuacją, że dopiero gdy stanęli przed drzwiami, przypomniała sobie, że nie mogą wejść do środka.
- Jasonie - odezwała się - czy mógłbyś poczekać sekundę na dworze? Muszę coś załatwić.
- Jasne - odparł Jason.
Pocałowała go z wdzięcznością, a później przez dziesięć minut obściskiwali się na schodach. Pip poddała się fali przyjemności wywołanej dotykiem czystego i zręcznego chłopca, dopóki nie usłyszała głośnego burczenia brzucha.
- Jedną sekundę, dobrze? - zapytała.
- Jesteś g ł o d n a?
- Nie! A właściwie tak, nagle poczułam lekki głód. Ale w restauracji nie byłam głodna.
Włożyła klucz do zamka i weszła do środka. W salonie jej schizofreniczny współmieszkaniec Dreyfuss oglądał mecz koszykówki w towarzystwie innego niepełnosprawnego współmieszkańca Ramóna. Siedzieli przed telewizorem wygrzebanym na śmietniku. Przetwornik analogowo-cyfrowy wymienił na ulicy jej trzeci współlokator, Stephen. Pip się w nim podkochiwała. Ciało Dreyfussa, wzdęte od leków, które do tej pory sumiennie przyjmował, wypełniało niski fotel wygrzebany na śmietniku.
- Pip! Pip! - krzyknął Ramón. - Dokąd idziesz?! Obiecałaś, że mi pomożesz ze słownictwem! Zrobisz to teraz?
Pip położyła palec na wargach, a Ramón zasłonił usta dłońmi.
- Racja - powiedział cicho Dreyfuss. - Ona nie chce, aby ktokolwiek wiedział, że tu jest. Dlaczego? Czy dlatego, że w kuchni są niemieccy szpiedzy? Oczywiście używam słowa "szpieg" w luźnym znaczeniu, co nie jest do końca niewłaściwe, bo choć Grupa Dyskusyjna na Rzecz Rozbrojenia Nuklearnego w Oakland liczy około trzydziestu pięciu osób, a Pip i Stephen należą do jej najważniejszych członków, Niemcy od tygodnia panoszą się w naszym domu na swój germańsko poważny i hałaśliwy sposób. To intrygujący, wart rozważenia fakt.
- Dreyfussie! - szepnęła Pip, podchodząc bliżej, żeby nie podnosić głosu.
Dreyfuss dobrodusznie splótł na brzuchu grube palce i zwrócił się do Ramóna, który mógł go słuchać bez końca:
- A może Pip unika rozmów z niemieckimi szpiegami? Szczególnie dzisiejszego wieczoru? Bo przyprowadziła do domu tego młodego dżentelmena, z którym obcałowywali się dobrych piętnaście minut na przedniej werandzie?
- Sam jesteś szpiegiem - syknęła z furią Pip. - Nienawidzę, jak mnie śledzisz!
- Nie znosi, kiedy widzę rzeczy, które musiałaby zauważyć każda rozumna istota - wyjaśnił Ramónowi Dreyfuss. - Obserwowanie tego, co po prostu widać, to żadne szpiegowanie. Może ci Niemcy nie robią niczego więcej. O tym, czy ktoś jest szpiegiem, decyduje m o t y w, a w tym przypadku... - Odwrócił się do Pip. - W tym przypadku sugeruję, abyś zadała sobie pytanie, co ci wścibscy i poważni Niemcy robią w twoim domu.
- Chyba nie przestałeś brać leków? - spytała szeptem Pip.
- Obcałowywali się, Ramónie. Masz nowy wyraz do swojego słownika.
- Co to znaczy?
- Jak to co? C a ł o w a ć s i ę. D o t y k a ć w a r g a m i. W y r y w a ć p o c a ł u n k i z k o r z e n i a m i.
- Pomożesz mi ze słownictwem, Pip?
- Podejrzewam, że Pip ma inne plany na wieczór, przyjacielu.
- Nie teraz, kochanie - wyszeptała do Ramóna, a następnie zwróciła się do Dreyfussa: - Niemcy tu są, bo ich zaprosiliśmy. Zrobiliśmy to, bo mamy miejsce. Ale masz rację, nie chcę, abyś im powiedział, że tu jestem.
- Co o tym sądzisz, Ramónie? - spytał Dreyfuss. - Powinniśmy jej pomóc? Ona nie pomogła ci ze słownictwem.
- Chryste! Sam mu pomóż! Masz bogate słownictwo!
Dreyfuss spojrzał ponownie na Pip. Utkwił w niej wzrok, w którym nie było nic poza intelektem, pozbawiony krztyny uczucia. Jakby lekarstwa, które przyjmował, łagodziły jego stan na tyle, aby nie biegał po ulicy i nie zarzynał ludzi pałaszem, ale nie mogły usunąć z jego oczu morderczych zamiarów. Chociaż Stephen zapewnił Pip, że Dreyfuss patrzy tak na każdego, nie miała wątpliwości, że gdyby kiedykolwiek przestał brać leki, byłaby pierwszą osobą, na którą rzuciłby się z pałaszem lub innym narzędziem, które nawinęłoby mu się pod rękę - że obarczyłby ją wszystkimi problemami świata, skojarzył ze spiskiem wymierzonym w jego osobę. Co więcej, sądziła, że dostrzegł coś prawdziwego w jej fałszu.
- Ci Niemcy i ich przeszpiegi budzą moją najwyższą odrazę - oznajmił Dreyfuss. - Pierwszą rzeczą, o której pomyśleli, wchodząc do naszego domu, było to, jak go zająć.
- To aktywiści na rzecz pokoju, Dreyfussie. Przestali myśleć o podboju świata siedemdziesiąt lat temu.
- Chcę, żebyś się ich pozbyła razem ze Stephenem.
- W porządku! Zajmiemy się tym! Później. Jutro.
- Nie lubimy Niemców, prawda, Ramónie?
- Lubimy, kiedy w domu jest tylko nasza piątka. Jesteśmy jak rodzina - stwierdził Ramón.
- Niezupełnie. Każdy z nas ma własną rodzinę, prawda, Pip?
Dreyfuss spojrzał jej ponownie w oczy - znacząco, porozumiewawczo, bez ludzkiego ciepła - a może po prostu bez cienia pożądania? Może każdy mężczyzna patrzyłby na nią równie obojętnie, gdyby seks przestał istnieć? Podeszła do Ramóna i oparła dłonie na jego tłustych, zwieszonych ramionach.
- Ramónie, kochanie, dziś wieczór jestem zajęta - powiedziała. - Ale jutro będę w domu cały wieczór. Zgoda?
- Zgoda - odrzekł z całkowitą ufnością.
Popędziła do drzwi i wpuściła Jasona, który chuchał w złożone dłonie. Kiedy mijali salon, Ramón ponownie przytknął palec do ust, dając znak, że nie zdradzi sekretu, a Dreyfuss oglądał niewzruszenie mecz koszykówki. W ich domu było bardzo wiele rzeczy, które Jason mógł zobaczyć, i bardzo niewiele, które Pip chciała mu pokazać. Na dodatek Dreyfuss i Ramón śmierdzieli - Dreyfuss drożdżami, a Ramón moczem - do czego ona, w odróżnieniu od gości, zdążyła przywyknąć. Szybko weszła po schodach, stąpając na palcach i mając nadzieję, że Jason zrozumie, iż należy się pospieszyć i zachować ciszę. Zza zamkniętych drzwi na pierwszym piętrze dochodziły znajome głosy Stephena i jego żony, jak zwykle o coś się obwiniających.
Kiedy znaleźli się w jej małej sypialni na drugim piętrze, zaprowadziła Jasona do materaca - bez zapalania światła, bo nie chciała, żeby zobaczył, jaka jest biedna. Pip była bardzo biedna, ale miała czyste prześcieradła. Przynajmniej pod względem czystości niczego jej nie brakowało. Gdy wprowadziła się tu rok temu, wyszorowała każdy centymetr podłogi i parapetu, używając środka dezynfekującego w sprayu. Później, gdy pojawiły się myszy, nauczyła się od Stephena, że gryzonie powstrzyma zatkanie watą stalową szpar, którymi wchodzą. Następnie jeszcze raz umyła podłogę. Teraz, po przyjemnych czynnościach wstępnych, kiedy ściągnęła podkoszulek z chudych ramion Jasona i pozwoliła, żeby ją rozebrał, przypomniała sobie, że prezerwatywy są w kosmetyczce, którą zostawiła w łazience na pierwszym piętrze, bo Niemcy zajmowali toaletę, z której zwykle korzystała. Jej czystość stała się kolejną przeszkodą. Cmoknęła czubek obrzezanego wzwiedzionego członka i szepnęła:
- Przepraszam, za sekundę wrócę.
Założyła szlafrok i wybiegła. Zawiązała go w połowie ostatniego odcinka schodów, kiedy przypomniała sobie, że nie powiedziała mu, dokąd idzie.
- Cholera! - rzuciła do siebie, zatrzymując się w pół kroku. Nic nie wskazywało na to, żeby Jason prowadził bujne życie seksualne, a ona nadal miała ważną receptę na tabletkę "dzień po". Miała także wrażenie, że seks stanowił jedyną dziedzinę życia, w której była w miarę skuteczna. Z drugiej strony, musiała zadbać o czystość. Poczuła żal do samej siebie, bo nikomu innemu nie było równie trudno ogarnąć kwestii związanych z seksem - jak smaczna ryba, która ma zbyt wiele małych ości. Za jej plecami zza drzwi małżeńskiej sypialni doleciał głos żony Stephena, grzmiącej przeciwko obłudzie.
- Zaryzykuję grzech obłudy - przerwał jej Stephen - bo alternatywą jest opowiedzenie się po stronie boskiego planu, który unieszczęśliwił cztery miliardy ludzi.
Głos Stephena obudził w Pip głębsze pragnienie od tego, które odczuwała wobec Jasona. Pomyślała, że ona sama nie popełniła grzechu obłudy - że jest raczej przykładem niskiej moralnej samooceny, skoro zamierza się kochać nie z tym mężczyzną, którego pragnie. Zeszła na dół na palcach, mijając sterty zalegających w korytarzu artykułów budowlanych wygrzebanych na śmietniku. W kuchni Niemka Annagret mówiła coś po swojemu. Pip przemknęła do łazienki, wepchnęła opakowanie prezerwatyw do kieszeni szlafroka, ponownie wyjrzała zza framugi i szybko cofnęła głowę: Annagret stała w drzwiach kuchni.
Annagret była ciemnooką pięknością o ciepłym głosie, podważającą utarty pogląd Pip o brzydocie Niemców i ich niebieskich oczach. Ona i jej chłopak Martin spędzali wakacje, włócząc się po amerykańskich slumsach, rzekomo, aby propagować międzynarodową organizację squattersów3 i nawiązywać kontakty z członkami amerykańskiego ruchu przeciwników broni atomowej, choć można było odnieść wrażenie, że ich głównym celem było robienie sobie zdjęć na tle optymistycznych murali w miejskich gettach. Wieczorem w poprzedni wtorek podczas wspólnotowego posiłku, w którym Pip chcąc nie chcąc wzięła udział, bo wypadła jej kolej gotowania, żona Stephena pokłóciła się z Annagret o program atomowy Izraela. Żona Stephena należała do kobiet, które mają innym za złe urodę (to, że nie żywiła urazy do Pip, ale próbowała jej matkować, potwierdzało niezbyt łaskawą opinię Pip na temat własnego wyglądu). Naturalny urok Annagret, bardziej podkreślony niż przytłumiony przez dziką fryzurę i brwi podziurawione kolczykami, wkurzył żonę Stephena tak bardzo, że zaczęła wygadywać brednie na temat Izraela. Ponieważ Pip dużo wiedziała o programie zbrojeń atomowych tego państwa, bo niedawno przygotowała raport dla Grupy Dyskusyjnej i była cholernie zazdrosna o żonę Stephena, palnęła kwiecistą pięciominutową mowę, w której podsumowała dowody na to, że Izrael dysponuje bronią atomową.
Paradoksalnie jej wystąpienie zafascynowało Annagret. Niemka oznajmiła, że jest pod "ogromnym wrażeniem" Pip, a następnie wzięła ją na bok i zaprowadziła do salonu, gdzie usiadły na kanapie i odbyły długą rozmowę, jak dziewczyna z dziewczyną. W uwadze Annagret było coś nieodpartego, a kiedy zaczęła mówić o Andreasie Wolfie, słynnym banicie internetu, którego znała osobiście, i o tym, że Pip jest dokładnie taką młodą osobą, jakiej potrzebuje jego Sunlight Project4, i nalegać, żeby Pip rzuciła pracę, w której jest wykorzystywana, i postarała się o płatny staż, który oferuje ta organizacja, zapewniając ją, że najpewniej go otrzyma, jeśli tylko wypełni kwestionariusz, który Annagret może jej przekazać, zanim wyjedzie z miasta, Pip poczuła się tak podbudowana - tak p o ż ą d a n a - że obiecała to zrobić. Później przez cztery godziny piła wino z dzbanka.
Następnego ranka, po wytrzeźwieniu, pożałowała złożonej obietnicy. Andreas Wolf i jego współpracownicy prowadzili swą działalność z Ameryki Południowej, bo w Stanach i wielu krajach europejskich wydano nakaz jego aresztowania za piractwo komputerowe i szpiegostwo, a nie było mowy, żeby Pip zostawiła matkę i przeniosła się na inny kontynent. Chociaż niektórzy przyjaciele Pip uważali Wolfa za bohatera, a ona sama była lekko zaintrygowana jego poglądem, że klauzula tajności oznacza ucisk, a przejrzystość to wolność, nie była kimś, kto by się politycznie angażował. W zasadzie podążała za Stephenem, działając w niezobowiązujący sposób, tak jak amatorsko zajmowała się fitnessem. Poza tym Sunlight Project i żarliwość, z jaką Annagret go zachwalała, zalatywały sekciarstwem. No i była pewna, że gdy tylko wypełni kwestionariusz, natychmiast stanie się jasne, że wcale nie jest tak inteligentna i dobrze poinformowana, jak wynikałoby z pięciominutowej przemowy, którą palnęła na temat Izraela. Właśnie dlatego unikała Niemców aż do ostatniego ranka, kiedy w drodze na spotkanie z Jasonem i wspólne czytanie "Timesa" znalazła liścik Annagret. Przepełniała go taka boleść, że Pip zostawiła wiadomość pod drzwiami Niemki, obiecując, że pogadają wieczorem.
Czuła ucisk w brzuchu. Czekała na zmianę melodii niemieckiego dialogu sugerującą, że Annagret nie stoi już w drzwiach kuchni. Dwukrotnie opanowała ją pewność, niczym psa podsłuchującego ludzką rozmowę, że w strumieniu obcych wyrazów usłyszała własne imię. Gdyby myślała trzeźwo, weszłaby do kuchni, oznajmiła, że na górze czeka jej chłopak, że nie może wypełnić kwestionariusza, i poszła do swojego pokoju. Ale czuła się potwornie głodna, a seks wydawał się jej czymś coraz bardziej abstrakcyjnym.
W końcu usłyszała kroki i szuranie kuchennego krzesła. Wypadła z łazienki, ale zahaczyła połą szlafroka o gwóźdź wystający z kawałka drewna przywleczonego ze śmietnika. Tańcząc i uchylając się przed spadającymi deskami, usłyszała głos Annagret dolatujący z korytarza za jej plecami:
- Pip? Pip, szukam cię od trzech dni!
Odwróciła się i ujrzała zbliżającą się Niemkę.
- Cześć! Racja! Przepraszam - wybąkała, w pośpiechu układając deski. - Słuchaj, mam... Może pogadamy jutro?
- Nie - odrzekła z uśmiechem Annagret. - Pogadamy teraz. Przecież obiecałaś.
