PROLOG
Masz - rzucił ostro wuj, wciskając mi w dłonie niewiele ważący jutowy worek. Coś w nim było na dnie. - Zajmij
się tym.
Tym? Odwinąłem brzeg szorstkiego materiału i zajrzałem do środka.
Spojrzała na mnie para okrągłych oczu barwy whiskey.
- Przypomina mi ciebie. Taki sam mały mieszaniec - dodał z nutą pogardy
w głosie wuj. Z beczkowatej piersi wyrwał mu się kpiący śmiech.
- Półgłówek - mruknął złośliwie brat cioteczny, mijając mnie i specjalnie szurając nogami, żeby wzbić kurz.
Ogarnęły mnie gniew i poczucie wstydu. Chętnie wytarzałbym w ziemi tę
jego pucołowatą gębę. Wiedziałem jednak, co mogłoby się stać, gdybym tak
postąpił. Wuj sprałby mnie znów, pewnie dwa razy mocniej i dłużej.
Czasem mimo wszystko bywało warto, ale dzisiaj... ręce miałem już zajęte.
Chwyciłem worek nieco inaczej i jego skraj opadł, odsłaniając
niewielkiego szczeniaka. Pół pyszczka miał brązowe, drugie pół białe,
obie plamy koloru dzieliła wyraźna linia. "Mały mieszaniec",
przypomniałem sobie określenie wuja. Z zaciekawieniem przyjrzałem się
pieskowi, a on popatrzył na mnie przejrzystymi ślepkami.
Przykucnąłem i położyłem worek na ziemi. Szczeniak wyskoczył ze środka,
machając ogonkiem tak gorliwie i szybko, że tyłeczek bujał mu się z boku
na bok. Kąciki ust rozciągnął mi uśmiech.
Kopniak był prędki i mocny. Szczeniak zaskomlał z bólu i potoczył się w tył. Zatrzymał się na ścianie szopy, miękko na niej lądując. Zrobiło mi
się żal psiaka, ale zamiast do niego podejść, co już chciałem uczynić,
nie ruszyłem się z miejsca.
- Trzeba go będzie trochę zahartować - stwierdził wuj, drapiąc się tam,
gdzie koszula podjechała mu w górę, obnażając fałdę otłuszczonego
brzucha. Następnie obrócił się na pięcie i odszedł.
Podszedłem do szczeniaka, który przycupnął pod walącą się szopą.
Spojrzał na mnie spod nisko trzymanego łebka, najwyraźniej nadal
obawiając się kolejnego kopnięcia. Zerkał na mnie przez chwilę i jego
mały jak zawiązek kolby kukurydzy ogonek znów zaczął się poruszać i niechcący uderzać o ścianę szopy. Psiak uniósł łebek. Zawahałem się,
obejrzałem za siebie w stronę, gdzie znikł wuj i brat cioteczny, i wziąłem szczeniaka na ręce. Wiercił się i lizał mnie po brodzie.
- On ma rację, wiesz - szepnąłem. - Musisz być mężny. Walcz albo zgiń,
taka zasada tutaj obowiązuje.
Ogonek szczeniaka zatłukł o mój tors, jego ciepłe pulchne ciałko wiło
się z radości, kiedy go do siebie tuliłem.
- Przestań - poinstruowałem psiaka najsurowszym tronem, na jaki mnie
było stać. Spojrzałem mu w oczy i pokazałem zęby, a potem cicho
warknąłem, chcąc go przestraszyć.
Ogonek zaczął walić jeszcze szybciej i mocniej, psiak zaszczekał słabym
piskliwym odgłosem szczenięcej radości. Westchnąłem i skrzywiłem się, bo
lizał mnie po ustach i po policzku. Zastanawiałem się, co mam z nim
zrobić, i wreszcie zabrałem go ze sobą do szopy, a tam położyłem na moim
zatęchłym posłaniu, urządzonym w rogu.
- Tylko się nie przyzwyczajaj - mruknąłem.
W odpowiedzi szczeniak energicznie zamachał ogonkiem, po czym, wyraźnie
zmęczony całą tą pracowitą psią radością, przytulił się do mnie i rozdzierająco ziewnął. Patrzyłem, jak przymyka oczy, i zmarszczyłem
brwi, bo stało się coś dziwnego: zrobiło mi się ciepło na sercu.
Odebrałem to poczucie jako przyjemne, ale i niebezpieczne.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Olivia
Nie sądziłam, że kiedyś poczuję się tak
bardzo nie na swoim miejscu. Kolano podrygiwało mi nerwowo i szybko
upiłam łyk piwa, próbując nie okazywać zmieszania, wtopić się w otoczenie. Byłam niespokojna i ruchy miałam niezborne, więc piwo
chlupnęło i parę kropel osiadło mi na podbródku. Nie ma co, ładnie,
pomyślałam. Przesunęłam palcem po brodzie, zlizałam krople i przygryzłam
usta. Co ja robię? Przecież nie lubię piwa. Starałam się jednak nie
skrzywić w reakcji na jego wodnistą gorycz i ukradkiem zerknęłam na
żłopiącą żółty płyn klientelę baru. Upewniłam się, że niepotrzebnie
zwróciłabym na siebie jeszcze więcej uwagi, gdybym zamówiła kieliszek
białego wina, na które rzeczywiście miałam ochotę.
Powiedział mi, że mam ubrać się na niebiesko, więc wybrałam modry
jedwab. Uznałam, że zalecił mi konkretny kolor, aby mnie wyłowić z tłumu. Powinnam była jednak wziąć pod uwagę, że ten żywy odcień
niebieskiego sprawi, iż do niektórych lokali będę pasowała jak wół do
karety. Na przykład w tej spelunie, gdzie ulubioną barwą zdawała się
czerń, a preferowanym materiałem skóra. Cóż, stało się.
Zacisnęłam palce na szklance. Chłodziła je i dawała mi namiastkę
poczucia bezpieczeństwa. Jeszcze raz dyskretnie rozejrzałam się po
klientach baru, ale zdawało się, że nikt szczególnie mi się nie
przygląda. "Załóż niebieską bluzkę" - powiedział. Odhaczone. "I czekaj
przy barze". Odhaczone. Gdzie on się podziewa? Wygładziłam fałdy
spódnicy i założyłam nogę na nogę. Ile czasu czekać, zanim oficjalnie
będę mogła uznać, iż wystawił mnie do wiatru?
Boże, to jak historia mojego życia w pigułce. Wystawiona do wiatru,
porzucona, pozostawiona samej sobie, puszczona kantem. Zmusiłam się do
wyprostowania pleców, niezadowolona, że zaczynam w myślach biadolić.
Moją uwagę zwrócił dochodzący z głębi baru odgłos zbijanych kul
bilardowych. Zaczęłam obserwować faceta pochylającego się nad stołem i szykującego do uderzenia. Kiedy znów spojrzałam przed siebie, na stołku
barowym obok mnie, przedtem wolnym, siedział mężczyzna w czarnej
bejsbolowej czapce, której daszek przesłaniał większość jego twarzy.
- Olivia Barton - raczej stwierdził, niż spytał.
Serce zabiło mi mocniej. Rozpoznałam ten nieco chropawy głos, słyszany
dziś wcześniej przez telefon.
- Tak. A pan to...?
- Owszem. - Dał znak barmanowi, a ten zareagował skinieniem brody i ruszył w naszą stronę. Mężczyzna w bejsbolówce sięgnął do stojącej na
kontuarze miseczki z fistaszkami i wrzuciwszy sobie kilka orzeszków do
ust, zaczął je nieśpiesznie żuć.
Zacisnęłam wargi, zirytowana swobodną - niemal nonszalancką - postawą
nieznajomego, podczas gdy sama prawie wychodziłam ze skóry.
- Czekałam. Spóźnił się pan - rzuciłam z pretensją w głosie.
Barman podszedł i nieznajomy zamówił piwo, a potem spojrzał w moją
stronę i ruchem głowy wskazał na trzymaną przeze mnie szklankę.
- Dlaczego nie zamówić tego, na co naprawdę ma pani ochotę? - zapytał,
ignorując uwagę o spóźnieniu.
Spojrzałam z wahaniem na wciąż prawie pełną piwa szklankę i ponownie
zwróciłam na niego wzrok.
- Hm...
- Białe wino? - domyślił się.
- Sauvignon blanc.
Ledwie zauważalnie uniósł brew.
- Kieliszek waszego najlepszego białego wina - odezwał się do barmana,
który skinął głową i odwrócił się od nas.
Powiedziałam coś nie tak? - zastanawiałam się.
- Trafiła pani bez problemu?
- Do tego baru? Tak, kierowałam się GPS-em. Czy cała ta tajemniczość
rodem z filmów płaszcza i szpady jest naprawdę konieczna? - Ruchem
ramienia ogarnęłam mroczne wnętrze baru. - Zlecenie, jakie mam dla pana,
jest jak najbardziej legalne.
Przysięgłabym, że dostrzegam leciutkie uniesienie kącików ust
nieznajomego. Przechyliłam głowę, usiłując przyjrzeć mu się dokładniej.
Rysy twarzy ginęły w słabym oświetleniu i cieniu rzucanym przez daszek
czapki, więc jedyne, co zauważyłam, to wyraziste linie. Postawiono przed
nim piwo, przede mną kieliszek wina, a on skinął głową barmanowi i rzucił na blat dwudziestodolarówkę. Napił się piwa. Spostrzegłam, jak
poruszyła mu się grdyka, gdy przełykał, i spróbowałam wina. To
"najlepsze" białe wino okazało się kiepskie i niepotrzebnie słodkie, ale
i tak smaczniejsze niż piwo, które próbowałam pić przedtem, więc znowu
upiłam łyk.
- Płaszcza i szpady nie mam, ale w moim zawodzie nigdy dość ostrożności,
rozumie pani. - Wrzucił sobie do ust kolejną garść orzeszków.
- W takim razie powinien pan uważać z fistaszkami. Ma pan pojęcie, ile
brudnych dłoni już po nie sięgało? - Zmarszczyłam nos, wskazując ruchem
brody miseczkę stojącą na kontuarze.
Przeżuł, przełknął.
- Jeśli mam panią eskortować przez zrujnowane i niebezpieczne rejony
Kolumbii, to lepiej dla pani, żebym nie trząsł się o parę bakterii na
fistaszkach. - Znów wypił długi łyk piwa, a potem na mnie popatrzył.
Spoglądał nieruchomo, a mimo to odniosłam wrażenie, że ogarnął wzrokiem
moją sylwetkę od stóp do głów. Na skórze poczułam dreszcz, jakby w reakcji na jego spojrzenie. Nachmurzyłam się, wytrącona z równowagi
przez obcego mi człowieka.
- Tak czy inaczej - zaczęłam i odchrząknęłam - wspomniał pan przez
telefon, że omówimy konkrety podczas rozmowy. Co chciałby pan wiedzieć?
Zawahał się na ułamek sekundy, zanim zadał mi pytanie.
- Narzeczony dał pani powody do przypuszczeń, że nagle panią zostawi?
- Nie. A jakie mogłyby wchodzić w rachubę?
Spojrzał przed siebie i wzruszył ramionami.
- To pani powinna mieć kobiecą intuicję. Czy podpowiadała pani, że
narzeczony zamierza zwiać gdzie pieprz rośnie?
Zwiać gdzie pieprz rośnie, powtórzyłam w myśli. Cóż, w zasadzie tam
uciekł. Choć czy w Kolumbii rośnie pieprz? O mało nie parsknęłam
nerwowym śmiechem. Wzięłam głęboki oddech i przecząco pokręciłam głową,
chociaż mężczyzna w bejsbolówce nie patrzył na mnie.
- Nie. Wszystko układało się dobrze, jak trzeba, normalnie. Przed samym
jego wyjazdem omawialiśmy plany związane ze ślubem...
Umilkłam, wspominając pamiętny poniedziałek sprzed dwóch miesięcy.
Oczyma wyobraźni ujrzałam Aleca. Golił się, a ja oparłam się o umywalkę
i spytałam go, czy lubi peonie. "Kochanie, gdybym miał pojęcie, co to za
kwiaty, mógłbym udzielić ci odpowiedzi" - odparł. Zaśmiałam się, a on
rzucił mi chłopięco żartobliwy uśmiech, ze szczęką nadal białą od piany.
Serce ścisnęło mi się na wspomnienie tamtego poranka. Teraz wydawał mi
się dawnym snem, w którym człowiek gotów jest przysiąc, że przeżywa coś
realnego, a jednak budzi się i przekonuje, iż było to jedynie senne
rojenie umysłu.
- Powiedział pani, że dokąd się wybiera?
- Do Miami. Umówił tam spotkania w interesach. Miało go nie być tylko
przez tydzień, a kiedy w niedzielę wieczorem nie wrócił, zaczęłam
telefonować na jego komórkę. Nie oddzwaniał, więc we wtorek rano
skontaktowałam się z policją.
Z ciężkim sercem pomyślałam o tamtych dniach, o panice, która mnie
ogarnęła, kiedy zdałam sobie sprawę, iż Alec zaginął, o najgorszych
przypuszczeniach. Wyobrażałam sobie, że leży po wypadku w rowie albo że
został zamordowany w ciemnej alejce.
- Ile razy pani z nim rozmawiała w ciągu tamtego tygodnia?
- Wcale - odparłam, przecząco kręcąc głową. Wiedziałam, że wyda mu się
to nietypowe, ale z reguły nie kontaktowałam się z narzeczonym w trakcie
jego nieobecności. - Rzadko ze sobą rozmawialiśmy, kiedy wyjeżdżał w interesach. Koncentrował się na pracy, wstawał wcześnie, kładł się spać
późno. Wysłał mi esemesa po przyjeździe na miejsce, dając znać, że
dotarł bezpiecznie, ale potem nie miałam od niego wiadomości.
Nieznajomy zachował milczenie, którego nie próbowałam wypełnić
dodatkowymi informacjami. To nie była jego sprawa. Szczerze mówiąc,
lubiłam czasową nieobecność Aleca, kiedy oddawał się pracy. Robiliśmy
sobie krótką przerwę w kontaktach i tym bardziej niecierpliwie
wyczekiwałam, aż zobaczę go po powrocie. Czas spędzony osobno za każdym
razem dodawał pieprzyka naszemu powitaniu. Uwielbiałam to.
- Dzwoniła pani do jego współpracowników, dowiadywać się, czy
rzeczywiście tam pojechał?
- Nie. Alec jest niezależnym przedsiębiorcą, nie ma wspólników. Nie
spytałam nawet o nazwiska osób, z którymi miał się spotkać. To było coś
związanego z rozwojem oprogramowania. Tylko tyle mi wiadomo. Policja
poinformowała mnie, że nie zameldował się w hotelu, w którym miał się
zatrzymać. Stwierdzili, że w ogóle nie pojawił się w Miami. Kiedy
policja zabrnęła w ślepą uliczkę, wynajęłam prywatnego detektywa.
- A on namierzył go w Kolumbii.
- Tak.
- Domyśla się pani, dlaczego pojechał akurat tam, w dodatku nic pani nie
mówiąc?
- Nie.
Zmarszczyłam brwi. Nie byłam pewna, czy człowiek, którego wynajmowałam,
żeby mnie zabrał do Kolumbii, do Aleca, ma znać wszystkie informacje,
które zebrał dla mnie prywatny detektyw. Przecież powinna mu wystarczyć
wiadomość, dokąd chcę się udać. Z drugiej strony, i tak już poznał
większość danych i zapewne pytał tylko po to, żeby się upewnić.
Wynajęty przeze mnie detektyw wytropił Aleca w pewnym nadmorskim
miasteczku w Kolumbii, niedawno nawiedzonej przez trzęsienie ziemi, po
którym przyszła potężna fala tsunami. Poprosiłam go, żeby mi pomógł
znaleźć kogoś, kto by mnie tam zabrał. Początkowo twierdził, że nie zna
osoby, która podjęłaby się takiego zadania, ale jednak rozpuścił wici.
Nie robiłam sobie nadmiernych nadziei, ale w końcu ktoś do mnie
zadzwonił i powiedział, że mam się z nim spotkać w tym słabo oświetlonym
barze w szemranej dzielnicy.
- Jest pani pewna, że on chce, by go odszukać?
Serce mi na moment zamarło i zaczęłam nerwowo skubać palcami etykietkę
butelki z piwem, nadal stojącej obok mojej pełnej szklanki.
- Nie - szepnęłam.
Właśnie w tym kryło się największe ryzyko. Może być i tak, że Alec wcale
nie chce zostać przeze mnie odnaleziony. Może przebywa tam, gdzie
zamierzał się znaleźć, ale... nie potrafiłam w to uwierzyć. Może kierowało
mną myślenie życzeniowe, może byłam kompletną idiotką, lecz co jeśli... on
chce wrócić do mnie, tylko nie jest w stanie? A jeśli został ranny? Co
jeśli sądził, że... Potrząsnęłam głową, siłą woli odrywając się od
zadawania sobie pytań, które tłukły mi się po głowie i na które nie
znajdowałam odpowiedzi. Tych samych, które od dwóch miesięcy nie
pozwalały mi spokojnie przespać całej nocy. Tylko w jeden sposób mogłam
wyjaśnić sprawę zniknięcia Aleca i właśnie zamierzałam to zrobić.
- Tak czy inaczej doceniam pana gotowość do zajęcia się tą sprawą... -
Urwałam na moment i podjęłam: - Gdybym musiała, jakoś bym sobie z tym
poradziła sama, przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak zniszczenia
spowodowane trzęsieniem ziemi utrudniają podróżowanie, a ja nie znam
tego kraju ani nie władam zbyt dobrze hiszpańskim. Wszystko to razem
wziąwszy, może znacznie spowolnić poszukiwania, a na zwłokę nie mogę
sobie pozwolić.
