Bieg 1
Bezchmurne niebo i ciepłe promienie słońca zapowiadają wiosnę. Ruch na
drodze jest niewielki, zważywszy, że to sobotnie południe. W radiu leci
kawałek Craiga Davida Walking Away o zostawianiu problemów daleko za
sobą, a ja pociągam nosem i staram się powstrzymać napływające do oczu
łzy.
Nie rozumiem, dlaczego tak się czuję, bo przecież rozwiedliśmy się w zgodzie, spokojnie, bez emocji. Tak jak na parę dorosłych osób
przystało. Oboje doszliśmy do tych samych wniosków. Nasze małżeństwo nie
istniało od lat, trwało tylko dzięki sile przywiązania i dla dobra
dzieci. Staliśmy się współlokatorami, którzy dzielili jedno łóżko. Po
latach posuchy dorośliśmy do tego, by przyznać przed sobą, że to koniec.
Nie było pretensji, płaczu, kłótni, awantur. Nie zachowywaliśmy się jak
wiele par z naszego otoczenia. Chcieliśmy być ponad to... i dotychczas
całkiem nieźle nam szło. Oczywiście nie licząc moich rodziców, dla
których rozwód jedynej córki był największym zawodem i życiową klęską.
Mimo że minęło już osiem miesięcy, w głowie bez przerwy odtwarzam słowa
Daniela, które wypowiedział po zakończonej rozprawie rozwodowej:
"Dziękuję ci za te wspólne osiemnaście lat małżeństwa. Jestem wdzięczny
za ten cały okres, kiedy dbałaś o nasz wspólny majątek i poświęciłaś się
wychowaniu naszych cudownych synów. To były wspaniałe lata. Zawsze
pozostaniesz ważną osobą w moim życiu. I zawsze możesz na mnie liczyć.
Nie będziemy już małżeństwem, ale dwojgiem przyjaciół przecież możemy
pozostać".
No i zostaliśmy przyjaciółmi. Wbrew społecznym oczekiwaniom przy
rozwodzie nie szarpaliśmy się o wspólny dobytek, samochody i dzieci.
Zachowaliśmy się przemyślanie i odpowiedzialnie, bo oboje tacy jesteśmy.
Mnie przypadł w udziale dom w Konstancinie, Danielowi apartament w centrum Warszawy, głównie dlatego, że jego klinika
stomatologiczno-ortodontyczna mieści się w pobliżu. Dziećmi też się
podzieliliśmy, a raczej czasem spędzanym z nimi, tak więc Tymek i Kostek
dwa tygodnie mieszkają ze mną, dwa tygodnie z ojcem.
Choć można powiedzieć, że wszystko mieliśmy przemyślane, mój świat i tak
legł w gruzach. Co prawda tylko ten wewnętrzny, zewnętrznie robiłam
dobrą minę do złej gry. Udawałam, że to nic takiego, że świetnie sobie
radzę, że nie potrzebuję wolnego w pracy, bo jestem idealna,
perfekcyjna, nie mam słabości... A potem po cichu płakałam w kuchni,
łapiąc się na tym, że znów zaparzyłam dwie poranne kawy. Szlochałam w poduszkę, bo w sobotni wieczór przygotowałam jego ulubioną jagnięcinę w czerwonym winie, choć jej smaku nie cierpię. Złościłam się, gdy sama
wnosiłam na strych świąteczne ozdoby. Krzyczałam z bezsilności, kiedy
auto odmówiło mi posłuszeństwa na środku Puławskiej i musiałam prosić o pomoc kumpla z pracy.
Przetrwałam to wszystko. Zaczęłam na nowo. Ułożyłam plan na samotne
życie, choć... może bardziej cyniczne niż kiedyś. Z uśmiechem
przychodziłam na wspólne obiady, gdy świętowaliśmy koniec sezonu
piłkarskiego naszych synów. Jakby nigdy nic siadałam obok Daniela na
wywiadówce lub szkolnym przedstawieniu dla rodziców. Udawałam, że rozwód
spłynął po mnie jak po kaczce. I tak aż do zeszłego miesiąca, gdy Daniel
przedstawił mi oraz naszym chłopcom swoją nową partnerkę...
instafluencerkę, której najwidoczniej prócz przeglądu uzębienia
zaproponował dogłębniejsze oględziny. Od tamtej pory coś zaczęło we mnie
pękać, powoli zrzucałam emocjonalny pancerz. Czarę goryczy przelała
kolacja "dla starych przyjaciół", jaką Daniel i jego nowa ukochana
zorganizowali dwa tygodnie temu. Poszłam, bo tak wypadało, bo nie
chciałam, by pomyślał, że mnie zranił. Ale widząc ich razem, tak
upojonych miłością, zaczęłam analizować wszystkie nasze wspólne lata.
Czy na mnie też tak patrzył? Czy był równie szczęśliwy i zakochany? Czy
wybrał ją, bo ja się zestarzałam? Bo moje ciało nie wyglądało już tak
jak jej? Może kojarzyłam mu się tylko z matką jego dzieci? Z inkubatorem
z rozstępami, który rodzi i wykarmia własną, nie tak jędrną i pełną
piersią? A może chodziło o nasz seks? Może był zbyt nudny,
przewidywalny...
Odpowiedzi na te i setki innych pytań nie dostałam. Jednak podczas tej
kolacji zrozumiałam, że Daniel nie zaprosił mnie, by mi dogryźć czy
upokorzyć mnie w towarzystwie naszych wspólnych znajomych. On
zorganizował mi randkę w ciemno! Jakby tego było mało - z kolegą jego
"słodkiej Igusi". To był cios, którego nie wytrzymałam. Po prostu
pękłam.
Po raz pierwszy od lat wzięłam wolne w pracy, a ponieważ chłopcy byli u Daniela, spakowałam torbę i wyjechałam. Tydzień w totalnej głuszy
uświadomił mi, że nienawidzę takich miejsc. Dlatego dziś opuszczam Bory
Tucholskie i zmierzam na weekend nad morze.
Nagle Craig David urywa w środku refrenu, a na wyświetlaczu pojawia się
numer Marcina Szczygielskiego, dziennikarza i mojego partnera z kanału
sportowego, a przede wszystkim jedynego przyjaciela, który sam
zaproponował mi urlop, bym ochłonęła.
