Bez końca - Nina Kraus

Kup ebooka

27.99 zł
23.23 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Od tygodnia, przypiekani przez południowe, boliwijskie słońce, przemierzali krętą, wąską drogę, ciągnącą się bez końca, pokrytą ostrymi kamieniami i kremowym, brudnym pyłem. Za każdym przejeżdżającym samochodem unosiła się wysoko w niebo gruba smuga białawego kurzu, która ciągnęła się jeszcze przez kilkaset metrów, a czasem nawet kilka kilometrów. Im bardziej było sucho, tym mocniej pył wirował przy najdrobniejszym nawet ruchu.

Ostatnią asfaltową nawierzchnię widzieli jakieś dziesięć godzin temu, w Santa Cruz. Trudno było określić obecne położenie młodej dwójki Europejczyków, sądząc po kącie padania słońca i w którą stronę się kieruje, można było oszacować, że znajdują się gdzieś pomiędzy Concepción a San Ignacio de Velasco. Spowolnione tempo jazdy dawało czas na podziwianie natury, która robiła na Julii i Paulu duże wrażenie, choć była jednak dosyć jednostajna. Od czasu do czasu musieli pokonywać mostek, zbudowany zazwyczaj tylko z dwóch drewnianych belek łączących oba brzegi, często wąskich i przegniłych. Zbliżali się właśnie do jednego z nich i zwolnili prawie do zera, by móc przejechać na pierwszym biegu. Jadąc szybciej, ryzykowaliby uszkodzenie samochodu albo wpadnięcie do rzeki. Mimo wcześniejszych doświadczeń z podobnymi przeprawami, nadal wstrzymywali oddech na czas całego przejazdu.

Samochód kołysał się niebezpiecznie, potrzebował mocniejszego dodania gazu, żeby pokonać większą z dziur, w której prawie utknęło koło. Drewno trzeszczało złowrogo, ale wytrzymało – pojazd jednak nie zawisł na podwoziu, oparty jedynie o dwie liche belki. A było to bardzo prawdopodobne. Głęboki wdech, głęboki wydech.

– Uff, udało się – odetchnął Paulo, a Julia teatralnym gestem wzniosła złożone ręce ku niebu.

Słońce wciąż wisiało wysoko, prażąc duszącym żarem każdy żywy organizm. Przed nimi widać było tylko wyboistą drogę pełną zakrętów, za nimi – wirujący pył, wściekły, że ktoś zakłócił mu spokój.

Nagle, po kolejnym z zakrętów, zamarli. Tym razem znikąd pojawił się wojskowy jeep wypełniony żołnierzami. Dostrzegli toyotę hilux i stanęli swoim pojazdem w poprzek drogi, zmuszając ich do zatrzymania się. Nic już nie było oczywiste, na tej trasie może zdarzyć się wszystko. Z boku samochodu i na masce widniały jakieś symbole – oprócz boliwijskiej flagi dostrzegli także ciemnego orła i wiele napisów.

Żołnierze wysypali się z jeepa jeden po drugim. Każdy miał na sobie solidną kamizelkę kuloodporną i broń tak dużą, że zdawała się ich przytłaczać. Wszyscy byli przygotowani do strzału – mocno trzymali karabiny, a palce ich prawych dłoni spoczywały na spustach. Przewieszone przez ramię pasy z nabojami lśniły w popołudniowym słońcu. Na migi padł rozkaz, by wyłączyć silnik. Zbliżyli się do samochodu Paula z obu stron, bacznie obserwując tę nietypową jak na środek boliwijskiej dżungli białoskórą parę: długowłosą, szczupłą blondynkę o niebieskich oczach i delikatnych rysach oraz rosłego bruneta o kędzierzawej czuprynie, falującej przy każdym ruchu.

Julia otworzyła drzwi ogromnej toyoty, która na swoim podwyższonym zawieszeniu wyraźnie górowała nad ich jeepem. W pół sekundy wszystkie dwanaście karabinów, z szeregiem głośnych kliknięć, zostało skierowanych na nią. To był definitywnie zły ruch, jak się okazało. Julia szybko zatrzasnęła drzwi, po czym praktycznie wstrzymując oddech, razem z Paulem obserwowali, co będzie dalej. Żołnierze wyglądali bardzo poważnie i profesjonalnie. Twarze, tak podobne do siebie, że sprawiali wrażenie, jakby wszyscy wywodzili się z tej samej rodziny, nie wyrażały żadnych emocji. Jednakowe mundury moro i grube, kuloodporne kamizelki naprawdę budziły respekt. Były zbyt masywne, by można je ukryć choćby pod garniturem. Sądząc po wielkości sprzętu, kula z tej broni przeszyłaby na wskroś nie tylko tę egzotyczną jak na obecne warunki parę i ich samochód, ale pewnie wylądowałaby w ostatniej wiosce, którą mijali.

– Proszę otworzyć okno! – krzyknął chyba dowódca grupy, marszcząc brwi. Za nim ustawiła się część żołnierzy, reszta przeszła na drugą stronę samochodu. – Skąd jedziecie? –zapytał Paula, nieco się schylając. Dziwne, że nie zapytał najpierw dokąd.

– Jedziemy z Santa Cruz.

– Dokumenty – zażądał z kamienną twarzą.

Paulo wyciągnął grubą teczkę z bocznej kieszeni samochodu. Wręczył stos kserokopii najróżniejszych papierów, jedne opieczętowane, inne nie.

Oficer odwrócił się do pierwszego żołnierza i zaczął przeczesywać stos dokumentów. Do procesu włączył się trzeci.

"Nie ma co, teraz wszyscy trzej mają nas w garści" – pomyślała Julia, czując serce w gardle albo i wyżej.

Było jeszcze gorzej: poprosili o paszporty. Dokumenty zaczęły krążyć z rąk do rąk. Przed oczami Julii przewijały się sceny z filmów o porwaniach w krajach Trzeciego Świata ludzi, którzy ginęli bez śladu. Może żołnierzom należało się trochę zrozumienia – w końcu była to najbardziej uczęszczana przez narkotykowych dilerów trasa na świecie. Tędy właśnie kokaina trafiała do Brazylii, a potem na pozostałe kontynenty. W ten sposób lądowała w każdej zwijanej rurce, która służyła jako podajnik efektów specjalnych fundowanych przez białą śmierć. Julia i Paulo nie do końca byli świadomi tych faktów, wybierając tę właśnie drogę, pomimo że trasę odradzał każdy, kto słyszał o tym pomyśle. Jednak w wyniku poprzednich wydarzeń zupełnie stracili zaufanie do tubylców i zuchwale ignorowali ostrzeżenia.

– Przejaskrawiają fakty, naturalnie – uparcie powtarzał Paulo, komentując przestrogi.

Boliwię odwiedził już wiele razy, więc Julia nie miała powodu, by wątpić w jego słowa. Poza tym, kierując się jedyną mapą Boliwii z Lonely Planet, pokazującą tylko dwie główne drogi w całej wschodniej części kraju, obliczyli, że długość trasy jest bardzo kusząca, bo stanowi zaledwie jedną trzecią drogi z Santa Cruz do Corumbá. Postanowili więc zaryzykować. Nadmiar przygód i kilkakrotne otarcie się o śmierć pozwoliły myśleć, że najgorsze za nimi.

Okazało się jednak, że byli w błędzie...

2

Pewnego dnia, pięć lat wcześniej, w małym polskim mieście, coś sprawiło, że Julia podjęła bardzo radykalną decyzję. Wciąż niepewna, zawiesiła dotychczasowe życie, wszystko, co kształtowało ją do tego momentu, i zaczęła pakować walizki. Podczas tego procesu wiele niepewności i wahań przeszyło jej serce, ale rezultat miał być jeden i niezmienny: wyjazd przez duże W.

Ostatniej nocy tysiące myśli nie pozwalało zasnąć Julii, pogrążonej w analizach i podsumowaniach, ale nie w wahaniach. Jakaś wewnętrzna siła popychała ją do działania od dłuższego czasu, jednak młodość i brak doświadczenia nie pozwalały jej nazwać dziwnej pustki, która rosła w duszy.

Ni stąd, ni zowąd pojawił się żal, że to, co minęło, już nie wróci. Starała się nie dopuścić do głosu słowa "nigdy" ani przekonania, że właśnie skończyły się najlepsze lata jej życia, obfitujące w pierwszą miłość, która urosła do rangi życiowego doświadczenia.

– To nic, że mam dopiero dwadzieścia lat, a to, co się zdarzyło, było naprawdę niezapomniane, świetne i ważne – mruczała do siebie w ciemności. – Ale chyba się skończyło, skoro w sąsiednim pokoju, do cholery, czekają dwie wypchane do granic możliwości walizy! – Przewróciła się na drugi bok i zacisnęła powieki, nakazując organizmowi sen. – Grunt to pozytywne nastawienie. Trzeba zawsze oczekiwać tego, co najlepsze, będąc jednak przygotowanym na najgorsze – powtarzała sobie jak mantrę, pozwalając, by te słowa kołysały ją do snu.

Trudno powiedzieć, czego właściwie oczekiwała od życia w tamtym momencie. Starała się jednak, by jej wymagania były ogólne, nie wiedziała przecież, co przyniesie wyprawa. Życie dzieli się na wiele etapów. Kilka z nich pozwala nam na całkowitą otwartość na możliwości, o których istnieniu nie mamy nawet pojęcia. Wtedy gdy mamy serce na dłoni i duszę, która pragnie czegoś nowego, dzieją się niesamowite rzeczy. Julia nie zdawała sobie sprawy, że odtąd jej życie będzie tak właśnie wyglądało: pasmo niespodzianek i nieprzewidywalnego rozwoju wypadków, co dotąd było jej zupełnie obce, ba, wręcz nie znała takiego pojęcia.

Wyszła z założenia, że wszystko jest możliwe – zależy tylko, w co się wierzy. Nagle poczuła, jak całe jej ciało ogarnia potworny smutek. Ścisnął ją tak mocno, że po policzkach potoczyły się łzy. Miała zostawić swój ciepły pokoik na poddaszu z uroczym widokiem, beżową sofę, na której można zawsze się schronić przed całym światem, i cichuteńki ścienny zegar. W ostatnich kilku latach coraz częściej miała poczucie całkowitej izolacji od możliwości. Żyjąc właściwie na łonie przyrody przez tak długi czas, dochodzi się do przekonania, że omija nas coś, czego moglibyśmy doświadczyć. Coś lepszego? Na pewno innego.

W życiu każdego człowieka prędzej czy później nadchodzi taki moment, w którym desperacko potrzebuje wielkiej zmiany. Takiej, która przewróci świat do góry nogami. Czeka na sztorm, który przychodzi bez wielkich obietnic, ale z wielkimi nadziejami. Nie każdy jednak pozwala mu wejść do środka – niektórzy zamykają szczelnie drzwi i obracają się na pięcie, chroniąc przed nim swoje wnętrze, lepsze lub gorsze, ale znane.

Julia nie mogła już dłużej tego robić i pomyślała, że jest gotowa na zmianę. Smutek jednak pojawił się mimowolnie, choć mu na to nie pozwalała. Mówi się, że ludzie spod znaku Byka są domatorami, ale jak widać, zawsze zdarzają się wyjątki.

Mały kraj, mała miejscowość, a jednak był to nie tylko dom Julii, lecz cały jej świat. Nie wydawał się ciasny czy przyziemny. Nie znała innej rzeczywistości, jednak pomimo tego jakiś element jej wnętrza podszeptywał, że to jeszcze nie wszystko. Że będzie więcej, że będzie ładniej. Coś nie pozwalało jej siedzieć spokojnie i czekać. Musiała wyruszyć po to coś, co wołało ją w snach, gdy przemierzała ulice, prowadziła samochód, robiła zakupy. Klamka zapadła. Bez analizy, listy plusów i minusów, wielkich podsumowań i westchnień. Ale w tym wszystkim pojawił się smutek – ten sam, który wszedł w jej życie wtedy i nigdy już go nie opuścił. Chyba wszyscy, którzy mieszkają w więcej niż dwóch krajach, znają to uczucie – nieustanną tęsknotę za miejscem, w którym akurat się nie przebywa.

Gdy zgadzała się telefonicznie na zamieszkanie w Nowym Jorku, nie zdawała sobie do końca sprawy, co tak naprawdę robi. Decyzja nabrała już faktycznej mocy, Julia pozwoliła jej zabrać się na drugi koniec świata. Wszystko działo się trochę poza nią, tkwiła w swego rodzaju odrętwieniu, nie do końca wierząc w autentyczność wydarzeń. Cała sytuacja wydawała się mało realna, ale jednak była jej częścią.

Nowy Jork nie pociągał Julii na tyle, żeby wpadła w euforię na myśl o wyjeździe do tego miasta. Była zakochana w San Francisco. Ale skoro w każdej sytuacji należy znaleźć pozytywne strony, od razu pomyślała, że New York City leży bliżej miasta marzeń niż Polska. San Francisco skradło jej serce, gdy miała dziesięć lat. Miłość na śmierć i życie narodziła się, gdy emitowano serial Ich pięcioro. Akcja filmu rozgrywała się właśnie w tym mieście, a pomiędzy sceny wpleciono malownicze widoki. Trudno powiedzieć, co tak bardzo urzekło ją w tych obrazkach – może przywiązanie do ekranowej rodzinki, wciągająca fabuła, a może naturalny urok miasta, które wyrosło na gorączce złota. Fakt, że bez wątpienia była to miłość od pierwszego wejrzenia.

Julia dorastała w małej miejscowości na południu Polski w czasach, kiedy życie w Stanach było szczytem marzeń wielu Polaków. Mówiło się, że można tam wyjechać i w pół roku zarobić na nowy dom, wyjazd dookoła świata, psa, ogródek i jeszcze parę diamentów.

I rzeczywiście tak było. Każdego, kto wracał zza oceanu, traktowano jak półboga. Ostatecznym dowodem statusu były walizy pełne zielonych banknotów, za które można było kupić połowę wioski i nowych znajomych. Panowało przekonanie, że Stany to kraj mlekiem i miodem płynący, i wszyscy mieli rację, myśląc w ten sposób. Julia osobiście spóźniła się na te fajerwerki. Światowa gospodarka zaczęła rozwijać się w różnych kierunkach, a w USA akurat zwolniła tempo. Wciąż jednak dało się odczuć potęgę tego kraju, jego wielkość i możliwości. Na ulicach unosiły się marzenia, czekające na spełnienie, czyli pojawienie się we właściwym czasie w odpowiednim miejscu, a niezłomny uśmiech dobrobytu i pogodnego usposobienia nigdy nie bladł na twarzach Amerykanów.

Zostawiła zatem studia i ciepłe pielesze swojego uroczego pokoiku, który dawał poczucie całkowitego bezpieczeństwa – nie tylko ze względu na położenie na trzecim piętrze. Porzuciła miłość, która jakby wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza, psa, ukochany las i widok z okna – góry, za które można by oddać duszę.

Nie potrafiła nazwać tego, czego szukała, ale drastyczna zmiana – roczny wyjazd na drugi koniec świata – wydawała się rozsądnym rozwiązaniem. Spakowała dwie walizki, do których włożyła ubrania na cztery pory roku. Dopiero w samolocie zastanowiała się, jak udało jej się to wszystko zmieścić. Nie była do końca świadoma, że wkracza do raju zakupoholików, gdzie jej garderoba bardzo szybko odzyska właściwe rozmiary.

Siedząc w samolocie, spoglądała na spokojny Atlantyk przesuwający się w dole. Gdy analizowała parametry lotu wyświetlane przed jej nosem – wysokość, liczbę przebytych kilometrów i tych, które pozostały do lądowania – uświadomiła sobie, jak bardzo oddaliła się od domu i jak niewiele wie o tym, co czeka na nią po drugiej stronie oceanu. Miała dwadzieścia lat i rzucała się na głęboką wodę z silnym przekonaniem, że tam, gdzieś daleko, jest coś dla niej. Coś, czego nie mogła przegapić, a co z pewnością z własnej inicjatywy nie wyruszy na jej poddasze, by ogłosić swoje istnienie. Niby towarzyszyła jej myśl, że może w końcu spełni marzenie o wizycie w San Francisco, ale nie skupiała na tym całej swojej energii. To miasto było tak daleko, że nie mogła sobie nawet wyobrazić dystansu między miastem złota a maleńkim Laskiem. Marzyła o przejściu się ulicami San Francisco, ale to marzenie raczej należało do tych z rodzaju nieosiągalnych. Nie przypuszczała jednak, że od wizyty w jej "raju" dzieliło ją zaledwie kilka miesięcy.

Samolot sunął gładko, bez turbulencji, zwieńczając lot pięciokrotnym przelotem nad centrum miasta. Mając cały Manhattan u stóp, zastanawiała się, jak potraktuje ją nowy dom.

3

Gwar, syreny policyjne gdzieś z przodu, ambulansu – w tyle. Klaksony, od czasu do czasu pokrzykiwania i pisk sygnału cofających ciężarówek. Całość odbijająca się echem wśród drapaczy chmur, podwajając wrażenia. Krótko mówiąc: Nowy Jork.

Julia dotarła na statek na czas, by przygotować podróż dla dwudziestu osób. Czarterowy jacht czekał już zacumowany w Chelsea Piers, obok zaparkował mały van z dostawą mięsa i alkoholu. Przyspieszyła kroku, zerkając na zegarek. Nie była spóźniona, dostawa przyjechała przed czasem.

– Już jestem! – Wskoczyła zwinnie na statek, na który o tej porze nie prowadził żaden mostek w celu zniechęcenia potencjalnych, nieproszonych gości.

Na statek trafiła po roku pracy jako au pair, który miał być tylko epizodem w jej polskim życiu. Nie przypuszczała, że zostanie tutaj na dłużej, ale w końcu zapadła decyzja, głównie dzięki propozycji obecnej współlokatorki, by pomóc przy obsłudze rejsu. Pewnego ranka, kiedy Julia szła do szkoły nieco później, ta przy kawie od niechcenia zapytała, czy ma wolne popołudnie, by pomóc w małej wyprawie wokół Manhattanu. I tak zostało. Praca okazała się świetna i interesująca: poszerzający się zakres obowiązków, codziennie nowe wyzwania, spotkania z interesującymi i słwanymi ludźmi – idealne zajęcie dla studenta. I tym sposobem minęły cztery ciekawe lata życia w wielkim świecie.

Tego dnia menu było bardzo skromne w ilości, ale wyrafinowane w jakości. Julia nabrała już pewności siebie, ale na pierwsze czartery jako szef kuchni przydałaby się waleriana. Została rzucona na głęboką wodę, prawie dosłownie, gdy po jednym lecie spędzonym na statku jako maitre d', czyli szefowa obsługi przyjęć, właściciel jachtu poprosił, by przejęła funkcję szefa kuchni, gdyż dotychczasowy musiał nagle wyjechać.

– Tobie wychodzi to tak naturalnie – stwierdził pewnego razu, gdy pomagała Frankowi w gotowaniu, i wszedł do kuchni, akurat jak robiła tak zwany prep, czyli przygotowania do gotowania. – Frank wyjeżdża w przyszłym tygodniu i potrzebujemy zastępstwa na resztę lata.

Julia, będąc ułożoną i grzeczną dwudziestoparolatką, niepotrafiącą nikomu odmówić, a już szczególnie Johnowi – właścicielowi statku – który należał do najbardziej sympatycznych ludzi na świecie, z szalejącym z niepewności sercem zgodziła się na propozycję. Szefem kuchni jeszcze nigdy nie była. Idąc przez zatłoczone Chelsea Piers, analizowała decyzję, czy aby dobrze zrobiła, przecież na gotowaniu znała się średnio. Z mamą wprawdzie urządzały przyjęcia nawet na trzydzieści osób, ale wtedy była co najwyżej pomocnikiem. W dodatku w domu nikt się nie obrazi, gdy obiad będzie spóźniony dwadzieścia minut albo lekko wysuszony.

"A teraz?" – panikowała. "Nawet Frank miał kłopoty z ugotowaniem szparagów tak, by nie były za miękkie, a jednocześnie zdążyły wejść na stół razem z coq au vin i krokietami z dzikiego łososia!" Myśli szalały w jej głowie. "Jak mam to ugotować? Nie mam nawet przepisów! A piekarnik? Przecież działa w kratkę! Ile osób? Osiemdziesiąt? Tylko osiemdziesiąt, banał".

– Jasne, jasne, super Julia zaraz ugotuje jak w pałacu, przecież wszystko wiem! – wyrzucała z siebie głośno, pędząc ulicami Manhattanu. Nikt nie zwracał na nią uwagi, wszakże gadający do siebie nowojorczycy to standard, nikogo to już od dawna nie dziwi. Gorzej, gdy ktoś kłóci się sam ze sobą, wtedy to oficjalnie uchodzi za wariata. Ale i to nie było w tym mieście rzadkością.

Hey, beautiful! – krzyknął ktoś prosto do ucha Julii, gdy analizowała, jak to będzie pojutrze, kiedy na pokład wejdą wyrafinowani goście, a ona wciąż nie dostała menu. – Don't worry, be happy, you're beautiful. – Nieznajomy odwrócił się za siebie i długo podążał spojrzeniem za blondynką, która, nie reagując na zaczepkę, potrząsała głową, zdumiona biegiem wydarzeń.

Awans, jakich mało, nie ma co.

Choć Julia nie potrafiła zliczyć, ile razy wypływała już na Hudson, za każdym razem towarzyszyły jej te same emocje, które potrafią porywać serce w ten sam sposób. Kołyszący się statek przy dźwiękach Sinatry dawał poczucie lewitacji, ciało i dusza unosiły się wysoko, zostawiając w dole absolutnie wszystko, nawet samą siebie. Czas, wbrew wszelkim zasadom, zatrzymywał się, ustępując miejsca zadumie i zachwytowi nad pięknem wytworu ludzkich rąk, pomysłowością i nieograniczonymi możliwościami, jakie od dekad gwarantowało przybyszom to miasto.

Szampan pod Statuą Wolności przy zachodzie słońca na rzece Hudson należał do jednych z najprzyjemniejszych momentów jej pracy. Potem nocny widok Manhattanu, przejażdżka pod mostami: Brooklyński, Wellington i Manhattan. Widok był niesamowity i dla takich momentów warto było żyć. Jakie to szczęście chodzić do pracy z taką perspektywą. Sam jacht przydawał wyprawie dodatkowego szyku. Choć czasy świetności "Mariner" miał już dawno za sobą, wciąż wprowadzał atmosferę dawnego przepychu i elegancji, charakterystycznej dla minionej epoki. Na stuletniej łodzi królował sentyment, który dawało się odczuć od momentu wejścia na pokład. Pasażerowie podczas rejsu żyli cudzymi wspomnieniami i opowiadali historie, które z pewnością były częścią tego miejsca.

Był to jacht z charakterem, miniatura "Titanica". Na co dzień spokojnie kołysał się w Chelsea Piers, od czasu do czasu wypływając w rejs wokół Manhattanu, Newport, a nawet na Karaiby. W ciągu dnia, gdy nie panował tam gwar przygotowań, a motor stał na straży chwilowo uśpiony, można było usłyszeć pracujące drewno stelażu, pojękujące cicho przy ruchu fal. Łódka gościła na swoim pokładzie połowę sław Ameryki, wielokrotnie służyła też jako element scenografii różnych filmów, sesji zdjęciowych czy klipów. Każdy, bez wyjątku, ulegał jej urokowi. Goście wybuchali śmiechem przy historiach, którymi kapitan hojnie ich raczył, pozwalając nawet poprowadzić statek na otwartych wodach, jeśli tylko fale rzeki Hudson nie burzyły się gwałtownie. Najciekawsza była opowieść o duchu Tedzie, stałym mieszkańcu jachtu. Naturalnie każdy statek w pewnym wieku zyskuje swojego strażnika. "Marinera" strzegł Ted. Można go było zobaczyć wyłącznie w ciemną, złowrogą noc, gdy gęsta mgła oplatała kadłub, tłumiąc wszelkie odgłosy. Wtedy Ted wychodził na przechadzkę i odwiedzał tych, którzy akurat znajdowali się na pokładzie. Historii o rzekomym duchu było bez liku, zwłaszcza że łódź wypływała z portu bardzo często.

Julia miała doświadczyć obecności Teda pewnego jesiennego wieczoru, gdy zbliżało się Święto Dziękczynienia. Firma dostała zlecenie na wielkie indykowanie w Hamptons, na północ od Manhattanu. W rozkładzie dnia przewidziano brunch dla osiemdziesięcioosobowej grupy gości, bardzo wrażliwej na amerykańską kulturę, tradycję i kuchnię. Ponieważ półwysep oddalony był od Manhattanu o dwie godziny jazdy autobusem, statek wraz z załogą musiał wyruszyć dzień wcześniej, "Mariner" osiągał w najlepszym razie piętnaście węzłów, czyli około trzydziestu kilometrów na godzinę. Goście zapłacili setki tysięcy dolarów, nie było miejsca na opóźnienia czy inne psikusy stuletniej, drewnianej i nieco zmęczonej łodzi. Nader przyjemny rejs, który trwał pół dnia, oraz błękitne niebo niezapowiadające niespodzianek wprawiły całą załogę w pozytywny nastrój. Dopłynęli wraz z zachodzącym słońcem, które czule oplatało urocze wille milionerów z ogródkami wpadającymi w zatokę.

Na miejscu Julia dowiedziała się, że przybijają do brzegu tylko po to, by załadować statek produktami oraz dekoracją i natychmiast odbić, by rzucić kotwicę kilometr od portu ze względu na nocny odpływu. Port był maleńki, a statek nie. Spieszyli się z obowiązkami, a z mostku kapitańskiego co chwilę dobiegał głos kapitana odliczającego czas do odpływu. Po załadowaniu towaru odpłynęli z powrotem na głębiny, by dokończyć przygotowania. Pracowali przez kilka godzin, ustawiając tysiąc dyń o różnych rozmiarach w każdym możliwym kącie, wieszając sztuczne liście i tuziny bukietów jesiennych kwiatów.

Po udekorowaniu statku Julia musiała zabrać się za kuchnię i przygotować tonę jedzenia, w tym trzy kolosalne indyki amerykańskich rozmiarów, czyli wielkości polskiego małego fiata. Gdy wszystko zostało już zabezpieczone, szefowa kuchni ogłosiła, że czas na drinka. Przy głównej ulicy miasteczka znajdował się uroczy pub, w którym często bywały znane osobistości.

Było już po zmroku. Światła miasteczka rozlewały po wodzie pomarańczowy blask. Majtkowie zrzucili małą łódeczkę, by dowieźć wszystkich na brzeg. Piętnastoosobowa załoga wskakiwała do niby-pontonu, wykrzykując żarty, które niosły się po wodzie. Okazało się, że sous chef zdecydowała, że położy się spać wcześniej, nie czuła się najlepiej. Julia zaproponowała, że zostanie z nią, choć przygaszone światła łodzi pośrodku ciemnych wód wzbudzały w niej natarczywe uczucie dyskomfortu. Ponton odpłynął w stronę brzegu i zostały same. Pomimo że ominęła je impreza w lokalnym pubie, korzystając z tego, że cały pokład miały dla siebie, postanowiły urządzić prywatne przyjęcie. Maisa nigdy nie próbowała caipirinhi, więc Julia ucieszyła się, że ma pretekst do przygotowania tego drinka, który ponadto jest najlepszym lekarstwem na przeziębienie – spora dawka witaminy C oraz jej kombinacja z mocnym procentem cachaçy w cudowny sposób regenerują organizm w ciągu kilku godzin. Włączyły w telefonie Julii gorącą salsę z jej niekończącej się kolekcji latynoskich rytmów.

O, caramba mi amor! To don Pedro! Uwielbiam tę piosenkę! Był moim sąsiadem! Amar es algo mas que dar una amistad, amar es entregarse, es mas que una ilusion, es dar el corazón, amar es perdonarse. – Maisa, wtórując don Pedro, zaczęła kręcić się wokół stołu, potrząsając od czasu do czasu zamaszyście swoimi latynoskimi krągłościami.

Podczas gdy Julia wtajemniczała ją w sekrety tworzenia trunków, ona zaczęła opowiadać o swoim życiu pełnym trosk i kłopotów. Pochodziła z Kuby. Uciekając przed dyktaturą, musiała na zawsze pożegnać się z umierającą matką. Szansę na lepsze życie otrzymała tylko dlatego, że kuzyn kapitana statku kursującego pomiędzy Kubą a Dominikaną pewnego wieczoru przyniósł jej fałszywy paszport i zakomunikował, że wypływają o świcie. Nie było czasu na pakowanie, a tym bardziej na sentymenty. Historia ją zahartowała, mocno doświadczając na każdej możliwej płaszczyźnie. Teraz była samotną matką czternastoletniego chłopca. Mimo wielokrotnych zrywów, obiecujących pomysłów i nieustannej energii do walki o lepsze życie, los wciąż kładł jej pod nogi najgrubsze kłody – zawsze wtedy, gdy wydawało się, że zbliża się happy end. Opowieści o biznesach poprzeplatały się z historiami o mężczyznach, którzy w życiu Maisy odegrali bardziej lub mniej zacne role, co jeden typ ciekawszy od drugiego.

Szef kuchni jest jak spowiednik. Wszyscy przychodzili się wyżalić w atmosferze spokojnych, kulinarnych przygotowań i unoszących się woni. Na wszystko można znaleźć remedium, poza bolączkami samego szefa, które musi wylewać gdzie indziej. W efekcie cierpiał przyjaciel Julii, aktor i pisarz, który do dziś wykorzystuje jej smęty w swoich scenariuszach. Dzięki temu widzowie mogą czasem na scenie lub ekranie zobaczyć samych siebie. Bardzo lubiła te momenty, w których zawiązywały się nowe więzi i przyjaźnie.

Po dłuższym czasie i opróżnionym dzbanku koktajlu ucichła też muzyka. Słychać było tylko delikatne fale pieszczące kadłub statku i regularne, przeciągłe skrzypienie drewna kołysanego miarowo z boku na bok. Wyszły na pokład. Od razu owiał je przeszywający kości i dusze chłód. Noc dawno pogrążyła się w głębokim, mrocznym śnie, przykrytym gęstą mgłą. Nie było widać brzegu, nie dochodziły też żadne głosy. Było już grubo po północy, a dziewczyny miały wstać jako pierwsze. Czekał je długi dzień, rozpoczynający się od nakarmienia całej załogi sowitym śniadaniem. Sprzątając resztki naczyń w kuchni, komentowały, że przyjęcie na lądzie musiało się solidnie przedłużyć. Zażartowały z kapitana, po czym miały już ulokować się w swoich kabinach, gdy ciszę przerwał dźwięk tłuczonego szkła. Odgłos był przytłumiony, jakby w zwolnionym tempie. Wydobywał się z brzucha statku, gdzie znajdowało się małe pomieszczenie używane do przechowywania produktów spożywczych. Obie spojrzały w tym samym kierunku i przeszył je niepokój. To nie był jeszcze paniczny strach – raczej lodowaty ucisk w piersiach. Spojrzały na siebie i ruszyły w stronę kajut załogi mieszczących się w przedniej, dolnej część łodzi, stawiając kroki najciszej jak się dało. Po drodze Julia, w amoku, wyrwała ze stojącego na blacie kuchennym stojaka największy nóż, którego używała do krojenia mięsa.

– Po co mi nóż? – wyszeptała do Maisy, zakradając się po schodach prowadzących do małego pomieszczenia, które teraz przypominało loch. – Może zamiast brać nóż, powinnyśmy się obłożyć czosnkiem?

Nie wytrzymały i stłumiły chichot.

Ostrożnie otworzyły drzwi do niewielkiej kajuty, gdzie przechowywano artykuły spożywcze, część likierów i dwadzieścia kamizelek ratunkowych. Na środku pomieszczenia spoczywał olbrzymi, wiekowy teleskop, przez który można było zobaczyć inne światy wiszące na sklepieniu nieba. Najlepszych efektów można było doświadczyć, gdy statek płynął po otwartych wodach podczas bezchmurnej nocy. Żadne inne doświadczenie nie dawało podobnych wrażeń. Człowiek czuł się wtedy kompletnie wyeksponowany, zdany na kaprysy natury, Boga, własnych możliwości i rozumu. O sztormach oceanicznych można snuć osobne opowieści, a powodów do strachu nie brakuje.

Spoglądając w najczarniejszą czerń, Julia znalazła liche pokrętło, które, odkąd pamiętała, dawało tylko złotawobrudną smugę światła. W ciągu dnia światło dzienne docierało tu przez okrągłe okienka tuż pod niskim sufitem, a nocą pozostawały tylko dwie marne żarówki. Być może było to celowe – bez znajomości układu półek trudno było odnaleźć cokolwiek. Wieczorami cała załoga tradycyjnie odpoczywała na dolnym pokładzie, zakrapiając czas wykwintnymi drinkami.

Nagle z wnętrza doleciał je ostry i nieprzyjemny zapach, który odbierał mowę i wywoływał odruch wymiotny. Julia zasłoniła nos, a Maisa zrobiła krok do przodu. Nie potrafiły od razu zidentyfikować woni. Julia posunęła się w przeciwną stronę niż Maisa, z niepewnością oczekując na coś, co wyjaśni źródło hałasu. Zawsze słynęła z wrodzonej umiejętności opanowania – wychodziła z założenia, że na wszystko znajdzie się wytłumaczenie i nie należy tracić głowy w krytycznych sytuacjach.

– O, nie! – krzyknęła w końcu, dostrzegłszy kupkę czegoś szarobrunatnego, połyskującego w półmroku między rozbitymi kawałkami szkła. – Moje korniszony!!!

Podeszła już śmielej, szacując w myślach, ile poszło słoików i gdzie znajdzie na szybko składniki do ogórków a'la mangues.

Caramba, caramba. Qué ha pasado? – mruczała Maisa, chwytając się za głowę.

Zgięta wpół, obejmując głowę i biadoląc po hiszpańsku, wydała się Julii tak komiczna, że ta nie mogła powstrzymać wybuchu śmiechu.

– Zaczekaj, ale jak to się stało? – spytała wreszcie. Ulga po odkryciu tajemnicy szybko ustąpiła miejsca nowym wątpliwościom i strachowi.

Jakim cudem trzy wielgachne słoiki z zabezpieczonej przed huśtaniem półki znalazły się na ziemi?

– To pewnie Ted zgłodniał. Nie wiedziałam, że lubi ogórki, ha, ha! – Maisa nie przejmowała się nierozwiązaną zagadką i ze śmiechem odmaszerowała po zmiotkę i łopatkę.

W jej ciężkim chodzie Julia dostrzegła pewną surową męskość, której ta poczciwa kobieta musiała się nauczyć, by przetrwać wszystkie trudy losu. W tym samym momencie dwa cienie przemknęły przez górną szybkę, a chwilę później znów. Zaraz potem rozległ się zduszony łomot, coś stukało o drewno, zdecydowanie na pokładzie, tuż nad nimi. Julia zacisnęła nóż mocniej w dłoni. Stukot narastał, aż w końcu hałas stał się tak natarczywy, że przypominał stado bydła wypuszczonego na wolność. Serce zatrzymało się raz jeszcze w tragicznej niepewności.

– Wrócili nasi – westchnęła Maisa i otarła wierzchem dłoni pot z czoła.

4

Słońce tego dnia zachodziło bardzo powoli, jakby nie chciało się rozstać ze wschodzącym zbyt szybko księżycem. Popołudnie dłużyło się niemiłosiernie, być może ze względu na zmęczenie, które narastało przez ostatnie osiem dni pracy Julii, a może po prostu dlatego, że była to niedziela. Usiadła na ławce, chcąc podelektować się wolnym czasem. Poczuła żal za mijającym latem; chłód bryzy znad wody dawał się we naki.

Pierwszy dzień października ma prawo przynieść taką odmianę, że sięgamy do najgłębszych zakamarków garderoby, przywracając do życia grubszy sweter czy choćby okrycie last minute – szal. I ten specyficzny zapach jesieni, który niesie się w najmniejszym powiewie. Julia uwielbiała ten czas, kiedy porę roku można rozpoznać po zapachu. Jeden dzień, który wszystko zmienia – niezwykły, przełomowy. A potem przychodzi cała reszta: dodatkowe warstwy odzieży, które wyciągamy z zapomnienia i które dają nie tylko fizyczne ciepło, lecz także coś więcej. Jak gdyby dodawała nam otuchy poprzez bliskość imitującą przytulenie. Jesień... Nagle ma się wrażenie, że coś nas ominęło, o czymś zapomnieliśmy, a w najlepszym razie ogarnia nas poczucie, że nie wróci już coś wspaniałego, czego udało się doświadczyć.

W myślach Julia starała się objąć ostatnie pięć lat swojego życia. Było ono na tyle intensywnie i bogate w wydarzenia, że mogłoby posłużyć za scenariusz trzyaktowego dramatu. Przyjechała do Stanów w wieku, gdy człowiek, wynurzając się z okresu idealistycznych wizji, niemal codziennie zderza się z rzeczywistością, która nie ma nic wspólnego z młodzieńczymi złudzeniami. Dopiero wtedy analiza własnego życia nabiera prawdziwego wydźwięku, kiedy przeglądamy się w lustrze innych ludzi wokół nas. Nieraz trudno jest przetrawić tę weryfikację, kiedy w gruzy rozpadają się kolejne wyobrażenia o dorosłości i coraz trudniej bronić wartości. U Julii efekt był podwójny: wchodziła w dorosłość w zupełnie nieznanym kraju, w mieście, gdzie równie łatwo białe można nazwać czarnym i odwrotnie, znajdując poklask dla obu wersji.

Miasto, które wpierw nienawidziła całym sercem, a które później pokochała – nagle i nieoczekiwanie, odbiło w jej sercu szczególny znak, stając się drugim domem, trochę kulawym, pozbawionym spójnych wartości, ale jednak domem. Miasto, które domagało się jej tęsknoty, nie dbając o jej szczęście, które przyciągało jak magnes, nie licząc się z konsekwencjami. Wiele razy poddawała się podszeptom i rzucała wszystko, żeby tylko poczuć jego rytm, charakter, tętno. Miasto, które zawsze popychało ją do działania; które kazało żyć pełnią życia; które uzależniło ją od siebie, wykorzystując moment słabości i nieuwagi; za którym tęskniła jak szalona i które wiedziała, że będzie odwiedzać namiętnie i często.

Nowy Jork.

Bardzo płynnie z rozważań o wschodnim wybrzeżu Julia przeszła do wspomnień o niedawnej podróży na zachód. W końcu udało jej się dotrzeć do ukochanego San Francisco. Od momentu zakupu biletu na drugi koniec kraju nie mogła myśleć o niczym innym. Nawet siedząc już w samolocie, nie wierzyła, że spełnia się jej największe marzenie. Chłonęła każdą sekundę wizyty, skrzętnie odkładała w pamięci wszystkie chwile, a pamięć wspierała niezliczoną liczbą fotografii, niemal każdego rogu i przecznicy ulic tego cudownego miasta.

Wizyta w San Fran była najlepszym dowodem tego, że to wcale nie mrzonka, że marzenia się spełniają, że wizualizacje i szczere pragnienie prowadzą do celu. Co za piękny prezent od życia – u progu dorosłości przekonać się, że wszystko jest możliwe. Nigdy nie zapomni twarzy znajomych i rodziny, pełnych niedowierzania, kiedy przez lata mówiła im, że któregoś dnia wyląduje w Kalifornii i zrobi sobie zdjęcie na tle Golden Gate. A jednak determinacja i rozkaz wydany podświadomości sprawiły, że się udało.

Tymczasem Julia analizowała swoją przeszłość – dary losu i niepowodzenia – w świetle zachodzącego leniwie słońca, ciesząc się chwilą wolnego czasu.

Po kilku latach – najpierw nienawiści, potem wiernej miłości, a wszystko w ciągłej niepewności, gdzie powinna postawić kolejny krok: Nowy Jork, San Franciso, Polska czy może wreszcie jej ukochana Italia – podjęła w końcu decyzję, że spróbuje życia w Polsce. Być może zadecydowała tęsknota za domem, sentymenty, poczucie bezpieczeństwa, a może patriotyzmem. Kto wie?

Kupiła bilet w jedną stronę. Następny rozdział: Warszawa. Pozwoliła, żeby sezon na łódce zakończył się spokojnie i postanowiła wyjechać późną jesienią. Świetny czas na zmiany.

W tym czasie zakończyła się też jej przygoda z amerykańskim uniwersytetem. Przez kilka lat studiowała w Ameryce, a jednocześnie przyjeżdżała do Polski na sesje, by kontynuować tamtejsze studia. Nie miała jednak poczucia, że osiągnęła coś specjalnego, coś, co otworzy jej drzwi kariery. Nie czuła tego również po ukończeniu żadnych innych studiów. Być może nigdy nie trafiła na to "coś", co porwałoby ją bez reszty i wskazało właściwą ścieżkę. Ale koniec to koniec, choć nawet śmierć bywa początkiem czegoś nowego. Zastanawiała się zatem, co będzie dalej. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że zamiast dywagować, co przyniesie jej życie, powinna raczej zastanowić się, co chce zrobić ze swoją rzeczywistością i przyszłością, wyznaczyć cele. Być panią sytuacji. Tak działa system gratyfikacji: najpierw należy odnaleźć swój cel, jasno go określić, zobrazować i nie odpuszczać. Zazwyczaj na sukcesy, bogactwo i szczęście trzeba sobie zapracować i z reguły jest to ciężka praca. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Wkrótce miała się przekonać się o tym wielokrotnie, obserwując ludzi, na których fortuna spłynęła z nieba. Dosłownie.

5

Wszystko było już gotowe, zaczęto wpuszczać na pokład gości. Julia nie spoglądała nawet na ich twarze, działała mechanicznie. Na dodatek ogarnęło ją przytłaczające zmęczenie. Wiedziała, że wkrótce będzie musiała rozpocząć wielkie pakowanie i wysyłanie. W głowie układała listy spraw do załatwienia, a jednocześnie chciała jeszcze skorzystać z uroków miasta do granic możliwości. Kto wie, kiedy znów pojawi się w Nowym Jorku? Z zadumy wyrwała ją sylwetka wysokiego mężczyzny, który wyróżniał się spośród gości tym, że nagle stanął nieruchomo przed schodkami i zapytał:

– Czy można wejść na pokład?

– Witamy na pokładzie. – W rytm amerykańskiej nadostrożności poinstruowała dokładnie, jak należy stawiać kroki przed wejściem, w trakcie wchodzenia i już na statku. Spuściła wzrok i poczuła się trochę speszona. Zaskoczyło ją to. – Idiotka – wymruczała do siebie.

Poświęciła chwilę, by na zastanowić się, co było tak niezwykłego w sposobie bycia ostatniego gościa, ale nie na tyle długo, by poświęcać się rozmyślaniom bez reszty.

W połowie rejsu kapitan podszedł do Julii z niepewnym uśmiechem i wyszeptał:

– Wyłóż coś na stół, obiecałem gościom mały posiłek. Wprawdzie w tym rejsie przewidziano tylko szampan i h'orderves, ale może znajdziesz coś w lodówce.

– Kiedy? Co mam wyłożyć? Teraz mi mówisz? Pośrodku Hudson? – Julia wpadła we wściekłość i wymachując rękami, syknęła z tłumioną złością.

Richard zawsze lubił wchodzić innym w kompetencje, tego dnia padło na Julię. Pomimo uroczego zachodu słońca, zamyślonej statuy i budzących się świateł Manhattanu w tle, miała ochotę wysiąść i pójść do domu. Ciskając gromy, zbiegła do kuchni, by wykreować coś z niczego. Na szczęście gości było tylko dwunastu.

Oparta o barierkę, wpatrywała się w rozbryzgujące fale i liczyła minuty do końca rejsu, kiedy podszedł do niej nieznajomy, który wcześniej tak ją zawstydził, oferując piwo. Grzecznie podziękowała. Nie dość, że była w pracy, to na dodatek piwa nie znosiła. Propozycja w najlepszym razie ją zirytowała.

– Jak długo pracujesz na statku?

– To mój trzeci sezon. W przyszłym miesiącu wracam do Polski. – Plan powrotu do kraju Julii krystalizował się coraz wyraźniej, w miarę jak wypowiadała te słowa na głos. Zupełnie nie miała ochoty na dyskusje.

– Paulo. – Przełożył piwo do lewej ręki i podał jej prawą.

– Julia, miło mi. – W uścisku nie poczuła nic szczególnego.

– Trochę ostry ten wasz kapitan – rzucił porozumiewawczo, łypiąc okiem na prowadzącego statek. Widział z boku scenkę sprzed chwili i, jak się potem okazało, bawił go jej temperament.

Odpowiedziała coś zdawkowo, zupełnie tracąc zainteresowanie rozmową. Poza tym pamiętała, że widziała ich rozmawiających na początku rejsu i nie była pewna, jak blisko się znali.

Jednak nie kontynuowali tego tematu. Julia próbowała zakończyć rozmowę, ale jegomość nie dawał za wygraną.

– Świetny zachód słońca, masz szczęście. Pogoda nie zawsze jest sprzyjająca na takie rejsy – odezwała się od niechcenia, gotowa odejść do swoich zajęć.

– Tak, niezły, miasto niezłe, no i wszyscy lepiej wyglądają o tej porze dnia, w blasku zachodzącego słońca.

"Ale arogant" – przemknęło jej przez myśl, gdy spojrzała na niego dziarsko, mrużąc prawe oko, bo akurat raziły ją promienie. Coś jednak było intrygującego w tym zachowaniu.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc szybko zmieniła temat.

– Skąd jesteś?

– Jestem z Brazylii, ale mieszkam i pracuję na Florydzie. Prowadzimy rodzinny biznes, który ma bazę w Brazylii. Właśnie przedwczoraj wróciłem z podróży po Ameryce Południowej.

– Czym się zajmuje twoja firma?

– Sprowadzamy antyki z Ameryki Południowej, robimy też meble w Brazylii, głównie na zamówienie.

Postanowiła sobie, że zerknie na jego stronę, gdy tylko dotrze do domu.

– Co robisz w Nowym Jorku?

– Przyjechałem na parę tygodni pomóc znajomej w prowadzeniu galerii sztuki na Park Avenue. Czekają na mnie Picasso, Werner i inni. Spodziewam się, że będzie ciekawie.

Nieznajomy podobał się Julii coraz bardziej. Park Avenue ozdabiają tylko najlepsze z nowojorskich galerii. To w ogóle najbardziej prestiżowa ulica na całym Manhattanie.

Paulo zjawił się w Nowym Jorku kilka godzin wcześniej. Umówił się na popołudnie ze znajomym kapitanem innego statku, na którym miał przez kilka tygodni nocować, ale statku w porcie nie było. Nie dotarli na czas po przedłużonej, nocnej libacji i zapowiadało się, że upłynie jeszcze dobrych kilka godzin, zanim przypłyną do Chelsea Piers. Kapitan statku, na którym pracowała Julia, zaproponował mu przejażdżkę. W porcie wszyscy byli jak jedna, wielka rodzina.

Dopiero teraz przyjrzała się Paulowi uważniej. Być może rzeczywiście zachodzące słońce wpłynęło korzystnie na ocenę, ale w konturach jego twarzy było coś intrygującego, budzącego lekki, choć bezpodstawny niepokój. Spośród tłumu wyróżniały go dłuższe, lekko falowane włosy sięgające za ucho oraz imponujący wzrost. Nie wyglądał na nowojorczyka, ale nie potrafiłaby określić jego narodowości. To, że urodził się w Brazylii, niewiele wnosiło do jego wyglądu. Tylko jedna czwarta jego krwi pochodziła stamtąd, reszta z Europy. Ten miks narodowości wyraźnie odbijał się w rysach. No i te włosy.

Dotarli do portu już w ciemnościach.

Statku, na który czekał Paulo, nadal nie było. Miał więc do zabicia kilka godzin.

Tego wieczoru Julia była umówiona na kolację z koleżanką. Zaproponowała, że może zjeść z nimi.

Przystał na tę propozycję i po zakończeniu wszystkich procedur zamknięcia statku ruszyli razem do restauracji. Julia nie wypadła zbyt błyskotliwie, była zmęczona, myślami błądziła przy kartonach i listach rzeczy do zrobienia. Coraz mocniej czuła żal, że to już koniec pewnego rozdziału w jej życiu. Choć spędzała czas w miłym towarzystwie, marzyła tylko o tym, by znaleźć się w swoim mieszkaniu, z kieliszkiem wina w dłoni, jakimś soft jazzem w tle i widokiem na tryliony świateł miasta, które przez kilka lat było jej domem. Chciała choć na chwilę zapomnieć o przeprowadzce i utonąć w pięknie Nowego Jorku.

Następnego dnia Julia dotarła na statek nadzwyczaj wcześnie. Przed przygotowaniem menu na kolejną podróż postanowiła zrobić dokładny spis zapasów i inwentaryzację porcelany. Nagle, odwracając się, niemal straciła grunt pod nogami – w futrynie małych drzwi zobaczyła Paula, wygodnie opartego o ścianę.

– Jak długo tutaj stoisz?

– Wystarczająco długo – odparł.

Podarował Julii jeden z tych zaczepnych uśmieszków, w których czaiła się nutka flirtu, ale i męskiej wyższości nad kobiecym roztargnieniem.

– Wpadłem tylko się przywitać.

Paulo, w przeciwieństwie do Julii, od razu dał się porwać jej urodzie. Blond fryzura zawsze była starannie ułożona – wymagała tego od pracownic statku, więc sama również musiała o to dbać. Każdy jej ruch wprawiał go w podziw, a może nawet fascynację. Poczuł się coraz pewniej, widząc jej narastające zakłopotanie. Na początku nie wierzył, że mogłaby się nim zainteresować, ale dziewczyna z Europy Wschodniej pociągała go tak bardzo, że nie mógł oderwać od niej oczu. Nie potrafił określić, skąd dokładnie pochodzi jej delikatny akcent. Wiedział, że ma niewiele czasu, i choć nie wyobrażał sobie, jak mógłby wyglądać ich związek, to nie zawracał sobie głowy takimi szczegółami. Czuł, że coś musi się wydarzyć.

W ciągu trzech tygodni pobytu Paula w Nowym Jorku widywali się codziennie. Gdy tylko kończyła pracę, czekał na nią w porcie i zazwyczaj wybierali się do różnych części miasta, niby to gwoli odświeżenia pamięci Paula, który zwiedzał Nowy Jork wiele lat temu, niby jako pożegnanie Julii z miastem. Central Park, most Brooklyński, Hoboken, plaża w Long Island, a na koniec opera. Ten wieczór zapamiętała szczególnie.

Spektakl uwieńczony został piękną kolacją i uroczym spacerem po Central Parku. Późnym wieczorem dawkowali sobie czas małymi porcjami w sercu parku, wyglądając jak aktorzy z metropolitańskiej sceny, jakby przeniesieni z innej epoki. On w beżowych spodniach na kant, białej koszuli przykrytej wełnianą, szarą marynarką w najdrobniejszą kratę, a wszystko zwieńczone staromodnym, ale nonszalanckim fularem. Z włosami zaczesanymi gładko prezentował wizerunek zupełnie przeciwny do tego z łodzi. Julia w panice, mając tylko dwa dni na przygotowanie kreacji, przemierzyła wszystkie sklepy na Fashion Avenue, szukając czegoś szykownego i niepowtarzalnego. Udało jej się w ostatniej chwili. Spódnica w kolorze grafitu i o kroju trapezu sięgała z przodu ziemi, a z tyłu układała się w lekki tren, optycznie dodając jej około dziesięciu centymetrów. Żakiet uszyto z materiału o niejednolitej, lekko chropowatej strukturze – na granatowym tle srebrzystą nicią wyszyto delikatne wzory. Wdzianko upolowała w Zarze, a były to czasy, gdy marka tworzyła naprawdę niesamowite ubrania, godne co najmniej butików z Piątej Alei.

Usiedli na małej ławce, łapiąc wieczorny, październikowy chłód, który dał Paulowi możliwość wykazania się dobrymi manierami. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszała, że przed wyjazdem do domu powinna odwiedzić Florydę. Znając uprzedzenia Julii do tego stanu, Paulo próbował przekonać ją, że warto przynajmniej zobaczyć to miejsce i pozwolić sobie na ciepłe wakacje przed długą zimą. Nie było mowy, żeby zgodziła się na coś takiego, zwłaszcza że znała Paula dopiero od dwóch tygodni. Jednak pod delikatnym, acz stałym naporem z jego strony zaczęła się nad tą propozycją zastanawiać. W końcu, po kolejnym romantycznym wieczorze, oświadczył, że nie wyjedzie z Nowego Jorku, dopóki nie będzie miała biletu do Palm Beach.

Ustąpiła. W końcu miała czas i niewiele do stracenia. Nigdy nie była na Florydzie, a perspektywa spędzenia kilku tygodni w dwudziestoparustopniowej temperaturze, mieszkając przy samym oceanie, przeważyła szalę. Jesienna aura coraz mocniej budziła tęsknotę za ciepłem i słońcem, choć Julia uwielbiała cztery, porządne pory roku. Dała się namówić. Jednak gdy zamawiała bilet, w jej wnętrzu buzowały niepewność i strach. Przekonała siebie dewizą, że należy brać, co przynosi los, z otwartymi ramionami i nie przegapić okazji. Na co? Na wiele rzeczy. Jak to mówią tubylcy: you never know. Kupiła bilet.

Podniecenie i strach mieszały się w jedno uczucie, na które zareagowała zakupami. Potrzebowała nowego bikini. Zakupy w magiczny sposób zawsze pojawiają się jako reakcja na poszczególne stany: zerwanie z chłopakiem, celebrowanie awansu, wydanie książki czy choćby kolejny parszywy, piąty z rzędu pochmurnych dzień. To bardzo dziwne, a zarazem najprostsze remedium, produkt wykreowany przez człowieka, który przynosi korzyści obu stronom: konsumentom i producentom. Można by je reklamować w ten sposób: leczą wszystkie twoje smutki, wzmacniają radości, podekscytowanie przekształcają w euforię, depresję zamieniają w przelotną chmurkę, a wszystkie problemy – większe i mniejsze – rozpływają się jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Nikt nie kupiłby takiego lekarstwa, ale na zakupy idzie każdy.

Pomimo wahań bilet czekał już w jej skrzynce mailowej Julia sprawdzała wiadomości co pięć minut, bo wciąż nie mogła uwierzyć, że zgodziła się na tę podróż.

Kiedy siedziała w samolocie, świadomość powoli wracała, napiętnowana mieszanymi uczuciami, głównie zdenerwowaniem. Wdała się w dyskusję z pasażerem po prawej stronie. Kibicował całej przygodzie i twierdził, że z tej znajomości jeszcze mogą wyniknąć dzieci. Julia spiorunowała go najokrutniejszym ze spojrzeń, ale potem śmiali się z nieprzewidywalności losu, bo przecież tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo.

6

Julia, korzystając z odrobiny wolnego czasu, postanowiła nadrobić zaległości w wiedzy i wygooglowała wszystko, co internet miał do powiedzenia o Palm Beach. Była nieco oszołomiona, ale też bardzo zaciekawiona nowym światem, który wcześniej znała tylko z ekranu albo opowieści znajomych z Nowego Jorku.

Palm Beach. Wąska na dwa, momentami jeden kilometr wyspa, o długości zaledwie dwudziestu siedmiu kilometrów, rozciąga się wzdłuż lądu z północy na południe. Jej powierzchnia to raptem dwadzieścia siedem kilometrów kwadratowych. To maleńkie miejsce zamieszkałe jest w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach przez Amerykanów o europejskich korzeniach. Ich styl życia to mieszanka europejskich tradycji i amerykańskiego sposobu bycia. Bardzo często są obywatelami świata, krążą pomiędzy swoimi rezydencjami, zmieniając kontynenty jak motyl kwiaty. Przeżycie upalnego lata na Florydzie leży na granicy ludzkiej wytrzymałości, za to zimą temperatura rzadko spada poniżej szesnastu stopni.

Palmy rosnące sporadycznie wzdłuż i wszerz wyspy są pamiątką niezwykłego przyjęcia, które miało miejsce dziewiątego stycznia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku na pokładzie statku "Providencia", który osiadł na mieliźnie przez nieuwagę wesołej załogi transportującej wino i kokosy z Kuby do Hiszpanii. Podjęto decyzję, że nie ma innego ratunku dla łodzi, jak obdarować tubylców winem i rozładować dla nich dwadzieścia tysięcy kokosów. W efekcie przez kilka tygodni wszyscy na wyspie żywili się kokosami i pili wino.

Dziesięć lat później ta niesamowita enklawa przemieniła się w palmowy raj, wyspa otrzymała nowe imię, a przyjęcie trwa do dziś. Większość "dzikich" palm została wykarczowana, a na ich miejsce posadzono rzędy zadbanych, szlachetnych gatunków – szczególnie royal palm trees (palmy królewskie), o trzonach owiniętych jakby beżowym bandażem i ciemnozielonych czubach przypominających lisie kity. Rosną one bardzo długo, ale są też trudniejsze w utrzymaniu i wymagają specjalnej uwagi. Co jednak zupełnie nie gra roli, bo w Palm Beach pieniądze nie mają większego znaczenia. Miejskie palmy nawożone są specjalnymi mieszankami, które poprawiają kolor liści i sprawiają, że drzewka nie tracą ich regularnie.

Rokrocznie rytm życia na wyspie wyznacza sezon. Kiedyś trwał od Bożego Narodzenia do Wielkanocy. Dziś, dzięki wspaniałemu wynalazkowi, jakim jest klimatyzacja, rozpoczyna się już praktycznie po Święcie Dziękczynienia, przypadającym na przedostatni czwartek listopada.

Podobno pewien włoski hrabia, Frank Lahainer, poślubiwszy swoją siedemnastoletnią sekretarkę, przeniósł się do Nowego Jorku i zainwestował w ogromny apartament u samego Donalda Trumpa, zachowując jednocześnie swoją dwudziestopokojową rezydencję w Trieście. Gianna, rudowłosa małżonka, uwielbiała najróżniejsze świecidełka, którymi hrabia szczodrze ją obsypywał. Szafiry, dwudziestosześciokaratowe szmaragdy i diamenty spoczęły na jej dłoniach, a na podwórku stał niczego sobie biały rolls-royce corniche, którym dumnie przemierzała ulice miasta. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku postanowili zamieszkać częściowo także na Florydzie. Podróżowali dookoła świata pięć razy, z każdej wyprawy przywożąc cenne pamiątki: muzealnej klasy osiemnastowieczne meble warte trzysta tysięcy dolarów czy nawet obraz Picassa, wówczas wyceniany na milion dolarów.

Frank nagle zachorował i w wieku dziewięćdziesięciu lat zmarł w Palm Beach, dziewiątego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Jego majątek oszacowano na trzysta milionów dolarów. Wszystko zostawił żonie, która miała wtedy pięćdziesiąt siedem lat.

Fatalny czas na takie trudności. Frank zmarł w środku towarzyskiego sezonu. Gianna zdecydowała zaczekać z pogrzebem, aby nie ominęło jej żadne z brokatowych wydarzeń, balów i przyjęć, które stanowią sens życia rezydentów Palm Beach. Postanowiła zabalsamować męża na czterdzieści dni, dopóki nie skończy się sezon. "W końcu zakupiłam już bilety na wszystkie okazje" – tłumaczyła. Kilka dni po pogrzebie sama urządziła przyjęcie obfite w kawior beluga i najlepszego szampana. "Moje życie nadal się toczy" – powtarzała. "Dlaczego miałabym czekać? Ominąłby mnie sezon".

Pomimo że palmy nie są rodzime dla tego regionu, widać je wszędzie. Rosło ich znacznie więcej, zanim wyspę zaczęto przekształcać w krainę "mlekiem i miodem płynącą", zarezerwowaną jedynie dla wybranych. Gdy w latach pięćdziesiątych stała się popularnym i modnym miejscem wypoczynku, pod jej palmami schroniło się wielu możnych z Europy. Jakby tego było mało, dno wschodnich wybrzeży Florydy usłane jest wrakami flot wiozących klejnoty, złoto, cukier, a nawet kokosy. Rozbijali się tutaj wszyscy, bez wyjątku. Ostre, nieprzewidywalne burze huraganowe nie miały litości dla nikogo. Pogoda była istotnym weryfikatorem sukcesu wyprawy, zaraz po ryzyku spotkania europejskich piratów.

Wyspa zapewniała pełne środki do życia: kokos ma wyjątkowe wartości odżywcze, gasi pragnienie i w ekstremalnych sytuacjach, jak na przykład rozbicie się na nieznanym terenie, pozwala przeżyć przez wiele miesięcy, stanowiąc jedyne źródło pożywienia. Jego pień świetnie nadaje się do budowy tratwy lub łódki, a liście doskonale pokrywają dach szałasu. Klimat sprzyja życiu a la Robinson Crusoe.

Do kokosowego raju nie prowadzi ani jeden drogowskaz. Mieszkańcy nie życzą sobie, aby tłumy turystów wdzierały się na wąski pas lądu i nie tylko zabierały przestrzeń, lecz przede wszystkim dewastowały półpubliczny teren przeciętnością. Wszystkie trzy mosty, jako jedyne łączące wyspę ze stałym lądem, są pilnie strzeżone przez kręcących się wszędzie strażników prawa. Ci dysponują flotą łódek, radiowozów i Bóg jeden wie, ilu cywilnych samochodów, a kamery monitorują każde skrzyżowanie i ulicę. Policja widzi wszystko, wie o wszystkim i wszystkich zna. Jest to korzystne dla mieszkańców – nikt nie zamyka domu na klucz, a nieproszeni goście nie są mile widziani. Nawet jeśli komuś uda się natrafić na któryś z mostów i tak nie ma się pewności, że znalazł się na terenie "uprzywilejowanych". Nie ma tu bowiem tablic z nazwą wyspy ani znaków powitalnych, a jeśli musisz się zatrzymać, żeby zapytać o drogę, to znak, że nie powinno cię tutaj w ogóle być. Bezpieczeństwo jest tutaj priorytetem. Służby państwowe zostały sowicie opłacone przez mieszkańców, by chronić gwiazdy zamieszkujące te kilka kilometrów, zapewniając im spokój i anonimowość. W przypadku jakiejkolwiek akcji blokowane są wszystkie mosty, co uniemożliwia ucieczkę sprawcy. Bardzo ciekawym elementem troski lokalnej policji jest opieka nad Palmbeacher'ami podczas zakrapianych wieczorów w wielu wyrafinowanych restauracjach. Mają oko na każdego, a widząc, że któryś wychodzi chwiejnym krokiem, od razu "atakują" i z uprzejmym "Sir", proponują eskortę do bram willi tak, aby mieć pewność, że patronowi nic po drodze się nie wydarzy.

Życie na wyspie może się wydawać sielanką, bo zbrodnie czy nawet drobne przestępstwa należą tu do rzadkości. Wypadki samochodowe też zdarzają się rzadko, układ ulic – czterostronne skrzyżowania z czterema znakami "stop" i sygnalizacje na każdym rogu – powoduje bowiem, że wszyscy prowadzą swoje bentleye z nadzwyczajną ostrożnością. Automatyczne, standardowe skrzynie biegów naprawdę ułatwiają sztukę poruszania się po drogach. Do tego stopnia, że panie w drodze do pracy, utykając nieraz w korkach, robią sobie manicure, makijaż czy nawet czytają w porannej prasie najświeższe plotki o sąsiadach. Standardem na autostradzie są kierowcy jedzący, pijący lub czytający. Floryda.

Zazwyczaj po Wielkanocy miasto pustoszeje niemal natychmiast. Wszyscy chcą zdążyć do swoich rezydencji w Hamptons, Kalifornii lub w Europie, jeszcze przed wielkim upałem, który uderza we Florydę z początkiem maja, przy odrobinie szczęścia dopiero w czerwcu. Na pewno warto być poza granicami tego stanu przez cały lipiec, sierpień i wrzesień nie tylko z powodu ogromnego, wręcz nie do zniesienia upału przypominającego saunę, ale także z powodu niebezpieczeństwa spotkania huraganu.

A huragany bywają złośliwe. Co roku nadchodzą jeden za drugim znad wybrzeży Afryki, przemierzając Atlantyk. Napotykają ciepłe masy powietrza, po czym, przybierając na sile i wielkości, z impetem uderzają w Bahamy, Karaiby, Florydę i inne stany. Przy nowoczesnym systemie badania atmosfery można obserwować, jak zachowuje się żywioł, i na podstawie ścieżek poprzednich huraganów próbować przepowiedzieć, w którą stronę będzie się przesuwał. Czasami jednak zdarza się, że pomimo zapewnień meteorologów o spodziewanym kierunku, potwór robi im na złość i kieruje się w przeciwną stronę. Tak się stało na przykład w przypadku huraganu Andrew.

Wszyscy mówili o tym, że uderzy w środkową część Florydy. Mieszkańcy tego obszaru masowo zaczęli rozjeżdżać się na północ, zachód stanu lub do Miami, które miało być bezpieczne.

Trasę huraganu można przewidzieć na około pięć dni przed uderzeniem. W razie wielkiego zagrożenia, czyli żywiołu o wysokiej sile, jest jeszcze czas na ewakuację. Tym razem w Palm Beach, uspokojeni przez media i synoptyków, ludzie zabezpieczyli się dodatkowymi galonami wody i zapasami suchego prowiantu, ale nie przejmowali się zbytnio nadchodzącym wiatrem. Krótki paraliż miasta o tej porze roku i brak elektryczności przez kilka godzin w wyniku sztormu to już standard. Przy prawie pięćdziesięciostopniowym upale i wilgotności na poziomie dziewięćdziesięciu pięciu procent to dosyć nieprzyjemny incydent. Człowiek czuje się, jakby na stałe zamieszkał w saunie. Nie ma ucieczki. Nawet woda w łazience ma temperaturę wiosennej zupy. Mieszkańcy Palm Beach radzą sobie i z tym problemem. Do prywatnych basenów w ogródkach wsypują ogromne ilości lodu, który nie zdążył jeszcze się stopić bądź pochodzi z prywatnych zamrażalek na baterie, i w ten sposób przyjemnie chłodzą kąpiel.

Nikt w całej południowej Florydzie nie traktował zagrożenia poważnie. Mieszkańcy północnej części zaczęli zjeżdżać na południe, żeby tam przeczekać dzień lub dwa, zanim żywioł się wyciszy. Jednak w ostatnich dwudziestu czterech godzinach przed planowanym uderzeniem, po tym jak wielu znalazło bezpieczne schronienie w dzielnicy South Beach, okazało się, że huragan gwałtownie zmienił kierunek i uderzy w serce Miami. Wybuchła panika. Ludzie zaczęli opuszczać miasto, a jedyną drogą ucieczki była wyprawa na północ. Dwie główne autostrady zakorkowały się w kilka minut. Huragan osiągnął już czwartą kategorię, przeczesując wyspy Bahama. Kategorii jest pięć, przy czym piąta ma siłę zmiatania z powierzchni ziemi absolutnie wszystkiego z korzeniami i fundamentami. Część osób zdecydowała się jednak pozostać w mieszkaniach: zaciągnęli huraganowe okiennice, wykupili resztki jedzenia i wody, której w sklepach zabrakło już godzinę od ogłoszenia alarmu.

Obserwując autostradę z góry, widać było tylko cienkie linie wąskich, kolorowych tasiemek. Samochody, ustawione ciasno na wszystkich pięciu pasach, poruszały się nieznacznie. W przeciwną stronę nadciągały olbrzymie czołgi z załogą gotową do strzeżenia miasta w najgorszym czasie apogeum. Sunęły w rzędzie, jadąc powoli, jakby na stracenie, wprost w paszczę potwora.

Wszyscy czekający w nerwach na przebieg wydarzeń, zaryglowani w swoich lub nieswoich mieszkaniach, spoglądali w ekran telewizora z zapartym tchem. Prognozy były bezlitosne: kręgosłup huraganu miał uderzyć prosto w Miami. Trzy czwarte mieszkańców Palm Beach i okolic spakowało małe walizki i wyruszyło na południe, chcąc uniknąć żywiołu, chroniąc się u znajomych bądź rodziny. To, co najpierw miało być schronieniem, okazało się koszmarną pułapką. Nikt nie był pewien, czy przeżyje kolejne dwadzieścia godzin.

Oczekiwanie to okrutne, niekończące się tortury. Wieści z ekranu stawały się coraz gorsze i bardziej przerażające. Od wielu godzin w szyby bębnił wściekły, nieprzezroczysty deszcz, ciężki jak teatralna kotara. Niebo zaciągało się głęboką szarością i w zaskakującym tempie ciemność zaczęła otaczać najbardziej wysunięty na południe stan Ameryki. Była to inna ciemność niż ta nocna. Groźna, złowroga, przerażająca. Powoli pojawił się też huk, nieludzki, paranormalny odgłos, jak gdyby wychodzącego z ciemnej jaskini monstrum. Miało się wrażenie, że za moment skończy się świat. Najgorsze miało dopiero nadejść. Łoskot stawał się coraz głośniejszy, minuty przeciągały się w nieskończoność. Wydawało się, że ta historia nigdy się nie skończy. Ludzie byli zmęczeni czekaniem, strachem i walką o przeżycie. W momencie gdy wydawało się, że już głośniej nie może zawyć, hałas sięgnął zenitu. Harmider rozrywał cały układ słuchowy człowieka, popychając go w paszczę paniki i paraliżującego strachu, tonącego we łzach bezsilności, nadając nowy wymiar ludzkiej wytrzymałości. W końcu, po wielu minutach zakrawających na wieczność, nastała absolutna ciemność. Zgasł prąd i ludzie zostali sami, wraz z milionem innych, uwięzionych w wieżowcach mieszkańców Miami. Trzy godziny anormalnych dźwięków, stukotu, warkotu i szumu, panicznej trwogi, tłuczonego szkła i trzasku wyrywanych ram okiennych. Po katastrofie, jeszcze pod koniec dnia, pojawiły się blade promienie słońca chylącego się ku horyzontowi. Nikt nie zauważył niezwykłej konsystencji chmur, które – od czarnej po miliony odcieni szarości – ułożyły się grubymi warstwami nad horyzontem, pozwalając słońcu pożegnać dzień w wąskiej, czerwonej szczelinie tuż nad ziemią.

Nikt jednak nie zwracał uwagi na niebo. Każdy starał się oszacować straty we własnym systemie wartości, patrząc szeroko otwartymi oczami na pogrom żywiołu: budynki, ulice i drzewa. Najbardziej drastycznie wyglądały poprzewracane samochody, niektóre leżące na dachach, kilka ulic od miejsca, w którym zostawili je właściciele. W jednym z mieszkań znalazła się lodówka sąsiada, która przeleciała przez powybijane szyby z jednego mieszkania do drugiego na wysokości dwunastego piętra. Trudno wyobrazić sobie to wszystko, patrząc tylko w ekran telewizora transmitującego relację. Kataklizm nabiera zupełnie innego wymiaru, gdy doświadcza się go wszystkimi zmysłami.

Potwór zabił dwadzieścia trzy osoby i był najdroższym kataklizmem w historii USA – kosztował Amerykę dwadzieścia siedem do trzydziestu miliardów dolarów.

Julia stwierdziła, że wszystko zapowiada się całkiem ciekawie, warto to sprawdzić. Tam jej jeszcze nie było.

7

Pierwszego ranka po przybyciu Julii na wyspę Paulo zabrał ją na plażę. Już z samolotu zielone palmy kołysały się lekko, poruszane delikatną bryzą znad oceanu, nic sobie nie robiąc z jesiennej szarugi panującej na Północy. Gdy tylko pozwolono opuścić lotnisko, przy pierwszym kroku na zewnątrz budynku otuliło Julię lepkie i bardzo ciepłe powietrze. To było jak cofnięcie się w czasie o kilka miesięcy – déja vu – gorące lato, tyle że w wersji tropikalnej.

Od wody mieszkanie Paula dzieliło zaledwie dziesięć minut spacerem. Wyprawy na poranny jogging przy akompaniamencie szumu oceanu stały się rutyną. Woda raziła ostrością turkusowo przezroczystej głębi, z której co jakiś czas wynurzały się morskie stworzenia. Julia chłonęła te nowości całą sobą, postanowiwszy od początku, że stawia na relaks. Leniwe fale, popychane w kierunku brzegu, kończące się koronką śnieżnobiałej piany, rozpryskującej się delikatnie w powietrzu. W momencie osiągania najwyższej wysokości każda fala z oporem przekształcała się na parę sekund w ścianę, jakby szklaną, pozwalając zobaczyć, co dzieje się pod wodą. A działo się sporo: ryby rozmaitych kolorów i kształtów przepływały spokojnie wzdłuż, prezentując swoje profile. Najciekawsze były olbrzymie dorady i żaglice z niebieskimi jak chabry czubami i nosami jak igły, turkusowe, o wielkich głowach, połyskujące w słońcu, które czyniło ich kolor jeszcze bardziej intensywnym i spektakularnym. Spacerując po płytkiej wodzie, można było natknąć się na płaszczki, sielankowo wygrzewające się w nadbrzeżnej, ciepłej wodzie. Trudne do zauważenia, bardzo niebezpieczne – w razie przypadkowego nadepnięcia reagowały uderzeniem cienkiego, długiego ogona zwieńczonego kolcem jadowym. W razie poparzenia można umrzeć, a w najlepszym wypadku trafić do szpitala. W ten sposób zmarł wielki przyrodnik i miłośnik natury – Steve Irwin. Nie wolno też zapominać o rekinach, które we florydzkich wodach krążyły dosłownie masowo – różnej wielkości, grubości, barwy i temperamentu. Wszystko to Paulo wyjaśniał Julii w biegu, zdejmując sandały i chwytając wiosło od żółtego jak poranne słońce kajaka, gotów ruszyć do wody na spotkanie z rekinami.

– Wchodzisz? – zapytał bardziej zatroskany o to, by Julia nie przegapiła widoków, niż o jej bezpieczeństwo.

– Dzięki, może innym razem – odpowiedziała pod nosem, intensywnie wpatrując się w najbliższe fale. – Może dziś zostanę na brzegu.

Woda pełna jest także manatów i żółwi. Jeśli nie uda się ich dostrzec w oceanie, można je spotkać na plaży dwa razy do roku: pierwszy raz w okolicach kwietnia, kiedy wychodzą z wody i składają jaja na plaży, a drugi jesienią, kiedy wykluwają się małe. Żółwice wychodzą na brzeg tylko nocą, zataczają kręgi, czasami znajdując miejsce na gniazdo, a czasami nie. Potrafią wyczuć, czy nadchodzący sezon przyniesie jesienne huragany – wówczas składają jaja jak najdalej od wody. Jeśli nie, gniazda są znacznie bliżej oceanu.

Korzyści z codziennych porannych spacerów po plaży są niezliczone. Wtedy najlepiej widać gniazda – małe wzgórza otoczone śladami ciężkiego tułowia żółwiej mamy sunącej po piasku i łap odpychających ciało do przodu. Julia słuchała opowieści Paula, który zdecydowanie kochał naturę i aktywnie uczestniczył w akcje pomocy lokalnym zwierzętom. Niektóre dorosłe żółwie osiągają rozmiary sięgające połowy małego fiata 126p. Żółwiki po wykluciu unoszą pyszczki, rozgrzebują piasek i jednym ruchem wyskakują na powierzchnię. Potem – jak na komendę – maszerują, ile sił w łapkach, instynktownie kierując się ku wodzie. Wtedy też zaczyna się walka o przetrwanie, dosłownie od pierwszych chwil życia. Na pustej plaży stają się łatwym łupem dla drapieżnych ptaków, które nie mogą się doczekać smacznego śniadania. Jeśli w pobliżu znajdzie się człowiek, zwykle bez trudu odgania napastnikówi. Gorzej, gdy maluchy muszą sobie radzić same.

Średnio około czterdziestu żółwików z jednego gniazda niezdarnie pokonuje maleńkie górki z piasku uformowane przez nocne wiatry. Czasem plączą się w trawę morską, wyrzuconą przez fale na brzeg, ale zwykle dzielnie wydostają się z tarapatów, choć nierzadko upadają na grzbiet i rozpaczliwie machają łapkami, zanim ruszą dalej do oceanu. Każdy jest wielkości dziecięcej dłoni, a jednak ich pierwsza droga budzi w człowieku zadumę, że nie jest na Ziemi sam i że powinien pohamować swoje egoistyczne zapędy.

– Sytuacja z żółwiami w Palm Beach stała się problematyczna, kiedy zauważono, że maluchy łatwo ulegają dezorientacji przez sztuczne światło. Ponieważ kierowanie się do światła jest pierwszym instynktem, wychodzą z piasku o brzasku, często podążają na zachód, lgnąc do lamp ulicznych, oświetlenia zewnętrznego czy oświetleń basenów. Nawet przechodzień z latarką może sprowadzić je na manowce. Wtedy zamiast w oceanie lądują pod kołami samochodów lub umierają z odwodnienia – tłumaczył Paulo Julii.

Codzienne wycieczki nad ocean dostarczały coraz to nowych wrażeń. Paulo, który od dziecka traktował plażę jak własny plac zabaw, chciał, żeby Julia nie przegapiła niczego. A ona, choć jej żywiołem były góry, szybko zrozumiała, że to jedno z nielicznych miejsc na Florydzie, które napełnia ją pozytywną energią.

8

Julia zadecydowała, że chce wiedzieć wszystko o Palm Beach. Chłonęła każdą informację i kodowała wszelkie nowości. Co rusz czuła się jak na planie filmowym w świecie, który znała tylko z ekranów.

Wielką zaletą rezydowania w Palm Beach przez dwanaście miesięcy w roku jest to, że latem miasto praktycznie należy tylko do tych, którzy zostają, o ile są w stanie wytrzymać upał. Można zaparkować dosłownie wszędzie, plaże są opustoszałe – nie ma jednak szans na korzystanie z nich po dziewiątej rano. O tej porze piasek przybiera temperaturę rozżarzonego węgla, a słońce smaży wszystko, co się porusza. Ochłody w wodzie nie ma za grosz, temepratura oceanu sięga trzydziestu stopni Celsjusza. I garderoba. Tak, zdecydowanie jeden zestaw ubrań na dwanaście miesięcy z ewentualnym sweterkiem czy prochowcem – potrzebnymi tylko przez dwa tygodnie w roku. Całe miasto pachnie wtedy lekką, uperfumowaną stęchlizną z nutą kamfory, którą wkłada się do szaf, aby uniknąć niszczycielskich wizyt moli.

Sezon, który trwa od końca października, czyli kiedy pogoda w Nowym Jorku i Hamptons zaczyna się psuć, do Wielkanocy, gdy zjeżdżają do Palm Beach ze swoich drugich lub trzecich domów ultrabogaci półrezydenci, dyktuje warunki nie tylko palm beacherom, ale też wszystkim, którzy w ten czy inny sposób im służą: pomocom domowym, kucharzom, szoferom, sprzedawcom wszelakich sklepów, projektantom wnętrz, wszelkiego rodzaju biznesom detalicznym oraz wielkiemu rynkowi sztuki. Wszyscy mieszkańcy Palm Beach i okolic, pracujący na swe utrzymanie – no może poza służbą, która raczej niechętnie wraca do usługiwania rozkapryszonym milionerom – niecierpliwią się już przy krojeniu indyka na Święto Dziękczynienia. Snują domysły, zadając sobie pytanie, jaki będzie nadchodzący sezon, martwiąc się o ekonomię i prognozy pogody. Im dłuższa, pogodna jesień na Północy, tym późniejsze przybycie na Florydę potencjalnych klientów. Każdy zaciera ręce, słysząc o pierwszym mrozie w Nowym Jorku, odkurza sklepiki i wystawia swój najlepszy towar. Na ulicy Antique Row, na której kumulują się butiki z antykami, panuje niesamowity zamęt. Ulica leży bowiem pod pasem startowym międzynarodowego lotniska, więc łatwo wypatrzyć nagromadzenie w powietrzu prywatnych odrzutowców.

Jednak w kwietniu, wraz z uspokojeniem się miasta, zamiera też biznes. Wtedy, nie martwiąc się o straty w finansach, wszyscy podróżują z podwójnym uczuciem: zadowolenia po owocnym sezonie i spokojem, wynikającym ze świadomości, że zamykając drzwi swojego sklepu na cztery spusty, niczego nie tracą. Po wzmożonym wysiłku trwającym niemal pół roku wypoczynek jak najbardziej im się należy.

Rodzinna firma Paula, projektująca wnętrza, oraz butik z antykami także podlegały pod kategorię obsługi uprzywilejowanych i korzystały z wolności latem, które na Florydzie jest okrutne, a w innych częściach świata przyjemne. Był to też czas, kiedy planowano odwiedziny u rodziny rozsianej po całym świecie.

Palm Beach gromadzi najbogatszych ludzi na świecie. Ich majątki niekoniecznie są rezultatem ciężkiej pracy. Rzeczywistość jest raczej syntetyczna – tworzy scenę, na której każdy chce grać główną rolę. Mówi się, że gwiazdy, które grawitują ku wyspie, utwierdzają rezydentów w poczuciu własnej ważności. Sławni obecni są na każdej płaszczyźnie tej niejako odseparowanej części ziemi: wychodzą na kolacje, zakupy, rzadziej na plażę. W przeciwieństwie do Los Angeles czy Paryża prasa jest tu bardzo kulturalna i szanuje prywatność, wręcz jej strzeże. Przejeżdżający na rowerze Rod Steward czy robiący zakupy Sylverster Stallone to codzienność. Nikt nie zatrzymuje się, by naprędce zrobić zdjęcie i wysłać do brukowca, w nadziei na łatwy zarobek. Znani nie są zaczepiani, nikt nie prosi o autograf, towarzyszą im jedynie sympatyczne uśmiechy, dające poczucie, że mieszkańcy hermetycznej wyspy to jedna wielka rodzina.

Pewna znajoma Paula straciła sześć godzin, robiąc zakupy w lokalnym, jedynym supermarkecie. Po dwóch godzinach starannego wkładania do koszyka sprawunków kierowała się już do wyjścia, gdy zauważyła swojego ulubionego piosenkarza, Roda, wchodzącego do sklepu. Chodziła za nim kolejne kilka godzin, zbierając się na odwagę, żeby powiedzieć Hello. Jednak nie przemogła emocji. Usłyszawszy tę historię, znajomi zorganizowali kolację, na którą została zaproszona wraz z mężem. Nie mogła wydusić słowa, gdy Rod podszedł do niej od tyłu, gdy pomagała w kuchni przy winie, i zamknął jej oczy, prosząc, żeby odgadła "kto to". Okazało się, że jest bliskim przyjacielem gospodyni. Cóż, świat naprawdę jest mały. Szczególnie tutaj.

Wyspa funkcjonuje w bardzo ciekawy sposób. Ten nietuzinkowy kawałek ziemi to jeden z najlepszych przykładów potęgi pieniądza, bo w Palm Beach mieszkają tylko ci, którzy mają go bardzo dużo. Warte wiele milionów wille cieszą oko, wartość tych położonych przy plaży, czyli w "najgorętszych miejscach", sięga od czterdziestu do ponad dwustu milionów dolarów. Najdroższa posiadłość kosztuje miliard. Mają przeciętnie od sześciu do dwudziestu czterech tysięcy metrów kwadratowych i są urządzone z nieziemskim przepychem. Piętnaście sypialni zaaranżowanych pod dyktando najsłynniejszych światowych projektantów to standard, do tego około dwunastu łazienek, kilka bibliotek, pokój mediów, sauny, jadalnie, pralnie, nie wspominając o basenach – naturalnie na świeżym powietrzu, z widokiem na ocean. Miesięczne rachunki za prąd to kwota od dziesięciu do dwudziestu tysięcy dolarów, a roczny podatek wynosi nierzadko pięćset tysięcy. Pielęgnacja ogrodu pochłania około stu sześćdziesięciu tysięcy plus, oczywiście, zatrudnienie. Na podjazdach stoją tylko najnowsze modele pojazdów marek takich jak Aston Martin, Bentley, Maybach czy Jaguar.

Na wyspę na parę miesięcy w roku przyjeżdżają pomieszkać Oprah, Bon Jovi, bracia Koch (fortunę zbili na wydobywaniu oleju), Ronald Perelman (właściciel koncernu Revlon), Serena Williams, Diana Wister (spadkobierczyni majątku po firmie Campbell's Soup), Irvin Kramer (znany finansista) i wielu, wielu innych. Nie wolno zapomnieć o Donaldzie Trumpie, odległym sąsiedzie, który przewrócił wyspę do góry nogami, kupując willę za dziesięć milionów dolarów w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku i przekształcając ją w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku w popularny i kontrowersyjny klub Mar-a-Lago. Tutaj swój letni domek miała prezydencka rodzina Kennedych. Z powodu problemów rodzinnych dom wciąż pozostaje w ich rękach, jednak zaprzestali wyjazdów na Południe, nad czym ubolewają lokalsi. Tu i ówdzie słyszy się, że to wielka szkoda. Nie tylko dlatego, że Kennedy byli dobrym towarzystwem, lecz także dlatego, że co sezon rodziła się o nich nowa, soczysta plotka, którą wyspa żyła przez cały rok, do następnej zimy.

Julia chłonęła wszystkie informacje, jak tylko mogła. Paulo nie szczędził szczegółów, w końcu podróż do Palm Beach to jak wyprawa na inną planetę.

Bogacze często zmieniają wystrój wnętrz – prawie tak samo często, jak decydują się na poprawki urody. Nierzadko można być świadkiem rozmów czekających w kolejce w Publix, jedynym supermarkecie na wyspie, starszych pań. Pierwsza zauważyła zmiany na twarzy koleżanki i nie mogła się nachwalić jej nowego wizerunku. Zapytała nieśmiało o dane lekarza, bo "tak fantastycznego" efektu nie widziała jeszcze nigdy. Pani poleciła nazwisko chirurga, po czym przyznała się, że pierwotnie planowała zabieg w Rio de Janeiro, dokąd podobno przybywają panie z całego świata, żeby poprawić swoje ciało. Jednak w ostatniej chwili zrezygnowała, bo jakby nie było, "to kraj Trzeciego Świata", gdzie nigdy nic nie wiadomo. Bała się, że przypadkiem trafi w niepewne ręce, gdyby tylko zeszła z eleganckich ulic Leblon lub Copacabany, więc zdecydowała się na zabieg w Miami.

W samym Miami działa około trzystu gabinetów, gdzie można powiększyć, podnieść lub przemodelować biust. Ceny wahają się od ośmiu tysięcy do pół miliona dolarów.

Plastikowych twarzy w Palm Beach jest całe mnóstwo. To proces podobny do tworzenia sztuki – nie każdy obraz przecież nadaje się na wystawę, ten gorszy chowany jest zazwyczaj w najciemniejszym kącie pracowni. Trudno byłoby wszystkich, którym skalpel nie wyszedł na dobre, zamiatać pod dywan, co z kolei wykorzystują media, wyolbrzymiając usterki chirurgów plastycznych. Panie, a coraz częściej również panowie, straszą więc na ulicach. Nie powinno się rozśmieszać takich ludzi, bo jak tylko na twarz wpłyną mocniejsze emocje, istnieje ryzyko, że dzieło pęknie na pół.

Presja jest potężna: w Palm Beach wszyscy dobrze wyglądają, noszą markowe ubrania, jedzą wyszukane, "wyszczuplające" potrawy, panie w każdym wieku noszą kuse spódniczki i eksponują biusty, więc jeśli nie ma się perfekcyjnego ciała, trudno tu przetrwać, a już na pewno trudno znaleźć męża lub choćby kochanka.

Od swoich nowojorskich przyjaciół Julia często słyszała, że Nowy Jork to już nie to samo miasto – na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat klimat tego miejsca zmienił się drastycznie. To samo mówią lokalni mieszkańcy. Pani Rybovich, która przyprowadziła się do Palm Beach w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku jako mała dziewczynka, wspominała, że dawniej ludzie byli delikatniejsi w kontaktach, a ich relacje – bardziej wyrafinowane. Palm Beach wydawało się wręcz królewskie.

"Inny typ ludzi" – twierdziła. "Mieszkali w cudnych domach z trzydziestoosobową służbą. Dziś jakość nie jest już ta sama. Kiedyś nie afiszowano się bogactwem, teraz każdy kładzie je na tacy lub macha nim przed nosem. Jest wielka różnica pomiędzy "starymi" a "nowymi" pieniędzmi".

Rodziny królewskie przyjeżdżają teraz rzadko. Oczywiście od czasu do czasu zdarza się wypoczywający lub załatwiający biznesy sułtan albo któryś z jego krewnych, ale to coraz rzadsze przypadki. Teraz pojawiają się nowe pieniądze i nowy lifestyle. A "nowy" nie zawsze znaczy lepszy.

Wśród osiemdziesięciu siedmiu procent milionerów, którzy zamieszkują wyspę, są sławni pisarze, którzy nie dostali w spadku ani centa, obcokrajowcy, którzy przyjechali z pustymi portfelami, a teraz prowadzą najbardziej wystawne salony samochodowe na Florydzie, gdzie w błyszczących maskach najnowszych modeli świata można się przeglądać jak w lustrze; właściciele telewizyjnych programów, jak Oprah Winfrey, która zaczynała karierę z jednym dolarem w portfelu, a dziś jest jedną z najlepiej zarabiających kobiet globu.

A co to znaczy być bogatym? Społeczeństwo palmbiczowskie funkcjonuje w myśl zasady: jeśli jesteś w stanie policzyć wszystkie swoje pieniądze, to znaczy, że tak naprawdę nie jesteś bogaty. W USA w ogóle panuje ciekawy system określania majątku. Nie mówi się, ile masz pieniędzy, tylko ile jesteś wart.

Pracując w branży aranżacji wnętrz dla milionerów, szybko przekracza się granice czysto zawodowych relacji. Kolacje, koktajle i przyjęcia stają się codziennością. W sezonie każdego dnia coś się dzieje: ktoś organizuje bankiet, otwiera nowy dom, obchodzi urodziny, rocznicę lub po prostu lubi się bawić i nie ma co zrobić z nadmiarem czasu. Zaproszenia przybywają nieraz podwójnie, co oznacza konieczność pokazania się w dwóch miejscach w jeden wieczór. Paulo rzadko wybierał się na nie dla zabawy, przeważnie w celach PR-owych. Do tego dochodzą popularne bale, wokół których kręci się towarzyskie życie wyspy.

Julia miała przed sobą pierwszą, wielką kolację, o której wiedziała tylko, że liczba gości ograniczy się do dwudziestu pięciu. Położony prawie na plaży uroczy dom rodziców Paula do złudzenia przypominał budynki stojące przy ulicy Worth Avenue, którą w latach dwudziestych prawie w całości zaprojektował Addison Mizner, jeden z najsłynniejszych florydzkich architektów, nadając miasteczku hiszpański, ciepły charakter. Minzer w wieku czterdziestu pięciu lat przyjechał na wyspę, by umrzeć zaraz po otrzymaniu złych wieści od lekarza. Dzięki wsparciu finansowemu nowojorskich przyjaciół mógł w swoich ostatnich miesiącach życia cieszyć się rajską scenerią i nie martwić o doczesność. Pewnego popołudnia, leżakując na tarasie hotelu Royal Ponciana i dumając nad dotychczasowym życiem, wdał się w dyskusję z Parisem Singerem, podupadłym na zdrowiu dziedzicu ogromnej fortuny zbudowanej przez jego ojca, Isaaka, wynalazcę maszyny do szycia. Dwóch panów w średnim wieku, wachlując się całymi dniami, zaczęło rozmawiać o tym, co chcieliby robić, gdyby mogli żyć wiecznie. Ponoć Mizner wyraził chęć wybudowania czegoś, co nie jest drewniane. Zrodził się pomysł wielkiego projektu i tak postanowili wybudować szpital dla weteranów amerykańskiej armii.

W mgnieniu oka Addison począł kreślić plany i szkice, po czym ruszyły ciężkie prace. Niewykształcony wprawdzie, ale utalentowany i z bagażem doświadczeń architekt nieustannie wprowadzał poprawki, dążąc do stworzenia idealnego budynku. Trwało to tak długo, że spóźnił się na przyjazd weteranów i w rezultacie szpital nie został otwarty. Ale iskierka animuszu zapłonęła na dobre i w efekcie budynek przekształcono w pierwszy prywatny klub o nazwie Everglades Club.

Mizner wprowadził na wyspę zupełnie nowy styl. Przez lata ze swych śródziemnomorskich podróży przywoził stare, kolorowe kafelki pochodzące z rozbiórek i ruin, i właśnie nimi zdobił klub. Jeśli nie mógł znaleźć zużytych i wyszczerbionych, traktował młotkiem nowe, po czym sklejał je na powrót, nadając im wygląd vintage. Tak samo postępował ze ścianami: budowniczy musieli uderzać otynkowane elewacje grubymi, metalowymi łańcuchami, a następnie malować je farbą, którą potem częściowo zdzierano.

Palmbiczerowie tak bardzo zakochali się w tym innowacyjnym sposobie dekorowania, że zamówienia na projekty domów i półpałaców zaczęły sypać się od największych osobistości mieszkających na wyspie.

Do dziś najbardziej prestiżowa ulica enklawy, Worth Avenue, mocno oświetlana przez tropikalne słońce, tonie w swoich hiszpańskich rysach, białych, zmęczonych przez Miznera ścianach z czerwonymi dachówkami, pod którymi pną się delikatne, ale stanowcze gałązki bugenwilii o bujnych, ciemnoróżowych kwiatach. Od ulicy biegną małe vias, czyli uliczki z uroczymi fontannami i rzeźbami promującymi lokalnych artystów. Przy jednej z nich, via Mizner, pochowana jest małpka architekta z wyrytym na tabliczce imieniem Johnny Brown i datą 30 kwietnia 1927. Obecnie na placyku urządzona jest najlepsza w promieniu wielu mil pizzeria, tuż obok jednego z ocalałych budynków Miznera, uratowanego przed planowaną masową rozbiórką, gdy zniszczenia, czas i słona bryza uszkodziły konstrukcję i nadszedł moment na solidne remonty.

Okazały, dwupiętrowy dom rodziców Paula spoczywał w północnej części miasteczka, widoczny zarówno z plaży, jak i z mało uczęszczanej wąskiej dróżki, o której wiedzieli tylko lokalsi. Turyści usilnie szukający miejsc parkingowych, których na wyspie jest niewiele, chętnie zostawiali swoje skromne pojazdy w tychże miejscach, wobec czego mieszkańcy północnego zakątka Palm Beach wystosowali do władz miasta pismo, zapewne naszpikowane zielonym dodatkiem, o zalegalizowanie zakazu parkingu na większości półprywatnych dróżek. Z powodzeniem. Jako bonus otrzymali regularne patrole służb pilnujących porządku, leniwie okrążających ulice raju i zaczepiające wszystkich niezmotoryzowanych, których twarzy nie byli w stanie rozpoznać. Jeśli rozpoznawali, pozdrawiali po nazwisku, typu: Hello Misses Hughes.

Dopiero gdy wszyscy usiedli do stołu, Paulo wtajemniczył Julię w fakty z życia gości.

Bohaterem wieczoru wydawał się Thomas, który potężnym, bardzo niskim, chrapliwym i dziesięć razy donośniejszym od wszystkich innych głosem dominował nad towarzystwem. Był bardzo zabawny, szalenie inteligentny i dobrze się bawił. Przyniósł ze sobą skrzynkę czerwonego wina importowanego wprost z Italii. Takie dostawy otrzymywał regularnie, w sporych ilościach. Pijał tylko ten gatunek i to w niemałych ilościach. Za każdym razem, gdy wybierał się w gości, zabierał wino ze sobą i stanowczo odmawiał dzielenia się, obawiając się, że nie starczy dla każdego i będzie musiał zadzwonić po służbę, by dowiozła więcej. Twierdził, że każde inne wino wywołuje u niego dolegliwości.

Paulo wytłumaczył, że Tom jest mężem Claire, nota bene "wartej" ponad miliard dolarów, która, siedząc u jego boku, wydawała się smutna albo w złym humorze. Razem odziedziczyli pięć miliardów dolarów po jej przodkach, a przez pewien czas połowa północnej części wyspy należała właśnie do nich. Ich dom miał trzynaście adresów, dopiero później zaczęto dzielić działki i sprzedawać stopniowo skrawki majątku za wielkie sumy, rosnące z roku na rok. Paulo, gdy był małym chłopcem, odkrywał swoje hobby, pomagając Tomowi przy urządzaniu tropikalnego ogrodu. Uczył się przesadzać orchidee, szczepić palmy i rozmnażać egzotyczne drzewka owocowe. Cudowna kraina Toma obfitowała w prawie siedemdziesiąt rodzajów drzew palmowych, sad cytrusowy z cytrynami, pomarańczami, mango i liczi. W północnym rogu zachodniej części swoje miejsce miały orchidee, które rosły spokojnie przy szumie wspaniałej fontanny zaprojektowanej przez jednego z nowojorskich artystów, a wykonanej na miejscu, ze względu na ogromny ciężar żeliwa potrzebnego do projektu. Inne rejony ogrodu obejmowały zielnik, zakątek różany wielkości kortu tenisowego i mały las tropikalny. By uzyskać właściwe nawilżenie ogrodu, Tom zainstalował na czubkach drzew i palm specjalne natryski. Część egzotycznych okazów sprowadził zza granicy, między innymi z Ekwadoru.

Rozmowa rozkręcała się z każdą minutą i z każdą butelką. Oczywiście wszystkie wille w Palm Beach są dobrze zaopatrzone w alkohol. Bez niego nie ma przyjęcia, życia, bycia.

Na kolacji, oprócz Julii, pojawiło się też kilku zupełnie nowych gości. Tom wykorzystał okazję i z nieukrywaną radością opowiedział swoją ulubioną historię z czasów, gdy rozważali sprzedaż posiadłości. Pewnego razu, podczas wizyty maklera z klientem, okazało się, że kupcem był sam Michael Jackson. Został oprowadzony po ogrodzie, willi, a na końcu przedstawiony Claire. Ta zerknęła na jego garderobę i na widok jednej skarpetki czerwonej, drugiej białej, skomentowała:

– Gdyby niania ubrała mnie w ten sposób, od razu zostałaby zwolniona z pracy!

Jackson uważał, że to dobry żart, ale domu nie kupił. Był zainteresowany hotelem The Brakers, największym na wyspie.

– O, coś takiego interesowałoby mnie bardziej – stwierdził, gdy zabrali go na wycieczkę po okolicy.

Przez cały wieczór rozśmieszała wszystkich Margaret – niska, krępa, wesoło-naiwna pani, która mogła mieć zarówno czterdzieści pięć, jak i sześćdziesiąt lat. Dotarła na kolację już w stanie lekkiego upojenia, sądząc po sposobie, w jaki się przywitała. Piła niewiele, ciągle strofowana przez Toma i jego żonę. Wynajmowała jeden z domków plażowych na terenie ich posiadłości. Jej infantylne komentarze, rozbiegany wzrok i niepewny krok mogły sugerować, że wraca już z jakiegoś przyjęcia, ale szybko okazało się, że to po prostu jej naturalny sposób bycia. Co więcej, Julia siedziała vis-a-vis samej księżniczki Margaret de Borubon, potomkini króla Ludwika XVI. Naturalnie nie chciała wierzyć Paulowi, więc gdy tylko wrócili do domu, od razu poradziła się wirtualnego przyjaciela i wypytała Google o wszystko, co na temat Margaret wie. Na tej wyspie nikt nie ośmieliłby się kłamać – wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Wiedza jest doskonała i absolutna. Kłamcy i oszuści traktowani są jak zdrajcy, a gdy prawda wychodzi na jaw, nieżyczliwość bywa dotkliwa tak, że winowajca, podkulając ogon, opuszcza ziemski raj i nie pokazuje się na wyspie przez kilka dekad. Czasami delikwent powraca wcześniej, na przykład gdy uśmiechnie się fortuna i pozwoli życiorys, zawierając na przykład małżeństwo z kimś znanym bądź wpływowym, co zdarza się częściej, niż można by przypuszczać. Wiek nie odgrywa tu zupełnie żadnej roli.

9

Julia miała nadzieję, że w czwartkowe, niesamowicie przyjemne, grudniowe popołudnie wybiorą się na plażę, żeby podziwiać turkusowe odcienie wody w blasku zachodzącego słońca, ale Paulo był stanowczy.

– Dziś zapalają na Worth Avenue bożonarodzeniową choinkę. Całe miasto wychodzi na ulicę, musimy się pokazać. Zwłaszcza że wszyscy już o tobie mówią i chcą cię poznać, bo myślą, że wymyśliłem cię w całym tym Nowym Jorku.

Wtedy Julia nie wiedziała jeszcze, co to oznacza, dlatego wyszukała koktajlową kreację, skąpe sandałki, zrobiła szybki makijaż i wzięła okulary przeciwsłoneczne.

Ulica była zakorkowana prezentacją najwspanialszych wozów świata. Wiedząc, że miejsc parkingowych jest stanowczo za mało, multimilionerzy i tak nie omieszkali odmówić sobie przyjemności parady jednokierunkową Worth Avenue wśród największych osobistości sezonu, sunąc powoli w swoich metalowych skrzynkach wartych wiele milionów. Widok spektakularny, bez dwóch zdań. Olbrzymia choinka zajęła miejsce na małym skrzyżowaniu pomiędzy butikami Chanel i Tiffany'ego.

Wszystkie sklepy rozdawały przy wejściu szampana i małe upominki. Wystawy prześcigały się w oryginalnych dekoracjach, na które trafiały nawet małe, żółte i żywe kurczaczki lub wszelkiej maści zwierzaki domowe poprzebierane w stroje mikołajowe. Hucznie zapalono lampki na choince, a chórek najmłodszych, bogatych dziedziców wyspy, przebranych za elfy odśpiewał kilka świątecznych piosenek.

Znajomych, bardziej lub mniej bliskich, było całe mnóstwo. "Miło mi", "Hello", "Tak, to mój pierwszy raz w Palm Beach", "Tak, na pewno zima będzie urocza", "Choinka rzeczywiście jest reprezentacyjna. Nie tak jak zwykle? Ojej, przykro mi".

Julia została przedstawiona połowie miasteczka, na tym spotkaniu pojawia się bowiem absolutnie każdy. Nawet najbogatsi nie przepuszczają okazji, gdy serwują darmowego szapmana.

Po godzinie jednostajnych "serdeczności" udali się na kolację do jednej z najbardziej wykwintnych restauracji, właściwie nie ze względu na oryginalność potraw, lecz na historię miejsca. Paulo kolejno odhaczał pozycje z listy miejsc do zwiedzenia prawdziwego turysty, a jedną z nich był posiłek w Ta-boo. Historia wielu sław, które lubiły się tutaj stołować, stanowi chlubę lokalu. Jedną z gwiazd do dziś świecącą na firmamencie restauracji był ukochany Frank Sinatra. Obowiązkowo podczas posiłku towarzyszyły gościom jego piosenki sączące się z niewidzialnych głośników.

Nie ma sezonu w Palm Beach bez uczestnictwa w balach. Dla niektórych to wręcz jedyny powód przyjazdu na wyspę. Chodzi się tam, by popatrzeć i by samemu być widzianym. Wydaje się tysiące dolarów nie tylko na bilety, ale też na ubrania, makijaż, dekoracje i poprawki – własnego wizerunku, naturalnie.

Na wyspie znajdzie się więcej pieniędzy, kawioru i dostatku niż we wszystkich stanach razem wziętych. Najwidoczniej to zjawisko ujawnia się w salach balowych, gdzie kilka razy do roku królują mieszkańcy Palm Beach.

Poza wielkimi zasługami, jakimi obdarzył Florydę Henry Flagler, kształtując nie tylko jej wygląd, ale i mobilność oraz tworząc warunki sprzyjające życiu w klimacie tropikalnym, wprowadził też zwyczaj organizowania wystawnych przyjęć i balów. Od samego początku istnienia hotelu Royal Poinciana szczodre, pełne przepychu bankiety stały się obowiązkowym punktem w kalendarzu towarzyskim najzamożniejszych. Dbano, by kreatywność nie opuszczała murów pałacu, i stale dogadzano gościom.

Podczas jednego z przyjęć, w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym roku, które zostało wydane z okazji urodzin George'a Washingtona, bogaci gentlemani mieli przebrać się za znane kobiety – w perukach, pełnym makijażu, gorsetach, obowiązkowych pończochach i sukniach. Potem pojawiła się Marjorie Merriweather, spadkobierczyni fortuny ojca, która przekształciła wielkie gale w tradycję. Kazała wybudować Mar-a-Lago, posiadłość o powierzchni siedemnastu tysięcy metrów kwadratowych, podzieloną na pięćdziesiąt osiem sypialni, trzydzieści trzy łazienki, trzy schrony na wypadek ataków bombowych, dziewięć pól golfowych, kort tenisowy oraz prywatny tunel prowadzący do obiektu na przeciwległym rogu posesji. Marjorie tłumaczyła, że "złoto jest łatwiejsze w utrzymaniu czystości", i hojnie obklejała nim wnętrza budynku. Trzydziestu siedmiu służących pracujących wewnątrz i dwudziestu na zewnątrz obsługiwało przybytek, który nazwała "domkiem przy plaży". Przez pół wieku panowała na wyspie, serwując huczne, mocno zakrapiane najlepszymi trunkami wieczory, na których wymyślała coraz to nowe atrakcje. Przez ponad trzy tygodnie urządzano bankiety, nie powtarzając tych samych zestawów porcelany. Typowy obiad składał się z dwunastu dań – od kawioru z towarzyszącą mu rosyjską wódką, przez filety wołowe z nadziewanymi grzybami i winem Château Haut-Brion rocznik 1961, aż po suflet Grand Marnier podawany z obowiązkowym Dom Pérignon rocznik 1962. Wtedy przyjęcia miały charakter prywatny. Trzeba było należeć do odpowiedniego grona bądź mieć właściwe koneksje.

Bal Szpitalny został zorganizowany jako pierwszy bal charytatywny. Najpierw zbierano datki na budowę szpitala, później fundusze zaczęto przeznaczać na pomoc chorym na raka.

Dziś na przyjęcia może przyjść każdy, kto gotów jest zapłacić za bilet dwa tysiące dolarów lub więcej. Bale odbywają się w hotelach Breakers i Mar-a-Lago, które w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku zaadaptował na potrzeby swojego imperium Donald Trump, wywołując przy tym kilka skandali i tworząc prywatny klub. O możliwości przybycia do jego rezydencji skrycie marzy każdy mieszkaniec wysepki, lecz w walce o bilety wygrywają tylko ci, którzy mają odpowiednie fundusze i koneksje (liczba miejsc limitowana). Tylko podczas bankietów w Breakers wydaje się rocznie niemal półtora miliona dolarów na kwiaty i serwuje dwanaście tysięcy trzysta butelek szampana. Wejście do restauracyjnej części także jest obostrzone surowymi zasadami: trzeba być członkiem klubu, co wiąże się z opłatą ponad miliona dolarów – roczny abonament, lub być gościem takowego. Jednorazowo z jednym członkiem może wejść maksymalnie dwoje gości.

W sezonie, prawie każdej upojnej nocy, czas jakby zatrzymał się na pokładzie "Titanica" tuż przed jego zatonięciem. Bryza znad oceanu niesie w głąb lądu taneczne melodie wygrywane przez największe gwiazdy popu. Wieczory lśnią elegancją smokingów i wymyślnych sukni balowych, do których dobierane są diademy, bransoletki i inne świecące błyskotki. W tłumie migoczą też postacie bardziej lub mniej znane, ale na pewno wpływowe: aktorzy, filantropi, dyplomaci czy przedsiębiorcy.

Tak naprawdę każdy z uczestniczących mógłby wypisać czek na konto wybranej organizacji charytatywnej i, nie wychodząc z domu, wesprzeć sprawę, ale wtedy "nikt nie zostałby zauważony w dawaniu", jak podsumowuje sekretarka Rose Kennedy.

Wiele imprez wciąż pozostaje zamkniętych dla określonych grup etnicznych czy religijnych, oferując przywileje tylko członkom prywatnych klubów. Everglades Club, założony przez Meiznera i Singera, do dziś nie wpuszcza Żydów, podobnie jak Bath & Tennis Club, który jeszcze do niedawna miał przy wejściu tabliczkę informującą o takim zakazie. Antysemityzm bywa tak silny, że podczas przyjęć urodzinowych organizowanych przez członków klubu, gdy wśród zaproszonych gości znajdzie się Żyd (przy wejściu obowiązuje rejestracja), od razu jest wypraszany przez obsługę klubu. Sytuacja powtarza się niezależnie od przedziału wiekowego świętujących. Przyjęcia równie często urządzane są bowiem dla dzieci klubowiczów i uświetniane szalonymi atrakcjami: na czas imprezy budowane są lodowe zamki, zjeżdżalnie wodne czy miniaturowe Disneylandy. Żydowskie dzieci wyprasza się równie stanowczo.

Żydzi wciąż nie mogą stać się członkami klubów, wobec czego założyli własny, równie wybredny: Palm Beach Country Club, w którym zarejestrowanych jest trzystu pięćdziesięciu członków. Paradoksalnie tamte pierwsze kluby mogłby dziś żałować, bo tutaj już na wstępie, żeby petycja została rozpatrzona, należy wpłacić sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów wpisowego, a następnie uiszczać dwadzieścia tysięcy corocznej składki. Klub, obok Mar-a-Lago, jest najdroższy na wyspie, choć oficjalnie nie o pieniądze tutaj chodzi.

Główną atrakcją roku są bale Czerwonego Krzyża. Chlubiąc się prawie stuletnią tradycją, imprezy stały się niemal symbolem religijnym wyspy. Trump, który uczęszcza na nie od czasu do czasu, żartuje, że dla palmbiczerów to temat na trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku.

Wyspa rocznie gromadzi około trzydziestu ośmiu milionów dolarów z akcji charytatywnych. Około dwie trzecie z tej sumy wydawane jest na catering, dekoracje i inne przyjemności cieszące ciało i duszę. Dla porównania jedna z mieszkanek wyspy, była żona Johna Kluge'a, jednego z najpotężniejszych przedsiębiorców w USA, dostawała z tytułu rozwodu pięćdziesiąt milionów dolarów rocznie.

10

Floryda niestety nie skradła serca Julii. Okazało się jednak, zupełnie nieoczekiwanie, że drzemią w niej dzikie rządze przygody, kiedy Paulo zabrał ją na przejażdżkę kajakiem po rzece Loxahatchee. W miejscu, gdzie aligator bywa niemal tak częstym "sąsiadem" jak człowiek, statystyki mówią wyraźnie: korzystniej byłoby nie wychodzić z domu. Tymczasem mieli w planie przemierzyć dziki ląd w osiem godzin, poruszając się małymi, indywidualnymi łódeczkami. Przed wejściem na "trasę", bo wszystko dzieje się na terenie parku narodowego, kazano im podpisać dokument, że udają się w podróż na własne ryzyko. W razie śmiertelnego lub półśmiertelnego ataku aligatora miało być jasne, że nie będą się sądzić z rządem ani z obsługą obiektu. Serce podeszło Julii do gardła, ale jego druga połowa wyrywała się ku przygodzie.

Wdrapała się na kajak i z zapartym tchem zaczęła wiosłować. Z perspektywy kajaka, zaledwie metr dwadzieścia nad lustrem wody, przyroda wyglądała zupełnie inaczej. Obniżenie tworzyło złudne poczucie przynależności do dzikiej natury wraz z cała jej niebezpieczną zawartością. W lesie zawsze odczuwało się wyższość nad zwierzętami, teraz byli gośćmi pośród nich. Zaczęli przemierzać wąski kanał, miejscami do pięćdziesięciu metrów szerokości, lecz częściej miejsca wystarczało tylko na jeden kajak i na to, by odepchnąć go do przodu. W przesmykach, gdzie gęsta roślinność ocierała się o wiosłującego dosłownie z każdej strony, miało się wrażenie, że z tej dżungli nie ma już wyjścia. Wtedy też zaczyna działać wyobraźnia, napędzana składanym kilka minut wcześniej oświadczeniem, że w razie czego winny jest wyłącznie wiosłujący.

Las w swej niesamowitej intensywności zabrał ich na plan filmowy Tarzana. Nie tylko flora przypominała idealną scenerię z produkcji, ale dźwięki, których dostarczało otoczenie, były tak realne i niepojęte, że Julia do końca nie mogła uwierzyć w autentyczność sytuacji. Wraz z oddaleniem się od małego ośrodka, w którym można było wynająć kajaki i świadomie podejmować decyzje, cichły ludzkie odgłosy i turystyczny zamęt. Dopiero wtedy można było zostać sam na sam z naturą. Różnorodność ptaków, a raczej ich odgłosów, górowała nad łowami turystów. W krzakach co jakiś czas słychać było małe poruszenie, Bóg tylko wie, czym spowodowane. Węży, krokodyli, nie wspominając o pająkach, było wokół mnóstwo. Zwierzęta pokazywały się sporadycznie, zazwyczaj szybko spłoszone, od razu znikały w nieprzeniknionym gąszczu lasu tropikalnego, zapewniającego im spokój i bezpieczeństwo.

Przesmyk zwężał się na tyle szybko, że wymógł na nich poruszanie się gęsiego. Paulo znał już trasę, więc Julia została posadzona na uprzywilejowanym przodzie, by mogła w pełni doświadczyć wszystkich emocji. Ścieżka wodna zataczała półkola, raz w lewo, raz w prawo. Świat dżunglii wciągał turystów dramatycznie, jakby zasysał ich w swoją zieloną paszczę wysłaną lianami i mangrowcami. Gdy wydawało się, że nie ma już wyjścia, pojawiał się mały staw lub sadzawkopodobne skupisko wody. Można było odpocząć i znów ogarnąć kompanów wzrokiem.

Podczas kolejnego z zakrętów Paulo szepnął do Julii:

– Popatrz w lewo.

Spojrzała. Zamarła. Wszystkie komórki odmówiły posłuszeństwa, zresztą i tak nie wiedziałaby, co im rozkazać. W ataku odrętwienia jej oczy otworzyły się na całą szerokość. W odległości około trzech metrów od kajaka, na pniu drzewa, wygrzewał się aligator. Cztery metry cielska, pokrytego chropowatą, zgniłozieloną skórą, ledwo odcinały się od krzewów. Lekko zażenowany spokojnie siedział na drewnie i zażywał popołudniowej sjesty. A może czyhał właśnie na kolejną zdobycz? Trudno powiedzieć. W takich chwilach ludzie chcą najczęściej uciekać gdzie pieprz rośnie. A jednak w tym momencie było coś niezwykłego – coś, co sparaliżowało nie tylko ruchy wiosłujących, lecz także samą zdolność podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Nie mogli po prostu odpłynąć. Strach przemienił się w ciekawość i podziw. Byli t?te-a-t?te z prawdziwym, wolnym aligatorem.

– Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ile z nich przepłynęło już dzisiaj pod twoim kajakiem – rzucił Paulo spokojnym tonem.

Momentów, kiedy plastikowy stelaż kajaka ocierał się o korzenie i podwodne patyki, było mnóstwo.

Julia postanowiła zaoferować zwierzęciu prywatność w zamian za własny spokój. W końcu to oni wtargnęli na jego teren, a nie odwrotnie. Strach ustąpił podziwowi. Bardzo wolno Julia zaczęła poruszać wiosłami, odwracając głowę w przeciwnym kierunku. Nie był to atak paniki, tylko powolny ruch, pełen gracji i stoickiego spokoju. Jak gdyby chciała powiedzieć: "Dobrze, ja cię nie jem i ty mnie nie jesz. Umowa stoi?".

Identycznie zachowała się kilka tygodni później, nurkując u wybrzeży Palm Beach. Najpierw wypłynęli z Paulem kajakiem na odległość około dwóch kilometrów, gdzie rozpościerały się misternie ułożone przez czas rafy koralowe, niemal doszczętnie zniszczone i rozkradzione na Florydzie. Koral można było wciąż podziwiać w sklepach z pamiątkami, gdzie tkwią jego szczątki na różnych półkach z coraz wyższymi cenami. W wielkich wodach Oceanu Atlantyckiego z kolei z ciekawości przypłynął do Julii rekin. Widziała go już z odległości kilku metrów, oczywiście będąc pod wodą. Dzień był uroczy: ocean płaski jak stół, przezroczystość niemal stuprocentowa. Perfekt. Zobaczyła go z daleka i od razu podejrzewała, co to za typ. Często podczas nurkowania zakładała najgorsze, po czym okazywało się, że to tylko wielka ryba albo manat. W takich chwilach sekundy dzieliły ją od zawału, na szczęście w porę uświadamiała sobie, że nie ma zagrożenia, a czasami dopiero po wyjściu z wody uspokajał ją Paulo. Manaty to częsty widok przy wybrzeżu Palm Beach. Są zupełnie niegroźne, nazywane krowami morskimi, nie tylko ze względu na rozmiar, ale też łagodny charakter i tempo poruszania się.

Julia wciąż niedoświadczona (jej kurs nurkowania trwał dwa miesiące, a ona – dziewczyna z gór – wodę traktowała jak obcy żywioł) pływała w ciepłej toni raczej nerwowo niż spokojnie. W pewnym momencie odwróciła się i zobaczyła to coś, z czym przyszło jej dzielić przestrzeń wodną. Ryba zaczęła podpływać w jej stronę i szybko zorientowała się, że to poważny kąsek. Ciekawe, czy rekin tak samo pomyślał o Europejce, jakże egzotycznej przekąsce. Podpłynął na odległość około trzech metrów i zaczął się jej przyglądać baczniej, niż by sobie życzyła. Po chwili dzieliły ich już tylko dwa metry, a może metr. Julia, na bezdechu, zaczęła powoli odwracać głowę w przeciwną stronę, dając mu do zrozumienia, że kompletnie nie jest zainteresowana i że już sobie idzie. Postanowiła usunąć się z drogi – w końcu to jego terytorium: dura lex sed lex... Bardzo powoli podpłynęła w stronę kajaka, oddalonego o kilka metrów, a tam, już w kompletnej panice, próbowała się wgramolić na pokład. Musiała wyglądać komicznie, skoro Paulo zakrztusił się ze śmiechu, mimo że widział wystającą płetwę majestatycznie śledzącą Julię.

Przez całą drogę powrotną "lizała rany". Paulo przyznał, że też miał serce w gardle, gdy zobaczył ją oko w oko z rekinem. Jednak po wszystkim dusił się ze śmiechu, wspominając jej dramatyczne wychodzenie z wody. Po zacumowaniu na plaży Julia pomaszerowała dziarsko jak najdalej od brzegu – z uczuciem porażki, ale z dumnie podniesioną głową, delikatnie, ale stanowczo rzuciła maskę i płetwy w piach.

– Moja przygoda z nurkowaniem właśnie się zakończyła. Raz na zawsze.

Po jakimś czasie kajakowa wycieczka przez Loxahatchee zaczęła przybierać odcienie szarości. Znudziła jej się już tropikalna roślinność, jedynie kolorowe papugi wciąż były atrakcją. Być może właśnie dlatego, że pojawiały się relatywnie rzadko. Zaczęła myśleć o Bożym Narodzeniu i choince, potem o prezentach i o tym, że Paulo zaraz po Bożym Narodzeniu świętuje urodziny. Podnosząc wzrok ku niebu, usilnie szukała inspiracji, gdy nagle, po wyminięciu kolejnego zakrętu, zobaczyli wszerz potoku zwalony pień, częściowo zanurzony w wodzie. Paulo popłynął pierwszy i oczywiście utknął na nim w połowie. W końcu rozkołysał kajak tak mocno, że udało mu się przedostać na drugą stronę.

– Zawróć i wjedź na pień rozpędzona – polecił, ale i tak utknęła na drewnie. Pomógł Julii przeciągnąć kajak na bezpieczną stronę rzeki.

Gdy myślała, że wycieczka dobiega końca, przyszedł czas na prawdziwy rarytas. Przed nimi pojawił się... wodospad. Kaskada, dosyć ożywiona i głośna, choć miała zaledwie kilka metrów wysokości. Z góry wyglądała groźnie, być może z racji świadomości wszechotaczającej brunatnej wody. Po drugiej stronie widniała mała polanka z ławkami, gdzie każdy z przeprawiających się przez rzekę zatrzymywał się tutaj na lunch.

Konsternacja była niesamowita: co teraz? Julia widziała w dole dwie starsze panie, przemoczone do suchej nitki, odpływające w dalszą drogę. Jeden mężczyzna stał pod strugą wodospadu, orzeźwiając się – czy nikt nie powiedział mu, co siedzi pod tą wodą?! Julia postanowiła, że do wody nie wchodzi. I kropka. Choćby mieli ją znosić, choćby miała tu nocować! Współtowarzysze wyprawy też nie byli zachwyceni, ale Paulo jako pierwszy wyskoczył zgrabnie z kajaka (Julia natychmiast postanowiła opanować ten ruch, bo jej wdrapywanie się wyglądało dosyć żałośnie), skoczył z wodospadu i pociągnął za sobą kajak. To samo zrobiła Carmen, która trasę pokonywała już wiele razy. Jej mąż postanowił rozpędzić się i po prostu zjechać z wodospadu. Niestety zawisł na murku i zamiast się wycofać, odepchnął się mocno, kajak ruszył przed siebie, dziobem opadając pionowo do wody. Sam miękko wysunął się z siedzenia i z głośnym pluskiem znalazł się pod wodą, dając nura obok łódki. Julia obserwowała to wszystko, nie mogąc po prostu uwierzyć własnym oczom! Najgorsze jednak miało nastąpić. Właśnie nadeszła jej kolej na przeprawę. Zdecydowała się na wariant pierwszy i powoli, z zapartym tchem wyślizgnęła się z łódki. Paulo pomógł jej wskoczyć do czegoś na kształt basenu. Niestety wpadła całkowicie do wody. Okropne, fatalne uczucie – zwłaszcza gdy ma się świadomość, że w tych rejonach czają się aligatory. Tym razem nie została pożarta, choć uczucie, gdy dotknęła stopą czegoś chropowatego na dnie, na pewno będzie ją prześladować do końca życia.

11

Mijały tygodnie sielanki pod hasłem "Sezon". Wszystko to miało na celu wzmocnienie pozycji firmy, co przełożyłoby się na wyższe obroty i dodatkowe koktajle krążące w krwiobiegu. Nadszedł zaplanowany już w chwili przyjazdu czas powrotu do kraju. Julia czuła, że jak na pierwszy raz porcja rozrywki była nadto obfita, dlatego powrót do normalności przywitała z ulgą.

Kontynuowała studia, a po sesji, ciężkiej zimie i późniejszym trwaniu w półświętym błogostanie wśród wiosennych jabłoni, napawając się urokiem polskiej, spokojnej i wesołej wsi, jeszcze raz odwiedziła Palm Beach. Tym razem została zatrudniona w firmie Paula jako dyrektor kreatywny i z zapałem zakasała rękawy. Była to pierwsza praca, w której mogła puścić wodze fantazji i tworzyć projekty płynące prosto z serca. Dział dekoracji domu okazał się idealnym polem do twórczego wyżycia się. Żadnych ograniczeń, nawet finansowych.

Paulo nadal wydawał się interesujący, zakochany i przebąkiwał o przeprowadzce Julii na Florydę. Teraz powodów do powrotu do USA miała sporo: mężczyzna, świetna praca, salsa i rekiny. Plany wydawały się coraz bardziej realne. Kończyła ostatni semestr studiów, można więc było spojrzeć na przyszłość bardziej realnie. Teoretycznie planowała przeprowadzkę do Warszawy, ale obecna sytuacja zmieniła trochę kurs podejmowanych decyzji. Nie była pewna, czy chce aż tak drastycznej zmiany, a raczej, czy jest na nią gotowa. Analizom, kalkulacjom i porównaniom nie było końca.

Cieszyła się tropikami bardziej niż poprzednio, chłonąc uroki otaczającej ją natury. Po długiej, europejskiej zimie zrzucenie wszystkich warstw odzieży i ciepłe, pieszczące ciało słońce były spełnienim marzeń. Ocean stał się codzienną i obowiązkową formą wypoczynku, a wspomnienie szarych dni i długich wieczorów polskiej zimy odpłynęło, zastąpione przez złocisty odcień skóry.

Uchwyciła jeszcze końcówkę sezonu. Można było wyczuć ogólne zmęczenie długim imprezowaniem. Palmbiczerowie zaczęli rozmawiać o terminach wyjazdów, kolejnych domach, w których teraz trzeba "poprzebywać". Przeciętny mieszkaniec Palm Beach posiadał minimum trzy rezydencje: letnią, jesienną – na czas Święta Dziękczynienia (by uchwycić wszystkie kolory jesieni) – i kolejną na Boże Narodzenie. Święta dobrze jest spędzać w "śniegowej aurze", ale i w Palm Beach zima ma swoje atuty, unika się wszelkich wierzchnich warstw odzieży, no i te bale...

Zaczęto aranżować wyprawy na północ, a równolegle transporty porsche, jaguarów i innych luksusowych aut prywatnymi ciężarówkami. Kto nie posiada własnego jeta, również rejsy samolotem. Służbę wysyłano wcześniej, żeby przygotowała kolejny dom, czasami wynajmowano pomoc na miejscu. Dlatego florydzka część rodziny cieszyła się nie tylko możliwością pozostania razem, ale też oddechem od ekstrawagancji i często arogancji bogaczy.

Wielkanoc była już tuż-tuż. W branży każdy liczył jeszcze na kilka dodatkowych transakcji, po których można było z czystym sumieniem oficjalnie zamknąć sezon. Planowano wakacje – dla jednych powroty do domów, dla innych wypoczynek po bardzo długich miesiącach wyczerpującej pracy. A zadowolenie milionerów bywało zadaniem wyjątkowo trudnym.

Głównym tematem rozmów mieszkańców Palm Beach stał się zbliżający się mecz polo.

Wycieczki do Wellington, a dokładnie do Międzynarodowego Klubu Polo, to obowiązkowy punkt programu. Kolejna i ostatnia okazja, by zaprezentować się na "wybiegu". Wydarzenie wykorzystywano jako ostatni akcent życia towarzyskiego w sezonie.

Ponieważ firma Paula zaprojektowała i udekorowała cały obiekt, wybierał się tam każdej niedzieli, w ramach działalności PR-owej. Finałowa niedziela była więc dla niego obowiązkowa. Tradycyjnie należało wystroić się w wielkanocne stroje: obliatoryjnie w ogromne kapelusze i delikatne, wiosenne suknienki bądź garsonki. W przerwie meczu, zupełnie jak w scenariuszu z Pretty Woman, wszyscy wyszli na platformę boiska, wdeptując kupki trawy w miejsca, z których została wyrwana, tworząc nowe dziury obcasami. Utrzymanie idealnego boiska kosztowało około trzystu tysięcy dolarów rocznie. Goodman, właściciel obiektu, zatrudniał na pełny etat czterdzieści osób, by dbały o to, żeby trawa miała perfekcyjną długość, wilgotność i kolor.

Na soczystą zieleń murawy wjechał wielki, drewniany, lśniący czerwony wóz ciągnięty przez dwa konie z białymi grzywami. Częstowano z niego gości szampanem. Wszyscy wymieniali szablonowe hello z poszczególnymi klientami, po czym rozległa się głośna trąbka, niczym ryczący słoń ostrzegający stado o zagrożeniu, oznajmiająca koniec przerwy. Atmosfera zrobiła się napięta, do końca meczu pozostały tylko cztery chuckers, czyli rozgrywki. Znanych osobistości nie brakowało, choć trudniej było rozpoznać twarze spod wielkich rond i jeszcze większych okularów przeciwsłonecznych. Na trybunach VIP-ów siedzieli aktorzy, dyrektorzy przedsiębiorstw czy reżyserzy. Jedna z drużyn prowadzona i sponsorowana była przez Tommiego Lee Jonesa. Kiedyś sam jeździł na koniu, teraz tylko prowadził drużynę. Raczej bez emocji i trochę znudzony przyglądał się rozgrywkom. Pomimo że byli w gronie osób uprzywilejowanych, widząc olbrzymi obiektyw, poproszono Julię, żeby schowała aparat.

– Nasi goście muszą się czuć jak u siebie – wytłumaczył manager, bardzo sympatyczny Mike. – Zapraszam was na drinka po meczu – dodał, jakby chcąc zrekompensować straty.

Po kilku tygodniach oglądania meczów gra wciągnęła Julię na dobre. Mieli najlepsze miejsca, słoneczne, niedzielne popołudnie i szampana. Zupełnie przyzwoity czas. Ostatnia niedziela kwietnia przyniosła zapowiedziany upał i zwiastowała szybkie nadejście lata. Zbyt szybkie. Teraz w każdej konwersacji pojawiały się daty wyjazdów, nowe miejsca, wzmianki o przebudowach innych domów, zatrudnianiu nowych szefów kuchni czy dekoratorów.

Wracając z meczu, Julia i Paulo również rozmawiali o podróży. Podróżach... Julia musiała przecież obronić dyplom i skończyć studia. Planowała zaraz po obronie udać się do konsulatu po kolejną wizę. Wiz otrzymała już sporo, kilka lat podróżowania tam i z powrotem zaowocowało ciągłością wizyt w amerykańskim przybytku na Stolarskiej. W Krakowie znała już urzędników prawie z imienia i nazwiska. Z Paulem postanowili, że po powrocie Julii w końcu wybiorą się na Kubę. Ta wyspa niezmiennie wzywała ją w snach, a choć planowała ten wyjazd już kilkukrotnie, zawsze z jakiegoś powodu musiała zmieniać kurs podróży. W końcu nie dotarła tam nigdy, a przecież wizyta w kolebce salsy była jednym z jej największych marzeń. Zresztą Kuba ma w sobie coś znacznie głębszego niż charakter i historia. Ma duszę – niezwyciężoną, nieodkrytą, niepokonaną.

Drugim pomysłem była wycieczka samochodem przez USA – wzdłuż i wszerz. To marzenie chyba każdego emigranta. Poza tym nie sposób zrozumieć w pełni tego kraju, mieszkając tylko w jednym miejscu, a szczególnie w Nowym Jorku. Do tej pory Julii wydawało się, że wie wszystko o Ameryce. Nowy Jork jednak to państwo w państwie – ma swoje zasady, prawo, motywację, moralność i cele. Życie w tym mieście toczy się własnym, specyficznym rytmem, drastycznie różnym od reszty Ameryki. Wiele razy poprawiano Julię w rozmowach, kiedy wypowiadała opinie o tym kraju, mówiąc: "Ale pamiętaj, ty nie mieszkałaś w Ameryce, mieszkałaś w Nowym Jorku". Zresztą przebywając tu i tam, okazuje się, że większość ludzi w którymś momencie życia mieszkała bądź wciąż od czasu do czasu mieszka w Wielkim Jabłku. To swoista manufaktura scenariuszy ludzi losów – można tutaj zarazić się głodem sztuki w Downtown, zarabianiem ciężkich pieniędzy na Wall Street lub po prostu cieszyć się miejskim życiem, które – nawet gdy nie ściga się swoich marzeń – i tak pozostaje pełne interesujących wydarzeń.

Opcji na wypoczynek było sporo, trudno jednak było wybrać tylko jedną. Bez względu na to, co ostatecznie wybierze, lato zapowiadało się ciekawie.

Wyjechała z Florydy z przekonaniem, że kończy się jakiś rozdział w jej życiu, a może nawet dwa. Nauczona doświadczeniem, nie miała konkretnych oczekiwań, zostawiając miejsce na całe mnóstwo sytuacji, które pokolorują jej życiorys. Nie wiedziała, czego tak naprawdę chce, ale dawała się ponieść wydarzeniom, akceptując większość z nich. Była zaintrygowana tym, jak mocno życie potrafi zaskoczyć i jak nieprzewidywalnie mogą potoczyć się losy. Uczyła się otwierać na te wszystkie nowości w imię zasady, że gdy trzymamy w garści kurczowo to, co mamy, nic nowego nie ma miejsca, żeby usiąść nam na dłoni. Analizowała cały bieg wydarzeń w samolocie wiozącym ją do domu. Wszystko było możliwe, kwestią było jedynie to, w co się wierzy...

Po drodze do Polski zatrzymała się w Nowym Jorku. Cóż za uczucie! W końcu to jej drugi dom. Jadąc taksówką z lotniska, czuła, że nic się tutaj nie zmieniło. Spotkała się z przyjacielem, aktorem. Na szczęście znała go na tyle dobrze, że potrafiła rozpoznać, kiedy grał. Teraz posadził ją przy kawiarnianym kominku. Miejsce było przepełnione, ludzie czekali w kolejce na wolny stolik. Jakaś dziewczyna w rogu płakała, zabrakło jej chusteczek. John podał jej serwetki, oczywiście piętnaście razy więcej, niż potrzeba. Musiał być akcent humoru we wszystkim, co robił i mówił.

– Nowy Jork tęsknił za tobą – powiedział, odwracając się z powrotem do Julii i przechylając lekko głowę.

– To największe oszustwo, jakie w życiu słyszałam!

Bo Nowy Jork na nikogo nie czeka. Za nikim nie tęskni. Nie odczuwa potrzeby ścigania kogoś, błagania o powroty. Nawet nie zauważa, gdy się znika na parę dni, miesięcy, może i lat. Wpadasz – wypadasz, twoja sprawa. Może tylko bywa obrażony, że ludzie gadają, że się zmienił, na gorsze, oczywiście. A to przecież nie miasto trzeba winić, a ludzi. Tylko tak to z nami jest, że oskarżamy wszystko i wszystkich, byle tylko nie siebie.

Naładowana pozytywną energią Julia spakowała walizki i po raz kolejny wyruszyła do domu. Gdzieś w połowie trasy, nad Atlantykiem, pojawiła się myśl, że najlepsze dopiero przed nią.

13

Egzaminy zostały zaliczone błyskawicznie. Desperacja i chęć zakończenia tego etapu życia były tak silne, że przebrnęła przez wszystkie przedmioty jak tajfun. Była szalenie szczęśliwa, że to już koniec. Ostatnie kilka lat były naprawdę ciężkie, studiowała równocześnie w Nowym Jorku i w Polsce, często latając między jednym a drugim miejscem, ale się udało. Od razu zadzwoniła do Paula, żeby oznajmić mu, że teraz jest wolna.

– Gratulacje – usłyszała. – I powodzenia w konsulacie.

– Och, żartujesz. Znam tam prawie wszystkie twarze! Możesz już zerkać na bilety. Paszport przychodzi do siedmiu dni po wizycie w konsulacie, więc teoretycznie możemy się zobaczyć w przyszłym tygodniu! Daj mi dodatkowych parę dni, muszę naładować baterie w Tatrach – wysapała, pokonując pięćdziesiąt schodów, bo właśnie biegła przez krakowski dworzec PKP.

Na wieczór zaplanowany był szampan w towarzystwie rodziny i kilku znajomych. Jeden z nich miał nawet zabrać swój saksofon, który Julia uwielbiała – szczególnie gdy rozbrzmiewał w jej ogrodzie! Wszyscy życzyli jej powodzenia w załatwianiu wizy, a Julia czuła się, jakby jechała tylko się przywitać i zapewnić wszystkich, że ma się dobrze. Czysta formalność. Wypełniony po raz setny wniosek czekał cierpliwie razem z tysiącem innych dokumentów w teczce przygotowanej do podróży. Świętowali pożegnanie, jak gdyby następnego dnia miała już wyjeżdżać za ocean. Wszyscy rozprawiali o jej nowym związku i snuli scenariusze jego rozwoju. Porwana amokiem rozmów, nie zdawała sobie sprawy, że chcąc być z Paulem, musiałaby przeprowadzić się do Palm Beach, bo tam przecież tkwił jego cały biznes, całe życie. W ogóle nie była gotowa na takie poświęcenie, zwłaszcza że Floryda nie dawała jej poczucia domu, miejsca, do którego się wraca. Wakacje. To wszystko.

– Mam nadzieję, że będziecie mnie wszyscy odwiedzać. Jeden po drugim – skwitowała długie dywegacje, choć taki obrazek wciąż jawił się jej jak za mgłą.

Następnego dnia obudziła się z bardzo pozytywnym nastawieniem. Nawet cieszyła się na wyjazd do Krakowa, bo to było jej ulubione miasto w Polsce. Przez całą drogę snuła wyobrażenia o następnych kilku miesiącach i o tym, czy jej znajomi mieli rację, przepowiadając przeprowadzkę na Florydę. Taka decyzja byłaby szaleństwem... ale jeśli się nie zgodzi, to ze związku nici. Wiele osób żyje w takich warunkach – na odległość. Widują się co kilka miesięcy na parę tygodni albo spędzają miesiąc na jednej półkuli, a kolejny na drugiej półkuli. Julia znała takie małżeństwa. Trochę narzekały, że nie mają siebie w ogóle albo dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale dało się przeżyć. Przynajmniej łatwo można zaplanować wakacje. Julia czuła jednak, że taki układ nie był dla niej. Paulo też nie potrafiłby go zaakceptować. A ona nie wyobrażała sobie życia na Florydzie. Co innego pojechać, zobaczyć, zdobyć, co tam mają do zdobycia, i napisać o tym przyjaciołom, zachowując wspomnienia dla siebie. Co innego przerzucić całe swoje życie w takie miejsce i postawić wszystko na jedną kartę.

Kolejka w konsulacie była znośna. Kilka lat temu, gdy ubiegała się o wizę studencką, zresztą już drugi raz, bo od zawsze wydawano jej wizy tylko na rok, spędziła dwie i pół godziny na zewnątrz i trzy i pół w środku. Letni upał wyciskał z oczekujących wszystkie soki, a wewnątrz nie było klimatyzacji. Siedzieli ściśnięci jak sardynki. Wtedy połowa oczekujących czekała w panice na swoją kolej, bojąc się, że zostaną odprawieni z kwitkiem. Julia była wściekła, że w taki sposób traktują nas Amerykanie, a my wciąż kłaniamy im się w pas, licząc na mleko i miód, które ponoć tam płyną. Osobiście tego nie zauważyła, wiedziała, że do wielkich rzeczy dochodzi się ciężką pracą. Poza tym całe Stany nie wywarły na niej aż takiego wrażenia. W czasie tamtego oczekiwania trzy razy zbierała swoje rzeczy do wyjścia ze złości. W końcu jednak potulnie udała się do okienka i grzecznie odpowiadała na wszystkie pytania, tłumiąc gniew. Urzędnicy byli mili, sucho zwracali się do petentów po imieniu i podejrzliwie patrzyli w ekrany swoich monitorów, kartkując dokumenty. Miło było w końcu usłyszeć szczęk pieczątki i oznajmienie, że paszport z wizą zostanie dostarczony do domu w ciągu siedmiu dni.

Tym razem weszła do konsulatu, w którym wiał przyjemny chłód, jakby to był jej drugi dom. Zrobiło jej się żal wszystkich urzędników, ponieważ, patrząc na ich twarze, stwierdziła, że nikt nie uosabiał stereotypowego American dream. Na końcu sali zobaczyła cztery okienka i czterech Amerykanów decydujących o byciu lub niebyciu Polaków. Przyglądała się im i miała nadzieję, że przyjmie ją pani z długimi włosami, sympatyczna, około czterdziestki. Wydawało je się, że mogłaby mieć na imię Caren lub Lori.

Julia rozsiadła się wygodnie i czekała cierpliwie na swoją kolejkę. Zupełnie niekontrolowanie w jej brzuchu zaczęły tańczyć motyle, choć wiedziała, że wszystkie dokumenty są w porządku i że po raz pierwszy wie, czego chce. Chce wyjechać do USA i móc zaplanować swoją przyszłość. Jednak wszystkie miejsca wyższej instancji i urzędnicze mundury wywołują w człowieku uczucie niepewności i strachu, nie wiadomo dokładnie przed czym.

Nagle wyrwano ją z letargu, wykrzykując jej numer. Ktoś powtórzył go dwa razy, bo nie od razu skojarzyła, że chodzi o nią. W myślach przemierzała już idealnie gładkie i czyściutkie chodniki Florydy.

Urzędnikiem Julii był łysy mężczyzna po pięćdziesiątce, o zupełnie nieprzyjaznym wyrazie twarzy. Przywitał się chłodno w odpowiedzi na hello, po czym odwrócił wzrok ku ekranowi monitora. Cisza przedłużała się niemiłosiernie. Julia zaczęła się niecierpliwić.

Sooo... Jak podoba ci się Nowy Jork, Dżulia? – zapytał chłodno, nie odrywając oczu od komputera.

– Bardzo mi się podoba, cieszę się, że właśnie tam wylądowałam parę lat temu – odrzekła pospiesznie. Nigdy nie wiadomo, czy udziela się "poprawnej" odpowiedzi, a nawet jeśli, czy jest to odpowiedź, którą chce usłyszeć konsul USA, zanim udzieli pozwolenia na wjazd do kraju.

– Parę lat temu.... – wymamrotał, nie odrywając wzroku od komputera. Spojrzał na paszport, przejrzał dotychczasowe wizy. – Uczyłaś się w Stanach? Czego? – zapytał.

Julia wyjaśniła zdawkowo, nie wnikając w szczegóły, jak miała w zwyczaju. Chciała zażartować, ale zaniechała ruchu. Wprawdzie żaden urzędnik nie nosił munduru, ale wyczuwało się powszechną władzę. Mylne wrażenie sprawiała świadomość, że od nich właśnie zależy być albo nie być każdego przybyłego. Ludzie posiadający władzę automatycznie mają też poddanych. W sumie nic złego nie zrobiła, miała czyste intencje, a jednak czuła respekt przed jakimś zadufańcem! Ale dopiero teraz, po raz pierwszy, mogła wiele stracić – związek, który może stać się tym jedynym, na całe życie.

Przed wizytą w konsulacie petenci szukają w internecie wskazówek, jak rozmawiać z urzędnikami: co mówić, czego nie mówić, w jakie słowa ubierać zdania. Osoby, które przeszły przez cały proces, dzielą się doświadczeniem. Urzędnicy są nieprzewidywalni, ale zaleca się zwięzłe odpowiedzi i niedodawanie niczego od siebie, jeśli nie jest się o to proszonym. Julia trzymała język za zębami, choć jej poprzednia wizyta przypominała małe party. Żartowali z konsulem i opowiadali anegdotki. Tym razem spotkanie było mniej kolorowe.

– Mmm – zamruczał złowrogo. – Widzę, Dżulia, że spędziłaś w Nowym Jorku kilka lat... – przeciągnął ostatnie słowo, wciąż studiując monitor. – Teraz czas posiedzieć w Polsce. – Spojrzał jej w końcu w oczy i z zimną krwią wbił pieczątkę, po czym wsunął paszport z powrotem przez urzędnicze okienko wraz z innymi dokumentami.

– Ale... nie rozumiem. – Tylko tyle udało jej się wydusić, ale mężczyzna krzyknął już z amerykańskim akcentem:

– Następny!

– Chwileczkę! – Nie dała za wygraną. – Jak to "czas posiedzieć w Polsce"? Nie rozumiem!

– Nie musisz rozumieć. Next.

Tyle. Kilka minut konwersacji, uwagi poświęconej paru danym, datom, pieczątkom.

Za Julią zjawiła się pani, która z politowaniem patrzyła na jej zaszokowaną, przerażoną twarz. Nie było tam jeszcze miejsca na złość, bo oszołomienie i bezwład wszystkich zmysłów i myśli był kompletny. Sparaliżował Julię od stóp do głów. Kobieta, nie mogąc doczekać się swojej kolejki, szybko podała dokumenty. Część Julii chciała jeszcze walczyć, ale druga, rozsądniejsza, uspakajała ją, że jest już po wszystkim. Odwróciła się od okienka i zaczęła stawiać kroki bardzo, bardzo powoli, nie weryfikując nawet, z której strony jest wyjście. Pan w mundurze spojrzał na nią i wskazał drogę. Mówił coś przy tym, ale nie była w stanie odróżnić słów. Jak w filmie w zwolnionym tempie odwróciła głowę w kierunku okienka, gdzie właśnie potraktowano ją bardzo przedmiotowo. Gdyby jej wzrok mógł zabić, po bezpardonowym urzędasie pozostałby dym i proch, jak we wszystkich klasycznych science fiction. Urzędnik siedział spokojnie w tym samym miejscu, znów wlepiając oczy w ekran i męcząc kolejną ofiarę.

Przecisnęła się przez tłum czekających i wybiegła na ulicę zupełnie bez tchu. Oparła się o mur i oddychała głośno i szybko. Kilka osób spojrzało podejrzliwie, ale nikt nie zainteresował się, czy wszystko w porządku. W Nowym Jorku od razu ktoś zaoferowałby wodę, chusteczkę czy telefon na pogotowie. Nawet płytki uśmiech lub pytanie "czy jest okej?". Kiedyś Julia postrzegała ich nadgorliwość raczej negatywnie, a słynne How are you? odbierała z pogardą. Dopiero po wielu podróżach tam i z powrotem zaczęła doceniać, ile znaczy mały uśmiech.

Julii nogi odmówiły posłuszeństwa. Musiała usiąść. Nigdzie nie było ławki! Nie mogła uwierzyć nie tyle w samo odrzucenie podania, ile w ogrom niesprawiedliwości. Mnóstwo ludzi – setki Polaków mieszkających w USA od wielu lat nielegalnie – czekało na cud, miłość albo kogoś, kto zgodzi się na podpisanie papierka małżeńskiego, dzięki któremu można dostać paszport. Julia – pomimo perypetii wizowych, co roku wpłacała wielkie sumy dla rządu amerykańskiego, bo każda wiza wiązała się z niemałą opłatą, oczywiście z ryzykiem, że już nigdy nie wjedzie do USA – nagle dostała odmowę wizy. Odmowę, która była nieodwracalna.

Dotarła na rynek. Piękny, słoneczny, wesoły, cudny, zatopiony w słońcu, z hejnałem mariackim w tle. Pewna kobieta namawiała na obwarzanki, mężczyzna chciał sprzedać korale, jakieś dziecko krzyczało wniebogłosy, nie wiadomo, z jakiego powodu. Nagle ktoś ryknął tuż obok, a przed samym nosem przegalopowały dwa konie, ciągnąc śliczną jak z bajki, białą bryczkę.

Usiadła przy Mickiewiczu i spojrzała na statuę z lekką pretensją, choć przecież to nie była jego wina.

Wciąż burzyły się w niej niedowierzanie, złość i to poczucie okrutnej niesprawiedliwości.

14

Julia nigdy nie wierzyła w rozwiązania, które same się pojawiają. Które przychodzą w pakiecie z czarodziejską różdżką. Wszyscy wierzą, że "co ma być, to będzie". Co to w ogóle znaczy? Czekanie na cud, aż wydarzenia spadną nam z nieba, wydawało się zupełnie niedorzeczne. Po pierwsze – a co, jeśli nie przyjdzie? Po drugie, trochę to ograniczające nie mieć wpływu na własne życie. Nieustanne wynajdywanie wymówek, byle tylko nie zakasać rękawów i nie ruszyć do pracy. Potem męczyć się w niepewności, podejmować decyzje, działać, by znów zastanawiać się, czy wybraliśmy właściwie, czy może, gdybyśmy skierowali się w prawo, nie byłoby ciekawiej i lepiej, a jednak skusiło nas na lewo. I wszyscy, którzy głoszą, że trzeba dać czasowi czas, też wydają się w błędzie. Bo czasu właśnie mamy bardzo mało.

Dopiero po godzinie podróży do domu Julia zadzwoniła do Paula. Częściowo dlatego, że wieści nie mogły przejść jej przez gardło, częściowo dlatego, że wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, a po części dlatego, że nie mogła przestać płakać. Były to głównie łzy złości i żalu, że ktoś zupełnie obcy może tak bardzo pokrzyżować czyjeś plany. Cały świat legł w gruzach, niebo, wcześniej jasne i słoneczne, nagle przybrało szarą barwę. Nie zwracała uwagi na nic ani na nikogo. Zupełnie oszołomiona, z trudem wybrała numer.

– No i? – usłyszała po krótkich kilku sygnałach.

– Mam złe wieści. Nie dostałam wizy.

– Żartujesz?

– Obawiam się, że nie – wydukała, z trudem powstrzymując łzy, o których, myślała, że wszystkie zostały już wypłakane.

W słuchawce zaległa głucha cisza. Nie wiedziała, czy straciła połączenie, czy Paulo po prostu nie mówił nic.

– Jezu. – W słuchawce słychać było głęboki wdech i nerwowy wydech. – Jak to się stało?

– Po prostu pech.

Pech czy przeznaczenie? Jak w takich sytuacjach odróżnić to, co jest nam dane, od tego, co wynika ze złośliwości losu lub wyzwań stawianych przez życie? Nie wiedziała, co o tym myśleć. Z jednej strony chciała wierzyć, że sprawy dzieją się nie bez przypadku. Z drugiej – wiadomo przecież, że to my podejmujemy decyzje i powinniśmy być odpowiedzialni za ich konsekwencje. Tłumaczenie zatem, że "tak miało być", to jakby marne usprawiedliwienie niepożądanych konsekwencji swoich decyzji i ucieczka od odpowiedzialności.

Chcemy wierzyć, marzyć, bo przecież w takich sprawach nic nie jest pewne. Idea przeznaczenia często bywa sposobem, by uporządkować życie. Domniemanie jego istnienia ma przynosić odpowiedzi, wskazywać kierunek, zwodzić serce albo oszukiwać umysł. Może to po prostu tani sposób na uzasadnienie tego, co się wydarzyło, na co nie mieliśmy wpływu, albo tym usprawiedliwiamy swoje decyzje. Tak bardzo chcemy wiedzieć, co będzie, jakich dokonamy wyborów, jak potoczy się nasze życie. Czasami tak bardzo, że "chwytamy się" wróżki, chcemy wiedzieć, co mówią gwiazdy i, zostawiając rozum w domu, udajemy się przed szklane kule.

Czy rzeczywiście istnieje scenariusz, według którego żyjemy, w którym przytrafiają się nam zdarzenia, w których uczestniczymy? I w jaki sposób kształtowane są nasze reakcje i decyzje? Mocna wiara w przeznaczenie to strach przed podejmowaniem decyzji. A niepodejmowanie decyzji jest przecież także wyborem. Można całe życie zrzucać odpowiedzialność na przeznaczenie i być trzciną na wietrze. A można obrać pożądany kierunek i zacząć stawiać kroki w jego stronę. Ucieczka w przeznaczenie to strach, pójście na łatwiznę – bo wtedy nie trzeba przechodzić przez proces analizy, ustawiać sytuacji w konkrety i brać odpowiedzialności za decyzję. To odsuwanie się i rezygnacja z przekraczania barier, tych najtrudniejszych, bo własnych. Odwoływanie się do przeznaczenia jest ucieczką przed samym sobą.

Wspólnie z Paulem analizowali sytuację przez dwa miesiące. Przepytywali znajomych, którzy mieli podobne doświadczenia, czytali fora i strony internetowe, rozmawiali z prawnikami, zarówno w USA, jak i w Polsce. Wszystko wskazywało na to, że po otrzymaniu odmowy wizy możliwości ponownego wjazdu do USA są znikome. Oficjalna strona rządowa radzi, by w takiej sytuacji odczekać przynajmniej rok, zanim podejmie się kolejną próbę. Paulo rozważał przeprowadzkę do Europy, ale jeszcze nie teraz. Choć planowali poszerzenie działalności na Stary Kontynent, to jeszcze nie był odpowiedni moment na tak zamaszysty ruch. Takie rozwiązanie mogłoby załatwić wiele problemów, ale firma nie była gotowa, głównie z powodu kryzysu ekonomicznego, który zaczynał trawić Europę. Rozważali wystosowanie firmowej petycji o wizę biznesową – tzw. pracowniczą – ale w momencie, gdy raz dostało się odmowę, szanse były niskie, a proces zająłby całą wieczność bez gwarancji sukcesu.

Po miesiącu tej gorączki wszyscy już wiedzieli, że jedynym rozwiązaniem jest ślub, nikt jednak nie mówił jeszcze o tym głośno. Oprócz prawnika. Dla niego sprawa była jasna od momentu, kiedy po raz pierwszy usłyszał o problemie. Nikt nie chciał przyjąć tego do wiadomości, więc szukali dalej. Nie znaleźli innego rozwiązania. Chyba że rozstanie. Będąc jednak wciąż pod wpływem poczucia okrutnej niesprawiedliwości i nienawiści do feralnych wydarzeń, oboje byli zgodni, że obcy mężczyzna nie będzie decydował o losie ich związku. Z podwójną siłą ruszyli do działania, chcąc udowodnić sobie, światu i urzędnikowi, że liczy się tylko to, czego chcą oni. Ani Paulo, ani Julia nie czuli się gotowi na tak poważny krok jak małżeństwo, jednak nie mieli wyjścia.

Rozpoczęły się nowe analizy i lustrowanie projektu "Ślub" z każdej możliwej perspektywy. Najnieznośniejsza była strona moralna. Julia nigdy nie popierała małżeństw zawieranych z czysto biznesowych powodów. Teraz jednak musiała przyznać, że racjonalność podpowiada jej podobny wybór. To była jedyna droga, żeby sie przekonać. Ślub.

Na przysięgi, wstęgi, welony i balony była gotowa kilka lat temu – wtedy wydawało się to niemożliwe. Kolejny miesiąc spędziła na przekonywaniu siebie, że to właściwa decyzja. Uczucie było intensywne na tyle, że nie potrafili z siebie nawzajem zrezygnować.

Nieprzespane noce, żołądek do góry nogami. Analizując po raz setny wartości na plus i minus, Julia była o krok od szaleństwa. Paulo uspokajał ją, tłumacząc, że to tylko ślub cywilny, który tak naprawdę nie musi znaczyć wiele.

Julia jednak nie była tego taka pewna.

15

Julia spędziła dwa dni przed komputerem, studiując wszystkie wymogi brazylijskiego i polskiego rządu dotyczące małżeństwa z Brazylijczykiem.

Robiła notatki, coraz więcej notatek. Studiowała strony internetowe, szukała tłumaczy przysięgłych i notariuszy. Miała poślubić Brazylijczyka. W Polsce.

Paulo, chociaż mieszkał w USA od szóstego roku życia, nie miał jeszcze amerykańskiego paszportu, ponieważ funkcjonowanie na zielonej karcie było wystarczająco wygodne i nikt dotąd nie zadbał o ten dokument.

Jednak po przeżytych wizowych perypetiach, pod wprawnym okiem prawnika, natychmiast zaczął ubiegać się o paszport, bez którego do ślubu ani rusz. Mimo wszystko zawarcie ślubu poza USA było szybszym rozwiązaniem, dzięki czemu wjazd do Ameryki miał być prawie natychmiastowy. W międzyczasie Paulo miał się stać pełnoprawnym obywatelem USA, a Julia również automatycznie uzyskałaby pozwolenie na pobyt w Stanach.

Musieli zdecydować, gdzie odbędzie się ślub. Naturalnie najbardziej oczywiste wydawało się, że najlepiej w Polsce. Po kilku dniach analiz Paulo wpadł na pomysł, że może w Brazylii. W końcu i tak musiał wybrać się w podróż służbową do Ameryki Południowej. Julia mogłaby załatwić dokumenty w Polsce, a dla niego byłoby łatwiej pobrać się w swoim rodzinnym kraju.

– W Brazylii? – zapytała z wielkim cieniem niepewności zmieszanej i niedowierzania.

– Obudziłem się z tą myślą. Właściwie, dlaczego nie? Muszę pojechać do Boliwii, mam kilka miejsc, w których kupuję antyki. Miałem szaloną myśl. Pojedziemy najpierw do Brazylii, na działkę, zrobimy sobie tygodniowe wakacje. Tam weźmiemy ślub. Potem pojedziemy samochodem do Rio, odwiedzimy rodzinę i może uczcimy to razem, a potem do Boliwii. Załatwimy, co mamy do załatwienia, przy okazji zwiedzimy cały kraj i z powrotem wrócimy do Marau. Świetny plan, co? – wyrecytował jednym tchem, po czym zamilkł, czekając na reakcję, można było przypuszczać, entuzjastyczną.

Oczy Julii z każdym zdaniem stawały się coraz szersze, a oddech krótszy i nerwowy.

– Samochodem? – wydukała.

Paulo chyba spodziewał się zawahania.

– Będzie dobra zabawa, no i interesujące wakacje! Przyjemne z pożytecznym!

Pomimo wątpliwości Julia czuła, że właśnie tak się stanie.

Kolejnej nocy nawiedzili ją głośni Apacze, którzy próbowali okraść jej namiot. Nie wiedziała dokładnie, gdzie się znajduje, ale pamiętała, że wokół nie było żywego ducha, tylko dzika dżungla.

Obudziła się zlana potem i z jedną myślą: "Nigdzie nie jadę".

16

Julia wpisała w wyszukiwarce internetowej zapytanie, jakie dokumenty potrzebuje Polka, żeby poślubić Brazylijczyka. W Brazylii.

Lista była dosyć długa, ale nie było chwili do stracenia. Wyznaczyli datę spotkania w Brazylii: lotnisko Salvador de Bahia, pierwszy sierpnia. Czas przyjazdu: samolot z Krakowa, osiemnasta zero zero, samolot z Miami – szesnasta dwadzieścia. Paulo zaoferował, że na nią zaczeka, a Julia wiedziała tylko tyle, że jeśli coś pójdzie nie tak, bez wątpienia będą mieli kłopoty. Kraj Trzeciego Świata. Żaden z ich telefonów nie miał działać. Paulo, pomimo roamingów i innych historii z amerykańską siecią, nigdy nie był w stanie uruchomić swojej komórki w Ameryce Południowej. Julia w takim wypadku nie liczyła na działanie swojej.

Przed wylotem udała się do Warszawy z całym stosem dokumentów: akt urodzenia, zaświadczenie o niekaralności, o stanie cywilnym, bilet, paszporty i kopie wszystkiego wraz z tłumaczeniami przysięgłymi. W stolicy miała zobaczyć się z brazylijskimi urzędnikami. Musieli zatwierdzić dokumenty, żeby mogły uzyskać pełnoprawną wartość w Brazylii. Po godzinnym oczekiwaniu na wyznaczone spotkanie przywitano ją z uśmiechem. Kobieta pochwaliła wybór narodowości na męża, po czym zaczęła przeglądać dokumenty. Julia przygotowała się dobrze, wszystko było przetłumaczone zgodnie z wymaganiami. Urzędniczka spojrzała na Julię znów z uśmiechem.

– Prose wrószić w piątek – powiedziała z mocnym akcentem.

– Za pięć dni?

– Tak, w piątek – objaśniła, jakby nie widząc zdziwienia dziewczyny.

Julia nie miała pojęcia, dlaczego potrzebują aż tyle czasu na opieczętowanie kawałka papieru, ale jasne było, że nie ma o czym dywagować.

Nie było rady. Przymusowe wakacje w Warszawie, z czego tak naprawdę Julia była zadowolona. Świetna wymówka, żeby spędzić trochę czasu z przyjaciółmi, z którymi i tak widuje się zbyt rzadko. Wrzucili przy okazji w plan mały wieczór panieński, dlaczego nie. Założenie było przecież takie, że niebawem miała zostać żoną.

Wracała do domu z poczuciem dumy, że jest zupełnie gotowa, kolorowe stemple i srebrne naklejki błyszczały na wszystkich kopiach dokumentów.

W myślach pakowała już walizkę. Zatem Brazylia. Czas zobaczyć, co tam mają.

17

Przez okno samolotu najpierw roztaczały się górzyste szarości, żółta Sahara i ciemnogranatowa woda. Dziesięć najdłuższych godzin w życiu Julii.

Tym razem podczas lotu nie nawiązała żadnych znajomości, wręcz przeciwnie – samolot w połowie był pusty. "To chyba nie jest dobry znak" – pomyślała, ale obawy zastąpiło poczucie wygody. Mając trzy miejsca siedzące tylko dla siebie, nie można było marudzić.

Nie potrafiła odgonić myśli, które uporczywie krążyły jej po głowie – o ślubie, wychodzeniu za mąż, fakcie posiadania męża w ogóle. I o tym, jak inaczej wyobrażała sobie cały ten akt. Julia – typowy planer – wiedziała, co miała zrobić kolejnego dnia, można było na niej polegać w każdej sytuacji, uwielbiała mieć wszystko pod kontrolą. Teraz, siedząc w smolocie, była daleka od tego scenariusza. Mało tego, jechała w nieznane, w celu wzięcia ślubu gdzieś w buszu. W jej życiu wydarzyło się już wiele, ale tego jeszcze nie było.

Ale było. Działo się, choć miała wrażenie, że w pewnym momencie nastąpi przebudzenie i okaże się, że to tylko jeden z tych snów, które wydają się zupełnie realne. I rzeczywiście, po kilku godzinach się ocknęła.

Po to tylko, żeby spokojnie wylądować w Salvador de Bahia. Bom dia.

W momencie wyjścia z samolotu uderzył ją duszny, ciężki podmuch powietrza o nieprzyjemnym zapachu. Długo myślała o tym zapachu, z perspektywy czasu wciąż nie umiejąc zdefiniować, czym tak naprawdę pachnie. To pewnie wilgoć, słone powietrze osiadające na wszystkim wokoło, nigdy niewysychające, lokalna roślinność i może fakt, że wszystko wyglądało na stare, brudne, zaniedbane.

Lotnisko, zadziwiająco, pękało w szwach. Dwie odprawy z gęstym tłumaczeniem się, skąd się jedzie i dokąd się wybiera, ale wszystko odbywało się w pozytywnych nastrojach. W tłumie szybciej zabiło jej serce, bo pomimo wysokiego wzrostu Paula, za nic nie mogła go wypatrzeć. Sprawdziła jego lot, na szczęście wylądował o czasie, ale ponieważ był Brazylijczykiem podróżującym z Ameryki, przeszukiwano jego bagaże z większym zaangażowaniem. Było szalenie miło w końcu zobaczyć znajomą twarz. Z radością opuścili lotnisko.

Dotarli do miasta busikiem. Przyjemny kierowca wysadził ich w centrum Pelourinho, historycznej części Salwadoru, najładniejszej zresztą, na jednym z wielu placyków, gdzie panował okrutny zamęt. Było już ciemno, tłum na ulicy poruszał się we wszystkich kierunkach. Wyszli z autobusu wprost na grupę żołnierzy policjantów. Każdy z nich miał założoną przez ramię broń o długości około jednego metra. Wyglądali naprawdę groźnie. Rozejrzała się wokół. Nie zdążyła ogarnąć wzrokiem otoczenia, kiedy wszystko zamarło.

– Heeeej!!! – krzyknął Paulo i zaczął uderzać pięścią w drzwi autobusu, który zaczął odjeżdżać z ich walizkami ukrytymi w bagażniku.

Kierowca wysiadł i od niechcenia przeprosił. Gdyby nie obecność karabinów w zasięgu wzroku, z pewnością zostaliby na rynku tylko z tym, co mieli w ręku.

Następnego dnia, przed wyjazdem do "domu", czyli ukrytego w dżungli domku, mieli kilka godzin, żeby zobaczyć miasto. Wszystkie interesujące obiekty znajdowały się w Cidade Alta, w górnej części miasta. W tym wypadku "górny" naprawdę znaczy "wyżej" w sensie geograficznym. Miasto położone jest jakby na klifie, który z portową częścią łączy olbrzymia, zewnętrzna winda – nota bene pierwsza w całej Brazylii. Na dole, oprócz portu, znajduje się miejski market, dziś zdominowany przez turystów, pełen koronek, wyrobów z kokosa i drewnianych figurek przedstawiających Murzynki z wielkimi biustami opierające się łokciami na framudze improwizowanego okna.

Ulice tonęły w historycznym śnie. Urocze, kilkupiętrowe kamienice połyskiwały wyblakłymi kolorami, przypominając o dawnej świetności i splendorze. Teraz z żalem spoglądali na rozsypujące się gzymsy, popękane ściany, uszkodzone rogi budynków i narastający brud wokół okazałych wejść i starych drzwi. Niektóre elewacje były odrestaurowane, ale większość chyliła się ku upadkowi w zaskakującym tempie. Delikatne zdobienia i freski smutno zerkały w dół ulicy, na której działy się niechlubne rzeczy. Co chwilę podbiegało do nich dziecko w wieku od trzech do piętnastu lat, błagając o pieniądze. Bezdomni zajmowali większą część chodnika. Ze wszystkich stron zerkało na przechodniów wiele osób niepełnosprawnych, wznoszących ręce w kierunku przechodzących. Na ulicach walały się śmieci – nie tylko puste opakowania po produktach spożywczych, ale w rogach widać było brudne strzykawki, prezerwatywy czy podpaski. Dzieci były nachalne; jeden chłopczyk, może dziesięcioletni, nie odstępował ich na krok, co jakiś czas pociągając ich za kieszenie i zawodząc money. Trudno było się pogodzić z widokiem obszarpanych, brudnych, wychudzonych dzieci w różnym wieku, podchodzących do turystów. Wielu, kierując się litością, wysupływało drobne monety, ale wielu też przepędzało dzieci jak natrętne muchy. Jeśli ktoś dał pieniądze jednemu dziecku, wkrótce pojawiało się pięcioro następnych. Delikatne odmowy nie przynosiły żadnego skutku.

Rząd brazylijski szacuje, że na ulicach w kraju mieszka około dwudziestu pięciu tysięcy dzieci.

Niezliczona liczba kościołów zachęcała do zwiedzania. Architektura zabudowań przypominała o "grubych" czasach, szczycąc się dawnym splendorem. Każdy w inny sposób oddawał cześć Panu – raz zdobienia lśniły złotem, kreując wyobrażenie o możnych sponsorach, przeważnie o europejskich korzeniach, innym razem wieże wznosiły się gotyckim szpicem prosto w niebo. Na ulicach zatrzymywały Julię i Paula olbrzymie Murzynki w tradycyjnych strojach typowych dla stanu Bahia – z wielkimi turbanami, zwinnie ukręconymi z połyskujących materiałów, olbrzymimi kolczykami, długimi, kołowymi koralami oraz w sukienkach składających się z dwóch części: białej jak śnieg, długiej bluzki opadającej szeroko na biodra, z bufiastymi rękawami, i spódnicy, która, szalenie zmarszczona w pasie, tworzyła szeroką kopkę i kończyła się zazwyczaj w połowie łydki. Spódnice wydawały się nienaturalnie szerokie, dopiero później jedna z kobiet, na prośbę Julii pokazała, że pod spodem całość podtrzymuje stelaż z watoliny, który tworzy koło.

Wszystkie ulice wyłożone były kostką brukową, która po portugalsku nazywa się paralelepipedos, w Salwadorze liczyła sobie trzysta lat. Każdy prostopadłościan, pod wpływem czasu, skierowany był w inną stronę, nieraz szczeliny były na tyle duże, że można było włożyć całą stopę. Wiele ulic pięło się w górę historycznego dystryktu, nieraz pod kątem czterdziestu pięciu stopni, czyniąc infrastrukturę atrakcyjną dla turystów, ale uciążliwą dla mieszkańców. Gdy Julia wpatrywała się głównie w to, co pod nogami, tylko od czasu do czasu zerkając w górę, przypomniały jej się słowa koleżanki, która po wielu latach życia w Nowym Jorku przeprowadziła się do Polski i narzekała, że chodniki są nierówno wybrukowane i trzeba patrzeć non stop pod nogi, żeby się nie potknąć. Tutaj można było złamać każdą część ciała.

Salwador był pierwszą stolicą Brazylii, ale od czasu, kiedy w tysiąc siedemset sześćdziesiątym trzecim roku przeniesiono ją do Rio de Janeiro, miasto jakby zamarło, nieudolnie próbując uchwycić dawną świetność, w efekcie pozostawiając tylko wspomnienie minionych czasów.

18

Lunch składał się z acarajé (ciasto z mielonej fasoli z dodatkiem gniecionych krewetek), smażonego w głębokim oleju z dend? (oleju czerwonego, wytwarzanego z nasion palmy, o charakterystycznym smaku, używanego namiętnie w kuchni brazylijskiej). Smak krewetek z tajemniczymi przyprawami mocno przebijał przez aromat oleju. Paulo był w siódmym niebie. Za każdym razem, gdy lądował w swoim, jakby nie było, kraju, to był jego pierwszy posiłek.

Dotarli do promu, który miał ich przewieźć na drugą stronę zatoki. Spóźnili się zaledwie o kilka minut. Trudno, godzina oczekiwania okazała się dodatkowym czasem na zwiedzenie turystycznego marketu i wypróbowanie kolejnych lokalnych specjałów, w tym açaí. Smaku jogurtowego napoju z lokalnych jagód nie można porównać z niczym innym. W tej części Brazylii açaí rośnie wszędzie, jest bardzo delikatnym owocem i zaraz po zebraniu należy go zużyć lub zamrozić. Najczęściej tropikalne jagody podaje się w formie zmikoswanego gęstego napoju, bardzo sycącego, smacznego i szalenie zdrowego. Ostatnio açaí zdobyło popularność na całym świecie wśród osób pragnących zdrowo się odżywiać i gotowych zapłacić dwa razy więcej niż za lokalne owoce, czyli po prostu jagody. Naukowcy nie widzą specjalnych różnic pomiędzy owocami, a całe zamieszanie jest kolejnym dowodem na to, jak łatwo można wpływać na gusta mas. Być może haczykiem jest nowy, nieznany smak. Ot, cała historia.

Prom zabrał ich na drugą stronę zatoki, gdzie mieli przesiąść się na autobus w kierunku swojego celu. Zadziwiająco, bo w tym kraju opóźnienia w środkach transportu publicznego są normą, jednak pojazd pojawił się punktualnie i ruszyli na południe. Julia widziała już kiedyś prawdziwą dżunglę w Puerto Rico, ale tym razem zieleń wydawała się bardziej dzika, o nieprzeciętnie intensywnym kolorze. Dawała poczucie nieprzewidywalności. Być może to świadomość zagubienia i niewiedzy powodowała strach przemieszany z wielką ciekawością. Nie studiowała przewodników ani nie czytała porad, jak zachować się w Brazylii – tym razem postanowiła dać się zaskoczyć i mieć niewiele oczekiwań.

Podróż trwała prawie pięć godzin. Julia nie wiedziała, dlaczego widok zza okna wzbudzał w niej coraz większe przerażenie. Wraz z upływem czasu wokół szosy, a raczej sypiącego się asfaltu w kształcie wstęgi, robiło się pustawo, jeszcze bardziej zielono i dziko. Dziewicze tereny przesiąkały prymitywnym i nieokrzesanym aspektem nieprzystępności i niezamieszkania. Fakt, że znajdowali się w mniej rozwiniętym kraju Trzeciego Świata, dodatkowo potęgował wrażenie niepokoju. Paulo znał portugalski i bywał w Brazylii wielokrotnie, a pomimo to coś wisiało w powietrzu – ni to złowrogiego, ni to strasznego.

Mijali małe wioski składające się z kilku lepianek w kolorze cegły, misternie zbudowanych z czerwonej gliny i trzciny, przebijającej się przez zastygłą, pomarańczową masę. Dachy zbudowane były z kilku desek i dachówki w kolorze identycznym co ziemia: brunatnoczerwonym. Przy samej drodze stał rząd domków, z których wychodziło się prosto na jezdnię. Co jakiś czas ustawiono kilka plastikowych, wściekle żółtych stolików z małymi reklamami lokalnego piwa. Obowiązkowo przy każdym budynku znajdowała się lodówka z wielkimi, białymi literami na czerwonym tle: "Coca-Cola". Zajeżdżając na dworce autobusowe, widzieli kręcących się wszędzie mieszkańców i sypiące się budynki. Ogólne wrażenie było chaotyczne, architektura była prosta i praktyczna, stawiana w taniej, roboczej wersji.

Dotarli w końcu do małej wioski, końcowego punktu na trasie autobusu. Kolejna destynacja to Maraú (z akcentem na "u", bardzo ważne), ich ostateczny cel. Maraú to prawie sześćdziesięciokilometrowy półwysep o szerokości od dwóch do pięciu kilometrów, biegnący wzdłuż oceanu. Po drugiej stronie znajduje się zatoka pełna filigranowych wysepek. Półwysep poprzecinany jest wąskimi jeziorami ze słodką wodą, rozciągającymi się równolegle do oceanu. Przylądek przyciąga turystów ponoć jedną z najpiękniejszych plaż w Brazylii, zachęcając do wypoczynku, nurkowania, surfowania i picia caipirinhi.

Do Maraú mieli się przeprawić łódką. Słońce właśnie dotknęło horyzontu, ciemniejsze światło przydawało wiosce trochę ciepła, ale nie było w stanie zasłonić brudu i obdartych budynków. Co jakiś czas przebiegała przed nimi grupka dzieci, ścigając piłkę, biegając boso po piaszczystopyłowym rynku. Tylko chodniki wzdłuż budynków były w miarę wybrukowane. Wszystkie sklepy, pozbawione zewnętrznych ścian, zasłaniano jedynie metalową żaluzją – pro forma. Właściwie codzienne życie toczyło się na otwartej przestrzeni. Nie mieli tu wyraźnych sezonów, temperatura rzadko spadała poniżej dziesięciu stopni, a letnie upały, czyli grudniowo-styczniowe, były normą. Klimatyzacja była zbędna, podobnie jak szczelne pomieszczenia. Wszyscy przywykli do warstwy kurzu osiadającej na produktach w sklepie. Dachówki układano jedne na drugich, bez cementu, na drewnianym stelażu. W stanie Bahia nie występują tajfuny, huragany ani odpowiedniki halnych wiatrów, więc dachówki leżą spokojnie na miejscu, a podczas przeprowadzki składane są w kupki, przewożone do nowego domu i układane ponownie na nowym stelażu.

Paulo udał się do portu, szukając łodzi, a Julia usiadła na walizce, obserwując miasto.

Sporadycznie przez rynek przejeżdżał wielki motor, prawdziwa nowość w wiosce. Wszyscy mężczyźni, zgromadzeni przy piwie na jaskrawych, plastikowych krzesłach, wodzili wzrokiem za właścicielem dwóch kółek.

Mały chłopiec przemaszerował z całą kiścią błękitnych krabów na patyku, przewieszonym przez ramię, jak u wędrowca. Tylko że nie wybierał się nigdzie – nawet do najbliższego miasta, oddalonego o dwie godziny jazdy samochodem. Takie wyprawy zdarzały się dopiero w późniejszym wieku, może piętnaście, może osiemnaście lat, i za każdym razem były wielkim wydarzeniem w życiu mieszkańców.

Wybrzeże miasteczka stanowił mały port pełen rożnych łódek, głównie drewnianych i starych. Jedna z pobliskich wysepek – Cajaiba – to największe i jedyne miejsce w regionie, gdzie od stu lat produkuje się drewniane łodzie. Wyspa położona jest w bardzo korzystnej konstelacji: okrążają ją tylko spokojne wody, gdzie przypływy i odpływy nie tworzą wielkich fal, woda podnosi się i opada regularnie. Do dziś wytwarza się tam łódki, choć drewno trzeba sprowadzać z innych miejsc Brazylii. W przeszłości wystarczyło udać się do dżungli po kilkusetletnią brauna, jacaranda czy jackeline. Dzisiaj drzewa te są pod ochroną, a zapotrzebowanie na drewniane łodzie starego typu jest znikome. Wciąż jednak prywatne zamówienia napędzają biznes, a spacerując wzdłuż wyspy, gdzie wybudowane są małe stanowiska, gdzie drewno jest szlifowane, cięte i polerowane, można poczuć jego zapach w całej zatoce. Niektóre łodzie powstają z drewna cynamonowego i wtedy, przechodząc, ma się wrażenie, że nadchodzi Boże Narodzenie, kilka metrów przed i za stanowiskiem roznosi się przyjemna woń cynamonu.

W końcu nadszedł Paulo. Na twarzy miał wymalowane niezadowolenie, nawet kopnął w kamień.

– Nie zabiorą nas dzisiaj. Jest zbyt późno, noc będzie bezksiężycowa i jest zbyt ciemno.

Nic dziwnego, łódki, zaopatrzone w maleńkie, ledwo tlące się światełko, oświetlające najbliższe dwa metry, nie były przygotowane na dwugodzinną podróż przez zatokę pełną małych wysepek. W porze odpływu powstają tam mielizny, niemożliwe do wypatrzenia w ciemnościach. Wtedy łódka grzęźnie w bagnie i trzeba czekać kilka godzin na kolejny przypływ. Perspektywa spędzenia nocy w rozpadającym się i brudnym miasteczku budziła w Julii obrzydzenie, w Paulo także.

– Zaczekaj, zaczekaj! – Przybiegł nagle mały chłopiec, tłumacząc, że jego dziadek może zabrać ich do Maraú.

Zaczęli pertraktować i w końcu Paulo schylił się po torby.

– Jedziemy – oznajmił. – Za dwie godziny będziemy w domu.

Money, money, gringo. – Chłopiec wyciągnął rękę w kierunku Paula, a gdy otrzymał banknot, zaświecił perfekcyjnie białymi zębami i chwycił za resztę toreb, pomagając im zapakować się na łódkę.

Gringo to dla Latynosów nikt inny jak obcokrajowiec, zwykle z USA. Termin powastał w okolicach tysiąc osiemset osiemdziesiątego roku, kiedy amerykańskie wojska, zajmując Teksas, Kalifornię, Nowy Meksyk, Nevadę i Arizonę, dotarły aż do Mexico City i okupowały miasto przez dwa tygodnie. Podczas marszu śpiewały rześko piosenkę, którą śpiewa się tam do dziś. Jedna z linijek, powtarzających się często, brzmi: Where the green grass grows ("Tam gdzie rośnie zielona trawa"). Meksykanie wyłapali green grows, zniekształcili wymowę i powstało określenie gringo, używane do dziś nawet w najbardziej odległych zakątkach Ameryki Południowej.

Wpakowali wszystkie walizki na maleńką łódkę, mającą chyba z pięćdziesiąt lat, zbudowaną w najprostszy sposób, jaki tylko jest możliwy, z prowizorycznym dachem z grubej folii, podpartym czterema nieociosanymi palikami. Tam gdzie wcześniej leżała farba, teraz widaniały tylko resztki różnych kolorów. "Kapitan" odpalił silnik, który ryknął na całą wioskę i wyruszyli z portu. Miniaturowa konstrukcja ledwo mieściła motor i baldachim – z dwoma dziurami. Gdyby nadszedł deszcz, wszystko przemokłoby bez cienia wątpliwości. Nie mieli jednak powodu do narzekania, wprawdzie za potrójną cenę, ale zgodzili się zabrać ich na miejsce w noc czarniejszą niż smoła.

Umościli się jak najwygodniej, po czym Paulo wyciągnął z plecaka małą butelkę cachaçy, lokalnego alkoholu, rumu produkowanego z trzciny cukrowej.

Zanim stracili z oczu miasteczko, zrobiło się zupełnie ciemno. Rum dodał Julii odwagi, bo perspektywa czarnego horyzontu, bez człowieka, łódki, świateł, budziła dziwne napięcie. Wciąż miała w głowie obrazy rekinów, aligatorów i innych gadów czających się na każdym metrze sześciennym Florydy. Chcieli poczęstować alkoholem kapitana, ale odmówił. Zupełnie niespotykane, lecz mogło oznaczać tylko tyle, że naprawdę nie był pewien trasy, choć wszyscy lokalni znali zatokę jak własną kieszeń.

Po pół godzinie rejsu strach i niepewność przemieniły się w atmosferę dobrej zabawy i przygody, na którą Julia była teraz zupełnie otwarta. Wydawało jej się śmieszne, że jest tutaj, na otwartej wodzie, gdzieś w brazylijskiej dżungli. Nie wiedziała nawet, jakie były współrzędne geograficzne. Gdyby jakiś lokalny mafiozo postanowił ich porwać, miałby idealną okazję. Nikt nie będzie wiedział, gdzie ich szukać. Déja vu, ale właściwie to powinno się wyciągnąć w końcu jakieś wnioski. Julia miała tendencję do myślenia o konsekwencjach dopiero w obliczu konkretnej sytuacji, nigdy przed. Trudno.

Jakoś nigdy nie miała poczucia, że wydarzy się coś złego. Zawsze było jakieś wyjście, choć to dość ryzykowna teoria. Życie przecież potrafi nas zaskakiwać. Takie nastawienie wielokrotnie ratowało ją z opresji w różnych miejscach na świecie.

Zajęli się rozmową. Paulo opowiadał o tubylcach, ich zwyczajach i historiach, w których uczestniczył lub o których słyszał, przekazywanych z ust do ust. W międzyczasie poprosił kierowcę, żeby wywołał przez krótkofalówkę lokalny hotelik. Obsługa miała ich odebrać z portu i zawieźć na działkę. Niestety sygnał był zbyt słaby i Motor, czyli kapitan "statku", obiecał, że spróbuje za pół godziny. Każdemu w Brazylii nadaje się urzędnicze imię i nazwisko, zazwyczaj minimum czteroczłonowe. Przydomek, ten używany na co dzień, dostaje się dopiero w życiu – zależnie od tego, na co "zasłuży". Kapitan, ze względu na posiadanie od osiemnastu lat łódki z najgłośniejszym silnikiem w miasteczku, dostał to właśnie przezwisko. Najzabawniejsze, o jakim Paulo opowiadał, to Śnieżka – dla najwyższego człowieka w Maraú, o skórze czarnej jak smoła. Nikt nie pamiętał, skąd się ono wzięło, co więcej, sam zainteresowany tak się przedstwiał nowo poznanym osobom. Pracował w najlepszej restauracji w miasteczku i przygotowywał naprawdę świetne drinki. Caipirinhie, naturalnie.

Tymczasem noc stawała się coraz czarniejsza. Teraz nie było widać zupełnie nic, ani po prawej, ani po lewej stronie. Jedynie sapiący silnik zagłuszał martwą ciszę i zapewne odstraszał potencjalne drapieżniki. Julia poczuła dziwne dreszcze, więc wyjęła sweter. Paulo nagle zauważył coś na przodzie łodzi i zawołał Julię do siebie.

– Zobacz, ile gwiazd! – Wskazał coś w górze, a ona, spoglądając w tym kierunku, zachwiała się nagle i o mało nie upadła.

Usadowiła się na ławeczce i to, co zobaczyła, odjęło jej mowę. Czuła się jak w planetarium. Całe niebo usłane było milionami gwiazd rozsianych od horyzontu do horyzontu. Nigdy nie widziała tak wyrazistej Drogi Mlecznej. Trudno było uwierzyć, że gwiazdy są prawdziwe, bo ich natężenie było nierealne. Mieli dużo szczęścia, nie tylko dlatego, że trafiła się bezksiężycowa noc, ale że niebo było bezchmurne.

– Jeszcze nigdy nie widziałam tylu gwiazd – wyszeptała z zapartym tchem.

Paulo usłyszał to chyba, bo powiedział:

– A jedna nawet upadła mi na dłoni.

Spojrzała na niego, a on w pozycji klęczącej wyciągnął rękę w jej stronę, chcąc pokazać jej gwiazdę. Coś błyszczało oszałamiająco, a Julia zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że to pierścionek z brylantem. Zaniemówiła. Paulo, wkładając go na jej palec, zapytał niczym w filmie:

– Wyjdziesz za mnie?

Choć znała Paula krótko, wiedziała, że nie przepada za niespodziankami: ani w roli darczyńcy, ani odbiorcy. Ale to wydarzenie zmieniło jej percepcję. Postarał się, nie ma co.

Zatem ślub odbędzie się na poważnie.

Kapitan pogratulował zaręczonym i wypił z nimi kieliszek. W końcu nie co dzień widzi się oświadczyny w środku niczego na ledwo zipiącej łodzi.

Po pięciu godzinach, otuleni czernią nocy, dotarli do "portu" składającego się tak naprawdę z kilku mocno wysłużonych desek wbitych w czarną wodę, tworzących pomost przechylony o czterdzieści pięć stopni. Można było mieć poważne zastrzeżenia, wchodząc na to coś w zupełnej ciemności.

– Nie masz się czego bać, nie mają tu piranii ani krokodyli.

– No tak, to nie Palm Beach...

Wygramolili się z łódki, a tam czekał już jeep, żeby zabrać ich na działkę. Naczepę zaadaptowano do przewożenia około piętnastu pasażerów. Po obu stronach zamontowane były proste ławeczki bez oparcia, a całość przykrywał mały daszek z grubego plastiku.

Jechali dwadzieścia minut piaszczystą ścieżką, wyżłobioną śladami czterech kół. Samochód kołysał się miękko, ale na tyle zamaszyście, że musieli kurczowo trzymać się uchwytów, żeby nie wypaść. Co jakiś czas podskakiwali na małych zwalniaczach prędkości w postaci zasypanych w połowie piaskiem trzonów drzew palmowych. Mieszkańcy tego terenu kładli je w poprzek drogi, tworząc wąski garb, bardzo niekomfortowy. Z prawej strony szumiał ocean, który na razie Julia musiała sobie tylko wyobrazić. Co jakiś czas uderzały ich gałązki palm i trzeba było pilnie obserwować następne drzewa, żeby robić uniki. W końcu dotarli na miejsce. Maleńka chatka, kryta strzechą z piasava – cieniusieńkich, giętkich gałązek lokalnej palmy – zbudowana z tej samej gliny i w tym samym stylu, co wiele domów mijanych po drodze z Salwadoru, przywitała ich w ciemnościach.

Weszli do środka. Uderzył ich zapach plaży, opalonej skóry i oceanu. Wnętrze było dosyć przytulne, utrzymane w wakacyjnym stylu: mała sofa, stoliczek. Zadzierając głowę, można było policzyć wszystkie dachówki od wewnątrz. Tam gdzie kończyła się ściana, a zaczynał dach, widniała wyraźnie około trzydziestocentymetrowa szczelina. Oczy Julii zrobiły się wielkie jak spodki. Kuchnia znajdowała się na zewnątrz.

– Chodź, pokażę ci sypialnię.

W małym, kwadratowym pomieszczeniu, którego sufit tworzyły niedbale ułożone dachówki, znajdowało się okno, a właściwie dziura w kształcie kwadratu wykuta w ścianie, zasłonięta dwoma płytami z solidnego drewna spiętymi zakrzywionym drutem. Na środku pokoju wisiało, tak, wisiało, łóżko. Materac umieszczono na drewnianym stelażu zawieszonym na imponująco grubych sznurach, które były zaczepione o belki pod sufitem. Łóżko nie miało nóg, co wyglądało naprawdę oryginalnie i pomysłowo. Paulo wyjaśnił, skąd taki projekt.

– To na wypadek, gdyby do domu wpełzł wąż. Wtedy nie dostanie się do ciebie. Zazwyczaj lokalsi śpią w hamakach. Mój ojciec wymyślił takie rozwiązanie. Podoba ci się? – zapytał poważnie, jakby oczekując pochwały.

– Aha, tak, oryginalne... – przytaknęła potencjalne drapieżniki. myślach zapalała się i gasła natarczywie czerwona lampka: "uciekać!".

Rozłożyli tylko torby i ten sam kierowca zabrał ich do moteliku na południe od działki. Tam czekała pyszna kolacja.

Podani mucecę, danie o afrykańskich korzeniach, przywiezione przez dawnych osadników. Smakowało fantastyczne. Olej z dend?, na którym wszystko się tutaj smaży, dodawał niesamowitego aromatu.

Pomimo zmęczenia, gdy kierowca zaoferował im odwiezienie do "domu", postanowili przejść się plażą.

W czarnej, złowrogiej ciemności skierowali się w stronę oceanu. Restauracja była częścią hotelu składającego się z dziesięciu prywatnych kwater, czyli chaletów indywidualnych domków z łazienkami, miniaturowego centrum kultury, mieszczącego się w jednym z domków, w którym w razie deszczu grano w szachy, oglądano przestarzałe brazylijskie tasiemce czy sączono świeży sok z kokosa. Cała posesja pełna była hamaków, a Julia szczególnie zachwyciła się wystrojem: dwuosobowymi łóżkami rozłożonymi wzdłuż plaży, z powiewającymi delikatnie materiałami. Tyle udało jej się dojrzeć przy słabym oświetleniu trawnikowych lamp. Po jakimś czasie oczy przyzwyczaiły się do mroku i można było rozpoznać białe fale uderzające o brzeg. Trudniej było określić, gdzie kończy się piasek, a zaczyna busz. Maszerowali dziarsko do przodu, przez parę minut w zupełnej ciszy, zapoznając się z nowym terenem. Szybko zaczęli rozmowę o wszystkim i niczym, żeby dodać sobie odwagi. Julia zastanawiałam się, w jaki sposób będą wiedzieli, w którym momencie skręcić w głąb lądu, żeby nie przegapić chatki. Nic jednak nie powiedziała. Może to cachaça dodała jej animuszu, bo roześmiana postanowiła powiedzieć coś zabawnego. Nie skończyła jeszcze żartu, gdy w krzakach coś zaczęło się gwałtownie poruszać. Sądząc po hałasie, rozmiar tego czegoś był spory. Zwolnili kroku. Serce Julii zamarło. Déja vu.

"Cholera, chyba umrę wcześniej, niż jest mi pisane przez te wszystkie minihisterie. A może one są jak wino? Utrzymują ciśnienie w normie, od czasu do czasu podwyższając tempo podróżownia krwi w organizmie? I'll never know, jak to mówią".

Nie chcieli się zatrzymywać, ale z coraz większym niepokojem spoglądali w stronę, skąd dochodził hałas. Dziwny cień wydał parę pomruków, które nie przypominały żadnego znanego odgłosu. Potem znów rozległ się hałas przesuwającej się masy i trzask łamanych badyli – pewnie pod jej ciężarem. Milczeli, trochę ze strachu, trochę nie chcąc zdradzić swojej obecności.

W końcu rozległo się prychnięcie, które zdradziło tożsamość wroga.

– Ach, to dzikie konie.

– Co? I dlaczego reagujesz z ulgą? Przecież dzikie konie też mogą być niebezpieczne – stwierdziła, gdy Paulo już ciągnął ją za rękę, prowadząc dalej na północ.

Oglądała się za siebie w ciemność, z której wciąż dochodziły odgłosy. Co gorsza, miała wrażenie, że zwierzęta idą za nimi.

– Nieee... te konie żyją tutaj już od wielu lat. Żywią się jeżynami, bla, bla, bla...

Julia nie nadążała za jego słowami, wciąż mając przekonanie, że niebawem jeden z tych potworów szarpnie ich za ucho albo zrobi coś jeszcze gorszego.

– Nie przejmuj się, nic nam nie zrobią.

Chyba jego pewność siebie dodała jej trochę odwagi. Ich szybki marsz jakby przestał interesować konie. W końcu wszystko ucichło i słychać było tylko jednostajny szum oceanu.

Wreszcie dotarli do chatki. Z zupełnego przemęczenia, nieprzespanej nocy i nadmiernej ilości wrażeń Julia jakimś cudem zasnęła, choć lepiej byłoby czuwać. W nocy bowiem nawiedziły ją różne stwory, które czaiły się w krzakach i wynurzały zza wąskich palm. Przebudziła się zlana potem. Była druga w nocy. Postanowiła wyłączyć myślenie, odwrócić się na drugi bok i wmówić sobie, że to tylko sen.

19

Ranek, już dawno obudzony, przywitał Julię rześkim, jak na tropikalny klimat, powietrzem. Słońce wstające zza oceanu nabierało mocy dopiero o dziewiątej, wcześniej niejako delektując się poranną bryzą. Powietrze o świcie, jeszcze świeże i nieskalane wilgocią, pozwalało spokojnie obudzić wszystkie zmysły i powoli osadzić się w rzeczywistości poranka. To właśnie wtedy można było uchwycić kilka ulotnych chwil, dostępnych jedynie o brzasku, by nadziwić się światu, najlepiej w towarzystwie ciepłej kawy, niezawodnego wroga niedospanych snów, które już dawno pochowały się po kątach nowego dnia.

Rozejrzała się wokół. Jezioro podobne do tego jedynego, znajomego, daleko w domu, nad którym spędziła mnóstwo szczęśliwych i gorzkich chwil w młodości. Teraz znajdowało się na drugim końcu świata, wciąż jednak szemrało wspomnieniami i czekało na kolejne, melancholijne odwiedziny. Co jakiś czas słychać było skrzek egzotycznej papugi wespół z okrzykami wtrącających się we wszystko małp, co ściągnęło dziewczynę na właściwy kontynent.

Nagle, w osłupieniu Julia wbiła wzrok w ciemny, poruszający się punkt na środku jeziora. Zamrugała kilkakrotnie. Może to senne mary lub brak kawy? Na tafli wody, jak gdyby nigdy nic, kroczył jakiś człowiek, ciągnąc za sobą małą łódkę. Szedł po jeziorze, które delikatnie reagowało małymi kręgami.

– Co tu się dzieje? – Skonsternowanie sięgało zenitu.

– Ha, ha, to jezioro nie ma żadnej głębokości, jest tak płytkie, że w porze suchej można je przejść na piechotę. – Paulo zaśmiewał się do rozpuku. Z jednej strony domku roztaczał się widok na jezioro, które kończyło się właśnie w tym miejscu wąskim językiem, dzieląc działkę na północną i południową. W tym miejscu miało zaledwie czterysta metrów szerokości, dalej rozciągało się na siedem kilometrów. Do wody, która wyglądała i pachniała jak mocna herbata, od domku przechodziło się przez trzydziestometrowy pas piachu. Po drugiej stronie domu, właściwie od frontu, rozciągał się ogród o powierzchni trzystu metrów kwadratowych, prowadzący prosto na plażę. Całość była usiana różnymi gatunkami palm, wyrastających z twardej jak plastik trawy, która przez cały rok walczyła ze słonym wiatrem. To miejsce miało zadatki na mały eden. Ogrodzenie działki, zbudowane z nierównych palików drewna znalezionego na posesji, miejscami chyliło się ku trawnikowi, a miejscami w stronę sąsiada. Właściwie nie było potrzebne, bo na posesji poza lepianką nie było niczego. Zresztą sama lepianka, jak każda inna, nie przyciągała zbytniej uwagi. Wąską, piaszczystą dróżką przy oceanie, przecinającą też posesję, przejeżdżali tylko turyści w zorganizowanych grupach. Przyjezdni, którzy nie znali terenu, nie zapuszczali się w tę okolicę. Trasy często wyglądały na nieprzejezdne, samochód z napędem na cztery koła był tam obowiązkowy, a i tak zdarzało mu się grzęznąć w małych, bagiennych jeziorach.

Na całym półwyspie nie działały żadne telefony. Z kilkoma sąsiadami, oddalonymi o dwa, trzy kilometry, porozumiewano się za pomocą krótkofalówek, przy sprzyjającym wietrze, naturalnie. W wielu przypadkach własne nogi pozostawały najlepszą i najpewniejszą formą komunikacji. O sygnale broadband nie mogło być mowy, a czasami znikał nawet prąd – na kilka dni, tydzień, a bywało, że i na dwa. Bez powodu, bez wiatru czy ulewy.

Głównym szkodnikiem na całym półwyspie jest powietrze nasycone bardzo mocno solą. Bryza znad oceanu pcha tę sól w stronę lądu przez trzysta sześćdziesiąt dni w roku. Zaledwie przez kilka styczniowych dni wiatr cichnie całkowicie. Liście i palmy zastygają w bezruchu, ledwo słychać ocean. Wtedy pogoda wystawia na próbę nawet najstarszych mieszkańców – upał staje się nieznośny. Schładzanie organizmu w jeziorze nic nie daje, przy głębokości zaledwie pół metra na całej powierzchni woda nagrzewa się jak wiosenna zupa. Pływanie w oceanie nie wchodzi w grę – wielu mieszkańców, którzy przenieśli się tutaj z głębi lądu, po prostu boi się "wielkiej wody". Część strachu bierze się z pokoleniowych wierzeń o bóstwach, między innymi o bogu wody, znanym ze skrajnych humorów, któremu lepiej się nie narażać.

Okazuje się, że ojciec Paula planował budowę "porządnego" domu w przyszłym roku i chciał się tam przeprowadzić.

– Chyba żartujesz – powiedziała Julia do Paula przy śniadaniu.

Juraci1, ogrodnik i cieć, zrobił dla nich zakupy w maleńkim, lokalnym sklepiku w wiosce dzień przed przyjazdem. Papaja, główny składnik śniadaniowego menu, pochodziła z działkowego drzewa.

– Podobno zakochał się w tym miejscu i widzi potencjał na rozwój biznesu.

– Ha!

– A co powiesz, gdybyśmy i my się tutaj przeprowadzili?

– Chyba nie wierzysz w to, co mówisz? – Nie wiedziała, jak ukryć chwilową panikę i przerażenie.

Paulo, całkowicie ją ignorując, zaczął snuć marzenia o nowym pomyśle, a w jego oczach Julia widziała już wznoszony z pomocą Juraciego nowy dom.

– Możesz zostać. Będę cię odwiedzać, może nawet co roku!

Pogoda dopisała. Hamak smętnie poddawał się powiewom wiatru i kusił, by choć na chwilę się w nim pobujać. Cztery palmy, rosnące w idealnej odległości do zawieszenia hamaków, tworzyły geometryczny układ, zapewniając każdemu z odpoczywających łatwy dostęp do niewielkiego stolika wyciosanego z pnia i ustawionego dokładnie w środku rajskiego kwadratu. Wąskie, ale liczne liście palm dostarczały chłodnego cienia, a widok na całą długość jeziora wprawiał w beztroski nastój, automatycznie przełączając wewnętrzny tryb na "wakacje".

Plan dnia – tym razem bez planu, bez zobowiązań, żadnych terminów, po prostu sielanka w pełnym tego słowa znaczeniu. Przez pierwsze kilka dni cały czas miało się wrażenie, że z którejś części domu dochodzi dzwonek telefonu komórkowego. Przez kilka sekund Julia wsłuchiwała się w wyimaginowany dźwięk, po czym uświadamiała sobie, że przecież to niemożliwe. Dopiero po dwóch tygodniach udało się o nim zapomnieć. Taki wirus przywieziony z cywilizacji.

Działka była prawie w zupełności odcięta od turystów wszelkiego rodzaju. Poza czasem noworocznym i karnawałem oprócz tubylców i dzikiej zwierzyny nie zaglądał tam nikt.

Zanurzając się w chwili refleksji, miało się wrażenie, że to koniec świata. Elektryczność wraz z bieżącą wodą wkroczyły na te tereny dopiero dwa lata temu i pomimo że przyjęły się świetnie, wyczuwalny był nienaturalny stan normalności tych wygód w swej niezmiernej prostocie.

Nie było porządnej drogi, jedynie imitacja: pas czerwonej gliny ciągnącej się przez cały półwysep. "Droga" była bez wątpienia bardzo ciekawa, będąca atrakcją sama w sobie. Po pierwsze: kolor. Odcień cegły, nieznoszącej sprzeciwu mocnej pomarańczowej czerwieni, który w porze deszczowej przybiera na ostrości i mocno kontrastuje z zielenią dżungli. Najciekawsze momenty to te deszczowe, kiedy wszystko przeradza się w papkę, czerwoną maź, jak czekoladowy mus, który zasysa każdą stąpającą po niej masę. Grzęzną w niej zarówno ludzie, samochody, jak i rowery. Dodatkową atrakcją były ogromne dziury o średnicy pół metra, czasami też takiej grubości. Pokonując trasę samochodem, pasażerowie i wszystko, co w tym momencie było załadowane, zabawnie się kołysało. Warto dodać, że do supermarketu jechało się dwie i pół godziny w jedną stronę, pomimo że to tylko trzydzieści pięć kilometrów. Każda taka wyprawa fundowała obolałe kości i nadwyrężone mięśnie szyjne, dające się we znaki przez kilka dni po podróży, dopóki podróżni nie nauczą się rozluźnić wszystkich mięśni i nie pozwolą kolebać sobą na prawo i lewo. Po kilku słonecznych dniach droga na powrót wracała do odcienia skruszonej cegły i z gęstej mazi stopniowo przemieniała się w proch. Każdy przejeżdżający pojazd zostawiał za sobą olbrzymią, grubą smugę pyłu, który wpychał się absolutnie wszędzie: do butów, uszu czy torby z zakupami! Jeszcze przez wiele minut rudy sproszkowany piach unosił się jak na prawdziwej Saharze.

W któryś weekend, po kilku dniach ulewy, droga rozmokła tak bardzo, że wszystkie samochody zaczęły utykać w tej mazi. Toyota hilux z podniesionym podwoziem, zakupiona przez ojca Paula, radziła sobie na medal, ale dwa razy udało się doświadczyć uczucia zupełnego bezwładu, kompletnego braku kontroli nad pojazdem, kiedy koła pomimo szczerych chęci przestały się kręcić. Zazwyczaj to właśnie ten samochód wyciągał poszkodowanych z opałów, jego już nie miał kto, bo był największą bryką w "mieście". Nie pozostawało nic innego jak zakasać wysoko nogawki i zacząć zbierać patyki, liście i co tylko się dało, żeby przygotować zaczep pod koła. Julia oczywiście oglądała widowisko z fotela pasażera, robiła zdjęcia i modliła się, by matka natura nie zawezwała jej przypadkiem na swoje łono. Nie pomagała wizja sześciometrowej kobry, którą ostanio znaleziono na pobliskiej plaży. Na nic tłumaczenia, że to niecodzienny widok, bo tak naprawdę "aż tak duże" węże tam nie mieszkały.

Kilka dni deszczu i życie mieszkańców zmieniało się nie do poznania. Któregoś wieczoru siedzieli przy świecy, sącząc gorącą mate, poddając się uporczywej wilgoci, która po kilku dniach atakowała do szpiku kości. Zapadł już zmierzch. Udawali, że nie słyszą dzikiego konia, który wyrywał zębami ogródkowe dobytki. Porównywali właśnie życie w Maraú do tego na drugiej półkuli, zaśmiewając się z różnic pomiędzy dwoma kolosalnie innymi światami, które dzieliło tylko osiem godzin lotu, gdy nagle wściekły łomot przełamał deszczową ciszę. Zamarli.

W ekspresowym tempie przeskanowali realne położenie, to znaczy beznadziejne. Pomimo ciemności łatwo można było przywołać w pamięci budę zabitą dechami, w której byli zdani tylko na siebie. Dziwna cisza spowiła wszystko w najbliższym otoczeniu. Gdy myśleli, że cokolwiek to było, jest już za nimi, usłyszeli nowy szmer i zbliżające się ludzkie kroki. Serce podeszło Julii do gardła. Nie była w stanie się poruszyć, czekając na rozwój wypadków, podświadomie licząc na to, że kiedy będzie mieć więcej informacji o tym, co się dzieje, instynktownie wykona jakiś ruch. Gdy tylko promienie świecy mogły omieść nowo przybyłego, w cieniu ogrodu ukazał się tęgi mężczyzna, zmierzający prosto do chatki. Z jakimś dziwnym ociąganiem się począł tłumaczyć, o co chodzi. Tym razem na półwysep próbowała wjechać ciężarówka załadowana po brzegi piwem i coca colą. Podążała do ostatniej miejscowości na półwyspie i utknęła w połowie drogi. Nie było mowy o wydostaniu potwora z bagien, więc kierowca wyciągnął z kabiny hamak i odmaszerował do najbliższej chatki, z prośbą o przenocowanie. Miał nadzieję, że do następnego ranka ziemia osuszy się na tyle, że będzie mógł wydostać się z tarapatów.

Połowa półwyspu została uwięziona, bo droga była wąska i nie było szans ominąć ciężarówki. Kierowcom pozostawała plaża, na której teoretycznie nie wolno poruszać się samochodem – takie prawo, plus to, że przypływy były dosyć drastyczne, przychodziły co sześć godzin i zagarniały całą plażę. Jedynie przy odpływach oddawały pas piasku do ewentualnej transportacji, ale trzeba bardzo uważać. Co kilkanaście metrów z lądu wypływały prosto do morza małe strumyki, które tworzyły się tylko po większym deszczu. Trzeba umieć określić głębokość i prąd takowego, inaczej samochód może utknąć, zdusić silnik i już więcej nie zapalić. Wtedy trzeba jechać trzy godziny z silnikiem i sąsiadem do miasta, żeby naprawić maszynę. A potem trzeba jechać znów, i ponownie, i jeszcze raz. Często tylko po to, by po wielokrotnych zapewnieniach o pomyślnej naprawie dowiedzieć się, że już nic nie da się zrobić.

Jedyny mechanik na półwyspie wprawdzie miał jakieś umiejętności, ale różnie to bywało. Nigdy nie miał do czynienia z bardziej zaawansowanymi wozami niż plażowe buggy, czyli maleńkie czterokołowce bez dachu. Czasami wydawało się, że naprawił, co zepsute, a tu po dwóch dniach okazywało się, że tylko mu się wydawało i trzeba było go odwiedzić ponownie lub jechać do miasta szukać kogoś innego i czekać na cud. Dosłownie.

Witamy w Brazylii. Nie mylić z Rio de Janeiro. Tam panowały zupełnie inne zasady. Też dzikie na swój sposób, ale z cieniem okiełznania. Na północno-wschodnim wybrzeżu zasad nie było, jedynie prawo dżungli – pada deszcz, nie wyjedziesz. Chyba że pójdziesz na piechotę, jak wszyscy tubylcy.

Droga z zakupów. Na szczęście to już drugi etap "wycieczki", czyli z powrotem, ale trzeba przejść przez ten sam schemat.

Wraz z miasteczkiem, w którym załatwia się wszystkie sprawunki, oddalonym o trzy godziny jazdy, żegnali kostkę brukową, której nie zobaczą przez dobre dziesięć dni lub więcej. Następny etap podróży: barka. Powinno się powiedzieć "prom", ale... nie w tej sytuacji. Mieściły się na niej tylko trzy samochody, tak właściwie to tylko dwa, ale trzeci był wpychany ze względów ekonomicznych. Tylne koła trzeciej ofiary lekko dotykały fal na pochyłym końcu plandeki, która przy cumowaniu łączyła łódkę z podjazdem. A przynajmniej powinna. Przez całą podróż drewniana tratwo wyglądająca barka kołysała się niemiłosiernie przy wściekłym kaszleniu małego silnika, który pchał całe towarzystwo na drugi koniec zatoki.

Julia obserwowała ostatni samochód i w wyobraźni widziała już, jak ześlizguje się do średnio płytkiej wody. Tempo zabójcze, jakieś piętnaście kilometrów na godzinę, ale ważne, że posuwali się do przodu. Nagle obok nich przepłynął wioślarz na wąskiej jednoosobowej łódce, a właściwie w wydrążonym pniu wielkiego drzewa. W środku wyżłobiono miejsce dla pasażera oraz wyprofilowano przód i tył. Łódka mieściła dwie osoby, w porywach do trzech, oczywiście na długość, bo była bardzo wąska. Wioślarz, który pracował na tyle mocno i szybko, że bez trudu wyprzedził ich wehikuł, przewoził pasażera i jego motor. Motor, kolos, tylko jedno koło miał usytuowane w łodzi, reszta wystawała na wszystkie strony. Łódź była tak mocno zanurzona, że woda prawie wlewała się do środka. Julia nie mogła uwierzyć w ten obraz, zastanawiała się, co dalej. Jak ten biedny motor poradzi sobie z lokalną, maziowatą drogą, gdy już wydostanie się z łodzi? Musiał sobie jednak jakoś poradzić, bo podczas ich dwugodzinnej podróży do domu nie spotkali go ani razu.

Zjazd z tratwy też okazał się ciekawy: łódź cofała w kierunku wybrzeża, pochylała platformę, a ta dotykała tylko piasku, bo po stronie zatoki od Maraú nie było portu ani murowanego podjazdu, jak po stronie miasteczka. Zanim zjechali, zmienili system kół z powrotem na czteronapędowy i modlili się o szczęśliwe zakończenie.

W czasie gdy próbowali zjechać, barka włączyła silnik na najwyższe obroty i wśród największego, śmierdzącego dymu spalinowego cofała do brzegu, żeby samochód jej nie odepchnął, wpadając jednocześnie do wody. Udało się zjechać ze statku pod kątem pochylenia czterdzieści pięć stopni. Po kilku minutach piaszczystej drogi przychodziło chyba największe wyzwanie: mała rzeczka o diabelskim charakterze. Po opadach deszczowych była prawie nieprzejezdna. Biegła wzdłuż zatoki i chcąc się przedostać na półwysep, należało przeciąć ją w poprzek. W porze suchej wyglądała jak niewinny, prawie niezauważalny strumyczek, po deszczu jednak stawała się rzeką z prawdziwego zdarzenia, przecinając drogę ostrym prądem. Tym razem na zakupy zabrali sąsiada, Kalifornijczyka Toma. Mierzył chyba dwa metry, zajmował dużo cennego miejsca w samochodzie, ale w takim miejscu jak Maraú należało wyświadczać przysługi sąsiadom bez mrugnięcia okiem.

Zatrzymali się przed rzeką. Było już po zachodzie słońca, co dodawało dramatyzmu całej sytuacji. Każda z tych podróży to wielka przygoda, w większości przypadków miało się wrażenie, że to była ta ostatnia.

Tom zaoferował, że najpierw przemierzy rzekę na piechotę, żeby zobaczyć, którędy można przejechać bezpieczniej, to znaczy, w którym miejscu rzeka była najbardziej płytka.

Wyszedł z wozu, podwinął spodenki i zaczął powoli sunąć przed siebie. Oświetlali go reflektorami samochodu. Lekko schylony stawiał opór mocnym prądom, które w tym miejscu spokojnie porwałyby fiata 126p. Wchodził głębiej i głębiej. Woda sięgała mu już po kolana, a nie był nawet w jednej czwartej szerokości rzeki! Szedł dalej, woda bardzo szybko zaczęła sięgać jego ud i w końcu zanurzył się do pasa. I pod pachy. Oboje z Paulem zamarli. Julia myślała, że serce zatrzyma jej się już na dobre. Tom stał na samym środku rzeki, nagle odwrócił się i podniósł kciuk w górę, że jest okej.

– Co?! – wykrzyknęła. – Jakie okej?! Jakie okej?!

Paulo kręcił tylko głową z niedowierzaniem. Tom mieszkał tutaj już pięć lat, ale wciąż był tylko z Kalifornii. Poza tym znano go z porywczego i niepokornego charakteru. Wierzyć czy nie wierzyć? Jechać czy nie?

Właściwie oprócz nocowania w samochodzie nie było innej alternatywy, ostatnia barka odpłynęła do miasta, gdy tylko zjechali na ląd.

Tom pokazał na migi, wykręcając obie ręce w łuk, żeby jechać bardziej w lewo, jakby drugim pasem.

Spojrzeli na siebie. Paulo szukał na twarzy towarzyszki jakiegoś znaku zachęty czy otuchy, ale nie mogła się zdobyć nawet na sztuczny grymas.

Pierwszy bieg. Powoli. Jechali. Tom obserwował już z drugiej strony rzeki, jak suną przez fale, zanurzając się głębiej i głębiej. Szerokość rzeki to około trzydzieści metrów. Trudno uwierzyć, że przybrała takich rozmiarów raptem w kilka godzin. Gdy przemierzali ją w drodze do miasta, miała postać niegroźnego potoczka.

Zanurzali się coraz głębiej. Pod drzwiami chlupał mocny strumień wściekłego potoku, olbrzymie, podwyższone opony były już pod wodą. Paulo z niedowierzaniem kręcił głową.

Jechali dalej. Nadal bardzo powoli. Mieli nadzieję, że dno potoku usłane będzie piaskiem, który ma lepszą przyczepność. Najgorsza jest błotnista maź, obklejająca koła, które zaczynają się ślizgać. Wtedy następuje tak zwany koniec. Trzeba albo czekać na kogoś, by pociągnął pojazd na linie, albo na osuszenie terenu, albo na cud.

Byli w połowie rzeki. Woda podeszła pod szyby. Pod szyby! Gdyby teraz jedno z okien było otwarte, zalałoby samochód. Panika sięgała zenitu, ale musieli powoli posuwać się do przodu. Nagle coś zawarczało z dzikim zgrzytem. Koła zaczęły odmawiać posłuszeństwa.

– O-o. – Paulo nacisnął mocniej na gaz, nigdy nie wiadomo, czy należy zwolnić, czy przyspieszyć w takich momentach.

Samochód po chwili namysłu zerwał się z potwornym rykiem i ruszył szybciej przez wodę. Gdy tylko przeprawił się na drugą stronę, odetchnęli z tak wielką ulgą, że aż zakręciło się wszystkim w głowach. Tom wsiadł z basowym, rubasznym śmiechem, a reszta oswajała się z myślą, że samochód jest bezpieczny i zakupy na kolejne dziesięć dni uratowane.

Następnego ranka Juraci przyniósł wiadomości, że tego dnia dziesięć pojazdów, to znaczy wszystkie, które dostały się na półwysep, utknęło w paszczy wody.

Uratowani zatem ruszyli przed siebie w zupełnej już ciemności, ogarniając światłami tylko kilka najbliższych metrów piaszczystej ścieżki poprzetykanej gęsto kałużami nieznanej głębokości: czasami dwucentymetrowej, czasami metrowej.

Zakupy podskakiwały żwawo, każda siatka związana była ciasno, żeby nic nie wypadło, a na delikatne elementy jak jajka, papaje i jogurty przygotowano styropianowe pudła. Potrzebowali kilku lekcji, żeby dowieźć jajka w całości. Na podróż do supermarketu pozwalali sobie tylko raz na około dziesięć dni, więc oprócz produktów spożywczych zawsze wieźli też jakieś rury na podwójną długość samochodu, zatrzymując się zresztą co dziesięć minut, żeby poprawić poluzowane sznury, które wściekle odwiązywały się na wybojach, dwa wory karmy dla psów (oddanie przysługi sąsiadom za butlę z gazem, gdy przez trzy dni mieli wyłączony prąd), metrowe krzewy do ogrodu, wiadra, metalowe rury do budowania kanalizacji pro forma, dwie skrzynki kartonowe: jedna z pisklakami, druga z dorosłą kurą. Paulo chciał mieć domowe jajka od zaraz. Upierał się, żeby zwierzaki podróżowały wewnątrz samochodu, na co Julia, jeszcze przed sklepem zaoponowała:

– Albo kury, albo ja.

A że lotnisko znajdowało się tylko kilka ulic od sklepu, chyba się przestraszył i umocował pudła na naczepie.

Była też pralka, w końcu odebrana z naprawy po czterech tygodniach nerwowych odwiedzin u mechanika, jeszcze bardziej emocjonujących telefonów i wiecznych obietnic:

– Będzie gotowe na środę.

Te słowa usłyszeli w poprzedni czwartek. W piątek po obiecanej środzie, po trzygodzinnej podróży, bo po "grubsze" sprawunki należało udać się do większego i dalej oddalonego miasta, usłyszeli:

– Jeszcze nie jest gotowe. Będzie na poniedziałek. Na pewno.

– Tylko który?

– Ten poniedziałek. Będzie gotowe na ten poniedziałek.

Tydzień później weszli do mechanika. Pana nie było. Nie wiadomo, kiedy będzie. Pomocnik najwyraźniej nie wiedział, o którą maszynę chodzi, nie wiedział, czy była naprawiona, nie wiedział, kiedy i czy będzie właściciel. Okej. W międzyczasie pobiegli po specjalne żarówki, trochę lepszej jakości produkty spożywcze (tylko w tym mieście) i wrócili po godzinie. Bezskutecznie.

Następnego dnia, już z domu, postanowili zadzwonić do mechanika. Połączenie nie doszło do skutku trzy razy. Za czwartym odezwał się chrapliwy glos. Dowiedzieli się, że maszyna będzie gotowa na jutro.

– Na pewno?

– Na pewno, na pewno.

Wreszcie, podczas kolejnej podróży do miasta, zaszli do mechanika. Nie zdążyli się przywitać, a ten od progu powitał ich i powiedział:

– Nie jest jeszcze gotowe, ale idę właśnie po część, której mi zabrakło. Przyjdźcie za dwie godziny.

Nie było wyboru. Lista zakupów i rzeczy do załatwienia była tak olbrzymia, że chyba będzie trzeba spędzić noc w mieście. Robili tak od czasu do czasu, wyprawy zakupowe były bowiem bardzo męczące. Należało pamiętać, że sklepy i banki otwierane były około dziewiątej. W południe, kiedy skwar nie pozwalał oddychać, każdy zamykał drzwi na sjestę, po czym otwierał tylko na dwie godziny, bo dzień pracy kończył się o siedemnastej. Doliczając ruch uliczny i fatalną infrastrukturę miasta, przedsięwzięcie stawało się bardzo skomplikowane i odzierające z sił.

Do tego niekompetencja i południowe poczucie odkładania wszystkiego na później, totalny brak obowiązku i odpowiedzialności za wypowiadane słowa powodowały, że funkcjonowanie w tym kraju było niewiarygodnie trudne, a wręcz niemożliwe.

1 Czyt. Żurasi, akcent na "i".

20

Będąc w Maraú, Julia zagłębiła się nieco w tamtejszą atmosferę. Nie było wyjścia – kontynuacja tego, co znała, co dla niej było standardem, normalnością, rzeczywistością, była jak wolontariat na sepuku. Juraci, który został zatrudniony na działce jako dozorca, posiadał wszystkie cechy lokalnej społeczności, choć urodzony był w Salwadorze. Miał ciemną skórę, ale nie afrykańską, tylko indiańską, długie ręce, bardzo małą głowę z krętymi czarnymi włosami. Północno-wschodnia Brazylia zamieszkana jest przez Indian, którzy po najazdach Portugalczyków i Hiszpanów, a wraz z nimi niewolników z Afryki, zaczęli zawierać związki z tymi ostatnimi. Wobec czego w wyglądzie zewnętrznym widoczne są cechy zarówno Indian, jak i Afrykańczyków.

Juraci specjalizował się w budownictwie. Był częścią wyspiarskiej załogi, która na zlecenia przyjeżdżała na wyznaczone miejsce, rozkładała hamaki, robiła ognisko i pytała właściciela:

– To gdzie chcesz mieć swój dom?

– Tutaj. Jedna ściana niech będzie tutaj – klient pokazywał przestrzeń od drzewa w kierunku ścieżki – druga tutaj – pokazywał prostopadle – a koniec domu tutaj. – Przeszedł parę kroków, żeby wyraźnie zaznaczyć ostatnią ścianę wyciągniętą ręką.

– Ile okien chcesz?

– Jedno z każdej strony będzie dobrze?

– Dobrze. Dachówki masz?

– Mam.

– To zaczynamy jutro. A teraz chodźmy na piwo.

W ten sposób buduje się tam domy. Budynki są prostokątne, o strukturze i architekturze najprostszej na świecie. Wewnątrz małe ścianki działowe, bez sufitu, tylko stelaż, szkielet dachu, a na nim dachówka widziana od spodu. Okna to nic innego jak prostokątne dziury obite czterema deskami. Na dwóch zawiasach wisi drewniana deska, coś jakby okiennnica, którą przyciąga się do siebie na noc i zasuwa drewnianym kołkiem, po czym w domu robi się zupełnie ciemno. Lokalsi nie używają szyb, bo po co. Zresztą szkło jest drogie, a nikt nie potrzebuje dodatkowych kosztów. Cegła wypalana jest w wiosce po drugiej stronie zatoki, z czerwonego pyłu, którego pełno jest wokół. Cena jest bliska zeru. Przepaść pomiędzy klasami jest drastyczna do tego stopnia, że większość mieszkańców Maraú i pobliskich wiosek nigdy nie widziała miasta. Nawet tego, w którym Paulo i Julia robili główne zakupy. Mówi się, że w Brazylii albo jest się czyjąś służącą, albo się ją posiada.

Jurasi co rano zwinnie wspinał się na jedną z kokosowych palm i płynnym ruchem za pomocą swojej maczety odcinał kiść zielonych kokosów. Po czym tą samą maczetą nacinał trzema ruchami od góry dziurkę, przez którą wkładał słomkę, i tak przynosił gościom do domku. Sok z kokosa jest koszmarny, smakuje jak pomyje, przez które przenika surowość zielonej rośliny, coś jak trawy, a smaku kokosa to nie ma w ogóle. Mimowolnie Julia robiła dobrą minę do złej gry, starając się wydać pomruk zadowolenia, bo chłopak zdecydowanie czuł, że zrobił parze przyjemność. Jurasi zostawał w domku pod nieobecność gospodarzy. Niektóre konwersacje z nim można zaliczyć do udanych, czyli takich, po których i on, i Julia odchodzili do swoich zajęć przekonani, że zrozumieli przesłanie tego drugiego. Bywało jednak, że po nadejściu Paula, który tłumaczył niepewne zdania, okazywało się, że każdy mówił o czymś zupełnie innym. Nikt tam nie znał angielskiego, wszyscy zaciągali lokalnym akcentem, przedłużając środkową sylabę, zawodząc lekko. Jak Bajanos (drugie "a" wypowiedziane jest gardłowo, nisko). Raz Julia poprosiła Jurasiego o pomoc w jakiejś drobnostce i niechcący wdali się w rozmowę o Polsce.

– A ile godzin autobusem do tej Polski?

Próbowała mu też wytłumaczyć, jak wygląda zima w jej kraju. Nie mógł zrozumieć idei lodu leżącego na ulicy. Od razu było to widać na twarzy, gdy coś okazywało się nie do pojęcia, nagle pojawiał się mars, zdradzający kompletne zagubienie. Julia zaprowadziła go do kuchni, otworzyła zamrażalnik i kazała mu wsadzić tam głowę. Spojrzał na nią tak, jak spogląda się na tych, co postradali zmysły, ale w końcu wykonał polecenie.

– I co?

– Au, to boli! – Zaczął pocierać sobie uszy i zupełnie nie mógł pojąć, w jaki sposób ludzie żyją w takich warunkach i dlaczego.

Historia domku też była ciekawa. Otóż były właściciel, Kosminio, teraz mający prawie sześćdziesiąt lat, pomieszkiwał tu wraz z tak zwaną żoną. Gdy kobieta zaszła w ciążę, para zamieszkała razem i odtąd zaczęli nazywać się "żoną" i "mężem". Uważali, że śluby są dla bogaczy. Zakochanym trafiło się piętnaścioro potomków. Kosminio posiadał mały, ręcznie zrobiony kajak, wyciosany ze starego pnia drzewa. Zwykle przeprawiał się nim na drugą stronę jeziora po świeże ostrygi, ale przy okazji odwiedzał pewną sąsiadkę. Wizyty były częste, a w ich efekcie z ową niewiastą doczekał się kolejnych czternaściorga dzieci. Cała wieś wiedziała o tym fakcie. Najpierw się śmiano, później zaczęto współczuć. Tatusiowi, naturalnie.

Dziś połowa wioski to jedna wielka rodzina, dzieci mają już własne dzieci. Wraz z rozwojem tej historii zniknęła troska o kiepskie zaludnienie półwyspu.

Niestety sporym problemem pozostaje brak edukacji, również seksualnej. Nie tylko dzieci rodzą się z wadami rozwojowymi, ale dodatkowo szerzy się AIDS. Na szczęście opieka medyczna sprawdza się dosyć dobrze i bez większych kosztów. Jeśli jednak dzieje się coś poważniejszego, wtedy zaczynają się kłopoty. Krążyły pogłoski, że ogrodnik sąsiadów tracił wzrok. Znachorzy w wiosce przepowiadali szybką ślepotę. Z ust do ust przechodziła cała seria spekulacji: od klątw rzuconych przez nieżyczliwych, po gniew bogów i ich kary. Pracodawcy pewnego dnia zabrali go do okulisty i okazało się, że potrzebne są bardzo grube okulary.

Dzienna wypłata służącej wynosi dwadzieścia reais (około dwudziestu złotych) podczas gdy jedna podróż do miasta po zakupy kosztuje właścicieli sześćdziesiąt reais tylko w paliwie. Lokalni jednak nie postrzegają swojego życia jako niepełnego, biednego. To jest ich świat i nawet nie mają wizji innej rzeczywistości. To jednak nie dziwi. I nawet nie chodzi o fundusze. Pomimo że cywilizacja jest rozwinięta, ludzie często nie garną się do poznawania świata.

Obserwując lokalne życie, nie ma wątpliwości co do tego, że tutejsi mieszkańcy są bardziej szczęśliwi niż ci żyjący w cywilizacji. Nie znają pościgu za pieniądzem, karierą czy poczuciem niezwykłości, które często dzielą rodziny i rujnują nie tylko związki, ale też osobowości. Patrzą na sprawy z zewnątrz, ale na ludzi od środka, z czego są bardzo dumni. Znacznie później Julia miała okazję uczestniczyć w przyjęciu urodzinowym córki służącej, Selii. Mała kończyła trzy latka i była najsłodszym i najbardziej inteligentnym dzieckiem w wiosce. Julia dotarła na miejsce wcześniej, by zrobić parę interesujących zdjęć. Wszystkie dzieci zaczęły się powoli gromadzić. Wieść, że przyjdzie biała pani z jasnymi włosami i z aparatem, rozniosła się prędko, każde dziecko wystrojone było w swoje najlepsze ubranka. Julia zdążyła też na akcję mycia bąbli: do metalowej balii na środku półpublicznego podwórka mama wlała wodę, wsadziła malucha do wielkiego naczynia, spłukała go wodą, namydliła i ponownie spłukała z konewki. Wszystko to na świeżym powietrzu, na środku piaszczystego podwórka.

Dzieci na początku były bardzo nieśmiałe, ale szybko przekonały się, że postać z innego świata jest nieszkodliwa. Wiele z nich nigdy nie widziało białej osoby. Każdy pozował do zdjęcia i był zachwycony, gdy pokazywała im rezultat na ekranie aparatu. Dzieci podchodziły, siadały Julii na kolanach i dotykały jej włosów, nie mogąc się nadziwić, że są takie miękkie, proste, jasne i prawdziwe. Jedna dziewczynka nazwała ją Barbie. Nieśmiertelna i międzynarodowa, ta to zrobiła karierę.

Selia upiekła wielki tort, zaprosiła całą rodzinę, czyli pół wioski. Wszyscy byli szalenie szczęśliwi. Urodziny zdecydowanie miały wielką wartość i były znacznym wydarzeniem. Potem był czas na sesję zdjęciową całej rodziny przed domkiem Selii. Chatka o rozmiarach około pięć na pięć metrów ulepiona była z pomarańczowej gliny na wiotkim, drewnianym stelażu. Wewnątrz, na jednej ze ścian, znajdowała się kuchnia, na drugiej łazienka, a pośrodku całości stało łóżko. Na dwuosobowym posłaniu spało pięć osób. Selia miała sześcioro dzieci, po dwoje z każdym "mężem", ale tylko czworo mieszkało razem z nią, pozostała dwójka z jej rodzicami.

Selia słynęła z pogodnej natury, zależało jej na komunikacji z Julią, pomimo że jej słownictwo było marniejsze niż marne. Uważała, że idea kogokolwiek niemówiącego po portugalsku, co więcej, wyrażającego się w innym, dla niej niezrozumiałym języku, jest po prostu komiczna. Wszystkie słowa wydawały jej się zabawne i zaśmiewała się nieraz do rozpuku. Julia próbowała jej wytłumaczyć, jak wygląda Polska i co tam się je (sprawy klimatu zdecydowała pominąć) i że trzeba tam dostać się samolotem. Pokazywała jej ocean, za którym jest więcej lądu, i znów widziała ten wyraz twarzy – słuchała, ale zupełnie nie było mowy o zrozumieniu. Czasami Selia tłumaczyła jakąś sprawę, na przykład dotyczących prania czy gotowania, a Julia zupełnie nie mogła pojąć, o co jej chodzi. Widząc brak reakcji, służąca zaczęła używać większej liczby słów i mówić głośniej, myśląc, że w ten sposób otworzą się wszystkie drzwi komunikacji i będzie można wejść do środka. Rozmowy z nią były jednak najowocniejszym dla Julii procesem w nauce portugalskiego.

Selia codziennie chodziła do i z pracy przez godzinę piętnaście minut bezwarunkowo: to znaczy bez znaczenia, jaka tego dnia była pogoda, czy zimno, czy upał, czy dobrze, czy źle się czuła. Dopiero gdy przyszła, mówiła, że coś jej dolega – nie miała telefonu, żeby zadzwonić. Jeśli działo się coś poważnego, po prostu nie przychodziła, wtedy ktoś jechał sprawdzić, co się dzieje i czy nie potrzebuje pomocy. Jej wioska leżała około pół godziny jazdy samochodem. Tam właśnie mieszkała cała służba i wszyscy zatrudnieni w lokalnych Bed & Breakfast. Salero – bardziej dzielnica niż osobna wieś – to właściwie tylko jedna droga prowadząca do maleńkiego portu, jedynego w tej części półwyspu. Z czerwonej, głównej "autostrady" zjeżdża się pod kątem czterdziestu pięciu stopni w wąziutką ścieżkę, na której mieści się tylko jeden samochód. Jeśli ktoś nadjeżdża z przeciwka, jeden z kierowców musi wycofać do najbliższego, szerszego miejsca. Po drodze mija się pierwsze chatki, z czasem działki są coraz gęstsze aż w końcu otwiera się szersza przestrzeń przypominająca mały, piaszczysty rynek pokryty płachtą zawieszoną na czterech palikach. Z boku wielkie okno w drewnianej obudowie i ogromny parasol z napisem "Bohemia" – nazwa lokalnego piwa. Tam odbywają się wszystkie imprezy. Tuż za barem znajduje się olbrzymie boisko i dwie prowizoryczne bramki. Chłopcy grają tam w piłkę, odkąd tylko nauczą się chodzić. Dziewczynki uczą się samby, ale tylko te w Rio. W Bahia nikt samby nie tańczy. Tutaj króluje farro (czyt. foho) – od anglieskiego for all, czyli dla wszystkich. Angielscy inżynierowie, którzy przyjechali do Recife w końcu lat dwudziestych budować Wielką Zachodnią Kolej w Brazylii, organizowali bale w weekendy wolne od pracy. Początkowo bawili się przy dźwiękach rodzimej muzyki, ale z czasem otworzyli się na lokalne rytmy. Zapraszano też tubylców. Docelowo oba style zlały się w jedno, żeby zadowolić obie strony. Jest to dosyć specyficzny taniec, właściwie niewymuszający żadnych określonych kroków. Należy tylko trzepać wszystkimi częściami ciała, doprowadzając je do drżenia.

A imprezy odbywają się w Brazylii bardzo często. Właściwie każda okazja jest odpowiednia do całonocnej celebracji. Kraj teoretycznie jest katolicki, sześćdziesiąt pięć procent ludności twierdzi, że przynależy właśnie do tej religii, natomiast wraz z upływem czasu wytworzono sobie własne zasady jej praktykowania. Tylko dwadzieścia procent z tej liczby regularnie uczęszcza do kościoła, i nadal w tym procencie znajdują się ci, którzy nie zawierają ślubów, a nawet nie chrzczą dzieci.

Stan Bahia uważany jest za brazylijską stolicę szczęścia, sławę zyskał przez bardzo wyluzowanych, nieznających pośpiechu mieszkańców. Trzeba było jednak się doszkolić przed przyjazdem!

W myśl przekonania, że w kraju króluje katolicyzm, z wielką czcią wysławia się świętych. Nie oznacza to jednak obowiązkowego uczestnictwa w mszach, ale uczynienie tego dnia wolnym od pracy w skali kraju. A kraj jest duży. Wobec tego wszystkie sklepy, urzędy, kioski i banki są pozamykane na dziesięć spustów, nawet restauracje w porze lunchu wystawiają szyld: "Siesta. Otwieramy o..." – i tutaj zazwyczaj cyferki są zamazane. Jeśli święto zdarzy się w poniedziałek, a w środę nadchodzi następne, co zdarza się nadzwyczaj często, bo Brazylijczycy pilnie śledzą katolicki kalendarz, w którym świętych mamy przecież bez liku, nikt nie pokazuje się w pracy przez cały tydzień. Nie tylko z powodu kaca i nieprzespanych nocy, lecz także dlatego, że panuje przekonanie, że nie ma sensu zabierać się w ogóle za robotę. Poczucie czasu, obowiązku, obietnicy ma tu niewielkie znaczenie. W efekcie, na przykład, nie uprzedzając nikogo, po prostu nie przychodzi się do pracy.

Pewnego dnia Selia zaprosiła wszystkich do Salero na święto dzieci. Bardzo chętnie przyjęli zaproszenie, będąc żądni nowych wrażeń i doświadczeń. Wtedy tylko można poznać kraj i jego mieszkańców, kiedy wyrwie się z obiegu przyjezdnych i zanurzy w lokalną społeczność. Zaparkowali toyotę jak najdalej od zgiełku na małym rynku i wtopili się w tłum mieszkających tam ogrodników, kucharek i sprzątaczek. Oprócz Julii i Paula nie bylo nikogo spoza ich świata. Julia poczuła się trochę niepewnie, ale była zaszczycona, odbierając ze wszystkich stron spojrzenia niezrozumienia i zdziwienia. Po chwili podbiegła do nich jedna z córek Selii i chwyciła ją za rękę, ciągnąc w kierunku największego tłumu, który zgromadził się tuż pod zadaszeniem. Słońce zaszło już dawno, ale wokół małego rynku porozwieszane były światełka choinkowe w różnych kolorach. Dwie samotne lampy rzucały pomarańczowe cienie na bawiących się dorosłych i wszechobecne, rozbiegane dzieci.

Mała bez trudu przepychała się przez gapiów i szybko znaleźli się w centrum uwagi. Na środku wybetonowanego podniesienia przy rozłożonych kocach paliły się małe świece. Pod jedyną ścianą, a raczej tyłem tego dziwnego podium, siedziało dwóch panów o sporych gabarytach, trzymając w ręku nieznane Julii instrumenty, jeden strunowy, jeden jakby bongos, ale domowej roboty. Obok usadowiły się dwie, jeszcze potężniejsze panie zawodzące głośno afrykańskie piosenki. Ubrane były podobnie do tych w Salwadorze: kolorowe turbany starannie zakręcone na głowach o pełnych twarzach, a spódnice pomarszczone tak bardzo, że podwajały objętość ich nieskromnych ciał. Muzycy mieli ciemną skórę, a ze wszystkich możliwych części ciała zwisało im mnóstwo kolorowych naszyjników. Z zawieszonych kolorowych szmat zrobiony był ołtarz, w jego centrum widniał obraz Matki Boskiej o nieznanej Julii koronie, wiadomo, że Matek Boskich jest bez liku w samej Polsce, a co dopiero w Brazylii. Obraz rozświetlało mnóstwo świec, jakby zniczy. Co jakiś czas ktoś zatrzymywał się przed obrazem i żegnał naprędce, zazwyczaj starsze panie, które pogrążały się na krótką chwilę w pośpiesznej zadumie, po czym wracały do bawiących się. Na rozkładanych stołach stały wielkie miski i garnki pełne nieokreślonych mikstur o przyjemnym zapachu. W jednym można było dojrzeć kawałki kurczaka, w drugim czerwoną papkę pachnącą jak kokos. Potraw donoszono coraz więcej. Nikt jednak nie mógł rozpocząć jedzenia przed ceremonią. Jako pierwsze miały zacząć jeść dzieci, które powoli gromadziły się wokół mam przygotowujących przyjęcie i podnoszących od czasu do czasu głos na rozbrykane potomstwo. Na środku z kolei przygotowywała się kolejna pani w turbanie, szerokiej spódnicy i z milionem naszyjników, które brzęczały, gdy kołysała się w przód i w tył, mrucząc coś do siebie z zamkniętymi oczami. Chodziła wokół ułożonych w grupę świec, co jakiś czas pochylając się nad nimi w swoich modlitwach i popychając dym na prawo i lewo.

W końcu wszystkie dzieci do siódmego roku życia, te bowiem tylko były bohaterami wieczoru, siedziały już w kole, niecierpliwie czekając na dalszy bieg wydarzeń. Szamanka, która sprawiała wrażenie głównodowodzącej, wyszła na środek i powiedziała parę słów, po czym wszyscy ucichli. Nawet muzyka. Mała orkiestra zaczęła na powrót grać swoje ekstrawertyczne melodie, pani zamknęła oczy i po chwili zaczęła się trząść jak w febrze, wydając dziwne dźwięki. Najpierw cicho, niejako przez sen, potem coraz głośniej, w końcu jej śpiewanie czy raczej dziwne odgłosy zamieniły się w dziki ryk. Ku zdziwieniu wszystkich nie przestraszyła dzieci, które przyglądały się jej, z nie mniejszym zaciekawieniem niż Europejka. Sprawa musiała być poważna, bo w pewnym momencie jedno dziecko wstało i zaczęło szukać mamy, ta jednak, stojąc zaraz za nim, w tej samej chwili mocno usadziła je z powrotem na miejsce, szepcząc coś do ucha. Szamanka zaczęła podchodzić do każdego z dzieci, wyciągała ręce nad jego głową, w błogosławieństwie, nie przerywając swych krzyków, którym wciąż towarzyszyło trzęsące się ciało. Skoro tego dnia celebrowali katolickie święto (Cosma i Damian – tutaj rzekomo patronowie dzieci), to jak wygądał prawdziwy rutuał Makumby? Bardzo ciekawy, ale i odważny temat. Julii wystarczył raz widok pociętej krowy na jednym ze skrzyżowań dzikiej dżungli, obłożonej kwiatami, złożonej jako ofiara dla bogów. W Makumbie wierzy się w kilku bogów, najwięcej czci odbiera bóg wody: od szalonego Nowego Roku na ogromnej plaży w Rio, usłanej najpierw ludźmi ubranymi na biało, potem białymi kwiatami (biały odpowiada temu bogowi), do maleńkich ołtarzyków ustawianych przy wodospadach lub małych akwenach (nawet w olbrzymim ogrodzie botanicznym w centrum Rio).

Makumba przybyła do Brazylii z Afryki wraz z jej niewolnikami w latach tysiąc pięćset pięćdziesiąt–tysiąc pięćset sześćdziesiąt. Napotkała wtedy już nawracającą się na katolicyzm dżunglę i naturalnie rytuały Makumby zostały zabronione. Oficjalnie wyznawcy przeszli na obowiązkowy katolicyzm, odprawiając potajemnie swoje modły w rozbłyskujących promieniami świec zaciszach lepianek w piątkowe wieczory. Zwyczaj pozostał. Dziś o Makumbie nie mówi się głośno, ale ogromny procent ludzi przed wybraniem się na katolicką mszę kadzi różne rośliny i obdziera dusze przed bogiem wody czy słońca. Z biegiem czasu Makumba została okrzyknięta sektą, jej największe człony to Candomble i Umbanda. Budzące przerażenie aspekty tych ruchów to nie tylko składanie krwawych ofiar ze zwierząt i na przykład picie ich krwi, lecz także rzucanie uroków na ludzi, co dzieje się między innymi za pomocą odprawiania rytuału przed zdjęciem znienawidzonej osoby. Dlatego ludzie niechętnie podchodzą do robienia sobie portretów, a jeszcze niechętniej je rozdają. Może stąd wzięło się powiedzenie, że robiąc komuś zdjęcie, można skraść duszę?

Julia rozważała wszystkie aspekty zaistniałej sytuacji, obserwując w milczeniu przebieg święta. Po zakończeniu błogosławieństwa prowadząca zaczęła po kolei przynosić wielkie garnki i rozdawać dzieciom palcami odrobiny potraw z kolejnych misek. Gdy już skosztowały wszystkiego, dorośli ustawili się w długą kolejkę, żeby także najeść się do syta.

W przygotowania zaangażowani byli wszyscy mieszkańcy wioski. Dania były wyśmienite.

"Jak oni to robią? Taki smak?" –zastanawiała się w powrotnej drodze Julia. "Jak sobie radzą w wytwarzaniu tak wspaniałych aromatów przy tak niewielu przyprawach? Bo w supermarkecie można kupić tylko bardzo podstawowe, wydawałoby się ograniczające kunszt kucharski, proszki. Może jednak czasami warto nie wnikać".

21

Wakacje wakacjami, dzika plaża dziką plażą, ale czas zabrać się do pracy. W końcu przyjechali tutaj z misją. Plan był taki, że spędzą kilka tygodni w Maraú, załatwią ślub i rejestrację samochodu, po czym wyruszą do Boliwii przez Rio. Biznesowe kontakty czekały już od kilku tygodni, pewnie nic nie robiąc sobie z poślizgu Paula, niemniej im, ludziom kultury Zachodu, zależało na dotrzymywaniu terminów. Zgromadzili wszystkie dokumenty i udali się do maleńkiego urzędu w Marau, na wielkiej górze, do którego to biura prowadziła jedna tylko, wąska, pełna dziur i położona pod kątem czterdziestu pięciu stopni droga. Nawet najlepszym wozem w okolicy Julia bała się wjechać, a co dopiero zaparkować i liczyć na to, że gdy się wróci, samochód będzie stał w tym samym miejscu, w którym się go zostawiło. Zaryzykowali.

Pani urzędniczka z miejsca przywitała nietypową parę oschłym bom gia i nawet dobrze nie zbadała wzrokiem, tylko zabrała coś z biurka i wyszła bez słowa. Wróciła po chwili i od niechcenia zapytała, o co chodzi.

Trochę krępował ją akcent Paula, ale starała się opanować rozbawienie. Przejrzała dokumenty Julii, Paula, jego paszport i oznajmiła, że potrzebuje jeszcze zaświadczenia, że jest stałym mieszkańcem Brazylii przynajmniej od sześciu miesięcy. O dziwo, nie zapytała o dokument potwierdzający, że jest kawalerem, ale może to byłoby następne pytanie... gdyby sprawy zaszły tak daleko.

– Tak, mój ojciec kupił ziemię nad jeziorem Cassange dwa lata temu. Czy to wystarczy?

– Musi być dokument z twoim imieniem i nazwiskiem, najlepiej rachunek za prąd. Od minimum sześciu miesięcy. Nic innego nie mogę zrobić – dodała szybko, widząc Paula otwierającego usta i przygotowującego się do kolejnej serii pytań. – Dobrego dnia – powiedziała już bardziej do dokumentów niż do petentów.

Okazało się, że wszystkie rachunki ojciec Paula zabrał do Palm Beach. Mógłby je wysłać, ale kiedy dojdą i czy dojdą? Tego nie wiedzieli nawet najstarsi Indianie...

Raimundo przeprowadził się do Marau wiele lat temu z S?o Paulo. Był notariuszem i tam też trudnił się załatwianiem spraw biurokracyjnych. Udali się do niego w trybie natychmiastowym. Przyjął ich w ogródku na plaży i poczęstował fasolą z ryżem. Wysłuchawszy historii, załamał ręce, ale stwierdził, że w razie czego "pokrzyczymy, wykłócimy się i tyle".

– Jeśli uda wam się zdobyć zaświadczenie, które wystosuje ojciec, powinno wystarczyć. Musi napisać, że jesteś jego synem i że mieszkacie tutaj razem. Macie w końcu to samo nazwisko, rachunek przychodzi tylko jeden.

Poradził też, żeby tego dnia, kiedy udadzą się ponownie do urzędu, zabrać ze sobą wszystkie dokumenty, a nawet obrączki, bo jeśli pani urzędniczka będzie miała dobry dzień i się zgodzi, trzeba będzie podpisać akt małżeństwa w tej właśnie chwili.

W międzyczasie okazało się, że tablice rejestracyjne samochodu, który ojciec Paula kupił dwa lata temu, straciły ważność. Tom, kalifornijski sąsiad, polecił zignorować sprawę, sam jeździł bez ubezpieczenia od lat. Jednak planując podróż na drugi koniec kontynentu, na dodatek do jeszcze bardziej dzikiego kraju, woleli nie ryzykować. W końcu płynąca europejska, rzetelna krew w obiegu zobowiązuje. Zaplanowali, że gdy tylko uporają się z zawarciem małżeństwa, od razu wyruszą do Rio, odwiedzić rodzinę Paula. Następnie planowali się zatrzymać w S?o Paulo na spotkanie z Raulem, handlarzem antyków. Stamtąd mieli się udać do Boliwii, gdzie Raul mieszkał. Tam biznesowe zakupy, a w drodze powrotnej do Marau chcieli odwiedzić w Brazylii jedną z cioć Paula. Dopiero po tym nadejść miał zasłużony tydzień lub dwa wypoczynku na plaży z degustacją tego, co to miejsce ma do zaoforowania. Swoisty miesiąc miodowy wolny od dokumentów, przekrętów, załatwień i zmartwień.

Postanowili udać się do miasta, wydrukować zeskanowane pismo ojca Paula, załatwić tablice rejestracyjne, kupić obrączki i ponownie spróbować szczęścia w urzędzie w Marau.

Bardzo popularnym sposobem załatwiania różnego rodzaju spraw biurokracyjnych – posyłania dzieci do szkół, wydawania paszportu czy płacenia podatków – jest wynajęcie despachante (czyt. dyspaszanczi), czyli swego rodzaju agenta, kogoś, kto zna wszystkich, ma tak zwane wtyki i załatwia wszystko od ręki. Szkoda, że nie zajmuje się też ślubami.

Przysadzisty, biały mężczyzna w szortach i koszulce z jakimś lokalnym logo, pewnie sponsorem od szybszego załatwienia tego i tamtego, zerknął na dokumenty, pokręciła przecząco głową i powiedział:

– Jutro tablice będą do odbioru.

O obrączkach nie było mowy. Co wyglądało na złoto, okazało się tanim metalem, który można wygiąć w palcach. Prawdziwe złoto można było znaleźć dopiero w Salwadorze, a ośmiogodzinna podróż w przeciwnym kierunku do pożądanego była śmieszna. Postanowili zrobić zakupy w Rio.

W końcu, ze świstkiem w ręku, pełni nadziei, udali się do urzędu ponownie. Dzień przed Julia nie mogła zasnąć.

"Być może jutro będę już mężatką! Nie może być, i to w jakich warunkach..." – Wszystko wewnątrz grało jakieś dziwne melodie, prowadziła dialogi sama ze sobą. Jeśli dojdzie do skutku, będzie prawie nielegalne! Paulo nie był przecież rezydentem tego kraju od sześciu miesięcy, nie był wcale! Nadal też nie mieli dokumentu zaświadczającego o tym, że jest kawalerem. Zaczęła analizować, szukać kruczków w zamierzeniach, czy przypadkiem sami nie popełniali gdzieś błędu i czy cała akcja była zgodna już nie z prawem, ale z własnymi przekonaniami, moralnością i tak dalej. Kwestie przeznaczenia nie wchodziły w grę, bo zawziętość była coraz większa. Im więcej stawiano oporu, tym bardziej starali się pchać sprawy do przodu.

Oboje szukali łatwiejszego, wygodniejszego i bardziej legalnego wyjścia, ale przeanalizowali już chyba wszystkie opcje: Paulo nie mógł ożenić się jako Amerykanin, bo nie miał jeszcze paszportu, więc ten kraj nie mógł wydać mu dokumentu potwierdzającego, że jest kawalerem. Bez tego zaświadczenia nie można było zawrzeć związku w żadnej części świata. Anglia, z którą też związany był paszportem, nawet nie chciała z nim rozmawiać, bo tenże kraj odwiedził zaledwie kilka razy w swoim życiu, a o mieszkaniu i rezydencji nie było w ogóle mowy. Poza tym jednak wyższy stopień cywilizacji zamknąłby wszystkie drzwi do małżeńskiego szczęścia. (Pzynajmniej wtedy tak myśleli, dopiero dużo później okazało się, że Anglia z biurokracją też jest na bakier). Do tego rachunki leżące teraz w Palm Beach. Nie wiadomo nawet, czy przyjmą kopię, chociaż notariusz, zapobiegawczo, opieczętowal każdą kartkę z dwóch stron. Brazylijska biurokracja uwielbia kolorowe pieczątki i naklejki – im więcej, tym lepiej. Zupełny melanż argumentów i racji. Bez racji.

Nie było mowy o śnie, suknia wisiała grzecznie, nie było wiadomo, czy w ogóle zostanie założona. Jeśli trzeba będzie się kłócić, nie będzie czasu na przebieranie. Kreacja nie pasowała do otoczenia – w miejscu, gdzie królowały japonki, bermudy i góry od bikini, skromna, ale wciąż prawdziwa suknia ślubna wyglądała co namniej śmiesznie. Choć Paulo cały czas mówił o przyjęciu w Rio, z rodziną, to przecież nie było to samo. Julii było smutno, wciąż pozostawało wiele niewiadomych, i choć notariusz nastawił ich raczej pozytywnie, cała strategia działania, wymalowana na jego twarzy, nad którą bądź co bądź musiał myśleć, nie nastrajała pozytywnie. Zaoferował, że pojedzie z nimi. Tłumaczył, że żyje tutaj od wielu lat i zna system. Nie powinno być kłopotów. Jednak Paulo powtarzał do znudzenia:

– Być może będziemy musieli się pobrać w tej samej sekundzie, kiedy otworzą teczkę z dokumentami, tak jak stoimy: w jeansach i podkoszulkach, bez wahania. Być może mogliby zmienić zdanie, gdy umówilibyśmy się na jakiś termin na ceremonię. Mogą zadzwonić do innych biur, urzędów i dowiedzieć się lub po prostu postanowić, że to niemożliwe. I wtedy koniec.

Julia nie mogła sobie tego wyobrazić. Jak to: "jak stoimy", w jeansach i podkoszulkach? Masz ci los. Tego jeszcze nie było.

22

Droga, i tak ciągnąca się niemiłosiernie, tego dnia ciągnęła się jeszcze bardziej. Samochód rzucał ciałami podróżnych z jednej strony na drugą, co przedłużało męki. Jak na złość całą noc padał deszcz i "autostrada" wyglądała jak jedna, wielka, czerwona papka.

– Hm, wczoraj jedliśmy coś takiego na deser – zauważyła Julia.

Uchylili okna, wsysająca czerwony pył klimatyzacja bardziej zapychała płuca niż lepkie powietrze. Błoto mlaskało pod ciężkimi kołami, a amortyzatory od czasu do czasu wydawały miękki pisk, próbując uporać się z największymi dziurami. W całym samochodzie, w każdej możliwej szczelinie i zakamarku nagromadzony był piasek. Ustawiczne uderzanie słonego powietrza o samochód owocowało w różnoraki sposób. Trzeba było co dwa tygodnie zostawiać go u mechanika, który konserwował wszystkie wyeksponowane na niszczycielskie H2O z dodatkami solnych substancji części.

W sercu i umyśle Julii, tak jak na drodze, pojawiały się dziury – jedne większe, drugie mniejsze. Walczyły ze sobą wszystkie emocje, a żołądek reagował rewolucją. Rozum krzyczał coś, zastanawiając się głośno, czy dobrze robi, co w ogóle robi i czy wszystko dzieje się naprawdę. Za godzinę może już być po wszystkim i będzie żoną, będzie miała męża! Cała akcja ma się toczyć w jakimś obskurnym biurze kraju Trzeciego Świata, nie mieli nawet obrączek, a suknia leżała w walizce, obrażona. Najbliższa, ba, jakakolwiek rodzina znajdowała się tysiące kilometrów stąd, nawet nie mogli zobaczyć miejsca na Google Earth, bo ekipa jeszcze nie dotarła do tej części Brazylii, a może myśleli, że była tam tylko dzika dżungla, co w rzeczywistości nie odbiegało od prawdy...

Związek tych dwojga zdecydowanie należał do dziwnych, a to dopiero miał być początek... to bardzo fascynujace i niezwykłe, gdy chce się dzielić z drugą osobą wszystko, co się posiada i co się będzie posiadało, wszystkie chwile i bezsenne noce. Niepewność nadchodzących miesięcy jawiła się jako przeszkoda, której nie sposób było ominąć. Lekarstwa w takich sytuacjach nie było. Tylko czas i cierpliwość. Ale na ten moment to budowało obecną atmosferę. Nadmiar spraw, o które trzeba było się martwić i zatroszczyć, zabierał całą uwagę i czas. Jednego dnia trzeba było zadbać o bojler, który bez ostrzeżenia przestał podgrzewać wodę, następnego pojechać po ziemię do ogrodu, innym razem po rury, wydłużające to lub tamto. Każdy zabieg, naturalnie, opatrzony był wielkim planem logistycznym obejmującym wyprawę do miasta, której nikt nie odbywał chętnie. To nie były wakacje. To po prostu drugie życie. Nowa ziemia, nowy teren, dom, rzeczywistość.

Nie rozmawiali wiele. Każdy układał w myślach to, co miało nastąpić. Analizowali całe "zdarzenie" już przeszło tydzień, nie było nic do dodania. Paulo czuł się winny, bo znał Julię już dobrze i wiedział, że miała zupełnie inne oczekiwania dotyczące tego ważnego dnia.

– Obiecuję, że urządzimy wielkie przyjęcie w Polsce. Zaprosimy obie rodziny, okej?

– Tak... – Jego słowa dźwięczały gdzieś w przestrzeni, w której nie było Julii.

Nagle zrobiło jej się szalenie smutno, uświadomiła sobie, jak daleko jest od domu, nie tylko logistycznie (od drzwi do drzwi trzydzieści godzin podróży). Że była tam zupełnie sama, nawet Paulo wydał jej się obcy. Tak naprawdę zastanawiała się, co tam robi i czy chce tego małżeństwa. Zresztą w ogóle nie miała poczucia zawierania związku małżeńskiego, tylko jakiejś umowy, która przybrała teraz ważność życia lub śmierci.

Weszli do biura jedno za drugim. Ogarnęła wzrokiem pomieszczenie i pokręciła przecząco głową. "Tutaj brać ślub?" Przypomniał jej się elegancki pokoik w polskim ratuszu z orzełkiem na ścianie, biało-czerwoną flagą, złoconymi krzesłami dla przyszłej młodej pary i zawsze świeżymi kwiatami. Znów poczuła to samo ukłucie w żołądku.

Urzędniczka tym razem przywitała ich z uśmiechem i wyciągnęła rękę po dokumenty. Tak jak umówili się wcześniej, zaczął mówić notariusz i tylko on zabierał głos.

Po przedstawieniu sprawy, okazaniu dokumentu od ojca Paula, na którym jasno stwierdzał, że ten jest jego synem i mieszka razem z nim, pani pokręciła przecząco głową i wyciągnęła rękę z dokumentami w ich kierunku.

– To nie wystarczy, przykro mi.

– Ale w tym momencie nie mamy innego dowodu. Ten musi wystarczyć.

– Niestety, musi być rachunek lub konto bankowe z jego imieniem – tu, nie podnosząc oczu, skinęła na Paula – od minimum sześciu miesięcy.

Potem podniosły się głosy, kobieta machała jakimiś papierami, by desperacko przydać sobie znaczenia, ale wyglądało, że sprawy nie posuwają się do przodu.

Notariusz sądził pewnie, że jest jeszcze w stanie coś wskórać, ale urzędniczka była nieugięta. Podniósł bardziej głos i zaczął bardziej zamaszyście gestykulować. Biurokratka odpowiedziała coś niespiesznie, znudzonym tonem, ale "obrońca" nie zniechęcał się i wykłócał się dalej. W tym momencie monarchini urzędu w Marau, nawet gdyby chciała zmienić zdanie, czuła zakłopotanie zmieszane z upartością niewyedukowanego mieszkańca Trzeciego Świata, któremu nie można udowodnić, że się pomylił. Wciąż powtarzała "nie".

Paulo szepnął notariuszowi, że można spróbować przekupstwa. Niestety w pokoju znajdowała się też sekretarka, a na dodatek na tym etapie rozwoju wydarzeń chyba było za późno. Pani nie przełknęłaby dumy. Nie wyciągnęli pieniędzy.

Wyszli z biura zawiedzeni. Notariusz współczuł parze i przepraszał, że nie mógł pomóc. Poradził, że jeśli mają znajomych, to może warto spróbować w Rio.

Drogę powrotną odbyli w milczeniu. Opadły emocje, zostały pogrzebane jakieś nadzieje, wciąż trawili porażkę, ale w głowie układali już plan wyjazdu i przygotowywania ślubu w Rio.

Kolejnym krokiem było załatwienie dokumentów dla toyoty. Nowe tablice rejestracyjne: jednym słowem czysta przyjemność. Kolejna wyprawa do wielkiego miasta. Spotkanie z dispachance w Ilheus przebiegło fatalnie. Stali w kolejce trzy godziny. Wyjechali z Marau dosyć wcześnie, jednak podróżując przez sporą część dnia, czasu na biznesowe godziny w mieście jest niewiele. Tuka, tak nazywał się nowy "wybawiciel", oświadczył najspokojniej w świecie, że brakuje tego i tego, i że trzeba wpłacić tysiąc reais do konkretnego banku, który jest gdzieś tam, daleko, i tylko w tym banku można wpłacić pieniądze. Bardzo ciekawe, dlaczgo akurat ten i tylko ten, ale w tych sprawach lepiej nie prowadzić dochodzenia. Zresztą i tak tłumaczenia zazwyczaj są pozbawione sensu. Z dowodem wpłaty trzeba wrócić przed trzynastą, bo potem zamykają. Było po dwunastej, ale nadal łudzili się, że się uda. Zaczęli zatem szukać banku. W końcu po kilku feralnych wskazówkach od lokalnych dotarli tylko po to, żeby dowiedzieć się, iż w bankomacie można pobrać tylko pięćset reais dziennie, w kasie nie można, a przelew nie wchodzi w grę. No i klops. Po wysłuchaniu tłumaczeń Paula, dziesięciominutowego monologu na podniesionym o dwa tony głosie, Tuka w końcu obiecał, że za pięć dni dokumenty będą gotowe. I już nie trzeba będzie się o nic troszczyć, tylko przyjechać i odebrać. Po dwóch dniach zadzwonili, że jednak nie za pięć dni, tylko w następnym tygodniu, najlepiej pod jego koniec. Jeszcze zadzwonią i potwierdzą. Nikt oczywiście nie zadzwonił.

Pewnego popołudnia usiedli na plaży i dywagowali smętnie o misternie ułożonym planie wielkiej przygody przez Amerykę Południową, który przewidywał, że o tej porze powinni znajdować się już w połowie drogi do Boliwii.

Toczyli batalię z własną cierpliwością od dawna, ale tego było za wiele.

Pod koniec tygodnia spakowali się i zdecydowanie postanowili, że jadą do miasta, i lepiej, żeby im dali, co potrzebują, bo prosto z miasta uderzają na południe, do Rio.

Determinacja dodawała animuszu, pomimo wszystko byli nastawieni dość pozytywnie. Najważniejszym aspektem było małżeństwo. Już tak bardzo chcieli mieć to za sobą. Julia przestała się martwić, że sukienka nie będzie pasować. Żeby tylko udało się ją założyć!

23

Tuka miał bardzo pochmurną minę. Poprzedniego dnia Paulo zadzwonił do niego z telefonu lokalnego bed & breakfast, jedynego w promieniu trzydziestu kilometrów w jedną i w drugą stronę od ich chatki. Powiedział krótko, po raz setny, że wyjeżdżają do Boliwii, jego biznesowi partnerzy nie mogą dłużej czekać, przez niego już ma kolosalne straty finansowe i musi mieć nowe tablice rejestracyjne na jutro.

– Dobrze, będą.

I znów dali się nabrać. Spotkanie i znów to samo:

– Brakuje dokumentu ubezpieczenia. Jeśli jutro dostarczycie dokument, pojutrze bądą tablice.

Paulo wpadł w szał.

– Od trzech tygodni masz nasze dokumenty w ręku i dopiero teraz wspominasz o ubezpieczeniu? Co tydzień brakuje czegoś innego! Jak tak można? Przecież mówiłem, że nam się spieszy, dwa tygodnie temu mieliśmy już być w Boliwii! My tutaj pracujemy! Miałem spotkania z klientami! Wszystko przepadło z twojego powodu! Jak można robić tyle problemów z powodu jednej pieczątki?

Nic nie wskórał oczywiście, ale cierpliwość już dawno się skończyła.

Wyrwał Tuce dokumenty z ręki i odszedł do auta, przeklinając jego, samochód i całą brazylijską biurokrację. Julia też odwróciła się na pięcie i oboje zatrzasnęli drzwi pojazdu naprawdę głośno.

Fuck it! – Cierpliwość Paula sięgnęła zenitu. – Jedziemy bez nowych tablic. I tak w tym popapranym kraju nikt się nie zorientuje.

O ubezpieczenie jednak postanowili zawalczyć.

Z trudem znaleźli biuro i pełni nadziei zapukali do kolejnych drzwi.

Zupełnie nieoczekiwanie, z prośbami, a potem błaganiem, udało się dostać nowe ubezpieczenie. Pani jednak z góry zastrzegła, że nie będzie obejmować samochodu w Boliwii. Wtedy jeszcze nie wiedzieli dlaczego. Oczywiście nie obyło się bez podróży do banku, a raczej banków. I znów ten sam problem: z jednej karty można wypłacić tylko określoną kwotę na dzień. Ktoś z półwyspu (oczywiście przyjezdny/imigrant) podsunął im pomysł. Należy udać się do miejsca, w którym dwa różne banki znajdują się bardzo blisko siebie. W momencie dokonywania transakcji trzeba się przygotować do sprintu i po wyjęciu pieniędzy biec do drugiego banku, prosząc o kolejną, maksymalną kwotę. System bankowy nie działa na tyle szybko, żeby od razu zarejestrować wypłatę, można więc wyjąć podwójną sumę.

Udało się. Bez tablic, ale na szczęście z ubezpieczeniem wyruszyli jeszcze tego samego wieczoru na południe. Kierunek: Rio de Janeiro.

– Nie zostaję w tym mieście ani minuty dłużej – skomentował Paulo, a Julia w pełni podzieliła tę opinię.

Trzydniowa trasa wyczerpała ich bardziej, niż przypuszczali. W ogóle nie przypominała wygodnej, łatwej i niezmuszającej do myślenia podróży przez USA. Wąskie, kręte drogi męczyły i ich, i samochód. Nagłe wzniesienia terenu, potem kawałek prostej drogi i znów góry, zakręty i wąska droga. Z trudem wyprzedza się jakiekolwiek samochody, a najgorzej jest wyminąć ciężarowe. Jeżdżą bardzo szybko i niebezpiecznie. W Brazylii obowiązuje niepisana zasada przy wyprzedzaniu pojazdów. Jeśli ten przed tobą jedzie wolniej niż ty i widzisz go w lusterku, z racji tego, że masz lepszy widok, dajesz mu znak kierunkowskazem: prawy znaczy, że można jechać, lewy, że coś nadjeżdża z przeciwka. Bardzo miła zasada. I działa. Tak naprawdę, gdyby nie to, poruszanie się po drogach byłoby mocno spowolnione.

Nieustanna niepewność, co przyniesie podróż w nieznane, dwustuprocentowa i trwająca od świtu do późnego wieczoru gotowość na przyjęcie wszelkich wydarzeń, które mogą pojawić się za każdym zakrętem, oraz świadomość przedawnienia tablic rejestracyjnych dostarczały adrenaliny, ale równocześnie męczyły duszę i ciało. Wieczorami zapadali w głęboki, kamienny sen, którego nie poprzedzały większe analizy sytuacji ze względu na całkowite wyczerpanie.

Co jakiś czas mijali miasto. To znaczy przejeżdżali przez miasto. "Autostrady" prowadziły przez centra wsi i miast. Z reguły przez sam środek, jak gdyby zadawalając podróżnego, bo można więcej zobaczyć, nie zbaczając z trasy, a tutejszym zapewnić codzienną atrakcję. Napotykali maleńkie lepianki, postawione, tradycyjnie już, prawie na samej drodze z wywieszonymi ozdobami, miotłami i miskami wykonanymi przez mieszkańców z regionalnych zasobów. Często przy budkach wisiały kiście zielonych bananów, wyplatane kosze, klosze i inne dyrdymały. Dzieci bawiły się na ulicy, zazwyczaj siedząc na skraju drogi, bo o chodnikach nikt nie pomyślał. Próbowali się dowiedzieć, ile dzieci ginie w Brazylii w ten sposób, ale nikt nie podaje żadnych statystyk. Może im wstyd, zarówno dzieci, jak i rodzice uważają drogę za interesujący element wioski, jedyny i bardzo nowoczesny. Brazylijczycy uwielbiają nowoczesność. Im więcej plastiku, tym lepiej. Bielusieńkie kafelki znajdują miejsce od przedpokoju przez kuchnię, sypialnię do łazienki. Kochają tę sterylność.

W każdej wsi, rzecz jasna, napotyka się na ograniczenia prędkości w postaci garbów na drodze. Rząd chętnie je montuje. Ponadto mieszkańcy tych wiosek często sami składają petycje, bo samochody jeżdżą za szybko. Ale domki lepianki są wybudowane nielegalnie: po pierwsze, mieszkańcy nie mają na nie pozwolenia, a po drugie, nie można budować domu bliżej niż dziesięć metrów od drogi. Nikt oczywiście nie przestrzega tych przepisów.

Porządne miasto to zupełnie inna historia. Drogi są tak samo kręte, niejasne, prawie zupełnie wolne od drogowskazów, a przy tym infrastruktura miasta wydaje się chaotyczna. Najpierw zakładano małe osady, później dobudowywano kolejne ulice bez żadnego konceptu, po prostu zapadała decyzja, że potrzebne jest więcej miejsca, i budowano nowe budynki gdzie popadło. Narzeczeni trafili w końcu na normalny, w europejskim słowniku, hotel. Po wielu tygodniach życia w dżungli teraz mogli korzystać z luksusów: szczelnie zamkniętego pomieszczenia, eleganckiej łazienki z gorącą wodą i telewizora.

Nie było absolutnie mowy o żadnych mapach ani o żadnej pomocy ze strony papieru. W wielu miejscach szukali ich w turystycznych punktach informacyjnych, co oznaczało małe budki z gazetami, papierosami, pytając, gdzie można nabyć mapę. Często nawet nie wiedzieli, co to jest. W pewnym momencie, zupełnie się poddając, postanowili dać sobie spokój i polegać na intuicji: śledzeniu podróży słońca po niebie i ewentualnie wskazówkach jakiegoś logicznego przechodnia, choć w tym ostatnim przypadku trafienie było prawdziwą loterią.

Po trzech dniach podróży dotarli w końcu do miasta, gdzie każdy krok owiany jest paniką o torebkę, a pozostawienie samochodu na parkingu – jednoznaczne z ryzykiem jego utracenia.

Jednak pomimo niebezpieczeństw Rio zawsze budziło ciekawość, delikatną sensację w żołądku podsycaną kolorowymi zdjęciami wkradającymi się na otwierane strony internetowe, kusząc, by wybrać się na wakacje z najkorzystniejszą ofertą biura podróży. Egzotyczny duch dający się odczuć tylko z kilku filmów, gdzie Copacabana odgrywała główną rolę, nabierał z czasem mocy i ciekawość wzrastała. Duch samby ma się czaić na każdym rogu, a zaludnione plaże kusić gorącymi ciałami i zimnymi drinkami. Wtedy jednak Julia miała już wyrobiony w sobie sceptyzm i pogardę dla mass mediów, które w czarujący sposób wciągają widza w świat wyimaginowany, wiarołomny, cudowny.

W ten sposób kilka lat wstecz została skuszona na wyjazd do Puerto Rico. Dwuminutowy klip o rajskiej dżungli, najurokliwszym zakątku świata, kolorowych papużkach leniwie przelatujących nad kamerą, zachodów słońca – urzekał sprytnie, no i ta sącząca się old school salsa. Kupiła. Pojechała. Niestety jej napompowane wyobrażenia o wyspie były znacznie żywsze i wyrafinowane niż sama wyspa. Oczywiście zobaczyła tylko namiastkę tego, co pokazano na filmie. W deszczowym lesie lało non stop – tak ma być, ale o tym nie mówiono w filmiku, ba, mocne słońce buchało w soczystą zieleń lasu, salsę było słychać tylko w głośnikach na ulicach miasteczek i przez otwarte okna domków, za to pi?a colada smakowała niebiańsko i Julia nigdzie indziej nie miała okazji tak zachwycać się tym drinkiem. Do Puerto Rico wracała jeszcze wiele razy.

Od Rio dzieliło ich półtora dnia drogi. Męczące, olbrzymie, śmierdzące spalinami ciężarówki zaczęły pojawiać się z każdej strony. Jak na swoją masę i fakt, że wszystkie miały po pięćdziesiąt lat, pędziły po wąskich dróżkach z zawrotną prędkością, zostawiając za sobą grube wały czarnego dymu. Właśnie postanowili zwiększyć dystans od tej jadącej przed nimi, gdy kilka kamyków z wielkiej przyczepy wysypało się prosto na szybę samochodu. Ogromny huk i wielkie pęknięcie było skutkiem feralnego wejścia maszyny w kolejny zakręt. Od razu zjechali na pobocze, a ciężarówka odjechała, nawet nie zdając sobie sprawy z uszkodzenia. Byli przerażeni, nie tyle faktem rozbitej szyby, co brakiem rozsądnego serwisu w pobliżu. Po zbadaniu pęknięcia, okiem zupełnie niefachowym, z wahaniem zdecydowali, że jednak muszą dojechać do Rio. Byli bardzo wdzięczni losowi, że przed wyjazdem postarali się o ubezpieczenie. Z każdym kilometrem pęknięcie było coraz większe. Przejeżdżanie przez kolejną z dziur wywoływało paniczne zatrzymanie oddechu, czy aby szyba nie posypie się prosto na pasażerów. Na szczęście dojechała w jednym kawałku.

Oprócz zwiększonego ruchu kolejnym dowodem, że dotarli do Rio, był rozciągający się pomiędzy leniwymi brzegami zatoki most President Costa e Silva. Przez ponad trzynaście kilometrów sunęli z podziwem i niedowierzaniem, że swego czasu był drugim na świecie pod względem długości, teraz jest na miejscu szóstym. Przed podróżnikami rosło miasto, niziutkie budynki i majaczące we mgle wzniesienia, zaokrąglone jak chleby. Spód pagórków zakolorowany był zardzewiałą mglistą mazią rozrzedzającą się w miarę wznoszenia się ku górze. To fawele.

Wraz z rosnącym przebiegiem kilometrów okolica gęstniała od budynków z lat pięćdziesiątych, prostych prostokątów wznoszących się najpierw na dziesięć, potem trzydzieści, a na końcu sześćdziesiąt pięter. Budynki odrapane i z odpadającym tynkiem, stojące smutno przy brudnych ulicach, z powyrywanymi płotami i połamanymi barierkami, po prostu straszyły. Graffiti, w zupełnie nieprzyzwoitym stylu, wyzierało na smętne chodniki, a zwalniając, można było przyjrzeć się podejrzanym twarzom,poszukującym szczęścia lub choćby jego substytutu.

Julia czuła się jak na planie filmu Miasto Boga, a skoro wiadomo, że film nakręcony był na faktach...

Przybywało też pasów na jezdni. To znaczy szosa poszerzała się sukcesywnie, ale o pasach nie było mowy. Dojeżdżając do dzielnicy Barra, autostrada Linha Amarella w pewnym momencie mogła pomieścić około siedem samochodów równolegle. Kierowcy mieli przekonanie, że nie zdążą na czas, i przepychali się okrutnie. Przeciętne tempo to osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Każdy jechał slalomem i myśląc, że na pasie obok ruch posuwał się szybciej, gwałtownie skręcał przed nosem samochodu sąsiada, nie zwracając uwagi na nikogo wokół. Czegoś takiego Julia nie widziała nigdy. Trzeba było uważać na wszystkich: z przodu, z tyłu i po obu stronach. Do tego konieczne było utrzymywanie tempa, bo jeśli jechało się wolno, jeszcze bardziej było się narażonym na kolizję.

Prawdziwe szaleństwo na szosie poparte było słabym oznakowaniem. Jeśli przegapiło się zjazd, traciło się dodatkowe dwie godziny, zawracając za dwadzieścia kilometrów, czego żaden przewodnik nie polecał, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wyląduje się w jednej z dzielnic "Miasta Boga", które są rozmieszczone we wszystkich stronach geograficznych miasta, a tam dzieją się różne rzeczy.

Dotarli do centrum wykończeni ciągłą paranoją, że zaraz rozbiją samochód. Pojazdy mijały się na milimetry tak agresywnie, jakby zaraz miała rozpętać się co najmniej walka gangów. Było przed czym uciekać.

Bardzo szybko uwagę Julii przykuły pancerne samochody policyjne, półczołgi, których karoseria ozdobiona była przynajmniej kilkoma dziurami po kulach. Nigdy nie zapomni widoku pierwszego takiego wehikułu pchającego się przez miasto. Na jego prawym boku widniało pięć dziur z karabinu maszynowego. Trzy blisko siebie, dwie bliżej maski. Tył pojazdu był otwarty i wgięty. Sam Paulo był zszokowany, bo takich rzeczy nie oglądało się prawie w ogóle, zakładając, że nie interesuje nas turystyka ryzykancka i nie podróżuje się przez Afganistan.

Julia była zaskoczona. Nie tym, co zobaczyła – raczej tym, czego nie zobaczyła, a co widziała wcześniej jej wyobraźnia. Wiedza czerpana z kolorowych przewodników, gdzie za spore pieniądze sprzedają człowiekowi obrazy chwytane o zachodzie słońca lub w świetnych warunkach atmosferycznych, albo z ekranu telewizora, na którym zawsze rozwijają się niesamowite akcje przy koniecznie zabójczej scenerii, a może też przy słodkiej, egzotycznej muzyce, a w tyle obrazu obserwuje się rozwój najbardziej czarującego i egzotycznego romansu.

Z pewnej odległości panorama wydawała sie dosyć błaha i niewarta westchnień, jakie posyła temu miejscu świat. Miała jednak nie zrażać się pierwszymi wrażeniami, co nie było takie proste. Jeszcze przez długi czas nie było jej dane poczuć satysfakcji z faktu, że znajduje się w tym właśnie miejscu, o którym marzy tak wiele osób.

Czas na nowy klimat. Czas na nowe miejsce. Miasto. Miasto! Kompletny kontrast z dzikim, ale zacisznym, niby-rajskim Marau, ogłuszył wszystkie zmysły. Po niecałym miesiącu z dala od wszelkiej cywilizacji człowiek staje się jakby otumaniony. Nie na czasie. Siłą rzeczy przypomniał się Julii Nowy Jork, z którym Rio miało niewiele wspólnego. Jednak ulice w ten sam sposób rozbrzmiewały całą gamą gwarnych dźwięków: klaksony tworzące niesamowity koncert z warkotem silników w tle, gdzieniegdzie mocny wiatr niósł odgłos pisku opon samochodów czy motorów, a całości dopełniły pogłosy przechodniów – stukot wysokich obcasów, rozmowy, krzyki ulicznych straganiarzy czy rowerzysta przejeżdżający z głośną muzyką, sączącą się z wielkich głośników zamocowanych po obu stronach tylnego koła. Czerwone – stój. Zielone – masa kolorowych dwunogów ruszyła z dwóch przeciwnych stron. W wielkim natarciu każdy myślał tylko o tym, dokąd zmierza, że musi przekroczyć ulicę rozmawiając, słuchając iPoda czy zatapiając się w obecnym dniu, analizując rozmowę z szefem lub układając menu na wieczorną kolację. To wszystko mechanicznie stawiając kroki przez asfaltowe morze, dzielące dwa chodniki, razem z masą innych, pogrążonych w swoich sprawach ludzi. Nikt nie skupiał się na tym, co wokoło, każdy pchał swoje życie, z rozmachem stawiając każdy krok w tym mieście – molochu, które zostało zaprojektowane dla nas, przez nas.

Miasto może wyssać energię z człowieka lub ją podsycić. To zależy od indywidualnej jednostki przybywającej tutaj, gdzie każdy liczy na cud. Można tu zobaczyć otwarty dla siebie horyzont lub tylko cztery ściany. Wszystko zależy, co nosi się w sercu i w jaki sposób realizuje się to samemu, bo od siebie samego trzeba zacząć.

Jean Cocteau powiedział, że "różnica pomiędzy małym a dużym miastem polega na tym, że w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć". Tętno, z jakim funkcjonuje Rio, można albo pokochać, albo znienawidzić. Można nienawidzić, codziennie pokonywać to uczucie i gnać ze wszystkimi przez ileś świetlnych sygnalizacji, przepychając się przez kolorową masę, albo opuścić miasto. Wybór jest prosty.

Nowa rodzina Julii – przyszła rodzina – o ile zdołają przekonać połowę świata, że naprawdę chcą się pobrać i naprawdę wcześniej nie byli w związkach małżeńskich, okazała się bardzo sympatyczna i współczując z powodu problemów, zaoferowała pomoc. Jeden z kuzynów Paula udał się do kilku biur prawniczych, za co byli mu wdzięczni, jednak wszędzie został odprawiony z kwitkiem: im większe miasto, tym większe komplikacje biurokratyczne. Słowo "biurokracja" stało się dla nich wyrocznią i jeszcze przez wiele lat po tych wydarzeniach wprawiało ich w lekki wstrząs ramion i uniesienie brwi.

Paulo natychmiast chwycił w rękę telefon i uruchomił linię firmy, która ubezpiecza toyotę. To znaczy miała ubezpieczać. Okazało się bowiem, że mieli mieć pokrycie od poprzedniego dnia, ale dlatego, że samochód był podniesiony o poziom, na duże opony, i wiadomo, że porusza się po off-roads, czyli drogach bez asfaltu, chyba jej nie ubezpieczą. To nic, że rok wcześniej właśnie ta firma ubezpieczała to samo auto.

Kazali czekać.

Byli prawie pewni, że w Rio nie będą mieli potrzebnych szyb, bo samochód był rzadko spotykany i naprawdę dobry. Zdecydowali, że wyjścia nie ma. Machnęli na wszystko ręką, wynajęli inny pojazd i pojechali na północ, do fabryki, gdzie kreowane były meble do firmy Paula.

Kręte i wąskie, ale w dobrym stanie drogi prowadziły ich wciąż wyżej i wyżej. Powoli wbijali się w gęstą mgłę, gąszcz zwartej, ciemnozielonej dżungli. Tylko patrzeć, kiedy zza rogu wyskoczy na swojej lianie Tarzan. Dziewięćdziesięciostopniowy zakręt to norma, znów czterdzieści pięć w górę i tunel. Krótki, ale wąski. Wróciły uczucia z Disneylandu, gdzie nigdy nie wiadomo, co cię czeka, gdy suniesz na śliskiej tratwie czy pontonie przez tunel, a nagle jakby z podziemi wychyla się niebo.

Po pięciu godzinach tych przyjemności dotarli na miejsce. Cudowne miasteczko, ocieplając swą kolonialną architekturą dosyć suchy i zimny klimat, od tysiąc siedemset drugiego roku spokojnie leży u podnóży stromych, skalnych ścian, z których niegdyś wydobywano mnóstwo złota. Niczym nieprzypominające dzikiego Rio, a zwłaszcza Salwadoru, wymusiło zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Miasto nazwano na cześć rewolucjonisty Joaquima José da Silvy Xaviera, który postanowił, że po latach bycia ciemiężonym przez dyktatorów czas na uzyskanie niepodległości i utworzenie brazylijskiej republiki. Niestety, gdy tylko wydały się jego zamiary, został aresztowany i publicznie powieszony. Stał się jednak narodowym bohaterem Brazylii, do dziś wspomina się jego wyczyny, zdejmując czapki z głów.

Zatrzymali się u gospodarza, właściciela fabryki, która produkowała ich cuda. Na stole pojawiło się mnóstwo brazylijskich pyszności, wśród których był ser z Minas z powidłami z guava (mówią, że kombinacja tych dwóch nazywana jest Romeo i Julia – bo tak świetnie smakują razem) i mnóstwem marynowanych w cukrze owoców: od pomarańczy, fig i daktyli, po jabuticaba i bacuri. Nic z tych rzeczy nie przypominało specjałów z innych krajów. Każde było niepowtarzalne, nieporównywalne. Ani Juan, ani jego żona nie znali angielskiego, ale starali się porozumieć z Julią na wszystkie sposoby.

– O, z Polski! Jan Paweł Drugi! – I widziała ciepły uśmiech, trochę smutny, ale pełen uznania. – Bardzo go tu lubimy.

Gdy tylko gospodarz dowiedział się o matrymonialnych kłopotach, bez zastanowienia zwrócił się do Paula:

– Rozpakujcie się, pojedziemy do miasta. Mam znajomego adwokata, na pewno coś zaradzimy.

Pojechali z nową, nieplanowaną nadzieją, ale też z wielkim wahaniem. Kto nie próbuje, nie zdobywa. Maleńkie biuro, sekretarka skonfundowana napływem nieoczekiwanych i nietypowych gości, ale uprzejma, po wysłuchaniu przewodnika wprowadziła ich do środka.

Znajomy Juana, pilnie słuchając, już pod koniec jego, a właściwie historii młodych zaczął kręcić przecząco głową, wydymając usta.

– Jeśli nie macie dokumentu, na pewno nic nie da się zrobić.

Podziękowali i wyszli szybko, w duchu już żegnając się też z pomysłem zawarcia małżeństwa w Brazylii. Właściwie to powinni byli rozstać się z nadzieją w Marau, kilka tygodni wstecz, ale w życiu przecież nigdy nic nie wiadomo. Wystarczy humor, dobry lub zły, jednego urzędnika i jest po sprawie.

Dotarli z powrotem do Rio na czas, by otrzymać telefon z firmy ubezpieczeniowej, że wymienią szybę. W końcu jakieś dobre wiadomości. Co więcej, okazało się, że pierwszy warsztat samochodowy, do którego zadzwonił Paulo, a zapobiegawczo zaczęli od największego, miał akurat na stanie potrzebną część. Nie mogli uwierzyć w pozytywny przebieg wydarzeń. Zawieźli auto do mechanika, gdzie miało być do obioru następnego dnia po południu. Dostali wiatr w żagle, zastępczy samochód i Paulo postanowił pokazać Julii miasto.

24

Gdy na wybrzeże dotarł wielki, cywilizowany ród Portugalczyków, w pierwszej kolejności nadano nazwę przyszłemu miastu. Nie analizując nadmiernie położenia, wielką zatokę okalającą wysepki uznano za rzekę, a że przybyli w styczniu, nowy teren nazwano "Rzeką Styczniową".

Motyw "pocztówkowy", na który Julia trochę czekała, pojawił się dwa razy: gdy wyjechali na Głowę Cukru maleńkim wagonikiem i spojrzeli na miasto od strony oceanu. Copacabanę i Botafogo uznała za zdecydowanie przereklamowane, piasek na plaży brudny, ulice brudne, ludzie niechlujni, ale sprawę uratowała caipirinha, robiona na ulicach, w małych wagonikach, jak w Puerto Rico pi?a colada, smakowała wyśmienicie. Nawet można było wejść do wzburzonej wody oceanu, która pomimo późnego lata była lodowata. Ach, bo to przecież brazylijska zima. Nadmiar caipirihnii.

Miły lunch w Leblon, zakup stroju kąpielowego i po dwóch drinkach wypitych na ulicy przebrnęli jeszcze przez Santa Teresa, dzielnicę uroczą, ale sypiącą się w drobny mak, niestety, z maleńkimi uliczkami, cudnymi, ale bardzo zniszczonymi kamieniczkami i tramwajem, który przypomniał Julii te z San Francisco.

Przed zachodem słońca wyznaczyli sobie cel – Corcovado, żeby z Cristo Redentor zobaczyć panoramę miasta i zatoki, zza której dzień mówi "dobranoc". Na szczęście otworzyły się chmury i ciepłe, prawie czerwone promienie oblały cały zalew, setki prywatnych jachtów, wzgórza garbate jak wypieczone chleby i rozciągnięte ręce Chrystusa. Moment był niesamowity, pojawiło się rozprężenie, po wielu tygodniach zamieszania, biegania, stresów i zamętu przyszedł moment beztroski. Słońce zaszło szybciej, niż powinno, i Rio zaczęło ubierać się w światła. Widok zapowiadał się znakomity.

Zdecydowali się na kolejną caipirinhę, nie martwiąc się o procenty, czekał ich bowiem spacer w dół. Zresztą prowadzenie po alkoholu nie było niczym nadzwyczajnym w tym szalonym kraju. Kilka lat później rygor jednak został zaostrzony i tolerancja dla kierowcy w końcu wyniosła zero. Sprytni Brazylijczycy zawsze jednak znajdą sposoby. W piątkowe wieczory, gdy miasto po szalonych libacjach staje w jednym, wielkim korku, policja wyłapuje wyrywkowo samochody, żeby upewnić się, że limit alkoholowy nie jest przekroczony. Komunikacja telefoniczna sprawia, że wiadomość, gdzie stoi policjant, rozchodzi się w zaskakującym tempie. Napoleon zawsze powtarzał, że są tylko dwie rzeczy, które jednoczą ludzi: strach i interes. Jeśli naprawdę chcą, są w stanie się zorganizować. Pomiędzy samochodami pojawiają się spacerujący ochotnicy z tabliczkami: "Przewiozę ci auto za 50 reais" – to znaczy, że wskakują do samochodu, kierują przez jakiś czas, by przedostać samochód przez "strefę policji", i wysiadają już w bezpiecznym miejscu. Fenomen. Brazylia, prawie tak jak Polska.

W ostatniej chwili zdecydowali się na luksusową kolację, następnego dnia mijał dokładnie rok, odkąd Paulo wszedł na pokład jachtu w Nowym Jorku. Nie byli pewni, jakie możliwości na celebrowanie przyniesie kolejny dzień, zdecydowali się świętować natychmiast, u stóp garbusa (z port. corcovado), u brzegu małego jeziora przepełnionego prywatnymi jachtami. Restauracja była nadzwyczaj elegancka, co rzutowało też na ceny potraw: dość nietypowe jak na kraj Trzeciego Świata.

W powrotnej drodze przejechali jeszcze przez wszystkie, najbardziej znane dzielnice miasta i podziwiali Głowę Cukru z jednej strony, z drugiej świecącego Jezusa. Kierując się w stronę Barra, jedyną drogą prowadzącą z miasta była maleńka autostrada wchodząca raz w tunel, raz opadająca ku wodzie. Bardzo malownicza, ale i niebezpieczna, bynajmniej nie ze względu na położenie geograficzne. Podążając na zachód, droga prowadzi obrzeżami faweli. Światła uliczne ustawione są niekorzystnie, co bywa niebezpieczne dla podróżnych – jeśli właśnie zmieniły się z zielonego na czerwone, lepiej szybko przejechać. Zamykanie drzwi na klucz stało się już nawykiem, należy też upewnić się, że wszystkie szyby są podciągnięte do góry. Strzelaniny i wojny gangów w tych rejonach są na porządku dziennym. Często ze względu na takowe nieporozumienia droga jest zamykana przez policję. O potyczkach na pistolety słyszy się w każdych wiadomościach. I pomimo że S?o Paulo bije wszelkie rekordy w tej kwestii, także i w Rio codziennie "coś" się dzieje.

Slumsy zbudowane są na zboczach gór, oczywiście nielegalnie, na terenie parku narodowego. Mają stamtąd najlepszą panoramę miasta i okolic, za darmo, podczas gdy milionerzy kupują za niebotyczne sumy wille w dolinie, bez widoków. Najlepiej sytuację widać z góry Głowy Cukru – marne, sypiące się zabudowania biednych rozciągają się we wszystkie strony. Oczywiście nie budują żadnych systemów ściekowych ani nie organizują wywozu śmieci, zatem cały brud spływa na miasto. Poziom zanieczyszczenia i zarazków, które regularnie, co roku dają się we znaki, jest kolosalny, standardowo już wybuchają epidemie malarii czy dengi. (Choroba przenoszona przez komary, objawia się wysoką gorączką i bólem kończyn porównywalnym do bólu łamania kości. Zazwyczaj trwa do tygodnia, może powodować śmierć). Wtedy nad miastem krążą helikoptery, rozsypując proszek mający na celu zabić komary. Mieszkańcy slumsów jednak są niepokorni, świetnie uzbrojeni i pełni żądań. Bez pozwolenia zagarniają coraz więcej przestrzeni, która przecież jest terenem parku narodowego. Schodzą do miasta i do niedawna przyłożony nóż czy pistolet pod gardło w celu wyłudzenia pieniędzy to była rzecz najnormalniejsza w świecie. Wychodząc z domu, należy zawsze mieć przy sobie kilka banknotów, żeby w takim wypadku szybko je wyjąć i wręczyć bandycie. Nie patrzeć w oczy, nie robić żadnych uników. Po prostu dać mu pieniądze i po sprawie.

Szczytem rozwoju gangsterskiego światka są aplikacje, w których można znaleźć informacje na temat wojny gangów. Oprócz tego, które szajki będą walczyć – dni oznaczone są w kalendarzu kolorami. I tak, jeśli dzień oznaczony jest na zielono, to drogi są przejezdne, jeśli na czerwono – nie ma szans i trzeba szukać alternatywy lub poprzekładać tego dnia zajęcia.

Jadąc przez miasto, Paulo zaczął przywoływać wspomnienia, kiedy wraz z rodziną mieszkał w dzielnicy Gloria, bo pierwsze kilka lat życia spędził właśnie w Rio. W ciągu relatywnie krótkiego czasu bardzo wiele się zmieniło. Pamiętał chodniki, kiedy szedł z nianią do sklepu, w całości przepełnione biedakami i ludźmi niepełnosprawnymi – bez nóg, rąk, niewidomych i ze zdeformowanymi twarzami. Pamiętał, że miał kłopot z przekroczeniem wielu, bo na chodniku nie było miejsca do przejścia. Małe dzieci szarpiące jego ubranie błagały o bułkę czy pieniądze. Takich obrazów nie zapomina się nigdy. Jego rodzina miała sporo szczęścia, ojciec projektował prywatne jachty, zatrudniał trzydzieści osób i pieniądze spływały na konto niczym wodospad. Na konto lub pod łóżko; codzienne dewaluacje burzyły funkcjonowanie człowieka i rozstrajały nerwy; balansowanie na granicy normalności i regularnych cen z kompletną paranoją drastycznych zmian, gdy w poniedziałek za chleb płaciło się półtora reais, we wtorek kosztował już piętnaście, a do piątku cena spadała z powrotem do dwóch.

Rodzina wspomina tamte czasy jako niezłe, pomimo wszystko; zatrudniali na wyłączność szofera, nianię, kucharza i sprzątaczkę. I nagle, w jednym dniu, połowa Brazylijczyków straciła wszystkie pieniądze. Rząd zabrał wszystkim oszczędności, zamroził konta. Zbyt długie szachowanie nie tylko społeczeństwem, gospodarką, lecz także zszarganymi nerwami obywateli musiało doprowadzić do krachu. Nie odnotowano nigdzie na świecie przed wydarzeniem ani po nim tak wielkiej liczby samobójstw. I wtedy rodzina Paula uciekła do Miami.

Pomimo tych niuansów Rio pełne jest ludzi zamożnych, nie tylko Brazylijczyków, ale także Europejczyków czy Amerykanów, ostatnio Chińczyków. Żyją z dwudziestoma reais w kieszeni, "w razie czego", żeby nie powiedzieć, że się nie ma, bo to jeszcze bardziej denerwuje przestępców. Wysuwa się pieniądze i uciekają. Przeciętni mieszkańcy żyją tu czasami z bronią ukrytą w kieszeni, czasami bez. Bogaci żyją w najbardziej bezpiecznych (wciąż niebezpiecznych) dzielnicach, tj. centrum Barra, w kompleksie budynków otoczonych wielkim płotem zakodowanym szyfrem, z własnym basenem, kortami, boiskami, szkołą, przedszkolem, placem zabaw i czasami widokiem na ocean, zawsze na góry.

Góry – garby, zupełnie stępione, zaokrąglone, ale strome i dosyć wysokie. To tutaj rozgrywają się akcje najbardziej znanych telenoweli brazylijskich (w samym Rio produkowane jest około trzydziestu rocznie), to tutaj odbywają się największe imprezy, koncerty, przyjeżdżają sławni. Ponoć huczniejszy karnawał jest tylko w Salwadorze. Choć Rio też ma się czym pochwalić.

Co roku w sylwestra wszystkie ulice centrum wypchane są po brzegi milionami ubranych na biało ludzi, którzy chcąc dopełnić tradycji, przychodzą nad ocean, żeby o północy wrzucić białe kwiaty w ofierze bogini wody – Yemanji – i przeskoczyć fale siedem razy. Oczywiście religia bazuje na afrykańskich wierzeniach, ale bardzo mocno przyjęła się w całej Brazylii. Przez kilka kolejnych dni plaża tonie w martwych, białych kwiatach, które woda wyrzuca na brzeg. Koncerty z roku na rok stają sie coraz bardziej prestiżowe, od zawsze zjeżdżają tu największe sławy, a miasto nie żałuje reais na przepych i wielką scenę. Tłumy doceniają ten gest i chętnie wysypują się na ulice, szalejąc i bawiąc się do świtu. W "białym morzu" ludzkich ciał nie można włożyć szpilki, kosze na śmieci przybierają rozmiary wysypisk, a karetka, żeby dotrzeć do jakiegoś słabeusza, potrzebuje około dwóch godzin. Więc lepiej nie mdleć. Łatwo powiedzieć, bo tłum jest jak żywy organizm, wciąż się porusza. Ciała w wielkim uścisku trwają przez wiele godzin, zaczerwieniona od wiecznego popychania i przeciskania się ludzi skóra piecze przez wiele dni. Czasami pojawiają się siniaki. Dodać należy, że w Brazylii w tym czasie jest środek lata z temperaturą czterdzieści stopni nawet w nocy! Ubrania są porwane na strzępy, ale humory dopisują. Najciekawsze jest to, że na tak masowej imprezie ani jedna osoba nie ma ochoty do bójki, nie wybuchają absolutnie żadne nieporozumienia. Chwała im za to. Nie każdy kraj może się pochwalić takim spokojem, opanowaniem, serdecznością, ba, brakiem ordynarności, prymitywności i chamstwa.

Ciekawe, czy wolontariat na bycie zmaltretowanym w pierwszym dniu nowego roku jest wart doświadczenia, ale na pewno jest. Czegoś takiego nie można zobaczyć i przeżyć nigdzie indziej.

25

Odebrali w końcu samochód. Od razu zaczęli obliczać, na którą godzinę dotrą do S?o Paulo. Oczywiście do warsztatu przyjechali o ustalonej porze i przymusowo poszli zwiedzać okolicę, bo szyba, naturalnie, nie była jeszcze włożona. (Przynajmniej leżała już obok samochodu, bo przecież równie dobrze mogła być nadal w Japonii czy w Fortaleza). Spojrzeli na siebie bez słów i od tego czasu postanowili nie planować już niczego. Do tego stopnia, że zdjęli zegarki i włożyli głęboko do walizki.

S?o Paulo nigdy nie było popularnym celem turystycznym, wręcz odradzano takie niefortunne detour, czyli zjazd z trasy. W Brazylii zwiedza się Rio, Salwador i Amazonię. S?o Paulo nie było jednak tylko przystankiem po drodze do Boliwii – mieli tam odebrać Rahula, boliwijskiego dilera, antyków oczywiście, z którym firma Paula współpracowała od lat. Odwiedzał w tym czasie córkę studiującą w S?o Paulo i usłyszawszy o szalonym pomyśle przemierzenia Brazylii i Boliwii samochodem, ochoczo zgodził się towarzyszyć młodym w podróży. Tak planowali udać się do Cochabamba, gdzie Rahul mieszkał wraz ze swoją rodziną.

Zatrzymawszy się na posiłek i tankowanie w małym, samoobsługowym barze, gdzie kupuje się posiłki na kilogramy (standard w Brazylii), oglądali jednym okiem wiadomości, z których płynęły same negatywne informacje. Otóż podawano, że w S?o Paulo zginęły dziś rano w ulicznej strzelaninie dwie osoby. Wczoraj, na innej ulicy, zginęło pięć. Znów porozumiewawcze spojrzenie, ale bez komentarza wrócili do swoich talerzy. "Świetnie" – pomyślała Julia. "Tego jeszcze brakowało". Pod koniec reportażu dowiedziała się, że co drugi wieżowiec ma wybudowane na dachu miejsce do lądowania dla helikopterów, bo ten środek transportu okazał się standardem w dzisiejszych czasach. Głównie dla biznesmenów – muszą jakoś uniknąć ulicznych rozrób i korków, które te powodują. To jest najbardziej bezpieczna forma poruszania się po mieście, na razie. Pewnie przestępcy nie są jeszcze aż tak "zmotoryzowani".

Po długim, wyczerpującym tygodniu jazdy z ulgą przyjęli widok tabliczki z napisem "S?o Paulo". Jednak tak naprawdę nie oznaczało to niczego, zajęło jeszcze godzinę, by dotrzeć do centrum. Miasto jest ogromne, trzecie pod względem populacji na świecie, a widać to najlepiej, lądując samolotem. Przez bardzo długi czas pod korpusem rozciągają się połacie blokowisk. Ulice przeplatają się ze sobą, tworząc monstrualne, serpentynowe konstrukcje, co wygląda jak tor wyścigowy dla pięciolatków pod lupą. Naturalnie Julia i Paulo nie mieli systemu GPS, więc sporo decyzji o kierowaniu się w konkretną stronę podejmowanych było na zasadzie intuicji (Julii) i mglistego pojęcia Paula o terenie. (Był tutaj kiedyś z ojcem, wiele lat temu). Siłą rzeczy trzeba było liczyć się z miejskimi drogowskazami i na szczęście pamiętali nazwę dzielnicy w centrum. Podczas ostatniego przystanku Paulo znalazł budkę telefoniczną i powiadomił Rahula, że będą przy rogu tej i tej ulicy o piątej. Było już sporo po umówionej godzinie, a oni wciąż kręcili się po szerokich ulicach, szukając destynacji. Gdy dotarli na miejsce, dochodziła szósta, na dodatek okazało się, że ulica jest jednokierunkowa i Paulo zaparkował pospiesznie na zakazie i pobiegł po nowego towarzysza. Wyłączył silnik i Julia została sama. Wsłuchiwała się w miasto, które brzmiało dokładnie jak jej Nowy Jork. Nawet uśmiechnęła się do siebie. Siedziała chwilę, po czym zobaczyła Paula pędzącego do samochodu z niskim, przysadzistym Boliwijczykiem o czerwonawej skórze i czarnych jak smoła włosach. Jego okrągła i perkata twarz zdawała się nie mieć szyi. Rahul sięgał Julii do ramion, uśmiechnięty, o sympatycznej i ciepłej aparycji. Miała się później dowiedzieć, że nie złościł się nigdy. Przywitał się jak gdyby byli przyjaciółmi od lat. Nie mówił po angielsku, używał języka hiszpańsko-portugalskiego. Przez następne tygodnie szlifowała hiszpański i portugalski.

Rahul wsiadł do samochodu i od razu zaczął się martwić, czy będą im się podobały meble, które ma przygotowane dla Paula, ale ożeni ich na pewno. Paulo wyłuskał pospiesznie ich historię, jak się okazało, bardzo słusznie. Rahul ma znajomych tu i tam, nie będzie żadnego problemu. Koszykarze i piłkarze z połowy świata zjeżdżają do Boliwii wziąć ślub, bo tutejsza biurokracja znana jest z tolerancji. Serdeczność, prostoduszność i niesamowita sympatia, które z niego emanowały, powodowały, że zaczęli wierzyć w nową bajkę – i Paulo, i Julia. Jakby im było mało. Podobno nadzieja umiera ostatnia.

Postanowili przenocować na głównej ulicy, która trochę przypominała Julii Manhattan. Cena też była nowojorska. Planowali skromną kolację, żeby omówić sprawy biznesowe i plany, ale gdy Rahul dowiedział się, że akurat tego dnia przypada ich pierwsza rocznica, od razu wraz ze swoją córką zarządził wielkie fondue. Było bardzo miło, na dodatek zupełnie niespodziewanie celebrowali rocznicę dwa razy!

Następnym celem była granica z Boliwią.

26

Po wielogodzinnej wymianie informacji dotyczących biznesu, potem długim lunchu Rahul zapadł w głęboką i długą drzemkę. Chrapał niemiłosiernie na tylnym siedzeniu, zawalonym w połowie walizkami. Droga zdawała się nie mieć końca. Po jakimś czasie skończyły się zabudowania i rozpoczęła prawdziwa dżungla. Wydawało się, że jest jakby niepełna, brakowało wysokiej roślinności. Drzewa sięgały może trzech metrów, głównie jednak tereny porośnięte były krzakami. Gdzieniegdzie pojawiały się małe, bagniste jeziorka, przy których gromadziły się dzikie krowy, a na brzegu zażywały słonecznych kąpieli krokodyle. Droga zwężyła się do jednego pasa dla każdej strony, aczkolwiek nadal była asfaltowa i prowadziła po prostu, bez ceregieli, na zachód. Co jakiś czas trzeba było uważać na dziury, jednak nie było większego kłopotu z poruszaniem się po szosie. Żadne samochody ich nie wyprzedzały ani oni nie wyprzedzali nikogo. Z naprzeciwka zdarzył się od czasu do czasu jakiś jeep czy jeden z mniejszych fiatów, ale generalnie ruch na drodze był prawie zerowy.

Nad głowami przeleciały leniwie dwie papugi macaw, szalenie kobaltowo niebieskie, jak z kreskówki. Podobno trzymają się parami i jak już raz się zwiążą, są ze sobą do końca życia.

W pewnym momencie, już z daleka, zobaczyli, że na ich pasie leży ciemna kupka nieokreślonego kształtu. Dopiero z bliska można było rozpoznać zwłoki mrówkojada. Julia nigdy nie widziała tego zwierzęcia, ale wyglądało jak w bajkach. Dosyć żałośnie leżało na poboczu, a smród padliny rozpościerał się jeszcze przez kilka kolejnych kilometrów.

Wraz z upływem czasu roślinność wydawała się blednąć i szarzeć. Trawa zniknęła prawie zupełnie na skutek niesamowitej suszy, która dotknęła każdy metr kwadratowy dżungli. Ze wszystkich stron nagle spostrzegli krążący, nie wiadomo jakiego pochodzenia, dym. Jechali nadal przed siebie, nie wiedząc, co ich czeka ani czy będzie można zawrócić. Dzikość wokół i jedna wielka niewiadoma przed nimi nasączone były dziwną niepewnością. Dym rozciągał się przez wiele kilometrów, nieustannie. Od czasu do czasu stawał się rzadszy i bardziej przezroczysty, wtedy próbowali wpuścić do samochodu trochę świeżego powietrza, ale smród nadal był okrutny. Od czasu do czasu z dymu wychylały się języki ognia dogorywającego lasu. Pogorzelisko straszyło czarnym podłożem, strawionym przez płomienie. Z czasem ból głowy stawał się nieznośny. Zatrzymali się, by bliżej przyjrzeć się płomieniom i uciekającym zwierzętom. Na drodze leżały zdechłe krowy, które pewnie usiłowały uciec przed pożarem. Jeziorka stawały się coraz mniejsze, płytsze i brudniejsze. Zwierzęta gromadziły się wokół wody, w desperacji walcząc o przetrwanie. Z prawej i lewej strony rozciągały się czarne, usmolone, martwe zgliszcza. Podróż upływała pod znakiem nieokreślonego lęku, niepewności, a widok z okna dodawał grozy. Wokół naturalnie żadnej żywej duszy, to znaczy ludzkiej. Nikt nie wiedział, jak daleko znajduje się jakakolwiek osada, nie mówiąc o stacji benzynowej. To uczucie miało im towarzyszyć przez całą podróż.

Po wielu godzinach dotarli do granicy. Na granicy jak to na granicy łączącej dwa kraje Trzeciego Świata: biurokracja przez duże B.

Samo przejście przekroczyli nadzwyczaj szybko. Przywitała ich tabliczka "Bolivia". Zdzwieni łatwością wkroczenia do kraju pomyśleli, że jeszcze dziś będą w Santa Cruz (czterysta pięćdziesiąt kilometrów od granicy). Jednak trzysta metrów dalej, za radą Rahula, trzeba było zjechać z drogi i zgłosić się po pieczątki do paszportu i odprawę. Całe szczęście, że był z nimi. Gdyby przejechali, służby zawróciłyby pewnie samochód lub zaczęły strzelać. Rahul – prawie konsul boliwijski – wybrał się w podróż z małym albumem, w którym na kolorowych fotografiach witał się z władzami Boliwii i Brazylii. Twierdził, że odrzucił propozycję stanowiska konsula w Brazylii, bo proponowali mu zbyt mało dinieros. Tak wyposażony, myśląc, że ma w garści cały świat, a już na pewno Amerykę Południową, wraz z Paulem, który wziął pod ramię swoją teczkę ze stertą dokumentów, zniknęli za drzwiami obskurnego biura czy raczej budy z niskimi, starymi oknami.

Po trzech minutach wyszedł najpierw Paulo z wyrazem twarzy, jak gdyby miał kogoś powiesić, a za nim Rahul, który wyglądał na smutnego. Od razu dało się wyczuć, że nie załatwili wiele. Władzy boliwijskiej nie podobało się, że nie mieli autoryzacji na podróżowanie samochodem, który zarejestrowany był na ojca Paula. Poszli do innego biura, a tam okazało się, że potrzebny jest kolejny stempelek. Urzędnik, który jak berło trzymał mocno pieczątkę, był akurat w bardzo złym humorze. Podszedł do wozu i starał się doszukać jakiegoś numeru czy jeszcze czegoś. Nikt nie mógł go zrozumieć, Rahul też nigdy nie słyszał o takowym. Nie chciał nawet rozmawiać, zarzucał bezczelność, czego Paulo nie mógł już znieść. Nie mógł zaakceptować ani bezsensowności całej sprawy, ani postawy urzędnika. Nakrzyczał na biurokratę, ryzykując całkowity zakaz wjazdu do kraju. Trzasnął drzwiami i wyszedł. Rahul poczłapał ze spuszczoną głową zaraz za nim. Po paru minutach ten sam urzędnik szukał ich na placyku i coś tłumaczył.

Wysłano ich do konsulatu boliwijskiego w Corumbá, które jest ostatnim miastem brazylijskim przy tej części granicy z Boliwią. Trzeba jechać godzinę samochodem z powrotem w głąb Brazylii i tam załatwić dokumenty. Tego już było za wiele.

27

Cofnęli się do miasta, nie było innego wyjścia. Oprócz wizyty w konsulacie zlecono im też "załatwić" pieczątki do paszportu w urzędzie, którego funkcja, prawdziwa nazwa i sens działania do dziś pozostają dla nich zagadką. Rahul też był niezorientowany. Biuro nie znajdowało się w centrum miasta ani na rynku, ani nawet przy nim, tylko na dworcu autobusowym. Nikt nikogo nie inofmował o tym, wszyscy raczej oczekiwali, że to się wie. Tam mieli poświadczyć, że "opuszczają Brazylię". Znaleźli dworzec, ostemplowali wszystkie paszporty i udali się do konsulatu. Oczywiście było już za późno na cokolwiek, wszystkie biura zamknięte były na klucz. Nie pozostawało nic innego, jak zacząć szukać hotelu, wciąż po stronie brazylijskiej. A mieli już być w Santa Cruz!

Następnego dnia, po bardzo szybkim śniadaniu, priorytetem było udanie się do konsulatu. Pani konsul nie wyrażała ochoty, by podstemplować potrzebne papiery, a gromadziło się ich coraz więcej. To w końcu nie był samochód Paula, koniec, kropka. Chciała, żeby jego ojciec wysłał dokument, że na pewno jest ojcem i że samochód należy do niego, a Paulo ma pełne prawo go używać, gdziekolwiek chce. Wiedzieli, że tradycyjna poczta czy Fedex odpadają, pozostał tylko fax, na myśl o którym krzywili się. Wiedzieli już, że papierek ksero jest bezużyteczny, jeśli nie jest opieczętowany i podpisany przez instytucje, które mają go "zautoryzować". Wyruszyli w poszukiwaniu telefonu. O kafejce internetowej nie było mowy, wrócili do hotelu. Udało się połączyć z USA i ojciec Paula od razu wysłał odręcznie spisane oświadczenie prosto do pani konsul, więc Julia i Paulo wrócili do konsulatu. Naturalnie ksero czy fax mało pani mówiły i nadal stroiła miny, ale sto pięćdziesiąt dolarów (równowartość jej dwumiesięcznej pensji) rozwiązało sprawę. Jednak, jak się później okazało, nie do końca.

Julia obserwowała konsulat z samochodu, podobno im mniej osób uczestniczących w tego typu "transakcjach", tym lepiej. Osoba przekupywana czuje się bardziej swobodnie i to zwiększa szansę na pomyślne załatwienie sprawy. W tym przypadku i tak prawdopodobieństwo było fifty-fifty, bo Paulo wyglądał raczej na bogatego Europejczyka z mocnym, brazylijskim akcentem, a jego dłuższe włosy jeszcze bardziej wprawiały lokalnych w zakłopotanie zmieszane ze zniechęceniem.

Budynek był w kiepskim stanie, jak większość napotkanych w tym kraju. Jednopoziomowy, sprawiał wrażenie maleńkiego domu rodzinnego ubogich ludzi. Prosty, źle rozmieszczony, z werandą wyklejoną tanimi kaflami, płaskim dachem. Julia zastanawiała się, gdzie jest najbliższy polski konsulat i jak wygląda. W Nowym Jorku na przykład jest jednym z najładniejszych. Stuletnia rezydencja de Lamar została wybudowana dla amerykańskiego milionera Josepha Raphaela de Lamara jako "najcudowniejsza i najdroższa rezydencja w mieście", reprezentująca styl Beaux-Arts w architekturze mieszkalnej. Julia przypomniała sobie, że przecież konsulat polski znajduje się w Rio i zaledwie kilka dni temu mieli okazję go zwiedzać! Konsul był bardzo uprzejmy, jednak z całą sympatią nie tylko odmówił udzielenia ślubu, ale też pokręcił przecząco głową, gdy pytała, czy jest szansa u brazylijskich władz. Załamał ręce, gdy prosiła o radę, ale budynek był czysty i przyjemny, z widokiem na ocean i P?o de Açúcar (Głowa Cukru).

Z zadumy wyrwał ją szybko maszerujący w stronę samochodu Paulo. Pochylił się nad otwartym oknem, zawieszając łokcie na ramie i pozwalając dłoniom luźno zawisnąć wewnątrz samochodu, jakby chciał zapytać, czy da się skusić na krótki wypad nad morze.

– Masz ochotę na nowe perfumy? Takich jeszcze nie miałaś. Chodź. – I nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi, rolując szyby w górę.

Z nieukrywanym zdziwieniem udała się za nim do obskórnego budynku. Weszła do pokoiku, który przypominał biuro najtańszej firmy przewozowej. Za biurkiem siedziała kobieta w wieku może pięćdziesięciu lat, z mocno zaczesanymi włosami, niska i przysadzista, też bez szyi, ale schludnie ubrana. Na jej biurku, obok wszystkich dokumentów rozłożonych na prawo i lewo, widniały buteleczki, tubki i kartoniki. Spojrzała na Paula, potem Rahula. Ten drugi uniósł brwi i spojrzał na nią z uśmiechem mówiącym: "My też się tego nie spodziewaliśmy".

– Musisz wybrać perfumy – powiedział Paulo po angielsku, a pani ochoczo zaczęła zachwalać swoje towary.

Natychmiast poczęła psikać przeguby Julii ohydnymi zapachami, co jeden to gorszy. Po piątym razie na twarzy urzędniczki pojawiło się zdecydowane zniecierpliwienie powodowane też tym, że skończyły jej się największe butelki i zaczęła spryskiwać mniejszymi. Była bardzo zawiedziona, że żadne się nie podobają.

– Musisz któryś polubić – szepnął jej na ucho Paulo – bo nigdzie nie pojedziemy.

Wybrała zatem jeden. Pani nie ukrywała rozgoryczenia, że najmniejszy (kolejne sto dolarów), więc zdecydowała się też na balsam do ciała, i pojechali z powrotem na granicę z opieczętowanym dokumentem.

Na granicy pan od złego humoru był nadal w złym nastroju i stał się jeszcze bardziej bezczelny. Może spodziewał się, że nie dostaną tego papierka? Kazał czekać i wrócić za dwie godziny. Potem znów kazał czekać godzinę, i tak aż do piątej po południu, kiedy oświadczył, że zamyka biuro! W międzyczasie przyszedł jego szef i orzekł, że wszystko jest w porządku i że można jechać, ale pierwszy urzędnik nadal kazał czekać i odmawiał wydania dokumentów. Rahul uważał, że liczył na "napiwek", ale załoga, teraz już zawzięta po doświadczeniu niesprawiedliwości i prowadząc bezgłośną walkę z urzędowym mobbingiem, wolałaby raczej nie jechać w ogóle niż zapłacić. Rahul na odchodne, unosząc zaciśniętą pięść w górę, obiecał, że ten jeszcze od niego usłyszy.

Wypuścili ich po piątej, ale za to ze wszystkimi dokumentami. Od razu po wjeździe do Puerto Suarez, którego wszystkie ulice leżą w brudnym piasku, zrobili kserokopię każdego dokumentu po dziesięć razy. Postanowili trzymać je w różnych miejscach. Nie wiedzieli, czego można się spodziewać po boliwijskiej biurokracji, ale ostrożności nigdy za wiele.

Załatwiwszy wszystkie sprawy, pytali wokoło, jak długo zajmuje trasa do Santa Cruz, bo rozważali wyruszenie jeszcze tego samego wieczoru. Odpowiedzi były najróżniejsze: od dziesięciu do dwudziestu pięciu godzin. Za każdym razem spoglądali na siebie i mrużyli oczy. Czterysta pięćdziesiąt kilometrów w dobę? Niemożliwe. Dodawali opinie o jakości dróg, głównie "bardzo zła" i "niebezpieczna". Mucho peligroso szybko wpasowało się w nowy słownik hiszpański Julii. Zupełnie zbici z tropu i nie wiedząc, co myśleć, postanowili przenocować w Puerto Suarez, doceniając fakt, że przynajmniej są już po stronie Boliwii, i ze świeżą werwą wyruszyć następnego ranka. Wybrali jedyny godny uwagi hotel w mieście, który sprawiał wrażenie największej speluny, jaką kiedykolwiek Julia widziała, ale nie było wyjścia.

– Przecież pościel jest wyprana – uspakajał ją Paulo, kiedy oświadczyła, że tutaj nie śpi.

– Tak, wyprana? W czym? – Nie dała się zbić z tropu. Ale choć miała ochotę zawrócić i jechać całą noc do Brazylii, bo nawet chatka w Marau wydawała jej się bardziej przystępna, wiedziała, że that's it i że tej nocy śpią właśnie tutaj.

Skoro tak potoczyły się plany, postanowili zobaczyć, czym mogą tutaj ugościć ludzi z "innej planety". Restauracja, jedyna w mieście, serwowała tylko smażone kurczaki i gotowane ziemniaki. Plastikowe stoliki i krzesła błyszczały na ledwo trzymającym się linii prostej chodniku. Przez okno można było podglądać kuchnię i przyrządzających dania kucharzy. Odrapane ściany, brudne jak w polskim chlewie, zupełnie odebrały Julii apetyt. Niewzruszony Rahul zacierał ręce, przecież nie jedli nic od śniadania! Dała się skusić na kurczaka, właściwie jedyne danie w menu, do wyboru był smażony głęboko lub lekko. Komunikujący się w rodowitym języku kelnera Rahul nie mógł zrozumieć, jaka jest różnica. Zamówili zatem bardziej smażony, zapobiegawczo. Kurczak smakował jak woda, ziemniaki podobnie. Tradycyjnie w Boliwii nie używa się prawie w ogóle soli, jedynie wszechobecny pikantny sos okrasza wszystko: od zupy, mięsa, warzyw, po kanapki. To chyba jedyny sposób, żeby przełknąć zawartość talerza.

Przed nimi snuły się bezzębne panie niosące na głowach kosze z owocami. Z oddali dochodziła muzyka nieokreślonego rodzaju. Chłonęli nowości, kompletna egzotyka, Paulo wprawdzie był już w Boliwii kilka razy, ale tej części kraju nie widział nigdy. Zawsze przylatywał samolotem i zwiedzał największe, najbardziej cywilizowane miasta w towarzystwie kolejnych dilerów. Bardzo szybko ogarnęło ich zmęczenie, chyba z nadmiaru emocji, i jednogłośnie zdecydowali, że czas na odpoczynek.

28

Poranek przywitał ich wyborny. Cichy. Za oknem, jakby chcąc wepchnąć się do środka, burzyła się dzika, bujna roślinność, a szerokie gałęzie uwieńczone były szerokolistnymi kwiatami w kolorze czerwonego wina. Przez pierwsze kilka minut Julia nie wiedziała, gdzie się znajduje. Z czasem wydedukowała, że to hotel, ale który i w której części świata? Gdy tylko rozejrzała się wokół, nie miała wątpliwości. Wydawało się nierozsądne z powrotem kłaść głowę na poduszkę. Wyruszyli na zachód.

Po wydostaniu się z rynku wóz wturlał się na piękny, gładki, świeżutki i najczarniejszy asfalt, wprawdzie oferujący tylko jeden pas w każdą ze stron, ale drogą można było jechać jak po szklance! W krwiobieg wtoczyły się żądze przygody i jak ci, co kochają życie, wszyscy troje poczuli się nieśmiertelni, sunąc po zbitej i wymuskanej masie.

– O czym oni mówili wczoraj? Chyba lubią narzekać, zupełnie jak twoi rodacy. – Paulo spojrzał na Julię z zawadiackim uśmiechem, kierując te słowa do Rahula. Ha, może zdążą do Santa Cruz na lunch?

– Hm, ciekawe, czy tam mają lepsze jedzenie. – Julia chciała zapytać Rahula łamanym hiszpańskim o tradycje kuchenne Boliwijczyków, kiedy słowa utknęły jej w gardle, szczęka została bezwiednie opuszczona, a brwi same uniosły się do góry.

Szosa, którą jechali, za kolejnym zakrętem po prostu się skończyła. Jakby ktoś uciął czarną wstęgę nożyczkami. Za to pojawiła się pseudodroga, wąski pas pokryty szarokremowym pyłem z milionem małych kamieni. Paulo zatrzymał samochód.

– Tędy? – padło pytanie retoryczne i nikt nawet nie skomentował. Po prostu nie było innej drogi czy nawet chodnika. Za każdym samochodem wzbijała się gęsta, szara chmura pyłu i przez długi czas unosiła się nad drogą. Ruch wydawał się nieznośny. I z naprzeciwka, i razem z nimi podążało mnóstwo ciężkich, starych ciężarówek, które zajmowały całą szerokość drogi i nie dawały się wyprzedzić. Rahul wytłumaczył, że cały transport z Boliwii i Chile porusza się właśnie po tej drodze. Kolosy jechały szybko, ale on jeszcze szybciej. Każdy moment, kiedy podjeżdżali bardzo blisko, oznaczał poddanie się i świadome przyzwolenie na wkroczenie w wielką burzę piachu, którą kreował pojazd przed nimi. Gdy podjechali prawie pod same koła, nie dość, że nie można było niczego zobaczyć, to po kilku chwilach proch ładował się do filtrów wentylacyjnych i w efekcie do samochodu. W takim momencie nadchodził czas grozy. Widoczność wynosiła tylko około dwudziestu centymetrów. Jednak zrezygnowanie z wyprzedzania i wleczenie się czterdzieści kilometrów na godzinę było po prostu niewykonalne. Po kilku chwilach, czując buzującą adrenalinę, zdecydowali się na ryzykowny ruch: właściwie było fifty-fifty. Naciśnięcie na gaz z całej siły, ryzykując czołowe zderzenie, mocno licząc na to, że jednak nic z naprzeciwka nie jedzie. Przepchnęli się obok ciężarówki, zahaczając o płytki rów. Powoli z tumanów wyłoniło się niebo. Proch się rozrzedził i po kilku sekundach zobaczyli przód ciężarówki. Po chwili widać było też pustą, na szczęście, drogę przed nimi i ostry zakręt. Paulo bez zastanowienia przyspieszył, żeby w ostatniej chwili przed wejściem w łuk zjechać przed ciężarówkę. Wszyscy odetchnęli głęboko. Aż do następnego wyprzedzania. Czterysta pięćdziesiąt kilometrów w ten sposób? Niemożliwe... Doba jazdy jak nic. A może więcej.

W międzyczasie zaczął zmieniać się krajobraz. Po domkach okalających miasteczko nie pozostał nawet ślad. Bardzo szybko wjechali w prawdziwą dżunglę, ale suchą. Nieokiełznaną. Dzikość można było wyczuć w kolorze nieba, zapachu powietrza, a nawet w pyle. Wokół nie było żywej duszy, tylko ciężkie, pięćdziesięcioletnie, śmierdzące ciężarówki. Co jakiś czas "dróżka" przecinała inną drogę, asfaltową, wciąż w budowie (od dziesięciu lat), nieczynną i zaledwie kilkumetrową. Z żalem spoglądali na asfalt, pokonując kolejne metry wyboistej, kremowej drogi pełnej trójkątnych, ostrych kamieni. Pędzili ile sił w silniku i oponach. Półtorej godziny później Julia zastanawiała się, ile jeszcze, bo wyboistość drogi dawała się we znaki wszystkim mięśniom i kościom. Spojrzała na licznik – nie przesunął się prawie w ogóle do przodu. Przez cały czas nie widzieli żadnej wioski, domu ani człowieka. Tylko dzika dżungla. Nagle coś huknęło i samochód zaczął wydawać dziwne dźwięki. Przez chwilę Julii wydawało się, że to może być koniec świata, który przepowiadano w jej krótkim życiu wiele razy, a który przecież kiedyś musi się zdarzyć. Może teraz przyszedł, niespodziewanie, albo zapowiadano go już wcześniej, tylko przez jej życie w buszu w ostatnich czasach nikt nie był o tym poinformowany. Paulo szybko zjechał na dzikie, prawie nieistniejące pobocze, zgasił silnik i wysiadł z samochodu. Tak samo postąpił Rahul.

– Złapaliśmy gumę! – zawołał Paulo i podrapał się po głowie, krzywiąc usta w sztucznym półuśmiechu. – Mam nadzieję, że mamy wszystkie części, żeby wymienić koło. – Popatrzył na Julię, jeszcze trawiącą fakt, że do końca świata jednak nie doszło. Za to zobaczyła już w swojej wyobraźni napadających na nich Apaczów, rozbierających samochód na części, po czym uciekających w głąb dżungli, pozostawiając Europejczyków na pastwę dzikiej zwierzynie. Widziała takie sceny w filmach, a jak na razie sprawdziło się wiele scenariuszy znanych z ekranu.

– Jest! – usłyszała entuzjazm w głosie Paula i otrząsnęła się z imaginacji.

Zabrali się za zmianę opony. Odkryli kolejną z wad mieszkania w Marau. Czyszcząc samochód, mechanikowi nie przyszło do głowy, żeby wyczyścić pudło z narzędziami. Wszystkie zatem pokryte były rdzą. Jednak udało się odkręcić zapasowe koło, sprytnie przymocowane do podwozia. Wokół jak okiem sięgnąć pustka. Gdzieniegdzie rosły tylko sporadyczne, niskie krzaki, które wyglądały na wysuszone, a otaczał je ten sam proch, z którym borykali się na drodze. Julię uderzyła cisza, zduszona i złowroga. Każdy dźwięk roznosił się przytłumionym echem, słowa odbijały się jakby od ściany, ginąc w dziwnym zawieszeniu. Wszędzie piach, prawie żadnej roślinności. Niekończące się przestworza tej samej scenerii aż po horyzont. Żar lał się z nieba intensywniej, niż mogli go przyjąć. Nie było mowy o żadnym cieniu. Skoro i tak była skazana na uwięzienie na pustyni, postanowiła się przejść.

– Nie odchodź zbyt daleko. Upał cię zmęczy, kto wie, jak daleko mamy do szpitala – mruknął Paulo, widząc jej zapędy.

Po kilku metrach, kiedy zabrakło jej tchu, zawróciła i padła na fotel pasażera. Siedziała nieruchomo, pozwalając, żeby delikatna bryza, wpadająca przez otwarte drzwi, muskała przegrzane ciało desperacko poszukujące ukojenia. Paulo i Rahul, mocując się z maszyną, opływali dziesiątymi potami, dosłownie.

Upłynęła kolejna godzina. Przezwyciężając skwar, Julia wyszła zobaczyć, jak mają się sprawy z tyłu wozu. Mogli załączyć klimatyzację, ale pojawiły się obawy o paliwo. Od trzech godzin nie natrafili na żadną stację, wioskę, nic. Kto wie, ile kilometrów zostało do przebycia, by dostać ropę? Po godzinie z kwadransem usłyszeli jakieś dźwięki. Delikatny szum, jakby z przestworzy, bardzo daleko. Na rozciągniętej przestrzeni brudnej, prostej i ciągnącej się w nieskończoność drogi szum przeradzał się w brzęk jakiegoś owada, może takiego, jakie widziała wcześniej w Marau: szafirowego bąka wielkości dłoni. Na horyzoncie powstała mała, biała kulka, która z minuty na minutę wzrastała miarowo, a wraz z nią wzmacniał się dźwięk. Kula urosła znacznie, u jej stop pojawił sie czarny punkcik, który zaczął przybierać konkretny kształt. Kształt samochodu. Rahul i Paulo wymienili spojrzenia.

– Wejdź do samochodu, se?ora. – Rahul nie spuszczał wzroku ze zbliżającego się pojazdu i przeszedł z Julią na stronę pasażera.

Samochód, podjeżdżając, zwolnił tempo. Ciemno – srebrna toyota hilux, lepszy model o jakieś dziesięć lat, zatrzymała się przed trójką i z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Obaj byli postury Arnolda Schwarzeneggera, mocno opaleni. Wyszli z pojazdu, nie zamykając za sobą drzwi. Rozpięte koszule nonszalancko powiewały wraz z kolejnym, zamaszystym krokiem. Ciemne okulary nie pozwalały wybadać, na co spoglądali. Spod koszuli, w blasku słońca zalśnił srebrny pistolet wsadzony za pasek. Julia obserwowała wszystko z wnętrza samochodu, ale drzwi były otwarte, a panowie zbliżali się zbyt szybko. Zmrużyła oczy, żeby lepiej przyjrzeć się widokowi. Znów retrospekcja, ale nie mogła zdecydować, skąd zna tę scenę.

Bom gia – odezwał się jeden nieokreślonym tonem i z dialektem portugalskiego.

"Nie można wybadać nastawienia" – pomyślała. "Bardzo profesjonalnie".

Bom gia – odpowiedział najpierw Rahul, a potem Paulo.

Julia zdecydowała, że będzie siedziała cicho i zobaczy, co będzie dalej.

Nieznajomy, przechodząc obok jej drzwi, ukłonił się nieznacznie i jeszcze raz się przywitał, tym razem już tylko z nią. Odpowiedziała grzecznie i niepewnie wysiadła z samochodu. Panowie podeszli to tyłu pojazdu, gdzie działa się akcja, i zapytali, co się stało, skąd są, dokąd jadą i tak dalej. Rozmawiali po portugalsku. Okazało się, że pracują w San Juan, miasteczku pomiędzy Puerto Suarez i Santa Cruz, jednak nie przy "głównej drodze". Trzeba zjechać z tej na jeszcze mniejszą i po godzinie jazdy jest się w miasteczku. Atmosfera nawiązała się dosyć przyjazna, ale wciąż z nutą rezerwy. W końcu nigdy nic nie wiadomo. Spojrzeli na przebitą oponę, potem sprawdzili pozostałe.

– Macie stare opony. Widzisz to wyżłobienie w bieżniku? Jeśli przyjrzysz się bliżej, wszystkie mają lekkie pęknięcia. To znaczy, że opona jest już stara i guma zeschnięta, przez co staje się bardziej podatna na przebicie tymi oto kamyczkami. – Wskazał na drogę i kopnął w kilka. – Radziłbym wrócić do poprzedniej wioski, żeby naprawić oponę. Następną miejscowość macie dopiero za kilka godzin, a jak padnie kolejna opona, to będzie kłopot. Zawróćcie, gdy wjedziecie do pierwszej wioski, mechanik będzie po lewej stronie, na pewno znajdziecie, ma sporo opon przed domem.

– Dzięki za rady, wszystkiego dobrego.

Dziwne spotkanie zakończyło się uściskiem dłoni, po czym panowie odjechali.

– Mogło być znacznie gorzej – mruknął z lekkim niedowierzaniem Rahul, kręcąc głową, jak tylko zatrzasnęły się ich drzwi.

Wszyscy sposępnieli. Nie było podstaw, żeby nie wierzyć nieznajomym – wyglądali na wyedukowanych i jeśli to prawda, że pokonują trasę codziennie, naprawdę wiedzą, w czym rzecz.

Po debacie co dalej, stwierdzili, że zawrócą. Paulo pędził z podwójną prędkością, nie tylko chcąc nadrobić stracony czas, lecz także nadgonić to, co stracą w następnych kilku godzinach. Pomógł też przyjemny fakt, że po raz pierwszy od długiego czasu wiedzieli, gdzie jadą i co ich czeka. Bardzo to miłe uczucie.

Dotarli do wioski. Znacznie zwolniwszy, wypatrywali mechanika. Wszystkie lepianki wyglądały prawie tak samo, szare prostokąty smutno wyglądały na drogę. Każda z nich miała okienko i proste drzwi. Wszystko umorusane, jakby niemyte od pięćdziesięciu lat. W końcu na podwórku jednej z nich zobaczyli opony. Paulo zatrzymał pojazd na środku drogi i oboje zastygli w bezruchu.

– Na pewno nie będę naprawiał tutaj tego samochodu – zarzekał się zaciekle, ale wszyscy wiedzieli, że właśnie tak będzie.

Obraz "warsztatu" przerósł oczekiwania podróżujących. Podjechali bliżej. Ukazał im się zakurzony placyk z tysiącem starych, często zardzewiałych części samochodowych, w prawym rogu zadaszenie – falowana, wykrzywiona blacha na czterech drewnianych palach. Przy wejściu pod to coś stał wielki kloc, a na nim czaszka lamparta, o czym Julia dowiedziała sie od Paula. Polowanie na lamparty jest nielegalne, więc poradził, żeby robić zdjęcia po kryjomu. "Mechanik na pewno ma przy sobie niejedną dubeltówkę" – pomyślała w duchu, a gdy odwracała głowę, jej wzrok zatrzymał się na dwóch lufach spoczywających spokojnie przy akurat "naprawianym wozie". Jej oczy mimowolnie powiększyły swój rozmiar dwukrotnie. Całość instytucji spoczywała na starym, jakby zużytym i szalenie brudnym piachu – pyle wysłużonym i udeptanym przynajmniej milion razy.

– W czym mogę pomóc? – Na dźwięk rubasznego głosu wszyscy podskoczyli, wyrwani z podziwiania miejsca, które wciąż oglądali z niedowierzaniem, było naprawdę niezwykłe.

Paulo pokazał mężczyźnie przebitą oponę, a ten, ociągając się, zdjął ją z tyłu samochodu, przy okazji ogarniając wzrokiem ich walizki, które już nie mieściły się w środku. Zanim zabrał się do pracy, na prośbę Julii zabrał ich do "toalety". Bardzo szybko postanowiła, że na czas podróży przestać pić i jeść. Zupełnie. Dzika dziura w ziemi nie była nawet porządnie wykopana, leżała przy niej tylko jedna deska, na której trzeba było stanąć, odwracając się tyłem do otworu. Całość obudowana była trzema ścianami, to znaczy kilkoma zbitymi deskami, mającymi imitować ścianę. Haczyk zmykający jedną z nich nie trzymał zapinki, więc drzwi były na wpół otwarte. Czwartą część kwadratu stanowił płot sąsiada.

Na oponę czekali trzy godziny. Brudni, zmęczeni, we wściekłym upale. Na szczęście zabrali coś do przekąszenia na drogę, ale po południu, nadal czekając, postanowili przejść się po wiosce. Na marnym, kwadratowym placyku mającym przypominać rynek stało kilka budek. Jedna z wielką misą wypełnioną olejem, w którym starsza pani smażyła paszteciki, w drugiej sprzedawano klapki, a w trzeciej – tajemniczy napój o kolorowej zawartości. Przy ostatniej zgromadziło się sporo dzieci. Tam też Paulo zaciągnął Julię. To cudo to nic innego jak zmielony lód podawany w kubeczkach, polany kolorowym syropem. Mała rzecz, a cieszy.

W obskurnym (wtedy tak jej sie wydawało) warsztacie czekali na oponę jeszcze przez trzy godziny. Wprawdzie mężczyzna zabrał się od razu do pracy, tylko tłumaczył im, że klej, którego użył do zaklejenia dziury, musi tak długo schnąć. Opona została naprawiona. Jak się później okazało, niezbyt fachowo. Wyruszyli więc ponownie. Teraz z poczuciem, że nawet i tu można liczyć na pomocną dłoń pośrodku nikąd. Podążając na zachód, rozmyślając o ostatnich wydarzeniach, Rahul wspomniał, że jeszcze niedawno średnio jedna osoba dziennie ginęła na tej trasie. Paulo wahał się, czy przetłumaczyć te słowa Julii.

Do San Juan dotarli późnym wieczorem. To była oczywista zmiana planów, musieli gdzieś przenocować. Z ulgą powitali zabudowania, od razu szukając najlepszego hotelu. Wjechawszy do miasteczka, zatrzymali się na stacji benzynowej. Tak właśnie doradzili im ostatni pomocnicy. Nie tylko miasteczka były od siebie oddalone, i to znacznie, ale też często boliwijskie stacje nie miały akurat diesla – albo właśnie go zabrakło, albo nie było go od kilku dni lub tygodni i nie wiadomo, kiedy pojawi się dostawa. Dlatego trzeba było tankować na każdej stacji, którą się spotkało. Stres związany z brakiem paliwa powracał do nich wielokrotnie. Czasami zdarzało się, że już podczas wjazdu na stację, pracownik krzyczał no hai, machając dłonią w prawo i lewo, co prawie na całym świecie oznacza "plus–minus". Tam oznacza zdecydowane "nie". Tym razem zatankowali do pełna, szczęśliwi, że właśnie na tej stacji diesel się znalazł.

Po szybkiej kolacji, naprawdę zadowoleni, zasnęli momentalnie.

Do Santa Cruz pozostało około dwustu pięćdziesięciu kilometrów, ale wszyscy, bez wyjątku odradzali tę trasę. Podobno droga z pyłu i kamieni przemieniała się w piaskową maź i koła "tonęły" do połowy. Spoglądając na toyotę, kiwali głowami i przypuszczali, że da radę, ale nie warto. Wybierając okrężną drogę i nadkładając sto pięćdziesiąt kilometrów "złą" drogą, jedzie się tylko kawałek, potem zaczyna się asfalt. Asfalt! Dłuższa trasa bez dwóch zdań.

Skoro droga prowadziła przez San Rafael, Santa Ana i San Ignacio, zdecydowali, że trochę pozwiedzają. Rahul nigdy nie był w tej części Boliwii. Szeroko otworzyły się jego oczy, gdy z zapartym tchem opowiadał o kościołach – pozostałościach po misjach, z którymi przyjechali tutaj jezuici z Europy, żeby przemieniać serca lokalnych. Urocze, wciąż działające. Wszystkie przylegały do małych rynków, w podobnym stylu, o podobnej strukturze, każdy piękny, każdy niesamowity. W jednym z nich po zamaszystym wtargnięciu na posesję kościoła podeszła do samochodu siostra zakonna, która przedstawiwszy się, zdradziła, że pochodzi z Austrii. Była przeszczęśliwa, gdy Julia przywitała się słowami Grüss Gott, i poczęstowała wszystkich herbatą oraz ciasteczkami, opowiadając o dawnej świetności zabytków, misjonarzach i serdeczności mieszkańców. Po San Ignacio rzekomo mieli "wpłynąć" na asfalt, ale prawdziwej drogi jak nie było widać, tak nie było. Frustracja rosła z minuty na minutę. Prawie z zapartym tchem wyglądali zza kolejnego zakrętu, teraz mając już nadzieję na cud. Pył oblegał wóz i całe wnętrze z każdej strony, mieli kłopoty z oddychaniem, biała warstwa miału leżała na wszystkim wewnątrz samochodu, nie mówiąc o walizkach na naczepie. Mieli serdecznie dosyć wyboistości, kamieni, które notorycznie uderzały w podwozie, robiąc wielki hałas i co jakiś czas wywołując ogromny niepokój, czy aby coś nie pękło od spodu.

Frustracja przerodziła się w złość. Od ciągłych nierówności bolały ich wszystkie mięśnie i kości, a głowy od stukających non stop o podwozie kamieni. Rahul z tylnego siedzenia tłumaczył coś Paulowi, ten od czasu do czasu komentował, ale częściej po prostu milczał. Ich towarzysz był rozmowny. Czasami mieli go ochotę wysadzić, ale tak naprawdę dzięki niemu Julia podszkoliła hiszpański. Po kilku pytaniach, co oznacza kolejne słowo, okazało się, że początek podaje po hiszpańsku, drugą połowę po portugalsku. Ustalili z Paulem, że od przekroczenia granicy z Boliwią porozumiewają się tylko po hiszpańsku.

Rahul był chyba zbyt zdenerwowany, żeby zasnąć, wcześniej nie przeszkadzały mu żadne wertepy, chrapał bowiem jak szalony. Teraz nie było mowy o spaniu. Narzekał na niesłowność swoich rodaków, na znajomego konsula i rzeczywisty stan dróg.

– Kurwa, kurwa, kurwa! – krzyczał, a Julia uniosła brwi z niedowierzaniem.

– Skąd znasz polski? – Ze zdzwinieniem odwróciła się do rozgorączkowanego Rahula. Nie rozumiał.

– On narzeka, że na tej drodze są same zakręty. – Paulo zwijał się ze śmiechu. Curva po hiszpańsku znaczy zakręt.

Z kolei droga to okropne przekleństwo.

Atmosfera trochę się rozładowała. Przenieśli się na kolejny etap emocjonalny. Ze złości pozostały strzępy, było im już wszystko jedno. Tracili nadzieję i z obojętnością podziwiali te same widoki. Po San Ignacio zmieniła się geografia terenu. Przybyło zakrętów, wzniesień, a najgorsze były zakręty na wzniesieniach. Nie starczało już sił na śledzenie trasy, dywagacje, adnotacje. Wtem, zupełnie znikąd, pojawiły się chmary motyli, białych, niezbyt wielkich, ale delikatnych i bezbronnych. Paulo nie zwolnił, wiele z nich lądowało na szybie. Jechali w motylowym gąszczu około pół godziny, po czym tak jak pojawiły się znienacka, tak zniknęły. Prawie nierealne przeżycie znów uwrażliwiło ich trochę, odrywając od przyziemności trudnych dróg. Rahul co chwila z lekkim przegięciem głowy chwalił buen corazon Julii, czyli wrażliwe serce, gdy ubolewała nad zbyt krótkim życiem owadów lądujących na przedniej szybie.

Po stu pięćdziesięciu kilometrach brudu, zupełnie zasłużenie, asfalt w tajemniczy sposób, tak jak poprzednio zniknął, tearaz pojawił się pod kołami samochodu. Nie posiadali się ze szczęścia.

Kolejna destynacja: Santa Cruz. Popatrzyli na znak: czterysta dwadzieścia pięć kilometrów. Słońce już zachodziło, ale to spostrzeżenie nie budziło w nich żadnego niepokoju. Poprawa sytuacji na drodze zdecydowanie dodała im otuchy.

Małe miasteczka pojawiały się i znikały. Te same lepianki, ci sami ludzie nędznie ubrani, brudni. Dzieci bawiące się przy drodze patykami i jeżdżące na rozpadających się, zardzewiałych rowerach. Po trzeciej nieudanej próbie zatankowania i słysząc kolejne no hai, trochę się zmartwili, bo oczywiście nikt nie wiedział, za ile kilometrów będzie następna stacja, nie mówiąc o tym, czy zdobędą na niej paliwo. Nikt o tym nie rozmawiał, ale każdy miał już scenariusz, co się stanie, gdy samochód przestanie się poruszać i utkną na marnej boliwijskiej drodze na całą noc albo dłużej. O ile przeżyją. W końcu podjechali do kolejnej stacji, przywołując wszystkich świętych, bo wskaźnik paliwa zaczął zbliżać się do zera, a pomarańczowe światełko lampki kontrolnej wściekle rozjaśniało noc.

Ciemność spowiła Boliwię, licznik wciąż informował, że pozostało trzysta kilometrów. Rozmawiali o zmęczeniu i o tym, że muszą się zmienić za kierownicą, kiedy to niespodziewanie dołączyli do gigantycznego korka. Najpierw przypuszczali, że to zamknięty przejazd przez tory kolejowe, ale kolejka była zbyt ogromna. Na prostej drodze ciągnęła się aż po horyzont. Chłopcy wyszli z samochodu i zaczęli rozpytywać innych podróżujących, co się stało.

Grubo przed nimi wił się most na leniwej, o szerokim korycie rzece. Most był niezwykły: cały w drewnie, nie wiadomo, ile liczącym lat, wąskim na jeden pojazd. Pośrodku biegły tory kolejowe, na których dla samochodów zbudowane były dwa rzędy z drewnianych pali, źle ułożone i luźne. Trzeba było naprawdę uważać, żeby nie utknąć kołem pomiędzy belkami. Auta poruszały się bardzo powoli, a ciężarówki mieściły się po prostu na styk.

Każdy miał swoją kolej: najpierw samochody z zachodu, potem wschodu, pociąg. Spędzili na czekaniu dwie godziny. Rozglądając się wokół, można było nabrać przekonania, że taka historia to tutaj nie nowość. W międzyczasie po obu stronach drogi toczyła się akcja: wzdłuż rozstawione były budki, jakby odpustowe, a tam najróżniejsze atrakcje: w jednej rozlewano piwo, w drugiej smażono różne lokalne zakąski, były też słodycze, a z każdej strony sączyła się salsa! Rahul nie mógł uwierzyć umiejętnościom parkietowym Julii i cała przygoda przeistoczyła się w dwukilometrowe party.

Przekroczenie mostu to dwadzieścia minut na wdechu. To był prawdziwy majstersztyk zmieścić się na balach, pod którymi straszyły półmetrowe dziury, a potem tylko woda. Przed nimi jechała ciężarówka, która dwa razy zahaczyła lekko o metalową konstrukcję mostu, która przytuliła ją z obu stron. Za drugim razem posypało się kilka iskier, ale kierowca nie przejął się zbytnio, pędząc przed siebie jak zwariowany, zostawiając ich lekko w tyle. Całość przejechali z powodzeniem, podziwiając Paula świetnie dającego sobie radę z prowadzeniem wozu.

Dochodziła północ, kiedy dotarli na drugą stronę mostu. Radość z pokonanej trasy od razu została przygaszona przez nową przeszkodę: oto przed nimi "urosła" budka. Drewniana, metr na metr. Tak jak na granicy. Kwadratowa, z trójkątnym daszkiem i szlabanem. Obstawiona policjantami z gigantycznymi karabinami. Jeden z nich zatrzymał samochód i kazał zjechać na pobocze.

29

Rahul swoją postawą dodawał im strachu. Był przecież stamtąd i powinien wiedzieć, o co chodzi. Nie do końca wiedział. Wykonywał nerwowe ruchy, a jego głos trząsł się, zadając w kółko pytanie: co teraz będzie? Julia nie wiedziała, co o tym myśleć. Widok karabinu trochę mieszał jej uczucia, ale wrodzona zimna krew nie pozwalała panikować.

Policia militar – ze wszystkich stron krzyczały na nich litery. Policjanci przechadzali się w prawo i lewo. Na wyprężonych ciałach pokrytych identycznymi mundurami na skos przewieszone były olbrzymie karabiny, całość wieńczyły szarozielone czapki przypominające Julii polskie z drugiej wojny światowej. Każdy z nich miał obie ręce położone na broni, jedną ręką przytrzymując lufę, drugą dotykał spustu. Obie gotowe do strzału.

Oficer podszedł do samochodu od strony kierowcy i z kamienną twarzą omiótł wzrokiem zawartość wozu.

– Poproszę dokumenty.

Podczas gdy przeglądał pięć stronic różnych papierów, podeszło do nich jeszcze dwóch policjantów. Otworzyli maskę samochodu i szukali, nie wiadomo czego. Po dziesięciu minutach uporczywych poszukiwań poprosili Paula o wskazanie jednego z nich. Szukali wszyscy. Rahul zaczął się chyba modlić, bo mamrotał coś pod nosem, zaglądając we wszystkie zakamarki maszyny. Mundurowi niecierpliwili się. Jeden z nich przeklnął, splunął i odszedł. Zaczęli się denerwować, nie wiedząc, co się dzieje i co będzie dalej. Zabrali im wszystkie paszporty, a to była zawsze najgorsza część takich sytuacji. Po kilku minutach pierwszy oficer w końcu stracił niecierpliwość.

Colaboratión! – Widząc, że nadal nie złapali "haczyka", powtórzył jeszcze raz, patrząc na nich dwuznacznie.

Spojrzeli po sobie, nadal nie rozumiejąc. Oczywiście! Napiwek!

Do Santa Cruz dotarli o pierwszej w nocy. Wcale nie po czterystu kilometrach, ale po trzystu dwudziestu pięciu. Resztę trasy pokonali w błyskawicznym tempie, będąc nadal pod wpływem emocji.

Tej nocy Julia nie mogła zasnąć. Jak już się udało, to upiorni karabinierzy mącili spokój, męcząc ją jakimiś pytaniami, ktoś ją popychał, wymuszał coś, nie wiedziała, o co im chodzi. Obudziła się nad ranem. Wolała już nie wracać w senne mary i wybrała samotne zwiedzanie miasta o piątej nad ranem. Zawsze lubiła w ten sposób poznawać okolice: sama i wtedy, gdy miasto jest puste. Niebo błyszczało już na horyzoncie zapowiedzią nowego dnia. Powietrze było rześkie i nawet radosne. Czuła, że to będzie dobry dzień.

Po przedostaniu się do Montero, około pół godziny za miastem, złapali gumę. To samo koło, to samo miejsce. Każdemu stanął przed oczami mechanik w pamiętnym grajdołku, nie żywili do niego najlepszych uczuć, jednak w tym momencie negatywne wibracje zdecydowanie wyblakły z perspektywy czasu i przeżytych, świeższych emocji. Akurat była niedziela. Jak pech, to pech. Przejeżdżali przez maleńkie mieściny, w których wprawdzie od czasu do czasu rzucały się w oczy oberwane szyldy z napisem Borracharia, czyli naprawa opon, ale przy nich zainstalowane były tylko marne budy i kilka opon ustawionych z każdej możliwej strony. Nie było wyjścia. Niestety "mechanik" nie miał ani jednej opony pasującej do hiluxa, więc zamontował ciut mniejszą. Rahul był przekonany, że to jest w porządku i nie uszkodzi samochodu. Paulo wahał się, ale wiedział, że nie można ryzykować. W końcu przystali na mniejszą i ruszyli do Cochabamba. Zaczęły się góry i kamienna droga na przemian z marnej klasy asfaltem, rozsypującym się co dwa metry i tworzącym dziury – takie w sam raz na pierwszy i drugi bieg. Nihil novi.

Wciąż zastanawiali się głośno, jak szkodliwa była ta jedna, niepasująca opona, ale nie było co gdybać. Trudno, czasem się mówi. Zaskoczyła ich mgła i trochę deszczu. Krajobraz zmienił się drastycznie: z suchej sahary wjechali w deszczowy las, a to oznaczało mnóstwo zieleni. O siedemnastej zatrzymali się na małą przekąskę w jednej z kolejnych przydrożnych restauracji, które do prawdziwych miały daleką drogę. Żując regionalne impanadas i zadzierając głowy mocno do góry, żeby przyjrzeć się mglistym i sięgającym nieba szczytom gór, zastanawiali się, co czeka na nich w następnych kilku godzinach. Rahul wydawał się zadowolony jak nigdy. Wyczuwał już bliskość domu i wprawiał pozostałych w takie samo nastawienie. Przebąkiwał, że dzielą ich dwie godziny do celu, i nawet zadzwonił z lokaliku do żony, żeby przygotowała kolację na czas.

Niebo zakolorowało się na ciemno, mglisto, no i spadł deszcz. Powolne ciężarówki nie dawały się wyprzedzić i w efekcie posuwali się dwadzieścia kilometrów na godzinę. Stroma droga z wieloma odcinkami niby w budowie tak naprawdę wyglądała, jakby przeżyła drugą wojnę światową i nigdy nie doczekała się naprawy. Wszystko wyglądało naprawdę alarmująco. Z prawej strony non stop wisiała groźba osunięcia się w ogromną przepaść, czasami dziury na prawym pasie były tak duże i osypujące się w dół, że trzeba było zaczekać na samochód z przeciwka, żeby wyminąć je lewym pasem. Na dodatek trasa wydawała się ciągnąć w nieskończoność! Za jednym stromym, wyboistym podejściem pojawiało się kolejne i tak przez wiele, wiele godzin. Nieszczęsny Rauhl nie wiedział, jak długo zajmuje podróż z ostatniego miasteczka do jego miasta, bo właśnie Cochabamba była ostatnim punktem wyprawy, destynacją, której wyczekiwali już od bardzo długiego czasu.

Na miejsce dotarli o dwudziestej trzeciej piętnaście. Rodzina Rahula, serdeczna nad wyraz, przywitała gości bardzo gorąco. Jednak po kilku dniach intensywnej obecności nowego przyjaciela w ich codzienności, z ulgą Julii i Paula, ale ku niezadowoleniu gospodarzy, wynajęli hotel. Z nadszarpywania życzliwości rodzą się czasami nieciekawe skutki. Rodzina nowego przewodnika była typową latynoską familią z otwartym sercem i życzliwością ponad normę. Co ciekawe, generalny odbiór Boliwijczyków nie przedstawiał się korzystnie: ze wszystkich dało się odczuć chłód i życzliwość tak oszczędną, że ocierała się o arogancję. Traktowali turystów jak zło koniecznie, zasłaniali twarze, unikając aparatów fotograficznych.

Przekonali się, że Rahul mówił zupełnie poważnie co do zamiaru połączenia narzeczonych węzłem małżeńskim. Od razu pojechali do prawnika. Bardzo profesjonalnie prezentująca się kobieta w średnim wieku ze skórzaną teczką i włosami zaczesanymi do tyłu jak prawdziwy prawnik, po wysłuchaniu sprawy i przewertowaniu dokumentów bez zażenowania stwierdziła, że nie ma żadnego problemu. Zupełnie zszokowani, z blaskiem oczu rozświetlonych nowym szczęściem, po raz trzydziesty w ostatnim miesiącu skserowali paszporty, oddali potrzebne dokumenty, po czym kazano im przyjść za tydzień.

Spokojni i z nieukrywanym uczuciem ulgi zostawili zmartwienia weselne w biurze pani prawnik i całą energię skierowali na biznes, rozglądając się po mieście w poszukiwaniu antyków. Cochabamba śmierdziała spalinami starych samochodów, które sprowadzano z Japonii, zupełnie już wyeksploatowane. Wykorzystywane były też jako taksówki. Bardzo często można było zauważyć, że kierowca wraz ze swoją prowizoryczną kierownicą siedział po lewej stronie, a deskę rozdzielczą miał po prawej i nie widział ani jak szybko jedzie, ani ile zostało mu benzyny! Przerabianie samochodu na ruch prawostronny nie było opłacalne, innymi słowy – przystali tylko na małe poprawki. Samochody nie miały zamontowanych katalizatorów. Dla Boliwijczyków to zdecydowanie nie było priorytetem. Na dodatek wysokie ukształtowanie terenu sprawiało, że po ulicach roznosił się okrutny, ciężki dym spalin, utrudniający oddychanie.

Przeglądnęli sklepy dwa razy. Rozmawiali ze wszystkimi dealerami sztuki i antyków. Przed podróżą do innych miast Boliwii zatrzymywało ich tylko planowane spotkanie z panią prawnik. Podczas jednej z kolacji Rahul polecił odwiedzenie lokalnego kościoła, w którym rzekomo mieszka polski ksiądz. Poszli. Gdy okazało się, że pochodzi z tej części Polski co Julia, wobec perspektywy nadchodzącego ślubu, poczuła się jak w domu.

Następnego dnia pani prawnik chwyciła za telefon i powiadomiła Rahula w krótkiej i zwięzłej wiadomości, że potrzebuje jeszcze tydzień, ale na przyszły czwartek na pewno wszystko będzie gotowe. Postanowili zatem udać się do La Paz.

30

La Paz, jak na stolicę, nie przedstawiało się urzekająco. Ciekawie, ale nie urzekająco. Raczej budziło pytanie: jak ludzie mogą tutaj mieszkać i funkcjonować? Pełna nazwa to La Ciudad de Nuestra Se?ora de La Paz, czyli Miasto Naszej Pani Pokoju. Miasto położone jest w dolinie, otoczone gołymi skałami o wysokości ponad trzy tysiące pięćset metrów nad poziomem morza, brakiem tlenu, roślin, życia, jeszcze bardziej uwypukla boliwijski charakter mieszkańców. Przez wiele dni zwiedza się okolice z atakami duszności, zawrotami, często też z bólem głowy, a okoliczni mieszkańcy, współczując cierpieniom przyjezdnych, podsuwają na każdym kroku liście koki – raz surowe, do żucia, raz zaparzoną z nich herbatę. Pomimo wielkiego szoku żują liście, uświadamiając sobie, że ziele jest głównym produktem białego prochu, który jest zakazany nawet tutaj. Żują. Smak liści nie jest przyjemny, przypomina trochę tytoń wymieszany z trawą. Herbata smakuje jak zwykła ziołowa, też niezbyt przyjemna. Na dolegliwości związane z przebywaniem na takich wysokościach nie ma innego lekarstwa. Wbrew powszechnym opiniom liście koki (Erythroxylon coca, czyli krzew kokainowy, rosnący w Ameryce Południowej, z którego separowana jest kokaina), nie powodują żadnego odurzenia, a ich żucie nie ma nic wspólnego z narkotyzowaniem się.

Dawno temu Indianie peruwiańscy zauważyli ich oddziaływanie i używali koki w celach obrzędowych, a także podczas dalekich wypraw. U Inków koka uosabiała obecność bogów na Ziemi, dlatego pola uprawne traktowano jak sanktuaria. Ten, kto spożywał kokę, miał wszystko – szczęście, miłość, szacunek i dobre zdrowie. Kiedy Hiszpanie podbili inkaskie imperium, nie mogli nadziwić się górskim pasterzom niezwykle odpornym na zimno, tragarzom nieodczuwającym głodu i zmęczenia ani górnikom ciężko pracującym praktycznie bez wytchnienia. Tajemnica tkwiła w koce. Bez jej zażywania Inkowie szybko tracili siły i zaczynali chorować. Niestety od czasu, gdy w tysiąc osiemset pięćdziesiątym dziewiątym roku niemiecki chemik Albert Niemann wyizolował kokainę z liści koki, wizerunek rośliny zmienił się diametralnie. Stała się krzewem utożsamianym z narkomanią, zakazanym niemal we wszystkich krajach.

W Peru i Boliwii liście są legalne. Można ich używać bez żadnych ograniczeń, są dostępne na każdym targu warzywnym. Potomkowie Inków traktują liście koki, jak u nas traktuje się rumianek czy miętę. Przechodząc ulicą, można zobaczyć rozłożone płachty plastikowych mat z wielkimi górami suszonych liści przeznaczonych na sprzedaż.

Żują wszyscy. Na każdym kroku spotyka sie Indian Ajmara lub Keczua, których usta są w stałym ruchu góra – dół, rozcierając zębami liście. Doświadczalnie stwierdzono, że roślina ta wzmacnia organizm, pomaga astmatykom, uśmierza bóle brzucha, łagodzi skutki oparzeń, stabilizuje ciśnienie, przyspiesza gojenie ran. Znane są też przypadki leczniczego działania koki w chorobach wenerycznych, żółtaczce oraz przy zapaleniach i obrzękach płuc. Mate de coca w saszetkach jest tam tak powszechna jak u nas herbata Lipton. Napar z liści koki stosuje się też na przeziębienie i osłabienie.

ONZ uznaje liście krzewu kokainowego za narkotyk. Boliwia zatem wycofała się z konwencji antynarkotykowej. Wojskowy rząd Boliwii ratyfikował tę konwencję w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym roku, zobowiązując się do zlikwidowania koki w ciągu dwudziestu pięciu lat. Morales teraz przyznaje, że akcja była "historycznym błędem", który trzeba naprawić. Żąda, by żucie liści pozostało legalne, gdyż w formie naturalnej nie są narkotykiem i od wieków mają swe miejsce w kulturze andyjskiej.

Na miejscu, po kilku dniach pukania do drzwi ludzi, którzy rzekomo mieli być dobrymi znajomymi Rahula, a o przyjeździe biznesmena z USA nie wiedzieli, skończyło się właściwie tylko na sukcesie rozmowy z jednym dilerem, którego Paulo znał od lat. Był z pochodzenia Włochem. Giovanni wysłuchał historii ostatnich kilku tygodni i listy przeszkód, które para napotkała, przy wspaniałej kolacji zorganizowanej przez jego gosposio-przyjaciółkę – trudno powiedzieć, bo większość czasu spędzała w kuchni, na chwilę tylko usiadła z nimi przy stole, ogarnięta czułym wzrokiem Giovanniego. Gdy Paulo dobrnął do końca swojej przedmałżeńskiej historii, ścisnął wargi, przymrużył oczy, pokręcił przecząco głową i machając ręką, powiedział:

– Tak, to standard. Spróbuj wywieźć stąd prawdziwe antyki.

Do dziś nie wiadomo, dlaczego Giovanni postanowił opuścić uroczą Italię, wyjechać do Boliwii i wybudować śliczny dom na skałach suchego La Paz. Kto wie, może ukrywał się tam przed swoim rządem albo jeszcze kimś innym? Skoro ludzie przyjeżdzali tam z połowy świata zawierać małżeństwa, wszystko było możliwe.

Wykorzystując sytuację, jednego dnia zabawili się w turystów, porzucając idee biznesowo-małżeńskie, i pojechali obejrzeć Tiahuanaco, ruiny plemion, które zasiedlały ten teren od sześciuset lat przed naszą erą. Każdy metr kwadratowy zapierał dech, krążyli ze świadomością obcowania z niejako sacrum. Plemię zniknęło z powierzchni Ziemi w okolicach tysiąc dwusetnego roku naszej ery, stając się kolejną "zaginioną" cywilizacją. Znaleziono ścisłe powiązania z inną kulturą, która później stała się imperium Inka. Skarby Tiwanaku zostały rozsiane po czterech stronach świata. Ich złoto zostało zrabowane przez Hiszpanów, wczesne narzędzia i ceramika masowo zniszczone przez religijnych fanatyków, którzy uważali Indian za pogan. Niektóre z zabytków znalazły drogę do europejskich muzeów. Na miejscu dowiedzieli się, że są oddaleni od Titicaca o piętnaście minut jazdy. Dlaczego zatem nie rzucić okiem na najwyżej położone jezioro świata?

Nie minęło nawet dziesięć minut jazdy, kiedy zatrzymała ich policja. Tym razem z powodu zamieszek. Na drodze prowadzącej do jeziora zgromadził się spory tłum z kamieniami w ręku, próbując dać upust złości i nienawiści prawdopodobnie skierowanym do rządu lub prezydenta. Podjechaliby trochę bliżej, ale wszystkie samochody zaczęły zawracać. Wciąż mieli nadzieję na ominięcie całej maskarady. Droga była tylko jedna. Po obu stronach otulały ich spierzchnięte stepy ubrane w suche krzewy. Skandujący proletariat Boliwii zaczął wykrzykiwać slogany i wypuszczać bezświetlne fajerwerki w niebo. Kilka wozów policji odgradzało tłum od samochodów. Krzyczeli zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Wszystkie panie wyglądały prawie tak samo, w długich, czarnych warkoczach zaplecionych po obu stronach głowy, łączących się na plecach w kępkę z czarnej wełny nazwanej pocacha, na czubku głowy zaś nieruchomo spoczywał mały melonik, który będąc przechylony, oznacza, że ma się do czynienia z panną, prosty zaś, na czubku głowy – z mężatką. Kapelusze nie są przyczepiane żadnymi spinkami, cały czas jednak zręcznie wybalansowane na głowie właścicielki. Pollera – tradycyjne spódnice – sięgały do dolnej części łydki, skonstruowane były z wielu warstw materiału, bardzo kolorowe, plisowane tylko u mężatek. U kobiet wolnych szyte na prosto. Na nogach płaskie buty i wysokie skarpety zrobione z wełny lamy, które pasą się na odrobinie namiastki trawy, jak nasze baranki. Wełna lamy i alpaki jest dużo przyjemniejsza i milsza w dotyku po najprostszej z obróbek. Stroju dopełniała obowiązkowa chusta uszyta na kształt trójkąta, ahuayo, ręcznie robiona, także z wełny, niegdyś farbowana naturalnymi barwnikami z owoców i nasion, teraz wytwarzana w Południowej Korei. Chusty służą paniom do noszenia różnych rzeczy – od koki, przez zakupy, po dzieci.

Na drodze, ułożone wzdłuż i blokujące oba pasy, leżało rozbite szkło w cudownym, kobaltowym kolorze.

– Zastanawiam się, czy rozbili te niebieskie butle, które kupujemy tutaj i sprzedajemy w USA za sto dolarów od sztuki... – mruknął Paulo, śledząc wydarzenia.

Nie było wyjścia. Musieli zawrócić. Jezioro błyszczało na horyzoncie, u stóp niesamowitych, niepokonanych i niepokornych gór. Tylko tyle przewidział dla nich ten punkt programu.

Pomimo ogromnego zmęczenia i nieustannej niepewności o to, z czym trzeba będzie się zmierzyć kolejnego dnia, z wielkim wahaniem, ale w końcu z przekonaniem, ustalili, że wypróbują najbardziej niebezpieczną drogę świata, nazwaną wprost Drogą Śmierci. Takiej przygody jeszcze nie mieli. Zresztą, czy może być groźniej niż na samotnej drodze, w jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie? Poza tym mieli Rahula, który wprawdzie stał się bezużyteczny, ale w jakiś sposób dodawał im otuchy. Jakby nie było, był jednym z "nich". Ostatecznie jednak zapadła decyzja o utrzymaniu wyjazdu w tajemnicy, a nuż postanowiłby nie zgodzić się na wypuszczenie ich z miasta.

31

Nie wiedzieć dlaczego, Julia dopiero po powrocie z wielkiej podróży przez Amerykę Południową, siedząc bezpiecznie w swoim fotelu, otworzyła internet i zapytała o życie w Boliwii. Można było dowiedzieć się na przykład, że oprócz zwykłych napadów rabunkowych zdarzają się agresywne zachowania miejscowej ludności, szczególnie na obszarach górskich oddalonych od większych ośrodków miejskich. Częste napady notuje się na szlaku z La Paz do dolin Yungas. Niebezpieczny ze względu na uprawy koki jest nizinny obszar Chapare, położony na północ i wschód od Santa Cruz. Zdarzają się przypadki okradania turystów przez ubrane po cywilnemu osoby podające się za policjantów i posługujące się fałszywymi dokumentami tożsamości lub legitymacjami policyjnymi. Albo że drogi w Boliwii, nawet te łączące główne miasta, są niebezpieczne ze względu na warunki terenowe i zły stan nawierzchni. Należy wyjątkowo uważnie wybierać linie autobusowe, zwracając też uwagę na stan techniczny pojazdów(!). Najlepsze było to: samoloty są w złym stanie technicznym.

W trasę wybrali się z samego rana.

Zajęło im dwie godziny, żeby wydostać się z centrum na przedmieścia. Nie udało się dociec, czy to codzienny korek, czy wyjątkowy pech. Skierowali się na mającą w zanadrzu kolejne niespodzianki Wielką Trasę.

Na początku dzień wydawał się słoneczny i przyjazny. Wraz z upływem godzin i kilometrów niebo zaciągało się szarością. Powoli zaczął siąpić deszcz, co dodawało całej sytuacji grozy. Zupełnie jak na planie Jurassic Park. Deszcz wywołał wielkie parowanie ziemi, która nasączona była gorącem. Mgła pokolorowała wszystko na szaro. Pozwijana droga ledwo majaczyła na horyzoncie, drzewa pochylały się smętnie, jakby pod ciężarem wody żałośnie mrucząc coś, muskane górskim wiatrem. Przed nimi bardzo szybko rosła nowa góra, a kamienista i wyboista droga zaczęła piąć się na szczyt, zacinając je od boku i eliminując przy tym wielkie nachylenie nawierzchni. Pojawił się pierwszy mostek. Właściwie tylko kłody zarzucone przez niewielki potok. Nic nowego. Na razie rozsadzała ich pozytywna energia i po wszystkich dotychczasowych doświadczeniach nie widzieli żadnego zagrożenia. Nic nie mogło ich już przestraszyć. Czuli się bardzo pewnie, bo wszystko wyglądało normal – jak na panujące warunki, oczywiście, boliwijskie. Zaczęli komentować z ironią, że kolejna informacja, którą udało się zdobyć, mianowicie, że ginęło tu od dwustu do trzystu podróżujących rocznie (teraz tylko około stu), była chyba przesadzona. Znowu. Nie wierzyli już nikomu. Spojrzeli na licznik – dziesięć kilometrów z sześćdziesięciu mieli już za sobą! Wielka rzecz. Tyle zamieszania o nic.

Droga powoli zaczęła się unosić mocniej i toyota zaczęła się wspinać po dosyć szorstkim i agresywnym zboczu góry. Ciekawe, jak robiły to samochody sto lat temu, bez napędu na cztery koła. Ciekawe, jak robią to ciężarówki dziś, te przedwojenne, ledwo uchodzące za pojazd i grożące rozsypaniem przy najechaniu na większy kamień czy co większą dziurę. Brzeg drogi nie był niczym oznaczony, ba, nawet nie miał żadnego krawężnika, barierki, zupełnie niczego. Widok skojarzył się trochę z kopaniem grobu. Kiedyś Julia widziała, jak kopie się taki wielometrowy, ściana ziemi jest pionowa, opadające przez przypadek grudki lecą tylko w dół, niszczone grawitacją, w końcu uderzają głucho o dno.

Miała nadzieję, że zobaczą inny zbiór dzikich zwierząt. Od tygodni oglądali nizinne żyjątka, teraz miała ochotę na trochę egzotyki.

Na terenie lasu deszczowego w tym rejonie opracowanych i w miarę aktywnych jest zaledwie kilka tras, które łączą amazoński las tropikalny północnej Boliwii ze stolicą. Szybko wznieśli się na wysokość czterech tysięcy sześciuset pięćdziesięciu metrów, opuścili chłodny i suchy teren Altiplano i zanurzyli się w mgnieniu oka w lesie ziejącym tropikalną mgłą i mżawką. Byli zmuszeni znacznie zwolnić, bo wraz ze wzrostem kąta podjazdu otulająca zbocza góry droga zaczęła się wić w jej fałdach. Droga zwężyła się już jakiś czas temu i zaczęli się zastanawiać, czy przeoczyli moment, gdy stała się jednokierunkowa, jak w Rio. Tam w podjeździe do Petropolis dwupasmowa szosa w taki sam sposób pieła się, zakręcając raz w prawo, raz w lewo do tego stopnia, że trzeba było zwalniać i wchodzić w zakręty na pierwszym biegu. W powrotnej drodze wracało się z drugiej strony góry. Jedyny pas miał teraz nie więcej niż trzy i pół metra szerokości. W międzyczasie, coraz bardziej regularnie, pojawiało się ogromne błoto spowalniające jazdę do tego stopnia, że musieli się zatrzymywać na środku tej ścieżki i ruszać z pierwszego biegu. Paulo radził sobie nieźle, zważywszy na fakt, że od dzieciństwa jeździł samochodami z automatyczną skrzynią biegów. Na początku silnik gasł mu na podjazdach, ale to było wiele tygodni temu, w nieznośnym, błotnistym Marau. Teraz, po kilku tysiącach kilometrów treningu, prawie na drugim końcu kontynentu, podołał bez zarzutu.

Julia spojrzała w prawo i musiała podnieść się na siedzeniu, żeby zobaczyć dół klifu. Nie zobaczyła. Za to poczuła nieprzyjemne dreszcze na plecach. Odruchowo wyciągnęła rękę przed siebie, jak uczył ją tata w swojej pierwszej syrence, kiedy przewoził ją nielegalnie na przednim siedzeniu. Drugą rękę zacisnęła na drzwiach i ich uchwycie. Nie wiedziała, co myśleć, czuła, że coś się kroi. Wyobraźnia zaczęła snuć historie, ale zanim akcja rozwinęła się na dobre, zza rogu, niczym znów w Jurassic Park, otworzyła w ich stronę swoją paszczę olbrzymia, gruchocząca, czarno-szara i grzmiąca ciężarówka. Nie było czasu na żadną reakcję, krzyk, panikę. Chyba odruchowo Paulo skręcił kierownicą mocno w prawo, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Ciężarówka zrobiła to samo. Najechała swoimi prawymi kołami na górę, przechylając się niebezpiecznie. Odgłos hamowania na ruchomym podłożu wysłanym kamieniami przeszył powietrze. Paulo zapomniał chyba, że po prawej stronie czeka przepaść głęboka na kilometr albo i więcej, kto wie. Prawymi kołami zawisnęli nieco na grząskim podłożu, które osunęło się ciut i można było usłyszeć maleńkie kamyczki toczące się w mokrą i szarą otchłań.

– Nie oddychaj – wyszeptała do Paula Julia, mając pod sobą tylko pewną śmierć.

Byli przechyleni na prawo, w kierunku zbocza, pod nimi wiła się pusta przestrzeń. Żadnych ruchów. Żadnych. Wyjście z samochodu nie wchodziło w grę, opcja telefonu po serwis mało realna, oboje w podświadomości komunikowali się, dochodząc do porozumienia, że muszą jakoś wydostać się z tej pozycji. Paulo wrzucił wsteczny bieg i powoli zaczął ruszać. Dobrze byłoby, gdyby akurat teraz nie zgasł mu silnik, bo gdy jest się w stresie, takie rzeczy lubią się zdarzać. Podobno to była wielka pomyłka – myśleć negatywnie, gdyż przyciągamy to, o czym myślimy. Cóż, stało się. Na szczęście maszyna nie zgasła, ale gdy Paulo ruszył, tylne koła zabuksowały i więcej kamieni potoczyło się w przepaść. Przyspieszył trochę i w końcu wydostali się na prostą drogę, nie zastanawiając się nawet, czy z naprzeciwka nie nadjeżdża kolejna ciężarówka. Zatrzymał samochód, żeby pozwolić świadomości nadgonić rzeczywistość. Nie mogli uwierzyć w to, że żyją i jak blisko było do tragedii. Julia jeszcze raz spojrzała przez okno i zakręciło jej się w głowie.

Spojrzeli na siebie i wybuchnęli nerwowym śmiechem, wciąż mając kłopoty z uświadomieniem sobie, co się wydarzyło.

– Czyli droga jest dwukierunkowa – wysapał lakonicznie Paulo i powoli ruszył z jedynki.

Z naprzeciwka nadciągnął kolejny szmer. Już myśleli, że to jakiś pojazd, a to tylko grupa kolarzy śmignęła z góry.

Wszyscy ubrani byli bardzo europejsko, świetne rowery, sprzęt, kaski i kostiumy. Nie spodziewali się takiego widoku. Jak widać niebezpieczeństwo przyciąga ludzi z całego świata.

Wciąż jakby w odrętwieniu posuwali się do przodu, mając się na baczności na każdym zakręcie. Co jakiś czas zaraz przy drodze witał ich smutny krzyż wetknięty w ziemię, czasami jakaś świeca, martwe kwiaty. Obrazek budzący dreszcze i głębszy oddech. W pewnym momencie Julia zaczęła liczyć te krzyże, ale gdy liczba osiągnęła sto, zaniechała zajęcia.

Droga jakby wyrównała się przez moment i teraz widać było, jak kreuje zakole od lewej do prawej strony, a w środku łuku z impetem spływa na drogę gdzieś z góry, z nieokreślonego miejsca wodospad. Widok jak z filmu, krajobraz iście romantyczny. Szkoda tylko, że mocny strumień wypłukiwał ich drogę, jej prawą stronę, zmniejszając tym samym odcinek pomiędzy ścianą góry a przepaścią. Zatrzymali się, nie tylko dlatego, że obrazek pomimo deszczu był nader uroczy, ale coś innego wzbudziło zainteresowanie: od strony wodospadu i z przeciwnej równocześnie nadciągały dwa samochody osobowe, mierząc, kiedy mają się wyminąć. Oba zbliżały się do wodospadu, który nie dawał szans na wyminięcie się. W końcu samochód z jednej strony ustąpił, zbliżając się jak najbliżej do stromej ściany góry. Drugi nieśpiesznie przesunął się pod wodospadem i powolutku zbliżył się do tego pierwszego. W żółwim tempie zaczął przesuwać się równolegle do sąsiada. W pewnym momencie zatrzymał się.

– Może się znają – wydumał Paulo.

– A może utknął i boi się ruszyć – powiedziała Julia, unosząc głowę i chcąc lepiej zobaczyć, co będzie bardziej prawdopodobne.

Postanowili zaczekać, bo akurat tam, gdzie się zatrzymali, było więcej miejsca na mijanki.

Nie odrywali wzroku od pojazdów.

– Hm, zatem ruch tutaj jest lewostronny – przeanalizował Paulo i postanowił przestrzegać zasady od następnej mijanki.

Jechali już kiedyś plażą, przez rzeki, strumyki – bardzo dziwne doświadczenie – ale pod wodospadem jeszcze nigdy. Woda miała wielką moc. Była obawa, że wygnie blachę na dachu, bo trzeba było jechać bardzo powoli. Nie wygięła.

Poruszali się dziesięć kilometrów na godzinę. Minęli kilka samochodów osobowych, dwa zardzewiałe autobusy i masę ciężarówek. Niektóre pędziły jak szatany, puste, niektóre załadowane pod niebo, z wielkimi kłębami czarnego dymu pruły topornie powietrze albo w tę, albo w drugą stronę. Deszcz nie przestawał siąpić, ale niebo jakby się rozjaśniło, zwiastując polepszenie pogody. Wyczerpani stresem i z nadwyrężonymi mięśniami szyjnymi nerwowo zerkali na licznik. Choć emocje po kolejnych mijankach powinny być słabsze, groźba śmierci w boliwijskich górach za każdym razem była taka sama. Nie było jak sie zdystansować, nie mówiąc o relaksie.

Podjechali pod tył kolejnej ciężarówki. Psuła powietrze ostrymi spalinami, ale nijak nie mogli jej wyprzedzić. Co innego, gdy trzeba się wyminąć – nie ma wyjścia. Można sobie jednak podarować kolejną szansę na śmierć, pójść na kompromis i zwolnić jeszcze trochę. Wlekli się tak przez jakiś czas, aż nagle droga jakby się rozdwoiła, poszerzając swoje obie strony o parę metrów i kierowca przed machiny okazał się bardzo uprzejmy, zatrzymując się, żeby można go wyprzedzić. Przyspieszając tempo, podziękowali za gest.

W pewnym momencie dogonili jeepa, który nie chciał dać się wyprzedzić, ale sunął naprzód dosyć umiarkowanym tempem. Za którymś zakrętem, pod którąś górką, zatrzymał się prawie z piskiem opon. Pewnie woda spadająca z góry wraz z osuwającą się ziemią sprawiła, że na drodze, ułożony wszerz, widniał wielki jak połowa samochodu pień drzewa. Jego trzon wisiał gdzieś w górze, skłaniał się ku przepaści, czubkiem dotykając krawędzi drogi. Trudno uwierzyć, że tak grube drzewa jeszcze rosną w Ameryce Południowej. Raczej wydawało się, że wszystkie zostały wycięte na meble, podłogi czy co tam jeszcze.

Wysiedli z samochodu. Naprzeciwko czekały już cztery pojazdy: jeden przypominał co namniej przedwojennego garbusa, dwa fiaty uno, też w kiepskiej kondycji, i samochód ciężarowy. Wszyscy panowie zabrali się do pracy, ale bez właściwego sprzętu nie mieli szans na przesunięcie kolosa nawet o centymetr. Turyści z naprzeciwka skarżyli się, że już czekają od godziny. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, co dalej. Pan z jeepa przed nimi chwycił za telefon, ale zanim zaczął wybierać numer, nadjechał kolejny jeep, bardziej przypominający amerykański, wojskowy.

Kilku ubranych na pomarańczowo Boliwijczyków niczym krasnoludki z uroczej bajki wyskoczyło szybko z samochodu i uzbrojeni w piły spalinowe, kaski i jeszcze jakieś maszyny bez sekundy zastanowienia zabrali się za cięcie konarów. Wszyscy obserwujący przecierali oczy z wrażenia! Nie wiadomo, kto ich zawezwał ani skąd się wzięli. Mówili bardzo mało. Po pół godzinie droga była przejezdna. Nadal w szoku, zostawili tnących pracowników, wciąż na pół realnych, i ruszyli dalej.

Podczas postoju dowiedzieli się, że na El Camino de la Muerte (Drodze Śmierci) istnieje niepisana zasada, zupełnie przeciwnie do boliwijskich, o ruchu lewostronnym. To przy mijaniu daje kierowcy, który siedzi po lewej stronie samochodu, lepszy widok na przepaść, którą ma pod sobą. Kolejną tutejszą zasadą jest to, że pierwszeństwo ma zawsze jadący w górę, a ten z naprzeciw musi się zatrzymać i przesunąć na zewnętrzną stronę "jezdni".

Kierowcy bywali różni. Niektórzy bardzo uprzejmi, machali, zachęcali do minięcia, usuwali się z drogi, ile mogli, dawali na migi znaki, ile centymetrów dzieli ich od ściany lub innego wozu. Niektórzy byli wściekli, trąbili w kółko, nie wiadomo na kogo, spieszyli się i klęli. Byli też tacy, których twarze były szalenie wystraszone. Wszystkim jednak przyświecał jeden cel: wyjść z tej wyprawy żywo. Kierowca ciężarówki, akurat przeklinający, sprawiał wrażenie, że mu nie zależy. Ale kto go tam wiedział.

Droga znów otworzyła się na jakiś czas, ukazując delikatny łuk na zboczu góry, podobnie jak z wodospadem. Deszcz przestał już padać na dobre i w koronach egzotycznych drzew zaczęło lśnić słońce. Wtem na horyzoncie łuku, jakby z obłoków, upadł na drogę solidny, okrągły, może o półmetrowej średnicy, kamień. Za nim spadł drugi i potoczył się w przepaść za pierwszym. Zatrzymali się, nie wierząc własnym oczom. Wszystko działo się w odległości około czterystu metrów od samochodu. Skąd spadnie kolejny kamień i kolejny?

Kamienie, większe i mniejsze, teraz zaczęły podążać zboczem góry jeden za drugim, wolno, ale wciąż w dół. Uderzały o zbocze, raz o drogę, wydając głęboki i głuchy dźwięk.

Niektórym udało się zatrzymać na drodze, większość lądowała w przestrzeni, jaką szykowała dla podróżnych prawa strona. Obserwowali bez słów, bez oddechu. Wszystko trwało około dziesięciu minut, po czym nastała cisza. Droga stała się nieprzejezdna. Powoli zaczęli sunąć w kierunku kamienistej góry, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć i czy ryzykować. Oglądali się parę razy, czekając na cudowną grupę czarodziejów, która raz już uratowała im dzień, ale nic się nie wydarzyło, pomoc nie nadjechała. Słyszeli, że z przeciwnej strony jakieś głosy próbowały ustalić to i tamto, ale nie byli w stanie rozróżnić słów. W końcu podjechał mały autobus. Okrągły, niski, sapiący i klekoczący. Mieścił może piętnaście osób. Zaparkował zaraz za samochodem Julii i Paula i momentalnie wysypali się jego pasażerowie. Wszyscy, bez wyjątku, byli niżsi od Julii o głowę, o czerwonobrązowej skórze i czarnych jak smoła głowach. Większość mężczyźni. Bez zastanowienia, ale tonąc w głośnych konwersacjach, wymieniając się komentarzami, od razu zabrali się do pracy i zaczęli odrzucać kamienie w przepaść. Wszyscy, bez wyjątku. Nawet mały chłopczyk, który liczył nie więcej niż dziesięć lat. Jeśli któryś kamień wyglądał na większy, dwóch panów, idealnie skoordynowanych, zabrało się z obu stron i razem podnosili albo odsuwali w przepaść. Paulo też chwycił się za pracę, Julia za aparat. Widok był nader niecodzienny.

Licznik pokazywał pięćdziesiąt przejechanych kilometrów. Końcówka trasy. Oby.

Słońce wisiało już bardzo nisko, kolory zaczęły się przeobrażać z powrotem w szare, odgłosy natury wraz z blednięciem ostatnich promieni stawały się intensywniejsze. Przydrożne krzyże nabrały szczególnej zadumy, wcześniej tylko przerażały. Można było wyczuć, że kończy się kolejny rozdział. Nadmiar wrażeń wciąż burzył zmysły. Już wyobrażali sobie hotelowe łóżko, po raz pierwszy nie martwiąc się o jakość hotelu, i obowiązkowo mocnego drinka. Nadeszło oczywiście mylne poczucie kończącej się podróży, ale nie wiedzieli, że czeka ich jeszcze jedna przygoda.

Za kolejnym zakrętem wpadli dosłownie na stojący już z wyłączonym silnikiem samochód, który był ostatni w dosyć długim łańcuszku. Ciekawe, co tym razem wstrzymało ten orszak. Dosyć spory ruch na trasie doprowadził do wielkiego zmęczenia. Ciągła kreatywność, próby wyminięcia i kooperacja z innymi kierowcami, umiejętność poruszania samochodem, a przede wszystkim nieodstępująca świadomość ryzyka popełnienia błędu i utraty życia towarzyszyły podróżnym przez cały czas.

Paradoksalnie trasa jest bardzo popularna i przyciąga do siebie co roku dwadzieścia pięć tysięcy turystów, którzy poszukują wrażeń.

Kolejna scena nasączona była dramatyzmem, który nie mógł być zidentyfikowany, ale groza dosadnie przenikała powietrze. Niektórzy z przyglądających się stali w ciszy zapatrzeni w głuchą przestrzeń w dole. Niektórzy krzyczeli, próbowali coś wytłumaczyć. Kilka kobiet zawodziło w rozpaczy, przytulało dzieci zupełnie osłupiałe, z otwartymi buziami. Panowało poczucie trwogi z domieszką atmosfery jakiegoś podniecenia, coś wzbudzało zainteresowanie. Panowie, wszyscy rodem z Boliwii, gestykulowali żywo, na przemian spoglądając w przepaść. Droga zwężała się znacznie, w najwęższym miejscu, przy samej ścianie góry, stał stary jeep. Po drugiej stronie widoczne było świeże obsunięcie ziemi i wyrwany kawałek drogi o szerokości metra. Po plecach Julii przebiegł zimny dreszcz, który lekko wstrząsnął całym ciałem. W powietrzu wisiało coś niedobrego. Podejrzewali wiele, ale na pewno nie wypadek, choć widmo wypadku właśnie towarzyszyło im przecież od pierwszej minuty na drodze śmierci.

Bardzo szybko, bo obecni ochoczo rzucili się do wyjaśnienia, co się stało, dowiedzieli się, że mały autobus, który próbował wyminąć się z jeepem, został wessany w głąb przepaści. Po prostu. W momencie gdy oba pojazdy znajdowały się równolegle do siebie, pomimo schowanych bocznych lusterek, stykali się prawie blachą, tylne koła autobusu, które przesuwały się po zewnętrznej stronie drogi, w pewnym momencie zaczęły powolutku zsuwać się w dół. Kierowca przyspieszył, co być może jeszcze spotęgowało osuwanie się ziemi, a wtedy cały tułów pojazdu zaczął monstrualnie obsuwać się w przepaść. Nikt nie wie, ilu pasażerów zginęło. Z głębi otchłani po dość długim czasie rozległ się brzęk uderzonej o kamień blachy, powtórzony kilka razy, bo autobus odbijał się od zbocza i wielokrotnie uderzał o skały. Spojrzeli w dół, jak inni. W oddali maleńki punkcik, rozpalony żarem miniaturowych płomieni, przecinał ostro soczystą zieleń. Nad drzewami unosił się gruby, bardzo biały dym. Z opisów wyglądało na to, że był to lokalny bus, przewożący mieszkańców pobliskich miejscowości z ich towarami. Wszyscy dziwili się, że kierowca, pomimo że jechał tą trasą wiele razy, dał się zwieść miękkiej ziemi lub był zbyt pewny siebie. Próbowano ustalić jego tożsamość, a nawet zdarzali się tacy, którzy rozpoznając imię, obwiniali go o brak kontroli nad emocjami, przytaczając sytuacje z przeszłości, w których osobiście uczestniczyli, kiedy to zraniona duma Juana popychała go do rękoczynów w maleńkim barze La Estrella (gwiazda), gdzie zazwyczaj po pracy zaciekle dyskutowano o całodziennym pokonywaniu śmiercionośnych tras. Domysły nagle stały się faktami i konwersacje nie podążały już w innych kierunkach.

Julia patrzyła na zaistniałą scenę, nie wierząc w jej autentyczność. Przez moment wydawało jej się, że uczestniczy w nowym odcinku Mam cię, Próby przetrwania czy coś w tym stylu. Rzeczywistość jednak nieubłagalnie stawała z nimi t?te-a-t?te. Obserwowała tłum reagujący na zdarzenie w najróżniejszy sposób. Jak każdy zgromadzony analizowała upadek autobusu, krok po kroku, wyobrażając sobie etapy rozwoju sytuacji. Widziała kierowcę, pasażerów, kierowcę jeepa, który niechcący posłał cały autobus w przepaść. Potem rodziny wszystkich ludzi, którzy umarli tam, w dole, jak i tych z jeepa. Dwóch mężczyzn prowadzących samochód nie wyglądało na Boliwijczyków, ale na turystów też nie. Chodzili tam i z powrotem, co chwilę łapiąc się za głowę, to za telefony. Atmosfera była napięta, podniesione głosy rzucały się echem po zboczach góry. Jeszcze raz spojrzała w przepaść, licząc się z tym, że równie dobrze mogła sama w niej wylądować.

W pewnym momencie panowie zdjęli czapki i wszyscy zaczęli nucić bardzo żałosną, pewnie żałobną pieśń. Mocne głosy pełne elegicznych nut wyrywały żal z najgłębszych zakamarków serc i niosły się powoli w kierunku ognia.

Szare niebo zaciągnęło się jeszcze bardziej i zaczął siąpić delikatny deszcz, jakby popłakując wraz z żałobnikami.

32

Potworny ból, który zaczął atakować wszystkie mięśnie, najbardziej szyjne, stawał się nie do zniesienia. To powodowało bóle głowy, nie tylko uporczywe, ale też przesłaniające prawdziwy obraz kraju, o którym wiedza Julii miała pogłębiać się z dnia na dzień. Żucie koki też nie przynosiło efektów. Sprawę uratował ibuprom, który zabierała ze sobą wszędzie. Nawet na koniec świata.

Obliczyli, że spędzili w podróży dużo więcej czasu, niż początkowo było zaplanowane, kiedy to układali plan wycieczki. Zaczęło się od tego, że wyjechali z Marau ze znacznym opóźnieniem, nie wspominając o błędnym wyobrażeniu o sytuacji na drogach Ameryki Południowej. W USA przecież czekał na Paula biznes i nie mogli podróżować w nieskończoność. Do Sucré, gdzie miało miejsce kolejne źródło biznesowe, postanowili polecieć samolotem.

Czekali dobre dwie godziny. To nic, stwierdził Paulo, on to dopiero miał przygody podczas poprzednich podróży. Pewnego razu w Santa Cruz nie było połączenia ze światem z powodu strajków, po stawieniu się na lotnisku w wyznaczonym czasie pasażerowie dowiadywali się, że w tym dniu lotu akurat nie będzie. Kazali przyjść następnego dnia o tej samej godzinie. Po czym znów okazało się, że nic z tego. I tak przez cztery dni! Innym razem czekał na tym samym lotnisku wraz z grupą trzydziestu innych podróżujących. Wtedy działały linie Lloyd Aéreo Boliviano, które chyliły się ku upadkowi, i bankructwo czaiło się coraz wyraźniej, czarter za czarterem. Po trzygodzinnym opóźnieniu w końcu przez wielkie oszklone ściany można było zobaczyć kołujący samolocik, który, jak wszyscy domniemali, był tym właściwym, który powiezie całą gromadę do Cochabamba.

Maszyna podjechała, wysiedli pasażerowie, załoga, ustawiono się przy zaimprowizowanej bramce, a tu nic. Podjechała ciężarówka Petro Bras, by zatankować samolot, ale nie wydarzyło się nic poza tym. Ktoś wyszedł z samolotu, ktoś z ciężarówki, wymiana zdań, znów zniknęli wewnątrz samolotu, po czym opuścili płytę lotniska.

W poczekalni pełna konsternacja, widoczne już zdenerwowanie, ale nic nie można było zrobić. Po godzinie ci sami panowie wrócili taksówką na lotnisko. Obu niosło po kilka reklamówek z... gotówką! Weszli do małego pomieszczenia z logo PB, po czym zniknęli na kolejne pół godziny. Wszystko działo się za szklanymi płytami skąd obserwowana była cała scena i płynęły domysły, o co chodzi. W końcu pertraktacje dobiegły końca, zatankowano i wpuszczono pasażerów. Załoga później potwierdziła domysły, dość jednoznaczne: PB nie chciało zatankować dla LAB in blanco, bo wiedzieli, że ci nie mają pieniędzy. W związku z tym udano się do banku po gotówkę i na miejscu liczono pieniądze, by samolot mógł się wznieść na wyżyny tego absurdu. Tylko w Boliwii!

Andy... pomimo że byli otoczeni nimi od jakiegoś czasu, zaabsorbowani borykaniem się z przeciwnościami losu, jakoś umknęły ich uwadze. A góry Julia kochała przecież najbardziej na świecie. Dopiero teraz, siedząc w samolociku, który wciąż przechylał się wcale niepłynnie, przykuły jej uwagę i całkowicie została pochłonięta rozkoszowaniem się cudem natury. Z lotu ptaka wyglądały porażająco. Na skalnych, granatowych połaciach wciąż leżał śnieg, zawadiacko wysuwając ich ostre szczyty ku niebu. Rozciągały się we wszystkie strony świata, majestatycznie dumając nad egzystencją swoją i podziwiających. Aż po horyzont nie było widać niczego innego; nic dziwnego: długość pasma to dziewięć tysięcy kilometrów rozciągających się od Wenezueli po Chile. Są najdłuższymi górami na świecie. I najpiękniejszymi.

Tutaj znajdują się najwyższe i najbardziej czynne wulkany na świecie. Nie widzieli żadnego, ale sąsiad obok objaśniał koledze, że ustawiczne wybuchy są kłopotliwe i często trzęsie się ziemia tam, gdzie on mieszka. I że nigdy nie wiadomo, jak mocny będzie wstrząs i ile osób ucierpi.

Słuchała wyjaśnień Paula, wyłapując wszystkie możliwe informacje, ale pomiędzy podziwianiem widoków a próbą świadomego nieskupiania się na drastyczności ruchów ich środka transportu była tylko wąska szczelina na poświęcenie uwagi jego słowom. Zagłębiał się właśnie w kolejną historię współpasażera, gdy żołądek Julii rolował swoją zawartość, podczas gdy przechylali się pod kątem czterdziestu pięciu stopni raz w prawo, spoglądając przez maleńkie okienko i widząc tylko doliny pod stopami, w przeciwnym okienku tylko niebo, by po paru minutach przechylić się o dziewięćdziesiąt w drugą stronę. Dodatkowo miało się wrażenie, że samolot przyspiesza i zwalnia, jak samochód na najostrzejszych zakrętach przy śliskiej nawierzchni. Pod spodem tylko powietrze. No i ostre góry, w których nikt nie ma szans odnaleźć ewentualnych rozbitków.

Niebo wydawało się w miarę pogodne, delikatny błękit przechodził gdzieniegdzie w odcienie szarości, ale nic nie sprawiało wrażenia niebezpieczeństwa czy zmiany pogody. Toteż totalnym zaskoczeniem był nagły huk samolotu, po którym zaczęli spadać poziomo w dół. Ramiona pasażerów uniosły się w górę, napoje wylały się na wszystkie strony, z przodu i z tyłu rozległy się okropne dźwięki panikujących ludzi. Policzki uniosły się, jak na karuzeli, która wypycha ludzi w górę, a potem zrzuca w dół, w sposób zorganizowany. Tym razem jednak nie byli trzymani przez żadne szyny, sznury ani druty. Po prostu spadali. Wszystkie wnętrzności podskoczyły do gardła, ciśnienie powietrza zaczęło burzyć w skroniach, w rękach, na całym ciele. Widok za oknem rozmazał się na szaro. Nie można było rozróżnić krajobrazu. Sekundy wlokły się jak godziny. W myślach każdy rozliczał się z błędów życiowych i czekał na kolejny huk, a może uderzenie o skały, martwiąc się zdawkowo o wszystkie niezałatwione sprawy.

Kilka chwil później wszystko uspokoiło się tak nagle, jak się rozpoczęło i na powrót zaczęli sunąć równolegle do ziemi. Rozległy się odgłosy relaksu i ulgi, powoli zaczęto komentować. Ktoś zwymiotował. Jakiś nerwowy śmiech rozładował trochę atmosferę napięcia. Stewardesy zaczęły sprzątać rozlane napoje. Z głośników popłynął głos kapitana, który przepraszał za "usterki" i tłumaczył, że wpadli właśnie w dziurę powietrzną, której nie dało się przewidzieć lub wywęszyć w powietrzu.

– Witamy w Andach – podsumował wywód z prawie niewyczuwalną nutką rozbawienia.

Po tak mocnych wrażeniach wszystkie przechylenia samolotu wydały się niczym. Nagle w maleńkim oknie można było dojrzeć pas startowy, w który prawdopodonnie celował samolot. Wyglądał jak wykałaczka. Beżowa, cieńka nitka położona na samym szczycie góry, z każdej strony otoczona przepaścią. Za każdym razem przy lądowaniu i startowaniu pojazd ma ograniczoną liczbę metrów do podejścia lub zejścia. Teraz wydawało się, że długość jest jakby zmniejszona, szansa tylko jedna, a prawdopodobieństwo rozbicia się ogromne.

Bardzo ostrym przechyleniem w prawo samolot zatoczył wielki łuk, ukierunkowując się na wprost do pasa. Julia wstrzymywała oddech tak długo, jak tylko mogła – tę technikę poprawiła znacznie w ciągu ostatnich kilku tygodni. W końcu zeszli do poziomu pasa i koła zaczęły dotykać ziemi. Ostre hamowanie uzmysłowiło, że pas powinien być dłuższy, że bardzo trudno jest wylądować i że nie wiadomo, czy się uda i nie runą przypadkiem w dół, na pysk, na dziób raczej.

Dotknęli płyty. Wszystkie części maszyny zaczęły trzeszczeć, jakby za sekundę śruby trzymające blachy konstrukcji miały się rozpaść, luzując cały kadłub samolotu. Skrzypienie, warkot i pisk towarzyszyły potrząsaniu i wirowaniu raz w jedną, raz w drugą stronę. Wszyscy pasażerowie przesuwali się gwałtownie raz w prawo, raz w lewo; pozwalając pasom bezpieczeństwa wykonywać ich pracę. W pewnym momencie szarpnęło tak mocno, że siniak, którego nabawiła się Julia, dawał znać przez kilka następnych dni. W końcu zwolnili tempo, stopniowo wszystkie odgłosy zdawały się cichnąć i pięćdziesiąt osób uwięzionych w starej maszynie odetchnęło z ulgą.

Na nogach jak z waty wysiedli z samolotu. Wysokość terenu sięgała prawie trzy tysiące pięćset metrów nad poziomem morza. Wokół majestatyczne góry, które jakby kłaniały się z całą swoją potęgą, a zarazem gracją. Ostra biel raziła na szczytach oblewana popołudniowymi promieniami słońca. Wydawałoby się, że im wyżej, tym słońce będzie mocniejsze, ale temperatura wynosiła tylko kilka kresek nad zerem. Ostry wiatr uderzył w podróżnych przy wychodzeniu z samolotu i nie opuszczał do samego wyjazdu.

Każdy ruch był wysiłkiem. Podniesienie ręki, otwarcie ust, krok. Kroki. Brakowało powietrza. Miało się wrażenie, że za moment klatka piersiowa nie będzie miała sił się podnieść.

Wsiedli do taksówki, oczywiście z kierowcą po lewej stronie, a deską rozdzielczą i dziurą po kierownicy po prawej, która powiozła parę do uroczego, staro kolonialnego domu w centrum Sucré. Ulica była pusta, cała w bieli, cicha. Nie dochodziły odgłosy ani z rynku, który jak potem się dowiedzieli, był tylko kilka ulic stąd, ani z obrzeży miasta. Hotelik wyglądał prześlicznie. Białe, nierówne ściany tonęły w purpurze kwiatów zwisających ze wszystkich parapetów i balkoników. Wewnątrz przywitała ich starsza pani z mocnym akcentem hiszpańskim, zupełnie białoskóra, przypominając trochę grupę Amerykanów z filmu o hotelu Marigold.

Od razu pobiegli na miasto. Zwiedzanie rozpoczęli od porządnego obiadu w przytulnej, czystej i eleganckiej restauracji. Dziewięćdziesiąt procent klienteli to Europejczycy. Dwie kelnerki usługujące wszystkim wyglądały, jakby właśnie weszły do środka wprost z krakowskiej ulicy. Miasto polecają wszystkie przewodniki, jego urok rzeczywiście przyciąga spragnionych boliwijskich doświadczeń, choć nie oddaje charakteru tego kraju za grosz. Przy barze, na małym przepierzeniu zawieszone były banknoty z całego świata. Jeden z nich to bardzo wyświechtana dwudziestozłotówka, która uczyniła dzień Julii znakomitym. Była w siódmym niebie, czując, że z domem dzieli ją tylko kilka sekund podróży. Telepatycznie. Tęsknota za smacznym, ciut bardziej wysublimowanym daniem w końcu znalazła swoje ujście i z rozkoszą zamawiali kolejne potrawy.

Później raczyli się starannie zakonserwowanymi kamienicami, kościołami i rynkiem. Całość miała charakter europejski, czysty i cywilizowany. Białe jak kostki cukru rzędy budynków poprzecinane były licznymi kościołami z fikuśnymi wieżami i mnóstwem kabli. Wszystkie budynki pokryto taką samą dachówką w kolorze ciepłej cegły. Od razu też zabrali się do pracy, odwiedzając lokalnych dilerów i sklepy z antykami.

Temperatura jak na październik była zbyt mroźna i wietrzna. Marzli przez cały czas podróży, chcąc ominąć dodatkowe zakupy i bagaże.

Czując znów zew nowych możliwości, który niespodziewanie przywołało miasto, a raczej jego charakter, snując się po ulicach, debatowali, że "małżeńskie" dokumenty, które miały być gotowe na zeszły czwartek, pewnie czekają już na biurku w Cochabamba. Pomimo chęci powrotu i uporania się z całym weselnym ambarasem na liście celów było jeszcze jedno miasto: Potosí.

33

Po wcześniejszym zebraniu informacji w hoteliku udali się na dworzec dosyć wcześnie, żeby mieć pewność, że jedyny autobus do Potosí tego dnia im nie ucieknie.

Na dworcu czekało kilka dosyć regularnie wyglądających autobusów, co zdecydowanie nadało pozytywny odcień i tak już słonecznemu porankowi. Czekali ponad godzinę, aż w końcu jakiś pojazd z napisem "Potosí" zajechał przed rozklekotaną ławkę, na której spokojnie czekali na następne zrządzenia losu.

– Czy naprawdę mamy wsiąść w TO? – Julia nie mogła się powstrzymać od komentarza, bo metalowa skrzynka, która właśnie zasłoniła im horyzont, zaskrzypiała przeraźliwie, a przy wyłączeniu silnika coś gruchnęło, jakby miało właśnie spaść na źle ułożoną z kostki brukowej płytę małego dworca.

– Już raz to przerabiałem. – Paulo schylił się po torbę. – Może być ciekawie. – Drugie zdanie, przez obniżony ton głosu, zabrzmiało troche groźnie.

Julia postanowiła nie pytać, nie teraz. Zdecydowała, że całą sprawę potraktuje jak jeszcze jeden element fantastycznej, południowoamerykańskiej przygody, po to w końcu tutaj się znalazła.

Busik mieścił tylko czternaście osób. Wnętrze straszyło odrapanymi ścianami, fotele wyglądały jak z poprzedniego wieku, zupełnie zdezelowane, ze strzępiącymi się obiciami i bardzo cienką podłogą. W podłodze, przy przedostatnim siedzeniu, widniała sobie dziura o średnicy około dziesięciu centymetrów. "Hmm, interesujące" – pomyślała i najwygodniej jak się dało usadowiła się po drugiej stronie, przy oknie.

Okno sąsiada, bez szyby, zabite było dwoma deskami w taki sposób, by małe dziecko nie mogło wypaść. Siedzenia były tak wąskie i niskie, że Paulo ze swoimi prawie dwoma metrami wzrostu wyglądał, jakby siedział w fotelu przedszkolaka. Julia nie mogła wytrzymać i wybuchnęła śmiechem, litując się nad rozkraczonym, z wystającymi kolanami Paulem. Sama dotykała nogami oparcia sąsiada.

Pseudobus ruszył, grzechotając ulicami Sucré, droga wydawała się w porządku i w Julię wstąpiły nowe pokłady nadziei.

Ledwo jednak wyjechali za miasto, asfalt zaczął się kruszyć, a dziury, które pokonywali, wydawało się, że zakończą żywot owego wehikułu lada moment. Z czasem pojawiła się znajoma już przepaść, nad której krawędzią busik o mały włos nie zawisnął, ale nikt jakby nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

Po czterech godzinach podążania cały czas w górę po wyboistej drodze zakręcającej raz w prawo, raz w lewo, coś musiało się wydarzyć. Maszyna zaskrzypiała, coś gruchnęło i pojazd zatrzymał się z przeraźliwym warkotem. Déja vu. Na szczęście kierowca był też mechanikiem, bez chwili wahania wczołgał się pod busik i zaczął majstrować, przeklinając coś lub kogoś siarczyście. Po pół godzinie i małym przystanku na posilenie się w budce na czterech patykach z kobietą usługującą w kolorowej spódnicy i sprzedającą empanadas (nadziewane pierożki smażone na głębokim oleju), która w cudowny sposób akurat jakby na nich czekała, w końcu dotarli na miejsce.

Odczuwalność zmiany ciśnienia spadła jak grom z jasnego nieba. Chętnych na zwiedzenie najwyżej położonego miasta na świecie jest wielu, sporo jednak turystów nie może tutaj przyjeżdżać, bo organizm nie toleruje takich wysokościowych ekstrawagancji. Miasto nie jest zbyt rozkoszne, zadymione japońskimi samochodzikami bez filtrów, rozsiewającymi okrutny smród spalin, jakby stało się tuż pod rurą wydechową. Nie było ucieczki, wszędzie śmierdziało tak samo.

Rozrzedzone powietrze sprawiało, że oddychanie było uciążliwe. Najlepiej było o tym nie myśleć. Gdy się myślało, od razu miało się wrażenie, że się dusi, a dodatkowej butli z tlenem nie było nigdzie. To trochę jak klaustrofobia. Tylko zamiast ciasnego pomieszczenia brakowało tlenu per se.

Popołudnie przyniosło jeszcze większe ochłodzenie. Zimno zaczęło przeszywać ubrania, potem ciała, a o piątej po południu dygotali już na dobre. Założyli wszystko, co przywieźli ze sobą. Nic nie pomogło. Przez prawie godzinę szukali restauracji, w której mogliby przetrwać, siedząc nieruchomo podczas posiłku. W końcu udało się i radość na widok małych grzejników po obu stronach pokoju była nie do opisania. Czerwone wino rozgrzewało od środka, więc wieczór zapowiadał się całkiem miło. Jednak noc była nieprzespana. Suche powietrze powodowało ból przesuszonego i krwawiącego nosa, oddychając ustami było jeszcze gorzej. Cogodzinne zwilżanie i płukanie ust wodą nie pomagało wcale. Do tego ostry ziąb zupełnie zrujnował senność.

Następnego dnia zmarznięci i niewyspani wsiedli w taksówkę i zjeżdżając diabelskim tempem ze stromych zboczy najwyżej położonego miasta na świecie, w dwie godziny byli z powrotem w Sucré.

34

Czwartek. Dokładnie dwa tygodnie po "wielkim czwartku", od kiedy w biurze miały czekać dokumenty. Biurko pani prawnik wyglądało tak samo jak poprzednim razem. Na widok europejskiej pary uśmiechnęła się dość blado i poprosiła, żeby usiedli.

– Wszystkie dokumenty są w porządku. Jednak musi się pan udać do sądu i przysiąc, że jest kawalerem. To spotkanie będzie możliwe dopiero w poniedziałek.

Konsternacja. Wymiana spojrzeń, a w Paulu wzbierająca się złość.

– Wszystko miało być gotowe na zeszły tydzień!

– Ale...

– Obiecywała pani, że wszystko będzie gotowe! Nie było cienia wątpliwości! Zapłaciliśmy za tę pewność właśnie!

– Niestety nie udało się zdobyć dokumentu, który zaświadczałby, że jest pan kawalerem.

– Ale wiedzieliśmy o tym na samym początku, prawda?!!! Dlatego tutaj jesteśmy! Przecież już mieliśmy tę konwersację trzy razy!!

– Kontaktowaliśmy się z Brazylią w tej sprawie, po kilku dniach odpowiedzieli, że nie mają żadnej informacji, czy pan jest żonaty.

– To nie można tego dostać na piśmie? Byłoby po sprawie! Nie możemy tutaj zostać tak długo! Mamy samolot! Długą podróż! Absolutnie nie zostajemy do poniedziałku!

– Może uda się dziś zobaczyć sędziego. Pojedźcie do sądu i powołajcie się na moje nazwisko.

Dojechali na miejsce o trzeciej po południu. Napotkane tłumy protestujących Boliwijczyków gęsto zapełniających ulicę utrudniały wejście do budynku. W rękach trzymali kamienie i szklane butelki. Krzyczeli głośno, każdy w innym tempie i używając różnych słów, zupełnie "na dziko". Najpierw ksero i kolejka. Wszyscy chcieli mieć kopię tego czy tamtego. Czekali przez godzinę.

W końcu kolejka przed biurem. Wnętrze wyglądało bardzo żałośnie – jedno biurko i dwa krzesła, brudne, stare i poszarpane. Jakaś pseudosekretarka. Rahul towarzyszył Julii i Paulowi przez cały dzień, więc od razu przedstawił się, zaczynając od swoich tytułów, kogo zna w rządzie i z kim ściskał niedawno dłoń. Dziewczyna, może dwudziestoletnia, nie miała pojęcia, o kogo chodzi. Rahul w desperacji wyłożył również swój albumik oraz nazwisko pani prawnik, ale i to nie wywołało pożądanej reakcji.

Dopiero później okazało się, że to jest pierwsze biuro na liście wizyt w tym budynku. Do drugiego podobno jest gigantyczna kolejka i można tam się dostać dopiero nazajutrz. Na co riposta znawcy tematu: dwadzieścia bolivianos i zapytanie, czy nie dałoby się odwiedzić biura numer dwa jeszcze dziś, że bardzo im zależy, że mają bilety lotnicze i muszą się spieszyć. Kobieta kazała czekać. Po kwadransie wróciła i oznajmiła, że jutro z samego rana można wejść. Tylko tyle udało się przeforsować.

Nie mogli opuścić budynku z powodu protestu, który przybrał na sile i hałasie. Może chcieli zaatakować sędziego. Albo nieczułą sekretarkę.

Rano Paulo zdecydował, że pojedzie sam z żoną Rahula, która zdawała się znać więcej właściwych ludzi, trafniej żonglować informacjami niż Rahul i przemycać punkt widzenia, torując sobie uległość urzędników.

Wyjechali o dziewiątej rano. Julia została sama. Postanowiła zwiedzić miasto na własną rękę. Pogoda była wyśmienita, sweterek i lekka kurtka, pod którą mogła schować aparat fotograficzny. Zatrzymali się niedaleko rynku, a rynek jak to rynek – centrum całego miasta. Kwadratowy, z parkiem pośrodku, tradycyjny dla okresu kolonialnego. Zabytkowy placyk ozdabiało mnóstwo sklepików wyposażonych w najróżniejszy asortyment towarów wątpliwej jakości – tanich, ale nie tanich w sensie chińskim, tylko po prostu biednych, choć chińszczyzna zaczęła powoli dominować i w tej części świata. Te z pamiątkami raziły stosami kocy, które dziś, w smutnym pościgu za nowoczesnością, są robione ze sztucznych materiałów na wzór tradycyjnych, wykonywanych z alpaki. Wcześniej zakupili około pięćdziesięciu starych, dzierganych z wełny lamy i farbowanych naturalnymi barwnikami weselnych kocy, z których w USA firma Paula wykonuje obicia foteli i kanap. Różnica jest drastyczna. Nawet rodowici Boliwijczycy, zamiłowani w nowoczesności i nowości, nadal chętniej kupowali naturalne wyroby.

Przez kilka minut Julia przyglądała się miejscowej staruszce kręcącej pomarańcze na starodawnej maszynce, która obiera owoce. Po obraniu wkłada się je do drugiej części maszynki i naciskając metalową przekładnią, wyciska sok. Spożywanie pokarmów prosto z ulicy przy sporym przemęczeniu organizmu to nie jest najlepszy pomysł. Wszystko sprawia wrażenie bardzo brudnego, zaniedbanego i pełnego bakterii. Ale sok był wspaniały.

Spojrzała na zegarek – czas pokazywał ósmą wieczorem, ale w polskiej strefie. Zegarka nigdy nie przestawiała, gdziekolwiek jechała. Zazwyczaj odliczała sześć godzin wstecz, teraz jednak zapomniała, w jakiej strefie czasowej się znajdują. Postanowiła wrócić do hotelu. Nie zostawiła Paulowi żadnej wiadomości, więc bała się, że niepotrzebnie będą się szukać po mieście.

Kilka godzin później, po zaznajomieniu się ze wszystkimi (pięcioma) kanałami w telewizji, dokończeniu książki i przejrzeniu lokalnej prasy, Paula nadal nie było. Ani o drugiej po południu, ani o czwartej. Julia była przekonana, że coś się stało. Tysiące scenariuszy zaczęło krążyć po jej głowie, bardziej i mniej drastycznych. Chodziła po pokoju, zupełnie jak zdesperowani ludzie na filmach, tam i z powrotem. Brała pod uwagę pójście do domu Rahula, ale nie mogąc się porozumieć, była przekonana, że przy jego nadopiekuńczości i serdeczności będą jeszcze większe kłopoty.

Już zbierała się do wyjścia, żeby jednak powiadomić Rahula, gdy o dziewiętnastej czterdzieści pięć Paulo wszedł do pokoju hotelowego. Nie przywitał się, tylko rzucił:

– Pobieramy się jutro, ale co się wydarzyło, nie chcesz wiedzieć.

Nie wiedziała, jak zareagować na te słowa, więc nie powiedziała nic. Porwał swoją kurtkę, podał Julii, mówiąc:

– Umieram z głodu. Cały dzień nic nie jedliśmy!

Wyszli z pokoju w pośpiechu. Pod drodze Paulo relacjonował w strzępkach zdań dzisiejsze wydarzenia.

– Cały dzień spędziliśmy w kolejkach: do ksero, do biura, do ksero, do biura! Najzabawniej było, gdy posadzili mnie w największej sali przed trybunałem oficjałów i kazali przysięgać przed grupą dziesięciu boliwijskich urzędników pod krawatem i w marynarkach, że nie jestem żonaty! – relacjonował nadal nerwowo. – Potem dali mi dziesięć stron wyjętych z jakiejś księgi prawa i musiałem je wszystkie czytać! Po hiszpańsku! Umiem się porozumieć, ale w życiu nie czytałem po hiszpańsku! I to na dodatek w języku prawniczym! – paplał bez wytchnienia. – Wszyscy się podśmiewywali, ale musiałem czytać do końca! Ale dokument mamy.

Wyglądało zatem na to, że można było zacząć planować weselisko.

Jeszcze tego samego wieczoru wraz z niezawodną żoną Rahula, Marią, objechali pół miasta, poszukując restauracji, która przygotuje jedzenie w dwanaście godzin. Rahul został w domu i oddał się rozmowom telefonicznym, próbując zaprosić całą swoją rodzinę na małą uroczystość last minute, którą opiekunowie uparli się, że zorganizują w swoim domu. Julia i Paulo nie mieli już sił na walkę i poddali się bez szemrania. Dom Rahula znajdował się w centrum miasta, w wielkiej kamienicy, która wyglądała na ulicę zza mosiężnej, wielkiej i impresywnej bramy. Furtkę do budynku umieszczono nieco z lewej strony, przy niej widniał mały dzwonek i domofon, brama zaś prowadziła na podwórko wyłożone starą kaflą. Z czterech stron na pierwszym piętrze zerkały balkony, zupełnie jak na Wawelu! Zarówno na toczonych z drewna balustradach, jak i na wszystkim wkoło znać było ząb czasu, co dodawało powagi i charakteru całej sytuacji. Pod balkonami leżały ledwo co zakupione przez Paula stoły, które czekały na transport. Na obniżonej części podwórka z kafli mogły spokojnie zmieścić się dwa samochody, a teraz miały służyć za podium na stoły i krzesła. Po przeciwnej stronie małe patio, które już zaadaptowano na miniołtarz. Nad głowami gołe niebo. Jak w bajce.

Zamówili jedzenie, sztućce i krzesła. Gdy Maria zadzwoniła do męża potwierdzić liczbę gości, okazało się, że zapowiedziało się około czterdziestu! Plus orkiestra.

– Orkiestra?! – wykrzyknęli razem z Paulem, gdy Maria wypowidziała mariaci (czyt. mariaczi).

Nie mogli uwierzyć. Dawno pogubili się, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy fikcyjność całej przygody. W powrotnej drodze do domu wybawczyni tłumaczyła Julii, że jutro wcześnie rano trzeba biec po kwiaty. Na szczęście sobota to dzień targowy, a targ to jedyne miejsce, w którym można kupić świeże kwiaty.

Po raz kolejny Julia zapadła w emocjonalną niszę, w której różne głosy wołały raz o rozsądek, raz o pójście na całość, a kiedy indziej o wyjechanie z Boliwii jeszcze tego samego wieczoru. Generalnie, pomimo wszystkich sensacji i gry emocji, wróciła nostalgia. Nie mogła być dalej od domu, rodziny Paula też nie było wokoło. Szybki telefon do domu i dosyć zdawkowy, bo okropna słyszalność. Że żyją, że ślub prawdopodobnie jutro, ale próbowała zakryć wzruszenie komentarzem:

– Nie liczyłabym jednak na to zbytnio, bo to wszystko już przerabialiśmy. Nic już nie wiadomo.

Próbowała odseparować swoje emocje i wszystko, co się działo, brać na zimno. Huśtawki obietnic, oczekiwań już dawno męczyły jej ciało i duszę, więc postanowiła, że musi się trochę zdystansować. Choć tym razem wyglądało na to, że ślub jednak dojdzie do skutku. Poczuła ukłucie w żołądku.

Z głowami pełnymi wrażeń, podniecenia, strachu i wciąż błądząc w niedowierzaniu, zapadli w głęboki sen, z którego wyrwał ich wściekły dzwonek telefonu. Nie wierzyli do końca, czy portier zdoła zadzwonić z pobudką o umówionej porze, ale udało się.

Julia porwała swoją suknię, kilka ubrań, torebkę z przyborami do makijażu i pobiegli do domu Rahula. Tam przygotowania trwały od jakiegoś czasu.

– Regina zaprowadzi cię na targ, potrzebujemy teraz kwiatów! – krzyknęła Maria, gdy tylko przekroczyli próg domu.

Wewnątrz działy się niesamowite rzeczy. Od ściany do ściany porozwieszane były sznury, na których wisiały wstążeczki: na jednych biało-czerwone, na drugich zielono-żółte.

– A, to dlatego Rahul pytał mnie o kolor polskiej flagi – mruczał Paulo, wciąż w szoku obserwując wszystkie poczynania domowników.

Wraz z córką i małym synem Rahula pomagała Miriam, dilerka antyków, którą poznali kilka dni wcześniej w Potosí. Było bardzo miło zobaczyć znajomą twarz. Przybyła specjalnie na tę szaloną uroczystość!

Na stole w nowym, przezroczystym opakowaniu leżały dwa szklane kieliszki. Nóżki zrobione były z kremowego plastiku, udrapowanego ku górze, uwieńczonego małymi gołąbkami trzymającymi w dziobach szarfy. Kieliszki połączone były długą, białą wstęgą. Całość pokoju tonęła w balonach w kolorach polskich flag. Ośmioletni Juan co jakiś czas nie omieszkał kopnąć w któryś, ale po ponagleniach mamy brał się z powrotem do wiązania. To jeszcze nic. Na głównym stole widniał olbrzymi, monstrualny wręcz tort. A właściwie dwa torty. Podeszli bliżej. Oba kremowe, jednakowej wielkości, obładowane bezami i pachnące wanilią. Na jednym wymalowana była polska flaga z podpisem "Julia" i przewidywaną datą ślubu, na drugim "Paulo" z brazylijską flagą i podpisem "Cochabamba". Torty leżały blisko siebie na wysokich paterach, a połączone były plastikowym mostem. Julia i Paulo spojrzeli na siebie. Potem na Marię.

– Gdzie...? Kiedy... kiedy to się stało?? – zapytał Paulo, a Maria z wielkim zadowoleniem i dumą tylko wzruszyła ramionami. – Niepotrzebnie! – krzyknął i podeszli, żeby uściskać ich wszystkich.

– Jak to? Wesele to wesele!

Zaangażowanie tych ludzi było niesamowite. Od początku byli bardzo serdeczni, zupełnie przeciwieństwo swoich rodaków. Ale to, co działo się w rezydencji Rahula, przerastało nawet najśmielsze oczekiwania.

– To co, jesteś gotowa? – Maria odwróciła się do Julii i skinęła na córkę.

Wyruszyły taksówką przez miasto. Czasu było niewiele. Restauracja miała dostarczyć jedzenie o pierwszej, notariusz umówiony był na drugą. Regina miała około trzynastu lat, Julia próbowała prowadzić z nią minikonwersację o szkole i jej siostrze, która nie mogła przyjechać na ślub z S?o Paulo, gdzie studiowała medycynę. Słaby hiszpański limitował rozmowę dosyć mocno, ale mała śmiało używała wszystkich angielskich słów, które znała.

– To tutaj! – zawołała i taksówkarz zatrzymał się od razu.

Wielki market, maleńkie stoiska i wybór asortymentu dosłownie każdej maści: dywaniki, słoniki, kurniki, modlitewniki, a nawet żywe zwierzęta.

Przy wejściu, na małym wózku na kółkach z wielką tubą tkwiło coś mistycznego. Okazało się, że to skruszony lód, który sprzedawca ładował do maleńkich pojemniczków i polewał kolorowymi syropami. W jednej chwili przed oczami Julii stanęła wioska, mechanik i czaszka lamparta. Miała wrażenie, że to wszystko wydarzyło się całe wieki temu, aż trudno było uwierzyć, że to wciąż ta sama podróż. Zaciągnęła Reginę do budki i za moment upajały się przesłodkimi, prostymi i pełnymi chemikaliów lodami. Były rewelacyjne.

Znalazły kwiaciarkę. Kremowe róże jakby czekały na Julię. Gotowe.

Na weselnym podwórku wrzało na dobre, kolorowe wstążki przysłoniły już niebo, delikatny wietrzyk poruszał białe, czerwone, zielone i żółte dekoracje zawieszone na balustradach. Stoły były już ustawione, białe obrusy lśniły pełnym blaskiem. W miejscu, gdzie patio otwierało się pod jednym z balkonów, ustawiono wielkie, kolonialne biurko, na którym ktoś postawił olbrzymi, antyczny krzyż. Udrapowano ze wszystkich stron biały tiul i postawiono róże.

Wszystko szło zgodnie z planem. Czuło się podniecenie i atmosferę uroczystości. Smutek z powodu braku rodziny zastąpiło wielkie zdenerwowanie i mimowolne odrętwienie z nadmiaru emocji.

Dziesiąta czterdzieści pięć. Dzwonek do drzwi. Regina pobiegła otworzyć metalową furtę i pięć ogromniastych sombreros wtoczyło się na podwórko, ciągnąc za sobą wielkie tuby i walizy. Orkiestra!

Prawdziwi mariachi wywarli spore wrażenie od samego wejścia.

Rahul, jak wodzirej, kierował wszytkimi na prawo i lewo. Posadził swoją dziewięćdziesięcioletnią mamę w rogu i kazał jej skręcać serwetki. Ustawił orkiestrę w tylnym rogu, a ta poczęła instalować instrumenty.

Jedenasta piętnaście. Dzwonek do drzwi. Tym razem można się było spodziewać chyba samego prezydenta. Okazało się jednak, że to... pani prawnik. Zupełnie nieświadoma faktu, że nie była zaproszona, Julia kontynuowała wygłupianie się z małym Juanem.

W locie złapała wyraz twarzy Rahula, na którym zgasło pozytywne podniecenie. Zawołał Paula. Zaczęli rozmawiać. Nagle Paulo zaczął krzyczeć i machać rękami, na zmianę wygładzał włosy i uderzał się w uda. Był wściekły.

Pani prawnik próbowała coś tłumaczyć, zmieszana, robiła krok raz w stronę Paula, raz się cofała. Rahul mówił niewiele, tylko jego wielka głowa i perkata twarz oblały się smutkiem. Medytował jakby, odcięty od rzeczywistości. Nerwowa atmosfera udzieliła się i Julii, koniecznie chciała wiedzieć, o co chodzi, choć tak naprawdę aspekt nie był aż tak istotny. Na którejś z płaszczyzn swojej podświadomości nie była zdziwiona, była pogodzona.

Zamiast ruszyć w kierunku rozmawiających, usiadła na jednym z krzeseł, trzymając wciąż w ręku dwa balony. Panna młoda. Chyba jeszcze nie tym razem. Służąca Marii wyprasowała już suknię, wisiała w pokoju Reginy, gdzie domowniczki miały pomagać jej się ubrać.

Uspokoiła się zaskakująco szybko. Myślami była już w samochodzie, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego miejsca, wrócić do domu. Wiedziała doskonale, że czeka ją jeszcze wiele tygodni przeprawy przez Amerykę Południową i pewnie tydzień lub dwa w Marau, ale chciała już być w samochodzie. Poczuła nagłe i okrutne zmęczenie.

Nie zauważyła, kiedy Paulo do niej podszedł.

– Mówi, że nici! Nie może się stać! Potrzebuje dodatkowych trzysta dolarów!! Ta jędza!! I ksero mojego paszportu! Przecież ma już chyba dziesięć kopii!!!! Gdzie ja znajdę ksero teraz? W sobotę?

Julia spojrzała na Paula, ale ten szedł już z powrotem do pani prawnik, która tonęła we łzach. Do dziś nie wiadomo, co było powodem wzrostu kwoty i tej nieszczęsnej, brakującej kopii. Rahul też nie wiedział, potem już nigdy nie pytał. Zresztą pewne jest, że dostaliby najśmieszniejsze powody na wytłumaczenie wpadki. Na pomoc przybiegła żona Rahula i po raz kolejny załagodziła sprawę. Paulo, Maria i pani prawnik wsiedli do samochodu. Paulo, zapominał o wytłumaczeniu Julii, gdzie się wybierają, pospiesznie i z marsem na twarzy wsiadł do małej taksówki, po czym odjechali, zostawiając grubą smugę niefiltrowanego dymu. Julia usiadła pośrodku podwórka na jednym z zakupionych na handel antycznych foteli w stylu kolonialnym, który przybył do Ameryki Południowej z Hiszpanii lub Portugalii dawno temu, a teraz miał być przetransportowany do Ameryki Północnej, żeby i Amerykanie zakosztowali trochę prawdziwej historii i poczuli wartość wydarzeń w historii ludzkości.

Rahul podszedł, żeby pocieszyć Julię, używając w nadmiarze "okej, okej". Jednak jej było już wszystko jedno i bezwolnie siedziała wsparta na łokciach w fotelu niczym Stańczyk z obrazu Matejki.

Minęło może pół godziny. Paulo z Marią wrócili taksówką, która, gdy tylko wysiedli z pojazdu, od razu szybko odjechała.

– Wszystko załatwione, ale mało brakowało, bym wylądował za kratkami! Ceremonia będzie o piątej. Mamy więcej czasu na przygotowania, jest jakiś plus.

Akurat. Julia już w nic nie uwierzy. I nikomu. Wtedy nie przyszło jej do głowy, żeby wypić po prostu drinka. Na pewno mentalnie zrobiłaby krok do przodu i zaoszczędziła trochę energii. Zupełnie wykończona, czując, że mózg zrobił sobie wakacje, z powrotem zabrała się za upinanie kwiatków. Dziewczyny ani przez moment nie przestały dekorować pomieszczenia, jakby uważając całe zamieszanie za część ceremonii.

Wystrój patio i ogrodu prezentował się bardzo weselnie. Stare meble ustawione wokół przydawały powagi i ważności, tiul – polotu i atmosfery uroczystości. "Orkiestra" gdzieś zniknęła. Julia pomyślała, że pewnie mieli inne wydarzenie późnym popołudniem i podśpiewywać będą sami. Wychyliła się jednak przez ramię i zobaczyła porzucone instrumenty. Pewnie wyszli na lunch.

Kończyli strojenie stołu, gdy Rahul podszedł z zawiniętym prezentem. Za nim szła Maria. Wewnątrz zapakowana była miska, oczywiście antyczna, wyrzeźbiona z jednego kawałka drewna. Na spodzie widniały dwa konie wyrastające jakby z dna czary.

– To są woły ciągnące orkę: jeden żeński, drugi męski. Od teraz będziecie razem ciągnąć wszystkie problemy i kłopoty – wyjaśnił Rahul. – Z tego na boliwijskim ślubie pije się chicha (czicza), najpierw panna młoda, potem pan młody. Na szczęście.

Julia wtedy jesze tego nie wiedziała, ale okazuje się, że plucie jest tradycyjnym elementem produkcji chichy w Boliwii i innych częściach Andów, gdzie enzymy zawarte w ślinie służą do przekształcania skrobi kukurydzianej w cukry fermentujące, niezbędne do produkcji napoju alkoholowego. Rdzenne kobiety żuły kukurydzę i wypluwały ją, aby zainicjować proces fermentacji.

Około szesnastej zaciągnięto Julię do pokoiku, gdzie wisiała suknia, a w wazonie czekał bukiet z kremowych róż. Rahul napierał, że wszystko musi się odbyć tradycyjnie.

Wszystko było gotowe i za dziesięć piąta wszedł Rahul. Miał na sobie najlepsze ubranie. Czarny, elegancki krawat i lśniące buty. Zerknęła przez uchylone drzwi i zobaczyła Paula rozmawiającego z urzędnikiem.

– Jest już urzędnik. Będziecie gotowe za dziesięć minut?

Właściwie wszystko było już gotowe od dziesięciu minut.

Rahul wrócił i przy dźwiękach meksykańskiej orkiestry wziął Julię pod rękę i wprowadził uroczyście na podwórko, które tonęło w świątecznie wystrojonych gościach. Świadomość budziła się z melodramatycznego półsnu. Paulo czekał przy ołtarzyku. Przed biurkiem stał urzędnik, oficjalnie ubrany, z zawieszonym na szyi sznurem metalu zakończonym okrągłym jakby medalem. Wyglądał bardzo oficjalnie i poważnie. Kto wie, może to działo się jednak naprawdę?

Najpierw podziękował gościom za przybycie i... właściwie tylko tyle udało się Julii zrozumieć. Zaczął wielkie przemówienie.

Otworzył olbrzymią teczkę z dokumentami i zaczął czytać. Pierwsza strona, druga, trzecia. Z początku Paulo nachylał się, wytężając uwagę, żeby zrozumieć, o czym jest pismo, ale po czwartej stronie poddał się zupełnie. Spojrzał na Julię i wzruszył ramionami. Oboje mieli ochotę parsknąć śmiechem, ale udało się opanować wybuch.

Ta procedura trwała jeszcze przez pięć stron mozolnego i nudnego monologu. Dzieci zaczęły się niecierpliwić. Julia skupiła się na drewnianym, dwustuletnim biurku, które pomimo całej swojej przeżytej historii na pewno nie widziało jeszcze takiego cyrku.

Urzędnik odwrócił kolejną kartkę i spojrzał na młodych.

Zwrócił się do Paula, potem do Julii, nie przestając wygłaszać po hiszpańsku swoich oficjalnych formułek. Spoglądał na nich zmianę, oni na niego, uśmiech jeden, uśmiech drugi, z pomrukiem jak u Kargula. Zamknął teczkę i zwrócił się do panny młodej. Starała się wyłapać wszystkie hiszpańskie słówka, które znała, ale nie było żadnych szans.

Ucichło. To znaczy zamilkł urzędnik. Z przeciwnej strony, gdzie stał Paulo, wychylił się Rahul, jego żona i mama, pochylili się naraz i potakując z wigorem, półszeptem i patrząc na Julię, podpowiedzieli:

Sí, sí, sí.

powtórzyła panna młoda, a wszyscy z ulgą spojrzeli po sobie.

Paulo miał łatwiejsze zadanie, bo wiedział, co go czeka. Pan powtórzył, Paulo poświadczył.

Chyba właśnie Julia stała się żoną.

Mały Juan powoli na małej poduszeczce przyniósł obrączki, które wybrali w centrum handlowym, u jednego ze złotników w Rio.

Włożyli obrączki. Kazali im się pocałować i wszyscy zaczęli klaskać. To chyba już! Rahul podał obligatoryjnie sporej wielkości miskę z mętnym napojem w środku. Skoro wiedzieli już o tradycji, musiała się dopełnić. Najpierw Julia przechyliła delikatnie drewienko z dwoma wołami w środku. Płyn smakował jak woda z kiszonych ogórków z owocowym posmakiem. Paulo znał już chyba ten trunek, bo sądząc po jego nieskwaszonej twarzy, wiedział, czego się spodziewać, a kiszonych ogórków nienawidził. Zaczęto składać im życzenia, prawie wszyscy przyszli z kwiatami. Serdeczności było szalenie wiele. Julia nie rozumiała niczego poza feliz i amor, ale to i tak najważniejsze.

Potem orkiestra uderzyła w rytmy i wszyscy zasiedli do stołu. Julia spoglądała na całą biesiadę, nie wierząc własnym oczom. Obrączka dziwnie obracała się na jej palcu, jakby nienależącym do niej. Zwracała na siebie uwagę przy każdym ruchu. Wszyscy zdawali się dobrze bawić, zapłonęły świece, wino rozluźniło ciała biesiadników i zaczęły się pląsy. Julia uczyła się boliwijskich ruchów, ale na pierwszy taniec nie zabrakło też walczyka. Potem toasty. Rahul wzruszył się, składając publicznie piękne życzenia. Potem Paulo też publicznie i z kieliszkiem podziękował za wszystko, bo naprawdę czuli się wśród tych obcych ludzi jak w rodzinie.

Kolejnym punktem programu miał być podwójny tort i więcej pląsów. Wino lało się strumieniami, a na końcu oczywiście rzucanie bukietu, koniecznie z balkoniku. Voila.

Bawili się do rana. Kilka razy świeżo upieczona żona wpadała w zadumę nad całym wydarzeniem i zastanawiała się, czy aby nie przebudzi się następnego dnia i nie okaże się, że cały ten scenariusz to tylko przebiegły sen, który wyobraźnia wykreowała na skutek niespełnionych zamiarów. Za każdym razem z kontemplacji wyrywał ją ktoś z gości, zaciągając na mały "parkiet".

35

Wyruszyli w drogę z samego rana. Pożegnaniom i podziękowaniom nie było końca. Całą dekorację teraz przeniesiono na ich samochód, na oba tylne okna dziewczyny nakleiły wydrukowany napis Recent casados, co onacza "świeżo poślubieni". Biało-zielono-żółto-czerwone chorągiewki wypełniały całe wnętrze samochodu. Do samego końca Rahul nie chciał się zgodzić, aby wracali sami.

Mucho peligroso, mucho peligroso amigos.. – powtarzał w kółko, że bardzo niebezpiecznie, a oni w kółko zapewniali go, że przeżyli już wiele na boliwijskich drogach i nic nie może ich zaskoczyć.

Pakował już walizkę, żeby pojechać z nimi przynajmniej do granicy z Brazylią, skąd miałby wziąć pociąg z powrotem do domu.

– Tyle już dla nas zrobiłeś, że nie moglibyśmy zaakceptować twojej oferty. – Co w rzeczywistości jeszcze bardziej zapalało go do pomocy.

Mówił o protestach w Santa Cruz. Zamknięto właśnie międzynarodowe lotnisko, całe miasto było zablokowane. Nikt nie wiedział, jak to się skończy i czy pozwolą im opuścić kraj. I tak nastroje nie były najpogodniejsze, bo w noc weselną włamano się do ich samochodu, który musiał przecież być zaparkowany na ulicy, i skradziono radio. Na szczęście złodziej wiedział, co robi, i nie zniszczył zamka.

W końcu po ekstremalnie usilnych prośbach wynegocjowali, że Rahul miał pojechać tylko do Santa Cruz. Bardzo prawdopodobne, że zamieszki ucichną w ciągu doby, ale równie dobrze mogą potrwać miesiąc. Nie mogli odebrać aktu ślubu, bo potrzebna była dodatkowa pieczątka z urzędu. Naturalnie. Rahul obiecał, że odbierze dokument w przyszłym tygodniu i wyśle go Fedexem do USA z Brazylii. Wysyłając z Boliwii, naraziliby się na ewentualność, że mógłby nigdy nie dojść. Ucieszyli się, zaoszczędzając przy tym jeden dzień. Nie musieli czekać na poniedziałek i otwarte biura, kolejki i kto wie, co jeszcze.

Wyruszyli raczej podnieceni kolejnymi tygodniami na drodze niż zmęczeni przyjęciem. Załatwienie sprawy i doprowadzenie małżeństwa do skutku dodało im jednak skrzydeł.

Do Santa Cruz dotarli wieczorem. Spowolnienie tempa było spowodowane złapaniem gumy po drodze i szukaniem mechanika (niedziela).

Znajomy Rahula podsunął pomysł o załadowaniu samochodu na ogromną ciężarówkę, która to miała dostarczyć pojazd i pasażerów na granicę do Corumbá, skąd przyjechali. Choć powyższy koncept jakoś nie mógł zmieścić się w ich głowach, po przyjeździe do miasta udali się prosto do miejsca odjazdu transportu.

Ciężarówki stały, owszem, kadłuby stuletniego złomu o marnej naczepie. Na kilku załadowany był już towar pod samo niebo. Wymiary załadunku przekraczały wszelkie normy o trzysta procent. Cokolwiek znajdowało się pod prowizoryczną płachtą, wybrzuszało się na wszystkie strony dziarsko przytrzymywane tysiącem lin. Podobno trasa jest paskudna, nie warto jechać samemu i jest bardzo niebezpieczna. Przeprany mózg i wyuczona nieufność podszeptywały wciąż inne rozwiązania. Nawet po dwukrotnym upewnianiu się "Na pewno w prawo do La Paz?", dwukronie słyszy się Por supuesto, czyli "oczywiście". I nawet pomimo wiedzy, że prawie w stu procentach to nieprawda, zasłyszane historie o niebezpieczeństwie trasy stawiały włosy na baczność. Chyba wciąż nie warto było ryzykować. Wcześniej, jadąc do Cochabamba, zdecydowali się na okrężną trasę i asfalt. Nie mieli żadnego punktu odniesienia. Popularnym transportem jest też pociąg, na który można załadować samochód, ale ten miał odchodzić dopiero za kilka dni (może tygodni?). Chcieli jak najszybciej wydostać się z Boliwii. Wszyscy mówili o strajkach, nie wiadomo było, jak skończą się tym razem.

Co jakiś czas do pamięci Julii wracał obraz domu Rahula. Od pierwszego dnia nie mógł się doczekać, by pokazać im swój dobytek, zwłaszcza że mógł się poszczycić kilkoma niebanalnymi detalami. Położony w centrum miasta, od ruchliwej ulicy oddzielony był tylko metalową, rzeźbioną bramą, która szczelnie odgradzała podwórko od chodnika dla pieszych. Ogromny dzwonek i jeszcze większa kłódka zawieszona na bramie uniemożliwiały wtargnięcie na posesję niepożądanym osobom. Rahul nie pozwalał parkować na ulicy, cały czas powtarzał, że to mucho peligroso. Po przejściu przez ganek wchodziło się do domu, system pociągowy, z kuchni do pokoju gościnnego, a potem dalej na ganek do dalszych pokoi. Na przeciwległym końcu ganku stał inny budynek, jakby odłączony. Tam znajdowało się biuro z kilkoma skandalicznie cennymi zabytkami. Na największej ścianie zawieszony był obraz, Objawienie Najświętszej Maryi Panny, w wielkości dwa na dwa metry, spowity dwudziestocentymetrową, złotą ramą. Rozglądali się po pokoju, łowiąc inne, mniejsze dzieła. Rahul z miną osoby szykującej kolejną niespodziankę odsunął obraz, a pod nim w tym miejscu pojawiły się drzwi. Wąski korytarz prowadził przez niewielki przesmyk do innego pomieszczenia. Tam, po włączeniu wątłego światła, całość rozbłysnęła złocistym blaskiem emanującym z siedemnastowiecznego ołtarza.

Auténtico – poinformował prawie szeptem Rahul z pełnym namaszczeniem.

Potem szybko przesunął dosłownie kawałek ściany i ku wielkiemu zdziwieniu szeregiem wąskich schodów wprowadził ich do kolejnego, tym razem bardzo małego pomieszczenia, które wyglądało jak spiżarnia. Ściany pokryte były workami i opakowaniami żywności, w rogu umywalka i coś na kształt łóżek polowych.

– To nasze zabezpieczanie, wszystko może się zdarzyć. – Rahul pokiwał w zadumie głową i uświadomił, że strach o przeżycie na ulicach Boliwii jest wiecznie żywy.

Pamiętał, jak przed laty, podczas jednej z wielkich rządowych przepychanek doszło do obalenia rządu, a każdy, kto miał białą skórę lub choć trochę wizualnie nie pasował do boliwijskiego wystroju wnętrza, był w niebezpieczeństwie, przy dobrych wiatrach porwania lub w gorszym przypadku – straty życia. Sytuacje powtarzały się tyle razy, że każdy barykadował się w swoich komórkach czasami nawet na czas dwóch lub czterech tygodni. Jakby kopia scenariusza z filmu No Escape, tyko w wersji realnej. Naturalnie świadomość Julii zupełnie wypierała prawdopodobieństwo takiego zajścia, cieszyła się też później, że No Escape obejrzała długo po podróży.

Rahul nadal upierał się, że jeśli pojadą samochodem, będzie towarzyszył im do samej granicy. Zdecydowali się zatem na ciężarówkę. Kazano im przyjść po południu. Było niewyobrażalne jak półjeep ma się znaleźć na pierwszym piętrze tej plandeki i jak w trudnych warunkach przewiezie go na koniec kraju.

Powiedziano, że wyjazd po południu. Znaleźli zatem małą restaurante na lunch, po czym, już prawie się żegnając, podjechali na pseudoparking. Po godzinie czekania szef majdanu w obdartych łachach, mieszkający w budzie przy tymże parkingu, powiedział, że jednak wyjazd jutro z samego rana.

Następnego dnia z rana powiedzieli, że na pewno pomiędzy trzynastą a czternastą. Zaciskając zęby, czekali do popołudnia, po czym okazało się, że na pewno ciężarówka będzie gotowa na dziewiętnastą. Tego było już za wiele. Z piskiem opon odjechali do najbliższego sklepu mechanicznego, by zaopatrzyć się w nowe opony. Przetarta guma była bowiem jednym z najbardziej kłopotliwych aspektów trudnej trasy. Siłą dosłownie wepchnęli Rahula do pociągu zabierającego go z powrotem do domu i wybrali trasę nie w prostej linii do granicy, ale tym razem nieco na północ, do San Matías. Skusiła ich krótsza odległość na mapie. Wyjechali pod wieczór, planując zatrzymanie się w San Ignacio na nocleg. Obliczyli, że nawet jeśli nie uda im się zatankować po drodze, powinno wystarczyć paliwa do samego miasteczka. Przejechali po raz drugi przez wielki, znajomy już most, tym razem bez specjalnej kolejki, ale nadal bardzo powoli. Pojawiło się więcej stacji – budek, przy których sprawdzano dokumenty. Byli lepiej zorientowani, jak należy z nimi rozmawiać, jednak wielkie karabiny żołnierzy wciąż budziły grozę i dreszcze.

Asfalt skończył się szybciej, niż się spodziewali. Zaczął się deszcz, burze i mgła. Nowożeńcy w środku niczego na kamienistej drodze pełnej zakrętów, za którymi czaiło się, Bóg wie co. I znów wszystkie mięśnie zesztywniały z przerażenia, nadwyrężenia, zmęczenia. Kilometry, które mieli przebyć, wcale nie uciekały z zawrotną prędkością. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Szaroczarna ciemność spowiła rzeczywistość, a deszcz budził nowe lęki. Wszyscy, włącznie z kierowcami ciężarówek, odradzali im tę trasę. Fatalna jakość drogi powodowała, że ciężki deszcz nie tylko ograniczał bardziej widoczność, ale też rozmywał nawierzchnię, tworząc coraz to nowe dziury, papki i oberwania. Julia nie do końca zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na które dobrowolnie się zapisali. Znajdowali się bowiem na głównej trasie przemytników kokainy z Boliwii na resztę świata. Amen.

– Zauważyłaś, że od godziny nie minęliśmy żadnego samochodu? – zauważył Paulo, przerywając stukanie deszczu o szyby.

Radio było przecież skradzione, cisza zastąpiła muzykę i byłego towarzysza podróży – Rahula.

Rzeczywiście. Nie myślała o tym. Pocieszające było to, że w taką ulewę na pewno nikt nie czai się w dżungli, żeby napaść na przejezdnych w jakimkolwiek celu. Podobno gwałcą kobiety, a mężczyznom podcinają gardła.

W końcu o pierwszej piętnaście w nocy z mokrej ciemności wyłoniła się drewniana tabliczka: "San Ignacio". Jakie szczęście. Wybrali najlepszy hotel na kwadratowym rynku. Jak fatamorgana, standard był co najmniej pięciogwiazdkowy. Pięciogwiazdkowa była też cena, która nadała mu wymiar rzeczywisty. Do dziś trudno powiedzieć, kto tam sypia, chyba tylko turyści. Poczuli się jak na wyspach Bahamas – czyściusieńkie, śnieżnobiałe prześcieradła, pachnące kwiaty, szczelne ściany i okna, wszystko nowe, z klasą, aż nie chciało się wyjeżdżać! Kto wie, kiedy będzie następna okazja, żeby odetchnąć w normalności, której przecież brakowało już od wielu tygodni.

Śniadanie też było na medal. Paulo w pośpiechu pobiegł na stację, żeby napełnić bak i dodatkowy kanister.

Julia skorzystała z okazji i zwiedziła miasteczko, wchodząc też do małej katedry, świetnie zachowanej, jakby budowniczy opuścili ją w zeszłym tygodniu, a nie w siedemnastym wieku.

Paulo wrócił po dwóch godzinach. Stacja była tylko dwie ulice od rynku. Mieli dużo szczęścia, bo obowiązywały limity na ropę i być może, gdyby delektowali się śniadaniem trochę dłużej, byliby zmuszeni do zaczekania na kolejną dostawę. A tak – kto wie – za dzień, dwa, dwa tygodnie? Wraz z dieslem Paulo przyniósł garść informacji. Próby przeprowadzenia indagacji miały złożony wydźwięk: oczywiście każdy odradzał trasę do San Matías, które w tym wypadku było wymarzonym kluczem do wolności, czyli miastem granicznym z Brazylią. Na stan dróg, a raczej drogi mówiono "zła" lub "bardzo zła", a opinie o długości były bardzo różne: od trzech godzin po cały dzień. Widać, że na kilometry tu się tras nie mierzyło. Z mapy wyglądało na to, że od granicy dzieliło ich około trzystu pięćdziesięciu kilometrów. Mówiono też, że jest bardziej niebezpiecznie niż na innych drogach Boliwii. Granica w San Matías była słabiej strzeżona, toteż łatwiej dilerom było przemycić biały proszek. Podobno należało też uważać, będąc na trasie, bo wypychali kokainą cudze samochody przed granicą i odbierali sobie towar po przekroczeniu służb celnych, o ile właściciele pojazdów nie zostali złapani. Wtedy można się było spodziewać, że kokaina będzie w oponach, pod maską i w różnych innych częściach samochodu.

Wiedząc mniej niż poprzednio, postanowili zignorować wszystkich i po prostu pojechali na północny wschód. Do Brazylii. Wyruszyli pełni strachu, ale liczba kilometrów i od rana rozpogodzone niebo brzmiały kusząco.

Trudno. Co ma być, to będzie.

Za pierwszym zakrętem wyłoniła się budka, z której wychodził cienki sznurek, jak do szlogi, zagradzający drogę. Tym razem należało zapłacić "za drogę"(!?). Przy okienku płacił właśnie kierowca wielkiej ciężarówki przekraczającej sznurek z naprzeciwka.

– Jedzie pan z Brazylii? Jaka trasa? – zapytał Paulo.

– Tak, zła, bardzo zła – odburknął i splunął definitywnie wściekły kierowca.

To świetnie. Po jakimś czasie stwierdzili, że był zły chyba dlatego, że droga była wąska, wyboista i pełna zakrętów. Pewnie dlatego było mu trudno poruszać się ciężarówką.

Wraz z upływem kilometrów zniżali się geograficznie. Po wielu tygodniach oglądania tylko suszy, nagle uderzyła ich soczysta i bujna zieleń. Powietrze stało się na powrót wilgotne i pełne oddechów aligatorów. Nie było mowy o siku na łonie natury.

Niebawem wyłoniła się następna budka, tym razem z drewnianym, biało-czerwonym palem, jak na granicy. Punkt kontrolny. Dwóch policjantów podeszło do samochodu i zażądało dokumentów. Jeden z nich, niezbyt przyjazny, zabrał cały plik takich "skarbów" i wszedł do budki. Drugi poprosił Paula, żeby poszedł za nim. Julia została sama. "Pięknie. Ciekawe, co teraz?" To już nie pierwszy raz, kiedy jej mąż (!) zniknął w takiej drewnianej chacie z grupą uzbrojonych żołnierzy. Za każdym razem zastanawiała się, czy stamtąd wyjdzie. Po chwili jednak Paulo wrócił do samochodu.

– Podasz mi portfel? Nie obejdzie się bez portfela.

Kolejne kilka kilometrów, kolejna budka. Tym razem dwóch dwudziestolatków. Jeden bez koszuli, tylko w spodniach moro, z łopatą w ręku, próbował wykopać dziurę. Ciekawe, w jakim celu. Może lepiej nie wiedzieć. Podszedł do samochodu, oparł łokcie na otwartym oknie, z Julii strony, na co zareagowała delikatnym odsunięciem się w przeciwną stronę. Chyba uniosła też trochę brwi, bo jego zachowanie było kompletnie inne od poprzednich doświadczeń z mundurowymi.

Colaboration, amigos!

Paulo wyjął z portfela pięć boliwianos. Nie był zbyt szczęśliwy.

Ce-des? Tienes ce-des con música? – O co mu chodzi?

– Chce płyty CD.

Mieli tylko dwie płyty z muzyką. Pierwsza, nie wiadomo skąd się wzięła w posiadaniu rodziny Paula, towarzyszyła im przez tysiące kilometrów i cały pobyt w Marau. W końcu po dotarciu do Rio zakupili jeszcze jedną brazylijskiego solisty, której nie sprzedawano w USA. Wprawdzie obie bardzo dawno temu nie tylko im się znudziły, ale każda nuta wywoływała jakieś rewolucje w okolicy serca. Odtwarzacz był skradziony, ale skłamali, że płyt nie mają.

– Jeszcze tego brakowało. Za nic nie oddaję swoich płyt – wymruczał Paulo, oburzony, gdy już pokonywali poprzeczkę, a sierżant machał na pożegnanie.

Kolejna budka przyniosła nowe doświadczenia. Dwóch młodych żołnierzy, w pełni umundurowanych i z zawieszonymi karabinami, bardzo poważnych i bez uśmiechu sprawdziło dokumenty. Obyło się bez wychodzenia z samochodu. Spojrzeli na stos papierów, potem na pasażerów i kazali jechać! Nawet im zasalutowali. Pewnie byli na stażu i nikt nie powiedział im, na czym polega sprawdzanie dokumentów w Boliwii. Paulo rozważał zaoferowanie gotówki, ale kończyły się drobne, a do granicy jeszcze bardzo daleko.

Podczas całej podróży z Santa Cruz z powrotem do granicy z Brazylią wszyscy dziwili się, że tak dobry samochód wyjeżdża z Boliwii. Jeśli nie mówili tego głośno, zdziwienie było wymalowane na twarzach zarówno prowadzących ciężarówki, jak i żołnierzy na punktach kontrolnych. Zazwyczaj ludzie przyjeżdżają tu, sprzedają auto za gotówkę i wracają do kraju innym środkiem transportu. W Brazylii biegną do swojej firmy ubezpieczeniowej, a ta wypłaca im równowartość. Ach, cóż za kusząca opcja, wracać do Salwadoru, na wschodni koniec Brazylii, samolotem. Jednak się nie zdecydowali. Julia oczywiście z pobudek czysto emocjonalnych. Ze smutkiem spojrzała na srebrną toyotę, z którą łączyło ich już przecież tak wiele. Nie mogłaby znieść, gdyby zostawili tutaj ten samochód na pastwę losu. Paulo przypomniał, że ubezpieczenie przecież nie pokrywa samochodu w tym kraju. Hm, ciekawe dlaczego?

W kolejnym punkcie Paulo poprosił, żeby rozmienili mu pieniądze, bo bał się, że nie wystarczy do granicy!

Śmiali się wszyscy.

36

Czterdzieści stopni ciepła. Duszne, upalne powietrze splatało w uścisku wszystko i wszystkich wokoło. W tym wypadku tylko wszystko, bo wokół żywej duszy... to znaczy człowieka. Obecność drapieżnych zwierząt wyczuwało się na każdym kroku. Tutejsze tropikalne mokradła posiadają wszystkie walory dżungli. Egzotyczne drzewa i krzewy w swej bujności skutecznie skrywają lokalną zwierzynę: od zupełnie niegroźnych mrówkojadów i błękitnej ary, do lampartów i krokodyli. Wychodząc z samochodu – przeważnie w razie zaistniałej potrzeby – naprawdę należało uważnie rozejrzeć się wokoło i upewnić się, że wytworzyło się wystarczająco dużo hałasu, żeby odstraszyć potencjalnych pożeraczy żywego mięsa.

Od czasu do czasu nad głowami przelatywały kolorowe papugi i wiele innych ptaków, które Julia dotychczas oglądała tylko na kanale Discovery. Zadziwiające, że w ciągu zaledwie trzech tygodni obraz tego obszaru potrafił zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni!

Co roku pod koniec suchego sezonu wszystko obumiera. W tym roku tropikalne gąszcze zostały nawiedzone przez wielkie pożary, na znacznie szerszą skalę niż w poprzednich latach. Wymarło wszystko, co nie potrafiło umknąć płomieniom. Po pożarach następuje okres stagnacji, kiedy maleńkie jeziora, kurczące się wśród niweczącej suszy, wokół swoich kilku kropli wody gromadzą zwierzęta z pobliskich terenów. Zaczyna się kolejna próba przetrwania. Obok krokodyli nieufnie stoją zebry i dzikie krowy, to wszystko w bezpiecznej odległości, zgodnie wyczuwając okres próby. Łączą siły we wspólnym przeciwstawianiu się działaniu czasu, dzieląc się pozostałościami. Dopiero gdy natura z powrotem przywraca życie tej części Ziemi, po kilku obfitych deszczach cała roślinność wypuszcza nowe pędy i w rekordowym tempie wszystko znów staje się zielone, bujne i soczyste.

Julia i Paulo przemierzali niekończącą się trasę, Bóg wie, dokąd właściwie zaprowadzi ich droga i ile jeszcze godzin spędzą w samochodzie. Po wielu tygodniach podróży przez Boliwię nauczyli się nie zważać na znaki informujące o liczbie kilometrów pozostałych do następnego miasta. Na jednym widnieje: "Santa Cruz 350 km", dziesięć minut później na tej samej trasie: "Santa Cruz 210 km". Jeszcze gorzej, gdy przejeżdża się przez miasto i znaków nie ma w ogóle. Pozostaje więc informowanie się u lokalnych. Podjechali zatem do pana stojącego przed dość solidnym domem i zapytali, w którą stronę do Santa Cruz (największe miasto Boliwii – większe nawet do La Paz!). Pan bez cienia namysłu wskazał palcem na prostą drogę w kierunku, w którym właśnie zmierzali, i powiedział:

– W tę stronę. Pojedziecie trzy godziny i będziecie na miejscu.

W tym momencie spod ściany wstał inny mężczyzna, w małym, mocno wytartym kapelusiku typowym dla tego regionu, i prawie podbiegając, krzyczał:

– Głupiś! Do Santa Cruz jest w tę stronę. – I pokazał przeciwny kierunek. – Musicie jechać około pięciu godzin. Cały czas prosto.

Zupełnie skonfundowani podjechali dalej, żeby zapytać kogoś postronnego. Postanowienie było proste: jeśli rada będzie zgadzać się z którąś od poprzednich informatorów, spróbują tej właśnie trasy.

Trzecia osoba:

– Tak, tak, wiem, wiem, do Santa Cruz to tędy. – Pokazała na trzeci kierunek zupełnie przekonana o swojej racji, bez krzty zwątpienia. – Za pół godziny będziecie na miejscu. Tylko musicie jechać prosto.

Trzeba kierować się własnym przeczuciem i słońcem, licząc na łut szczęścia. W ostatecznych decyzjach posiłkowali się ubogą mapą z Lonely Planet, na której wyznaczone były tylko trzy główne drogi, a i te nigdy nie były do końca pewne. Musieli stracić wiele godzin, nadłożyć setki kilometrów i przeżyć wiele zawodów, by nauczyć się nie ufać nikomu.

W Pantanal jednak nie było ani drogowskazów, ani ludzi. Było się zdanym tylko na siebie. Na szczęście droga wprawdzie była kiepska, ale tylko jedna.

Słońce było wciąż wysoko, przed maską samochodu widać było jedynie wyboistość jedynej drogi i zakręt, z tyłu tylko pył. Nagle, pokonawszy kolejny z zakrętów, zamarli. Znowu. Przed nimi pojawił się wojskowy jeep załadowany żołnierzami. Gdy tylko zobaczyli ich samochód, zajechali swoim w poprzek drogi, zmuszając ich do zatrzymania się. Nic już nie było oczywiste, właściwie na tej trasie mogło zdarzyć się wszystko.

Żołnierze zaczęli wysypywać się z jeepa jeden za drugim. Każdy miał solidną kamizelkę kuloodporną i broń prawie większą niż oni sami! Wszyscy byli przygotowani do strzału, obie ręce na karabinie. Przez ramię przewieszone naboje – aż lśniły w słońcu! Kazali na migi wyłączyć silnik. Zaczęli zbliżać się do samochodu, bacznie obserwując Julię i Paula. Julia otworzyła drzwi. W pół sekundy wszystkie dwanaście karabinów, z szeregiem głośnych kliknięć, było skierowanych na nią, gotowych do strzału. Jak dwanaście osób zmieściło się w jednym jeepie – nigdy się nie dowiedziała. Cóż, to był definitywnie zły ruch. Zatrzasnęła drzwi i praktycznie na bezdechu, z uwagą, obserwowała, co będzie dalej. Każdy z żołnierzy wyglądał bardzo poważnie, profesjonalnie, amerykańsko. Byli lepiej zbudowani, wyżsi od poprzednich, których napotkali na boliwijskich drogach. Wszyscy mieli jednakowe mundury moro, a kuloodporne kamizele naprawdę budziły respekt – na pewno nie udałoby się zamaskować takowej pod garniturem. Na broni Julia się nie znała, ale sądząc po wielkości, kula z tej maszyny przeszyłaby na wskroś nie tylko ją, Paula i samochód, ale pewnie wylądowałaby w ostatniej wiosce, którą widzieli.

37

Oficer podszedł do samochodu od strony Paula i niecierpliwym ruchem pokazał, że mają zrolować szybę. Nie można zrolować szyby przy wyłączonym silniku. Gestykulacja Paula nie była widać zbyt klarowna, oficer niecierpliwił się coraz bardziej. W końcu Paulo, przeczuwając reakcje mundurowego – nie wiadomo do końca jak intensywne, na pewno jednak negatywne w skutku dla nich samych – włączył silnik samochodu, trzymając palec na guziku zsuwającym szybę. Jednak ci na zewnątrz widocznie nie wywnioskowali oczywistego i jeden z żołnierzy wystrzelił ze swojej broni w niebo. Julia odskoczyła na swoim siedzeniu. Poczuła, jak parzący pot spływa jej po plecach, a szyja rozgrzewa się, podduszając ją w paraliżującej ruchy panice. Główny oficer skinął na tego, który właśnie wystrzelił, z gromiącym spojrzeniem, ale nie wykonał żadnego ruchu. Przez wąską szczelinę uchylonej szyby Paulo podał teczkę.

– Dziękuję. – Oficer odwrócił się prawie na pięcie i podał innemu oficerowi część papierów, po czym poszedł do swojego wozu.

Warknął coś w kierunku reszty bandy, która nie tylko pozostała na swoich pozycjach, ale też nie przestała w nich celować.

Wewnątrz samochodu zrobiło się bardzo gorąco. Upał był nie do wytrzymania, z czego temperaturę podgrzewała dodatkowo nerwowa atmosfera.

– Ciekawe, co teraz będzie. – Przez moment Julia widziała się w boliwijskim więzieniu, próbując wykonać telefon do domu, żeby zapewnić, że wszystko w porządku, potem zobaczyła się w hamaku w Marau, sącząc caipirinhę. Na krótki moment było jej nie tyle wszystko jedno, co w swoim logicznym rozumowaniu wytłumaczyła sobie, że palmy i kokosy wydarzą się na pewno, tylko może w nieco większym odstępie czasu. Rozważała więzienie jako jedno z kolejnych wydarzeń, jakby to było przesądzone. W tej wizji opuścił ją strach, zamiast tego zobaczyła po prostu racjonalny przebieg fabuły, jak w filmie, patrząc na wszystko okiem biernego widza.

– Nie chcę cię straszyć, ale tak naprawdę mogą zrobić z nami wszystko. – Po raz pierwszy w głosie Paula wyczuła prawdziwy niepokój.

Potem powiedział jej, że był świadomy liczby przestępstw na tym terenie, uwzględniając gwałty na kobietach, jednak liczył na pogodny przebieg wydarzeń, nie rozważając mocniej statystyk. W tym jednak momencie pożałował, że nie przygotował się do podróży trochę gorliwiej, sprawiając sobie pistolet, który jednak w tej sytuacji i tak nie pomógłby za grosz.

– Dzięki – wydedukowała podobne wnioski już jakiś czas temu.

Po dłuższej chwili oficer wrócił z teczką. Nie był zadowolony. Po hiszpańsku zadawał pytania, na które Paulo starał się odpowiadać raczej zgodnie z prawdą. Pytania stawały się trudniejsze, bardziej podchwytliwe i chociaż nie mieli nic do ukrycia, przebiegle wymuszono na nich poczucie winy. Na szerokiej twarzy dowódcy powoli malowało się coraz większe zniecierpliwienie, towarzyszył mu szorstki ton głosu i coraz krótsze sylaby. Sprawa tyczyła się tej samej kwestii, co milion razy wcześniej. Znów nie było wiadomo, dlaczego podróżują nieswoim samochodem, po takiej trasie, w środku niespokojnego lądu białego prochu, i tak naprawdę nie mają tu nic do roboty. W pewnym momencie dryblas wskazał na Julię lekko, ale bardzo szybko poruszając głową w górę i w dół, jakby mówił: "Po co ją tu zabrałeś?", uświadamiając im w jednej sekundzie, na jakim poziomie w hierarchii respektu znajdują się tutaj kobiety. Urażona, postanowiła jednak zignorować gest, udając, że nie zauważyła braku szacunku. Paulo chciał chyba zażartować, na to przynajmniej wskazywał ton jego głosu i lekki uśmiech, ale oficerowi wcale nie było wesoło. Zarządził, żeby wyjść z samochodu.

Dwóch oficerów dobrało się do kilku walizek umieszczonych z tyłu. Każdy ruch był zdecydowany i niepozostawiający żadnej wątpliwości: czuli pewność sytuacji, jakby dając do zrozumienia, że mają ich w garści i wszystkie okropne rzeczy, które teoretycznie mogą ich spotkać, są tylko kwestią czasu. W powietrzu z pewnością wisiały złowrogie przepowiednie.

Julia spoglądała na swój telefon komórkowy, który bezdusznie został wyciągnięty na powierzchnię, a który cierpliwie leżał na dnie którejś z waliz, czekając na lepsze czasy. Na jej oczach został brutalnie rozebrany na części. Patrzyła, jak rozpruwają go, szukając jakiegokolwiek pretekstu, by udowodnić swoją rację. Potem w łapskach lądowały kolejno wszystkie osobiste przedmioty – od książek, notatników, przez kosmetyki, po bieliznę. Dwa razy pokusiła się o delikatny komentarz z prośbą o delikatność, co zostało kompletnie zignorowane. Następnie zaczęto na części rozbierać samochód. Wszystko, dosłownie wszystko fruwało po obu poboczach, małym rowie i jeszcze mniejszej polance, gdzie umoszczono wojskowego potwora na kółkach. Było już wiadomo, że zespół nie należy do federalnej ani żadnej policji. Na pewno byli z oddziału do spraw specjalnych, z minuty na minutę Julia utwierdzała się w przekonaniu, że wyłącznie do narkotykowych, czyli najgorszych, co też oznaczało, że traktowanie przestępców ma się odbyć w sposób najdrastyczniejszy. Pomimo czystego sumienia w głowie zaczęły wygrywać nieuzasadnione nuty pokory, a umysł usilnie wyławiał możliwe przewinienia. Po chwili jednak, gdy jasne stało się, że nie ma na swoim koncie żadnego grzechu, zaczęła się zastanawiać, kiedy i gdzie mogły wydarzyć się sprawy ich pognębiające. Wciąż nic nie przychodziło jej do głowy, racjonalność krzyczała jak wściekły pies, że nic na nich nie mają, jednak przedłużający się proces i zbyt dogłębne poszukiwania karmiły strach, a nie nadzieję.

Przez dwie godziny w ogóle z nimi nie rozmawiano. Paulo poprosił o wodę, która siedziała w kieszeni na drzwiach samochodu, które to z kolei były zupełnie rozebrane. Jeden z żołnierzy podał butelkę, a Julia, wykorzystując moment, podeszła po kapelusz. Powoli zabrała go z leżącej kupki rzeczy rozwalonych przed samochodem. Stojący najbliżej żołnierz ze zdziwieniem obserwował każdy jej ruch, a Julia bezceremonialnie włożyła go na głowę, patrząc mu prosto i przeciągle w oczy. Pragnęła z całego serca, żeby wyczytał z nich, co tak naprawdę myśli o całym zabiegu i jak bardzo ma go w nosie. I to, że mogą zrobić, co chcą. Była zmęczona całym bezsensem sytuacji, poza tym upał dokuczał bardzo. Nie mogła zrozumieć, dlaczego aż tak nie chcą lub nie mogą uwierzyć w ich niewinność. Dwoje białych ludzi przemierza dzikie tereny Boliwii, jakby pomylili ścieżki. Być może poczuli się urażeni, myśląc, że przedstawiciele którejś z licznych mafii celowo wysłali akurat ich dla zmylenia przeciwnika. Z jednej strony Paulo i Julia sprawiali wrażenie beztroskich turystów, których znają ze sporadycznie oglądanych zagranicznych filmów, z drugiej profesjonalizm kazał im podejrzewać właśnie tę parę, bez marginesu na pomyłkę w ocenie sytuacji. Niczego nie wyjaśniał, wręcz przydawał podejrzeń wielki hiszpański napis przyklejony na szybie "świeżo poślubieni" wysmarowany przez córkę Rahula w niedzielny poranek przed wyjazdem. Nad całością powiewały biało-czerwono-zielono-żółte chorągiewki, pozostałości po wielkiej bibie, jednocześnie będące pamiątką na całe życie. Jakby tego było mało, w jednym z pudełek znaleźli dwa kieliszki do szampana, na których doczepione były plastikowe gołąbki z perłowymi szarfami naturalnie obwieszczających dobre wieści. Gdzieś w papierach zawinięta była młoda para z marcepanu, już bez mostka, który zdecydowali się zostawić w Boliwii ze względu na zbyt wielką ilość zajmującego miejsca w walizce, którą przecież – docelowo – mieli zabrać kiedyś tam w podróż przez ocean. Wszystkie te elementy zdecydowanie nie pomagały w małym śledztwie, które działo się wokół, a które swą presją budziło najgłębsze niepokoje.

Obserwując fizyczne dowody niedawnej ceremonii zaślubin wędrujące z rąk do rąk oficerów, Julia uśmiechnęła się mimowolnie, nie do końca wierząc w historię poprzednich dni. Widziała reakcję Paula, gdy jeden z żołnierzy podniósł wysoko do góry kieliszki i oglądał je z kilku stron. Uśmiechnął się i powiedział coś o casamento, czyli o ślubie, sam chyba nie dowierzając. Było pewne, że ci urzędnicy na pewno nie uwierzą, że dwóch białych ludzi pojechało do Boliwii, by się pobrać, co w tym momencie było oficjalną wersją. Zdecydowali, żeby nie obnosić się z informacją o biznesowym charakterze wyprawy, pomimo że biznes prowadzony był legalnie, mogłyby z tego wyniknąć dodatkowe kłopoty. Wywożenie antyków z kraju nie było mile widziane.

Zasady, co więcej, podatki zmieniły się drastycznie po masowych ruchach, kiedy z Boliwii zaczęto wywozić wszystkie możliwe skarby, wykorzystując ignorancję lokalnych. Z czasem zaczęli zdawać sobie sprawę z wartości mebli, krzyży czy kościelnych ołtarzyków transportowanych z powrotem do Europy czy USA, które zachłysnęły się cudami pozostawionymi przez konkwistadorów, a także wielu zamożnych rodów przybywających z Europy i próbujących zakorzenić na dzikich ziemiach cywilizację wraz z ówczesnym standardem. Jeszcze niedawno można było nabyć prawdziwe perełki w postaci antycznych stołów, sof i wazonów za grosze, teraz jednak nie tylko ceny wzrosły przy malejącej liczbie cennych przedmiotów, ale biurokracja osiągnęła niebotyczne rozmiary absurdu. Wysyłka kontenera, który został skompletowany na tej wyprawie, miała zająć sześć miesięcy.

Wersja ślubu, choć i tak mało wiarygodna, wciąż wydawała się bardziej racjonalna. Poza tym niezbyt ulotne dowody ceremonii niezaprzeczalnie świadczyły o tym, że nie zmyślają. Dowodem na to wszystko okazał się plik zdjęć, który wyskoczył na jednego z mundurowych przegrzebującego kolejną z walizek. Rahul na czas ceremonii zatrudnił profesjonalnego fotografa, który jeszcze tego samego wieczoru podrzucił odbitki upamiętniające całą przygodę. Każda fotografia uwieńczona była małą ramką z ozdobnym szlaczkiem, pod spodem napis "Cochabamba" i data. Być może to był przełomowy moment w poszukiwaniach, ten sam mężczyzna, który natrafił na fotografie, trzymając je w ręku, krzyknął bowiem imię głównego oficera i podszedł do niego, pokazując mu najnowszą zdobycz.

Julia i Paulo obserwowali wszystko z boku, mając nadzieję, że to już koniec przeprawy i w końcu pozwolą im zabrać graty i po prostu odjechać.

Rzeczywiście na to się zapowiadało, gdy nagle jeden z oficerów krzyknął coś na całe gardło. Nie można było zrozumieć słów, ale generał w momencie był przy nim, z drugiej strony samochodu.

Cała załoga natychmiast zgromadziła się wokół tego robiącego hałas. Wszyscy spojrzeli na nowożeńców, zupełnie nieświadomych, co się dzieje. Rozpoczęli jakąś dyskusję, przytłumionymi głosami, definitywnie rozważając coś dogłębnie. W końcu, po paru minutach dodatkowej niepewności, szeryf zawołał ich machnięciem ręki. Podeszli do grupki, z ciekawością wypatrując, nad czym pochylali się tak ostrożnie. Przed nimi pojawiło się zdjęte koło, z niego opona, a w oponie... białawy proch. Grubość była nierównomierna, gdzieniegdzie przebijał kolor gumy. Szok, zdziwienie, panika i trzęsące się ciało to nowe odczucia Julii, a bezruch Paula wskazywał na podobne w jego przypadku.

Główny sierżant podszedł, tłumacząc coś średnio spokojnie, za nim dwóch podwładnych odpięło od swoich spodni wiszące kajdanki i także podeszli do nich bezceremonialnie i założyło im je na ręce. Pochnęli oboje lekko do przodu, w kierunku ich jeepa, reszta, obgadując całe zajście, zaczęła zbierać porozrzucane rzeczy po wyraźnej komendzie dowódcy. Jeszcze raz, kiwając głową, Julia pomyślała sobie, że życie to jedna wielka ekranizacja filmu. Zawsze wydawało jej się, że ma jakąś kontrolę nad tym, co robi, teraz jednak pogubiła się w niewiedzy, kto tak naprawdę pisze scenariusz.

Jeep podskakiwał na wybojach, za nimi ich toyota w ten sam rytm, razem ze zbyt wieloma żołnierzami niemieszczącymi się wewnątrz wozu, w związku z czym siedzącymi na naczepie. Jechali "główną" drogą przez około piętnaście minut, po czym jeep skręcił w szczere pole, zjazd oznakowany był tylko dwoma patykami, jak oznacza się brazylijskie bramki na prowizorycznym boisku uklepanym na łące. Podłoże było dość nierówne, wyglądało jak dzikie mokradło, ale kierowca doskonale orientował się w terenie i bez ceregieli ze zdecydowaniem prowadził samochód.

Julia obejrzała się za siebie. Toyota dawała radę, nie opuszczając ich w trudnych chwilach. Nie rozmawiali z Paulem, mieli zbyt mało informacji, przeczucia też dawno stały się nieadekwatnym odnośnikiem, wobec czego milczenie wydawało się najbardziej właściwe. Po wejściu do wozu powiedział tylko, że gdy tylko będzie mógł wykonać telefon, zadzwoni do Rahula, i od tego czasu dalsza wymiana zdań wydała się zbędna. Julia analizowała, czy Rahul będzie mógł pomóc, jak do tej pory jego zdjęcia z głowami państwa na nic się nie zdały. Ale chyba lepsze to niż niepokojenie rodziców Paula, potem konsulatu i tak dalej. Zresztą i tak nie wiadomo, czy udałoby im się pomóc. Mieli wrażenie, że bezsilność ma znacznie szersze ramiona, niż przypuszczali. W którym momencie podróży podrzucono te narkotyki? Używali tylko strzeżonych parkingów nocnych. Niemożliwe, że to stało się, kiedy spożywali nędzne posiłki w przydrożnych pseudobarach. Sytuacja wydawała się tak mało wiarygodna, że w pewnym momencie Julia spojrzała na Paula, marszcząc czoło, dopuszczając podejrzenie, że to może on jest sprawcą incydentu.

Na jego twarzy jednak nie znalazła żadnego dowodu na potwierdzenie nowej teorii i strząsnęła niedorzeczne myśli. Nie można dać się zwariować. Tkwił w tym tak głęboko jak i ona i na pewno wszystko skończy się dobrze, niwelując skutki i doprowadzając nieporozumienie do wyjaśnienia. Na ten moment jednak rzeczywistość ich pokonała.

38

Z wielką ulgą wysiedli z przegrzanego samochodu, w którym wpadające przez okna powietrze nie robiło żadnej różnicy. Na pół zagotowane mózgi wyłączyły racjonalne myślenie, martwiąc się o przetrwanie najbliższych minut.

Przed nimi z dzikiej dżungli wyrósł adekwatnie dziki domek, zlepiony z paru plandek, blach i dwóch okiennic, w których nie było szyb. Lekko popchnięto Julię naprzód. Poczłapała za resztą brygadzistów, nie analizując, co może wydarzyć się za drzwiami baraku.

Zaciemnione i pustawe wnętrze oddawało charakter sytuacji, pozbawione ludzkich odczuć i słońca nie witało gości w progu, raczej budziło pragnienie, aby jak najszybciej opuścić szare ściany z taniej cegły. Znad prowizorycznego biurka podniósł głowę mocno przysadzisty urzędnik, który nie krył zdziwienia, zachowując tylko odrobinę profesjonalizmu. Głównodowodzący oficer nie tłumaczył długo, kim jest ta nietypowa para, tylko krzyknął urywanym zdaniem coś w jego stronę i nie pozwalając im się zatrzymać, popchnął ich lekko w przód.

Na końcu dziwnego hallu Julia zobaczyła to, czego tak bardzo się obawiała: grube pręty rozciągające się od sufitu do podłogi z wielką kłódką przy zamku. Przed wsadzeniem ich do ciasnego pomieszczenia drugi oficer konwersował z pierwszym o tym, czy powinni być w jednej celi. Przecież nie wsadzają pań i panów razem. Na to wszystko przyszedł trzeci, wyraźnie gromiąc podopiecznych i przyśpieszając akcję. Furtka zaskrzypiała tak, że Julię aż przeszły dreszcze, od głowy do samych pięt. Wylądowała w małym pomieszczeniu bez okna, a za nią został wepchnięty Paulo.

"Tego jeszcze nie było" – pomyślała w duchu, a na zewnątrz tylko się uśmiechnęła. Zupełnie przestała się bać, coś wewnątrz postanowiło, że teraz będą się dobrze bawić. Coś na zasadzie głupawki.

Oficer jak zwykle nie podzielał pozytywnych nastrojów. Zatrzasnął kraty, a Paulo zapytał, kiedy może wykonać telefon i czy można dostać trochę wody.

Ten burknął coś w odpowiedzi i odmaszerował. Zostali sami. W celi nie było czego podziwiać. Odrapane ściany odstraszały grzybem i zaciekami, sufit wisiał nisko udekorowany wieloma pęknięciami, a na przeciwległej ścianie do krat wycięty był mały otwór, przez który sączyło się duszne powietrze. Po prawej stronie maleńka umywalka, która sprawiała wrażenie, że za sekundę runie w przód razem z kilkoma rurami, którymi była przytrzymywana. Zupełnie wysłużony kran kończył się gumowym wężem, pożółkłym i brudnym. Na ziemi leżały dwa materace, o bardzo wątpliwej czystości. Właśnie zza jednego wyleciał spłoszony, myszopodobny stwór. Głośny krzyk Julii sprowadził strażnika, ale Paulo uspokoił go, że wszystko okej, i ponowił pytanie o telefon.

Un momento – odpowiedział wściekły, odchodząc.

Paulo podszedł do Julii, próbując ją przytulić, ale nie znalazła w tym geście pocieszenia ani żadnej emocji, którą chyba starał się przekazać. A może chciał uspokoić siebie, bo powiedział:

– Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.

Nie odpowiedziała.

Usiadł na ziemi. Przyrzekła sobie, że nawet nie dotknie materaca. Nie rozmawiali, wychodząc z założenia, że nawet nie mają pojęcia, jak wyglądają w tym kraju procedury postępowania narkotykowego. Wiedzieli, że nie będzie kolorowo, ale po co napędzać dodatkowo niepewność prowadzącą do strachu. Po nieokreślonej chwili nadszedł jeden z żołnierzy, niosąc ciepłą wodę, którą tylko wsunął przez szerokie kraty.

– Dziękuję. Kiedy będzie można zadzwonić? – ponowił próbę Paulo.

– Nie wiem. – I odszedł.

Po, jak można było sądzić, kolejnej godzinie morderczej niepewności Julia zaczęła odczuwać mdłości. Nadal siedziała w tej samej pozycji z przymkniętymi oczami. Zaczęła się modlić. "Boże, nie wierzę, że wpuściłeś mnie tu ot tak. To wszystko pewnie jest po coś. Tylko po co? Wyjaw mi sprawę szybciej, niż możesz, bo trochę tu niewygodnie". Pomimo wszystko nie zdołała wydusić z siebie pokory, która wydawała się na miejscu. W końcu podszedł ktoś z wielkim kluczem i wyciągnął Paula, zostawiając ją na podłodze.

– Zaraz wrócę.

– Nigdzie się nie wybieram. – Właściwie to chciała mu wierzyć, ale wiedziała z filmów, że równie dobrze mogą się nigdy nie zobaczyć.

Nie było go chyba godzinę. Wrócił dość blady w towarzystwie goryla, który bezceremonialnie otworzył mu wrota, a ten spokojnie wszedł do środka.

– Nie mogłem się do niego dodzwonić. W końcu się udało. Krzyczał i żałował, że nie pojechał z nami, rozpaczał okrutnie. Ma wyrzuty sumienia, nie mogłem go uspokoić. Powiedział, że zaraz zorganizuje transport i przybędzie jak najwcześniej. Potem poprosił, żeby podać słuchawkę generałowi. W słuchawce wciąż słyszałem Rahula, ale dryblas tylko postękiwał coś i mruczał niewyraźnie. Nie wydawał się poruszony ani tym bardziej przejęty. Nie wiem, czy to coś dało. Chyba musimy zaczekać na Rahula.

Julia wiedziała, ile czasu zajęło im pokonanie trasy z Cochabamba do tego miejsca i zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze. Perspektywa spędzenia nocy w tym pomieszczeniu przewracała wnętrzności do góry nogami. Część jej świadomości wiedziała, że nie ma wyjścia. Dała sobie jednak czas na małą rozpacz. Zawiesiła głowę na kolanach i poczuła, że chce zniknąć.

– Spędzenie nocy tutaj to najmniejszy z naszych problemów. – Jakby czytał w jej myślach. Położył jej rękę na głowie i usiadł obok. – Oni są nieobliczalni. Tutaj nawet nie ma ich kto skontrolować.

Rozważała jego słowa w milczeniu. Zaczęła się bać. Jakoś nie chciało jej się wierzyć w to, że mogą ich poćwiartować po centymetrze, choć kto wie, ale opcja gwałtu jakoś nabrała wyraźniejszych odcieni. Czuła, że w jej sercu nastąpił kilkusekundowy paraliż. "Świetnie, to może będzie zawał" – przeszło je przez myśl. Była zmęczona. Bardzo chciała się położyć.

Pomimo ogromnego zmęczenia, nieustannie narastającego strachu i głodu próbowali zogniskować uwagę i skupić się na potencjalnych rozwiązaniach. Wszystkie środki leżały poza ich zasięgiem i to, co pozostało, to czekać i mieć nadzieję.

Upłynęło wiele godzin. Na zewnątrz słyszeli zapalany silnik, odjeżdżający wóz, potem przyjeżdżający. Przyniesiono im małą miskę z czymś płynnym, niby do zjedzenia, ale zawartość wywołała tylko konwulsje. Zrobiło się ciemno. Coraz trudniej było odgonić uporczywe wizje najgorszych prognoz na najbliższe, a może i dalsze życie. Julia nigdy nie była w więzieniu, ale przed oczami przesunęły się jej wszystkie możliwe sceny z oglądanych filmów, gdzie zamykano białych za przemyt narkotyków. Obrazy same pchały się na ekran wyobraźni, coraz bardziej zatapiała się w sztuczną rzeczywistość, którą świadomość chciała uznać za faktyczną. To już nie był strach, ale też nie do końca pogodzenie się z marnawym położeniem. Z letargu wyrwały ją ciężkie i głośne stąpnięcia. Nadchodził strażnik. Jej ciało przeszył dziwny dreszcz, którego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Zaskoczyło ją to.

– Wychodzić.

Pięknie. Wstała z trudem. Paulo nie domyślił się jej emocji, które jak szalone waliły jej w sercu. Wyszła z ociąganiem się. Popchnięto ją w kierunku prowizorycznego biura. Tam zobaczyła wytarte krzesło, które zostało wskazane przez "szefa". Usiadła. Pan zaczął zadawać pytania, których zupełnie nie zrozumiała. W kółko odpowiadała:

No comprende, desculpa.

Nawet jeśli domyślała się sensu zdań, bezpieczniej było mówić, że nie rozumie. W końcu poddał się i chwycił za telefon. Przez dłuższą chwilę próbował się połączyć, co chwilę rzucał słuchawką i ponawiał próby. Zdenerwowanie rosło, i jego, i Julii. W końcu odezwał się do aparatu i po krótkim wstępie podał jej słuchawkę. Przywitała się, nie wiedząc, kto jest po drugiej stronie. Męski, zachrypły głos odpowiedział i przedstawił się. Głowa departamentu do spraw przemytu narkotyków chciała zapytać Julię, łamanym angielskim, czy wiedziała, co ma w oponie swojego wozu, po co jedzie do Brazylii, po co z Boliwii i w ogóle dlaczego tędy. Cierpliwie odpowiadała zgodnie z prawdą, po czym w napływie śmiałości powiedziała:

– Słuchaj. Nie wiem, o co chodzi, jak to się stało ani kiedy. Mam dosyć, wszyscy wiedzą, że gdyby zależało nam na prawdziwym przemycie narkotyków, byłoby znacznie więcej niż tylko sto gramów w jednej oponie! Moglibyście dać już spokój. A tak w ogóle to jedzie tutaj Rahul. Rahul... – uświadomiła sobie, że nie zna jego nazwiska – który zna waszego prezydenta. Nie wiem, dlaczego potrzebujecie takiego cyrku, żeby przekonać się, że to jakiś bubel. Jestem z Polski. Z Polski! Wiesz, gdzie jest Polska? Daleko, tak, i na dodatek mamy papieża Polaka, tak, urodził się czterdzieści minut od mojego domu. I wiesz co? Wytłumacz mi, na jakiej podstawie myślisz, że mogłabym przemycać takie rzeczy? Mam lepsze rzeczy do roboty – wydusiła prawie jednym tchem.

Cisza.

– Halo? – rzuciła, bo myślała, że przerwało połączenie.

– Znaleziono w waszym kole kokainę. Czy sądzisz, że mam teraz was wypuścić? Oddaj słuchawkę generałowi.

– Dobrze. Zobaczymy. Przyjedzie Rahul i się powstydzicie. Good bye. – Oddała słuchawkę, jak prosił, oburzona brakiem zrozumienia.

Po krótkiej wymianie zdań strażnik znów chwycił ją za ramię, żeby odprowadzić do celi.

Wymiana. Teraz na "przesłuchanie" miał udać się Paulo. W drzwiach tylko pokręciła przecząco głową. Popatrzył ze znakiem zapytania, ale poszedł, jak mu kazano.

Wrócił po dłuższej chwili i usiadł na podłodze.

– Myśleli, że pomogę im w zamknięciu nas tutaj na lata.

– Nie przesadzaj, na pewno przenieśliby nas w normalniejsze warunki – mruknęła, siadając koło niego. – Nawet nie wiem, jak Rahul ma na nazwisko. Suarez czy jakoś tak?

– Fernandez.

– Byłam blisko. Nawet gdybym wiedziała, z pewnością nie zostałby rozpoznany. Skąd w ogóle ma to zdjęcie z prezydentem?

– Tłumaczył, że miał zostać konsulem w Brazylii, ale pieniądze, które mu oferowali, były strasznie marne. Na pocieszenie zaproponowali mu jeszcze marniejszą emeryturę. Powspinał się trochę po szczeblach kariery, po czym wrócił do dilowania antykami.

– Aha. I on ma nas teraz wyciągnąć? Jak mocno w niego wierzysz?

– Sam nie wiem. Jak na razie nie przekonaliśmy się o skuteczności jego możliwości.

– Hmm. Myślisz, że powinniśmy zadzwonić do twojego ojca?

– Jutro chyba tak. Nie wiem, ile zajmie Rahulowi, żeby się tu dostać. Czy w ogóle trafi?

W tym momencie oboje spojrzeli w stronę wyjścia w ciasnym hallu, bo nagle usłyszeli hałas. Jakby stado mundurowych wystrzeliło naraz ze swoich długich karabinów. I nie przestawało strzelać.

– Świetnie. Jakby nam było mało efektów specjalnych – mruknęła.

Hałas nie ustawał. Wsłuchiwali się w milczeniu w to samo, równomierne turkotanie, marszcząc brwi, bo trudno było określić, co się dzieje.

– Wiesz, to brzmi jak... helikopter – wyszeptał Paulo, żeby nie uronić ani jednego odgłosu.

– Niemożliwe. Czy podróżowałeś ze mną przez ostatnie trzy tygodnie przez ten kraj? Oni nawet nie mają porządnych autobusów, samochodów, ba, rowerów!

– Posłuchaj...

Racjonalność jego słów kłóciła się z doświadczeniem i niepodważalnymi faktami o boliwijskiej rzeczywistości.

– Nawet jeśli masz rację, to nie widzę powodu do ekscytacji. Pewnie przeniosą nas do jakiegoś lochu z grubszymi ścianami. I nas rozdzielą – dodała Julia w panice, patrząc mu w twarz.

Przytulił ją mocniej i pocałował w czoło.

– Nie martw się, będzie dobrze.

– Sam w to nie wierzysz.

Hałas na zewnątrz przycichł, ale za to nastał gwar ludzkich głosów, odszczekujących rozkazów, zwartych odpowiedzi. Grupa ludzi przemieszczała się w kierunku baraku. Nie widzieli, kto wchodzi do budynku, ale szacowali, że było około dziesięciu osób.

Wydawało jej się, że słyszy znajomy głos Rahula, ale nic nie powiedziała, nie był aż tak znajomy, żeby dzielić się bezpodstawną nadzieją z Paulem. On też nie komentował, z uwagą nasłuchując.

Podniesiony głos z biura nie cichł i w końcu jeden strażnik szybkim krokiem zbliżył się do ich klatki, otworzył zasuwę i powiedział coś szybko.

– Mamy razem pójść do biura – przekazał Paulo, torując jej drogę.

Powoli wyszła, dreptając za strażnikiem. W biurze przywitała ją mała grupa wojskowych, ze szczerym zdziwieniem na twarzach, gdy tylko przekroczyła próg pokoju. Nie wiadomo, kogo się spodziewali, ale prawdopodobni nie blondyny o białej skórze, na dodatek dość przyzwoicie ubranej.

– Julia! – krzyknął ktoś.

Był to Rahul, który podszedł i uściskał ją mocno, potem przywitał się z Paulem. Zaczął coś szybko tłumaczyć temu drugiemu, potem gestykulując, rubasznym głosem zwracał się to do szeryfa, to do nowo przybyłego. Jego niski wzrost rzucał się w oczy tym bardziej, że głos mógłby należeć raczej do kogoś konkretnego i nieznoszącego sprzeciwu. Nie było czasu na pytania. Paulo nie miał szans z monologiem Rahula. Julia patrzyła zdumiona bardziej niż przyjemnie zaskoczona, bo nie znała go z tej strony. A gdy przebywa się z kimś dwadzieścia cztery godziny na dobę przez miesiąc, wydawać by się mogło, że zdążyło się poznać wszystkie strony charakteru człowieka.

– Co to ma być? – Nawet Julia zrozumiała jego słowa, które rzucał mundurowym prosto w twarz.

– Aj, aj, aj – syczał Rahul, gromiąc generała, który począł tłumaczyć coś pod nosem. Rahul nie miał zamiaru kończyć monologu, podnosząc, to ściszając głos, wskazując od czasu do czasu na swego towarzysza.

Generał otworzył szufladę i wyjął dokumenty rzekomych winowajców. Podał Rahulowi, który przejrzał, czy czegoś nie brakuje, po czym wskazał Julii i Paulowi wyjściowe drzwi, podążając za nimi. Wyszli na zewnątrz, nie wierząc w obrót spraw.

– Jak to zrobiłeś? – zapytał w końcu Paulo, a Rahul odsunął się i przedstawił im wysokiego mężczyznę o obojętnym wyrazie twarzy jako ministra spraw zagranicznych.

– Przyjaźnimy się od lat, to jego helikopter. To właściwie on ma znajomości, ja postanowiłem zostać aktorem. Powiedziałem, że jesteście dziećmi ambasadorów i że wieziecie dokumenty. Wiadomość była faksowana do wszystkich oddziałów w kraju, przy okazji nakrzyczałem, że nie spełniają swoich obowiązków. Całe szczęście, że uwierzyli. – W tonie głosu nie było ani jednej nuty władczego i bezprecedensowego szefa, na powrót rozmawiał z nimi "ich" Rahul, którego posądzali o zniewieściałe kontakty z rzeczywistością.

– Bardzo nam miło, nie wiem, jak dziękować. – Paulo uścisnął mu rękę. Potem ministrowi.

– Jeśli pojedziecie w kierunku granicy z Brazylią, za pół godziny natraficie na małą wioskę, niepozorną. Mają tam coś na kształt motelu, marny, ale musicie się przespać. – Po raz pierwszy zabrał głos minister. – Do granicy jeszcze dobre cztery, pięć godzin.

Silnik helikoptera zahuczał na powrót, gasząc ostatnie słowa.

– Wybaczcie, że nie będzie oficjalnych przeprosin i odszkodowania za poniesione szkody.

– Może chociaż zwrócą wam za paliwo! – wykrzyczał Paulo prosto do ucha Rahula.

– Tak, zobaczymy, co da się zrobić.

Rahul uścisnął im dłonie, a nowożeńcy z wdzięcznością jeszcze raz podziękowali.

"Motel" rzeczywiście był najgorszą dziurą na świecie. Ale z prawdziwą rozkoszą Julia rzuciła sie w czyste, acz stare prześcieradło i zapadła w kamienny, katartyczny sen. Śniło je się, że zasypia w hamaku, a obok, na pniu drzewa stoi schłodzona caipirinha. Coraz bliżej celu.

39

Upragniona granica pojawiła się znienacka, zza kolejnego zakrętu, zlepiona buda wyzierająca z dzikości dżungli. Zatrzymali się przy drewnianym, rozklekotanym płotku, który jak okiem sięgnąć był jedyną formą znaku ludzkiej ręki. Od razu podszedł do nich celnik. Rzuciwszy niedbale okiem na plandekę wozu, od razu kazał im zawrócić, bo w niebieskich, plastikowych beczkach kołysały się zapasy diesela i dwie połatane opony. Przemycanie, jak to określili, tłumacząc boliwijskie prawo, w tym kraju jest nielegalne. Odjechali z powrotem po piaszczystej i zakurzonej drodze, żeby za dwoma zakrętami pozbyć się "nielegalnych" materiałów, nota bene zgodnie z zaleceniem celnika. Julia poczuła narastającą wściekłość. Powinna już przyzwyczaić się do tego typu uczuć, ale nie mogła opanować bezsilności, która bardzo szybko narodziła się z mikstury prawie barbarzyńskiego ich potraktowania. Ktoś zabierał jej jedyną odrobinę, jedyny element zabezpieczenia, czegoś, co mieli przy sobie "w razie czego", co dawało w najmniejszym, ale jedynym stopniu poczucie komfortu. Tak bardzo się wzburzyła, że po wyrzuceniu w rów opon i beczek, które w parę godzin miały być przeszmuglowane do Brazylii przez słabo opłacanych dziesięciolatków czyhających w krzakach, wsiadła za kierownicę i dość zdecydowanie nacisnęła na gaz. Zmęczenie fizyczne i psychiczne jeszcze bardziej spotęgowało złość. Kręcąc przecząco głową, analizowała idiotyzm całej sytuacji. Tego już było za wiele. Wpadła ostro w kilka zakrętów.

– Zatrzymaj się! – krzyknął Paulo.

Przestraszyła się okrutnie i odruchowo nacisnęła na hamulec, podczas gdy sześć karabinów, jakby wyłaniających się spod ziemi, już skierowanych było na ich samochód. "Granica" pojawiła się szybciej, niż pamiętała. Bali się pewnie, że wywożą marihuanę. Albo opony! A nuż umieścili je pod tapicerką! Nadmiar wrażeń poprzedniej nocy zdecydowanie zbierał żniwo, wpędzając ją w dodatkowe kłopoty.

– Co robicie?! – wrzasnął porucznik, podchodząc do samochodu.

– Kobiety... – Paulo wzruszył ramionami, chcąc załagodzić wyraźną złość strażnika.

Julia rzuciła mu wściekłe spojrzenie i jeszcze bardziej się zdenerwowała. Nie tylko z powodu reakcji Paula, ale dlatego, że ten urzędnik się czepiał. Nie wiedział, przez co już przeszli?

Nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. Najważniejsza była biurokracja i systemy. Gdy dochodzi do momentu, kiedy ma się najmniejszy kontakt z prawem, człowiek jako jednostka przestaje się liczyć.

Oficer sprawiał wrażenie bardzo profesjonalnego – z ubioru, wyglądu i zachowania. Trochę się uspokoiła, mając wciąż nadzieję, że w końcu uda im się wyrwać z buszu i zostawić daleko w tyle ostatnie tygodnie.

Znów przeszukiwanie samochodu, walizek, opon i tapicerki. Spryskano im samochód jakimiś chemikaliami, zabezpieczając przed ewentualnym przewiezieniem jakiejś cholery czy innego kataklizmu do cywilizowanego przecież kraju.

Dokumenty znów przeszły przez ręce trzech oficerów. Uważnie studiowali pieczątki i daty. Wszystkie oficjalne kopie usłane były kolorowymi stemplami od dawna. Po jakimś czasie wyszła im na spotkanie pani oficer, też ubrana w mundur. Podeszła do Julii i zapytała, gdzie jest dokument potwierdzający szczepienie przeciwko żółtej febrze. Pokazała jej nadal białą książeczkę, którą dostała po takowym szczepieniu jeszcze w Polsce. (Trzeba było jechać po nią do Czech, bo w naszym kraju nie egzystowała). Niestety, dokument nie był "międzynarodowy", tylko w języku polskim i okazało się, że jest nieważny.

To nic, że nazwa szczepionki była i tak po łacinie (międzynarodowo przecież), a format dat był identyczny w Ameryce Południowej i w Polsce. Książeczka była wprawdzie po polsku, u góry było napisane "Międzynarodowa", ktoś jednak zapomniał zamieścić tekst w języku angielskim.

– Dokument ma być międzynarodowy – upierała się kobieta bez żadnej ekspresji na twarzy. – Nie mogę przybić pieczątki. – Odwróciła się na pięcie i jakby nigdy nic weszła z powrotem do biura.

Paulo zacisnął zęby i poszedł za nią, żeby dowiedzieć się, co teraz, podczas gdy Julia zgrzytała swoimi, przeklinając część świata, w której dane jej było przebywać i czynnie uczestniczyć w jej niedorzecznej aberracji.

Polecono im udać się na posterunek policji w Corumbá, które jest pierwszym miastem w Brazylii od tej strony. Tam właśnie należy opieczętować wszystkie dokumenty i wrócić z powrotem. Corumbá leży osiemdziesiąt kilometrów od granicy. Zupełnie nie wzruszyła jej ta wiadomość, chyba dlatego, że wyczerpały się pokłady emocji, ale gdyby tylko Julia miała jeden z tych karabinów w ręku...

Asfalt, miasto, cywilizacja! Nie mogło przydarzyć się nic lepszego. Stuprocentowe polepszenie nawierzchni zdecydowanie podniosło oboje na duchu. Co jeszcze kilka tygodni temu uchodziło za obskurny i obrzydliwy aspekt kraju Trzeciego Świata, dziś wydawało się luksusem. Oczywiście dotarli na posterunek, gdy drzwi były już zamknięte. Przymusowe spędzenie nocy w niezbyt uroczym, podrapanym mieście. Rozważali też wypięcie się na całą biurokrację i po prostu zignorowanie pieczątek i szczepienia, ale nie chcieli ryzykować niedoręczenia im na przykład dokumentu ślubu lub niewypuszczenia z kraju, więc posłusznie udali się na spoczynek, zresztą bardzo zasłużony.

Rano, na dzień dobry, małe spa dla niezawodnego pojazdu: wizyta u prawdziwego mechanika. Chłonęli wzrokiem profesjonalne i głośne urządzenia, z podziwem obserwując hiluxa, jak wznosi się na wyżyny troski i badania technicznego, podtrzymywany wielką platformą. Wszystkie z czterech kół były krzywe, nic dziwnego, samochodu w ostatnich kilku tygodniach dotykało wielu pseudoprofesjonalistów. Ten zabieg w końcu zredukował dziwne dźwięki, do których już się przyzwyczaili. Nagle poczuli wielką nieodpowiedzialność, że samochód był tak krzywdzony – bo wprawdzie wpakował ich w piekło, ale przecież wyprowadził też z niego bezpiecznie.

Czując wielką sympatię do maszyny, podjechali po raz kolejny pod komisariat. Czekali prawie godzinę. Rzeczywiście, nie mogli opieczętować paszportów, bo lekarski dokument Julii był nieczytelny, więc skierowano ją po nową pieczątkę do centrum zdrowia. Tam kobieta prawie się na nich rzuciła, że nie ma szczepionki, na co Julia odparła, że ma, ale nie jest międzynarodowa. W trybie natychmiastowym skierowała ją na dworzec autobusowy, gdzie może dostać nową szczepionkę.

– Ale ja dostałam już tę szczepionkę! Dwa miesiące temu! W Polsce! Tutaj jest dokument. – Cały przebieg sprawy zaczął jej się nie podobać.

– Musisz dostać nową, na dworcu jest mężczyzna, który wstrzykuje te rzeczy.

– "Te rzeczy"? – powtórzyła, patrząc już na Paula.

Paulo chyba też miał dosyć absurdów, którymi byli otoczeni od bardzo dawna, ale odległość między jedną a drugą wyczerpującą psychicznie sytuacją nie była wystarczająca, żeby ochłonąć, przestać się złościć, z powrotem się naładować i znów próbować przyjąć te bzdury, więc otworzył tylko usta i szybko je zamknął. Udali się na dworzec.

Na dworcu, jak to na dworcu kraju Ttrzeciego Świata, delikatnie mówiąc, burdel. Wszystkie kostki brukowe były w kawałkach i trzeba było uważać, żeby nie połamać nóg. Ławki roztrzaskane, metalowa konstrukcja na pół zardzewiała, słupy odrpane, usrane, pokrzywione. I budy jakieś, jedna z jedzeniem (Julia wolałaby umrzeć z głodu, niż jeść z czegoś takiego), jedna chyba z biletami. Podeszli do okienka i zapytali o szczepionkę. Julia nie słyszała, co powiedziała kasjerka. Wzrok podążył za jej wyciągniętą ręką. W kierunku, w którym pokazywała, przy jednym ze słupów stał starszy mężczyzna, rozmawiający przez publiczny telefon. Tylko fakt, że miał przy uchu obrzydliwie umorusaną słuchawkę i krzyczał coś głośno, sprawiał, że wierzyła, że telefon jest czynny. Krzyknęła jego imię, a on pokazał na migi, że będzie za minutę. W końcu pojawił się przy odrapanych drzwiach, przy których zostawiła ich kasjerka.

– Wejdźcie, wejdźcie. Potrzebujecie szczepionkę? – Otworzył odrapane drzwi z zardzewiałym zamkiem.

Wewnątrz znajdowało się biurko z mnóstwem dokumentów porozrzucanych we wszystkich kierunkach. Ściany wokół wejścia, za biurkiem i obok szafki były ochlapane i upalcowane na czarno, jak w chlewie. Całość pokoju miała wymiary dwa na dwa metry. Mieścił się tam tylko mały regał, jedno krzesło, a w rogu stała brudna lodówka, do której od razu udał się wątpliwy "wybawiciel".

Otworzył pudło, wyjął lufkę, napełnił strzykawkę, która jakimś sposobem znalazła się w jego umorusanych rękach, i podszedł do Julii, wstrzykując pierwszą kroplę w powietrze. Ujął jej ramię i bez precedensu wstrzyknął całą dawkę. Wszystko działo się tak szybko, że z trudem nadążała za biegiem wydarzeń. Analizowała cały proces z wielkim poślizgiem, skupiając kolejno uwagę na jego brudnych rękach, braku rękawiczek, ba, nawet braku kranu z wodą, nie mówiąc o tym, że zabrakło waty z jakimś alkoholem, żeby przetrzeć skórę. Odłożył strzykawkę, wziął od Paula małą karteczkę, przybił pieczątkę i coś naskrobał. Dostała międzynarodowy dokument potwierdzający, że jednak jest zaszczepiona.

Tego było już za wiele. Wiedziała, że zaledwie dwa miesiące temu była szczepiona na to samo. Dwa tygodnie temu zażywała antybiotyki, które przemycił dla niej Rahul, bo bardzo dokuczały jej zatoki. Tutaj wszystko tonęło w brudzie i choć może to nie miało większego znaczenia, jednak z niewiedzy o medycynie i nadmiaru wydarzeń Julia miała dosyć. Gdy wyszła z budy, bezsilność rozpoczęła toczyć po jej policzkach łzy.

Wrócili do centrum zdrowia, w każdym razie czegoś w tym stylu i pokazali nowy dokument. Kobieta musiała podpisać się w wielu miejscach. Mogli wracać na policję. Po godzinnym staniu w kolejce wbili pieczątkę w paszport i już chcieli wracać na granicę, kiedy policjant przyjaźnie zagadnął:

– Dokąd teraz się udajecie?

– Teraz wracamy na granicę pokazać dokumenty, a potem do Goiânia, po czym na wschodnie wybrzeże.

– Dlaczego na granicę?

– Kazano nam wrócić, gdy wszystkie dokumenty będą w porządku.

– Są już w porządku, ale nie musicie jechać z powrotem. Dobrej podróży.

Hmm... wierzyć czy nie wierzyć? Debatowali przez cały lunch, ale skoro mieli pieczątki w paszportach, to chyba nic im nie groziło, nawet jeśli ten policjant się mylił. Opcja zaoszczędzenia dwóch godzin była szalenie kusząca. Postanowili ruszyć prosto na wschód. I tak była już druga po południu.

– Pojedziemy dziś maksymalnie, ile się da. Jutro zatrzymamy się w Brasilii. W końcu trzeba zaliczyć stolicę.

Jechali zatem po pustych, ale dobrych drogach. Przed i za nimi rozciągały się puste pola, nienadające się chyba do uprawy, bo porastała je tylko dzika roślinność. Po raz kolejny nie było wiadomo, kiedy można spodziewać się stacji benzynowej, teraz nie mieli już zapasów w tyle samochodu, bo wszystko zostało skonfiskowane na granicy. Pomimo wciąż obecnej niepewności o jutro lęk nie paraliżował już tak bardzo, bo cały strach został jakby zużyty. Czuli się prawie jak w domu. Granice zostały już przekroczone, wraz z granicą z Brazylią.

Julia zastanawiała się, jak będzie wyglądał następny posiłek. Od tygodni nie mieli w ustach porządnego jedzenia. Smażony jak frytki kurczak bez żadnych przypraw i niedogotowane ziemniaki bez soli wywoływały mdłości. Czasami zdarzały się jakieś wypieki, o bliżej nieokreślonym smaku i konsystencji, ale jednak trudno było o euforię. Wszystko starali się zapijać coca-colą, w razie czego. Tęsknili za porządnym chlebem, mlekiem, Julia za kapustą kiszoną i dobrą czekoladą. Nie wspominając o lekkich jak westchnienie filiżankach czy o wyższym stopniu wyrafinowania: inteligencji i porządnej konwersacji, przecież od wielu tygodni rozmowy z zewnętrznym światem były mocno okrojone.

O dwudziestej drugiej trzydzieści, przy małej budce, w środku szczerych, nagich pól, zatrzymała ich samochód Brazylijska Policja Federalna. Naturalnie z karabinami wielkości niskiego człowieka, bardzo ostrym i rozkazującym tonem poprosili ich o wyjście z samochodu i o dokumenty – oczywiście. Tak brutalnie nie mówiono do nich jeszcze nigdy. Znów te fale niepewności i strachu, wzmocnionego zaskoczeniem, byli przekonani, że tego typu historie to czas przeszły. Zaczęli przeszukiwać każdy centymetr kwadratowy samochodu. I tak długi już dzień przeciągał się do granic i nadwyrężał cierpliwość i siły fizyczne. Zmęczenie nie pozwalało na ekscentryczne emocje, choć panowie przeszukujący cały dobytek bynajmniej nie podzielali braku entuzjazmu pary. Byli chyba pewni, że coś znajdą. Ich skupienie i chęć wyłowienia białego proszku popchnęły Julię w obawę, że jednak coś znajdą. Starała się odwrócić myśli. Zastanawiała się, jak długo jeszcze pojadą i gdzie znajdą najbliższy hotel, podczas gdy jeden z oficerów zabrał się za jej walizkę, otwierając wszystkie kieszenie i wysypując zawartość całego kufra na wcześniej przyniesioną plandekę. Toaletka, worek z butami i bielizna leżały teraz wyeksponowane przy autostradzie 070. Całość "imprezy" trwała około półtorej godziny.

– Gotowe – zakomunikował oficer już łagodniejszym tonem, podchodząc do Julii na wpół śpiącej przy budce.

Spojrzała na rozrzucone majtki i pytającym wzrokiem znów na oficera. Ten wchodził już do środka wraz z teczką dokumentów rozmiaru dwóch tomów prozy Sienkiewicza. Paulo wzruszył tylko ramionami i zabrali się do porządkowania walizek.

Oficer obserwował ich, a gdy skończyli, zaprosił do środka.

– Świetnie – wycedziła przez zęby – teraz na pewno wykreują jakiś nieistniejący numer, który nie istnieje, i nie wiadomo, ile zapłacimy.

Tymczasem jeden z policjantów odwrócił w kierunku Julii i Paula ekran komputera i pokazał parę zdjęć, tłumacząc, dlaczego zrobili tak dokładne przeczesywanie. Na ekranie widniały małe samochody z oderwaną tapicerką, a w niej białe i żółte paczuszki dokładnie ułożone blisko siebie. Wokół samochodów stali kierowcy skrzętnie odwracający twarze lub odwróceni tyłem, nierzadko z rękami posklejanymi z tyłu taśmami.

Wymienili z Paulem porozumiewawcze spojrzenia, przekonani, że ich własne doświadczenia pozostaną jedynie materiałem na rzewne rozpamiętywanie po latach. Co dzieje się w dżungli, pozostaje w dżungli.

Na kolejnym zdjęciu przecięta opona, też pełna białego prochu. Panowie z pełną powagą koniecznie chcieli im, nieświadomym, białym turystom uzmysłowić, że znajdują się na głównej trasie i jedynej drodze przemytu kokainy z Boliwii na cały świat. Muchas gracias.

40

Dalsza podróż zajęła kilka dni, w czasie których odwiedzili Brasilię, Goiânię i miliony małych miasteczek po drodze. Po tygodniu wjechali do Ilhéus, miasta, w którym tradycyjnie, mieszkając w Marau, co dziesięć dni robi się zakupy. Radość, gdy zobaczyli swojskie tereny, była przeogromna, ale Julia nie była w stanie wyjść z samochodu. Od kilku dni dokuczał jej ból żołądka. Woda i suchy chleb z trudem przechodziły jej przez gardło. Paulo wybrał się na zakupy sam.

Po kolejnej godzinie i przeprawie łódką wjechali na znajomą, pomarańczową i papkowatą "autostradę", oczekując uciążliwej, finałowej godziny wielkiej wyprawy. Spotkała ich niesamowita niespodzianka. Podczas ich nieobecności przez BR030 przejechały wielkie maszyny, wyrównując powierzchnię na tyle, że popędzili czterdzieści kilometrów na godzinę. Za nimi unosił się tylko brunatny pył. Co za szczęście. Na pewno byłoby szalenie trudno przeżyć ten ostatni odcinek, nieustannie kołysząc się w prawo i lewo.

Mała lepianka – domek w Marau – okazała się wdzięczniejsza, niż Julia ją zapamiętała, choć zapach słonej wilgoci nadal nieprzyjemnie drażnił nozdrza. Nigdy go nie lubiła, a teraz przyprawiał ją o mdłości.

Przez kolejne pięć dni nie ruszała się z łóżka, nie zmieniała nawet pozycji. Nie mogła pić, nie mówiąc o jakimkolwiek pożywieniu. Najpierw Paulo robił jej kompot z jabłek, bo tylko na to miała ochotę, i w jakiś sposób po wypiciu trunku nie działo się nic. Potem podał jej świeży kokos, bo zawsze powtarzał, że woda z kokosa jest bardzo wartościowa i lekarze tutaj zalecają ją na wszystko. Żeby udowodnić, że docenia gest, pociągnęła łyk przez tanią, cienką, plastikową słomkę, co od razu wysłało ją do toalety. Cudu natury zawartego w kokosie nienawidziła w "normalnych" warunkach, a co dopiero, gdy chorowała na żołądek. Wymiotowała prawie cały czas. Pod koniec tygodnia była tak słaba, że już wcale nie mogła mówić. W jednej nogawce spodni mieściła dwie nogi.

Najpierw myślała, że to niestrawność spowodowana milionem różnych sytuacji w podróży. Odczekała trochę czasu, ale jak sprawy zaczęły się pogarszać, uzmysłowiła sobie, że to chyba koniec. Umrze tu, w tej dżunglii, bo przecież od szpitala byli oddaleni o siedem godzin – jak dobrze pójdzie. Słyszeli właśnie, że do hoteliku obok przyjechała niemiecka para, po czym do domu po wakacjach wracała tylko pani. Mąż przewrócił się na plaży i już nigdy nie wstał. Ot, tak po prostu. Zawał serca. "Świetnie, ja będę następna" – spochmurniała, ale była tak zmęczona i na wpół przytomna, że było jej wszystko jedno. Zaczęły przychodzić do niej różne postacie, powielały się sytuacje z dzieciństwa. We wszystkich scenach świeciło słońce, kwitły drzewa, wiosna była jej ulubioną porą roku. Przez co drugą scenę przechodził Paulo, wciąż o coś pytając. Miała go dosyć i odganiałam go, chcąc w spokoju obserwować wszystkie sceny. Dawały jej niesamowite poczucie spokoju i beztroski.

W końcu Paulo, po prawie dwóch tygodniach, przestraszył się nie na żarty i nie do końca wierząc w możliwości lekarzy z Marau, zawiózł Julię do lokalnego "ośrodka zdrowia". Nie chciała pojechać, bo nie miała sił nawet podnieść ręki, nie mówiąc o reszcie ciała. Nie było wiadomo, czy w ogóle jakąkolwiek pomoc można tam uzyskać, ale była szansa, że jeśli nawet nie, to coś poradzą, może nawet zadzwonią po helikopter.

Ośrodek to budka ze skośnym dachem. Miała wszystkie okna, ale zamiast szyb wstawiono drewniane okiennice, tak jak w każdym lokalnym domku. Całość wymalowano na biało. Julia próbowała wysiąść z samochodu, ale wszystko zawirowało, straciło swoje barwy i otoczyła ją nieprzyjazna, czarna jak smoła otchłań. Zemdlała.

Ocknęła się na małej, wąskiej kozetce. Przed jej nosem zabrzęczał komar. Nadal nie mogąc poruszyć ręką, dmuchnęła na niego i usłyszała delikatny śmiech. Śmiechy, jeden był damski.

Ciao. Starsza kobieta w białym kitlu nachyliła się nad Julią. – Tudo bem?

"Nie sądzę" – pomyślała i uśmiechnęła się słabo. Zza pielęgniarki wychylił się Paulo.

– Na szczęście odzyskałaś już kolor skóry. Jak cię wnieśliśmy, byłaś zielona.

– Hm – skomentowała i odwróciła wzrok.

W jej prawą rękę była wbita igła, a z kroplówki kapał przezroczysty płyn. Słuchała tego, co dzieje się wokół, nie z przymkniętymi oczami, czuła, że w ogóle tutaj nie przynależy. Nie mogła czuć się bardziej obco. Miała dosyć całej podróży, Brazylii, dżungli i wreszcie Paula. Cała ta przygoda zamiast zbliżyć ich do siebie, oddaliła, jakby wlewając między nich ocean, który miał ich i tak rozdzielić w przyszłym tygodniu.

Po drugiej butli innego płynu i dodatkowych trzech godzinach była w stanie usiąść. Z wielkimi zawrotami głowy zmusiła się do podniesienia z niewygodnej leżanki. Wtłoczono w nią jakiegoś okropnego krakersa, po czym zapakowano do torby butelkę kapsułek. Pielęgniarka, u której dopiero teraz zauważyła olbrzymią, czarną czuprynę kręconych włosów, przez co chyba na półwyspie doklejono jej przezwisko bruxa (czyt. bruszia), czyli wiedźma, zalecała jak najczęstsze przyjmowanie soku ze świeżego kokosa, kompletnie osłupiała nie mogła uwierzyć, że Julia nie trawi napoju. Nie wiedziała, co począć, takiego przypadku jeszcze tu nie mieli. Tłumaczyła Paulowi, jak zażywać lekarstwa, a Julia, nie czekając, ruszyła do drzwi. Mieli się udać do miasteczka, gdzie pobierają krew do badania. Kolejne pół godziny po wertepach. Podejrzewano malarię. Nie było wyjścia. Musieli jechać.

Następnego dnia stan zdrowia bez zmian. Zwymiotowała wszystkie tabletki, które dostała w ośrodku. Kolejnego dnia to samo. Straciła już nadzieję, a Paulo odchodził od zmysłów. Zatelefonowała do sąsiadki, która z kolei miała zatelefonować do ośrodka. Bez skutku. Chciał pojechać, ale Julia przekonała go, że na pewno jutro będzie lepiej, nie wierząc w ani jedno swoje słowo. Denerwowało ją, że tak się nią opiekuje, zamiast wywieźć ją stąd na dobre.

– Okej. Ale jeśli do jutra nie poczujesz się lepiej, musimy jechać do szpitala.

Uśmiechnęła się tylko blado.

– A, i jeszcze jedno. Myślę, że powinniśmy przełożyć bilety o miesiąc. W ogóle nie wypoczęliśmy po podróży, teraz jesteś chora i na pewno nie dasz rady podróżować w tym stanie. Wyniki badania będą dopiero w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że to nie jest malaria, mówili, że szanse są słabe, bo nie masz gorączki. Ale jeśli wyniki będą pozytywne i tak nie wypuszczą cię z kraju. Zastanów się, zanim odpowiesz.

Uśmiechnęła się tylko i odwróciła wzrok. Pozostanie tutaj nawet minutę dłużej brzmiało jak wyrok śmierci. Nie chciała robić przykrości mężowi, wciąż zwalczała ambiwalentne uczucia, ale w końcu, gdy zapytał drugi raz, nie kryła emocji.

– Nie wyobrażam sobie tutaj kolejnego miesiąca. Wybacz.

– Dziwię się, że tak mówisz. Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy. Należą nam się przecież wakacje, nie mieliśmy ani podróży poślubnej, ani prawdziwego wypoczynku. Musimy zostać.

Tym razem uśmiech na dobre zniknął z jej twarzy, a wnętrze burzyło się. Zmilczała, ale nie wiedziała, co stanie się dalej. Po pierwsze, czy w ogóle wyjdzie z tego, cokolwiek to jest, po drugie, czy nie lepiej byłoby wsiąść do samolotu i leczyć się w Polsce? Perspektywa siedzenia w lepiance przez następne cztery tygodnie była już poza nią. W końcu zgodziła się, na co on od razu pobiegł do hoteliku, żeby uzyskać połączenie telefoniczne z liniami lotniczymi i przesunąć termin wylotu.

Przybiegł w świetnym humorze, nie zauważając, że stan zdrowia Julii znacznie się pogorszył.

– Lecimy szóstego grudnia. Z Salwadoru. – Po południu Paulo wszedł cichutko do pokoju, nie chcąc jej obudzić, gdyby okazało się, że spała. – Śpisz? – Widząc jej otwarte oczy, podszedł do łóżka. – Dzwoniłem do Rahula. Nie wysłał jeszcze dokumentów, bo potrzebne są jakieś pieczątki. Ma to załatwić w przyszłym tygodniu. Wypoczywaj. – Pocałował ją w czoło i wyszedł, nie odwracając się za siebie.

Następnego dnia lekarstwo zostało już w jej organizmie, a po tygodniu mogła sama pójść na plażę i zjeść lekki posiłek. Wyniki nie wykazały malarii, więc rekonwalescencja miała charakter oddania się czasowi i cierpliwego czekania na powrót do sił.

Obiecali znajomym z Marau, a więc sąsiadom, notariuszowi i jego rodzinie, a także innym przybyszom z Europy, małe przyjęcie weselne. Tak też się stało, zjedli pyszną kolację i zrobili niepowtarzalną sesję zdjęciową na plaży i w hamakach. Oczywiście w eleganckich mundurkach ślubnych, czym rozbawili połowę półwyspu. Przecież nie mogły się zmarnować. Służba była zachwycona, bo nigdy nie widzieli sukni ślubnej na żywo. Oglądając zdjęcia wraz z córką sąsiadki, Paulo opowiadał o kilku przygodach z podróży. Zatrzymawszy się na temacie broni, spojrzał na Julię z miną niewiniątka.

– Rahul też miał pistolet.

– Co? Dlaczego mi nie powiedzieliście? Czułabym się znacznie bezpieczniej!

– Miało być tak, że nie powinnaś mieć odczucia, że posiadanie broni w Boliwii jest niezbędne!

No masz.

41

Julia siedziała w samolocie, zapełnionym do ostatniego miejsca. Wylecieli z wielkim opóźnieniem, przez kilka godzin wewnątrz panował gwar jak na targowisku, ludzie zdawali się nie być w stanie zapakować swoich manatek, a połowa w ogóle nie wiedziała, gdzie ma siedzieć, pomimo oznakowanych siedzeń. Towarzystwo było bardzo ciekawe. Większość stanowili Niemcy, panowie, którym towarzyszyły Brazylijki wyłowione z dzikiej dżungli. Salwador leży blisko Amazonii, jednak do w miarę cywilizowanego Rio bardzo mu daleko. Dziewczyny były ubrane na amazońską modłę, większość miała przestraszone oczy i w lekkim popłochu chłonęła atmosferę lotniska. Niemcy bardzo lubią kobiety z tej części świata. Nie ma się co dziwić – są bardzo podporządkowane, uległe, traktują swoich "panów" bardzo wybawicielsko i z szacunkiem. Nigdy nie podskoczą. Temat jest bazą do wielu żartów i anegdot, które krążą po całym półwyspie, ba, raczej północno-wschodniej części kraju.

Julia wracała w myślach do wszystkich momentów podróży, odhaczając wydarzenia. Czasami pojawiał się uśmiech, czasami przeszywał ją dreszcz.

Było już wszystko jedno, czy dostaną ten dokument, czy nie. Czuła, że nie wróci do Brazylii przez dłuższy czas, chciała wymazać z pamięci chatkę, dżunglę i lepkie powietrze.

Wydawało jej się, że cienka warstwa mokrej i śmierdzącej soli wciąż otula jej ciało, i szybko poprosiła stewardesę o gin z tonikiem.

Wszystkie ubrania nadal wisiały na Julii jak na strachu z powodu utraty wielu kilogramów, ale czuła się już dobrze.

Jeszcze z lotniska, nim się pożegnali, Paulo próbował zadzwonić do Rahula. Widziała tylko, jak rzucał słuchawką przy automacie kilka razy. W końcu dojrzała regularny ruch jego ust, co oznaczało konwersację, po czym rzucił słuchawką jeszcze raz.

– Dokument jeszcze nie jest gotowy – powiedział, zasiadając do małego, obskurnego stolika. – Rahul jest przygotowany, żeby wyjechać do Brazylii, skąd nada go Fedexem, ale nie ma jeszcze naszego papierka!

– Czego teraz potrzebują?

– Jakiegoś podpisu ministra. Chyba mafii, nie wiem. Rahul tłumaczył mi, ale nie zrozumiałem, co to za stanowisko.

– To znaczy, że nie opuścił murów urzędu.

– Nie – odburknął Paulo, bo liczył, że zanim doleci do USA, certyfikat będzie już na biurku prawnika.

– No trudno. Zaczekamy – powiedziała Julia na głębokim wydechu, popijając cafezinho, małą kawę.

Nie wiedzieli, kiedy zobaczą się po raz kolejny. Od smutku z powodu rozstania w Julii silniejsza była chęć powrotu do cywilizacji i bliskich osób, normalnego jedzenia, klimatu, samochodu, lekarstw i języka. I czystości, poczucia bezpieczeństwa oraz braku spalin na każdym kroku.

Nie mogła inaczej. Osiągnęła pewnie granice swoich limitów, ale przynajmniej pojawiło się światełko w tunelu.

42

Zdążyła na czas, by ubrać spokojnie choinkę, upiec ciasteczka i wprawić się w zimową atmosferę. Podejrzewano Julię o namiętne wizyty na solarium, podczas gdy opalenizna pozwalała jej tylko utwierdzić się w przekonaniu, że wydarzenia ostatnich miesięcy to nie sen i że wróciła z upalnej, witającej właśnie lato dżungli.

Tegoroczne święta celebrowali z Paulem przez Whatsapp, nie było wyjścia. W sercu florydzkiego sezonu opcji na wyjazd z Palm Beach nie było. Przez cały okres bożonarodzeniowy podarowali sobie telefony do Ameryki Południowej. Latynosi, zupełnie jak Polacy, szukają okazji do celebracji i wyjścia z biura, czego święta są ku temu najlepszą okazją.

– Do pierwszej połowy stycznia nie możemy na nic liczyć. Rahul wrócił już z Brazylii i dopiero uda się do urzędu po Nowym Roku – poinformował Paulo, który "uruchomił" już kolejnego prawnika w Miami. Ten jednak miał związane ręce bez aktu ślubu. Pozostało im, nie po raz pierwszy zresztą, czekanie.

Nadszedł nowy rok, nadeszły nowe informacje.

Po kilku pierwszych minutach rozmowy Paulo przeszedł do sedna sprawy:

– Chcesz usłyszeć dobry żart?

– Dawaj. – Nie ma jak próby polepszenia humoru w szary, długi zimowy wieczór.

– Nasze zabawy z boliwijskim rządem w mocowanie się na siły biurokratyczne właśnie dobiegły końca.

– Naprawdę? – Nie posiadała się z radości. Zanim jednak skończyła wypowiadanie euforycznej myśli, zdumienia i radości, w ułamku sekundy przypomniał jej się obiecany rzekomy żart, więc nie była pewna, czy już się rozpoczął, czy na razie przedstawiana jest prawda.

– Tak, mamy nowy element w naszej układance. Wyobraź sobie, że nic z tego, bo... twój akt urodzenia jest przeterminowany.

– Przeterminowany? Jak to? To akt urodzenia może być przeterminowany? Przecież urodziłam się raz, zostało to zaświadczone i jak to możliwe, że dokument stracił ważność?

– Nie pytaj, sam nie wiem. Podobno termin ważności aktu urodzenia wynosi trzy miesiące. Znów nakrzyczałem na biednego Rahula, który niczemu nie jest winny. Zaraz będę do niego dzwonił jeszcze raz.

– Ale zaczekaj, przecież gdy się pobieraliśmy, to nie minęły trzy miesiące od wydania tego dokumentu, tak czy inaczej.

– Wiem. Wiem. Ale nie wiem. Chyba będziesz musiała napisać o tym książkę. Chociaż boję się, że nikt nie uwierzy w taką historię.

– Sama nadal nie wierzę – powiedziała pochmurno, tracąc wszelkie nadzieje na pozytywny obrót spraw.

Nagle uciążliwa, długotrwała i kosztowna walka z rządem trzech krajów o ślub wydała się bezsensowna, jakby cały wszechświat, a już na pewno jego połowa, złączyły siły, żeby wybudować przed nimi góry nie do pokonania. Najgorsza była bezsilność i poczucie, że niewinnie padło się ofiarą dziwnego i niewytłumaczalnego systemu, o którym nawet nie miało się pojęcia.

– Zadzwonię do Rahula i poproszę, żeby wsadził parę banknotów tu i ówdzie. Na pewno się uda.

– Nie zapomnij go też przeprosić.

W ani jednym momencie przekazywania wiadomości Rahul nie był zdziwiony wyrastającymi co rusz nowymi schodami. Widocznie takowy system wysysało się tam z mlekiem matki i ichniejsza normalność nie budziła już emocji, z którymi im przyszło się borykać.

Kilka tygodni później Julia dostała wiadomość, że na razie działania pod hasłem "zdobyć akt ślubu" są zawieszone z powodu nafaszerowanych przemocą strajków i protestów, które akurat odbywały się przed domem Rahula i cała rodzina siedziała uwięziona w kolonialnej willi, do odwołania.

Jednak wraz z upływem zimy napłynęły też lepsze wieści. Paulo podekscytowany i wściekły zatelefonował o północy polskiego czasu.

– Jest akt! Rahul ma w ręku nasz akt ślubu! – krzyczał do słuchawki, ale zanim zdążyła skomentować, dodał: – Ale nie może go jeszcze wysłać, bo żeby dokument był ważny poza granicami Boliwii, musi być ostemplowany przez Ambasadę Polski. Rahul zasięgnął już informacji i okazuje się, że dokument należy wysłać do Peru, bo Boliwia ma tylko wysłannika polskiego, który przyjeżdża raz w tygodniu załatwić najpilniejsze sprawy. (Te mniej pilne pewnie czekają na swoją kolejkę miesiącami). A, i dostałem już amerykański paszport! Teraz gdy wszystko ma się ku końcowi...

Poprosili Rahula o wysłanie dokumentu do Limy, gdzie, jak mniemali, w ambasadzie Polski nastąpi koniec tej historii i prawnik z Florydy będzie mógł przystąpić do procesu ściągania Julii do USA.

Polecili wysłanie dokumentu najszybszą, najlepiej ubezpieczoną i najdroższą z możliwych przesyłką, żeby tylko uniknąć "przypadkowego zagubienia" lub innej podobnej historii.

Z przezorności Julia wykonała telefon do ambasady w Limie, wyjaśniając sytuację i żeby przygotować kogoś na otrzymanie listu oraz jak najszybsze działanie w tej sprawie. Kobieta wysłuchała paplania Julii i łamanym polskim obiecała, że będzie monitorować sprawę i żeby zadzwonić w przyszłym tygodniu.

Telefonowała do Limy co tydzień przez miesiąc, zawsze słyszała tę samą odpowiedź: "Jeszcze nie ma listu". Paulo, zdenerwowany, zadzwonił nawet do Rahula, żeby natrzeć mu uszu, ale ten, z największym, właściwym sobie spokojem odparł, że wysłał dokument następnego dnia po ich rozmowie.

W końcu, w piątym tygodniu, pani konsul oświadczyła, że list dotarł.

– No tak, jest tu przede mną, ale... ja nie mogę go opieczętować.

Szalony entuzjazm rozbudzony w sekundzie nagle prysnął jak bańka mydlana. Gdy u ludzi olbrzymi uśmiech przechodzi w najbardziej poważną konsternację, zazwyczaj uznawani są za nieszczerych. Jednak takie sytuacje naprawdę się zdarzają.

– Dlaczego? – zapytała przez zaciśnięte zęby Julia, tłumiąc jeszcze nie złość, a już desperację.

– No, jak to powiedzieć, nie ma tu pieczątki z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Boliwii. Oni muszą to najpierw podpisać, pani to będzie miała nieważne w Polsce. I w ogóle za granicą. Nie mogę nic zrobić. Halo? – zapytała po chwili pani w reakcji na ciszę z drugiej strony.

– Tak, jestem – wydukała w końcu Julia. – Czy jednak mogłaby pani podpisać to mimo wszystko i wtedy poszlibyśmy do ministerstwa w Boliwii? – Jak tonący miała nadzieję na uchwycenie się brzytwy.

– Niestety, nie mogę opieczętować dokumentu, bo nie ma pieczątki ministerstwa. – Kobieta miała dosyć konwersacji, ale Julia nie dawała za wygraną.

– Proszę pani, nie wyobraża sobie pani, jak długo to wszystko trwa. Niemożliwe, by opieczętowanie jednego dokumentu ciągnęło się przez pięć miesięcy! Proszę sobie wyobrazić, że jesteśmy na dwóch różnych kontynentach i nie możemy już tak funkcjonować – próbowała wziąć ją na litość.

– Bardzo mi przykro...

– Proszę pani! Jak to możliwe, by tak okrutna i bezsensowna biurokracja rujnowała nam życie!? Ileż można? Nic dziwnego, że świat tak funkcjonuje, jak funkcjonuje! Gdzie tu sens? Po co komplikować sprawy aż tak bardzo? I co ja mam teraz zrobić? Jeśli wyślę to do Boliwii, być może już nigdy nie zobaczymy tego dokumentu! – Z każdego słowa kipiała wściekłość. – Proszę pani – nie pozwoliła na wtrącenie słowa – ja bardzo, bardzo panią proszę. Czy naprawdę nie da się nic zrobić?

– No przykro, przykro mi. Naprawdę nic.

– Dobrze, oddzwonię. Bo nie wiem, co dalej będzie.

Odłożyła słuchawkę. Czego się spodziewała? Że podstemplują dokument ad hoc? Musiała zganić się za głupią naiwność. W uszach szumiały jej nadal polskie słowa z hiszpańskim akcentem wypowiadane przez damski głos. Pojedynczo wołały echem, jakby ściągając ją w dół, a ona bezskutecznie próbowałam im uciec. Zawsze po szokujących wiadomościach ma się wrażenie, że świadomość płata nam figla i że to nie stało się naprawdę. Że mieliśmy przywidzenia albo że coś źle zrozumieliśmy. Julia próbowała ustalić, w którym miejscu konwersacji mogła coś pominąć lub źle zrozumieć. Nie doszła do żadnego wniosku. Zakręciło jej się w głowie; żołądek wywracał się do góry nogami. Mieli wizję, że w ciągu kilku tygodni kłopoty biurokracyjne się skończą i że w końcu będzie mogła polecieć do USA, po czym miało nastąpić rozpoczęcie jako takiego normalnego życia małżeńskiego. Teraz plany nie tylko legły w gruzach, ale zawaliły się też wszystkie wyobrażenia i schemat, który już udało się zrozumieć. Nagle okazało się, że wszystko zmieniło zasady, gdy tylko odwrócili wzrok.

Włożyła dres i poszła pobiegać. Mocno wdychała jeszcze zimowe powietrze i skupiła całą uwagę na podziwianiu małej miejscowości, tak swojej, której piękno nagle jakoś zostało dziwnie uwypuklone. Nagle wszystkie aspekty polskości zobaczyła przez inny pryzmat, kraj zdawał się funkcjonować w idealnym porządku, nie mogła uwierzyć, że jeszcze niedawno narzekała na urząd wymagający wypełnienia jedynego formularza o zmianę dowodu osobistego.

Do Paula zadzwoniła dopiero wieczorem, gdy opadły już emocje wymęczone przez długi trening. Zgubiła też głos, co pewnie przyczyniło się do załagodzenia sprawy.

Paulo zmilczał, po czym spokojnie powiedział:

– Nie mogę w to uwierzyć.

– Nie jesteś sam.

– Jeśli wyślemy to z powrotem do Boliwii, nawet jeśli akt dotrze jakimś cudem do urzędu, będą to pewnie podpisywać przez kilka miesięcy, po czym zanim dotrze z powrotem do Limy... minie kolejny rok!

– Wiem, nie wygląda to dobrze – powiedziała, robiąc kolejny łyk martini, to znaczy pomagała sobie w trzeźwym spojrzeniu na rzeczywistą sytuację.

– Zadzwonię do prawnika i dam ci znać, co postanowił. Trzymaj się.

– Trzymam. Pomaga mi martini.

– Rozumiem. Moje musi trochę poczekać, mamy tu jeszcze parę godzin pracy.

– Okej, będę czekać na informacje. Pa.

– Pa.

Na przestrzeni ostatnich miesięcy Julia wypracowała metodę niemartwienia się, dopóki nie zdobędzie konkretnych informacji. Nauczyła się, że nie ma sensu gdybać i gdybaniu przyporządkowywać emocji. Nie tylko traci się czas, ale i nerwy, bo zazwyczaj są to przepowiednie negatywne. Dla przeciwwagi, by zyskać choćby namiastkę balansu, rzuciła się na pierwszą lepszą komedię romatnyczną.

Akt ślubu w końcu dotarł do Ameryki Północnej. Prawnik postanowił, że można zaryzykować i próbować uznać dokument w USA bez pieczątki z ministerstwa. Rezultat miał być kompletną niespodzianką, pozostawił cień wątpliwości, ale wiadomość była na tyle dobra, że uczepili na niej wszystkie nadzieje. Po dwóch tygodniach kolejny telefon.

– Nie zgadniesz – zaśmiewał się Paulo. – Wracam właśnie od prawnika! Nie mam dobrych wiadomości! Akt ślubu jest nieaktualny! I wcale nie dlatego, że brakuje pieczątki! Na naszym dokumencie, kolorowym jak laurka, wpisano datę zawarcia ślubu dwunastego stycznia! Dwunastego stycznia!

– Co?

– Chyba nie byłoby większego kłopotu, ale... w styczniu ty byłaś w Europie, a ja w Palm Beach! Teraz urząd emigracyjny sprawdza daty wjazdów i wyjazdów, nie ma najmniejszych szans, że to przejdzie! Ha, ha!

– Nieee... – Pomimo szoku Julia dała się zarazić rozbawieniem Paula, pewnie etap wściekłości miał już za sobą.

– Mike mówi, że olewamy cały dokument i składam dokumenty do konsulatu w Polsce o przyznanie ci wizy narzeczeńskiej. Wtedy, jeśli ją dostaniesz, musisz przylecieć tutaj i do trzech miesięcy musimy wziąć ślub.

– Ślub? Kolejny?

– No tak, bo będziesz wjeżdżać do USA jako panna, na wizie narzeczeńskiej, jako moja narzeczona.

– Hmm. Czy to jest pewne, to znaczy, czy to jest dobra droga i czy to jest legalne?

– Tak twierdzi prawnik. Muszę teraz przygotować wspólne zdjęcia, kopie listów, biletów lotniczych i oświadczenie, że znamy się od kilku lat i chęć poślubienia to nie bubel jako załącznik do podania o zieloną kartę.

Oczywiście nikt nie był w stanie dostarczyć klarownej odpowiedzi tak czy nie, na pytanie, czy ktoś w amerykańskim rządzie będzie poinformowany o poprzednim ślubie i czy będą podejrzani o oszustwo. Trudno.

43

Sala mieszcząca prawie dwustu gości wyglądała bajkowo. Zewsząd powiewał biały tiul udrapowany na antycznych, staropolskich meblach i oknach, a powietrze pachniało fiołkami. Zastawione po ostatni centymetr, długaśne stoły czekały na biesiadników, wrzawa w olbrzymiej, komercyjnej kuchni przerywana była sporadycznymi pokrzykiwaniami szefa i pomocników. Julia usiadła przy fortepianie i zapatrzyła się w przestrzenny ogród usłany teraz kwitnącymi kasztanowcami.

Z zamyślenia wyrwał ją ubrany na biało niski mężczyzna, który energicznie pchnął wejściowe drzwi, trochę skonsternowany widokiem dziewczyny ubranej całej na biało w olbrzymiej, ślubnej sukni i długim welonie i zapytał, czy to tutaj ma być dostarczony tort. Dopiero po dłuższej chwili przeszłość pozwoliła Julii wrócić do rzeczywistości i ocknęła się z kontemplacji. Na dworze czekał już maleńki samochód, który miał ją powieźć do białego ołtarza, przed którym dane jej było przysiąc po raz trzeci tę samą miłość i wierność dla tej samej osoby.

Polski ślub był ostatnim z listy ślubów Julii i Paula. Nie mogli nie urządzić okazałego przyjęcia dla obu rodzin, którym poprzednie uroczystości przeszły koło nosa.

Ostatnia w życiu Julii wizyta w warszawskim amerykańskim konsulacie okraszona była przyjemnym nastrojem i prawie szampańskim humorem. Przepytująca ją urzędniczka nawet skomplementowała piękny pierścionek zaręczynowy, "Och, naprawdę się pani podoba? Narzeczony sam zaprojektował, ale wolałabym, żeby diament był okrągły". "Och, bardzo do siebie pasujecie", stwierdziła urzędniczka przed wbiciem ostatniej pieczątki, patrząc na wspólne zdjęcia.

Pomimo podpisanego i gotowego do wyjazdu dokumentu Julia wracała do domu z bardzo neutralnymi uczuciami. To, co wyglądało na pozytywnie załatwioną sprawę, nie robiło już specjalnego wrażenia. Próbowała sobie uzmysłowić, że ma już wizę, a co za tym idzie – monopol na szczęście, które chce jej teraz dostarczyć Ameryka. Wiedziała jednak, że pomimo naklejki w paszporcie na lotnisku może wydarzyć się wszystko. Zasłyszane, prawdziwe historie nieraz już nawiedzały ją po nocach, bezwzględność imigracyjnych strażników jest powszechnie znana na całym świecie i tylko posiadanie amerykańskiego paszportu gwarantuje pewny wjazd do kraju. W innym wypadku na granicy mogą wciąż stwierdzić, że jednak delikwent na wjazd do imperium USA się nie nadaje i zawrócić go, skąd przyszedł.

Pomimo że Julia wymieniła paszport na nowy, by stara, przekreślona wiza i wbita pieczątka o odmowie wizy nie drażniły urzędników, nikt nie wiedział, jakie informacje o Julii i jej historii wjazdów mają na granicy. Zatem stres nie był całkowicie over, pobawmy się jeszcze trochę.

Samolot sunął bardzo powoli. Kolejna retrospekcja. Kolejne podejście. Kolejna sukienka, tym razem żadnych falbanek, pudrowy róż i bardziej wyrafinowany krój godny nieziemskiej wyspy. Julia postanowiła dobrze się zabawić i zaprojektowała nowy model.

Czy tym razem się uda? Czy pozwolą jej wjechać do kraju? Czy zaakceptują dokumenty? Czy dowiedzą się, że już raz się pobierali? Wnioski, ankiety i formularze wypełnione po brzegi śmiało stwierdzały, że nie było takiej próby. Kto i do jakiego stopnia wiedział o wydarzeniach z Boliwii? Trudno powiedzieć.

Znów miała duszę na ramieniu, znów niepewności, obawy i nerwy spowiły niebo i choć tym razem sprawy przedstawiały się znacznie korzystniej, nadal Julią i Paulem targało potworne zdenerwowanie.

Przeniesienie akcji na cywilizowany grunt wydawałoby się pozytywnym aspektem. Paulo miał już amerykański paszport, który miał otworzyć drzwi do raju, korupcja w tej części świata nie odgrywała aż tak wielkiej roli, prawo miało dać się lubić i działać dla obywateli, a nie przeciwko nim, jednym słowem: szanse legalnego pobrania się rosły z minuty na minutę.

Gęste jak bita śmietana chmury wpierw podążały swoimi ścieżkami pod stopami, gdzieś daleko w dole, nad nimi krystalicznie czyste niebo i urokliwy odcień atmosfery wprawiały w nową zadumę, mocne słońce raziło nieubłaganie i kolorowało sklepienie na jeszcze intensywniejszy odcień.

Przebili się przez skondensowane kłębowisko obłoków i po jakimś czasie wyłoniła się ziemia. Wpierw powoli, wciąż unosząc się i opadając w śmietankową mgłę, by niedługo opaść miękko pod warstwą chmur, spokojnie zaczęli podziwiać wielkie wody niespokojnego Atlantyku.

Szybciej, niż się Julia spodziewała, na horyzoncie pojawił się ląd. Turkusowa falbana wieńcząca ocean zakończona była białą jak śnieg delikatną falbanką. Spokojne fale uderzały o brzeg Florydy upstrzonej palmami, których krzaczaste czuby dały się rozpoznać nawet z lotu ptaka.

Powoli rozpoznawała części wyspy, potem West Palm Beach, wielkie i przewidywalne autostrady, centra handlowe i rozciągające się po horyzont skupiska rezydentów. Miękkie lądowanie i welcome back to tropics.

Najpierw Julię powitał nadzwyczaj uprzejmy urzędnik, który wpatrywał się w jej świeżą, narzeczeńską wizę, a potem w samą Julię, po czym pozwolił jej odejść i cieszyć się zaszczytem przebywania na terenie USA. Chwilę później uradowany Paulo nie mógł się nacieszyć, że w końcu wpuszczono jego narzeczono-żonę. A zaraz potem wilgotne, lepkie i gorące powietrze przywitało wszystkich serdecznie.

Należało jak najszybciej uporać się z dokumentami, które tym razem nie sprawiły trudności.

Przynajmniej tak się wówczas wydawało.

Zorganizowali przyjęcie dla rodziny i znajomych, którzy byli w stanie przybyć trochę last minute, do końca nie było przecież wiadomo, czy wpuszczą Julię, więc nie robili hałasu.

Ślub odbył się nad brzegiem oceanu, który dzielił parę wiele razy, ale w końcu pozwolił na wspólne planowanie przyszłości. Całość pięknie zaaranżowano, ustawiono krzesła, dział cateringowy ze schłodzonym szampanem, zewsząd powiewały girlandy orchidei oraz delikatne zdobienia zaimprowizowanego ołtarzyka, zza którego wyzierał daleki horyzont ponacinany jaskrawymi, białymi żaglówkami.

Ceremonia przybrała rozmiar dosyć kameralny. Nie zabrakło jednak lokalnej prasy, która pośrodku martwego sezonu poszukiwała najrozmaitszych możliwych wrażeń, a że główny fotograf był znajomym rodziny, przy okazji znaleźli się na okładce tygodnika, który zazwyczaj pisał o najbogatszych mieszkańcach Palm Beach, wyłuskując najdrobniejsze ich przewinienia. Frank nie omieszkał też zamieścić kilku słów o nietuzinkowej małżeńskiej historii, do której zadziwiająco wiele osób z wyspy mogło dopasować wspólne elementy życiowej układanki.

Zdecydowanie było wesoło, uczcili pomyślne podpisanie dokumentu ślubu szampanem przy zachodzie słońca i rozpoczęli planowanie kolejnego wesela, przeglądając przy okazji swój akt małżeństwa z rodowodem boliwijskim, kolorowy jak polski jarmark, z symbolami kraju w każdym rogu, upstrzony błyszczącymi pieczątkami i naklejkami. Decyzja była obopólna i zupełnie zgodna: należy dokument włożyć w ramkę i powiesić w... toalecie. Tak, nowy wystrój wnętrza będzie pasować jak ulał.

Pod wieczór przybiegł do nich kurier z ogromnym bukietem kwiatów. Z wielkim sentymentem przeczytali życzenia, które płynęły prosto z Cochabamba, od Rahula z rodziną. Pomimo wystawionych wiele razy na próbę nerwów z żalem patrzyli w przeszłość. Wiedzieli, że to wszystko już nigdy się nie powtórzy, a w taki finezyjny wodewil mało kto uwierzy.

Obserwowali zachodzące słońce – tropikalne promienie miały niepowtarzalną intensywność – zarówno w cieple, jak i w blasku. Łatwo dać się zahipnotyzować koronkowym grzbietom fal, które majestatycznie, lecz opieszale przesuwały się ku brzegowi. W końcu nadszedł czas wytchnienia i relaksu. Nie ścigały ich już koszmary pełne podpisów, pieczątek i luźnych kartek – ani na jawie, ani we śnie. W ich codzienności zagościł zupełnie nowy, niemal zapomniany spokój – stoicki, trudny do uwierzenia i jeszcze trudniejszy do przyzwyczajenia.

– A w jakim kraju powinniśmy mieć dzieci? – przerwał dumanie Paulo, a Julia z niedowierzaniem wolno uniosła głowę.

– Ha, ha, bardzo śmieszne.

– Dobrze byłoby to przemyśleć wcześniej. Wiedziałaś, że syn Rahula ma dwa akty urodzenia, jeden brazylijski, drugi boliwijski?

– Żartujesz? To brzmi jak historia sprzed pierwszej wojny światowej. Jak im się to udało?

– Urodził się w Brazylii, zaraz potem pojechali do Boliwii i tam zarejestrowali dziecko. Pewnie nawet przesunęli dzień urodzin. Kierują się zasadą, że od przybytku głowa nie boli. W sumie racja! Może masz ochotę na podobną kombinację?

– Wiesz co, pozwól mi jeszcze trochę nacieszyć się jedną załatwioną sprawą. – Zapadła chwila ciszy, choć w głowie Julii wyraźnie ruszyły turbiny kombinacji. – Może jednak pomysł wcale nie jest taki zły...