Mężczyzna obrócił się w moją stronę i po chwili milczenia oznajmił:
- Prawdę mówiąc, w innych okolicznościach nie przyjąłbym pani zlecenia,
ale tak się składa, że mam coś do załatwienia w okolicy, do której chce
się pani przedostać. Hiszpańskim mówię płynnie. A kasa to kasa. Przed
wyjazdem będziemy musieli ustalić parę reguł.
- Reguł?
- Tak. Pojedziemy w rejony, gdzie roi się od przestępców. Po trzęsieniu
ziemi oraz po tsunami zniszczenia są znaczne, a przy braku łączności ze
światem zewnętrznym okolica może okazać się jeszcze niebezpieczniejsza.
Kiedy gasną światła, z zakamarków wyłażą karaluchy.
- Karaluchy? Och. Cóż, w tym przypadku pan jest ekspertem. Zatrudniam
pana jako przewodnika, więc będzie tak, jak pan zdecyduje. Muszę się
dostać do Palomino. Nic więcej się dla mnie nie liczy.
- A jeśli sprawy nie ułożą się po pani myśli?
Czyli co zrobię, jeśli Alec nie będzie chciał mieć ze mną do czynienia,
pomyślałam. Oznajmi, że mnie nie chce, że jestem idiotką. Przecząco
pokręciłam głową.
- Nie wiem. Czy będzie pan w stanie zabrać mnie z powrotem... w razie
czego?
Spojrzał na mnie ponownie. Akurat w tym momencie otworzyły się drzwi i dzienne światło zalało wnętrze baru, na chwilę ukazując twarz mojego
przewodnika. Zaskoczył mnie kolor jego oczu - opalizujący ciemnoszary,
grafitowy - i uważniej przyjrzałam się jego twarzy. W tym momencie
zatrzasnęły się drzwi baru, a mój towarzysz na powrót pogrążył się w cieniu. Zdążyłam jednak dostrzec wystarczająco wiele, by wiedzieć, że
jest przystojny, choć rysy miał zbyt wyraziste. Linia ust była raczej
wąska, twarz składała się z kanciastych płaszczyzn i wgłębień. Zdawało
się, że cały jest z wyraźnych krawędzi i stalowej szarości. Niczym
ostrze noża. Wbrew samej sobie poczułam, że po plecach przebiegł mi
zimny dreszcz.
- Nie będę mógł zabrać pani z powrotem. Po dotarciu do Palomino będzie
pani zdana wyłącznie na siebie.
Och. Zawiedziona, przygryzłam wargę. Mogłam tylko się modlić, aby sprawa
z Alekiem okazała się... możliwa do wyjaśnienia, liczyć, że na miejscu
odczekamy, póki znów nie otworzą lotnisk, i wrócimy razem. Oby tak się
stało! Jeśli nie, to znajdę sobie lokum i wrócę do Stanów wtedy, kiedy
będzie to możliwe. Na pewno udałoby mi się wynająć pokój. Podejmowałabym
w ten sposób kolejne ryzyko, ale, doprawdy, co za różnica - jedno mniej
czy więcej?
- Nie ma sprawy. Jeśli tylko zdoła mnie pan tam zawieźć, o powrót do
domu sama zadbam.
Powrót do domu, powtórzyłam w myśli.
Mężczyzna wzruszył ramionami, ale nie skomentował moich słów.
- Aha - dodałam, sięgając do trzymanej na kolanach torebki - przyniosłam
pieniądze.
Wyjęłam kopertę z gotówką, aby mu ją podać, jednak się wstrzymałam.
- Skąd mogę wiedzieć, że nie ulotni się pan z pieniędzmi?
- Znikąd - odparł krótko.
Milczałam. Co ja najlepszego wyprawiam, zreflektowałam się, wynajmuję na
przewodnika człowieka, o którym nic nie wiem. Zamierzam wręczyć mu sporą
kwotę za zlecenie, którego rezultatów nie mógł mi zagwarantować. Jednak
nie mam wyjścia, to jedyny sposób na dotarcie do Aleca, uznałam
ostatecznie, wyciągając rękę z kopertą.
- Resztę mój prawnik prześle panu przelewem po wykonaniu zadania -
powiedziałam - natychmiast po otrzymaniu instrukcji ode mnie. Będzie mi
tylko potrzebny pański numer ubezpieczenia i dane konta bankowego.
Obiecuję to panu. Może mi pan zaufać.
Spostrzegłam, że popatrzył na mnie z rozbawieniem, po czym znów przybrał
obojętną minę. Poczułam, że się rumienię. Oczywiście, że mi nie ufa,
pomyślałam, i jest mu wszystko jedno, czy jestem godna zaufania, czy
nie. Gdybym nie zapłaciła mu za wykonane zlecenie, pewnie zamordowałby
mnie dla samej zasady.
Wziął ode mnie kopertę, wsunął ją do kieszeni kurtki, ale nie odwrócił
wzroku. Nagle policzek mnie zapiekł, zupełnie jakby jego spojrzenie
wydzielało ciepło. Co za śmieszna myśl! Po prostu cała ta sytuacja
wytrąciła mnie z równowagi. Jak to się stało, że życie mnie tu
przywiodło?
Tymczasem przewodnik wziął długopis z barowego kontuaru, szybko
zanotował na serwetce dane do przelewu i przesunął w moją stronę, a ja
schowałam ją do torebki. Tymczasem on dokończył piwo, odstawił pustą
szklankę i wstał.
- Odezwę się.
- Kiedy?
- Niedługo. Muszę parę spraw załatwić. Ma pani ważny paszport?
- Tak.
Skinął głową.
- To dobrze. Proszę nie brać dużo bagażu, ograniczyć się do plecaka i najmniejszego śpiwora, jaki pani znajdzie. I proszę być w gotowości.
Być w gotowości? Śpiwór?! Otworzyłam usta, chcąc wypytać go o szczegóły.
Jakie sprawy chciał załatwić? I co to znaczy "niedługo"? Zanim zdążyłam
się odezwać, odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Nikt nawet nie
obejrzał się w jego stronę, zupełnie jakby był duchem, którego tylko ja
jestem w stanie zobaczyć. Wyszedł i nagle dotarło do mnie, że nawet mi
się nie przedstawił.
ROZDZIAŁ DRUGI
Thomas
Siedziałem w furgonetce w głębi ulicy,
obserwując, jak Olivia Barton wprowadza białego SUV-a do garażu i jak
powoli zamykają się automatyczne drzwi. Po kilku minutach ujrzałem, że
kolejno zapalają się światła w jej domu, w miarę jak przez niego
przechodziła. Oparłem stopę na progu drzwi, a łokieć na uniesionym
kolanie i potarłem szczękę. Czekałem. W końcu rozjaśnił się pokój od
frontu na pierwszym piętrze - najprawdopodobniej jej sypialnia.
Mogłem sobie wyobrazić, jak zrzuca z nóg buty na obcasach i rozpina tę
bluzkę, w której się pojawiła, niebieską jak pieprzone letnie niebo.
Mówiąc, że ma być na niebiesko, miałem na myśli coś ciemniejszego, a ta
kobieta jarzyła się niczym promień błękitnego lasera w mrocznym barze.
Cóż, to bez znaczenia. Byłem pewien, że nikt mnie nie śledził, a pomijając parę pożądliwych spojrzeń, żaden z klientów jej nie zaczepiał.
Widać było wyraźnie, że zapuściła się w okolice, gdzie nie powinna się
pojawić, i bywalcy trzymali się od niej z daleka.
Wybrałem to miejsce z premedytacją, żeby móc jej się przyjrzeć. W zasadzie nie miałem powodu podejrzewać, że jest kimś innym, niż mówiła,
ale wiadomo, że w mojej profesji trzeba ocenić sytuację ze wszystkich
stron, nim zacznie się działać. Obserwowałem ją przez niemal dwadzieścia
minut, zanim zająłem sąsiedni pusty stołek przy barze. Wystarczyłaby
minuta czy dwie, by się przekonać, że jest dokładnie tą osobą, za którą
się podaje - zamożną, chowaną pod kloszem dziewczyną, która nigdy w życiu nie była w takim przybytku - ale przez pozostały kwadrans po
prostu cieszyłem oczy widokiem.
Nie dostrzegałem wtedy wyraźnie jej twarzy, podobała mi się jednak jej
kobieca sylwetka - siedziała wyprostowana jak struna, nieco wypinając
usadowiony na barowym stołku tyłeczek. Podobał mi się ruch, jakim
skrzyżowała zgrabne nogi i to, jak skubała naklejkę na butelce z piwem.
Wyglądała niczym uosobienie elegancji, jak dama, która znalazła się w lokalu dla siebie nieodpowiednim. Bardzo starała się nie okazać po
sobie, że nie czuje się pewnie, jednak sprawiała wrażenie
podenerwowanej. Nie zachowywała się tak, jakby cały świat należał do
niej, nie demonstrowała aroganckiej postawy, którą tak często widywałem
u bogatych uprzywilejowanych kobiet. Wydawała się bezradna, osamotniona,
a to poruszyło mnie w sposób, którego nie umiałem sobie wytłumaczyć.
