Bez ściemy. Jak przestać udawać i zacząć żyć po swojemu - Mosak Piotr


Reflow text when sidebars are open.
Spokojnie, dasz radę
Kilka tygodni przed premierą książki znajoma zapytała mnie:
- Dlaczego w zasadzie wybrałeś zawód psychologa? Skąd miałeś wewnętrzne przekonanie, że to praca dla ciebie? Od razu wiedziałeś, że w tym akurat będziesz dobry, czy to poczucie przyszło z czasem?
Odpowiedź na to pytanie mogłaby być bardzo długa, pewnie za długa jak na wstęp, ale postaram się streścić, co najważniejsze.
Jestem osobą o wielu talentach, ale raczej średnich. Jako młody chłopak dużo rysowałem, pisałem wiersze, piosenki, krótkie opowiadania. Jeszcze w podstawówce napisałem niedługi horror, który do dziś uważam za świetny!
Ciągle też się wygłupiałem, naśladowałem ludzi ze świata kultury, śpiewałem niczym Ewa Demarczyk i odstawiałem pantomimę. W liceum byłem w kółku teatralnym, świetnie sobie radziłem. Potem występowałem w teatrze amatorskim, aż w końcu - już podczas nauki w studium - dostałem główną rolę w jednym z dramatów.
Z jednej strony dobrze radziłem sobie z matematyką, z drugiej - byłem całkiem niezły z polskiego, ale wciąż marzyłem o aktorstwie. Do tego bez przerwy czytałem, zdarzało się, że pochłaniałem jedną książkę dziennie.
I tak sobie myślałem, co po szkole średniej z tymi moimi licznymi średnimi talentami mogę sobie wymyślić do roboty. Najpierw postanowiłem, że będę rysował. Chodziłem więc na kursy przygotowawcze, przekonany, że zostanę zatem architektem. Jednocześnie ta szkoła aktorska ciągle za mną chodziła. Okazało się, że egzaminy do szkół artystycznych i na architekturę odbywały się tego samego dnia. Wybrałem aktorstwo, ale się nie dostałem.
Mój ojciec skończył ekonomię, więc pojawił się pomysł, że może i ja poszedłbym w jego ślady. Ta dziedzina od zawsze była mi w pewien sposób bliska: choćby zarządzanie zasobami ludzkimi wydawało się czymś, do czego mógłbym się nadawać. No to na uniwerek, egzaminy - i też się nie dostałem!
I oto znów wróciły pytania: co mógłbym robić w życiu? W czym bym się sprawdził? Były to jeszcze czasy obowiązkowej służby wojskowej, więc trzeba było znaleźć sposób, żeby uniknąć poboru. Wyszukałem dwuletnie studium pomaturalne. Nie nazywało się wprawdzie "informatyczne", ale po jego ukończeniu miałem zawód: technik mechanizacji prac obliczeniowych.
[odstep]Po pierwszym roku tego studium po raz drugi zdawałem do szkoły aktorskiej i po raz drugi się nie dostałem. Dziś myślę, że wyszło mi to na dobre, ale trudno wtedy było mi się z tym faktem pogodzić, a moja nauka w studium dobiegała końca. I co dalej? Wojsko nadal mi groziło - miałem dwadzieścia jeden lat.
Znowu zacząłem zastanawiać się nad tym, czym właściwie zajmowałem się w życiu do tej pory. I dotarło do mnie, że odkąd pamiętam, pomagałem ludziom, dużo gadałem, sporo się wygłupiałem, ale przede wszystkim rozmawiałem z innymi, słuchałem ich, doradzałem im w sprawach sercowych, miłosnych i wielu innych. Jeździłem do kolegów i koleżanek, interweniowałem, a nawet działałem w ich imieniu. Kłóciłem się z nauczycielami i dyrekcją, stawałem w obronie uczniów, byłem też przewodniczącym samorządu szkolnego. I wtedy mnie olśniło: psycholog to mógłby być zawód właśnie dla mnie. Wcześniej nawet nie wiedziałem, że taki istnieje, w szkołach był przecież tylko pedagog.
Podzieliłem się tym pomysłem z ojcem, ale on nie był zbyt wylewny w tych kwestiach. Powiedział tylko:
- No. Może to i dobry pomysł.
W jego przypadku oznaczało to aprobatę. Złożyłem papiery.
Na pierwszym roku studiów prowadząca obowiązkowy przedmiot, jakim była propedeutyka, zapytała nas:
- Dlaczego państwo wybraliście psychologię?
Powiedziałem jej mniej więcej to, co przekazuję wam - gdy analizowałem swoje życie, zrozumiałem, że w jakiś sposób od zawsze pomagam ludziom, i postanowiłem zająć się tym profesjonalnie, ale przed tym chciałem się dowiedzieć, jak pomagać, by nikogo nie skrzywdzić.
Pozostałe dwadzieścia parę osób też przedstawiło swoje motywacje, ale tak naprawdę nikt - podobnie jak ja - nie był pewien, czy ten kierunek był dla nich stworzony, czy będą w nim świetni i czy rzeczywiście marzyli o nim od podstawówki.
Dlaczego o tym piszę? Bo szukanie odpowiedzi na pytania o to, jaki zawód byłby dla mnie dobry, w jakiej pracy czułbym się na miejscu, a jednocześnie czy praca ta dawałaby mi poczucie satysfakcji i miałaby dla mnie sens, to był proces. Jest w tej historii morał dla tych, którzy stoją dziś przed podobnym wyborem. Być może znaleźli się na rozstaju drogi i nie wiedzą, w którą stronę skręcić.
Człowiek nawet przez połowę życia może spokojnie zastanawiać się nad tym, co chciałby robić i do czego ma predyspozycje. Pomysł, że już w liceum ludzie mają wybierać sobie studia i zawód jest pomysłem - za przeproszeniem - z dupy.
Nie da się tego określić inaczej. Osiemnastolatek tak naprawdę niewiele o sobie wie, nie odkrył jeszcze swoich talentów. Ma za sobą lata tych wszystkich zajęć wymyślonych przez rodziców na siłę i nagle ma sobie zaplanować całą przyszłość? To nienormalne, nielogiczne i nie ma nic wspólnego z rozwojem, samodzielnym myśleniem czy dojrzałością.
Wszystkim osobom, które trafiają do mojego gabinetu, powtarzam:
- Spokojnie, dasz radę, nie przejmuj się.
Czasem przychodzą studenci i pytają:
- Czy mogę rzucić studia?
- Masz jakąś alternatywę? - dopytuję.
- No tak, mam taki pomysł, tu zrobię kurs taki, tu się przyjmę do pracy, tam już aplikowałem, potem jeszcze szkolenie i drugi kurs.
Wtedy odpowiadam:
- To idź za swoim głosem. Nie realizuj planów swoich rodziców.
To jest kompletnie bez sensu. Wiem, bo mój gabinet nieustannie odwiedzają czterdziestolatkowie, którzy robili to, czego oczekiwali od nich rodzice. Pomysły na ich ścieżki kariery były wymyślone przez ojca lub matkę. I ci ludzie dopiero w wieku czterdziestu paru lat zdali sobie z tego sprawę i chcą to zmienić.
- Więc jeśli masz dziś dwadzieścia dwa, to super. Zobacz, dwadzieścia lat zaoszczędzisz! - mówię. - Szukaj, zastanawiaj się, rób różne rzeczy, kombinuj, próbuj.
Można iść na jedne studia, potem na drugie, mieć jedną pracę, zmienić na drugą, potem trzecią. Jaki to problem? My naprawdę czasem po prostu nie wiemy, czego chcemy. Żyjemy ciągle atakowani bodźcami. W świecie, który nas otacza, trudno się od razu odnaleźć i na pstryknięcie palców wyłapać swoje predyspozycje i to, co możemy z tym swoim życiem zrobić, żebyśmy byli zadowoleni i spełnieni.
Zatem:
Odważ się szukać, ryzykować, sprawdzać. Najwyżej coś zmienisz. No i co z tego?
I najważniejsze - daj sobie prawo nie wiedzieć. Dlaczego to ważne? Właśnie o tym jest ta książka, o czym przekonam cię w nadchodzących rozdziałach. Postaram się dodać ci odwagi, żebyś wreszcie sięgnął po własne życie. Pokażę ci, jak niewiele trzeba zmienić, by poprawić jego jakość.
I jeszcze jedno. Trudno o psychologii, człowieku i ważnych dla niego sprawach opowiadać bez przykładów. Wymieniam ich w tej książce sporo, bo w ten sposób łatwiej zilustrować pewne zdarzenia, sytuacje czy procesy, niż podając ich książkowe definicje.
Pisząc, zadbałem o to, by imiona, wiek, płeć, miejsce zamieszkania i liczba dzieci osób, które spotkałem na swojej drodze, zostały zmienione. Dlatego wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i wydarzeń jest przypadkowe.
Zgodnie z nowymi przepisami ustawy o zawodzie psychologa o osobach trafiających do mojego gabinetu będę mówił "klienci", a nie "pacjenci". Tu akurat nie mam wyboru, do tego zobowiązuje mnie prawo.
Skąd się bierze ściema?
Żyjemy w świecie, w którym na każdym kroku mówi się nam, co nam wypada, a czego nie wypada robić. To ściema. Za każdym "muszę" i "powinienem" kryje się jakieś przekonanie, które warto zakwestionować.
Miałem dwadzieścia parę lat, gdy Polska stała u progu wolności i przemian 1989 roku. W sklepach pojawiały się rzeczy, których wcześniej nie było, a wolny rynek dopiero się rozwijał. Pamiętam, jak spacerowałem po mieście z mamą - dziś już emerytowaną nauczycielką - i namawiałem ją:
- Przymierz to! Przymierz tamto!
Była wtedy młodsza niż ja teraz. Zwykle odpowiadała:
- Mnie, nauczycielce, nie wypada!
Albo:
- Oj nie, na to już jestem za stara.
Myślałem: "Ale jak to?!", "Dlaczego?!". Młoda kobieta - tak ją wtedy widziałem - a nie chce wyglądać dobrze? Skąd wzięła te normy? Z kosmosu? I czemu sama zamknęła się w więzieniu zbudowanym z tych kosmicznych norm? Próby przekonania jej, że nie ma takich ograniczeń - a jeśli są, to tylko w jej głowie - były katorgą. Prawie ją zmuszałem:
- Ale spróbuj! Dobrze byś w tym wyglądała.
Długo nie mogłem zrozumieć, skąd w mamie tyle lęku przed tym, co pomyślą ludzie. Ja byłem zupełnie inny - w głowie mi się nie mieściło, że mogą istnieć jakieś ograniczenia. Od małego nie lubiłem, gdy wszystko było takie samo. To był czas turystyki handlowej. Niektóre nauczycielki przywoziły zakupy z Turcji i w podstawówce, w której uczyła mama, wszystkie chodziły w jednakowych bluzeczkach i sweterkach. Nie chciałem, żeby mama wyglądała dokładnie tak samo jak wszystkie inne panie w szkole.
Sam potrzebowałem odmienności i lubiłem mieć indywidualny styl - życzyłem tego każdemu wokół. Tymczasem wszystkie ruchy młodzieżowe sprawiały, że ludzie w grupie wyglądali identycznie, a mi to zupełnie nie pasowało. W czym się tylko dało, szukałem dla siebie czegoś oryginalnego.
Nosiłem jedną białą szelkę zawieszoną przez jedno ramię, zapinaną w poprzek. Miałem długi szalik, niemalże trzymetrowy, zrobiony przez mamę na drutach. Chciałem choć nim wyróżnić się z tłumu, podkreślić swoją oryginalność. Była ona wtedy dla mnie sama w sobie symbolem wolności, ale też wyborem. Uczyłem się robić nie to, co muszę, ale to, co sam wybieram.
I właśnie tego nauczyłem się wtedy dzięki poszukiwaniom oryginalności: że moje życie jest moim wyborem.
Ściema kulturowa
Ktoś powie, że jakiś ciuch na mężczyźnie jest "damski", a coś, co włoży kobieta, jest "męskie". Takie myślenie to również więzienie, a w dodatku jest po prostu nieprawdą. Szczególnie dziś, kiedy i kobiety, i mężczyźni nieustannie mierzą się z takimi przekonaniami. Skoro kobiety wyzwoliły się lub wyzwalają - przynajmniej w naszej kulturze zachodniej - z patriarchalnego świata i nie chcą, by ktokolwiek mówił im, co jest kobiece, a co nie, nadszedł czas na mężczyzn.
Patriarchalny świat ciągle nam narzuca definicję męskości. Jesteśmy zakładnikami patriarchatu w tym samym stopniu co kobiety i tak samo jak one nie chcemy, żeby narzucano nam jakiekolwiek wzorce. Czas sobie zakodować, że wszystko, co robi osoba definiująca się jako mężczyzna, jest po prostu męskie. Koniec dyskusji. Kto powiedział, że chodzenie w rurkach jest niemęskie? To ściemy! Obyczajowo-kulturowe bzdury, które nie mają przełożenia ani na wnętrze człowieka, ani na jego potrzeby. Wszystko, co nas ogranicza i mówi nam, jak mamy żyć, jest ściemą.
Przez lata praktyki poznałem setki osób w kleszczach najróżniejszych ograniczeń obyczajowych czy kulturowych. Pamiętam choćby pracę z młodzieżą pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wtedy mówiło się o nich "młodzież nieprzystosowana". W jednej z warszawskich dzielnic prowadziliśmy zajęcia między innymi z edukacji seksualnej. W pewnym momencie zeszliśmy na temat tego, co w łóżku można, a czego nie. Co w seksie wypada, a co nie. Chłopcy mówili, że z żoną nie będą uprawiać pewnego rodzaju intymnego seksu - tu wymienili to i owo. Zdziwiony dopytywałem:
- Ale dlaczego?!
I co słyszałem w odpowiedzi?
- Bo z własną żoną takich rzeczy robić nie można. Przecież żona całuje dzieci.
I uwaga, to nie koniec!
- Na takie czynności seksualne chodzi się do prostytutek. Za to się płaci.
I w tej kwestii w większości się zgadzali! Ale jak to? Skąd? Kto im nagadał takich bzdur?
Świat jest przepełniony tego typu ściemami. Są niemal jak powietrze - wdychamy je, nie zastanawiając się, skąd pochodzą i jak na nas działają.
Wiele lat temu dostałem maila napisanego łamaną polszczyzną. Brzmiał mniej więcej tak: "Jestem kobietą z innej kultury, odległej od kultury europejskiej. I chciałabym pana zapytać jako eksperta od relacji: dlaczego w kulturze polskiej kobiety odwiedzające mężczyzn śpią z nimi w jednym łóżku? Bo mam chłopaka z Polski, z którym jestem kilka miesięcy, i za każdym razem, kiedy odwiedza go koleżanka, śpią razem. Kiedy go o to zapytałam, powiedział, że to jest taka polska tradycja".
Jak widać, jesteśmy dobrzy nawet w produkowaniu własnych ściem na potrzebę danej chwili.
A w życiu chodzi o to, żebyśmy nie łykali wszystkiego, co inni nam mówią. Żebyśmy brali pod rozwagę, że jeśli ktoś chce nas do czegoś przekonać, to niekoniecznie od razu oznacza, że musi mieć rację. Często też nie jest tak, jak nam ktoś próbuje wmówić. A czasem zwyczajnie to, co komuś pasuje, nam wcale nie musi.
Wszystko sprowadza się do jednego kluczowego pytania: czy chcę żyć zgodnie z własnymi przekonaniami - tymi, które są moje - czy według tego, co ktoś inny uważa za dobre dla mnie i za jedynie słuszną drogę?
Nikt nie ma prawa nikomu czegokolwiek narzucać. To, co służy jednemu, drugiego będzie ograniczać. Dobrze byłoby myśleć o sobie i o tym, co nasze.
Nie mówię o tradycji czy zasadach obowiązujących w kościele, meczecie bądź synagodze. To osobna sprawa. Nie wejdę do środka i nie powiem: "Och, to ogranicza moją wolność, w tej ściemie żyć nie będę", bo to nie na miejscu.
Nie podobają mi się zwyczaje, jakie w danej tradycji obowiązują? Mogę taką świątynię ominąć. Łażenie w butach po meczecie, z gołą głową po synagodze czy w czapce po kościele to chamówa i wcale nie wskazuje na nasze odrzucenie ściemy, tylko na głupotę i brak poszanowania zasad obowiązujących w innym świecie niż nasz. Nie twój system, nie twoja religia, nie twoja kultura? To nie komentuj. I tyle. Nikt cię do nich nie zmusza. Wolność wyboru jest gdzie indziej.
Jest taka piękna anegdota z obcinaniem szynki. Idą święta, młoda matka robi pieczeń z szynki i obcina brzegi.
- Mamo, mamo, a po co to obcinasz? - pyta córka.
- A bo tak się robi, twoja babcia też tak robiła - odpowiada mama.
- A czemu tak robiła? - drąży dziewczynka.
Matka postanawia zadzwonić do swojej matki, babka do swojej i każda po drodze mówi to samo: "Bo moja mama tak robiła". I kiedy odbiera praprababcia, zaczyna się śmiać:
- Obcinałam brzegi, bo miałam za mały garnek i szynka mi się w nim nie mieściła.
Tak właśnie tworzą się przekonania fantomowe, które później bezmyślnie powtarzamy, nawet się nie zastanawiając, skąd się właściwie wzięły.
Ściema obyczajowa
I niestety, tak też żyjemy. W ograniczających nas różnych przekonaniach. Jak na przykład "stara panna". Co to właściwie znaczy? Czy naprawdę kobieta musi mieć męża, bo bez niego jest gorsza? Czy naprawdę każda kobieta musi urodzić dzieci, bo ta, która ich nie ma, nie jest "prawdziwą" kobietą?
Na szczęście w XXI wieku rzadko używa się już tego sformułowania. Dziś raczej nas razi lub śmieszy, bo słyszymy fałsz, który ze sobą niesie. I to jest wyzwanie, którego podejmujemy się na łamach tej książki - wspólnie uwalniamy się od kolejnych ściem, tak jak uwolniliśmy się od "starej panny".
Ile razy słyszałem, że związek starszej kobiety z młodszym chłopakiem nie może się udać, bo młodszy na pewno nie zakochałby się w starszej.
- Pewnie jest bogata, a jeśli nie, to coś tam po prostu musi być nie tak! - pleciemy podobne bzdury, bo nam się coś wydaje.
Guzik wiemy o tych ludziach i ich relacjach, nawet ich nie znamy, a mimo to dajemy sobie prawo do analizowania ich życia, wyciągania z niego wniosków i obwieszczania ich światu. Serio?
W dzisiejszych czasach chyba nie jest odkryciem, że udany związek nie opiera się tylko na cielesności i seksualności, ale na tym, co partnerzy mają w głowach, jak się przy sobie czują, czy potrafią siebie akceptować i jak siebie traktują. Atrakcyjność fizyczna jest ważna, jasne, ale nie jest najważniejsza. Kiedy mamy wszystko inne i przez ten pryzmat patrzymy na drugą osobę, to właśnie wtedy jest ona dla nas atrakcyjna. Kto papla, że "taka stara z takim młodym" albo że "stary dziad z młodą dziewczyną, poleciała z pewnością na jego kasę", najwidoczniej tego nie wie. Może sam nigdy nie doświadczył prawdziwej bliskości w relacji, a może po prostu utknął w stereotypach i tylko przez ich pryzmat potrafi oceniać świat.
Ściema relacyjna
Przychodzą do mojego gabinetu pary w wieku około sześćdziesięciu lat i wyznają, że od wielu lat żyją bardzo daleko od siebie, funkcjonują właściwie osobno, stali się dla siebie nawzajem złośliwi, nieprzyjemni, bywa, że wręcz się gnębią i krzywdzą, ale rozwodu nie wezmą. Gdy pytam o powód, słyszę zwykle:
- Bo jak wtedy sobie poradzimy?
Przecieram oczy ze zdumienia i dopytuję.
- Ale o czym wy mówicie? Mamy XXI wiek! Jeżeli macie jakąś pracę, emeryturę, może do tego oszczędności i polisy, to w czym wam pomoże zniedołężniały mąż czy chora żona? Jeśli będziecie potrzebowali opieki medycznej, szpitala czy pielęgniarki, to wszystko sobie można ułożyć pieniędzmi. Nawet w domu spokojnej starości możecie mieć milsze towarzystwo, kogoś do szachów czy partyjki w tysiąca! A już na pewno lepszą opiekę medyczną.
Inny przykład - gdy kobieta zarabia więcej niż mąż. Jemu właściwie już nic się nie chce. Co wymyśli biznes, to tylko wyciąga pieniądze i je traci. Do tego jest alkoholikiem, który wynosi z domu rzeczy i sprzedaje. Ona próbowała już wszystkiego, by na niego wpłynąć i mu pomóc, ale bezskutecznie, więc jest na skraju wytrzymałości. I pyta w gabinecie:
- Czy ja sobie poradzę, jak odejdę?
Wtedy odpowiadam wprost:
- Nie, no skąd? Jak można sobie poradzić, kiedy będzie pani miała mniej wydatków, niż ma teraz, bezpieczny dom i brak darmozjada na utrzymaniu? Czy nie oznacza to dla pani mniej nerwów i większego spokoju?
Dlaczego ta kobieta woli być z kimś, kto już dawno zrezygnował z dobrego życia i zachowuje się jak pasożyt, niż odejść i żyć sama, ale lepiej? Dlaczego myśli, że bez niego nie da sobie rady? Jak to możliwe? To jest ściema, w którą uwierzyła. Ktoś kiedyś jej tak powiedział, może gdzieś to usłyszała, wyczytała, że lepiej być z kimś, bo we dwójkę zawsze łatwiej - ale nie w przypadku cierpienia.
Albo odwrotna sytuacja. On zawsze zarabiał więcej, ona zajmowała się domem. Boi się, czy sobie poradzi, jak od niego odejdzie.
- Chciałabym, ale nie mam siły - usłyszałem od niej.
A to nieprawda, że do odejścia jest potrzebna jakaś siła. Siłę muszą mieć te osoby, które nie odchodzą, żeby wytrzymać w czymś, co je męczy. Kiedy słyszę od kobiet, że brakuje im sił, by odejść, mówię:
- Wie pani co? No żaden facet by na pani miejscu nie wytrzymał. Skoro pani tyle lat boryka się z takim gościem, to musi mieć pani bardzo dużo siły! Jest pani za silna.
Bo ile siły potrzeba, żeby wyjść za próg? Niewiele. Czego potrzeba, żeby zrobić ten krok? Odwagi. Tylko odwagi, nie siły.
Ściemy odbierają nam tę odwagę. Zamykają nam oczy, powodują, że wierzymy w coś ślepo i bez zastanowienia. Wkręcają nam, że po prostu czegoś się nie da. A często droga do rozwiązania jest prostsza, niż nam się wydaje.
Przypomina mi się jeden z moich ulubionych dowcipów psychologicznych. Do psychologa przychodzi mężczyzna, który ma problemy ze snem. Wydaje mu się, że pod jego łóżkiem mieszkają potwory. Niby wie, że to raczej niemożliwe, ale jak próbuje zasnąć, czuje ich obecność, co wpływa destrukcyjnie na jego samopoczucie. Psycholog próbuje różnych metod. Jedna wizyta, druga, trzecia, piąta. Ćwiczenia, medytacje, rozmaite zadania - i nic. Potwory jak były, tak są. Mijają rok, dwa lata - psychologowi kończą się pomysły. Klient rozumie, że już nic z tego nie będzie, dziękuje za chęci, żegnają się. Dwa tygodnie później widzą się przypadkowo na ulicy.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Jak się pan miewa?
- Rewelacyjnie! Mam już swój problem z głowy - odpowiada mężczyzna.
- Ale jak to?! Co się stało? - pyta zaskoczony psycholog.
- Byłem u innego psychologa, jedna wizyta i potwory zniknęły.
Terapeuta nie dowierza:
- Ale co panu powiedział?
- Żebym obciął nogi przy łóżku.
I tak to właśnie jest w życiu. Wyobrażamy sobie niestworzone sytuacje, tworzymy w głowie koszmary i życiowe tragedie, karmimy się lękami: "Jak to będzie?", "Jak sobie poradzę?". Takie przekonania, że nam się nie uda, paraliżują nas - bywa, że i na lata. A czasem trzeba po prostu spojrzeć na nie z innej perspektywy, praktycznie. Zwykle okazuje się, że proste rozwiązanie mamy na wyciągnięcie ręki.
Ściema rodzinna
Pracuję z pewnym starszym małżeństwem. Mówią, że chcieliby się na chwilę uwolnić od obowiązków i wyjechać gdzieś na weekend.
- Czemu by nie w ten najbliższy? - pytam.
- Nie, wtedy jedziemy do znajomych.
Ich miny zdradzają, że są niezbyt zadowoleni z tego planu. Przyznają, że faktycznie nie za bardzo im to pasuje - jeżdżą do nich regularnie już od paru lat i doskonale wiedzą, czego się spodziewać. To samo grono osób, to samo miejsce, te same rozmowy. Taki wyjazd nie jest już dla nich szczególną atrakcją.
- No dobrze. To co by się stało, gdybyście w tym roku nie pojechali? - rzucam.
- O nie! Tak nie można! Obraziliby się! - reagują.
- OK. Chodźmy krok dalej. Obraziliby się i co by się stało? - ciągnę.
I oni nagle zdrętwieli.
- No, nie zaprosiliby nas więcej.
- I mielibyście wolny weekend! Więc zdecydujcie. Chcecie jechać do nich i potem narzekać czy wolicie być wolni? Bo skoro czujecie, że ta znajomość nie jest dla was ważna, a relacja się nieco wyczerpała, to po co ją sztucznie podtrzymywać? Zwłaszcza że na samą myśl o spotkaniu z tymi ludźmi nie jesteście zbytnio zadowoleni.
Moje słowa często szokują ludzi. Tak długo żyli w ściemie, że się do niej przyzwyczaili i nie potrafią już rozróżnić, co nią jest, a co nie i co naprawdę się dla nich liczy. Jak z tym obcinaniem końcówek szynki. Po co podważać coś, co jakoś działało przez lata? Po co drążyć, czy to na pewno dobre i sensowne? Sami ucinamy tego typu myślenie - jak te końcówki szynki - nie zastanawiamy się nad zasadnością tego, co robimy.
Tak chcesz żyć? Bez zastanawiania się, czy to życie ci w ogóle odpowiada?
Jest taka scena w filmie Książę w Nowym Jorku. Główny bohater, afrykański książę, zakochuje się w zwyczajnej Amerykance. Z Afryki przylatuje jego ojciec, król. Kategorycznie zabrania synowi tego związku, twierdząc, że to wbrew tradycji jego ludu. Następca tronu powinien ożenić się tylko z księżniczką pochodzącą z jego ojczyzny. Zdziwiona królowa patrzy na męża i mówi: "Myślałam, że to ty jesteś królem i od ciebie zależy, jakie zasady panują w twoim kraju". Jemu w ogóle to nie przyszło na myśl! Bezrefleksyjnie i ślepo podążał za tym, co dotąd było niepodważalne, że po prostu z automatu odrzucił inną możliwość.
Albo wujek, albo ja
Niestety tak to czasem bywa z rodzicami. Dobrze to widać w kontekście świąt. Dziecko zapowiada:
- Nie przyjedziemy na wigilię, bo mamy inne plany.
Wówczas często od rodzica czy bliskiej osoby słyszy:
- Będzie mi bardzo przykro, jeśli tak zrobisz.
Albo dosadniej - rodzice i dziadkowie bywają w tym dobrzy:
- Nie szanujesz nas. Jesteśmy rodziną, a ty masz nas w nosie. Tyle ci pomagaliśmy, a teraz się na nas wypinasz.
Czasem lecą także epitety, ale nikomu w rodzinie nie przyjdzie do głowy, żeby zapytać:
- Ale czemu tak się dzieje? Z jakiego powodu nie chcesz przyjechać?
A może po prostu przy tym stole świątecznym będą nieprzyjemna ciotka lub arogancki wujek, których nie lubimy i wolimy uniknąć? A może przy tym stole zawsze jest potwornie nudno, nikt nas o nic nie pyta i nie ma o czym rozmawiać? A może po miesiącach intensywnej pracy mamy ochotę po prostu paść na kanapę i nic nie robić? A może przez cały rok mamy mało wolnych dni, więc jak się nadarzy okazja, to wolimy zabrać dzieci na narty, żeby też miały jakąś radość?
Nad powodami naszej odmowy nikt się zwykle nie zastanawia. Łatwiej się obrazić.
Czasem nie chodzi wcale o naszą rodzinę, lecz o niektóre osoby zasiadające przy świątecznym stole.
Jeden mój klient próbował pytać rodziców:
- Po co zapraszacie wujka pijaka? Wiadomo, że po dwóch godzinach zrobi awanturę, potłucze talerze i znowu będzie nieprzyjemnie.
W odpowiedzi, jak można się domyślać, padło wiele argumentów typu: "Bo tak trzeba", "Bo musimy", "Bo wypada", "No jak to? Przecież przychodzi co roku".
- Ale dlaczego mamy ponosić karę za awanturującego się alkoholika? - dopytywał. - Wystarczyłoby mu powiedzieć wprost, że jeśli nie będzie potrafił się zachować, to następnym razem go nie zaprosimy. Co roku obiecuje i na obietnicach się kończy.
W końcu, kiedy i te argumenty nie przemawiały, powiedział matce:
- Albo wujek, albo ja.
Był to dla niej szok, bo "jak tak można...".
Znam rodzinę, która nieco odwróciła sytuację - im również zależało, żeby w święta być razem. Rodzeństwo więc namówiło rodziców i dziadków na wspólny świąteczny wyjazd w jakieś fajne miejsce. O dziwo, udało się im. W dwadzieścia osób zameldowali się w hotelu, wykupili posiłki, nikt nie musiał nic robić ani gotować, ani sprzątać. Oczywiście babcia zabrała ze sobą sałatki i słoiki, a później chodziła po pokojach hotelowych, próbując rozdawać je wnukom i prawnukom, ale było to raczej zabawne niż uciążliwe. Najważniejsza była w tej rodzinie otwartość i chęć bycia razem z jednoczesną swobodą, że mogą spróbować to zrobić po swojemu - i to się udało.
Więc da się. Wystarczy odrobina inicjatywy i chęci.
Dalsza część w wersji pełnej