- Hm. - Pip miała problem z ustaleniem priorytetów. W kuchni, gdzie przesiadywali Niemcy, znajdowały się płatki śniadaniowe i mleko. Może warto coś zjeść przed powrotem do Jasona? Czyż nie byłaby bardziej skuteczna, bardziej czuła i energiczna, gdyby wcześniej zjadła trochę płatków? - Słuchaj, muszę na sekundę pobiec na górę - powiedziała. - Na jedną sekundę, dobrze? Obiecuję, zaraz wrócę.
- Nie. No chodź, chodź. Nie zajmę ci więcej niż kilka minut. Najwyżej dziesięć. Zobaczysz, będzie zabawnie. Trzeba tylko wypełnić formularz. Daj spokój. Czekamy na ciebie cały wieczór. Zrobisz to teraz, ja?
Piękna Annagret skinęła palcem. Pip wiedziała, co Dreyfuss mówił o Niemcach, ale wykonywanie czyichś poleceń sprawiało jej ulgę. Na dodatek zabawiła na dole tak długo, że byłoby nieprzyjemnie pójść na górę i błagać Jasona, aby jeszcze trochę poczekał, a miała w życiu tyle nieprzyjemności, że wolała wszystko odwlekać, nawet jeśli ostatecznie miało skończyć się większymi nieprzyjemnościami.
- Droga Pip - powiedziała Annagret, gładząc jej włosy, kiedy siedziała przy stole w kuchni i zajadała dużą miskę płatków, nie mając ochoty, aby ktoś dotykał jej włosów. - Dziękuję, że to dla mnie robisz.
- Załatwmy to szybko, dobrze?
- Oczywiście, sama się przekonasz. Trzeba tylko wypełnić formularz. Jesteś bardzo podobna do mnie, gdy byłam w twoim wieku i potrzebowałam celu w życiu.
Pip puściła jej słowa mimo uszu.
- Zgoda - powiedziała. - Przepraszam, że zapytam, ale czy Sunlight Project jest sektą?
- Sektą? - Z drugiego końca stołu doleciał śmiech Martina. Martin miał kilkudniowy zarost i palestyńską kefiję na głowie. - Co najwyżej uprawiają kult jednostki.
- Ist doch Quatsch, du - zaprzeczyła gorąco Annagret. - Also wirklich5?
- Co? - spytała Pip.
- Powiedziałam, że bredzi. Projekt jest przeciwieństwem sekty. W Projekcie chodzi o uczciwość i prawdę, przejrzystość i wolność. Rządy oparte na kulcie jednostki nienawidzą Projektu.
- Projekt ma bardzo char-erotycznego przywódcę - wtrącił Martin.
- Charyzmatycznego? - zapytała Pip.
- Taak, charyzmatycznego. Powiedziałem to tak, żeby zabrzmiało jak "erotyczny". Andreas Wolf jest bardzo charyzmatyczny. - Martin zaśmiał się ponownie. - Można by go umieścić w podręczniku, w części poświęconej słownictwu. Na przykład, jak użyć słowa "charyzmatyczny" w zdaniu. "Andreas Wolf jest bardzo charyzmatyczny". Sens wypowiedzi staje się natychmiast zrozumiały, od razu wiesz, o co chodzi. Andreas Wolf jest uosobieniem tego słowa.
Wyglądało na to, że Martin dokucza Annagret i że Annagret za tym nie przepada. Pip odniosła wrażenie, a może tylko jej się zdawało, że Annagret sypiała kiedyś z Andreasem Wolfem. Niemka była przynajmniej dziesięć lat starsza od Pip. Albo i piętnaście. Annagret wyjęła z półprzezroczystej plastikowej koszulki, takiej, jakich używa się w europejskich biurach, kilka kartek, nieco dłuższych i węższych od amerykańskich.
- Jesteś rekruterką? - spytała Pip. - Podróżujesz z formularzem?
- Tak, mam pewną władzę - odparła Annagret. - Nie, źle to ujęłam. Przecież sprzeciwiamy się władzy. Jestem jedną z osób, które się tym zajmują.
- To dlaczego przyleciałaś do Stanów? Rekrutujesz nowych członków?
- Annagret jest w i e l o z a d a n i o w a - oznajmił Martin z prześmiewczym, a jednocześnie wyrażającym podziw uśmiechem.
Kiedy Annagret powiedziała, aby zostawił ją i Pip w spokoju, Martin ruszył do salonu w błogiej nieświadomości, że Dreyfuss nie przepada za jego towarzystwem. Pip skorzystała z okazji, żeby nasypać sobie drugą miskę płatków. Będzie mogła przynajmniej odhaczyć pole "jedzenie".
- Jeśli pominąć zazdrość, Martina i mnie łączy udany związek - wyjaśniła Annagret.
- Zazdrość? O kogo? - zdziwiła się Pip, wcinając płatki. - O Andreasa Wolfa?
Annagret pokiwała głową.
- Byłam z Andreasem wiele lat. Dawno temu, zanim poznałam Martina.
- Byliście wtedy bardzo młodzi.
- Martin jest zazdrosny o moje przyjaciółki. Nic tak nie zagraża niemieckiemu mężczyźnie, nawet porządnemu, jak kobiety, które przyjaźnią się ze sobą za jego plecami. To go denerwuje, jakby w porządku świata było coś nie tak. Jakbyśmy zamierzały ujawnić wszystkie jego sekrety, pozbawić go władzy, a potem dać sobie z nim spokój. Ty też masz z tym problem?
- Obawiam się, że to ja jestem zazdrosna.
- Martin jest zazdrosny o internet, bo za jego pośrednictwem komunikuję się z przyjaciółkami. Mam bardzo wielu przyjaciół, prawdziwych przyjaciół, z którymi nigdy się nie spotkałam. Maile, media społecznościowe, fora. Wiem, że Martin czasami ogląda pornografię, nie mamy przed sobą sekretów. Gdyby jej nie oglądał, byłby jedynym facetem w Niemczech, który tego nie robi. Uważam, że pornografia w internecie została stworzona dla niemieckich mężczyzn, bo lubią być sami, sprawować nad wszystkim kontrolę i fantazjować na temat władzy. Ale on mówi, że ogląda pornosy dlatego, że mam tyle przyjaciółek w internecie.
- Może to takie porno dla kobiet - zasugerowała Pip.
- Nie. Myślisz tak, bo jesteś młoda lub nie masz silnej potrzeby przyjaźni.
- Czy kiedykolwiek myślałaś o robieniu tego z dziewczynami?
- W Niemczech stosunki między mężczyznami i kobietami są okropne - odpowiedziała Annagret w sposób, który zaprzeczał temu domysłowi.
- Chciałam powiedzieć, że internet jest dobrym sposobem zaspokajania potrzeb na odległość. Męskich lub kobiecych.
- Kobiecą potrzebę przyjaźni można autentycznie zaspokoić w internecie, to nie mrzonka. Andreas rozumie siłę oddziaływania sieci i wie, ile może ona znaczyć dla kobiet. Dlatego Martin jest zazdrosny także o niego - z t e g o powodu, a nie dlatego, że kiedyś żyłam z Wolfem.
- Rozumiem, ale jeśli Andreas jest charyzmatycznym przywódcą, to posiada władzę, a to jak na mój gust oznacza, że według ciebie jest taki sam jak wszyscy faceci.
Annagret pokręciła głową.
- Andreas jest fantastyczny, bo rozumie, że internet jest najpotężniejszym narzędziem prawdy. Co to oznacza? Że w społeczeństwie wszystko kręci się wokół kobiet, a nie mężczyzn. Wszyscy mężczyźni oglądają zdjęcia kobiet, a wszystkie kobiety komunikują się z innymi kobietami.
- Chyba zapomniałaś o seksie gejów i filmach z ulubionymi czworonogami - wtrąciła Pip. - Czy mogłybyśmy wypełnić ten kwestionariusz? Na górze czeka na mnie chłopak. Dlatego jestem w szlafroku, pod którym niczego nie ma, jeśli jesteś ciekawa.
- Teraz? Na górze? - spytała Annagret, wyraźnie zaalarmowana.
- Sądziłam, że wypełnienie kwestionariusza to szybka sprawa.
- Nie może przyjść kiedy indziej?
- Jeśli można, wolałabym tego uniknąć.
- W takim razie idź na górę i powiedz mu, że potrzebujesz kilku minut, najwyżej dziesięciu, aby pogadać z przyjaciółką. Wtedy nie będziesz musiała być zazdrosna.
Annagret mrugnęła do niej okiem, co Pip uznała za prawdziwe osiągnięcie, bo w przeciwieństwie do sarkazmu mruganie wychodziło jej słabo.
- Myślę, że powinnaś skorzystać z okazji, gdy ci się nadarza - powiedziała.
Annagret zaczęła od zapewnienia, że wszystkie odpowiedzi na pytania kwestionariusza są poprawne, ale Pip uznała, że to niemożliwe, bo po co miałyby go wypełniać, gdyby nie było złych odpowiedzi? Na szczęście uroda Annagret wywierała na nią kojący wpływ. Spoglądając na Niemkę z drugiej strony stołu, Pip miała wrażenie, że bierze udział w rozmowie kwalifikacyjnej do roli Annagret.
- Którą z nadprzyrodzonych zdolności chciałabyś posiadać? - przeczytała Annagret. - Zdolność latania, niewidzialność, umiejętność czytania w cudzych myślach czy sprawienia, żeby czas zatrzymał się dla wszystkich oprócz nas?
- Umiejętność czytania w cudzych myślach - odpowiedziała bez wahania Pip.
- To dobra odpowiedź, chociaż nie ma nieprawidłowych odpowiedzi.
Uśmiech Annagret był tak ciepły, że Pip mogłaby się w nim pławić. Poza tym nadal opłakiwała swoje odejście z college'u, bo była bardzo dobra w rozwiązywaniu testów.
- Proszę, wyjaśnij swoją odpowiedź - przeczytała Annagret.
- Nie ufam ludziom - odrzekła Pip. - Nawet moja mama, do której mam pełne zaufanie, nie mówi mi wszystkiego. Przemilcza naprawdę ważne rzeczy, więc byłoby miło dowiedzieć się o nich bez jej pomocy. Wiedziałabym wszystko co trzeba, a ona czułaby się w porządku. Jeśli chodzi o innych, nigdy nie jestem pewna, co o mnie myślą, a zgadywanie nieszczególnie mi wychodzi. Byłoby miło zajrzeć im do głów, choćby na dwie sekundy, aby mieć pewność, że wszystko jest w porządku, że nie myślą o mnie czegoś okropnego, a ja o tym nie wiem. Wtedy mogłabym im zaufać. Nie wykorzystałabym tego przeciwko nim czy coś takiego. Po prostu bardzo trudno jest nikomu nie ufać. Dlatego muszę się męczyć, żeby odgadnąć, czego ode mnie chcą. To takie wyczerpujące.
- Słuchaj, Pip, właściwie możemy na tym skończyć. To, co mówisz, jest fantastyczne.
- Naprawdę? - Na twarzy Pip pojawił się smutny uśmiech. - Słuchaj, nawet teraz się zastanawiam, dlaczego to mówisz. Może chcesz mnie zachęcić do dalszego wypełniania kwestionariusza. Skoro o tym mowa, zastanawiam się, dlaczego tak ci zależy, żebym to zrobiła.
- Możesz mi zaufać. Poprosiłam cię, bo zrobiłaś na mnie wrażenie.
- To nie ma sensu. Nie wywieram wrażenia na innych ludziach. Nie mam rozległej wiedzy o broni atomowej, po prostu tak się złożyło, że wiedziałam co nieco o Izraelu. Nie ufam wam. Nie ufam tobie. Nie ufam ludziom. - Pip poczuła wypieki na twarzy. - Muszę wrócić na górę. Mam wyrzuty sumienia, zostawiłam przyjaciela.
Annagret powinna była odczytać to jako sygnał, żeby ją zwolnić, a przynajmniej przeprosić, że ją zatrzymała, ale (może Niemcy tacy właśnie byli?) wydawała się niezbyt dobra w odczytywaniu sygnałów.
- Musimy wypełnić kwestionariusz - podkreśliła. - Kwestionariusz jest tylko jeden, ale trzeba go wypełnić. - Klepnęła dłoń Pip, a później ją pogłaskała. - Szybko się z tym uwiniemy.
Pip zaczęła się zastanawiać, dlaczego Annagret ciągle jej dotyka.
- Twoi przyjaciele nagle zaczynają znikać. Nie odpowiadają na SMS-y, wpisy na Facebooku, nie odbierają telefonu. Rozmawiasz z ich pracodawcami i dowiadujesz się, że przestali przychodzić do roboty. Składasz wizytę ich rodzicom, którzy mówią, że są bardzo zaniepokojeni. Idziesz na policję i słyszysz, że twoi przyjaciele są cali i zdrowi, ale przenieśli się gdzie indziej. Po jakimś czasie nie masz ani jednego przyjaciela. Co robisz? Czekasz, aż sama znikniesz, żeby ustalić, co się z nimi stało? Rozpoczynasz własne śledztwo? Uciekasz?
- Czy znikają tylko moi przyjaciele? - spytała Pip. - Czy ulice są nadal pełne ludzi w moim wieku, którzy nie są moimi przyjaciółmi?
- Tak.
- W takim razie poszłabym do psychiatry.
- Psychiatra rozmawiał z policją i ustalił, że twoje słowa są zgodne z prawdą.
- No to miałabym przynajmniej jednego przyjaciela: psychiatrę.
- Później psychiatra też znika.
- To kompletnie paranoiczny scenariusz. Mógłby zrodzić się w głowie Dreyfussa.
- Czekasz, rozpoczynasz własne śledztwo czy uciekasz?
- Albo p o p e ł n i a s z s a m o b ó j s t w o. Może być samobójstwo?
- Nie ma błędnych odpowiedzi.
- Pewnie zamieszkałabym z mamą. Nie spuściłabym jej z oczu. Gdyby mimo to zniknęła, pewnie bym się zabiła, bo to by znaczyło, że jakiekolwiek więzi nie są dobre dla zdrowia.
Annagret uśmiechnęła się ponownie.
- Znakomicie.
- C o?
- Świetnie ci idzie. Naprawdę znakomicie, Pip. - Annagret pochyliła się nad stołem, ujmując policzki Pip swoimi ciepłymi dłońmi.
- Czy odpowiedź, że bym się zabiła, jest poprawna?
Annagret cofnęła dłonie.
- Nie ma błędnych odpowiedzi.
- Tym trudniej mieć wrażenie, że dobrze mi idzie.
- Którą z następujących rzeczy zrobiłaś bez pozwolenia? Włamałaś się do czyjejś poczty elektronicznej, przejrzałaś zawartość czyjegoś smartfonu, przeszukałaś czyjś komputer, przeczytałaś czyjś dziennik, zapoznałaś się z dokumentami jakiejś osoby, podsłuchiwałaś prywatną rozmowę, kiedy ktoś wybrał przypadkowo twój numer, zdobyłaś informacje, podszywając się pod kogoś innego, przyłożyłaś ucho do ściany lub drzwi, aby podsłuchać rozmowę, i tak dalej.
Pip zmarszczyła brwi.
- Mogę nie odpowiadać?
- Możesz mi zaufać. - Annagret ponownie dotknęła jej dłoni. - Lepiej, żebyś udzieliła odpowiedzi.
Pip zawahała się chwilę, a później wyznała:
- Przejrzałam wycinki prasowe, które przechowuje moja matka. Gdyby prowadziła dziennik, na pewno bym go przeczytała, ale ona tego nie robi. Gdyby miała konto mailowe, jak nic bym się na nie włamała. Przeszukałam wszystkie bazy danych w internecie, które przyszły mi do głowy. Nie czuję się z tym najlepiej, ale ona mi nie powie, kto jest moim ojcem ani gdzie się urodziłam. Nie powie mi nawet, jak się naprawdę nazywa. Powtarza, że robi to, aby mnie chronić, ale sądzę, iż niebezpieczeństwo istnieje jedynie w jej głowie.
