Rozdział 3
Biały Królik, mistrz ceremonii, stał z wypiętą piersią u szczytu schodów, uśmiechając się głupkowato, kiedy ojciec Catherine podawał mu zaproszenie.
- Dobry wieczór, dobry wieczór, wasza lordowska mość! Jakiż to wspaniały fular ma pan dziś na sobie, doskonale pasuje do pańskich włosów. Niczym połać śniegu na nagim zboczu, tak bym to opisał.
- Tak pan myśli, panie Króliku? - zapytał ojciec Cath, zadowolony z komplementu. Przez chwilę macał swoją głowę, jak gdyby chciał potwierdzić to pochlebstwo.
Wzrok Królika przeniósł się na Markizę.
- Moja droga lady Pinkerton, jestem pewien, że moje oczy nie widziały dotąd tak niezwykłej piękności, tak wspaniałej elegancji...
- Czyń swoje obowiązki, heroldzie - przerwała mu Markiza.
- Ehm, oczywiście, jestem twym uniżonym sługą, o pani. - Zmieszany Królik postawił uszy i uniósł trąbkę do ust. Echo sygnału jeszcze niosło się po sali balowej, gdy anonsował: -Prezentuję Słowodzieja T. Pinkertona, najjaśniejszego Markiza Skalistej Zatoki Żółwiowej, w towarzystwie zacnej małżonki, lady Idonii Pinkerton, Markizy Skalistej Zatoki Żółwiowej, i córki, lady Catherine Pinkerton!
Kiedy Markiz z Markizą schodzili po schodach do sali balowej, różowe oczka Białego Królika spoczęły na Catherine i zrobiły się dwa razy większe, kiedy ujrzał jej fałdzistą, czerwoną suknię. Zmarszczył nos z odrazą, ale zdołał ją szybko zamaskować kolejnym pochlebczym uśmiechem.
- Lady Pinkerton, jest pani tak... ehm. Tak zauważalna.
Cath uśmiechnęła się nieznacznie i ruszyła za rodzicami, lecz kiedy tylko spojrzała na salę balową, aż się cofnęła.
Przed nią rozciągało się morze czerni i bieli.
Suknie z trenem w kolorze kości słoniowej i rękawiczki o barwie hebanu.
Blade toczki w kształcie rozgwiazdy i krawaty niczym krucze pióra.
Nogawice w szachownicę. Maski w kształcie głów zebry. Czarne, aksamitne spódnice obrębione klejnotami i soplami lodu. Nawet niektórzy goście z krain Karo nałożyli czarne piki na piersi, by ukryć czerwone symbole, które czyniłyby ich rozpoznawalnymi.
Rzeczywiście, zauważalna.
Gdzieniegdzie można było zobaczyć czerwone akcenty - różę włożoną do butonierki albo wstążkę w wiązaniach sukni, ale tylko Cath miała na sobie czerwień od stóp do głów. Jakby tej czerwieni było mało, poczuła, że krew uderza jej do głowy i rumieniec rozkwita na policzkach. Czuła wszystkie wpatrzone w nią oczy, słyszała wciąganie powietrza, wyczuwała zdegustowane łypnięcia. Jak matka mogła nie wiedzieć, że to jeden z królewskich czarno-białych balów?
Zrozumienie nadeszło błyskawicznie.
Matka wiedziała. Patrząc na falującą białą suknię matki oraz pasujący biały smoking ojca, Cath domyśliła się, że Markiza o wszystkim dobrze wiedziała.
Kolejny sygnał na trąbce zagrzmiał w jej uszach. Biały Królik odchrząknął tuż obok:
- Tak mi przykro, lady Pinkerton, że muszę pannę pospieszyć, ale kolejni goście czekają na prezentację...
Spojrzała na kolejkę, która utworzyła się za nią - jeszcze więcej arystokratów rozglądających się dookoła i gapiących na nią.
Przerażona do granic Catherine uniosła lekko suknię i podążyła przez tłum pingwinów i szopów.
