Bez iluzji - Jan Ślęzak

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Nie ukrywam, że do pisania tego dziennika sprowokował mnie profesor Marcin Król swoją ostatnią książką pod tytułem "Pakuję walizkę". Oczywiście nie tylko profesor Król pisał takie dzienniki, ale jakoś jego pisanie mnie zainspirowało, ponadto sama postać profesora nie jest mi obca i cenię sobie jego myśli - zdrowe myśli. Co prawda, książka została wydana w 2021 roku, czyli rok po śmierci profesora, zatem będąc ostatnią w jego twórczym życiu, sądy w niej zawarte są już ostateczne. Zmarł 25 listopada a ostatni tekst w tej książce pochodzi z 25 października 2020, czyli pisał do ostatniej chwili i to do końca w tym samym tonie. Ja natomiast - jak na razie - żyję i chciałbym doczekać, co najmniej zakończenia tej książki, a może jeszcze dłużej, no, powiedzmy szczerze: jeszcze bardzo długo. Wiekowi ludzie zawsze powiadają: jak Bóg pozwoli...

Mimo chronologii, mój dziennik ma bardzo mało znamion dziennika bo nie zawiera zapisów codziennie, dlatego został nazwany niecodziennikiem. Ponadto nie jest to dziennik tematyczny, zawiera treści związane z dniem, którego dotyczy, czyli ważnych wypadków lub okoliczności, jakie miały miejsce w danym dniu, w przeddzień a może nawet w dalekiej przeszłości traktowanych rocznicowo. Zatem również czytanie nie wymaga zachowania kolejności rozdziałów.

Nie autor wymyślał tematy, lecz kalendarz ich dostarczał i to dostarczał dość obficie. Wystarczyło rozejrzeć się dookoła, może posłuchać komunikatu radiowego, może coś przeczytać w internecie. Jedynie wojna w Ukrainie przewija się cały czas jak zmora straszliwa zagrażająca nie tylko napadniętej Ukrainie. Postanowiłem również przywoływać aktualnie czytane książki. Aktualnie, to znaczy akurat w czasie pisania konkretnego tekstu, chociaż nie mające związku z historią tego roku.

Sądy zawarte w książce - chociaż zbyt dużo ich nie ma - są to sądy subiektywne moje, czyli autora i tylko ja biorę za nie odpowiedzialność. Jest to uwaga, którą przypominam w każdej mojej książce. Staram się nie powtarzać opinii zasłyszanych, nie swoich. Jeżeli już to robię, to zawsze podaję autora. Zdaję sobie sprawę z tego, że pisząc na zadany temat, wynikający z kalendarza, tworzone opinie mogą nie być zawsze trafne jedynie w dniu pisania, lub mogą się zdezaktualizować z czasem. Wszystko to jest ryzykiem piszącego i ja to każdorazowo wkalkulowuję.

Starałem się omijać bieżącą politykę, nie zawsze się udało. Toczącej się agresji rosyjskiej w Ukrainie omijać nie zamierzałem, a wręcz odwrotnie, konsekwentnie w każdym tekście starałem się przypominać o wszystkich ważniejszych wydarzeniach i ich konsekwencjach. Nie można pominąć milczeniem czegoś tak tragicznego jak wojna tuż za naszą granicą. Jakże trudno jest wydawać jakiekolwiek opinie na ten temat, gdzie króluje zło, smutek i cierpienie. Wszystko to spadło na niewinnych ludzi a spowodowali to inni ludzie z natury barbarzyńcy. Zdarza się, że ze zła wyłania się dobro, więc miejmy nadzieję, że i teraz będzie podobnie, że urodzi się wolność.

Każdorazowo pisząc nową książkę ma się nadzieję, że treści w niej zawarte komuś posłużą. W moim przypadku, w pierwszej kolejności i niezmiennie są to moje wnuki. Może się to udać kiedy tekst jest jednolity na jeden temat, ale w tym przypadku jest nieco inaczej. W poszczególnych tekstach bywają co najmniej dwa tematy jakoś słabo ze sobą związane lub w ogóle nie związane. Panuje zupełna wolność, a temat wyznacza dana kartka z kalendarza. Mimo wszystko, pragnę aby przytoczone tu fakty a szczególnie wydarzenia wzbudziły refleksję u czytających niezależnie kiedy będą czytane i tylko w tym kierunku idą moje, czyli autora opisy i komentarze.

W szczególności mam nadzieję na refleksje u tych, którzy jeszcze dzisiaj niezbyt potrafią czytać ze zrozumieniem, lub jeszcze nie rozumieją wszystkich problemów tego świata, czyli u moich wnuków. Również ważne to może być dla starszych, którzy dotąd do pewnych rzeczy podchodzili automatycznie, bez głębszego namysłu, rutynowo, a teraz niechby może zrobili to samo, ale z namysłem, bo mają dostarczaną na co dzień, historię zakłamaną stosownie do potrzeb współczesnych polityków.

2 listopad 2022 - Dzień Zaduszny

W dniu wczorajszym była uroczystość Wszystkich Świętych, czyli dotycząca tych szczęśliwych, którzy dostąpili zaszczytu przebywania w niebie i ich wspominamy i z nimi się cieszymy, natomiast dzisiaj mamy Dzień Zaduszny, czyli święto wszystkich zmarłych. Jedni byli nam bliscy, inni mniej znani albo w ogóle nieznani. Tych pierwszych wspominamy z wielką czułością a niekiedy ze łzą w oku, bo na przykład odeszli kilka dni wcześniej, a niektórzy nawet w przeddzień swojego święta. Tak było w przypadku osoby z mojej rodziny, która odeszła kilka dni przed tymi świętami, ale o niej jeszcze wspomnę w dalszej części. Taka jest interpretacja tych dwóch dni świątecznych, zasłyszana przeze mnie, od osoby wysoce kompetentnej i raczej trudno dostrzec łączność między tymi dwoma świętami, czyli Dniem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym.

Tymczasem, co widzimy wokół? Już o tym niejednokrotnie wspominałem, ale dzisiaj też wspomnieć należy, w tej materii nigdy za dużo. To, co widać było wokół, było momentami przerażające. Właśnie w tym pierwszym dniu cmentarz był oblężony, a wokół najbardziej kwitnął handel, jakby plac handlowy z miasta przeniósł się tutaj, pod mury cmentarza. Któregoś roku widziałem nawet grill z kiełbasą, co zapewne ucieszyło cyganów, którzy - jak pamiętam od lat - piją gorzałkę nad grobem swojego króla cygańskiego. Po drugie, Kościół ma swoją interpretację a ludzie mają swoją, czyli w Dniu Wszystkich Świętych, oprócz właściwego przeznaczenia tego święta, obchodzą również Dzień Zaduszny - takie dwa w jednym. Z tego, co widzę, nasi księża poddają się im stopniowo przenosząc część uroczystości na cmentarz. Pytam, więc znajomego, zresztą bardzo mocno wierzącego i świadomego:

- Powiedz mi drogi Marku, dlaczego tak jest, że zamieniono te święta, a raczej skomasowano w jednym dniu?

On na mnie spojrzał niemal zgorszony tym pytaniem i tylko tyle odpowiedział:

- Bo tak zawsze było, czego tu nie rozumiesz! Taka tradycja! Nic więcej nie potrafię powiedzieć.