- Powinnaś to wiedzieć - zauważyła poważnie Annagret.
- Tak.
- Masz do tego prawo.
- Tak.
- Czy wiesz, że ludzie z Sunlight Project mogą ci pomóc w poszukiwaniach?
Serce Pip zabiło mocniej, częściowo dlatego, że wcześniej nie przyszło jej to do głowy. Była to przerażająca perspektywa, głównie dlatego, że poczuła prawdziwą pokusę - pokusę, do której wszystkie dotknięcia Annagret stanowiły jedynie marne preludium. Cofnęła rękę i nerwowo splotła dłonie.
- Sądziłam, że celem Projektu jest wykradanie sekretów korporacji i tajemnic związanych z bezpieczeństwem narodowym.
- Oczywiście, ale Projekt posiada wiele zasobów.
- Mogłabym do nich napisać i poprosić o informację?
Annagret pokręciła głową.
- Projekt nie jest prywatną agencją detektywistyczną.
- A gdybym złożyła podanie i została przyjęta na staż?
- Wtedy tak, oczywiście.
- Cóż, to bardzo interesujące.
- Warto się nad tym zastanowić, ja?
- Ja-a - odparła Pip.
- Podróżujesz w obcym kraju - zaczęła czytać Annagret. - Pewnej nocy w twoim pokoju hotelowym zjawia się policja i aresztuje cię jako szpiega, chociaż nie zajmowałaś się szpiegowaniem. Zabierają cię na komendę. Informują, że możesz wykonać jeden telefon, ale będą podsłuchiwać obie strony. Ostrzegają, że każdy, do kogo zadzwonisz, stanie się automatycznie podejrzany o szpiegostwo. Czyj numer wykręcisz?
- Stephena - odpowiedziała Pip.
Na twarzy Annagret pojawiło się rozczarowanie.
- Tego Stephena? Stephena stąd?
- Tak, co w tym złego?
- Przepraszam, myślałam, że wskażesz matkę. Do tej pory wymieniałaś ją we wszystkich odpowiedziach. Przecież jest jedyną osobą, której ufasz.
- Miałam na myśli głębokie zaufanie - odparła Pip. - Mama zamartwia się do szaleństwa, nie ma pojęcia, jak działa ten świat, więc nie wiedziałaby, do kogo zadzwonić, żeby mi pomóc. Stephen wiedziałby od razu.
- Na mój gust wydaje się trochę słaby.
- Co?!
- Stephen wydaje się słaby. Poślubił tę gniewną, despotyczną kobietę...
- Fakt, jego małżeństwo nie jest udane... Wierz mi, wiem o tym.
- Ty do niego coś czujesz! - westchnęła z rozczarowaniem Annagret.
- Tak. Co z tego?
- Nie powiedziałaś mi o tym. Na kanapie powiedziałyśmy sobie o wszystkim, ale o tym nie wspomniałaś.
- A ty nie powiedziałaś, że sypiałaś z Andreasem Wolfem!
- Andreas jest osobą publiczną. Muszę uważać. Poza tym to było dawno temu.
- Mówisz o nim tak, jakbyś była gotowa zrobić to ponownie w mgnieniu oka.
- Pip, proszę - jęknęła Annagret, ściskając ją za dłonie. - Nie kłóćmy się. Nie wiedziałam, że coś do niego czujesz. Przepraszam.
Niestety, rana zadana przez słowo "słaby" okazała się bolesna. Oprócz tego Pip przeraziła się tym, jak wieloma osobistymi informacjami podzieliła się z kobietą tak przekonaną o swojej urodzie, że mogła sobie pozwolić, by mieć całą twarz w kolczykach i ściąć włosy kosiarką do trawnika (tak właśnie wyglądały). Pip, która nie miała podstaw do takiej pewności siebie, wyrwała ręce, wstała i z hałasem odstawiła miseczkę po płatkach do zlewu.
- Idę na górę...
- Nie! Zostało jeszcze sześć pytań...
- Pójdę sobie, bo nie wyjadę do Ameryki Południowej i za grosz ci nie ufam. Dlaczego nie zabierzesz swojego chłopaka onanisty i nie pojedziecie do Los Angeles, żeby praktykować squatting u kogoś innego? Mogłabyś wypełnić ten swój kwestionariusz z dziewczyną zabujaną w kimś silniejszym od Stephena. Nie chcę was w naszym domu. Inni też was nie chcą. I nie chcę tu teraz być.
- Pip, proszę. Zaczekaj, jest mi naprawdę bardzo przykro. - Annagret sprawiała wrażenie autentycznie zrozpaczonej. - Nie musisz odpowiadać na więcej pytań...
- Myślałam, że trzeba wypełnić kwestionariusz. Musisz to, musisz tamto! Boże, jaka ja jestem głupia.
- Skądże, jesteś naprawdę inteligentna. Uważam, że jesteś fantastyczna, tylko za bardzo przejmujesz się mężczyznami. Ciut za bardzo, wiesz, w obecnej chwili.
Słysząc kolejną zniewagę, Pip spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Może chciałabyś mieć nieco starszą przyjaciółkę, która była kiedyś taka jak ty?
- Nigdy mnie nie lubiłaś! - rzuciła Pip.
- Ależ skąd, lubiłam. Usiądź, proszę, ja? Porozmawiaj ze mną.
Głos Annagret był taki słodki i rozkazujący, a jej zniewaga rzucała tak upokarzające światło na obecność Jasona w sypialni Pip, że ta omal posłuchała i usiadała. Kiedy jednak znalazła się w potrzasku nieufności wobec ludzi, nie mogła znieść ich obecności. Czmychnęła korytarzem, słysząc za plecami szuranie krzesła i dźwięk swojego imienia.
Zatrzymała się na podeście pierwszego piętra, żeby złapać oddech. Czy Stephen był słaby? Czy za dużo myślała o mężczyznach? "To takie przyjemne. Dzięki temu dobrze się czuję".
Za drzwiami Stephena ustała małżeńska kłótnia. Pip podeszła do nich na palcach, oddalając się od dobiegających z dołu odgłosów meczu koszykówki i nasłuchując. Niemal natychmiast usłyszała skrzypienie łóżka, a później jednoznaczne pojękiwanie. Zrozumiała, że Annagret miała rację - Stephen był słaby. Był słaby, choć nic w tym złego, że mąż i żona uprawiają seks. Przysłuchiwanie się temu, wyobrażanie sobie, jak to robią, a jednocześnie poczucie wykluczenia napełniło Pip przygnębieniem, które mogła złagodzić tylko w jeden sposób.
Przeskakiwała ostatnie stopnie po dwa, jakby skrócenie wspinaczki o pięć sekund mogło zrekompensować jej trzydziestominutową nieobecność. Stanęła przed drzwiami i przybrała przepraszającą, a jednocześnie skruszoną minę. Używała jej tysiące razy w relacjach z matką, zawsze z dobrym skutkiem. Otworzyła drzwi i zajrzała do środka, wykrzywiając twarz.
W pokoju paliło się światło. Jason siedział w ubraniu na krawędzi łóżka, w skupieniu pisząc SMS-a.
- Pst! - szepnęła Pip. - Bardzo się na mnie gniewasz?
Pokręcił głową.
- Obiecałem siostrze, że wrócę około dwudziestej trzeciej.
Słowo "siostra" sprawiło, że przepraszająca mina zniknęła częściowo z twarzy Pip, ale Jason i tak na nią nie patrzył. Weszła do środka, usiadła obok i go dotknęła.
- Przepraszam - powiedziała. - Nie potrafię wyjaśnić, co się stało. To znaczy potrafię, ale nie chcę.
- Nie musisz niczego wyjaśniać. Wiedziałem.
- Niby co?
- Nic. Nieważne.
- Powiedz. Co wiedziałeś?
Przestał pisać i utkwił wzrok w podłodze.
- Sam nie jestem do końca normalny, ale w porównaniu...
- Chcę się z tobą normalnie kochać. Przecież nadal możemy to zrobić? Choćby przez te pół godziny. Możesz powiedzieć siostrze, że wrócisz do domu trochę później.
- Posłuchaj, Pip. - Jason zmarszczył brwi. - Nawiasem mówiąc, czy to twoje prawdziwe imię?
- Tak o sobie mówię.
- Mam wrażenie, że nie zwracam się do ciebie, kiedy go używam. Sam nie wiem... "Pip". "Pip". To nie brzmi... Nie mam pojęcia...
Z jej twarzy zniknęły resztki przepraszającej miny. Cofnęła ręce. Wiedziała, że powinna powstrzymać wybuch, ale nie potrafiła się oprzeć. Mogła jedynie ściszyć głos.
- W porządku - wycedziła. - Nie lubisz mojego imienia. Czego jeszcze we mnie nie lubisz?
- Och, daj spokój. Zostawiłaś mnie na godzinę. Ponad godzinę.
- Racja, przecież czeka na ciebie siostra.
Ponowne wypowiedzenie słowa "siostra" podziałało jak wrzucenie zapałki do piecyka wypełnionego gazem - wzbierający w niej gniew mógł wybuchnąć w każdej chwili. Pip zaszumiało w głowie.
- Słuchaj - powiedziała z bijącym sercem - czy mógłbyś mi powiedzieć o wszystkim, czego we mnie nie lubisz, bo wygląda na to, że nigdy nie będziemy się pieprzyć, skoro nie jestem dla ciebie wystarczająco normalna. Pomóż mi zrozumieć, co we mnie takiego nienormalnego.
- Hej, daj spokój - jęknął Jason. - Przecież mogłem sobie pójść.
Przeświadczenie o własnej nieomylności pobrzmiewające w głosie Jasona sprawiło, że ogień ogarnął jeszcze większe złoża gazu - łatwopalną polityczną substancję, która przeniknęła do jej wnętrza za sprawą matki, profesorów z college'u, szokujących filmów, a ostatnio Annagret: poczucie niesprawiedliwości czegoś, co jeden z profesorów określił mianem a n i z o t r o p i i zgenderyzowanych relacji, polegającej na tym, że chłopcy mogą kamuflować swoje uprzedmiotowione pragnienia językiem uczuć, a dziewczynki na własne ryzyko uprawiać chłopięcą grę w seks, wychodząc na naiwne, jeśli dokonały uprzedmiotowienia, i ofiary, jeśli tego nie zrobiły.
- Nie przeszkadzało ci to, kiedy trzymałam w ustach twojego fiuta - warknęła.
- To nie ja go tam włożyłem - odparł Jason. - Poza tym nie trwało to długo.
- Nie, bo musiałam zejść na dół po prezerwatywę, żebyś mógł mi go wsadzić.
- Łał! To wszystko zatem moja wina!
Przez smugę płomieni lub kipiącej krwi Pip skupiła wzrok na smartfonie Jasona.
- Hej! - zawołał.
Pip skoczyła na równe nogi i pobiegła na drugi koniec pokoju z urządzeniem w ręku.
- Hej! Nie możesz tego zrobić! - wrzasnął, próbując ją dopaść.
- A właśnie że mogę!
- Nie, nie możesz! To nie w porządku. Hej! Hej! Nie rób tego!
Pip wcisnęła się pod dziecięce biurko, które było jedynym sprzętem w jej pokoju, i odwróciła twarzą do ściany, oplatając nogą jedną z nóg biurka. Jason próbował ją wyciągnąć za pasek szlafroka, ale nie mógł tego zrobić, bo najwyraźniej nie chciał użyć większej siły.
- Odbiło ci? - zapytał. - Co ty wyrabiasz?
Pip dotknęła ekranu drżącymi palcami.
Spotkajmy się w sfmoma6 o 4.
- Cholera! Cholera! Cholera! - zaklął Jason, krążąc za jej plecami. - Co ty robisz?! - Pip obłapiła ekran palcami i znalazła następny wątek.
Coitus interruptus maximus7! 62 min i ciągle liczę!!
Była tego warta?
Ładna twarz, fantastyczne ciało.
Zdefiniuj fantastyczne. Cycki?
8+
Tak jak mówiłem.
Możesz ją # jeśli lubisz dziwne.
68 min!
Pip przechyliła się na bok, położyła smartfon na podłodze i pchnęła go w kierunku Jasona. Jej gniew zgasł równie szybko, jak zapłonął, pozostawiając po sobie popiół żalu.
- Moi kumple tak gadają - zaczął tłumaczyć Jason. - To nic nie znaczy.
- Idź sobie - powiedziała cicho.
- Spróbujmy jeszcze raz. Moglibyśmy, no wiesz... ponownie załadować program? Naprawdę mi przykro.
Cofnęła się, kiedy położył rękę na jej ramieniu. Zabrał rękę.
- W porządku, ale porozmawiajmy jutro, dobrze? - zapytał. - Wygląda na to, że dla nas obojga była to zła noc.
- Idź sobie, proszę.
Firma Renewable Solutions niczego nie produkowała, nie budowała, a nawet nie instalowała. Zamiast tego w zależności od panującej pogody (nie k l i m a t u, ale p o g o d y, bo ta zmieniała się sezonowo, a czasami nawet z godziny na godzinę) "oferowała w pakiecie", "prowadziła badania", "pośredniczyła", "zdobywała", "sondowała" i "wspierała klienta". Teoretycznie prowadziła wartościową działalność. Ameryka emitowała zbyt dużo dwutlenku węgla do atmosfery, czemu mogły zapobiec odnawialne źródła energii; zarówno rząd federalny, jak i stanowy bez przerwy wymyślały nowe zachęty podatkowe, zakłady użyteczności publicznej były od-obojętnie-po-umiarkowanie-entuzjastycznie nastawione do poprawy swojego wizerunku, tak by sprawiały wrażenie przyjaznych środowisku, a spory odsetek kalifornijskich gospodarstw domowych i firm był skłonny wypłacić premię za czystszą elektryczność. Wspomniana premia pomnożona przez wiele tysięcy dolarów i dodana do pieniędzy spływających z Waszyngtonu i Sacramento, a następnie pomniejszona o kwoty, które trzeba było przekazać firmom faktycznie produkującym lub instalującym urządzenia, wystarczała do wypłacenia pensji piętnastu pracownikom Renewable Solutions oraz ugłaskania jej przedsiębiorczych kapitalistycznych sponsorów. Piękne były także modne hasła krążące w firmie: "wspólnota", "lokalna społeczność", "spółdzielczość". Pip pragnęła postępować dobrze, choćby z braku innych ambicji. Matka wpoiła jej przekonanie, że moralne życie jest wartościowe, a w college'u nauczyła się martwić i obwiniać o model nieodnawialnego wykorzystywania zasobów, który funkcjonował w kraju. Jej problem w Renewable Solutions polegał na tym, że nie wiedziała do końca, co sprzedaje, nawet gdy znalazła ludzi, którzy to kupili - nie wiedziała, dopóki nie kazano jej sprzedawać czegoś innego.
Początkowo - bo patrząc wstecz, wydawało się to trochę mniej zagmatwane - Pip sprzedawała umowy na zakup energii małym i średnim firmom, dopóki nowe przepisy stanowe nie pozbawiły Renewable Solutions oburzająco małego kawałka tortu, który wykrawali dla siebie. Później wciągała gospodarstwa domowe do rejonów p o t e n c j a l n i e odnawialnej energii, przy czym każde gospodarstwo domowe dostarczało Renewable Solutions premii wypłacanej przez bliżej nieokreśloną trzecią stronę lub strony, które tworzyły w ten sposób rzekomo lukratywny rynek transakcji terminowych. Następnie przeprowadzała wśród mieszkańców postępowych miast "sondę" mierzącą poziom ich zainteresowania podwyższeniem podatków lub zmianą budżetu miejskiego, co było efektem przejścia na odnawialne źródła energii. Kiedy Pip przypomniała Igorowi, że przeciętny obywatel nie posiada wiedzy umożliwiającej udzielenie odpowiedzi na pytania "sondy", ten odparł, że nie wolno jej pod żadnym pozorem zdradzić tego respondentom, bo pozytywne odpowiedzi oznaczają pieniądze nie tylko dla firm produkujących urządzenia, ale także dla nieokreślonych stron trzecich, które zajmowały się transakcjami terminowymi. Pip była bliska rzucenia roboty, kiedy liczba pozytywnych odpowiedzi oznaczających pieniądze spadła, więc przesunięto ją do działu certyfikatów słonecznej energii odnawialnej. Przeżyła tam sześć stosunkowo przyjemnych tygodni, dopóki nie odkryto wady w podstawowym modelu biznesu. Od kwietnia nakłaniała odbiorców z osiedla w South Bay, żeby zapisywali się do mikrokolektywów w celu wytwarzania energii z odpadów.
