Jacob
Wdech, wydech, wdech, wydech... Robiłem dokładnie to, co doradzał mi trener za każdym razem, gdy choć przez sekundę wątpiłem w swoje umiejętności. Nazywał to motywacyjnie: nabraniem nowych sił podczas wdechu i wyrzuceniem negatywnych myśli podczas wydechu. Wielu pewnie śmiałoby się z takiej metody, ale na mnie to działało i niejednokrotnie przyniosło mi zwycięstwo podczas ważnych walk. Tym razem co prawda nie walczyłem na macie, ale w głowie miałem już myśli o sobotniej gali, która dla mnie miała być rozstrzygnięciem mojego być albo nie być.
Od kilku lat starałem się dostać do zawodowej federacji, by walczyć z zawodnikami, dla których sport to coś więcej niż tylko szybka kasa. Tak to niestety wyglądało podczas freakowych gal, do których załapałem się po występie w jednym z głupich randkowych reality shows. Nikt tam oczywiście nie szedł szukać miłości - większość uczestników po prostu miała parcie na szkło, jarała ich popularność. Łatwe pieniądze, życie jak z bajki - taki jest odbiór, kiedy ogląda się obrazki czy filmy skrupulatnie przerobione i zmontowane w taki sposób, aby pokazywać wszechobecne szczęście. Nikt nie widzi na nich uzależnień, hejtu, z którym się mierzy dana osoba, czy problemów psychicznych, które się pojawiają, gdy nie ma się twardej dupy.
Skąd o tym wiem? Bo sam byłem na dnie. Uzależniony od używek, a jeszcze bardziej od uwagi i opinii innych. Często wyssanych z palca, bo ludzie widzieli tylko to, co chciałem pokazać, ale chętnie dodawali sobie do tego historie. Cokolwiek bym zrobił, było źle. Odniosłem się do zarzutów - źle, nie odniosłem - też tragedia, a najgorsze, że widz często zapomina, że po drugiej stronie ekranu też jest człowiek. Taki sam jak on. Z krwi i kości. Z sercem i emocjami.
W czasach największego kryzysu odsunęli się ode mnie "przyjaciele". Jedna wtopa wystarczyła, aby mnie zlinczowano i znienawidzono na tyle, by zainteresowali się mną ludzie z branży amatorskich walk w oktagonie. Tacy jak ja przyciągali publikę, a to, że można było znaleźć na nich sporo brudów, zachęcało rywali do zgłaszania się do walki ze mną. I w ten właśnie sposób z najgorszego syfu wyszedłem zwycięsko - dzięki treningom. Skupiłem się na tym, by pokazać innym wolę walki i determinację, której nigdy mi nie brakowało, a teraz, po trzech latach regularnych walk, gdy publika ze znienawidzonego gościa wywindowała mnie na szczyt ulubieńców, miałem szansę na awans. Awans do zawodowego bicia, bo w kuluarach się mówiło, że na najbliższej gali pojawią się właściciele znanej federacji.
Nie bez powodu zwiększyłem jednostki treningowe i drobiazgowo dbałem o dietę. W dniu ważenia na wagę chciałem wnieść dokładnie tyle, ile miałem ustalone w zapisach kontraktu. Chciałem, aby "przybysze z zewnątrz" (jak nazywaliśmy z trenerem wspomnianych właścicieli zawodowej federacji) wiedzieli, że podchodzę do sprawy poważnie, a zrobienie wagi było jednym z najważniejszych elementów ustalonego przeze mnie planu, aby się jak najlepiej zaprezentować.
Ostatni tydzień przed galą obfitował w atrakcje. Wiedziałem, że nie wolno mi opuścić żadnego treningu, bo mógłbym przez to zaprzepaścić swoje szanse. I nie chodziło tu o wygraną, bo tę miałem w garści, biorąc pod uwagę, że mój przeciwnik więcej czasu spędzał w klubach niż na sali treningowej, ale o prezentację w oktagonie. Pokazanie siebie, techniki, determinacji, dominacji i siły, które miały dać mi upragniony angaż i zabrać mnie ze świata freaków, dając szansę na poznanie świata prawdziwego sportu, który pokochałem całym sercem. Bo to on mnie naprawił. Uleczył na tyle, że zrezygnowałem z wszystkich używek. Na zawsze! I tego byłem absolutnie pewny, jak niczego innego. Wciąż wracały do mnie obrazy bycia na prawdziwym dnie dna, dokąd sam siebie doprowadziłem, myśląc, że zyskam w ten sposób większą sławę i pieniądze...
