Wiadomy dokument zasługiwał na odpowiedź. W
istocie, jeśliby nowe Stowarzyszenie nabyło kraje podbiegunowe,
kraje te stałyby się koniec końcem własnością Ameryki, a raczej
Stanów Zjednoczonych, których związek, pełen sił żywotnych, dąży
nieustannie do wzrostu i potęgi. Już kilka lat temu ustępstwo ziem
północno-zachodnich, począwszy od północnych Kordylierów do
cieśniny Behringa, zrobione przez Rosyę na rzecz Stanów
Zjednoczonych, zwiększyło je o piękny kęs ziemi. Można więc było
przypuszczać, że inne mocarstwa nie będą patrzeć przychylnem okiem
na to przyłączenie krain północnych do rzeczypospolitej
skonfederowanej. Wszakże, jakeśmy to już wyżej powiedzieli, rozmaite
państwa Europy i Azyi, niegraniczące z zakwestyonowanemi krainami,
odmówiły swego współudziału w tej szczególnej licytacyi, której
wynik wydawał się im arcy wątpliwym. Jedynie mocarstwa, których
krańce zbliżone były do ośmdziesiątego czwartego równoleżnika,
postanowiły zaznaczyć swe prawa przez wdanie się wysłanych na ten
cel delegatów urzędowych. Zresztą, jak zobaczymy w dalszym ciągu,
mocarstwa te nie miały zamiaru łożyć na to kupno zbyt wielkich sum,
gdyż objęcie go w posiadanie możeby się okazało niemożliwem. Jedna
tylko Anglia, nigdy nienasycona, otworzyła upoważnionemu przez
siebie do działania agentowi znaczny kredyt. Nie omieszkajmy dodać,
że nabycie krajów podbiegunowych nie zagrażało bynajmniej
równowadze europejskiej i nie mogło sprowadzić jakichkolwiek
zawikłań międzynarodowych. Pan Bismark, wielki kanclerz pruski, żył
jeszcze w owej epoce i nie zmarszczył nawet swych gęstych brwi
Jowiszowych na wieść o tej całej sprawie. W sprzeczności z interesem Stanów Zjednoczonych stawały do
licytacyi za pośrednictwem taksującego komornika w Baltimore -
Dania, Szwecya z Norwegią, Holandya, Rosya i wspomniana już Anglia.
Najwięcej dający miał dostać w posiadanie tę łupinę lodową bieguna,
której wartość w ocenieniu kupieckiem była co najmniej zagadkową. Wymienimy powody, dla których powyższe państwa europejskie
pragnęły, aby licytacya wypadła na ich korzyść. Szwecya, będąc wraz z Norwegią posiadaczką przylądka
Północnego, położonego poza siedmdziesiątym równoleżnikiem, nie
kryła się wcale z swemi pretensyami do obszernych przestrzeni,
rozciągających się aż do Spitzbergu, a nawet i dalej, do samego
bieguna. I w istocie, czyż norwegczyk Kheilhau i znakomity szwed
Nordenskiöld nie przyczynili się do postępu geografii w tych
stronach? Nikt temu zaprzeczyć się nie poważy. Dania mówiła ze swej strony, że, będąc już panią Islandyi
i wysp Feroe, będących już prawie na linii koła biegunowego,
posiadając osady najbardziej na północ posunięte, takie, jak wyspa
Disko w cieśninie Davis, osady Holsteinburg, Proven, Godhavn,
Upernavik w morzu Baffińskiem i na wybrzeżu zachodniem Grenlandyi,
miała poważne prawo do zakupienia krajów północnych. Przytem sławny
żeglarz Behring, rodem duńczyk, przepłynął w roku 1728 cieśninę,
która nosi jego imię, a w trzynaście lat potem zginął marnie na
brzegach wyspy tegoż nazwiska wraz z trzydziestu ludźmi, którzy
tworzyli jego załogę. Na wiele lat przed tem, w roku 1619, żeglarz
Jan Munk zwiedził wschodnie wybrzeża Grenlandyi, odkrywając kilka
miejscowości, zupełnie przed nim nieznanych. Co zaś do Holandyi, dwóch jej marynarzy, Bareutz i
Heemskerk, zwiedzili Spitzberg i Nową-Ziemię w końcu XVI wieku.
Jednego z jej dzielnych synów, Jana Mayen, śmiała w 1611 roku
wycieczka na północ przyniosła w korzyści jego ojczyźnie wyspę
tegoż nazwiska, położony poza siedmdziesiątym pierwszym stopniem
szerokości geograficznej. Jak widzimy, przeszłość Holandyi była
niejako zobowiązaniem na przyszłość. Co zaś do rosyan, ci z Aleksym Czirikowem na czele i
Behringiem, pod jego rozkazami, posunęli się aż poza granice morza
Lodowatego. Kapitan Marcin Spanberg i porucznik William Walton,
należący do tej wyprawy, puszczając się w te nieznane okolice,
przyczynili się wielce do poszukiwań, robionych nawskróś cieśniny,
która dzieli Azyę od Ameryki. A przytem samo położenie obszarów
sybirskich, rozciągających się na stu dwudziestu stopniach
szerokości, aż do krańcowych granic Kamczatki, wzdłuż wybrzeży
azyatyckich, na których żyją samojedzi, jakuci, czukcy i inne ludy,
będące pod władzą Rosyi, sprawia, że ona panuje co najmniej nad
połową Północnego oceanu. Przytem posiada na siedmdziesiątym piątym
równoleżniku, może w odległości dziewięciuset mil od bieguna, wyspy
i wysepki Nowej Syberyi, odkryte na początku XVIII wieku. Nakoniec
w roku 1764, uprzedzając anglików, amerykanów i Szwedów, żeglarz
Cziczagow szukał przejścia na północy, chcąc skrócić drogę pomiędzy
dwoma lądami. Jednak, obrachowawszy wszystko ściśle, zdawałoby się, że
najwięcej interesowanymi w nabyciu tego niedostępnego punktu kuli
ziemskiej byli amerykanie. Oni również nieraz usiłowali dostać się
tam, narażając życie przy poszukiwaniach Franklina, wraz z
Grinnelem Kane, Hayesem, Greelym De Long i innymi śmiałymi
żeglarzami. Oni także mogli rościć pretensye na zasadzie położenia
geograficznego ich kraju, rozciągającego się aż poza koło
biegunowe, zacząwszy od cieśniny Behringa, aż po zatokę Hudson. Wszystkie te ziemie, wszystkie te wyspy: Wollaston, Książę
Albert, Wiktorya, Król Wilhelm, Melville, Cockburne, Bauks, Baffin,
nie licząc tysiąca wysepek tego archipelagu, były jakby
przedłużeniem ich posiadłości, łączącem ich z dziewięćdziesiątym
stopniem. A przytem, jeśli biegun północny wiąże się z lądem
nieprzerwanym ciągiem ziem, ziemie te zdają się być prędzej
przedłużeniem Ameryki, niż Azyi lub Europy. Nic nad to naturalniejszego, że propozycya kupna była
zrobiona przez rząd związkowy na rzecz amerykańskiego
stowarzyszenia; a jeśli które z mocarstw miało niewątpliwe prawa do
posiadania krajów podbiegunowych, to stanowczo były niem Stany
Zjednoczone Ameryki. Przyznać wszakże należy, że państwo Wielkiej Brytanii,
posiadające Kanadę i Kolumbię angielską, którego liczni marynarze
odznaczyli się w wycieczkach na północ, nie bez pewnej gruntownej
podstawy pragnęło przyłączyć tę część kuli ziemskiej do swego
obszernego kolonialnego państwa. Dzienniki angielskie rozprawiały o
tej kwestyi długo i zapamiętale: "Tak! zapewne - mówił wielki angielski geograf Kliptringan
w artykule
Timesa, który niesłychane zrobił wrażenie, - tak! szwedzi,
duńczycy, Holendrzy, rosyanie i amerykanie mogą się, jeśli to im
dogadza, popisywać swemi prawami. Ale Anglia nie może bez ujmy
honoru narodowego zezwolić, by kto inny posiadł te kraje. Czyż
północna część nowego lądu nie należy już do niej? Ziemie wyspy,
które ją składają, czyż nie przez jej własnych podróżników odkryte
zostały?... zacząwszy od Willonghiego, który zwiedził Spitzberg i
Nową Ziemię w 1739 r., a skończywszy na dzielnym Mac-Clure, którego
okręt opłynął w 1853 r. północno-zachodnie wybrzeże?" "A potem - wygłosił
Standard piórem admirała Fizé, - czyż Frobisher, Davis,
Hall, Weymouth, Hudson, Baffin, Cook, Ross, Parry Bechey, Belcher,
Franklin, Mulgrave, Scoresby, Mac Clintock, Kennedy, Nares,
Collinson, Archer, nie byli pochodzenia anglo-saksońskiego? Jakiż
kraj może mieć większe prawo do tych obszarów podbiegunowych, jeśli
nie ojczyzna tych dzielnych żeglarzy, którzy tyle trudów łożyli,
żeby się do nich dostać?" "Niech i tak będzie - odpowiedział
Kuryer z San-Diego (w Kalifornii), - postawmy sprawę tę na
właściwym gruncie, a ponieważ tu najwidoczniej Stany Zjednoczone z
Anglią idą o lepsze, my powiemy: że jeśli anglik Markham, należący
do wyprawy Naresa, dotarł do 83°20? szerokości północnej,
amerykanie Lockwood i Brainard, biorący udział w wyprawie
Greely'ego, posunęli się wyżej cokolwiek i zatknęli flagę,
ozdobioną trzydziestu ośmiu gwiazdami Stanów Zjednoczonych, na
83°35?. Im więc należy zaszczyt dotarcia do pasów najwięcej do
bieguna zbliżonych." Oto jakiego rodzaju była polemika dzienników przeciwnych
stronnictw. Do wyliczonej seryi podróżników, którzy puszczali się w
okolice bieguna, wypada nam dodać wenecyanina Cabot (1498) i
portugalczyka Cortereal (1500), którzy odkryli Grenlandyę i
Labrador. Wszakże ani Włochy ani Portugalia nie zamierzały brać
udziału w projektowanej licytacyi i nie troszczyły się o to, kto z
niej będzie korzystał. Łatwo było przewidzieć, że walka ostatecznie będzie
prowadzona zapamiętale tylko przez dolary i funty-szterlingi, to
jest przez Amerykę i Anglię. Jednakże, na wniosek, zrobiony przez North Polar Practical
Association, państwa, graniczące z pasami północnemi, porozumiały
się z sobą za pośrednictwem kongresów handlowych i naukowych. Po
krótkich debatach postanowiono stanąć na licytacyi, oznaczonej na
dzień trzeci grudnia w Baltimore, wyznaczając upoważnionym
delegatom kredyt na odpowiednią kwotę, której przekroczyć nie mieli
prawa. Suma, podjęta ze sprzedaży, miała być rozdzieloną pomiędzy
pięć państw pozostałych, jako wynagrodzenie za zrzeczenie się
wszelkich praw do owych krajów. Wszystko to nie obeszło się bez sporów, ale ostatecznie
sprawa się ułożyła. Państwa zainteresowane zgodziły się, aby
licytacya odbyła się w Baltimore, tak jak tego żądał rząd
związkowy. Delegaci, zaopatrzeni w listy wierzytelne, opuścili
Londyn, Hagę, Stockholm, Kopenhagę i Petersburg, i przybyli do
Stanów Zjednoczonych na trzy tygodnie przed dniem, przeznaczonym na
licytacyę. W owym czasie jeszcze Ameryka była reprezentowaną jedynie
przez znanego już pełnomocnika North Polar Practical Association,
Williama Forstera, którego nazwisko figurowało na dokumencie z 7
listopada, wydrukowanym przez
New-York Herald'a. Co zaś do delegatów mocarstw europejskich, przedstawimy
ich czytelnikom, starając się scharakteryzować każdego potrosze. Najprzód tedy delegat, przybyły z Holandyi: Jakób Jansen,
były radca stanu, lat pięćdziesiąt trzy, gruby, krótki, pleczysty,
o krótkich ramionach i nogach kabłąkowatych, z niebieskiemi
okularami na nosie, twarzą okrągłą i mocno czerwoną, stojącą jak
szczotka czupryną i faworytami siwiejącemi, poczciwy człowieczyna,
zapatrujący się cokolwiek sceptycznie na przedsiębiorstwo, którego
praktycznych celów nie mógł dopatrzeć. Delegat duński, Eryk Baldenak, ex wice-gubernator
posiadłości grenlandzkich, wzrostu średniego, o krzywej łopatce,
wydatnym brzuchu, ogromnej i źle przymocowanej do karku głowie, o
wzroku tak krótkim, że miał nos starty od wodzenia nim po książkach
i papierach, niepozwalający nikomu przyjść do słowa, gdy tylko była
mowa o prawach jego kraju, który uważał za legalnego właściciela
okolic podbiegunowych. Przedstawicielem Szwecyi był Jan Harald, profesor
kosmografii w Chrystyanii, który był jednym z najzapaleńszych
stronników wyprawy Nordenskiölda, prawdziwy typ człowieka północy,
o twarzy czerwonej, brodzie i włosach koloru dojrzałego zboża,
mający za rzecz pewną, że przestrzenie, będąc zalane morzem, nie
miały żadnej wartości. Zupełnie zatem nieinteresowany w tej
kwestyi, stawiał się na zjeździe reprezentantów mocarstw li tylko w
imię zasad. Pełnomocnik rosyjski, pułkownik Borys Karkow, napół
dyplomata, napół wojskowy, słusznego wzrostu, sztywny, o sutej
brodzie i wąsach, wydawał się nieswój w swem ubraniu cywilnem,
szukając bezwiednie rękojeści szpady, którą kiedyś nosił,
zaintrygowany mocno projektem North Polar Practical Association i
mogącemi z niego wyniknąć zawikłaniami międzynarodowemi. Przedstawiający Anglię major Donellan i sekretarz jego
Dean Toodrink. Ci dwaj gentlemeni byli wcieleniem wszystkich
apetytów, wszystkich aspiracyj Wielkiej Brytanii, jej instynktów
handlowych i przemysłowych, jej skłonności uważania za swą z prawa
natury własność wszelkich ziem północnych, południowych i
równikowych, nieposiadających legalnego właściciela. Major Donellan, pyszny typ anglika, wielki, chudy,
kościsty, muskularny, śpiczasty, z ptasią szyją, głową á la
Palmerston na uciekających ramionach, z nogami długiemi jak u
czapli, bardzo jeszcze czerstwy mimo sześćdziesiątki, niestrudzony,
jak tego złożył dowody, pracując przy rozgraniczaniu Indyj z
Birmanią. Nikt go nie widział śmiejącego się. Kto wie, może nie
śmiał się nigdy w swem życiu. Bo i po co?... Czyż widział kto kiedy
śmiejącą się lokomotywę, parowiec lub maszynę elewacyjną? W tym ostatnim względzie major różnił się najzupełniej od
swego sekretarza Deana Toodrinka. Dean był mowny, żartobliwy, miał
dużą głowę, kręcące się włosy na skroniach, oczki małe, zmrużone.
Rodem szkot, był znany w swej ojczyźnie tak ze swych krotochwilnych
żarcików, jak z upodobania do wykrętów. Z tem całem wszakże
ożywieniem okazywał się równie stronnym, zawziętym i nieubłaganym
jak major Donellan, gdy szło o prawa i pretensye słuszne i
niesłuszne Wielkiej Brytanii. Ci dwaj delegaci byli oczywiście najzajadlejszymi
przeciwnikami amerykańskiego stowarzyszenia. Podług nich, biegun
północny był ich własnością: do nich należał od czasów
przedhistorycznych; im, to jest anglikom, powierzył Stwórca nadzór
nad obrotem ziemi wkoło osi, - to też potrafią oni wywiązać się z
swego posłannictwa i nie dopuszczą, by ono miało przejść w obce,
niepowołane ręce. Wypada nam zawiadomić czytelników, że chociaż Francya nie
uznała za właściwe wysłać na ten zjazd swego urzędowego delegata,
to jednak pewien inżynier francuz przybył "z miłości dla sztuki,"
by się przyjrzeć zblizka tej interesującej sprawie. Ukaże on się we
właściwym czasie i miejscu. Owóż tedy reprezentanci północnych państw europejskich
przybyli do Baltimore, każdy innym statkiem, obawiając się
wzajemnych wpływów i pamiętając o tem, że są rywalami. Każdy z nich
był zaopatrzony w kredyt, niezbędny do prowadzenia walki. Ale
musimy wyznać przy tej sposobności, że nie mieli oni walczyć
jednakową bronią. Jeden rozporządzał nie całym milionem, drugi sumą
znacznie większą. I prawdę powiedziawszy, za nabycie części naszej
sferoidy, do której przystęp wydawał się całkiem niemożliwy, każda
suma zdawałaby się zawysoką. Najlepiej pod tym względem uposażonym
był delegat angielski, któremu królestwo Wielkiej Brytanii
otworzyło znaczny kredyt. Dzięki temu kredytowi major Donellan nie
obawiał się walki ze swymi współzawodnikami - szwedem, duńczykiem,
holendrem i rosyaninem. Co zaś do Ameryki, inaczej się rzeczy miały
i niełatwo można było zwalczyć ją, a raczej jej dolary. I w
istocie, było bardzo prawdopodobnem, że tajemnicze stowarzyszenie
ma znaczne fundusze w zapasie. Więc ostatecznie walka na miliony
umiejscowi się, podług wszelkiego prawdopodobieństwa, pomiędzy
Stanami Zjednoczonemi i Wielką Brytanią. Wraz z wylądowaniem europejskich delegatów opinia
publiczna zaczęła się roznamiętniać coraz bardziej. Najosobliwsze
wieści obiegały dzienniki. Najdziwaczniejsze przypuszczenia robiono
w kwestyi zamierzonego nabycia bieguna północnego. W jaki sposób
chciano go zużytkować? W żaden - bo i do czego mogły się przydać
nieprzejrzane lodowiska starego i nowego świata? Kto byłby w
możności przejść poza ośmdziesiąty czwarty równoleżnik?
Najkomiczniejsze domysły o celach tego przedsięwzięcia wygłaszał
paryzki dziennik
Figaro. Wszakże delegaci, którzy unikali się wzajemnie w czasie
podróży przez ocean, zaczęli zbliżać się do siebie po przybyciu do
Baltimore. Oto dla jakich przyczyn: W początkach każdy z nich na własną rękę i w tajemnicy
przed drugimi starał się zawiązać stosunki z North Polar Practical
Association. Każdy pragnął dowiedzieć się - by w danym wypadku
skorzystać z tego - jakie są cele tego przedsięwzięcia i jakie
korzyści stowarzyszenie spodziewało się z niego osiągnąć. Otóż nie
znaleźli oni nawet śladów istnienia jakiegoś miejsca, gdzieby się
zgromadzali członkowie tego stowarzyszenia w Baltimore. Ani śladu
biur jakichkolwiek, ani śladu pracujących w nich urzędników. Po
bliższe informacye odsyłano ich do Williama Forstera, mieszkającego
na High-Street, a tymczasem ten wielce szanowny agent składów
stokfisza tyleż, zdawało się, wiedział w tej kwestyi, ile pierwszy
lepszy posłaniec miejski. Tak więc delegaci niczego zgoła dowiedzieć się nie mogli.
Musieli zadowolnić się domysłami, mniej lub więcej niedorzecznemi,
które puszczała w kurs publiczność. Tajemnica stowarzyszenia miała
więc pozostać nieprzeniknioną dopóty, dopóki jemu samemu nie
przyjdzie chętka podnieść kryjącą ją zasłonę. Niejeden łamał sobie
nad tem głowę, a każdy przyszedł do wniosku, że stowarzyszenie
objawi swoje cele nie prędzej, aż się stanie posiadaczem
podbiegunowych przestrzeni. Z tego wszystkiego wynikło to, że delegaci zbliżyli się do
siebie, złożyli sobie wizyty, starali się wybadać wzajemnie i
ostatecznie zawiązali stosunki - być może w celu utworzenia związku
przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi, noszącemu nazwę amerykańskiego
stowarzyszenia. Pewnego wieczoru, a było to w dniu 22 listopada, zebrali
się na naradę do hotelu Wolesley, w apartamencie zajmowanym przez
majora Donellan i jego sekretarza Deana Toodrink. Dążność ta do
wzajemnego porozumienia się była owocem zręcznych usiłowań jednego
z delegatów, nader biegłego dyplomaty. W początkach rozmowa zawiązała się na temat celów, a
raczej korzyści handlowych lub przemysłowych, które stowarzyszenie
projektowało wyciągnąć z nabycia ziem północnych. Profesor Jan
Harald zagaił posiedzenie zapytaniem, czy który z jego kolegów nie
zdołał powziąć jakiej wiadomości w tym względzie. Wszyscy, jeden po
drugim, zeznali, że usiłowali wybadać Williama S. Forstera, do
którego, podług ogłoszenia, należało zwracać się po wszelkie
objaśnienia. - Nie powiodło mi się - powiedział Eryk Baldenak. - Mnie również - dodał Jakób Jansen. - Co do mnie - zabrał z kolei głos Dean Toodrink, - gdy
się przedstawiłem w imieniu majora Donellan w magazynach na
High-Street, znalazłem się oko w oko z grubasem czarno odzianym, w
wysokim kapeluszu i udrapowanym w biały fartuch, okrywający go od
stóp do głowy. Gdy go poprosiłem o informacye co do interesu,
odpowiedział mi, że okręt "South-Star" przybył właśnie z Nowej
Ziemi z odpowiednim ładunkiem i że może mi służyć całym transportem
świeżych stokfiszów na rachunek domu Ardrinell and Com. - Eh! eh! - przerwał stary radca Indyj, zawsze cokolwiek
sceptyczny - lepiej byłoby zakupić cały ładunek stokfiszów,
znajdujący się na okręcie "South-Star," niż rzucić pieniądze w
głębię Oceanu Lodowatego. - Nie o to rzecz idzie - rzekł na to major Donellan tonem
wyniosłym i zwięzłym. - Nie mówimy tu o transporcie stokfisza, ale
o krajach podbiegunowych. - Które Ameryka z chęcią włożyłaby do swojej kieszeni! -
dodał Dean Toodrink, śmiejąc się z własnego dowcipu. - Naraziłoby ją to na zakatarzenie - zawyrokował dowcipnie
jeden z delegatów. - Nie o to rzecz idzie - powtórzył raz jeszcze major
Donellan, - i doprawdy nie rozumiem, co przewidywanie kataru lub
zaziębienia ma wspólnego z naszą konferencyą. Jest rzeczą pewną i
niezaprzeczoną, że dla tej lub innej przyczyny Ameryka,
reprezentowana przez North Polar Practical Association... zauważcie
to słowo "practical," panowie... otóż Ameryka chce nabyć przestrzeń
czterechkroć siedmiu tysięcy mil kwadratowych, leżącą wokoło
północnego bieguna, przestrzeń, określoną istotnie... zauważcie to
słowo "istotnie," panowie... przez ośmdziesiąty czwarty stopień
szerokości północnej... - Wiemy to, majorze Donellan - odpowiedział Jan Harald, -
wiemy to dobrze; ale natomiast nie wiemy, w jaki sposób rzeczone
stowarzyszenie zamierza wyzyskiwać te ziemie (jeżeli to są ziemie)
lub te morza (jeżeli to są morza) dla celów przemysłowych... - Nie w tem leży pytanie - wygłosił po raz trzeci major
Donellan. - Pewne państwo życzy przywłaszczyć sobie za stosowną
pieniężną opłatą część kuli ziemskiej, która to część przez swe
geograficzne położenie, zdaje się, należy wyłącznie do Anglii... - Do Rosyi - rzekł pułkownik Karkow. - Do Holandyi - rzekł Jakób Jansen. - Do Szwecyi i Norwegii - rzekł Jan Harald. - Do Danii - rzekł Eryk Baldenak. Wszyscy delegaci przybrali postawę kogutów, gotujących się
do walki, i przez chwilę należało się obawiać, że rozmowa
przybierze obrót groźny dla zgodnego porozumienia się, gdy Dean
Toodrink począł dyplomatycznie łagodzić: - Moi panowie - rzekł tonem pojednawczym, - nie o to rzecz
idzie, jak mówi mój szanowny zwierzchnik, major Donellan. Ponieważ
w zasadzie zostało postanowione, że strefy podbiegunowe będą
wystawione na sprzedaż przez licytacyę, otóż mają się one dostać
temu z państw, przez was reprezentowanych, które zaofiaruje na ten
cel najwyższą sumę. Ponieważ tedy Szwecya z Norwegią, Rosya, Dania,
Holandya i Anglia otwarły kredyt swym delegatom, czyż nie lepiej by
było, gdyby ci delegaci utworzyli rodzaj syndykatu, coby ich
postawiło w możności rozrządzania sumą takiej wysokości, aby
stowarzyszenie amerykańskie nie poważyło się z nimi stanąć do
walki? Delegaci spojrzeli po sobie. Ten Dean Toodrink wpadł,
zdaje się, na dobry pomysł. Syndykat... W naszych czasach wyraz ten
jest bardzo na dobie. Ludzie tak są przyzwyczajeni zawiązywać
stowarzyszenia tego rodzaju, jak oddychać, jeść, pić, spać. Nic nad
to więcej modnego, tak w polityce, jak i w interesach zwyczajnych. Wszakże, ponieważ na propozycyę wypadało zrobić
jakikolwiek zarzut, a raczej żądać wyjaśnienia, Jakób Jansen stał
się tłumaczem uczuć swych kolegów, wypowiadając następne zapytanie: - A potem? - Tak!... Co ma się stać po uskutecznieniu kupna przez
syndykat? - Ależ, zdaje mi się, że Anglia!... - rzekł major ostro. - I Rosya!... - rzekł pułkownik, którego brwi groźnie się
nastroszyły. - I Holandya!... - wygłosił radca. - Skoro Bóg dał Danię duńczykom... - zauważył Eryk
Baldenak. - Bardzo przepraszam - zawołał Dean Toodrink, - jeden
tylko kraj był dany przez samego Boga! To jest Szkocya, szkotom. - A to co znowu?... - spytał delegat szwedzki. - Czyż poeta nie powiedział:
"Deus nobis Scotiam fecit?" -
odparł żartowniś, tłumacząc dowolnie
haec otia z szóstego wiersza pierwszej sielanki
Wirgiliusza.
Wszyscy parsknęli śmiechem, z wyjątkiem majora Donnellan -
i spór, przybierający niepokojący obrót, po raz drugi został
zażegnany. Dean Toodrink powiedział: - Nie sprzeczajmy się, panowie... Bo i po co?... Utwórzmy
lepiej nasz syndykat. - A następnie?... - spytał Jan Harald. - Następnie? - odpowiedział Dean Toodrink. - Nic nad to
prościejszego, panowie. Skoro się staniecie posiadaczami własności
podbiegunowej, pozostanie ona albo waszym wspólnym, niepodzielnym
majątkiem, albo też za pewną umówioną sumę odstąpicie ją jednemu z
państw interesowanych. Tym sposobem, co najważniejsze, cel główny
zostanie osiągnięty, a tym jest właśnie wyrugowanie stanowcze
przedstawicieli Ameryki! Propozycya ta miała swoję dobrą stronę - przynajmniej w
obecnej chwili, - gdyż w przyszłości, i to bardzo niedalekiej,
można było przypuścić, że się delegaci chwycą wzajemnie za czuby
(czy tylko natura uposażyła ich odpowiednio pod tym względem?), gdy
przyjdzie wybierać ostatecznego nabywcę tej nieruchomości, o którą
tak się dobijano, pomimo że zupełnie nieużyteczną była.
Przyprowadzeniem do skutku tej propozycyi wyłączano - jak to
sprytnie zaznaczył Dean Toodrink - Stany Zjednoczone najzupełniej z
konkursu. - To mi dopiero rozumna myśl - rzekł Eryk Baldenak. - I dyplomatyczna - rzekł pułkownik Karkow. - Dowcipna - zawyrokował Jan Harald. - Przebiegła - rzekł Jakób Jansen. - To pomysł prawdziwie angielski - wygłosił major
Donellan. Każdy z nich rzucił słówko, ciesząc się nadzieją, że w
przyszłości wyprowadzi w pole szanownych kolegów. - Tak więc, moi panowie - przemówił Borys Karkow, -
porozumieliśmy się; i jeżeli utworzymy syndykat, prawa każdego
państwa będą zastrzeżone na przyszłość?... Wszyscy skinęli potakująco. Pozostało teraz dowiedzieć się, jakiej doniosłości kredyt
państwa otwarły swym delegatom. Prawdopodobnie kredyt wszystkich
państw razem przewyższy fundusze, będące w posiadaniu North Polar
Practical Association? Pytanie to zadał Dean Toodrink. Wbrew oczekiwaniu głuche milczenie zaległo salę
posiedzenia. Nikt nie chciał odpowiadać. Ukazać ciekawym zawartość
portmonetki, wypróżnić kieszenie na korzyść kasy syndykatu, objawić
naprzód wszystkim, do wysokości jakiej sumy jest się w możności
prowadzić licytacyę - nikomu nie było pilno. A jeśliby jakieś
nieporozumienie zaszło pomiędzy stowarzyszonymi, tworzącymi
syndykat?... A jeżeli okoliczności zmuszą ich wziąć udział w walce
każdemu za własną sprawę i na własną rękę?... A jeśli przypadkiem
dyplomata Karkow niezadowolony będzie z wybiegów Jakóba Jansena, a
ten ostatni oburzy się na podstępne knowania Eryka Baldenak, ten
znów będzie podrażniony sarkazmami Jana Haralda, zaś Harald ze swej
strony nie zechce tolerować pretensyonalnej wyniosłości majora
Donellan, który znowu nie zaniedba knować intryg przeciw wszystkim
swym kolegom? Jednem słowem - objawić swój kredyt jest to pokazać
karty wtedy, kiedy polityka nakazywała im zachowywać się jak chorym
w ostatnim stopniu suchot. Prawdę powiedziawszy, były tylko dwa sposoby odpowiedzenia
na słuszne ale niedyskretne pytanie Deana Toodrinka: Albo blagować
i przesadzić ilość kredytu posiadanego, coby mogło się stać
kłopotliwem, gdyby przyszło do wypłaty, - albo zmniejszyć ją do
możliwego minimum, tak, żeby odpowiedź obrócić w żart, a całą
propozycyę w niwecz. Myśl tę powziął najprzód ex-radca Indyj, który, jak wiemy,
był dość krotochwilnego usposobienia, a koledzy poszli w jego
ślady. - Panowie - przemówiła Holandya głosem swego
przedstawiciela, - żałuję mocno, ale na cel nabycia krajów
północnych mam do rozporządzenia tylko pięćdziesiąt rixdalerów. - Ja rozporządzam tylko trzydziestu pięciu rublami -
wyrzekła Rosya. - Ja dwudziestu kronorami - przemówiła Szwecya z Norwegią. - Ja zaś nie posiadam więcej nad piętnaście koron - rzekła
Dania. - A więc - rzekł major Donellan tonem, w którym
uwydatniała się cała pogardliwa wyniosłość, cechująca Wielką
Brytanię, - a więc strefy północne staną się waszą własnością,
panowie, gdyż Anglia nie może za nie ofiarować więcej nad jednego
szylinga i sześć pensów. Na tem ironicznem oświadczeniu zakończyła się konferencya
delegatów starego lądu.