Oczywiście jej współpracownicy z działu wsparcia odbiorców energii taplali się w tym samym gównie. Osiągali jednak lepsze wyniki, bo akceptowali każdy nowy "produkt", nie próbując go zrozumieć. Z zapałem przystępowali do realizacji nowego przedsięwzięcia, nawet jeśli było śmieszne i/lub nie miało żadnego sensu, a później, gdy potencjalny nabywca miał problem ze zrozumieniem "produktu", nie przyznawali głośno, że faktycznie trudno pojąć, o co chodzi, i nie podejmowali wysiłku wyjaśnienia skomplikowanego toku rozumowania, który się za nim krył, ale po prostu klepali wyuczoną formułkę. Wyglądało, że jest to recepta na sukces, co podwajało rozczarowanie Pip, która czuła się nie tylko ukarana za używanie mózgu, ale co miesiąc otrzymywała nowe dowody na to, że odbiorcy energii z Bay Area, przeciętnie rzecz biorąc, lepiej reagują na wyklepany z pamięci tekst i na pół niedorzeczną siłę perswazji niż na pełnego najlepszych chęci handlowca próbującego im pomóc w zrozumieniu oferty. Dopiero gdy pozwolono jej odpowiadać na maile i udzielać się w mediach społecznościowych, jej talenty zostały wykorzystane lepiej, bo wychowała się bez telewizji i miała duże kompetencje językowe.
W poniedziałek nękała telefonicznie odbiorców z grupy wiekowej 65+, którzy nie korzystali z mediów społecznościowych i nie odpowiadali na bombardowanie firmowymi mailami osiedla Rancho Ancho w okręgu Santa Clara. Mikrokolektywy sprawdzały się jedynie wówczas, kiedy zainteresowanie wyrazili prawie wszyscy mieszkańcy wspólnoty, bo nie można było wysłać osoby, która reprezentowała społeczność, przed uzyskaniem pięćdziesięciu procent pozytywnych odpowiedzi, a Pip nie była w stanie zdobyć "punktów za pomoc odbiorcom", niezależnie od tego, jak ciężko pracowała.
Założyła zestaw słuchawkowy, zmusiła się do ponownego spojrzenia na ekran z rozmowami telefonicznymi i sklęła samą siebie za to, że godzinę wcześniej, przed lunchem, odłożyła na później zadzwonienie do osób noszących takie nazwiska jak GUTTENSCHWERDER, ALOYSIUS, BUTCAVAGE i DENNIS. Chociaż Pip nie znosiła trudnych nazwisk, bo ich błędne wymówienie sprawiało, że między nią a jej rozmówcą natychmiast pojawiał się dystans, dzielnie nacisnęła przycisk "wybierz". Mężczyzna, który odebrał w miejscu zamieszkania pana Butcavage'a, odezwał się szorstkim "słucham".
- Czeeeeść - zagaiła, zmysłowo przeciągając samogłoski, tonem, do którego nauczyła się dodawać przepraszającą nutę z powodu odczuwanego przez obie strony dyskomfortu. - Mówi Pip Tyler z firmy Renewable Solutions. Dzwonię w sprawie maila, który wysłaliśmy do państwa kilka tygodni temu. Czy rozmawiam z panem Butcavage'em?
- Nazywam się Boocavazh - poprawił ją szorstkim głosem.
- Bardzo przepraszam, panie Boocavazh.
- O co chodzi?
- O obniżenie pańskich rachunków za energię elektryczną, pomoc naszej planecie i skorzystanie z przysługujących panu odpisów od stanowych i federalnych podatków od energii - wyjaśniła Pip, chociaż faktyczne oszczędności na rachunkach za prąd były hipotetyczne, uzyskiwanie energii elektrycznej z odpadów kontrowersyjne z punktu widzenia ochrony środowiska, ona sama zaś nie wykonałaby tego telefonu, gdyby firma Renewable Solutions i jej wspólnicy mieli zamiar zapewnić odbiorcom energii duży udział w korzyściach podatkowych.
- Nie jestem zainteresowany - warknął pan Butcavage.
- Czy wie pan - ciągnęła Pip - że wielu pańskich sąsiadów wyraziło duże zainteresowanie stworzeniem kolektywu? Mógłby pan popytać i dowiedzieć się, co o tym myślą.
- Nie gadam z sąsiadami.
- Oczywiście nie powiedziałam, że musi pan to zrobić, jeśli pan nie chce. Pańscy sąsiedzi wyrazili zainteresowanie współdziałaniem waszej lokalnej społeczności na rzecz czystszej i tańszej energii oraz oszczędzaniem na podatkach.
Jedna z zasad Igora głosiła, że każda rozmowa telefoniczna, w której słowa "czystsza", "tańsza" i "oszczędności podatkowe" zostaną powtórzone przynajmniej pięć razy, wywoła pozytywny odzew.
- Co sprzedajesz? - spytał pan Butcavage nieco mniej szorstkim tonem.
- To nie jest rozmowa handlowa - skłamała Pip. - Staramy się zdobyć społeczne poparcie na rzecz czegoś, co nazywają energią z odpadów. To czystszy, tańszy i podatkowo oszczędniejszy sposób rozwiązania dwóch największych problemów waszej wspólnoty. Mam na myśli wysokie koszty energii i utylizowanie śmieci. Możemy wam pomóc spalać wasze śmieci w czystej, wysokiej temperaturze i dostarczać prąd elektryczny prosto do sieci, przy znacznych potencjalnych oszczędnościach dla pana i wymiernych korzyściach dla naszej planety. Czy mogę wyjaśnić panu, jak to działa?
- Co z tego macie? - warknął pan Butcavage.
- Przepraszam?
- Ktoś ci płaci, żebyś do mnie dzwoniła, kiedy próbuję się zdrzemnąć. Co oni z tego mają?
- No cóż, w zasadzie jesteśmy stroną wspierającą - odrzekła Pip. - Pan i pańscy sąsiedzi nie macie pewnie czasu ani niezbędnej wiedzy, żeby samodzielnie zorganizować mikrokolektyw w celu wytwarzania energii z odpadów, więc omija was czystsza, tańsza energia oraz korzyści podatkowe. My i nasi partnerzy posiadamy doświadczenie i specjalistyczną wiedzę, dzięki którym osiągniecie większą niezależność energetyczną.
- Taak, ale kto ci płaci?
- Jak pan zapewne wie, mamy do dyspozycji ogromne środki finansowe, stanowe i federalne, na inicjatywy związane z odnawialnymi źródłami energii. Zabieramy ich część na pokrycie kosztów naszej działalności, a resztę oszczędności przekazujemy lokalnym społecznościom.
- Inaczej mówiąc, każą mi płacić podatki, żeby sfinansować te wasze inicjatywy, i b y ć m o ż e dostanę coś z powrotem.
- To interesujący punkt widzenia - odparła Pip - ale sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. W wielu przypadkach nie płaci pan żadnych podatków bezpośrednich na sfinansowanie tych inicjatyw. Natomiast c z e r p i e pan, oczywiście potencjalnie, korzyści podatkowe i otrzymuje czystszą oraz tańszą energię.
- Spalając własne śmieci.
- Tak, nowoczesne technologie w tej dziedzinie są naprawdę niesamowite. Superczyste, superekonomiczne. - Czy mogła jeszcze raz wtrącić "oszczędności podatkowe"? Podczas rozmów telefonicznych Pip lękała się tego, co Igor nazywał momentem wywierania presji, a wszystko wskazywało, że dotarła do niego z panem Butcavage'em. Zaczerpnęła powietrza i powiedziała: - Czy chciałby pan dowiedzieć się o tym czegoś więcej?
Pan Butcavage burknął coś pod nosem, być może "spalać własne śmieci?!", i odłożył słuchawkę.
- Taak, wal się - rzuciła do głuchej słuchawki, ale po chwili tego pożałowała. Pytania pana Butcavage'a były rozsądne, a poza tym facet miał śmieszne nazwisko i żadnych przyjaciół w sąsiedztwie. Pewnie był samotny jak jej matka, a Pip współczuła każdemu, kto ją przypominał.
Ponieważ matka Pip nie prowadziła samochodu i nie miała dokumentu tożsamości ze zdjęciem, bo nie był jej potrzebny w takiej małej mieścinie jak Felton, i nigdy nie była dalej niż w centrum Santa Cruz, jej jedynym oficjalnym dokumentem była karta ubezpieczeniowa, w której figurowała jako Penelope Tyler (bez drugiego imienia). W celu uzyskania tej karty, używając nazwiska, które przyjęła jako osoba dorosła, musiała przedstawić sfałszowany akt urodzenia lub kopię prawdziwego aktu urodzenia wraz z dokumentem poświadczającym zmianę nazwiska. Pip wielokrotnie przejrzała rzeczy matki, ale nie natrafiła na wspomniane dokumenty ani na żaden klucz do skrytki bankowej, co skłoniło ją do wniosku, że matka je zniszczyła lub zakopała, gdy tylko otrzymała nowy numer ubezpieczenia. W archiwum sądu jakiegoś okręgu leżały dokumenty zmiany nazwiska, ale w Stanach Zjednoczonych było wiele okręgów, a tylko nieliczne udostępniały swoje archiwa w internecie. Poza tym Pip nie wiedziała nawet, od której strefy czasowej rozpocząć poszukiwania. Wpisała każdą kombinację kluczowych słów, jaka przyszła jej do głowy, do wszystkich możliwych wyszukiwarek, ale skończyło się to bolesną konstatacją, że mają one swoje ograniczenia.
Kiedy Pip była mała, zadowalały ją mgliste opowieści, ale gdy skończyła jedenaście lat, jej pytania stały się tak natarczywe, że matka zgodziła się wyznać jej "całą" prawdę. Dawno temu, powiedziała, nosiła inne nazwisko i prowadziła inne życie poza Kalifornią. Poślubiła mężczyznę, który - odkryła to dopiero po narodzinach Pip - miał skłonność do przemocy. Maltretował ją fizycznie, ale zadawał jej ból w bardzo sprytny sposób, bez pozostawiania śladów. Jeszcze dotkliwiej znęcał się nad nią psychicznie. Stała się jego zakładniczką i byłaby z nim została, dopóki by jej nie zabił, gdyby nie doprowadzał go do wściekłości płacz małej Pip - do wściekłości tak wielkiej, że zaczęła się obawiać o bezpieczeństwo córki. Próbowała od niego uciec razem z Pip, ale je odnalazł, sponiewierał psychicznie i sprowadził do domu. Miał wpływowych przyjaciół, a ona nie mogła udowodnić, że ją maltretuje. Zdawała sobie sprawę, że nawet gdyby się z nim rozwiodła, otrzymałby przynajmniej częściową opiekę nad Pip. Nie mogła na to pozwolić. Poślubiła niebezpiecznego człowieka i mogła żyć z konsekwencjami własnego błędu, ale nie mogła narażać na niebezpieczeństwo Pip. Dlatego pewnej nocy, kiedy mąż wyjechał w interesach, spakowała walizkę, wsiadła do autobusu i wywiozła córkę do schroniska dla maltretowanych żon w innym stanie. Tamtejsze kobiety pomogły jej zdobyć nową tożsamość i wyrobić nowy fałszywy akt urodzenia dla Pip. Później ponownie wsiadła do autobusu i ukryła się w Santa Cruz Mountains, gdzie, jak powiedziała, człowiek może być, kim zechce.
- Zrobiłam to, żeby cię chronić - wyznała matka. - Teraz, kiedy już poznałaś całą prawdę, musisz uważać na siebie i nie wspomnieć o tym nikomu. Znam twojego ojca. Wiem, jaki jest wściekły, że zaczęłam się bronić i mu cię zabrałam. Wiem, że gdyby kiedykolwiek odkrył, gdzie jesteś, przyjechałby i zabrał mi ciebie.
W wieku jedenastu lat Pip była bardzo łatwowierna. Jej matka miała długą, cienką bliznę na czole, która pojawiała się, kiedy spłonęła rumieńcem, oraz przerwę między przednimi zębami, które różniły się kolorem od pozostałych. Pip była tak pewna, że ojciec uderzył jej matkę w twarz, i tak jej żałowała, że nawet nie spytała, czy faktycznie to zrobił. Przez pewien czas tak bardzo się go bała, że nie chciała spać sama. W dusznych objęciach rodzicielki słyszała zapewnienia, że jest całkowicie bezpieczna, dopóki nie zdradzi nikomu swojego sekretu. Łatwowierność Pip była tak zupełna, a lęk tak realny, że dochowała tajemnicy do wejścia w okres dojrzewania i buntu. Wtedy powierzyła sekret dwóm przyjaciółkom, zmuszając je do złożenia przysięgi, że dochowają tajemnicy, a w college'u zaufała kolejnym dziewczynom.
Jedna z nich, Ella z Marin, którą matka uczyła w domu, zareagowała dziwnym spojrzeniem.
- To ciekawe - powiedziała. - Mam wrażenie, że słyszałam identyczną historię. W Marin mieszka pisarka, która oparła na niej swoje wspomnienia.
Pisarka nazywała się Candida Lawrence (zdaniem Elli ona też zmieniła nazwisko), a kiedy Pip dotarła do jej wspomnień, okazało się, że zostały wydane wiele lat wcześniej, zanim matka opowiedziała jej swoją "prawdziwą" historię. Opowieść Lawrence nie była identyczna, ale wystarczająco podobna, żeby skłonić Pip do przyjazdu do Felton w chłodnym gniewie oskarżeń i podejrzeń. Wtedy stało się coś dziwnego: kiedy opowiedziała o wszystkim matce, poczuła, że ją maltretuje jak nieobecny ojciec, a matka ugina się niczym torturowany zakładnik, którym rzekomo była w małżeństwie, więc w pewnym sensie sam fakt zakwestionowania tego, że opowieść Pip jest prawdziwa, potwierdzał jej zasadnicze prawdopodobieństwo. Matka szlochała i dygotała, błagając Pip o litość. Pobiegła do biblioteczki z książkami i wyciągnęła wspomnienia Lawrence z półki z poradnikami, gdzie Pip mogła jej nigdy nie zauważyć. Wetknęła ją Pip niczym ofiarę i oświadczyła, że ta książka była dla niej wielkim pocieszeniem i przeczytała ją trzy razy. Że zapoznała się z innymi książkami tej autorki, które sprawiły, iż czuła się mniej samotna w życiu, jakie sobie wybrała, bo wiedziała, że przynajmniej jedna kobieta doświadczyła podobnego losu, a mimo to okazała się silna i spełniona.
- Historia, którą ci opowiedziałam, jest prawdziwa - załkała. - Nie wiem, jak mam ci zdradzić prawdę, a jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo.
- Chcesz powiedzieć - spytała z lodowatym spokojem Pip - że istnieje pełniejsza wersja, ale nie byłoby "bezpiecznie", gdybym ją poznała?
- Nie! Przekręcasz moje słowa. Powiedziałam ci prawdę. Musisz mi uwierzyć. Nie mam na świecie nikogo oprócz ciebie! - Po powrocie z pracy matka rozplatała warkocze, pozwalając, żeby opadły na ramiona puszystą szarą kaskadą. Teraz nimi potrząsała, stojąc, lamentując i dysząc jak duże dziecko, które musi ochłonąć.