Nic nie odpowiedziałem, bo że tak bywało, to ja wiem i że taka tradycja, to też ją znam od czasów, kiedy mama prowadziła mnie na cmentarz na grób dziadka. Tyle tylko, że w trakcie pisania tego tekstu, już po dniu Wszystkich Świętych, czyli w Dniu Zadusznym, przejeżdżałem koło cmentarza i tam było zupełnie pusto, jedynie świeczki zapalone wczoraj się dopalały. Natomiast z tą tradycją byłbym ostrożny, bo ludzie dla wygody mogą kiedyś zmienić inne ważne prawdy, których Kościół uczy, bo tak będzie wygodniej i co wtedy?

Wróćmy jednak na teren cmentarza, bo to, co tam zobaczyłem, mocno mnie zaszokowało. W przeddzień, przy tak zwanej bramie gospodarczej, leżały dwie ogromne sterty śmieci: głównie szkła i plastiku i wszystko zmieszane z doniczkami i uschłymi kwiatami. Segregacji tej sterty jakoś nie mogłem sobie wyobrazić, zapewne pójdzie to wszystko na miejskie wysypisko bez segregacji. Ten obrazek jeszcze mnie tak nie zaszokował, tego ogromnego szoku doznałem dopiero na drugi dzień. Zobaczyłem, bowiem ogromny festiwal świateł w najprzeróżniejszych słojach szklanych i znowu te tony plastiku, tyle, że teraz pięknie porozstawiane po płytach grobowych, czyli przygotowane do wyrzucenia za kolejny miesiąc lub dwa. Oczyma wyobraźni zobaczyłem te wczorajsze sterty pod bramą, jednocześnie przypomniałem sobie pewną tabelę o odpadach. Na tablicy tej pisało, że szkło rozkłada się nawet przez 4000 lat, a przeróżne plastiki 400 do 1000 lat. Aby zamknąć tę część złych obrazków i wiadomości dodam, że w trakcie tych świątecznych wojaży poniosło śmierć 25 osób, rannych było 326 osób. Czy warto było? Podobno jest jedna pocieszająca wiadomość pośród tych złych wiadomości: w tym roku było mniej pijanych kierowców - ale jednak byli. Tak, to bardzo pocieszająca to wiadomość - dodam ze smutkiem.

Polak za rodzinę i ojczyznę deklaruje walkę na śmierć i życie, gdyby ktokolwiek nastawał na ich życie i zdrowie, z drugiej zaś strony zostawia tej rodzinie truciznę na wiele pokoleń - zostawia ogromne ilości różnego rodzaju śmieci chemicznych trudno degradowalnych. - To, jak to jest? Trudno to wytłumaczyć, chyba, że założymy, iż człowiek ten jest marnie wyszkolony, tępy, nieposiadający minimum wiedzy, do której i tak ma stosunek ambiwalentny. Z drugiej jednak strony, człowiek ten chwali się, że niejeden naród europejski przysposabiał do życia, bo na przykład francuzów uczył jak się używa noża i widelca. No i znowu wraca wcześniejsze pytanie: - To, jak to jest?

O wiedzy religijnej dotyczącej tych dwóch ostatnich świąt nawet nie wspominam, bo mógłbym się narazić. Niechby mi się wypsnęło coś na temat tradycji palenia ogni czy jak kto woli świeczek czy zniczy na grobach. Nie jest to żadna namiastka światłości wiekuistej, jak mi to ktoś kiedyś próbował zinterpretować, lecz jest to pozostałość kultów pogańskich, tak zwanej nocy dziadów, który to fakt opisuje Mickiewicz w swoim poemacie Dziady. Od razu zaznaczam, że ta druga wiadomość wcale nie oznacza, że tych świeczek nie powinno się zapalać - sam to robię i jest mi jakoś lżej.

Możnaby takich drobnych faktów, które ujawniły się przy okazji tych świąt, wymienić jeszcze wiele. W każdym bądź razie naginanie starych tradycji do dzisiejszych mód, czyli obecnych wymogów konsumpcyjnego stylu życia, jest niekiedy przerażające. Ale dajmy temu spokój, bo w tym miejscu chciałem wspomnieć naszą zmarła Halinę, tak jak obiecałem. Była historyczką z zawodu nauczycielką historii w liceum. Braknie mi jej, bo mam tendencję do szukania prawdziwych faktów historycznych podważając te interpretacje, które nam obecnie podają niektórzy obecni historycy a szczególnie władze polityczne. Nieraz się spieraliśmy na te tematy, a ostatnio spór dotyczył króla Jana Kazimierza. Mimo autorytetu profesorskiego Haliny, nie ustąpiłem i pozostałem przy swoim. Tyle o naszej Halinie, niech spoczywa w pokoju...

Wróćmy, zatem do obecnej codzienności: wojna! Co prawda wojna u sąsiadów, ale tuż za naszym płotem. Co gorsza, jak ja to mówię, jest to wojna w sąsiedniej rodzinie. Tak, tak, wojna w rodzinie. Dla poparcia mojej tezy pozwolę sobie przypomnieć nieco faktów historycznych. Zacząć należy od tego, że na obecnych terenach Ukrainy i okolic było niegdyś Księstwo Ruskie a dokładniej Księstwo Kijowskie, nawet Wielkie Księstwo, które przyjęło wiarę chrześcijańską już w VIII wieku od Bizancjum a więc wcześniej niż Polska. Przyjęli chrzest od Bizancjum, bo mieli przyjazne kontakty z tym cesarstwem. Dodatkowo, były to tereny Rusi Czerwonej, która to nazwa jakoś nie jest eksponowana, może nawet wypychana z pamięci, w odróżnieniu od Rusi Białej, która do dnia dzisiejszego pozostawiła swoją nazwę, jako Białoruś. Nazwę nową, czyli Ukrainę eksponuje się oficjalnie.

Ukraina, jako nazwa utrwaliła się dopiero w XV wieku i oznacza ni mniej, ni więcej tylko miejsce na kraju państwa, pogranicze, kraj na obrzeżach Imperium. Carowie Rosji najchętniej używali tej nazwy uprzednio ją wymyślając. Widzimy dzisiaj w sklepach, na opakowaniach pierogów zmienioną nazwę z pierogów ruskich na pierogi ukraińskie - taki gest na przekór Rosjan. Czyż nie jest to dowód na porażającą niewiedzę historyczną w naszym narodzie, zresztą podobnie jest z historią własnego kraju. Te pierogi, to tylko taka dygresja.

Wschodnia i północno-wschodnia część to przyszłe Księstwo Moskiewskie tworzące się na terenach wcześniej zajętych przez Mongołów, czyli terenach lennych Złotej Ordy. Kiedy złota Orda upadła, na ich dawnych lennach powstało Księstwo Moskiewskie, którego społeczność tworzyła cała mozaika ludów różnych kultur, od dzikich i barbarzyńskich Mongołów do starodawnych ludów pochodzących z Rusi Czerwonej. Książę Moskiewski [Iwan Groźny] w pewnym momencie ogłosił się carem oraz reprezentantem tradycji sięgających do początku Księstwa Kijowskiego. On ogłosił, że odtąd car moskiewski jest jedynym spadkobiercą wszelakich tradycji dawnej Rusi Kijowskiej a także Bizancjum. Rosja tak naprawdę powstała dopiero w XVI wieku, czyli osiem wieków po chrzcie Rusi. Z racji zapędów mocarstwowych i hegemonistycznych Rosji zarządzanej przez carów, powstał i trwa do dzisiaj konflikt między Rosją i Ukrainą, a jego owocem jest obecna wojna spowodowana przez Rosję.

Wojna trwa już osiem miesięcy i końca nie widać. Tak naprawdę nikt, z całego świata nie jest po stronie agresora barbarzyńcy, czyli Rosji - najpierw carskiej, potem komunistycznej, a obecnie czymś, co stanowi uśrednienie tych dwóch poprzednich systemów. Można śmiało powiedzieć, że wojna ta prowadzona jest w sposób barbarzyński, przy użyciu metod pochodzących niekiedy z zamierzchłych czasów, w których kłamstwo zajmuje pierwsze miejsce, gdzie zabijanie bezbronnych cywilów i dzieci jest dozwolone, gdzie bombardowanie domów jest normą. Jeszcze wielokrotnie powrócimy do tej wojny.

Książka, którą w tej chwili czytam absolutnie koresponduje z aktualną wojną i przyznaję, że dlatego po nią sięgnąłem szukając wytłumaczenia tej barbarzyńskiej postawy żołnierzy i władz Rosji w stosunku do ludzi Ukrainy, których Rosjanie nazywają braćmi. Należy dodać, że książka ta bardzo dużo tłumaczy. Jej tytuł to "Zniewolona Rosja", czyli historia poddaństwa - autorstwa Borysa Kierżencewa. Autor to doktor nauk historycznych, lat 49, Rosjanin. Wymieniona książka przyniosła mu największą sławę. Treść tej książki połączona z obecnym obrazem wojennym jest absolutnym potwierdzeniem powiedzenia, które ja wielokrotnie słyszałem, szczególnie w młodości. Brzmi ono tak: "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci". Niestety prawda, która w przypadku Rosjan potwierdza się. Nawyki nabyte od plemion mongolskich, przemieszkujących tajgi i lasy, raczej utrwalały barbarzyńskie obyczaje i w efekcie nie ulegały one zanikowi, chociaż świat poszedł daleko do przodu. Każdy z nas zna z historii II wojny światowej fakt, że tuż za frontem posuwały się oddziały NKWD z karabinami wymierzonymi w plecy własnych żołnierzy. Jeżeli którykolwiek byłby się obejrzał z zamiarem wycofania padał od kuli tegoż enkawudzisty. To zwyczaj jeszcze z czasów z przed naszej ery, bo tak nacierały wojska barbarzyńskie.

Kończąc ten problem pozwolę sobie przytoczyć jedynie krótki cytat ze wspomnianej książki:

"W chwili zniesienia pańszczyzny w 1861 roku dwadzieścia trzy miliony rosyjskich obywateli stanowiło prywatną własność. Chłopi byli sprzedawani, jako żywy towar, przegrywano ich w karty, zsyłano na Syberię, okrutnie karano za nieposłuszeństwo i składanie skarg. Wielu z nich, opisanych przez Turgieniewa, Tołstoja, Puszkina czy Dostojewskiego, miało swoje pierwowzory w realnym życiu."

Myślę, że ostry to obraz, chociaż cytat ten oddaje jeszcze słaby obraz, dlatego zalecam aby przeczytać całą książkę, aby uzmysłowić sobie, jako tako panujące przez wieki stosunki w Rosji. Przyznam, że czytałem tę książkę w niektórych momentach z obrzydzeniem, bo opisane tam niektóre obrazy znęcania się tak zwanej szlachty, będącej w większości analfabetami, nad chłopami, wywoływała u mnie mdłości. Dodam tylko, że istnieje już książka opisująca ten sam temat, ale w przypadku chłopów polskich i opisane w niej metody upadlania człowieka przez człowieka nie wiele różni się od tych z Rosji. Najbardziej przykre z tego wszystkiego było to, że księża katoliccy wcale nie byli po stronie uciśnionych a wręcz odwrotnie.

Można sobie postawić pytanie, na ile te stosunki uległy zmianie na lepsze. Wydaje się, że jeżeli chodzi o Rosję, to niewiele. Te dawne nawyki w traktowaniu ludzi, do dnia dzisiejszego nie zaginęły, przetrwały a nawet ewaluowały w kierunku bardziej perfidnym, gdzie człowiek pojedynczy w ogóle przestał się liczyć, stanowił jedynie element jakiejś całości, bo liczyły się masy. Przykładem niechaj będzie chociażby wspomniana już rola wojska NKWD na frontach II wojny światowej.

Smutny jest Dzień Zaduszny, bo taka jego natura. Uwidoczniło się to szczególnie, kiedy stojąc nad grobem bliskich wspominamy ich, czyli tych, z którymi jeszcze rok temu staliśmy przy tym właśnie grobie, szczególnie, kiedy to dotyczy ojca lub matki, syna, córki... Przyznam, że dziwnie te moje odczucia się jakoś układały, bo kiedy tak stojąc na grobem rodziców sięgałem pamięcią wstecz do młodości, kiedy było raczej biedniej, to jednak duch mój jakby weselał, tylko na chwilkę pamięć się materializowała a znowu wracając powoli do dnia dzisiejszego, raczej duch smutniał. Smutniał mimo pełnej zasobności w dobra codzienne, pełnego komfortu pod każdym względem i to nie tylko wojna u sąsiadów czy ustawiczne podwyżki były tego powodem. Jak się okazuje, ten komfort, to pełne zabezpieczenie w dobra ziemskie, nie przysparzają pełni szczęści, czegoś brakuje i to brakujące coś wcale nie jest materialne i nijak nie jest wymierne.

Wszystko, co związane jest ze śmiercią, z umieraniem zawsze jest smutne. Z tego powodu człowiekowi dano wiele lat na zastanowienie, na przemyślenie, a może nawet na ustawiczne zastanawianie się nad umieraniem. Jedni odsuwają ten temat ze strachem i nie podejmują go. Inni bardzo często zastanawiają się nad nim ustawicznie lub okresowo obserwując proces umierania czy obumierania w przyrodzie. Weźmy na przykład motyle: cóż to jest dwa tygodnie życia, chociaż w przepięknym ubarwieniu i kolorach. Przychodzi koniec i nie ma łez motylich, nikt nie rozpatrza...

Pamiętam jak bardzo bliska mi osoba w podeszłym wieku dziewięćdziesięciu lat powiadała i to wielokrotnie, bardzo spokojnie i z uśmiechem, że absolutnie nie boi się umierać. Nie dawało spokoju pytanie o powód, dzięki czemu ta osoba mogła to tak spokojnie mówić. Nic prostszego, należało po prostu zapytać. Tak też zrobiłem. Cóż się okazało? Odpowiedź była prozaicznie prosta. Ta osoba powiada: - Dzisiaj, kiedy mam swoje 90 lat, wiem, że już nic więcej nie zrobię. Co było do zrobienia, zostało zrobione, zatem niczego nie planuję - taka mniej więcej padła odpowiedź. Ponadto niech się wokół mnie nic nie zmienia, nie przebudowuje, chcę kontemplować jedynie to, co jest, to, w czym jest mój wkład, umrę to sobie możecie wszystko pozmieniać - to druga część odpowiedzi. Była i trzecia część, która dotyczyła mocnej wiary w Boga i pokładanej ufności w Jego obietnicę życia wiecznego. Kiedy dzisiaj sobie to przypominam, to wydaje się, że ta trzecia część była chyba ze wszystkich najmocniejsza, reszta to tylko dodatki. Chociaż mnie do dziewięćdziesiątki jeszcze daleko, to jednak dość często rozmyślam nad tymi trzema argumentami dającymi poczucie bezpieczeństwa i pełnego pogodzenia z życiem.

Kiedy tu i ówdzie widzę jak ludzie strasznie boją się śmierci, bo jeszcze tyle mają do zrobienia, aby dzieciom żyło się lepiej i wygodniej, a to jeszcze wesele wnuczki lada miesiąc, a druga wnuczka będzie rodzić. Kiedy stykam się z takimi przypadkami, coraz częściej uciekam w kierunku przemyśleń kiedyś usłyszanej odpowiedzi na temat warunków spokojnej starości.

11 listopada 2022 Święto Niepodległości

Tuż po ostatniej wojnie, kiedy Sowieci wypędzili polskich profesorów ze Lwowa, znaleźli się oni - w przeważającej większości - we Wrocławiu, a wśród nich profesor i jeden z wielkich lwowskich matematyków tamtych czasów - prof. Hugo Steinhaus. W jednym z urzędów państwowych zadano mu pytanie czy przekraczał granicę. Profesor słynący z elokwencji i dowcipu odpowiedział skromnie:

- Ja nigdy granicy nie przekraczałem, ale granica mnie, to i owszem, przekraczała, i to dwukrotnie.

Coś mi się zdaje, że ja dzisiaj - właśnie dzisiaj, znalazłem się w podobnej sytuacji, tyle, że meritum problemu jest nieco inne, jednak okoliczności podobne. O co zatem chodzi? Już wyjaśniam.

Przeżyłem już kilka dat, w których to czciło się niepodległość, w związku z tym, nie mam stu procentowej pewności, że obecna data się ostanie i będzie tą ostatnią. Stąd i mój stosunek do niej jest nieco ambiwalentny, czyli dobrze, że jest, ale równie dobrze może to być każdy inny dowolnie wybrany dzień - przy zachowaniu pewnej logiki wyboru. Tu pojawia się kłopot, bo nie mogę znaleźć tej logiki wyboru zapewne z bardzo prozaicznego powodu.

Każdą z tych dat świętowania niepodległości ustalała inna ekipa polityczna i zawsze o jedynie słusznej orientacji, chociaż te orientacje różniły się między sobą diametralnie. Jeden raz tę datę podsunął nam Józef Stalin i on wyznaczył 22 lipca. Ktoś zapyta, jaka logika towarzyszyła temu Stalinowi. Kto kojarzy fakty historyczne wie, że była to krwawa logika, bestialska logika, jako że stosujący tę logikę Stalin, już wtedy bestią był. Otóż w dniu 22 lipca 1793 roku Sejm Polski - obradujący w zamku grodzieńskim, w obecności carskiego generała i otoczony dookoła kordonem wojsk rosyjskich, podpisał w wielkim milczeniu drugi rozbiór Polski. Tak się mściła Cesarzowa Katarzyna II za "niewierność" wasalnej Rzeczpospolitej. Stąd się wziął ten 22 lipca i teraz Polska miała w domyśle czcić tę hańbiącą datę, chociaż dacie tej, na użytek publiczny, przypisano incydent w postaci tak zwanego Manifestu z 1945 roku. Teraz natomiast, mścił się następca carycy, Józef Stalin, który narodu polskiego nie znosił. Ktoś powiedział, że Polacy mieli u Stalina takie szanse jak Żydzi u Hitlera i chyba się nie mylił. Ze smutkiem wspominam to święto nam wtłamszone, no i bez mała zaakceptowane przez wielu z tych, którzy historii własnego kraju nie znali.

Moim zdaniem, była wspaniała okazja, aby takie święto ustalić 4 czerwca lub 18 czerwca, na pamiątkę obalenia tak zwanego ustroju socjalistycznego w wyniku wyborów 1989. Wtedy to odzyskaliśmy wolność, którą nam kiedyś [1939] siłą zabrano, dosłownie: ogniem i mieczem. Czerwiec - piękny, ciepły letni miesiąc sprzyjał temu również i moje imieniny tuż po tym, co dodaję już w ramach żartu. Jednak dzięki polskiej skrajnej prawicy, która zawsze sprzyjała wstecznictwu i manipulacjom historią, uznała ten czerwcowy fakt za hańbę narodową, z powodu Okrągłego Stołu, przy którym wielu z nich było i miód i wódkę piło. Polskie zaprzaństwo dało znać o sobie w tak ważnym momencie. To zaprzaństwo - jak się okazało - istnieje zawsze, tyle, że podskórnie i w stosownych momentach się objawia, bo swoich zwolenników zawsze gdzieś tam posiada.

Zatem teraz proponują mi inny dzień do świętowania. Jako że już nie jestem naiwnym Jasiem, nie mam już kręconych włosów, a miałem, postanowiłem sprawdzić, czego nie zrobiłem w przypadku dnia 22 lipca, bo a nuż podstawiają mi coś, co mój intelekt odrzuci i jak ja będę się z tym czuł. Ten intelekt powiedział "sprawdzam", książki historyczne do ręki i do roboty. Po krótkim czasie wylała się kawa na ławę.

Po krótkich sporach i użyciu różnych argumentów na to święto wybrano 11 listopada. W tym dniu brygadier Józef Piłsudski powrócił z Niemiec, dokładnie z twierdzy Magdeburg w towarzystwie niemieckiego hrabiego Harry'ego Kesslera, któremu Piłsudski dał zapewnienie, że jeżeli zdobędzie już władzę to nic przeciwko Niemcom nie zrobi i słowa dotrzymywał. Ten niemiecki baron był przez lata całe ambasadorem Niemiec w Warszawie, czyli z bliska pilnował, czy Piłsudski dochowuje zobowiązań. Faktem jest, że obietnicę ową spełnił, o czym świadczą choćby dwie jego reakcje, a raczej ich brak: brak reakcji na powstania śląskie i wielkopolskie. Co bardziej wścibscy historycy wiedzą, że Niemcy również obiecali coś Piłsudskiemu, a mianowicie, obiecali okryć tajemnicą pewne niewygodne fakty z życiorysu brygadiera. To ostatnie, każdy nazwie klasycznym szantażem, ale my nazwijmy to na razie niewygodnymi faktami, które jak się okazało, nie tylko Niemcy znali, ale również niektórzy generałowie z otoczenia brygadiera. Ci ostatni przypłacili to życiem, że wymienię tu chociażby generała Rozwadowskiego - dowódcę obrony Lwowa a potem autora zwycięstwa tak zwanego "Cudu nad Wisłą".

Gdybyśmy jednak pominęli te "niewygodne" okoliczności, tak chociaż na chwilę, to co nam pozostaje? Pozostaje nam fakt, że wolność dziś odzyskaną utraciliśmy w dniu 17 września 1772 roku, ale głównie z winy Polski, czyli naszej, na własne życzenie. To nasi wysoko postawieni pojechali do Moskwy i prosili Imperatorową Katarzynę II, aby nas wzięła w swoją opiekę. Nad tym faktem nie ma się co rozwodzić, bo - jak na razie - żaden z dyspozycyjnych historyków nie odważył się jeszcze, aby go wymazać, no może sam skutek pokazują tłumiąc nieco wiedzę o przyczynach.

Teraz, kiedy sięgam do tamtej historii, znowu nachodzą mnie ponure myśli, no, bo jak to? Naszą wolność przywiózł Piłsudski od Niemców, spełniając dane im obietnice? Znowu nachodzą mnie uczucia ambiwalentne. Skoro ja, amator historii znam te fakty, to czemu są one ukrywane i mało, kto o nich mówi. Z tych, wymienionych powodów, ani myślę czcić ten dzień w listopadzie, który i tak, sam od siebie jest niezwykle ponury, bo to przecież jesień. Zawsze ten dzień będzie ponury, choćby jak unosili się pod chmury niektórzy przywódcy i piali z zachwytu nad marszałkiem i jego stylem sprawowania władzy z zamachem majowym na czele.

Rozglądam się wokół, patrzę w jedno okno, w drugie okno i cóż ja widzę? Ponuro na dworze, słońce ani przez chwilę się nie wychyla i w takim momencie moje skojarzenia nabierają obrazu, nabierają siły i milknę, bo cóż do tego dodać - wszystko jakby potwierdza moje rozterki. Nie rozwesela mnie ani to święto zwane Świętem Niepodległości, ani to, co na świecie się dzieje i to wcale nie tak daleko, bo tuż za naszą wschodnią granicą.

Wczoraj usłyszałem, że Putin z kryminalistów tworzy oddziały wojskowe, on im daruje wyroki w zamian za pójście na front do Ukrainy. Tyle, że będą to oddziały zaporowe. Oni będą szli za linią frontu i będą strzelać do żołnierzy próbujących zdezerterować, a że tych próbujących dezercji jest coraz więcej, więc odgrzebano rozwiązanie z II wojny światowej. Wtedy to bohaterska Armię Czerwoną poganiało do przodu i likwidowało dezerterów słynne NKWD. Dzisiaj nazywać się będą bardziej współcześnie i bardziej miękko, czyli oddziały zaporowe - podobnie jak napad na Ukrainę Putin nakazał nazywać operacją wojskową. Te oddziały zaporowe to pomysł całkiem stary. Już starożytni Persowie, którzy napadli na Spartę tak "zachęcali" do walki swoje wojsko w wąwozie termopilskim - ich koledzy idący za nimi z tyłu dźgali ich w plecy dzidami. Gdyby nie zdrada ze strony Greka, zapewne i tak nie dali by rady walczącym trzystu Spartanom z królem Leonidasem na czele. Zobaczymy pewnie niedługo, co te oddziały zaporowe zdziałają. Jak by nie było, wojska ukraińskie są w ofensywie i niechby odbili ten Chersoń, tego im życzę. Tylko, jeżeli Rosjanie podali do wiadomości publicznej, że minister Szojgu nakazał wycofać wojska to znaczy to, ni mniej ni więcej tylko tyle, że on kłamie w sposób planowy, zgodny z jego sumieniem, taka jest jego cecha narodowa. Zresztą wszyscy Rosjanie kłamią i wiedzą o tym od dawien dawna i już sami nie wiedzą, co z tym zrobić, więc nadal karmią się tym kłamstwem i twierdzą, że resztę świata przykryją czapkami.

Aby oderwać się od tej świątecznej smuty sięgnąłem po książkę historyczną, bo tego typu książki mają u mnie zawsze pierwszeństwo. "Ludowa historia Polski" - taki tytuł miała i gruba była niczym książki profesora Normana Daviesa, bo niemal 700 stron. Autorem jest dr hab. Adam Leszczyński, historyk i socjolog, profesor uniwersytecki. Pomyślałem, że oderwę się od tych spraw świątecznych, które nijak mnie nie rozweselały. Niedany mi był jednak błogi spokój, bo był to temat smutny, a nawet bardzo smutny. Niedawno czytałem książkę o niewolnictwie chłopów rosyjskich, a teraz okazało się, że mam przed sobą opis niewolnictwa chłopów polskich. Nie ma tu opisów zdziczenia szlachty i pastwienia się nad chłopami niczym nad zwierzętami, ale jest bardzo podobnie, a tę odrobinę delikatności zawdzięczamy chyba jedynie autorowi książki, czyli jego językowi.

W zasadzie, już z pierwszych rozdziałów wiadomo, co było powodem, że ostatnim chłopem, w którym wzbudzono ducha patriotyzmu był chyba słynny Bartosz Głowacki, który wziął udział w Insurekcji Kościuszkowskiej. Powracającym z Insurekcji chłopom ich panowie bardzo szybko i skutecznie wybili z głowy prawa, które za obronę ojczyzny nadał im Naczelnik Kościuszko. W późniejszych latach, żadne z powstań narodowych w Polsce nie miało w swoich szeregach chłopów.

Traktowanie chłopów przez polskich panów było bardzo podobne do tego, co działo się w sąsiedniej Rosji, zapewne płynął stamtąd przykład. Polska szlachta chyba najdłużej w Europie opierała się wyzwoleniu chłopów z niewolnictwa. Tym to sposobem książka ta nie przyniosła mi ukojenia a raczej rozdrażnienie i znaczne pogorszenie samopoczucia, jednak postanowiłem przeczytać ją do końca, bo napisał ją uczciwy historyk bez IPN. Niektóre książki w Polsce wydawane posiadają już taki nadruk "Bez IPN". Świadczy to dobitnie o randze tej instytucji będącej na usługach sprawujących aktualnie władzę i zmieniającej swoje opinie stosownie ci rządzący w danej chwili życzą.

Czeka mnie jeszcze jedno wydarzenie patriotyczne, czyli tradycyjnie powtórny pogrzeb trzech prezydentów wykopanych z grobów, z ziemi angielskiej, co prawda po półwieczu od śmierci, ale będzie to nasz, prawdziwy, patriotyczny pogrzeb i to trzech prezydentów jednocześnie. Chociaż władzę sprawowali jeden po drugim i wcale nie umarli jednocześnie. Zatem znowu będziemy chodzić po cmentarzach, tym razem będzie to panteon narodowy. Przepraszam za dozę sarkazmu, ale bezpieczniejsze to niż słowa, które mi się na usta cisną w tej chwili.

Nie czekam na przesławny marsz patriotyczny z płonącymi pochodniami, zaciśniętymi pięściami młodych ludzi ogolonych na łyso. Nie znoszę takiego patriotyzmu, a nawet więcej powiem: boję się tego typu patriotyzmu, bo bardzo blisko mu do nacjonalizmu a w dalszej części do faszyzmu. Pamiętam sławną mowę Mariana Turskiego w Auschwitz i to nie tak dawno. Chyba jednak pójdę grabić liście, bo znowu spadły...

Wspaniałym relaksem okazało się to grabienie, chociaż głównie grabiłem to, co spadło z modrzewia, czyli igiełki. Spojrzałem w górę i okazało się, że jeszcze wiele zostało, ale trzeba czekać aż opadną same - tu nic się nie przyspieszy, przyroda wie lepiej. Po prostu trzeba czekać aż wszystkie uwarunkowania będą sprzyjające: temperatura, wilgotność i stosowny czas, bowiem wszystko ma swój czas. To tylko człowiek potrafi naginać te uwarunkowania do swoich zachcianek, a potem dziwi się, że coś mu jednak nie wychodzi. Na rozmyślaniach o symbiozie ludzkiego życia z przyrodą zeszły mi dwie godziny - był to czas bardzo pożytecznie spędzony. Poszedłem na poobiedni spacer i przeszedłem wzdłuż główną ulicę naszego powiatowego miasta i co? No i nic, pusto smętnie, coś mnie podkusiło, aby policzyć świątecznie wywieszone flagi. Naliczyłem 24 flagi - głównie na balkonach mieszkań. Z państwowych instytucji jedynie na szkole podstawowej były cztery szturmówki. Jeszcze za czasów poprzedniej opcji politycznej, ta aleja była usłana flagami biało-czerwonymi. Dla mnie, dzisiaj nic to nie znaczy, jednak wielu z tej sytuacji jakieś wnioski wyciągnie. A może nie ma co doszukiwać się podtekstów politycznych, bo społeczeństwo poniewierane podwyżkami cen gazu, prądu i żywności ma już dość świętowania, a sama władza i jej wierni nadal się bawią?

W Warszawie tradycyjny marsz narodowców pod hasłami: "Polska państwem narodowym" i "Silny Naród. Wielka Polska". Władza ich ochrania, aby organizacje demokratyczne im krzywdy nie zrobiły, w efekcie te organizacje demokratyczne zablokowano w bocznych uliczkach, bo najpierw muszą przejść tak zwani "prawdziwi patrioci". A cóż to są prawdziwi patrioci? To brzmi niemal jak oksymoron. Przecież samo słowo patriotyzm zawiera w sobie samo dobro, prawdę i piękno, po co ten dodatek? Im mniej się go używa tym bardziej ono rośnie i pięknieje, ale oni muszą krzyczeć i pięściami wygrażać. Widząc to, znowu przypominają się słowa więźnia Auschwitz Pana Mariana Turskiego, który ostrzegał: "Auschwitz nie spadło z nieba".

Chyba wystarczy już tej naciąganej i wydumanej euforii świątecznej, zawsze w takiej sytuacji niezastąpioną okazuje się książka, bo ona pozwala na uwolnienie się od ciężkich myśli. Są książki, które jednym ruchem pozwalają przejść w zupełnie inny świat, doznać zupełnie nowych emocji, przy których te dzisiejsze bledną, są epizodem, są niczym.

Jest taka książka, do której często wracam, bo kiedyś już ją przeczytałem niemal przy jednym podejściu. Nosi tytuł "Końce Świata" autorstwa Petera Brannena. Te końce świata, to nie żart, to fakt i to mocno potwierdzony przez badaczy. Na przestrzeni ponad pół miliarda lat Ziemia wymierała już pięciokrotnie, jednak jak widzimy, to życie już w skali mikro gdzieś uciekało, gdzieś się chroniło i wracało. Siła życia jest ogromna, nawet sobie tego nie wyobrażamy Tak z grubsza, te wymierania, miały miejsce - 445, 374, 252, 201 i 66 milionów lat temu. Różne powody naukowcy podają, jak uderzenie 10-kilometrowej asteroidy, czy zalanie lawą lądów, czy w końcu zachwianie równowagi w obiegu dwutlenku węgla między atmosferą a oceanami. Ten ostatni powód jest nam już znany i to od kilkudziesięciu lat go obserwujemy, chociaż naukowcy zapewniają, że naszemu pokoleniu i naszym wnukom jeszcze nic nie grozi. Do czasu, kiedy to jaszczurki będą się opalać w gorącym słońcu wśród zieleni na biegunie północnym jeszcze daleko.

W chwilach trudnych, uciążliwych, przywalonych smutą, sięgajmy po książkę - poprawa samopoczucia gwarantowana. Dzięki książce stajemy się lepsi dla siebie, dla bliskich i tych dalszych a nawet dalekich, bo książka pozwala myśleć pozytywnie - sprawdziłem na sobie samym, więc wiem, że to działa. Życzę także sobie i wszystkim rodakom, aby sprawdziły się w naszym życiu społecznym słowa polskiego uczonego, profesora Jerzego Jedlickiego, który co prawda od pięciu lat już nie żyje ale jego słowa są prorocze i brzmią dzisiaj ze zdwojoną siłą. Był to człowiek o niezwykłej empatii. Kilka lat temu profesor powiedział:

"Chciałbym, żeby wykształcił się u nas patriotyzm oparty na odpowiedzialności za dobro wspólne, za państwo, za szanse życiowe dla wszystkich jego obywateli. Patriotyzm nie agresywny, nikogo niewykluczający, surowo krytyczny wobec własnej historii, lecz zachowujący szacunek dla naszych korzeni, dla tradycji, i nie tylko tej etnicznie polskiej, ale dla dorobku wszystkich narodów, które pod władzą polskości żyły i ginęły".

W tym cytacie jest wszystko, z definicją patriotyzmu włącznie, z tą prawidłową definicją, która ostatnimi czasy jest interpretowana stosownie do aktualnych potrzeb politycznych, z cichym przyzwoleniem na odcień nacjonalizmu, czyli na jej deformację. Boję się tych deformacji, a szczególnie boję się autorów tych deformacji. Nie wiemy bowiem co im w głowie siedzi.

6 grudnia 2022 roku - Imieniny obchodzą: Abraham, Angelika, Bonifacy, Dionizja, Emilian, Heliodor, Leoncja, Mikołaj, Morzysława, Piotr, Polichroniusz, Tercjusz

Szósty grudnia, dzień, jak co dzień i jak w każdym dniu tygodnia ktoś ma imieniny. Znalazłem aż 12 imion, których właściciele obchodzą w tym dniu imieniny, czyli obchodzą swoje święto. Są różne regiony, w których solenizanci obchodzą jedynie imieniny, w innych regionach obchodzone są tylko urodziny. Tym razem skupimy tylko na imieninach i to jednego solenizanta spośród tych dwunastu wymienionych, a będzie to Mikołaj.

Patronem wszystkich, którzy to imię noszą jest oczywiście święty Mikołaj. Święty Mikołaj to postać niesamowicie ważna w gronie świętych, w szczególności dzieci oczekują na jego dzień i to niezależnie od noszonego imienia. W dniu tym, bowiem, kiedy się budzą, zawsze pod poduszką znajdują coś, co sobie wymarzyły. Najmłodsze z tych dzieci są przekonane, że to coś, co znalazły pod zagłówkiem przyniósł im święty Mikołaj. Te starsze może nie są już zbytnio przekonane, że ten święty pofatygował się do nich z nieba z tym prezentem, ale utwierdzają rodziców w tym, że nadal wierzą. Zdaje się, że zarówno tym już nieco starszym dzieciom jak również ich rodzicom, bardzo taka sytuacja pasuje.

Sam przeszedłem przez wszystkie etapy zainteresowania świętym Mikołajem i do dzisiaj już wiem ze źródeł, że był on kiedyś na naszej Ziemi i to z tymi prezentami, które otrzymywałem. Jego legenda jest do dzisiaj bardzo żywa i w dużym stopniu skupia się właśnie na obdarowywaniu tymi prezentami. Wiele wiadomości na jego temat bardzo szeroko dostarcza nam nauka historii. Nie wszyscy ludzie czyniący dobro mają tak bogaty rozdział w historii, jak ma ten dzisiejszy solenizant Mikołaj, później ogłoszony nawet świętym Kościoła, chociaż niegdyś papież Paweł VI próbował podważyć autentyczność prawd o świętym Mikołaju. Pod naporem wyznawców kultu tego świętego uległ presji i wycofał się ze swojej decyzji o wykreśleniu go grona świętych. Spróbujmy, zatem przywołać, chociaż w małym zakresie, historię życia i działalności tego Mikołaja, którego ogłoszono świętym.

Niezbitym faktem jest, że takowy Mikołaj istniał i żył na Ziemi na przełomie III i IV wieku naszej ery. Wszystkie informacje, do których dotarłem podają, że działał w Licji i był nawet biskupem Miry. Operując dzisiejszym nazewnictwem geograficznym dodajmy, że jest to teren obecnej Turcji. Wielu, tę zachodnią część Turcji nazywa Azją Mniejszą. Zwracam uwagę na ten rejon, który na pewno nie ma nic wspólnego z Laponią, położoną w Finlandii, czyli na północy globu ziemskiego. Podkreślam specjalnie ten fakt, co szerzej zostanie uzasadnione w dalszej części tekstu.

Kult świętego Mikołaja z Miry w Azji Mniejszej rozwinął się dopiero dwieście lat po jego śmierci, zdecydowała o tym jego skłonność pomocy ludziom biednym, co czynił w specyficzny sposób - robił to w sposób nie ujawniając swojej osoby. Domniema się, że na pewno ta cecha skromności w czynieniu dobra pozwoliła na upowszechnienie kultu właśnie tego biskupa Mikołaja, którego Kościół obwołał świętym. Jednak, tak najbardziej jego kult zaczął się szerzyć, kiedy w średniowiecznej Europie święty Mikołaj stał się patronem dzieci i właśnie ten kult trwa do dnia dzisiejszego, chociaż podlegał różnym zawirowaniom a nawet dużym zniekształceniom. Mamy tego dowody szczególnie w dniu dzisiejszym.

Chyba dopiero uczynienie go patronem dzieci utrwaliło kult świętego Mikołaja, chociaż jego patronatowi powierzono wiele więcej grup, miast i zawodów. Wracamy jednak do patronatu dzieci. Już w dwunastym wieku we Francji, w przeddzień święta, czyli w tak zwaną wigilię 6 grudnia zakonnice roznosiły prezenty dla dzieci z biednych rodzin i zostawiały je po zmroku pod drzwiami. Podobne zwyczaje dokumentują źródła polskie, czeskie, austriackie, holenderskie, belgijskie i niemieckie. W wigilię święta osoba przebrana za świętego obdarowywała owocami i słodyczami dobrze zachowujące się dzieci a niegrzeczne uderzała pastorałem. W Holandii dzieci zostawiały buty przy kominku. W Czechach dzieci wieszały skarpety na oknach, a w Austrii dzieci kładły buty na parapecie.

Będąc dzieckiem, również pamiętam prezenty od świętego Mikołaja. Te prezenty to czekoladki i cukierki popakowane w szare torebki sklepowe, chyba były jeszcze lizaki i mała statuetka świętego Mikołaja wykonana z piernika z naklejonym wizerunkiem świętego. Piernik z postacią świętego należało przetrzymać aż do choinki, aby tam zawiesić go w wigilię Bożego Narodzenia. Ponad wszelką wątpliwość pamiętam, że ten święty był ponad wszelką wątpliwość biskupem, bo na tym obrazku przyklejonym do piernika miał na głowie mitrę oraz pastorał w ręce - podstawowe oznaki funkcji biskupa, oczywiście poza wspomnianą świętością.

Pamiętam też, że już w szkole podstawowej, było trochę inaczej, bo pokazano nam Dziadka Mroza. Mojej sympatii ten dziadek nijak nie wzbudzał, zresztą niczyjej sympatii nie wzbudzał i z czasem gdzieś przepadł. W późniejszych czasach dowiedziałem się, że ten dziadek to nie, kto inny tylko Дед Мороз - Dziadek Mróz, podarowany nam przez Stalina. Taki stwór obdarty ze świętości, co prawda z brodą, ale w stroju jakiegoś chłopa w walonkach. W tym miejscu muszę z przykrością powiedzieć, że chyba coś temu Stalinowi się udało zaszczepić w naszej świadomości, bowiem proszę spojrzeć na dzisiejszy wzorzec tego świętego. Niektórzy nazywają go krasnalem i niech tak będzie, ale ja widzę w nim tamtego dziadka od Stalina. Zdradza go wiele elementów stroju z walonkami na nogach - na czele. Ponadto jego miejscem początkowej działalności utworzono Finlandię a dokładnie Laponię, pewnie, aby bardziej uwiarygodnić go, jako Mroza. Czyż tak nie jest? Pytam tych, co pamiętają jeszcze lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku i oni z uśmiechem potwierdzają.

Opuśćmy, zatem ten niemiły fragment z historii świętego Mikołaja i przeniesiemy się jeszcze do jego licznych patronatów, bo historia ubogaciła go w wiele innych, poza dziećmi. Dowodzi to tylko jego rosnącej popularności i miejmy nadzieję, że strój, w jaki go teraz ubierają jest mu wysoce obojętny i powoduje na jego świętym licu jedynie uśmiech. Z czasem tych patronatów zgromadziło się wiele i teraz je wymienimy. Zatem, poza dziećmi święty Mikołaj jest patronem: Albanii, Grecji, Rosji, Aberdeen, Antwerpii, Bari, Berlina, Bydgoszczy, Chrzanowa, Elbląga, Głogowa, Miry, Moskwy, Nowogrodu, bednarzy, wytwórców guzików, cukierników i piekarzy, panien szukających kandydata na męża, gorzelników i piwowarów, jeńców, kancelistów parafialnych, kierowców, młynarzy, uczonych i studentów, notariuszy, sędziów i więźniów, obrońców wiary przed herezją, pielgrzymów i podróżnych, sprzedawców perfum, wina, zboża i nasion, pojednania Wschodu i Zachodu.

Niewiarygodne! Święty Mikołaj jest patronem pojednania między Wschodem a Zachodem! Azaliż to prawda? - Jakby zapytał Jerzy Waldorff. Zatem skoro piszą, to musi być prawda i ja z tej wiadomości, o której dotąd nie wiedziałem, postanowiłem skorzystać natychmiast, bo przyszła do mnie na czasie. Uznałem, że to, co się dzisiaj dzieje miedzy Wschodem a Zachodem, wymaga interwencji każdego, dobrze życzącego naszej Ziemi, w tym wszystkich ludzi dobrej woli. Mam na myśli ludzi wszystkich, zarówno uczonych jak i prostych, świętych jak i grzeszników. No, a skoro to już jest święty prosto z nieba, to tym bardziej. Nie wiem, jaki jest przydział kompetencji w niebie i nie wiem czy ten święty ma w swoich kompetencjach działanie globalne. Niezależnie od mojej niewiedzy postanowiłem poprosić świętego Mikołaja o interwencję w tej sprawie ufając, że jeżeli nie jest władny w pojedynkę w tej sprawie, to poprosi Jana Pawła II, bo on tam już jest i też pomoże, bo szczególnie dobrze zna mentalność narodów zamieszkujących obecną Ziemię a w szczególności ludzi wschodu, jako że jeszcze niedawno między nami przebywał.

Pomyślałem, że jeżeli kiedyś, przed laty, modliłem się do św. Mikołaja o takie drobiazgi jak prezenty w dniu jego święta, to w dzisiejsze jego święto poproszę o coś ważniejszego, czyli o pojednanie Wschodu i Zachodu. Zatem Święty Mikołaju:

- Skoro przyjąłeś zobowiązanie patronatu nad tym pojednaniem, to na pewno obserwujesz, co na naszym globie się dzisiaj dzieje, w szczególności na Twoich dawnych ziemiach Azji Mniejszej, czy Bliskiego Wschodu, ale nie tylko. Zło toczy całą Ziemię i raz to zło wychodzi z zachodu a innym razem - jak obecnie - ze wschodu. Jednym słowem konflikt miedzy ludźmi nie występuje na linii Północ - Południe, ale szczególnie Wschód - Zachód.

Zatem ja, prosty człowiek, mieszkaniec tej Ziemi od ponad siedemdziesięciu lat proszę Ciebie, wpłyń na tych mądrali, co to już dawno demokrację na swój sposób uprawiają, że jej siłowe upowszechnianie do niczego dobrego nie prowadzi a raczej zło zasiewa. Pamiętam słowa mamy, która nieraz - mnie starszemu powiadała: - "Ustąp młodszemu" lub "ustąp głupszemu". Może i tym razem uda się zaszczepić tę zasadę. Nie dopuść do konfliktu na linii USA - Chiny tłumacząc obu stronom, że nie zawsze poprawność ekonomiczna dobrze służy ludzkości i że walka w imię tej poprawności może doprowadzić do wzajemnego zrujnowania już dotychczasowego dorobku.

Pozostaje jeszcze druga strona, czyli Wschód, gdzie odradza się barbarzyństwo w narodzie rosyjskim. Z barbarzyńcami tylko raz w historii poradził sobie święty Leon - papież, który w piątym wieku negocjował z Attylą, wodzem Hunów, aby ten oszczędził Rzym. Hunowie - wyjątkowi barbarzyńcy, - których Chińczycy wypędzili ze swojego terytorium, teraz posłuchali papieża Leona I Wielkiego, również świętego Kościoła, jak Ty Mikołaju. Poproś, zatem świętego Leona o wstawiennictwo, bo my tu na Ziemi nie znamy innego sposobu na barbarzyńców jak tylko siła. Jeżeli i wam obu się nie uda się perswazja, to prosimy Was obu świętych o wstawiennictwo u Najwyższego z prośbą o cud nawrócenia obecnego przywódcy dzisiejszych barbarzyńców.

Pokornie Was obu o to prosimy z naszego łez padołu, bo na Ziemi żyje się coraz bardziej nieznośnie. Po zakończeniu pandemii, a z nią po zniesieniu restrykcji, coraz donioślej odczuwamy zmierzch demokracji, a w jej miejsce odradza się autorytaryzm pod wieloma postaciami. Autorytaryzm to tylko taka miękka nazwa pierwszego etapu faszyzmu, który odczuli na własnej skórze nasi rodzice i dziadkowie. Ten dzisiejszy autorytaryzm nie dotyczy jedynie mojego kraju, chociaż... - jednak pełno go na wschodzie, ale i na zachodzie.

Wejrzyj, zatem na nas, mieszkańców Ziemi, na której kiedyś przebywałeś i uczyń, co słuszne i co możliwe w ramach swojego patronatu. Oświeć promykiem mądrości umysły tych, co nadal w osobie dyktatora rosyjskiego upatrują swojego mentora. Niechby nasza stolica Warszawa stała się miejscem, gdzie układać się będą strony Wschodu i Zachodu, jak również wspólnie planować strategię dla całego Globu. Nieśmiało proszę, wspomnij moje miasto Chrzanów, którego raczyłeś być również patronem.

Te prośby, które ja wręcz nazywam modlitwą zanoszę przed oblicze świętego Mikołaja, na którego ikonę w tej chwili spoglądam - tę jego ikonę przywiozłem sobie kilka lat temu z Ukrainy. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele zwrotów nie pasuje do tradycyjnych pokornych zwrotów modlitewnych, jakie w księgach się znajdują, ale inaczej nie umiem. Nie ma we mnie złości ani nienawiści, bo tych cech szatańskich stopniowo się wyzbywam i mniemam, że u mojego progu życia całkowicie się ich pozbędę. Amen, czyli z hebr. ??? amen - "niech się stanie".

Myślę również, że św. Mikołaj wejrzy z góry na obecny stan jego kultu na Ziemi i albo wstrząśnie umysłami ludzi albo też wyprze się tego, co obecnie z tym kultem ludzie czynią. Święty biskup Mikołaj nigdy, tu na Ziemi, nie widział śniegu ani sanek zaprzęgniętych w renifery. Zupełnym nieporozumieniem jest umiejscowienie go w Laponii i pozbawienie go insygniów biskupich. Na pewno patronatu nad dziećmi się nie wyrzeknie, ale przekonany jestem, że to całe szaleństwo wokół jego osoby kiedyś się od niego odłączy i pójdzie gdzieś na skraj Wszechświata, gdzie nikt go już nie będzie potrzebował, tak jak ja już dzisiaj go nie potrzebuję.

Bardzo dużo uwagi poświęciliśmy świętemu Mikołajowi, zatem po krótce jeszcze o wydarzeniach dnia a raczej ostatnich dni. Wojna w Ukrainie nadal trwa i wkroczyła właśnie w fazę wysoce barbarzyńską. Tak jak kiedyś przegrywający Hitler mścił się na ludziach, domach, fabrykach i wszelakim dobytku, tak obecnie Putin czyni podobnie, jakby wzorował się na nim. Wycofując się a raczej będąc zmuszony do odwrotu ostrzeliwuje rakietami całą Ukrainę, niezależnie od tego czy tam jest jakieś wojsko czy nie. Cierpią oczywiście zwykli ludzie. Kiedyś Putin twierdził, że połowa Ukrainy to rdzenni Rosjanie, którzy wspierają jego operację wojskową, bo tak ją nazywał. Okazało się, że nikt się do rosyjskości - w jego wydaniu - nie przyznaje, więc niszczy wszystko i wszystkich. Jeżeli sami się nie przyznają, to ich zmusi.

Były kiedyś nawet takie czasy, kiedy Putin zyskiwał moją sympatię. Jednak po przeczytaniu książki rosyjskiej dziennikarki Anny Politkowskiej, a potem po jej zamordowaniu w 2006 roku przez siepaczy Putina moje wątpliwości wzrosły a ślady sympatii znikły bezpowrotnie. Dodatkowo napłynęły nowe wieści o złodziejskiej karierze młodego Putina w Leningradzie. Wtedy to utrwaliła się moja opinia, że z KGB nie może wyjść nigdy i nic, dobrego. Ta opinia trwa po dziś dzień a Putin utwierdza mnie w tym wytrwale i skutecznie.

Bardzo skutecznym lekiem na mądrość narodów jest czytelnictwo, co ciągle powtarzam i sam realizuję. Tym razem polecam wspaniałą książkę: "Symfonia C" autorstwa Roberta M. Hazena. Nie jest ona o muzyce, bo literka C nie tylko dźwięk oznacza, ale również pierwiastek carboneum o symbolu C, czyli znany każdemu już od starożytności węgiel - pierwiastek wszędobylski. Nasze ciało zawiera go 18,5 procent i ustępuje tylko tlenowi, którego jest w nas 65 procent, ponadto wodoru mamy 9,5 procent.

Węgiel warunkuje życie, ale bywają również sytuacje, gdy niesie śmierć i to w specyficzny sposób - w ukryciu, bo dwutlenek węgla nie posiada zapachu ani nie jest widoczny. Jego równowaga miedzy ziemską skorupą i atmosferą daje człowiekowi życie bezpieczne, pełne życiodajnych bogactw. Jednak, kiedy ta równowaga zostanie zachwiana przychodzi na Ziemię śmierć. Kiedy zbyt dużo tego pierwiastka znajdzie się w atmosferze gazy cieplarniane podnoszą temperaturę na Ziemi, lodowce topnieją, poziom oceanów podnosi się i wtedy życie umiera - to już było na Ziemi. Innym razem, kiedy węgiel w nadmiarze przeniknie do skorupy ziemskiej, Ziemia zamarza od biegunów do równika i znowu życie umiera - to też już było.

Te dwa wymierania miały miejsce zanim na Ziemi pojawił się człowiek. Teraz, kiedy na Ziemi działa człowiek nie zawsze świadom skutków swojego działania, pojawiło się nowe zagrożenie. Człowiek od ponad dwustu lat zaczął wydobywać z ziemi kopaliny [węgiel i ropę] i je spalać produkując w procesie spalania ten nieszczęsny dwutlenek węgla powiększając w atmosferze zasoby gazów cieplarnianych. Spalając kopalny węgiel i ropę naftową, uwalniał do atmosfery około 40 miliardów ton dwutlenku węgla rocznie, czyli tysiąc razy więcej niż wyziewy wszystkich wulkanów świata w sumie. W efekcie zaczęły topnieć lodowce i jakoś dziwnie zniknęły dawne i ostre zimy na terenach równinnych. Wielu ludzi drwi sobie z tych skutków, dlatego to im w szczególności i w pierwszej kolejności, polecam tę książkę.

Ktoś może powiedzieć, że zbyt dużo problemów zrzuciłem na głowę św. Mikołaja. Zrodził się zamysł aby nasze miasto, którego jest patronem, uhonorowało go w szczególny sposób, do czego ma prawo. Również ja, jako wieloletni mieszkaniec tego miasta popieram ten zamysł - niechby chociaż swoją ulicę miał.