- Cześć, Karola! Jak tam... - Zacina się na moment. - No wiesz, łowienie
rybek, chodzenie po lesie...
- Nuda! To nie dla mnie.
- O! To fantastyczna wiadomość! - Marszczę brwi, nie rozumiejąc jego
entuzjazmu. - Jedziesz do Torunia, potrzebują kogoś na zastępstwo, bo...
- Chyba oszalałeś?! Wiesz, że mam jeszcze dwa dni urlopu. Pierwszy raz
od niepamiętnych czasów. Obiecałeś!
- Wiem, wiem, Karola. - Marcin ciężko wzdycha. - Ale Szczepańskiego
złapała grypa, Jeżówka ma wywiad. Wysłałbym Krystka z Gdańska, ale tak
się złożyło, że dziś gra Trefl Gdańsk z AZS Olsztyn, więc on też pracuje
na stadionie. Mogę spróbować ściągnąć Goździalską...
- Ona jest na macierzyńskim - przypominam mu i stukam palcami o kierownicę, bo już czuję, dokąd zmierza ta rozmowa. Zaciskam usta w cienką kreskę, by przypadkiem nie wymsknęło mi się ani jedno z tysiąca
przekleństw, które krążą mi po głowie.
- Dlatego pomyślałem o tobie. Aktualnie masz najbliżej do Torunia, nie
jesteś chora, w ciąży ani w pracy.
- Nie jestem, bo mam urlop - sykam, choć kątem oka wypatruję miejsca, w którym mogłabym zawrócić. - Poza tym nie znam się na żużlu!
Cała ja. Posłuszna, oddana pracy i wiecznie dyspozycyjna matka Teresa
kanału sportowego - Karolina Szarzyńska.
- Karola, mam cię błagać?! Błagam! Błagam na kolanach! Szef mi ukręci
jaja, jeśli w pół godziny nikogo nie znajdę! Ty jesteś najlepsza! Wiesz
o tym! Prześlę ci ściągi. Na stadionie nie będziesz sama, będą też Paweł
Marczak i Góral. Dasz radę!
Prycham ze śmiechu pod nosem. Kiedy Marcin Szczygielski błaga, to musi
być naprawdę kiepsko.
- Dobra, Szczygiel, ucisz się na moment! - Nadal udaję złą. - Hey,
Siri, give me driving directions Motoarena Toruń.
- Dziękuję, dziękuję! Karola, ratujesz mi życie!
- A myślałam, że jaja.
- To też! Jesteśmy twoimi dłużnikami! Ja i moje...
- Błagam cię, Szczygiel, chodzę na pilates z twoją żoną! Nie muszę od
ciebie słuchać o twojej anatomii. Już wszystko wiem od Kaśki! - Wybucham
głośnym śmiechem.
- Bardzo zabawne - prycha Marcin, ale wiem, że poczuł niesamowitą ulgę.
Siedzimy w "Sześćdziesiątce" od początku istnienia kanału, wcześniej
pracowaliśmy razem w Canal+ i Polsat Sport. Cholera, prawie osiemnaście
lat z małą przerwą na mój dwukrotny urlop macierzyński. Jak by nie
patrzeć, kawał czasu.
- Ale musisz mi przebukować hotel! Zaraz wyślę ci dane.
- Nie ma problemu. - Łagodny ton szybko ustępuje poważnemu i rzeczowemu.
- Posłuchaj, to jest bardzo ważny mecz. KS Toruń jest gospodarzem, ale
Sparta Wrocław będzie...
- Mecz? Serio? Mecz żużlowy?! - dopytuję.
Mężczyzna wzdycha ciężko, co utwierdza mnie w przekonaniu, że nic o tym
sporcie nie wiem.
- I ty, kobieto, jesteś dziennikarzem sportowym?! Jakim cudem? Chyba
przyjęli cię na ładne oczy i biust!
Ponownie staram się rozluźnić śmiechem.
- A ja byłam pewna, że to ze względu na ojca, byłego trenera
reprezentacji piłki nożnej!
Chichot z moich ust jest coraz bardziej nerwowy. Nienawidzę być
nieprzygotowana do pracy, tym bardziej że to relacja na żywo. Piłka
nożna to mój konik. Czy chciałam, czy nie, tata już od dziecka zaraził
mnie tym sportem. Tak jak później moich synów. Zaszczepił nam pasję,
chęć rywalizacji i umiejętność pracy zespołowej. W młodości był
piłkarzem Legii Warszawa, piłkarską emeryturę spędził jako trener, aż
awansował na jednego z członków PZPN-u.
- To też! - Szczygiel zanosi się śmiechem.
- Dobra, to co z tym Spartaninem?
- Sparta Wrocław! Ewentualnie: Spartanie. Karola, serio, skup się. Wiem,
że przechodzisz teraz ciężki okres.
- Super, że mi o tym przypomniałeś. Jakbym sama nie wiedziała, że po
osiemnastu latach małżeństwa zostawił mnie mąż, po czym nie dość, że już
sobie znalazł nową, to jeszcze próbuje i mi ułożyć życie. Chcesz mi
jeszcze przypomnieć, że jestem czterdziestoletnią rozwódką, której
najlepsze lata w telewizji już przemijają, bo gdzieś za horyzontem czai
się nowa, młoda i przede wszystkim jędrna krew bez zmarszczek?!
Marcin milczy, ale ta cisza mówi mi wszystko.
- Nie gadaj, że szukają kogoś do wykopania?!
- Nie chciałem cię dobijać. Od miesiąca robią cięcia. Jak polegniesz, to
wylecisz z roboty! A ja razem z tobą!
"Kurwa! Kurwa! Kurwa!" - przeklinam w myślach i kilkakrotnie uderzam
dłońmi o kierownicę.
"Weź się w garść. Szarzyńska, weź się w garść!" - instruuję samą siebie.
- "Oddychaj. Przecież uwielbiasz być dziennikarzem sportowym. Kochasz
to. Uwielbiasz zapach rywalizacji, smak zwycięstwa".