Kiedy wreszcie podszedłem blisko, jej twarz też mi się spodobała.
Okazała się subtelnie ładna, a kiedy widziałem, jak zmienia wyraz pod
wpływem różnych uczuć, zdawała mi się coraz ładniejsza. Mimika
odzwierciedlała wszelkie emocje Olivii Barton, każda reakcja z miejsca
odbijała się w jej dużych błękitnych oczach, a ja zastanawiałem się, czy
jest tego świadoma. Uznałem, że pewnie nie. Kto chciałby być aż tak
łatwy do rozszyfrowania dla innych? Nic dziwnego, że stanowiła łatwy
cel. Może do niedawna nie miała pojęcia, jak smakuje zdrada, jak boli
świadomość, że ktoś zna twoje czułe punkty i wykorzystuje je przeciwko
tobie.
Poznałem ten ból, ale zdążyłem odrobić lekcję. Nauczyłem się kryć emocje
tak, by już nikt nie mógł mnie zranić. Z tego powodu pozwalam ludziom
zobaczyć tylko to, co chcę im pokazać, i ani odrobiny więcej.
Od długiego czasu nie wspominałem tamtej klatki dla psa, pozostawionej
na skraju posesji wuja, a teraz z nieznanego mi powodu myśli znów mnie
tam zawiodły. Agresywny warkot, pisk bólu, odór krwi - z trudem
przegnałem ten obraz, uznając, że nie ma najmniejszego sensu wracać do
tamtego momentu w przeszłości.
Zatrzymałem wzrok na oknie na piętrze. Co ja tu, do diabła, robię?!
Prowadzę rozpoznanie terenu? Przecież upewniłem się, że Olivia Barton
jest osobą uczciwą. A skoro tak, po co, do cholery, sterczę przed jej
domem, patrząc, jak światła gasną jedno po drugim, aż zgasło również to
w jej sypialni?
Położyła się, a ja nie mogłem się oprzeć i oczami wyobraźni ujrzałem
rozpostarte na poduszce kasztanowe włosy, rysujący się pod przykryciem
obrys szczupłej sylwetki. Zastanawiałem się, w czym sypia, i doszedłem
do wniosku, że pewnie w jedwabiu. Na tę myśl niespodziewanie poczułem
przypływ pożądania. Zmarszczyłem brwi, przekręciłem kluczyk w stacyjce i silnik furgonetki zamruczał, budząc się do życia. Tak, nie warto się
oszukiwać. Klientka pociąga mnie jako kobieta, a to zdecydowana
niedogodność. Po pierwsze, zostałem przez nią zatrudniony, by odnaleźć
zaginionego narzeczonego, który złamał jej serce, a po drugie -
zamierzałem ją wykorzystać dla własnych celów.
Zakląłem cicho pod nosem, wycofałem samochód i odjechałem. Do diabła,
wynikł kłopot, ale sobie poradzę. Fakt, już dawno nie miałem w łóżku
kobiety, a to nie pomaga. Na odległej pustyni, dokąd mnie wysłano na
prawie rok, kobiet było niewiele. Mimo to od czasu powrotu do Stanów
żadna szczególnie mnie nie zainteresowała. Jasne, że spotykałem
atrakcyjne laski, ale żadna z nich nie wyzwoliła iskry, która sprawia,
że seks jest atrakcyjny. Bez tej siły napędowej, która skłaniała mnie,
by na konkretną noc wziąć właśnie tę kobietę, równie dobrze mogłem użyć
własnej ręki i oszczędzić sobie niezręcznego pożegnania następnego
ranka.
Zatrzymałem się w motelu położonym zaledwie dziesięć minut drogi od
zamożnej dzielnicy mieszkalnej Las Vegas, gdzie znajdował się dom Olivii
Barton, ale te dziesięć minut czyniło ogromną różnicę. W okolicy motelu
hałaśliwe grupy nastolatków wystawały na rogach ulic, kobiety
przechadzały się krokiem zbyt powolnym, by faktycznie mogły dokądś
zmierzać. Motel był zapuszczony i obskurny, parking zaśmiecony ulotkami
oferującymi zniżkowe ceny za seks.
Drzwi sąsiedniego pokoju otworzyły się wtedy, kiedy wchodziłem do
siebie. Na zewnątrz wytoczyła się dziewczyna wyglądająca na
szesnastolatkę, z umalowanymi wargami i półprzytomnymi oczyma. Z głębi
pokoju dobiegło beknięcie mężczyzny. Dziewczyna podniosła na mnie wzrok
i uśmiechnęła się nieco niepewnie, a zarazem kusząco.
- Nie potrzebuje pan towarzystwa?
- Nie, niemniej dziękuję pani uprzejmie.
Zamrugała powiekami, przechylając głowę na ramię. Zatrzasnąłem drzwi
mojego pokoju, zdjąłem bejsbolówkę i rzuciłem ją na łóżko. Obszedłem
pokój, sprawdziłem okna i zamki, przyjrzałem się ułożeniu własnych
rzeczy, upewniając się, że niczego nie przekładano z miejsca na miejsce
i w czasie mojej nieobecności nikogo w tym pokoju nie było.
Podkręciłem klimatyzację i zdjąłem ubranie, zostawiając je na podłodze
łazienki. Chłodna woda okazała się cudowna; aż jęknąłem z zadowolenia
pod prysznicem. Zamierzałem się nacieszyć każdym możliwym zimnym
prysznicem przed wylotem do Kolumbii. Bóg raczy wiedzieć, kiedy czeka
mnie następny. Niecałe dwa miesiące wcześniej kraj nawiedziło potężne
trzęsienie ziemi o sile ośmiu i dwóch dziesiątych stopnia, powodując
znaczne ofiary w ludziach i niemal równając z ziemią wiele małych
miasteczek. Zaraz potem fala tsunami zaatakowała miejscowości
przybrzeżne, niosąc kolejne zniszczenia. Infrastruktura nigdzie nie
działała, prowiant i paliwo były trudno dostępne, a łączność w najlepszym razie sporadyczna. W ostatnich latach przycichły walki
pomiędzy żołnierzami partyzantki a oddziałami armii, ale w następstwie
kataklizmu konflikty zaczęły odżywać na nowo, a kolejne grupy
rebeliantów wychodziły z ukrycia. Katastrofa naturalna dodała odwagi
kryminalnym elementom wszelkiego autoramentu, począwszy od
zorganizowanych politycznych frakcji i potężnych narkotykowych bossów,
na drobnych rzezimieszkach kończąc.
W wielu miejscach dopiero zaczynano odbudowę. Mógł to być długotrwały
proces, zwłaszcza w biedniejszych wiejskich rejonach, gdzie sieć dróg
uległa zniszczeniu i nie było którędy przysłać pomocy.
Przywykłem do przedzierania się przez niedostępne tereny, potrafiłem
sobie poradzić w bardzo trudnych warunkach i okolicznościach, czego nie
można powiedzieć o Olivii Barton. Była całkiem niedoświadczona.
Wzdrygnąłem się na myśl, jak będzie wyglądał tydzień czy dwa wędrówki
przez puszczę amazońską, andyjskie pogórze i wreszcie na karaibskie
wybrzeże. W Kolumbii po trochu występowały wszystkie te typy
ukształtowania terenu. Byłem pewien, że Olivia znała jedynie porządne
ośrodki wypoczynkowe, gdzie tropikalny drink czekał przy basenie.
Spłukałem szampon z włosów, potrząsając głową i resztka mydlin spłynęła
mi po ramionach i plecach. Zapowiadało się, że czeka mnie piekło, jednak
odmienne od tego, do którego przywykłem. Warto jednak je przetrwać,
jeśli rezultat okaże się taki, jak oczekiwałem.
Jeśli zaś chodzi o Olivię Barton, to sama zdecydowała się na wędrówkę
przez rojący się od przestępców, zrujnowany kraj, żeby namierzyć durnia,
który ją okłamał i porzucił. Zamierzałem dopilnować, żeby odbyła ją w miarę bezpiecznie. W swojej robocie byłem niezły i nie żywiłem
wątpliwości, że do Palomino dostarczę dziewczynę całą i zdrową.
Zdarzało mi się użyć innych ludzi dla dobra większej sprawy. Nie
sprawiało mi to przyjemności, ale bywało złem koniecznym. Dlaczego więc
myśl o wykorzystaniu Olivii Barton nie była mi miła? Nie wiedziałem.
Przypuszczałem, że w grę wchodzi pociąg fizyczny, jaki do niej poczułem.
Wielka szkoda, że nie poznałem Olivii w innych okolicznościach. Zdarza
się, że przypadkowe spotkanie i wymiana spojrzeń powoduje, iż między
dwojgiem zaczyna iskrzyć, a ciało momentalnie mówi ci: ta i żadna inna.
Lubiłem takie chwile. Z natury i z zawodu byłem myśliwym. Nie mogłem
tego zmienić, podobnie jak ciemnoszarych oczu, które onieśmielały
niektóre kobiety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki