Bieg 1
Kiedy dociera do ciebie informacja o wypadku lub śmierci bliskiej osoby,
masz wrażenie, jakbyś to ty traciła życie. Odbiera ci władzę w rękach,
nogach, nawet głowa jest jakby nie twoja. To pierwsza faza. Szok,
odrealnienie, niedowierzanie, stanowcze odrzucanie wszelkich informacji.
Nie możesz zebrać myśli, nie wiesz, co robić albo czego nie robić.
Czujesz się tak, jakby zostały ci odebrane wszystkie funkcje życiowe.
Nic nie wiesz.
Chociaż w moim przypadku coś jednak jest jasne...
*
- Cholera, co ty robisz! - protestuję.
- Wracam do domu - mruczy, próbując ponownie sięgnąć wargami moich ust.
Tym razem jestem od niego szybsza. Gwałtownym ruchem odpycham Daniela,
czym wprawiam go w osłupienie.
- Do reszty zgłupiałeś?! - pytam, ocierając wilgotne wargi, po czym
ruszam do telewizora i podkręcam głośność.
Mój były wygląda tak, jakbym mu właśnie powiedziała, że tak naprawdę od
zawsze wolę kobiety.
- "Wracam do domu"? Co to w ogóle ma być?! Nie wyszedłeś po mleko przed
kwadransem, rozwiedliśmy się przeszło rok temu. Masz nową żonę i dziecko
w drodze... Pamiętasz?! A może oprócz kryzysu wieku średniego przechodzisz
również wczesne stadium alzheimera?! - Widok miny Daniela sprawia, że
zduszam złość. Biorę głęboki wdech. - Przepraszam, nie powinnam tego
mów... - Zawieszam się.
Dziennikarz recytuje standardową formułkę zarezerwowaną na wypadek
nieoczekiwanych incydentów, podając przy tym skąpe informacje. Jednym
zdaniem gówno wie, ale dba o oglądalność, nieważne, że żeruje na czyjejś
tragedii. Normalnie wyklęłabym go pod nosem i zmieniła kanał, ale... nie
tym razem.
Moje oczy stają się coraz większe, a gdy dostrzegam na nagraniu znajomy
tor motocrossowy, pojawiają się w nich łzy.
- Masz rację. - Daniel staje obok mnie z miną skruszonego szczeniaka.
Cholera! On myśli, że to przez niego. Nie mam na to czasu.
- Nie powinienem... - próbuje wyjaśniać mój eks.
Nie słucham, co mówi, chwytam telefon i torebkę i ruszam do wyjścia.
- Karola?! Co ty robisz?! Gdzie...
- Muszę! Zaopiekuj się Teddym! - wołam, biegnąc do auta.
*
Na trasie liczącej ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów złamałam chyba
wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Wykonałam też z milion
połączeń do Nickiego. Bez skutku. Przeszłam wszystkie możliwe fazy
reakcji. Zaprzeczałam. Nie dowierzałam. Analizowałam to, co wiem.
Częściowo godziłam się z tym, co możliwe. Ciskałam gromy na wszystkich
(w odróżnieniu ode mnie jadących przepisowo) kierowców na lewym pasie
autostrady. Zaczęłam się targować z Bogiem, z diabłem, ze Szczyglem
(który miał zdobyć dla mnie kluczowe informacje), a nawet ze sobą,
obiecując, że "jeśli on przeżyje, to ja już nigdy...".
Do szpitala dojechałam w nieuniknionej fazie depresji, oczekując
najgorszego. Uświadomiłam sobie, że spieprzyłam na całego, bo już nie
zdążę powiedzieć mu tego, co zamierzałam, bo może nawet nie będę miała
okazji go zobaczyć , dotknąć, przytulić...
- Przepraszam, nie może pani tam wejść!
Z oddali dobiega mnie głos pracownicy szpitala, lecz ja staram się nie
słyszeć tego zakazu i przyspieszam kroku.
- Halo, słyszy mnie pani?! Do pani mówię!
Ostatnie słowa kobiety są niczym wystrzał na start. Zrywam się do
sprintu i wślizguję przez szklane drzwi, a tam...
- O Boże! - wzdycham, po czym dostaję hiperwentylacji albo czegoś w rodzaju zawału.
Wszystko jedno, bo zauważam Nickiego i pękam. Mój profesjonalny pancerz
się kruszy. Stalowe nerwy, których niejeden dziennikarz przez lata mi
zazdrościł, i wyćwiczone nieokazywanie emocji to już przeszłość. Jak
nigdy do tej pory zalewam się łzami.
Chłopak natychmiast zrywa się z ławki i podbiega do mnie, ja tymczasem
nie mogę się poruszyć. Stoję, jakbym miała betonowe buty. Nawet gdy
pielęgniarka wraz z ochroniarzem ciągną mnie w stronę wyjścia, ani
drgnę. Płaczę histerycznie i nie słyszę, co Nicki mówi personelowi
szpitala. Ci po chwili puszczają mnie.
- Myślałam... myślałam, że... bo nie odbierałeś... a w telewizji... Dzwoniłam... i pisałam, bo chciałam ci powiedzieć coś ważnego... a ty... - Ledwie składam
zdania.
Nicki podchodzi do mnie. A kiedy wyciąga ręce i mnie obejmuje, jeszcze
bardziej się rozklejam.
- Spokojnie - szepcze tuż przy moim uchu.
O Boże. Jest! To on. Ten głos. Ten zapach skóry. To ciepło ciała. Mój
"cały jak marzenie".