- Ja wiem, że ty jesteś ta poukładana, skrupulatna i dokładna, ale... góra
chce świeżości, życia i pasji w naszych relacjach. A ty... no wiesz,
jesteś...
- Jestem sztywną profesorką i bynajmniej nie ma to nic wspólnego z kategorią z Pornhuba.
Marcin nawet nie musi zaprzeczać. Wiem, jaka jestem. W pracy mam stalowe
nerwy. Cechuje mnie opanowanie, zawsze zachowuję trzeźwość umysłu. Lecz
niejednokrotnie słyszałam też, że jestem zbyt poważna, pozbawiona
emocji, choć jednocześnie skrupulatna i dokładna. Myślę, że to dlatego
szef mnie trzyma, choć chętnie przerzuciliby mnie do programu
informacyjnego. Jednak mam coś, czego żadna wypchana kwasem dwudziestka
mi nie zabierze - wiedzę, doświadczenie, znajomości i wykształcenie, bo
chociaż nie praktykuję, jestem psychologiem sportowym.
Biorę głęboki oddech.
- Jak już to jesteś milf! - Marcin próbuje ratować sytuację żartem.
- Nie jest to pocieszające - burczę. - Dobra, nawijaj! Mów wszystko, co
muszę wiedzieć!
- KS Toruń podpisał kontrakt na trzy kolejne lata ze wschodzącą gwiazdą,
Anglikiem o polsko-rosyjskich korzeniach, który mieszka w Hiszpanii.
- Większego miksu europejskiego nie mogli przetransferować? - nabijam
się.
- Nicki Knoxville to dwudziestodwulatek, który aktualnie zdobywa
wszystkie tytuły. Jeździł w Dani i Rosji. Australia oferowała mu
kosmiczne pieniądze, ale on się uparł na Polskę. W zeszłym roku zdobył
tytuł mistrza w Grand Prix. Każdy spekuluje, czy w tym sezonie też mu
się uda. To, kurwa, objawienie, niekonwencjonalny geniusz, kolorowy
ptak, którego ciężko okiełznać! On może rozsławić czarny sport na całą
Polskę...
Podniecenie Marcina zaczyna mi się udzielać. Czuję dreszczyk emocji. To
jest coś, co mnie napędza w tej robocie.
- Szczeniak jest FE-NO-ME-NAL-NY! Zapamiętaj jego nazwisko!
*
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zapamiętam jego nazwisko do końca
życia. Nie miałam też pojęcia, jak wiele będzie ono znaczyło... nie tylko
dla sportu.
*
Dwie godziny później podjeżdżam pod stadion w Toruniu. Zerkam w lusterko. Gładko zaczesany, idealny kok w kolorze ciemny blond, jasna
szminka dobrana pod kolor paznokci. Muskam korektorem zacienienia pod
oczami - wynik przepłakanych miesięcy. Zresztą moje niebieskie źrenice
nie błyszczą już jak niegdyś. Na szczęście w walizce mam białą koszulę,
choć nie jest idealnie wyprasowana. Nie wzięłam ze sobą marynarki, tylko
jasny wełniany kardigan, ale i tak wyglądam całkiem profesjonalnie.
Włożyłam jeansy i sztyblety. Oby ujęcie było od pasa w górę.
Przypomnienie w telefonie informuje mnie, że właśnie rozpoczął się mecz
Kostka, mojego szesnastoletniego syna. Dwie godziny później będzie grała
drużyna Tymka. Wchodzę na stronę klubu sportowego i sprawdzam skład
wybrany na dzisiejszy mecz. Następnie wysyłam wiadomość do matki
Krystiana, przyjaciela Kostka, by po skończonym meczu zrelacjonowała mi
jego przebieg i w razie gdyby coś się wydarzyło, informowała mnie na
bieżąco. Kostek niestety jest w tym wieku, w którym relacja z matką
schodzi na dalszy plan, w zasadzie rodzicielka idzie w odstawkę. Co
więcej, to już wstyd, gdy zjawi się na meczu. W odróżnieniu do ojca,
który dopinguje i solidaryzuje się w tym męskim sporcie, nie mówiąc o dziadku, uznanym sportowcu, którego niejeden kolega z drużyny mu
zazdrości. Pocieszam się, że jeszcze przyjdzie taki dzień, gdy to on
będzie zabiegał o moje zainteresowanie i znów zapragnie mieć silną więź
ze mną. Obawiam się jednak, że to złudne nadzieje. Tymek, choć jest
młodszy o cztery lata, wzoruje się na starszym bracie - jedną nogą
wkracza w etap, w którym próbuje odnaleźć siebie, woli spędzać czas z kumplami, jednocześnie pozostaje rozdarty między dzieciństwem a okresem
nastoletnim. Czasem ciężko mi na to patrzeć, gdy obawiając się krzywego
spojrzenia lub docinek ze strony brata, rezygnuje z rozmowy ze mną,
pożalenia się czy nawet wypłakania w moich ramionach, gdy coś nie idzie
po jego myśli. Kocham ich obu ponad życie, jednocześnie szanuję ich oraz
ich wybory, dlatego próbuję dać im przestrzeń, ograniczam swoją
nadopiekuńczość do minimum, a ich piłkarskie poczynania coraz częściej
sprawdzam, używając do tego internetu i kontaktów z innymi matkami bądź
trenerami.
Chowam telefon, wygładzam koszulę, następnie wychodzę z auta i... szczęka
mi opada, gdy widzę tłum kibiców. To nie tylko mężczyźni, ale także całe
rodziny z dziećmi. Jest spokojnie, beztrosko i bezpiecznie. Można rzec,
że atmosfera jest wręcz piknikowa. Zadziwiające. Spodziewałam się
fanatyzmu szatańskiego sportu: ustawek, rac, kiboli, bójek...
Głośny warkot motocykli przykuwa moją uwagę. Zapach benzyny unosi się w rześkim kwietniowym powietrzu. Biorę głęboki oddech. To niebywałe, ale
czuję, że zaciągam się magiczną energią, kipiącym testosteronem. Pędzę
na spotkanie z nieznanym. Zaczepiam pierwszego ochroniarza i proszę o wskazanie sekcji dla dziennikarzy. Z trudem przeciskam się przez szeregi
hałaśliwych fanów tego sportu. Na szczęście szybko odnajduję ekipę
telewizyjną, a po chwili staję obok Pawła i Górala, technicznego. Z gniazda mamy widok zapierający dech w piersi. Stadion jest ogromny.