- A tak między nami - powiedziała Pip z jeszcze bardziej zabójczym spokojem - czy znałaś książkę Lawrence, kiedy opowiedziałaś mi swoją historię?
- Och, och! Chciałam zapewnić ci bezpieczeństwo!
- Czy teraz też kłamiesz, mamo?
- Ach! Ach!
Matka zaczęła chaotycznie wymachiwać rękoma wokół głowy, jakby szykowała się do złapania jej kawałków, kiedy eksploduje. Pip miała ochotę zdzielić ją w twarz, a później zadać ból w jakiś chytry, niezauważalny sposób.
- No cóż, nie udało się - rzekła. - Nie jestem bezpieczna. Nie zdołałam zapewnić sobie bezpieczeństwa. - Chwyciła plecak i wyszła na dwór, na stromą, wąską ścieżkę prowadzącą do Lompico Road, która biegła pod stoicko nieporuszonymi sekwojami. Za plecami słyszała, jak matka żałośnie zawodzi "kotku". Sąsiedzi mogli pomyśleć, że zaginął im kot.
Pip nie interesowało "poznanie" ojca, bo miała dość kłopotów z matką, ale sądziła, że powinien dać jej pieniądze. Bo 130 000 dolarów jej długu studenckiego było znacznie mniejszą kwotą od tej, którą zaoszczędził, nie musząc łożyć na jej utrzymanie i naukę w college'u. Oczywiście mógłby nie zrozumieć, dlaczego ma zapłacić cokolwiek za dziecko, z którego nie miał - i przypuszczalnie nie będzie mieć w przyszłości - żadnego "pożytku". Mimo to, zważywszy na histerię i hipochondrię matki, Pip potrafiła go sobie wyobrazić jako zasadniczo przyzwoitego człowieka, u którego matka wyzwoliła to, co najgorsze, który szczęśliwie powtórnie się ożenił i mógł doświadczyć ulgi oraz wdzięczności, wiedząc, że jego dawno zaginiona córka żyje - wdzięczności wystarczająco dużej, aby sięgnąć po książeczkę czekową. Gdyby okazało się to konieczne, Pip mogłaby pójść na pewne ustępstwa: okolicznościowy mail lub telefon, kartka z okazji Bożego Narodzenia i znajomość na Facebooku. W wieku dwudziestu trzech lat znajdowała się poza zasięgiem jego prawnej opieki, więc miała mało do stracenia i wiele do zyskania. Potrzebowała jedynie jego nazwiska i daty urodzenia. Ale matka broniła tych informacji, jakby były ważnym organem, który Pip próbuje wydrzeć z jej ciała.
O osiemnastej, kiedy dobiegło końca długie, przygnębiające popołudnie wypełnione telefonami do mieszkańców Rancho Ancho, Pip zapisała arkusze rozmów telefonicznych, założyła plecak i kask rowerowy i próbowała przemknąć obok gabinetu Igora tak, aby jej nie zaczepił.
- Pip, chciałbym zamienić z tobą słówko - usłyszała jego głos.
Cofnęła się tak, żeby mógł ją zobaczyć zza swojego biurka. Jego spojrzenie ześlizgnęło się po jej piersiach, jakby wymalowano na nich szablonem gigantyczne ósemki, i zatrzymało się na nogach. Mogłaby przysiąc, że były dla Igora niczym niedokończone sudoku. Zmarszczył czoło, jakby starał się rozwiązać jakiś problem.
- O co chodzi? - zapytała.
Podniósł głowę i spojrzał jej w twarz.
- Jak nam idzie w Rancho Ancho?
- Kilka osób się zgodziło. Mamy około trzydziestu siedmiu procent.
Kiwnął głową z boku na bok - po rosyjsku, niezobowiązująco.
- Pozwól, że cię o coś spytam: czy praca u nas sprawia ci przyjemność?
- Pytasz, czy chciałabym, żebyś mnie zwolnił?
- Zastanawiamy się nad restrukturyzacją - odrzekł. - Być może pojawi się okazja wykorzystania innych twoich talentów.
- Dobry Boże, "innych talentów?". Potrafisz zbudować nastrój.
- Niebawem miną dwa lata, odkąd u nas jesteś. Pierwszego sierpnia, jeśli się nie mylę. Jesteś inteligentną dziewczyną. Jak długo ma trwać ten eksperyment w dziale wsparcia?
- Decyzja nie należy do mnie, prawda?
Ponownie poruszył głową.
- Masz jakieś ambicje? Jakieś plany?
- Słuchaj, gdybyś nie bawił się ze mną w Dwadzieścia pytań, byłoby mi łatwiej traktować cię serio.
Cmoknął językiem.
- Jaka zagniewana.
- Albo zmęczona. Może po prostu zmęczona? Mogę już iść?
- Nie wiem dlaczego, ale cię lubię - powiedział. - Chciałbym, żebyś odniosła sukces.
Nie zamierzała stać jak słup soli i dalej tego słuchać. W holu trzy koleżanki z działu wsparcia zakładały buty do biegania, szykując się do poniedziałkowego joggingu po pracy, rytuału cementującego babską więź. Miały po trzydzieści i czterdzieści kilka lat, mężów, a w dwóch przypadkach także dzieci. Nie trzeba było nadprzyrodzonych zdolności, żeby odgadnąć, co myślały o Pip: była marudą, marnym pracownikiem, uprzywilejowaną Młodą Osobą o świeżej cerze przyciągającą Spojrzenie Igora niczym magnes, wyzyskiwaczem grającym na słabości szefa i wykorzystującym pokusę nadużycia, osobą, która nie ma w swoim boksie zdjęcia niemowlęcia. Pip w zasadzie zgadzała się z tą oceną - bo pewnie żadna koleżanka nie mogłaby traktować Igora tak obcesowo i nie zostać zwolniona - ale mimo to czuła się urażona, że nigdy nie zaprosiły jej na wspólne bieganie.
- Jak tam dzień, Pip? - spytała jedna z nich.
- Sama nie wiem - odparła, próbując znaleźć coś, o czym mogłaby powiedzieć bez narzekania. - Czy któraś z was zna dobry przepis na wegańskie ciasto z pełnoziarnistej mąki? Takie z niewielką ilością cukru?
Spojrzały na nią znacząco.
- Przecież znam odpowiedź, prawda? - odpowiedziała samej sobie.
- Równie dobrze mogłabyś spytać, jak zorganizować udane przyjęcie bez alkoholu, deserów i tańca - powiedziała druga.
- Czy weganie jedzą m a s ł o? - zapytała trzecia.
- Nie, masło to tłuszcz zwierzęcy - odrzekła pierwsza.
- A ghi8? Czy ghi nie jest tłuszczem pozbawionym substancji stałych zawartych w mleku?
- Tłuszcz zwierzęcy to tłuszcz zwierzęcy.
- W porządku, dziękuję - powiedziała Pip. - Życzę udanego biegania.
Zeszła po schodach do stojaka z rowerami, pewna, że słyszy, jak się śmieją za jej plecami. Czy pytanie o przepis nie było dobrym posunięciem w świecie kobiet? Z drugiej strony, miała stale malejącą grupę przyjaciółek w swoim wieku. Była nadal ceniona w większym towarzystwie, a to z powodu swojego sarkazmu zabarwionego odrobiną goryczy, ale w relacjach w cztery oczy nie potrafiła wykrzesać w sobie zainteresowania tweetowaniem, zamieszczaniem postów i niekończącymi się zdjęciami szczęśliwych dziewczyn, które nie miały pojęcia, że mieszka w domu squattersów, a z drugiej strony, nie była wystarczająco rozgoryczona dla ludzi nieszczęśliwych, autodestrukcyjnych, mających agresywne tatuaże i złych rodziców. Czuła, że jest na dobrej drodze do tego, żeby stać się osobą pozbawioną przyjaciół jak jej matka, a poza tym Annagret miała rację: sprawiało to, że była nadmiernie zainteresowana chromosomem Y. Trzeba przyznać, że cztery miesiące abstynencji, od czasu incydentu z Jasonem, były ponure.
Na dworze panowała idealnie nieprzyjemna pogoda. Pip była tak sponiewierana, że wlokła się Mandela Parkway na pierwszej przekładni, poruszając się w tempie pojazdów, które utkwiły w korku na autostradzie ponad nią. Słońce świecące po drugiej stronie zatoki, nad San Francisco, nie było przyćmione, ale słabe z powodu mgły nadciągającej znad oceanu. Podobnie jak jej matka, Pip wolała mżawkę i gęstą mgłę, bo wówczas nie było się na co skarżyć. Kiedy znalazła się obok zamglonych budynków przy Trzydziestej Czwartej Ulicy, zmieniła przekładnię na wyższą, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego z handlarzami narkotyków.
Ich dom należał kiedyś do Dreyfussa, który zapłacił zaliczkę ze spadku otrzymanego po samobójstwie matki. Za resztę otworzył antykwariat przy Piedmont Avenue. Dom stanowił odzwierciedlenie stanu umysłu Dreyfussa - przez długi czas panował w nim względny porządek, ale w miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej ekscentrycznie zagracony szafami grającymi, wypełniony od podłogi po sufit materiałami, które wykorzystywał do swoich "badań", i produktami żywnościowymi gromadzonymi na nadciągające "oblężenie". Chociaż ludzie lubili zaglądać do jego antykwariatu, bo mogli porozmawiać z kimś mądrzejszym od siebie (nikt nie był mądrzejszy od Dreyfussa, który miał fotograficzną pamięć oraz potrafił rozwiązać w głowie najbardziej skomplikowane zadania szachowe i problemy logiczne), w końcu stał się miejscem wypełnionym wonią rozkładu i paranoją. Dreyfuss warczał na klientów, kiedy pakował ich zakupy, później zaczął krzyczeć na każdego, kto stanął w drzwiach, a jeszcze później ciskać książkami, co sprowadziło policję, a to do napaści na funkcjonariuszy i jego ubezwłasnowolnienia. Kiedy ponownie znalazł się na wolności, zaaplikowano mu nowy koktajl leków, stracił antykwariat, książki upłynniono, żeby opłacić zaległy czynsz oraz zrekompensować prawdziwe i rzekome szkody, które spowodował, hipoteka domu była zaś obciążona.
Mimo to Dreyfuss się do niego wprowadził. Spędzał całe dnie na pisaniu dziesięciostronicowych listów do banku i jego przedstawicieli oraz różnych agencji rządowych. W ciągu sześciu miesięcy zagroził bankowi czterema pozwami i spowodował, że zapanował impas. Pomogło mu to, że dom był w opłakanym stanie. Oprócz zasiłku inwalidzkiego Dreyfuss nie miał innych środków, więc zawarł sojusz z członkami ruchu Occupy9, zaprzyjaźnił się ze Stephenem i zgodził dzielić dom z innymi squattersami w zamian za jedzenie, pokrycie kosztów utrzymania oraz opłaty za prąd i gaz. W szczytowym okresie działalności ruchu squattersów dom Dreyfussa przypominał zoo pełne włóczęgów i wichrzycieli. W końcu żona Stephena zdołała zaprowadzić w nim względny porządek. Jeden pokój przeznaczyli dla przebywających w gościnie członków ruchu, a dwa inne przekazali Ramónowi i jego bratu Eduardo, którzy przybyli razem ze Stephenem i jego żoną z domu prowadzonego przez ruch Catholic Worker, gdzie wcześniej mieszkali.
Pip poznała Stephena na spotkaniu Grupy Dyskusyjnej na Rzecz Rozbrojenia Nuklearnego, kilka miesięcy przed tym, jak Eduardo został śmiertelnie potrącony przez furgonetkę z pralni. Była wtedy szczęśliwa, bo miała wrażenie, że Stephen i jego żona pozostają w separacji. Pip natychmiast zwróciła uwagę na zapał Stephena, jego wygląd radykalnego bojownika i gęstą czuprynę małego chłopca. Odniosła wrażenie, że inne dziewczyny z grupy żywiły podobne uczucia. Ale tylko ona zebrała się na odwagę i zaprosiła go na kawę po spotkaniu (żeby za nią zapłacić, bo Stephen nie wierzył w wartość pieniądza). Kiedy zgodził się z entuzjazmem, można było sądzić, że będzie to coś w rodzaju ich pierwszej randki.
Podczas kolejnych spotkań przy kawie opowiedziała mu o swoich studenckich lękach przed bronią atomową, pragnieniu krzewienia dobra na świecie i strachu, że ich Grupa Dyskusyjna jest równie bezużyteczna, jak Renewable Solutions. Z kolei Stephen opowiedział Pip, jak poślubił swoją ukochaną z college'u i jak przeżyli swoje dwudzieste lata w przytułkach prowadzonych przez ruch Catholic Worker10, przestrzegając ślubów ubóstwa, żyjąc zgodnie z wszystkimi zasadami Dorothy Day11 oraz łącząc radykalizm polityczny z religią. A także o tym, jak ich drogi się rozeszły, bo jego żonę bardziej interesowała religia, a mniej polityka, Stephena zaś odwrotnie. I o tym, jak jego żona założyła własne konto bankowe, zamierzając podjąć pracę we wspólnotowym domu dla niepełnosprawnych, podczas gdy Stephen poświęcił się zakładaniu oddziałów ruchu Occupy i obywał się bez gotówki. Chociaż przestał się interesować wiarą i odszedł od Kościoła, lata spędzone w przytułkach Catholic Worker sprawiły, że wykształcił w sobie niemal kobiecą, pełną emocji bezpośredniość - niezwykle ekscytującą zdolność docierania do sedna sprawy, jakiej Pip nie spotkała u mężczyzny, a tym bardziej u mężczyzny tak zaprawionego w życiu na ulicy. W przypływie zaufania zdradziła mu trochę więcej o sobie, między innymi, że płaci wygórowany czynsz za wspólne mieszkanie z przyjaciółkami z college'u. Stephen słuchał tak uważnie, że kiedy zaproponował jej za darmo pokój po Eduardo, który zginął w wypadku, odebrała to jako znak, że ma u niego szansę.
Kiedy tam poszła, żeby się rozejrzeć i wstępnie porozmawiać, odkryła, że Stephen i jego małżonka nie żyli w tak wielkiej separacji, aby nie dzielić ze sobą łoża. Jakby tego było mało, Stephen nie pomyślał o tym, żeby pokazać się tamtego wieczoru - może wiedział, że ich łóżkowa sytuacja zaszokuje Pip? Pip miała poczucie, że jeśli chodzi o jego małżeństwo, wprowadził ją w błąd. Z drugiej strony, dlaczego ją oszukał? Czy ten fakt sam w sobie nie stanowił podstawy do snucia pewnych nadziei? Jego żona Marie była dobiegającą czterdziestki blondynką o czerwonej twarzy. To ona prowadziła rozmowę, kiedy Dreyfuss siedział milczący, z twarzą sfinksa, a Ramón opłakiwał brata. Albo Marie była tak próżna, żeby nie dostrzec w Pip zagrożenia, albo jej katolickie miłosierdzie tak autentyczne, że naprawdę poruszyło ją położenie finansowe nowej lokatorki. Przyjęła Pip z matczyną życzliwością, która była i pozostała wyrzutem pod adresem skręcającej żołądek zazdrości, odczuwanej przez Pip wobec niej.
Mimo wspomnianej zazdrości i odpychającej powierzchowności Dreyfussa, którą równoważyła przyjemność obserwowania, jak pracuje jego umysł, Pip była tam szczęśliwa. Najbardziej wymownym dowodem jej wartości jako człowieka była opieka, którą otaczała Ramóna. Wkrótce po przeprowadzce dowiedziała się, że Stephen i Marie adoptowali go na rok przed śmiercią Eduardo, żeby ten mógł skupić się na własnym życiu. Chociaż Ramón był młodszy od Stephena i Marie nie więcej niż rok lub dwa, był teraz ich s y n e m, co Pip uznałaby za kompletnie zwariowane, gdyby sama z miejsca go nie pokochała. Pomagając Ramónowi w rozwijaniu słownictwa i ucząc go prostych gier wideo na konsoli kupionej jako prezent do domu z okazji Bożego Narodzenia za pieniądze, których tak naprawdę nie miała, karmiąc go maślanym popcornem i oglądając razem z nim jego ulubione kreskówki, zrozumiała siłę przyciągania chrześcijańskiego miłosierdzia. Pewnie podjęłaby próbę chodzenia do kościoła, gdyby Stephen tak nie znienawidził tej instytucji za korupcję oraz przestępstwa, których dopuszczała się wobec kobiet i całej planety. Przez drzwi małżeńskiej sypialni słyszała, jak Marie wyrzuca Stephenowi miłość do Ramóna, jak krzyczy, że pozwala, aby głowa zatruła mu serce, zwracając je przeciwko Ewangelii, że jego serce jest nadal pełne Słowa, bo przykład Chrystusa jest ciągle obecny w jego miłości do ich adoptowanego syna.
Chociaż podczas studiów w college'u Pip nie chodziła do kościoła, traciła jedną przyjaciółkę po drugiej, bo zbyt często wysyłała SMS-y, w których odmawiała spotkania, gdyż obiecała Ramónowi, że pogra z nim w jakąś grę lub zabierze go do sklepu z używanymi rzeczami, aby kupić mu tenisówki. Opieka nad Ramónem była przeszkodą w planowaniu życia towarzyskiego, ale Pip sądziła, że kumpele skreśliły ją jako dziwadło mieszkające w kwaterze squattersów. W przeciwieństwie do Stephena i Marie, którzy pochodzili z katolickich rodzin należących do klasy średniej, położenie Pip prawie się nie pogorszyło wskutek przeprowadzki z małego domku matki do posesji przy Trzydziestej Trzeciej Ulicy, a jej dług studencki oznaczał praktycznie śluby ubóstwa. Poza tym czuła się bardziej wydajna, wykonując domowe obowiązki i pomagając Ramónowi, niż robiąc cokolwiek innego. Wracając do pytania Igora, m i a ł a ambicje, nawet jeśli nie wiedziała, jak je zrealizować. Nie chciała skończyć jak matka. Dlatego nie satysfakcjonowało jej, a raczej napełniało przerażeniem to, że potrafi żyć jako squatterka.
Skręciwszy na rogu Trzydziestej Trzeciej Ulicy, ujrzała Stephena siedzącego na frontowych schodach ich domu; miał na sobie swoje ubranie małego chłopca: używane płócienne buty kedsy i używaną koszulę w paski ze zmiętej bawełnianej tkaniny, z krótkimi rękawami napiętymi na jego pokaźnych bicepsach. Delikatna wieczorna mgiełka rysowała słupy złocistego światła pod pobliskim wiaduktem autostrady. Siedział ze spuszczoną głową.
- Cześć! Cześć, Stephen! - zawołała wesoło, zeskakując z roweru.
Stephen podniósł głowę i spojrzał na nią zaczerwienionymi oczyma. Pip zauważyła, że ma wilgotną twarz.
- Co się stało? - spytała.
- To koniec - odrzekł.
- Koniec? Z czym? Co się stało? - Puściła rower, pozwalając, żeby upadł na chodnik. - Czy Dreyfuss stracił dom? Co się stało?
Stephen uśmiechnął się słabo.
- Nie, Dreyfuss nie stracił domu. Żartujesz? To ja straciłem małżeństwo. Marie odeszła. Wyprowadziła się.
Kiedy Stephen skrzywił twarz, we wnętrzu Pip pojawił się promieniujący na zewnątrz chłodny lęk, który po dotarciu do talii zmienił się w ogromny żar. Jej ciało doskonale wiedziało, czego pragnie. Szybko zarejestrowało nowinę, którą mogło wykorzystać. Pip zdjęła kask i usiadła obok niego na stopniach.
- Ach, Stephenie! Tak mi przykro! - powiedziała. Wcześniej przytulali się jedynie na powitanie i pożegnanie, ale nagle tak zaczęła drżeć, że musiała położyć ręce na jego ramionach, jakby tylko w ten sposób mogła zapobiec temu, by nie odpadły. - Odeszła tak nagle...
Stephen cicho pociągnął nosem.
- Niczego nie przeczuwałaś?
- Nie, nie, nie.
- Masz rację - powiedział z goryczą. - Przecież nie mogłaby powtórnie wyjść za mąż. Zawsze uważałem to za swojego asa w rękawie.
Pip uścisnęła go i rozmasowała mu bicepsy. Nie było w tym nic złego, bo przecież potrzebował przyjaciela, który by go pocieszył. Jego mięśnie były ciepłe i twarde od testosteronu. Słowa "odeszła", "wyprowadziła się", "odeszła" oznaczały poważną przeszkodę.
- Przecież często się kłóciliście - zauważyła. - Niemal co wieczór, od miesięcy.
- Ostatnio robiliśmy to rzadziej - przypomniał. - Sądziłem, że sytuacja uległa poprawie, a tu...
Ponownie ukrył twarz w dłoniach.
- Czy jest ktoś inny? - spytała Pip. - Ktoś, kogo...
Zachwiał się.
- O Boże! To straszne, Stephenie! - Przytuliła twarz do jego ramienia. - Powiedz, co mogę dla ciebie zrobić - szepnęła w jego koszulę.
- Jest pewna rzecz... - wyjąkał.
- Powiedz - poprosiła, pocierając nosem jego koszulę.
- Możesz porozmawiać z Ramónem.
Słowa Stephena przypomniały jej o nierealności powstałej sytuacji, uczyniły świadomą, że ukryła twarz w czyjejś koszuli. Cofnęła ramiona i powiedziała:
- Cholera.
- Dokładnie.
- Co się z nim stanie?
- Ona wszystko zaplanowała - podjął Stephen. - Ułożyła sobie resztę życia jak strategię korporacji. Przyznano jej prawo do opieki, a ja mogę go odwiedzać. Jakby w adopcji chodziło o prawo do odwiedzania. Ona ma... - Stephen wziął głęboki oddech. - Ona ma romans z dyrektorem przytułku.
- Dobry Jezu. A to historia.
- Facet przyjaźni się z arcybiskupem, a ten może jej załatwić unieważnienie małżeństwa. Nieźle, co? Zamierzają zabrać Ramóna do siebie i dać mu wykształcenie zawodowe. A tymczasem urodzi migiem troje dzieci. Taki mają plan, rozumiesz? Jaki sędzia nie da prawa opieki nad kimś pokroju Ramóna matce zatrudnionej na pełen etat? To jej plan. Nie uwierzysz, jaka jest przy okazji sprawiedliwa.
- W to jestem w stanie uwierzyć - bąknęła Pip.
- Miłuję sprawiedliwość - podjął drżącym głosem Stephen. - Ona j e s t sprawiedliwa. Jest oddana sprawie. Tylko że ja po prostu nie chciałem mieć trójki dzieci!
Cóż, Bogu dzięki, pomyślała Pip.
- Czy Ramón nadal tu jest? - zapytała.
- Ona i Vincent wrócą po niego rano. Pewnie zaplanowali to wiele tygodni temu i czekali, żeby zwolniło się miejsce. - Stephen pokręcił głową. - Sądziłem, że Ramón nas ocali. Że syn, którego oboje kochamy, spowoduje, iż różnice przestaną się liczyć.
- Cóż, nie jesteście pierwszą parą, której nie ocaliło posiadanie dziecka - zauważyła Pip z nutką wrogości w głosie, poirytowana tym, jak bardzo Marie go zawłaszczyła. - Sama byłam pewnie takim dzieckiem.
Stephen odwrócił się ku niej i powiedział:
- Dobry z ciebie kumpel.
Ujęła jego dłoń i splotła palce z jego palcami, próbując uścisnąć je z odpowiednią siłą.
- Tak, jestem twoim przyjacielem - przytaknęła. Teraz, gdy ich dłonie się zetknęły, serce zaczęło jej bić szybciej, a oddech przyspieszył; w ten sposób ciało Pip dawało jasno do zrozumienia, że oczekuje, iż jego dłonie zajmą się nią w ciągu kilku dni, może nawet godzin. Przypominało dużego psa napinającego smycz jej inteligencji. Położyła sobie jego dłoń na udzie, bo pragnęła, żeby się tam znalazła, i cofnęła rękę.
- Co powiesz Ramónowi?
- Nie potrafię spojrzeć mu w oczy. Nie zaglądałem do domu, od kiedy odeszła.
- Siedzi w środku, a ty nic mu nie powiedziałeś?
- Marie wyszła pół godziny temu. Ramón się zdenerwuje, kiedy zobaczy, że płaczę. Pomyślałem, że mogłabyś go na to przygotować. Później porozmawiamy rozsądnie.
Pip przypomniała sobie brzemienne w skutki słowo, którego użyła Annagret - "słaby" - ale jej pożądanie nie osłabło. Wręcz przeciwnie, pragnęła zapomnieć o Ramónie, zostać na dworze i dotykać Stephena, bo jego słabość mogła sprawić, że nie będzie umiał jej się oprzeć.
- Pogadamy później na osobności? - spytała. - Muszę zamienić z tobą słowo.
- Oczywiście. To nic nie zmieni, nadal będziemy tu mieszkać. Dreyfuss jest uparty. Nie martw się o to.
Chociaż ciało Pip nie miało wątpliwości, że wszystko uległo zmianie, jej inteligencja nie potrafiła wybaczyć Stephenowi, iż dostrzegł to dopiero teraz, gdy został porzucony przez żonę, z którą przeżył piętnaście lat. Wstała i z bijącym sercem wstawiła rower do środka. Dreyfuss siedział samotnie w salonie; robił coś na komputerze za pomocą myszy, a wyszperany na śmietniku biurowy fotel o sześciu nogach uginał się pod jego ciężarem.
- Gdzie jest Ramón? - zapytała Pip.
- W swoim pokoju.
- Pewnie nie muszę pytać, czy wiesz, co jest grane.
- Nie wtrącam się w sprawy rodzinne - odparł chłodno Dreyfuss, odwracają się w stronę Pip niczym sześcionogi pająk. - Sprawdzam jedynie fakty. Dom Świętej Agnieszki ma wszystkie pozwolenia władz stanowych, jest cenionym ośrodkiem z trzydziestoma sześcioma łóżkami, otwartym w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku. Jego dyrektor Vincent Olivieri to czterdziestosiedmioletni wdowiec, ma trzech synów w wieku od kilkunastu do dwudziestu kilku lat. Zdobył tytuł MSW12 na Uniwersytecie Stanowym San Francisco. Arcybiskup Evans wizytował placówkę przynajmniej dwukrotnie. Chciałabyś zobaczyć zdjęcie Evansa i Olivieriego na frontowych schodach tego przybytku?
- Dreyfussie, czy ta sytuacja wywołuje u ciebie w ogóle jakieś emocje?
Dreyfuss spojrzał na Pip badawczym wzrokiem.
- Czuję, że Ramón otrzyma tam więcej niż odpowiednią opiekę. Będzie mi brakować jego przyjaznej obecności, ale nie gier wideo i boleśnie krótkiego zestawu tematów do rozmowy. Marie doprowadzi do unieważnienia małżeństwa - znalazłem kilka precedensów w tej archidiecezji - ale może to trochę potrwać. Muszę przyznać, że martwię się o stan domowych finansów bez jej dochodów. Stephen wspomniał, że potrzebujemy nowego dachu. Wiem, że chętnie mu pomagasz, ale nie wyobrażam sobie waszej dwójki naprawiającej dach.
Jak na Dreyfussa była to bardzo emocjonalna wypowiedź. Pip poszła na górę do pokoju Ramóna. Ramón leżał na skołtunionych prześcieradłach, z twarzą zwróconą do ściany wytapetowanej sportowymi plakatami z Bay Area. Połączenie bijącego od niego intensywnego zapachu z uśmiechniętymi gwiazdami sportu było tak wzruszające, że w oczach Pip błysnęły łzy.
- Ramónie, kochanie...
- Cześć, Pip - odrzekł, nie poruszając się.
Usiadła na krawędzi łóżka i dotknęła jego pulchnego ramienia.
- Stephen powiedział, że chciałeś mnie widzieć. Może się odwrócisz, żeby na mnie spojrzeć?
- Chcę, żebyśmy byli rodziną - wyjąkał, nie zmieniając pozycji.
- W dalszym ciągu nią jesteśmy - odrzekła. - Żadne z nas nigdzie nie wyjeżdża.
- Ja wyjeżdżam. Marie mi o tym powiedziała. Zamieszkam w domu, gdzie pracuje. To inna rodzina, a ja lubię naszą. Lubisz naszą rodzinę, Pip?
- Lubię, i to bardzo.
- Marie może się wyprowadzić, ale ja chcę zostać z tobą, Stephenem i Dreyfussem, żeby było jak dawniej.
- Będziemy się nadal widywać, poznasz nowych kolegów.
- Nie chcę nowych kolegów. Chcę starych, żeby było jak kiedyś.
- Przecież lubisz Marie. Będzie cię codziennie odwiedzać. Nigdy nie będziesz sam. Trochę starego i trochę nowego. Zobaczysz, to miłe.
Jej głos brzmiał tak jak wtedy, gdy kłamała, rozmawiając w pracy przez telefon.
- Marie nie robi ze mną różnych rzeczy, tak jak ty, Stephen i Dreyfuss - odrzekł Ramón. - Jest zbyt zajęta. Nie wiem, dlaczego muszę się wyprowadzić razem z nią, zamiast zostać tutaj.
- Cóż, Marie zatroszczy się o ciebie w inny sposób. Zarabia, wszyscy na tym korzystamy. Kocha cię tak samo jak Stephen, a poza tym jest teraz twoją matką. Człowiek powinien mieszkać ze swoją matką.
- Ale tu mi się podoba, jesteśmy jak rodzina. Co się z nami stanie, Pip?
Pip już zaczęła sobie wyobrażać, co się z nimi stanie: będzie mogła spędzać więcej czasu sam na sam ze Stephenem. W mieszkaniu u Dreyfussa najlepsze było to - lepsze od odkrycia, że może okazywać miłosierdzie - że miała okazję przebywać codziennie blisko niego. Wychowana przez matkę dziwaczkę, która zabraniała jej nawet powiesić obrazek na ścianie, bo oznaczałoby to konieczność kupienia młotka, żeby wbić gwóźdź, Pip przybyła na Trzydziestą Trzecią Ulicę z pragnieniem opanowania praktycznych umiejętności. Stephen nauczył ją wszystkiego. Pokazał Pip, jak szpachlować, uszczelniać, posługiwać się piłą elektryczną, jak wstawić szybę, jak wymienić przewody w lampie wyszperanej na śmietniku, jak rozłożyć rower na części. Okazał jej tyle cierpliwości i był taki szczodry, że Pip (a przynajmniej jej ciało) miała poczucie, iż jest szykowana, by zostać godniejszą towarzyszką jego życia niż Marie, której domowe umiejętności ograniczały się wyłącznie do kuchni. Stephen zabierał ją na śmietniki, pokazywał, jak wskoczyć do środka i przerzucać rzeczy, kopiąc w poszukiwaniu wartościowych przedmiotów. Czasami robiła to sama, kiedy zobaczyła obiecujące wysypisko, a gdy przyniosła do domu coś użytecznego, Stephen witał ją z radością. To ich łączyło. Mogłaby upodobnić się do niego bardziej niż Marie, dzięki czemu po pewnym czasie polubiłby ją bardziej niż żonę. Ta perspektywa sprawiła, że dokuczliwe pragnienie stało się bardziej znośne.
Kiedy popłakała sobie porządnie z Ramónem, który odmówił zejścia na dół, upierając się, że nie jest głodny, pojawiło się dwóch młodych przyjaciół Stephena z ruchu Occupy. Mieli ze sobą kilka prawie litrowych butelek taniego piwa. Pip zastała wszystkich trzech przy kuchennym stole, rozprawiających nie o Marie, ale o sprzężeniu zwrotnym między płacami a cenami. Nastawiła piecyk, żeby przygotować mrożone pizze, wkład Dreyfussa we wspólny posiłek, gdy nagle dotarło do niej, że po odejściu Marie ciężar gotowania w dużym stopniu spadnie na jej barki. Rozmyślała o praktycznym sposobie podziału obowiązków, a Stephen i jego przyjaciele, Garth i Erik, snuli utopijne wizje na temat pracy. Mieli teorię, że zwiększenie produktywności spowodowane rozwojem technologicznym i wynikające stąd zmniejszenie zatrudnienia w przemyśle w nieuchronny sposób doprowadzą do lepszego podziału bogactwa. Większa liczba obywateli otrzyma hojne wypłaty za nicnierobienie, bo kapitaliści zrozumieją, że nie mogą sobie pozwolić na zubożenie konsumentów nabywających ich towary produkowane przez roboty. Pozbawieni pracy konsumenci otrzymają ekonomiczny ekwiwalent utraconych zarobków, które uzyskaliby jako pracownicy, i będą mogli połączyć siły z ludźmi nadal zatrudnionymi w przemyśle, tworząc w ten sposób nową koalicję Robotników i Ludzi Trwale Bezrobotnych, a wzrastająca liczba jej członków wymusi zmiany społeczne.
- Mam pytanie - wtrąciła się Pip, odrywając listki sałaty rzymskiej, którą Dreyfuss uważał za gotowe danie. - Jeśli ktoś będzie otrzymywać czterdzieści tysięcy dolarów rocznie za to, że jest konsumentem, a inny za wynoszenie basenów w domu starców, czy sprzątający nocniki nie będzie żywić niechęci do człowieka, który nic nie robi?
- Pracownik opieki społecznej musiałby dostawać więcej - przyznał Garth.
- Z n a c z n i e więcej - dodała Pip.
- W sprawiedliwym świecie - powiedział Erik - pracownicy domów opieki jeździliby mercedesami.
- Taak, ale nawet wówczas wolałabym jeździć rowerem, niż zmieniać baseny - zauważyła Pip.
- A gdybyś chciała mieć mercedesa, opróżnianie basenów było zaś jedynym sposobem jego zdobycia?
- Nie, Pip ma rację - wtrącił się Stephen, wywołując u niej lekki dreszczyk emocji. - Trzeba wprowadzić nakaz pracy, jednocześnie obniżając wiek przejścia na emeryturę, tak żeby występowało pełne zatrudnienie w grupie wiekowej do trzydziestego drugiego lub trzydziestego piątego roku życia, czy jakoś tak, oraz pełne niezatrudnienie w innych grupach wiekowych.
- W takim świecie nie opłacałoby się być młodym - zauważyła Pip. - Oczywiście nie twierdzę, że w obecnym jest inaczej.
- Ja bym się pod tym podpisał - odparł Garth - gdybym wiedział, że po trzydziestu pięciu latach miałbym resztę życia dla siebie.
- Po obniżeniu wieku emerytalnego do trzydziestu dwóch lat - podjął Stephen - należałoby zakazać posiadania dzieci przed przejściem na emeryturę. To by pomogło w rozwiązaniu problemu przeludnienia.
- Taak - przytaknął Garth. - Ale gdy liczba ludzi maleje, wiek emerytalny musi rosnąć, bo nadal potrzeba pracowników socjalnych.
Pip wyciągnęła telefon i wycofała się na tylną werandę. Nasłuchała się dość utopijnych rozważań. Pocieszało ją to, że Stephen i jego przyjaciele nie potrafili sprawić, by ich plan był bez wad, i że świat wydawał się uporczywie nienaprawialny, tak jak życie. Kiedy na zachodzie zaczęło się ściemniać, odpowiedziała sumiennie na niektóre SMS-y od przyjaciół, a następnie sumiennie wysłała wiadomość do matki, wyrażając nadzieję, że stan jej powieki się poprawił. Serce zabiło jej silniej, gdy ujrzała, jak niebo nad autostradą zmienia barwę z pomarańczowej na indygo.
Kiedy wróciła do środka, Dreyfuss częstował pizzą, a rozmowa przeszła na Andreasa Wolfa, słynnego dostarczyciela słonecznego światła. Pip nalała sobie dużą szklankę piwa.
- Był przeciek czy włamali się do systemu? - dopytywał się Erik.
- Nigdy tego nie mówią - odparł Garth. - Ktoś mógł zdradzić hasła lub przekazać klucze dostępu. Wolf chroni źródła informacji, to jego filozofia działania.
- Chce, żeby ludzie zapomnieli o istnieniu Juliana13.
- Wiki było umoczone, przez WikiLeaks zginęli ludzie. Wolf jest nadal względnie czysty. Czystość stała się jego marką.
Słowo "czystość" sprawiło, że Pip przeszedł dreszcz.
- Dobrze się stało - zauważył Stephen. - W wysypie dokumentów, którym nas uszczęśliwił, przewijają się papiery dotyczące nieruchomości z East Bay. To ten sam rodzaj gówna, który próbujemy udokumentować. Trzeba dotrzeć do wszystkich właścicieli domów z East Bay, którzy pojawiają się w przeciekach. Trzeba ich przeciągnąć na naszą stronę, urządzić wiec czy coś w tym rodzaju.
Pip poprosiła Dreyfussa, żeby wytłumaczył jej, o co chodzi. Jadł z taką pozbawioną cienia przyjemności szybkością, że pizza znikała z talerza, jakby w ogóle go nie dotknęła.
- W sobotę w nocy - zaczął Dreyfuss - Sunlight Project ujawniło trzydzieści tysięcy wewnętrznych maili ze swojej tajnej centrali w jakimś tropikalnym kraju. Większość pochodzi z Banku Niepohamowanej Pogoni za Zyskiem, który, co ciekawe, jest moim bankiem, jak pewnie wiesz. Chociaż w korespondencji nie wymieniono mojej sprawy, uważam, że domysł, iż niemieccy szpiedzy chcieli wyświadczyć nam przysługę, wyniuchawszy mój bank, nie świadczyłby o chorobie umysłowej. W każdym razie te maile są bardzo obciążające. Mój bank nadal stosuje wątpliwe praktyki polegające na świadomym wprowadzaniu klientów w błąd, oszukiwaniu ich, zastraszaniu, unikaniu odpowiedzi na pytania i próbach okradania właścicieli domów, którzy wpadli w przejściowe tarapaty. Jako całość rzucają fatalne światło na umowę rządu federalnego z bankami.
- Niemcy nie szpiegowali, Dreyfussie - wtrącił Stephen. - To ja powiedziałem Annagret o twoim banku.
- Co?! - spytała ostro Pip. - Kiedy?!
- Kiedy co?
- Kiedy powiedziałeś Annagret? Masz z nią kontakt?
- Oczywiście.
Spojrzała na poczerwieniałą od piwa twarz Stephena, szukając na niej dowodów winy. Nie dostrzegła ich, ale jej zazdrość to zignorowała i podsunęła Pip myśl, że po odejściu Marie Annagret rzuci swojego chłopaka, przeprowadzi się do Oakland, zdobędzie Stephena i wyrzuci ją z domu.
- To niewiarygodny przeciek - powiedział jej Stephen. - Jest tam wszystko... Jak opracować plan refinansowania z właścicielem domu, przestać reagować na jego pytania, a później "zgubić" dokumenty i rozpocząć procedurę zajęcia nieruchomości. Podają nawet kwoty. Robią tak z każdym, kto zalega z trzema kolejnymi ratami, uregulował je tylko częściowo lub posiada majątek netto rzędu siedemdziesięciu pięciu tysięcy. Wiele domów znajduje się w rejonie East Bay. To dla nas bezcenny dar. Jestem pewny, że zawdzięczamy go Annagret.
Zbyt wzburzona, żeby jeść, Pip sączyła piwo i stawała się coraz bardziej nadąsana. W ciągu ostatnich czterech miesięcy dostała przynajmniej dwadzieścia maili od Annagret i odhaczyła wszystkie jako przeczytane bez ich otwierania. Nie przepadała za Facebookiem, bo nie mogła patrzeć na zdjęcia ludzi szczęśliwszych od niej, a w pracy spoglądano krzywo na używanie portali społecznościowych w celach prywatnych - poza tym, żeby móc z niego korzystać, musiałaby przestać przyjaźnić się z Annagret, która bombardowałaby ją wiadomościami. Jej wspomnienia związane z Annagret splatały się ze wspomnieniami Jasona, co powodowało, że czuła się dziwnie zbrukana, jakby w momencie, gdy odpowiadała na pytania z kwestionariusza, nie była w szlafroku, lecz całkiem naga, a później zaraziła tym brudem Jasona. Jakby miała fatalny "stosunek" z Annagret - z rodzaju tych, po których człowiek ma nocne koszmary. Wspomnienie Annagret połączyło się teraz ze słowem "czystość", które było dla Pip najbardziej wstydliwym wyrazem w całym słowniku, bo właśnie tak miała na imię. Dlatego wstydziła się swojego prawa jazdy, z imieniem i nazwiskiem PURITY14 TYLER wypisanymi obok ponurego zdjęcia, i stąd też wypełnienie jakiegokolwiek podania było dla niej istną torturą. Imię wywoływało efekt odwrotny, niż miała na myśli matka, kiedy nadawała je córce. Żeby uciec przed jego pompatycznością, w ogólniaku udawała niegrzeczną dziewczynę i nadal nią była, pożądając cudzego męża... Piła piwo, dopóki nie uspokoiła się na tyle, żeby przeprosić pozostałych i zanieść kawałek pizzy Ramónowi.
- Nie jestem głodny - burknął z twarzą zwróconą do ściany.
- Kochanie, musisz coś zjeść.
- Nie jestem głodny. Gdzie jest Stephen?
- Wpadli do niego znajomi. Wkrótce przyjdzie na górę.
- Chcę zostać z tobą, Stephenem i Dreyfussem.
Pip przygryzła wargę i zeszła do kuchni.
- Powinniście już iść, chłopaki - powiedziała do Gartha i Erika. - Stephen musi porozmawiać z Ramónem.
- Zaraz pójdę na górę - westchnął Stephen.
Wyraźnie malujący się na jego twarzy strach sprawił, że poczuła gniew.
- On jest twoim s y n e m - powiedziała. - Niczego nie zje, dopóki z nim nie pogadasz.
- Dobrze - rzucił tonem zirytowanego chłopca, jakim zwracał się do Marie.
Patrząc, jak wychodzi, pomyślała, że pominęli etap szczęścia i weszli w jędzowatą fazę relacji. Rozbiwszy przyjęcie, usiadła i dopiła piwo. Poczuła nadciągający wybuch. Wiedziała, że powinna pójść do łóżka, ale serce waliło jej za mocno. W końcu pożądanie i gniew, zazdrość i nieufność stopiły się w jeden piwny żal - Stephen zapomniał o obietnicy, że porozmawia z nią tej nocy. Utrzymywał kontakt z Annagret, a o p u ś c i ł Pip. Z góry doleciał ją dźwięk zamykanych drzwi sypialni. Czekając, aż ponownie się otworzą, milcząco powtarzała swoje żale, szukając nowych słów, dobierając je tak, żeby oddały jej poczucie opuszczenia, ale język nie potrafił go wyrazić. W końcu poszła na górę i zapukała do jego drzwi.
Stephen siedział na małżeńskim łożu, czytając jakąś książkę poświęconą polityce ze słowem "czerwony" w tytule.
- Czytasz k s i ą ż k ę?! - zdziwiła się.
- To lepsze od rozmyślania o sprawach, na które nie mam wpływu.
Zamknęła drzwi i usiadła w rogu łóżka.
- Przysłuchując się twojej rozmowie z Garthem i Erikiem, można by pomyśleć, że nic złego się nie stało.
- A cóż oni na to poradzą? Przecież nadal mam swoją pracę. Nadal mam przyjaciół.
- I mnie. Nadal masz mnie.
Stephen odwrócił nerwowo głowę.
- Taak.
- Zapomniałeś? Powiedziałeś, że pogadamy.
- Taak, obiecałem. Przepraszam.
Pip starała się oddychać głębiej i spokojniej.
- Co? - spytał.
- Przecież wiesz.
- Nie, nie wiem.
- Obiecałeś, że pogadamy.
- Przepraszam. Zapomniałem.
Jej żal okazał się tak mizerny i bezużyteczny, jak się tego obawiała. Nie było sensu wspominać o nim po raz trzeci.
- Co z nami będzie? - spytała.
- Z tobą i ze mną? - Zamknął książkę. - Nic. Znajdziemy kilku nowych współlokatorów, najlepiej kobiety, żebyś nie była tu jedna.
- To niczego nie zmieni. Wszystko pozostanie takie samo.
- Dlaczego coś miałoby się zmienić?
Zrobiła pauzę, wsłuchując się we własne serce.
- Rok temu, kiedy chodziliśmy na kawę, odniosłam wrażenie, że mnie lubisz.
- Bo cię lubię. I to bardzo.
- Powiedziałeś to tak, jakbyś prawie nie był żonaty.
Uśmiechnął się.
- Taak. Cóż, okazało się, że miałem rację.
- Nie teraz, w t e d y - powiedziała. - W t e d y tak powiedziałeś. Dlaczego mi to zrobiłeś?
- Nic ci nie zrobiłem. Piliśmy kawę.
Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, sprawdzając, co kryje się w jego oczach, pytając w ten sposób, czy naprawdę jest taki niedomyślny, czy tylko udaje, z jakiegoś powodu uciekając się do okrucieństwa. Była załamana, że nie może odgadnąć, o czym myśli. Zaczęła ciężko oddychać, w jej oczach błysnęły łzy. Ale nie były to łzy smutku, lecz irytacji i gniewu.
- O co ci chodzi? - zapytał.
Nie przestała patrzeć mu w oczy. W końcu odniosła wrażenie, że zrozumiał.
- Och, nie - jęknął. - Nie, nie, nie. Nie, nie, nie.
- Dlaczego nie?
- Daj spokój, Pip. Nie.
- Jak mogłeś tego nie zauważyć? - wydyszała. - Nie wiedziałeś, jak bardzo cię pragnę?!
- Nie, nie, nie.
- Sądziłam, że po prostu c z e k a m y. A teraz to się stało. W końcu się stało.
- Dobry Boże! Pip, nie!
- N i e l u b i s z m n i e?
- Pewne, że cię lubię, ale nie w ten sposób. Naprawdę. Przepraszam, ale nie tak. Mógłbym być twoim ojcem.
- Daj spokój! To tylko piętnaście lat! Piętnaście lat to nic!
Stephen spojrzał w kierunku okna, a później drzwi, jakby szukał drogi ucieczki.
- Chcesz powiedzieć, że nigdy nic do mnie nie czułeś? - spytała. - Że wszystko sobie wymyśliłam?
- Musiałaś mnie źle zrozumieć.
- Co?
- Nigdy nie chciałem mieć dzieci - odrzekł. - Główną rzeczą, która poróżniła mnie z Marie, było to, że nie chciałem mieć dzieci. Ciągle jej powtarzałem: "Na co nam dzieci? Mamy Ramóna, mamy Pip. Możemy być dobrymi rodzicami". Właśnie tak cię traktuję. Jak córkę.
Utkwiła w nim wzrok.
- Na tym miała polegać moja rola? Miałam być dla ciebie jak R a m ó n? Czy byłbyś szczęśliwszy, gdybym c u c h n ę ł a? M a m rodzica! I nie potrzebuję innego!
- Cóż, odniosłem wrażenie, że go potrzebujesz - odparł Stephen. - Że potrzeba ci właśnie ojca. Nadal mogę nim być. A ty nadal możesz tu mieszkać.
- Rozum ci odebrało? Mam tu zostać? W takiej roli?
Wstała i rozejrzała się wokół dziko. Uznała, że lepiej być rozgniewaną niż zranioną, lepiej niż być kochaną i obejmowaną przez Stephena, bo może właśnie to cały czas do niego czuła - gniew pod płaszczykiem pożądania.
W stanie chaotycznej bezwolności spostrzegła, że ściąga sweter, zdejmuje stanik i klęka na łóżku, a następnie napiera na Stephena, molestując go swoją nagością.
- Czy ja wyglądam jak córka?! Czy tak dla ciebie wyglądam?!
Cofnął się tchórzliwie, zasłaniając twarz dłońmi.
- Przestań.
- Spójrz na mnie!
- Nie chcę na ciebie patrzeć. Odbiło ci.
- Niech cię szlag! Niech cię szlag! Niech cię szlag! Jesteś taki słaby, że nie możesz nawet na mnie spojrzeć?! - Skąd wzięła te słowa? Z jakiego ukrycia? Fala wyrzutów sumienia zawirowała wokół jej kolan niczym odpływ. Od razu wiedziała, że będą gorsze od wszystkich poprzednich razem wziętych, ale mogła jedynie patrzeć i robić to, czego pragnęło jej ciało, a to miało ochotę zwalić się na Stephena. Przywarła nagimi piersiami do jego zmiętej bawełnianej koszuli i odsunęła mu ręce od twarzy, przykrywając ją swoimi włosami. Wiedziała, że tym razem przeszła samą siebie. Stephen wyglądał na przerażonego.
- Spójrz na mnie! - powiedziała. - Spójrz, kim dla ciebie jestem!
- Nie mogę uwierzyć, że mi to robisz. Cztery godziny po tym, jak Marie wyprowadziła się z domu...
- Czy cztery dni zrobiłyby różnicę? Albo cztery miesiące? Cztery lata? - Opuściła twarz, zbliżając ją do jego twarzy. - Dotknij mnie!
Chciała poprowadzić jego ręce, ale był bardzo silny i odepchnął ją z łatwością. Zwlekł się z łóżka i cofnął do drzwi.
- Słuchaj... - wyjąkał, ciężko dysząc. - Nie wierzę w terapię, ale myślę, że mogłaby ci pomóc.
- Jakbym mogła sobie na to pozwolić.
- Mówię serio, Pip. To jest kompletnie chore. Czy ty w ogóle wiesz, co czuję?
- Kiedy sprawdzałam ostatnim razem, czytałeś... - podniosła książkę. - Czytałeś Gramsciego.
- Jeśli urządzasz takie pieprzone sceny innym ludziom... ludziom, którym na tobie nie zależy, nie wyświadczasz sobie przysługi. Takie zachowanie daje do zrozumienia, że nie potrafisz panować nad emocjami.
- Wiem. Jestem nienormalna. To stały refren mojego życia.
- Nie, Pip, jesteś wspaniała. Jesteś cudowna, nie żartuję. Mimo to, poważnie...
- Kochasz się w niej? - spytała.
Odwrócił się od drzwi.
- Co?!
- W Annagret. Czy o to chodzi? Kochasz się w Annagret?
- Och, Pip. - Wyraz współczucia i troski, który przemknął po jego twarzy, był tak czysty, że niemal przezwyciężyło to jej nieufność. Prawie uwierzyła, że nie ma żadnego powodu do zazdrości. - Ona jest w Düsseldorfie - powiedział. - Ledwie ją znam.
- Taak, ale utrzymujesz z nią kontakt.
- Posłuchaj samej siebie. Zobacz, co wyprawiasz.
- Nie zaprzeczyłeś.
- Na Boga!
- Proszę, powiedz mi, że się mylę. Po prostu powiedz.
- Pragnę Marie. Nie rozumiesz tego?
Pip zacisnęła powieki, próbując zrozumieć, a jednocześnie odmawiając zrozumienia.
- Marie odeszła do innego - powiedziała. - A ty masz kontakt z Annagret. Nie wiesz, że się w niej kochasz, ale tak jest. Albo wkrótce się zakochasz. Jest w odpowiednim wieku dla ciebie, prawda?
- Potrzebuję powietrza. Chciałbym, żebyś wyszła z mojego pokoju.
- Po prostu mnie przekonaj - powiedziała. - Udowodnij, że się mylę. Przez chwilę potrzymaj mnie za rękę. Proszę. W przeciwnym razie ci nie uwierzę.
- W takim razie będziesz musiała mi nie wierzyć.
Zwinęła się w kłębek.
- Wiedziałam - wyszeptała. Ból wywołany przez zazdrość był cudowny w porównaniu z myślą, że zwyczajnie zwariowała. Niestety, owa myśl stawała się coraz wyraźniejsza.
- Wychodzę - oznajmił Stephen.
I wyszedł, zostawiając ją leżącą na jego łóżku.
WTOREK
Wysłała SMS-a do pracy. Nie przyjdzie z powodu choroby. Wykręciła się bólem brzucha, co nie było całkowitym kłamstwem. Około dziesiątej Marie zapukała do jej drzwi, prosząc, żeby pożegnała się z Ramónem, ale nawet najsłabszy ruch przypominał Pip o tym, co zrobiła poprzedniej nocy. Kiedy Marie weszła na górę po raz drugi, uchyliła drzwi i na nią spojrzała, Pip zdołała wyjąkać jedynie dwa słowa: "Idź sobie".
- Nic ci nie jest? - spytała Marie.
- Proszę, idź sobie. Błagam, zamknij drzwi.
Usłyszała, jak Marie podchodzi do niej i klęka przy łóżku.
- Chciałam się pożegnać - powiedziała.
Pip zacisnęła powieki i milczała. Słowa Marie na były pozbawione sensu, stanowiły kolejny cios zadany jej mózgowi, udrękę, którą trzeba było znosić, dopóki nie minie. Kiedy w końcu ustała, pojawiła się jeszcze gorsza męka, bo Marie zaczęła gładzić ją po ramieniu.
- Nic mi nie powiesz? - zapytała.
- Proszę, proszę, proszę, idź sobie - wyjąkała Pip.
To, że Marie niechętnie wyszła, okazało się kolejną nieznośną torturą, a dźwięk zamykanych drzwi nie położył jej kresu. Nic nie mogło jej zakończyć. Pip nie była w stanie zwlec się z łóżka, a co dopiero wyjść na dwór, bo jasne słoneczne światło kolejnego ohydnie pogodnego dnia mogłoby spowodować, że umarłaby ze wstydu. Miała w pokoju połowę tabliczki gorzkiej czekolady i tego dnia nie zjadła nic więcej. Odgryzła kawałek i leżała nieruchomo, próbując odzyskać siły po tym, jak sobie przypomniała, że ma też ciało - " w i d o c z n e, takie w i d o c z n e", jak stwierdziła jej matka. Nie płakała, ponieważ nawet płacz by jej o tym przypominał. Miała nadzieję, że nadejście nocy przyniesie jej odrobinę ulgi, ale tak się nie stało. Zmianie uległo tylko to, że potrafiła opłakiwać stratę Stephena raz po raz, przez wiele godzin.
ŚRODA
O świcie obudziły ją głód i pragnienie. Ze zmysłami wyostrzonymi potrzebą stąpania na palcach zmieniła ubranie, spakowała plecak i przekradła się na dół do kuchni. Przyświecał jej tylko jeden cel - nie spotkać Stephena, najlepiej do końca życia - więc chociaż Stephen nie był rannym ptaszkiem, nie zatrzymała się, żeby zjeść śniadanie, ale chwyciła coś do jedzenia i wepchnęła do plecaka. Następnie wypiła trzy szklanki wody i urządziła krótki postój w łazience. Kiedy wyszła, ubrany w przepocone rzeczy Dreyfuss stał w korytarzu prowadzącym do wyjścia.
- Widzę, że czujesz się lepiej - powiedział.
- Taak, wczoraj dokuczał mi brzuch.
- Sądziłem, że w środę wstajesz później, a oto widzę cię na dole o szóstej piętnaście.
- Faktycznie, muszę nadrobić wczorajsze zaległości.
Dreyfussowi nie przeszkadzały nawet najbardziej bezczelne kłamstwa. Powodowały jedynie, że jego mózg musiał przetworzyć więcej danych, co na krótko go spowalniało.
- Czy mam rację, przypuszczając, że i ty się wyprowadzisz?
- Taak. Pewnie tak.
- Dlaczego?
- Pewnie już wiesz, skoro tak przypuszczasz. Dlaczego w ogóle mnie pytasz? Wygląda na to, że wiesz o wszystkim, co się tu dzieje.
Dreyfuss zastanowił się bez emocji nad jej słowami.
- Może cię zainteresować, że przeczytałem maile Stephena i jego rozmowy z tą Niemką na portalach społecznościowych. Jest zupełnie niewinna, choć nużąco zideologizowana.
- Łał! - odrzekła Pip. - Zamierzałam powiedzieć, że będzie mi cię brakować, a tu słyszę, że nie tylko podsłuchujesz, ale i czytasz nasze maile.
- Tylko Stephena - wyjaśnił Dreyfuss. - Mamy wspólny komputer, a on nigdy się nie wylogowuje. Myślę, że w żargonie prawników to tyle, co "na widoku".
- Dla twojej informacji, Annagret jest najmniejszym z moich zmartwień.
- Co ciekawe, wiele z jej maili do Stephena dotyczy ciebie. Wygląda na to, że jest bardzo przygnębiona tym, iż nie chcesz się z nią zaprzyjaźnić. Uważam twoje zachowanie za niezwykle rozsądne, ba, zdecydowanie zalecane. Taak, zalecane. Pewnie chciałabyś wiedzieć, że dla tej Niemki jesteś jedyną interesującą osobą w tym domu. Nie nasz Stephen, ale ty. Nie trzeba chyba dodawać, że obiektem jej zainteresowania nie jest także Ramón lub Marie. Ani nawet, jeśli przeanalizować fakty z chłodną logiką, ja sam.
Pip zabrała się do zakładania kasku.
- Dzięki - powiedziała. - Dobrze wiedzieć.
- Z tymi Niemcami jest coś nie tak.
Jedząc babeczki i popijając kawę z mlekiem w anonimowym starbucksie przy Piedmont Avenue, napisała maila i długo się wahała, by w końcu zdobyć się na odwagę i wysłać go do Stephena; nie potrafiła pisać maili, a rozmowy telefoniczne kosztują. Nie miało dla niej znaczenia, że Dreyfuss go przeczyta, bo w tym przypadku było dokładnie tak, jakby "wiedział" coś o niej pies lub komputer.
Przepraszam za to, co zrobiłam. Proszę, daj mi znać, kiedy nie będzie cię w domu w najbliższym tygodniu, żebym mogła zabrać swoje rzeczy.
Ta wiadomość sprawiła, że jej strata stała się bardziej realna. Próbowała fantazjować, co mogłoby się wydarzyć w jego sypialni, gdyby nie był w stanie jej się oprzeć, ale wyobraźnia uparcie przywoływała to, co faktycznie zaszło, a płacz w kawiarni był kiepskim pomysłem.
Zauważyła, że zerka na nią siedzący dwa stoliki dalej białobrody facet pijący aromatyzowaną herbatę. Kiedy go zaskoczyła, odpowiadając zuchwałym spojrzeniem, z miną winowajcy spuścił oczy na tablet. Dlaczego Stephen nie patrzył na nią w taki sposób? Czy żądała zbyt wiele?
"Potrzeba ci właśnie ojca". Nie powiedział nic bardziej okrutnego. Z drugiej strony, działo się z nią coś złego, bo zdecydowanie sensowniej byłoby skierować gniew na nieobecnego ojca. Zmrużyła oczy i utkwiła wzrok w miłośniku aromatyzowanej herbaty. Kiedy spojrzał na nią ponownie, zrobiła sztuczną minę i uśmiechnęła się złośliwie. Nieznajomy odpowiedział galanteryjnym ukłonem, a następnie odwrócił krzesło w drugą stronę.
Później napisała maila do swojej przyjaciółki Samanthy, pytając, czy mogłaby u niej przenocować. Z kumpelek, które jej pozostały, Samantha była najbardziej zaabsorbowana sobą, a zatem najmniej skłonna do zadawania kłopotliwych pytań. Samantha była także kucharką i miała w swojej kuchni niezbędny sprzęt, a Pip nie zapomniała, że w piątek była winna matce nie-urodzinowe ciasto.
Do rozpoczęcia pracy pozostały trzy godziny. Choć była to odpowiednia pora, by zostawić wiadomości dla matki, bo wczesnym rankiem zanadto pochłaniała ją medytacja, żeby odebrać telefon, Pip nie potrafiła się do tego zmusić. Była boleśnie świadoma, że zawiodła, nie dorosła do imienia, które otrzymała. Jeszcze nigdy nie czuła się tak samotna. Obserwowała mieszkańców Oakland stojących w kolejce po słodkie pieczywo i kawę - przyjemnie zróżnicowanych rasowo, świeżo po prysznicu, na dodatek mogących sobie codziennie pozwolić na zakup śniadania. Ach, gdyby tak miała pracę, którą lubi, towarzysza, któremu ufa, dziecko, które ją kocha, no i jakiś cel w życiu. Nagle dotarło do niej, że Annagret oferowała jej cel. Że Annagret j ą chciała. Że Annagret jej pragnęła. Wstydziła się na myśl o tym, że jak obłąkana uczepiła się pomysłu, iż coś łączyło ją ze Stephenem. Wszystkiemu winne piwo, którym się upiła.
Sięgnęła po smartfona i przejrzała wszystkie maile, które dostała od Annagret w ciągu czterech ostatnich miesięcy. Najstarszy miał w temacie słowa "proszę, przebacz mi". Czytając wiadomość i delektując się jej błagalnym tonem oraz komplementami pod adresem swojej inteligencji i charakteru, Pip przyłapała się na tym, że wysłuchuje prośby z tematu i przebacza Annagret z nieco obłąkaną skwapliwością. A może wcale nie taką obłąkaną, bo Annagret nie tylko ją lubiła, ale miała r a c j ę - miała rację w sprawie Stephena, mężczyzn i w ogóle wszystkiego. Poza tym Annagret jej nie skreśliła i wysłała do niej dwadzieścia maili, ostatni ledwie tydzień temu. Nie spotkała nikogo, kto byłby równie wytrwały.
Otworzyła wiadomość zatytułowaną "wspaniałe wieści", wysłaną dwa miesiące wcześniej.
Najdroższa Pip, wiem, że pewnie nadal się na mnie gniewasz, może nawet nie czytasz moich maili, ale muszę ci przekazać wspaniałą nowinę: Zostałaś PRZYJĘTA na staż w Sunlight Project! Mam nadzieję, że wykorzystasz tę fantastyczną i niezwykle satysfakcjonującą okazję. Nadal myślę o tym, co mi powiedziałaś na temat prywatnych informacji, na których ci zależy - cóż, teraz masz szansę na to, by je zdobyć. TSP zapłaci za twój pokój i wyżywienie w najbardziej interesującym zakątku świata, dołoży małe miesięczne stypendium oraz udzieli pomocy w postaci pieniędzy na bilety lotnicze. Więcej szczegółów znajdziesz w załączonym liście i zestawieniu. Chcę, abyś wiedziała, że z pełnym przekonaniem udzieliłam JAK NAJLEPSZEJ rekomendacji twojej kandydaturze. Wygląda na to, że Andreas i pozostali nadal ufają moim sądom! ;) Jestem podekscytowana perspektywami, które się przed tobą otwierają, i mam nadzieję, że poważnie rozważysz tę propozycję. Jeśli zdecydujesz się przyjechać, będzie mi jedynie żal, że się z tobą nie zobaczę. Z drugiej strony, jeśli nadal jesteś na mnie zła, możesz być bardziej zainteresowana wyjazdem. ;) Uściski, Annagret PS. Masz tu adres mailowy Andreasa: ahw@sonnenlicht.org Możesz napisać do niego osobiście z prośbą o odpowiedź na twoje pytania.