Pieniądze
Dzisiaj Formuła 1 jest prawdopodobnie jednym z najwięcej wartych sportów na świecie. Ostatnio nawet małe zespoły, takie jak Haas, wycenia się na mniej więcej miliard dolarów, a przyszłość rysuje się w jeszcze jaśniejszych barwach. W 2011 roku, gdy zaczynałem rozglądać się za inwestorem, sytuacja miała się zgoła inaczej. Zacznijmy od tego, że był to wówczas znacznie mniejszy sport, zarówno pod względem popularności na świecie, jak i liczby zaangażowanych weń ludzi. Pod względem finansowym nie ma nawet czego porównywać.
Abstrahując od faktu, że dzisiaj Formuła 1 jest uważana za sport dla miliarderów (nie wystarczy być już milionerem), to z inwestycyjnego punktu widzenia jest postrzegana jako pewniak. W związku z tym podmiotów zainteresowanych dołączeniem do stawki naprawdę nie brakuje. Dlaczego? Ponieważ F1 cieszy się popularnością większą niż kiedykolwiek wcześniej i jest prowadzona w sposób sprawiedliwy, a przynajmniej znacznie bardziej sprawiedliwy niż w 2011 roku. Koncepcja zespołu klienckiego w żaden sposób nie rozwiązywała problemów nierówności szans istniejących między zespołami. Jeżeli już, to tylko te nierówności pogłębiała, ale postanowiłem się tym nie zrażać. Bernie nie był wieczny, a podejrzewałem, że gdy jego w F1 zabraknie, zmiany mogą pójść w nieprzewidywalnym kierunku.
Gdy wszedłem na etap poszukiwania inwestora, zacząłem od przygotowania biznesplanu, który zresztą mam do dzisiaj. Licząc z okładką, ma on jedynie osiem stron, a to dlatego, że chciałem, aby był to tylko punkt odniesienia w prowadzonych rozmowach, a nie pieczołowicie przygotowana dokumentacja przedsięwzięcia. Gdybym musiał, przygotowałbym szczegółowe zestawienia, ale zdecydowanie wolałem to zrobić po wstępnych rozmowach. Gdy na przykład zaczynałem rozmawiać z Gene'em Haasem, on od razu zadawał mi pytanie za pytaniem i robił to jeszcze długo po tym, jak mieliśmy już licencję na starty.
Widać tu również dużą różnicę w tym, jak działaliśmy wówczas (a przynajmniej jak działałem ja), a jak różne rzeczy robi się dzisiaj. Zmiany w tym sporcie zaszły naprawdę daleko. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł się dzisiaj pojawić w F1 z ośmiostronicowym wydrukiem z PowerPointa i zrobić jakikolwiek interes, a co dopiero mówić o zakładaniu nowego zespołu. Akurat tego musiałem się bardzo szybko nauczyć, jednak chętnie dostosowywałem się do wszystkich zmian zachodzących w tym sporcie. Może i jestem stary i niedołężny, ale nie jestem bezdennie głupi.
W latach 2011-2013 rozmawiałem z pięcioma lub sześcioma potencjalnymi inwestorami, więc nie było ich wielu. Przynajmniej początkowo wszyscy wykazywali duży entuzjazm, jednak żaden z nich nawet nie zbliżył się do konkretnej deklaracji. Nie umiem jednoznacznie stwierdzić, z czego to wynikało. Mogło chodzić o mnie, o jakość mojej prezentacji, o sytuację w ówczesnej F1, albo o wszystkie trzy elementy. Nie powiem, żebym był tym szczególnie rozczarowany. Bądź co bądź moi kumple z brytyjskich ekip rajdowych nazywali mnie "przegrywem". Choć uważałem, że mój pomysł może wypalić, to jednocześnie wiedziałem, że szanse na zdobycie pieniędzy mam raczej niewielkie. Dzisiaj myślę sobie, że gdyby nie moje znajomości w F1, pewnie nie wytrwałbym zbyt długo. Powiedziałbym nawet, że nie poddawałem się tylko dzięki słowom otuchy od moich przyjaciół z tego środowiska, w szczególności od Stefano, Nikiego i Charliego.
Chciałbym od razu podkreślić, że do pewnego momentu - do którego dojdę kilka stron dalej - ten projekt nie był dla mnie motywacją, by co rano wstawać z łóżka. No przecież, że nie. Na papierze wygląda to nieco niewiarygodnie, ale założenie zespołu Formuły 1 było dla mnie wówczas ubocznym hobby, na którego końcu znajdowało się wielkie, szalenie ambitne marzenie. W 2009 roku założyłem firmę Fibreworks i większość czasu poświęcałem rozkręcaniu tego interesu. To ona stanowiła moje źródło utrzymania, choć w pierwszych latach za dużo z tego nie miałem. Przyznam, że zawsze marzyłem o założeniu własnej firmy, samodzielnie albo ze wspólnikiem, więc bardzo miło wspominam tamten okres.
Do realizacji pomysłu o powołaniu do życia zespołu Formuły 1 zachęcała mnie także Gertie. Przez większość naszego związku w takiej lub innej formie byłem zaangażowany w motorsport, więc wiedziała, że w głębi serca chciałem do tego wrócić. Co jakiś czas pytała mnie, czy dzieje się coś nowego, i cieszyła się ze mną, gdy znajdowałem potencjalnego inwestora. Poza tym litowała się nade mną za każdym razem, gdy sprawa się wysypała, a wysypywała się, dopóki nie trafiłem na Gene'a.
Dzisiaj rozumiem, jak ważna była możliwość konsultowania różnych tematów z osobą spoza światka F1. Gdyby nie Gertie, moje myśli po prostu odbijałyby się echem. Stefano, Niki i Charlie bardzo mnie wspierali, tylko że oni byli kompletnie zanurzeni w tym sporcie. Potrzebowałem kogoś w roli przeciwwagi i Gertie idealnie się sprawdziła. Dostałem też od niej wiele świetnych rad, jak choćby tę, by nadać zespołowi nazwę.
- Nadać nazwę? Nie rozumiem - zareagowałem, gdy zaproponowała to po raz pierwszy.
- Chodzi mi o nazwę, której używasz podczas prezentacji - odparła. - Nie możesz przecież opowiadać o "Zespole F1 Günthera Steinera".
Miała rację. Tak, wiem, że gdyby znalazł się ktoś na tyle inteligentny i przenikliwy, by powierzyć Güntherowi Steinerowi kilkadziesiąt milionów dolarów na budowę nowiutkiego i wspaniałego zespołu F1, to z pewnością chciałby mieć wpływ na jego nazwę, na ten moment jednak potrzebowałem jakiejś nazwy roboczej.
- To bardzo słuszna uwaga - stwierdziłem. - Będę musiał nad tym pomyśleć.
Uznałem, że nie będę używał w nazwie mojego nazwiska, więc po dłuższych poszukiwaniach zdecydowałem się na North American Racing Team, czyli NART. W motorsporcie z tej nazwy korzystał już kiedyś Luigi Chinetti. Od końca lat 50. do końca lat 60. ten amerykański imigrant włoskiego pochodzenia startował głównie w wyścigach długodystansowych i odnosił spore sukcesy. Jego zespół kilkakrotnie wystawiał samochody Ferrari w wyścigach F1, ale tylko w USA i Meksyku.
Na ten moment największym wspólnym mianownikiem projektów NART Luigiego i tego proponowanego przeze mnie była współpraca z Ferrari. Luigi założył swój zespół w 1958 roku właśnie po to, by promować włoskiego producenta samochodów w Ameryce Północnej. Od wielu lat sprzedawał w Stanach tych aut na pęczki, a gdy wpadł na pomysł, by wystawiać je w wyścigach (początkowo tylko długodystansowych), Ferrari zgodziło się dostarczyć mu odpowiednie samochody, swoich mechaników oraz wszelkie inne potrzebne wsparcie.
Zgodnie z powszechnym poglądem, że Ferrari produkuje jedne z najlepszych samochodów na świecie, NART startował tylko w najbardziej prestiżowych imprezach, takich jak 24-godzinny wyścig w Le Mans, 12-godzinny wyścig w Sebring czy 24-godzinny wyścig na torze Daytona. We wszystkich trzech odnosił zwycięstwa. W Formule 1 NART startował wyłącznie w Meksyku i Ameryce Północnej, jednak w sezonie 1964 zespół ten wystawił fabryczne samochody Scuderii Ferrari pod nazwą NART i pomógł Scuderii sięgnąć po Międzynarodowy Puchar Producentów F1, a Johnowi Surteesowi wywalczyć pierwszy i jedyny tytuł mistrza świata. Gdy dość się już naczytałem o zespole Luigiego i jego współpracy z Ferrari, uznałem, że powinienem złożyć hołd tamtemu przedsięwzięciu i sukcesom tamtych ludzi.
Forza NART!
Nie mogę rzucać tutaj nazwiskami, ale jakoś pod koniec 2011 roku spotkałem się z potencjalnym inwestorem, o którym sądziłem, że naprawdę będzie gotów sięgnąć do kieszeni. Znaliśmy się od dłuższego czasu i pierwsze rozmowy odbyliśmy wcześniej przez telefon. Co ciekawe, nie tylko on sprawdzał mnie, ale także ja sprawdzałem jego. W tamtych latach wokół F1 kręciło się od groma ludzi, którzy nie mieli do zaoferowania niczego konkretnego, a ja zdążyłem już na nich zmarnować sporo czasu. Zdarzyło się, że poświęciłem pół dnia mojego pieprzonego życia komuś, kto nie miał najmniejszego zamiaru zainwestować, ale chciał sobie posłuchać o moim pomyśle. Co za kutas!
Spotkanie z potencjalnym inwestorem (nie tamtym kutasem) przebiegło bardzo dobrze i po raz pierwszy pomyślałem, że to naprawdę może się udać. Zwykle całkiem dobrze interpretuję reakcję innych ludzi, a tamten gość reagował niesamowicie pozytywnie. Poza tym zadawał dokładnie te pytania, które moim zdaniem należało zadawać, i nie wydawał się zrażony moimi odpowiedziami (czyli liczbami).
- I jak poszło? - zapytała Gertie, gdy wróciłem do domu. - Po twojej minie wnioskuję, że całkiem nieźle.
- Pewności nie mam - odparłem - ale wydaje mi się, że z tego może coś być. Ten koleś zna się na rzeczy.
- Tylko czy jest bogaty?
- Bogaty? On sra jebanymi dolarami.
- GÜNTHER!
- Wybacz.
Wspominałem już, że w domu nie wolno mi przeklinać? To prawda. Gertie mocno tego pilnuje, co ma chyba związek z faktem, że mieszka z nami córka. Staram się jak mogę, usiłuję się zachowywać, ale od czasu do czasu i tak wymskną mi się jakieś bluzgi. Co zrobić? Przez dziesięć lat pracowałem w rajdach i w rezultacie czasami moje słownictwo jest jak z rynsztoka.
Jakiś tydzień później odebrałem telefon od potencjalnego inwestora, który stwierdził, że nie jest już zainteresowany tym projektem.
- Nie chodzi ani o ciebie, ani o twoją propozycję - powiedział. - Problemem jest ten sport, który jak na mój gust jest trochę za bardzo zmienny i nierówny. Przykro mi, Günther.
- Nie ma sprawy - odparłem. - Doskonale cię rozumiem.
Przyznam, że na kilka sekund dopadł mnie zawód, ale zaraz potem włączył się niepowstrzymany optymizm Steinerów. No dobra, nie zainwestował. Ale nikt inny też się nie zdecydował. Ten facet okazał natomiast autentyczne zainteresowanie projektem. Uznał, że moja propozycja jest solidna i wykonalna. Tak przynajmniej powiedział. Choć może wciskał mi kit, w sumie to nie wiem.
- Jak idzie, Günther? - zapytał mnie jeszcze tego samego dnia przez telefon Niki. - Jakieś wieści?
- W zeszłym tygodniu miałem naprawdę obiecujące spotkanie z jednym gościem.
- Zainwestuje?
- Nie, ale prezentacja mu się spodobała.
- Zatem jest pieprzonym idiotą.
- Niki, dziękuję za wsparcie i miłe słowo.
- Żaden problem, Günther.
Ponieważ potencjalni inwestorzy nie ustawiali się w kolejce, w najbliższym czasie nie spodziewałem się nikogo nowego. Jednak tydzień po tym, jak Niki poprzedniego zainteresowanego wyzwał od pieprzonych idiotów, zmaterializował się kolejny potencjalny inwestor, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy.
W drodze na spotkanie w Charlotte nagle wypatrzyłem znajomą twarz.
- Jasna cholera, Joe, jak się masz? Kopę lat!
Joe Custera, szefa zespołu Stewart-Haas Racing startującego w NASCAR, znałem od 2005 roku. Wtedy to przeprowadziłem się do Karoliny Północnej, gdzie moim zadaniem było założyć zespół NASCAR dla Red Bulla. Z wielu różnych względów nic sensownego z tego nie wyszło, przynajmniej nie dla mnie, więc nie widziałem Custera, odkąd po roku odszedłem z tamtej ekipy. Teraz przegadaliśmy chyba z godzinę. Kiedy później wróciłem do domu, coś nie dawało mi spokoju. Na szczęście Gertie nie było w domu, bo rzuciłem na głos: "O kurwa! Przecież on byłby idealny!", myśląc o właścicielu zespołu prowadzonego przez Joe. Gene Haas był dokładnie takim człowiekiem, z jakim powinienem rozmawiać w sprawie mojego projektu.
- Czy sądzisz, że pan Haas mógłby być zainteresowany? - zapytałem Custera, gdy zadzwoniłem do niego nazajutrz.
- Nie wykluczam - odparł. - Tylko że Gene przebywa w LA. Wiesz co? Spotkajmy się na kawę. Pokażesz mi prezentację, a jeśli uznam, że Gene mógłby być zainteresowany, wszystko mu przekażę.
- Doskonale.
Gdy kilka dni później spotkaliśmy się w Starbucksie w pobliskim Mooresville, zaprezentowałem mój plan.
- No dobra, i co myślisz? - zapytałem, gdy tylko skończyłem.
- Całkiem ciekawy pomysł.
- Wystarczająco ciekawy, by iść z nim do pana Haasa?
- Tak sądzę - odparł, ciągle jeszcze trawiąc moją prezentację. - Gene ma tu przylecieć pod koniec tygodnia. Przekażę mu wszystko i dam ci znać najszybciej, jak będę mógł.
Z całych sił starałem się nie podniecać, ale się, kurwa, nie dało. Wiedziałem, że Gene Haas stacjonuje w Los Angeles, był jednak właścicielem zespołu NASCAR z siedzibą tuż pod moim nosem. Co jeszcze lepsze, miał już doświadczenie w motorsporcie i wiedział, jak działa ten biznes.
Przez cztery następne tygodnie Joe się nie odzywał, ani słowa, ale dobra, niech będzie. Gdyby Gene zaopiniował projekt negatywnie, Joe od razu by mnie poinformował. Uznałem zatem, że brak wieści to dobre wieści. W końcu któregoś czwartkowego wieczoru, gdy właśnie wszedłem do domu, odezwał się telefon. Dzwonił Joe.
- Cześć, Günther. W weekend Gene przylatuje do Charlotte na wyścig NASCAR i chciałby cię poznać. Czy kolacja w sobotni wieczór wchodzi w grę?
- No jak, kurwa, nie, jak tak!
Dotąd każdy z potencjalnych inwestorów był inny, jedni reagowali na moją prezentację żywiołowo, inni byli mniej lub bardziej zdystansowani. Gene okazał się jeszcze innym typem, ponieważ podczas naszych dwóch pierwszych spotkań nie odzywał się niemal słowem, a mimo to nie miałem poczucia, że nie jest zainteresowany. On po prostu nie zdradzał swoich myśli i bardzo oszczędnie gospodarował słowami.
- No i jak twoim zdaniem poszło? - zapytałem Custera w poniedziałek po sobotnim spotkaniu.
- Trudno powiedzieć - odrzekł. - Jak zapewne zauważyłeś, Gene nie za wiele daje po sobie poznać.
- Co ty nie powiesz!
- Ale gdyby nie był zainteresowany, powiedziałby mi, a to najważniejsze.
Czyli znowu to samo: brak wieści to dobre wieści.
Po kolejnych dwóch tygodniach zadzwonił telefon, a na ekranie zobaczyłem nieznany numer. Normalnie takie połączenia ignoruję, ale tym razem miałem przeczucie, że to może być Gene.
- Günther? - powiedział rozmówca. - Z tej strony Gene Haas.
Co mam powiedzieć? Jestem jebanym geniuszem!
- Mam do ciebie kilka pytań - rzucił.
Nie pamiętam, o co pytał, ale na wszystko odpowiedziałem mu z miejsca. Nie dostałem od niego żadnej informacji zwrotnej, ani w kwestii prezentacji, ani w kwestii odpowiedzi, których mu właśnie udzieliłem. Gene jedynie pytał.
W ciągu następnych tygodni Gene dzwonił coraz częściej, aż zacząłem czekać na jego telefony. Za każdym razem tylko zadawał pytania. Część z nich dotyczyła samej prezentacji, inne odnosiły się do Dallary, która miała dostarczać nadwozie i wspierać nas w budowie samochodu, pytał też o Ferrari, skąd miała pochodzić większość kupowanych części, chciał się również dowiedzieć tego i owego o samej Formule 1 i o rządzących nią ludziach. W dziewięciu przypadkach na dziesięć odpowiadałem mu z miejsca albo po wykonaniu szybkiego telefonu. Odnosiłem wrażenie, że był tym usatysfakcjonowany. Jedno mogę powiedzieć na pewno: niczego nie pominął.
Takie podchody trwały ponad rok. Naprawdę bardzo chciałem już wiedzieć, co Gene sądzi o całym tym pomyśle, ale za każdym razem uznawałem, że nie będę tego z niego wyciągał.
- Günther, ty kretynie - powiedział mi któregoś dnia Niki. - Rozmawiasz z tym facetem od ponad roku. Co jest z nim nie tak?
- Z tego, co wiem, to nic. Dzwoni do mnie, zadaje mnóstwo pytań, ja mu odpowiadam, a on się rozłącza.
- Ale jest konkretnie zainteresowany?
- Szczerze, Niki? Nie mam zielonego pojęcia. Mam nadzieję, że tak.
- Wiesz co? Moim zdaniem czas kończyć tę zabawę w kotka i myszkę. Weź go po prostu zapytaj, co myśli.
- Dobrze, zapytam.
Niki miał rację. Rozumiałem, że Gene musi mieć pewność, zanim podejmie decyzję, ale naprawdę zapytał już o wszystko, o co można było zapytać. Poza tym wszyscy zaczynali się coraz bardziej niecierpliwić. Mam na myśli oczywiście Stefano, Berniego, Charliego i Nikiego. W weekend Gene znów miał się pojawić w Charlotte, więc postanowiłem przy tej okazji z nim porozmawiać.
- Jak sądzisz, jak to się skończy? - zapytała Gertie tego dnia.
- Naprawdę nie wiem. Od samego początku słyszę, że gdyby nie był zainteresowany, to powiedziałby od razu, ale sam już nie jestem pewien, czy nadal w to wierzę. Może po prostu zapomniał mnie poinformować?
Bez względu na brak informacji i decyzji, nieustannie powtarzałem sobie, że nic z tego nie będzie. To nie był przejaw pesymizmu, tylko realizmu. Formuła 1 pozostawała niesamowicie zdradliwym sportem (zwłaszcza dla właścicieli zespołów). Pokładałem pełną wiarę w mój projekt i moje możliwości, ale doskonale rozumiałem powody, dla których kolejni potencjalni inwestorzy rezygnowali. W życiu trzeba ryzykować, ale jednak w ramach jakichś granic. Doskonale wiedziałem, że nigdy nikomu tego pomysłu nie sprzedam. Ktoś musiał sam chcieć w to wejść.
Nazajutrz zadzwonił Gene i tym razem zadał mi tylko jedno pytanie: "Czy możesz wpaść dzisiaj po południu do mojego gabinetu w fabryce? Chciałbym z tobą porozmawiać". Zjawiłem się u niego mniej więcej o 14. "Muszę się tylko połączyć z posiedzeniem zarządu", powiedział. Zaproponowałem, że zostawię go samego, ale odparł, że nie ma potrzeby, bo to nie potrwa długo.
Postanowiłem w tym czasie wysłać kilka e-maili. Byłem w trakcie pisania drugiego z nich, gdy usłyszałem coś, co przykuło moją uwagę. "A tak przy okazji - powiedział Gene do pozostałych członków zarządu - Günther i ja będziemy się starać o licencję na starty w Formule 1".
Że co?
- Poważnie? - zapytałem Gene'a, gdy już się rozłączył.
- Poważnie.
Po trzech długich latach negocjowania z potencjalnymi kandydatami wreszcie się udało.
- Zanim jednak do tego przejdziemy, mam do ciebie kilka pytań.
No, kurwa mać!