1
Spotkanie odbywało się w sali bez okien.
Miała kształt prostokąta, a powodem braku okien był brak zewnętrznych ścian. Pomieszczenie znajdowało się wewnątrz większego, kwadratowego. A to kwadratowe mieściło się w jeszcze większym pomieszczeniu o kształcie ośmiokąta. Ta złożona struktura sal tworzyła centrum kierowania oddziału S2 w zakładzie karnym prowadzonym przez firmę Usługi Penitencjarne Minerva w Winson w stanie Missisipi. Wraz z siostrzanym oddziałem izolacyjnym, S1, centrum było najlepiej zabezpieczonym miejscem w całym kompleksie. Układ ścian przypominał średniowieczny zamek z koncentrycznie ułożonymi kręgami. Centrum kierowania zaprojektowano tak, by było nie do zdobycia. Z zewnątrz, nawet w przypadku ataku skrajnie zdeterminowanych wybawców. A także od środka, nawet podczas najbardziej gwałtownego buntu więźniów.
Kwestia bezpieczeństwa nie była bez znaczenia, ale centrum wybrano przede wszystkim ze względu na odizolowanie od reszty kompleksu, by zachować spotkanie w całkowitej tajemnicy. Dlatego że reszta oddziału S2 była pusta. Ani strażników. Ani personelu administracyjnego. Dzięki metodom zarządzania więzieniem przez obecne kierownictwo nie byli potrzebni. I żadna ze stu dwudziestu izolatek nie była zajęta. Progresywne podejście stanowiło powód do wielkiej dumy. I wielki atut dla PR-u.
Sześciu mężczyzn obecnych w sali uczestniczyło w potajemnym spotkaniu, trzecim w ciągu tego tygodnia. Siedzieli przy długim, wąskim stole, a pod białą ścianą bez żadnych ozdób stały dwa zapasowe krzesła. Meble zrobiono z jasnoniebieskiego poliwęglanu. Każdy został odlany w jednej formie, więc nie miały złączy i spoin. Kształt i materiał utrudniały ich zniszczenie. Kolor utrudniałby ukrycie w nich jakichś przedmiotów. Meble były praktyczne. Ale niezbyt wygodne. Zostały po poprzedniej administracji.
Połowa mężczyzn w pomieszczeniu była w garniturach: Bruno Hix, dyrektor generalny i współzałożyciel Minervy, który zajmował miejsce u szczytu stołu; Damon Brockman, dyrektor operacyjny i drugi współzałożyciel firmy, siedzący po prawej ręce Hixa; i Curtis Riverdale, naczelnik więzienia, obok Brockmana. Mężczyzna obok Riverdale'a, ostatni z siedzących po tej stronie stołu, był w mundurze. Nazywał się Rod Moseley i pełnił funkcję komendanta policji w Winson. Naprzeciw nich, po lewej stronie Hixa, siedzieli dwaj faceci pod trzydziestkę. Obaj w czarnych T-shirtach i dżinsach. Jeden miał złamany nos, podbite oczy i całe czoło we wściekle fioletowych siniakach. Drugi nosił lewą rękę na temblaku. Obaj starali się unikać wzroku czterech pozostałych mężczyzn.
- Czyli jest problem czy go nie ma? - Brockman wzruszył ramionami. - Czy ktoś może stwierdzić z całą pewnością, że jest? Nie. Dlatego powinniśmy działać zgodnie z planem. Zbyt wiele możemy stracić, żeby się bać własnego cienia.
- Nie. - Riverdale pokręcił głową. - Ja widzę to tak: jeżeli nie można wykluczyć problemu, to znaczy, że jest problem. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. Powinniśmy...
- Powinniśmy się upewnić - przerwał mu Moseley. - I podjąć decyzję na podstawie faktów. Najważniejsza rzecz to ustalić, czy facet zaglądał do koperty. Musimy to wiedzieć.
Nikt się nie odezwał.
- No? - Moseley wyprostował nogę pod stołem i kopnął tego z temblakiem. - Pobudka. Odpowiedz na pytanie.
- Dajcie mi spokój. - Facet z temblakiem stłumił ziewnięcie. - Musieliśmy jechać całą noc, żeby się dostać do Kolorado. A potem znowu całą noc jechaliśmy tutaj.
- Tylko nam się tu nad sobą nie użalaj. - Moseley znowu trącił go stopą. - Po prostu nam powiedz. Zaglądał?
Ten z temblakiem wbił wzrok w ścianę.
- Nie wiemy - rzucił.
- Zaglądanie do koperty jeszcze o niczym nie przesądza - zauważył Riverdale. - Jeżeli zajrzał, musimy wiedzieć, czy zrozumiał, co zobaczył. I co zamierza z tym zrobić.
- Nie ma znaczenia, czy zaglądał - powiedział Brockman. - Gdyby nawet, to co z tego? Nie znajdzie tam zupełnie nic, co naprowadziłoby go na trop.
Riverdale pokręcił głową.
- Wymienia się tam dziesiątą rano w piątek. Bardzo wyraźnie. Jest godzina, data i miejsce.
- I co z tego? - Brockman uniósł ręce. - Piątek to okazja do świętowania i radości. Nie ma w tym absolutnie nic podejrzanego.
- Ale w środku była fotografia. - Riverdale akcentował każdą sylabę ruchem palca w powietrzu. - Osiem na dziesięć. Nie da się jej nie zauważyć.
- To też jeszcze nic nie oznacza. - Brockman odchylił się na oparcie krzesła. - Przynajmniej dopóki facet tu nie przyjedzie. Jeżeli w ogóle pojawi się w piątek. Ale nawet wtedy nic nam nie grozi. Wybraliśmy bardzo starannie.
- Wcale nie. Przecież to niemożliwe. Mogliśmy wybierać tylko z dziewięciu.
Przez twarz Moseleya przemknął uśmiech.
- Paradoks, nie? Że wybraliśmy naprawdę niewinnego człowieka.
- Nie nazwałbym tego paradoksem. - Riverdale zmarszczył czoło. - I wcale nie mieliśmy dziewiątki. Była tylko piątka. Reszta miała rodziny. To było kryterium wykluczające.
- Dziewiątka? - powtórzył Brockman. - Piątka? Co za różnica? Cyfra nie ma znaczenia. Liczy się tylko wynik. A wynik jest całkiem dobry. Nawet jeśli ten facet się pojawi, to jak blisko może podejść? Będzie w odległości co najmniej dwudziestu pięciu metrów.
- Nie musi się wcale pojawiać. Może zobaczyć to w telewizji. W internecie. Przeczytać o tym w gazetach.
- Naczelnik ma rację - wtrącił się Moseley. - Byłoby chyba lepiej tym razem nie budzić aż takiego zainteresowania. I cofnąć zgodę na obecność mediów. Można wstawić jakiś kit o poszanowaniu prawa osadzonych do prywatności albo coś w tym rodzaju.
- Nie ma potrzeby. - Brockman pokręcił głową. - Przypuszczacie, że ten facet ma telewizor? Komputer? Prenumeruje "New York Timesa"? Przecież to nędzarz, na litość boską. Przestańcie szukać kłopotów, bo ich nie ma.
Hix zabębnił palcami o blat.
- Obecność w mediach jest dobra dla marki. Nigdy niczego nie zatajamy. Od zawsze. Jeżeli teraz to zmienimy, wzbudzimy tylko większe zainteresowanie. Ludzie pomyślą, że coś jest nie tak. Wydaje mi się jednak, że musimy wiedzieć, czy zajrzał do środka. - Hix odwrócił się do mężczyzn w T-shirtach. - Gdybyście mieli zgadywać... Nie ma złych odpowiedzi. Stało się, co się stało. Rozumiemy. Powiedzcie nam tylko, co wydaje się wam najbardziej prawdopodobne.
Ten ze złamanym nosem nabrał haust powietrza przez usta.
- Chyba zajrzał.
- Chyba? - powtórzył Hix. - Czyli nie jesteś pewien.
- Nie na sto procent.
- Okej. Gdzie była koperta?
- W torebce.
- A torebka?
- Na ziemi.
- Ty ją tam postawiłeś?
- Chciałem mieć wolne ręce.
- Gdzie była, kiedy przyjechał samochód? - spytał Hix.
- Na ziemi - odpowiedział ten z temblakiem.
- W tym samym miejscu?
- Skąd mamy wiedzieć? Nie było mnie tam, kiedy Robert ją postawił. A gdy ją wziąłem, Robert był nieprzytomny.
Hix milczał przez chwilę.
- No dobrze - rzucił w końcu. - Jak długo ten facet był sam z torebką?
- Nie wiemy. Chyba niedługo. Najwyżej parę minut.
- Czyli nie można wykluczyć, że zaglądał - zauważył Hix. - W każdym razie miał czas, żeby przynajmniej zerknąć.
- Zgadza się - przyznał ten ze złamanym nosem. - No i trzeba pamiętać, że torebka była rozerwana. Jak to się stało? I dlaczego? Myśmy tego nie zrobili.
Brockman pochylił się nad stołem.
- Z tego, co mówiliście, było straszne zamieszanie. Wszędzie szczątki. Totalny chaos. Torebka pewnie została rozdarta przypadkiem. Nie wydaje mi się, żeby to był istotny trop. Dwaj pozostali nie informowali nas, że zaglądał do koperty.
- W ogóle się nie odezwali - oznajmił ten z temblakiem. - Nie wiemy, gdzie są.
- Pewnie jeszcze w drodze - powiedział Brockman. - Prawdopodobnie mają kłopoty z telefonem. Ale gdyby było się czym martwić, znaleźliby sposób, żeby się z nami skontaktować.
- A facet ani słowem nie wspomniał o tym policji - dodał Moseley. - Kilka razy rozmawiałem z porucznikiem. To musi coś oznaczać.
- Mimo to wydaje mi się, że zaglądał - upierał się ten ze złamanym nosem.
- Powinniśmy to wstrzymać - wyraził swoje zdanie Riverdale.
- W życiu nie słyszałem głupszej propozycji - odparł Brockman. - To nie my ustaliliśmy datę, nie my wybraliśmy godzinę. Zrobił to sędzia, kiedy podpisał nakaz zwolnienia. Przecież wiecie. Jeżeli zaczniemy kretyńsko grać na zwłokę, zaraz będziemy mieli na karku stado inspektorów. Wiecie, czym to się dla nas skończy. Równie dobrze możemy tu i teraz strzelić sobie w łeb.
Riverdale spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi.
- Nie chodzi mi o zwłokę. Mówię o tym, żebyśmy wrócili do pierwotnego planu. Ta zamiana od początku była błędem.
- Rozwiązałby się problem piątku. Jeżeli w ogóle jest z tym jakiś problem. Nadal jednak pozostałby problem Carpentera.
- Od początku uważałem, że rozwiązanie jest proste. Kulka w tył głowy. Sam to zrobię, jeżeli jesteście zbyt wrażliwi.
- Wiesz, jaka byłaby cena? Ile straciłby na tym biznes?
- Jeżeli ten facet skojarzy fakty, stracimy znacznie więcej niż pieniądze.
- Jak mógłby to powiązać?
- Przyjeżdżając tu. Sam to powiedziałeś. Mógłby powęszyć. Był żandarmem wojskowym. Ma to we krwi.
- Skończył służbę w żandarmerii lata temu - zauważył Moseley. - Tak mi mówił porucznik.
Hix zabębnił w blat.
- Co jeszcze wiemy?
- Niewiele. Nie ma prawa jazdy. Według urzędu skarbowego nie ma historii zatrudnienia. W każdym razie odkąd odszedł do cywila. Nieobecny w serwisach społecznościowych. Nie istnieją żadne ostatnie zdjęcia. Jest teraz włóczęgą. Smutne, ale do tego się to sprowadza. Chyba nie ma się czym przejmować.
- Włóczęga czy milioner, wszystko jedno - rzucił Brockman. - Ale chyba tylko wariat jechałby przez pół kraju dlatego, że przeczytał parę dokumentów i zobaczył jakieś niewinne zdjęcie?
- Możecie sobie teoretyzować, ale mnie to martwi - oświadczył Riverdale. - Na każdym spotkaniu uznawaliśmy, że problem jest opanowany. I za każdym razem nie mieliśmy racji. A jeżeli tym razem znowu się mylimy?
- Nie myliliśmy się. - Brockman trzasnął otwartą dłonią w stół. - Radziliśmy sobie z każdą trudną sytuacją, gdy tylko zaistniała. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków.
- W dziewięćdziesięciu dziewięciu. Nie stu.
- Życie nie jest idealne. Czasem trzeba pozamiatać rozbite szkło. I zrobiliśmy to. Dowiedzieliśmy się o przecieku. Zlikwidowaliśmy go metodą, którą uzgodniliśmy. Dowiedzieliśmy się o zaginionej kopercie. Odzyskaliśmy ją metodą, którą uzgodniliśmy.
- A teraz ten dziwny facet do niej zajrzał.
- Być może. Tego nie wiemy. Ale musicie przyznać, że to mało prawdopodobne. Nie powiedział o niej glinom. To wiemy. Nie pisnął też słowa FBI ani Departamentowi Więziennictwa. Wiedzielibyśmy. Powiedzmy, że domyślił się wszystkiego po tym, jak na parę sekund został sam na sam z kopertą. Dlaczego miałby zachować tę wiedzę dla siebie? Co by z nią zrobił? Szantażował nas? Sądzicie, że będzie się tłuc dwa tysiące kilometrów, żeby zdążyć na piątek? Bądźmy poważni.
- Panowie! - Hix znowu zabębnił w blat. - Wystarczy. No dobrze. Oto moja decyzja. Nie wiadomo, czy facet zaglądał do koperty. Wydaje się to mało prawdopodobne, więc nie powinniśmy wpadać w panikę. Zwłaszcza jeżeli pomyślimy o konsekwencjach. Z drugiej strony, warto zachować ostrożność. Łatwo go rozpoznać, tak?
Ten ze złamanym nosem skinął głową.
- Na pewno. Trudno go nie zauważyć. Sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Sto dziesięć kilo. Niechlujny.
- No i nie zapominajmy, że jest mocno poobijany - dorzucił ten z ręką na temblaku. - Już o to zadbałem.
- Powinieneś go zabić - wytknął mu Brockman.
- Myślałem, że to zrobiłem.
- Powinieneś się upewnić.
- Jak? "To ma wyglądać na wypadek". Takie polecenie wydaliśmy tamtym dwóm. Wydawało mi się, że zastosowali je do tego faceta. Trudno byłoby sprzedać taką wersję, gdybym wpakował mu kulkę w łeb.
- Dość! - Hix zaczekał, aż zapadnie cisza. - Plan jest taki. Zorganizujemy obserwację. Całodobową. Od teraz aż do soboty. Jeżeli postawi stopę w naszym mieście, będziemy na niego czekać. A tu już nie musimy się przejmować, jak co będzie wyglądać.