Sala balowa Zamku Kier wykuta została dawno temu w ogromnej bryle różowego kwarcu, od podłóg do tralek i wielkich kolumn, które podtrzymywały kopulasty dach. Sufit był ozdobiony freskami przedstawiającymi różne krajobrazy królestwa: Wzgórza Gdzieś i Las Nigdzie, Rozdroża i zamek, a także pola uprawne i pastwiska sięgające po horyzont. Nawet Skalista Zatoka Żółwiowa wymalowana była nad drzwiami prowadzącymi do ogrodów różanych.
Po południowej stronie sali rozciągał się szpaler wielkich okien w kształcie serc, wyciętych z fasetowanego szkła. Pod północną ścianą stał imponujących rozmiarów stół, uginający się pod ciężarem owoców, serów i słodkości, usytuowany obok przepierzenia oddzielającego tancerzy od orkiestry. Kryształowe kandelabry okalające sklepienie ocieplały ściany światłem tysiąca białych, zwężających się świec. Nawet ze schodów Cath słyszała, jak kilka świec narzeka na przeciągi w sali i domaga się zamknięcia drzwi.
Wzrok Catherine spoczął na stole, swoistym azylu w zatłoczonej sali balowej, nawet jeśli jej suknia była zbyt ciasna, żeby dziewczyna mogła cokolwiek zjeść. Każdy krok stanowił udrękę, z ciałem wyprostowanym jak struna, fiszbinami boleśnie wbijającymi się w żebra i trenem ciągnącym się za nią po schodach. Poczuła wdzięczność, kiedy wreszcie usłyszała stuk swoich obcasów na posadzce sali.
- Moja najdroższa lady Catherine, miałam nadzieję, że przyjdziesz dziś wieczorem.
Wdzięczność wyparowała. Oczywiście, Margaret musiała zaczepić Cath, zanim ta przeszła choćby dwa kroki w kierunku stołu.
Catherine przybrała wystudiowaną wniebowziętą minę.
- Och, lady Margaret! Jak się miewasz?
Margaret Mearle, córka Hrabiego Rozdroży, była jej najbliższą przyjaciółką od niemowlęctwa. Niestety, obie niezbyt się lubiły.
Margaret miała to nieszczęście, że prezentowała się niesamowicie nieatrakcyjnie. Nie tak, jak poczwarka czekająca na przeobrażenie w pięknego motyla, raczej tak, że brak było dla niej nadziei. Miała ostro zarysowaną brodę, małe oczy osadzone zbyt blisko siebie i ocienione przez masywne łuki brwiowe, a do tego szerokie ramiona, które wyglądały na jeszcze większe przez źle leżące ubrania. Gdyby nie nosiła sukien, prawdopodobnie brano by ją za chłopca.
Niezbyt pięknego chłopca.
Mimo że fizyczne mankamenty Margaret były ulubionym tematem rozmów Markizy - Nie byłaby tak beznadziejnym przypadkiem, gdyby tylko ścisnąć ją mocniej gorsetem - Cath uważała osobowość Margaret za jeszcze gorszą. Lady Mearle wyrastała bowiem w przekonaniu, że jest bardzo, bardzo mądra i bardzo, bardzo uczciwa. Mądrzejsza i uczciwsza niż ktokolwiek inny. Celowała w pokazywaniu, jak bardzo jest mądra i uczciwa.
Biorąc pod uwagę to, że były przyjaciółkami, Margaret uważała za swoje powołanie wytykanie Catherine wszystkich wad. W nadziei, że ją tym samym uszlachetni. Jak na prawdziwą przyjaciółkę przystało.
- Całkiem dobrze - powiedziała Margaret, kiedy dygały zgodnie z etykietą - ale z prawdziwą przykrością muszę ci powiedzieć, że twoja suknia jest nieodpowiednio czerwona.
- Dziękuję ci za tak wnikliwą uwagę - odparła Cath z przylepionym uśmiechem. - Poczyniłam przed chwilą podobną obserwację.
Margaret skrzywiła się, co zmniejszyło jeszcze bardziej jej małe oczka.