- Myślałam, że nie żyjesz! - szlocham.
- Nie było mnie tam.
Zaskoczona potrząsam głową, trudno mi uwierzyć w to, co słyszę.
- To znaczy byłem, ale tylko przez chwilę, bo... No chciałem do ciebie
pojechać, bo to wszystko było idiotyczne... Spierdoliłem, wiem. Zachowałem
się jak idiota. Nigdy nie zostawiam w taki sposób spraw, więc
postanowiłem, że...
- To dlaczego nie odbierałeś?!
Nicki wypuszcza mnie z uścisku i wyciąga z kieszeni coś, co
prawdopodobnie kiedyś było smartfonem. Teraz jest czymś, po czym (jestem
tego pewna na sto procent) przejechał motocykl, może nawet dwa.
- Uduszę cię! - warczę na widok rozwalonego telefonu.
- A co? Już się nastawiłaś, że jestem martwy? - żartuje i posyła mi ten
swój przeklęty uśmiech.
- To nie jest zabawne! - Szturcham go w ramię, po czym przytulam mocno,
jakbym sprawdzała, czy faktycznie jest cały i zdrowy. - Tak się o ciebie
bałam - płaczę.
W tym momencie rozbrzmiewa donośny dzwonek czyjegoś telefonu. Orientuję
się, że nie jesteśmy sami. Tuż przy drzwiach bloku operacyjnego siedzą
jakiś brodaty facet w średnim wieku oraz kilku mężczyzn, których chyba
znam z meczów, choć teraz, gdy nie są ubrani w sportowe kombinezony,
trudno mi to ocenić. Nie zmienia to faktu, że są tu, a ja... Cholera!
Natychmiast odsuwam się od Nickiego, ukradkiem wycieram twarz i w ekspresowym tempie staram się doprowadzić do względnego porządku czy
raczej stanu standardowej Karoliny Szarzyńskiej.
- Chciałaś mi coś powiedzieć. Podobno ważnego. - Nicki wygląda na
niewzruszonego tą sytuacją. - To mów.
- Nie... To znaczy tak, ale to może poczekać - mamroczę, udając, że szukam
czegoś w torebce. Tak naprawdę próbuję ukryć zażenowanie własną postawą
i wylewnością uczuć przed obcymi ludźmi. - Powiem ci później, jak
będziemy sami.
- Teraz jest już później, niż ci się wydaje - komentuje oschłym tonem
Nicki. - Myślałem, że to właśnie zrozumiałaś, jadąc prawie trzysta
kilometrów tylko po to, by mnie udusić, w razie gdybym jednak nie był
martwy.
Gdy wypowiada ostatnie słowo, ponownie coś we mnie pęka. Znów zalewam
się łzami.
- Ej, nie płacz! Proszę. - Chłopak przyciąga mnie do siebie i otacza
ramionami. - Żartowałem. Chciałem ci tylko uzmysłowić, że...
- Kocham cię - szepczę.
Czuję, jak jego rozluźnione przed momentem ciało nagle się spina.
- Powtórz.
Podnoszę wzrok i patrzę na niego. Jest niepewny, wyraźnie zaskoczony
tym, co usłyszał.
- Panie Knoxville, kocham pana - powtarzam z uśmiechem, choć w moich
oczach nadal lśnią łzy. Od kiedy stałam się taką histeryczką, która nie
potrafi zapanować nad własnymi emocjami?! - I przepraszam za wszystko,
co wtedy powiedziałam i zrobiłam. Zachowałam się idiotycznie.
Przepraszam. - Milknę, wyczekując z jego strony komentarza, ale gdy to
nie następuje, dodaję: - To było to coś ważnego, co chciałam ci
powiedzieć.
I wtedy następuje jakaś nieuchwytna zmiana. W jego oczach dostrzegam
coś, czego jeszcze nie widziałam.
- Ja panią też, pani Karolino, nawet bardzo - wyznaje, pstrykając mnie w nos. - Ale żebym ci uwierzył tak na sto procent... całuj.
Na jego usta wkrada się cwany uśmiech. Dobrze wie, że tego nie zrobię,
że nie odważę się przy gapiach. To mój czuły punkt.
- W takim razie umieram - oświadcza, po czym odwraca się i woła do
mężczyzny w oddali: - Bobby, jak teraz umrę, to będzie jej wina.
Zapamiętaj i dopilnuj, żeby wszyscy się o tym dowiedzieli!
Ach, no tak, teraz już wiem! To opiekun z firmy sponsorującej większość
zawodników i imprez sportowych. Widzieliśmy się już wielokrotnie, nie
tylko na obiektach żużlowych, a jednak dziś zupełnie nie przypomina
siebie. Podkrążone oczy, blada cera, nos w ekranie komórki. Dopiero po
chwili mężczyzna odrywa wzrok od telefonu i kręci głową. Nawet z tej
odległości można dostrzec cień uśmiechu na jego zmęczonej twarzy.
- Jesteś niepoprawny - oznajmiam.
Nicki pochyla twarz i mruczy tuż przy moim uchu:
- Nie bardziej niż twój tyłek w tych jeansach.
W chwili, gdy jego dłoń ześlizguje się z mojego biodra, drzwi za nami
otwierają się z hukiem. Do środka wkracza pewnym krokiem Woronow. W swoim ojczystym języku powtarza w kółko do pielęgniarki, która próbuje
go zatrzymać: "Nic nie rozumiem". Doskonale wie, co do niego mówi, ale
ją ignoruje.
- Proszę go zostawić - odzywa się Nicki.
- I co? Co z nim?! - Emil w ułamku sekundy traci pewność siebie i wpatruje się w nas.
Nic nie rozumiem. O co tu chodzi? O kogo on pyta? Przecież skoro Nicki
stoi tutaj i nic mu nie jest, to...
- Mam tego dosyć! - warczy pielęgniarka. - Proszę państwa, to nie jest
klubokawiarnia, tylko szpital! A państwa jest coraz więcej, co chwilę
dochodzi ktoś nowy. Wszyscy mnie przekonujecie, że musicie tu być. To
nie jest piknik!
- To akurat wiemy. Nie ma żarcia - wtrąca Woronow, ale szybko zostaje
zrugany spojrzeniem Bobby'ego.
Pielęgniarka bierze głęboki wdech.
- Pan Clever jest operowany i aktualnie nie potrzebuje państwa pomocy,
tylko naszej. Proszę się przenieść gdzie indziej. Tu może zostać tylko
najbliższa rodzina.
O mój Boże.
*
Trudno było przekonać Nickiego, że pielęgniarka ma rację, a jeszcze
trudniej nakłonić go do opuszczenia szpitala. W końcu jednak uległ moim
perswazjom i oboje pojechaliśmy do jego domu. Operacja Chrisa ma potrwać
co najmniej pięć godzin. To jedynie prognozowany czas trwania zabiegu,
zważywszy, że po upadku przez prawie godzinę chłopak był nieprzytomny. Z tego, co udało mi się wychwycić z relacji Nickiego, Clever stracił
panowanie nad motocyklem i wypuścił go z rąk. W wypadku doszło do
zmiażdżenia jego ciała. Ponoć istnieje prawdopodobieństwo uszkodzenia
rdzenia kręgowego, co wiąże się z utratą władzy w nogach, jednak nikt ze
zgromadzonych w szpitalu nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Matka
Chrisa, która mieszka w Australii, ma przylecieć dopiero jutro późnym
wieczorem, do tego czasu na miejscu pozostaje Bobby.
- Powinienem tam być.
Słyszę to po raz setny, spoglądam na Nickiego i powtarzam:
- Zjesz coś, prześpisz się i wrócisz do szpitala.
Otwieram drzwi jego mieszkania i wpuszczam go do środka.
- To mój przyjaciel.
To, co maluje się w jego oczach, boli. Zarówno jego, jak i mnie. Nie
wiem, co się czuje w takim momencie, mogę się tylko domyślać. Zazwyczaj
stoję po drugiej stronie barykady, jedynie informując widzów o skali
problemu. Sama nie przeżywam go wewnętrznie. I nie, wcale nie jestem
zgorzkniałą babą. To wyuczony odruch obronny, w przeciwnym razie już
dawno wpadłabym w depresję.
- Wiem. - Kładę mu dłoń policzku. - Ale teraz nie możesz mu w żaden
sposób pomóc.
- Na pewno jest coś, co...
Widzę, jak ogarnia go wściekłość, dlatego nie pozwalam mu dokończyć,
tylko z brutalną szczerością oznajmiam:
- W tym momencie możesz tylko ogarnąć siebie, i powinieneś to zrobić.
Adrenalina w końcu opadnie, a Chris, gdy się wybudzi, będzie potrzebował
pomocy najbliższych. - Mam pełną świadomość, że chłopak nie bierze pod
uwagę, w jak ciężkim stanie jest jego kolega. Biorę głęboki oddech i dodaję: - Posłuchaj, to nie będzie sprint. On nie ocknie się jutro i jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wsiądzie na motor i pojedzie na
zawody. Przygotuj się na długi i ciężki maraton. Nawet jeśli okaże się,
że jego ciało będzie w stu procentach sprawne, pozostaje jeszcze głow...
- Miał kask i wykluczy... - Nicki nie kończy zdania, bo dociera do niego,
że istnieją rany niewidoczne dla oczu.
Odporność ciała na ból to jedno, ale umysł ludzki to coś zupełnie
innego. We współczesnej historii sportu wielu nie zdołało się podnieść
po wypadkach.
- Weź prysznic, a ja zrobię coś do jedzenia - proponuję.
*
Dwa kwadranse później kończę danie - najprostsze oraz jedyne możliwe do
przygotowania z produktów, jakie znalazłam w mieszkaniu Nickiego.
Makaron aglio e olio. Niestety Nicki jeszcze nie wyszedł z łazienki.
Nadal słychać szum wody.
Wołam go, lecz nie słyszę odpowiedzi. Odczekuję kilka minut, ale gdy
odgłosy lejącej się wody nie ustają, ruszam do łazienki.
- Nicki, woła...
Milknę, widząc, jak stoi pod ścianą deszczu w totalnej rozsypce. Nie
potrafię powiedzieć niczego pokrzepiającego w takiej chwili. Zresztą
nawet gdybym potrafiła, co by to zmieniło? Czy jeśli powiem: "Nie martw
się", to przestanie się martwić? Albo czy go pocieszę, mówiąc: "Wszystko
będzie dobrze"?
Nie.
Dlatego po prostu rozbieram się i staję za jego plecami.
- Mogę? - pytam cicho, muskając palcami jego ciało, a gdy potwierdza
skinieniem głowy, obejmuję go czule.
- On... on... przez godzinę leżał... Wyglądał tak, jak... jakby... już go nie
było.
Tembr jego głosu przyprawia mnie o dreszcze, ale dopiero gdy odwraca się
w moją stronę i widzę jego zapłakaną twarz, tracę grunt pod nogami.
- Myślałem, że... Jeśli znowu mnie to spotka... Jeśli będę na miejscu, to...
to... Kurwa, gdyby nie było tam Bobby'ego, nic bym... To on go reanimował, a ja tylko...
Nie pozwalam mu dokończyć, bo jego słowa brzmią jak lincz na samym
sobie, a to w tej chwili najgorsze, co Nicki może sobie zrobić. Czasu
nie cofnie. Swojej reakcji i postępowania również. Przytulam go mocno,
bo to jedyne, co teraz mogę zrobić. Chcę chociaż w minimalnym stopniu
zabrać jego smutek i ból. Nie mam tyle odwagi, by zapytać, co miał na
myśli, mówiąc, że znowu go to spotkało. Nie dziś. Nie teraz.
- Spokojnie - szepczę, muskając ustami raz po raz jego skroń.
Jeszcze długi czas stoimy spleceni i nie ma w tym geście ani grama
seksualności. Bo nie jesteśmy jedynie fizycznie nadzy, mentalnie
również. Bezbronni, cierpiący i odarci z nadziei. W takiej chwili
potrzebujemy drugiego człowieka, jego bliskości, dotyku. Ani świat, ani
tym bardziej jakikolwiek związek dwóch osób nie kręci się tylko wokół
seksu. To mit. Szkodliwy, jednak tylko mit. Bliskość fizyczna to coś, co
może podtrzymywać relację, wzniecać i podsycać żar, przenosić nas do
gwiazd... ale dopiero bliskość umysłowa to dopiero kosmos.
I chyba na tym właśnie polega proza życia.
Bieg 2
Noc należała do tych z gatunku ciężkich i nieprzespanych. U mnie to
wyćwiczona reakcja, zboczenie zawodowe. Bycie w stanie ciągłego
czuwania, gdy dzieje się coś niespodziewanego. Z przyzwyczajenia bez
końca sprawdzałam wszelkie wiadomości i newsy w internecie na temat
wypadku Clevera. Większość to niestety domysły i bzdury niemające nic
wspólnego z rzeczywistością.
O świcie zadzwonili do mnie z pracy, informując, że oprócz wieczornego
wydania wiadomości sportowych i wybłaganego przełożenia na noc - ze
względu na mój przyjazd do Torunia - sprawdzania montażu nowego odcinka
programu mam zjawić się nieco wcześniej na specjalne wejście na żywo w serwisie dwudziestoczterogodzinnych informacji z Polski i ze świata.
Jako nieumiejąca odmawiać matka Teresa oczywiście się zgodziłam. Co za
tym idzie muszę jak najszybciej zbierać się w drogę do Warszawy.
Kiedy znajdujemy się nieopodal szpitala, zjeżdżam na pobocze i mówię:
- Nie mogę zostać.
Nicki wygląda tak, jakby dostał obuchem w głowę. Chociaż... można rzec, że
zachowuje się tak od wczoraj. Po ledwo przespanej nocy jest wycieńczony,
więc spokojnie mu wyjaśniam:
- Muszę jechać do pracy, mam serwis informacyjny i nockę w montażu, i...
Mam wrażenie, że jest rozczarowany, może nawet smutny. To chyba to.
Odruchowo przybieram postawę empatyczną i jak powiedziałby Kostek,
przeistaczam się w zbawczynię całego świata, która bierze na swoje barki
problemy i troski nie tylko własne, ale także innych wokół, aby
udowodnić, że dam radę. Komu udowodnić? Hm, tego nadal nie ustalono.
- Myślałem, że...
Cholera! Jest gorzej, niż przypuszczałam. Nie mam wyjścia, muszę zrobić
wszystko, by tu jak najszybciej wrócić. On mnie potrzebuje. To pewne.
W tym momencie mój syn wyszeptałby mi do ucha: "A nie mówiłem?
Uszczęśliwiasz wszystkich na siłę".
- Mogę przyjechać jutro z samego rana... Chociaż nie, najpierw muszę
odwieźć chłopców do szkoły. To mój tydzień. - Zawieszam się na moment,
czując w kościach, że dostosowanie mojego grafiku do jego potrzeb tym
razem nie będzie takie proste. - No ale potem mogę przyjechać. Zadzwonię
do Wiki, może mogłaby się zająć ...
- Dasz mi dokończyć? - przerywa mi, zasłaniając dłonią moje usta. -
Myślałem, że masz wolne, skoro tu przyjechałaś. Gdybym wiedział, nie
pozwoliłbym ci zostać. Nie spałaś w nocy, a teraz masz jechać taki kawał
i kolejną noc nie zmrużyć oka.
- Ale, ale ja...
Jestem totalnie zaskoczona jego reakcją. Spodziewałam się tego, co
zawsze. Że muszę się poświęcać dla innych. Muszę stawiać męża, partnera,
dzieci, rodziców, pracodawcę ponad siebie. Ja jestem na szarym końcu tej
hierarchii - od zawsze i na zawsze.
- No właśnie ty! Nie spałaś, nie jadłaś, jechałaś tyle kilometrów i teraz znowu to samo! Wiesz, ile wypadków powodują zestresowani,
niewyspani i zdekoncentrowani kierowcy? Tu nie chodzi tylko o ciebie,
ale też o innych na drodze!
*
W tamtym momencie wydał mi się bardziej dojrzały, niż wynikałoby to z metryki. To były te krótkie chwile, gdy zamienialiśmy się rolami.
Chwile, które zawsze wspominam z uśmiechem.
*
- Zdecydowanie wolę, gdy zachowujesz się na tyle lat, ile masz, a nie
ględzisz jak stary pryk - stwierdzam żartobliwie i mrugam do niego.
- Gdybyś ty zachowywała się odpowiedzialnie, nie musiałbym zwracać ci
uwagi.
Choć mówi poważnie, widzę, jak wewnętrznie się uśmiecha.
- Zapomniałeś dodać: "odpowiedzialnie i stosownie do wieku".
- Ja nie mam chorej obsesji na punkcie wieku, tak jak co poniektórzy w tym aucie. - Wymownie spogląda na mnie. - Mogę nawet się pokusić o stwierdzenie, że mam to totalnie w dupie.
Nicki śmieje się pierwszy raz od ponad dwudziestu czterech godzin, i jest to coś pięknego. Ja jednak ten moment szczęścia psuję.
- Muszę jechać. Przepraszam. I nie mogę cię odwieźć pod sam szpital, bo
tam... - Ciężko wzdycham. - Tam jest stado hien. Ty też nie powinieneś
wchodzić głównym wejściem, chyba że chcesz być zaata...
- Wiem. Bobby będzie czekał z drugiej strony szpitalnego skrzydła.
*
Droga do Warszawy upłynęła mi w ekspresowym tempie. Wspomagana solidną
porcją kofeiny nie czułam zmęczenia. Ba! Zdążyłam przygotować w domu
obiad na dwa kolejne dni, nieco uprzątnąć bałagan przed powrotem
chłopców, a także przygotować się do relacji tyle, ile byłam w stanie,
ponieważ nadal nie znałam powodu nieplanowanego wejścia na żywo na
antenę. Po przyjściu do pracy wypatruję Marcina, a kiedy już go
odnajduję, z marszu pytam:
- Cześć! Co to za nagłe wejście? Masz dla mnie jakiegoś newsa?
Spieszyłam się i nie miałam czasu przejrzeć wiadomości.
Marcin otwiera usta i od razu je zamyka. Ciężko wzdycha i przeciera
dłonią twarz.
- Irek chce, żebyś była informatorem w związku z wypadkiem Clevera...
Nie wiem, czy Szczygiel powiedział coś jeszcze. Mój mózg zalewa fala
wściekłości. W ekspresowym tempie gnam wprost do gabinetu szefa.
- Nie ma mowy! - syczę, wchodząc bez pukania.
- Dzień dobry, Karola. Cieszę się, że cię widzę całą i zdrową.
Irek zdaje się niewzruszony, choć dobrze wiem, że udaje. Zawsze tak
robi, gdy chce ugrać coś nierealnego.
- Nie zrobię tego. Znajdź innego pionka. Nie będę przekazywać plotek
wyssanych z palca. Nie po to...
- A kto powiedział, że to mają być domysły?
- Przecież to oczywiste. Nikt z nas nie ma wglądu w dokumentację
medyczną. A z tego, co mi wiadomo, ani ja, ani ty nie mamy wykształcenia
medycznego i nie pracujemy w tamtym szpitalu.
- Ale ty - Irek spogląda na mnie śmiercionośnym wzrokiem - masz
informacje z pierwszej linii.
- Nie wiem, o czym mówisz. - Staram się zachować pokerową twarz.
- Oj, Karola, przecież dobrze wiemy, WSZYSCY - szef z premedytacją
podkreśla wagę tego słowa - wiemy, jak jest. Jesteśmy dorośli. Po co te
podchody? Wykorzystaj swoją wiedzę i daj widzom to, czego pragną.
Lekarze składają przysięgę Hipokratesa, której główne założenie to "Po
pierwsze nie szkodzić". Rozpoczynając moją dziennikarską przygodę,
złożyłam przyrzeczenie "bogini dziennikarstwa", że zachowam moralność,
empatię, bezstronność i nigdy, ale to nigdy nie będę szerzyć
niesprawdzonych informacji, domysłów, hejterskich plotek. Za żadne
pieniądze. Nigdy nie upadnę tak nisko.
- Jak podkreśliłeś, wszyscy dobrze wiemy, że nie zajmuję się sekcją
przypuszczeń i ploteczek oraz cenię sobie i nadal staram się zachować
swoją prywatność. - W tym momencie po raz pierwszy w życiu brzmię ostro
i dosadnie w rozmowie z szefem. - A skoro jesteśmy dorośli, to pozwolę
sobie puścić tę rozmowę w niepamięć. Miłego dnia - dodaję, odwracając
się ku wyjściu.
- Trudno. Mam w zanadrzu kilka innych pań, które na pierwszym miejscu
stawiają pracę i dobro firmy, a nie dąsają się jak księżniczki.
Wzdrygam się i zatrzymuję.
- Grozisz mi zwolnieniem? Już mam się bać? - Choć nie chcę, parskam
nerwowym śmiechem.
- Skądże. Jedynie ostrzegam. - Irek bezczelnie mierzy mnie wzrokiem. - I uzmysławiam, że nie jesteś jedyną ładną blondynką, która umie czytać z kartki informacje. Na twoje miejsce czeka rzesza utalentowanych młodych
dam.
*
Nie miałam wyboru. Musiałam zająć znane mi miejsce przed kamerą i z wyuczonym wdziękiem wyrecytować wszystkie informacje dnia plus bonusowy
news, który miał specjalny czas antenowy.
*
- Łączymy się na żywo! - woła Grzesiek, kierownik planu. - Wchodzimy za
trzy, dwa...
- Witaj, Marku - pozdrawiam prezentera z kanału informacyjnego, który
zapowiedział moje wejście.
- Karolino, co możesz nam powiedzieć o stanie pana Clevera? Czy lekarzom
udało się przywrócić funkcje życiowe? Z tego, co nam wiadomo, od chwili
wypadku Chris Clever jest nieprzytomny.
Choć wewnętrznie mam ochotę odpowiedzieć: "Gówno!", przyklejam na twarz
uśmiech i mówię:
- Chyba nie będzie to nieprofesjonalne z mojej strony, jeśli pokuszę się
o stwierdzenie, że wczoraj cała Polska wstrzymała oddech, usłyszawszy
przerażającą wiadomość o wypadku, jaki wydarzył się w Toruniu.
- Tak, to prawda. Ale co wiemy na temat stanu zdrowia pacjenta? Czy to
prawda, że pan Clever ma niedowład kończyn? - dopytuje dziennikarz. -
Podobno ktoś z jego bliskiego otoczenia potwierdził, że w momencie gdy
służby ratunkowe pojawiły się na torze motocrossowym, Chris skarżył się
na brak czucia w nogach.
Słysząc ten stek bzdur, mam ochotę co najmniej przewrócić oczami. Nie
robię tego jednak, bo wiem, co by mi za to groziło. Prawda jest taka, że
jako dziennikarka zawsze muszę wybierać między mówieniem tego, co
naprawdę myślę, a co powiedzieć muszę. Na ułamek sekundy spotykam się
wzrokiem ze Szczyglem. Zauważam jego cyniczny uśmiech i już wiem, co mam
robić.
- Co prawda nie mam medycznego wykształcenia, ale wydaje mi się to
nieprawdopodobne, by osoba, która podobno była od chwili wypadku
nieprzytomna, mogła się skarżyć na brak czucia w kończynach. - I szach.
Widzę po oczach drugiego korespondenta, że nie wie, co powiedzieć.
Totalnie zgłupiał, dlatego kontynuuję: - Niemniej jednak Chris Clever
znajduje się w jednym z najlepszych szpitali w naszym kraju i jest pod
opieką wyspecjalizowanego zespołu medycznego, który robi wszystko, co w jego mocy. Są to fachowcy, którzy nie mają w zwyczaju chwalić dnia przed
zachodem słońca, toteż nie udzielają przedwcześnie żadnych informacji na
temat stanu zdrowia swojego pacjenta. Rzecznik szpitala również odmawia
komentarza w tej sprawie.
- Rozumiem, na ten moment jest wiele niewiadomych.
Dobrze wiem, że gość nic nie rozumie, bo zapewne miał donos od Irka, że
wyśpiewam wszystko, jak leci.
- Jednakże pojawiły się głosy, że to było nieodpowiedzialne zachowanie
pana Clevera, by na kilka dni przed finałami ligi szarżować na motorze.
Motocross to jednak bardzo niebezpieczne hobby.
Co za perfidny... Okej, skoro tak grasz, to posłuchaj tego.
- Tak, to prawda, ale nie tylko motocross jest niebezpieczny, prawie
każdy sport pociąga za sobą ryzyko wypadku czy kontuzji przekreślającej
karierę. - Marek zapala się jak pochodnia, najwidoczniej myśląc, że
udało mu się mnie pociągnąć za język. - Aczkolwiek niebezpieczna jest
również rekreacyjna jazda na rowerze bądź na rolkach, nie mówiąc już o kierowaniu autem albo przechodzeniu przez ulicę. Zdaniem niektórych
śmiertelnym zagrożeniem jest nawet prowadzenie własnej działalności
gospodarczej w tym kraju. Statystyki są nieubłagane. Wypadki mogą się
zdarzyć nawet na drodze osiedlowej czy na parkingu, nie wspominając o wypadkach, do jakich dochodzi we własnym domu czy mieszkaniu. Ponad
połowa zdarzeń o dramatycznym przebiegu ma miejsce w odległości do ośmiu
kilometrów od domu, a jedna trzecia to wypadki w odległości do półtora
kilometra. - W tym momencie przypominają mi się słowa Nickiego. Z całych
sił powstrzymuję się, by się nie roześmiać, i dodaję: - Jednym z głównych czynników sprzyjających wypadkom jest niedospanie,
zdekoncentrowanie czy też nagromadzony w kierowcy stres. A jak wszyscy
wiemy, na drodze nie jesteśmy sami. Nasza nieodpowiedzialność czy
popełnione błędy mogą mieć tragiczne skutki nie tylko dla nas. Dlatego,
drodzy państwo, apeluję, byśmy przestrzegali przepisów ruchu drogowego,
a także dbali o siebie i swoje zdrowie w wymiarze zarówno fizycznym, jak
i psychicznym, a przede wszystkim nie zawracali sobie głowy
wyimaginowanymi problemami czy niepotwierdzonymi domysłami. Historia
sportu zna o wiele gorsze przypadki niż Chrisa Clevera, które miały
pozytywne zakończenie, dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak czekać
na informacje z pierwszej linii, czyli z placówki medycznej.
I mat.
*
Choć z tyłu głowy pojawia się myśl, że swoim zachowaniem doprowadzę Irka
do szaleństwa, to nie boję się zwolnienia. Chyba pierwszy raz od dawna.
Nie wiem, co jest powodem tej pewności względem utrzymania posady i słuszności swojego zachowania, ale to coś, co pozwala mi spokojnie
oddychać.
Podczas sprawdzania montażu dostaję wiadomość... od Nickiego! A raczej
zdjęcie telewizora, w którym leci wydanie wiadomości z moją wypowiedzią.
Cholera! Pewnie jest wściekły za to, że jakkolwiek by patrzeć, stałam
się informatorem.
Po kilku sekundach przychodzi kolejny esemes.
Pani Karolino, pani to potrafi powiedzieć "pierdol się" w taki sposób,
że człowiek cieszy się na samą myśl o tej ekscytującej podróży.
XX
"XX"? Co to w ogóle znaczy? To jakaś niepoprawnie wysłana emotka?
Pomyłka? Literówka? Może chciał się podpisać? Albo dopisać coś i niechcący wysłał?
- Chciałam zapytać, jak wygląda sytuacja z panem "cały jak marzenie",
ale szczerzysz się od ucha do ucha, więc domyślam się, że jest dobrze.
Odrywam wzrok od komórki i dostrzegam Wiktorię. Szlag! Przez to
zamieszanie nawet nie zadzwoniłam do niej, żeby powiedzieć jej co i jak.
Robię skruszoną minę, na którą ona reaguje śmiechem.
- Dobra, luz, jeszcze zdążysz mi wszystko opowiedzieć! Już ja tego
dopilnuję. - Wiki siada obok mnie i zerka na ekran mojego telefonu. -
Ojej, jaki słodziaczek.
- Wiesz, co to znaczy? - pytam, wskazując na ekranie dwa iksy.
- Wiem. - Na usta mojej przyjaciółki wkrada się uśmiech.
- A możesz mi powiedzieć? - parskam śmiechem, widząc jej entuzjazm. -
Czy to jakiś tajny szyfr młodych ludzi?
- Głupia! - Chichocze. - To po prostu buziaczki!
- O... - Z zaskoczenia wzdycham. - Chyba jestem na to za stara.
- Na buziaczki? - żartuje Wiki, ale widząc moją minę, mówi: - Karola,
przestań zawracać sobie głowę takimi głupotami. Zastanów się przez
chwilę. Kiedy ostatni raz jakiś facet tak do ciebie napisał?
Milczę, bo zdaję sobie sprawę z faktu, że mąż przez lata naszego
małżeństwa nawet nie pisał do mnie: "Kocham Cię". Wyznawał mi miłość też
raczej rzadko, prawie wcale, bo "Przecież wiesz, że tak jest" lub "Nie
słowa, a gesty świadczą o miłości". Hm, jest w tym ziarno prawdy.
Aczkolwiek jestem więcej niż pewna, że każdy człowiek pragnie czasem
usłyszeć, że jest dla kogoś wyjątkowy, że jest kochany, że ktoś za nim
tęskni, myśli, martwi się... albo przesyła buziaczki!
Zwariowałam. To pewne. Cofnęłam się w czasie i znów mam szesnaście lat.
- Kiedy ostatni raz jakiś facet był aż tak skoncentrowany na tobie? Mimo
wszystkich przeciwności. Albo właśnie...
Zaintrygowana spoglądam na Wiki.
- ...pieprząc to wszystko, co było, co może być lub co jest, poza wami.
Jestem zawstydzona, i kiedy to do mnie dociera, przykładam dłoń do
twarzy, która wręcz mnie pali. Zapewne jestem czerwona jak burak.
Dobrze, że prócz nas obu i montażysty Pawła, który i tak nas nie słucha,
bo siedzi w słuchawkach, nie ma w pomieszczeniu nikogo innego.
- No właśnie. - Wiktoria moją reakcję odbiera jako odpowiedź. - Dlatego
ciesz się, baw się, bzyk... - Wewnętrznie modlę się, by nie powiedziała na
głos tego, co zamierzała. - No, sama wiesz co! - Puszcza do mnie oczko.
- Najwyższa pora zacząć żyć tak, jak na to zasługujesz. Niczym ani nikim
się nie przejmuj, zwłaszcza Danielem. Chłopcy też jakoś to w końcu
przyj...
- O, cholera! Chłopcy! - piszczę, spoglądając na zegarek. - Zapomniałam
napisać do Kostka, że będę trochę później.
- Karola, on ma siedemnaście lat. Bez problemu potrafi się upić i spać
na przystanku, więc myślę, że potrafi również położyć się we własnym
ciepłym i pachnącym łóżku, w opłaconym i czystym domku, uprzednio
zjadając zostawioną przez mamusię kolacyjkę.
Wiem, że ze mnie drwi, ale wszystko, co powiedziała, to prawda. Zawsze
zostawiam chłopcom kolację, a przynajmniej staram się to zrobić, gdy
wiem, że zostanę dłużej w pracy. Jestem nadopiekuńcza i wyręczam synów w obowiązkach domowych, bo cichy głos w mojej głowie podpowiada mi, że ja
zrobię wszystko lepiej, szybciej i sprawniej. To niezaprzeczalny fakt.
Tak bardzo chciałam, by mieli lepsze dzieciństwo od mojego, że po prostu
przegięłam. Przyzwyczaiłam ich do wygody, do przychodzenia na gotowe, do
oczekiwania tego, co najlepsze, do roszczenia wygórowanych oczekiwań w stosunku do mnie, sama przy tym nie dostając od nich nic w zamian.
Chyba dlatego zamiast pędzić do domu, piszę wiadomość Kostkowi, a następnie pochylam się do ucha przyjaciółki i szepczę:
- Nie uwierzysz, jaki numer wczoraj odwalił Daniel...
Potem po prostu zostaję z Wiki i streszczam jej miniony weekend.
Bieg 3
Niestety pierwsze przypuszczenia lekarzy okazały się trafne. Paraliż
dolnych kończyn może nie brzmi strasznie, patrząc na to, że Chris mógł
stracić życie, jednak dla kogoś, dla kogo pełna sprawność fizyczna była
źródłem utrzymania, a sport życiową pasją, to wyrok śmierci. Zresztą mam
wrażenie, że dla świata sportu tak to brzmi. Za każdym razem to cios w samo serce, niezależnie od tego, czy kibicowaliśmy danemu zawodnikowi,
czy też nie.
- I już wiesz, czy pracujesz na rewanżach?
Wzruszam ramionami, patrząc na ekran monitora, gdzie trwa wideorozmowa z Nickim. Nie mam pojęcia, czy pracuję podczas rewanżów finałowych.
- Chrzanisz?! Przecież to już za kilka dni.
- No cóż. To kara za - tworzę z palców cudzysłów - nielojalność wobec
szefa, a raczej wobec jego oczekiwań.
Chociaż Irek nie powiedział tego wprost, wiem, że o to właśnie chodzi.
To pokaz przewagi, jego siły nade mną. Udowodnienie mi tego, że to on
dyktuje warunki w pracy, nie ja, bo ja jestem tylko od tego, by spełniać
jego fanaberie i wizje. Chyba powinnam poważnie przemyśleć zmianę
profesji albo chociaż miejsca pracy.
Wymuszonym uśmiechem odpędzam chwilowe czarne chmury i kokieteryjnie
pytam:
- A co? Boisz się, że nie będziesz miał wystarczająco dużo fanów na
stadionie? A raczej fanek? - parskam śmiechem.
- Nie startuję.
- Słucham?!
- Nie zamierzam jeździć. - Chyba mam bardzo głupi wyraz twarzy, bo
chłopak szybko dodaje: - Jak to zwykli śmiertelnicy mówią: "Biorę L
cztery".
- Bo?!
- Chris jest w szpitalu - odpowiada tak cicho, że dobrą chwilę zajmuje
mi zrozumienie jego słów.
Biorę długi wdech, tak by nie powiedzieć czegoś niemiłego w przypływie
emocji, a potem ze stoickim spokojem mówię:
- To, że zrezygnujesz, nie zmieni tego faktu. To, że nie pojedziesz w ostatnim ligowym meczu, nie sprawi, że stan zdrowia Chrisa się polepszy.
Nie sądzę również, żebyś ty się od tego lepiej poczuł. - Nicki nie
reaguje, więc ciągnę: - Rozumiem, że możesz mieć wyrzuty sumienia,
obawy... ale nie jest to fair wobec klubu, wobec kibiców czy...
- Nie mów do mnie jak do pacjenta na kozetce - burczy.
- Bez obaw, nie traktuję cię tak. Za mało mi płacisz... A nie!
Przepraszam, ty w ogóle mi nie płacisz.
Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu.
- W życiu nie zapłaciłbym komuś za słuchanie o tym, jak bardzo mam
nasrane w głowie. I bez tego to wiem!
- Psycholog nie jest od tego, by oceniać pacjenta czy wytykać mu jego
błędy, tylko od tego, by pomóc mu zrozumieć samego siebie i źródła jego
problemu.
- Powiedz to temu idiocie.
- Nadal nie chce z nikim rozmawiać? - pytam, choć to pytanie retoryczne.
Odkąd wybudzono go po operacji, a także poinformowano o jego aktualnym
stanie zdrowia, Chris nie tylko nie chce z nikim rozmawiać, ale też nie
ma ochoty kogokolwiek widzieć. Własną rodzicielkę wyrzucił po jej
kilkunastu godzinach w Polsce, co może wydawać się egoistyczne, butne,
wręcz szczeniackie. Ale prawda jest taka, że nikt z nas nie wie, jak
zachowałby się w podobnej sytuacji.
- Bobby załatwił jakiegoś magika w Stanach. No może jest trochę drogi,
ale...
Dobrze wiem, że Nicki nie mówi mi całej prawdy, zdradza go nerwowe
przeczesywanie włosów. Zapewne "trochę drogi" to mało powiedziane.
- Ale najważniejsze, że podjąłby się próby postawienia Chrisa na nogi,
tylko... tylko... Kurwa, on musi zacząć współpracować z lekarzami. Mógłby
rozpocząć stopniową rehabilitację tutaj, bo prawdę mówiąc, oni nawet nie
wiedzą, w jakim procencie jest niesprawny! Leży, mruga powiekami i jedyne, co robi, to każe nam wszystkim wypierdalać.
- Może dla niego to za szybko. Może potrzebuje więcej czasu -
stwierdzam, sama chcąc w to wierzyć. - Ile dokładnie kosztuje taka
operacja, razem z przetransportowaniem pacjenta?
*
Zerkam na zegarek. Cholera! Znowu jestem spóźniona. Dodaję gazu tylko po
to, by po chwili zatrzymać auto z piskiem opon na parkingu tuż obok
boiska treningowego chłopców. Pędem ruszam do głównej bramy, omal się
nie przewracając. Nadal mam na nogach szpilki, nie zdążyłam się przebrać
po wywiadzie w Lublinie. Gdy docieram do płyty boiska, drużyna Tymka
dopiero zbiera się do szatni, a Kostka jeszcze gra.
Uff, udało się. Jednak nominacja do nagrody dla najgorszej matki roku
jeszcze musi poczekać.
- Dzień dobry, Karolino. Zastanawiałem się, czy dziś cię tu spotkam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki