Bez litości. Prawo krwi - R. Kolas

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Było ich sześciu. W długich płaszczach przeciwdeszczowych, kapeluszach z szerokim rondem i bandanach na twarzy podciągniętych najwyżej jak się da, pędzili drogą wprost przed siebie. Konie uderzały w ziemię kopytami, wznosząc do góry piach tworzący rozbryzgi ziemi niczym morskie fale uderzające o skalisty brzeg. W tętencie końskich kopyt nie słyszeli własnych myśli. Wreszcie na horyzoncie dostrzegli pędzący wprost na nich dyliżans. Część z nich wymierzyła strzelby w pojazd, pozostali zaczęli oddawać strzały w powietrze. Konie zarżały niespokojne, gdy woźnica gwałtownie zahamował.

- Wysiadać! Ale to już! - rozkazał jeden z zamaskowanych mężczyzn, otwierając drzwi pojazdu i celując do podróżnych z broni.

Wszyscy, potulni jak baranki wychodzili z dyliżansu. Kobieta w czerni chwyciła chłopca z całych sił i przytuliła mocno do siebie, chlipiąc przy tym dość głośno. Starszy pan nie trafił stopą w schodek i runął na ziemię jak długi. Drugi pasażer podbiegł do niego, pochylił się i chciał pomóc mu się podnieść, ale w tym momencie jeden z atakujących uderzył go kolbą karabinu w plecy. Mężczyzna wyprostował się i gwałtownie obrócił z dłonią zaciśniętą w pięść, lecz zanim zdążył nią uderzyć padł strzał. Zachwiał się na nogach. Na jego białej koszuli pojawiła się czerwona plama, która z każdą sekundą robiła się coraz większa, aż upadł nieruchomy.

- No, teraz już chyba wszyscy wiecie, że nie żartujemy! - powiedział mężczyzna z bandaną bliżej nieokreślonego koloru na twarzy. Warstwa brudu, jaka się na niej znajdowała sprawiała, że ciężko było stwierdzić, czy jest brunatna czy też ciemnozielona.

Starszy pan powoli podniósł się z ziemi.

A teraz wszyscy rączki wysoko do góry! - padł kolejny rozkaz.

Wszyscy wykonali posłusznie jego polecenie.

Jednak młoda pasażerka w granatowej sukience miała mieszane uczucia. Widok leżącego na ziemi rannego mężczyzny wystraszył ją bardzo, lecz jednocześnie jakiś wewnętrzny głos uświadomił jej, że jeśli pozwoli sobie odebrać pieniądze, jej podróż straci sens.

Zaczęło się rabowanie i każdy bez oporu oddawał to, co miał najcenniejszego. Gdy złodziej stanął naprzeciw młodej kobiety, ta zamiast oddać wszystko rzuciła się na niego niczym drapieżna kocica. Mężczyzna złapał ją za ręce i odepchnął od siebie z taką siła, że upadła. Wtedy wyjął colta i strzelił leżącej w przedramię.

Początkowo nie poczuła bólu, odruchowo złapała się za rękę, dopiero kiedy na rękawiczce zobaczyła krew, uświadomiła sobie, co się stało. Bandyta zaśmiał się szyderczo. Ona poczuła się upokorzona, wściekła i bezsilna i doprawdy nie wiadomo, jak to by się skończyło, gdyby nie krzyki i strzały, których dźwięk zaczął się do nich zbliżać. W pierwszej chwili pasażerowie nie bardzo wiedzieli, co się dzieje, wyglądało na to, że nadciąga więcej bandytów. Szybko zorientowali się jednak, że ktoś przychodzi im z pomocą, bo pomiędzy nadjeżdżającymi mężczyznami a rabusiami wywiązała się strzelanina.

Pasażerowie w popłochu kryli się przed świszczącymi w powietrzu kulami w obawie, by przypadkowo jakaś ich nie trafiła. Panienka w granatowej sukni jednym susem dopadła duży głaz leżący na poboczu drogi i przykucnęła za nim. Strzelanina ciągle trwała. Kule świstały, konie rżały przerażone, tumany piachu spod kopyt wzbijały się wysoko w powietrze. Zamieszanie wzrastało. Ze swego ukrycia zauważyła jak jeden ze złodziei zabrał juki, w które włożono zrabowane przedmioty i pieniądze, i spiąwszy konia ostrogami uciekł w kierunku, z którego przyjechał. Wszystko to trwało jeszcze jakąś chwilę, aż w końcu hałas ucichł.

Rozdział 4. Sunny Town

Droga, którą wyjechali z Nolan Valley, prowadziła prosto do miasteczka. Po jej obu stronach zaczęły wyrastać domy. Praktycznie wszystkie były drewniane, niektóre nawet okazałe, posiadające piętro, inne parterowe, a jeszcze inne wyglądem przypominały baraki. Przed niektórymi budynkami stały wozy bez koni, przed innym konie. Ku zaskoczeniu Jade, droga przekształciła się w coś co w wielkich miastach nazywamy ulicą, chociaż tutaj to był zwykły trakt z mocno udeptanej i popękanej ziemi ze sporą ilością gliny.

Jechali powoli, rozglądając się uważnie dokoła. Nieliczni przechodnie nie zwracali na nich uwagi. Aż zobaczyli jeden z najokazalszych domów na tej ulicy, otoczony szeroką werandą na froncie i z dużym szyldem, na którym ktoś wymalował niezbyt zgrabne, duże i żółte koła, a między nimi umieścił napis "Gospoda Słoneczna" wymalowany tą samą farbą. Domyśliła się, że kółka miały stanowić symbol tego przybytku i - według autora - były to słońca.

Przywiązali konie do pachołków i wkroczyli do wielkiej, mrocznej i chłodnej sali wypełnionej skwaśniałym fetorem piwa, whisky i dymu z papierosów lub fajek. Długie, drewniane stoły były ustawione wzdłuż dwóch bocznych ścian. Wzdłuż trzeciej natomiast ciągnął się szynkwas obity jakąś błyszczącą blachą. Za nim stał niepozorny człowieczek ubrany w biały kitel nie pierwszej czystości, a za nim półki zastawione różnokolorowymi butelkami, o wielorakich kształtach, zawierającymi rozmaite gatunki alkoholu.

Barman, nie pytając ich o nic postawił przed nimi dwie szklanki.

- Na razie podziękujemy - zaoponował Doc grzecznie, ale stanowczo. - Chcemy wynająć dwa pokoje.

Poprowadził ich schodami na górę. Pokój Jade był całkiem obszerny z dużym łóżkiem, stolikiem, umywalką, a nawet szafą. Zmęczona rzuciła się na miękkie posłanie i pewnie by szybko odpłynęła w objęcia Morfeusza, gdyby nie pukanie do drzwi.

- Za dziesięć minut na dole - dobiegł jej uszu głos Doca.

Podniosła się wolno, nalała wody z wiadra do miednicy i pierwszy raz, odkąd opuścili farmę umyła się dokładnie. Tak obudzona i orzeźwiona szybciutko pognała do Meltona, który siedział już na dole przy jednym ze stołów. Zajęła krzesło na wprost niego.

- Co zjesz, pieczeń z baraniny czy stek wołowy? - zapytał bezceremonialnie.

- Chyba wolę stek - odparła.

W tym momencie pojawił się przy nich barman.

- Dwa steki i dwa piwa poproszę.

Posiłek zjedli w milczeniu, a Jade po raz pierwszy delektowała się piwem. Gdy skończyli, wyszli na spacer. Nie uszli daleko od hotelu, gdy zobaczyli w oddali jadących kowboi, z Aaronem Ericksonem na czele. Jade już chciała pomachać im na powitanie, gdy Doc gwałtownie złapał ją za rękę.

- Nie znasz ich - wysyczał przez zęby.

- Ale... - chciała zaoponować, lecz nie pozwolił jej dokończyć.

- Mógł nas ktoś śledzić, a teraz nas obserwować. Powiedziałem, że ich nie znasz i tak się zachowuj. Żadnego ale - jego ton był tak stanowczy, że nie ośmieliła się mu przeciwstawić.

Zeszli z głównej ulicy skręcając w jakąś boczną, dużo mniejszą. Tutaj po obu stronach ukazało się im kłębowisko baraków, szałasów i mocno zniszczonych domków chaotycznie rozmieszczonych w różnych odległościach od siebie. Coś jakby slumsy Sunny Town. Po kilku minutach skręcili w kolejną ulicę. Ta znacznie różniła się od pozostałych, domy stały tu okazałe, duże i zadbane. W pewnym momencie podszedł do nich mężczyzna, schludnie ubrany w całkiem porządny garnitur, trzewiki i elegancki kapelusz z małym rondem.

- A niech mi baribal rękę odgryzie, toż to sam Emmet Melton we własnej osobie - niemalże wykrzyknął i uśmiechając się od ucha do ucha uściskał serdecznie Doca.

- Mike Moses! - ucieszy się Melton. - No prędzej bym się tu zarazy spodziewał, niż ciebie.

Radość ze spotkania i ceremoniał powitania trwały chyba z dziesięć minut, a może i dłużej. Po tych wszystkich serdecznościach okazało się, że stary znajomy Doca założył rodzinę i osiadł z nią w Sunny Town. Mężczyzna bardzo nalegał na wspólną kolację, u niego w jego domu. Bardzo zależało mu, żeby Doc poznał jego najbliższych, a i podobno żona Mosesa od dawna marzyła o spotkaniu z tak dobrym starym przyjacielem jak pan Melton. Doc obiecał, że przyjdą, i pożegnali się, by ruszyć dalej.

Uszli jeszcze kawałek, aż zobaczyli budynek, tak jak inne zbudowany z desek i bali, tyle że pomalowany na biało i niebiesko.

- No, znalazłem - powiedział sam do siebie Melton. - Wchodzisz? - w tym momencie odwrócił się i spojrzał na nią pytająco.

- Tak, oczywiście.

W środku była drogeria połączona z apteką. Można tam było kupić słodycze, jak choćby tabliczkę czekolady, czy na ten przykład butelkę wody, ale także mydło i pastę do butów. Oni natomiast kupili termometr, środki opatrunkowe i dezynfekujące, a także jakieś zioła, których zastosowanie było znane tylko Docowi i aptekarzowi.

- Skąd u ciebie taka znajomość medycyny? - zapytała Jade nieśmiało, gdy tylko opuścili sklep. To pytanie nurtowało ją już od dłuższego czasu.

- Jestem lekarzem. Takim prawdziwym. Skończyłem medycynę na uniwersytecie w Bostonie i nawet praktykowałem - odpowiedział, a w jego głosie wyczuła coś nostalgicznego, a może tylko tak jej się wydawało.

- To co właściwie tutaj robisz?

- A to jest już inna historia i nie na teraz.