- I jak? - pyta Paweł.
- Ech, bywało lepiej. Macie tu kawę? - mówiąc to, udaję nieoczarowaną.
Oto ja, pani bez emocji. Pełen profesjonalizm. Trzeźwy umysł. Stalowe
nerwy.
- Mamy trochę czasu, zanim studio odda nam głos. Przygotowują jeszcze
tor. - Mężczyzna wskazuje jeżdżące po torze traktory. - Zejdziemy do
baru po kawę i pokażę ci park maszyn. Szara, musisz poczuć żużel, żeby
wiedzieć, na co się piszesz! To jest dopiero sport, nie ta twoja
piłeczka i symulanci w wymuskanych fryzurkach.
- Może jeszcze mam spróbować nawierzchni?! - ironizuję, na co Paweł
przewraca tylko oczami.
- Proszę, to notatki od Szczygla. - Góral wręcza mi plik zadrukowanych
kartek.
*
Parking, a raczej park maszyn wygląda jak powiększone mrowisko, w którym
ekipy mechaników oraz zawodnicy uwijają się przed rozpoczęciem meczu.
Między grupkami przechadzają się inni dziennikarze, fotoreporterzy,
głównie mężczyźni. Kobiet jest niewiele, a szkoda. Choć w mgnieniu oka
zauważam charakterystycznie ubrane dziewczyny - to tak zwane
podprowadzające, ich głównym zadaniem jest wskazywanie zawodnikom pola
startowego, ale z doświadczenia wiem, że bardziej liczy się ich wizualny
odbiór niż sportowe zadanie. Miejsce, w którym się znajduję, przypomina
zjazd fanów motocykli z podziałem na boksy dla zawodników. Jest tu
gwarnie i czuć napiętą atmosferę.
- Gospodarze jeżdżą w czerwonych i niebieskich kaskach. - Paweł upija
łyk mało aromatycznej kawy i wyjaśnia: - Goście w żółtych i białych. Na
plastronach mają napisaną liczbę. Od jeden do osiem to goście, od
dziewięć do szesnaście jadą gospodarze. - Mężczyzna zerka na mnie z pobłażaniem wymalowanym na twarzy. - Plastron to kamizelka na kevlarze...
to znaczy na kombinezonie.
Przytakuję, udając, że to wszystko wiedziałam i niepotrzebnie mi
przypominał. Rozglądam się. To miejsce napędza ryk odpalanych silników.
Czuję, jak ze stresu trzęsą mi się dłonie. Upijam łyk letniej już kawy,
napój smakuje unoszącą się w powietrzu benzyną. Żołądek zaciska mi się w supeł.
Zbliża się do nas jeden z zawodników. Ubrany w kombinezon, fachowo
nazywany kevlarem, wygląda... męsko, tajemniczo, wręcz podniecająco.
Cholera, na jego widok czuję żar rywalizacji. Jednak czar pryska w momencie, gdy mężczyzna zdejmuje kask. Rude kędziorki na głowie, twarz
nieskalana zarostem i młodzieńczy trądzik.
- Ale dzieciaczek - mruczę.
Zerkam w notatki. To Emil Woronow, dwudziestolatek z Rosji, który
osiągnął całkiem niezłe wyniki w zeszłym sezonie, ma obywatelstwo
polskie, zawodnik toruńskiego klubu i jeden z młodszych uczestników,
jakkolwiek większość z nich i tak ma mniej niż trzydzieści lat. Sport
rządzi się swoimi prawami - wiek jest ważny. Wiem to. Bardziej jednak
zaskoczył mnie ogólny wizualny odbiór. Zawsze śmieszyły mnie koleżanki
wzdychające do facetów na motocyklach, ale teraz sama wpatruję się w tych chłopców sprawdzających swoje zabawki i czuję dziwne podniecenie.
- Te dzieciaki jeżdżą sto na godzinę bez hamulców. Ryzykują zdrowie i życie. Uderzają w bandy z taką prędkością i siłą, że to trudne do
wyobrażenia. Łamią kości, kręgosłupy lub... - Paweł macha dłonią z pogardliwą miną. - A te twoje pionki przy kopaniu piłeczki płaczą, gdy
złamią paznokietek albo lakier nie utrzyma grzywki.
Rozdziawiam usta zaskoczona jego agresywnym nastawieniem. Może nie znamy
się aż tak dobrze, bo tylko tyle, ile umożliwia nam praca, jednak miałam
go za normalnego i zabawnego faceta.
- Marczak! - Z oddali wyłania się ubrany w garnitur starszy mężczyzna.
- To prezes, podejdę się przywitać. Zaczekaj tu, nie rzucaj się w oczy i nie palnij głupoty! - mruczy groźnie Paweł, choć uśmiecha się od ucha do
ucha, jakby właśnie prawił mi komplementy.
Oddalam się w stronę płyty stadionu i staram się być niewidzialna.
Przeglądam po raz setny notatki, jednak z każdą kolejną kartką
utwierdzam się w przekonaniu, że nie mam zielonego pojęcia, co robić.
Czuję, że dopada mnie atak paniki. Wyciągam komórkę, a ponieważ jest tu
cholernie głośno, przełączam aparat na tryb głośnomówiący.
- Szczygiel, przypomnij mi, co ja, do cholery, tu robię?
- Ratujesz moje jaja i swoją dupę przed zwolnieniem!
Wiatr wyrywa mi z rąk plik notek ze zdjęciami zawodników. Kartki wpadają
oczywiście... w jedyną tutaj kałużę! Wszystkie znaki na niebie i ziemi
dowodzą, że popełniłam błąd, zgadzając się na ten cyrk.
- Ożeż, kurwa!
Staram się pozbierać kartki, jednak większość z nich jest do wyrzucenia,
papier ocieka mętną wodą. Próbuję ratować, co się da.
- Domyślam się, że Marczak będzie chciał ci dogryźć, ale nie on
pierwszy. Wiesz, co myślą o kobietach w tej branży, że nadają się, by
dopingować, a nie komentować...
- Nie kłam i po prostu powiedz mi, że mam szykować żółtą sukienkę i uśmiech numer pięć, bo od jutra będę zapowiadać pogodę po wiadomościach.
Chowam twarz w dłoniach. Tego mi brakowało. Po raz pierwszy od lat
wzięłam urlop. Miałam odpocząć, odetchnąć po rozwodzie z Danielem, a nawet upić się z rozpaczy. Tymczasem stoję na arenie, której trybuny po
brzegi wypełnione są kibicami, i w duchu krzyczę z przerażenia. Przez
ostatnie pół roku starałam się wyjść na prostą, choć był to beznadziejny
czas. Jeśli stracę teraz robotę, to...
- Kurwa! Kurwa! Kurwa!
- Karola, spokojnie. W życiu nie słyszałem, żebyś była tak spanikowana.
Ty nawet przy mnie nie przeklinasz, a dziś... Oddychaj!
- Jak mam, kurwa, oddychać?! Śmierdzi tu jak w obskurnej budzie z zapiekankami, piwo pewnie też mają takiej samej jakości. Wpakowałeś mnie
w jakieś bagno! - Wybucham histerycznym śmiechem. - Sorry! To nie bagno,
to żużel!
- Pamiętaj, żużlu już nie ma. Nawierzchnia to sto procent granit.
Motocykle nie ważą mniej niż siedemdziesiąt siedem kilogramów, nie mają
hamulców, a także skrzyni biegów i nie jeżdżą na zwykłą benzynę. To, co
czujesz w powietrzu, to nie są spalone na zapieksie pieczarki, tylko
metanol! To bardzo niebezpieczny sport. Zawodnicy jeżdżą zawsze w lewo,
cztery okrążenia, około sześćdziesięciu sekund. Po sygnale mają dwie
minuty, żeby znaleźć się pod linią startu, inaczej odpadają z wyścigu.
Zawodników rozpisałem ci ze szczegółami, ale tylko ty umiesz uszczknąć
ze Szczygielowej Wikipedii najlepsze smaczki.
- Szczygiel, w takich momentach rozumiem, dlaczego pracujemy razem!
Chociaż jak sobie pomyślę, że mogłabym oglądać zgrabne i wysportowane
pośladki siatkarzy na stadionie w Gdańsku, to mam pewne obiekcje.
- A co tobie się nie podoba w Toruniu? - Wyczuwam w jego tonie odrobinę
kpiny.
- W pracy lubię łączyć przyjemne z pożytecznym! Spektakularne widowisko
sportowe, szczypta adrenaliny oraz rywalizacji, a do tego wysportowane
ciała, na których mogę zawiesić oko! A oni w tych swoich strojach
wyglądają jak Power Rangers na motocyklach! - żartuję, czując, jak
powoli uchodzi ze mnie stres.
- Jestem czerwonym! - Szczygiel się śmieje. - A jak ci powiem, że góra na
tę okazję zarezerwowała nam noc w hotelu i razem z Wiki jesteśmy w drodze do ciebie...
Wiktoria to makijażystka z telewizyjnego studia i moja najlepsza
przyjaciółka. Niestety, gdy pochłaniają cię życie rodzinne, małżeństwo i dzieci, twoimi przyjaciółmi stają się współpracownicy, bo tylko ich
spotykasz regularnie. O przyjaciółkach z młodzieńczych lat zapomniałam
już, podobnie jak one o mnie, gdy byłam w pierwszej ciąży.
- Karola! Mam moeta! I szpilki! - krzyczy podekscytowana Wiki.
- Uwielbiam was!
- Czyli teraz już możesz spokojnie wrócić do gniazda i pokazać, na co
cię stać? - Chce wiedzieć Marcin.
- Mało tego! Skopię dupska wszystkim niedowiarkom! - wołam odważnie. -
Nawet bez szpilek! - dodaję, patrząc na swoje sztyblety i jeansy.
Najmniej profesjonalny uniform, jaki kiedykolwiek na sobie miałam.
- Mam jeszcze jednego newsa. Dziś, po prawie rocznym zawieszeniu, wraca
na tor Chris Clever...
- Zawieszeniu? - Zerkam w notatki.
Dwudziestotrzyletni Australijczyk, dwa tytuły mistrza świata juniorów.
Wielu widzi w nim przyszłego multimedalistę, choć początkowo mało kto
dawał mu szansę. Według trenerów to chłopak o szalonej naturze, urodzony
na motorze, półdziki człowiek, którego da się ułożyć do pewnego momentu,
potem w pewnych obszarach idzie własną drogą. Zerkam na fotografię.
Piegowaty blondynek, jeszcze chłopięca uroda, jednak w zielonookim
spojrzeniu kryje się szaleństwo. Intrygujący. Boże, jacy oni są młodzi.
- Można powiedzieć - Marcin parska zduszonym śmiechem - że Chris, Nicki
i Emil mają bardzo podobne upodobania pod względem sposobu spędzania
wieczorów po zawodach... a raczej nocy.
- Okej, rozumiem. - Uśmiecham się pod nosem, czytając, że przed jednym z meczów u zawodnika wykryto alkohol. Emil jeździ agresywnie i zdarzają mu
się spięcia z zawodnikami, a nawet z sędziami. O Nickim niestety jest
niewiele informacji, ze zdjęcia też nic nie wyczytam, bo jest zalane,
dlatego uszczypliwie pytam: - Czemu o tym Knoxville'u, objawieniu i chwale narodu, mam tak mało danych?
- Ogranicza wywiady do minimum, w zasadzie ich nie udziela. Tyle udało
mi się wyciągnąć z ogólnodostępnych informacji od drużyny, sponsorów i z internetu. - Z zaskoczenia wzruszam brwiami. To rzadkość wśród
sportowców, zwłaszcza dobrych, by nie dzielili się z mediami szczegółami
swoich osiągnięć bądź planami. - Ciężko określić jego styl. Często ma
słabe starty, ale wystarczy pół okrążenia i wyprzedza wszystkich. Jest
szybki. Kończy zazwyczaj pierwszy.