- Jacob, a ty co stoisz jak lalunia? - Krzyk trenera sprawił, że wróciłem do rzeczywistości. - Worek nawet się nie kołysze! Zawsze ci mówię, że on ma wręcz płakać! Ociekać potem z twoich rąk!
Posłałem mu wymowne spojrzenie, bo faktycznie mówił o tym często. Nawet zbyt często, ale najważniejsze było to, że jego słowa na mnie działały. Motywowały mnie do jeszcze cięższej pracy i dawania z siebie nie sto, a dwieście procent, aby faktycznie wreszcie ujrzeć na worku spływające krople.
- I udam, że nie wiem, że znów wróciłeś do przeszłości, bo czuję się jak kompletny nudziarz, powtarzając ci po raz kolejny, że przeszłości nie zmienisz, ale na teraźniejszość i przyszłość masz wpływ, więc zapierdalaj i bierz, co ci się należy.
Uśmiechnąłem się pod nosem i uderzyłem z całych sił w zawieszony przede mną worek.
- Jeden krok w tył, a po nim cztery do przodu, trenerze! - krzyknąłem i skupiony na swoim celu zacząłem okładać worek tak, aby trener widział, że liczę się z jego słowami.
Nie musiałem widzieć jego twarzy, aby wiedzieć, że się szczerzy. Że w głowie właśnie prowadzi sam ze sobą dialog o tym, jak zajebistym jest trenerem, coachem i motywatorem w jednym. Akurat z tym mogłem się zgodzić. Richard Wind naprawdę odnajdywał się w tych rolach.
Lizzy
Męczyło mnie słuchanie ciągle tego samego. Gość prowadzący szkolenie z marketingu naprawdę wziął sobie do serca przewidziany czas trwania i nie chciał skończyć wcześniej. Już idąc tutaj, wiedziałam, że nie dowiem się niczego nowego na temat rozwoju firmy w social mediach. Byłam na wielu podobnych szkoleniach, ale Zack chciał, abym miała kolejny papier w swoim portfolio, więc dzielnie poszłam, skoro i tak on za to płacił.
Notoryczne zerkanie na zegarek nie pomagało, bo czas zdawał się płynąć wolniej, a tworzenie nowych prac na tablecie graficznym, z którym się nie rozstawałam, było nie do zrobienia w pomieszczeniu, gdzie wszystkich widać z każdej strony. Nie chciałam, żeby prowadzący poczuł się zbędny, bo sama na jego miejscu bym tego nie chciała.
- Czy ktoś z państwa ma jeszcze jakieś pytania? - W końcu wypowiedział zdanie, które zwiastowało zbliżający się koniec, i po cichu liczyłam, że w grupie nie znajdzie się nikt nadgorliwy.
Rozejrzałam się po niewielkiej sali i niestety ujrzałam, jak jedna z rąk się unosi. Niech to szlag, powiedziałam w myślach, wiedząc doskonale, że jedno pytanie zwiastuje często kolejne, a już naprawdę chciałam iść na umówione z mamą spotkanie.
- Dużo mówił pan o używaniu w celach marketingowych AI, rozumiem zatem, że widzi pan w tym pożytek. A co pan sądzi odnośnie do wpływu sztucznej inteligencji na relacje społeczne? Działa to na naszą korzyść czy przeciwnie? - padło pytanie, a ja nawet pochwaliłam je w duchu, bo lubiłam takie zagadnienia i miałam swoje zdanie na ten temat, jak zresztą na wiele innych.
Prowadzący pokiwał głową, jakby potrzebował kilku sekund na zastanowienie się, zanim powiedział, że według niego świat zmierza w dobrą stronę, bo AI ułatwia życie ludziom, a o to chyba właśnie chodzi.
- A czy nie jest tak, że to właśnie rozwój technologii sprawia, że cofamy się w czymś, co zawsze powinno być priorytetem? - Postanowiłam zabrać głos, bo miałam odmienną opinię i ciekawiło mnie, jak zareaguje na moje argumenty.
- Co miała pani na myśli, mówiąc o priorytecie? - dopytywał wyraźnie zainteresowany.
Czułam, jak oczy zebranych w pomieszczeniu skupiają się na mnie, co sprawiło mi chwilowy dyskomfort. Od ponad trzech lat uciekałam od podobnych sytuacji, jednak starałam się pamiętać o tym, że patrzy na mnie piętnaście osób, a nie setki tysięcy czy miliony.
- W wywiadach ludzie sukcesu odpowiadając na pytanie o to, co jest ich największym problemem, opowiadają o samotności. Czy to nie rozwój technologii prowadzi do pogorszenia, a w przyszłości może i zaniku relacji społecznych?
Prowadzący ponownie pokiwał głową, co wzięłam za dobry znak.
- No tak, przecież z programami takimi jak ChatGPT też można pogadać - stwierdził zaraz, a mnie dokładnie o to chodziło. - Bazując na psychologii, musiałbym przyznać pani rację, jednak jako specjalista od marketingu patrzę na to z innej perspektywy. Relacje interpersonalne nie leżą w kręgu moich zainteresowań, biorąc pod uwagę choćby to, że jestem przed czterdziestką, a nigdy nie miałem nawet narzeczonej - ostatnie zdanie wypowiedział z uśmiechem. Część ludzi zareagowała na to chichotem, czego zapewne prowadzący oczekiwał. - Czy są jeszcze jakieś pytania?
Tym razem żadna z rąk się nie uniosła, co oznaczało zakończenie szkolenia. Spakowałam notatnik i długopis do plecaka, w którym wygodnie spoczywał tablet, i wstałam, by wyjść.
- Pani Thomson - usłyszałam za plecami głos wykładowcy. - Czy mogę prosić o chwilę rozmowy?
- Chyba ktoś szuka narzeczonej - rzucił ktoś żartobliwie, a ja znowu poczułam dyskomfort bycia w centrum uwagi.
Odsunęłam się na bok, aby umożliwić innym wyjście, i gdy już zostaliśmy sami, wbiłam wzrok w mężczyznę, sugerując, że to on ma zacząć, skoro mnie zatrzymał.
- Nie chcę, aby pani mnie źle zrozumiała, ale...
- Proszę wybaczyć, ale nie umawiam się z nikim i nie jest to na mojej liście zajęć na najbliższe tygodnie ani nawet miesiące - postanowiłam przyspieszyć rozmowę, bo podejrzewałam, w jakim kierunku zmierza.
- To nie tak, znaczy... chciałem się z panią umówić na kawę, ale raczej na początek chodziłoby mi o ofertę współpracy. Cenię sobie ludzi mających własne zdanie i niebojących się go wyrażać.
Moje ego zostało przyjemnie połechtane, jednak sformułowanie "na początek" sprawiło, że w głowie miałam tylko jedną odpowiedź. Może nawet zgodziłabym się na dalszą rozmowę na temat zakresu współpracy, ale nie, przez jedno, a w zasadzie dwa słowa zdusiłam tę myśl w zarodku.
- Przykro mi, ale lubię swoją pracę, za to niespecjalnie lubię współpracować, o czym na pewno powiedziałby panu mój szef, gdyby tylko się z nim pan skontaktował - wyjaśniłam i dodawszy szybkie "do widzenia", wyszłam z sali dumna z siebie.
W drodze do samochodu wystukałam szybko wiadomość do mamy z informacją, że będę w jej kawiarniocukierni, królującej na instagramowych fotkach od ponad półtora roku, za kilkanaście minut. Wbrew logice liczyłam optymistycznie na to, że godziny korków w Los Angeles już minęły, ale o tym już mama nie musiała wiedzieć.
Jacob
Od razu po treningu wróciłem do wynajmowanego od niedawna apartamentu. Niedużego, jak na standardy ludzi z mojej branży, ale wolałem odkładać kasę na coś swojego, niż niepotrzebnie ją wydawać na wielkie metraże, którymi można się chwalić w mediach społecznościowych. Do tworzenia treści absolutnie nie potrzebowałem ogromnej i dobrze wyposażonej kuchni, kilku pokoi stanowiących tło czy tarasu, gdzie można by robić różne challenge. Zyski czerpałem obecnie z walk, od sponsorów, których tatuaże miałem na ciele na galach, czy promowania popularnego sklepu z odżywkami dla sportowców. Niby niewiele, ale miesięczna wypłata, choć nie w każdym miesiącu była taka sama, znacząco odbiegała od zarobków ludzi zarabiających na etacie. Do tego nie musiałem wstawać wcześnie rano czy pojawiać się codziennie w miejscu pracy, bo sam sobie byłem szefem.
Zmęczony po treningu padłem na łóżko w sypialni i odpaliłem konsolę. Planowałem pograć godzinę, może dwie nim pójdę się umyć i spać, by uregulować pobudzenie po wysiłku. Usłyszałem dzwoniący telefon. Nie chciało mi się wstać, więc odebrałem połączenie na wibrującym przez sekundę zegarku:
- Czego?
- Stary, zbieraj zwłoki i lecimy do Nicka. Chłop chciał się popisać przed nową dziunią, wszedł na drabinę, by zmienić jakąś pieprzoną żarówkę, i spadł tak pechowo, że poleży w szpitalu przez tydzień, bo coś tam mu we łbie wykryli. -Nawet nie musiałem zadawać pytań, Leo sam na wstępie sprzedał wszystko, co miał mi do powiedzenia. - Tyle gadaliśmy, że mózgu nie ma, a tu jednak coś znaleźli.
Chwilę przetwarzałem słowa kumpla, nim połączyłem je w całość w głowie. Opowiadał o tym z taką lekkością, że nawet nie przeszło mi przez myśl, że stan Nicka może być poważny.
- Wpadniesz po mnie? Jestem tak styrany, że nie dam rady wsiąść za kółko - wyjaśniłem zgodnie z prawdą.
- No tak, w sobotę gala, a cholera jedna wie, czy ten cymbał da radę się wykaraskać do tego czasu, żeby móc ci kibicować. Być może będę musiał drzeć mordę z kimś innym. - Nick naprawdę wydawał się nie przejmować absolutnie stanem kolegi, co pozwalało mi sądzić, że jest z nim lepiej, niż przedstawiała to moja wyobraźnia.
Trzymaliśmy się w trójkę niemal od samego początku programu randkowego, w którym zdobyliśmy popularność, aż do końca. To dzięki chłopakom miałem szansę stanąć przed wyborem: relacja kontra kasa, bo lojalnie trwali u mojego boku i z determinacją przekonywali innych, że warto dać mi szansę.
Zarówno Leo, jak i Nick, w przeciwieństwie do mnie, nie dostali tak dużej liczby follows świadczącej o zainteresowaniu ich osobą, co pewnie wynikało z mojej decyzji i wywiadów, w których inni wypowiadali się o mnie po programie. No cóż, nie każdy rozumiał, że jasno przedstawiłem swój cel, a podczas nagrywek musiałem dzielnie walczyć o przetrwanie. To gwarantował mi solidny związek w programie.
- Będę za dziesięć minut, tylko od razu mówię, że nie mam zamiaru na ciebie czekać, gwiazdeczko - rzucił na pożegnanie, gdy nie odpowiedziałem na wcześniejszą uwagę.
Z niechęcią podniosłem się z łóżka, aby włożyć coś świeżego, co nie śmierdzi potem, by nie robić siary w szpitalu. Podarowany przez Nicka czas zdecydowanie nie wystarczyłby nawet na ekstremalnie szybki prysznic, więc musiałem postawić na czyste ubrania i perfumy, mające dać chociaż poczucie świeżości, choć na mojej twarzy wciąż malowało się zmęczenie.
Przebrany i wypachniony zszedłem na dół po kilkunastu minutach, ale Nick na szczęście nadal czekał w swoim lśniącym jeepie, podarowanym mu przez rodziców na zeszłoroczne urodziny. Zarówno on, jak i Leo mieli to szczęście, że urodzili się w dobrym miejscu. Nie tylko w Los Angeles, bo sam mieszkałem tu od zawsze, ale w rodzinach o wysokim statusie społecznym, które zapewniły im łatwiejszy start w dorosłość. Miasto Aniołów tylko dla wybrańców...
- Kiedyś naprawdę odjadę o czasie i się, kurwa, zdziwisz - powiedział, ściskając moją dłoń, gdy wszedłem do auta.
- Zasługuję raczej na gratulacje niż zjeby. Czekałeś tylko pięć minut i uwierz, nie chciałbyś poczuć mnie wcześniej, bo dopiero co wróciłem z treningu - wytłumaczyłem swoje spóźnienie.
- Jak mawia mój ojciec: szanując swój czas, szanujesz przede wszystkim siebie.
Zmierzyłem go wzrokiem, czekając na puentę.
- Masz szczęście, Jacob, że ja siebie nie szanuję, to i czasu nie muszę - dodał w końcu.
Pokiwałem głową, bo nie tego się spodziewałem, ale uśmiech na twarzy kumpla sprawił, że i ja się uśmiechnąłem.
- Kretyn! - skwitowałem żartobliwie. - A do drugiego kretyna ruszajmy - powiedziałem, a Nick odpalił jeepa. - Jak w ogóle można spaść z drabiny?
- Przypomnieć ci, jak złamałeś nogę, bo potknąłeś się o powietrze? - odpowiedział, a ja chciałem zapaść się pod ziemię, bo pamiętałem reakcje kumpli na moją wywrotkę, po której przez sześć tygodni nosiłem gips. - Takie sytuacje po prostu tłumaczą, czemu ze sobą trzymamy. Trzech kretynów i tyle - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałem.
Ceniłem w Nicku i Leo to, że mimo często różnych zdań na dane tematy mieliśmy podobne poczucie humoru. To był nasz przyjacielski azyl. Coś, co nas naprawdę łączyło w świecie, w którym ludzie są zazwyczaj podzieleni.