- Muszę cię ostrzec, moja droga Catherine, że takie zabiegi, żeby zwrócić na siebie uwagę, mogą prowadzić do arogancji i próżności do końca życia. Roztropniej byłoby dać wewnętrznemu pięknu jaśnieć za zasłoną nudnej, przeciętnej sukni, niż ukrywać je pod takim zbytkownym odzieniem.
- Dziękuję za tę radę. Na pewno wezmę ją pod uwagę.
Cath powstrzymała się przed rzuceniem pozbawionego zachwytu spojrzenia na suknię Margaret. Była nudna i czarna, co dodatkowo podkreślała przygnębiająca, futrzana czapeczka.
- Mam nadzieję, że tak zrobisz. A morał z tego taki: "Jeśli raz staniesz się złotą rybką, na zawsze nią pozostaniesz".
Kącik ust Cath drgnął. Kolejne z dziwactw Margaret... Była chodzącą encyklopedią morałów, w których Cath nie mogła dostrzec żadnego sensu i nigdy też nie potrafiła stwierdzić, czy rzeczywiście były bez sensu, czy to ona była zbyt głupia, żeby je zrozumieć. Margaret z całą pewnością zapewniłaby ją, że to drugie.
Nie żeby Cath zamierzała o to pytać.
- Hm, to takie prawdziwe - przytaknęła, rozglądając się wśród najbliższych gości w nadziei, że znajdzie jakąś wymówkę, żeby opuścić towarzystwo Margaret, zanim ta się rozkręci. Była nie do powstrzymania, kiedy już złapała wiatr w żagle.
Niedaleko pan Sroka i jego żona pili likier obok lodowej rzeźby w kształcie serca, ale Catherine nie śmiała uciec do nich. Może to tylko wyobraźnia, ale Cath miała wrażenie, że zawsze, kiedy była w pobliżu tej pary, znikała jej biżuteria.
Markiz zabawiał Czwórkę, Siódemkę i Ósemkę Karo. Kiedy Catherine ich zauważyła, ojciec właśnie doszedł do puenty jakiegoś dowcipu, a Czwórka padł na swoje płaskie plecy, śmiejąc się do rozpuku i wierzgając w powietrzu nogami. Po chwili było jasne, że sam nie wstanie, więc Ósemka, chichocząc, sięgnął po niego.
Catherine westchnęła. Nigdy nie potrafiła opowiedzieć dowcipu tak, żeby go nie spalić.
Był też Najszlachetniejszy Pigmalion Guziec, Książę Szablozębu. Często bywał niezręczny, chłodny w obyciu i zaliczał się do fatalnych rozmówców. Cath zauważyła ze zdziwieniem, że obserwuje ją i Margaret.
Nie była pewna, które z nich pierwsze odwróciło wzrok.
- Lady Catherine, szukasz kogoś? - Margaret przysunęła się bliżej... nieprzyjemnie blisko, opierając brodę na ramieniu Cath i skierowała wzrok tam, gdzie przyjaciółka.
- Nie, nie, ja tylko... obserwowałam.
- Kogo obserwowałaś?
- Cóż. Książę ma dziś na sobie zacną kamizelkę, nie sądzisz? - zapytała, usiłując w miarę taktownie wyswobodzić ramię spod brody Margaret.
Margaret skrzywiła nos z obrzydzeniem.
- Jak ktokolwiek mógłby zwrócić uwagę na jego kamizelkę? Kiedy patrzę na Księcia, zauważam głównie, że zadziera nosa w stosunku do wszystkich, tak jakby bycie Księciem Szablozębu stanowiło nie lada osiągnięcie.
Cath przechyliła głowę.
- Myślę, że to przez jego nos.
Przyłożyła palec do własnego nosa i pchnęła do góry, żeby to sprawdzić; nie poczuła się bardziej elitarnie.
Margaret zbladła.
- Wstydź się, Catherine. Nie możesz przedrzeźniać w ten sposób wszystkich dookoła. Przynajmniej nie publicznie.
- Och, nie chciałam nikogo urazić. To tylko rodzaj nosa. Pewnie ma przez to świetny węch. Ciekawe, czy z takim nosem mógłby wywąchać trufle.
Na szczęście szorstkie klepnięcie w ramię zaoszczędziło jej dalszego tłumaczenia się.
Odwróciła się i zobaczyła wypiętą pierś obleczoną w czarną tunikę. Cath powędrowała wzrokiem w górę i zatrzymała go na zagniewanej twarzy, z opaską na oku, okolonej włosami sterczącymi w nieładzie spod białego beretu.
Jack, Walet Kier, który został pasowany na rycerza z litości, po tym, jak stracił oko, grając w szarady.
Humor Cath pogorszył się jeszcze bardziej. Początek tego balu nie zaliczał się do najlepszych.
- Dzień dobry, Jack.
- Lady Pinkerton - powiedział, przeciągając samogłoski, a jego oddech pachniał grzanym winem. Przeniósł spojrzenie na Margaret. - Lady Mearle.
Margaret założyła ramiona na piersi.
- Przerywanie czyjejś rozmowy to nieuprzejmość nie do zaakceptowania, Jack.
- Przyszedłem, aby powiedzieć lady Pinkerton, że to czarno-biały bal.
Cath spojrzała w dół i próbowała wyglądać na zmieszaną, ale z każdą wzmianką o sukni była coraz mniej zażenowana, a coraz bardziej wściekła.
- To chyba przez jakieś nieporozumienie.
- Wyglądasz głupio - powiedział Jack.
Catherine się zjeżyła.
- Nie ma powodu do nieuprzejmości.
Jack prychnął, przyglądając się jej sukni jeszcze raz. I jeszcze.
- Lady Pinkerton, nie wyglądasz nawet w połowie tak pięknie, jak sądzisz. Nawet nie w ćwierci, a przecież patrzę tylko jednym okiem.
- Zapewniam, że nie...
- Wszyscy tak sądzą, tylko nie powiedzą ci tego w twarz, tak jak ja. Ale nie boję się ciebie, ani trochę.
- Nigdy nie powiedziałam...
- Nawet cię za bardzo nie lubię.
Catherine zacisnęła usta i cierpliwie westchnęła.
- Tak, zdaje się, że powiedziałeś mi o tym przy naszym ostatnim spotkaniu, Jack. I poprzednim. I jeszcze wcześniejszym. Przypominasz mi o tym, jak bardzo mnie nie lubisz, odkąd w wieku sześciu lat stroiliśmy drzewko majowe, jeśli dobrze pamiętam.
- Tak, zgadza się. Bo to prawda. - Policzki Jacka poczerwieniały. - Poza tym pachniesz jak stokrotka. Tyle że jedna z tych paskudnie śmierdzących.
- Oczywiście, że jedna z tych - odparła Catherine. - Na pewno nie wzięłabym tego za komplement.
Jack chrząknął i sięgnął do jednego z jej loków, pociągając za niego.
- Auć!
Walet odwrócił się i odszedł, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, co nie znaczy, że Catherine nie postanowiła wykorzystać kiedyś sprzyjającej okazji, żeby dać mu solidnego kopniaka.
- Co za prostak - podsumowała Margaret, kiedy już zniknął.
- Z całą pewnością - zgodziła się Catherine, pocierając głowę i zastanawiając się, jak długo już tu przebywa i jak długo będzie jeszcze musiała tu zostać.
- Oczywiście - ciągnęła Margaret - to godne ubolewania, że prowokujesz takie prostackie zachowanie.
Catherine odwróciła się do niej zdziwiona.
- Niczego nie prowokuję.
- Jeśli tak uważasz, musimy się zgodzić, że się w tej kwestii nie zgadzamy - stwierdziła Margaret. - A morał z tego taki, że...
Zanim jednak udało się jej wyłuskać jakiś bezsensowny morał o złym zachowaniu, zagrzmiała trąbka, odbijając się echem po sali. A Biały Królik ze szczytu schodów zaanonsował swoim nosowym głosem:
- PREZENTUJĘ JEGO KRÓLEWSKĄ MOŚĆ, KRÓLA KIERÓW.
Biały Królik zadął ponownie, po czym przycisnął trąbkę do boku i nisko się ukłonił. Cath odwróciła się wraz z resztą gości i kiedy Król pojawił się na swoich prywatnych schodach, cała szachownica arystokratów zafalowała w pokłonach i dygnięciach.
Król miał na sobie wszystkie regalia: biały, futrzany płaszcz, czarno-białe, pasiaste pantalony, błyszczące buty z klamerkami wysadzanymi brylantami, a w dłoni berło ze zwieńczeniem w kształcie serca. To wszystko przyćmiewała korona, wykończona jeszcze większą liczbą rubinów, brylantów i aksamitem, z rozetą w kształcie serca na samym środku.
Widok zapierałby dech w piersiach, gdyby nie to, że futro przy kołnierzu było pokryte czymś lepkim, pantalony wybrzuszały się śmiesznie na jednym kolanie, a korona - Catherine zawsze sądziła, że korona wygląda zbyt masywnie na niewielkiej głowie Króla - przekrzywiła się na bok. Poza tym jego wysokość uśmiechał się jak wariat.
I uśmiechał się do niej.
Cath zesztywniała, gdy Król ruszył po schodach. Tłum rozstępował się, żeby go przepuścić, a zanim Catherine zdążyła pomyśleć, że powinna sama się usunąć, Król stał już przed nią.
- Wspaniały wieczór, lady Pinkerton!
Uniósł się na palcach, co tylko podkreślało kruchość jego drobnej sylwetki. Był co najmniej o dwie dłonie niższy od Cath, mimo że krążyły plotki o butach na dwucalowej podeszwie szytych specjalnie dla niego.
Dygnęła raz jeszcze.
- Wspaniały wieczór, najjaśniejszy panie. Jak się miewasz?
Biały Królik, który podążał za Królem, odchrząknął:
- Jego królewska mość chciałby poprosić lady Catherine Pinkerton do pierwszego kadryla.
Cath zrobiła wielkie oczy.
- Och, dziękuję, najjaśniejszy panie. To dla mnie zaszczyt.
Opadła w trzecim ukłonie. Była to wypracowana reakcja na obecność Króla. Nie dlatego, że onieśmielał. Wręcz przeciwnie. Król, jakieś piętnaście lat od niej starszy, był trochę przy kości, miał rumiane policzki i zdawał się chichotać w najmniej stosownych momentach. To właśnie całkowity brak powagi sprawiał, że Cath starała się z całych sił zachowywać konwenanse, w przeciwnym wypadku szybko mogłaby zapomnieć, że to on jest jej suwerenem.
Podawszy berło Białemu Królikowi, Król Kier ujął dłoń Catherine i poprowadził ją na parkiet. Cath powtarzała sobie, że to szczęście być wybawioną od Margaret, ale towarzystwo Króla nie poprawiało zbytnio sytuacji.
Nie, to nieładnie tak myśleć. Król był uroczym mężczyzną. Prostym. Szczęśliwym mężczyzną, co o tyle ważne, że szczęśliwy król sprawiał, że i królestwo było szczęśliwe.
On po prostu nie był zbyt mądry.
Kiedy zajęli miejsce dla pierwszej pary, Cath się przeraziła. Tańczyła z Królem. Wszystkie oczy zwrócą się na nich, a każdy pomyśli, że wybrała tę suknię tylko dlatego, żeby przyciągnąć jego uwagę.
- Wyglądasz wspaniale, lady Pinkerton - powiedział Król.
Mówił bardziej do jej piersi niż w stronę jej twarzy; rezultat niezbyt szczęśliwej różnicy wzrostu między nimi, nie braku ogłady, jednak Cath nie mogła powstrzymać rumieńców wykwitających na twarzy.
Och, dlaczego chociaż raz nie zdołała przeciwstawić się życzeniom matki?
- Dziękuję, najjaśniejszy panie - powiedziała z napięciem w głosie. - Bardzo lubię czerwony kolor!
- Och... któż nie, najjaśniejszy panie?
