1
"Nie mogę zignorować wyników laboratoryjnych"
Młody mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu i nieco zgarbionej postawie usiadł na wysłużonej ławce pod dorodnym klonem. Zapiął czarną kurtkę pod szyję i wcisnął zmarznięte ręce do kieszeni. Obserwował wejście do pobliskiego bloku. Czekał.
Osiedle przypominało mu dzieciństwo. Szare i wymagające od najmłodszych mieszkańców wyjątkowej zaradności. Jedynym kolorowym akcentem w okolicy były obumierające liście drzew.
Uniósł głowę, by spojrzeć na oświetlone latarnią szeleszczące na wietrze listowie. Korona wyglądała jak dziurawy, połatany dziecięcy koc. Wysłużona, sentymentalna pamiątka, która powinna trafić na śmietnik albo strych, podobnie jak niektóre odległe wspomnienia, które mężczyzna wolałby wyrzucić z pamięci. Krzyk ojca, płacz matki, dławiący strach i poczucie bezsilności kotłujące się w ciele zaledwie kilkuletniego chłopca. Miał wrażenie, że te doświadczenia nie pozwalały mu wzrastać, ale bez przerwy ciągnęły go w dół. Ludzie, którzy go znali, mieli całkiem odmienne zdanie na ten temat. To właśnie te bolesne doświadczenia sprawiły, że był zmuszony szybko dorosnąć, a będąc już mężczyzną, potrafił dostrzegać rzeczy całkiem niewidoczne dla innych.
Przez ciemne zaułki przemknęło głośne kaszlnięcie. Mężczyzna spojrzał na zbliżającą się do budynku niepozorną postać. Była to kobieta w średnim wieku. W obu rękach dźwigała białe reklamówki.
Mężczyzna wiedział, że to, co zamierzał zrobić - co musiał zrobić - będzie kosztować wiele. Ona zapłaci cierpieniem. On, prawdopodobnie, wyrzutami sumienia. Nie miał jednak wyboru.
Kobieta otworzyła skrzypiące drzwi. Weszła do starej kamienicy. Wtedy mężczyzna wstał i ruszył w stronę budynku.
Jego serce zabiło szybciej. Po kilku latach podobnych działań powinien umieć zachować martwy spokój - niewzruszoną obojętność. Nie potrafił, a szczególnie nie w tym przypadku. Zapukał do drzwi mieszkania. Po krótkiej chwili w progu stanęła ta sama wątła kobieta. Zadarła głowę i obrzuciła go pytającym spojrzeniem.
- Pan Robert o tej porze?
- Tak. Przepraszam, pani Milewska, ale musimy porozmawiać. Mogę wejść?
- Tylko porozmawiać? - zapytała niepewnie. Wyraźnie obawiała się celu jego wizyty.
- To byłby dobry początek - odparł spokojnie, a ona wpuściła go do mieszkania.
Znał już dobrze jego rozkład, bywał tu wielokrotnie w ciągu ostatniego tygodnia. Sam znalazł drogę do kuchni, gdzie usiadł przy niewielkim stoliku.
- Gdzie jest pani syn?
- Bartuś jest w swoim pokoju. Odrabia lekcje. Napije się pan czegoś, aspirancie?
- Może herbaty - odparł po chwili Robert.
Pomyślał, że rozmowa przy herbacie będzie dobrą okazją do zyskania większego zaufania podejrzliwej kobiety. Zachęci ją do otwartości i szczerości.
Elżbieta Milewska przygotowywała herbatę w ciszy, którą dałoby się ciąć nożem. Musiała podejrzewać, że coś wisi w powietrzu, że aspirant Robert Baczuk nie przyszedł tu dziś wyłącznie na herbatę. Dopiero gdy postawiła dwie szklanki na stole i usiadła, policjant spojrzał jej w oczy i zapytał:
- Opowie mi pani, co przytrafiło się pani mężowi?
- Przecież rozmawialiśmy już o tym wielokrotnie. Skąd ja mogę wiedzieć? - Kobieta uniosła ramiona i utopiła bezradny wzrok w herbacie.
Robert wiedział już, że kłamała. W duchu skarcił się za to, jak długo pozwalał, by wodziła go za nos. Za bardzo przypominała mu jego matkę, by potrafił traktować ją profesjonalnie i oschle jak każdego innego.
- Pani Milewska - zaczął głosem pełnym współczucia. - Oprócz ciała pani męża znaleźliśmy też koc na brzegu jeziora. Włókna pochodzące z koca były również na tylnym siedzeniu pani samochodu.
Cierpliwie wyczekiwał jej reakcji. Uśmiechnęła się lekko i przelotnie na niego spojrzała. Szklanka herbaty w jej dłoniach zadrżała, jak kopnięta elektrycznym szokiem.
- Szukałam tego koca... - powiedziała po chwili milczenia. - Jakiś czas temu byliśmy nad tym jeziorem... na pikniku.
- W samochodzie też były ślady krwi pani męża.
- Nie wiem. Może... Może zaciął się kiedyś, czy coś - cedziła nerwowo. Drżącymi dłońmi odstawiła szklankę. Odeszła od stołu i stojąc do policjanta plecami, złapała za ścierkę, by oczyścić kontuar z niewidocznych okruszków. - Nie wiem - powtórzyła. - Przecież mogło tak być. Zaciął się. To nie jest wykluczone. Coś sobie nawet przypominam.
- Niech pani usiądzie - poprosił Robert stanowczym, choć łagodnym głosem.
Elżbieta pobladła. Chwyciła jedną dłoń w drugą i usiadła przy stole.
- Pani mąż wcale się nie zaciął, oboje o tym wiemy. Krwi w samochodzie było dużo. Znaleźliśmy też jej ślady w łazience, w wannie, w odpływie. Proszę przestać mnie okłamywać. Kiedy przyjechałem tu pierwszego dnia, by poinformować o śmierci pani męża, miała pani siniaka na policzku. Uderzył panią, prawda? Do podobnych zdarzeń dochodziło już wcześniej. Sąsiedzi zeznali, że przynajmniej raz w tygodniu słyszeli porządną awanturę, a niemalże codziennie podniesiony głos pani męża. Znęcał się nad panią.
Milewska słuchała go z uwagą, ale nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Uciekała spojrzeniem z jednego rogu pomieszczenia do drugiego. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Opowie mi pani, co dokładnie się stało tamtego wieczoru?
Robert zawalił gruzem wszystkie możliwe drogi ucieczki, zamykając kobietę w potrzasku. Poczuł wiejący od nieszczelnego okna chłód. Nie podobała mu się rola, jaką przyszło mu teraz odgrywać. Była to rola niby-sprawiedliwego, rozstrzygającego, kto był ofiarą, a kto zbrodniarzem. Może dlatego, że widział tę sytuację nieco inaczej, z osobistej perspektywy, nie czuł satysfakcji z odkrycia prawdy.
Kobieta potarła o siebie dłonie. Dłonie delikatne i kruche. Spracowane i już niemłode. Dłonie morderczyni.
- Wszystko wydarzyło się szybko - przyznała prawie niedosłyszalnym głosem. - Nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam.
- Może zacznie pani od tego, jak do tego doszło? Kto z was jako pierwszy wrócił do domu?
- Ja. Wróciłam do domu około czwartej po południu. Bartuś był wtedy u moich rodziców. Kiedy wrócił mąż, kończyłam doprawiać obiad. Już od progu szukał pretekstu do kłótni. Czepiał się, że syn spędza za dużo czasu u dziadków. Ale czemu się dziwić?
- Znęcał się nad panią, prawda? - zapytał, choć znał odpowiedź.
- Tak, jak mówili sąsiedzi, dość często... Dlatego Bartuś wolał być u dziadków. Nie zawsze tak było. Tylko że...
- Tak?
- Tylko że zdarzało się coraz częściej i coraz bardziej agresywnie. - Zamilkła na chwilę. - Ma pan dzieci?
- Nie mam. Jeszcze nie.
- Więc pewnie pan nie zrozumie, kiedy powiem, że przede wszystkim bałam się o syna.
Rozumiał. Lepiej, niż przypuszczała.
- Co się stanie z moim synem? - zapytała Elżbieta Milewska drżącym głosem. - Trafi do domu dziecka?
- Pewnie będzie mógł zamieszkać z dziadkami - odparł uspokajająco Robert. - W takich sytuacjach najbliższa rodzina ma pierwszeństwo. Sąd zadecyduje.
Milewska przytaknęła niemo. Bezdenna troska na jej twarzy nie była możliwa do zignorowania. Kobieta wyglądała, jakby cały świat w jednej tragicznej chwili zwalił się jej na głowę. Runęło wszystko - jej plany, marzenia, najdrobniejsze nadzieje, a radość życia całkiem wyparowała. Przed aspirantem siedział trup - chwilowo w żywym ciele.
- Pani Milewska... jestem przekonany, że sąd weźmie pod uwagę okoliczności łagodzące. Jeżeli przyzna się pani do winy i wyrazi skruchę...
- Nie może nas pan zostawić w spokoju? Udać, że nigdy się nie dowiedział?
Chciałby to zrobić, nawet bardzo, a mimo to odparł:
- Niestety nie mogę tego zrobić... Chciałaby pani uciekać przez całe życie? Bać się każdego dnia, że ktoś odkryje prawdę?
Kobieta zaprzeczyła niemrawym ruchem głowy.
- Nie mogę zignorować wyników laboratoryjnych - dodał Robert.
Chciał załatwić to najspokojniej i najłagodniej, jak tylko mógł. Był wdzięczny przełożonemu za udzielenie zgody na tak ciche, polubowne zatrzymanie. Ufał, że Milewska nie zrobi niczego głupiego z troski o syna. Nie była zresztą wyrachowaną morderczynią, ale kolejną poturbowaną przez życie istotą, jaką młody policjant spotkał na swojej zawodowej ścieżce.