- Ej! - W głosie Wiki słychać zawód. - To brzmi jak relacja z seksualnych uniesień siedemnastolatka! - stwierdza i wszyscy wybuchamy
śmiechem.
Rozłączam się i biorę głęboki wdech. Czuję na sobie czyjś wzrok. Kątem
oka dostrzegam stojącego nieopodal chłopaka w ciemnych okularach i czapce z daszkiem z logotypem jednego ze sponsorów imprezy. Bacznie mnie
obserwuje. Zapewne należy do obsługi toru, ewentualnie ekipy mechaników.
Wytatuowanymi dłońmi opuszcza daszek czapki, by ukryć twarz. Widzę, że
ma niezły ubaw z widowiska, jakie zrobiłam.
- Co się tak gapisz? - rzucam. Nawet z tej odległości widzę jego
spojrzenie zza ciemnych szkieł. - Nie masz nic do roboty? Nie musisz
pojeździć traktorkiem czy tą spluwaczką?
- To jest ciągnik i polewaczka - odpowiada po polsku, jednak ze
wschodnioeuropejskim akcentem.
- Jeden chu... - Nie kończę, tylko prycham, widząc jego pewny siebie,
wyrażający rozbawienie wyraz twarzy.
- Tak właściwie to dwa. Dwóch facetów je prowadzi - stwierdza, tym razem
po angielsku.
- Zawsze jesteś taki mądry?!
- A ty taka krzykliwa?
Co za bezczelny typ.
Poirytowana obracam się w jego stronę, a on robi coś, co sprawia, że
miękną mi nogi. Uśmiecha się do mnie tak... tak olśniewająco. Szerokie
usta, pełne wargi, równiutkie zęby. Uśmiech z dołeczkiem w policzku,
zaliczany do połowicznych, gdy tylko jeden kącik się unosi. Normalnie
uznałabym go za arogancki, jednak te dołeczki... Chłopak jest śliczny jak
z obrazka.
- To twoja odpowiedź?
Uśmiecha się śmielej, unosząc brew. Ta mina, twarz, uśmiech, świdrujące
spojrzenie przepalające szkiełka okularów... To wszystko sprawia, że
odbiera mi mowę. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
- A myślałem, że jesteś bardziej wygadana. Trudno. - Poprawia daszek
czapki i rusza w głąb parku maszyn. - Do zobaczenia.
*
Godzinę później rozpoczyna się widowisko. Stadion wypełnia gwar kibiców
oraz warkot maszyn. To mieszanka wybuchowa, która sprawia, że atmosfera
jest pełna podekscytowania. W sekcji dziennikarskiej zebrał się spory
tłum fotoreporterów, reporterów mniejszych i większych stacji sportowych
oraz korespondentów sportowych portali internetowych, którzy na bieżąco
na komputerach spisują wyniki. Po raz kolejny ze smutkiem konstatuję, że
kobiety w tej grupie stanowią niewielki odsetek. A szkoda.
Z tego, co już wiem, teraz głos ma studio, z naszej strony jest tylko
obraz. Kamera prezentuje stadion, kibiców oraz tor przygotowany do
meczu. Pojawiają się reklamy sponsorów oraz wywiady z parku maszyn
przeprowadzane przez jednego z naszych korespondentów. Na szczęście nas
nie będą pokazywać, więc mój nieformalny strój nie stanowi problemu.
Siadam przy biurku obok Marczaka.
- Jezu, większego bałaganu nie można było zrobić? - pytam, odsuwając
notatki, kubki i inne niepotrzebne przedmioty należące do Pawła.
- Przepraszam, zapewne u was, na Narodowym, panują królewskie warunki.
Jad w jego tonie uświadamia mi, że nie będzie to przyjemnie spędzony
czas. Daję za wygraną i po prostu odpuszczam. Dyskusja z nim nie ma
sensu. Poprawiam się na krześle i czekam na sygnał, kiedy wchodzimy na
żywo. Tymczasem następuje prezentacja zawodników obu drużyn. Jako
pierwsze na tor wyjeżdża ogromnych rozmiarów auto w klubowych barwach
Torunia, na którym jadą sportowcy.
- Nie zawsze tak wyjeżdżają, ale sponsor się uparł na tego potwora -
szepcze Góral, wskazując pojazd. - Ja tam wolę, kiedy jadą po kolei na
swoich motocyklach. Dobra, wchodzimy za pięć, cztery....
Zawodnicy, choć ubrani w profesjonalne kombinezony, nie mają na głowach
kasków i zorientowanie się, kto jest kim, nie sprawia mi aż tak wielkich
problemów. Jednak Góral ma rację, gdyby wyjeżdżali kolejno, byłoby to
bardziej czytelne dla takich laików jak ja. Studio oddaje głos i wchodzimy na antenę. Marczak rozpoczyna, nawiązując do poprzedzającej
wejście rozmowy o frekwencji:
- Spokojnie, mecz jeszcze się nie zaczął. Liczba atrakcji i punktów
gastronomicznych przed Motoareną skutecznie przyciąga... Sami państwo
rozumiecie. - Na ten wymuszony dowcip mam ochotę przewrócić oczami. -
Jestem pewien, że już za moment, już za chwileczkę wszyscy zasiądą na
trybunach, by obserwować prezentacje, bo to robi wrażenie! Obie drużyny,
zawodnicy, mechanicy i my, dziennikarze oraz kibice, jesteśmy gotowi na
rozpoczęcie nowego sezonu! Jak moi koledzy ze studia zdążyli państwu
przekazać, dziś obok mnie zasiada wyjątkowy gość. Kobieta, która
najprawdopodobniej zna się na piłce nożnej lepiej niż ja. Karolina
Szarzyńska, która już zdążyła pogrozić paluszkiem na panujący na
stadionie bałagan.
- Nie, nie, Pawełku, mówiłam o bałaganie, jaki masz na stanowisku pracy.
- Szybkie odbicie piłeczki i mina Marczaka wprawiają mnie w doskonały
nastrój. Pora się wykazać. - Witam państwa serdecznie. Mówi Karolina
Szarzyńska. Niezmiernie się cieszę, że mogę debiutować w takim
towarzystwie, w tak niesamowicie efektownym obiekcie sportowym, z tak
wspaniałą publicznością i równie fenomenalnymi zawodnikami. Co do
stanowiska pracy, muszę wspomnieć, że tor przygotowano na dzisiejszy
mecz wręcz idealnie. Ponoć dobry tor to taki, na którym gospodarze
wygrywają. Jak jednak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Kiedy my z Pawłem popijaliśmy kawę, sztab ludzi pracował, by nawierzchnia była
odpowiednio nawilżona i ubita. I co najważniejsze, po długiej zimie nie
ma dziur, jak bywa na większości lokalnych dróg.
- Tak, tak, to prawda, choć jedni lubią jeździć na torze twardym,
śliskim, a inni na bardziej przyczepnym. - Wyczuwam, że Marczak nie
spodziewał się, że odpowiem na jego zaczepkę. - Przejdźmy do
prezentacji. Przed nami torunianie. Z jedynką Emil Woronow. Dwójka Chris
Clever, który wraca po zeszłorocznym zawieszeniu.
Skupiam uwagę na jadących zawodnikach. Zerkam kolejno na Woronowa,
Clevera i... Nie, to niemożliwe! Mrugam kilkakrotnie, by się upewnić.
- Z trójeczką...
- Słodki Jezu...
- Nie, Karolino, jestem więcej niż pewien, że to nie Jezus - naśmiewa
się Paweł.
W tym momencie dociera do mnie, że powiedziałam to na głos. Z zażenowania kręcę głową, ale nie odrywam wzroku od chłopaka... tego
chłopaka z parku maszyn!
- Trójeczka to nikt inny jak Nicki Knoxville, nowy nabytek drużyny, w którym pokładamy duże nadzieje. Z numerem cztery...
Marczak przedstawia kolejnych zawodników, a ja nie mogę przestać się
gapić. Jak mogłam popełnić taki błąd? Jako dziennikarka sportowa i dzisiejsza, choć w zastępstwie, komentatorka meczu, nie rozpoznałam
zawodnika! Ba, wzięłam go za kogoś z obsługi stadionu. Przeklęte
zniszczone notatki! Natychmiast odpalam Instagrama i wyszukuję jego
profil. W myślach odtwarzam nasze spotkanie, próbując przypomnieć sobie
wszystkie słowa, jakie wypowiedziałam. Namierzam jego profil. Po chwili
już wiem, że schrzaniłam sprawę na starcie. Chociaż w jednym się nie
pomyliłam - facet wygląda jak marzenie. Większość zdjęć jest związana ze
sportem, sponsorami, stadionami. Prywatnych postów praktycznie nie ma,
poza kilkoma z wydźwiękiem żartobliwym, jak to, na którym "dziękuje" za
królewskie ugoszczenie w hotelu, trzymając w dłoniach miskę płatków na
mleku.
*
Staram się nie skupiać na popełnionym błędzie, a tym bardziej nie
przyznawać się do niego przed Marczakiem, który z minuty na minutę staje
się coraz większym bucem.
- Posłuchaj, Karola - zagaduje Góral - kojarzysz ten moment: mecz,
przejęcie piłki, akcja do bramki, podniesiony ton i coraz szybsza
artykulacja komentatorów? - Przytakuję głową, a on uśmiecha się i mówi:
- Tu będzie tak podczas każdego biegu. Przygotuj się. Wchodzimy za trzy,
dwa, jeden...
Sposób, w jaki Paweł rozpoczyna zapowiedź pierwszego biegu, to coś
niebywałego. To zaszczepienie w widzu emocji od pierwszej sekundy, bez
nieśmiałości, subtelnej gry wstępnej czy dawkowania. To zrzut bomby.
Start! Tu nie ma czasu na delikatność. W każdej innej sytuacji
powiedziałabym, że pośpiech nie jest dobrym sprzymierzeńcem, szybkość
generuje pomyłki, a zbytnia wylewność jest niewskazana, jednak tu... to
zalety. Mam nieodparte wrażenie, że wszyscy zebrani na stadionie
trzymają dłoń na manetce gazu i czekają na moment, gdy zwolnią sprzęgło.
Na linii startu ustawiają się czterej zawodnicy. Zagrzebują koła w nawierzchni, próbując dopasować się do toru... bądź tor do nich. Pierwszą
parą drużyny gospodarzy są Clever oraz Woronow. Ponoć to idealne
połączenie, choć nieco wybuchowe. Z gości mamy Klimczaka i Wolfa.
Całkiem niezłe wyniki w zeszłym sezonie, dobrze przygotowani na obecny.
Stojący pomiędzy zawodnikami kierownik startu sprawdza ich ustawienie.
- Mamy jeszcze kilkanaście sekund do startu, więc mała podpowiedź dla
Karoliny oraz tych z państwa, którzy po raz pierwszy mają do czynienia z czarnym sportem. Punktacja jest następująca: pierwsze miejsce - trzy
punkty, drugie - dwa punkty, trzecie - jeden, czwarte - okrągłe zero.
Marczak przerywa, bo sędzia wydaje nakaz gotowości, zapalając zielone
światło. Napięcie rośnie. Z ciszą kibiców kontrastuje ryk motorów na
torze. Sędzia, przebywający w wieżyczce sędziowskiej, zwalania taśmę
startową. Gdy taśma odskakuje w górę, zawodnicy zwalniają sprzęgło i ruszają. Inaugurują tym samym pierwszy bieg.
- Jak zwykle Woronow ukradł start! - Ciężko odczytać mi emocje Marczaka
i nie wiem, czy to dobra wiadomość, czy zła. - Wolf jedzie po małej i szuka miejsca, by się wślizgnąć, ale to Clever wykorzystuje przestrzeń!
Rozpędza się! - Mężczyzna coraz bardziej podnosi głos, a minęło dopiero
dziesięć sekund. Nagle gwałtownie milknie, by za chwilę ryknąć: - I piekło w drugim łuku! Co wyprawia Clever?! Tu się wszystko przekotłuje
jeszcze raz! - Paweł macha ręką, choć nikt z widzów nie może tego
widzieć. - Klimczak przed Woronowem. Jadą na trzy do dwóch. Ileż razy
oni już się wymienili pozycjami?! Ale co to?! Woronow robi nożyce i wpada przed Klimczaka. Wygrywa Clever, drugi Woronow, potem Wolf i Klimczak! - Paweł bierze głęboki wdech i zerka na mnie.
Nie wiem, co mam robić, nie wiem, co powiedzieć, nic nie wiem. Mam
pustkę w głowie, choć jedno muszę przyznać: to robi wrażenie.
- Proszę państwa, ale wyścig! Co to był za bieg! Piękne rozpoczęcie
sezonu nam zgotowali ci panowie! - Paweł zaśmiewa się i ciągnie: - Tak
jak moi koledzy ze studia wspomnieli, to najlepszy prezent na moje
czterdzieste trzecie urodziny!
Zaskoczona zerkam w jego stronę. O tym też nie wiedziałam. Niech to
szlag! Karola, nie masz wyjścia, teraz albo nigdy! Musisz się wepchnąć,
bo inaczej zginiesz! Przełykam ślinę, zaciskam trzęsące się dłonie i z podobnym entuzjazmem co Paweł, wołam:
- To się dopiero nazywa promocja dyscypliny! W wykonaniu całej czwórki
oczywiście! Aż chciałoby się zobaczyć ten bieg jeszcze raz!
Na ekranie odtwarza się powtórka, którą omawia Paweł. Góral wystawia w moją stronę uniesiony kciuk. Zerkam do programu dzisiejszego meczu,
sprawdzam opisy kolejnych zawodników w notatkach, by być bardziej
przygotowana na kolejne piętnaście biegów. Tym razem chcę spróbować wbić
się w relację od samego początku. Muszę się wykazać, inaczej mnie
zwolnią.
- Przypomnij mi, ile średnio trwa jeden bieg? - pytam, gdy następuje
chwila ciszy. Jak mniemam, studio ma głos, choć nie jestem pewna, bo
Marczak nie był na tyle życzliwy, by mnie poinformować.
- Zazwyczaj od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu sekund.
- Szybko...
- No widzisz, Karolinko, taki sport.
Słysząc jego pobłażliwy ton, ciśnienie mi wzrasta. Nie zastanawiając
się, stwierdzam:
- I pomyśleć, że ci zawodnicy jeżdżą tak szybko w dzień jak większość
facetów po czterdziestce w nocy - prycham i z niewinnym uśmiechem
dodaję: - A tak w ogóle wszystkiego najlepszego, Pawełku!
Zadowolona z siebie unoszę wzrok i... dostaję mikro-zawału na widok
Górala, który z przerażeniem macha ręką. Jesteśmy na żywo. Kurwa! Co we
mnie wstąpiło?! Teraz to już na pewno mogę pożegnać się z robotą.
- Tak jak wszyscy przed chwilą mogliśmy usłyszeć - Paweł z premedytacją
i szyderczym uśmiechem podkreśla wagę tych słów - szybkość nie wybacza
nikomu. Przejdźmy do kolejnych czterech okrążeń tej sportowej
dramaturgii.
*
Wówczas nie rozumiałam, jaki rodzaj dramaturgii miał na myśli Marczak.
Owszem, podczas meczu doszło do kilku, na szczęście niegroźnych,
incydentów. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy zobaczyłam po raz
pierwszy, jak zawodnik z impetem uderza w bandę. Uczucia, jakie temu
towarzyszą, można porównać z chwilową utratą zdolności wypuszczania z płuc powietrza. Cały stadion na moment przestaje oddychać. To minuty
narastającej grozy, oczekiwania na wezwanie medyków, czasem nawet cudu...
Aż wreszcie zawodnik podnosi się, otrzepuje z kurzu i po chwili jak
gdyby nigdy nic ponownie wsiada na motocykl.
*
Gdy wreszcie po wielu godzinach opuszczam miejsce mojego
dziennikarskiego upokorzenia, myślę tylko o porażce... Swojej, bo drużyna
z Torunia wygrała 51 do 39, tym samym zapewniła sobie bardzo dobry start
w tym sezonie. Ja zapewne koniec.
Normalnie wsiadłabym do auta, puściła głośno muzykę i po prostu się
rozpłakała. Nie jest mi to jednak dane, gdyż pod stadionem czekają na
mnie Szczygiel, z przepraszającym wyrazem twarzy i butelką szampana,
oraz rozochocona Wiki wraz z moimi szczęśliwymi szpilkami, w których
zazwyczaj przeprowadzam wywiady. Powinnam być dumna, że mam taki team,
że mam swoich ludzi, którzy są moim wsparciem, tylko że ja... chciałabym,
by ktoś mnie przytulił, potrzymał za rękę, pocałował i powiedział, że
jeszcze będzie dobrze, że jedna porażka nie przekreśla całej mojej
kariery, że nie jestem nieomylna i nic złego się nie stało.
Boże, kiedy ostatni raz splotłam palce z jakimkolwiek mężczyzną?! Nie
licząc moich synów, choć oni też już wyrośli z trzymania mamusi za
rączkę - przecież to wstyd. Z Danielem tworzyliśmy parę, która gesty
miłości, delikatnie rzecz ujmując, wykorzystywała tylko na czas gry
wstępnej w łóżku. Nic poza tym. Kiedy ostatni raz słyszałam słowa
wsparcia od niego? Też nie pamiętam. Może to moja wina? Przez całe
dorosłe życie kreuję Karolinę Szarzyńską jako profesjonalistkę,
inteligentną kobietę w męskim świecie sportu. Może to wizerunek, który
płoszy mężczyzn i zniechęca do okazywania uczuć? Może i ja tłamszę samą
siebie, nie pozwalając sobie na chwilę słabości? Gdybym rozpłakała się
przy Danielu, pewnie powiedziałby coś w stylu: "No już, już". Moja matka
stwierdziłaby, żebym nie przesadzała, bo inni mają gorzej, a ojciec, że
sama tego chciałam i mogłam pójść w sport tak, jak mi polecał, a nie
komentować, jak inni grają.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki