Bez krzywych luster - Tadeusz Łamacz

Kup ebooka

17.45 zł
14.48 zł (14,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Ogromny wpływ na nasze zachowania i samopoczucie mają poglądy rozpowszechniane przez ludzi, którym bardziej zależy na władzy nad innymi, niż dobru wszystkich. Do ich utrwalania przyczynia się masowe zwątpienie, że "w sobie można znaleźć coś dobrego" (by użyć określenia C. Junga). Gdyby każdy był w stanie zgłębić siebie we wszystkich odcieniach, zawaliłoby się wiele fortun i ośrodków władzy, zbudowanych na manipulacji istotami mało sobie znanymi.

O naturze albo "kondycji" człowieka najwięcej można dowiedzieć się od starożytnych i filozofów doby średniowiecza, renesansu i oświecenia. Później stopniowo człowiek schodził do poziomu maszyny, do której obsługi pretenduje dziś armia specjalistów spod różnych znaków - od biologii i medycyny po marketing i grę polityczną. W rezultacie bardziej dziś patrzymy na siebie ich oczami, niż czujemy siebie, będąc "od środka" tym, co oni oglądają z zewnątrz i przetwarzają w uległą i dochodową masę.

Korzyść z poznania siebie staje się oczywista, gdy zważyć, jak fałszywe wizerunki ludzi znajdują się w publicznym obiegu. Sława i powodzenie, którym poświęcam pierwszy esej, są bodaj najżałośniej skrzywionymi społecznymi wyrazami autentycznej wartości człowieka i jego predyspozycji do powodzenia - podobnie jak ich brak. Społeczeństwo windujące jednych wysoko, innych uznające za przeciętnych, jeszcze innych spychające na margines "genetycznego balastu", przypomina pomieszczenie obite krzywymi lustrami. Chcąc sądzić o sobie po mechanizmach uznania i degradacji, otrzymujemy karykatury samych siebie - różne w zależności od kultury i tradycji, w jakiej są osadzone.

Religie, szkoły medytacji i psychoanalizy oferują liczne usługi w zakresie dochodzenia, kim jest się naprawdę. Można starać się ukrócić ich dezorientujący w swej masie wpływ, szukając ich wspólnego mianownika. Wysiłek taki kończy się jednak w najlepszym wypadku wyborem lustra, w którym wygląda się mniej krzywo niż w innych.

Poznawanie siebie - o czym w drugim eseju - to przede wszystkim proces uwalniania się od normatywów "poprawnych" ocen człowieka i odpowiadających im metod wglądu w siebie, cechujących kulturę, w jakiej się wyrosło i żyje - nawet jeśli jest ona mieszaniną różnych. Z własną, niepowtarzalną osobą warto zmierzyć się samemu wdzięcznym wysiłkiem szczerej i samodzielnej myśli. Wynika z tego mądrość, której nikt za nikogo nie jest w stanie zdobyć. Co najwyżej można nawoływać się i dzielić nawzajem doświadczeniami w dochodzeniu do tego, co ma się samemu z siebie, i cieszyć się towarzystwem ludzi, którzy z prostego faktu, że człowiekiem jest się we własnej osobie, wyciągają równie proste wnioski i zasady postępowania.

Niemała to sztuka nie dać się złapać w sidła nauki, która rości sobie szczególne prawa do rozpracowywania naszej natury, a która jest bezsilna wobec jej najważniejszego rysu - niepowtarzalności jednostki.

Organizm ludzki, podglądany przez naukowców, ujawnia niezwykłą złożoność, daleko stąd jednak do poznania go wyłącznie metodą obserwacji, logicznego rozumowania i eksperymentu. Najprostsze i najbardziej zasadnicze odczucie każdego, że jest sobą, wydaje się pozostawać wręcz poza zasięgiem nauki. Nawet jednak i to, co mieści się w kompetencjach nauki, nie gwarantuje trwałych rozstrzygnięć. Można być pewnym, że gdy jakaś właściwość czy funkcja naszych organizmów uznana zostaje za dobrze poznaną, chodzi raczej o różnie promowany interes, niż o prawdę. Gdy, na przykład, wydawało się, że zagadka DNA została rozwikłana, to jest że geny kodujące białka mają zasadniczy wpływ na dziedziczenie, rozwój i choroby, odkryto wiele niekodujących, "śmieciowych" fragmentów genomu, które mogą sprawiać, że wyglądamy i czujemy się inaczej, niż wynika z "rozwikłanej zagadki". Prawdopodobnie i nowe odkrycie, podobnie jak pierwsze, zdradzi po czasie, że poruszamy się po omacku w złożoności, o której każdy wie, że jest nią we własnej osobie, ale z wiedzy tej nie umie bądź nie chce korzystać.

Wystarczy zdać sobie sprawę, jak każda z tego rodzaju prawd przekłada się na uzależniające terapie i style życia z jednej strony, a z drugiej - absurdalnie wysokie dochody biznesu zagospodarowującego "genialne" odkrycia, by chciało się powtórzyć za Wolterem, że "lekarze zapisują lekarstwa, o których niewiele wiedzą, na choroby, o których wiedzą jeszcze mniej, ludziom, o których nie wiedzą nic", na świecie, "który opuścimy" równie głupim i złym, "jak ten, jaki zastaliśmy przy urodzeniu".

Cytuję Woltera z odpowiednią dozą humoru, na jaką zasługują sentencje błyskotliwego, lecz dość płytkiego Francuza doby Oświecenia. Osiągnięcia nauki są bezsporne. Pożytek z nich jednak kurczy się, gdy nie chcemy bądź nie umiemy traktować własnego życia jako niezastąpionego źródła poznania rzeczywistości od strony wszędzie, poza własną osobą, ukrytej - jako bytu, którym się jest, a nie tylko postrzega.

Największe dzieło cywilizacji (niech będzie to statek kosmiczny i podróż nim) daleko odbiega od finezji, precyzji i stopnia złożenia naszych organizmów. Wyposażeni jesteśmy w masę automatycznych "mechanizmów", pozwalających przetrwać w środowisku o niemal nieskończonej liczbie zagrożeń, a nawet odzyskiwać pełne zdrowie po uszkodzeniach, dających o sobie znać chorobami. Nasze zapatrzenie w postęp techniczny mści się jednak na nas podejściem do samych siebie jak do urządzeń, jakie konstruujemy - ignorancją w odniesieniu do nieporównywalnie lepiej "skonstruowanych" własnych organizmów i zaniechaniem sztuki kierowania sobą ze skutkami, których w samouwielbieniu dla własnych dzieł nie uświadamiamy sobie, a jeśli nawet, to rozbrajamy je zwątpieniem w możliwość ich osiągnięcia. Więcej, traktujemy siebie jako jedno z wielu tego rodzaju urządzeń, będąc niepowtarzalną formą świadomego siebie życia.

Każda krytyka i szukanie mniej zawodnych sposobów ma na względzie jakiś lepszy stan w przedmiocie zainteresowań. W końcu musi istnieć pewien najlepszy, skoro widać koniec wszystkiego, na czym opiera się nasze życie jako jednostki i gatunku - i do czego dążymy w ograniczonym czasie i przestrzeni. Na końcu wszystkich drogowskazów "rób to" i "nie rób tego" znajduje się najlepsze z możliwych wykonanie najważniejszej rzeczy. Jakie "wykonanie" i jaka to "rzecz" - o tym w ostatnim eseju.

Trzeba podkreślić, że celem esejów jest wzbudzenie zainteresowania samym sobą (czyli próba dostrojenia Czytelnika do atmosfery, w jakiej one powstawały), a nie propaganda na rzecz takiej czy innej koncepcji "natury ludzkiej", a już zupełnie - wymyślanie nowej.

Jak zauważa austriacki biotechnolog, J.A.Knoblich, "wszystko, co czyni nas ludźmi, mieści się w 1,4 kg żółtawej tkanki, która tworzy ludzki mózg. To tutaj powstają nasze myśli, tu odczuwamy miłość lub nienawiść, tu rodzą się najbardziej kreatywne i najbardziej okrutne idee. Ta struktura, o kształcie orzecha włoskiego, stanowi też najbardziej złożony narząd stworzony przez naturę". Zrozumienie, jak ta "żółtawa tkanka" funkcjonuje i rozwija się, stanowi nie tylko największe wyzwanie biologii, ale nauki w ogóle. - Przedmiot tego wyzwania mamy na wyłączną i osobistą własność i używamy go na co dzień. Czy więc, istotnie, wiarygodnych informacji o nim trzeba oczekiwać głównie od innych, choćby jak wyspecjalizowanych biologów i psychologów?

Po treści wydawanych książek, filmów, internetowych i medialnych przekazów, jak i po tematyce codziennych rozmów, można wnioskować, pod jak ostrym jesteśmy ostrzałem wiedzy o wszystkim poza sobą. Byle sensacja polityczna, obyczajowa, rynkowa, sportowa czy sąsiedzka bije na głowę przekazy własnych dusz. Toteż równie potrzebna jak trudna do przyjęcia może wydawać się zachęta do szukania w sobie "czegoś dobrego".

Dawni pisarze, idąc pod prąd, pomagali sobie wykwintnymi dedykacjami dla wybitnych osobistości. N.Machiavelli swoim "Księciem" pragnął "złożyć hołd" Wawrzyńcowi Wspaniałemu Medyceuszowi, nie znajdując "pośród swego mienia droższej" mu "i cenniejszej rzeczy niż znajomość czynów wielkich mężów, nabytą długim doświadczeniem w sprawach nowożytnych i ciągłym rozczytywaniem się w starożytnych". Molier prosił Ludwika XIV o łaskę "umilenia Waszej Królewskiej Mości wytchnienia po zwycięstwach" i dostarczenia "niewinnej rozrywki i pobudzenia do śmiechu monarchy, który budzi drżenie w całej Europie". Szekspir, dedykując swoje sonety hrabiemu Sauthampton i baronowi Titchfield, bał się, "czy nie urazi (nimi) Waszej Lordowskiej Mości" oraz tego, "jak świat oceni wybór tak silnej podpory dla podtrzymania tak nikłego brzemienia"... Ja dedykuję swoje eseje każdemu, kto nie boi się odbicia w prostym lustrze własnego umysłu. Nie sądzę, by lektura ta była zbyt lekka dla podpory, na jaką liczę, ani też by Czytelnik był mniej godnym jej promotorem niż jakikolwiek monarcha, który budzi drżenie w całej Europie.