Zachichotał, zgadzając się z Cath, która odetchnęła, bo muzyka już grała i zaczęli tańczyć pierwszą figurę. Odwrócili się od siebie i szli po zewnętrznej, wzdłuż pozostałych par, zbyt daleko, żeby rozmawiać. Catherine poczuła, że gorset wpija się jej poniżej piersi, i zacisnęła dłonie na fałdach spódnicy, żeby powstrzymać się od poprawiania fiszbin.
- To wspaniały bal - stwierdziła, dołączając do Króla na końcu rzędu.
Chwycili się za ręce. Jego były miękkie i wilgotne.
- Tak sądzisz? - Uradował się. - Zawsze lubiłem czarno-białe bale. One są takie... takie...
- Neutralne? - podsunęła Catherine.
- Tak! - westchnął rozmarzony, wciąż patrząc na twarz Catherine. - Zawsze wiesz, o czym myślę, lady Pinkerton.
Odwróciła wzrok.
Pochylili się, by przejść pod uniesionymi rękoma kolejnej pary, i rozdzielili dłonie, żeby obrócić się wokół pana i pani Borsuków.
- Muszę zapytać... - zaczął Król, kiedy ponownie złączyli dłonie. - Nie przypuszczam, że... ale być może... przyniosłaś jakieś tarty dziś wieczór? - Wpatrywał się w nią błyszczącymi oczyma, a jego podkręcony wąs drgał w nadziei.
Cath uśmiechnęła się, kiedy podnosili ręce, aby kolejna para mogła pod nimi przejść. Wiedziała, że Król stawał na palcach, ale z szacunku do niego nie patrzyła w dół.
- Właściwie upiekłam dziś rano trzy cytrynowe tarty, a moja służąca miała dopilnować, żeby trafiły na twój stół na czas balu. Możliwe, że już na nim są.
Jego twarz pojaśniała i odwrócił głowę, żeby spojrzeć na długi, długi stół, ale byli za daleko, żeby dostrzec trzy niewielkie ciasta.
- Fantastycznie.
Rozmarzył się, zgubił kilka kroków, zmuszając Catherine, by stała niezręcznie przez chwilę, zanim znów zajął swoje miejsce obok.
- Mam nadzieję, że będą smakowały.
Potrząsnął głową, jakby budził się z odrętwienia.
- Lady Pinkerton, jesteś prawdziwym skarbem.
Powstrzymała grymas wypełzający na twarz, skonfundowana tym rozmarzeniem Króla.
- Jednak muszę przyznać, że szczególną słabość mam do tart limetkowych, oprócz tych cytrynowych. - Policzki mu zadrżały. - Jak to mówią... limetki są kluczem do serca króla.
Cath nigdy o tym nie słyszała, ale przytaknęła zgodnie:
- Właśnie tak!
Król uśmiechnął się ożywiony.
Pod koniec tańca Catherine myślała już, że padnie z wysiłku, jaki wkładała w stwarzanie pozorów radości i zainteresowania, i czuła ulgę, kiedy Król ucałował jej dłoń i podziękował za taniec.
- Muszę odszukać twoje wyborne tarty, lady Pinkerton, ale mam nadzieję, że zachowasz dla mnie także ostatni taniec.
- Z przyjemnością. Jestem zaszczycona.
Zachichotał szaleńczo, poprawiając przekrzywioną koronę i ruszył dziarsko w stronę stołu z przekąskami.
Cath oklapła, szczęśliwa, że pierwszy kadryl już się skończył. Być może uda się przekonać rodziców, żeby pozwolili jej wyjść przed tym ostatnim tego wieczoru tańcem. Ta myśl sprawiła jednak, że poczuła się winna. Ileż dziewcząt cieszyłoby się, gdyby Król okazywałby im takie względy?
Nie był jakimś szczególnie okropnym partnerem do tańca, tylko nieco męczącym.
Pomyślała, że trochę świeżego powietrza pomoże jej policzkom, zdrętwiałym od sztucznego uśmiechu, ruszyła więc w stronę tarasów. Ale nie zdążyła przejść nawet kilkunastu kroków, kiedy płomienie świec w kandelabrach zamigotały i zniknęły.